David Hunter (tom 7). Ogród kości - Simon Beckett

-
Proszę czekać

Prolog

Kość prze­trwa.

Podob­nie jak cegły i zaprawa pozo­stałe po sta­rym domu kość prze­trwa życie, które nie­gdyś ją oży­wiało. Trzyma się jesz­cze długo po tym, gdy upływ czasu uni­ce­stwi resztę ciała -?skórę, tkankę, narządy, chrząstki i ścię­gna. Szkie­let obro­śnięty daw­niej tkanką miękką może prze­trwać setki lat. W odpo­wied­nich warun­kach nawet dłu­żej. Na przy­kład gleby kwa­śne na ogół sprzy­jają zacho­wa­niu tkanki mięk­kiej, za to szyb­ciej roz­kła­dają kości, nato­miast gleby zasa­dowe oddzia­łują odwrot­nie, spo­wal­nia­jąc roz­kład kości nie­mal w nie­skoń­czo­ność.

Ale nic nie trwa wiecz­nie. Kość w końcu też ule­gnie roz­pa­dowi, powra­ca­jąc nie­uchron­nie do postaci mine­ra­łów, z któ­rych się ufor­mo­wała. Z pro­chu powsta­łeś i w proch się obró­cisz. Do tego czasu jed­nak, pozo­sta­wiony w spo­koju, szkie­let trzyma się jako ska­mie­niały relikt życia, które dawno dobie­gło kresu.

Kość prze­trwa.

Poczuł, że gałązka ugina się pod butem, bo prze­niósł cię­żar ciała na drugą nogę. Zatrzy­mał się. O tej porze roku las roił się od natu­ral­nych puła­pek, a mroźne wia­try i desz­cze ogo­ła­cały drzewa z liści. Tego roku zima była nad­zwy­czaj dżdży­sta, zamie­nia­jąc zie­mię w błoto pod kobier­cem z igli­wia, zła­ma­nym wil­got­nym gałę­ziom i kona­rom nada­jąc dużą sprę­ży­stość.

Gdy uniósł stopę, gałązka zatrzesz­czała, ale nie pękła.

Nie­wiele bra­ko­wało. Zga­nił się w myśli, spusz­cza­jąc wzrok, żeby przyj­rzeć się ziemi przed sobą. Gogle nok­to­wi­zyjne prze­obra­ziły nocny las w mono­chro­ma­tyczny zie­lony świat, obcy i dzi­waczny. Wstrzy­mał oddech, ogar­nia­jąc spoj­rze­niem pro­ste pnie drzew. Deszcz ustał, lecz z gałęzi wciąż kapała lodo­wata woda, bęb­niąc w kap­tur i kurtkę. Nie usły­szała. Będzie stała spo­koj­nie.

Stała.

Czę­ściowo zasło­nięta przez pień świerku ofiara zatrzy­mała się na brzegu stru­mie­nia, odprę­żona i cał­ko­wi­cie nie­świa­doma zagro­że­nia. Znów bez­sze­lest­nie wypu­ścił powie­trze z płuc. Było zimno, pach­niało gliną i żywicą. Powoli zro­bił kolejny krok, ostroż­nie sta­wia­jąc stopę, jakby posu­wał się po lodzie. Jesz­cze kilka metrów i będzie w zasięgu. Cicho, cichutko.

Ubrany w ciemną kurtkę i spodnie pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­wi­doczny. Nawet w dzien­nym świe­tle trudno byłoby go dostrzec, nato­miast w taką bez­k­się­ży­cową noc wyda­wał się led­wie zary­sem w gęstwi­nie cieni.

Pod warun­kiem że niczym się nie zdra­dzi.

Teraz znaj­do­wała się pra­wie w zasięgu strzału. Oddy­cha­jąc powoli i rów­no­mier­nie, zro­bił kilka kolej­nych kro­ków i przy­sta­nął, żeby spraw­dzić zie­mię pod sto­pami. Teren był nie­równy, pokryty kamie­niami i wiją­cymi się korze­niami pod war­stwą opa­dłego igli­wia. Jeden nie­uważny krok nie tylko prze­kre­śliłby wszystko, ale jesz­cze mógłby skoń­czyć się skrę­ce­niem kostki.

Przy­sta­nął po poko­na­niu dwóch metrów. Stał nie­ru­chomo, nie zwa­ża­jąc na spa­da­jące srebrne kro­ple wody, obser­wu­jąc smu­kłą syl­wetkę mię­dzy drze­wami, a zimny wiatr bez­li­to­śnie szczy­pał go w twarz. Odle­głość wyno­siła około trzy­dzie­stu metrów, a cel znaj­do­wał się tuż za pochy­łym pniem. Nie będzie to łatwy strzał, lecz bał się podejść bli­żej.

Wszystko zale­żało teraz od niego.

Powoli nało­żył strzałę i uniósł łuk myśliw­ski. Nacią­ga­jąc oporną cię­ciwę, poczuł, że serce wali mu jak zwa­rio­wane. Cał­ko­wite sku­pie­nie - świat skur­czył się, bo ist­niała tylko ofiara i napięty łuk. To wła­śnie uwiel­biał naj­bar­dziej -?ostat­nie chwile pełne moż­li­wo­ści. Teraz spo­koj­nie. Tylko spo­koj­nie.

Unio­sła głowę. Spoj­rzała wprost na niego. Wypu­ścił strzałę.

Brzdęk -?który bar­dziej poczuł, niż usły­szał -?i strzała pomknęła w prze­strzeń. Krzyk roze­rwał ciszę, a po nim roz­legł się odgłos upa­da­ją­cego ciała. Rzu­cił się do przodu, podą­ża­jąc ścieżką, którą chwilę wcze­śniej prze­była strzała. Tra­fił w cel, wie­dział o tym, zanim dobiegł na miej­sce. Łania zro­biła kilka chwiej­nych kro­ków i padła na bok w stru­mie­niu. Patrzyła brą­zo­wymi oczami, wyba­łu­szo­nymi z bólu i dez­orien­ta­cji, a jej chra­pliwy oddech mato­wił powie­trze. Z piersi wysta­wała strzała -?tkwiła głę­boko i wciąż drżała. Zsu­nął się na brzeg przy pochy­łym świerku. Poczu­cie triumfu już przy­ga­sło -?jak zwy­kle. Wyjął nóż, nie­bez­piecz­nie ostry, ząb­ko­wany, żeby dokoń­czyć dzieła. Łania wydała z sie­bie ostat­nie, kon­wul­syjne tchnie­nie i znie­ru­cho­miała na zawsze.

Ule­ciało z niej wszel­kie życie i piękno. Była sty­gną­cym mię­sem.

Umył nóż w rwą­cym stru­mie­niu, a gogle nok­to­wi­zyjne nadały krwi barwę sinej zie­leni. Z tyłu woda wymyła błot­ni­sty brzeg pod pochy­łym świer­kiem, odsła­nia­jąc jego korze­nie. Były grube i splą­tane jak węże w gnieź­dzie. Albo jak stos sta­rych kości.

Ta myśl podzia­łała depry­mu­jąco. Zresztą bez­po­śred­nio po polo­wa­niu zawsze czuł się przy­bity. Naj­pierw eufo­ria, potem zjazd emo­cjo­nalny. Znu­żony nagle całą sytu­acją, wypro­sto­wał się, żeby unieść gogle i prze­trzeć zmę­czone oczy. Lecz zanim zdą­żył to zro­bić, przez roz­stęp w chmu­rach przedarł się sre­brzy­sty sierp księ­życa, rzu­ca­jąc ostrzej­sze świa­tło na obna­żone korze­nie świerku.

Cie­nie zatań­czyły i nagle dostrzegł twarz spo­glą­da­jącą na niego z kłę­bo­wi­ska pod pniem.

O kurwa!

Odsko­czył do tyłu, ale potknął się o mar­twą łanię i wpadł do stru­mie­nia, wprost w obję­cia lodo­wa­tej wody. Dźwi­ga­jąc się nie­zdar­nie, w popło­chu, spoj­rzał ponow­nie w tamto miej­sce.

Twarz znik­nęła. Pozo­stała tylko plą­ta­nina odsło­nię­tych korzeni na błot­ni­stym brzegu. Prze­mo­czony i prze­mar­z­nięty do szpiku kości, uznał, że coś mu się przy­wi­działo.

I wtedy obraz jakby się wyostrzył i znów uka­zała się twarz.

Jezu Chry­ste...

Odry­wa­jąc wzrok od nie­sa­mo­wi­tego obli­cza, wycią­gnął z potoku paru­jące tru­chło upo­lo­wa­nego zwie­rzę­cia. Wyko­nu­jąc serię bły­ska­wicz­nych ruchów, wyjął z torby uprząż i zapiął ją na małej łani. Z tru­dem dźwi­gnął zdo­bycz na ramiona, poty­ka­jąc się wsku­tek pośpie­chu, bo pra­gnął jak naj­szyb­ciej znik­nąć z tego lasu. Mimo to, wbrew sobie, przy­sta­nął i rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie przez ramię.

Następ­nie, zgar­biony pod cię­ża­rem łani, ruszył pośpiesz­nie w drogę powrotną.

Rozdział 1

Owca nie miała nóg.

Takie było pierw­sze wra­że­nie, choć brak snu i pada­jący deszcz ze śnie­giem mogły mieć wpływ na mój ogląd rze­czy­wi­sto­ści. W bla­sku reflek­to­rów oczy zwie­rzę­cia świe­ciły nie­sa­mo­wi­cie w głębi mroku roz­snu­tego przez zimową burzę. Wpa­try­wa­łem się w te śle­pia zza uru­cho­mio­nych wycie­ra­czek, pró­bu­jąc pojąć, co widzę. Zwie­rzę znaj­do­wało się na ziemi, ale nie leżało i nie widać było nóg. Ale wciąż żyło i naj­wy­raź­niej niczym się nie przej­mo­wało.

Rów­nież tym, że tara­so­wało wąską drogę.

Podróż była wystar­cza­jąco uciąż­liwa i bez takich przy­gód. Póź­nym popo­łu­dniem wyje­cha­łem z Lon­dynu i ruszy­łem do Car­li­sle, żeby w cha­rak­te­rze doradcy wziąć udział w poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej osoby w Kum­brii. Dosta­tecz­nie długo współ­pra­co­wa­łem z poli­cją jako kon­sul­tant kry­mi­na­li­styczny, żeby przy­wyk­nąć do nagłych wyjaz­dów po całej Anglii, ale za te pery­pe­tie mogłem winić wyłącz­nie sie­bie. Odprawę przed akcją poszu­ki­waw­czą wyzna­czono dopiero naza­jutrz, więc nie było powodu do pośpie­chu. Nale­żało zacze­kać do rana, poko­nać trasę za dnia i przy lep­szej pogo­dzie. Ale nie, w pię­ciu­set­ki­lo­me­trową podróż wyruszy­łem w szare zimowe popo­łu­dnie, igno­ru­jąc alert burzowy.

Śpie­szy­łem się, gdyż chcia­łem zyskać na cza­sie. Zamie­rza­łem szybko poko­nać nie­znaną trasę i zamel­do­wać się wie­czo­rem w hotelu, żeby wypo­cząć przed kil­koma dniami wyczer­pu­ją­cej pracy. A przy­naj­mniej tak sobie powta­rza­łem. Bo tak naprawdę w spra­wie poszu­ki­wań zadzwo­niono do mnie w bar­dzo nie­od­po­wied­nim momen­cie. Byłem pode­ner­wo­wany i nie­spo­kojny, wytrą­cony z rów­no­wagi przez wia­do­mość, którą otrzy­ma­łem tego dnia. Po ode­bra­niu tele­fonu z prośbą o kon­sul­ta­cję uchwy­ci­łem się moż­li­wo­ści bez­zwłocz­nego wyjazdu po pro­stu po to, by się czymś zająć.

Nie prze­my­śla­łem tego. Gdy szary zimowy dzień zaczął doga­sać, pogoda gwał­tow­nie się pogor­szyła. Według kalen­da­rza wio­sna była tuż-tuż, lecz natura kie­ro­wała się wła­snym har­mo­no­gra­mem. Deszcz padał z impe­tem, zale­wa­jąc nawierzch­nię drogi i two­rząc stru­mie­nie wody, zamie­nia­jąc świat w kolaż roz­ma­za­nych plam świetl­nych. Na pół­noc­nym krańcu Parku Naro­do­wego Kra­iny Jezior tempo jazdy na auto­stra­dzie spa­dło nie­mal do zera. Przez mokre szyby dostrze­głem migot nie­bie­skich świa­teł sygna­li­zu­ją­cych kraksę. Wyrwany z zamy­śle­nia per­spek­tywą ludz­kiej tra­ge­dii w potrza­sku pogię­tego metalu cze­ka­łem z nie­cier­pli­wo­ścią, aż dowlokę się do pierw­szego zjazdu, po czym odbi­łem w bok.

Szybko zda­łem sobie sprawę, że popeł­ni­łem błąd. Po kilku kilo­me­trach posta­no­wi­łem wró­cić na auto­stradę. Nie­stety, kie­ru­jąc się pod­po­wie­dziami nawi­ga­cji, zagłę­bi­łem się w sieć wąskich wiej­skich dróg, które z chwili na chwilę sta­wały się coraz bar­dziej strome i kręte. Dokoła pano­wała gęsta ciem­ność, nie­roz­pro­szona żad­nym świa­tłem. Ekran nawi­ga­cji pociem­niał do trybu noc­nego, poka­zu­jąc drogę jako wijącą się kre­skę. Nie było żad­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych -?sądząc po tym, jak szosa pięła się i opa­dała, naj­praw­do­po­dob­niej znaj­do­wa­łem się w górach Kum­brii. Naj­praw­do­po­dob­niej, bo oko­liczny kra­jo­braz sta­ran­nie skry­wały mrok i burza.

Teraz lało już jak z cebra. W świe­tle reflek­to­rów strugi desz­czu przy­po­mi­nały srebrne nici, waląc w dach auta i zale­wa­jąc przed­nią szybę jak olej pomimo wytę­żo­nej pracy wycie­ra­czek. Jesz­cze gor­szy był wiatr, bo mio­tał samo­cho­dem jak zabawką i gro­ził wyrwa­niem mi kie­row­nicy z rąk. Sie­dzia­łem zgar­biony na fotelu, wytę­ża­jąc wzrok, żeby dostrzec cokol­wiek w ule­wie, a droga wiła się i wiła bez końca. Cały mój świat skur­czył się do tunelu wykro­jo­nego w ciem­no­ści przez świa­tła reflek­to­rów, a podmu­chy zaci­na­ją­cego desz­czu wypeł­niały noc jed­no­staj­nym szu­mem. Wpa­try­wa­nie się w tę scenę było nie­bez­piecz­nie hip­no­ty­zu­jące. Mogłem łatwo się roz­ko­ja­rzyć, stra­cić pano­wa­nie...

Zamru­ga­łem gwał­tow­nie powie­kami. Pobudka, ock­nij się. Wypro­sto­wa­łem plecy, chcąc zacho­wać czuj­ność, ale zmę­cze­nie jazdą w takich warun­kach dawało o sobie znać. Nie­chęt­nie pogo­dzi­łem się z tym, co od dawna było oczy­wi­ste: nie­moż­liwe, żebym tego dnia dotarł do Car­li­sle. Nie w tych warun­kach. Nale­żało zro­bić sobie prze­rwę, ale gdzie? Nie widzia­łem nawet pobo­cza.

Droga bie­gła wśród stro­mizn i drzew powy­gi­na­nych przez wiatr. Posta­no­wi­łem zatrzy­mać się w pierw­szej napo­tka­nej wio­sce lub w pubie, rzu­ci­łem więc okiem na ekran nawi­ga­cji.

Pusto.

Nie, tylko nie to... Nie spusz­cza­jąc wzroku z drogi, naci­sną­łem przy­ci­ski nawi­ga­cji sate­li­tar­nej. Bez skutku. Ekran był pod­świe­tlony, ale poza kur­so­rem w kształ­cie strzałki, ozna­cza­ją­cym mój samo­chód, nie poka­zy­wał niczego. Nawet drogi. Nie mia­łem poję­cia, gdzie się znaj­duję.

Sły­sza­łem o zja­wi­sku zwa­nym rain fade, pole­ga­ją­cym na tym, że z powodu bar­dzo złych warun­ków atmos­fe­rycz­nych zani­kają sygnały sate­li­tarne. W tym GPS uży­wany przez sys­temy nawi­ga­cyjne. Ale ni­gdy wcze­śniej tego nie doświad­czy­łem.

Gra­tu­la­cje. Teraz już wiesz, jak to jest.

Mój tele­fon spo­czy­wał w uchwy­cie zestawu gło­śno­mó­wią­cego na desce roz­dziel­czej, ale wie­dzia­łem, że w tej chwili jest bez­u­ży­teczny. Znaj­do­wa­łem się na odlu­dziu zna­nym z gór i dzi­kiej przy­rody. Zakra­wa­łoby na cud, gdyby w tej oko­licy był zasięg. Szyb­kie spoj­rze­nie na ekran potwier­dziło moje obawy: brak pasków ozna­cza­ją­cych sygnał. Poczu­łem wście­kłość i fru­stra­cję. Od tygo­dni zamie­rza­łem wymie­nić apa­rat na nowy model z funk­cją nawi­ga­cji sate­li­tar­nej, ale nie mia­łem na to czasu. Teraz za późno. Nawet sta­ro­świecki atlas dro­gowy, trzy­many w bagaż­niku, nie przy­dałby mi się na nic, dopóki nie mia­łem poję­cia, gdzie dokład­nie się znaj­duję. Wal­cząc z kolej­nym podmu­chem wia­tru, spoj­rza­łem wresz­cie praw­dzie w oczy: zgu­bi­łem się.

Od dłuż­szego czasu droga pięła się pod górę, wijąc się wokół stro­mi­zny lub góry. Teraz się wyrów­nała. W roz­my­tym świe­tle reflek­to­rów zoba­czy­łem, że po jed­nej stro­nie wznosi się wysoka ściana, a po dru­giej zie­mia opada pio­nowo. Nie było pobo­cza, a sama droga wyda­wała się nazbyt wąska, bym mógł się zatrzy­mać bez jej zablo­ko­wa­nia. Nie wyobra­ża­łem sobie, żeby kto­kol­wiek przy zdro­wych zmy­słach ruszył w trasę w taką pogodę, ale przy widocz­no­ści ogra­ni­czo­nej do kilku metrów wola­łem nie ryzy­ko­wać.

Szosa zaczęła opa­dać, nik­nąc w świe­tle reflek­to­rów. Zwol­ni­łem, bo zoba­czy­łem stru­mień błot­ni­stej wody prze­ta­cza­jący się po asfal­cie. Desz­czówka spły­wała z jaru bie­gną­cego powy­żej, zamie­nia­jąc sze­roki odci­nek jezdni w potok -?dopiero potem spa­dała po dru­giej stro­nie. Wyglą­dało na to, że prze­pust pod nawierzch­nią został zatkany lub nie nadą­żał z odpro­wa­dza­niem ogrom­nej ilo­ści desz­czówki. Przy­ha­mo­wa­łem. Pew­nego razu utkną­łem autem w wodzie i nie mia­łem ochoty na powtórkę.

Stru­mień prze­ci­na­jący drogę wyda­wał się jed­nak dość płytki. Pomo­dli­łem się w duchu i ruszy­łem do przodu. Poczu­łem ude­rze­nie z boku, gdyż woda naparła na koła, a samo­chód pod­sko­czył, ude­rza­jąc o kamie­nie i gruz zmyte ze zbo­cza.

W końcu przedar­łem się na drugą stronę. Wes­tchną­łem i tro­chę się roz­luź­ni­łem. Z przodu uka­zał się ostry zakręt -?droga zni­kała za skal­nym zbo­czem pociem­nia­łym od desz­czu. Poko­na­łem wiraż i natych­miast wci­sną­łem hamu­lec, bo reflek­tory oświe­tliły coś dużego i jasnego, blo­ku­ją­cego prze­jazd. Nastała chwila nie­waż­ko­ści, gdyż auto wpa­dło w poślizg, tra­cąc przy­czep­ność, śli­zga­jąc się opo­nami w kie­runku urwi­ska. Stru­chlały, myśla­łem przez moment, że runę w prze­paść, ale nagle hamulce zadzia­łały i samo­chód gwał­tow­nie się zatrzy­mał.

Sie­dzia­łem roz­trzę­siony w fotelu, z dłońmi wciąż zaci­śnię­tymi kur­czowo na kie­row­nicy, a deszcz bęb­nił o dach.

Patrzyła na mnie owca bez nóg.

Dopiero po sekun­dzie lub dwóch zda­łem sobie sprawę, na co patrzę. Par­sk­ną­łem śmie­chem, po czę­ści z nie­do­wie­rza­nia, po czę­ści z poczu­cia ulgi. No nie, to jakiś żart... Owca miała nogi.

Tyle że utknęła nimi w kra­tow­nicy dla bydła.

Prze­tar­łem oczy kłyk­ciami, świa­dom, co muszę zro­bić. Zwie­rzę nie mogło się uwol­nić, a ja nie mogłem go tak zosta­wić. Nawet gdy­bym chciał to zro­bić, nie było dość miej­sca, żeby je wymi­nąć. Wes­tchną­łem ponow­nie, odpią­łem pas bez­pie­czeń­stwa i się­gną­łem po kurtkę prze­ciw­desz­czową leżącą na tyl­nym sie­dze­niu. Wtedy coś wypa­dło z wewnętrz­nej kie­szeni na pod­łogę. Na widok pro­sto­kąt­nej jasnej koperty z moim nazwi­skiem sta­ran­nie napi­sa­nym zna­jomą ręką poczu­łem, jak­bym zali­czył cios w brzuch. Pod­nio­słem kopertę, wło­ży­łem ją z powro­tem do kie­szeni i wysia­dłem z samo­chodu.

Prze­ni­kliwy podmuch desz­czu ude­rzył we mnie z impe­tem, gro­żąc wyrwa­niem klamki z dłoni. Zatrza­sną­łem drzwi, nacią­gną­łem kap­tur na głowę i ruszy­łem pośpiesz­nie do kra­tow­nicy. W świe­tle reflek­to­rów dostrze­głem, że owca ugrzę­zła wszyst­kimi czte­rema nogami w szcze­li­nach mię­dzy meta­lo­wymi prę­tami. Nie wyda­wała się ranna, bo nie zoba­czy­łem żad­nych śla­dów krwi. Ani też zanadto prze­jęta swoim poło­że­niem.

Mru­ga­jąc gwał­tow­nie w stru­gach desz­czu, rozej­rza­łem się w nadziei, że dostrzegę świa­tła pobli­skiej farmy.

Lecz dokoła roz­ta­czała się ciemna i pusta noc. Deszcz ude­rzył mnie w plecy, kiedy pochy­li­łem się nad owcą, pró­bu­jąc nie zwa­żać na smród. Obją­łem ją. Runo miała splą­tane i prze­mo­czone, nadto oka­zała się ciężka, gdy spró­bo­wa­łem ją pod­nieść. Kto by pomy­ślał, że owce ważą tak dużo, wes­tchną­łem w duchu. Albo że aż tak cuchną.

Gdy uwol­ni­łem zwie­rzę z kra­tow­nicy, zaczęło się rzu­cać i wierz­gać nogami, co nie uła­twiało mi zada­nia. Posu­wa­jąc się chwiej­nym kro­kiem, zanio­słem owcę jak naj­da­lej od drogi i posta­wi­łem ją na ziemi. Otrzą­snęła się, opry­sku­jąc mnie wodą, a potem potruch­tała przed sie­bie, nie oglą­da­jąc się ani razu. Roz­ma­so­wa­łem sobie lędź­wie i patrzy­łem, jak znika w ciem­no­ści, poza zasię­giem reflek­to­rów samo­chodu.

Nie ma za co.

Wra­ca­łem już do samo­chodu, gdy całe niebo roz­ja­śniło się nagle, jakby za wid­no­krę­giem doszło do bez­gło­śnej eks­plo­zji. W nie­sa­mo­wi­tej ciszy zami­go­tała bły­ska­wica i wtedy po raz pierw­szy ujrza­łem roz­le­głą górzy­stą oko­licę, w któ­rej się zgu­bi­łem. Droga bie­gła zbo­czem stro­mego wzgó­rza, może wręcz urwi­ska, będą­cego czę­ścią doliny oto­czo­nej pasmem potęż­nych nie­ostrych szczy­tów. Ośnie­żone i nagie, góro­wały nad hory­zon­tem, a zbo­cza poni­żej pokry­wał gęsty las. Widok ten był zaska­ku­jący, jakby w zaciem­nio­nym pokoju nagle zapa­lono świa­tło.

Potem wszystko zni­kło i znów zapa­dła ciem­ność, jakby ktoś opu­ścił kur­tynę. Pośpie­szy­łem do samo­chodu i wsia­dłem do środka, wdzięczny za nagłe cie­pło, gdy zrzu­ca­łem z sie­bie mokrą kurtkę. Nie­mal natych­miast wil­goć zapa­ro­wała szyby, zamie­nia­jąc wnę­trze w kokon i jesz­cze bar­dziej utrud­nia­jąc widocz­ność. Włą­czy­łem kli­ma­ty­za­cję, aby szyby odpa­ro­wały, a jej szum rywa­li­zo­wał z bęb­nie­niem desz­czu o dach. Ruszy­łem krętą drogą bie­gnącą w dół. Począt­kowo reflek­tory oświe­tlały jałowe, ska­li­ste zbo­cza, ale po kilku minu­tach kra­jo­braz się zmie­nił, bo droga dotarła do lasu. Pro­ste, wyso­kie drzewa igla­ste -?praw­do­po­dob­nie jodły lub świerki, trudno było stwier­dzić w ciem­no­ści -?wzno­siły się po obu stro­nach jak gigan­tyczne cho­inki. Wyglą­dały wszyst­kie nie­mal iden­tycz­nie, stło­czone tak bli­sko sie­bie, że jazda przy­po­mi­nała prze­jazd tune­lem. Była to oczy­wi­ście plan­ta­cja, a nie natu­ralny las. Nieco dalej dotar­łem do cze­goś, co wyglą­dało jak skład drewna. Świerki po jed­nej stro­nie zastą­piło wyso­kie meta­lowe ogro­dze­nie, za któ­rym znaj­do­wały się zacie­nione kon­te­nery i pojazdy o wyglą­dzie maszyn budow­la­nych. Kiedy miną­łem ten zaką­tek, wszę­dzie znów wyrósł las.

Mimo to widok ten roz­bu­dził we mnie nadzieję. Była to pierw­sza sie­dziba ludzka, jaką ujrza­łem od wielu kilo­me­trów, a skoro tra­fił się skład drewna, to zaraz mogło być coś wię­cej. Jakby na potwier­dze­nie las nagle się skoń­czył i za przed­nią szybą dostrze­głem w mroku roz­gwież­dżone niebo pełne świa­te­łek.

Wieś, mia­steczko?

Dzięki Bogu... Świa­tła prze­obra­ziły się w latar­nie uliczne. Teraz uka­zały się rów­nież domy z kamie­nia i bun­ga­lowy, a blask docho­dzący z zasło­nię­tych okien był cie­pły i uspo­ka­ja­jący. Nieco dalej dotar­łem do nie­wiel­kiego placu. Na jed­nym końcu stał nie­oświe­tlony samotny sklep, a na dru­gim więk­szy budy­nek z szyl­dem koły­szą­cym się nad wej­ściem.

Pub.

Zatrzy­ma­łem się przed pubem, zga­si­łem sil­nik i prze­sie­dzia­łem chwilę w fotelu, żeby mię­śnie się roz­luź­niły, tym­cza­sem deszcz bęb­nił w samo­chód. Blask z góry oświe­tlał szyld, koły­szący się dziko na wie­trze pośród roz­tań­czo­nych cieni. Na wybla­kłym tle wid­niały skrzy­żo­wany mło­tek i dłuto oraz napis zło­żony ze sty­li­zo­wa­nych liter.

"Wytrwa­łość".

Drzwi były zatrza­śnięte, ale zza zasłon w oknach o mato­wych szy­bach, w któ­rych wyrżnięto nazwy dawno zapo­mnia­nych gatun­ków piwa, prze­dzie­rało się świa­tło. Wyda­wało się, że przy­by­tek jest otwarty, więc przy­naj­mniej mogłem się dowie­dzieć, gdzie się zgu­bi­łem. I nawet jeśli w pubie nie wynaj­mo­wano pokoi, to mia­steczko i tak było lep­szym miej­scem na spę­dze­nie nocy w samo­cho­dzie niż gór­ski szlak. Pomy­śla­łem, że wresz­cie uśmiech­nęło się do mnie szczę­ście. Się­gną­łem po kurtkę i lap­topa z tyl­nego sie­dze­nia i wysko­czy­łem z samo­chodu.

Rozdział 2

Szyld skrzy­piał nad głową, koły­sząc się na łań­cu­chach. W pierw­szej chwili cięż­kie drew­niane drzwi sta­wiły opór, ale pchną­łem moc­niej i w końcu ustą­piły. Wto­czy­łem się do środka, poty­ka­jąc się lekko, ści­gany przez podmuch lodo­wa­tego desz­czu. Po wie­lo­go­dzin­nej jeź­dzie w zimo­wych warun­kach odnio­słem wra­że­nie, że w pubie panuje duchota. Woń zwie­trza­łego piwa mie­szała się z dymem z otwar­tego kominka. Z tru­dem zamy­ka­jąc za sobą sma­gane wia­trem drzwi, zwró­ci­łem uwagę na coś jesz­cze.

Na ciszę.

Ocie­ka­jąc desz­czówką na kamienną pod­łogę, zsu­ną­łem kap­tur na kark i odwró­ci­łem się w niskiej sali. Patrzyły na mnie twa­rze znad kilku sto­li­ków. Przy jed­nym sie­działa nie­wielka grupa nasto­lat­ków, któ­rzy - sądząc po wyglą­dzie -?ledwo osią­gnęli wiek pozwa­la­jący im na prze­by­wa­nie w pubie, a przy innym dwóch gra­czy w domino, któ­rzy wła­śnie prze­rwali par­tię. Nieco dalej rosły, umię­śniony męż­czy­zna z wydat­nym brzu­chem pod fla­ne­lową koszulą rzu­cał samot­nie lotki do tar­czy, zasty­gły teraz ze wznie­sioną ręką. W kominku pło­nął ogień, trza­ska­jąc i roz­ta­cza­jąc woń żywicy. Na ścia­nie powy­żej wisiała para popę­ka­nych skó­rza­nych ręka­wic bok­ser­skich oraz opra­wione w ramki czarno-białe zdję­cia pię­ścia­rzy.

Przy kominku za dużym sto­łem sie­dział chudy sta­rzec w towa­rzy­stwie drob­nej kobiety o ostrych rysach twa­rzy oraz smęt­nego męż­czy­zny po czter­dzie­stce, któ­rzy spra­wiali wra­że­nie pary mał­żeń­skiej. Wbrew prze­pi­som anty­ni­ko­ty­no­wym sta­rzec trzy­mał w ustach fajkę z pro­stym cybu­chem, a na bla­cie stały rzę­dem kartki uro­dzi­nowe rado­śnie gło­szące: 90 lat! Wyglą­dał w sam raz na swój wiek -?zno­szona twe­edowa mary­narka wisiała luźno na ciele, które daw­niej zapewne impo­no­wało posturą, a wydatne kości policz­kowe ster­czały pod skórą przy­po­mi­na­jącą per­ga­min. Ogól­nemu wra­że­niu kru­cho­ści kłam zada­wały szczęki zaci­śnięte nie­ugię­cie na fajce, a oczy, które zwró­ciły się na mnie spod siwych szcze­ci­nia­stych brwi, patrzyły twardo i bez­li­to­śnie.

U stóp starca leżały dwa duże kudłate psy, które pod­nio­sły teraz łby, by wbić we mnie wzrok.

Za barem dyżu­ro­wała kobieta o buj­nym biu­ście. Uśmiech­nęła się do mnie przy­jaź­nie, choć w jej spoj­rze­niu wyczu­łem pewną ostroż­ność, bo dostrze­gła plamy błota na mojej kurtce świad­czące o spo­tka­niu z owcą.

-?Zdaje się, że prze­mo­kłeś, kocha­nieńki. Co podać?

Rosły męż­czy­zna rzu­ca­jący lot­kami do tar­czy uśmiech­nął się zło­śli­wie.

-?Na począ­tek czy­stą kur­tałkę -?zażar­to­wał.

Miał około pięć­dzie­się­ciu lat, był nie­chlujny i nie­ogo­lony, a jego potężna, masywna syl­wetka pra­wie zasłu­gi­wała na miano oty­łej.

-?Popro­szę kawę, jeśli można -?odpar­łem, świa­dom, że z mojej kurtki bije nie­przy­jemna woń.

-?Przy­kro mi, nie poda­jemy gorą­cych napo­jów.

-?W takim razie wezmę sok poma­rań­czowy. -?Wolał­bym łyk­nąć coś moc­niej­szego, ale nie wie­dzia­łem, czy nie będę zmu­szony ruszać dalej w trasę. -?Ser­wu­je­cie jedze­nie?

-?Tylko prze­ką­ski. Chipsy, orze­chy i skwarki. -?Kobieta wyjęła z lodówki kar­ton soku poma­rań­czo­wego i się­gnęła po szklankę. -?Nie mówi pan jak miej­scowy. Z daleka?

-?Z Lon­dynu. Jadę do Car­li­sle.

- Do Car­li­sle? -?Zasty­gła i spoj­rzała na mnie. -?Toś pan mocno zbo­czył z trasy. Zgu­bi­li­śmy się, co? Dotarł pan na koniec świata.

-?Nawi­ga­cja prze­stała dzia­łać -?wyja­śni­łem i doda­łem z waha­niem: - Ryzy­kuję, że wyjdę na idiotę, ale chciał­bym się dowie­dzieć, gdzie jestem.

Lotka tra­fiła w tar­czę i roz­legł się gromki śmiech rosłego gra­cza.

-?Kurwa mać. Gość chyba wyrwał się na prze­pustkę z wariat­kowa.

-?Jest pan w Eden­dale -?odpo­wie­działa kobieta za barem, jakby wcze­śniej­sze słowa w ogóle nie padły. -?Pół­nocny koniec Gór Kum­bryj­skich i od razu uprze­dzam, że nie ma nas w nawi­ga­cji. Głupi wyna­la­zek, jeśli ktoś chce znać moje zda­nie.

-?A jak daleko stąd do Car­li­sle?

-?Och, będzie z czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów, z powro­tem tą samą drogą. Ale w taką noc...

Urwała, bo świa­tła przy­ga­sły, a zaraz potem zga­sły cał­ko­wi­cie. Roz­le­gły się jęki, które zaraz prze­szły w stłu­mione, iro­niczne okrzyki rado­ści, ponie­waż lampy znów zami­go­tały.

-?Sakra­menc­kie burze -?mruk­nęła kobieta, po czym się uśmiech­nęła. -?Nie ma obawy, tutaj czło­wiek szybko się do tego przy­zwy­czaja. O czym to ja mówi­łam?

-?O tym, jak doje­chać do Car­li­sle.

-?A, racja. No więc nawet przy dobrej pogo­dzie to nie­ła­twa prze­prawa. Bo droga bie­gnie przez góry i są trudne odcinki, zwłasz­cza jak się nie zna trasy. A w taką pogodę to ja bym w ogóle nie wsia­dła do auta, chyba że naprawdę bym musiała.

Fan­ta­stycz­nie.

-?A dokąd ta droga pro­wa­dzi dalej?

-?Doni­kąd.

-?Słu­cham?

-?Ni­gdzie nie pro­wa­dzi. Bie­gnie tak jesz­cze przez kilka kilo­me­trów i nagle się koń­czy. -?Kobieta skrzy­żo­wała ramiona. -?Jest tylko jedna droga do Eden­dale i z Eden­dale. Ta, którą pan przy­je­chał.

Kiedy wresz­cie dotarł do mnie sens tych słów, do baru pod­szedł męż­czy­zna. Był to smu­tas, który dotąd sie­dział z kobietą i dzie­więć­dzie­się­cio­lat­kiem.

-?Jesz­cze jedna kolejka dla mnie, Stella. Oczy­wi­ście w wol­nej chwili - dodał z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem.

Z bli­ska wyglą­dał na star­szego niż wcze­śniej, praw­do­po­dob­nie miał raczej pięć­dzie­siąt, a nie czter­dzie­ści lat oraz okrą­głą, sym­pa­tyczną twarz, gładką i pozba­wioną zmarsz­czek -?z wyjąt­kiem głę­boko pobruż­dżo­nego czoła, które nada­wało jego obli­czu wyraz zmę­cze­nia i nie­po­koju nawet wtedy, gdy się uśmie­chał.

-?Nie ma sprawy, nie śpie­szy mi się -?powie­dzia­łem. Musia­łem pod­jąć decy­zję, co zro­bić w tych oko­licz­no­ściach.

-?Dzięki, to bar­dzo... -?Nawią­zał ze mną kon­takt wzro­kowy na sekundę lub dwie, po czym spu­ścił głowę i znów zwró­cił się do kobiety: -?Hm, no to kufel czar­nego dla Wynna, tonik dla Evie, a ja popro­szę... och, jedno małe. Dzięki, Stella.

Pusta szklanka ude­rzyła dnem o bar, bo w tej chwili dołą­czył do nas rosły gracz w rzutki. Spra­wiał wra­że­nie zuchwa­łego, bez­czel­nego typa -?z brzu­chem w kształ­cie beczki i sza­rym zaro­stem na policz­kach. Biła od niego ostra woń oleju i zaschłego potu.

-?Jesz­cze jedno, Stella.

-?Pocze­kaj na swoją kolej, prze­cież obsłu­guję.

Objął potęż­nym ramie­niem mniej­szego męż­czy­znę.

-?W porządku, Eddie sta­wia. Prawda, Eddie?

Smu­tas zmu­sił się do uśmie­chu, ale wyglą­dało to raczej na odruch obronny.

-?Och, tak, pew­nie. Pro­szę jedno piwo dla Vica.

-?Dobry chło­pak. -?Dry­blas zaci­snął ramię na szyi nie­szczę­śnika, nie­omal uno­sząc go z pod­łogi, po czym cof­nął rękę. -?Popro­szę też paczkę chip­sów o smaku serowo-cebu­lo­wym, Stell.

-?Dobra -?mruk­nęła bar­manka, odwra­ca­jąc się.

Po dru­giej stro­nie sali kobieta, którą uzna­łem za żonę smut­nego męż­czy­zny, wpa­try­wała się w dry­blasa, zaci­ska­jąc usta w twar­dym gry­ma­sie.

-?Czy w pobliżu jest jakiś hotel? Pen­sjo­nat, cokol­wiek? -?zapy­ta­łem, gdy bar­manka zaczęła nale­wać piwo do szklanki.

Pokrę­ciła głową.

-?W tej oko­licy nic nie ma. Kie­dyś coś było, ale teraz nie jeste­śmy nasta­wieni na tury­stów.

-?Stella nie ma męża. Zgo­dzi się cię prze­no­co­wać, jak grzecz­nie popro­sisz, prawda, Stell? -?spy­tał z lubież­nym uśmie­chem dry­blas. -?Ale ma tylko jedno łóżko, więc będzie­cie się musieli zmie­ścić.

Zare­cho­tał uba­wiony wła­snym żar­tem. Nikt inny się nie roze­śmiał z wyjąt­kiem jed­nego z nasto­lat­ków sie­dzą­cych w pobliżu.

-?Uwa­żaj, co mówisz, Vic, bo następne piwo wylą­duje na twoim łbie. - Bar­manka rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie, po czym zwró­ciła się do mnie: - W sumie to nie powin­nam, ale jak pan chce, to mogę podać kanapkę i nasta­wić czaj­nik. Dobrze coś prze­ką­sić.

-?Sam chęt­nie wtran­żolę kanapkę -?wtrą­cił dry­blas, głasz­cząc się dło­nią po wydat­nym brzu­chu.

-?To sobie zrób, bo ja ci nie zro­bię -?odparła kobieta. -?Poza tym powi­nie­neś tro­chę schud­nąć. -?Posta­wiła szklankę z piwem i spoj­rzała na mnie, uno­sząc brew. -?Ser pasuje? Oby, bo nic wię­cej nie mam.

-?Dzię­kuję, kanapka z serem byłaby świetna -?powie­dzia­łem. Wska­za­łem plamy na swo­jej kurtce. -?Ma pani coś, czym mógł­bym się wytrzeć? Musia­łem pomóc owcy, bo wpa­dła do kra­tow­nicy na dro­dze.

Dry­blas uśmiech­nął się zło­śli­wie.

-?Takie masz wytłu­ma­cze­nie, co?

Szturch­nął łok­ciem smut­nego męż­czy­znę, któ­rego uśmiech przy­po­mi­nał teraz gry­mas bólu. Bar­manka wes­tchnęła zmę­czona.

-?Jezu, dał­byś spo­kój, Vic. -?Podała mi roz­dartą ście­reczkę ze zlewu za barem. -?W męskiej toa­le­cie są papie­rowe ręcz­niki. Szmatkę może pan wyrzu­cić do kosza, jak pan skoń­czy.

Toa­leta była nie­ogrze­wana i skrom­nie urzą­dzona, za to nie­ska­zi­tel­nie czy­sta. Star­łem z kurtki tyle błota, ile się dało, potem osu­szy­łem się papie­ro­wymi ręcz­ni­kami i wró­ci­łem do sali. Znów roz­le­gły się stłu­mione roz­mowy, ale trzask ognia wciąż zagłu­szał wszyst­kie odgłosy w pomiesz­cze­niu. Dry­blas dalej rzu­cał lot­kami w tar­czę, wysta­wia­jąc stopę znacz­nie poza linię zazna­czoną na pod­ło­dze. Kobieta o ostrych rysach twa­rzy, która dotąd sie­działa ze sta­rym męż­czy­zną, pode­szła do sto­lika nasto­lat­ków. Wyda­wała się drobna i nie­wy­soka, gdy sta­nęła nad chło­pa­kiem, który zare­cho­tał z żartu dry­blasa. Teraz ode­chciało mu się śmiać. Sie­dział zgar­biony i nadęty, a jego kole­dzy mieli zakło­po­tane miny, bo kobieta besz­tała go cicho, ale nie­prze­jed­na­nie.

-?...z dziad­kiem, skoro są jego uro­dziny, a nie z kum­plami...

-?Ale cio­ciu...

-?Nie sprze­czaj się ze mną, bo...

Urwała, gdy prze­cho­dzi­łem obok. Nasto­la­tek spoj­rzał na mnie ponuro. Miał te same ostre rysy co ona, choć skut­kiem nie­zna­nego gene­tycz­nego kaprysu to, co u niej spra­wiało wra­że­nie elfiej ete­rycz­no­ści, u niego wyglą­dało na prze­bie­głość i skłon­ność do buntu. Kobieta zacze­kała, aż ich wymi­ną­łem, po czym cią­gnęła ści­szo­nym gło­sem, żebym nie mógł usły­szeć słów. Jej repry­menda naj­wy­raź­niej poskut­ko­wała -?krze­sło zgrzyt­nęło o pod­łogę, a wście­kły nasto­la­tek wstał, pod­szedł do dru­giego sto­lika i zajął miej­sce tuż obok starca.

Ruszy­łem w głąb sali. Wybra­łem wolny sto­lik, powie­si­łem mokrą kurtkę na opar­ciu krze­sła, żeby wyschła, następ­nie wyją­łem lap­topa z torby i go otwo­rzy­łem. Zamie­rza­łem jesz­cze raz przej­rzeć przy­słany mi plik zawie­ra­jący infor­ma­cje o poli­cyj­nej akcji poszu­ki­waw­czej w Car­li­sle, ale nie zdą­ży­łem. Lap­top led­wie odpa­lił, gdy dry­blas przy­ma­sze­ro­wał do mojego sto­lika i pod­su­nął sobie krze­sło naprze­ciwko.

Jęk­ną­łem w duchu, bo usiadł z hukiem, roz­kra­cza­jąc umię­śnione nogi i wysta­wia­jąc przed sie­bie piwny brzuch. Szklanka wyglą­dała jak kie­li­szek w jego pokry­tym odci­skami łap­sku.

-?A to po co to? -?spy­tał z wil­czym uśmie­chem, ruchem głowy wska­zu­jąc mojego lap­topa. -?Kle­pa­nie na kom­pu­terku? Nie zła­piesz tu wi-fi, kolego. Nie ma też zasięgu w tele­fo­nach.

-?Nie szko­dzi.

Nie zamie­rza­łem łączyć się z inter­ne­tem. Praca, którą wyko­ny­wa­łem, była zbyt poufna, aby doty­czące jej infor­ma­cje powie­rzać nie­za­bez­pie­czo­nej sieci. Cze­ka­łem z otwar­tym lap­to­pem, mając nadzieję, że dry­blas wykaże się tak­tem. Nie­stety roz­parł się wygod­niej na krze­śle.

-?Żar­to­wa­łem sobie wcze­śniej. Trzeba się cza­sem roz­we­se­lić, co nie? - Jego uśmiech nie dotarł do małych oczu. -?Sły­sza­łem, że jesteś z Lon­dynu. Spo­tka­łeś kie­dyś króla?

-?Raz czy dwa. -?Poczu­łem małą satys­fak­cję, kiedy uśmiech spły­nął z jego ust. -?Żar­tuję.

-?Dobre. -?Weso­łość powró­ciła na twarz, ale oczy patrzyły zło­śli­wie i zaraz poża­ło­wa­łem swo­jej drwiny. Przy­su­nął się bli­żej na krze­śle, aż nasze nogi pra­wie się sty­kały. -?Więc po co jedziesz do Car­li­sle?

Zamkną­łem lap­topa, z tru­dem powstrzy­mu­jąc się od wes­tchnie­nia.

-?Jadę do pracy.

-?A czym się zaj­mu­jesz? Cze­kaj, zgadnę. Jesteś poeta. Nie, wete­ry­narz. Dla­tego lubisz owce.

-?Jestem leka­rzem.

To była prawda, przy­naj­mniej w pew­nym sen­sie. Ukoń­czy­łem bowiem stu­dia medyczne, a w trud­nym okre­sie życia pra­co­wa­łem nawet jako lekarz rodzinny. Nie odry­wa­jąc ode mnie wzroku, mój nowy zna­jo­mek łyk­nął piwa, prze­płu­kał nim usta i połknął je gło­śno.

-?Leka­rzem. -?Wyda­wał się roz­cza­ro­wany, jakby liczył na coś lep­szego. - Założę się, że trzeba mieć nie­złe kwa­li­fi­ka­cje, żeby być leka­rzem.

-?Niby tak.

-?Kwa­li­fi­ka­cje kwa­li­fi­ka­cjami, a i tak się zgu­bi­łeś, co nie? -?Jego uśmiech koja­rzył mi się z psem, który merda ogo­nem i jed­no­cze­śnie szcze­rzy kły. -?Moje jedyne kwa­li­fi­ka­cje to prawo jazdy. Widzia­łeś tę plan­ta­cję świer­ków po dro­dze? Te wszyst­kie kurew­skie wiel­kie, spi­cza­ste drzewa? Tam pra­cuję. Kie­dyś ści­na­łem te dra­nie, a teraz je wożę. Wożę pie­przone drzewa jak tak­sów­karz ludzi.

Odchy­lił głowę do tyłu i roze­śmiał się, opry­sku­jąc mnie śliną i owie­wa­jąc piw­nym odde­chem. W pubie znów zapa­dła cisza. Zza sto­lika obok kominka patrzył na nas sta­rzec -?miał kamienny wyraz twa­rzy, a jego surowe rysy były zasty­głe jak obli­cze posągu z Wyspy Wiel­ka­noc­nej. Pozo­stali rzu­cali mu ner­wowe spoj­rze­nia, ale dry­blas był zbyt zajęty sobą, by to zauwa­żyć.

-?Lubisz drzewa? -?spy­tał, pochy­la­jąc się do przodu. Poliki miał zaru­mie­nione od alko­holu, a w jego spoj­rze­niu było coś, co kazało sądzić, że moja odpo­wiedź nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia.

-?Chyba tak.

-?W takim razie spodoba ci się tutaj. Może to kom­pletne zadu­pie, ale pie­przo­nych drzew mamy pod dostat­kiem. Chcesz usły­szeć dow­cip? Wiesz, dla­czego droga się tu koń­czy? Bo kiedy Bóg stwo­rzył Eden...

-?Tylko bez bluź­nierstw!

Głos starca zagrzmiał bar­dzo dono­śnie -?chra­pliwy wrzask nie paso­wał do kru­chej postaci. Poczu­łem, jakby prze­strzeń w pubie prze­szył nagle prąd. Dry­blas wyba­łu­szył oczy, poru­sza­jąc bez­rad­nie ustami. Spra­wiał wra­że­nie czło­wieka, który został siar­czy­ście spo­licz­ko­wany.

-?Prze­pra­szam, Wynn, nie chcia­łem...

-?Nie pozwolę, żeby imię Boże przy­wo­ły­wać na próżno! Nie w moim pubie!

Drobna kobieta poło­żyła mu dłoń na ramie­niu.

-?Już dobrze, tato, nie dener­wuj się...

-?A ty mi nie mów, co mam robić! -?wark­nął, strzą­sa­jąc jej rękę.

Córka zaci­snęła usta i posłusz­nie cof­nęła dłoń. Obok niej stał niski, smutny męż­czy­zna o imie­niu Eddie, który, jak sądzi­łem, był jej mężem. Wyglą­dał, jakby pra­gnął stać się jesz­cze mniej­szy. Nikt nie powie­dział ani słowa, gdy sta­rzec spoj­rzał gniew­nie w stronę dry­blasa.

-?To jest kra­ina Pana Boga! -?Wyjął fajkę z ust i dla emfazy zaczął nią dźgać powie­trze. -?Sły­szysz mnie? Kra­ina samego Boga!

-?Wiem, nie chcia­łem... -?Dry­blas poki­wał głową, a pod­bró­dek drżał mu jak dziecku powstrzy­mu­ją­cemu łzy. -?Masz rację, Wynn. Kra­ina Boga.

Kiedy się zja­wi­łem, w pubie zapa­no­wała głę­boka cisza. Teraz jed­nak ogólne mil­cze­nie pod­szyte było napię­ciem. Wyda­wało się, że tylko zru­gany wcze­śniej nasto­la­tek nic sobie z tego nie robi. Sie­dział spo­koj­nie, pró­bu­jąc ukryć uśmie­szek za szklanką, a w jego oczach pobły­ski­wała mania­kalna radość.

Nagle otwo­rzyły się drzwi za barem i uka­zał się wysoki męż­czy­zna z ogo­loną głową, wycie­ra­jący ręce brud­nym ręcz­ni­kiem. Był z pew­no­ścią po pięć­dzie­siątce i miał w sobie coś z bok­sera -?surową, masywną posturę i nos, który nie­gdyś został zła­many i źle nasta­wiony, co nada­wało jego twa­rzy asy­me­tryczny wygląd. Podo­bień­stwo do starca nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści -?ci dwaj jakby byli odlani z tej samej formy: sze­ro­kie ramiona, mocna budowa ciała i rysy twa­rzy, które natu­ral­nie ukła­dały się w ponury gry­mas. Z pew­no­ścią ojciec i syn, jed­nak nowo przy­były, choć postawny, w odróż­nie­niu od starca nie roz­ta­czał aury nie­kwe­stio­no­wa­nego auto­ry­tetu. Przy­po­mi­nało to patrze­nie na dwie wer­sje tej samej osoby -?na ory­gi­nał i nie­do­sko­nałą kopię.

-?Zatka­łem naj­gor­szy wyciek w życiu, ale woda cią­gle wybija przez kratkę -?oznaj­mił, rzu­ca­jąc ręcz­nik za bar. Nawet jego głos był łagod­niej­szą wer­sją powar­ki­wań star­szego męż­czy­zny. -?Jutro jesz­cze raz się temu przyj­rzę, ale...

Urwał, bo nagle wyczuł napiętą atmos­ferę. Rozej­rzał się, na chwilę zatrzy­mu­jąc wzrok na mnie, po czym pobiegł spoj­rze­niem dalej, omi­ja­jąc Eddiego, jakby go w ogóle nie było.

-?Co się dzieje?

-?Vic wła­śnie opo­wia­dał nam dow­cip -?odparła córka starca. -?Prawda, Vic?

Dry­blas był czer­wony jak burak, lecz nie nale­żało skła­dać tego wyłącz­nie na karb alko­holu.

-?Po pro­stu się zgry­wa­łem. Znasz mnie, Alun.

"Znam" -?suge­ro­wało spoj­rze­nie, które rzu­cił mu męż­czy­zna z ogo­loną głową.

-?Zastą­pić cię? -?zwró­cił się do bar­manki, która z nie­po­ko­jem obser­wo­wała sytu­ację zza kon­tu­aru.

Uśmiech­nęła się do niego.

-?Nie, nie ma potrzeby. Idź, usiądź z rodziną.

-?Na pewno? -?Naj­wy­raź­niej nie spodo­bał mu się ten pomysł.

-?Na pewno. Wła­śnie mia­łam zro­bić kanapkę temu panu. -?Wska­zała mnie ski­nie­niem głowy. -?Mogę zro­bić wię­cej, jak twój tata ma ochotę coś prze­gryźć.

-?Nie zawra­caj sobie głowy -?wychry­piał sta­rzec, ponow­nie wkła­da­jąc fajkę do ust. -?Idę na górę.

Się­gnął po dwie laski oparte o stół i z tru­dem dźwi­gnął się z krze­sła. Jego córka zro­biła ruch, jakby chciała mu pomóc.

-?Cze­kaj, pozwól mi...

-?Pora­dzę sobie. Nie jestem kaleka.

-?Chcia­łam tylko...

-?Mówię, że dam sobie radę!

Zaci­ska­jąc usta, kobieta usia­dła zre­zy­gno­wana, a sta­rzec z tru­dem pod­niósł się na nogi. Psy rów­nież wstały, zie­wa­jąc i prze­cią­ga­jąc się leni­wie. Były to lur­chery przy­po­mi­na­jące szorst­ko­włose charty. Podą­żyły za star­cem, stu­ka­jąc pazu­rami o kamienne płyty. Męż­czy­zna wyszedł, żegnany chó­rem wyszep­ta­nych "dobra­noc".

Gdy drzwi się za nim zamknęły, jego nasto­letni wnuk zaczął śpie­wać pod nosem:

-?Sto lat, sto lat...

-?Prze­stań -?wark­nął męż­czy­zna ogo­lony na łyso.

-?Rany, tato, ja tylko...

-?Nie będę się powta­rzał.

Chło­pak ucichł, ale na twa­rzy wciąż miał prze­bie­gły uśmiech. Kiedy roz­mowy roz­brzmiały na nowo, dry­blas odsu­nął się na krze­śle i wstał. Rzu­ca­jąc mi na odchod­nym pogar­dliwe spoj­rze­nie, pod­szedł do sto­lika, przy któ­rym grupka męż­czyzn grała w domino. Chcia­łem popra­co­wać na lap­to­pie, ale teraz zre­zy­gno­wa­łem. Scho­wa­łem kom­pu­ter do torby, gotowy szybko się ulot­nić, gdyby zaszła potrzeba. Odtąd nikt już mi się nie naprzy­krzał, nie­mniej poczu­łem ulgę, gdy bar­manka poja­wiła się ponow­nie, nio­sąc kubek paru­ją­cej kawy i talerz sta­ran­nie przy­rzą­dzo­nych kana­pek.

-?Mam nadzieję, że polubi pan nasze mary­naty -?powie­działa, sta­wia­jąc poczę­stu­nek na stole.

Kiedy wysze­dłem na zewnątrz, zoba­czy­łem, że burza się wzmo­gła. Padał teraz deszcz ze śnie­giem, a nad głową szyld pubu koły­sał się tak gwał­tow­nie, że gro­ził zerwa­niem się z łań­cu­chów. Gdy ruszy­łem bie­giem do auta, bły­ska­wica roz­ja­śniła niebo nad latar­niami. Kanapka i gorąca kawa popra­wiły mi nastrój, ale zapra­gną­łem wyjść z pubu i poszu­kać miej­sca na noc. Dry­blas miał w sobie coś zło­wro­giego, a kolejne piwo na pewno by go dodat­kowo roz­zu­chwa­liło. Uzna­łem, że lepiej spać w bar­dziej zacisz­nym miej­scu.

Naci­sną­łem przy­cisk na pilo­cie, żeby otwo­rzyć samo­chód, lecz nagle z tyłu dobiegł mnie krzyk:

-?Zacze­kaj no!

Stęk­ną­łem w duchu, bo roz­po­zna­łem potężną postać pędzącą w moim kie­runku z pubu. Dry­blas wło­żył żółtą kami­zelkę odbla­skową, a pod kap­tu­rem wid­niała zaczer­wie­niona twarz pokryta kro­plami desz­czu.

-?Okropna noc, co? -?Uśmiech­nął się do mnie przy­po­chleb­nie, ocie­ra­jąc desz­czówkę z policz­ków. -?Sły­sza­łem, że potrze­bu­jesz noc­legu. Nie­da­leko stąd jest jedno miej­sce.

Jego nagła tro­ska wydała mi się podej­rzana.

-?Podobno tu nic nie ma -?odpar­łem.

-?Tak mię­dzy nami mówiąc, to Stella nie prze­pada za wła­ści­cie­lami pen­sjo­na­tów. Pew­ni­kiem dla­tego nic nie powie­działa. Cza­sami tro­chę dziw­nie się zacho­wuje, wiesz, jak to jest z babecz­kami w tym wieku. Pew­ni­kiem prze­cho­dzi meno­pauzę. -?Odwró­cił się, jakby jego słowa wyja­śniały wszystko, i wska­zał drogę. -?Wyje­dziesz z mia­steczka, na skrzy­żo­wa­niu dalej pro­sto, potem drogą pod górę. Robi się tam tro­chę wąsko, ale jakiś kilo­metr póź­niej doje­dziesz do zawrotki i hotelu. Na pewno tra­fisz.

Spoj­rza­łem we wska­za­nym kie­runku. Za ostat­nimi świa­tłami mia­steczka pano­wały egip­skie ciem­no­ści.

-?Podobno ta droga doni­kąd nie pro­wa­dzi.

-?Nie pro­wa­dzi doni­kąd z wyjąt­kiem hotelu. Tam jest koniec drogi. Koniec trasy. -?Woda kapała mu z zaro­stu, gdy uśmiech­nął się znowu jak wilk. - Pamię­taj, coby im powie­dzieć, że Vic cię przy­słał.

Z tru­dem zacho­wu­jąc powagę, pognał z powro­tem do pubu. Odpro­wa­dzi­łem go spoj­rze­niem, zasta­na­wia­jąc się, czy naprawdę jest tak kiep­skim kłamcą, jak spra­wiał wra­że­nie. Facet naj­wy­raź­niej chciał mi zro­bić kawał. Ani na moment nie uwie­rzy­łem, że we wska­za­nej oko­licy stoi hotel, ale prze­cież i tak musia­łem zna­leźć dogodne ustro­nie na postój. Jeśli nawet dry­blas wysłał mnie na pust­ko­wie, to zaciszna, ślepa droga byłaby rów­nie dobrym miej­scem na noc­leg w aucie jak każde inne.

Ruszy­łem przez mia­steczko, a wycie­raczki dziel­nie zgar­niały deszcz i śnieg z przed­niej szyby. Zabu­do­wa­nia można było poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Nieco dalej skoń­czyły się latar­nie i znów jecha­łem w ciem­no­ści. Miną­łem kilka ostat­nich domów z oknami roz­ja­śnio­nymi cie­płym świa­tłem, po czym zosta­wi­łem Eden­dale w tyle. Dotar­łem do małego skrzy­żo­wa­nia i ruszy­łem pro­sto drogą pnącą się pod górę. Wkrótce zwę­ziła się do obro­śnię­tej po obu stro­nach jed­no­pa­smówki, a gałę­zie i mar­twe łodygi zaro­śli sze­le­ściły po bokach auta. Skrzy­wi­łem się, bo coś poskro­bało karo­se­rię; przy­po­mi­nało to dra­pa­nie paznok­ciami po szkol­nej tablicy. Teraz zro­zu­mia­łem, na czym pole­gał żart dry­blasa. Nie ocze­ki­wa­łem, że znajdę jaki­kol­wiek hotel, ale cho­dziło o to, że było za wąsko, bym mógł zawró­cić. Z pew­no­ścią utknął­bym na dobre, wyko­nu­jąc taki manewr w ciem­no­ści.

Musia­łem brnąć dalej.

Byłem wście­kły na sie­bie za to, że dałem się nabrać na dzie­cinny żart. Nachy­li­łem się, by prze­bić wzro­kiem zasłonę w postaci pada­ją­cego desz­czu i śniegu, ocze­ku­jąc, że wiej­ska droga zaraz się skoń­czy lub będzie zata­ra­so­wana, co unie­moż­liwi mi dal­szą jazdę. Zasta­na­wia­łem się, czy nie powi­nie­nem się po pro­stu zatrzy­mać i pocze­kać na świt, lecz nagle coś się uka­zało w bla­sku reflek­to­rów.

W poło­wie prze­sło­nięte drze­wami stały dwa pochyłe kamienne słupki bramne. Wzno­siły się po obu stro­nach nie­oświe­tlo­nego pod­jazdu, który roz­wie­rał się mię­dzy nimi jak mroczna pasz­cza. Do jed­nego z nich przy­twier­dzono stary szyld.

"Hil­l­side House Hotel & Spa".

Zwol­ni­łem i zatrzy­ma­łem samo­chód. No pro­szę, a więc dry­blas nie kła­mał, a przy­naj­mniej nie w stu pro­cen­tach. Tutaj naprawdę stał hotel!

Pro­blem w tym, że był zamknięty.

Bar­dzo zabawne. Prze­ko­miczne. Zaklą­łem cicho, do dłu­giej listy złych decy­zji pod­ję­tych tego dnia doda­jąc kolejną. Mimo wszystko miej­sce to mogło oka­zać się lep­sze na nocny postój niż jakie­kol­wiek inne. Uzna­łem, że w naj­gor­szym razie zawrócę na pod­jeź­dzie i odjadę.

Sunąc ostroż­nie do przodu, miną­łem bramę i wje­cha­łem na teren hotelu. W świe­tle reflek­to­rów dostrze­głem ocie­ka­jące wodą wyso­kie krzewy o gru­bych, zamszo­wych liściach -?waw­rzyny albo rodo­den­drony. Pora­stały gęsto teren po obu stro­nach, ogra­ni­cza­jąc widok, gdy ruszy­łem stro­mym pod­jaz­dem. Wyda­wało się, że pod­jazd cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność, wijąc się wśród krza­ków, aż nagle reflek­tory oświe­tliły duży budy­nek. W oknach było ciemno, a ogromne drew­niane drzwi, osa­dzone w ozdob­nym rzeź­bio­nym por­tyku, wyglą­dały, jakby nie otwie­rano ich od dawna. Wyso­kie kamienne mury, poczer­niałe od desz­czu, zwień­czone były wie­życz­kami i igli­cami, co nada­wało cało­ści wygląd pod­ra­bia­nego szkoc­kiego zamku.

Opusz­czo­nego pod­ra­bia­nego szkoc­kiego zamku.

Opony zachrzę­ściły na spę­ka­nym asfal­cie, gdy wci­sną­łem hamu­lec, żeby zatrzy­mać się przed budyn­kiem. Liczy­łem na cie­pły posi­łek i wygodne łóżko. Cze­kała mnie nato­miast zimna noc przed opusz­czo­nym hote­lem pośrodku pust­ko­wia. Bosko, w tych warun­kach na pewno zna­ko­mi­cie wypo­czął­bym przed jutrem, które zapo­wia­dało się jako bar­dzo wyma­ga­jący dzień. Zga­si­łem sil­nik i reflek­tory i sie­dzia­łem w ciem­no­ściach, pró­bu­jąc zebrać siły, by się­gnąć po lap­topa leżą­cego na tyl­nym sie­dze­niu.

Ośle­pia­jące świa­tło roz­ja­śniło ciem­ność.

W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że ude­rzył pio­run, ale roz­błysk trwał. Coś świe­ciło rów­no­mier­nie, roz­pra­sza­jąc cie­nie przed hote­lem. Zda­łem sobie sprawę, że to nie było wyła­do­wa­nie atmos­fe­ryczne.

Reflek­tory dachowe.

Coś ude­rzyło w szybę auta i aż pod­sko­czy­łem, bo ujrza­łem syl­wetkę sto­jącą na zewnątrz. Był to męż­czy­zna, któ­rego nadej­ścia nie zauwa­ży­łem z powodu burzy. Twarz zasła­niał kap­tur kurtki, ale nie dla­tego zamar­łem ze stra­chu.

Za szybą zoba­czy­łem wymie­rzoną we mnie dubel­tówkę.

Rozdział 3

Woda spły­wała po lufach, kapała z dwóch czar­nych otwo­rów. Strzelba była wyce­lo­wana lekko w bok, nie wprost we mnie, ale trzy­mana w spo­sób jed­no­znaczny. Spoj­rza­łem na męż­czy­znę, który ści­skał ją w dło­niach. Pod kap­tu­rem czar­nej kurtki widzia­łem tylko zaci­śnięte usta oto­czone gęstą brodą. Wymow­nym ruchem dubel­tówki nie­zna­jomy naka­zał mi otwo­rzyć okno w aucie. Nie mia­łem na to naj­mniej­szej ochoty, choć zro­szona desz­czem szyba sta­no­wiła marne zabez­pie­cze­nie przed ewen­tu­al­nym strza­łem.

Nie pozo­sta­wiono mi jed­nak wyboru. Szyba osu­nęła się z piskiem, wpusz­cza­jąc do cie­płego wnę­trza podmuch lodo­wa­tego wia­tru i desz­czu. Zatrzy­ma­łem ją w poło­wie, wciąż patrząc na męż­czy­znę sto­ją­cego tuż obok. Spod kap­tura spo­glą­dała na mnie para wro­gich oczu. Były ude­rza­jąco jasne na tle ciem­nej brody, jak śle­pia husky.

-?Co tu robisz?

Sta­ra­łem się zacho­wy­wać, jakby to była zwy­kła roz­mowa.

-?Szu­kam miej­sca na noc­leg -?odpar­łem. -?Powie­dziano mi, że tu jest hotel.

-?Bzdura. Kto ci powie­dział?

-?Jeden facet w pubie. Pew­nie uznał to za świetny żart. Prze­pra­szam za naj­ście w takim razie.

Chcia­łem zamknąć okno, ale męż­czy­zna zro­bił krok do przodu.

-?Chwi­leczkę, jesz­cze nie skoń­czy­łem.

Przy­su­nął bli­żej strzelbę w reak­cji na moje zacho­wa­nie. Natych­miast zre­zy­gno­wa­łem z zamknię­cia okna. Po krót­kim waha­niu prze­nio­słem wzrok z broni na jej wła­ści­ciela.

-?Mógłby pan celo­wać gdzieś indziej? -?spy­ta­łem.

Byłem zasko­czony wła­snym opa­no­wa­niem. Męż­czy­zna spoj­rzał na dubel­tówkę, jakby nie zda­wał sobie sprawy z tego, że trzyma ją w dło­niach. Po chwili opu­ścił broń.

-?Cią­gle mi nie powie­dzia­łeś...

-?Jon!

Po spę­ka­nym asfal­cie bie­gła w naszym kie­runku nie­zna­joma kobieta. Też miała na sobie kurtkę, którą przy­ci­skała do piersi w obro­nie przed zaci­na­ją­cym desz­czem i śnie­giem.

-?Co się dzieje? -?spy­tała.

W jej gło­sie zło­wi­łem cha­rak­te­ry­styczne dla Lan­ca­shire spłasz­czone samo­gło­ski. Była wysoka i miała ciemną kar­na­cję. Z groźną miną sta­nęła wprost przed męż­czy­zną.

-?Pró­buję się dowie­dzieć, co on tu robi -?odparł męż­czy­zna. Sta­rał się oka­zać sta­now­czość, ale w jego gło­sie zabrzmiała ase­ku­rancka nuta.

-?Och, na litość boską! -?Roz­gnie­wana kobieta wska­zała strzelbę. -?A co robisz z tą cho­lerną flintą?

-?Prze­cież nie jest nała­do­wana -?mruk­nął, kie­ru­jąc lufę do ziemi.

-?A on oczy­wi­ście o tym wie, prawda? -?Odwró­ciła się do mnie. -?Bar­dzo pana prze­pra­szam. Pro­szę wyba­czyć mężowi. Mie­li­śmy kło­poty z kłu­sow­ni­kami, więc jeste­śmy tro­chę... prze­wraż­li­wieni na punk­cie bez­pie­czeń­stwa.

Tro­chę? Nie­za­leż­nie od ich pro­ble­mów chcia­łem po pro­stu jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć tę roz­mowę i odje­chać.

-?Prze­pra­szam za naj­ście -?powie­dzia­łem. -?Nie mia­łem poję­cia, że hotel jest zamknięty. Ktoś w pubie wmó­wił mi, że znajdę tu pokój na noc.

-?Bzdura -?powtó­rzył męż­czy­zna.

-?Na imię ma Vic -?cią­gną­łem, zwra­ca­jąc się wciąż do jego żony. -?Duży facet po pięć­dzie­siątce. Chciał, bym prze­ka­zał, że to on mnie przy­syła.

Oboje wymie­nili spoj­rze­nia.

-?Pie­przony Hooley -?wark­nął męż­czy­zna. -?Jezu, któ­re­goś dnia...

-?Jon!

Żona uci­szyła go sku­tecz­nie, choć na­dal miał mord w oczach. Wzią­łem głę­boki oddech. Przez otwarte okno wciąż bęb­nił we mnie deszcz.

-?Hm, ja już lepiej sobie pojadę. Jesz­cze raz prze­pra­szam za zamie­sza­nie.

-?Zaraz, chwi­leczkę -?powie­działa szybko kobieta, bo chcia­łem zasu­nąć szybę. Woda kapiąca z jej kap­tura przy­po­mi­nała zasłonę z kora­li­ków. - Dokąd pan jedzie?

-?Do Car­li­sle.

-?To za daleko, żeby jechać w nocy w takich warun­kach. -?Urwała i odgar­nęła kosmyk czar­nych wło­sów, który deszcz przy­kleił jej do policzka. -?Pro­szę posłu­chać, to już nie jest hotel, ale mamy mnó­stwo wol­nych pokoi...

-?Zaraz, moment! -?wtrą­cił się jej mąż.

-?Możemy pana przy­jąć na noc -?cią­gnęła, jakby go nie usły­szała. -?To dla nas żaden kło­pot.

-?Dzię­kuję, dam sobie radę.

Zmru­żyła oczy pod napo­rem desz­czu.

-?Źle bym się czuła, gdy­bym puściła pana w taką pogodę. Jazda w takich warun­kach jest naprawdę nie­bez­pieczna.

-?Prze­cież sły­sza­łaś, co powie­dział -?nie dawał za wygraną mąż. -?Nie chce zostać.

-?Dzi­wisz mu się? -?odwark­nęła kobieta, po czym znów zwró­ciła się do mnie: -?Pro­szę zostać. Przy­naj­mniej tyle możemy dla pana zro­bić.

Nie mia­łem na to naj­mniej­szej ochoty. Jej mąż... Burza, nie burza, wola­łem zary­zy­ko­wać dal­szą jazdę. Zanim jed­nak zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć, na nie­bie trza­snęła bły­ska­wica. Nie była to poje­dyn­cza smuga, lecz roz­ga­łę­zione wyła­do­wa­nie, na tyle jasne, że prze­biło się przez świa­tło reflek­to­rów na dachu budynku. Reflek­tory zami­go­tały i zga­sły, a noc roz­darł potężny prze­ni­kliwy trzask, który poczu­łem w samo­cho­dzie.

-?Kiran na pewno się obu­dził -?powie­działa zanie­po­ko­jona kobieta, spo­glą­da­jąc w stronę zaciem­nio­nego hotelu. Ponow­nie zwró­ciła się do mnie: -?Prze­pra­szam, ale w domu śpi dziecko. Jeśli się obu­dzi, a nas nie będzie, to się prze­stra­szy. Wytłu­macz panu, że musi zostać, Jon.

-?Co? Nisha, cze­kaj...

Lecz ona już bie­gła z powro­tem do hotelu, zni­ka­jąc w ciem­no­ści.

Mąż wpa­try­wał się w jej plecy, a strzelba zwi­sała przy jego boku niczym zapo­mniany rekwi­zyt. Wes­tchnął.

-?Słu­chaj pan... -?Wyglą­dało, jakby szu­kał wła­ści­wych słów, po czym dał za wygraną. -?Ona ma rację, powi­nien pan zostać. To zła noc na jazdę samo­cho­dem.

-?Dzięki, ale dam sobie radę.

-?Jak pan chce. -?Ruszył śla­dem żony. Sku­lony pod napo­rem desz­czu krzyk­nął do mnie przez ramię: -?Jak zmieni pan zda­nie, to trzeba iść dróżką na tył!

Zamkną­łem okno, kiedy znik­nął w mroku przed domem. Hm, zmie­nił śpiewkę. Odczu­łem wyraźną ulgę, lecz po chwili wyparła ją nie­pew­ność. I pewna doza nie­do­wie­rza­nia. Gdy­bym usły­szał o kimś, kto choć przez uła­mek sekundy zasta­na­wiał się nad przy­ję­ciem gościny u nie­zna­jo­mego, który przed chwilą gro­ził mu strzelbą, uznał­bym tego czło­wieka za nie­spełna rozumu. Na wła­snej skó­rze prze­ko­na­łem się, co może się stać, gdy ludzie uwa­żają, że śmierć i prze­moc doty­kają wyłącz­nie kogoś innego.

A jed­nak, co oso­bliwe, nie czu­łem żad­nego zagro­że­nia. Szok wywo­łany patrze­niem pro­sto w lufy dubel­tówki wyda­wał się teraz odle­gły, roz­pro­szony przez jedno zda­nie.

"W domu śpi dziecko".

Znów poczu­łem ulgę, choć być może było to nie­ra­cjo­nalne. Gdyby ci ludzie naprawdę chcieli wyrzą­dzić mi krzywdę, to przed chwilą mieli wyma­rzoną oka­zję. Ponadto co było bar­dziej lek­ko­myślne? Sko­rzy­sta­nie z gościn­no­ści u nie­zna­jo­mych czy dal­sza jazda -?w tych warun­kach i pomimo zmę­cze­nia?

Reflek­tory dachowe poga­sły nagle, pogrą­ża­jąc wszystko w ciem­no­ści. Albo gospo­da­rze uznali nasze spo­tka­nie za zakoń­czone, albo świa­tłami ste­ro­wał zegar. Tak czy owak, nie mogłem tam sie­dzieć całą noc. Ponow­nie roz­kwi­tła bły­ska­wica, jakby niebo zapra­gnęło pomóc mi w pod­ję­ciu decy­zji, a sekundę póź­niej trza­snął pio­run. Tkwiąc w aucie, pomy­śla­łem o pognie­cio­nym liście, który wypadł z kie­szeni. I nagle się prze­ła­ma­łem.

Chwy­ci­łem torbę z lap­to­pem i kurtkę i pośpiesz­nie wysia­dłem wprost w obję­cia burzy.

Fotel zaskrzy­piał, bo odchy­li­łem się do tyłu wpa­trzony w zdję­cia na ekra­nie lap­topa. Na biurku stał kubek z wysty­głą kawą -?nie tyle zapo­mniany, ile raczej nie­chciany. Ekran uka­zy­wał maka­bryczne sceny: zwłoki ludz­kie w rowie, sfo­to­gra­fo­wane z kilku per­spek­tyw. Toż­sa­mość ofiary pozo­sta­wała zagadką, podob­nie jak jej wiek, płeć i pocho­dze­nie. Zwłoki znaj­do­wały się w sta­nie roz­kładu, spuch­nięte wsku­tek gazów wytwa­rza­nych przez bak­te­rie, a płyny tra­wienne roz­pu­ściły komórki i tkankę. Skóra pociem­niała do barwy kar­melu. Zaczęła się złusz­czać jak zużyty per­ga­min, zaś w otwo­rach natu­ral­nych i nienatu­ral­nych roiły się larwy muchówki, przy­po­mi­na­jące gar­ście ryżu.

Na miej­sce zda­rze­nia wezwał mnie wraz z poli­cją i innymi służ­bami mój dawny kolega. Stan fizyczny zwłok zda­wał się zaprze­czać wyni­kom labo­ra­to­ryj­nym, co dopro­wa­dziło do sporu na temat tego, kiedy nastą­pił zgon. Wie­dziano, że zaj­muję się podob­nymi przy­pad­kami, popro­szono mnie więc o dodat­kową opi­nię.

Był to pro­blem z rodzaju tych, któ­rymi zazwy­czaj się zaj­mo­wa­łem. Jako antro­po­log sądowy spe­cja­li­zo­wa­łem się w szcząt­kach ludz­kich, kon­kret­nie w kościach. Jed­nak już na początku kariery zapra­gną­łem zro­zu­mieć szer­sze prze­miany zacho­dzące w chwili zakoń­cze­nia życia, pro­cesy fizyczne, w wyniku któ­rych nie­gdyś żywa osoba, zdolna do miło­ści i snu­cia pla­nów, staje się zwap­nia­łym relik­tem. Zwy­kle z rado­ścią wita­łem oka­zję do roz­wi­kła­nia skom­pli­ko­wa­nej sprawy.

Ale nie tym razem.

Nie mogłem zapo­mnieć ani na chwilę o wia­do­mo­ści otrzy­ma­nej dzień wcze­śniej. Cze­kała na mnie, gdy wró­ci­łem z uni­wer­sy­tetu -?leżała wśród innych listów i ulo­tek na wyło­żo­nej kafel­kami pod­ło­dze za drzwiami mojego miesz­ka­nia w Cam­den. Uśmiech­ną­łem się, bo roz­po­zna­łem pismo, choć byłem zasko­czony, że wysłała list, zamiast wybrać mail lub tele­fon.

Powody zro­zu­mia­łem, kiedy prze­czy­ta­łem treść.

W nocy nie mogłem zmru­żyć oka. Gdy rano uda­łem się do wydziału medy­cyny sądo­wej, pró­bo­wa­łem odgo­nić myśli o liście, ale wciąż mnie dopa­dały i nie mogłem się sku­pić na ponu­rych obra­zach wyświe­tlo­nych na ekra­nie lap­topa.

Ucie­szy­łem się, kiedy ktoś zadzwo­nił z nie­zna­nego numeru, bo nade­szła chwila wytchnie­nia. Natych­miast ode­bra­łem.

-?Słu­cham, David Hun­ter.

W słu­chawce ode­zwał się kobiecy głos:

-?Prze­pra­szam, że tak znie­nacka, dok­to­rze. Mówi sier­żant Chau­dry z poli­cji w Kum­brii. Ma pan chwilę na roz­mowę?

Odpo­wie­dzia­łem, że tak.

-?Pro­wa­dzimy poszu­ki­wa­nia zwłok zagi­nio­nej osoby -?powie­działa Chau­dry. -?Szes­na­sto­letni chło­pak z Car­li­sle, zagi­nął pół roku temu. Ucie­kał kilka razy z domu, więc z początku nikt się nie zanie­po­koił. Ale dosta­li­śmy cynk, że umarł z przedaw­ko­wa­nia, a diler zako­pał zwłoki na opusz­czo­nym tere­nie prze­my­sło­wym na obrze­żach Car­li­sle. Potrze­bu­jemy antro­po­loga sądo­wego, aby zba­dać sprawę, no i gorąco pole­cono nam pań­skie usługi.

Chcia­łem przy­jąć tę pro­po­zy­cję współ­pracy, ale górę wziął prag­ma­tyzm. Kum­bria leży prze­cież daleko od Lon­dynu.

-?Nie ma nikogo w waszej oko­licy? -?spy­ta­łem.

Kiedy zaczy­na­łem karierę, antro­po­log sądowy wciąż był rzadko spo­ty­ka­nym zja­wi­skiem. W ciągu wielu lat odde­le­go­wy­wano mnie do śledztw w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii, ale ostat­nio napływ nowych osób do mojej pro­fe­sji spra­wił, że zazwy­czaj wybie­rano antro­po­logów z kon­kret­nej oko­licy. Oczy­wi­ście dobra repu­ta­cja nie była bez zna­cze­nia.

-?Nie znaj­dziemy nikogo w tak krót­kim cza­sie -?odparła Chau­dry. -?Poza tym nad­in­spek­tor Perry, sze­fowa wydziału śled­czego, współ­pra­co­wała z panem już wcze­śniej. W Gram­pia­nach, zanim prze­nie­siono ją do nas. Była wtedy sze­re­gową funk­cjo­na­riuszką, więc uważa, że pew­nie pan jej nie pamięta.

Ow­szem, nie pamię­ta­łem. Przy­po­mnia­łem sobie udział w akcji poli­cyj­nej w górach środ­ko­wej Szko­cji, ale nie mogłem sko­ja­rzyć nikogo o nazwi­sku Perry. Szcze­rze mówiąc, było to dawno temu. Bar­dzo dawno temu, jeśli zwy­kła poli­cjantka awan­so­wała do rangi nad­in­spek­tora.

-?Kiedy miał­bym przy­je­chać? -?spy­ta­łem, wal­cząc z nagłą świa­do­mo­ścią upływu czasu.

-?Odprawę zapla­no­wano na jutro po połu­dniu, więc nie musi się pan bar­dzo śpie­szyć. Jeśli nie chce pan jechać samo­cho­dem, to są bez­po­śred­nie połą­cze­nia pocią­giem z Lon­dynu.

Byłaby to długa podróż, jakiej nie odby­wa­łem od lat. Pomy­śla­łem o tym, że przez cztery godziny będę sie­dział w pociągu nękany upo­rczy­wymi myślami o...

-?Dobrze, przy­jadę.

Otwo­rzy­łem gwał­tow­nie oczy. Przez chwilę nie mia­łem poję­cia, gdzie się znaj­duję. Sie­dzia­łem wypro­sto­wany w obcym pomiesz­cze­niu, a nie w swoim gabi­ne­cie na uczelni. Kuch­nia, lecz jak­bym widział ją po raz pierw­szy. Zaraz potem pamięć wró­ciła i wszystko sobie przy­po­mnia­łem.

Byłem w hotelu. W Hil­l­side House.

Roz­ma­so­wa­łem sztywny kark, tym­cza­sem pamięć pod­rzu­cała obrazy. W roz­świe­tlo­nej kuchni, wypeł­nio­nej obfi­tym aro­ma­tem domo­wej zapie­kanki, było tak cie­pło, że aż zakrę­ciło mi się w gło­wie. Dokoła cią­gnęło się duże pomiesz­cze­nie peł­niące zara­zem funk­cję jadalni i salonu. W jed­nej czę­ści zoba­czy­łem wysie­dzianą kanapę i fotele usta­wione przed wyłą­czo­nym tele­wi­zo­rem, a w dru­giej znaj­do­wała się kuch­nia ze sta­rym sto­łem, przy któ­rym tkwi­łem. Wypo­sa­że­niem był misz­masz prze­sta­rza­łych urzą­dzeń i pokry­tych lami­na­tem sza­fek z lat sie­dem­dzie­sią­tych oraz opa­lany drew­nem piec kuchenny, który wyglą­dał na jesz­cze więk­szy zaby­tek. W jed­nym kącie, na sta­rej ławce szkol­nej prze­ro­bio­nej na biurko, usta­wiono dwa duże moni­tory kom­pu­te­rowe, sil­nie kon­tra­stu­jące z całym wystro­jem. Przed biur­kiem wartę trzy­mało kuchenne krze­sło z pro­stym opar­ciem, a na jego sie­dzi­sku leżała ogromna poduszka, wyraz dba­ło­ści o kom­fort.

Nie zoba­czy­łem nikogo.

Z samo­chodu do domu dotar­łem pra­wie w cał­ko­wi­tym mroku, bo reflek­tory dachowe zga­sły na dobre. Zarzu­ci­łem sobie na ramię torbę z rze­czami spa­ko­wa­nymi na pobyt w Car­li­sle i korzy­sta­jąc z latarki w tele­fo­nie, ruszy­łem we wciąż pada­ją­cym desz­czu ze śnie­giem. Roz­mo­kła żwi­rowa ścieżka bie­gła na tyły hotelu. Musia­łem prze­ci­snąć się obok samo­chodu zapar­ko­wa­nego z boku, widocz­nego tylko jako ciemny zarys. Góru­jące kamienne mury z jed­nej strony i roz­ko­ły­sane krzaki z dru­giej zasła­niały pra­wie całe oto­cze­nie. Świa­tło tele­fonu uka­zało w prze­lo­cie coś, co wyglą­dało na zanie­dbany warzyw­nik. Nagie gałę­zie drzew owo­co­wych podry­gi­wały na wie­trze jak ramiona kościo­trupa. Dalej roz­cią­gała się bez­kre­sna czerń.

Ścieżka pro­wa­dziła do par­te­ro­wej dobu­dówki. Blask wyle­wa­jący się zza zasło­nek w oknach był jak latar­nia mor­ska, ale kiedy dotar­łem do drzwi, prze­ży­łem chwilę waha­nia. Zasty­głem przy mato­wej szy­bie. Wiatr szar­pał moją kurtką, a deszcz bęb­nił w kap­tur.

Na pewno chcę tam wejść?

Odpo­wiedź była prze­cząca, ale i tak wyda­wało się to naj­lep­szym wyj­ściem z sytu­acji. Zapu­ka­łem i po kilku sekun­dach drzwi się otwo­rzyły. Męż­czy­zna ski­nął głową, cofa­jąc się, by mnie prze­pu­ścić.

-?Pro­szę wejść.

Tonem głosu i postawą dawał wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie jest zado­wo­lony z mojej wizyty. Lecz kiedy wśli­zgną­łem się do środka, a on zamknął za mną drzwi, wyna­gro­dził mi to szczery uśmiech jego żony.

-?Witam. Cie­szę się, że zde­cy­do­wał się pan zostać! Wła­śnie się zasta­na­wia­łam, czy pan przyj­dzie.

Deli­kat­nie koły­sała na rękach małe dziecko, pra­wie nie­mowlę. Dziecko się ock­nęło i skwa­szone patrzyło teraz na mnie zapła­ka­nymi ciem­nymi oczkami. Matka, z czar­nymi wło­sami zwią­za­nymi luźno z tyłu głowy, pró­bo­wała je uspo­koić.

-?Cichutko, ten miły pan jest naszym gościem.

Chłop­czyk ukrył buzię w ramio­nach kobiety, z obo­jęt­no­ścią przyj­mu­jąc jej słowa.

-?Mam nadzieję, że to nie ja go obu­dzi­łem -?powie­dzia­łem.

-?Nie, to przez burzę. -?Uśmiech­nęła się, dzięki czemu zła­god­niały surowe rysy jej twa­rzy. -?Aha, jestem Nisha. A to Kiran.

-?David. David Hun­ter.

-?Przy­wi­taj się z Davi­dem, Kiran. -?Pró­bo­wała nakło­nić synka, żeby pod­niósł główkę, ale on nie miał na to ochoty. -?Jest tro­chę marudny, jak się nie wyśpi.

-?Jak my wszy­scy -?mruk­nął jej mąż, prze­cho­dząc obok.

-?Przed­sta­wi­łeś się już czy byłeś zajęty? -?spy­tała Nisha cierp­kim tonem.

Zer­k­nął na nią kwa­śno, po czym nie­chęt­nie uniósł pod­bró­dek w moim kie­runku na znak powi­ta­nia.

-?Jon Reese.

Bez kurtki wyglą­dał na młod­szego męż­czy­znę, miał może trzy­dzie­ści pięć lub trzy­dzie­ści osiem lat, do tego zie­mi­stą, bladą cerę, jakby wysma­ganą wia­trem, a krótko przy­cięte włosy i nie­chlujna broda mie­niły się na kasz­ta­nowo. Był umię­śniony i bar­czy­sty, aż pomy­śla­łem, że nie potrze­bo­wałby strzelby, gdyby chciał mi zro­bić krzywdę.

-?Dzię­kuję za gościnę -?powie­dzia­łem, odkła­da­jąc torbę. -?Nie mia­łem ochoty spać w samo­cho­dzie, więc z miłą chę­cią zapłacę za pokój.

-?Nie ma mowy! Cho­ciaż tyle możemy zro­bić po... -?Nisha wyglą­dała na spe­szoną. -?No wiesz.

Miała na myśli wyce­lo­waną we mnie strzelbę. Zauwa­żyła, że zer­k­ną­łem na broń, opartą teraz o ścianę przy drzwiach.

-?Jon wła­śnie miał to scho­wać -?powie­działa szybko. -?Prawda, Jon?

-?Naj­pierw musi obe­schnąć.

-?Nie musi.

Męż­czy­zna w mil­cze­niu wło­żył ponow­nie kurtkę i buty, po czym pod­niósł strzelbę.

-?Zado­wo­lona? -?spy­tał i ruszył na zewnątrz.

Drzwi zatrza­snęły się za jego ple­cami.

Uśmiech jego żony nie zdo­łał zama­sko­wać powsta­łego napię­cia. Kobieta odwró­ciła się do mnie, popra­wia­jąc synka na rękach.

-?Będziesz musiał zacze­kać, aż przy­go­tuję pokój, więc pro­szę usiąść. Podać ci her­batę, kawę albo coś do jedze­nia? Jak jesteś głodny, mamy zapie­kankę. Fasola i inne warzywa.

-?Dzię­kuję, zja­dłem kanapkę i wypi­łem coś gorą­cego w pubie.

Usia­dłem przy kuchen­nym stole, sta­ra­jąc się nie patrzeć na dwa moni­tory kom­pu­te­rowe w kącie. Zauwa­ży­łem jed­nak, że na obu wyświe­tla się ten sam obraz -?młody męż­czy­zna o nagim, wyrzeź­bio­nym tor­sie ćwi­czył na siłowni. Dokoła kłę­biła się roz­ma­ita gra­fika i tek­sty.

-?To praca, nic szem­ra­nego -?zapew­niła Nisha, pod­cho­dząc do biurka i prze­łą­cza­jąc moni­tory w tryb uśpie­nia. -?Pro­jek­tuję stronę inter­ne­tową dla klubu fit­ness. Obie­ca­łam, że będzie gotowa na jutro.

-?Nie chciał­bym prze­szka­dzać...

-?Nie ma pro­blemu, i tak mia­łam zro­bić sobie prze­rwę. Dokoń­czę rano. - Uśmiech­nęła się, bo malec zaczął gła­skać ją po twa­rzy pulchną rączką. Zamar­ko­wała, że chce go ugryźć, więc roze­śmiał się zaraź­li­wie. -?Lepiej położę tego małego potworka do łóżka, a potem przy­go­tuję ci pokój. Roz­gość się.

Ow­szem, roz­go­ści­łem się, i to bar­dziej, niż zamie­rza­łem. Wielki stary piec wydzie­lał ogromne ilo­ści cie­pła i w końcu przy­sną­łem w przy­tul­nej atmos­fe­rze. Gdy się ock­ną­łem i spoj­rza­łem na zega­rek, oka­zało się, że prze­drze­ma­łem ponad dzie­sięć minut. Prze­tar­łem twarz, zado­wo­lony, że nikt mnie nie przy­ła­pał na spa­niu. Jon wciąż nie wró­cił, ale kiedy zasta­na­wia­łem się, gdzie się podziewa, drzwi się otwo­rzyły nagle i do kuchni wró­ciła Nisha.

-?Mojego męża nie ma? -?spy­tała, roz­glą­da­jąc się dokoła.

-?Nie, nie widzia­łem go.

Przez jej twarz prze­biegł cień nie­po­koju lub iry­ta­cji, ale szybko się opa­no­wała.

-?Pew­nie coś go zatrzy­mało w warsz­ta­cie.

Sta­rała się przy­brać swo­bodny ton, lecz w jej gło­sie wyczu­łem napię­cie. Zasta­na­wia­łem się, czy dopa­dły ją spóź­nione żale, że wpu­ściła nie­zna­jo­mego do domu. Jed­nak jej uśmiech wyda­wał się naprawdę ser­deczny, kiedy sta­nęła w progu, przy­trzy­mu­jąc drzwi.

-?Zapro­wa­dzę cię do pokoju, dobrze?

Rozdział 4

Nisha popro­wa­dziła mnie na koniec krót­kiego kory­ta­rza. Weszła pierw­sza, przy­trzy­mu­jąc drzwi. W łącz­niku dobu­dówki było chłod­niej niż w prze­grza­nej kuchni, a nagły spa­dek tem­pe­ra­tury spra­wił, że poczu­łem się, jak­bym wszedł do wyzię­bio­nej kost­nicy. Dotar­li­śmy do foyer sta­rego hotelu. Pano­wały tam wil­goć i stę­chła woń cha­rak­te­ry­styczna dla dawno zamknię­tych przy­byt­ków. Nad nami żyran­dol ze świe­cami z pla­stiku roz­ta­czał mdły żółty blask, który ledwo oświe­tlał zaka­marki dużej prze­strzeni pod wyso­kim sufi­tem. Pod­łogę pokry­wał zużyty par­kiet, a ściany wyło­żono pola­kie­ro­waną ciemną boaze­rią -?w efek­cie poczu­łem się, jak­by­śmy byli zamknięci w gigan­tycz­nym pudełku. W miej­scach, gdzie daw­niej wisiały tabliczki i szafki, pozo­stały wybla­kłe pro­sto­kąty, a pory­so­wana lada recep­cyjna nosiła ślady otwo­rów po wier­tle. W głębi zoba­czy­łem ponu­me­ro­wane prze­gródki -?do każ­dej z nich przy­wie­szony był mosiężny klu­czyk na małym haczyku.

Jak­bym cof­nął się w cza­sie do minio­nych dzie­się­cio­leci zakon­ser­wo­wa­nych w for­ma­li­nie. Moją uwagę pochło­nęło jed­nak co innego.

Foyer było pełne mar­twych zwie­rząt.

Wypchane ptaki -?od sów i jastrzębi po rudziki i szczy­gły -?tło­czyły się dokoła wespół z bor­su­kami, lisami i jele­niem. Nad gra­ni­to­wym komin­kiem wisiał łeb roga­cza, a obok stał niedź­wiedź, szcze­rząc kły w groź­nym gry­ma­sie i uno­sząc przed­nie łapy uzbro­jone w pazury.

Hm, nic dziw­nego, że ludzie ci miesz­kali w dobu­dówce.

-?Prze­pra­szam za stan tego miej­sca, ale rzadko tutaj zaglą­damy - powie­działa Nisha, roz­glą­da­jąc się po ogrom­nym foyer, jakby zja­wiła się w nim po raz pierw­szy. Nie miała zachwy­co­nej miny. -?To nie ja wybra­łam ten wystrój, żeby była jasność. Uro­cze, prawda?

Zer­k­ną­łem na sto­jącą obok szklaną gablotę, w któ­rej pustułka trzy­mała w szpo­nach polną mysz.

-?No cóż, ktoś miał spe­cy­ficzny gust -?stwier­dzi­łem.

-?Ale dyplo­mata z cie­bie. Jon cią­gle powta­rza, że damy to wszystko do wyceny, ale jakoś nie możemy się zmu­sić. Praw­do­po­dob­nie są sporo warte, jeśli ktoś lubi takie tro­fea. -?Wyraz jej twa­rzy nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że sama nie należy do tego gatunku ludzi. Chyba nawet się wzdry­gnęła. -?Twój pokój jest na pierw­szym pię­trze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki