Dawno temu w Warszawie. Ślepnąc od świateł. Tom 2 - Jakub Żulczyk

Kup ebooka

53.90 zł
44.74 zł (37,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Pod War­szawą, listo­pad 2020

Stało się.

Świat się skoń­czył.

Nade­szło Groźne i Inne.

Prze­stań­cie się mazać, to dopiero począ­tek. Nie zapi­naj­cie pasów, to bez sensu, auto jedzie zbyt szybko. Ten czas będzie trwał dłu­żej, niż potra­fi­cie sobie wyobra­zić; będzie trwał jesz­cze długo po tym, jak umrą wasze dzieci. Mamy nowe dni, tygo­dnie, nowe lata. Potrze­bu­jemy nowego kalen­da­rza, nowych nazw mie­sięcy, nowych świąt.

Jeste­śmy pod War­szawą, na pła­skim tere­nie dookoła mia­sta, poprze­ci­na­nym rze­kami i rów­nymi kwa­dra­tami lasu o prze­zna­cze­niu gospo­dar­czym, na ziemi, która pod­czas wszyst­kich pór roku ma ten sam cmen­tarny kolor. Sto­imy na łące, nie­opo­dal Bugu. Na hory­zon­cie maja­czą silosy, maga­zyny, wiel­kie i kan­cia­ste domy jed­no­ro­dzinne. Nie­które wciąż nie­do­koń­czone, mar­twe pomniki nie­uda­nych inte­re­sów. Jakby zabrane tajem­ni­czą siłą z zupeł­nie innego miej­sca, zrzu­cone tutaj w ramach nie­zro­zu­mia­łego dow­cipu. Wszyst­kie udają, że są puste. Nikogo nie sły­chać i nas też nikt nie usły­szy. Jest jesień. Świat się skoń­czył, ale jesz­cze nie umarł. Ta śmierć potrwa długo, co naj­mniej całe wasze życie.

Łącz­nie jest nas sze­ściu. Dzie­limy się na dwie grupy, klę­czą­cych i sto­ją­cych. Sto­ją­cych jest czte­rech. Ja, on i jesz­cze dwóch, nazwijmy ich Wysoki i Sze­roki. Nazy­wają się ina­czej, ale to nie­ważne. Wysoki jest czło­wie­kiem. Szer­szy jest nim tro­chę mniej.

Pozo­sta­łych dwóch klę­czy na ziemi. Za chwilę umrą.

Przy­wieź­li­śmy ich tutaj z róż­nych miast. Pierw­szego wyję­li­śmy z rodzin­nego domu, zabra­li­śmy od dzieci i żony.

Drugi, z dru­gim był kło­pot, kome­dia pomy­łek, ale o tym póź­niej. Na razie to bez zna­cze­nia.

Wszy­scy kocha­cie War­szawę i jej legendy. Sądy pod­ziemne, Kie­row­nic­two Walki Cywil­nej. To, co zro­bi­li­śmy, to pra­wie to samo. Zaraz, nie obu­rzaj­cie się tak. Prze­cież zna­cie te baśnie z ksią­żek. Kocha­cie je, bo czy­nią was czę­ścią cze­goś więk­szego. Ow­szem - wtedy trwała wojna, żoł­nie­rze wal­czyli o honor, War­szawę, Pol­skę, a my jeste­śmy zwy­kłymi ban­dy­tami. Mor­der­cami, gor­szymi niż Prusz­ków i Woło­min. Jeste­śmy zmorą tego kraju, jego cichymi oku­pan­tami.

Upa­śli­śmy się na jego krwi jak klesz­cze.

Ale posłu­chaj­cie - tak naprawdę każda sytu­acja, w któ­rej ktoś klę­czy na ziemi, a ktoś inny trzyma mu pisto­let przy gło­wie, jest taka sama. Dobro i zło to deko­ra­cja. Pro­gram ope­ra­cyjny.

Ojczy­zna, pie­nią­dze, honor, zysk, triumf są ważne dla tego, kto patrzy, i dla tego, kto trzyma pisto­let. Ale nie mają już żad­nego zna­cze­nia dla tego, który klę­czy na ziemi.

- Bła­gam was, daruj­cie, ludzie, daruj­cie. - Widzę, jak w powie­trzu dookoła jego ust zni­kają kro­pelki śliny.

Ten pierw­szy to zwy­kły męż­czy­zna. Naj­zwy­klej­szy Polak w Pol­sce. Ma ide­al­nie obo­jętną fry­zurę, tro­chę prze­rze­dzoną na czubku głowy. Jest mię­dzy trzy­dzie­stym a pięć­dzie­sią­tym rokiem życia. Nosi tanie ubra­nia i spor­towe buty. Prze­stał o sie­bie dbać, bo teraz musi dbać o innych. Pozbył się więk­szo­ści marzeń, słusz­nie, one bar­dzo prze­szka­dzają. Jest prag­ma­tyczny, nawet silny, cho­ciaż nie tak silny jak jego ojciec i dzia­dek.

Ten drugi nie mówi nic. Jest umię­śniony, zro­biony z żył i zmarsz­czek. Twarz, pozba­wioną wyrazu, zalewa krew. Ta krew ścieka na dre­sową bluzę. Męż­czy­zna ma zła­many nos, wybite przed­nie zęby. Strasz­nie wrzesz­czał, ale teraz jest cicho.

Spo­koj­nie, to tylko otchłań. Tam nikogo nie ma. Jest cicho i bez­piecz­nie.

To łatwe, zła­pać kogoś, popchnąć w stronę samo­chodu, zawieźć na śmierć. To łatwe, ale i potężne. Ludzie nie rozu­mieją, dla­czego zabić kogoś to tak poważna sprawa. Nie umieją wyobra­zić sobie, jak to jest - zga­sić cały poje­dyn­czy kosmos. A jed­nak robią to cały czas. Zabi­jają się codzien­nie. Powoli i szybko. Okrut­nie i łagod­nie. Dla zysku i dla zabawy.

Za parę minut będziemy iść przez łąkę, jakiś kilo­metr, aż doj­dziemy do nie­utwar­dzo­nej drogi. Na dro­dze cze­kają pojazdy: dwa czarne range rovery oraz brudny biały mer­ce­des sprin­ter. Spo­tkamy tam jesz­cze trzech męż­czyzn. Dołą­czymy do nich, wsią­dziemy do aut. Doje­dziemy do głów­nej drogi. Sprin­ter tam zosta­nie; oblany ben­zyną i spa­lony.

Ten pierw­szy, zwy­czajny męż­czy­zna zanosi się pła­czem.

- Ludzie, to nie ja, to nie był mój pomysł. To naprawdę nie byłem ja. Nie ja, nie ja, nie ja. Ja mówi­łem, aby tego nie robił. Mówi­łem mu, kurwa! - Już nie ma siły bła­gać. Krztusi się, char­czy.

- Ale się obsrał - komen­tuje Sze­roki. Żyły wiją mu się pod skórą czaszki jak korze­nie paso­ży­tu­ją­cej na nim rośliny.

I Sze­roki, i Wysoki znają takie sytu­acje. Róż­nica jest taka, że Sze­roki jest stąd, z kraju, który prze­żył swoje naj­więk­sze pie­kło jesz­cze przed jego naro­dze­niem. Jest tutaj, bo doko­nał wyboru. Wysoki nie jest stąd. Wysoki jest ze Wschodu. Dla Wyso­kiego spo­kój to krótka ano­ma­lia w prze­rwach od wojny.

Ale tak naprawdę istotni jeste­śmy tylko ja i on.

Być może ist­nie­jemy tylko my, ja i on.

Tutaj, na krwa­wym dysku w samym środku Pol­ski.

- Dzię­kuję - mówię mu. Teraz jest moim wspól­ni­kiem. Być może jest też moim kum­plem. Jedy­nym, jakiego mam.

- Nie ma za co, miło­ści ty moja - odpo­wiada.

Ten drugi rów­nież zaczyna gło­śno pła­kać.

- A ty nie płacz, cwe­lu­chu. Sam sobie to zro­bi­łeś. Sam tu przy­la­złeś i sam uklą­kłeś - mówi on.

Stoi z pisto­le­tem w ręku i czeka. I dłoń, i pisto­let są cięż­kie, nie­fo­remne. Dwie kule brud­nego chleba, pra­wie bez paznokci. Jego czaszka - stary kamień. Słowa, które wypo­wiada, na początku są śmieszne, ale tylko na początku. Ma głos kogoś, kto nie powi­nien ist­nieć. Każ­dego, kto go usły­szy, pie­cze serce z lęku. Zresztą spójrz­cie na niego. On tylko na pozór jest zabawny, nie­praw­dziwy. Popa­trz­cie na wytartą na łok­ciach skó­rzaną kurtkę, taką, jakie noszono w fil­mach o pol­skiej mafii w latach dzie­więć­dzie­sią­tych, na ubło­cone adi­dasy, nie­gdyś białe, pod­róbki kupione w Wólce. Bluzę sta­rej rapo­wej firmy, spraną i gdzie­nie­gdzie dziu­rawą. A potem spójrz­cie mu w oczy. Sko­rupka jest cienka, cień­sza niż u kogo­kol­wiek innego. To, kim jest naprawdę, pul­suje odkryte pod sza­rym nie­bem.

- Nie musi­cie tego robić - wyrzuca z sie­bie ten pierw­szy na bez­de­chu. - Po pro­stu... ja wiem, że... dwa­dzie­ścia pięć lat, ja jestem gotów... ja... obaj jeste­śmy gotowi.

- Nie musimy tego robić. - On go prze­drzeź­nia. - Ty nie musisz być cwe­lu­chem, cwe­lu­chu. Masz teraz oka­zję, by się zmie­nić, zostać chło­pem wiel­kim dębem. Na samiuśki koniec, ale zawsze coś. Zawsze warto sobie wyjąć kamyk z buta, nawet na mecie.

Poza stra­chem męż­czy­zna czuje potworne upo­ko­rze­nie. Zasłu­guje na to wszystko, na każdą z tych potwor­nych sekund.

- Więc co wybie­rasz, chło­pie?

Oto wyrok w imie­niu Pol­ski pod­ziem­nej. Pod­ziem­nej, bo zamiesz­ka­nej przez robaki i krety.

To my jeste­śmy Pol­ską pod­ziemną.

Wła­śnie wycho­dzimy na powierzch­nię.

Po bru­nat­nej łące błą­kają się bez­domne duchy. Ludzie uwię­zieni w pusto­sta­nach trzęsą się ze stra­chu. Jeste­śmy pod War­szawą, ale zaraz będziemy w War­sza­wie. Jeste­śmy pod Pol­ską, ale zaraz będziemy w Pol­sce. Wygrze­bu­jemy się, odwra­camy do słońca. Nic nie zstąpi i nic nie odnowi. Za późno, za mało.

Na wystrzał zry­wają się ptaki. Ciała opa­dają miękko w mokrą zie­mię, bez­dź­więcz­nie. Niebo męt­nieje. Na sekundę ból prze­szywa mi brzuch.

To ten stary, mar­twy ja. Cza­sami odzywa się zza grobu, pró­buje mnie prze­wró­cić, ale stoję sta­bil­nie na ziemi. Cofam się parę kro­ków. Śmierć jest zwy­czajna. Gdyby nie dziury w czasz­kach, mar­twi ludzie wyglą­da­liby jak menele śpiący w parku.

Oddaję mu broń. On jej nie chce. Rzuca ją mię­dzy trupy, jakby pstry­kał petem. Pod­no­szę ją z ziemi. Wkła­dam za spodnie. Pozbędę się jej póź­niej.

Jesz­cze raz wyobraź­cie sobie tę scenę. Wejdź­cie w nią. Butwie­jąca trawa, powie­trze prze­sy­cone zapa­chem węgla. Gra­fi­towe niebo. Ja, on i oni. Nie róż­nimy się niczym od ludzi, któ­rych podzi­wia­cie, od ludzi, któ­rzy wami rzą­dzą, od ludzi, któ­rzy was bro­nią.

Zobacz­cie. Teraz, tutaj, w samym środku niczego, znika wasza przy­szłość. Wasza nadzieja. Wasza toż­sa­mość. Bajki, w które wie­rzy­cie. Honor, praw­do­mów­ność. Odwaga, męstwo, bez­względ­ność. Nie ma ich. Oto rządy grozy. Oto nowy kalen­darz. Oto jego nowi władcy. Ty i ja jeste­śmy dziećmi tego dziw­nego i krót­kiego momentu, pod­czas któ­rego ludzie myśleli, że będzie lepiej, że są czymś wię­cej niż ludźmi, że jest dla nich jakaś nadzieja.

Strzał w tył głowy to strzał w tył głowy. Ciała na ziemi to ciała na ziemi. Śmierć to tylko śmierć.

Zobacz­cie rze­czy­wi­stość, zapra­szam.

Prze­stań­cie się mazać.

Wydmu­chaj­cie nosy.

Tania skó­rzana kurtka, ubło­cone adi­dasy.

On zaczyna śpie­wać pio­senkę, ostat­nio śpiewa ją bez prze­rwy, w kółko, jesz­cze raz, i jesz­cze raz, do oporu. Naj­pierw cicho, potem coraz gło­śniej, w końcu krzy­czy:

Miło­wa­nia głodni jak wilcy,

nauczymy się w tym kraju od pierw­szego dnia,

słów, któ­rymi mówią tubylcy1.

Jakimi sło­wami mówią tubylcy?

Ja nie wiem, ale on wie.

Kie­dyś byłem Jac­kiem i uda­wa­łem Ducha. Teraz jestem duchem. Jacek umarł, na dru­gim końcu świata. Noszę kamu­flaż z jego twa­rzy i ciała.

Idziemy przez pole, on przede mną, lekko pod­ska­kuje z eks­cy­ta­cji, jak czło­wiek, który po cięż­kim tygo­dniu wybrał się na wódkę.

Jest wesoły.

Ludziom rzadko jest dzi­siaj wesoło.

- Co się zaczęło - woła - już się nie zakoń­czy!

I tak zaczyna się pożar.

1. Pazina. Ostatnie z bezpiecznych miejsc

1

Pazina

Ostat­nie z bez­piecz­nych miejsc

15 wrze­śnia 2020

Spa­łam dwie godziny. Śpię tak od tygo­dnia. Gdy czło­wiek nie sypia, powie­trze zamie­nia się w kamień. Każdy ruch to nie­wi­dzialne, pie­kące obra­że­nia. Każdy posi­łek to poły­ka­nie szkła. Kofe­ina w ogóle prze­staje dzia­łać. Życie to wydra­py­wa­nie dołu w litej skale, samymi dłońmi. Tak muszą się czuć nowo naro­dzone dzieci. Ostatni raz się wyspa­łam, gdy mia­łam covid. Wtedy orga­nizm auto­ma­tycz­nie się wyłą­czał, gasło świa­tło, pada­łam na zie­mię w poło­wie zda­nia. Przez całą dobę mia­łam trzy­dzie­ści dzie­więć stopni gorączki, nie spa­dała, cho­ciaż jadłam ibu­prom jak chipsy. Ten wirus jest dziwny. Cier­pliwy i sys­te­ma­tyczny. Poka­zuje nam, że wszystko jest snem.

Każdy z nas był już chory. Wirus uszka­dzał nas powoli, po cichu. Azyl zamie­nił się w szpi­tal. Przez długi czas nie mogli­śmy wyjść na zewnątrz, bo zgła­szano nas do Sane­pidu, więc ktoś, wyzna­czony przez resztę, musiał uda­wać zdro­wego. Wycho­dził do mia­sta, robił zakupy, ryzy­ko­wał, że zosta­nie wyle­gi­ty­mo­wany i przy­walą mu man­dat w wyso­ko­ści kilku tysięcy. Nasz samo­chód aż bła­gał, by go zatrzy­mać - czarny od brudu, z nie­czyn­nym świa­tłem cofa­nia. Co trzy dni objeż­dża­li­śmy mia­sto, by kupić żar­cie i che­mię gospo­dar­czą. W Azylu była cią­gła rota­cja, ale ni­gdy nie prze­by­wało tam mniej niż dwa­dzie­ścia osób.

Po cho­ro­bie zostały dziwne pamiątki - małe dziurki zamiast nie­któ­rych wspo­mnień i słów, ślepe plamki w oczach, awa­rie smaku i węchu. I to poczu­cie prze­gra­nej, świa­do­mość, że bok­su­jemy powie­trze. Jeste­śmy wyznaw­cami kultu śmierci, wiemy, że wszy­scy umrzemy, może nie teraz, ale i tak szybko, w prze­grza­nych mia­stach, z wydzie­laną wodą, z prze­rwami w dosta­wach prądu.

Przy­ci­skam dło­nie do gęby. Pachną faj­kami, deter­gen­tem. Wydy­cham w nie powie­trze. Jest cie­płe, odbija się od skóry, pie­cze mnie w twarz. Nawet nie koń­czę tej myśli, gdy prze­cina ją trza­śnię­cie drzwi, gło­śne jak strzał.

Wik­tor stoi przede mną prze­jęty.

- Lucek się nie odzywa. Trzeci dzień - mówi, a jego wiel­kie oczy za okrą­głymi oku­la­rami typu Harry Pot­ter robią się jesz­cze więk­sze, jak u postaci z anime.

Aby usiąść naprze­ciwko mnie, musi odsu­nąć kar­tony z kore­ań­skimi zup­kami, müsli, zgrzewki wody. Zdej­muję nogi z biurka, w końcu nie będzie mówił do moich pode­szew.

- To zda­rzało się wcze­śniej - pró­buję go uspo­koić. - Lucek znika.

- Lucek znika - powta­rza bez­wied­nie.

- Słu­chaj, Lucek zawsze wraca. Znika gdzieś, a potem zakłada Zrzutkę, że potrze­buje na ubera i papie­rosy, robi z tego storkę i tak dalej - uspo­ka­jam Wik­tora.

- Naj­dłu­żej nie odzy­wało się przez dwie doby. A teraz to już czwarta - mówi cicho.

Lucek to piękna osoba i wielki pro­blem. Mówi, że ma dwa­dzie­ścia lat, ale może mieć pięć mniej albo pięć wię­cej. Nie poka­zał mi żad­nego doku­mentu. One nie są nie­zbędne, aby zamiesz­kać w Azylu. Ofi­cjal­nie pod­pi­su­jemy kon­trakty tylko z peł­no­let­nimi, ale w rze­czy­wi­sto­ści prze­sta­łam tego prze­strze­gać. Gdy widzę dzie­ciaka, który ma pięt­na­ście, szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat i potrze­buje pomocy, bez któ­rej może nie prze­żyć, muszę mu pomóc. Po to robię to, co robię. Po to tu jestem.

Lucek ma pół­dłu­gie czarne włosy z poje­dyn­czymi różo­wymi pasem­kami. Wygląda, jakby był z por­ce­lany. Mówi cicho, cza­sami trzeba przy­su­nąć ucho do jego ust, aby go zro­zu­mieć. Raz twier­dzi, że rzu­cił szkołę jesz­cze przed maturą, innym razem - że stu­diuje orien­ta­li­stykę i chce zostać tłu­ma­czem. To wszystko brzmi jak opo­wie­ści o podróży do kra­iny baśni, lata­niu na jed­no­roż­cach. Cza­sami kom­plet­nie gubi kon­takt z cza­so­prze­strze­nią. Jaki jest dzi­siaj dzień, Lucek? - pytamy. Dzień Lucka - odpo­wiada. Lucek nie uważa się za chłopca, nie uważa się za dziew­czynę. Wik­tor mówi o nim w rodzaju nija­kim: Lucek poszło, Lucek otwo­rzyło, Lucek zro­biło. Z kolei inne dzie­ciaki z Azylu wolą formę "osoba Lucek poszła" i tak dalej. Wszy­scy pró­bują nadać mu pewną trwa­łość i kształt, ufor­mo­wać go sło­wami. Luc­kowi jest to obo­jętne. Prze­pływa przez nas jak woda przez palce. Lucek codzien­nie chce być tro­chę inny. Lucek chce się bawić.

Gdy zapy­ta­łam go, jak mam się do niego zwra­cać, odparł, że jest mu to obo­jętne. Trak­tuję poważ­nie każdą odpo­wiedź na to pyta­nie, rów­nież taką. Skoro ci to obo­jętne, powie­dzia­łam, będę mówić o tobie jako o chło­paku, bo tak będzie mi naj­ła­twiej, bo patrząc na cie­bie, widzę chło­paka. Wzru­szył ramio­nami i zaczął mówić wymy­ślo­nym japoń­skim.

Nawet nie wiemy, skąd jest. Gdy go o to pytamy, wymie­nia różne miej­sco­wo­ści w Pol­sce, cza­sem mia­sta z anime, które ogląda. Cza­sami mówi, że przy­je­chał z Tokio. Wtedy beł­ko­cze, wydaje przy­pad­kowe zgło­ski i twier­dzi, że to japoń­ski.

Jedno w Lucku jest stałe - bar­dzo chce się zako­chać, cią­gle mówi o wiel­kiej miło­ści. Pod tym pra­gnie­niem nie ma żad­nego typu, żad­nej kon­kret­nej fan­ta­zji. To może być kto­kol­wiek, Lucka nie inte­re­sują takie detale jak wiek i płeć. Nie wiem, czy tak naprawdę inte­re­suje go seks. Chce być dla kogoś naj­waż­niej­szy, po raz pierw­szy w życiu.

Wszyst­kie te dzie­ciaki są uszko­dzone, wygnane. Szu­kają cie­pła za wszelką cenę. Ślepe kun­dle z kolo­rową sier­ścią, która ma być zbroją, ale tylko zwraca uwagę tych, któ­rzy lubią gnę­bić słab­szych.

Oczy­wi­ście, z cza­sem nabie­rają siły i odpor­no­ści, w końcu zaczy­nają rozu­mieć, że nie wszy­scy chcą ich skrzyw­dzić, ale też że świat nie składa się z cią­głej dramy, że nie wszyst­kie złe uczynki są tak samo złe. Ból gaśnie, zaczyna się długi i kosz­towny pro­ces impre­gna­cji.

- Pazina? - Wik­tor przy­wo­łuje mnie do rze­czy­wi­sto­ści, wciąż cicho.

- Słu­chaj, wiesz, że nie jeste­śmy inter­na­tem ani popraw­cza­kiem, że nie możemy nikogo trzy­mać tutaj na siłę.

- To moja osoba przy­ja­ciel­ska - dodaje tro­chę gło­śniej.

- Moja też, Wik­tor. Wszy­scy tutaj są moimi przy­ja­ciółmi.

Wik­tor wyciąga z kie­szeni za dużych sztruk­sów paczkę fajek. Rów­nież zapala. Strasz­nie mocno się zaciąga, papie­ros szybko zmie­nia się w mar­chewę, nie­równy, czer­wony sto­żek.

- Są tylko dwa wyj­ścia, Wik­tor. Albo robimy tutaj kolo­nię karną typu wyj­ście o ósmej, powrót o dzie­sią­tej, kary, nagrody, spraw­dza­nie tele­fo­nów. Albo pró­bu­jemy być doro­śli i samo­dzielni. Nie ma nic pośrodku.

Poka­zuje na ścianę. Na wybla­kłym pla­ka­cie biała pięść odcina się od czar­nego tła. NIE IDZIEMY SAMI. NI­GDY NIE BĘDZIEMY.

- Ale co, jeśli ktoś chce iść sam? - pytam.

- Nie mów tak. Ja mam złe prze­czu­cie. Serio.

Hor­mony obni­żyły mu głos. Ale cza­sami, gdy się dener­wuje, mam wra­że­nie, że wraca ten stary, wyż­szy.

- Prze­czu­cie to suma lęku i wyobraźni, Wik­tor.

- Tu nie trzeba wiel­kiej wyobraźni.

Ma rację. Azyl przyj­muje ucie­ki­nie­rów. Dzie­ciaki na gigan­cie, wyrzu­cane z domów, z małych miej­sco­wo­ści, chore, poła­mane, nie­pewne, pokryte bli­znami, zatrute lekami. Młod­sze, star­sze, z boga­tych i bied­nych rodzin, homo i hetero, trans i cis. Wczo­raj przy­je­chał tu Ignac, chło­pak z zadru­to­waną szczęką, ska­to­wali go kole­dzy brata, brat stał obok i patrzył. Parę dni wcze­śniej widział Ignaca z innym chło­pakiem, w jakimś miej­scu, które miało być ustronne. Jest też Mał­go­sia, dziew­czyna po jede­na­stu przedaw­ko­wa­niach ben­zo­dia­ze­pin, któ­rej nie chcą już trzy­mać w szpi­talu. Chło­pak matki przy­pa­lał ją papie­ro­sami, dzia­rał ją maszynką samo­róbką. Na ciele ma napisy w rodzaju: HATE, LOVE, FUCK POLICE, JEBAĆ SĄD, SZMATA, ŁAJZA. I jest Rena, któ­rej matka pra­cuje w mini­ster­stwie edu­ka­cji. Gdy Rena powie­działa jej, że tak naprawdę nie czuje się dziew­czyną ani chło­pakiem, ta zabrała ją do egzor­cy­sty. Przez ostat­nie trzy mie­siące wsta­wała rano o tej samej godzi­nie i szła na most Ponia­tow­skiego. Ojciec zgar­niał ją i wsa­dzał siłą do auta. W końcu ucie­kła.

Zało­ży­łam Azyl parę lat temu, z przy­ja­ciółmi, ludźmi takimi jak ja, któ­rzy żyli War­szawą, tą dzienną i tą nocną, któ­rzy robili kam­pa­nie i sesje, orga­ni­zo­wali kon­certy, buko­wali DJ-ów i arty­stów, zarzą­dzali ich życiem i żyli razem z nimi, któ­rzy dry­fo­wali na powierzchni, cho­ciaż wyda­wało im się, że wła­śnie zła­pali rytm i płyną po złoty medal zde­cy­do­wa­nym, szyb­kim krau­lem. Jeśli prze­ży­wać to wszystko jako wła­ściwe życie i być w tym stu­pro­cen­towo obec­nym, to nie było aż tak źle, w końcu wszy­scy mie­li­śmy jakieś pie­nią­dze, pozy­cję, żyli­śmy czy­imś snem. "Reali­zo­wa­li­śmy się" kosz­tem nie­wiel­kich, codzien­nych uszczerb­ków - ale czy nie były to w grun­cie rze­czy uszczerbki wyni­ka­jące z upływu czasu? Chcie­li­śmy zro­bić coś, co z braku lep­szego słowa nazywa się "dobrem". Nie­stety, nikt nie chce czy­nić dobra za swoje oszczęd­no­ści. Traf chciał, że mia­łam tro­chę pie­nię­dzy, z któ­rych trzeba było jak naj­szyb­ciej zdjąć cią­żącą na nich klą­twę. To tra­giczne, ale też zabawne - jedyny bilet na wyjazd z Babi­lonu był upa­prany krwią jakichś bied­nych głup­ków, któ­rzy oglą­dali Czło­wieka z bli­zną z Pacino co naj­mniej tysiąc razy, za to zawsze do połowy.

Te pie­nią­dze były poda­ro­wane, brudne, mie­ściły się w spor­to­wej tor­bie i szybko się skoń­czyły, ale pozwo­liły pre­fe­ren­cyj­nie wyna­jąć to miej­sce od mia­sta, na dzie­sięć lat. Oczy­wi­ście bez gwa­ran­cji, że w pew­nym momen­cie nie przyj­dzie tu jakiś inwe­stor. I inwe­stor przy­szedł. Cza­sami oglą­dam jego pro­fil na Insta. Wygląda jak kukła, ma licówki, bun­ga­low na Bali, koszule Ralph Lau­ren w każ­dym odcie­niu, bud­dyj­ski róża­niec na nad­garstku. W bio pisze o sobie: "anioł biz­nesu". Chce zro­bić tu eks­klu­zywne apar­ta­menty. Ma w dupie pan­de­mię. Ta kie­dyś się skoń­czy, za rok, za dwa. On jest cier­pliwy.

Roz­ma­wia­łam z nim raz. Stwier­dził, że "wszyst­kie dzieci powinny wró­cić do domu". Powie­dzia­łam mu o chło­paku, któ­rego ojciec zamknął na tydzień w piw­nicy, aby wypę­dzić z niego dia­bła, i zapy­ta­łam, czy o taki dom mu cho­dzi. Odburk­nął, że nie może się przej­mo­wać całym złem tego świata.

- Czemu nie? Prze­cież jesteś anio­łem - odpar­łam, a on tylko kwa­śno się uśmiech­nął.

Współ­za­ło­ży­ciele Azylu musieli za coś żyć, doro­bili się dzieci, dłu­gów, pro­ble­mów. Nie mam im za złe, że ode­szli. To nie jest nor­malne życie - takie, w któ­rym poświę­casz się dla obcych ludzi tak, jak dla naj­bliż­szych. Każdy, kto pod­nosi ten krzyż, bar­dzo szybko zadaje sobie pyta­nie, po chuj wła­ści­wie z nim idzie. Odpo­wiedź jest dla więk­szo­ści prze­ra­ża­jąca. Robisz to, bo chcesz oca­lić sie­bie. Bo myślisz, że jesteś zły i uszko­dzony. Bo nie zda­łeś egza­mi­nów. Bo kop­ną­łeś nie­chcący psa. Bo mama jest wciąż nie­za­do­wo­lona. Chcia­łaby, abyś cof­nęła czas i bar­dziej się posta­rała, naj­le­piej pod­czas porodu. Pró­bu­jesz z tym wygrać. Chcesz, aby w końcu to cie­bie ktoś poko­chał. Słowo "poko­chał" rozu­miesz jako złoty medal, szóstkę z plu­sem. Aby ją dostać, roz­pacz­li­wie wytwa­rzasz dobro, które ma tyle sensu, ile kalo­ry­fer na Antark­ty­dzie.

Teraz żyjemy na styk. Na bar­dzo krótki i bar­dzo wąski styk. Mia­sto dorzuca się do czyn­szu i opłat, ale nie­długo prze­sta­nie to robić. Ma waż­niej­sze wydatki. Reszta to zrzutki, które przy­no­szą coraz mniej kasy. Żar­cie - więk­szość to prze­ter­mi­no­wane pro­dukty, dary z hiper­mar­ke­tów. Kie­dyś mia­łam tu chło­paka, który umiał ogar­niać euro­pej­skie granty. Ale teraz już go nie ma, usa­mo­dziel­nił się i wypro­wa­dził.

Moje dzie­ciaki śpią więc w koro­wej pościeli, na pię­tro­wych łóż­kach, z któ­rych połowa ma pół­tora metra dłu­go­ści. Rano piją neskę i jedzą płatki kuku­ry­dziane z Bie­dronki, a ja mam, kurwa, nadzieję, że tu, na pra­skim podwórku, mię­dzy klu­bem o pięk­nej nazwie Klą­twa Doliny Węży a tanim hoste­lem, który zmie­nia nazwę co mie­siąc, cho­ciaż przez krótką chwilę czują się bez­piecz­nie.

Nazwa­li­śmy ten ośro­dek hoste­lem inter­wen­cyj­nym, aby jakoś przed­sta­wiać go tym, któ­rzy nie rozu­mieją, o co w nim cho­dzi. Ale dla nas nie jest żad­nym hoste­lem. Jest po pro­stu ostat­nim bez­piecz­nym miej­scem.

Tylko w Azylu są pewne zasady. Nie ma ćpa­nia, picia ani pro­ble­mów z pra­wem. Nikt nas tu nie chce i masa osób tylko czeka, aż popeł­nimy jakąś głu­potę. Ota­cza nas sieć ludzi dobrej woli, ale wystar­czy jeden zły ruch, aby ją prze­rwać i znisz­czyć.

To jed­nak głu­pie - mówić mu, aby się nie mar­twił.

Znaj­duję numer Lucka na What­sAp­pie. Ostat­nia aktyw­ność - trzy dni temu. Pró­buję nie czy­tać ich komu­ni­ka­cji, zresztą i tak jej nie zro­zu­miem - memy, emotki, gify z anime, ikony, gło­sówki.

Prze­pi­suję numer do swo­jej komórki. Dzwo­nię, abo­nent jest nie­do­stępny. Wysy­łam wia­do­mość: "Hej, Luc, tu Pazina. Mar­twimy się o cie­bie, ode­zwij się". Jeden szary pta­szek zamiast dwóch - ma wyłą­czony tele­fon. Wpa­truję się w niego, jak­bym chciała zmu­sić go siłą woli, żeby się zdu­blo­wał.

- Chodź. - Poka­zuję Wik­to­rowi gestem, aby wstał. I dopiero gdy to robi, zauwa­żam małe otar­cie pod okiem, nie­zdar­nie przy­kryte pod­kła­dem. Deli­kat­nie biorę jego brodę w dwa palce, obra­cam do świa­tła.

- Co to jest? - pytam.

Wzru­sza ramio­nami.

- No jesz­cze raz: co to jest?

- Patel­nia - odpo­wiada cicho.

Wzdy­cham ciężko. On odwraca się, zde­ner­wo­wany. Znowu popchnął go jakiś żul albo łysy, pijany idiota, pod Metrem Cen­trum, jego albo kogoś innego, a on pró­bo­wał sta­nąć w obro­nie, jak zawsze.

- Lubisz dosta­wać wpier­dol?

- Prze­stań - pro­te­stuje.

- To dwu­mi­lio­nowe mia­sto, naprawdę nie macie gdzie łazić?

- Jest pan­de­mia, Pazina. Wszystko jest zamknięte. Nie, nie mamy gdzie łazić.

Przy­ci­skam go do sie­bie, na chwilę. Przy­tu­la­nie zawsze wycho­dzi mi nie­zgrab­nie, żoł­nier­sko. Ale trudno, mogę robić tylko to, co umiem. Pro­wa­dzić Azyl do ostat­niego dnia, mojego lub Azylu.

Dzie­ciaki sie­dzą w kuchni. Rena robi sobie tosty, zapach sto­pio­nego sera wypeł­nia pomiesz­cze­nie. Widzę sklejkę odła­żącą z sza­fek, war­stwy tłusz­czu w pochła­nia­czu, zacieki na ścia­nach, chy­bo­czące się krze­sła. Widzę mały, pła­ski tele­wi­zo­rek przy­twier­dzony do ściany, zna­le­ziony przez Besię na śmiet­niku pod jakimś likwi­do­wa­nym biu­rem. Pomoc innym to naj­czę­ściej pozby­wa­nie się śmieci. Hoj­ność to recy­kling.

Chcia­ła­bym, aby przez jeden jebany dzień to Jezus miał rację. Aby naprawdę ostatni byli pierw­szymi. Chcia­ła­bym zabie­rać ich codzien­nie do Ges­slera. Mieć na podo­rę­dziu naj­lep­szego wegań­skiego kucha­rza. Chcia­ła­bym roz­da­wać im naj­droż­sze ubra­nia. Chcia­ła­bym, aby wszystko się prze­wró­ciło, upa­dło do reszty. Aby­śmy wszy­scy zmie­ścili się w uchu igiel­nym.

- Co? - pyta Wik­tor.

Musia­łam ze zmę­cze­nia zacząć mówić na głos to, co myślę.

- Jakie ucho? - pyta.

Patrzę na nich. Dwie dziew­czyny, jedna to osoba trans, nie pamię­tam ich imion. Wysoki, potwor­nie chudy, czar­no­włosy Edgar, skrzy­pek, uczeń szkoły muzycz­nej. Ogo­lony na łyso, wielki i gruby Prze­mek w popla­mio­nej blu­zie z napi­sem SZTYW­NIUTKO, wci­śnięty w kąt gra na swoim Nin­tendo, które zwy­kle chowa przed wszyst­kimi, kła­dąc je pod poduszką. Ma pięt­na­ście lat i jak twier­dzi, nie jest żad­nym peda­łem. Poli­cjanci przy­wieźli go tutaj z dworca, bo dostali infor­ma­cję, że jeste­śmy jed­nym z adre­sów, pod które można "pod­rzu­cać". Oczy­wi­ście nie dosta­jemy od mia­sta ani gro­sza. Trwamy dzięki zrzut­kom i aukcjom dobro­czyn­nym, które ogar­niają Wik­tor z Besią. Wła­śnie, gdzie jest Besia?

- Czy ktoś z was kon­tak­to­wał się z Luc­kiem? - pytam. Zamy­kam oczy. Na początku nikt nie odpo­wiada, muszę jesz­cze raz, gło­śniej. - Ej! Czy nagle prze­sta­li­ście rozu­mieć język pol­ski?

Oczy, zaspane, otę­piałe, pod­no­szą się na mnie. Więk­szość z tych dzie­cia­ków jest na SSRI, prze­pi­suje je pod sto­łem zaprzy­jaź­niona psy­chiatrka. Może nie powin­nam ich fasze­ro­wać lekami, ale gdyby nie to, codzien­nie byłoby tu pogo­to­wie.

W Azylu była też psy­cho­lożka, był pra­cow­nik socjalny. Na umo­wach zle­ce­nie. Teraz nie pod­pi­suję z nikim umów zle­ce­nie, bo nie mam z czego ich zapła­cić.

Kręcą gło­wami. Rena nakłada sobie tosty. Obok plac­ków spie­czo­nego chleba ląduje kleks keczupu.

- Ja... no przed­wczo­raj z nią pisa­łam - odzywa się w końcu Rena, sia­da­jąc przy stole.

Prze­mek odru­chowo wyciąga dłoń po tosta.

- Ej! - krzy­czę na niego. - Rusz dupę i zrób sobie swoje.

- Mogę mu oddać - mówi cicho Rena.

- Ma dwie ręce. Co mówił?

Rena patrzy na mnie, znowu z lękiem.

- Lucek mówiła tylko, że jest wkur­wiona, bo nie ma kasy. Potrze­buje róż­nych rze­czy. Chciała mieć nowy tele­fon czy coś takiego - opo­wiada cicho, tonem, jakby przy­zna­wała się do kra­dzieży.

Kiwam głową. Wik­tor jest teraz w nie­zręcz­nej sytu­acji, bo widzi po mnie, że zaraz znowu zacznę pod­no­sić głos. Wszy­scy w pomiesz­cze­niu to po mnie widzą, rów­nież dwie osoby, które wła­śnie wcho­dzą do kuchni. Aleksy, a drugi nie pamię­tam. Mika? Maki?

- Dla­czego nikt mi o tym nie powie­dział? - pytam.

Mil­czą.

- Czy dbamy o sie­bie nawza­jem, czy o sie­bie nie dbamy? - pytam. Nie lubię roli złej, opier­da­la­ją­cej matki. Nie lubię jej tym bar­dziej, że nie­źle ją gram.

- Pazina? - pyta się mnie ktoś z tyłu, chyba Besia.

Besia jest z Pomo­rza, przy­je­chała do War­szawy, bo chciała dostać się do szkoły aktor­skiej, co się nie udało, a potem nie udało się jej jesz­cze parę innych rze­czy. Zaraz, czy to naprawdę Besia? Wszystko staje się dziw­nie nie­wy­raźne, jakby ktoś prze­je­chał mi tłu­stym palu­chem po gałce ocznej; mija parę sekund i nagle wszy­scy są wyżej, i sły­chać głu­chy hałas, hałas ciał wsta­ją­cych z krze­seł.

Spa­dam z wysoka w morze ciem­no­ści.

Ta ciem­ność poru­sza się bar­dzo szybko.

To prze­dziwne uczu­cie.

Coś ląduje na mojej twa­rzy, potrze­buję chwili, aby zro­zu­mieć, że to zimna woda. Ktoś podaje mi rękę. Pod­nosi mnie do pionu.

- Pazina. - Tak, to Besia.

Zaczyna mi być głu­pio.

- Jedź do domu się prze­spać, bar­dzo cię pro­szę - mówi Wik­tor, poda­jąc mi ręcz­nik.

Wycie­ram sobie twarz.

- Musimy...

- Ty musisz jechać do domu - mówi Wik­tor.

- Musimy zgło­sić zagi­nię­cie. Chyba. Nie wiem.

- Nie możesz dostać zawału serca, Pazina, bo jest pan­de­mia, wszyst­kie karetki stoją zablo­ko­wane na Naro­do­wym.

- Nie dostanę żad­nego zawału, Wik­tor.

- Jeśli tu umrzesz, dopiero będziemy mieli prze­rą­bane.

- Nie umrę, Wik­tor.

Nie umrę, ale on ma rację. Jeśli mnie zabrak­nie, będą mieli prze­rą­bane.

- Dobra. Jeżeli się nie ode­zwie do jutra, będziemy go szu­kać. - Wstaję powoli, bez zaufa­nia do pod­łogi i do sie­bie.

Patrzą na mnie z lękiem. Wyglą­dają śmiesz­nie. Banda zahu­ka­nych, ufar­bo­wa­nych, poma­za­nych, w sumie grzecz­nych dzieci.

- Znaj­dziemy go - mówię im. Ale nie jestem pewna, czy go znaj­dziemy.

Pew­nie znowu bym się prze­wró­ciła, gdyby nie dłoń Wik­tora i jego głos, z powro­tem niski, obni­żony hor­mo­nami, ale pewny, praw­dziwy głos:

- Zamó­wię ci ubera, Pazina.

*

Nie mogę tak po pro­stu poło­żyć się i zasnąć. Całe moje doro­słe życie pole­gało na wsta­wa­niu o osiem­na­stej, jedze­niu śnia­da­nia o dwu­dzie­stej pierw­szej i wie­lo­go­dzin­nej noc­nej aktyw­no­ści. Życie skle­jone z roman­sów i kro­pló­wek.

Plac Kon­sty­tu­cji, plac Zba­wi­ciela, plac Wil­sona. Uto­pia, Lustra, Plan. Miłość, Smolna, Jasna. Bacardi, ape­rol, pro­secco. Emka, krysz­tał, keta. Pila­tes, joga, ayahu­asca. Karta kre­dy­towa, kre­dyt na firmę, kre­dyt hipo­teczny.

Może tak naprawdę ni­gdy nie spa­łam.

Menel zacho­wuje się, jakby mnie zapo­mniał. Muszę zapu­kać do sąsiadki, wrę­czyć jej butelkę wina za to, że od trzech tygo­dni daje mu żreć. Nawet jeśli nie sprzą­tała kuwety - a chyba nie sprzą­tała, bo całe miesz­ka­nie okrut­nie jebie. Poru­szam się po nim jak w letargu. Czter­dzie­ści metrów zamie­nia się w sto czter­dzie­ści, sto czter­dzie­ści zamie­nia się w pałac. Każdy mój ruch drąży w ścia­nie nowy, kolo­rowy tunel.

Biorę prysz­nic, gorąca woda bom­bar­duje mi plecy. Ulga jest krótka i płytka. Nie­po­kój stał się czę­ścią mojego ciała, napię­cie tkwi we mnie tak głę­boko, że gdyby je ze mnie usu­nąć, umar­ła­bym.

Lucek. Pamię­tam, jak zja­wił się w Azylu. Usiadł w kuchni i zapa­lił papie­rosa, wylu­zo­wany, jakby wszedł do wła­snego miesz­ka­nia. Gesty­ku­lo­wał, zało­żył nogę na nogę. Opo­wia­dał o sobie poto­czy­ste, zło­żone histo­rie. Były nie­wia­ry­godne, ale wszyst­kich zacza­ro­wały. Azyl się zatrzy­mał i słu­chał tej prze­dziw­nej, barw­nej, potwor­nie szczu­płej osoby która zacho­wy­wała się, jakby odwie­dziła nas w prze­lo­cie, podró­żu­jąc z jed­nej obcej pla­nety na drugą. Co chwila prze­ry­wał, dźwięcz­nie śmiał się z wła­snych żar­tów, pod­śpie­wy­wał. Przy­po­mi­nał całą chmarę barw­nych pta­ków. Po jakimś cza­sie opo­wieść zaczęła się rwać. Nić, która łączyła ze sobą kolejne zda­nia, prze­stała ist­nieć. Lucek zaczął się trząść, dostał krwo­toku z nosa. Zadzwo­ni­li­śmy po zaprzy­jaź­nioną lekarkę. Stwier­dziła, że jest tak odwod­niony i wygło­dzony, że to cud, że cho­dzi i mówi. Aby dał sobie wbić wenflon i pod­piąć kro­plówkę, zaofe­ro­wa­łam mu sto zło­tych. Powie­dział: sto pięć­dzie­siąt.

Jestem umyta i prze­brana, i rów­nie dobrze mogę sie­dzieć przez naj­bliż­sze pięć godzin bez ruchu na kana­pie. Nie zasnę. Nie ma naj­mniej­szych szans.

Odbiera po trze­cim sygnale.

- No nie wiem, nie wiem - zaczyna, jakby mówił do kogoś, kto stoi obok. - Mam focha, wiesz, o co cho­dzi.

Za każ­dym razem, gdy z nim roz­ma­wiam, mam wra­że­nie, że się ze mnie nabija.

- I co mam z tym fan­tem zro­bić? - pytam.

- No nie wiem, nie wiem. Ja ogól­nie to nie wbi­jam focha na długo. - Chyba coś je, bo mlasz­cze, co potwor­nie mnie drażni.

Ma na imię Olek, ale wszy­scy mówią na niego Kurtka. Tacy jak on funk­cjo­nują w ramach kil­ku­let­nich kaden­cji, potem wyjeż­dżają za gra­nicę albo idą sie­dzieć, albo otwie­rają jakieś nie­tra­fione inte­resy, zaczy­nają han­dlo­wać pod­rób­kami, CBD, spe­ku­lują krypto. Kaden­cja Kurtki wła­śnie się koń­czy. Olek mówi, że zaraz się "keszuje", jakby cho­dziło o wyjąt­kowo udany start-up.

- Napisz na Wic­krze, co tam chcesz - mówi mi.

- Wiesz, co chcę.

- To wiesz, gdzie się poja­wić.

- A nie jesteś w sta­nie tutaj przy­je­chać?

- Mam sprawy. - Teraz sior­bie przez słomkę.

- Ja nie mogę cze­kać na cie­bie całą noc, nie ma szans - mówię.

Przez krótką chwilę w słu­chawce panuje cisza.

- No dobra - sły­szę - zawinę po cie­bie. Ale poje­dziesz ze mną coś zała­twić.

Menel zaczyna dra­pać mnie w piętę. Może jed­nak jesz­cze mnie pamięta. Pamięć kotów jest krótka i wybiór­cza.

- Niech ci będzie, i tak nie zasnę - odpo­wia­dam i się roz­łą­czam.

*

Przy­je­chał smar­tem. Wygląda w nim, jakby prze­grał jakiś zakład, ale wiem, że jeź­dzi autami wypo­ży­cza­nymi przez apli­ka­cję. Twier­dzi, że miał kie­dyś wła­sne, ale je oddał, co jest dziwne, bo nie spra­wia wra­że­nia gościa, który oddałby cokol­wiek komu­kol­wiek.

Ma fry­zurę zro­bioną nie­malże od linijki, ide­alny cień z boku głowy. Pach­nie cięż­kimi per­fu­mami, przy­no­szą­cymi dziwne sko­ja­rze­nia - cia­sto z goź­dzi­kami, tur­niej cukier­ni­czy w piw­nicy kościoła, stara kawa wylana na zaku­rzony dywan. Na szyi, pod swe­trem, ma scho­wany kaj­dan, gruby, chyba białe złoto. Krótka puchówka Monc­ler opina krępą syl­wetkę i cięż­kie, wiel­kie łapy; ksywa Kurtka wzięła się z tego, że obse­syj­nie zbiera dro­gie kurtki, ma ich chyba kil­ka­dzie­siąt.

Sie­dzimy w mil­cze­niu, palimy papie­rosy. W połą­cze­niu z jego per­fu­mami zapach zaczyna być nie do znie­sie­nia.

Mia­sto jest obumarłe, wylud­nione, jak deko­ra­cja pośpiesz­nie zbu­do­wana na potrzeby filmu, który nagle prze­stano krę­cić. W słabo zary­so­wa­nych na tle czar­nego nieba kloc­kach budyn­ków palą się poje­dyn­cze świa­tła. W tej pustce jest pewien cię­żar, nieme ocze­ki­wa­nie, jakby ulice zaraz miały się znów zalud­nić, jakby sto tysięcy miesz­kań­ców cza­iło się w mroku, by na sygnał wybiec i zająć mia­sto z powro­tem. Mijają nas poje­dyn­cze radio­wozy. Kurtka nie zwraca na nie uwagi.

- Baliby się nawet nas zatrzy­mać.

Radio mówi o ośmiu tysią­cach nowych zaka­żeń dzien­nie. Kurtka wyłą­cza dźwięk.

- No i faj­nie sobie to roz­k­mi­nili.

- Co niby?

- Jak to: co niby, nowy porzą­dek świa­towy. Zaraz będą cię chi­po­wać jak bydło na far­mie, zoba­czysz. Myśla­łaś, że jesteś bażan­tem, a jesteś zwy­kły kur­czak, wiesz, o co cho­dzi.

- Jakie bażanty, Kurtka, o czym ty mówisz?

Kurtka ma w sobie biblio­tekę Babel, tysiące słów i okre­śleń na jedną rzecz, jedną myśl. Do tego spę­dza całe godziny na YouTu­bie, pro­wa­dząc śledz­two w spra­wie tego, kto rzą­dzi świa­tem i kto tak naprawdę ste­ruje poli­cjan­tami czy­ha­ją­cymi na jego wol­ność i pie­nią­dze.

- Kurtka, nie ukry­jesz niczego, bo sam wszystko poka­zu­jesz w inter­ne­cie. To działa zupeł­nie odwrot­nie, niż ci się wydaje. Ludzie sami to sobie robią - tłu­ma­czę.

- Ja nic nikomu nie poka­zuję, co ty myślisz, że ja jestem jakiś dzię­cioł? - pry­cha obru­szony.

- Może dzię­cioł, może bażant.

Uru­cha­mia tele­fon. Poka­zuje swoje konto na Insta­gra­mie - nazywa się "Faj­na­ro­ślina", w opi­sie ma sklep i fał­szywy numer tele­fonu. Na krót­kim gri­dzie kilka zdjęć roślin donicz­ko­wych. Z tego konta pro­wa­dzi swoje inte­resy. Ludzie, gdy cze­goś chcą, piszą mu DM-y, na które odpi­suje poje­dyn­czymi cyframi albo lite­rami.

- Co ja tu niby poka­zuję? - pyta.

Nie odpo­wia­dam. Nie chcę się kłó­cić.

- Kto ostat­nio mówił, że niby ma tego covida? Małysz? Myślisz, że ile mu zapła­cili? Ty znasz w ogóle kogoś, kto to miał?

- Ja to mia­łam, Kurtka - odpo­wia­dam. - I nic mi, chuje, nie zapła­cili. Masz do nich jakiś namiar? Może powin­nam się upo­mnieć o ten hajs? Wysta­wić im fak­turę, jak myślisz?

Nie odpo­wiada. Chyba nie ma namiaru. Zatrzy­mu­jemy się pod pacz­ko­ma­tem. Te wyra­stają wszę­dzie, i naprawdę dziwne, że nikt nie wymy­ślił na ich temat żad­nej teo­rii spi­sko­wej.

- Kurtka, słu­chaj, a widzia­łeś kie­dyś, co jest w środku takiego pacz­ko­matu? Zasta­na­wia­łeś się, kto tak naprawdę je mon­tuje?

Patrzy na mnie jak na gada­jące gówno.

- Ty, Pazina, jesteś inte­li­gentna, roz­k­mi­niasz, co się dzieje. I co, naprawdę myślisz, że to się tak po pro­stu stało? Ile to miało trwać? Mie­siąc? Dwa? Patrz, trwa pół roku. I to dopiero począ­tek, mówię ci.

Uśmie­cham się, ale nie wiem, czy w ogóle widać ten uśmiech, nie mam siły ruszać mię­śniami twa­rzy. Prze­jeż­dża­jące obok auto na chwilę oblewa twarz Kurtki jasnym świa­tłem. Kurtka mruży oczy, i wtedy przez moment wygląda jak ktoś zupeł­nie inny, ktoś, kogo zna­łam dawno temu, zmie­nia się w ducha, ale samo­chód znika w ciem­no­ści i wtedy Kurtka na powrót staje się Kurtką.

- Mówi­łam ci kie­dyś o moich dzie­cia­kach, Kurtka? O tym, co je spo­tyka? Mnó­stwo zła, które dzieje się tak po pro­stu. Taki jest świat.

- To w ogóle inna sprawa, to jakaś pato­lo­gia. - Marsz­czy się i wycho­dzi z auta, zanim zdążę mu powie­dzieć, że zawsze ser­decz­nie go zapra­szam, aby sam zoba­czył, jak wygląda ta pato­lo­gia.

Wyciąga ze skry­tek pięć nie­wiel­kich paczek i ładuje je do torby Louis Vuit­ton, którą wycią­gnął z bagaż­nika. Robi to bez śladu wczuwki, jakby stał przy owo­cach w Lidlu i wkła­dał jabłka do torby. Po chwili otwiera bagaż­nik, wrzuca torbę do środka. Zamyka go, siada za kie­row­nicą.

- Gdzie teraz? - pytam.

- Po to, co tam chcesz.

Mam ochotę go zapy­tać, jak zapa­truje się na to, że cała ta rze­koma plan­de­mia to dla niego złote żniwa. Ludzie ćpają na potęgę, dwa albo trzy razy wię­cej niż przed covi­dem, już nie tylko w week­endy, nie tylko w klu­bach, ale i w dzień, od samego rana; jarają, wcią­gają i poły­kają do śnia­da­nia, aby prze­trzy­mać pracę zdalną, cią­głą obec­ność dzieci, no i tego dru­giego czło­wieka, z któ­rym prze­cież wcale nie ma jakie­goś zaje­bi­stego kon­taktu. Ani umowy, że będziemy sie­dzieć ze sobą dwa cztery na dobę. Ćpają, aby zdu­sić lęk o rodzi­ców, odda­lić widmo cho­roby i pyta­nie, czy to aku­rat ja zostanę wywa­lony z roboty w tym tygo­dniu. Kurtki tego mia­sta mają pełne ręce roboty. Jasne, na początku w ogóle nie było czym han­dlo­wać. Pamię­tam marzec i kwie­cień, kiedy musia­łam obejść się sma­kiem; złe, małe sztuki, spry­skane mucho­zo­lem kozie bobki rodem z lat dzie­więć­dzie­sią­tych potra­fiły kosz­to­wać po sto, sto pięć­dzie­siąt za worek. Nie mówiąc już o czymś moc­niej­szym, ale to aku­rat mnie nie inte­re­so­wało. Ja tylko chcia­łam się odro­binę wyłą­czyć. Chcia­łam osią­gnąć ten naj­waż­niej­szy cel, czyli prze­spać noc. Ole­jek CBD działa na mnie rów­nie uspo­ka­ja­jąco co olej lniany, czyli nijak. Mogłam wtedy iść po receptę, ale zwy­czaj­nie nie mia­łam na to kasy. Leka­rze w tych zabaw­nych kli­ni­kach, które nagle poja­wiły się w dewe­lo­per­skich blo­kach, brali po tysiąc zło­tych za samo spo­tka­nie. Wie­dzia­łam, ile za taką kwotę mogę kupić w hur­cie uży­wa­nych ubrań, papieru toa­le­to­wego, jedze­nia, mydła.

Chcę go o to zapy­tać, ale w sumie nie mam ochoty się z nim kłó­cić, nie po tylu nie­prze­spa­nych nocach i nie o coś, o czym tak naprawdę oboje nie mamy poję­cia.

Zatrzy­mu­jemy się pod jego blo­kiem, bia­łym kloc­kiem z wcze­snych dwu­ty­sięcz­nych, tuż za cen­trum han­dlo­wym Pano­rama. Sama Pano­rama to scho­wana na połu­dniu mia­sta kap­suła czasu, tunel pro­wa­dzący bez­po­śred­nio do lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Na jego dru­gim końcu ląduje się w pięk­nym, prze­dziw­nym atrium ze szkła i mar­muru i z asy­me­tryczną fon­tanną. Jest tam tak samo jak wtedy, gdy cho­dzi­łam do pod­sta­wówki i mama zabie­rała mnie w nie­które nie­dziele do Pizza Hut; poły­ka­łam wtedy gorący pla­cek, parząc sobie gar­dło, sior­ba­łam pepsi i gapi­łam się jak zahip­no­ty­zo­wana na mar­mu­rowe posadzki, wyku­sze i wodę odbi­ja­jącą się w bar­wio­nych na nie­bie­sko szy­bach. Czu­łam się bez­piecz­nie, może jedyny raz w życiu. Czu­łam, że w przy­szło­ści czeka mnie coś lep­szego niż dziś, że ta pizza z wido­kiem na piękną fon­tannę to tylko przed­smak nad­cho­dzą­cych wspa­nia­ło­ści. Przy­po­mi­nam sobie teraz to uczu­cie, wysia­da­jąc pod bia­łym kan­cia­stym blo­kiem za wie­rzą­cym w rep­ti­lian dile­rem, i myślę, że nale­żało do zupeł­nie innej osoby, do świata, który był snem.

Kurtka otwiera drzwi kodem, wcho­dzimy do środka. Dopiero w win­dzie zadaje mi kolejne pyta­nie:

- Słu­chaj, a ty zara­biasz w ogóle jakieś pie­nią­dze w tym swoim schro­ni­sku?

- Schro­ni­sko to jest dla zwie­rząt - odpo­wia­dam.

- To co to jest?

- Hostel inter­wen­cyjny. Nie, nie zara­biam pie­nię­dzy, ja je zała­twiam.

- To ile tam zała­twiasz, Pazina? - Śmieje się, świ­dru­jąc mnie wzro­kiem. Gdy zaczyna być czymś zain­try­go­wany, wygląda naprawdę głu­pio.

- Na bank nie tyle co ty. Ty jesteś kró­lem zała­twia­nia. - Patrzę na niego zna­cząco, dając do zro­zu­mie­nia, że nie przy­stoi mu bycie cie­kaw­skim.

- Po pro­stu chcę wie­dzieć, skąd masz na to kwit. Ty wiesz, skąd ja mam swój.

Okej, niech mu będzie. W sumie nie mam żad­nego powodu, aby nie roz­ma­wiać z nim jak z kolegą. Kurtka jest, jaki jest, ale jest rze­telny.

- Kurtka, ja mam cztery dychy. Jakieś pięt­na­ście lat wię­cej niż ty. Poszłam do pracy, gdy mia­łam dwa­dzie­ścia lat. Wtedy jesz­cze coś za nią pła­cili, a miesz­ka­nia były po piątkę od metra. Kupi­łam dwa, nad­pła­ci­łam kre­dyty. Tyle w tema­cie.

Wycho­dzimy z windy, idziemy kory­ta­rzem z poma­lo­wa­nymi na żółto pobru­dzo­nymi ścia­nami.

- Mia­łaś farta - mówi.

- Mia­łam farta - przy­ta­kuję, czu­jąc, że doty­czy to jakiejś zupeł­nie innej osoby.

Jego miesz­ka­nie to dwu­po­ko­jowa dziu­pla z sześć­dzie­się­cio­ca­lo­wym tele­wi­zo­rem w cen­tral­nym punk­cie. Na pod­ło­dze leżą otwarte, nie­roz­pa­ko­wane walizki, torba na siłow­nię, jakiś sprzęt spor­towy, wiel­kie sło­iki odży­wek; na kuchen­nym bla­cie pię­trzą się stosy opa­ko­wań po żar­ciu z Glovo. Dwóch typów w dre­sach, któ­rzy sie­dzą na kana­pie, wygląda, jakby Kurtka dostał ich w pakie­cie razem z miesz­ka­niem. Mogliby być bliź­nia­kami. Grają w FIF-ę, nie­ru­chomi, jakby medy­to­wali. Na ścia­nie wisi wielki pla­kat w anty­ra­mie, na któ­rym jakiś dawny pił­karz Legii, chyba Lucjan Brych­czy, stoi na boisku w zgrzeb­nej kufajce, trzy­ma­jąc piłkę. Poznaję go. Ojciec miał brata, który spę­dził na Żyle­cie całe swoje życie.

- Czy­sty nóż jakiś - rzuca komendę Kurtka.

- Musisz umyć - stwier­dza jeden z nich.

- Umy­jesz to ty mi kutasa mordą - odpo­wiada Kurtka, zły, zrzu­ca­jąc opa­ko­wa­nia z blatu, i w ich miej­sce kła­dzie przy­nie­sione z pacz­ko­matu kar­tony.

Koleś wstaje, poiry­to­wany. Pod­cho­dzi do zlewu, myje nóż, podaje Kurtce. Ten roz­cina kar­ton i wyj­muje ze środka klo­cek o kształ­cie cegły, zapa­ko­wany w folię ze zgrze­warki. Pod­nosi go do świa­tła, stu­diuje uważ­nie, następ­nie kła­dzie na stole, wbija nóż w folię, cegła momen­tal­nie traci kształt. Kurtka roz­cina folię nożem, na blat wysy­pują się zie­lono-poma­rań­czowe bryły zasu­szo­nych kwia­tów. Zapach owiewa miesz­ka­nie, ostry i piękny. Kurtka pod­nosi topa do nosa, wącha, podaje mi. Robię to samo. Zakre­śla okrąg dło­nią nad roz­sy­pa­nym towa­rem, zada­jąc mi w ten spo­sób pyta­nie, ile chcę.

- Dwie dychy? - pytam, w sumie nie wie­dząc.

- Trzy też ci mogę dać.

- Nie mam tyle pie­nię­dzy.

- To zaje­dziesz mi póź­niej - mówi do mnie, po czym rzuca do tego samego gościa, który umył nóż: - Daj wagę.

Kurtka ma rację, to głu­pie odtrą­cać dar zaufa­nia, a poza tym lepiej mieć wię­cej niż mniej. Kła­dzie kwiaty na wadze, po chwili waże­nia, odej­mo­wa­nia i doda­wa­nia osiąga tyle, ile chce, wyciąga z szu­flady foliową torebkę na ziplock z nadru­ko­wa­nym logiem Ikei i pakuje zawar­tość do środka. Zapina, podaje mi, po czym psika dło­nie dezyn­fek­tan­tem.

- Kurtka, wirus nie ist­nieje - przy­po­mi­nam mu.

- Chuj wie, kto to macał - stwier­dza, po czym bie­rze tro­chę z wagi, siada na kana­pie obok typów w dre­sach i zaczyna krę­cić blanta na sto­liku, na któ­rym pię­trzą się puszki po coli i opa­ko­wa­nia po pizzy. Wyj­muje jedno z oparć kanapy i mi podaje, żebym też miała na czym usiąść.

Przy pierw­szym buchu uczu­cie, jakby prze­stra­szone zwie­rzę dra­pało mnie od środka w prze­łyk. Zioło jest potwor­nie mocne. Opusz­czam powieki, zapa­dam się w dym, ciężki i żrący.

Gdy otwie­ram oczy, Kurtka jest gdzieś daleko, po dru­giej stro­nie nie­wi­docz­nej rzeki. Może i nie pójdę dzi­siaj spać, ale to uczu­cie jest jakąś formą odpo­czynku.

Dopiero teraz zauwa­żam wie­szak z ubra­niami w rogu pokoju. Jest na nim pięć pra­wie iden­tycz­nych kur­tek, rów­nież Monc­ler.

Kurtka uważ­nie stu­diuje zapa­lo­nego jointa, patrzy na niego pod świa­tło.

- Ej, byku, to cali. Praw­dziwe, nie kurwa hisz­pań­skie.

- Jakie? - pyta jeden z bliź­nia­ków.

- Gelato - odpo­wiada Kurtka, lekko mlasz­cząc.

- Pier­do­lisz, że pozna­jesz, nikt tego nie poznaje - rzuca bliź­niak.

Dym momen­tal­nie wysu­sza usta. Kurtka wstaje, pod­cho­dzi do lodówki, w cało­ści wypeł­nio­nej wodą, colą i sma­ko­wym piwem. Pyta, co chcę. Wybie­ram wodę. Piję powoli. Jest pyszna.

- Słu­chaj, mordko, ja mógł­bym być kipe­rem gówna. Widzia­łem repor­taż o takim typie, mieszka sobie w Bar­ce­lo­nie, cho­dzi nor­mal­nie po kofi­kach, w sen­sie u nich mówią na to kluby, i testuje zipa, a potem robi recen­zje na YouTube'a, wiesz, o co cho­dzi. Nor­mal­nie baka przed kamerą i potem mówi na przy­kład: o, tu są ter­peny, nie wiem, kurwa, osi­kowe, aro­mat cyna­monu i drzewa san­da­ło­wego, a faza jest bar­dziej w gło­wie, a potem w nogach, a na końcu w kuta­sie.

- Kurtka, to zawsze śmier­dzi tak samo i wali tak samo - zaczy­nam się z niego śmiać.

- To twoja sprawa, jak prze­ży­wasz swoje życie - odpo­wiada.

- Całe życie byłam otwarta, Kurtka. Tak otwarta, że wszystko mi ukra­dli.

Gdy to mówię, śmieję się jesz­cze bar­dziej. To śmiech odru­chowy, efekt uboczny roz­luź­nia­nia się mię­śni. W obcią­żo­nej gło­wie prze­stają bić dzwony. Zamy­kam oczy. Powieki zamie­niają się w meta­lowe kur­tyny.

- Możesz zostać takim kipe­rem, tylko musiał­byś się stąd wypro­wa­dzić - mówię, zer­ka­jąc w jego stronę.

Patrzy na mnie. W ogóle nie wygląda, jakby się upa­lił. Jego oczy i tak są małe, tro­chę nie­obecne, lekko załza­wione. Nagle, tak jakby prze­stra­szył się mojego spoj­rze­nia, wyciąga z kie­szeni cięż­kie oku­lary prze­ciw­sło­neczne i zakłada je na nos.

- Nie wiem, czy umiał­bym się stąd wynieść.

Znowu zamy­kam oczy. Też nie wiem, czy­bym umiała. Jestem stąd, zni­kąd indziej. Uro­dzi­łam się na Bie­la­nach. Potem rodzice prze­nie­śli się na Mura­nów, cho­dzi­łam do pla­styka na Smo­czej. Pierw­sze samo­dzielne miesz­ka­nie wyna­ję­łam na Żoli­bo­rzu i tam miesz­kam do dzi­siaj, pół­nocny lewy brzeg to mój dom, zresztą całe mia­sto to mój dom. Słowo "dom" w mojej gło­wie ma czer­wony kolor. Nie da się sprać tego, co mówili ci w pod­sta­wówce, co mówiła pra­bab­cia, która prze­żyła bary­kadę na Gór­czew­skiej.

War­szawa wymu­sza na tych, któ­rzy się tu uro­dzili, swo­isty fana­tyzm, lęk przed prze­by­wa­niem na dłu­żej gdzie­kol­wiek indziej. Czuję się wiecz­nie zagro­żona, ale i nie­śmier­telna.

Nie można po pro­stu miesz­kać w War­sza­wie. Trzeba być jej żoł­nie­rzem. Iść pro­sto, kar­mić się nie­chę­cią całej reszty Pol­ski. Salu­to­wać. Napier­da­lać każ­dego, kto się pruje.

- Ej, Pazina. - Kurtka wypo­wiada moją ksywę, prze­cią­ga­jąc samo­gło­ski, Paaaziiii­naaa, jakby to była kolejna rzecz, która go bawi.

Pod­no­szę głowę.

- Zawsze chcia­łem cię zapy­tać, Pazina, gdzie go wywiało?

- Kogo? - Udaję głu­pią.

- Kurwa, wiesz kogo. Ducha.

Dobry nastrój pry­ska. Wszystko się psuje. Gęba Kurtki robi się brzydka, w tej swo­jej puchówce wygląda jak wielki kon­dom. Biorę spory łyk wody. Już mi nie sma­kuje, fuj.

Wstaję, wycią­gam pie­nią­dze z kie­szeni. Odli­czam.

- Pier­dol się, Kurtka - rzu­cam, poda­jąc mu je do ręki.

- Pocze­kaj, pocze­kaj - prosi. Rów­nież wstaje, chce zała­go­dzić sytu­ację.

- Co cię to obcho­dzi? - pytam gło­śno, a nawet bar­dzo gło­śno, ci dwaj mil­czący w dre­sach robią się zanie­po­ko­jeni.

Kurtka pod­nosi ręce na znak kapi­tu­la­cji, siada z powro­tem na kana­pie. Ale ja nie odpusz­czam, bo mi się to nie podoba, bar­dzo, okres tych pytań w moim życiu defi­ni­tyw­nie się skoń­czył.

Wspo­mnie­nie, które pró­buję wygnać. Ten męż­czy­zna, pod­ręcz­ni­kowy zwy­rod­nia­lec, parę lat temu. Dziwne pyta­nia. Czapka z dasz­kiem. Żyletka trzy­mana w pal­cach. Z drob­nymi krop­kami czer­wieni.

- Słu­chaj, Pazina, to zwy­kła cie­ka­wość, naprawdę. Jest tyle, kurwa, opo­wie­ści na mie­ście... - prze­rywa, masuje sobie szczękę i zaciąga się join­tem, wypusz­cza potężny kłąb dymu. - Nie mogłem cię o to nie zapy­tać.

- Co mnie obcho­dzą jakieś opo­wie­ści? - pytam go.

- Ludzie chcą wie­dzieć, wiesz, o co cho­dzi.

- Jacy ludzie? Ludzie, któ­rzy go szu­kali?

- Nie, no ci nie... Ten łysy wariat prze­cież nie żyje - mówi jeden z jego adiu­tan­tów.

Lek­kie, krót­kie uczu­cie ulgi - czło­wiek z żyletką umarł, czło­wiek z żyletką już nie przyj­dzie. Uczu­cie, które jed­nak zaraz znika.

- A może ty mi opo­wiesz o swo­ich pan­nach, Kurtka, co? Masz jakąś dziew­czynę? Chło­paka? Parę dziew­czyn? Chcesz poga­dać o życiu pry­wat­nym, to dawaj.

Nagle staje się innym Kurtką. W jego oczach poja­wia się coś dziw­nego. Tra­fi­łam go w czuły punkt, ale trudno, sam się pro­sił. Zaci­ska zęby, odwraca się. Powie­trze zmie­nia się w ciężki żel.

- Wiesz, różni ludzie gadają, że go widzieli. W War­sza­wie, co nie - rzuca jeden z bliź­nia­ków.

Kurtka nagle zmie­nia front. Odwraca się do chło­paka.

- Sznu­ruj cipę.

Ale nie da się cof­nąć tego, co zostało powie­dziane.

- Ty, no, może tylko tak pier­dolą, co nie. - Chło­pak się kur­czy; wie, że powie­dział za dużo.

Jesz­cze rok temu coś bym poczuła, ukłu­cie w sercu, zimno w gar­dle. Teraz nie czuję nic. Poza tym te ich tek­sty to trol­ling, spraw­dza­nie reak­cji.

- Wie­dzia­ła­bym o tym - odpo­wia­dam, cierpko i zimno.

- Sorry, Pazina. Późny wie­czór, chore głowy. Wiesz, o co cho­dzi.

Szara strefa to dziwne miej­sce. Odwró­cony świat, w któ­rym cho­dzi się po sufi­cie. Wla­złam w niego z rado­sną głu­potą dziecka. Jego emi­sa­riu­szy mia­łam za nie­groź­nych kum­pli. Całą tę grę - za nie­groźną zabawę. Do momentu, w któ­rym wszystko runęło.

Kurtce dzwoni tele­fon. Odbiera, słu­cha przez chwilę, następ­nie wstaje.

- Idziemy - rzuca do bliź­nia­ków.

Na mnie też czas. Wstaję, upa­lona jak sto dia­błów, spraw­dzam, czy wszystko mam przy sobie - klu­cze, doku­menty, doko­nany przed chwilą zakup. Biorę tele­fon, włą­czam apli­ka­cję, zama­wiam ubera.

Kurtka to widzi i mówi:

- Zawiozę cię.

- Masz sprawę - przy­po­mi­nam.

- To po dro­dze - odpo­wiada.

Wzdy­cham, patrzę mu w oczy.

- Kurtka, ja nie chcę z tobą ni­gdzie jechać.

- To po dro­dze - powta­rza. Wie, że nie mam siły mu się sprze­ci­wić.

*

Jeste­śmy w Koszy­kach, w Nie­to­pe­rzu, pie­cza­rze ze szkła i czer­wo­nej cegły, z wielką drew­nianą pła­sko­rzeźbą nie­to­pe­rza na głów­nej ścia­nie. To cało­do­bowa restau­ra­cja, otwo­rzyła się rela­tyw­nie nie­dawno. Koja­rzę część tych dziew­czyn sie­dzą­cych przy barze, eskor­tek wpa­trzo­nych w ekrany tele­fo­nów, sztyw­nych jak piękne mane­kiny, koja­rzę z mia­sta dwóch czy trzech gost­ków przy jed­nym ze sto­li­ków, nawi­ja­ją­cych z szyb­ko­ścią kara­bi­nów maszy­no­wych nad nie­tknię­tym jedze­niem. Niby żar­cie jest tylko na wynos, ale po dwu­dzie­stej trze­ciej reguły się zmie­niają. Ceny są hor­ren­dal­nie wyso­kie, aby mię­dzy impre­zami nie przy­cho­dzili tu przy­pad­kowi ludzie, któ­rych miej­sce według wła­ści­cieli było pod cało­do­bo­wym keba­bem przy Świę­to­krzy­skiej. Teraz imprezy zga­sły, odby­wają się w ukry­ciu, w miesz­ka­niach, w klu­bach prze­nie­sio­nych do willi na Saskiej, w Waw­rze, na Żoli­bo­rzu.

Koleś, który czeka na Kurtkę, wysoki blon­dyn, trzyma przy twa­rzy ser­wetkę. Gdy ją zdej­muje, widać głę­boką, świeżo zszytą ranę i zakrze­płą krew dookoła. Kro­ple krwi są też na bia­łej blu­zie Laco­ste. Typ wygląda jak kolejny bliź­niak z ekipy Kurtki, z tym że nie ma w nim tego sztucz­nego, upa­lo­nego spo­koju. Jest zde­ner­wo­wany i prze­stra­szony, nogi grają pod sto­łem na nie­wi­dzial­nej per­ku­sji.

Kurtka siada naprze­ciwko niego.

- Co się stało? - pyta.

- Nie wiem w sumie, kurwa, co się stało.

Pod­cho­dzi kel­nerka, sta­wia przed nim talerz maka­ronu, ale on nawet na niego nie patrzy.

- Byłem usta­wiony na roz­k­minkę, nor­mal­nie, co tam było do ogar­nię­cia, worek gro­chu, kurwa, w sumie to tyle. Tam pod keba­bem, na tyłach. No i co, przy­jeż­dża tam cham od nich, wsia­damy do auta, wszystko dobrze, wiesz, prze­cież nie będę z nim wspo­mi­nał, jak to w gim­bie było. I co, nagle zajeż­dżają jakieś chamy z piskiem...

- Czym? - pyta Kurtka.

- Co? - Chło­pak nie rozu­mie.

- Czym zajeż­dżają?

Kel­nerka znowu pod­cho­dzi. Pyta, czy podać coś do picia. Nikt nie zwraca na nią uwagi. Jest tutaj prze­zro­czy­sta, tak samo jak ja. Wycią­gam tele­fon, aby zamó­wić ubera, i wtedy przy­cho­dzi wia­do­mość. Wik­tor, na What­sAp­pie: "Jakiś pobity queerowy chło­pak na pogo­to­wiu na Gre­na­die­rów, może to Lucek, jedziemy tam z Besią".

- A4, stara taka, czarna, wypada dwóch, komi­niary na łbach, napier­da­lają mu w szyby tele­sko­pem, ty, no jaja, ja wypa­dam, coś tego, a ten mi daje na pizdę, momen­tal­nie. Musiał mieć kastet. Ja leżę, ten kopa. Ale nic mi nie zabrali, żeby było śmiesz­niej. Zupeł­nie nic, kurwa. Pobili mnie dla zabawy.

Pierw­sza myśl jest taka, że to kolejna noc bez snu. Druga, żeby jechać tam teraz, zaraz. Trze­cia, że może pora­dzą sobie beze mnie.

- To nie lata dzie­więć­dzie­siąte - zauważa jeden z bliź­nia­ków, sia­da­jąc obok.

Uśmie­cham się do sie­bie - ten chło­pak w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dopiero się uro­dził, i to pod koniec dekady.

- No kurwa raczej, wiesz, o co cho­dzi - mówi Kurtka.

Zaczyna się roz­mowa, któ­rej nie rozu­miem. Toczy się mię­dzy nimi gwał­tow­nie, nie­skład­nie, jakby zamiast mówić, wysy­py­wali śmieci na dzie­lący ich stół. Męczy mnie to. Jestem w fil­mie, któ­rego nie mogę wyłą­czyć i który już kie­dyś widzia­łam. Znam zakoń­cze­nie.

- Rafi by to odje­bał? Nie sądzę.

- No a kto inny, on w cią­głym ude­rze­niu, sie­dzi non stop na rule­cie. Z Macia­sem to codzien­nie na Grzy­bow­skiej wiszą.

- Rafi trzyma cały Gocław ele­gancko. Że się bawi, to się bawi, trudno. Ale stoi pro­sto, nie ma nic z deklem.

- Oni wszy­scy durni, pamię­tasz tego idiotę, co w biały dzień na Nowym Świe­cie cho­dził bez koszulki i sta­rej babie zaje­bał w tryby, bo był na takim odcię­ciu. To jego naj­lep­szy kolega.

- Kto jesz­cze, może Pig­mej?

- Który Pig­mej?

- Z Bródna.

- Pig­mej to zado­wo­lony sie­dzi, tam nic się źle nie dzieje.

- Tak czy siak, trzeba wyżej to podać.

- Wyżej, czyli gdzie?

- Do pro­ku­ra­tury, kurwa. Jak to gdzie?

- Do Asłana?

- Może jakieś jego psy zje­bały z budy i coś chcą na wła­sną rękę rezać.

- Jeśli tak, to ich jutro już nie będzie.

Ta roz­mowa może toczyć się całymi godzi­nami. A ja bez­względ­nie muszę iść już do domu.

- A może jakaś zwy­czajna pato­lo­gia.

- Pato­lo­gia albo despe­ra­cja. Nawet ten, co chciał prze­stać szpon­cić i iść nor­mal­nie, bo wła­śnie wysko­czył, już nie może nor­mal­nie. Bo na przy­kład otwo­rzył jakąś knajpę i doje­bała mu plan­de­mia po mie­siącu, i zatkało kakało.

- Znasz takich?

- Ty też znasz.

Cisza, ciężka jak bela mate­riału. Dopiero teraz zauwa­żam, że w Nie­to­pe­rzu nie leci żadna muzyka. Ludzie-ćmy sie­dzą, słu­cha­jąc wła­snych odde­chów.

- A nie mógł na wynos robić? - odzywa się jeden z bliź­nia­ków.

- Kurtka, ja muszę jechać - mówię.

I już się pod­no­szę, ale on z jakie­goś powodu chce mnie zatrzy­mać, wstaje.

- Zadzwoń­cie do Śnia­dego - rzuca. I zanim zdążą odpo­wie­dzieć, już pro­wa­dzi mnie do wyj­ścia.

Wsia­damy do auta, on opusz­cza szyby. Zde­ner­wo­wał się, szczęka cho­dzi mu w lewo i prawo. Przy kum­plach pró­bo­wał zacho­wać spo­kój.

- Coś się zaczyna dziać? - pytam.

Patrzy na mnie.

- Nie, zwy­kły przy­pał - odpo­wiada, bar­dzo nie­prze­ko­nu­jąco.

Powie­trze zmie­nia się w ciemny, prze­le­wa­jący się olej, jakby jakaś nie­zgrabna, ale zło­śliwa dłoń poru­szyła kulą, w któ­rej środku jeste­śmy.

- Widzia­łam zwy­kłe przy­pały i widzia­łam też te niezwy­kłe.

- Gdzie miesz­kasz? - pyta.

- Kra­siń­skiego sie­dem­dzie­siąt.

Powta­rza adres do tele­fonu, prze­kręca klu­czyk w sta­cyjce, rusza. Jedzie powoli, może zbyt powoli, zatrzy­muje się na poma­rań­czo­wym, przed przej­ściami dla pie­szych, na któ­rych nikogo nie ma.

- Wzią­łem cię tam, bo co mia­łaś, w aucie sie­dzieć?

- W sumie tak byłoby lepiej.

Spo­gląda na mnie. Po twa­rzy prze­jeż­dża mu plama świa­tła i znowu staje się kimś innym.

- Ty wiesz, o co cho­dzi. Po pro­stu.

- Po pro­stu się od tego odbi­łam - odpo­wia­dam. Już w ogóle nie jestem upa­lona.

Na What­sAp­pie wia­do­mość od Wik­tora: "Lucek wciąż nie wró­cił". Odpi­suję, aby poszedł spać, jak głu­pia matka.

Nie­po­kój wcho­dzi w zmę­czone ciało przez czu­bek głowy, podobny do dłu­giej na metr, zim­nej igły. Nie­po­kój naj­gor­szego gatunku, ten nie­usu­walny.

- Kurtka, jeśli chcia­ła­bym kogoś zna­leźć...

- Mam takiego jed­nego wariata. Dwa­dzie­ścia pro­cent bie­rze z tego, co odzy­ska. - Chrząka.

- Nie, nie o to mi cho­dzi. Chło­pak z mojego ośrodka. Parę dni temu znik­nął w mie­ście. Mar­twimy się.

- Niech psy go szu­kają.

- Mógł sobie naro­bić kło­po­tów - mówię bar­dzo oględ­nie.

- Nie masz na nic wpływu - stwier­dza nagle Kurtka i ma rację.

Znowu zatrzy­mu­jemy się na świa­tłach, on sięga po tele­fon. Wcho­dzi w jakąś apli­ka­cję, zaczyna prze­glą­dać kon­takty.

Nawet nie dostrze­gam, kiedy dojeż­dżamy pod mój dom. Zatrzy­muje się na awa­ryj­nych.

Mówi mi dobra­noc. Odpo­wia­dam mu, aby uwa­żał na przy­pały. Przez parę sekund patrzymy sobie w oczy. O sekundę za długo, aby nie miało to zna­cze­nia. Łączy nas coś nie­okre­ślo­nego, trud­nego do zła­pa­nia w jedno kon­kretne słowo. Pewien stan sku­pie­nia. Kon­dy­cja upiora.

Przy­cho­dzi mi na myśl, że przez zarazę wszy­scy stają się tacy jak my.

A może po pro­stu szu­kam w nim Jacka.

Zanim otwo­rzę drzwi na klatkę, spo­glą­dam na niebo.

Praw­do­po­dob­nie już ni­gdy go nie spo­tkam. Co bym jed­nak zro­biła, gdyby to się stało?

Pew­nie zaczę­ła­bym krzy­czeć i go wyzy­wać. Nie zosta­wia się mnie tak, ty chuju. Nie kasuje się mnie bez powodu. Co ty sobie, kurwa, wyobra­żasz? Krzy­cza­ła­bym i krzy­czała. A potem, potem nie mam poję­cia, co by się stało.

Niech może będzie sobie tam, gdzie jest. Niech się nie poja­wia. Nie wychyla. Niech będzie szczę­śliwy, o ile potrafi.

Jacek, ten dziwny przy­ja­ciel.

Wcho­dzę na klatkę i zamy­kam za sobą drzwi, zosta­wia­jąc myśli o nim na zewnątrz.

17 wrze­śnia 2020

Pró­bo­wa­łam zro­bić coś dla sie­bie, spę­dzić ten dzień na jakiejś for­mie rege­ne­ra­cji. Nic z tego. Wybra­łam się po pod­sta­wowe zakupy, ale nie widzia­łam sensu w kupo­wa­niu cze­go­kol­wiek. W końcu zja­dłam obiad, nale­śniki wzięte na wynos z wegań­skiej knajpy. Jadłam je z pla­sti­ko­wego pudełka, zdzi­wiona słoń­cem, sie­dząc na ławce i zacze­pia­jąc cudze psy. Przez moment zasta­na­wia­łam się, czy nie zaczy­nam wario­wać.

W nocy nawet nie sta­ra­łam się zasnąć. Pali­łam jointa za join­tem, pró­bu­jąc się sku­pić na kolej­nych gów­nia­nych seria­lach. Powoli prze­sta­wa­łam rozu­mieć ideę tele­wi­zji, nie wie­dzia­łam, po co mam się wpa­try­wać w zaaran­żo­wane pery­pe­tie poprze­bie­ra­nych obcych osób.

Sen przy­szedł rano, połknął mnie jak stud­nia, która połyka wrzu­cony do niej kamień.

Obu­dzi­łam się wie­czo­rem. Na tele­fo­nie było dwa­dzie­ścia pięć nie­ode­bra­nych połą­czeń od Wik­tora. I wia­do­mo­ści, na What­sAp­pie, na Tele­gra­mie. "Odbierz". "Pazina? Odbierz, pls". "Pilne. Pro­szę".

Menel gło­śno miauk­nął, gdy zrzu­ci­łam go na pod­łogę.

To uczu­cie też nie było wybu­dza­niem się, było gwał­tow­nym wypły­nię­ciem na powierzch­nię, świa­do­mość przy­nio­sła ból całego ciała, zwłasz­cza płuc, niczym od gwał­tow­nej róż­nicy ciśnień. To dla­tego, że przed zaśnię­ciem spa­li­łam jesz­cze jed­nego jointa, bez tyto­niu, gru­bego jak palec, zacią­ga­jąc się łap­czy­wie tym dymem, jak­bym go piła.

Cza­sami się zasta­na­wiam, jakim cudem moje ciało wciąż działa. Serce bije, układ pokar­mowy trawi, płuca pobie­rają tlen. Jakim cudem to ciało na­dal chce róż­nych rze­czy. Pić, jeść, doty­kać się. Ono powinno prze­stać dzia­łać. Nie mam dla niego krztyny lito­ści. Nie­na­wi­dzę go. Nie cho­dzi o to, że mam jakiś pro­blem, patrząc w lustro. Przy­zwy­cza­iłam się do sie­bie. Gdzieś jestem krót­sza, gdzieś dłuż­sza, gdzieś jest mnie za dużo, gdzieś za mało. To bez zna­cze­nia. Cho­dzi o to, że trak­tuję je jak stary samo­chód, maszynę, która ma słu­żyć na prze­kór wszyst­kiemu. Zarzy­nam je, nie robiąc mu prze­glądu, nie zmie­nia­jąc oleju, tan­ku­jąc tru­ci­znami i gów­nem.

- Wik­tor - mówię, odbie­ra­jąc połą­cze­nie.

- Zna­leźli Lucka na tyłach Novo­telu przy Mar­szał­kow­skiej, nie żyje. - Ma prze­ra­żony głos, wysoki, zasa­pany, jakby wła­śnie ktoś go gonił.

Pytam go, skąd wie.

- Są tutaj - odpo­wiada.

Tłu­ma­czę, że nie zro­bią mu krzywdy, i pro­szę, by dał mi kogoś do tele­fonu.

- Pani... - sły­szę w słu­chawce.

- Paziń­ska. Tak, ja jestem sze­fową ośrodka.

- Przy chło­paku zna­leź­li­śmy ulotkę - wyja­śnia poli­cjant.

Do bólu płuc docho­dzi ból głowy. Gdy pod­no­szę się z łóżka, skrzy­pię. Całe moje ciało jest prze­rdze­wiałe od środka, ledwo doczła­puję do łazienki.

- Ale wie­cie, kim jest...

- W port­felu była tylko ulotka. Żad­nych pie­nię­dzy i doku­men­tów - mówi poli­cjant, a ja mam wra­że­nie, jakby z tele­fonu wycho­dziły grube, brudne palce i wpy­chały mi się do uszu.

W ube­rze, patrząc przez okno, zaczy­nam rozu­mieć, że jestem zatrza­śnięta w jed­nej i tej samej nocy trwa­ją­cej w nie­skoń­czo­ność, w jakiejś resztce uszko­dzo­nego snu. To nie może ist­nieć naprawdę, wszy­scy zgi­nę­li­śmy, świat się skoń­czył, zostały resztki dry­fu­ją­cej w nico­ści ogrom­nej cza­so­prze­strzeni.

Wyrywa mnie z tego stanu utwór techno z ukra­iń­skim woka­lem, który nagle wypeł­nia wnę­trze samo­chodu. Kie­rowca prze­pra­sza, ści­sza, a ja w głębi ducha jestem mu wdzięczna, że ścią­gnął mnie z powro­tem na zie­mię.

Poli­cjant jest wysoki, niedź­wie­dzio­waty, nawet przy­stojny, długa, zadbana broda nadaje mu wygląd żoł­nie­rza ze Wschodu. Rów­nie wschod­nia jest poli­cjantka: lekko napom­po­wane usta, blond włosy sple­cione w war­kocz wysta­jący spod czapki z dasz­kiem. Oboje są w cywilu, w dżin­sach i lek­kich kurt­kach, wyglą­dają jak mło­dzi nor­malsi, zdra­dzają ich tylko bla­chy zwie­szone na szyi na meta­lo­wych łań­cusz­kach. Gdy dociera do mnie, że to nie są zwy­kłe kra­węż­niki, tężeję.

- Jeste­ście z kry­mi­nal­nej? - pytam ich.

- Wydział kry­mi­nalny komendy sto­łecz­nej poli­cji - recy­tuje kobieta. Szybko macha przy tym bla­chą, tak szybko, że nie mam szans niczego z niej prze­czy­tać.

Pro­wa­dzę ich do otwar­tej prze­strzeni, gdzie są pił­ka­rzyki, sala ze sta­rym tele­wi­zo­rem i jesz­cze star­szą kon­solą, sto­liki. Sadzam ich na kana­pie. Nie podoba im się tu, nie podo­bają im się sza­blony, gra­fiki i graf­fiti na ścia­nie: QUEER SUICIDE COM­MANDO; SYS­TEM GNIJE OD ŚRODKA; ZANIM UMRĘ, ZABIORĘ WSZYST­KICH ZE SOBĄ. Nie podo­bają im się popiel­niczki pełne petów, tęczowa flaga z pio­ru­nem.

Wik­tor kuca w rogu, zapła­kany. Besia stoi obok niego, trzy­mają się za ręce jak zako­chane nasto­latki.

- Gdzie on jest? Możemy go zoba­czyć? - pytam.

- Czy pani jest w sta­nie potwier­dzić toż­sa­mość? - ustala poli­cjantka.

- Ja jestem w sta­nie. - Wik­tor nagle wstaje, prze­staje pła­kać.

- Pani, jak mnie­mam, jest nie­peł­no­let­nia.

- Nie jestem żadną panią, nazy­wam się Wik­tor.

- Tak czy siak, jesteś osobą nie­peł­no­let­nią.

Wik­tor wyj­muje dowód oso­bi­sty. Pod­sta­wia go poli­cjantce pod nos. W dowo­dzie ma swoje wła­ściwe imię. Wik­tor Grze­lak.

- Wik­tor, idź do biura - pro­szę go.

Kiwa głową. Powoli wcho­dzi po scho­dach. Stara się być twardy, godny. Poli­cjantka patrzy za nim. Chcę myśleć, że w jej oczach jest jakaś szczera sym­pa­tia.

Wik­tor kie­dyś miał na imię Ania. Teraz strzyże się na krótko, nosi sze­ro­kie spodnie, pod wiel­kimi blu­zami z kap­tu­rem ma bin­der. Był sie­rotą, rodzice zgi­nęli, gdy był dziec­kiem. Wycho­wy­wała go bab­cia, która parę lat temu osu­nęła się w demen­cję. Był peł­no­letni, więc żył ze spadku, i od początku twier­dził, że nie przy­szedł do Azylu po pomoc, tylko po to, by poma­gać. Ale oczy­wi­ście był taki jak oni wszy­scy. Pozba­wiony skóry, zabi­jany przez wła­sne emo­cje. Do tego docho­dziło zimne pie­kło inter­netu - Wik­tor potra­fił sie­dzieć przed ekra­nem po szes­na­ście godzin dzien­nie. Prze­ży­wał to, co działo się w social mediach, jak nie­ustanną serię małych apo­ka­lips. Powoli, krok po kroku, prze­su­wa­łam go do rze­czy­wi­sto­ści. Poda­ro­wa­łam mu rutynę. Nauczy­łam go pro­stych czyn­no­ści - sprzą­ta­nia, goto­wa­nia. Teraz nabrał odpor­no­ści, pokrywa go ochronna war­stwa. Jest cienka i kru­cha jak sko­rupka, ale przy­naj­mniej nie boli go byle dotyk.

Wszystko faj­nie, ale wła­śnie stoję przed dwoj­giem poli­cjan­tów, a kie­szeń kurtki wypy­cha mi trzy­dzie­ści gra­mów ziel­ska. Bąkam więc coś do nich i bie­gnę do biura, wci­skam ziel­sko za kar­tony z jedze­niem, następ­nie otwie­ram szu­flady i pró­buję zna­leźć białą kopertę A4 ze ska­nami i kse­ro­ko­piami dowo­dów oso­bi­stych. No tak, tylko że Lucek nie poka­zał mi żad­nego doku­mentu. To ni­gdy nie był bez­względny waru­nek przy­ję­cia do Azylu.

W drzwiach poja­wia się Besia. Pod­suwa mi ekran tele­fonu.

- Sfo­to­gra­fo­wa­łam jego legi­ty­ma­cję szkolną. Kiedy przy­szedł.

- Legi­ty­ma­cję szkolną - powta­rzam.

Kiwam głową, opie­ram się o ścianę. Wal­czę ze sobą, żeby nie zemdleć. Ktoś wytarł mi język i pod­nie­bie­nie papie­rem ścier­nym, potwor­nie chce mi się pić.

Na wyświe­tla­czu komórki wid­nieje legi­ty­ma­cja dziecka, które nazywa się Oskar Mali­now­ski i według daty uro­dze­nia ma szes­na­ście lat. Ale na zdję­ciu jest Lucek, bez dwóch zdań, ze skórą jaśniej­szą od tła, na któ­rym stoi, wąziutką kre­ską ust ufor­mo­waną w nie­pewny uśmiech i oczami prze­stra­szo­nej sarny.

Scho­dzę na dół, poka­zuję zdję­cie poli­cjan­tom. Wpa­trują się w nie przez chwilę.

- Dobrze, skon­tak­tu­jemy się z rodziną - mówi blon­dynka, po czym zaczyna spi­sy­wać dane ze sfo­to­gra­fo­wa­nej legi­ty­ma­cji.

- Nie rozu­miem, co pani chce powie­dzieć. To on czy nie? - pytam.

- Rodzina musi go ziden­ty­fi­ko­wać - odpo­wiada, nie patrząc mi w oczy. Gdy w końcu na mnie spo­gląda, to tak, jak­bym była gów­nia­nym meblem ze sklejki.

Ona i bro­dacz wstają, a potem ruszają do wyj­ścia.

Pod­bie­gam do niej, łapię ją za rękę. Wyszar­puje się, odwraca i patrzy na mnie gniew­nie, już nie jak na mebel, ale jak na wroga, jej dłoń odru­chowo wędruje do przy­tro­czo­nego przy pasie gazu.

- Spo­koj­nie - mówi.

- Ja jestem spo­kojna. Ale jeśli to on... to są jego przy­ja­ciele, to po pierw­sze. - Poka­zuję na Wik­tora i Besię.

- Mamy obo­wią­zek infor­mo­wa­nia tylko naj­bliż­szą rodzinę - tłu­ma­czy bro­dacz.

- Byłam osobą odpo­wie­dzialną za niego przez ostat­nie tygo­dnie. Więc to chyba ja powin­nam poin­for­mo­wać rodzinę, jeśli już. - Sta­ram się wyra­żać jak naj­spo­koj­niej, papier ścierny w gar­dle mi w tym pomaga, wydłuża pauzy mię­dzy wyra­zami.

- A rodzina w ogóle wie­działa, że on tu jest?

Gdy poli­cjantka zadaje to pyta­nie, Wik­tor lekko się garbi, tak jakby sta­no­wiło to osta­teczne potwier­dze­nie: tak, to Lucek, nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

- Posłu­cha mnie pani - mówi poli­cjantka ze spo­ko­jem ban­ko­wego bota, który dzwoni z bar­dzo korzyst­nym kre­dy­tem gotów­ko­wym. - Pani nie chce dal­szych pro­ble­mów. My mamy przy­kaz z dziel­nicy, aby was obser­wo­wać. Ludziom nie podoba się to, co robi­cie.

- Czyli co? - pytam.

Teraz musi zna­leźć odpo­wied­nie słowa, bar­dzo się wysi­lić. Drzwi na górze się otwie­rają, kil­koro dzie­cia­ków wyłazi na klatkę, scho­dzi po scho­dach. Wpa­trują się w intru­zów, jakby chcieli ich zamor­do­wać. Oni z kolei, ucie­ka­jąc od tych spoj­rzeń, jesz­cze raz przy­glą­dają się napi­som, petom, sto­li­kom.

- Czyli, nie wiem no, jak to nazwać, taki samo­zwań­czy popraw­czak - odpo­wiada w końcu poli­cjantka. - I ja mówię do pani, że tak powiem, z sym­pa­tii, bo uwa­żam, że słab­szym trzeba poma­gać. Ale naprawdę cze­kają na wasze pierw­sze potknię­cie.

- Kto czeka? Radni? Sawicki? - Dopiero teraz przy­po­mina mi się nazwi­sko Anioła Biz­nesu.

- Tak że ja bym nie pod­no­siła głosu na poli­cjanta wyko­nu­ją­cego czyn­no­ści - koń­czy blon­dynka.

Bro­dacz mil­czy, ogląda paznok­cie. Nie wie­dzieć czemu, zasta­na­wiam się, czy ze sobą sypiają i jak to musi wyglą­dać. Mózg uszko­dzony bra­kiem snu gene­ruje ran­do­mowe obrazy i jedyne, co można zro­bić, to pozwo­lić im pły­nąć.

Wstaję. Biorę papie­rosa z leżą­cej na stole luź­nej paczki, każę tym na scho­dach wró­cić na górę, Wik­to­rowi i Besi też.

- No ale przy­je­cha­li­ście tutaj. Z tego, co rozu­miem, po pomoc. Więc pozwól­cie sobie pomóc, bo tym wła­śnie się tutaj zaj­mu­jemy. Pomocą. - Odkła­dam papie­rosa z powro­tem i ruszam w stronę drzwi. Odpro­wa­dzają mnie ukryte w pół­mroku klatki oczy prze­stra­szo­nych wil­cząt.

*

To on. To Lucek. Potworny smu­tek wypeł­nia żołą­dek czarną, tłu­stą ropą. Gdy ropa pod­cho­dzi do gar­dła, muszę zatkać usta dło­nią.

Jest bar­dzo ciężko pobity. Na twa­rzy ma rany i siniaki, i okrą­głe ciem­no­czer­wone ślady; nie chcę wie­dzieć, czym są. Nie wygląda, jakby spał. Wygląda jak ktoś zamor­do­wany. To nie pierw­szy raz, gdy widzę trupa, ale pierw­szy, gdy oglą­dam ciało w takim sta­nie.

Ta potwor­ność będzie potrze­bo­wała dni, by mi się w pełni obja­wić.

- Potwier­dza pani jego toż­sa­mość? - pyta poli­cjantka.

Mam przy­ja­ciółkę, Ewę, tera­peutkę, psy­cho­lożkę, świad­ki­nię w spra­wach sądo­wych. Tak zwa­nej trud­nej mło­dzieży oddała kil­ka­dzie­siąt lat życia. Można ura­to­wać jedną osobę na dzie­sięć, Marta, mówiła mi. Przy­go­tuj się na śmierć, powta­rzała, gdy otwie­ra­łam Azyl. Bo prę­dzej czy póź­niej ktoś się powiesi, potnie, naje leków. Albo spo­tka go jakaś krzywda.

- Pro­szę pani. - Głos poli­cjantki dobiega jakby z innego budynku.

- Tak, Lucek - mówię po chwili.

- Lucek?

Potrze­buję chwili, aby przy­po­mnieć sobie jego nazwi­sko.

- Oskar Mali­now­ski, tak, to on.

Jest uma­lo­wany, maki­jaż zlewa się z ranami i obra­że­niami, usta krwi­sto­czer­wone, powieki błę­kitne. Brzydki maki­jaż prze­bra­nego dziecka, uszko­dzo­nej lalki. Coś ty naro­bił, na kogoś ty tra­fił?

- Co się stało? - Odwra­cam się do poli­cjan­tów.

- Jesz­cze nie ma dokład­nych badań, cze­kamy na leka­rza medy­cyny sądo­wej... - Chce powie­dzieć "ale", i to "ale" nie prze­cho­dzi jej przez gar­dło, a gdy w końcu wydo­staje się na zewnątrz razem z drugą czę­ścią zda­nia, głos poli­cjantki staje się inny, ludzki, jej pan­cerz kru­szeje, i nagle jeste­śmy w tym razem, ona i ja. - Ale ktoś go ska­to­wał na śmierć, widzi pani.

Znowu robi mi się nie­do­brze, zapewne od koloru tego pomiesz­cze­nia, od barw kafel­ków pokry­wa­ją­cych ściany i pod­łogę. Te kafelki - brud­nosz­ma­rag­dowe, rzy­gli­wie łoso­siowe, bla­do­ró­żowe - są prze­zna­czone spe­cjal­nie do złych miejsc, miejsc kaźni. Szkolne prysz­nice. Sale ope­ra­cyjne. Pomiesz­cze­nia egze­ku­cji.

Kto nas tu wło­żył, pytam się, co to za żart, kim jest ten psy­cho­pata, który chce spraw­dzić, ile wytrzy­mamy zamknięci z tru­pem dziecka w wiel­kiej kostce brud­nego mydła?

- Pro­szę, chodźmy stąd.

Wycho­dzimy na zewnątrz. Idziemy teraz na górę plą­ta­niną scho­dów, które są niby ewa­ku­acyjne, ale spra­wiają wra­że­nie, jakby każdy z cią­gów koń­czył się śmier­telną pułapką.

W biu­rze poli­cjantka w ludz­kim odru­chu robi mi roz­pusz­czalną kawę. To zmę­cze­nie, poczu­cie klę­ski, ono przyj­dzie jak hura­gan, czarna burza, zacza­dzi mi głowę tak, że nie będę umiała się nawet przed­sta­wić, ale to jesz­cze nie teraz, jesz­cze chwila.

- Ewe­lina - mówi kobieta i wyciąga dłoń, którą ści­skam. Ma różowe paznok­cie, tak krzy­kliwe, że aż ładne.

- A ja jestem Mate­usz - przed­sta­wia się poli­cjant. Musimy w końcu zamie­nić się w ludzi, bo osza­le­jemy. Czło­wiek w obli­czu śmierci musi wybuch­nąć, a następ­nie trwać dalej. Co to za zda­nia?

- Powin­ni­śmy się skon­tak­to­wać z jego rodziną. Usta­lić... - zaczyna Ewe­lina, ale Mate­usz jej prze­rywa:

- My już chyba nic nie będziemy usta­lać. I tak zaraz nam to zabiorą.

Zamy­kam oczy i natych­miast jestem z powro­tem w szma­rag­do­wym pomiesz­cze­niu. Przy­cho­dzą detale, pęk­nięta warga, podra­pany pod­bró­dek, ciemne pręgi na szyi. Przy­cho­dzą i zostają, zostaną już na zawsze. Trwa bez­gło­śne tatu­owa­nie kory mózgo­wej. Nic tego nie zmyje. Żadna burza, żaden deszcz.

- Nie zabiorą zaraz, nie zabiorą za godzinę i nie zabiorą za dwie - mówi Ewe­lina. Choć jej głos znowu robi się mecha­niczny, napięty jak struna, to od czasu, gdy podała mi swoje imię, już nie mogę myśleć o niej jako o bocie. - Znajdź rodzi­ców. I od razu do nich zadzwoń - wydaje pole­ce­nie.

- Teraz? Nad ranem?

- Tak, teraz, nad ranem.

Bez dwóch zdań to ona jest tu górą, w każ­dym aspek­cie ich rela­cji.

- Posłu­chaj mnie teraz uważ­nie...

- Marta.

- Posłu­chaj, Marta. Chło­pak miał przy sobie ple­cak. W ple­caku była gotówka, cał­kiem spora jak na takiego sryla, jakieś dwa i pół koła. Do tego kon­domy, lubry­kant, maszynka do gole­nia. Keta­mina, chyba, labo­ra­to­rium jesz­cze to mieli. Jedna tabletka PrEP.

- No i? - Nie rozu­miem, cho­ciaż tak, rozu­miem.

Wzdy­cha.

- Jak mam to nazwać, żeby nikogo nie obra­zić?

To nowe uczu­cie, które przy­krywa smu­tek. Ude­rze­nie w twarz z pła­skiej i nie­wi­dzial­nej dłoni.

- To nie­moż­liwe. Nie ma szans.

- Niby czemu?

Nie­moż­liwe, bo ich pil­no­wa­łam. Bo byłam odpo­wie­dzialna i czujna. Bo mie­li­śmy umowę. Bo pod­pi­sy­wa­li­śmy kon­trakty. Bo spa­łam po trzy godziny na dobę po to, aby byli bez­pieczni i zaopie­ko­wani. Głu­pia, głu­pia matka. Marta Paziń­ska. Oczy­wi­ście, że to moż­liwe. Taka z cie­bie obroń­czyni, idiotko. Tak ratu­jesz ludzi.

- Naj­pew­niej zro­bił to klient. Pobra­li­śmy DNA, z tym że nie ma pew­no­ści, że ono należy do sprawcy.

- Czyli nie wia­domo, czy ktoś go zgwał­cił i zabił, czy tylko zabił. - To zda­nie wypo­wiada ktoś o gło­sie iden­tycz­nym jak mój. Ale to nie jestem ja. - Czyli nic, kurwa, nie wia­domo - mówi ten sam głos dużo gwał­tow­niej.

Płacz włą­cza się na krótką chwilę. Jest gło­śny, brzydki i zawsty­dza­jący. Gdy się uspo­ka­jam, ona mówi:

- Nie jeste­śmy wro­gami, ty i ja.

Wstaje, otwiera szu­fladę, wyciąga cien­kie papie­rosy, zapala jed­nego. Patrzy na mnie już nie jak na mebel, na prze­szkodę, ale jak na dru­giego czło­wieka. Stu­diuje mnie, pró­buje się dowie­dzieć, kim jestem.

- Posłu­chaj. Skup się. Rodzina na pewno uzna, że to twoja wina, więc nie pró­buj nawet z nimi roz­ma­wiać - instru­uje. - Zło­żysz teraz zezna­nia, oni je zoba­czą, i tyle. Nie roz­ma­wiaj z nimi.

Kiwam głową. Ona naprawdę nie jest moim wro­giem. I to, co mówi, ma sens.

- Powin­naś wysłać te dzie­ciaki do domu. Do swo­ich rodzin - dodaje.

- One stam­tąd wła­śnie ucie­kły - odpo­wia­dam.

- Posłu­chaj sama sie­bie, jaki to teraz argu­ment? Ja chcę ci pomóc... Jesteś dobrą osobą.

Nie ma bar­dziej upo­ka­rza­ją­cego zaję­cia na świe­cie niż bycie dobrą osobą, myślę, a ona kiwa głową, jakby prze­czy­tała tę myśl.

- I zabiorą mi to miej­sce. Przyj­dzie inwe­stor, ten z Bali...

- Ja nie wiem, o czym mówisz - prze­rywa mi. - I to nie jest moja sprawa.

Ma rację, sama nie wiem, o czym mówię.

Wraca Mate­usz, w ręku trzyma kubek z czymś cie­płym. To coś wstręt­nie pach­nie, tro­chę jak rosół z proszku, ale ewi­dent­nie trzyma go w pio­nie.

- Roz­ma­wia­łem z matką. Nie wie­rzy, że to jej syn. Ale będą tu za dwie godziny.

- No dobrze. - Ewe­lina sięga po papier i dłu­go­pis.

Zadzi­wia mnie, że wciąż robią to ręcz­nie. Jakby ktoś chciał, aby byli mniej efek­tywni, aby nie dawali sobie rady, aby sys­tem, w któ­rym tkwią, nie dzia­łał, ist­niał tylko dla pozoru, zepsuty i żało­sny.

Ban­dyci, któ­rych zna­łam, zawsze się z nich śmiali. Oprócz Jacka, ale Jacek nie śmiał się z niczego. Teraz myślę, że potwor­nie cier­piał, napię­cie musiało wypa­lać go od środka, jak kwas, jak rak. Tak to jest, gdy w obli­czu pożaru pró­bu­jemy chro­nić papie­rowe domki. Ale czy sama nie robię cze­goś podob­nego??Lucek. Okej, dzieci to robią, nie uro­dzi­łam się wczo­raj. Tylko że Lucek był tak kom­plet­nie naiwny. Odłą­czony od świata, trwale pół­przy­tomny. I nie­winny, przede wszyst­kim nie­winny. Kurwa, prze­cież spra­wiał wra­że­nie, jakby nie wie­dział, co to w ogóle są pie­nią­dze.

Może na dole, w tej kost­nicy, to nie on? Może powin­nam tam zejść, jesz­cze raz spraw­dzić? Może Lucek nie był wcale Oska­rem?

Na ile ja mogę ich pil­no­wać? Na ile można upil­no­wać kogo­kol­wiek? Nie mam poję­cia, mogę dotknąć tylko tego, co w zasięgu ręki.

Czy to już wszystko? Tak, to już wszystko.

Ewe­lina kiwa głową i poka­zuje mi kartkę. Ma nawet ładny cha­rak­ter pisma, równy, nie robi błę­dów.

- Nie powie­dzia­łam tego zda­nia. - Poka­zuję na jedną z lini­jek.

- To dla two­jego dobra - zapew­nia.

Zda­nie brzmi: "Wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z rodzi­cami denata i nakła­niać go do powrotu do domu rodzin­nego, ponie­waż robię tak z każ­dym moim pod­opiecz­nym. W przy­padku Oskara oka­zało się to bez­sku­teczne".

- Zawsze to robisz? - pytam.

- No co ty - odpo­wiada. I dodaje z waha­niem: - Ludzi, któ­rym warto poma­gać, jest nie­wiele.

Cie­kawe, jak wygląda jej praw­dziwa twarz, myślę, gdyby zma­zać z niej tę tapetę. Pew­nie jest nawet ładna. Na pewno ład­niej­sza od mojej. A może nikt tak naprawdę nie jest ładny? Są po pro­stu typy twa­rzy, które suge­rują, że ktoś jest dobrym czło­wie­kiem, to rodzaj mimi­kry, pawiego pió­ro­pu­sza.

- Idź spać i uwa­żaj na sie­bie. - Ewe­lina pod­cho­dzi do drzwi i je otwiera, a gdy wycho­dzę, dotyka moich ple­ców w dziwny spo­sób, tro­chę je kle­pie, a tro­chę głasz­cze. Odru­chowo pod­ska­kuję. Cofa dłoń, jakby się prze­stra­szyła wła­snego gestu.

Następne dwie godziny prze­żył chyba ktoś inny, ja tylko oglą­dam je na fil­mie, choć zapis jest nie­wy­raźny, a obraz ma taką barwę, jakby cały świat stał się ciem­nią foto­gra­ficzną. Pazina wcho­dzi do Azylu, Pazina mówi dzie­cia­kom: tak, to prawda, Pazi­nie chyba udaje się nie roz­pła­kać, gdy przy­tula poszcze­gólne osoby, udaje się jej nawet rozu­mieć cudze słowa. A potem Pazina znika, bo jej ciało ma już dość, i mówi: idź się jebać, Pazina, na razie, po czym pada tam, gdzie stoi.

18 wrze­śnia 2020

Mia­łam tego nie robić, ale wyszło jak zwy­kle. Całe moje życie to robie­nie tego, co inni mi odra­dzają. Przy­naj­mniej spa­łam, bite dzie­sięć godzin.

Gdyby nie sen, roz­ma­wia­jąc z nią, pękła­bym na pół, dostała zawału.

- Nie jestem złą osobą. - Matka Lucka sie­dzi naprze­ciwko mnie, po dru­giej stro­nie biurka. Jest rów­nie szczu­pła i biała jak Lucek, powięk­szone usta bez szminki czy błysz­czyka wyglą­dają jak dwie gumowe dżdżow­nice przy­kle­jone do twa­rzy. Ubrana jest w dro­gie rze­czy, na kola­nach trzyma torebkę Louis Vuit­ton. Zaci­ska dło­nie na uchwy­tach tak mocno, jakby w środku było jej serce.

- To straszne, co panią spo­tkało. Ja sobie tego nawet nie wyobra­żam. Nie mam dzieci.

- Wspo­mi­nam o tym, bo... bo wszy­scy myślą, że dzieci ucie­kają od złych rodzi­ców - mówi, jakby połknęła żyletkę.

- Ja tak nie zakła­dam - zapew­niam, cho­ciaż to oczy­wi­ste, że tak zakła­dam, bo dzieci nie ucie­kają z domów, w któ­rych rodzice są w porządku. To wymaga siły, aby uciec z domu. To jak sko­czyć na główkę, nocą, do ciem­nej wody, z wyso­ko­ści, któ­rej nie da się oce­nić.

Wik­tor, opuch­nięty od pła­czu, wcho­dzi do pokoju z dzban­kiem her­baty, sta­wia go na biurku. Opa­da­jące na dno torebki sagi rów­nież przy­po­mi­nają coś, co kie­dyś żyło w wodzie i nagle umarło, zatrute tajem­ni­czą sub­stan­cją. Nale­wam płyn do kubka, kobieta machi­nal­nie bie­rze łyk. Kiwam głową, daję Wik­torowi znak, aby wyszedł.

Jak dotąd spo­tka­nie prze­biega spo­koj­nie, ale i tak jest potwor­nie trudne. Kobieta nie krzy­czy, nie ata­kuje, nie histe­ry­zuje, mimo to spra­wia wra­że­nie, jakby umie­rała w zwol­nio­nym tem­pie.

Przez ostat­nie pół godziny wymie­ni­ły­śmy mniej niż dzie­sięć zdań, ale zuży­łam na to całą swoją ener­gię i cały oddech. Gdy matka Lucka w końcu wyj­dzie, zemdleję.

- Poli­cja powie­działa pani, że Oskar tu był? - pytam.

- Nie, syn powie­dział mi to sam.

- Sam - powta­rzam ostatni wyraz, zdzi­wiona.

- Co pani myśli, prze­cież ja w kółko pyta­łam się go, gdzie on jest, dzwo­ni­łam do niego co chwila. I w końcu podał mi adres tego miej­sca. Co w tym dziw­nego?

Nie wiem, nie mam poję­cia, co w tym dziw­nego.

- Że po niego nie przy­je­cha­łam? To panią dziwi?

Znowu nie odpo­wia­dam, bo nie chcę jej przy­ta­ki­wać, nie chcę też zaprze­czać.

- Bo się bałam, że uciek­nie gdzieś dalej? Ja... bo ja zupeł­nie nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dzi, a gdy już się dowie­dzia­łam, to...

Pęka na moich oczach, widzę, jak na jej twa­rzy poja­wiają się kolejne rysy. Maska się łusz­czy, odpada z twa­rzy gru­bymi pła­tami.

- Ja też jestem ofiarą, wie pani?! - krzy­czy przez płacz. - Myśli pani, że ja mogłam coś zro­bić? Że kobieta może zro­bić cokol­wiek?

Wstaję z krze­sła. Tu koń­czy się moja siła. Całe życie robię rze­czy, któ­rych nie powin­nam. Odwra­cam się do niej tyłem, przy­naj­mniej przez chwilę muszę na nią nie patrzeć.

- A pani czemu go nie upil­no­wała?! - wrzesz­czy dalej. - Co pani tu wła­ści­wie robi, co?! Co to za miej­sce? Co to za flagi tęczowe? Co to za bazgroły, co to za syf jest?!

Nie odpo­wia­dam.

- Czemu to ma słu­żyć? Pracy z trudną mło­dzieżą? I co, pra­cuje tu pani z nimi? Niby nad czym? Co to za praca?!

Czuję drobne skur­cze mię­śni, jak przy raże­niu prą­dem.

- I niby on się kur­wił? Mój jedyny syn?! Może ty sama go do tego nama­wia­łaś, co?

Wiem, że dzie­ciaki tego słu­chają. Może wła­śnie w ten spo­sób dowia­dują się o tym, co robił Lucek. Nie roz­ma­wia­li­śmy na ten temat. Nie było czasu. Nie mia­łam siły.

Biorę bar­dzo głę­boki, poje­dyn­czy wdech.

- Bar­dzo pani współ­czuję i udzielę pani każ­dej pomocy, jakiej będę w sta­nie. - To zda­nie brzmi fał­szy­wie, jak kwe­stia z Klanu.

- Odpo­wiedz. Nama­wia­łaś go?! - Kobieta w ogóle nie sły­szy, co do niej mówię.

Odwra­cam się z powro­tem dopiero na dźwięk prze­su­wa­nego krze­sła.

- Zro­bię wszystko, żeby ten, który to zro­bił... - Nie mam siły koń­czyć tego zda­nia. Wyma­wiam je cicho łamią­cym się, prze­stra­szo­nym gło­sem. I chyba nie ma już sensu doda­wać cokol­wiek.

Za to ona mówi dalej. Stoi przede mną i celuje we mnie pal­cem jak pisto­le­tem.

- Tacy sami jeste­ście, wszy­scy, co do jed­nego. Myśli­cie, że zba­wia­cie świat, że każ­demu potra­fi­cie pomóc, że będzie­cie mówić ludziom, jak żyć. Jakich uży­wać wyra­zów, jak się zwra­cać do innych, aby nikogo tylko nie obra­zić. Naj­mą­drzejsi, świa­tli. A kiedy przy­cho­dzi co do czego, dziecko idzie na dno, a wy tylko patrzy­cie. Patrzy­cie i nic nie potra­fi­cie zro­bić, tylko sior­bie­cie sobie to latte sojowe. Albo sami jesz­cze popy­cha­cie, zachę­ca­cie, tak, idź dalej w to dno, zobacz, jakie fajne to jest. Jakie, kurwa, wyzwo­lone.

Nie pamię­tam, kiedy ostat­nio piłam jakieś sojowe latte. Nie wiem nawet, gdzie teraz w War­sza­wie można je kupić. Każde jej słowo pomniej­sza mnie o cen­ty­metr, aż w końcu staję się wiel­ko­ści kra­sno­ludka. Kobieta jest ogromna, stoi nade mną jak potwór z hol­ly­wo­odz­kiego filmu.

- Wiem, co pani czuje - mówię.

- Gówno wiesz!

Gdy w końcu wycho­dzi, sie­dzę sama przez dzie­sięć minut. Zamy­kam oczy. Liczę odde­chy. Każdy wdech pali płuca. Każde ude­rze­nie serca jest jak ude­rze­nie mło­tem.

Wstaję i idę do kuchni. Są tam, cze­kają na mnie, wszy­scy Azy­lo­wi­cze. Około dwu­dzie­stu osób.

Besia pro­po­nuje, aby może każdy z nas powie­dział coś miłego o Lucku. Mówi szybko i bez­ład­nie, jej głowa pró­buje panicz­nie zra­cjo­na­li­zo­wać jego śmierć. Prze­ry­wam jej.

- Wie­dzie­li­ście, że to robił? - pytam. Patrzę w oczy każ­demu z nich po kolei. - Wie­dzie­li­ście, że są kon­se­kwen­cje za robie­nie nie­le­gal­nych rze­czy? Czy­ta­li­ście kon­trakty?

- To nie jest nie­le­galne - mówi cicho Wik­tor.

Odwra­cam się w jego stronę. Zuży­wam całą swoją siłę, aby nie wpaść w szał.

- Sute­ner­stwo jest nie­le­galne, Pazina. Poznaj prawo, a potem... - cią­gnie.

- To jest nie­le­galne tutaj - war­czę jak zła suka. - Dla­tego, że jest nie­bez­pieczne.

Nie prze­stają się mądrzyć. Robią to w obro­nie wła­snej. Ktoś zaczyna pła­kać. Ktoś trzę­sie się z ner­wów. Trudno.

- Nie wia­domo, czy nie­bez­pieczne. Różne osoby sexwor­ker­skie mówią coś innego. - Edgar popra­wia oku­lary na czole.

Głę­boki wdech. Twoje wła­sne zasady, przy­po­mnij je sobie. Na przy­kład ta: gdy masz krzyk­nąć, weź głę­boki oddech. Ułóż sobie w gło­wie zda­nia, które chcesz powie­dzieć. Daj sobie czas.

- Fakty. Są straszne, ale ja za to nie odpo­wia­dam. Lucek nie żyje. Ktoś go zabił. Poli­cja twier­dzi, że to ktoś, z kim Lucek upra­wiał seks za pie­nią­dze. Ja nie chcę dramy. Ja chcę uczci­wo­ści. Chcę wie­dzieć, kto z was o tym wie­dział i to przede mną ukrył.

Mil­czą. Patrzą na swoje buty. Bar­dzo prze­stra­szone, biedne dzie­ciaki. Kurwa mać. Nagle to rozu­miem. Wie­dzieli wszy­scy.

Naj­pierw rękę pod­nosi Edgar, potem, Rena. Potem jesz­cze dwie osoby. A na końcu Wik­tor.

Okej, więk­szość z nich po pro­stu się bała mi powie­dzieć. Lubili go. Nie chcieli kablo­wać. Ale Wik­tor - Wik­tor to co innego. Wik­tor jest peł­no­letni. Jest odpo­wie­dzialny. Jest moją prawą ręką. Wik­tor będzie miał prze­pier­do­lone.

- Ja, ja po pro­stu uwa­ża­łem... - zaczyna, poty­ka­jąc się o wła­sne słowa. - To by było wyklu­cza­nie, Pazina. Gdy­byś go wyrzu­ciła.

Staję przed nim na odle­głość wycią­gnię­tej dłoni. Pro­szę Boga, bo nie mam już kogo pro­sić, o siłę, aby nie zmie­nić się teraz w naj­gor­szą wer­sję sie­bie.

- Może bym go wyrzu­ciła. Może nie. Ale zna­łeś zasady.

- Zasady? A ty co jesteś Pazina, jakimś SWERF-em? Co ty wła­ści­wie chcesz powie­dzieć, że Lucek umarł za karę?! - krzy­czy w odpo­wie­dzi. - Zasta­nów się może, czy rze­czy­wi­ście jesteś po naszej stro­nie, co?

Besia pod­cho­dzi, przy­tula go. Mówi mu coś na ucho, co ma go uspo­koić, ale Wik­tor się nie uspo­kaja. I ja też nie.

Jeśli masz krzyk­nąć, zaci­śnij zęby. Policz do dzie­się­ciu. Licz dalej. Policz do stu.

A potem wytłu­macz, o co ci cho­dzi. Dru­giej oso­bie, i sobie samej.

- Jak może się domy­śla­cie, wal­czymy tu o prze­trwa­nie. Wszy­scy chcą się nas stąd pozbyć. Wyko­rzy­stają pierw­szą moż­liwą oka­zję, bo nie uwa­żają nas za ludzi. I dla­tego nikt w Azylu nie ćpa, nie krad­nie, nie robi sexworku, nawet nie jedzie tram­wa­jem bez biletu. Nikt nie robi niczego, co pomo­głoby naszym wro­gom nas stąd wyko­pać. Pro­si­łam was. Mówi­łam wam to codzien­nie.

Wik­tor patrzy na mnie z żalem i wście­kło­ścią, które zbu­rzy­łyby wie­żo­wiec.

- Prze­stań zacho­wy­wać się tak, jak­by­śmy to my go zabili! - krzy­czy w końcu.

Biorę głę­boki oddech. Jasne. Ma rację. To nie jest ich wina.

Gło­sem robota recy­tuję nowe zasady.

Od teraz nie ma wycho­dze­nia z Azylu po dwu­dzie­stej dru­giej. Zawsze mają mieć włą­czone tele­fony. Muszę dostać numer do jed­nej osoby z rodziny, któ­rej ufają - sio­stry, brata, cioci, dziadka, kogo­kol­wiek. Pod­kre­ślam: to dla waszego bez­pie­czeń­stwa. Obwiesz­czam to jak stan wojenny i wycho­dzę. Wra­cam do biura, zamy­kam drzwi. Papie­ros, woda. Nogi na biurku. Po paru minu­tach kolejne odde­chy mniej palą. Serce prze­staje być moim wro­giem. Może zacho­wuję się jak dziecko, które samo pod­dało się głu­piej emo­cji: biedna ja, smutna ja, ja zawsze będę szła sama. Ta emo­cja jest głu­pia. Ona nie ma zna­cze­nia. Prze­ga­niam ją jak gry­zący dym.

Lucek nie żyje. Ktoś gasił mu pety na twa­rzy. Lucek leży w pomiesz­cze­niu wyło­żo­nym szma­rag­do­wymi kafel­kami.

Może rze­czy­wi­ście powi­nien to wszystko prze­jąć dewe­lo­per. Stwo­rzyć tu piękne, sztuczne miesz­ka­nia. Zama­lo­wać ściany, poło­żyć par­kiety, wsta­wić desi­gner­skie meble. Ogro­dzić bramę wjaz­dową, zain­sta­lo­wać moni­to­ring, wsta­wić na ochronę eme­ryta, dać mu krzy­żówki i gaz pie­przowy. W podwórku zro­bić pasek rów­nego zie­lo­nego traw­nika. Zosta­wić tylko nazwę, Azyl, jako przy­po­mnie­nie, że nie ma cze­goś takiego jak bez­pie­czeń­stwo za darmo, że trzeba sobie na nie zapra­co­wać.

Wik­tor poja­wia się po paru minu­tach. Siada naprze­ciwko mnie.

- Obie­cu­jesz? - pyta.

- Co? Co mam ci obie­cać?

- Że ich znaj­dziemy - mówi cicho.

Patrzę mu głę­boko w oczy. Czy ist­nieje okre­śle­nie na kogoś, kto jest prze­ra­żony i odważny jed­no­cze­śnie?

- Ty nikogo nie będziesz szu­kał - odpo­wia­dam.

- Obie­cu­jesz? - pyta znowu, jakby nie usły­szał moich słów.

Patrzę na niego. Odwaga i strach zlały się w jego oczach w jedno. Jest mło­dziutki, a zro­bił już coś, o czym więk­szość nawet boi się myśleć - zna­lazł w sobie praw­dzi­wego sie­bie i stał się nim, kosz­tem ostra­cy­zmu i lęku. Nie­wiele rze­czy wymaga więk­szej odwagi.

- Obie­cuję - potwier­dzam, łapiąc go za rękę.

- Bo poli­cja go nie znaj­dzie... - zaczyna, ale poka­zuję mu pal­cem, aby był cicho.

Muszę stąd wyjść. Muszę o tym zapo­mnieć, cho­ciaż na kilka minut. Wik­tor wycho­dzi za mną, odpro­wa­dza mnie do drzwi. Sta­jemy obok auta.

- Wie­dzia­łeś coś wię­cej? - pytam go.

- Co wię­cej?

- Czy mówił ci o jakichś klien­tach? Opi­sy­wał ich? Poda­wał jakieś imiona, ksywy?

Wik­tor kręci głową. Nie umiem mu uwie­rzyć.

- Powie­dział ci w ogóle dla­czego?

- Co dla­czego?

- Dla­czego to robił?

- No dla­czego się to robi, Pazina, no weź - pry­cha, ale widzę coś w jego oczach. Unik, tik. Małą nie­prawdę.

Nie chcę go prze­słu­chi­wać. W końcu go przy­tu­lam, całuję go w czoło. Mówię mu, gdzie w biu­rze jest scho­wane tri­tico. Ma je dać wszyst­kim, któ­rzy nie będą mogli zasnąć.

Wycho­dzę z Azylu, w końcu. Wsia­dam do samo­chodu, zamy­kam drzwi, w zapa­chu skaju i fajek jest coś koją­cego i zna­jo­mego - jakieś wspo­mnie­nie, jakieś dzie­ciń­stwo, bieg przed sie­bie po krzy­wym chod­niku w dzień tak sło­neczny i gorący, że skóra momen­tal­nie robiła się brą­zowa, Bal­tona na Polnej, rzędy kolo­ro­wych opa­ko­wań na półce w Super­sa­mie, wygłupy na prze­gu­bie w zapcha­nym, śmier­dzą­cym auto­bu­sie, smak Pizzy Hut w Pano­ra­mie, wyprawy na zakupy na Sta­dion Dzie­się­cio­le­cia, pierw­szy prze­jazd linią metra, smród pod­ziemi Cen­tral­nego, zanim go wyczysz­czono, pierw­sze imprezy w Fil­trach i Tren­dzie, Cri­co­land pod Pała­cem Kul­tury, giełda na Grzy­bow­skiej, baseny Kora, księ­gar­nia Odeon, let­nie słońce wpa­da­jące przez szyby barów mlecz­nych, bitwy mię­dzy osie­dlami, hero­ini­ści na Bar­ba­ka­nie, bru­natna zie­mia zamiast traw­ni­ków, głu­pie pol­skie pio­senki, tatuaż zdobi twoją pierś, a wstyd, jakiego nie znam w nocy, sznu­ruje mi usta, wszystko, co było dobre, co było kie­dyś i czego już dawno nie ma; coś tak odle­głego, że nawet wspo­mnie­nie tego jest nie­wia­ry­godne, pozba­wione wła­ści­ciela, dry­fuje w próżni. To były naj­lep­sze czasy, to były naj­gor­sze czasy. Wio­sna pięk­nych nadziei, zima wiel­kiej roz­pa­czy. Wszystko było przed nami i nic nie mie­li­śmy przed sobą. I być może tego wszyst­kiego nie prze­ży­łam ja, tylko ktoś zupeł­nie inny, daleko stąd, a może prze­ży­li­śmy to wszy­scy, na innej pla­ne­cie, w innym wymia­rze, dawno temu w War­sza­wie.

*

Miesz­ka­nie Ewy to kabina do tele­por­ta­cji wyło­żona wykła­dziną, pil­no­wana przez pięć sta­rych kotów. Boaze­ria, ściany pełne ksią­żek, suszone kwiaty, man­dale, flaga Tybetu, rocz­niki maga­zy­nów z cza­sów, gdy Tomasz Raczek i Krzysz­tof Ibisz byli mło­dymi męż­czy­znami. Gdy Ewa idzie zapa­rzyć her­batę, wcho­dzę na Insta­gram Lucka. Być może wszystko, co na nim jest, zwia­stuje tra­ge­dię, ale ja nie potra­fię tego zoba­czyć. Nie­wy­raźne zdję­cia, na któ­rych widać czę­ści ciała, wiel­kie, uma­lo­wane oczy. Kadry z anime, memy o cat­boy­ach i sim­pach, o sika­niu do łóżka i kupo­wa­niu gówna w Żabce. Frag­menty osoby, któ­rej już nie ma. Przy­twier­dzone na stałe storki, nie­które jesz­cze z jego domu. Szczur w klatce, jedzący mu z ręki. Szary widok za oknem. Japoń­skie litery, malo­wane na kart­kach kolo­ro­wymi farb­kami. Żyletka i blada skóra. Czer­wone ślady.

- Zostaw to w cho­lerę - mówi Ewa.

Stoi w drzwiach, niska i krą­gła, w cięż­kim czar­nym swe­trze. Ma chore bio­dro, ale mocno stąpa po ziemi, nawet gdyby się roz­pę­dzić i rzu­cić się na nią, nie można byłoby jej prze­wró­cić.

Kubki. Her­bata. Cia­sto. Nie należę do tego miej­sca, mogę tu tylko chwilę odpo­cząć.

- Nie chciało mi się piec. Zro­bi­łam je, żeby nie myśleć.

Biorę gryza.

- Czuć - mówię.

Uśmie­cha się.

- Wiesz, odkąd pamię­tam, mówiło się dzie­ciaki teraz to, te dzie­ciaki teraz tamto. Ale... to jest jakaś wielka zbrod­nia, Marta. Świat zasta­wił na nie pułapkę i nie chce ich wypu­ścić. Polub to, kup to, będziesz lep­szy. Z dru­giej strony świat się zaraz skoń­czy, to apo­ka­lipsa. Czyli kupuj i umie­raj, kupuj i umie­raj. A teraz jesz­cze ta zaraza.

Kiwam głową. Jeden z kotów wska­kuje mi na kolana, drugi ociera się o moje nogi. Szu­kają cho­rób.

- Oni nie mają żad­nego życia - cią­gnie Ewa. - Jest ekran dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Pła­ska powierzch­nia. Zero komu­ni­ka­cji. A rodzice się boją. Bo zaraz wszystko się zawali, stracą robotę, miesz­ka­nie, stracą oszczęd­no­ści. Lęk, wszę­dzie jest lęk, Marta, czu­jesz go?

Nie tylko go czuję. Ja go widzę. Lęk wisi w powie­trzu, pół­prze­zro­czy­sta, gry­ząca mgła.

- Świat jest złym domem - mówi moja przy­ja­ciółka.

Uśmie­cham się.

- Mia­łaś mnie, kurwa, jakoś pocie­szyć.

Zapa­dam się w fotelu i odgry­zam jesz­cze kawa­łek cia­sta. Z jed­nej strony mogła­bym zostać tu na zawsze, z dru­giej - szar­pie mną, aby jak naj­szyb­ciej wstać i wyjść. Mimo to mię­śnie w nogach odpusz­czają, znika potworne napię­cie w dole ple­ców, jak­bym codzien­nie robiła mar­twy ciąg. Biorę bar­dzo głę­boki oddech. Pró­buję robić tak, jak kie­dyś uczyła mnie Ewa - nabie­rać białe, wypusz­czać czarne.

Chcia­ła­bym mieć kogoś sil­nego, kto będzie za mną stać i zła­pie mnie, gdy stracę rów­no­wagę. Ale nie pusz­czam ofert w świat, nie prze­pro­wa­dzam castingu. Tin­der to dla mnie gene­ra­tor loso­wych, dzi­wacz­nych zda­rzeń, koń­czą­cych się drob­nym wsty­dem i poczu­ciem straty czasu. Niby nie jestem stara, jed­nak we wła­snej gło­wie mam co naj­mniej sześć­dzie­siąt lat. Cza­sami spraw­dzam przed lustrem, czy nie ruszają mi się zęby. Myślę o tym, że psuje mi się wzrok. Myślę o tym, że parę razy codzien­nie gubię coś, co przed chwilą mia­łam w ręku.

- Nie możesz nic zro­bić, gdy ktoś coś ukrywa - mówi nagle Ewa.

- Ja też nie trzy­ma­łam się zasad.

- Tak, nie trzy­ma­łaś się zasad. Co gor­sza, tych, które sama wpro­wa­dzi­łaś. Teraz się mówi, że zasady są złe, prze­mo­cowe. Tak naprawdę zasady ogra­ni­czają prze­moc. No ale wiesz. Nie­długo sta­nie się coś takiego, że ludzie sobie przy­po­mną.

- Chyba nie chcę gadać o tym, co się sta­nie.

Nagle ogar­nia mnie strach, że pew­nego dnia się obu­dzę i ten stan, który zwy­kle trwa kilka sekund, stan, w któ­rym nie wiem, gdzie i kim jestem, zacznie się wydłu­żać. Naj­pierw roz­cią­gnie się do minuty, potem do pię­ciu, w końcu do kwa­dransa, godziny, dnia, reszty życia.

- Co chcesz zro­bić? Z tym chłop­cem?

- Nie wiem. Obie­ca­łam dzie­cia­kom, że znajdę tego, kto to zro­bił.

- Głu­pia jesteś. Jak?

- Mogę pomóc poli­cji w śledz­twie.

- Ty uwa­żaj, żeby poli­cja nie zro­biła cię współ­winną. Naj­ła­twiej pomy­śleć tak jak ta matka.

- To śledz­two pro­wa­dzi taka poli­cjantka, ona... - Prze­ry­wam. Prze­cież sama nie widzę sensu w tym, co mówię. Mam odna­leźć jakie­goś mor­dercę? - Może ja rze­czy­wi­ście powin­nam ode­słać ich do domów? Może naprawdę robię im więk­szą krzywdę niż ci rodzice?

Pyta­nie zawisa bez odpo­wie­dzi. Obie zapa­lamy papie­rosy, Ewa otwiera okno. Pod­cho­dzę do niego, wypusz­czam dym w ciemne, uśpione mia­sto.

- Boisz się wirusa? - pytam.

- Jasne, że się boję. Mój kolega umarł parę dni temu, w karetce. Facet miał pięć­dzie­siąt lat.

- Mało.

- Niby mało, ale zaraz może się oka­zać, że to dużo. - Wzdy­cha.

Ze świa­tem musi być naprawdę źle, skoro Ewa zaczyna zło­rze­czyć. Zawsze potra­fiła odgo­nić lęk, posta­wić mnie do pionu, wska­zać, gdzie może świe­cić świa­tło, któ­rego nie widać tylko ze względu na chwi­lową awa­rię.

- Ty stra­ci­łaś nadzieję, Ewka.

- Ja mam nadzieję, kochana. Mam nadzieję, że nie umrę w karetce, która czeka w korku pod szpi­ta­lem.

Boże, niech ona tak nie gada, bo ja nie mam siły nawet pła­kać. Na całym świe­cie jest nie­wielu naprawdę dobrych ludzi, a ona jest jed­nym z nich. Być może dla­tego została sama, z pię­cioma kotami, zabun­kro­wana w prze­siąk­nię­tym niko­tyną schro­nie. Ni­gdy nie chciała zbyt wiele i była odważna, a wszyst­kich ludzi trak­to­wała tak samo, bo patrzyła na nich przez pry­zmat ich cier­pie­nia.

Dzwoni mój tele­fon. Wycho­dzę do malut­kiej kuchni, zasta­wio­nej kolek­cją her­bat i ziół w sło­ikach.

- Mówi­łam ci, a ty swoje. - To Ewe­lina. Jest wście­kła, ale komu­ni­kuje to tak, jakby była moją kole­żanką. Więc chyba zosta­ły­śmy kole­żan­kami, cho­ciaż żadna z nas tego nie chciała.

- Wiem, wiem, mia­łam z nią nie roz­ma­wiać. Ale sama do mnie przy­szła.

- Ona już sobie zna­la­zła win­nego, czyli cie­bie. Mówi­łam ci, że tak będzie.

Mia­sto za oknem wygląda, jakby ktoś w zupeł­nej ciem­no­ści roz­sy­pał tro­chę świe­cą­cego pia­sku. Jakby ten pia­sek wypadł mu z olbrzy­miej kie­szeni, a on nawet nie zwró­cił na to uwagi, tak jak nie zwraca się uwagi na upchane w kie­szeniach zużyte bilety, chu­s­teczki, papro­chy.

- Może i mówi­łaś - przy­znaję.

- Masz teraz naprawdę chu­jo­wego wroga.

Czło­wiek, który zabił Lucka, który gasił na nim papie­rosy, jest gdzieś w tym mie­ście, w tym zło­tym, sztucz­nym pia­sku, patrzy na to samo niebo. Czy myśli o tym, co zro­bił? Czy czuje nie­po­kój? Czy boi się, że go zła­pią? Czy tylko obse­syj­nie pla­nuje, jak zro­bić to samo następ­nemu dziecku?

- Jak mogę wam pomóc? - pytam.

W słu­chawce dzie­sięć sekund wście­kłej ciszy.

- Nijak. Sobie pomóż. Nie wpusz­czaj jej wię­cej. Nie roz­ma­wiaj z nią. Nie roz­ma­wiaj z nikim oprócz praw­nika. Masz jakie­goś, prawda?

Jasne, że mamy. Mam całą bandę praw­ni­ków, tylko żaden nie odbiera tele­fonu. Tak jak więk­szość ludzi, któ­rzy two­rzyli siatkę kon­tak­tów wokół Azylu - tera­peu­tów, psy­cho­lo­gów, praw­ni­ków, leka­rzy. Cho­rują albo pró­bują nie cho­ro­wać. Albo mają tysiąc waż­niej­szych spraw. Naj­pierw trzeba rato­wać swoje życie, a dopiero potem jakieś obce dzieci.

- Dowie­dzie­li­ście się cze­goś? - pytam.

- Na razie tyle, że Novo­tel nie potwier­dził, że się tam mel­do­wał, no ale trudno się było tego spo­dzie­wać.

Odwra­cam się od okna. Do jed­nej z sza­fek przy­cze­piona jest kartka z wydru­ko­waną sen­ten­cją: "Radość i spo­kój są moż­liwe wła­śnie w tej godzi­nie, jeśli nie możesz ich zna­leźć, to nie znaj­dziesz ich ni­gdzie". Dobre sobie.

- Jesteś tam? - upew­nia się.

- Jestem, jestem.

- Pró­bu­jemy teraz zmu­sić Novo­tel, żeby poka­zał nam, czy go widać na kame­rach.

- I dasz mi znać, jak się cze­goś dowiesz? - pytam.

- O Jezu, dziew­czyno. Ja ci nie muszę niczego rapor­to­wać, pamię­taj.

- Ja po pro­stu chcę wie­dzieć - mówię jej i dodaję: - Jeśli tylko mogę się do cze­goś przy­dać, pomóc...

- Z nikim wię­cej nie roz­ma­wiaj. To pomoże.

Ewa wcho­dzi do kuchni, zapala świa­tło, patrzy na mnie z powąt­pie­wa­niem, krę­cąc głową. Obej­muje mnie. Pach­nie papie­ro­sami, wełną, naf­ta­liną, czymś sta­rym i cie­płym.

Zamy­kam oczy i robi mi się potwor­nie przy­kro.

Wszystko jest stra­cone, po pro­stu.

- Płacz, babo, płacz - mówi Ewa.

Czyli nie jest tak źle, czyli mia­łam siłę się popła­kać.

Dotyka moich policz­ków. Uśmie­cha się. Kła­mała, jesz­cze widzi gdzieś jakieś świa­tło, stara baba. Tylko nie chce powie­dzieć gdzie.

Jeden z kotów wska­kuje na blat i także wpa­truje się w mia­sto, w obsy­paną zło­tym pyłem ciem­ność, nie­ru­cho­mieje; cze­goś tam szuka, być może kolej­nej ofiary, ale po chwili rów­nież zdaje sobie sprawę, że to wszystko zaraz znik­nie, i zeska­kuje z powro­tem na pod­łogę.

20 wrze­śnia 2020

- Kurtka.

- Jestem zajęty.

Nie podoba mi się to, więc jesz­cze raz powta­rzam jego ksywę, a on jesz­cze raz mówi, że jest zajęty. W końcu sły­szę:

- Przy­jedź.

Podróż trwa zara­zem krótko i długo. W tym cza­sie dzwoni Wik­tor - podobno ktoś kręci się po podwórku, męż­czyźni, dwóch albo trzech. Nic nie robią, nie gadają, tylko cho­dzą, oglą­dają auta. Każę mu zamknąć drzwi, nikogo nie wpusz­czać ani nie wypusz­czać, a jeśli nie znikną w ciągu trzy­dzie­stu minut, zadzwo­nić do Ewe­liny. Podaję mu numer. To tylko strach, powta­rzam sobie. A potem przy­po­mina mi się Betle­jem. Ele­wa­cja kamie­nicy już dawno nie jest osma­lona, tylko kre­mo­wo­biała, jej świe­żość dziw­nie kon­tra­stuje z sza­ro­ścią Cen­tral­nego i zasty­głą, szklaną gala­retą dachu Zło­tych Tara­sów. Za nowymi oknami kryją się biura, apar­ta­menty do wyna­ję­cia. Pamię­tam tam­ten ogień, i ten ogień w mojej gło­wie wpełza na podwórko przy 11 Listo­pada, zaczyna lizać ściany Azylu, jego drzwi i okna.

Wywa­lam ten ogień z głowy.

Nikt nie pamięta Betle­jem, i bar­dzo dobrze. Tak samo nikt nie pamięta Le Madame, Jadło­dajni Filo­zo­ficz­nej, Chłod­nej 25, Miło­ści, Uto­pii. Nic nie żyje wiecz­nie, więc dla­czego kluby mia­łyby żyć wiecz­nie. Zresztą gdy zaraza się skoń­czy, w War­sza­wie nie będzie już żad­nego klubu.

- Zadzwoń też do Gabrysi z Klą­twy - mówię mu i się roz­łą­czam.

Gdy wcho­dzę do miesz­ka­nia Kurtki, on i jego ziomki zawie­szają roz­mowę. Jej urywki sły­sza­łam na kory­ta­rzu, jesz­cze przez drzwi. Ktoś u kogoś był. Ktoś kogoś nastra­szył. Ktoś dał komuś jakiś towar, który potem zabrał. Ksywy, blu­zgi, ksywy. Lęk, dez­orien­ta­cja, słabo ukry­wane pod zbęd­nym koza­cze­niem.

Na mie­ście coś się dzieje - ale nikt nie powie mi co, i nie wiem, czy to moja sprawa.

Dym join­tów zmie­nił powie­trze w klej, kaszlę od samego oddy­cha­nia. Jest tu jesz­cze wię­cej bliź­nia­ków niż ostat­nio, cała banda, łącz­nie sied­miu albo ośmiu. Trwa coś w rodzaju ner­wo­wej narady, ale wszyst­kie roz­mowy cichną w momen­cie, gdy wcho­dzę do miesz­ka­nia. Nie­któ­rzy sie­dzą na kana­pie, inni na pod­ło­dze, podobne fry­zury, dresy, szczu­płe, wyrzeź­bione syl­wetki. Pozor­nie nie­ru­chomi, sta­tyczni, mogą się zerwać w każ­dej chwili, rzu­cić do szyi, zagryźć. Obser­wują mnie bez zacie­ka­wie­nia, nie roz­po­znają jako zagro­że­nie. Jestem dla nich takim dziw­nym powie­trzem.

Na kuchen­nym bla­cie, obok kar­to­nów po pizzy, tacki z roz­sy­pa­nym jara­niem i kolo­ro­wych napo­jów w butel­kach, leży mały pla­sti­kowy pisto­let. Wygląda jak zabawka. Kurtka zauważa, że go widzę.

- Kurwa, jak to wszystko się skoń­czy, otwo­rzę klub, gdzieś na Par­kin­go­wej albo na Mazo, chuj wie - mówi, uda­jąc, że całe to spo­tka­nie to taki nie­zo­bo­wią­zu­jący chło­packi melanż z join­tami i kon­solą. - To jest Pazina. - Poka­zuje na mnie.

- I jak nazwiesz ten klub, mordo? - pyta chło­pak sie­dzący na kana­pie. Poznaję go, to ten, który był w Nie­to­pe­rzu, ten, który obe­rwał kaste­tem.

- Flex - odpo­wiada Kurtka.

- Jest już taki klub - mówi inny koleś - w Łomian­kach.

- A chuj giął Łomianki, wiesz, o co cho­dzi - auto­ry­ta­tyw­nie stwier­dza Kurtka.

- No ale jest. - Tam­ten nie daje za wygraną.

Kurtka bie­rze pisto­let i chowa go sobie do prze­wie­szo­nej przez tors torby z logo Gucci. Widzi, że to widzę, i się szcze­rzy, poka­zu­jąc apa­rat na zębach. Dotyka łań­cu­cha na szyi, wyciąga go na wierzch bluzy.

- Jak będziemy chcieli, kupimy sobie Łomianki - dodaje. - Mordko, jed­nego dnia myślę, że jest przy­pał, ale dopiero następ­nego dnia jest przy­pał. I tak w kółko, dzień świ­staka, tylko bar­dziej, wiesz, o co cho­dzi.

- U mnie tak samo. - Kiwam głową.

Mruży oczy.

- Ej, nie mów, że wyja­ra­łaś to wszystko, co ci sprze­da­łem.

- Możemy poga­dać na osob­no­ści? - pytam i widzę, że to pyta­nie go krę­puje.

Odwraca się do swo­ich żoł­nie­rzy i pró­buje im poka­zać głu­pią miną, że nic go nie łączy z tą dziwną starą babą. Mimo to otwiera drzwi nie­wiel­kiej sypialni, gestem zapra­sza mnie do środka. Widzę podwójne nie­za­słane łóżko, goły mate­rac, szafę wbu­do­waną w ścianę i spor­towe torby pełne ciu­chów.

Siada na łóżku, wyciąga z kurtki skrę­co­nego już jointa.

- Wła­śnie wycho­dzimy. Musimy popy­tać, co się dzieje.

- Ta sytu­acja ostat­nio?

- Były jesz­cze dwie takie sytu­acje, następ­nego wie­czoru - odpo­wiada, chrzą­ka­jąc. Jest naprawdę zde­ner­wo­wany. Nawet nie udaje odprę­żo­nego, tak jak robi to zwy­kle. Bawi się łań­cu­chem, prze­su­wa­jąc go sobie po szyi w jedną lub drugą stronę.

Zapala jointa. Łap­czy­wie połyka kulę dymu, trzyma ją w ciele, a gdy w końcu robi wydech, na zewnątrz wydo­staje się tylko tro­chę pary, jakby lekko chuch­nął na mro­zie. Czę­stuje mnie, nie odma­wiam.

- Cho­dzi o tego chło­paka, Kurtka.

Patrzy na mnie spod przy­mru­żo­nych powiek.

- Tego, co się zgu­bił? - pyta.

- Zna­lazł się - odpo­wia­dam, a on to rozu­mie, bo oczy zwę­żają mu się jesz­cze bar­dziej. Wzdy­cha ciężko. Wstaje, popra­wia bluzę.

- Był eskor­tem - mówię mu.

- Tra­fił na jakie­goś zwie­rzaka?

- Zwie­rzaka to ja mam w domu, mam nadzieję, że nie zdechł z głodu.

- Słowa to słowa, wiesz, o co cho­dzi.

Odwraca się do okna. Przez chwilę patrzy na neon Pano­ramy, następ­nie zasuwa żalu­zje, jakby ktoś scho­wany za tym neo­nem obser­wo­wał jego miesz­ka­nie.

- Chcesz, żebym ci pomógł, ale jak ja mam ci pomóc? To chore, że takie rze­czy się dzieją, mam nadzieję, że ten, co to zro­bił... no że pój­dzie na sztywną celę i go dadzą od kopa do wora. Ale nikt mi nic nie powie. - Spo­gląda na mnie, jakby nagle nie miał żad­nego pro­blemu z patrze­niem ludziom w oczy. - Tym bar­dziej że to na stówę wypa­dek przy pracy.

To, co mówi, jest tak głu­pie, że przez chwilę nawet nie mam siły się obu­rzać.

- Kurtka, co ty pier­do­lisz? Jaki wypa­dek przy pracy?

- No jakieś bydlaki poja­rały cracku, chciały poobra­cać se transa albo chłopca jakie­goś, zwie­rzaki mają cza­sem taką jazdę, odzywa im się z puchy. Im bar­dziej wydzia­rani, w sześć­dzie­siąt­kach prze­kre­ślo­nych, tym czę­ściej u nich się to odzywa. No i on pew­nie się prze­stra­szył, chciał pójść, ktoś za mocno mu odwi­nął. W końcu to chło­pak, nie dziew­czyna. Można mu przy­pier­do­lić, co nie?

- Tak, a potem gasił na nim papie­rosy - mówię.

Nic nie odpo­wiada, kręci młynka pal­cami.

- Ludzie są gorsi od zwie­rząt, masz rację - rzuca po chwili.

- Chcesz coś lep­szego? - pyta, poka­zu­jąc na zga­szo­nego jointa mię­dzy moimi pal­cami.

- To zna­czy?

Otwiera szafę, w środku, pomię­dzy równo poskła­da­nymi sto­sami koszu­lek, dre­sów i bluz, jest nie­wielki czarny sejf, mniej wię­cej taki jak w hote­lo­wych poko­jach. W sej­fie widać różne rze­czy, na przy­kład pliki forsy spięte gum­kami.

- Wiesz, że przez pierw­sze trzy mie­siące musie­li­śmy gonić maseczki? - pyta.

Nie rozu­miem, co do mnie mówi.

- No zamknęli gra­nice, w ogóle nie było towaru, tylko jakieś gówno. Prze­cież pamię­tasz, do jara­nia sama słoma była. Więc han­dlo­wa­li­śmy masecz­kami, ścią­ga­li­śmy je z Chin, na potęgę. Maseczki i żele do rąk, odka­ża­jące. Kurwa, ze sto koła na tym ogar­ną­łem. Nie­źle, nie? - Wyciąga ze środka pla­sti­kowy sło­iczek pełen flu­ore­scen­cyj­nych kap­su­łek. Przy­po­mi­nają coś z innej pla­nety, rekwi­zyt z filmu science fic­tion. - Kurwa, one naprawdę świecą w ciem­no­ści.

- Co to?

- Coś nowego.

Patrzę na niego jak na dur­nia.

- Opio. Doje­bane - tłu­ma­czy. - Na bazie oxy, ale zupeł­nie nowe wią­za­nie. Z domieszką benzo. Bie­rzesz jedną, nie wię­cej. Jest tego bar­dzo mało, jakby ktoś celowo to pusz­czał drob­nymi par­tiami. Ale jest z tego pier­do­lony hit, mówię ci.

Daje mi sło­iczek do ręki. Lekki, waży tyle, co nic. Potrzą­sam nim, brzmi jak instru­ment, grze­chotka.

- To ci pomoże, to jest lep­sze. - Nie mówi tego gło­sem han­dla­rza, po pro­stu stwier­dza fakt.

- Nie, Kurtka, to będzie mój koniec.

Oddaję mu i jointa, i słoik. On bie­rze jointa, ale słoik wpy­cha z powro­tem w moją dłoń.

- Koniec to będziesz miała zaraz, bo cię, mordo, wyłą­czy.

Pew­nie ma rację. Pew­nie zaraz się roz­sy­pię. Może widać to po mnie bar­dziej, niż mi się wydaje.

- To chyba uza­leż­nia, nie? Jest jak hero­ina? - pytam.

- Hero­inę wali się po kablach. Wiesz, o co cho­dzi. - Siada obok, zapala jointa i kła­dzie się na kana­pie. - Podobno nie wkręca.

- Jak na to mówią? - pytam.

- Świe­tliki.

- Był taki zespół - zauwa­żam.

- Może, mordo. Ja pier­dolę muzykę. Słu­cham tylko wiksy i Big­giego. Whats beef, beef is when your mom ain't safe up in the stre­ets, beef is when i see you guaran­teed to be in I-C-U. Sku­ma­łaś? Cały ten rap teraz to Psi Patrol, wiesz, o co cho­dzi. - Wzru­sza ramio­nami.

Zro­bi­ła­bym wszystko, żeby te kanty, ostre rogi wygła­dziły się cho­ciaż na moment. Gdy zamy­kam oczy, Lucek leży na stole w zie­lo­nym pomiesz­cze­niu, leży z zamknię­tymi oczyma, nie­ru­chomy i nagi, a rany i siniaki na jego ciele sąsia­dują z brzyd­kimi tatu­ażami. Czło­wiek, który to zro­bił, jest gdzieś w War­sza­wie, pod tym samym nie­bem. I jestem pra­wie pewna, że teraz się śmieje.

Wkła­dam kap­sułkę do ust, che­miczny, szpi­talny smak momen­tal­nie para­li­żuje mi język, kap­sułka roz­pusz­cza się powoli jak mię­tówka. Kurtka wstaje, podaje mi małą butelkę wody. Piję, a wtedy on mówi:

- Ty wiesz co, ja w sumie ostat­nio sły­sza­łem coś dziw­nego. Jeden typ mówił o swoim kole­dze, który ma nor­mal­nie żonę, tego... Ale cza­sem je z dru­giej miski, wiesz, o co cho­dzi, i raz miał pro­blem, bo jed­nego chło­paka ciut uszko­dził... No sły­sza­łem taką bajerę. Że coś tam, że...

Krztu­szę się, wyplu­wam wodę i kap­sułkę pro­sto na swoje nogi.

- Kurwa, Pazina. - Kurtka wzdy­cha i wycho­dzi, wraca z papie­ro­wym ręcz­ni­kiem. Daje mi go, abym się wytarła.

- Jaki typ? - pytam.

- Ej, Kurtka! Jedziemy?! - woła ktoś zza ściany.

- Tak, tak, już, zaraz.

- Jaki typ? - powta­rzam pyta­nie.

- Słu­chaj... nie­ważne, muszę lecieć. Łap orient, wiesz, o co cho­dzi.

- Kurtka, kurwa! - To ten sam chło­pak, robi się jesz­cze bar­dziej nie­cier­pliwy. Ktoś wstaje. Komuś dzwoni tele­fon. Robi się tłoczno, gło­śno. Dym zaczyna wiro­wać, wła­zić w nos, krztu­sić.

- Że jest pro­blem, bo wziął i uszko­dził jakie­goś mało­lata, co go poznał na Grin­drze. Zapro­sił go na chatę i tro­chę go tam pod­du­sił, pociął... no i trzeba było to potem tuszo­wać, jakoś kleić. To nie było za kasę, ten mało­lat to był w ogóle syn mia­sto­wego, żeby było śmiesz­nie. Jakiś stary prusz­kow­ski miał kru­chego dzie­ciaka.

- Kurtka. Co. To. Za. Typ?

Dzwoni mój tele­fon. Wik­tor. Łącz­nie od czasu ostat­niej roz­mowy, tej godzinę temu, mam od niego kil­ka­na­ście nie­ode­bra­nych połą­czeń.

Jeden z chło­pa­ków wcho­dzi do pokoju, bez słowa poka­zuje Kurtce ekran tele­fonu. Kurtka kiwa głową, ner­wowo prze­cią­ga­jąc łań­cu­chem po szyi.

- Muszę iść. Ty też musisz.

Wstaję, i chyba mam na twa­rzy coś, czego on tro­chę się boi, a może oba­wia się tego, co zoba­czył przed chwilą na wyświe­tla­czu, w każ­dym razie mówi:

- Zabiorę cię do niego, nie­długo, ale teraz naprawdę musisz iść.

Wycho­dzę na zewnątrz i dopiero kiedy znaj­duję się na brud­no­bia­łej klatce scho­do­wej, czuję, że jestem kom­plet­nie sztywna od zło­ści, lęku i trawy, i nie mogę się nawet ruszyć.

*

Na podwórku Azylu stoi poli­cyjny pas­sat, czer­wono-nie­bie­skie świa­tła prze­le­wają się po ścia­nach. Pod­bie­gam, ści­ska­jąc torbę, Ewe­lina stoi nie­opo­dal wej­ścia, roz­ma­wia z Wik­to­rem i Besią. Kawa­łek dalej są Mate­usz i jesz­cze jeden gli­niarz, któ­rego nie roz­po­znaję, niż­szy i krępy, a za nimi cała reszta loka­to­rów. Nie­któ­rzy w piża­mach przy­tu­lają się do sie­bie, jakby pró­bo­wali się nawza­jem ogrzać. Na drzwiach wej­ścio­wych widać nama­zany flu­ore­scen­cyj­nym sprayem napis UWAGA BUR­DEL i poni­żej TU GINĄ DZIECI. Dostrze­gam też powy­bi­jane szyby na par­te­rze i śmieci wala­jące się po podwórku, wysy­pane z poprzew­ra­ca­nych koszy. Smród nad­pa­lo­nej gumy, gry­zący i kwa­śny, włazi w noz­drza.

- To było coś w rodzaju kok­tajlu Moło­towa - mówi Ewe­lina. - Na szczę­ście nie bar­dzo umieli go zro­bić, więc po pro­stu osma­liło wam pod­łogę i ściany. - Patrzy na mnie i chyba myśli, że nie rozu­miem, więc uści­śla: - Ktoś was pró­bo­wał pod­pa­lić.

Spo­glą­dam na ści­śnięte dzie­ciaki. Blade, smutne twa­rze, kolo­rowe roz­czo­chrane włosy. Nie­zgrabne syl­wetki. Oczy, nie­które piękne, ciemne, oczy saren sto­ją­cych na szo­sie i wpa­tru­ją­cych się w reflek­tory.

- Co tu robią psy, Pazina? - rzuca ktoś z grupki.

- Nie mówi się psy - odpo­wia­dam.

- Od kiedy? - dopy­tuje się ten ktoś, ale pusz­czam to mimo uszu.

- Ten z brodą zawlókł mnie do suki siód­mego sierp­nia. Pamię­tam cię z Tęczo­wej Nocy, skur­wy­synu - rzuca ktoś inny, chyba Majka, dziew­czyna, która przy­je­chała tu ze squ­atu w Pozna­niu, gdzie wszystko było super, dopóki ktoś nie wrzu­cił jej do bro­wara pigułki gwałtu.

- Wszy­scy do środka, Besia i Wik­tor zostają - roz­ka­zuję.

Nie mam im nic do zaofe­ro­wa­nia poza roz­ka­zy­wa­niem. Ewe­lina to widzi. Gdy dzie­ciaki są już w środku, odwra­cam się do Wik­tora i Besi, pytam ich, czy naprawdę nikt nie ucier­piał. Wik­tor nie odpo­wiada, Besia potrze­buje chwili. Oboje drżą z emo­cji. Patrzą na poli­cjan­tów tak, jakby to oni wybili szyby i zama­zali blu­zgami drzwi. Po mojej lewej jesz­cze jeden napis: PAZIŃ­SKA MOR­DER­CZYNI. Jak znam życie, spół­dziel­nia potrak­tuje to tak, jak­bym sama to napi­sała, i zrobi wszystko, żeby wpie­przyć mnie w remont.

- Sie­dzie­li­śmy w świe­tlicy, czi­lo­wa­li­śmy, część spała. I usły­sze­li­śmy hałas, tłu­czone szkło, zbie­gli­śmy na dół, śmier­działo i dymiło - opo­wiada Besia.

- Widzisz, Marta, to jest nara­ża­nie nie­let­nich na zagro­że­nie życia - mówi Ewe­lina.

- Nie wszy­scy tu są nie­letni - uści­ślam.

- Ale ja mogę po tych nie­let­nich jutro przy­je­chać i wysłać ich do domów. Nawet mogę cię zaaresz­to­wać. - Chcę jej prze­rwać, ale mówi dalej: - Ja ci nie grożę, ja ci tłu­ma­czę, dziew­czyno. Jutro przy­je­dzie tu ktoś inny, weź­mie te dzie­ciaki siłą, nawet nie będzie się zapo­wia­dał. Nie powie nawet "dzień dobry".

- Nie - mówi Wik­tor cicho. Wście­kłość zgniata mu klatkę pier­siową.

Ewe­lina patrzy na niego bez komen­ta­rza, czeka, co powie dalej.

- Ktoś musi jechać na komendę, zło­żyć zezna­nia - mówi Mate­usz.

- Nie - powta­rza Wik­tor gło­śniej.

Pró­buję go uspo­koić:

- Wik­tor, to nie są nasi wro­go­wie.

- Nie oddamy ofiar prze­mocy spraw­com prze­mocy. Obie­ca­li­śmy im, że ni­gdy nie będą szli sami. I nie będą - syczy. To wystu­dio­wany, prze­ćwi­czony tekst.

Ewe­lina patrzy na niego ze współ­czu­ciem.

- Jesteś dobrym dzie­cia­kiem. A ja chcę ci pomóc.

- Tak? Jak chcesz mi pomóc? Co możesz zro­bić? Wrzu­cić mnie do suki, spry­skać gazem, jeb­nąć mi pałą w głowę? - Wik­tor pod­nosi głos do krzyku.

- Ej! - zwraca mu uwagę Mate­usz.

- Wik­tor, prze­cież sam do nich zadzwo­ni­łeś - przy­po­mi­nam.

- Bo mi kaza­łaś. I nie odbie­ra­łaś.

- Ja pojadę - mówi w końcu Besia i rusza w stronę pas­sata.

Mate­usz posyła mi pyta­jące spoj­rze­nie. Kiwam głową. Przy­ci­skam Wik­tora do sie­bie, z wście­kło­ści jest sztywny jak kij. Pro­szę, by wszedł do środka.

Gdy to robi, Ewe­lina poka­zuje głową, aby­śmy ode­szły na bok.

- Gdzie byłaś? W domu? - pyta.

- Co cię to obcho­dzi?

- Poza wszyst­kim jest kwa­ran­tanna. Kiedy ostat­nio testo­wa­łaś ich na covid?

- Pra­wie wszy­scy już prze­cho­ro­wali - odpo­wia­dam.

- To ty myślisz, że nie można zacho­ro­wać drugi raz? Można i cztery razy.

Pod­suwa mi papie­rosy, biorę jed­nego, przez chwilę sto­imy w mil­cze­niu, paląc, a nie­bie­sko-czer­wone świa­tła prze­le­wają się po ścia­nach, aż w końcu ona mówi:

- Dziew­czyno, to dla two­jego dobra, two­jego i ich. Przy­naj­mniej oddaj tych nie­let­nich.

- Oddaj?

- Wiesz, o czym mówię.

Wdep­tu­jemy pety w zie­mię.

- Tak w ogóle, to coś mamy - zmie­nia temat. - Por­tier jed­nak go roz­po­znał.

- Więc można spraw­dzić, w któ­rym był pokoju, no i z kim. - W ułamku sekundy robię się bar­dziej przy­tomna.

- On twier­dzi, że go nie wpu­ścił. Że krę­cił się tro­chę przy lobby, ale kazał mu spier­da­lać.

- Bo?

- Bo kiedy wcho­dzą sami, bez fagasa, muszą opła­cić się por­tie­rowi, aby wje­chać na górę. Spraw­dzamy, czy miał jakie­goś sute­nera. To zna­czy raczej nie, bo wtedy nie tylko my szu­ka­li­by­śmy zabójcy. Ale spraw­dzamy.

- Sute­nera - powta­rzam to słowo, jakby nale­żało do jakie­goś innego porządku. Do kurwy nędzy, to był chło­piec, który ledwo co odkrył, że jest gejem, który oglą­dał anime i filmy z bal­l­ro­omów na YouTu­bie.

Zimna kro­pla kapie mi na nos, na czoło. Mnie to nie prze­szka­dza, mogła­bym stać w desz­czu godzi­nami, dopóki nie spłu­cze ze mnie Lucka, wirusa, Kurtki, Jacka, ale Ewe­lina ewi­dent­nie nie lubi, gdy woda moczy jej przy­li­zane, ści­śnięte w war­kocz włosy. Nagle w ciszę wbija się chrzęsz­czący, nie­wy­raźny głos szcze­kaczki. Nie roz­róż­niam słów, ale poli­cjanci w sekun­dzie robią się pod­mi­no­wani.

- Musimy jechać - mówi Mate­usz. Poka­zuje Besi, aby wysia­dła z auta, i popy­cha ją w moim kie­runku. - Przy­wieź ją jutro, żeby zło­żyła zezna­nia.

Ewe­lina pod­cho­dzi do nich, pyta­jąc, co jest.

- Strze­la­nina przy ron­dzie Wia­traczna. My jeste­śmy bli­sko, jedziemy.

- Ktoś nie żyje?

- Jakiś chło­pak leży pod budą z keba­bem. Trudno powie­dzieć, chyba mało­lat.

- Myślisz, że to oni? - pyta Mate­usz.

Ewe­lina spo­gląda na mnie, a potem na Mate­usza. Nie odpo­wiada.

Nie wiem, kogo ma na myśli, mówiąc "oni", ale przy­po­mi­nam sobie pla­sti­kowy pisto­let na bla­cie, Kurtkę cho­wa­ją­cego go do torby, pod­eks­cy­to­wa­nych chło­pa­ków w pokoju peł­nym kle­istego dymu. Czuję impuls, aby do niego zadzwo­nić. Ale nie, są waż­niej­sze sprawy.

Wsia­dają do auta, włą­czają bombę. Gdy stoi się obok, dźwięk jest tak gło­śny, jakby ktoś wbi­jał ci nóż w bębenki. Nie­bie­skie i czer­wone świa­tła oble­wa­jące ściany w końcu zni­kają i teraz podwórko oświe­tla poje­dyn­cza latar­nia. Zosta­jemy z Besią we dwie w zim­nej ciem­no­ści, gęstej jak syrop.

Wykrę­cam numer Kurtki. Mimo wszystko się mar­twię. Mimo wszystko to kolega. Ma wyłą­czony tele­fon.

Nadzieja, że to jed­nak nie on.

- Wiesz, co oni każą mi zro­bić - mówię do Besi.

Kiwa głową.

- Jeśli ich ode­ślemy... to będzie, jak­by­śmy się pod­dali - odpo­wiada, i ma rację. Słowo "pod­dali" przy­biera kształt kil­ku­to­no­wego sze­ścianu, który zawisa nad naszymi gło­wami.

- Ale wtedy może, pod­kre­ślam, może będziemy mieli szansę na prze­trwa­nie.

Cho­ciaż może nie jest dane nam prze­trwać. Może musimy upaść, aby przy­szli po nas inni. A może nic już po nas nie przyj­dzie. Roz­rzu­cony na ziemi złoty pia­sek dogasa, zamie­nia się w popiół.

24 wrze­śnia 2020

Nie zry­wam folii, tylko pró­buję zdra­pać taśmę z fra­mugi, łamiąc sobie przy tym paznok­cie. Nie wiem, po co mi ta dokład­ność. Fra­muga jest stara i brudna, i będzie stara i brudna do końca swo­ich dni, poje­dyn­cze płaty taśmy kle­ją­cej nie ujmą jej żad­nej urody. Ale paznok­cie dra­pią same, zapa­mię­tale, aż Besia podaje mi nóż. Taśma odcho­dzi, ale razem z pła­tami farby i wió­rami drewna. Facet z firmy okien­ni­czej stoi obok, oparty o ścianę.

- No ma pani szczę­ście, jak by nie było pan­de­mii, w życiu by się nie udało tak szybko wyciąć tej szyby.

- Że ja mia­łam pie­nią­dze, to rów­nież fart.

Zmarszczki na twa­rzy i łysa głowa nie pozwa­lają okre­ślić, ile ma lat, w każ­dym razie jest miłym czło­wie­kiem, takim szcze­rze miłym, co jest naprawdę rzad­kie. Pali, co chwila ociera dłoń z nie­wi­docz­nego brudu o popla­mione farbą robo­cze por­tki. Pach­nie piwem i pyłem. Jest pierw­szym czło­wie­kiem od dawna, który nie przy­szedł tu, by nas w ten czy inny spo­sób skrzyw­dzić.

W końcu folia upada na zie­mię i facet zaczyna wsta­wiać szybę. Pytam go, czy chce kawy, odpo­wiada, że tak. Robię mu ją ze szczerą wdzięcz­no­ścią.

To, że mia­łam pie­nią­dze, to nie był fart, tylko kolejny test god­no­ści, nie wiem już który w moim życiu.

- Ale po co ci to? - zapy­tała rano moja matka, sto­jąc na bal­ko­nie swo­jego domu na Sta­rych Bie­la­nach.

Pora­nek był piękny, sło­neczny, drzewa jesz­cze dziw­nie zie­lone, tak jakby jesień bała się wejść do jej ogrodu. Nie zdzi­wi­ła­bym się, gdyby tak było. Psy z upo­rem oszcze­ki­wały wie­wiórkę, a matka oszcze­ki­wała mnie, wyda­jąc krót­kie, gło­śne wark­nię­cia.

- Mamo, możesz być mniej­szą jedzą. Naprawdę.

- Żebyś ty mnie w końcu doce­niła, Mar­tu­sia. Ile litrów krwi na cie­bie poszło.

- Przy­naj­mniej nie pytaj za każ­dym razem o to samo. Są inne pyta­nia. Na przy­kład: jak się czu­jesz?

Zro­biła się zła i zmie­szana. Nie, wark­nęła, pytała o to po raz pierw­szy. Cze­ka­łam, aż powie, że nie mam pre­dys­po­zy­cji na Ochoj­ską. Na razie zanio­sła się kasz­lem. Rzu­ciła pale­nie, ale pew­nie za późno. Stara okrut­nica w rów­nie sta­rym zamku.

- Ty nie masz pre­dys­po­zy­cji na...

- Na Ochoj­ską, mamo, wiem.

- No wła­śnie, Mar­tu­sia. Dokład­nie tak.

Była jed­nak w świet­nym humo­rze, bo zwy­kle miała jesz­cze inne zaci­na­jące się płyty do zagra­nia: "Zmar­no­wa­łaś życie", "Trzeba było iść na medy­cynę", "Twój ojciec byłby zała­many". Była tak wesoła, że dała mi te zasrane dwa tysiące, a ja mogłam zapła­cić face­towi za wsta­wie­nie szyby.

Wszystko, co powie­dzia­ła­bym, zosta­łoby użyte prze­ciwko mnie. Poza tym też mia­łam swoje płyty do zagra­nia, swoje małe skal­pele pocho­wane w ręka­wach, tylko nie widzia­łam sensu ich uży­cia po raz nie wia­domo który.

Powie­dzia­łam jej jed­nak o śmierci Lucka.

- O matko święta, to straszne - zaczęła, ale zaraz weszła na swój kla­syczny tor: - Widzisz, mówi­łam ci, same kło­poty. Tym się zaj­mują ludzie, któ­rzy się do tego nadają.

- W sumie to nikt się do tego nie nadaje.

Słodka, prze­cią­gła melo­dia szla­gieru Co ja zro­bi­łam, że ty jesteś taka nie­doj­rzała wybrzmiała, gdy już sta­łam w drzwiach, żegna­jąc się z psami.

Gdy wycho­dzi­łam, wci­snęła mi w rękę kolejne dwa tysiące. Popa­trzy­łam na nie zdzi­wiona, a mama zaczęła pła­kać.

- Żeby doro­sła kobieta musiała pro­sić o taką kwotę - powie­działa.

- To mój wstyd, nie twój - odpar­łam. Do furtki odpro­wa­dzał mnie jej szloch, gło­śny i teatralny.

Musia­łam to wycho­dzić, z Cegłow­skiej na 11 Listo­pada doszłam na pie­chotę. Szłam szybko, bez prze­rwy, zatrzy­ma­łam się dopiero przed kio­skiem Ruchu. Żołą­dek zamie­nił mi się w bryłę brud­nego lodu, gdy na okładce pra­wac­kiej "Naszej War­szawy" zoba­czy­łam nie­wy­raźne zdję­cie Lucka i tekst: 16-LETNI OSKAR, OFIARA PRO­PA­GANDY LGBT?

Kupi­łam dwa numery. Leżą teraz na pod­ło­dze, przy­kry­wają nad­pa­lony frag­ment lino­leum. Dep­czę po roz­kła­dówce, po arty­kule, w któ­rym napi­sano, że pra­co­wa­łam jako naga­niaczka w klu­bach, zała­twia­łam nar­ko­tyki cele­bry­tom, a obec­nie zmu­szam dzieci do pro­sty­tu­cji i tran­zy­cji. Nie wiem, czy mogę z tym cokol­wiek zro­bić, na przy­kład ich pozwać. W arty­kule figu­ruję jako Marta P., mimo że nikt nie posta­wił mnie w stan oskar­że­nia.

Facet w końcu wsta­wia szybę. Daję mu pie­nią­dze i pro­po­nuję, aby wpadł kie­dyś na kawę, może ze zmę­cze­nia, w każ­dym razie brzmi to głu­pio. Pogrzeb Lucka będzie za trzy dni. Ewe­lina zabro­niła mi wziąć udział w cere­mo­nii. Gdy zapy­ta­łam, czy mogą iść dzie­ciaki z Azylu, odparła, że to moja odpo­wie­dzial­ność.

Po połu­dniu sie­dzimy w sali tele­wi­zyj­nej i gramy w kalam­bury. Nie zga­duję więk­szo­ści haseł, ale śmie­jemy się wszy­scy razem, wygłu­piamy i klasz­czemy. Wspólny czas prze­ra­dza się w coś w rodzaju imprezy na cześć Lucka. Besia pie­cze cia­sto. Edgar gra na małym key­bo­ar­dzie pod­łą­czo­nym do lap­topa. Nie­któ­rzy pusz­czają swoje ulu­bione storki z Tik­Toka, głów­nie te wrzu­cane przez idolkę dziew­czyn, Michałkę. Michałka to spora osoba, wysoka, ma męskie, wiel­kie łapy, używa ich cza­sem do pora­chun­ków z homo- i trans­fo­bami. Wszy­scy biją brawo, gdy jakie­goś Janu­sza, który wyzywa ją od "prze­bra­nego chłopa", pod­nosi bez wysiłku do góry, jakby ważył tyle, ile mały psiak. W końcu każę im to wyłą­czyć. Dość Tik­Toka, macie Tik­Toka cały czas. Pośpie­wajmy. Potańczmy. Pró­bu­jemy, ale nie umiemy zgrać się w jeden wspólny rytm. Dziew­czyny śpie­wają hity Dua Lipy, Ariany Grande, Justina Bie­bera. Nie znam tych pio­se­nek, ale potem ktoś włą­cza Abbę, a ja wcale się nie cie­szę, bo czuję się jak sie­dem­dzie­się­cio­latka. Jemy cia­sto, jemy jabłka i gadamy głu­poty, i opo­wia­damy sobie dow­cipy, i poka­zu­jemy sobie memy. Wyobra­żamy sobie, że jeste­śmy duchami, które nawie­dzają opusz­czoną pra­ską kamie­nicę. Zaczy­nają krą­żyć straszne histo­rie: o dziew­czynie, która grała w prze­klętą grę online, a potem zabiła swoją bab­cię, o opusz­czo­nym domu pod Legio­no­wem, do któ­rego ludzie przy­cho­dzą popeł­nić samo­bój­stwo.

Około pół­nocy się żegnam, jadę do domu, chcę się wyspać we wła­snym łóżku. Nie wspo­mi­nam sło­wem, że poli­cja kazała mi ich ode­słać do domów. Nie mam tyle siły.

Scho­dząc, doty­kam świeżo wsta­wio­nej szyby i śmieję się z wła­snej ulot­nej myśli, że nikt jej już ni­gdy nie wybije, że tym razem wsta­wi­łam ją na amen, że jeste­śmy nie­ty­kalni i bez­pieczni.

Na podwórku przy­staję i patrzę w naspray­owane na ścia­nach blu­zgi; być może odpo­wiada za nie ta sama osoba, która napi­sała arty­kuł. I wtedy migają świa­tła zapar­ko­wa­nego za mną samo­chodu. Roz­lega się ciche pik­nię­cie otwie­ra­ją­cych się drzwi. I głos:

- Prze­je­dzie się pani z nami?

Robię krok w ich stronę i pró­bu­jąc prze­bić się wzro­kiem przez ośle­pia­jące świa­tła reflek­to­rów, mówię:

- Ani się waż­cie wejść do środka.

Intruz nie odpo­wiada. Muszę zasło­nić sobie oczy. Gdzieś spoza świa­teł wyła­niają się dwa ludz­kie kon­tury.

- I jeśli wybi­je­cie mi znowu szyby, to przy­się­gam, że was, kurwa, poza­bi­jam - dodaję w nagłym przy­pły­wie odwagi.

- Nie wiemy, o czym pani mówi - odpo­wiada facet, a halo­geny w końcu gasną.

Gdy wraca mi wzrok, widzę, że typ nie wygląda jak zwy­kłe bar­czy­ste cha­mi­dło, które wysyła się, aby kogoś nastra­szyć. Jest szczu­pły i wysoki, przed trzy­dziestką, ma na sobie koszulę i spor­tową mary­narkę. Po chwili zauwa­żam, że ma też zarost pro­sto od bar­bera i modne oku­lary.

- Pro­szę pani, my nie wybi­jamy szyb. My je wsta­wiamy. My budu­jemy domy.

Pytam ich, gdzie niby mamy się prze­je­chać.

- Do biura, pro­szę pani. Powin­ni­ście uczci­wie poroz­ma­wiać, pani i szef.

Już rozu­miem, z kim roz­ma­wiam.

- To szef nie jest na Bali?

- Myślę, że pani wie: nie za bar­dzo można tam teraz pole­cieć.

- Myślę, że dla pana szefa rze­czy nie­moż­liwe to drob­nostka. Czemu nie pofa­ty­go­wał się tu oso­bi­ście?

- Jest zajęty.

W samo­cho­dzie pach­nie środ­kiem do czysz­cze­nia skóry, który śmier­dzi gorzej niż jaki­kol­wiek brud.

- O tej godzi­nie jest zajęty?

- Coś w tym złego? - odpo­wiada męż­czy­zna.

Sama nie wiem, czy jest w tym coś złego. Sta­ram się oddy­chać jak naj­wol­niej i jak naj­głę­biej. Jadę bro­nić tych dzie­cia­ków. Powstrzy­mać nie­uchronne, cho­ciaż na moment.

- Wie pani, pani Marto, ludzie, któ­rzy docho­dzą do cze­goś w życiu, czę­sto pra­cują do bar­dzo późna - cią­gnie męż­czy­zna, w ogóle nie­py­tany.

- A pan jak ma na imię? - pytam go.

- Mar­cel.

- Mar­cel, ja całe życie pra­co­wa­łam do późna, a nawet do rana, i do niczego nie doszłam.

- Późno to nie wszystko, trzeba jesz­cze ciężko - stwier­dza, bar­dzo z sie­bie zado­wo­lony.

Wjeż­dżamy na most Świę­to­krzy­ski. Wisła to ciemna i zimna stal, gdyby w nią sko­czyć, czło­wiek roz­trza­skałby się o powierzch­nię. Gdzieś z przy­ga­szo­nej, cichej War­szawy dobiega głos, cichy głos ducha. Coś śpiewa, nie roz­róż­niam słów. Może to ja jestem duchem, który nawie­dza to mia­sto.

- Może nie trzeba w życiu do niczego docho­dzić - mówię.

- Oczy­wi­ście, że nie trzeba. Ale nie trzeba się też przej­mo­wać tymi, któ­rzy nie doszli.

Zasta­na­wiam się, jaką wła­ści­wie ma defi­ni­cję "doj­ścia do cze­goś". Pew­nie taką, jak z coachin­go­wego kanału na YouTube, oglą­da­nego przez chłop­ców z pod­sta­wówki. Cza­sami do Azylu tra­fiają chło­paki takie jak Przemo, samotne i wyśmie­wane. Zosta­wione przez ojców, trak­tują te idio­ty­zmy jak Koran. Posłu­chaj uważ­nie, w bez­względ­nym świe­cie krwio­żer­czych hien trzeba być lam­par­tem, alfą lub sigmą. Bo tylko praw­dziwe wilki mogą żyć peł­nią życia, mieć super laski, auta, waka­cje w Dubaju, zegarki warte tyle, ile miesz­ka­nia. Jeśli chcesz mieć, musisz umieć gryźć. Musisz być gotów wal­czyć na śmierć i życie.

A może wyznaje wer­sję bar­dziej kon­ser­wa­tywną - taką, w któ­rej zapew­nia bez­pie­czeń­stwo jakiejś wyima­gi­no­wa­nej, faj­nej, ład­nej i zdro­wej rodzi­nie. Tak czy siak, bez wąt­pie­nia jest czło­wie­kiem takim samym jak jego pra­co­dawca. Wszystko, co nie jest zyskiem, jest stratą czasu.

W sumie nie wiem, co wyznaje. Czemu się nad tym w ogóle zasta­na­wiam?

Wjeż­dżamy w Krucz­kow­ską. Oczy­wi­ście, gdzie może miesz­kać Anioł Biz­nesu, jeśli nie w pen­tho­usie na Powi­ślu?

- To piękne miej­sce - mówię z prze­ką­sem, gdy wysia­damy. Mar­cel patrzy na mnie, jakby wła­śnie zro­zu­miał, że mam ciężką psy­chozę. - Piękne jak śmierć - dodaję, a on odwraca wzrok i bez słowa wpusz­cza mnie na klatkę scho­dową, śnież­no­białą jak śnieg w lesie.

Apar­ta­ment jest ogromny, prze­strzenny, przed­po­kój wyło­żono mar­mu­rem. Na jed­nej z bia­łych ścian wisi płachta mate­riału z nadru­ko­waną man­dalą. Mini­ma­li­styczne, desi­gner­skie meble musiały kosz­to­wać tyle, ile Azyl od początku swo­jego funk­cjo­no­wa­nia. Anioł Biz­nesu medy­tuje, sie­dząc na małej poduszce i wpa­tru­jąc się w man­dalę, zasłu­chany w niski, buczący dźwięk dobie­ga­jący z audio­fil­skich gło­śni­ków. Dłu­gie, siwawe włosy ma spięte w kucyk, ręce sple­cione na brzu­chu. Na ścia­nie nad nim góruje olbrzymi tele­wi­zor z wyłą­czo­nym dźwię­kiem.

Gdy wcho­dzę, nie reaguje. Mar­cel naka­zuje mi gestem, abym usia­dła na kana­pie.

Roz­glą­dam się po pomiesz­cze­niu. Na ścia­nach wiszą obrazy przed­sta­wia­jące andro­gy­niczne syl­wetki tań­czące z kuli­stymi, świetl­nymi obiek­tami. Są szpetne, raczej nama­lo­wał je ten sam czło­wiek, być może sam Anioł. Jedna ze ścian w cało­ści pokryta jest przy­cze­pio­nymi do niej pola­ro­idami. Pod­cho­dzę do nich, przed­sta­wiają Anioła na tro­pi­kal­nych pla­żach, oto­czo­nego róż­nymi ludźmi, głów­nie kobie­tami, spa­lo­nymi słoń­cem na ciemny brąz i oku­ta­nymi w chu­sty, pokry­tymi tatu­ażami przy­po­mi­na­ją­cymi wzory z henny, które rom­skie dziew­czyny prze­brane za Hin­du­ski robiły na baza­rach w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Wszy­scy są nie­na­tu­ral­nie uśmiech­nięci, jakby zawie­sił im się zły mefe­dron, w oczach mają dziwny obłęd. Każda z tych insta­gra­mo­wych cza­row­nic wygląda jak swój wła­sny sobo­wtór, to samo­zwań­cze kapłanki tref­nych reli­gii, które w prak­tyce pole­gają głów­nie na sprze­da­wa­niu biżu­te­rii i warsz­ta­tów ze sma­ro­wa­nia się cze­ko­ladą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki