1. Pazina. Ostatnie z bezpiecznych miejsc
1
Pazina
Ostatnie z bezpiecznych miejsc
15 września 2020
Spałam dwie godziny. Śpię tak od tygodnia. Gdy człowiek nie sypia,
powietrze zamienia się w kamień. Każdy ruch to niewidzialne, piekące
obrażenia. Każdy posiłek to połykanie szkła. Kofeina w ogóle przestaje
działać. Życie to wydrapywanie dołu w litej skale, samymi dłońmi. Tak
muszą się czuć nowo narodzone dzieci. Ostatni raz się wyspałam, gdy
miałam covid. Wtedy organizm automatycznie się wyłączał, gasło światło,
padałam na ziemię w połowie zdania. Przez całą dobę miałam trzydzieści
dziewięć stopni gorączki, nie spadała, chociaż jadłam ibuprom jak
chipsy. Ten wirus jest dziwny. Cierpliwy i systematyczny. Pokazuje nam,
że wszystko jest snem.
Każdy z nas był już chory. Wirus uszkadzał nas powoli, po cichu. Azyl
zamienił się w szpital. Przez długi czas nie mogliśmy wyjść na zewnątrz,
bo zgłaszano nas do Sanepidu, więc ktoś, wyznaczony przez resztę, musiał
udawać zdrowego. Wychodził do miasta, robił zakupy, ryzykował, że
zostanie wylegitymowany i przywalą mu mandat w wysokości kilku tysięcy.
Nasz samochód aż błagał, by go zatrzymać - czarny od brudu, z nieczynnym
światłem cofania. Co trzy dni objeżdżaliśmy miasto, by kupić żarcie i chemię gospodarczą. W Azylu była ciągła rotacja, ale nigdy nie
przebywało tam mniej niż dwadzieścia osób.
Po chorobie zostały dziwne pamiątki - małe dziurki zamiast niektórych
wspomnień i słów, ślepe plamki w oczach, awarie smaku i węchu. I to
poczucie przegranej, świadomość, że boksujemy powietrze. Jesteśmy
wyznawcami kultu śmierci, wiemy, że wszyscy umrzemy, może nie teraz, ale
i tak szybko, w przegrzanych miastach, z wydzielaną wodą, z przerwami w dostawach prądu.
Przyciskam dłonie do gęby. Pachną fajkami, detergentem. Wydycham w nie
powietrze. Jest ciepłe, odbija się od skóry, piecze mnie w twarz. Nawet
nie kończę tej myśli, gdy przecina ją trzaśnięcie drzwi, głośne jak
strzał.
Wiktor stoi przede mną przejęty.
- Lucek się nie odzywa. Trzeci dzień - mówi, a jego wielkie oczy za
okrągłymi okularami typu Harry Potter robią się jeszcze większe, jak u postaci z anime.
Aby usiąść naprzeciwko mnie, musi odsunąć kartony z koreańskimi zupkami,
müsli, zgrzewki wody. Zdejmuję nogi z biurka, w końcu nie będzie mówił
do moich podeszew.
- To zdarzało się wcześniej - próbuję go uspokoić. - Lucek znika.
- Lucek znika - powtarza bezwiednie.
- Słuchaj, Lucek zawsze wraca. Znika gdzieś, a potem zakłada Zrzutkę, że
potrzebuje na ubera i papierosy, robi z tego storkę i tak dalej -
uspokajam Wiktora.
- Najdłużej nie odzywało się przez dwie doby. A teraz to już czwarta -
mówi cicho.
Lucek to piękna osoba i wielki problem. Mówi, że ma dwadzieścia lat, ale
może mieć pięć mniej albo pięć więcej. Nie pokazał mi żadnego dokumentu.
One nie są niezbędne, aby zamieszkać w Azylu. Oficjalnie podpisujemy
kontrakty tylko z pełnoletnimi, ale w rzeczywistości przestałam tego
przestrzegać. Gdy widzę dzieciaka, który ma piętnaście, szesnaście,
siedemnaście lat i potrzebuje pomocy, bez której może nie przeżyć, muszę
mu pomóc. Po to robię to, co robię. Po to tu jestem.
Lucek ma półdługie czarne włosy z pojedynczymi różowymi pasemkami.
Wygląda, jakby był z porcelany. Mówi cicho, czasami trzeba przysunąć
ucho do jego ust, aby go zrozumieć. Raz twierdzi, że rzucił szkołę
jeszcze przed maturą, innym razem - że studiuje orientalistykę i chce
zostać tłumaczem. To wszystko brzmi jak opowieści o podróży do krainy
baśni, lataniu na jednorożcach. Czasami kompletnie gubi kontakt z czasoprzestrzenią. Jaki jest dzisiaj dzień, Lucek? - pytamy. Dzień Lucka
- odpowiada. Lucek nie uważa się za chłopca, nie uważa się za
dziewczynę. Wiktor mówi o nim w rodzaju nijakim: Lucek poszło, Lucek
otworzyło, Lucek zrobiło. Z kolei inne dzieciaki z Azylu wolą formę
"osoba Lucek poszła" i tak dalej. Wszyscy próbują nadać mu pewną
trwałość i kształt, uformować go słowami. Luckowi jest to obojętne.
Przepływa przez nas jak woda przez palce. Lucek codziennie chce być
trochę inny. Lucek chce się bawić.
Gdy zapytałam go, jak mam się do niego zwracać, odparł, że jest mu to
obojętne. Traktuję poważnie każdą odpowiedź na to pytanie, również taką.
Skoro ci to obojętne, powiedziałam, będę mówić o tobie jako o chłopaku,
bo tak będzie mi najłatwiej, bo patrząc na ciebie, widzę chłopaka.
Wzruszył ramionami i zaczął mówić wymyślonym japońskim.
Nawet nie wiemy, skąd jest. Gdy go o to pytamy, wymienia różne
miejscowości w Polsce, czasem miasta z anime, które ogląda. Czasami
mówi, że przyjechał z Tokio. Wtedy bełkocze, wydaje przypadkowe zgłoski
i twierdzi, że to japoński.
Jedno w Lucku jest stałe - bardzo chce się zakochać, ciągle mówi o wielkiej miłości. Pod tym pragnieniem nie ma żadnego typu, żadnej
konkretnej fantazji. To może być ktokolwiek, Lucka nie interesują takie
detale jak wiek i płeć. Nie wiem, czy tak naprawdę interesuje go seks.
Chce być dla kogoś najważniejszy, po raz pierwszy w życiu.
Wszystkie te dzieciaki są uszkodzone, wygnane. Szukają ciepła za wszelką
cenę. Ślepe kundle z kolorową sierścią, która ma być zbroją, ale tylko
zwraca uwagę tych, którzy lubią gnębić słabszych.
Oczywiście, z czasem nabierają siły i odporności, w końcu zaczynają
rozumieć, że nie wszyscy chcą ich skrzywdzić, ale też że świat nie
składa się z ciągłej dramy, że nie wszystkie złe uczynki są tak samo
złe. Ból gaśnie, zaczyna się długi i kosztowny proces impregnacji.
- Pazina? - Wiktor przywołuje mnie do rzeczywistości, wciąż cicho.
- Słuchaj, wiesz, że nie jesteśmy internatem ani poprawczakiem, że nie
możemy nikogo trzymać tutaj na siłę.
- To moja osoba przyjacielska - dodaje trochę głośniej.
- Moja też, Wiktor. Wszyscy tutaj są moimi przyjaciółmi.
Wiktor wyciąga z kieszeni za dużych sztruksów paczkę fajek. Również
zapala. Strasznie mocno się zaciąga, papieros szybko zmienia się w marchewę, nierówny, czerwony stożek.
- Są tylko dwa wyjścia, Wiktor. Albo robimy tutaj kolonię karną typu
wyjście o ósmej, powrót o dziesiątej, kary, nagrody, sprawdzanie
telefonów. Albo próbujemy być dorośli i samodzielni. Nie ma nic
pośrodku.
Pokazuje na ścianę. Na wyblakłym plakacie biała pięść odcina się od
czarnego tła. NIE IDZIEMY SAMI. NIGDY NIE BĘDZIEMY.
- Ale co, jeśli ktoś chce iść sam? - pytam.
- Nie mów tak. Ja mam złe przeczucie. Serio.
Hormony obniżyły mu głos. Ale czasami, gdy się denerwuje, mam wrażenie,
że wraca ten stary, wyższy.
- Przeczucie to suma lęku i wyobraźni, Wiktor.
- Tu nie trzeba wielkiej wyobraźni.
Ma rację. Azyl przyjmuje uciekinierów. Dzieciaki na gigancie, wyrzucane
z domów, z małych miejscowości, chore, połamane, niepewne, pokryte
bliznami, zatrute lekami. Młodsze, starsze, z bogatych i biednych
rodzin, homo i hetero, trans i cis. Wczoraj przyjechał tu Ignac, chłopak
z zadrutowaną szczęką, skatowali go koledzy brata, brat stał obok i patrzył. Parę dni wcześniej widział Ignaca z innym chłopakiem, w jakimś
miejscu, które miało być ustronne. Jest też Małgosia, dziewczyna po
jedenastu przedawkowaniach benzodiazepin, której nie chcą już trzymać w szpitalu. Chłopak matki przypalał ją papierosami, dziarał ją maszynką
samoróbką. Na ciele ma napisy w rodzaju: HATE, LOVE, FUCK POLICE, JEBAĆ
SĄD, SZMATA, ŁAJZA. I jest Rena, której matka pracuje w ministerstwie
edukacji. Gdy Rena powiedziała jej, że tak naprawdę nie czuje się
dziewczyną ani chłopakiem, ta zabrała ją do egzorcysty. Przez ostatnie
trzy miesiące wstawała rano o tej samej godzinie i szła na most
Poniatowskiego. Ojciec zgarniał ją i wsadzał siłą do auta. W końcu
uciekła.
Założyłam Azyl parę lat temu, z przyjaciółmi, ludźmi takimi jak ja,
którzy żyli Warszawą, tą dzienną i tą nocną, którzy robili kampanie i sesje, organizowali koncerty, bukowali DJ-ów i artystów, zarządzali ich
życiem i żyli razem z nimi, którzy dryfowali na powierzchni, chociaż
wydawało im się, że właśnie złapali rytm i płyną po złoty medal
zdecydowanym, szybkim kraulem. Jeśli przeżywać to wszystko jako właściwe
życie i być w tym stuprocentowo obecnym, to nie było aż tak źle, w końcu
wszyscy mieliśmy jakieś pieniądze, pozycję, żyliśmy czyimś snem.
"Realizowaliśmy się" kosztem niewielkich, codziennych uszczerbków - ale
czy nie były to w gruncie rzeczy uszczerbki wynikające z upływu czasu?
Chcieliśmy zrobić coś, co z braku lepszego słowa nazywa się "dobrem".
Niestety, nikt nie chce czynić dobra za swoje oszczędności. Traf chciał,
że miałam trochę pieniędzy, z których trzeba było jak najszybciej zdjąć
ciążącą na nich klątwę. To tragiczne, ale też zabawne - jedyny bilet na
wyjazd z Babilonu był upaprany krwią jakichś biednych głupków, którzy
oglądali Człowieka z blizną z Pacino co najmniej tysiąc razy, za to
zawsze do połowy.
Te pieniądze były podarowane, brudne, mieściły się w sportowej torbie i szybko się skończyły, ale pozwoliły preferencyjnie wynająć to miejsce od
miasta, na dziesięć lat. Oczywiście bez gwarancji, że w pewnym momencie
nie przyjdzie tu jakiś inwestor. I inwestor przyszedł. Czasami oglądam
jego profil na Insta. Wygląda jak kukła, ma licówki, bungalow na Bali,
koszule Ralph Lauren w każdym odcieniu, buddyjski różaniec na
nadgarstku. W bio pisze o sobie: "anioł biznesu". Chce zrobić tu
ekskluzywne apartamenty. Ma w dupie pandemię. Ta kiedyś się skończy, za
rok, za dwa. On jest cierpliwy.
Rozmawiałam z nim raz. Stwierdził, że "wszystkie dzieci powinny wrócić
do domu". Powiedziałam mu o chłopaku, którego ojciec zamknął na tydzień
w piwnicy, aby wypędzić z niego diabła, i zapytałam, czy o taki dom mu
chodzi. Odburknął, że nie może się przejmować całym złem tego świata.
- Czemu nie? Przecież jesteś aniołem - odparłam, a on tylko kwaśno się
uśmiechnął.
Współzałożyciele Azylu musieli za coś żyć, dorobili się dzieci, długów,
problemów. Nie mam im za złe, że odeszli. To nie jest normalne życie -
takie, w którym poświęcasz się dla obcych ludzi tak, jak dla
najbliższych. Każdy, kto podnosi ten krzyż, bardzo szybko zadaje sobie
pytanie, po chuj właściwie z nim idzie. Odpowiedź jest dla większości
przerażająca. Robisz to, bo chcesz ocalić siebie. Bo myślisz, że jesteś
zły i uszkodzony. Bo nie zdałeś egzaminów. Bo kopnąłeś niechcący psa. Bo
mama jest wciąż niezadowolona. Chciałaby, abyś cofnęła czas i bardziej
się postarała, najlepiej podczas porodu. Próbujesz z tym wygrać. Chcesz,
aby w końcu to ciebie ktoś pokochał. Słowo "pokochał" rozumiesz jako
złoty medal, szóstkę z plusem. Aby ją dostać, rozpaczliwie wytwarzasz
dobro, które ma tyle sensu, ile kaloryfer na Antarktydzie.
Teraz żyjemy na styk. Na bardzo krótki i bardzo wąski styk. Miasto
dorzuca się do czynszu i opłat, ale niedługo przestanie to robić. Ma
ważniejsze wydatki. Reszta to zrzutki, które przynoszą coraz mniej kasy.
Żarcie - większość to przeterminowane produkty, dary z hipermarketów.
Kiedyś miałam tu chłopaka, który umiał ogarniać europejskie granty. Ale
teraz już go nie ma, usamodzielnił się i wyprowadził.
Moje dzieciaki śpią więc w korowej pościeli, na piętrowych łóżkach, z których połowa ma półtora metra długości. Rano piją neskę i jedzą płatki
kukurydziane z Biedronki, a ja mam, kurwa, nadzieję, że tu, na praskim
podwórku, między klubem o pięknej nazwie Klątwa Doliny Węży a tanim
hostelem, który zmienia nazwę co miesiąc, chociaż przez krótką chwilę
czują się bezpiecznie.
Nazwaliśmy ten ośrodek hostelem interwencyjnym, aby jakoś przedstawiać
go tym, którzy nie rozumieją, o co w nim chodzi. Ale dla nas nie jest
żadnym hostelem. Jest po prostu ostatnim bezpiecznym miejscem.
Tylko w Azylu są pewne zasady. Nie ma ćpania, picia ani problemów z prawem. Nikt nas tu nie chce i masa osób tylko czeka, aż popełnimy jakąś
głupotę. Otacza nas sieć ludzi dobrej woli, ale wystarczy jeden zły
ruch, aby ją przerwać i zniszczyć.
To jednak głupie - mówić mu, aby się nie martwił.
Znajduję numer Lucka na WhatsAppie. Ostatnia aktywność - trzy dni temu.
Próbuję nie czytać ich komunikacji, zresztą i tak jej nie zrozumiem -
memy, emotki, gify z anime, ikony, głosówki.
Przepisuję numer do swojej komórki. Dzwonię, abonent jest niedostępny.
Wysyłam wiadomość: "Hej, Luc, tu Pazina. Martwimy się o ciebie, odezwij
się". Jeden szary ptaszek zamiast dwóch - ma wyłączony telefon. Wpatruję
się w niego, jakbym chciała zmusić go siłą woli, żeby się zdublował.
- Chodź. - Pokazuję Wiktorowi gestem, aby wstał. I dopiero gdy to robi,
zauważam małe otarcie pod okiem, niezdarnie przykryte podkładem.
Delikatnie biorę jego brodę w dwa palce, obracam do światła.
- Co to jest? - pytam.
Wzrusza ramionami.
- No jeszcze raz: co to jest?
- Patelnia - odpowiada cicho.
Wzdycham ciężko. On odwraca się, zdenerwowany. Znowu popchnął go jakiś
żul albo łysy, pijany idiota, pod Metrem Centrum, jego albo kogoś
innego, a on próbował stanąć w obronie, jak zawsze.
- Lubisz dostawać wpierdol?
- Przestań - protestuje.
- To dwumilionowe miasto, naprawdę nie macie gdzie łazić?
- Jest pandemia, Pazina. Wszystko jest zamknięte. Nie, nie mamy gdzie
łazić.
Przyciskam go do siebie, na chwilę. Przytulanie zawsze wychodzi mi
niezgrabnie, żołniersko. Ale trudno, mogę robić tylko to, co umiem.
Prowadzić Azyl do ostatniego dnia, mojego lub Azylu.
Dzieciaki siedzą w kuchni. Rena robi sobie tosty, zapach stopionego sera
wypełnia pomieszczenie. Widzę sklejkę odłażącą z szafek, warstwy
tłuszczu w pochłaniaczu, zacieki na ścianach, chyboczące się krzesła.
Widzę mały, płaski telewizorek przytwierdzony do ściany, znaleziony
przez Besię na śmietniku pod jakimś likwidowanym biurem. Pomoc innym to
najczęściej pozbywanie się śmieci. Hojność to recykling.
Chciałabym, aby przez jeden jebany dzień to Jezus miał rację. Aby
naprawdę ostatni byli pierwszymi. Chciałabym zabierać ich codziennie do
Gesslera. Mieć na podorędziu najlepszego wegańskiego kucharza.
Chciałabym rozdawać im najdroższe ubrania. Chciałabym, aby wszystko się
przewróciło, upadło do reszty. Abyśmy wszyscy zmieścili się w uchu
igielnym.
- Co? - pyta Wiktor.
Musiałam ze zmęczenia zacząć mówić na głos to, co myślę.
- Jakie ucho? - pyta.
Patrzę na nich. Dwie dziewczyny, jedna to osoba trans, nie pamiętam ich
imion. Wysoki, potwornie chudy, czarnowłosy Edgar, skrzypek, uczeń
szkoły muzycznej. Ogolony na łyso, wielki i gruby Przemek w poplamionej
bluzie z napisem SZTYWNIUTKO, wciśnięty w kąt gra na swoim Nintendo,
które zwykle chowa przed wszystkimi, kładąc je pod poduszką. Ma
piętnaście lat i jak twierdzi, nie jest żadnym pedałem. Policjanci
przywieźli go tutaj z dworca, bo dostali informację, że jesteśmy jednym
z adresów, pod które można "podrzucać". Oczywiście nie dostajemy od
miasta ani grosza. Trwamy dzięki zrzutkom i aukcjom dobroczynnym, które
ogarniają Wiktor z Besią. Właśnie, gdzie jest Besia?
- Czy ktoś z was kontaktował się z Luckiem? - pytam. Zamykam oczy. Na
początku nikt nie odpowiada, muszę jeszcze raz, głośniej. - Ej! Czy
nagle przestaliście rozumieć język polski?
Oczy, zaspane, otępiałe, podnoszą się na mnie. Większość z tych
dzieciaków jest na SSRI, przepisuje je pod stołem zaprzyjaźniona
psychiatrka. Może nie powinnam ich faszerować lekami, ale gdyby nie to,
codziennie byłoby tu pogotowie.
W Azylu była też psycholożka, był pracownik socjalny. Na umowach
zlecenie. Teraz nie podpisuję z nikim umów zlecenie, bo nie mam z czego
ich zapłacić.
Kręcą głowami. Rena nakłada sobie tosty. Obok placków spieczonego chleba
ląduje kleks keczupu.
- Ja... no przedwczoraj z nią pisałam - odzywa się w końcu Rena, siadając
przy stole.
Przemek odruchowo wyciąga dłoń po tosta.
- Ej! - krzyczę na niego. - Rusz dupę i zrób sobie swoje.
- Mogę mu oddać - mówi cicho Rena.
- Ma dwie ręce. Co mówił?
Rena patrzy na mnie, znowu z lękiem.
- Lucek mówiła tylko, że jest wkurwiona, bo nie ma kasy. Potrzebuje
różnych rzeczy. Chciała mieć nowy telefon czy coś takiego - opowiada
cicho, tonem, jakby przyznawała się do kradzieży.
Kiwam głową. Wiktor jest teraz w niezręcznej sytuacji, bo widzi po mnie,
że zaraz znowu zacznę podnosić głos. Wszyscy w pomieszczeniu to po mnie
widzą, również dwie osoby, które właśnie wchodzą do kuchni. Aleksy, a drugi nie pamiętam. Mika? Maki?
- Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? - pytam.
Milczą.
- Czy dbamy o siebie nawzajem, czy o siebie nie dbamy? - pytam. Nie
lubię roli złej, opierdalającej matki. Nie lubię jej tym bardziej, że
nieźle ją gram.
- Pazina? - pyta się mnie ktoś z tyłu, chyba Besia.
Besia jest z Pomorza, przyjechała do Warszawy, bo chciała dostać się do
szkoły aktorskiej, co się nie udało, a potem nie udało się jej jeszcze
parę innych rzeczy. Zaraz, czy to naprawdę Besia? Wszystko staje się
dziwnie niewyraźne, jakby ktoś przejechał mi tłustym paluchem po gałce
ocznej; mija parę sekund i nagle wszyscy są wyżej, i słychać głuchy
hałas, hałas ciał wstających z krzeseł.
Spadam z wysoka w morze ciemności.
Ta ciemność porusza się bardzo szybko.
To przedziwne uczucie.
Coś ląduje na mojej twarzy, potrzebuję chwili, aby zrozumieć, że to
zimna woda. Ktoś podaje mi rękę. Podnosi mnie do pionu.
- Pazina. - Tak, to Besia.
Zaczyna mi być głupio.
- Jedź do domu się przespać, bardzo cię proszę - mówi Wiktor, podając mi
ręcznik.
Wycieram sobie twarz.
- Musimy...
- Ty musisz jechać do domu - mówi Wiktor.
- Musimy zgłosić zaginięcie. Chyba. Nie wiem.
- Nie możesz dostać zawału serca, Pazina, bo jest pandemia, wszystkie
karetki stoją zablokowane na Narodowym.
- Nie dostanę żadnego zawału, Wiktor.
- Jeśli tu umrzesz, dopiero będziemy mieli przerąbane.
- Nie umrę, Wiktor.
Nie umrę, ale on ma rację. Jeśli mnie zabraknie, będą mieli przerąbane.
- Dobra. Jeżeli się nie odezwie do jutra, będziemy go szukać. - Wstaję
powoli, bez zaufania do podłogi i do siebie.
Patrzą na mnie z lękiem. Wyglądają śmiesznie. Banda zahukanych,
ufarbowanych, pomazanych, w sumie grzecznych dzieci.
- Znajdziemy go - mówię im. Ale nie jestem pewna, czy go znajdziemy.
Pewnie znowu bym się przewróciła, gdyby nie dłoń Wiktora i jego głos, z powrotem niski, obniżony hormonami, ale pewny, prawdziwy głos:
- Zamówię ci ubera, Pazina.
*
Nie mogę tak po prostu położyć się i zasnąć. Całe moje dorosłe życie
polegało na wstawaniu o osiemnastej, jedzeniu śniadania o dwudziestej
pierwszej i wielogodzinnej nocnej aktywności. Życie sklejone z romansów
i kroplówek.
Plac Konstytucji, plac Zbawiciela, plac Wilsona. Utopia, Lustra, Plan.
Miłość, Smolna, Jasna. Bacardi, aperol, prosecco. Emka, kryształ, keta.
Pilates, joga, ayahuasca. Karta kredytowa, kredyt na firmę, kredyt
hipoteczny.
Może tak naprawdę nigdy nie spałam.
Menel zachowuje się, jakby mnie zapomniał. Muszę zapukać do sąsiadki,
wręczyć jej butelkę wina za to, że od trzech tygodni daje mu żreć. Nawet
jeśli nie sprzątała kuwety - a chyba nie sprzątała, bo całe mieszkanie
okrutnie jebie. Poruszam się po nim jak w letargu. Czterdzieści metrów
zamienia się w sto czterdzieści, sto czterdzieści zamienia się w pałac.
Każdy mój ruch drąży w ścianie nowy, kolorowy tunel.
Biorę prysznic, gorąca woda bombarduje mi plecy. Ulga jest krótka i płytka. Niepokój stał się częścią mojego ciała, napięcie tkwi we mnie
tak głęboko, że gdyby je ze mnie usunąć, umarłabym.
Lucek. Pamiętam, jak zjawił się w Azylu. Usiadł w kuchni i zapalił
papierosa, wyluzowany, jakby wszedł do własnego mieszkania.
Gestykulował, założył nogę na nogę. Opowiadał o sobie potoczyste,
złożone historie. Były niewiarygodne, ale wszystkich zaczarowały. Azyl
się zatrzymał i słuchał tej przedziwnej, barwnej, potwornie szczupłej
osoby która zachowywała się, jakby odwiedziła nas w przelocie,
podróżując z jednej obcej planety na drugą. Co chwila przerywał,
dźwięcznie śmiał się z własnych żartów, podśpiewywał. Przypominał całą
chmarę barwnych ptaków. Po jakimś czasie opowieść zaczęła się rwać. Nić,
która łączyła ze sobą kolejne zdania, przestała istnieć. Lucek zaczął
się trząść, dostał krwotoku z nosa. Zadzwoniliśmy po zaprzyjaźnioną
lekarkę. Stwierdziła, że jest tak odwodniony i wygłodzony, że to cud, że
chodzi i mówi. Aby dał sobie wbić wenflon i podpiąć kroplówkę,
zaoferowałam mu sto złotych. Powiedział: sto pięćdziesiąt.
Jestem umyta i przebrana, i równie dobrze mogę siedzieć przez najbliższe
pięć godzin bez ruchu na kanapie. Nie zasnę. Nie ma najmniejszych szans.
Odbiera po trzecim sygnale.
- No nie wiem, nie wiem - zaczyna, jakby mówił do kogoś, kto stoi obok.
- Mam focha, wiesz, o co chodzi.
Za każdym razem, gdy z nim rozmawiam, mam wrażenie, że się ze mnie
nabija.
- I co mam z tym fantem zrobić? - pytam.
- No nie wiem, nie wiem. Ja ogólnie to nie wbijam focha na długo. -
Chyba coś je, bo mlaszcze, co potwornie mnie drażni.
Ma na imię Olek, ale wszyscy mówią na niego Kurtka. Tacy jak on
funkcjonują w ramach kilkuletnich kadencji, potem wyjeżdżają za granicę
albo idą siedzieć, albo otwierają jakieś nietrafione interesy, zaczynają
handlować podróbkami, CBD, spekulują krypto. Kadencja Kurtki właśnie się
kończy. Olek mówi, że zaraz się "keszuje", jakby chodziło o wyjątkowo
udany start-up.
- Napisz na Wickrze, co tam chcesz - mówi mi.
- Wiesz, co chcę.
- To wiesz, gdzie się pojawić.
- A nie jesteś w stanie tutaj przyjechać?
- Mam sprawy. - Teraz siorbie przez słomkę.
- Ja nie mogę czekać na ciebie całą noc, nie ma szans - mówię.
Przez krótką chwilę w słuchawce panuje cisza.
- No dobra - słyszę - zawinę po ciebie. Ale pojedziesz ze mną coś
załatwić.
Menel zaczyna drapać mnie w piętę. Może jednak jeszcze mnie pamięta.
Pamięć kotów jest krótka i wybiórcza.
- Niech ci będzie, i tak nie zasnę - odpowiadam i się rozłączam.
*
Przyjechał smartem. Wygląda w nim, jakby przegrał jakiś zakład, ale
wiem, że jeździ autami wypożyczanymi przez aplikację. Twierdzi, że miał
kiedyś własne, ale je oddał, co jest dziwne, bo nie sprawia wrażenia
gościa, który oddałby cokolwiek komukolwiek.
Ma fryzurę zrobioną niemalże od linijki, idealny cień z boku głowy.
Pachnie ciężkimi perfumami, przynoszącymi dziwne skojarzenia - ciasto z goździkami, turniej cukierniczy w piwnicy kościoła, stara kawa wylana na
zakurzony dywan. Na szyi, pod swetrem, ma schowany kajdan, gruby, chyba
białe złoto. Krótka puchówka Moncler opina krępą sylwetkę i ciężkie,
wielkie łapy; ksywa Kurtka wzięła się z tego, że obsesyjnie zbiera
drogie kurtki, ma ich chyba kilkadziesiąt.
Siedzimy w milczeniu, palimy papierosy. W połączeniu z jego perfumami
zapach zaczyna być nie do zniesienia.
Miasto jest obumarłe, wyludnione, jak dekoracja pośpiesznie zbudowana na
potrzeby filmu, który nagle przestano kręcić. W słabo zarysowanych na
tle czarnego nieba klockach budynków palą się pojedyncze światła. W tej
pustce jest pewien ciężar, nieme oczekiwanie, jakby ulice zaraz miały
się znów zaludnić, jakby sto tysięcy mieszkańców czaiło się w mroku, by
na sygnał wybiec i zająć miasto z powrotem. Mijają nas pojedyncze
radiowozy. Kurtka nie zwraca na nie uwagi.
- Baliby się nawet nas zatrzymać.
Radio mówi o ośmiu tysiącach nowych zakażeń dziennie. Kurtka wyłącza
dźwięk.
- No i fajnie sobie to rozkminili.
- Co niby?
- Jak to: co niby, nowy porządek światowy. Zaraz będą cię chipować jak
bydło na farmie, zobaczysz. Myślałaś, że jesteś bażantem, a jesteś
zwykły kurczak, wiesz, o co chodzi.
- Jakie bażanty, Kurtka, o czym ty mówisz?
Kurtka ma w sobie bibliotekę Babel, tysiące słów i określeń na jedną
rzecz, jedną myśl. Do tego spędza całe godziny na YouTubie, prowadząc
śledztwo w sprawie tego, kto rządzi światem i kto tak naprawdę steruje
policjantami czyhającymi na jego wolność i pieniądze.
- Kurtka, nie ukryjesz niczego, bo sam wszystko pokazujesz w internecie.
To działa zupełnie odwrotnie, niż ci się wydaje. Ludzie sami to sobie
robią - tłumaczę.
- Ja nic nikomu nie pokazuję, co ty myślisz, że ja jestem jakiś
dzięcioł? - prycha obruszony.
- Może dzięcioł, może bażant.
Uruchamia telefon. Pokazuje swoje konto na Instagramie - nazywa się
"Fajnaroślina", w opisie ma sklep i fałszywy numer telefonu. Na krótkim
gridzie kilka zdjęć roślin doniczkowych. Z tego konta prowadzi swoje
interesy. Ludzie, gdy czegoś chcą, piszą mu DM-y, na które odpisuje
pojedynczymi cyframi albo literami.
- Co ja tu niby pokazuję? - pyta.
Nie odpowiadam. Nie chcę się kłócić.
- Kto ostatnio mówił, że niby ma tego covida? Małysz? Myślisz, że ile mu
zapłacili? Ty znasz w ogóle kogoś, kto to miał?
- Ja to miałam, Kurtka - odpowiadam. - I nic mi, chuje, nie zapłacili.
Masz do nich jakiś namiar? Może powinnam się upomnieć o ten hajs?
Wystawić im fakturę, jak myślisz?
Nie odpowiada. Chyba nie ma namiaru. Zatrzymujemy się pod paczkomatem.
Te wyrastają wszędzie, i naprawdę dziwne, że nikt nie wymyślił na ich
temat żadnej teorii spiskowej.
- Kurtka, słuchaj, a widziałeś kiedyś, co jest w środku takiego
paczkomatu? Zastanawiałeś się, kto tak naprawdę je montuje?
Patrzy na mnie jak na gadające gówno.
- Ty, Pazina, jesteś inteligentna, rozkminiasz, co się dzieje. I co,
naprawdę myślisz, że to się tak po prostu stało? Ile to miało trwać?
Miesiąc? Dwa? Patrz, trwa pół roku. I to dopiero początek, mówię ci.
Uśmiecham się, ale nie wiem, czy w ogóle widać ten uśmiech, nie mam siły
ruszać mięśniami twarzy. Przejeżdżające obok auto na chwilę oblewa twarz
Kurtki jasnym światłem. Kurtka mruży oczy, i wtedy przez moment wygląda
jak ktoś zupełnie inny, ktoś, kogo znałam dawno temu, zmienia się w ducha, ale samochód znika w ciemności i wtedy Kurtka na powrót staje się
Kurtką.
- Mówiłam ci kiedyś o moich dzieciakach, Kurtka? O tym, co je spotyka?
Mnóstwo zła, które dzieje się tak po prostu. Taki jest świat.
- To w ogóle inna sprawa, to jakaś patologia. - Marszczy się i wychodzi
z auta, zanim zdążę mu powiedzieć, że zawsze serdecznie go zapraszam,
aby sam zobaczył, jak wygląda ta patologia.
Wyciąga ze skrytek pięć niewielkich paczek i ładuje je do torby Louis
Vuitton, którą wyciągnął z bagażnika. Robi to bez śladu wczuwki, jakby
stał przy owocach w Lidlu i wkładał jabłka do torby. Po chwili otwiera
bagażnik, wrzuca torbę do środka. Zamyka go, siada za kierownicą.
- Gdzie teraz? - pytam.
- Po to, co tam chcesz.
Mam ochotę go zapytać, jak zapatruje się na to, że cała ta rzekoma
plandemia to dla niego złote żniwa. Ludzie ćpają na potęgę, dwa albo
trzy razy więcej niż przed covidem, już nie tylko w weekendy, nie tylko
w klubach, ale i w dzień, od samego rana; jarają, wciągają i połykają do
śniadania, aby przetrzymać pracę zdalną, ciągłą obecność dzieci, no i tego drugiego człowieka, z którym przecież wcale nie ma jakiegoś
zajebistego kontaktu. Ani umowy, że będziemy siedzieć ze sobą dwa cztery
na dobę. Ćpają, aby zdusić lęk o rodziców, oddalić widmo choroby i pytanie, czy to akurat ja zostanę wywalony z roboty w tym tygodniu.
Kurtki tego miasta mają pełne ręce roboty. Jasne, na początku w ogóle
nie było czym handlować. Pamiętam marzec i kwiecień, kiedy musiałam
obejść się smakiem; złe, małe sztuki, spryskane muchozolem kozie bobki
rodem z lat dziewięćdziesiątych potrafiły kosztować po sto, sto
pięćdziesiąt za worek. Nie mówiąc już o czymś mocniejszym, ale to akurat
mnie nie interesowało. Ja tylko chciałam się odrobinę wyłączyć. Chciałam
osiągnąć ten najważniejszy cel, czyli przespać noc. Olejek CBD działa na
mnie równie uspokajająco co olej lniany, czyli nijak. Mogłam wtedy iść
po receptę, ale zwyczajnie nie miałam na to kasy. Lekarze w tych
zabawnych klinikach, które nagle pojawiły się w deweloperskich blokach,
brali po tysiąc złotych za samo spotkanie. Wiedziałam, ile za taką kwotę
mogę kupić w hurcie używanych ubrań, papieru toaletowego, jedzenia,
mydła.
Chcę go o to zapytać, ale w sumie nie mam ochoty się z nim kłócić, nie
po tylu nieprzespanych nocach i nie o coś, o czym tak naprawdę oboje nie
mamy pojęcia.
Zatrzymujemy się pod jego blokiem, białym klockiem z wczesnych
dwutysięcznych, tuż za centrum handlowym Panorama. Sama Panorama to
schowana na południu miasta kapsuła czasu, tunel prowadzący bezpośrednio
do lat dziewięćdziesiątych. Na jego drugim końcu ląduje się w pięknym,
przedziwnym atrium ze szkła i marmuru i z asymetryczną fontanną. Jest
tam tak samo jak wtedy, gdy chodziłam do podstawówki i mama zabierała
mnie w niektóre niedziele do Pizza Hut; połykałam wtedy gorący placek,
parząc sobie gardło, siorbałam pepsi i gapiłam się jak zahipnotyzowana
na marmurowe posadzki, wykusze i wodę odbijającą się w barwionych na
niebiesko szybach. Czułam się bezpiecznie, może jedyny raz w życiu.
Czułam, że w przyszłości czeka mnie coś lepszego niż dziś, że ta pizza z widokiem na piękną fontannę to tylko przedsmak nadchodzących
wspaniałości. Przypominam sobie teraz to uczucie, wysiadając pod białym
kanciastym blokiem za wierzącym w reptilian dilerem, i myślę, że
należało do zupełnie innej osoby, do świata, który był snem.
Kurtka otwiera drzwi kodem, wchodzimy do środka. Dopiero w windzie
zadaje mi kolejne pytanie:
- Słuchaj, a ty zarabiasz w ogóle jakieś pieniądze w tym swoim
schronisku?
- Schronisko to jest dla zwierząt - odpowiadam.
- To co to jest?
- Hostel interwencyjny. Nie, nie zarabiam pieniędzy, ja je załatwiam.
- To ile tam załatwiasz, Pazina? - Śmieje się, świdrując mnie wzrokiem.
Gdy zaczyna być czymś zaintrygowany, wygląda naprawdę głupio.
- Na bank nie tyle co ty. Ty jesteś królem załatwiania. - Patrzę na
niego znacząco, dając do zrozumienia, że nie przystoi mu bycie
ciekawskim.
- Po prostu chcę wiedzieć, skąd masz na to kwit. Ty wiesz, skąd ja mam
swój.
Okej, niech mu będzie. W sumie nie mam żadnego powodu, aby nie rozmawiać
z nim jak z kolegą. Kurtka jest, jaki jest, ale jest rzetelny.
- Kurtka, ja mam cztery dychy. Jakieś piętnaście lat więcej niż ty.
Poszłam do pracy, gdy miałam dwadzieścia lat. Wtedy jeszcze coś za nią
płacili, a mieszkania były po piątkę od metra. Kupiłam dwa, nadpłaciłam
kredyty. Tyle w temacie.
Wychodzimy z windy, idziemy korytarzem z pomalowanymi na żółto
pobrudzonymi ścianami.
- Miałaś farta - mówi.
- Miałam farta - przytakuję, czując, że dotyczy to jakiejś zupełnie
innej osoby.
Jego mieszkanie to dwupokojowa dziupla z sześćdziesięciocalowym
telewizorem w centralnym punkcie. Na podłodze leżą otwarte,
nierozpakowane walizki, torba na siłownię, jakiś sprzęt sportowy,
wielkie słoiki odżywek; na kuchennym blacie piętrzą się stosy opakowań
po żarciu z Glovo. Dwóch typów w dresach, którzy siedzą na kanapie,
wygląda, jakby Kurtka dostał ich w pakiecie razem z mieszkaniem. Mogliby
być bliźniakami. Grają w FIF-ę, nieruchomi, jakby medytowali. Na
ścianie wisi wielki plakat w antyramie, na którym jakiś dawny piłkarz
Legii, chyba Lucjan Brychczy, stoi na boisku w zgrzebnej kufajce,
trzymając piłkę. Poznaję go. Ojciec miał brata, który spędził na Żylecie
całe swoje życie.
- Czysty nóż jakiś - rzuca komendę Kurtka.
- Musisz umyć - stwierdza jeden z nich.
- Umyjesz to ty mi kutasa mordą - odpowiada Kurtka, zły, zrzucając
opakowania z blatu, i w ich miejsce kładzie przyniesione z paczkomatu
kartony.
Koleś wstaje, poirytowany. Podchodzi do zlewu, myje nóż, podaje Kurtce.
Ten rozcina karton i wyjmuje ze środka klocek o kształcie cegły,
zapakowany w folię ze zgrzewarki. Podnosi go do światła, studiuje
uważnie, następnie kładzie na stole, wbija nóż w folię, cegła
momentalnie traci kształt. Kurtka rozcina folię nożem, na blat wysypują
się zielono-pomarańczowe bryły zasuszonych kwiatów. Zapach owiewa
mieszkanie, ostry i piękny. Kurtka podnosi topa do nosa, wącha, podaje
mi. Robię to samo. Zakreśla okrąg dłonią nad rozsypanym towarem, zadając
mi w ten sposób pytanie, ile chcę.
- Dwie dychy? - pytam, w sumie nie wiedząc.
- Trzy też ci mogę dać.
- Nie mam tyle pieniędzy.
- To zajedziesz mi później - mówi do mnie, po czym rzuca do tego samego
gościa, który umył nóż: - Daj wagę.
Kurtka ma rację, to głupie odtrącać dar zaufania, a poza tym lepiej mieć
więcej niż mniej. Kładzie kwiaty na wadze, po chwili ważenia,
odejmowania i dodawania osiąga tyle, ile chce, wyciąga z szuflady
foliową torebkę na ziplock z nadrukowanym logiem Ikei i pakuje zawartość
do środka. Zapina, podaje mi, po czym psika dłonie dezynfektantem.
- Kurtka, wirus nie istnieje - przypominam mu.
- Chuj wie, kto to macał - stwierdza, po czym bierze trochę z wagi,
siada na kanapie obok typów w dresach i zaczyna kręcić blanta na
stoliku, na którym piętrzą się puszki po coli i opakowania po pizzy.
Wyjmuje jedno z oparć kanapy i mi podaje, żebym też miała na czym
usiąść.
Przy pierwszym buchu uczucie, jakby przestraszone zwierzę drapało mnie
od środka w przełyk. Zioło jest potwornie mocne. Opuszczam powieki,
zapadam się w dym, ciężki i żrący.
Gdy otwieram oczy, Kurtka jest gdzieś daleko, po drugiej stronie
niewidocznej rzeki. Może i nie pójdę dzisiaj spać, ale to uczucie jest
jakąś formą odpoczynku.
Dopiero teraz zauważam wieszak z ubraniami w rogu pokoju. Jest na nim
pięć prawie identycznych kurtek, również Moncler.
Kurtka uważnie studiuje zapalonego jointa, patrzy na niego pod światło.
- Ej, byku, to cali. Prawdziwe, nie kurwa hiszpańskie.
- Jakie? - pyta jeden z bliźniaków.
- Gelato - odpowiada Kurtka, lekko mlaszcząc.
- Pierdolisz, że poznajesz, nikt tego nie poznaje - rzuca bliźniak.
Dym momentalnie wysusza usta. Kurtka wstaje, podchodzi do lodówki, w całości wypełnionej wodą, colą i smakowym piwem. Pyta, co chcę. Wybieram
wodę. Piję powoli. Jest pyszna.
- Słuchaj, mordko, ja mógłbym być kiperem gówna. Widziałem reportaż o takim typie, mieszka sobie w Barcelonie, chodzi normalnie po kofikach, w sensie u nich mówią na to kluby, i testuje zipa, a potem robi recenzje
na YouTube'a, wiesz, o co chodzi. Normalnie baka przed kamerą i potem
mówi na przykład: o, tu są terpeny, nie wiem, kurwa, osikowe, aromat
cynamonu i drzewa sandałowego, a faza jest bardziej w głowie, a potem w nogach, a na końcu w kutasie.
- Kurtka, to zawsze śmierdzi tak samo i wali tak samo - zaczynam się z niego śmiać.
- To twoja sprawa, jak przeżywasz swoje życie - odpowiada.
- Całe życie byłam otwarta, Kurtka. Tak otwarta, że wszystko mi ukradli.
Gdy to mówię, śmieję się jeszcze bardziej. To śmiech odruchowy, efekt
uboczny rozluźniania się mięśni. W obciążonej głowie przestają bić
dzwony. Zamykam oczy. Powieki zamieniają się w metalowe kurtyny.
- Możesz zostać takim kiperem, tylko musiałbyś się stąd wyprowadzić -
mówię, zerkając w jego stronę.
Patrzy na mnie. W ogóle nie wygląda, jakby się upalił. Jego oczy i tak
są małe, trochę nieobecne, lekko załzawione. Nagle, tak jakby
przestraszył się mojego spojrzenia, wyciąga z kieszeni ciężkie okulary
przeciwsłoneczne i zakłada je na nos.
- Nie wiem, czy umiałbym się stąd wynieść.
Znowu zamykam oczy. Też nie wiem, czybym umiała. Jestem stąd, znikąd
indziej. Urodziłam się na Bielanach. Potem rodzice przenieśli się na
Muranów, chodziłam do plastyka na Smoczej. Pierwsze samodzielne
mieszkanie wynajęłam na Żoliborzu i tam mieszkam do dzisiaj, północny
lewy brzeg to mój dom, zresztą całe miasto to mój dom. Słowo "dom" w mojej głowie ma czerwony kolor. Nie da się sprać tego, co mówili ci w podstawówce, co mówiła prababcia, która przeżyła barykadę na
Górczewskiej.
Warszawa wymusza na tych, którzy się tu urodzili, swoisty fanatyzm, lęk
przed przebywaniem na dłużej gdziekolwiek indziej. Czuję się wiecznie
zagrożona, ale i nieśmiertelna.
Nie można po prostu mieszkać w Warszawie. Trzeba być jej żołnierzem. Iść
prosto, karmić się niechęcią całej reszty Polski. Salutować. Napierdalać
każdego, kto się pruje.
- Ej, Pazina. - Kurtka wypowiada moją ksywę, przeciągając samogłoski,
Paaaziiiinaaa, jakby to była kolejna rzecz, która go bawi.
Podnoszę głowę.
- Zawsze chciałem cię zapytać, Pazina, gdzie go wywiało?
- Kogo? - Udaję głupią.
- Kurwa, wiesz kogo. Ducha.
Dobry nastrój pryska. Wszystko się psuje. Gęba Kurtki robi się brzydka,
w tej swojej puchówce wygląda jak wielki kondom. Biorę spory łyk wody.
Już mi nie smakuje, fuj.
Wstaję, wyciągam pieniądze z kieszeni. Odliczam.
- Pierdol się, Kurtka - rzucam, podając mu je do ręki.
- Poczekaj, poczekaj - prosi. Również wstaje, chce załagodzić sytuację.
- Co cię to obchodzi? - pytam głośno, a nawet bardzo głośno, ci dwaj
milczący w dresach robią się zaniepokojeni.
Kurtka podnosi ręce na znak kapitulacji, siada z powrotem na kanapie.
Ale ja nie odpuszczam, bo mi się to nie podoba, bardzo, okres tych pytań
w moim życiu definitywnie się skończył.
Wspomnienie, które próbuję wygnać. Ten mężczyzna, podręcznikowy
zwyrodnialec, parę lat temu. Dziwne pytania. Czapka z daszkiem. Żyletka
trzymana w palcach. Z drobnymi kropkami czerwieni.
- Słuchaj, Pazina, to zwykła ciekawość, naprawdę. Jest tyle, kurwa,
opowieści na mieście... - przerywa, masuje sobie szczękę i zaciąga się
jointem, wypuszcza potężny kłąb dymu. - Nie mogłem cię o to nie zapytać.
- Co mnie obchodzą jakieś opowieści? - pytam go.
- Ludzie chcą wiedzieć, wiesz, o co chodzi.
- Jacy ludzie? Ludzie, którzy go szukali?
- Nie, no ci nie... Ten łysy wariat przecież nie żyje - mówi jeden z jego
adiutantów.
Lekkie, krótkie uczucie ulgi - człowiek z żyletką umarł, człowiek z żyletką już nie przyjdzie. Uczucie, które jednak zaraz znika.
- A może ty mi opowiesz o swoich pannach, Kurtka, co? Masz jakąś
dziewczynę? Chłopaka? Parę dziewczyn? Chcesz pogadać o życiu prywatnym,
to dawaj.
Nagle staje się innym Kurtką. W jego oczach pojawia się coś dziwnego.
Trafiłam go w czuły punkt, ale trudno, sam się prosił. Zaciska zęby,
odwraca się. Powietrze zmienia się w ciężki żel.
- Wiesz, różni ludzie gadają, że go widzieli. W Warszawie, co nie -
rzuca jeden z bliźniaków.
Kurtka nagle zmienia front. Odwraca się do chłopaka.
- Sznuruj cipę.
Ale nie da się cofnąć tego, co zostało powiedziane.
- Ty, no, może tylko tak pierdolą, co nie. - Chłopak się kurczy; wie, że
powiedział za dużo.
Jeszcze rok temu coś bym poczuła, ukłucie w sercu, zimno w gardle. Teraz
nie czuję nic. Poza tym te ich teksty to trolling, sprawdzanie reakcji.
- Wiedziałabym o tym - odpowiadam, cierpko i zimno.
- Sorry, Pazina. Późny wieczór, chore głowy. Wiesz, o co chodzi.
Szara strefa to dziwne miejsce. Odwrócony świat, w którym chodzi się po
suficie. Wlazłam w niego z radosną głupotą dziecka. Jego emisariuszy
miałam za niegroźnych kumpli. Całą tę grę - za niegroźną zabawę. Do
momentu, w którym wszystko runęło.
Kurtce dzwoni telefon. Odbiera, słucha przez chwilę, następnie wstaje.
- Idziemy - rzuca do bliźniaków.
Na mnie też czas. Wstaję, upalona jak sto diabłów, sprawdzam, czy
wszystko mam przy sobie - klucze, dokumenty, dokonany przed chwilą
zakup. Biorę telefon, włączam aplikację, zamawiam ubera.
Kurtka to widzi i mówi:
- Zawiozę cię.
- Masz sprawę - przypominam.
- To po drodze - odpowiada.
Wzdycham, patrzę mu w oczy.
- Kurtka, ja nie chcę z tobą nigdzie jechać.
- To po drodze - powtarza. Wie, że nie mam siły mu się sprzeciwić.
*
Jesteśmy w Koszykach, w Nietoperzu, pieczarze ze szkła i czerwonej
cegły, z wielką drewnianą płaskorzeźbą nietoperza na głównej ścianie. To
całodobowa restauracja, otworzyła się relatywnie niedawno. Kojarzę część
tych dziewczyn siedzących przy barze, eskortek wpatrzonych w ekrany
telefonów, sztywnych jak piękne manekiny, kojarzę z miasta dwóch czy
trzech gostków przy jednym ze stolików, nawijających z szybkością
karabinów maszynowych nad nietkniętym jedzeniem. Niby żarcie jest tylko
na wynos, ale po dwudziestej trzeciej reguły się zmieniają. Ceny są
horrendalnie wysokie, aby między imprezami nie przychodzili tu
przypadkowi ludzie, których miejsce według właścicieli było pod
całodobowym kebabem przy Świętokrzyskiej. Teraz imprezy zgasły, odbywają
się w ukryciu, w mieszkaniach, w klubach przeniesionych do willi na
Saskiej, w Wawrze, na Żoliborzu.
Koleś, który czeka na Kurtkę, wysoki blondyn, trzyma przy twarzy
serwetkę. Gdy ją zdejmuje, widać głęboką, świeżo zszytą ranę i zakrzepłą
krew dookoła. Krople krwi są też na białej bluzie Lacoste. Typ wygląda
jak kolejny bliźniak z ekipy Kurtki, z tym że nie ma w nim tego
sztucznego, upalonego spokoju. Jest zdenerwowany i przestraszony, nogi
grają pod stołem na niewidzialnej perkusji.
Kurtka siada naprzeciwko niego.
- Co się stało? - pyta.
- Nie wiem w sumie, kurwa, co się stało.
Podchodzi kelnerka, stawia przed nim talerz makaronu, ale on nawet na
niego nie patrzy.
- Byłem ustawiony na rozkminkę, normalnie, co tam było do ogarnięcia,
worek grochu, kurwa, w sumie to tyle. Tam pod kebabem, na tyłach. No i co, przyjeżdża tam cham od nich, wsiadamy do auta, wszystko dobrze,
wiesz, przecież nie będę z nim wspominał, jak to w gimbie było. I co,
nagle zajeżdżają jakieś chamy z piskiem...
- Czym? - pyta Kurtka.
- Co? - Chłopak nie rozumie.
- Czym zajeżdżają?
Kelnerka znowu podchodzi. Pyta, czy podać coś do picia. Nikt nie zwraca
na nią uwagi. Jest tutaj przezroczysta, tak samo jak ja. Wyciągam
telefon, aby zamówić ubera, i wtedy przychodzi wiadomość. Wiktor, na
WhatsAppie: "Jakiś pobity queerowy chłopak na pogotowiu na Grenadierów,
może to Lucek, jedziemy tam z Besią".
- A4, stara taka, czarna, wypada dwóch, kominiary na łbach, napierdalają
mu w szyby teleskopem, ty, no jaja, ja wypadam, coś tego, a ten mi daje
na pizdę, momentalnie. Musiał mieć kastet. Ja leżę, ten kopa. Ale nic mi
nie zabrali, żeby było śmieszniej. Zupełnie nic, kurwa. Pobili mnie dla
zabawy.
Pierwsza myśl jest taka, że to kolejna noc bez snu. Druga, żeby jechać
tam teraz, zaraz. Trzecia, że może poradzą sobie beze mnie.
- To nie lata dziewięćdziesiąte - zauważa jeden z bliźniaków, siadając
obok.
Uśmiecham się do siebie - ten chłopak w latach dziewięćdziesiątych
dopiero się urodził, i to pod koniec dekady.
- No kurwa raczej, wiesz, o co chodzi - mówi Kurtka.
Zaczyna się rozmowa, której nie rozumiem. Toczy się między nimi
gwałtownie, nieskładnie, jakby zamiast mówić, wysypywali śmieci na
dzielący ich stół. Męczy mnie to. Jestem w filmie, którego nie mogę
wyłączyć i który już kiedyś widziałam. Znam zakończenie.
- Rafi by to odjebał? Nie sądzę.
- No a kto inny, on w ciągłym uderzeniu, siedzi non stop na rulecie. Z Maciasem to codziennie na Grzybowskiej wiszą.
- Rafi trzyma cały Gocław elegancko. Że się bawi, to się bawi, trudno.
Ale stoi prosto, nie ma nic z deklem.
- Oni wszyscy durni, pamiętasz tego idiotę, co w biały dzień na Nowym
Świecie chodził bez koszulki i starej babie zajebał w tryby, bo był na
takim odcięciu. To jego najlepszy kolega.
- Kto jeszcze, może Pigmej?
- Który Pigmej?
- Z Bródna.
- Pigmej to zadowolony siedzi, tam nic się źle nie dzieje.
- Tak czy siak, trzeba wyżej to podać.
- Wyżej, czyli gdzie?
- Do prokuratury, kurwa. Jak to gdzie?
- Do Asłana?
- Może jakieś jego psy zjebały z budy i coś chcą na własną rękę rezać.
- Jeśli tak, to ich jutro już nie będzie.
Ta rozmowa może toczyć się całymi godzinami. A ja bezwzględnie muszę iść
już do domu.
- A może jakaś zwyczajna patologia.
- Patologia albo desperacja. Nawet ten, co chciał przestać szponcić i iść normalnie, bo właśnie wyskoczył, już nie może normalnie. Bo na
przykład otworzył jakąś knajpę i dojebała mu plandemia po miesiącu, i zatkało kakało.
- Znasz takich?
- Ty też znasz.
Cisza, ciężka jak bela materiału. Dopiero teraz zauważam, że w Nietoperzu nie leci żadna muzyka. Ludzie-ćmy siedzą, słuchając własnych
oddechów.
- A nie mógł na wynos robić? - odzywa się jeden z bliźniaków.
- Kurtka, ja muszę jechać - mówię.
I już się podnoszę, ale on z jakiegoś powodu chce mnie zatrzymać,
wstaje.
- Zadzwońcie do Śniadego - rzuca. I zanim zdążą odpowiedzieć, już
prowadzi mnie do wyjścia.
Wsiadamy do auta, on opuszcza szyby. Zdenerwował się, szczęka chodzi mu
w lewo i prawo. Przy kumplach próbował zachować spokój.
- Coś się zaczyna dziać? - pytam.
Patrzy na mnie.
- Nie, zwykły przypał - odpowiada, bardzo nieprzekonująco.
Powietrze zmienia się w ciemny, przelewający się olej, jakby jakaś
niezgrabna, ale złośliwa dłoń poruszyła kulą, w której środku jesteśmy.
- Widziałam zwykłe przypały i widziałam też te niezwykłe.
- Gdzie mieszkasz? - pyta.
- Krasińskiego siedemdziesiąt.
Powtarza adres do telefonu, przekręca kluczyk w stacyjce, rusza. Jedzie
powoli, może zbyt powoli, zatrzymuje się na pomarańczowym, przed
przejściami dla pieszych, na których nikogo nie ma.
- Wziąłem cię tam, bo co miałaś, w aucie siedzieć?
- W sumie tak byłoby lepiej.
Spogląda na mnie. Po twarzy przejeżdża mu plama światła i znowu staje
się kimś innym.
- Ty wiesz, o co chodzi. Po prostu.
- Po prostu się od tego odbiłam - odpowiadam. Już w ogóle nie jestem
upalona.
Na WhatsAppie wiadomość od Wiktora: "Lucek wciąż nie wrócił". Odpisuję,
aby poszedł spać, jak głupia matka.
Niepokój wchodzi w zmęczone ciało przez czubek głowy, podobny do długiej
na metr, zimnej igły. Niepokój najgorszego gatunku, ten nieusuwalny.
- Kurtka, jeśli chciałabym kogoś znaleźć...
- Mam takiego jednego wariata. Dwadzieścia procent bierze z tego, co
odzyska. - Chrząka.
- Nie, nie o to mi chodzi. Chłopak z mojego ośrodka. Parę dni temu
zniknął w mieście. Martwimy się.
- Niech psy go szukają.
- Mógł sobie narobić kłopotów - mówię bardzo oględnie.
- Nie masz na nic wpływu - stwierdza nagle Kurtka i ma rację.
Znowu zatrzymujemy się na światłach, on sięga po telefon. Wchodzi w jakąś aplikację, zaczyna przeglądać kontakty.
Nawet nie dostrzegam, kiedy dojeżdżamy pod mój dom. Zatrzymuje się na
awaryjnych.
Mówi mi dobranoc. Odpowiadam mu, aby uważał na przypały. Przez parę
sekund patrzymy sobie w oczy. O sekundę za długo, aby nie miało to
znaczenia. Łączy nas coś nieokreślonego, trudnego do złapania w jedno
konkretne słowo. Pewien stan skupienia. Kondycja upiora.
Przychodzi mi na myśl, że przez zarazę wszyscy stają się tacy jak my.
A może po prostu szukam w nim Jacka.
Zanim otworzę drzwi na klatkę, spoglądam na niebo.
Prawdopodobnie już nigdy go nie spotkam. Co bym jednak zrobiła, gdyby to
się stało?
Pewnie zaczęłabym krzyczeć i go wyzywać. Nie zostawia się mnie tak, ty
chuju. Nie kasuje się mnie bez powodu. Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?
Krzyczałabym i krzyczała. A potem, potem nie mam pojęcia, co by się
stało.
Niech może będzie sobie tam, gdzie jest. Niech się nie pojawia. Nie
wychyla. Niech będzie szczęśliwy, o ile potrafi.
Jacek, ten dziwny przyjaciel.
Wchodzę na klatkę i zamykam za sobą drzwi, zostawiając myśli o nim na
zewnątrz.
17 września 2020
Próbowałam zrobić coś dla siebie, spędzić ten dzień na jakiejś formie
regeneracji. Nic z tego. Wybrałam się po podstawowe zakupy, ale nie
widziałam sensu w kupowaniu czegokolwiek. W końcu zjadłam obiad,
naleśniki wzięte na wynos z wegańskiej knajpy. Jadłam je z plastikowego
pudełka, zdziwiona słońcem, siedząc na ławce i zaczepiając cudze psy.
Przez moment zastanawiałam się, czy nie zaczynam wariować.
W nocy nawet nie starałam się zasnąć. Paliłam jointa za jointem,
próbując się skupić na kolejnych gównianych serialach. Powoli
przestawałam rozumieć ideę telewizji, nie wiedziałam, po co mam się
wpatrywać w zaaranżowane perypetie poprzebieranych obcych osób.
Sen przyszedł rano, połknął mnie jak studnia, która połyka wrzucony do
niej kamień.
Obudziłam się wieczorem. Na telefonie było dwadzieścia pięć
nieodebranych połączeń od Wiktora. I wiadomości, na WhatsAppie, na
Telegramie. "Odbierz". "Pazina? Odbierz, pls". "Pilne. Proszę".
Menel głośno miauknął, gdy zrzuciłam go na podłogę.
To uczucie też nie było wybudzaniem się, było gwałtownym wypłynięciem na
powierzchnię, świadomość przyniosła ból całego ciała, zwłaszcza płuc,
niczym od gwałtownej różnicy ciśnień. To dlatego, że przed zaśnięciem
spaliłam jeszcze jednego jointa, bez tytoniu, grubego jak palec,
zaciągając się łapczywie tym dymem, jakbym go piła.
Czasami się zastanawiam, jakim cudem moje ciało wciąż działa. Serce
bije, układ pokarmowy trawi, płuca pobierają tlen. Jakim cudem to ciało
nadal chce różnych rzeczy. Pić, jeść, dotykać się. Ono powinno przestać
działać. Nie mam dla niego krztyny litości. Nienawidzę go. Nie chodzi o to, że mam jakiś problem, patrząc w lustro. Przyzwyczaiłam się do
siebie. Gdzieś jestem krótsza, gdzieś dłuższa, gdzieś jest mnie za dużo,
gdzieś za mało. To bez znaczenia. Chodzi o to, że traktuję je jak stary
samochód, maszynę, która ma służyć na przekór wszystkiemu. Zarzynam je,
nie robiąc mu przeglądu, nie zmieniając oleju, tankując truciznami i gównem.
- Wiktor - mówię, odbierając połączenie.
- Znaleźli Lucka na tyłach Novotelu przy Marszałkowskiej, nie żyje. - Ma
przerażony głos, wysoki, zasapany, jakby właśnie ktoś go gonił.
Pytam go, skąd wie.
- Są tutaj - odpowiada.
Tłumaczę, że nie zrobią mu krzywdy, i proszę, by dał mi kogoś do
telefonu.
- Pani... - słyszę w słuchawce.
- Pazińska. Tak, ja jestem szefową ośrodka.
- Przy chłopaku znaleźliśmy ulotkę - wyjaśnia policjant.
Do bólu płuc dochodzi ból głowy. Gdy podnoszę się z łóżka, skrzypię.
Całe moje ciało jest przerdzewiałe od środka, ledwo doczłapuję do
łazienki.
- Ale wiecie, kim jest...
- W portfelu była tylko ulotka. Żadnych pieniędzy i dokumentów - mówi
policjant, a ja mam wrażenie, jakby z telefonu wychodziły grube, brudne
palce i wpychały mi się do uszu.
W uberze, patrząc przez okno, zaczynam rozumieć, że jestem zatrzaśnięta
w jednej i tej samej nocy trwającej w nieskończoność, w jakiejś resztce
uszkodzonego snu. To nie może istnieć naprawdę, wszyscy zginęliśmy,
świat się skończył, zostały resztki dryfującej w nicości ogromnej
czasoprzestrzeni.
Wyrywa mnie z tego stanu utwór techno z ukraińskim wokalem, który nagle
wypełnia wnętrze samochodu. Kierowca przeprasza, ścisza, a ja w głębi
ducha jestem mu wdzięczna, że ściągnął mnie z powrotem na ziemię.
Policjant jest wysoki, niedźwiedziowaty, nawet przystojny, długa,
zadbana broda nadaje mu wygląd żołnierza ze Wschodu. Równie wschodnia
jest policjantka: lekko napompowane usta, blond włosy splecione w warkocz wystający spod czapki z daszkiem. Oboje są w cywilu, w dżinsach
i lekkich kurtkach, wyglądają jak młodzi normalsi, zdradzają ich tylko
blachy zwieszone na szyi na metalowych łańcuszkach. Gdy dociera do mnie,
że to nie są zwykłe krawężniki, tężeję.
- Jesteście z kryminalnej? - pytam ich.
- Wydział kryminalny komendy stołecznej policji - recytuje kobieta.
Szybko macha przy tym blachą, tak szybko, że nie mam szans niczego z niej przeczytać.
Prowadzę ich do otwartej przestrzeni, gdzie są piłkarzyki, sala ze
starym telewizorem i jeszcze starszą konsolą, stoliki. Sadzam ich na
kanapie. Nie podoba im się tu, nie podobają im się szablony, grafiki i graffiti na ścianie: QUEER SUICIDE COMMANDO; SYSTEM GNIJE OD ŚRODKA;
ZANIM UMRĘ, ZABIORĘ WSZYSTKICH ZE SOBĄ. Nie podobają im się popielniczki
pełne petów, tęczowa flaga z piorunem.
Wiktor kuca w rogu, zapłakany. Besia stoi obok niego, trzymają się za
ręce jak zakochane nastolatki.
- Gdzie on jest? Możemy go zobaczyć? - pytam.
- Czy pani jest w stanie potwierdzić tożsamość? - ustala policjantka.
- Ja jestem w stanie. - Wiktor nagle wstaje, przestaje płakać.
- Pani, jak mniemam, jest niepełnoletnia.
- Nie jestem żadną panią, nazywam się Wiktor.
- Tak czy siak, jesteś osobą niepełnoletnią.
Wiktor wyjmuje dowód osobisty. Podstawia go policjantce pod nos. W dowodzie ma swoje właściwe imię. Wiktor Grzelak.
- Wiktor, idź do biura - proszę go.
Kiwa głową. Powoli wchodzi po schodach. Stara się być twardy, godny.
Policjantka patrzy za nim. Chcę myśleć, że w jej oczach jest jakaś
szczera sympatia.
Wiktor kiedyś miał na imię Ania. Teraz strzyże się na krótko, nosi
szerokie spodnie, pod wielkimi bluzami z kapturem ma binder. Był
sierotą, rodzice zginęli, gdy był dzieckiem. Wychowywała go babcia,
która parę lat temu osunęła się w demencję. Był pełnoletni, więc żył ze
spadku, i od początku twierdził, że nie przyszedł do Azylu po pomoc,
tylko po to, by pomagać. Ale oczywiście był taki jak oni wszyscy.
Pozbawiony skóry, zabijany przez własne emocje. Do tego dochodziło zimne
piekło internetu - Wiktor potrafił siedzieć przed ekranem po szesnaście
godzin dziennie. Przeżywał to, co działo się w social mediach, jak
nieustanną serię małych apokalips. Powoli, krok po kroku, przesuwałam go
do rzeczywistości. Podarowałam mu rutynę. Nauczyłam go prostych
czynności - sprzątania, gotowania. Teraz nabrał odporności, pokrywa go
ochronna warstwa. Jest cienka i krucha jak skorupka, ale przynajmniej
nie boli go byle dotyk.
Wszystko fajnie, ale właśnie stoję przed dwojgiem policjantów, a kieszeń
kurtki wypycha mi trzydzieści gramów zielska. Bąkam więc coś do nich i biegnę do biura, wciskam zielsko za kartony z jedzeniem, następnie
otwieram szuflady i próbuję znaleźć białą kopertę A4 ze skanami i kserokopiami dowodów osobistych. No tak, tylko że Lucek nie pokazał mi
żadnego dokumentu. To nigdy nie był bezwzględny warunek przyjęcia do
Azylu.
W drzwiach pojawia się Besia. Podsuwa mi ekran telefonu.
- Sfotografowałam jego legitymację szkolną. Kiedy przyszedł.
- Legitymację szkolną - powtarzam.
Kiwam głową, opieram się o ścianę. Walczę ze sobą, żeby nie zemdleć.
Ktoś wytarł mi język i podniebienie papierem ściernym, potwornie chce mi
się pić.
Na wyświetlaczu komórki widnieje legitymacja dziecka, które nazywa się
Oskar Malinowski i według daty urodzenia ma szesnaście lat. Ale na
zdjęciu jest Lucek, bez dwóch zdań, ze skórą jaśniejszą od tła, na
którym stoi, wąziutką kreską ust uformowaną w niepewny uśmiech i oczami
przestraszonej sarny.
Schodzę na dół, pokazuję zdjęcie policjantom. Wpatrują się w nie przez
chwilę.
- Dobrze, skontaktujemy się z rodziną - mówi blondynka, po czym zaczyna
spisywać dane ze sfotografowanej legitymacji.
- Nie rozumiem, co pani chce powiedzieć. To on czy nie? - pytam.
- Rodzina musi go zidentyfikować - odpowiada, nie patrząc mi w oczy. Gdy
w końcu na mnie spogląda, to tak, jakbym była gównianym meblem ze
sklejki.
Ona i brodacz wstają, a potem ruszają do wyjścia.
Podbiegam do niej, łapię ją za rękę. Wyszarpuje się, odwraca i patrzy na
mnie gniewnie, już nie jak na mebel, ale jak na wroga, jej dłoń
odruchowo wędruje do przytroczonego przy pasie gazu.
- Spokojnie - mówi.
- Ja jestem spokojna. Ale jeśli to on... to są jego przyjaciele, to po
pierwsze. - Pokazuję na Wiktora i Besię.
- Mamy obowiązek informowania tylko najbliższą rodzinę - tłumaczy
brodacz.
- Byłam osobą odpowiedzialną za niego przez ostatnie tygodnie. Więc to
chyba ja powinnam poinformować rodzinę, jeśli już. - Staram się wyrażać
jak najspokojniej, papier ścierny w gardle mi w tym pomaga, wydłuża
pauzy między wyrazami.
- A rodzina w ogóle wiedziała, że on tu jest?
Gdy policjantka zadaje to pytanie, Wiktor lekko się garbi, tak jakby
stanowiło to ostateczne potwierdzenie: tak, to Lucek, nie ma
najmniejszych wątpliwości.
- Posłucha mnie pani - mówi policjantka ze spokojem bankowego bota,
który dzwoni z bardzo korzystnym kredytem gotówkowym. - Pani nie chce
dalszych problemów. My mamy przykaz z dzielnicy, aby was obserwować.
Ludziom nie podoba się to, co robicie.
- Czyli co? - pytam.
Teraz musi znaleźć odpowiednie słowa, bardzo się wysilić. Drzwi na górze
się otwierają, kilkoro dzieciaków wyłazi na klatkę, schodzi po schodach.
Wpatrują się w intruzów, jakby chcieli ich zamordować. Oni z kolei,
uciekając od tych spojrzeń, jeszcze raz przyglądają się napisom, petom,
stolikom.
- Czyli, nie wiem no, jak to nazwać, taki samozwańczy poprawczak -
odpowiada w końcu policjantka. - I ja mówię do pani, że tak powiem, z sympatii, bo uważam, że słabszym trzeba pomagać. Ale naprawdę czekają na
wasze pierwsze potknięcie.
- Kto czeka? Radni? Sawicki? - Dopiero teraz przypomina mi się nazwisko
Anioła Biznesu.
- Tak że ja bym nie podnosiła głosu na policjanta wykonującego czynności
- kończy blondynka.
Brodacz milczy, ogląda paznokcie. Nie wiedzieć czemu, zastanawiam się,
czy ze sobą sypiają i jak to musi wyglądać. Mózg uszkodzony brakiem snu
generuje randomowe obrazy i jedyne, co można zrobić, to pozwolić im
płynąć.
Wstaję. Biorę papierosa z leżącej na stole luźnej paczki, każę tym na
schodach wrócić na górę, Wiktorowi i Besi też.
- No ale przyjechaliście tutaj. Z tego, co rozumiem, po pomoc. Więc
pozwólcie sobie pomóc, bo tym właśnie się tutaj zajmujemy. Pomocą. -
Odkładam papierosa z powrotem i ruszam w stronę drzwi. Odprowadzają mnie
ukryte w półmroku klatki oczy przestraszonych wilcząt.
*
To on. To Lucek. Potworny smutek wypełnia żołądek czarną, tłustą ropą.
Gdy ropa podchodzi do gardła, muszę zatkać usta dłonią.
Jest bardzo ciężko pobity. Na twarzy ma rany i siniaki, i okrągłe
ciemnoczerwone ślady; nie chcę wiedzieć, czym są. Nie wygląda, jakby
spał. Wygląda jak ktoś zamordowany. To nie pierwszy raz, gdy widzę
trupa, ale pierwszy, gdy oglądam ciało w takim stanie.
Ta potworność będzie potrzebowała dni, by mi się w pełni objawić.
- Potwierdza pani jego tożsamość? - pyta policjantka.
Mam przyjaciółkę, Ewę, terapeutkę, psycholożkę, świadkinię w sprawach
sądowych. Tak zwanej trudnej młodzieży oddała kilkadziesiąt lat życia.
Można uratować jedną osobę na dziesięć, Marta, mówiła mi. Przygotuj się
na śmierć, powtarzała, gdy otwierałam Azyl. Bo prędzej czy później ktoś
się powiesi, potnie, naje leków. Albo spotka go jakaś krzywda.
- Proszę pani. - Głos policjantki dobiega jakby z innego budynku.
- Tak, Lucek - mówię po chwili.
- Lucek?
Potrzebuję chwili, aby przypomnieć sobie jego nazwisko.
- Oskar Malinowski, tak, to on.
Jest umalowany, makijaż zlewa się z ranami i obrażeniami, usta
krwistoczerwone, powieki błękitne. Brzydki makijaż przebranego dziecka,
uszkodzonej lalki. Coś ty narobił, na kogoś ty trafił?
- Co się stało? - Odwracam się do policjantów.
- Jeszcze nie ma dokładnych badań, czekamy na lekarza medycyny sądowej...
- Chce powiedzieć "ale", i to "ale" nie przechodzi jej przez gardło, a gdy w końcu wydostaje się na zewnątrz razem z drugą częścią zdania, głos
policjantki staje się inny, ludzki, jej pancerz kruszeje, i nagle
jesteśmy w tym razem, ona i ja. - Ale ktoś go skatował na śmierć, widzi
pani.
Znowu robi mi się niedobrze, zapewne od koloru tego pomieszczenia, od
barw kafelków pokrywających ściany i podłogę. Te kafelki -
brudnoszmaragdowe, rzygliwie łososiowe, bladoróżowe - są przeznaczone
specjalnie do złych miejsc, miejsc kaźni. Szkolne prysznice. Sale
operacyjne. Pomieszczenia egzekucji.
Kto nas tu włożył, pytam się, co to za żart, kim jest ten psychopata,
który chce sprawdzić, ile wytrzymamy zamknięci z trupem dziecka w wielkiej kostce brudnego mydła?
- Proszę, chodźmy stąd.
Wychodzimy na zewnątrz. Idziemy teraz na górę plątaniną schodów, które
są niby ewakuacyjne, ale sprawiają wrażenie, jakby każdy z ciągów
kończył się śmiertelną pułapką.
W biurze policjantka w ludzkim odruchu robi mi rozpuszczalną kawę. To
zmęczenie, poczucie klęski, ono przyjdzie jak huragan, czarna burza,
zaczadzi mi głowę tak, że nie będę umiała się nawet przedstawić, ale to
jeszcze nie teraz, jeszcze chwila.
- Ewelina - mówi kobieta i wyciąga dłoń, którą ściskam. Ma różowe
paznokcie, tak krzykliwe, że aż ładne.
- A ja jestem Mateusz - przedstawia się policjant. Musimy w końcu
zamienić się w ludzi, bo oszalejemy. Człowiek w obliczu śmierci musi
wybuchnąć, a następnie trwać dalej. Co to za zdania?
- Powinniśmy się skontaktować z jego rodziną. Ustalić... - zaczyna
Ewelina, ale Mateusz jej przerywa:
- My już chyba nic nie będziemy ustalać. I tak zaraz nam to zabiorą.
Zamykam oczy i natychmiast jestem z powrotem w szmaragdowym
pomieszczeniu. Przychodzą detale, pęknięta warga, podrapany podbródek,
ciemne pręgi na szyi. Przychodzą i zostają, zostaną już na zawsze. Trwa
bezgłośne tatuowanie kory mózgowej. Nic tego nie zmyje. Żadna burza,
żaden deszcz.
- Nie zabiorą zaraz, nie zabiorą za godzinę i nie zabiorą za dwie - mówi
Ewelina. Choć jej głos znowu robi się mechaniczny, napięty jak struna,
to od czasu, gdy podała mi swoje imię, już nie mogę myśleć o niej jako o bocie. - Znajdź rodziców. I od razu do nich zadzwoń - wydaje polecenie.
- Teraz? Nad ranem?
- Tak, teraz, nad ranem.
Bez dwóch zdań to ona jest tu górą, w każdym aspekcie ich relacji.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie...
- Marta.
- Posłuchaj, Marta. Chłopak miał przy sobie plecak. W plecaku była
gotówka, całkiem spora jak na takiego sryla, jakieś dwa i pół koła. Do
tego kondomy, lubrykant, maszynka do golenia. Ketamina, chyba,
laboratorium jeszcze to mieli. Jedna tabletka PrEP.
- No i? - Nie rozumiem, chociaż tak, rozumiem.
Wzdycha.
- Jak mam to nazwać, żeby nikogo nie obrazić?
To nowe uczucie, które przykrywa smutek. Uderzenie w twarz z płaskiej i niewidzialnej dłoni.
- To niemożliwe. Nie ma szans.
- Niby czemu?
Niemożliwe, bo ich pilnowałam. Bo byłam odpowiedzialna i czujna. Bo
mieliśmy umowę. Bo podpisywaliśmy kontrakty. Bo spałam po trzy godziny
na dobę po to, aby byli bezpieczni i zaopiekowani. Głupia, głupia matka.
Marta Pazińska. Oczywiście, że to możliwe. Taka z ciebie obrończyni,
idiotko. Tak ratujesz ludzi.
- Najpewniej zrobił to klient. Pobraliśmy DNA, z tym że nie ma pewności,
że ono należy do sprawcy.
- Czyli nie wiadomo, czy ktoś go zgwałcił i zabił, czy tylko zabił. - To
zdanie wypowiada ktoś o głosie identycznym jak mój. Ale to nie jestem
ja. - Czyli nic, kurwa, nie wiadomo - mówi ten sam głos dużo
gwałtowniej.
Płacz włącza się na krótką chwilę. Jest głośny, brzydki i zawstydzający.
Gdy się uspokajam, ona mówi:
- Nie jesteśmy wrogami, ty i ja.
Wstaje, otwiera szufladę, wyciąga cienkie papierosy, zapala jednego.
Patrzy na mnie już nie jak na mebel, na przeszkodę, ale jak na drugiego
człowieka. Studiuje mnie, próbuje się dowiedzieć, kim jestem.
- Posłuchaj. Skup się. Rodzina na pewno uzna, że to twoja wina, więc nie
próbuj nawet z nimi rozmawiać - instruuje. - Złożysz teraz zeznania, oni
je zobaczą, i tyle. Nie rozmawiaj z nimi.
Kiwam głową. Ona naprawdę nie jest moim wrogiem. I to, co mówi, ma sens.
- Powinnaś wysłać te dzieciaki do domu. Do swoich rodzin - dodaje.
- One stamtąd właśnie uciekły - odpowiadam.
- Posłuchaj sama siebie, jaki to teraz argument? Ja chcę ci pomóc...
Jesteś dobrą osobą.
Nie ma bardziej upokarzającego zajęcia na świecie niż bycie dobrą osobą,
myślę, a ona kiwa głową, jakby przeczytała tę myśl.
- I zabiorą mi to miejsce. Przyjdzie inwestor, ten z Bali...
- Ja nie wiem, o czym mówisz - przerywa mi. - I to nie jest moja sprawa.
Ma rację, sama nie wiem, o czym mówię.
Wraca Mateusz, w ręku trzyma kubek z czymś ciepłym. To coś wstrętnie
pachnie, trochę jak rosół z proszku, ale ewidentnie trzyma go w pionie.
- Rozmawiałem z matką. Nie wierzy, że to jej syn. Ale będą tu za dwie
godziny.
- No dobrze. - Ewelina sięga po papier i długopis.
Zadziwia mnie, że wciąż robią to ręcznie. Jakby ktoś chciał, aby byli
mniej efektywni, aby nie dawali sobie rady, aby system, w którym tkwią,
nie działał, istniał tylko dla pozoru, zepsuty i żałosny.
Bandyci, których znałam, zawsze się z nich śmiali. Oprócz Jacka, ale
Jacek nie śmiał się z niczego. Teraz myślę, że potwornie cierpiał,
napięcie musiało wypalać go od środka, jak kwas, jak rak. Tak to jest,
gdy w obliczu pożaru próbujemy chronić papierowe domki. Ale czy sama nie
robię czegoś podobnego??Lucek. Okej, dzieci to robią, nie urodziłam się
wczoraj. Tylko że Lucek był tak kompletnie naiwny. Odłączony od świata,
trwale półprzytomny. I niewinny, przede wszystkim niewinny. Kurwa,
przecież sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co to w ogóle są
pieniądze.
Może na dole, w tej kostnicy, to nie on? Może powinnam tam zejść,
jeszcze raz sprawdzić? Może Lucek nie był wcale Oskarem?
Na ile ja mogę ich pilnować? Na ile można upilnować kogokolwiek? Nie mam
pojęcia, mogę dotknąć tylko tego, co w zasięgu ręki.
Czy to już wszystko? Tak, to już wszystko.
Ewelina kiwa głową i pokazuje mi kartkę. Ma nawet ładny charakter pisma,
równy, nie robi błędów.
- Nie powiedziałam tego zdania. - Pokazuję na jedną z linijek.
- To dla twojego dobra - zapewnia.
Zdanie brzmi: "Wielokrotnie próbowałam skontaktować się z rodzicami
denata i nakłaniać go do powrotu do domu rodzinnego, ponieważ robię tak
z każdym moim podopiecznym. W przypadku Oskara okazało się to
bezskuteczne".
- Zawsze to robisz? - pytam.
- No co ty - odpowiada. I dodaje z wahaniem: - Ludzi, którym warto
pomagać, jest niewiele.
Ciekawe, jak wygląda jej prawdziwa twarz, myślę, gdyby zmazać z niej tę
tapetę. Pewnie jest nawet ładna. Na pewno ładniejsza od mojej. A może
nikt tak naprawdę nie jest ładny? Są po prostu typy twarzy, które
sugerują, że ktoś jest dobrym człowiekiem, to rodzaj mimikry, pawiego
pióropusza.
- Idź spać i uważaj na siebie. - Ewelina podchodzi do drzwi i je
otwiera, a gdy wychodzę, dotyka moich pleców w dziwny sposób, trochę je
klepie, a trochę głaszcze. Odruchowo podskakuję. Cofa dłoń, jakby się
przestraszyła własnego gestu.
Następne dwie godziny przeżył chyba ktoś inny, ja tylko oglądam je na
filmie, choć zapis jest niewyraźny, a obraz ma taką barwę, jakby cały
świat stał się ciemnią fotograficzną. Pazina wchodzi do Azylu, Pazina
mówi dzieciakom: tak, to prawda, Pazinie chyba udaje się nie rozpłakać,
gdy przytula poszczególne osoby, udaje się jej nawet rozumieć cudze
słowa. A potem Pazina znika, bo jej ciało ma już dość, i mówi: idź się
jebać, Pazina, na razie, po czym pada tam, gdzie stoi.
18 września 2020
Miałam tego nie robić, ale wyszło jak zwykle. Całe moje życie to
robienie tego, co inni mi odradzają. Przynajmniej spałam, bite dziesięć
godzin.
Gdyby nie sen, rozmawiając z nią, pękłabym na pół, dostała zawału.
- Nie jestem złą osobą. - Matka Lucka siedzi naprzeciwko mnie, po
drugiej stronie biurka. Jest równie szczupła i biała jak Lucek,
powiększone usta bez szminki czy błyszczyka wyglądają jak dwie gumowe
dżdżownice przyklejone do twarzy. Ubrana jest w drogie rzeczy, na
kolanach trzyma torebkę Louis Vuitton. Zaciska dłonie na uchwytach tak
mocno, jakby w środku było jej serce.
- To straszne, co panią spotkało. Ja sobie tego nawet nie wyobrażam. Nie
mam dzieci.
- Wspominam o tym, bo... bo wszyscy myślą, że dzieci uciekają od złych
rodziców - mówi, jakby połknęła żyletkę.
- Ja tak nie zakładam - zapewniam, chociaż to oczywiste, że tak
zakładam, bo dzieci nie uciekają z domów, w których rodzice są w porządku. To wymaga siły, aby uciec z domu. To jak skoczyć na główkę,
nocą, do ciemnej wody, z wysokości, której nie da się ocenić.
Wiktor, opuchnięty od płaczu, wchodzi do pokoju z dzbankiem herbaty,
stawia go na biurku. Opadające na dno torebki sagi również przypominają
coś, co kiedyś żyło w wodzie i nagle umarło, zatrute tajemniczą
substancją. Nalewam płyn do kubka, kobieta machinalnie bierze łyk. Kiwam
głową, daję Wiktorowi znak, aby wyszedł.
Jak dotąd spotkanie przebiega spokojnie, ale i tak jest potwornie
trudne. Kobieta nie krzyczy, nie atakuje, nie histeryzuje, mimo to
sprawia wrażenie, jakby umierała w zwolnionym tempie.
Przez ostatnie pół godziny wymieniłyśmy mniej niż dziesięć zdań, ale
zużyłam na to całą swoją energię i cały oddech. Gdy matka Lucka w końcu
wyjdzie, zemdleję.
- Policja powiedziała pani, że Oskar tu był? - pytam.
- Nie, syn powiedział mi to sam.
- Sam - powtarzam ostatni wyraz, zdziwiona.
- Co pani myśli, przecież ja w kółko pytałam się go, gdzie on jest,
dzwoniłam do niego co chwila. I w końcu podał mi adres tego miejsca. Co
w tym dziwnego?
Nie wiem, nie mam pojęcia, co w tym dziwnego.
- Że po niego nie przyjechałam? To panią dziwi?
Znowu nie odpowiadam, bo nie chcę jej przytakiwać, nie chcę też
zaprzeczać.
- Bo się bałam, że ucieknie gdzieś dalej? Ja... bo ja zupełnie nie
wiedziałam, o co mu chodzi, a gdy już się dowiedziałam, to...
Pęka na moich oczach, widzę, jak na jej twarzy pojawiają się kolejne
rysy. Maska się łuszczy, odpada z twarzy grubymi płatami.
- Ja też jestem ofiarą, wie pani?! - krzyczy przez płacz. - Myśli pani,
że ja mogłam coś zrobić? Że kobieta może zrobić cokolwiek?
Wstaję z krzesła. Tu kończy się moja siła. Całe życie robię rzeczy,
których nie powinnam. Odwracam się do niej tyłem, przynajmniej przez
chwilę muszę na nią nie patrzeć.
- A pani czemu go nie upilnowała?! - wrzeszczy dalej. - Co pani tu
właściwie robi, co?! Co to za miejsce? Co to za flagi tęczowe? Co to za
bazgroły, co to za syf jest?!
Nie odpowiadam.
- Czemu to ma służyć? Pracy z trudną młodzieżą? I co, pracuje tu pani z nimi? Niby nad czym? Co to za praca?!
Czuję drobne skurcze mięśni, jak przy rażeniu prądem.
- I niby on się kurwił? Mój jedyny syn?! Może ty sama go do tego
namawiałaś, co?
Wiem, że dzieciaki tego słuchają. Może właśnie w ten sposób dowiadują
się o tym, co robił Lucek. Nie rozmawialiśmy na ten temat. Nie było
czasu. Nie miałam siły.
Biorę bardzo głęboki, pojedynczy wdech.
- Bardzo pani współczuję i udzielę pani każdej pomocy, jakiej będę w stanie. - To zdanie brzmi fałszywie, jak kwestia z Klanu.
- Odpowiedz. Namawiałaś go?! - Kobieta w ogóle nie słyszy, co do niej
mówię.
Odwracam się z powrotem dopiero na dźwięk przesuwanego krzesła.
- Zrobię wszystko, żeby ten, który to zrobił... - Nie mam siły kończyć
tego zdania. Wymawiam je cicho łamiącym się, przestraszonym głosem. I chyba nie ma już sensu dodawać cokolwiek.
Za to ona mówi dalej. Stoi przede mną i celuje we mnie palcem jak
pistoletem.
- Tacy sami jesteście, wszyscy, co do jednego. Myślicie, że zbawiacie
świat, że każdemu potraficie pomóc, że będziecie mówić ludziom, jak żyć.
Jakich używać wyrazów, jak się zwracać do innych, aby nikogo tylko nie
obrazić. Najmądrzejsi, światli. A kiedy przychodzi co do czego, dziecko
idzie na dno, a wy tylko patrzycie. Patrzycie i nic nie potraficie
zrobić, tylko siorbiecie sobie to latte sojowe. Albo sami jeszcze
popychacie, zachęcacie, tak, idź dalej w to dno, zobacz, jakie fajne to
jest. Jakie, kurwa, wyzwolone.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio piłam jakieś sojowe latte. Nie wiem nawet,
gdzie teraz w Warszawie można je kupić. Każde jej słowo pomniejsza mnie
o centymetr, aż w końcu staję się wielkości krasnoludka. Kobieta jest
ogromna, stoi nade mną jak potwór z hollywoodzkiego filmu.
- Wiem, co pani czuje - mówię.
- Gówno wiesz!
Gdy w końcu wychodzi, siedzę sama przez dziesięć minut. Zamykam oczy.
Liczę oddechy. Każdy wdech pali płuca. Każde uderzenie serca jest jak
uderzenie młotem.
Wstaję i idę do kuchni. Są tam, czekają na mnie, wszyscy Azylowicze.
Około dwudziestu osób.
Besia proponuje, aby może każdy z nas powiedział coś miłego o Lucku.
Mówi szybko i bezładnie, jej głowa próbuje panicznie zracjonalizować
jego śmierć. Przerywam jej.
- Wiedzieliście, że to robił? - pytam. Patrzę w oczy każdemu z nich po
kolei. - Wiedzieliście, że są konsekwencje za robienie nielegalnych
rzeczy? Czytaliście kontrakty?
- To nie jest nielegalne - mówi cicho Wiktor.
Odwracam się w jego stronę. Zużywam całą swoją siłę, aby nie wpaść w szał.
- Sutenerstwo jest nielegalne, Pazina. Poznaj prawo, a potem... - ciągnie.
- To jest nielegalne tutaj - warczę jak zła suka. - Dlatego, że jest
niebezpieczne.
Nie przestają się mądrzyć. Robią to w obronie własnej. Ktoś zaczyna
płakać. Ktoś trzęsie się z nerwów. Trudno.
- Nie wiadomo, czy niebezpieczne. Różne osoby sexworkerskie mówią coś
innego. - Edgar poprawia okulary na czole.
Głęboki wdech. Twoje własne zasady, przypomnij je sobie. Na przykład ta:
gdy masz krzyknąć, weź głęboki oddech. Ułóż sobie w głowie zdania, które
chcesz powiedzieć. Daj sobie czas.
- Fakty. Są straszne, ale ja za to nie odpowiadam. Lucek nie żyje. Ktoś
go zabił. Policja twierdzi, że to ktoś, z kim Lucek uprawiał seks za
pieniądze. Ja nie chcę dramy. Ja chcę uczciwości. Chcę wiedzieć, kto z was o tym wiedział i to przede mną ukrył.
Milczą. Patrzą na swoje buty. Bardzo przestraszone, biedne dzieciaki.
Kurwa mać. Nagle to rozumiem. Wiedzieli wszyscy.
Najpierw rękę podnosi Edgar, potem, Rena. Potem jeszcze dwie osoby. A na
końcu Wiktor.
Okej, większość z nich po prostu się bała mi powiedzieć. Lubili go. Nie
chcieli kablować. Ale Wiktor - Wiktor to co innego. Wiktor jest
pełnoletni. Jest odpowiedzialny. Jest moją prawą ręką. Wiktor będzie
miał przepierdolone.
- Ja, ja po prostu uważałem... - zaczyna, potykając się o własne słowa. -
To by było wykluczanie, Pazina. Gdybyś go wyrzuciła.
Staję przed nim na odległość wyciągniętej dłoni. Proszę Boga, bo nie mam
już kogo prosić, o siłę, aby nie zmienić się teraz w najgorszą wersję
siebie.
- Może bym go wyrzuciła. Może nie. Ale znałeś zasady.
- Zasady? A ty co jesteś Pazina, jakimś SWERF-em? Co ty właściwie chcesz
powiedzieć, że Lucek umarł za karę?! - krzyczy w odpowiedzi. - Zastanów
się może, czy rzeczywiście jesteś po naszej stronie, co?
Besia podchodzi, przytula go. Mówi mu coś na ucho, co ma go uspokoić,
ale Wiktor się nie uspokaja. I ja też nie.
Jeśli masz krzyknąć, zaciśnij zęby. Policz do dziesięciu. Licz dalej.
Policz do stu.
A potem wytłumacz, o co ci chodzi. Drugiej osobie, i sobie samej.
- Jak może się domyślacie, walczymy tu o przetrwanie. Wszyscy chcą się
nas stąd pozbyć. Wykorzystają pierwszą możliwą okazję, bo nie uważają
nas za ludzi. I dlatego nikt w Azylu nie ćpa, nie kradnie, nie robi
sexworku, nawet nie jedzie tramwajem bez biletu. Nikt nie robi niczego,
co pomogłoby naszym wrogom nas stąd wykopać. Prosiłam was. Mówiłam wam
to codziennie.
Wiktor patrzy na mnie z żalem i wściekłością, które zburzyłyby
wieżowiec.
- Przestań zachowywać się tak, jakbyśmy to my go zabili! - krzyczy w końcu.
Biorę głęboki oddech. Jasne. Ma rację. To nie jest ich wina.
Głosem robota recytuję nowe zasady.
Od teraz nie ma wychodzenia z Azylu po dwudziestej drugiej. Zawsze mają
mieć włączone telefony. Muszę dostać numer do jednej osoby z rodziny,
której ufają - siostry, brata, cioci, dziadka, kogokolwiek. Podkreślam:
to dla waszego bezpieczeństwa. Obwieszczam to jak stan wojenny i wychodzę. Wracam do biura, zamykam drzwi. Papieros, woda. Nogi na
biurku. Po paru minutach kolejne oddechy mniej palą. Serce przestaje być
moim wrogiem. Może zachowuję się jak dziecko, które samo poddało się
głupiej emocji: biedna ja, smutna ja, ja zawsze będę szła sama. Ta
emocja jest głupia. Ona nie ma znaczenia. Przeganiam ją jak gryzący dym.
Lucek nie żyje. Ktoś gasił mu pety na twarzy. Lucek leży w pomieszczeniu
wyłożonym szmaragdowymi kafelkami.
Może rzeczywiście powinien to wszystko przejąć deweloper. Stworzyć tu
piękne, sztuczne mieszkania. Zamalować ściany, położyć parkiety, wstawić
designerskie meble. Ogrodzić bramę wjazdową, zainstalować monitoring,
wstawić na ochronę emeryta, dać mu krzyżówki i gaz pieprzowy. W podwórku
zrobić pasek równego zielonego trawnika. Zostawić tylko nazwę, Azyl,
jako przypomnienie, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczeństwo za
darmo, że trzeba sobie na nie zapracować.
Wiktor pojawia się po paru minutach. Siada naprzeciwko mnie.
- Obiecujesz? - pyta.
- Co? Co mam ci obiecać?
- Że ich znajdziemy - mówi cicho.
Patrzę mu głęboko w oczy. Czy istnieje określenie na kogoś, kto jest
przerażony i odważny jednocześnie?
- Ty nikogo nie będziesz szukał - odpowiadam.
- Obiecujesz? - pyta znowu, jakby nie usłyszał moich słów.
Patrzę na niego. Odwaga i strach zlały się w jego oczach w jedno. Jest
młodziutki, a zrobił już coś, o czym większość nawet boi się myśleć -
znalazł w sobie prawdziwego siebie i stał się nim, kosztem ostracyzmu i lęku. Niewiele rzeczy wymaga większej odwagi.
- Obiecuję - potwierdzam, łapiąc go za rękę.
- Bo policja go nie znajdzie... - zaczyna, ale pokazuję mu palcem, aby był
cicho.
Muszę stąd wyjść. Muszę o tym zapomnieć, chociaż na kilka minut. Wiktor
wychodzi za mną, odprowadza mnie do drzwi. Stajemy obok auta.
- Wiedziałeś coś więcej? - pytam go.
- Co więcej?
- Czy mówił ci o jakichś klientach? Opisywał ich? Podawał jakieś imiona,
ksywy?
Wiktor kręci głową. Nie umiem mu uwierzyć.
- Powiedział ci w ogóle dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego to robił?
- No dlaczego się to robi, Pazina, no weź - prycha, ale widzę coś w jego
oczach. Unik, tik. Małą nieprawdę.
Nie chcę go przesłuchiwać. W końcu go przytulam, całuję go w czoło.
Mówię mu, gdzie w biurze jest schowane tritico. Ma je dać wszystkim,
którzy nie będą mogli zasnąć.
Wychodzę z Azylu, w końcu. Wsiadam do samochodu, zamykam drzwi, w zapachu skaju i fajek jest coś kojącego i znajomego - jakieś
wspomnienie, jakieś dzieciństwo, bieg przed siebie po krzywym chodniku w dzień tak słoneczny i gorący, że skóra momentalnie robiła się brązowa,
Baltona na Polnej, rzędy kolorowych opakowań na półce w Supersamie,
wygłupy na przegubie w zapchanym, śmierdzącym autobusie, smak Pizzy Hut
w Panoramie, wyprawy na zakupy na Stadion Dziesięciolecia, pierwszy
przejazd linią metra, smród podziemi Centralnego, zanim go wyczyszczono,
pierwsze imprezy w Filtrach i Trendzie, Cricoland pod Pałacem Kultury,
giełda na Grzybowskiej, baseny Kora, księgarnia Odeon, letnie słońce
wpadające przez szyby barów mlecznych, bitwy między osiedlami,
heroiniści na Barbakanie, brunatna ziemia zamiast trawników, głupie
polskie piosenki, tatuaż zdobi twoją pierś, a wstyd, jakiego nie znam w nocy, sznuruje mi usta, wszystko, co było dobre, co było kiedyś i czego
już dawno nie ma; coś tak odległego, że nawet wspomnienie tego jest
niewiarygodne, pozbawione właściciela, dryfuje w próżni. To były
najlepsze czasy, to były najgorsze czasy. Wiosna pięknych nadziei, zima
wielkiej rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed
sobą. I być może tego wszystkiego nie przeżyłam ja, tylko ktoś zupełnie
inny, daleko stąd, a może przeżyliśmy to wszyscy, na innej planecie, w innym wymiarze, dawno temu w Warszawie.
*
Mieszkanie Ewy to kabina do teleportacji wyłożona wykładziną, pilnowana
przez pięć starych kotów. Boazeria, ściany pełne książek, suszone
kwiaty, mandale, flaga Tybetu, roczniki magazynów z czasów, gdy Tomasz
Raczek i Krzysztof Ibisz byli młodymi mężczyznami. Gdy Ewa idzie
zaparzyć herbatę, wchodzę na Instagram Lucka. Być może wszystko, co na
nim jest, zwiastuje tragedię, ale ja nie potrafię tego zobaczyć.
Niewyraźne zdjęcia, na których widać części ciała, wielkie, umalowane
oczy. Kadry z anime, memy o catboyach i simpach, o sikaniu do łóżka i kupowaniu gówna w Żabce. Fragmenty osoby, której już nie ma.
Przytwierdzone na stałe storki, niektóre jeszcze z jego domu. Szczur w klatce, jedzący mu z ręki. Szary widok za oknem. Japońskie litery,
malowane na kartkach kolorowymi farbkami. Żyletka i blada skóra.
Czerwone ślady.
- Zostaw to w cholerę - mówi Ewa.
Stoi w drzwiach, niska i krągła, w ciężkim czarnym swetrze. Ma chore
biodro, ale mocno stąpa po ziemi, nawet gdyby się rozpędzić i rzucić się
na nią, nie można byłoby jej przewrócić.
Kubki. Herbata. Ciasto. Nie należę do tego miejsca, mogę tu tylko chwilę
odpocząć.
- Nie chciało mi się piec. Zrobiłam je, żeby nie myśleć.
Biorę gryza.
- Czuć - mówię.
Uśmiecha się.
- Wiesz, odkąd pamiętam, mówiło się dzieciaki teraz to, te dzieciaki
teraz tamto. Ale... to jest jakaś wielka zbrodnia, Marta. Świat zastawił
na nie pułapkę i nie chce ich wypuścić. Polub to, kup to, będziesz
lepszy. Z drugiej strony świat się zaraz skończy, to apokalipsa. Czyli
kupuj i umieraj, kupuj i umieraj. A teraz jeszcze ta zaraza.
Kiwam głową. Jeden z kotów wskakuje mi na kolana, drugi ociera się o moje nogi. Szukają chorób.
- Oni nie mają żadnego życia - ciągnie Ewa. - Jest ekran dwadzieścia
cztery godziny na dobę. Płaska powierzchnia. Zero komunikacji. A rodzice
się boją. Bo zaraz wszystko się zawali, stracą robotę, mieszkanie,
stracą oszczędności. Lęk, wszędzie jest lęk, Marta, czujesz go?
Nie tylko go czuję. Ja go widzę. Lęk wisi w powietrzu, półprzezroczysta,
gryząca mgła.
- Świat jest złym domem - mówi moja przyjaciółka.
Uśmiecham się.
- Miałaś mnie, kurwa, jakoś pocieszyć.
Zapadam się w fotelu i odgryzam jeszcze kawałek ciasta. Z jednej strony
mogłabym zostać tu na zawsze, z drugiej - szarpie mną, aby jak
najszybciej wstać i wyjść. Mimo to mięśnie w nogach odpuszczają, znika
potworne napięcie w dole pleców, jakbym codziennie robiła martwy ciąg.
Biorę bardzo głęboki oddech. Próbuję robić tak, jak kiedyś uczyła mnie
Ewa - nabierać białe, wypuszczać czarne.
Chciałabym mieć kogoś silnego, kto będzie za mną stać i złapie mnie, gdy
stracę równowagę. Ale nie puszczam ofert w świat, nie przeprowadzam
castingu. Tinder to dla mnie generator losowych, dziwacznych zdarzeń,
kończących się drobnym wstydem i poczuciem straty czasu. Niby nie jestem
stara, jednak we własnej głowie mam co najmniej sześćdziesiąt lat.
Czasami sprawdzam przed lustrem, czy nie ruszają mi się zęby. Myślę o tym, że psuje mi się wzrok. Myślę o tym, że parę razy codziennie gubię
coś, co przed chwilą miałam w ręku.
- Nie możesz nic zrobić, gdy ktoś coś ukrywa - mówi nagle Ewa.
- Ja też nie trzymałam się zasad.
- Tak, nie trzymałaś się zasad. Co gorsza, tych, które sama
wprowadziłaś. Teraz się mówi, że zasady są złe, przemocowe. Tak naprawdę
zasady ograniczają przemoc. No ale wiesz. Niedługo stanie się coś
takiego, że ludzie sobie przypomną.
- Chyba nie chcę gadać o tym, co się stanie.
Nagle ogarnia mnie strach, że pewnego dnia się obudzę i ten stan, który
zwykle trwa kilka sekund, stan, w którym nie wiem, gdzie i kim jestem,
zacznie się wydłużać. Najpierw rozciągnie się do minuty, potem do
pięciu, w końcu do kwadransa, godziny, dnia, reszty życia.
- Co chcesz zrobić? Z tym chłopcem?
- Nie wiem. Obiecałam dzieciakom, że znajdę tego, kto to zrobił.
- Głupia jesteś. Jak?
- Mogę pomóc policji w śledztwie.
- Ty uważaj, żeby policja nie zrobiła cię współwinną. Najłatwiej
pomyśleć tak jak ta matka.
- To śledztwo prowadzi taka policjantka, ona... - Przerywam. Przecież sama
nie widzę sensu w tym, co mówię. Mam odnaleźć jakiegoś mordercę? - Może
ja rzeczywiście powinnam odesłać ich do domów? Może naprawdę robię im
większą krzywdę niż ci rodzice?
Pytanie zawisa bez odpowiedzi. Obie zapalamy papierosy, Ewa otwiera
okno. Podchodzę do niego, wypuszczam dym w ciemne, uśpione miasto.
- Boisz się wirusa? - pytam.
- Jasne, że się boję. Mój kolega umarł parę dni temu, w karetce. Facet
miał pięćdziesiąt lat.
- Mało.
- Niby mało, ale zaraz może się okazać, że to dużo. - Wzdycha.
Ze światem musi być naprawdę źle, skoro Ewa zaczyna złorzeczyć. Zawsze
potrafiła odgonić lęk, postawić mnie do pionu, wskazać, gdzie może
świecić światło, którego nie widać tylko ze względu na chwilową awarię.
- Ty straciłaś nadzieję, Ewka.
- Ja mam nadzieję, kochana. Mam nadzieję, że nie umrę w karetce, która
czeka w korku pod szpitalem.
Boże, niech ona tak nie gada, bo ja nie mam siły nawet płakać. Na całym
świecie jest niewielu naprawdę dobrych ludzi, a ona jest jednym z nich.
Być może dlatego została sama, z pięcioma kotami, zabunkrowana w przesiąkniętym nikotyną schronie. Nigdy nie chciała zbyt wiele i była
odważna, a wszystkich ludzi traktowała tak samo, bo patrzyła na nich
przez pryzmat ich cierpienia.
Dzwoni mój telefon. Wychodzę do malutkiej kuchni, zastawionej kolekcją
herbat i ziół w słoikach.
- Mówiłam ci, a ty swoje. - To Ewelina. Jest wściekła, ale komunikuje to
tak, jakby była moją koleżanką. Więc chyba zostałyśmy koleżankami,
chociaż żadna z nas tego nie chciała.
- Wiem, wiem, miałam z nią nie rozmawiać. Ale sama do mnie przyszła.
- Ona już sobie znalazła winnego, czyli ciebie. Mówiłam ci, że tak
będzie.
Miasto za oknem wygląda, jakby ktoś w zupełnej ciemności rozsypał trochę
świecącego piasku. Jakby ten piasek wypadł mu z olbrzymiej kieszeni, a on nawet nie zwrócił na to uwagi, tak jak nie zwraca się uwagi na
upchane w kieszeniach zużyte bilety, chusteczki, paprochy.
- Może i mówiłaś - przyznaję.
- Masz teraz naprawdę chujowego wroga.
Człowiek, który zabił Lucka, który gasił na nim papierosy, jest gdzieś w tym mieście, w tym złotym, sztucznym piasku, patrzy na to samo niebo.
Czy myśli o tym, co zrobił? Czy czuje niepokój? Czy boi się, że go
złapią? Czy tylko obsesyjnie planuje, jak zrobić to samo następnemu
dziecku?
- Jak mogę wam pomóc? - pytam.
W słuchawce dziesięć sekund wściekłej ciszy.
- Nijak. Sobie pomóż. Nie wpuszczaj jej więcej. Nie rozmawiaj z nią. Nie
rozmawiaj z nikim oprócz prawnika. Masz jakiegoś, prawda?
Jasne, że mamy. Mam całą bandę prawników, tylko żaden nie odbiera
telefonu. Tak jak większość ludzi, którzy tworzyli siatkę kontaktów
wokół Azylu - terapeutów, psychologów, prawników, lekarzy. Chorują albo
próbują nie chorować. Albo mają tysiąc ważniejszych spraw. Najpierw
trzeba ratować swoje życie, a dopiero potem jakieś obce dzieci.
- Dowiedzieliście się czegoś? - pytam.
- Na razie tyle, że Novotel nie potwierdził, że się tam meldował, no ale
trudno się było tego spodziewać.
Odwracam się od okna. Do jednej z szafek przyczepiona jest kartka z wydrukowaną sentencją: "Radość i spokój są możliwe właśnie w tej
godzinie, jeśli nie możesz ich znaleźć, to nie znajdziesz ich nigdzie".
Dobre sobie.
- Jesteś tam? - upewnia się.
- Jestem, jestem.
- Próbujemy teraz zmusić Novotel, żeby pokazał nam, czy go widać na
kamerach.
- I dasz mi znać, jak się czegoś dowiesz? - pytam.
- O Jezu, dziewczyno. Ja ci nie muszę niczego raportować, pamiętaj.
- Ja po prostu chcę wiedzieć - mówię jej i dodaję: - Jeśli tylko mogę
się do czegoś przydać, pomóc...
- Z nikim więcej nie rozmawiaj. To pomoże.
Ewa wchodzi do kuchni, zapala światło, patrzy na mnie z powątpiewaniem,
kręcąc głową. Obejmuje mnie. Pachnie papierosami, wełną, naftaliną,
czymś starym i ciepłym.
Zamykam oczy i robi mi się potwornie przykro.
Wszystko jest stracone, po prostu.
- Płacz, babo, płacz - mówi Ewa.
Czyli nie jest tak źle, czyli miałam siłę się popłakać.
Dotyka moich policzków. Uśmiecha się. Kłamała, jeszcze widzi gdzieś
jakieś światło, stara baba. Tylko nie chce powiedzieć gdzie.
Jeden z kotów wskakuje na blat i także wpatruje się w miasto, w obsypaną
złotym pyłem ciemność, nieruchomieje; czegoś tam szuka, być może
kolejnej ofiary, ale po chwili również zdaje sobie sprawę, że to
wszystko zaraz zniknie, i zeskakuje z powrotem na podłogę.
20 września 2020
- Kurtka.
- Jestem zajęty.
Nie podoba mi się to, więc jeszcze raz powtarzam jego ksywę, a on
jeszcze raz mówi, że jest zajęty. W końcu słyszę:
- Przyjedź.
Podróż trwa zarazem krótko i długo. W tym czasie dzwoni Wiktor - podobno
ktoś kręci się po podwórku, mężczyźni, dwóch albo trzech. Nic nie robią,
nie gadają, tylko chodzą, oglądają auta. Każę mu zamknąć drzwi, nikogo
nie wpuszczać ani nie wypuszczać, a jeśli nie znikną w ciągu trzydziestu
minut, zadzwonić do Eweliny. Podaję mu numer. To tylko strach, powtarzam
sobie. A potem przypomina mi się Betlejem. Elewacja kamienicy już dawno
nie jest osmalona, tylko kremowobiała, jej świeżość dziwnie kontrastuje
z szarością Centralnego i zastygłą, szklaną galaretą dachu Złotych
Tarasów. Za nowymi oknami kryją się biura, apartamenty do wynajęcia.
Pamiętam tamten ogień, i ten ogień w mojej głowie wpełza na podwórko
przy 11 Listopada, zaczyna lizać ściany Azylu, jego drzwi i okna.
Wywalam ten ogień z głowy.
Nikt nie pamięta Betlejem, i bardzo dobrze. Tak samo nikt nie pamięta Le
Madame, Jadłodajni Filozoficznej, Chłodnej 25, Miłości, Utopii. Nic nie
żyje wiecznie, więc dlaczego kluby miałyby żyć wiecznie. Zresztą gdy
zaraza się skończy, w Warszawie nie będzie już żadnego klubu.
- Zadzwoń też do Gabrysi z Klątwy - mówię mu i się rozłączam.
Gdy wchodzę do mieszkania Kurtki, on i jego ziomki zawieszają rozmowę.
Jej urywki słyszałam na korytarzu, jeszcze przez drzwi. Ktoś u kogoś
był. Ktoś kogoś nastraszył. Ktoś dał komuś jakiś towar, który potem
zabrał. Ksywy, bluzgi, ksywy. Lęk, dezorientacja, słabo ukrywane pod
zbędnym kozaczeniem.
Na mieście coś się dzieje - ale nikt nie powie mi co, i nie wiem, czy to
moja sprawa.
Dym jointów zmienił powietrze w klej, kaszlę od samego oddychania. Jest
tu jeszcze więcej bliźniaków niż ostatnio, cała banda, łącznie siedmiu
albo ośmiu. Trwa coś w rodzaju nerwowej narady, ale wszystkie rozmowy
cichną w momencie, gdy wchodzę do mieszkania. Niektórzy siedzą na
kanapie, inni na podłodze, podobne fryzury, dresy, szczupłe, wyrzeźbione
sylwetki. Pozornie nieruchomi, statyczni, mogą się zerwać w każdej
chwili, rzucić do szyi, zagryźć. Obserwują mnie bez zaciekawienia, nie
rozpoznają jako zagrożenie. Jestem dla nich takim dziwnym powietrzem.
Na kuchennym blacie, obok kartonów po pizzy, tacki z rozsypanym jaraniem
i kolorowych napojów w butelkach, leży mały plastikowy pistolet. Wygląda
jak zabawka. Kurtka zauważa, że go widzę.
- Kurwa, jak to wszystko się skończy, otworzę klub, gdzieś na
Parkingowej albo na Mazo, chuj wie - mówi, udając, że całe to spotkanie
to taki niezobowiązujący chłopacki melanż z jointami i konsolą. - To
jest Pazina. - Pokazuje na mnie.
- I jak nazwiesz ten klub, mordo? - pyta chłopak siedzący na kanapie.
Poznaję go, to ten, który był w Nietoperzu, ten, który oberwał kastetem.
- Flex - odpowiada Kurtka.
- Jest już taki klub - mówi inny koleś - w Łomiankach.
- A chuj giął Łomianki, wiesz, o co chodzi - autorytatywnie stwierdza
Kurtka.
- No ale jest. - Tamten nie daje za wygraną.
Kurtka bierze pistolet i chowa go sobie do przewieszonej przez tors
torby z logo Gucci. Widzi, że to widzę, i się szczerzy, pokazując aparat
na zębach. Dotyka łańcucha na szyi, wyciąga go na wierzch bluzy.
- Jak będziemy chcieli, kupimy sobie Łomianki - dodaje. - Mordko,
jednego dnia myślę, że jest przypał, ale dopiero następnego dnia jest
przypał. I tak w kółko, dzień świstaka, tylko bardziej, wiesz, o co
chodzi.
- U mnie tak samo. - Kiwam głową.
Mruży oczy.
- Ej, nie mów, że wyjarałaś to wszystko, co ci sprzedałem.
- Możemy pogadać na osobności? - pytam i widzę, że to pytanie go
krępuje.
Odwraca się do swoich żołnierzy i próbuje im pokazać głupią miną, że nic
go nie łączy z tą dziwną starą babą. Mimo to otwiera drzwi niewielkiej
sypialni, gestem zaprasza mnie do środka. Widzę podwójne niezasłane
łóżko, goły materac, szafę wbudowaną w ścianę i sportowe torby pełne
ciuchów.
Siada na łóżku, wyciąga z kurtki skręconego już jointa.
- Właśnie wychodzimy. Musimy popytać, co się dzieje.
- Ta sytuacja ostatnio?
- Były jeszcze dwie takie sytuacje, następnego wieczoru - odpowiada,
chrząkając. Jest naprawdę zdenerwowany. Nawet nie udaje odprężonego, tak
jak robi to zwykle. Bawi się łańcuchem, przesuwając go sobie po szyi w jedną lub drugą stronę.
Zapala jointa. Łapczywie połyka kulę dymu, trzyma ją w ciele, a gdy w końcu robi wydech, na zewnątrz wydostaje się tylko trochę pary, jakby
lekko chuchnął na mrozie. Częstuje mnie, nie odmawiam.
- Chodzi o tego chłopaka, Kurtka.
Patrzy na mnie spod przymrużonych powiek.
- Tego, co się zgubił? - pyta.
- Znalazł się - odpowiadam, a on to rozumie, bo oczy zwężają mu się
jeszcze bardziej. Wzdycha ciężko. Wstaje, poprawia bluzę.
- Był eskortem - mówię mu.
- Trafił na jakiegoś zwierzaka?
- Zwierzaka to ja mam w domu, mam nadzieję, że nie zdechł z głodu.
- Słowa to słowa, wiesz, o co chodzi.
Odwraca się do okna. Przez chwilę patrzy na neon Panoramy, następnie
zasuwa żaluzje, jakby ktoś schowany za tym neonem obserwował jego
mieszkanie.
- Chcesz, żebym ci pomógł, ale jak ja mam ci pomóc? To chore, że takie
rzeczy się dzieją, mam nadzieję, że ten, co to zrobił... no że pójdzie na
sztywną celę i go dadzą od kopa do wora. Ale nikt mi nic nie powie. -
Spogląda na mnie, jakby nagle nie miał żadnego problemu z patrzeniem
ludziom w oczy. - Tym bardziej że to na stówę wypadek przy pracy.
To, co mówi, jest tak głupie, że przez chwilę nawet nie mam siły się
oburzać.
- Kurtka, co ty pierdolisz? Jaki wypadek przy pracy?
- No jakieś bydlaki pojarały cracku, chciały poobracać se transa albo
chłopca jakiegoś, zwierzaki mają czasem taką jazdę, odzywa im się z puchy. Im bardziej wydziarani, w sześćdziesiątkach przekreślonych, tym
częściej u nich się to odzywa. No i on pewnie się przestraszył, chciał
pójść, ktoś za mocno mu odwinął. W końcu to chłopak, nie dziewczyna.
Można mu przypierdolić, co nie?
- Tak, a potem gasił na nim papierosy - mówię.
Nic nie odpowiada, kręci młynka palcami.
- Ludzie są gorsi od zwierząt, masz rację - rzuca po chwili.
- Chcesz coś lepszego? - pyta, pokazując na zgaszonego jointa między
moimi palcami.
- To znaczy?
Otwiera szafę, w środku, pomiędzy równo poskładanymi stosami koszulek,
dresów i bluz, jest niewielki czarny sejf, mniej więcej taki jak w hotelowych pokojach. W sejfie widać różne rzeczy, na przykład pliki
forsy spięte gumkami.
- Wiesz, że przez pierwsze trzy miesiące musieliśmy gonić maseczki? -
pyta.
Nie rozumiem, co do mnie mówi.
- No zamknęli granice, w ogóle nie było towaru, tylko jakieś gówno.
Przecież pamiętasz, do jarania sama słoma była. Więc handlowaliśmy
maseczkami, ściągaliśmy je z Chin, na potęgę. Maseczki i żele do rąk,
odkażające. Kurwa, ze sto koła na tym ogarnąłem. Nieźle, nie? - Wyciąga
ze środka plastikowy słoiczek pełen fluorescencyjnych kapsułek.
Przypominają coś z innej planety, rekwizyt z filmu science fiction. -
Kurwa, one naprawdę świecą w ciemności.
- Co to?
- Coś nowego.
Patrzę na niego jak na durnia.
- Opio. Dojebane - tłumaczy. - Na bazie oxy, ale zupełnie nowe wiązanie.
Z domieszką benzo. Bierzesz jedną, nie więcej. Jest tego bardzo mało,
jakby ktoś celowo to puszczał drobnymi partiami. Ale jest z tego
pierdolony hit, mówię ci.
Daje mi słoiczek do ręki. Lekki, waży tyle, co nic. Potrząsam nim, brzmi
jak instrument, grzechotka.
- To ci pomoże, to jest lepsze. - Nie mówi tego głosem handlarza, po
prostu stwierdza fakt.
- Nie, Kurtka, to będzie mój koniec.
Oddaję mu i jointa, i słoik. On bierze jointa, ale słoik wpycha z powrotem w moją dłoń.
- Koniec to będziesz miała zaraz, bo cię, mordo, wyłączy.
Pewnie ma rację. Pewnie zaraz się rozsypię. Może widać to po mnie
bardziej, niż mi się wydaje.
- To chyba uzależnia, nie? Jest jak heroina? - pytam.
- Heroinę wali się po kablach. Wiesz, o co chodzi. - Siada obok, zapala
jointa i kładzie się na kanapie. - Podobno nie wkręca.
- Jak na to mówią? - pytam.
- Świetliki.
- Był taki zespół - zauważam.
- Może, mordo. Ja pierdolę muzykę. Słucham tylko wiksy i Biggiego.
Whats beef, beef is when your mom ain't safe up in the streets, beef is
when i see you guaranteed to be in I-C-U. Skumałaś? Cały ten rap teraz
to Psi Patrol, wiesz, o co chodzi. - Wzrusza ramionami.
Zrobiłabym wszystko, żeby te kanty, ostre rogi wygładziły się chociaż na
moment. Gdy zamykam oczy, Lucek leży na stole w zielonym pomieszczeniu,
leży z zamkniętymi oczyma, nieruchomy i nagi, a rany i siniaki na jego
ciele sąsiadują z brzydkimi tatuażami. Człowiek, który to zrobił, jest
gdzieś w Warszawie, pod tym samym niebem. I jestem prawie pewna, że
teraz się śmieje.
Wkładam kapsułkę do ust, chemiczny, szpitalny smak momentalnie
paraliżuje mi język, kapsułka rozpuszcza się powoli jak miętówka. Kurtka
wstaje, podaje mi małą butelkę wody. Piję, a wtedy on mówi:
- Ty wiesz co, ja w sumie ostatnio słyszałem coś dziwnego. Jeden typ
mówił o swoim koledze, który ma normalnie żonę, tego... Ale czasem je z drugiej miski, wiesz, o co chodzi, i raz miał problem, bo jednego
chłopaka ciut uszkodził... No słyszałem taką bajerę. Że coś tam, że...
Krztuszę się, wypluwam wodę i kapsułkę prosto na swoje nogi.
- Kurwa, Pazina. - Kurtka wzdycha i wychodzi, wraca z papierowym
ręcznikiem. Daje mi go, abym się wytarła.
- Jaki typ? - pytam.
- Ej, Kurtka! Jedziemy?! - woła ktoś zza ściany.
- Tak, tak, już, zaraz.
- Jaki typ? - powtarzam pytanie.
- Słuchaj... nieważne, muszę lecieć. Łap orient, wiesz, o co chodzi.
- Kurtka, kurwa! - To ten sam chłopak, robi się jeszcze bardziej
niecierpliwy. Ktoś wstaje. Komuś dzwoni telefon. Robi się tłoczno,
głośno. Dym zaczyna wirować, włazić w nos, krztusić.
- Że jest problem, bo wziął i uszkodził jakiegoś małolata, co go poznał
na Grindrze. Zaprosił go na chatę i trochę go tam poddusił, pociął... no i trzeba było to potem tuszować, jakoś kleić. To nie było za kasę, ten
małolat to był w ogóle syn miastowego, żeby było śmiesznie. Jakiś stary
pruszkowski miał kruchego dzieciaka.
- Kurtka. Co. To. Za. Typ?
Dzwoni mój telefon. Wiktor. Łącznie od czasu ostatniej rozmowy, tej
godzinę temu, mam od niego kilkanaście nieodebranych połączeń.
Jeden z chłopaków wchodzi do pokoju, bez słowa pokazuje Kurtce ekran
telefonu. Kurtka kiwa głową, nerwowo przeciągając łańcuchem po szyi.
- Muszę iść. Ty też musisz.
Wstaję, i chyba mam na twarzy coś, czego on trochę się boi, a może
obawia się tego, co zobaczył przed chwilą na wyświetlaczu, w każdym
razie mówi:
- Zabiorę cię do niego, niedługo, ale teraz naprawdę musisz iść.
Wychodzę na zewnątrz i dopiero kiedy znajduję się na brudnobiałej klatce
schodowej, czuję, że jestem kompletnie sztywna od złości, lęku i trawy,
i nie mogę się nawet ruszyć.
*
Na podwórku Azylu stoi policyjny passat, czerwono-niebieskie światła
przelewają się po ścianach. Podbiegam, ściskając torbę, Ewelina stoi
nieopodal wejścia, rozmawia z Wiktorem i Besią. Kawałek dalej są Mateusz
i jeszcze jeden gliniarz, którego nie rozpoznaję, niższy i krępy, a za
nimi cała reszta lokatorów. Niektórzy w piżamach przytulają się do
siebie, jakby próbowali się nawzajem ogrzać. Na drzwiach wejściowych
widać namazany fluorescencyjnym sprayem napis UWAGA BURDEL i poniżej TU
GINĄ DZIECI. Dostrzegam też powybijane szyby na parterze i śmieci
walające się po podwórku, wysypane z poprzewracanych koszy. Smród
nadpalonej gumy, gryzący i kwaśny, włazi w nozdrza.
- To było coś w rodzaju koktajlu Mołotowa - mówi Ewelina. - Na szczęście
nie bardzo umieli go zrobić, więc po prostu osmaliło wam podłogę i ściany. - Patrzy na mnie i chyba myśli, że nie rozumiem, więc uściśla: -
Ktoś was próbował podpalić.
Spoglądam na ściśnięte dzieciaki. Blade, smutne twarze, kolorowe
rozczochrane włosy. Niezgrabne sylwetki. Oczy, niektóre piękne, ciemne,
oczy saren stojących na szosie i wpatrujących się w reflektory.
- Co tu robią psy, Pazina? - rzuca ktoś z grupki.
- Nie mówi się psy - odpowiadam.
- Od kiedy? - dopytuje się ten ktoś, ale puszczam to mimo uszu.
- Ten z brodą zawlókł mnie do suki siódmego sierpnia. Pamiętam cię z Tęczowej Nocy, skurwysynu - rzuca ktoś inny, chyba Majka, dziewczyna,
która przyjechała tu ze squatu w Poznaniu, gdzie wszystko było super,
dopóki ktoś nie wrzucił jej do browara pigułki gwałtu.
- Wszyscy do środka, Besia i Wiktor zostają - rozkazuję.
Nie mam im nic do zaoferowania poza rozkazywaniem. Ewelina to widzi. Gdy
dzieciaki są już w środku, odwracam się do Wiktora i Besi, pytam ich,
czy naprawdę nikt nie ucierpiał. Wiktor nie odpowiada, Besia potrzebuje
chwili. Oboje drżą z emocji. Patrzą na policjantów tak, jakby to oni
wybili szyby i zamazali bluzgami drzwi. Po mojej lewej jeszcze jeden
napis: PAZIŃSKA MORDERCZYNI. Jak znam życie, spółdzielnia potraktuje to
tak, jakbym sama to napisała, i zrobi wszystko, żeby wpieprzyć mnie w remont.
- Siedzieliśmy w świetlicy, czilowaliśmy, część spała. I usłyszeliśmy
hałas, tłuczone szkło, zbiegliśmy na dół, śmierdziało i dymiło -
opowiada Besia.
- Widzisz, Marta, to jest narażanie nieletnich na zagrożenie życia -
mówi Ewelina.
- Nie wszyscy tu są nieletni - uściślam.
- Ale ja mogę po tych nieletnich jutro przyjechać i wysłać ich do domów.
Nawet mogę cię zaaresztować. - Chcę jej przerwać, ale mówi dalej: - Ja
ci nie grożę, ja ci tłumaczę, dziewczyno. Jutro przyjedzie tu ktoś inny,
weźmie te dzieciaki siłą, nawet nie będzie się zapowiadał. Nie powie
nawet "dzień dobry".
- Nie - mówi Wiktor cicho. Wściekłość zgniata mu klatkę piersiową.
Ewelina patrzy na niego bez komentarza, czeka, co powie dalej.
- Ktoś musi jechać na komendę, złożyć zeznania - mówi Mateusz.
- Nie - powtarza Wiktor głośniej.
Próbuję go uspokoić:
- Wiktor, to nie są nasi wrogowie.
- Nie oddamy ofiar przemocy sprawcom przemocy. Obiecaliśmy im, że nigdy
nie będą szli sami. I nie będą - syczy. To wystudiowany, przećwiczony
tekst.
Ewelina patrzy na niego ze współczuciem.
- Jesteś dobrym dzieciakiem. A ja chcę ci pomóc.
- Tak? Jak chcesz mi pomóc? Co możesz zrobić? Wrzucić mnie do suki,
spryskać gazem, jebnąć mi pałą w głowę? - Wiktor podnosi głos do krzyku.
- Ej! - zwraca mu uwagę Mateusz.
- Wiktor, przecież sam do nich zadzwoniłeś - przypominam.
- Bo mi kazałaś. I nie odbierałaś.
- Ja pojadę - mówi w końcu Besia i rusza w stronę passata.
Mateusz posyła mi pytające spojrzenie. Kiwam głową. Przyciskam Wiktora
do siebie, z wściekłości jest sztywny jak kij. Proszę, by wszedł do
środka.
Gdy to robi, Ewelina pokazuje głową, abyśmy odeszły na bok.
- Gdzie byłaś? W domu? - pyta.
- Co cię to obchodzi?
- Poza wszystkim jest kwarantanna. Kiedy ostatnio testowałaś ich na
covid?
- Prawie wszyscy już przechorowali - odpowiadam.
- To ty myślisz, że nie można zachorować drugi raz? Można i cztery razy.
Podsuwa mi papierosy, biorę jednego, przez chwilę stoimy w milczeniu,
paląc, a niebiesko-czerwone światła przelewają się po ścianach, aż w końcu ona mówi:
- Dziewczyno, to dla twojego dobra, twojego i ich. Przynajmniej oddaj
tych nieletnich.
- Oddaj?
- Wiesz, o czym mówię.
Wdeptujemy pety w ziemię.
- Tak w ogóle, to coś mamy - zmienia temat. - Portier jednak go
rozpoznał.
- Więc można sprawdzić, w którym był pokoju, no i z kim. - W ułamku
sekundy robię się bardziej przytomna.
- On twierdzi, że go nie wpuścił. Że kręcił się trochę przy lobby, ale
kazał mu spierdalać.
- Bo?
- Bo kiedy wchodzą sami, bez fagasa, muszą opłacić się portierowi, aby
wjechać na górę. Sprawdzamy, czy miał jakiegoś sutenera. To znaczy
raczej nie, bo wtedy nie tylko my szukalibyśmy zabójcy. Ale sprawdzamy.
- Sutenera - powtarzam to słowo, jakby należało do jakiegoś innego
porządku. Do kurwy nędzy, to był chłopiec, który ledwo co odkrył, że
jest gejem, który oglądał anime i filmy z ballroomów na YouTubie.
Zimna kropla kapie mi na nos, na czoło. Mnie to nie przeszkadza,
mogłabym stać w deszczu godzinami, dopóki nie spłucze ze mnie Lucka,
wirusa, Kurtki, Jacka, ale Ewelina ewidentnie nie lubi, gdy woda moczy
jej przylizane, ściśnięte w warkocz włosy. Nagle w ciszę wbija się
chrzęszczący, niewyraźny głos szczekaczki. Nie rozróżniam słów, ale
policjanci w sekundzie robią się podminowani.
- Musimy jechać - mówi Mateusz. Pokazuje Besi, aby wysiadła z auta, i popycha ją w moim kierunku. - Przywieź ją jutro, żeby złożyła zeznania.
Ewelina podchodzi do nich, pytając, co jest.
- Strzelanina przy rondzie Wiatraczna. My jesteśmy blisko, jedziemy.
- Ktoś nie żyje?
- Jakiś chłopak leży pod budą z kebabem. Trudno powiedzieć, chyba
małolat.
- Myślisz, że to oni? - pyta Mateusz.
Ewelina spogląda na mnie, a potem na Mateusza. Nie odpowiada.
Nie wiem, kogo ma na myśli, mówiąc "oni", ale przypominam sobie
plastikowy pistolet na blacie, Kurtkę chowającego go do torby,
podekscytowanych chłopaków w pokoju pełnym kleistego dymu. Czuję impuls,
aby do niego zadzwonić. Ale nie, są ważniejsze sprawy.
Wsiadają do auta, włączają bombę. Gdy stoi się obok, dźwięk jest tak
głośny, jakby ktoś wbijał ci nóż w bębenki. Niebieskie i czerwone
światła oblewające ściany w końcu znikają i teraz podwórko oświetla
pojedyncza latarnia. Zostajemy z Besią we dwie w zimnej ciemności,
gęstej jak syrop.
Wykręcam numer Kurtki. Mimo wszystko się martwię. Mimo wszystko to
kolega. Ma wyłączony telefon.
Nadzieja, że to jednak nie on.
- Wiesz, co oni każą mi zrobić - mówię do Besi.
Kiwa głową.
- Jeśli ich odeślemy... to będzie, jakbyśmy się poddali - odpowiada, i ma
rację. Słowo "poddali" przybiera kształt kilkutonowego sześcianu, który
zawisa nad naszymi głowami.
- Ale wtedy może, podkreślam, może będziemy mieli szansę na przetrwanie.
Chociaż może nie jest dane nam przetrwać. Może musimy upaść, aby
przyszli po nas inni. A może nic już po nas nie przyjdzie. Rozrzucony na
ziemi złoty piasek dogasa, zamienia się w popiół.
24 września 2020
Nie zrywam folii, tylko próbuję zdrapać taśmę z framugi, łamiąc sobie
przy tym paznokcie. Nie wiem, po co mi ta dokładność. Framuga jest stara
i brudna, i będzie stara i brudna do końca swoich dni, pojedyncze płaty
taśmy klejącej nie ujmą jej żadnej urody. Ale paznokcie drapią same,
zapamiętale, aż Besia podaje mi nóż. Taśma odchodzi, ale razem z płatami
farby i wiórami drewna. Facet z firmy okienniczej stoi obok, oparty o ścianę.
- No ma pani szczęście, jak by nie było pandemii, w życiu by się nie
udało tak szybko wyciąć tej szyby.
- Że ja miałam pieniądze, to również fart.
Zmarszczki na twarzy i łysa głowa nie pozwalają określić, ile ma lat, w każdym razie jest miłym człowiekiem, takim szczerze miłym, co jest
naprawdę rzadkie. Pali, co chwila ociera dłoń z niewidocznego brudu o poplamione farbą robocze portki. Pachnie piwem i pyłem. Jest pierwszym
człowiekiem od dawna, który nie przyszedł tu, by nas w ten czy inny
sposób skrzywdzić.
W końcu folia upada na ziemię i facet zaczyna wstawiać szybę. Pytam go,
czy chce kawy, odpowiada, że tak. Robię mu ją ze szczerą wdzięcznością.
To, że miałam pieniądze, to nie był fart, tylko kolejny test godności,
nie wiem już który w moim życiu.
- Ale po co ci to? - zapytała rano moja matka, stojąc na balkonie
swojego domu na Starych Bielanach.
Poranek był piękny, słoneczny, drzewa jeszcze dziwnie zielone, tak jakby
jesień bała się wejść do jej ogrodu. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak
było. Psy z uporem oszczekiwały wiewiórkę, a matka oszczekiwała mnie,
wydając krótkie, głośne warknięcia.
- Mamo, możesz być mniejszą jedzą. Naprawdę.
- Żebyś ty mnie w końcu doceniła, Martusia. Ile litrów krwi na ciebie
poszło.
- Przynajmniej nie pytaj za każdym razem o to samo. Są inne pytania. Na
przykład: jak się czujesz?
Zrobiła się zła i zmieszana. Nie, warknęła, pytała o to po raz pierwszy.
Czekałam, aż powie, że nie mam predyspozycji na Ochojską. Na razie
zaniosła się kaszlem. Rzuciła palenie, ale pewnie za późno. Stara
okrutnica w równie starym zamku.
- Ty nie masz predyspozycji na...
- Na Ochojską, mamo, wiem.
- No właśnie, Martusia. Dokładnie tak.
Była jednak w świetnym humorze, bo zwykle miała jeszcze inne zacinające
się płyty do zagrania: "Zmarnowałaś życie", "Trzeba było iść na
medycynę", "Twój ojciec byłby załamany". Była tak wesoła, że dała mi te
zasrane dwa tysiące, a ja mogłam zapłacić facetowi za wstawienie szyby.
Wszystko, co powiedziałabym, zostałoby użyte przeciwko mnie. Poza tym
też miałam swoje płyty do zagrania, swoje małe skalpele pochowane w rękawach, tylko nie widziałam sensu ich użycia po raz nie wiadomo który.
Powiedziałam jej jednak o śmierci Lucka.
- O matko święta, to straszne - zaczęła, ale zaraz weszła na swój
klasyczny tor: - Widzisz, mówiłam ci, same kłopoty. Tym się zajmują
ludzie, którzy się do tego nadają.
- W sumie to nikt się do tego nie nadaje.
Słodka, przeciągła melodia szlagieru Co ja zrobiłam, że ty jesteś taka
niedojrzała wybrzmiała, gdy już stałam w drzwiach, żegnając się z psami.
Gdy wychodziłam, wcisnęła mi w rękę kolejne dwa tysiące. Popatrzyłam na
nie zdziwiona, a mama zaczęła płakać.
- Żeby dorosła kobieta musiała prosić o taką kwotę - powiedziała.
- To mój wstyd, nie twój - odparłam. Do furtki odprowadzał mnie jej
szloch, głośny i teatralny.
Musiałam to wychodzić, z Cegłowskiej na 11 Listopada doszłam na
piechotę. Szłam szybko, bez przerwy, zatrzymałam się dopiero przed
kioskiem Ruchu. Żołądek zamienił mi się w bryłę brudnego lodu, gdy na
okładce prawackiej "Naszej Warszawy" zobaczyłam niewyraźne zdjęcie Lucka
i tekst: 16-LETNI OSKAR, OFIARA PROPAGANDY LGBT?
Kupiłam dwa numery. Leżą teraz na podłodze, przykrywają nadpalony
fragment linoleum. Depczę po rozkładówce, po artykule, w którym
napisano, że pracowałam jako naganiaczka w klubach, załatwiałam
narkotyki celebrytom, a obecnie zmuszam dzieci do prostytucji i tranzycji. Nie wiem, czy mogę z tym cokolwiek zrobić, na przykład ich
pozwać. W artykule figuruję jako Marta P., mimo że nikt nie postawił
mnie w stan oskarżenia.
Facet w końcu wstawia szybę. Daję mu pieniądze i proponuję, aby wpadł
kiedyś na kawę, może ze zmęczenia, w każdym razie brzmi to głupio.
Pogrzeb Lucka będzie za trzy dni. Ewelina zabroniła mi wziąć udział w ceremonii. Gdy zapytałam, czy mogą iść dzieciaki z Azylu, odparła, że to
moja odpowiedzialność.
Po południu siedzimy w sali telewizyjnej i gramy w kalambury. Nie
zgaduję większości haseł, ale śmiejemy się wszyscy razem, wygłupiamy i klaszczemy. Wspólny czas przeradza się w coś w rodzaju imprezy na cześć
Lucka. Besia piecze ciasto. Edgar gra na małym keyboardzie podłączonym
do laptopa. Niektórzy puszczają swoje ulubione storki z TikToka, głównie
te wrzucane przez idolkę dziewczyn, Michałkę. Michałka to spora osoba,
wysoka, ma męskie, wielkie łapy, używa ich czasem do porachunków z homo-
i transfobami. Wszyscy biją brawo, gdy jakiegoś Janusza, który wyzywa ją
od "przebranego chłopa", podnosi bez wysiłku do góry, jakby ważył tyle,
ile mały psiak. W końcu każę im to wyłączyć. Dość TikToka, macie TikToka
cały czas. Pośpiewajmy. Potańczmy. Próbujemy, ale nie umiemy zgrać się w jeden wspólny rytm. Dziewczyny śpiewają hity Dua Lipy, Ariany Grande,
Justina Biebera. Nie znam tych piosenek, ale potem ktoś włącza Abbę, a ja wcale się nie cieszę, bo czuję się jak siedemdziesięciolatka. Jemy
ciasto, jemy jabłka i gadamy głupoty, i opowiadamy sobie dowcipy, i pokazujemy sobie memy. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy duchami, które
nawiedzają opuszczoną praską kamienicę. Zaczynają krążyć straszne
historie: o dziewczynie, która grała w przeklętą grę online, a potem
zabiła swoją babcię, o opuszczonym domu pod Legionowem, do którego
ludzie przychodzą popełnić samobójstwo.
Około północy się żegnam, jadę do domu, chcę się wyspać we własnym
łóżku. Nie wspominam słowem, że policja kazała mi ich odesłać do domów.
Nie mam tyle siły.
Schodząc, dotykam świeżo wstawionej szyby i śmieję się z własnej ulotnej
myśli, że nikt jej już nigdy nie wybije, że tym razem wstawiłam ją na
amen, że jesteśmy nietykalni i bezpieczni.
Na podwórku przystaję i patrzę w nasprayowane na ścianach bluzgi; być
może odpowiada za nie ta sama osoba, która napisała artykuł. I wtedy
migają światła zaparkowanego za mną samochodu. Rozlega się ciche
piknięcie otwierających się drzwi. I głos:
- Przejedzie się pani z nami?
Robię krok w ich stronę i próbując przebić się wzrokiem przez
oślepiające światła reflektorów, mówię:
- Ani się ważcie wejść do środka.
Intruz nie odpowiada. Muszę zasłonić sobie oczy. Gdzieś spoza świateł
wyłaniają się dwa ludzkie kontury.
- I jeśli wybijecie mi znowu szyby, to przysięgam, że was, kurwa,
pozabijam - dodaję w nagłym przypływie odwagi.
- Nie wiemy, o czym pani mówi - odpowiada facet, a halogeny w końcu
gasną.
Gdy wraca mi wzrok, widzę, że typ nie wygląda jak zwykłe barczyste
chamidło, które wysyła się, aby kogoś nastraszyć. Jest szczupły i wysoki, przed trzydziestką, ma na sobie koszulę i sportową marynarkę. Po
chwili zauważam, że ma też zarost prosto od barbera i modne okulary.
- Proszę pani, my nie wybijamy szyb. My je wstawiamy. My budujemy domy.
Pytam ich, gdzie niby mamy się przejechać.
- Do biura, proszę pani. Powinniście uczciwie porozmawiać, pani i szef.
Już rozumiem, z kim rozmawiam.
- To szef nie jest na Bali?
- Myślę, że pani wie: nie za bardzo można tam teraz polecieć.
- Myślę, że dla pana szefa rzeczy niemożliwe to drobnostka. Czemu nie
pofatygował się tu osobiście?
- Jest zajęty.
W samochodzie pachnie środkiem do czyszczenia skóry, który śmierdzi
gorzej niż jakikolwiek brud.
- O tej godzinie jest zajęty?
- Coś w tym złego? - odpowiada mężczyzna.
Sama nie wiem, czy jest w tym coś złego. Staram się oddychać jak
najwolniej i jak najgłębiej. Jadę bronić tych dzieciaków. Powstrzymać
nieuchronne, chociaż na moment.
- Wie pani, pani Marto, ludzie, którzy dochodzą do czegoś w życiu,
często pracują do bardzo późna - ciągnie mężczyzna, w ogóle niepytany.
- A pan jak ma na imię? - pytam go.
- Marcel.
- Marcel, ja całe życie pracowałam do późna, a nawet do rana, i do
niczego nie doszłam.
- Późno to nie wszystko, trzeba jeszcze ciężko - stwierdza, bardzo z siebie zadowolony.
Wjeżdżamy na most Świętokrzyski. Wisła to ciemna i zimna stal, gdyby w nią skoczyć, człowiek roztrzaskałby się o powierzchnię. Gdzieś z przygaszonej, cichej Warszawy dobiega głos, cichy głos ducha. Coś
śpiewa, nie rozróżniam słów. Może to ja jestem duchem, który nawiedza to
miasto.
- Może nie trzeba w życiu do niczego dochodzić - mówię.
- Oczywiście, że nie trzeba. Ale nie trzeba się też przejmować tymi,
którzy nie doszli.
Zastanawiam się, jaką właściwie ma definicję "dojścia do czegoś". Pewnie
taką, jak z coachingowego kanału na YouTube, oglądanego przez chłopców z podstawówki. Czasami do Azylu trafiają chłopaki takie jak Przemo,
samotne i wyśmiewane. Zostawione przez ojców, traktują te idiotyzmy jak
Koran. Posłuchaj uważnie, w bezwzględnym świecie krwiożerczych hien
trzeba być lampartem, alfą lub sigmą. Bo tylko prawdziwe wilki mogą żyć
pełnią życia, mieć super laski, auta, wakacje w Dubaju, zegarki warte
tyle, ile mieszkania. Jeśli chcesz mieć, musisz umieć gryźć. Musisz być
gotów walczyć na śmierć i życie.
A może wyznaje wersję bardziej konserwatywną - taką, w której zapewnia
bezpieczeństwo jakiejś wyimaginowanej, fajnej, ładnej i zdrowej
rodzinie. Tak czy siak, bez wątpienia jest człowiekiem takim samym jak
jego pracodawca. Wszystko, co nie jest zyskiem, jest stratą czasu.
W sumie nie wiem, co wyznaje. Czemu się nad tym w ogóle zastanawiam?
Wjeżdżamy w Kruczkowską. Oczywiście, gdzie może mieszkać Anioł Biznesu,
jeśli nie w penthousie na Powiślu?
- To piękne miejsce - mówię z przekąsem, gdy wysiadamy. Marcel patrzy na
mnie, jakby właśnie zrozumiał, że mam ciężką psychozę. - Piękne jak
śmierć - dodaję, a on odwraca wzrok i bez słowa wpuszcza mnie na klatkę
schodową, śnieżnobiałą jak śnieg w lesie.
Apartament jest ogromny, przestrzenny, przedpokój wyłożono marmurem. Na
jednej z białych ścian wisi płachta materiału z nadrukowaną mandalą.
Minimalistyczne, designerskie meble musiały kosztować tyle, ile Azyl od
początku swojego funkcjonowania. Anioł Biznesu medytuje, siedząc na
małej poduszce i wpatrując się w mandalę, zasłuchany w niski, buczący
dźwięk dobiegający z audiofilskich głośników. Długie, siwawe włosy ma
spięte w kucyk, ręce splecione na brzuchu. Na ścianie nad nim góruje
olbrzymi telewizor z wyłączonym dźwiękiem.
Gdy wchodzę, nie reaguje. Marcel nakazuje mi gestem, abym usiadła na
kanapie.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Na ścianach wiszą obrazy przedstawiające
androgyniczne sylwetki tańczące z kulistymi, świetlnymi obiektami. Są
szpetne, raczej namalował je ten sam człowiek, być może sam Anioł. Jedna
ze ścian w całości pokryta jest przyczepionymi do niej polaroidami.
Podchodzę do nich, przedstawiają Anioła na tropikalnych plażach,
otoczonego różnymi ludźmi, głównie kobietami, spalonymi słońcem na
ciemny brąz i okutanymi w chusty, pokrytymi tatuażami przypominającymi
wzory z henny, które romskie dziewczyny przebrane za Hinduski robiły na
bazarach w latach dziewięćdziesiątych. Wszyscy są nienaturalnie
uśmiechnięci, jakby zawiesił im się zły mefedron, w oczach mają dziwny
obłęd. Każda z tych instagramowych czarownic wygląda jak swój własny
sobowtór, to samozwańcze kapłanki trefnych religii, które w praktyce
polegają głównie na sprzedawaniu biżuterii i warsztatów ze smarowania
się czekoladą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki