Dawno temu w życiu część druga, czyli epilog
Był sobie podcast o tym samym tytule, co niniejsza książka. Bez tego podcastu książka nigdy by nie powstała. Spełniłem dzięki niemu marzenia z dzieciństwa, choć początki były stresujące. Wydawało mi się, że nie pasuję do modnego, lifestyle'owego medium, jakim jest radio newonce. Wydawało mi się też, że zdradzam reportaż, zajmując się bzdurami. A potem zrozumiałem, że to nieprawda. I poszło z górki. Przeżyłem przygodę życia.
Ponieważ audycję zainaugurowaliśmy w pandemii, przez wiele miesięcy wizyty w studiu dwa razy w miesiącu były dla mnie jedyną stałą w życiu. Jaki wynik zobaczę na teście covidowym? Kiedy skończą się obostrzenia? Kiedy otworzą żłobek? Czy zaraz go nie zamkną? Nie wiedziałem. W spokoju utrzymywała mnie myśl: za kilka, kilkanaście dni mam kolejny odcinek podcastu. Znów porozmawiam w nim z osobą, która mnie nie zna, ale którą ja pamiętam bardzo dobrze z dzieciństwa. Wykopię spod ziemi numer telefonu, który trudno zdobyć. Zadzwonię, przedstawię się, opowiem, czemu warto przyjść do radia, o którym mój gość jeszcze nie słyszał. Potem zadzwonię do producentów i wydawców programu telewizyjnego, który oglądałem w dzieciństwie, a oni zdziwią się, że po tylu latach ktoś pyta akurat o ten program. I że pyta akurat ich.
Notatka w telefonie będzie pęczniała aż do dnia nagrania. Wtedy zamieni się w trzy strony wydrukowanych pytań, od myślników. Potem pojadę tramwajem do studia i jak zwykle zadam te pytania w zupełnie innej kolejności, niż planowałem.
Od wyjścia z radia aż do końca dnia będę się uśmiechał. Trzy pomięte kartki, które zapomnę wyrzucić, odnajdę przypadkiem w plecaku jakiś czas później. Spojrzę ostatni raz, nigdy nie będzie na nich tytułu programu, więc przejrzę kilka punktów na pierwszej stronie i już będę wiedział, o który program chodziło akurat w tej notatce. Pomyślę: to był super odcinek, a potem wyrzucę kartki do kosza. I tak co dwa tygodnie.
Kiedy skończyłem pisać książkę, pomyślałem, że z kronikarskiego obowiązku warto do niej dodać wyjaśnienie, skąd się wzięła. To zaś sprowadza się do przywołania historii powstania samego podcastu. Skąd wziął się format, który pokochałem? Nie ja go wymyśliłem, wkręciłem się do niego, a potem już poszło.
Zadzwoniłem do Bartka Czarkowskiego, w owym czasie dyrektora programowego radia newonce.
.
Kamil Bałuk: Kiedy to było, mów wreszcie.
Bartek Czarkowski: Kiedy wymyśliłem Dawno temu w telewizji? W 2019 roku. Format, dzięki któremu pokolenie moich rówieśników, ale i młodsi słuchacze newonce, może spojrzeć na czasy dzieciństwa, słuchając rozmów z dawnymi gwiazdami telewizji. Od początku miałem też nazwę, nie brałem pod uwagę innej. Esencja pomysłu w czterech słowach.
Nazwa prosta, format prosty. Ale ktoś musiał to wymyślić. I byłeś to ty.
Wyczułem moment. Moda na sentyment do lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych dopiero się zaczynała, ale dało się przewidzieć, że za chwilę wybuchnie. Olga Drenda wydała Duchologię, na Instagramie pojawiały się retro konta, wokół mnie coraz więcej osób kupowało klasyczne białe reeboki z malutkim znaczkiem w okienku. Te same, których podróbki sprzedawali kiedyś w Warszawie handlarze na "szczękach" pod Pałacem Kultury. Też sobie takie kupiłem. My się wtedy jeszcze nie znaliśmy.
Ja cię znałem! Jako nastolatek marzyłem, żeby kiedyś prowadzić audycję w fajnym ogólnopolskim radiu. W tamtym czasie oznaczało to dla mnie BIS, potem Czwórkę. Miałeś tam audycje.
To prawda. Potem jeszcze szefowałem w radiu Roxy i na kilka lat zostawiłem media. Wróciłem po latach spędzonych w branży muzycznej właśnie do newonce.radio, jako dyrektor programowy. Moim zadaniem było stworzyć jak najlepszą ramówkę stacji internetowej. Kierowaliśmy ją do młodych ludzi, szczególnie do fanów rapu. Miała być nowa i świeża, ale pierwotnie myśleliśmy po prostu o radiu, zapis audycji w formie podcastu był drugorzędny. Niby minęło tylko pięć lat od tamtego momentu, a trochę jak epoka.
Słuchałem już wtedy pasjami podcastów ze Stanów Zjednoczonych i Holandii. Czekałem na ten boom w Polsce, tylko nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób rozpoznam, że się zaczyna.
W 2019 roku platformy streamingowe rosły w siłę. Spotykaliśmy się w radiu z ich przedstawicielami. Mówili, że w Polsce lada moment zacznie się podcastowa rewolucja. Pamiętam, jak do radia jako gość mojej audycji przyszła Aśka Okuniewska - nie byłem wtedy świadomy, jak wielką popularnością cieszą się już jej podcasty. My reagowaliśmy na bieżąco, ale trzeba było gonić czołówkę. W marcu 2019 roku przygotowałem pierwszą ramówkę nowego typu - nadal kluczem było radio, ale to, co nagrywano miało w dzień lub dwa trafiać do serwisów streamingowych już jako podcast. Bo czym innym jest klasyczna audycja radiowa na żywo, a czym innym ta, która będzie słuchana z odtworzenia, czasem odcinek po odcinku. Każdy epizod podcastu musi być spójną, zamkniętą całością. Nie ma mowy o formule, w której głos zapowiada piosenki, trzeba postawić na treści mówione, wymyślić dla nich format i dobrać prowadzącego. Potrzebny jest osobny brand podcastu, tytuł, logo, specyficzny styl w opisach odcinków na platformy streamingowe i tak dalej.
W newonce często zaczynaliśmy od pomysłu na prowadzącego. Tak było począwszy od naszego pierwszego hitu, którym były Rozmowy Wojewódzki & Kędzierski. Prowadzący byli znani, dlatego coś musiało być inaczej - rozmawiali z gośćmi poważniej niż w swoich poprzednich programach. Słuchałeś nas wtedy?
Na spacerach, pchając wózek dziecięcy, i w aucie. Wiedziałem, że czeka mnie dłuższa przerwa w pisaniu książek, dopiero co zostałem ojcem. Moment ważny, wzruszający, ale chodząc na spacery z córką, myślałem: No nie, już się u nas zaczyna! Dlaczego teraz? W tamtym momencie nie miałem nawet siły czegokolwiek wymyślić. Mało spałem, poza tym nigdy wcześniej nie tworzyłem podcastu.
A widzisz, u mnie odwrotnie, bardzo się wtedy wkręciłem w wymyślanie kolejnych formatów. Udawało się nam zaznaczać swoją obecność, bardzo pomagały hype na newonce i to, że ludzie chcieli z nami pracować. A słuchaczom się to podobało. Pewnego razu wymyśliłem format, do którego wyjątkowo nie miałem prowadzącego. Szczerze, sam go chciałem prowadzić.
Dawno temu w telewizji!
To był pomysł zastępczy, druga wersja. Początkowo podcast miał być alibi, żeby pogadać z twórcami najlepszego polskiego serialu, czyli W labiryncie. Po namyśle stwierdziłem, że to nie przejdzie, a jeśli nawet, będzie zbyt niszowe.
W labiryncie reżyserował Wojciech Niżyński, ten sam, który później stworzył z Iloną Łepkowską Klan.
Dla mnie ten serial to kwintesencja przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, mojego dzieciństwa, zmieniającej się Polski. Aktorzy Sławomira Łozińska, Leon Niemczyk, Piotr Skarga, Marek Kondrat czy młody Dariusz Kordek zagrali wybitne role. Uwielbiam W labiryncie, mógłbym nim zaczynać i kończyć każdy dzień. Wiesz, kiedy miałem sześć lat...
O, zaczyna się.
Daj powiedzieć! Kiedy miałem sześć lat, w 1989 roku, wyjechałem z mamą na wczasy do Władysławowa, do ośrodka, w którym nie było telewizora. Nie chcieliśmy przegapić żadnego odcinka W labiryncie, więc chodziliśmy po okolicy, wypatrując przez okna, czy ktoś ogląda. Lata później, tuż przed dołączeniem do newonce, wstałem pewnej niedzieli o siódmej trzydzieści. Włączyłem telewizor i znienacka teleportowałem się w przeszłość. Na kanale TVP Seriale emitowali powtórki serialu mojego życia. Tyle lat go nie oglądałem.
Wow!
Wow. To samo pomyślałem. Co za fart. Wsiąkłem. Nie żartuję: niby pracuję w radiu internetowym, mamy streamingi, audycje on demand, a ja przez ponad rok, tydzień w tydzień, nastawiam co niedzielę budzik na siódmą, żeby obejrzeć w telewizorze te dwa odcinki emitowane jeden po drugim. Któregoś razu, po kilku takich samotnych niedzielach, usiadła obok mnie moja córka, miała wtedy dziesięć lat.
I co?
Od razu się wkręciła.
W stary serial, którego nie oglądała od początku?!
Proszę cię, przecież tam fabuła jest wspaniała, dialogi się nie starzeją, gra aktorska się broni. Opowiedziałem jej, o co tam chodzi: że Agnieszka Robótka-Michalska to Ewa Glinicka, została niedawno młodą wdową, jest w ciąży, mieszka u teściów; kim jest Jan Duraj, a kim docent Stopczyk, kto pracuje w Locie, a kto w telewizji. Myślę, że sześćdziesiąt procent frajdy z oglądania to był dla niej rytuał robienia czegoś tydzień w tydzień wspólnie z ojcem, ale pozostałe czterdzieści procent - zajawka serialem. Najbardziej lubiła Leona Guttmana, grał go Wiesław Drzewicz.
To stąd wziął się pomysł, żeby zadzwonić do Wojciecha Niżyńskiego i zaprosić go na rozmowę o serialu. W tym samym czasie dużą słuchalność w newonce miał wywiad z Mariuszem Szczygłem. Z Anitą Bugajską, która zarządzała projektami, stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zrobić ze Szczygłem coś więcej. A może nie tylko z nim, ale i z Instytutem Reportażu? Szukaliśmy balansu między rozrywką, hip-hopem a ciekawymi treściami o poważniejszej wartości dziennikarskiej. Napisaliśmy do Instytutu mejla, no a ty tam pracowałeś, więc odpisałeś.
Mariusz powiedział, że jest zajęty i niczego nie poprowadzi. Przyszedłem na spotkanie, była tylko Anita. Spytałem kurtuazyjnie, co planujecie. Powiedziała te cztery słowa, Dawno temu w telewizji, i zaświeciły mi się oczy.
I co dalej? Na to spotkanie, jak pamiętasz, nie przyszedłem, miałem mnóstwo pracy.
Byłem pewien, że będę słuchał każdego odcinka. A po chwili zrobiło mi się smutno. Zrozumiałem, jakie to będzie frustrujące: format był tak bardzo mój, że słuchając, zastanawiałbym się, czemu ktoś tego podcastu nie robi tak, jak ja sobie wyobrażam. Coś mi się wtedy w głowie odpaliło.
Śmiesznie, pierwszy raz to słyszę. Nie wiedziałem, że aż tak.
Pomyślałem: To bezczelne, dopiero co się poznaliśmy, nic o mnie nie wiedzą, spotkaliśmy w innym celu. Ale, kurczę, muszę ten podcast prowadzić. I odważyłem się to powiedzieć. Nie wiedziałem, że miał być twój!
To nie tak. Ja już wtedy odpuściłem. Z żalem, ale nie miałem czasu, zajechałbym się. Kilka dni przed tym spotkaniem powiedziałem Anicie, że trzeba kogoś znaleźć. Przyszedłem na ostatnie pięć minut waszej rozmowy i po minie Anity wnioskowałem, że coś jest na rzeczy. A potem, od pierwszego odcinka podcastu Dawno temu w telewizji, byłem już pewien, że to działa.
Ja się stresowałem jak cholera. Wracałem do domu i mówiłem żonie, że czarno to widzę, że na tle innych prowadzących słabo się ubieram, poza tym nie mam zasięgów na Instagramie.
Powiedziałem Anicie: "Spoko ten Bałuk, tylko czemu przyszedł na spotkanie w bluzie całej uwalonej jedzeniem dla dzieci?".
Bo córkę karmiłem!
Luz, po prostu wiesz, wyobraziłem sobie, że przychodzi Niżyński i trochę tak głupio przed nim. A faktycznie przyszedł, na samym początku. Ukłuło mnie z zazdrości, że z nim gadasz.
Tyle że wcale nie o W labiryncie.
Powiedziałeś, że ludzie w twoim wieku nie znają tego serialu. I że OK, będzie Niżyński, ale porozmawiacie o Klanie.
A potem uzgodniłem z tobą, że jeszcze kiedyś pogadamy z Niżyńskim, już obaj. Ale nie wyszło.
Nie wyszło.
Za to były fantastyczne odcinki, zasięgi, topki, miłe wiadomości od słuchaczy. Może komuś pomogliśmy nie myśleć o pandemii? Najbardziej lubiłem research, ciągle było mi mało. Nie chciałem powtarzać w rozmowach pytań z innych wywiadów z zapraszanymi gośćmi.
A ja lubiłem tworzyć opisy i wymyślać tytuły odcinków. Bardzo lubiłem ten twój podcast.
Ja to go chyba nawet kochałem. Ten twój podcast. Dzięki, stary, wiem już wszystko. Czy to naprawdę koniec?
Prawie. Mamy jeszcze jeden odcinek do zrobienia.
W labiryncie!
A skoro to ostatni, może zrobimy inaczej niż zwykle?
Nagrajmy go na kanał YouTube Wydawnictwa Literackiego.
Czyli byłby z wideo? No to błagam cię, Kamil, załóż czystą bluzę.
PS Czytelnicy! Jeśli Wam mało, szukajcie archiwalnych odcinków podcastu Dawno temu w telewizji. Z okazji wydania książki są znów w otwartym dostępie. Polecam też instagramowy profil Agnieszki Wróbel @sentymenty_oficjalnie oraz podcast Bartka Przybyszewskiego i Mateusza Witkowskiego Podcastex.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki