Śnieg jest biały jak gips.
Gips jest biały jak śnieg.
Poruszam palcami mojej unieruchomionej ręki.
Nawet temblak jest biały. Gdy ktoś w grudniu łamie sobie rękę, wypada zadbać o stylówkę, prawda?
Wszystko przez to, że mam słabe ręce.
Rodzice tak twierdzą, babcia i ciocia, którą nazywam "Ciociak".
Stało się to banalnie. Lodowisko, łyżwy. Ktoś mnie popchnął. Nawet nie udało się ustalić kto. Grupka dużych chłopaków tam śmigała. Pewnie któryś z nich, ale gdy tata podnosił mnie z tafli, dookoła gapiło się tyle osób, a nikt momentu popchnięcia nie widział.
Co robić. Piąty tydzień męczę się w gipsie.
Są gorsze urazy, jasne. Ale moje ukochane zajęcia to rysowanie i robienie na drutach rękawiczek bez palców. No i co teraz?
Aż mnie coś w środku ssie, jakbym była głodna. W żaden sposób nie udaje mi się robić na drutach. A mam nowiutkie motki - włóczka w moim ulubionym kolorze - jasnofioletowym. Nic z tego.
Jednak z każdej sytuacji wynika coś twórczego. Zaczęłam rysować lewą ręką (jestem praworęczna, a prawa w gipsie, żebyście zrozumieli). Dziwne są te rysunki. Takie rozedrgane, postacie prawie w ruchu... Chaos. Ale Ciociak twierdzi, że to "wartość dodana". Sama widzę, że jest w tych rysunkach coś, czego dotąd nie było. To wyszło ze mnie i tylko lewa ręka potrafi przenosić to na papier.
No więc: ręce słabe.
Gdy miałam pięć lat, pamiętam: chciałam powisieć na drążku na placu zabaw. Wszystkie dzieciaki to lubiły. Huśtały się jak małpki.
Byłam za niska, by dosięgnąć drążka. Przyniosłam sobie kilka kostek brukowych, zrobiłam piramidkę. Stanęłam na niej i - hyc! - chwyciłam się drążka.
Tylko że zaraz było bum! Drążek wyślizgnął mi się z dłoni i rąbnęłam na piramidkę kostek. Ależ bolało! Miałam siny tyłek i nerki, a babcia Klaudia nigdy więcej nie pozwoliła mi zbliżać się do drabinek.
Teraz jestem już prawie nastolatką, to znaczy: za niecały rok kończę jedenaście lat.
Jednak ręce mam słabe, to pewne.
Ten placyk, po którym właśnie chodzę, nazywa się Plac Dziecka. Jest jedynym terenem, na którym mogę sama przebywać, bo mama, babcia i Ciociak widzą mnie z okna - w razie czego.
Tak często mówią - "w razie czego", ale nie tłumaczą, co to jest to coś.
Że ktoś mnie porwie, czy że się zgubię?
Na tym placyku, no przestańcie! Poza tym jestem bardzo ostrożna i ani trochę nie naiwna.
Chyba.
Tata nie mówi: "w razie czego", bo mnie nie widzi. Tata chwilowo mieszka w innym mieszkaniu.
Placyk, po którym właśnie spacerowałam, był puszyście ośnieżony. To bardzo podniosło jego estetykę, bo zakryło śmieci, pety i odchody psów.
Nie wiadomo, dlaczego ludzie nie wrzucają wymienionych przeze mnie rzeczy do koszy na śmieci. Koszy jest dziewięć i ładne - w kształcie odwróconych płatkami do góry tulipanów.
Dzieci i psy szalały. Dzieciom wypadały z niezapiętych kieszeni smartfony, prosto w śnieg. Co chwilę ktoś się pochylał i odruchowo podnosił Samsunga czy LG. Psom nie wypadały smartfony, ale zupełnie coś innego.
Czasem przemykał ktoś na hulajnodze elektrycznej, niezależnie od pogody.
W sumie - wszyscy byli uszczęśliwieni.
Pogmerałam zdrową ręką w kieszeni kurtki. Miałam straszną, palącą wręcz potrzebę zrobienia sobie fotki z bałwanem. Takie piękno meteorologiczne może się szybko nie powtórzyć. Śnieg był wilgotny, w sam raz.
I miałam smartfon, który mama daje mi tylko, gdy sama wychodzę na placyk. Albo do Biedronki, która jest tuż obok.
W domu nie mam smartfona, bo w domu nikt nie może mnie porwać, a ja nie mogę się w nim zgubić. Nie mam przecież Alzheimera jak prababcia Lenki. Prababcia Lenki często gubi się w mieszkaniu, a zdarza się, że nie poznaje własnej wnuczki. Przez chwilę jej nie poznaje albo dłużej niż chwilę. Później przypomina sobie. Ale nie ma gwarancji kiedy i na jak długo.
Myślę, że nawet gdyby miała smartfon, nie dałaby rady z niego skorzystać.
Próbowałam ulepić coś w rodzaju bałwana, ale jedną ręką zupełnie mi się nie udawało. Bezkształtne gnioty przybrudzone błotem. Selfie z bałwanem musi być odlotowe, a nie żałosne.
Czatowałam na jakiegoś gotowego bałwana. Akurat nie było.
Dzieciaki okładały się śnieżkami, zjeżdżały na plastikowych jabłuszkach z jedynego wzniesienia. Rzucały się w zaspy. Robiły orła na śniegu. Ślizgały się na wąskich pasemkach lodowych ścieżek.
Wszystko było, tylko nie bałwan.
A miałam coraz większą chęć na tę fotkę. Ech.
Zrezygnowana klapnęłam na białą ławkę. Czułam, że przemaka mi kurtka i zimno mi w siedzenie. Nic się nie układa. Do jutra śnieg stopnieje na bank.
Pomachałam mamie, która zamigała do mnie światłem w oknie kuchni.
Pewnie boi się, że przemarznę. Powinnam się ruszać. Ale to takie nudne, gdy ciągle trzeba uważać na złamaną rękę.
I wtedy... czy to jakieś czary sprawiły, czy coś innego, nie wiem... Do sąsiedniej ławki podbiegła dwójka dzieci, a za nimi godnym krokiem stąpała mama. Właściwie to na nią pierwszą zwróciłam uwagę. Była wyjątkowo wysoka, elegancka, a zapach jej perfum z łatwością pokonał mroźne powietrze i wwiercił mi się w mózg.
Miała wszystko beżowe. Beżowa czapa, wcale nie sfilcowana, więc nowa. Pompon jak żywy, miły zwierzaczek po kąpieli i starannym wysuszeniu. Beżowy płaszcz. Jaśniejsze, lecz też beżowe rękawiczki i takiego koloru spodnie. Buty były barwy écru (można mówić: kremowy), tak jak teraz się noszą najelegantsze damy.
- Bał-wa-na! Bał-wa-na! - skandowały dzieci, a mama uśmiechnęła się przyzwalająco.
Dzieci też były w stylu glamour. Wybłyszczone kurteczki, bielutkie czapki, firmowe logo i tak dalej. Chłopiec był prawie w moim wieku. Dziewczynka miała z sześć lat. Śliczni. Jak z filmu familijnego o świętach.
Spojrzałam na moją czarną, za dużą kurtkę i fioletowe, pozdzierane już glany. Wstałam, otrzepałam się jedną ręką. Już chciałam prychnąć i oddalić się, ale zrozumiałam, że z tym bałwanem to oni na serio.
- Mamuś, na ławce go zrobimy! Będzie dobrze widoczny! - Szczerbata dziewczynka zgarnęła śnieg z ławki, robiąc miejsce na bałwana.
- Przede wszystkim precyzja - pouczył ją brat i zabrali się do toczenia kul.
Fachowo. Porcjami śniegu przenoszonymi na ławkę i wygładzanymi - najpierw rękami.
Beżowa mama wyjęła z beżowej torby zgrabną teczkę (wiecie, w jakim kolorze, prawda?), a dzieci poprawiały kule na ławce. Uciskały je i polerowały, bez końca po prostu. Potem rzuciły się do tej teczuszki.
W ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Jakby mnie nie było. Nie śmiałam przyłączyć się do nich. A może jestem niewidzialna?
Odruchowo wytarłam nos rękawiczką. Gdy jest mróz, zawsze leje mi się z nosa. Przeciętni ludzie znają to uczucie i ten słonawy smak. Też to macie?
Oni nie byli przeciętni, bo nic im się nie lało.
Gapiłam się na tego bałwana z idealnie okrągłych kul. Nie był duży, ale... no... zapowiadał się na pięknego. Może mi się uda? Poczekam, a gdy nacieszą się i pójdą, zrobię sobie fotkę z tym niedużym, ale perfekcyjnym bałwanem. Przecież nie mogą mnie wypędzić, plac jest dla wszystkich. A kiedyś wreszcie odejdą. Bałwan zostanie. I wtedy...
Na razie chłopiec wyjął z teczki... nożyki i... tekturki, i grzebień, i marchewkę, i prawdziwe plastikowe guziki! A na koniec - białe, silikonowe oczy z czarnymi źrenicami.
Woooow!
- Równo, równo, Anastazja! - surowo powiedział do siostry ten chłopiec.
"Anastazja". To jest imię. Królewskie.
Ja jestem po prostu - Anka. W tej chwili czułam się bardzo średnia.
Nożykami zdrapywali z kul wszelkie nierówności. Drap, drap, głask, głask. Dopracowali każdy szczegół. Nigdy nie widziałam tak ślicznego bałwana. Chyba że na filmach.
- Anastazjo, Tymoteuszu - beżowa mama była czujna - pamiętajcie, że to nie elipsy, tylko kule. Widzę pewną asymetrię.
Dzieci natychmiast poprawiły dzieło za pomocą tekturek i dłutka.
- Ostrożnie! - pisnęła Anastazja, gdy Tymoteusz wywiercał w bałwanie płytkie dziurki na guziki i oczy, a głęboką na nos z marchewki.
Już nawet mnie nie dziwił ten "Tymoteusz". Wiadomo, że taki chłopiec nie może mieć na imię Józek czy Szymek, z którymi trochę się koleguję.
Gładziłam w kieszeni mój smartfon. Ach, jaka to będzie piękna fotka! Warto było czekać, choć miałam już lodowate stopy i zimne końce palców w zagipsowanej ręce.
Pewnie najpierw sami się sfotografują, na pewno. Ale później sobie pójdą. Wtedy - ja!
Zanim guziki, oczy i marchew znalazły się na właściwych miejscach, minęło dobre pół godziny.
- Brawo, brawo! - Beżowa mama kiwała głową i nawet nie przytupywała, a przecież stała nieruchomo już tyle czasu.
Ten płaszcz pewnie jest uszyty z prawdziwej wełny.
- Mamuś, patrz! - Anastazja skakała z radości, całkiem blisko mnie. Prawie nadepnęła mi na stopę błyszczącym, choć lekko ośnieżonym butem.
- Brawo, ale dokończ, co zaczęłaś - zasugerowała mama.
- Podaj plecak! - krzyknął chłopiec do siostry i za chwilę wyjmowali ze zgrabnego plecaka śliczny czerwony szalik i... prawdziwy, odjazdowy karnawałowy kapelusik! Cały złoty i niebieski.
Starannie ubrali bałwana i jeszcze... obsypali go brokatem! I popsikali perfumami!
Widzieliście kiedykolwiek coś takiego?
Mówcie, co chcecie, ale to było naprawdę dzieło!
Nie mogłam się doczekać. Ach, żeby już zrobili to selfie i odeszli. Niech już nadejdzie moja kolej!
Drżałam i przytupywałam, ale powtarzałam sobie w myślach: Jeszcze trochę. Dawaj, Anka! Wytrzymaj!
- Spakujcie sprzęt. - Beżowa mama podała dzieciom teczkę i wszystkie nożyki i grzebyki zostały w niej umieszczone.
Tak jak przewidziałam, w ręku mamy pojawił się sporych rozmiarów smartfon z napisem "Honor Magic".
Niecierpliwie podskakiwałam, no dobra, także z zimna, już wiecie.
Mama i dzieci wykonali serię fotek.
Nie była to pośpieszna sesja, nie.
Dzieciaki miały ogarnięte efektowne pozowanie. Starannie ustawiały się na tle i obok bałwana. Za nim i siedząc na oparciu ławki - nad nim. Później ich mama wyjęła profesjonalny statyw i cała trójka została uwieczniona na ekranie.
Myślałam, że już koniec, ale beżowa mama zerknęła kontrolnie w ekran. Zrobiła krótki wykład o świadomym wykorzystaniu światła dziennego, spójnej stylizacji i powtórzyła całą sesję.
Brr... Jak zimno.
W końcu złożyli sprzęt, chuchnęli na Honor Magic i Tymoteusz zarządził:
- Teraz do domu!
Nareszcie! Nareszcie! Dawaj, Anka!
Ale... nagle...
- Tak! - Beżowa mama podała córeczce torbę, pochyliła się i...
Cooo??? Nie wierzyłam w to, co widzę! Uniosła bałwana z ławki!!! Ostrożnie, lecz zdecydowanie.
- Będzie stał na balkonie! Żeby tylko jak najdłużej był mróz! Nasz bałwan! Jak go nazwiemy? - ekscytowały się dzieci.
Powolnym, pewnym krokiem ruszyli w nieznaną dal.
Ups.
Odsunęłam moją za luźną czapkę z oczu. Wyjęłam smartfon i niezgrabnie, jedną ręką, zrobiłam fotkę oddalającej się rodzince.
Nie, nie, nie mogę narzekać. Spoko. Mam tę fotkę.
Tam, nad ramieniem beżowej mamy, wyraźnie widać kawałek głowy bałwana i jego złoty kapelusik.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej