Prolog
Kość przetrwa.
Podobnie jak cegły i zaprawa pozostałe po starym domu kość przetrwa
życie, które niegdyś ją ożywiało. Trzyma się jeszcze długo po tym, gdy
upływ czasu unicestwi resztę ciała -?skórę, tkankę, narządy, chrząstki i ścięgna. Szkielet obrośnięty dawniej tkanką miękką może przetrwać setki
lat. W odpowiednich warunkach nawet dłużej. Na przykład gleby kwaśne na
ogół sprzyjają zachowaniu tkanki miękkiej, za to szybciej rozkładają
kości, natomiast gleby zasadowe oddziałują odwrotnie, spowalniając
rozkład kości niemal w nieskończoność.
Ale nic nie trwa wiecznie. Kość w końcu też ulegnie rozpadowi,
powracając nieuchronnie do postaci minerałów, z których się uformowała.
Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Do tego czasu jednak,
pozostawiony w spokoju, szkielet trzyma się jako skamieniały relikt
życia, które dawno dobiegło kresu.
Kość przetrwa.
Poczuł, że gałązka ugina się pod butem, bo przeniósł ciężar ciała na
drugą nogę. Zatrzymał się. O tej porze roku las roił się od naturalnych
pułapek, a mroźne wiatry i deszcze ogołacały drzewa z liści. Tego roku
zima była nadzwyczaj dżdżysta, zamieniając ziemię w błoto pod kobiercem
z igliwia, złamanym wilgotnym gałęziom i konarom nadając dużą
sprężystość.
Gdy uniósł stopę, gałązka zatrzeszczała, ale nie pękła.
Niewiele brakowało. Zganił się w myśli, spuszczając wzrok, żeby
przyjrzeć się ziemi przed sobą. Gogle noktowizyjne przeobraziły nocny
las w monochromatyczny zielony świat, obcy i dziwaczny. Wstrzymał
oddech, ogarniając spojrzeniem proste pnie drzew. Deszcz ustał, lecz z gałęzi wciąż kapała lodowata woda, bębniąc w kaptur i kurtkę. Nie
usłyszała. Będzie stała spokojnie.
Stała.
Częściowo zasłonięta przez pień świerku ofiara zatrzymała się na brzegu
strumienia, odprężona i całkowicie nieświadoma zagrożenia. Znów
bezszelestnie wypuścił powietrze z płuc. Było zimno, pachniało gliną i żywicą. Powoli zrobił kolejny krok, ostrożnie stawiając stopę, jakby
posuwał się po lodzie. Jeszcze kilka metrów i będzie w zasięgu. Cicho,
cichutko.
Ubrany w ciemną kurtkę i spodnie pozostawał praktycznie niewidoczny.
Nawet w dziennym świetle trudno byłoby go dostrzec, natomiast w taką
bezksiężycową noc wydawał się ledwie zarysem w gęstwinie cieni.
Pod warunkiem że niczym się nie zdradzi.
Teraz znajdowała się prawie w zasięgu strzału. Oddychając powoli i równomiernie, zrobił kilka kolejnych kroków i przystanął, żeby sprawdzić
ziemię pod stopami. Teren był nierówny, pokryty kamieniami i wijącymi
się korzeniami pod warstwą opadłego igliwia. Jeden nieuważny krok nie
tylko przekreśliłby wszystko, ale jeszcze mógłby skończyć się skręceniem
kostki.
Przystanął po pokonaniu dwóch metrów. Stał nieruchomo, nie zważając na
spadające srebrne krople wody, obserwując smukłą sylwetkę między
drzewami, a zimny wiatr bezlitośnie szczypał go w twarz. Odległość
wynosiła około trzydziestu metrów, a cel znajdował się tuż za pochyłym
pniem. Nie będzie to łatwy strzał, lecz bał się podejść bliżej.
Wszystko zależało teraz od niego.
Powoli nałożył strzałę i uniósł łuk myśliwski. Naciągając oporną
cięciwę, poczuł, że serce wali mu jak zwariowane. Całkowite skupienie -
świat skurczył się, bo istniała tylko ofiara i napięty łuk. To właśnie
uwielbiał najbardziej -?ostatnie chwile pełne możliwości. Teraz
spokojnie. Tylko spokojnie.
Uniosła głowę. Spojrzała wprost na niego. Wypuścił strzałę.
Brzdęk -?który bardziej poczuł, niż usłyszał -?i strzała pomknęła w przestrzeń. Krzyk rozerwał ciszę, a po nim rozległ się odgłos
upadającego ciała. Rzucił się do przodu, podążając ścieżką, którą chwilę
wcześniej przebyła strzała. Trafił w cel, wiedział o tym, zanim dobiegł
na miejsce. Łania zrobiła kilka chwiejnych kroków i padła na bok w strumieniu. Patrzyła brązowymi oczami, wybałuszonymi z bólu i dezorientacji, a jej chrapliwy oddech matowił powietrze. Z piersi
wystawała strzała -?tkwiła głęboko i wciąż drżała. Zsunął się na brzeg
przy pochyłym świerku. Poczucie triumfu już przygasło -?jak zwykle.
Wyjął nóż, niebezpiecznie ostry, ząbkowany, żeby dokończyć dzieła. Łania
wydała z siebie ostatnie, konwulsyjne tchnienie i znieruchomiała na
zawsze.
Uleciało z niej wszelkie życie i piękno. Była stygnącym mięsem.
Umył nóż w rwącym strumieniu, a gogle noktowizyjne nadały krwi barwę
sinej zieleni. Z tyłu woda wymyła błotnisty brzeg pod pochyłym
świerkiem, odsłaniając jego korzenie. Były grube i splątane jak węże w gnieździe. Albo jak stos starych kości.
Ta myśl podziałała deprymująco. Zresztą bezpośrednio po polowaniu zawsze
czuł się przybity. Najpierw euforia, potem zjazd emocjonalny. Znużony
nagle całą sytuacją, wyprostował się, żeby unieść gogle i przetrzeć
zmęczone oczy. Lecz zanim zdążył to zrobić, przez rozstęp w chmurach
przedarł się srebrzysty sierp księżyca, rzucając ostrzejsze światło na
obnażone korzenie świerku.
Cienie zatańczyły i nagle dostrzegł twarz spoglądającą na niego z kłębowiska pod pniem.
O kurwa!
Odskoczył do tyłu, ale potknął się o martwą łanię i wpadł do strumienia,
wprost w objęcia lodowatej wody. Dźwigając się niezdarnie, w popłochu,
spojrzał ponownie w tamto miejsce.
Twarz zniknęła. Pozostała tylko plątanina odsłoniętych korzeni na
błotnistym brzegu. Przemoczony i przemarznięty do szpiku kości, uznał,
że coś mu się przywidziało.
I wtedy obraz jakby się wyostrzył i znów ukazała się twarz.
Jezu Chryste...
Odrywając wzrok od niesamowitego oblicza, wyciągnął z potoku parujące
truchło upolowanego zwierzęcia. Wykonując serię błyskawicznych ruchów,
wyjął z torby uprząż i zapiął ją na małej łani. Z trudem dźwignął
zdobycz na ramiona, potykając się wskutek pośpiechu, bo pragnął jak
najszybciej zniknąć z tego lasu. Mimo to, wbrew sobie, przystanął i rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię.
Następnie, zgarbiony pod ciężarem łani, ruszył pośpiesznie w drogę
powrotną.
Rozdział 1
Owca nie miała nóg.
Takie było pierwsze wrażenie, choć brak snu i padający deszcz ze
śniegiem mogły mieć wpływ na mój ogląd rzeczywistości. W blasku
reflektorów oczy zwierzęcia świeciły niesamowicie w głębi mroku
rozsnutego przez zimową burzę. Wpatrywałem się w te ślepia zza
uruchomionych wycieraczek, próbując pojąć, co widzę. Zwierzę znajdowało
się na ziemi, ale nie leżało i nie widać było nóg. Ale wciąż żyło i najwyraźniej niczym się nie przejmowało.
Również tym, że tarasowało wąską drogę.
Podróż była wystarczająco uciążliwa i bez takich przygód. Późnym
popołudniem wyjechałem z Londynu i ruszyłem do Carlisle, żeby w charakterze doradcy wziąć udział w poszukiwaniach zaginionej osoby w Kumbrii. Dostatecznie długo współpracowałem z policją jako konsultant
kryminalistyczny, żeby przywyknąć do nagłych wyjazdów po całej Anglii,
ale za te perypetie mogłem winić wyłącznie siebie. Odprawę przed akcją
poszukiwawczą wyznaczono dopiero nazajutrz, więc nie było powodu do
pośpiechu. Należało zaczekać do rana, pokonać trasę za dnia i przy
lepszej pogodzie. Ale nie, w pięciusetkilometrową podróż wyruszyłem w szare zimowe popołudnie, ignorując alert burzowy.
Śpieszyłem się, gdyż chciałem zyskać na czasie. Zamierzałem szybko
pokonać nieznaną trasę i zameldować się wieczorem w hotelu, żeby
wypocząć przed kilkoma dniami wyczerpującej pracy. A przynajmniej tak
sobie powtarzałem. Bo tak naprawdę w sprawie poszukiwań zadzwoniono do
mnie w bardzo nieodpowiednim momencie. Byłem podenerwowany i niespokojny, wytrącony z równowagi przez wiadomość, którą otrzymałem
tego dnia. Po odebraniu telefonu z prośbą o konsultację uchwyciłem się
możliwości bezzwłocznego wyjazdu po prostu po to, by się czymś zająć.
Nie przemyślałem tego. Gdy szary zimowy dzień zaczął dogasać, pogoda
gwałtownie się pogorszyła. Według kalendarza wiosna była tuż-tuż, lecz
natura kierowała się własnym harmonogramem. Deszcz padał z impetem,
zalewając nawierzchnię drogi i tworząc strumienie wody, zamieniając
świat w kolaż rozmazanych plam świetlnych. Na północnym krańcu Parku
Narodowego Krainy Jezior tempo jazdy na autostradzie spadło niemal do
zera. Przez mokre szyby dostrzegłem migot niebieskich świateł
sygnalizujących kraksę. Wyrwany z zamyślenia perspektywą ludzkiej
tragedii w potrzasku pogiętego metalu czekałem z niecierpliwością, aż
dowlokę się do pierwszego zjazdu, po czym odbiłem w bok.
Szybko zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd. Po kilku kilometrach
postanowiłem wrócić na autostradę. Niestety, kierując się podpowiedziami
nawigacji, zagłębiłem się w sieć wąskich wiejskich dróg, które z chwili
na chwilę stawały się coraz bardziej strome i kręte. Dokoła panowała
gęsta ciemność, nierozproszona żadnym światłem. Ekran nawigacji
pociemniał do trybu nocnego, pokazując drogę jako wijącą się kreskę. Nie
było żadnych punktów orientacyjnych -?sądząc po tym, jak szosa pięła się
i opadała, najprawdopodobniej znajdowałem się w górach Kumbrii.
Najprawdopodobniej, bo okoliczny krajobraz starannie skrywały mrok i burza.
Teraz lało już jak z cebra. W świetle reflektorów strugi deszczu
przypominały srebrne nici, waląc w dach auta i zalewając przednią szybę
jak olej pomimo wytężonej pracy wycieraczek. Jeszcze gorszy był wiatr,
bo miotał samochodem jak zabawką i groził wyrwaniem mi kierownicy z rąk.
Siedziałem zgarbiony na fotelu, wytężając wzrok, żeby dostrzec cokolwiek
w ulewie, a droga wiła się i wiła bez końca. Cały mój świat skurczył się
do tunelu wykrojonego w ciemności przez światła reflektorów, a podmuchy
zacinającego deszczu wypełniały noc jednostajnym szumem. Wpatrywanie się
w tę scenę było niebezpiecznie hipnotyzujące. Mogłem łatwo się
rozkojarzyć, stracić panowanie...
Zamrugałem gwałtownie powiekami. Pobudka, ocknij się. Wyprostowałem
plecy, chcąc zachować czujność, ale zmęczenie jazdą w takich warunkach
dawało o sobie znać. Niechętnie pogodziłem się z tym, co od dawna było
oczywiste: niemożliwe, żebym tego dnia dotarł do Carlisle. Nie w tych
warunkach. Należało zrobić sobie przerwę, ale gdzie? Nie widziałem nawet
pobocza.
Droga biegła wśród stromizn i drzew powyginanych przez wiatr.
Postanowiłem zatrzymać się w pierwszej napotkanej wiosce lub w pubie,
rzuciłem więc okiem na ekran nawigacji.
Pusto.
Nie, tylko nie to... Nie spuszczając wzroku z drogi, nacisnąłem
przyciski nawigacji satelitarnej. Bez skutku. Ekran był podświetlony,
ale poza kursorem w kształcie strzałki, oznaczającym mój samochód, nie
pokazywał niczego. Nawet drogi. Nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję.
Słyszałem o zjawisku zwanym rain fade, polegającym na tym, że z powodu
bardzo złych warunków atmosferycznych zanikają sygnały satelitarne. W tym GPS używany przez systemy nawigacyjne. Ale nigdy wcześniej tego nie
doświadczyłem.
Gratulacje. Teraz już wiesz, jak to jest.
Mój telefon spoczywał w uchwycie zestawu głośnomówiącego na desce
rozdzielczej, ale wiedziałem, że w tej chwili jest bezużyteczny.
Znajdowałem się na odludziu znanym z gór i dzikiej przyrody. Zakrawałoby
na cud, gdyby w tej okolicy był zasięg. Szybkie spojrzenie na ekran
potwierdziło moje obawy: brak pasków oznaczających sygnał. Poczułem
wściekłość i frustrację. Od tygodni zamierzałem wymienić aparat na nowy
model z funkcją nawigacji satelitarnej, ale nie miałem na to czasu.
Teraz za późno. Nawet staroświecki atlas drogowy, trzymany w bagażniku, nie przydałby mi się na nic, dopóki nie miałem pojęcia, gdzie
dokładnie się znajduję. Walcząc z kolejnym podmuchem wiatru, spojrzałem
wreszcie prawdzie w oczy: zgubiłem się.
Od dłuższego czasu droga pięła się pod górę, wijąc się wokół stromizny
lub góry. Teraz się wyrównała. W rozmytym świetle reflektorów
zobaczyłem, że po jednej stronie wznosi się wysoka ściana, a po drugiej
ziemia opada pionowo. Nie było pobocza, a sama droga wydawała się nazbyt
wąska, bym mógł się zatrzymać bez jej zablokowania. Nie wyobrażałem
sobie, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach ruszył w trasę w taką
pogodę, ale przy widoczności ograniczonej do kilku metrów wolałem nie
ryzykować.
Szosa zaczęła opadać, niknąc w świetle reflektorów. Zwolniłem, bo
zobaczyłem strumień błotnistej wody przetaczający się po asfalcie.
Deszczówka spływała z jaru biegnącego powyżej, zamieniając szeroki
odcinek jezdni w potok -?dopiero potem spadała po drugiej stronie.
Wyglądało na to, że przepust pod nawierzchnią został zatkany lub nie
nadążał z odprowadzaniem ogromnej ilości deszczówki. Przyhamowałem.
Pewnego razu utknąłem autem w wodzie i nie miałem ochoty na powtórkę.
Strumień przecinający drogę wydawał się jednak dość płytki. Pomodliłem
się w duchu i ruszyłem do przodu. Poczułem uderzenie z boku, gdyż woda
naparła na koła, a samochód podskoczył, uderzając o kamienie i gruz
zmyte ze zbocza.
W końcu przedarłem się na drugą stronę. Westchnąłem i trochę się
rozluźniłem. Z przodu ukazał się ostry zakręt -?droga znikała za skalnym
zboczem pociemniałym od deszczu. Pokonałem wiraż i natychmiast wcisnąłem
hamulec, bo reflektory oświetliły coś dużego i jasnego, blokującego
przejazd. Nastała chwila nieważkości, gdyż auto wpadło w poślizg, tracąc
przyczepność, ślizgając się oponami w kierunku urwiska. Struchlały,
myślałem przez moment, że runę w przepaść, ale nagle hamulce zadziałały
i samochód gwałtownie się zatrzymał.
Siedziałem roztrzęsiony w fotelu, z dłońmi wciąż zaciśniętymi kurczowo
na kierownicy, a deszcz bębnił o dach.
Patrzyła na mnie owca bez nóg.
Dopiero po sekundzie lub dwóch zdałem sobie sprawę, na co patrzę.
Parsknąłem śmiechem, po części z niedowierzania, po części z poczucia
ulgi. No nie, to jakiś żart... Owca miała nogi.
Tyle że utknęła nimi w kratownicy dla bydła.
Przetarłem oczy kłykciami, świadom, co muszę zrobić. Zwierzę nie mogło
się uwolnić, a ja nie mogłem go tak zostawić. Nawet gdybym chciał to
zrobić, nie było dość miejsca, żeby je wyminąć. Westchnąłem ponownie,
odpiąłem pas bezpieczeństwa i sięgnąłem po kurtkę przeciwdeszczową
leżącą na tylnym siedzeniu. Wtedy coś wypadło z wewnętrznej kieszeni na
podłogę. Na widok prostokątnej jasnej koperty z moim nazwiskiem
starannie napisanym znajomą ręką poczułem, jakbym zaliczył cios w brzuch. Podniosłem kopertę, włożyłem ją z powrotem do kieszeni i wysiadłem z samochodu.
Przenikliwy podmuch deszczu uderzył we mnie z impetem, grożąc wyrwaniem
klamki z dłoni. Zatrzasnąłem drzwi, naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem pośpiesznie do kratownicy. W świetle reflektorów dostrzegłem,
że owca ugrzęzła wszystkimi czterema nogami w szczelinach między
metalowymi prętami. Nie wydawała się ranna, bo nie zobaczyłem żadnych
śladów krwi. Ani też zanadto przejęta swoim położeniem.
Mrugając gwałtownie w strugach deszczu, rozejrzałem się w nadziei, że
dostrzegę światła pobliskiej farmy.
Lecz dokoła roztaczała się ciemna i pusta noc. Deszcz uderzył mnie w plecy, kiedy pochyliłem się nad owcą, próbując nie zważać na smród.
Objąłem ją. Runo miała splątane i przemoczone, nadto okazała się ciężka,
gdy spróbowałem ją podnieść. Kto by pomyślał, że owce ważą tak dużo,
westchnąłem w duchu. Albo że aż tak cuchną.
Gdy uwolniłem zwierzę z kratownicy, zaczęło się rzucać i wierzgać
nogami, co nie ułatwiało mi zadania. Posuwając się chwiejnym krokiem,
zaniosłem owcę jak najdalej od drogi i postawiłem ją na ziemi.
Otrząsnęła się, opryskując mnie wodą, a potem potruchtała przed siebie,
nie oglądając się ani razu. Rozmasowałem sobie lędźwie i patrzyłem, jak
znika w ciemności, poza zasięgiem reflektorów samochodu.
Nie ma za co.
Wracałem już do samochodu, gdy całe niebo rozjaśniło się nagle, jakby za
widnokręgiem doszło do bezgłośnej eksplozji. W niesamowitej ciszy
zamigotała błyskawica i wtedy po raz pierwszy ujrzałem rozległą górzystą
okolicę, w której się zgubiłem. Droga biegła zboczem stromego wzgórza,
może wręcz urwiska, będącego częścią doliny otoczonej pasmem potężnych
nieostrych szczytów. Ośnieżone i nagie, górowały nad horyzontem, a zbocza poniżej pokrywał gęsty las. Widok ten był zaskakujący, jakby w zaciemnionym pokoju nagle zapalono światło.
Potem wszystko znikło i znów zapadła ciemność, jakby ktoś opuścił
kurtynę. Pośpieszyłem do samochodu i wsiadłem do środka, wdzięczny za
nagłe ciepło, gdy zrzucałem z siebie mokrą kurtkę. Niemal natychmiast
wilgoć zaparowała szyby, zamieniając wnętrze w kokon i jeszcze bardziej
utrudniając widoczność. Włączyłem klimatyzację, aby szyby odparowały, a jej szum rywalizował z bębnieniem deszczu o dach. Ruszyłem krętą drogą
biegnącą w dół. Początkowo reflektory oświetlały jałowe, skaliste
zbocza, ale po kilku minutach krajobraz się zmienił, bo droga dotarła do
lasu. Proste, wysokie drzewa iglaste -?prawdopodobnie jodły lub świerki,
trudno było stwierdzić w ciemności -?wznosiły się po obu stronach jak
gigantyczne choinki. Wyglądały wszystkie niemal identycznie, stłoczone
tak blisko siebie, że jazda przypominała przejazd tunelem. Była to
oczywiście plantacja, a nie naturalny las. Nieco dalej dotarłem do
czegoś, co wyglądało jak skład drewna. Świerki po jednej stronie
zastąpiło wysokie metalowe ogrodzenie, za którym znajdowały się
zacienione kontenery i pojazdy o wyglądzie maszyn budowlanych. Kiedy
minąłem ten zakątek, wszędzie znów wyrósł las.
Mimo to widok ten rozbudził we mnie nadzieję. Była to pierwsza siedziba
ludzka, jaką ujrzałem od wielu kilometrów, a skoro trafił się skład
drewna, to zaraz mogło być coś więcej. Jakby na potwierdzenie las nagle
się skończył i za przednią szybą dostrzegłem w mroku rozgwieżdżone niebo
pełne światełek.
Wieś, miasteczko?
Dzięki Bogu... Światła przeobraziły się w latarnie uliczne. Teraz
ukazały się również domy z kamienia i bungalowy, a blask dochodzący z zasłoniętych okien był ciepły i uspokajający. Nieco dalej dotarłem do
niewielkiego placu. Na jednym końcu stał nieoświetlony samotny sklep, a na drugim większy budynek z szyldem kołyszącym się nad wejściem.
Pub.
Zatrzymałem się przed pubem, zgasiłem silnik i przesiedziałem chwilę w fotelu, żeby mięśnie się rozluźniły, tymczasem deszcz bębnił w samochód.
Blask z góry oświetlał szyld, kołyszący się dziko na wietrze pośród
roztańczonych cieni. Na wyblakłym tle widniały skrzyżowany młotek i dłuto oraz napis złożony ze stylizowanych liter.
"Wytrwałość".
Drzwi były zatrzaśnięte, ale zza zasłon w oknach o matowych szybach, w których wyrżnięto nazwy dawno zapomnianych gatunków piwa, przedzierało
się światło. Wydawało się, że przybytek jest otwarty, więc przynajmniej
mogłem się dowiedzieć, gdzie się zgubiłem. I nawet jeśli w pubie nie
wynajmowano pokoi, to miasteczko i tak było lepszym miejscem na
spędzenie nocy w samochodzie niż górski szlak. Pomyślałem, że wreszcie
uśmiechnęło się do mnie szczęście. Sięgnąłem po kurtkę i laptopa z tylnego siedzenia i wyskoczyłem z samochodu.
Rozdział 2
Szyld skrzypiał nad głową, kołysząc się na łańcuchach. W pierwszej
chwili ciężkie drewniane drzwi stawiły opór, ale pchnąłem mocniej i w końcu ustąpiły. Wtoczyłem się do środka, potykając się lekko, ścigany
przez podmuch lodowatego deszczu. Po wielogodzinnej jeździe w zimowych
warunkach odniosłem wrażenie, że w pubie panuje duchota. Woń
zwietrzałego piwa mieszała się z dymem z otwartego kominka. Z trudem
zamykając za sobą smagane wiatrem drzwi, zwróciłem uwagę na coś jeszcze.
Na ciszę.
Ociekając deszczówką na kamienną podłogę, zsunąłem kaptur na kark i odwróciłem się w niskiej sali. Patrzyły na mnie twarze znad kilku
stolików. Przy jednym siedziała niewielka grupa nastolatków, którzy -
sądząc po wyglądzie -?ledwo osiągnęli wiek pozwalający im na przebywanie
w pubie, a przy innym dwóch graczy w domino, którzy właśnie przerwali
partię. Nieco dalej rosły, umięśniony mężczyzna z wydatnym brzuchem pod
flanelową koszulą rzucał samotnie lotki do tarczy, zastygły teraz ze
wzniesioną ręką. W kominku płonął ogień, trzaskając i roztaczając woń
żywicy. Na ścianie powyżej wisiała para popękanych skórzanych rękawic
bokserskich oraz oprawione w ramki czarno-białe zdjęcia pięściarzy.
Przy kominku za dużym stołem siedział chudy starzec w towarzystwie
drobnej kobiety o ostrych rysach twarzy oraz smętnego mężczyzny po
czterdziestce, którzy sprawiali wrażenie pary małżeńskiej. Wbrew
przepisom antynikotynowym starzec trzymał w ustach fajkę z prostym
cybuchem, a na blacie stały rzędem kartki urodzinowe radośnie głoszące:
90 lat! Wyglądał w sam raz na swój wiek -?znoszona tweedowa marynarka
wisiała luźno na ciele, które dawniej zapewne imponowało posturą, a wydatne kości policzkowe sterczały pod skórą przypominającą pergamin.
Ogólnemu wrażeniu kruchości kłam zadawały szczęki zaciśnięte nieugięcie
na fajce, a oczy, które zwróciły się na mnie spod siwych szczeciniastych
brwi, patrzyły twardo i bezlitośnie.
U stóp starca leżały dwa duże kudłate psy, które podniosły teraz łby, by
wbić we mnie wzrok.
Za barem dyżurowała kobieta o bujnym biuście. Uśmiechnęła się do mnie
przyjaźnie, choć w jej spojrzeniu wyczułem pewną ostrożność, bo
dostrzegła plamy błota na mojej kurtce świadczące o spotkaniu z owcą.
-?Zdaje się, że przemokłeś, kochanieńki. Co podać?
Rosły mężczyzna rzucający lotkami do tarczy uśmiechnął się złośliwie.
-?Na początek czystą kurtałkę -?zażartował.
Miał około pięćdziesięciu lat, był niechlujny i nieogolony, a jego
potężna, masywna sylwetka prawie zasługiwała na miano otyłej.
-?Poproszę kawę, jeśli można -?odparłem, świadom, że z mojej kurtki bije
nieprzyjemna woń.
-?Przykro mi, nie podajemy gorących napojów.
-?W takim razie wezmę sok pomarańczowy. -?Wolałbym łyknąć coś
mocniejszego, ale nie wiedziałem, czy nie będę zmuszony ruszać dalej w trasę. -?Serwujecie jedzenie?
-?Tylko przekąski. Chipsy, orzechy i skwarki. -?Kobieta wyjęła z lodówki
karton soku pomarańczowego i sięgnęła po szklankę. -?Nie mówi pan jak
miejscowy. Z daleka?
-?Z Londynu. Jadę do Carlisle.
- Do Carlisle? -?Zastygła i spojrzała na mnie. -?Toś pan mocno zboczył
z trasy. Zgubiliśmy się, co? Dotarł pan na koniec świata.
-?Nawigacja przestała działać -?wyjaśniłem i dodałem z wahaniem: -
Ryzykuję, że wyjdę na idiotę, ale chciałbym się dowiedzieć, gdzie
jestem.
Lotka trafiła w tarczę i rozległ się gromki śmiech rosłego gracza.
-?Kurwa mać. Gość chyba wyrwał się na przepustkę z wariatkowa.
-?Jest pan w Edendale -?odpowiedziała kobieta za barem, jakby
wcześniejsze słowa w ogóle nie padły. -?Północny koniec Gór Kumbryjskich
i od razu uprzedzam, że nie ma nas w nawigacji. Głupi wynalazek, jeśli
ktoś chce znać moje zdanie.
-?A jak daleko stąd do Carlisle?
-?Och, będzie z czterdzieści pięć kilometrów, z powrotem tą samą drogą.
Ale w taką noc...
Urwała, bo światła przygasły, a zaraz potem zgasły całkowicie. Rozległy
się jęki, które zaraz przeszły w stłumione, ironiczne okrzyki radości,
ponieważ lampy znów zamigotały.
-?Sakramenckie burze -?mruknęła kobieta, po czym się uśmiechnęła. -?Nie
ma obawy, tutaj człowiek szybko się do tego przyzwyczaja. O czym to ja
mówiłam?
-?O tym, jak dojechać do Carlisle.
-?A, racja. No więc nawet przy dobrej pogodzie to niełatwa przeprawa. Bo
droga biegnie przez góry i są trudne odcinki, zwłaszcza jak się nie zna
trasy. A w taką pogodę to ja bym w ogóle nie wsiadła do auta, chyba że
naprawdę bym musiała.
Fantastycznie.
-?A dokąd ta droga prowadzi dalej?
-?Donikąd.
-?Słucham?
-?Nigdzie nie prowadzi. Biegnie tak jeszcze przez kilka kilometrów i nagle się kończy. -?Kobieta skrzyżowała ramiona. -?Jest tylko jedna
droga do Edendale i z Edendale. Ta, którą pan przyjechał.
Kiedy wreszcie dotarł do mnie sens tych słów, do baru podszedł
mężczyzna. Był to smutas, który dotąd siedział z kobietą i dziewięćdziesięciolatkiem.
-?Jeszcze jedna kolejka dla mnie, Stella. Oczywiście w wolnej chwili -
dodał z przepraszającym uśmiechem.
Z bliska wyglądał na starszego niż wcześniej, prawdopodobnie miał raczej
pięćdziesiąt, a nie czterdzieści lat oraz okrągłą, sympatyczną twarz,
gładką i pozbawioną zmarszczek -?z wyjątkiem głęboko pobrużdżonego
czoła, które nadawało jego obliczu wyraz zmęczenia i niepokoju nawet
wtedy, gdy się uśmiechał.
-?Nie ma sprawy, nie śpieszy mi się -?powiedziałem. Musiałem podjąć
decyzję, co zrobić w tych okolicznościach.
-?Dzięki, to bardzo... -?Nawiązał ze mną kontakt wzrokowy na sekundę lub
dwie, po czym spuścił głowę i znów zwrócił się do kobiety: -?Hm, no to
kufel czarnego dla Wynna, tonik dla Evie, a ja poproszę... och, jedno
małe. Dzięki, Stella.
Pusta szklanka uderzyła dnem o bar, bo w tej chwili dołączył do nas
rosły gracz w rzutki. Sprawiał wrażenie zuchwałego, bezczelnego typa -?z brzuchem w kształcie beczki i szarym zarostem na policzkach. Biła od
niego ostra woń oleju i zaschłego potu.
-?Jeszcze jedno, Stella.
-?Poczekaj na swoją kolej, przecież obsługuję.
Objął potężnym ramieniem mniejszego mężczyznę.
-?W porządku, Eddie stawia. Prawda, Eddie?
Smutas zmusił się do uśmiechu, ale wyglądało to raczej na odruch
obronny.
-?Och, tak, pewnie. Proszę jedno piwo dla Vica.
-?Dobry chłopak. -?Dryblas zacisnął ramię na szyi nieszczęśnika, nieomal
unosząc go z podłogi, po czym cofnął rękę. -?Poproszę też paczkę chipsów
o smaku serowo-cebulowym, Stell.
-?Dobra -?mruknęła barmanka, odwracając się.
Po drugiej stronie sali kobieta, którą uznałem za żonę smutnego
mężczyzny, wpatrywała się w dryblasa, zaciskając usta w twardym
grymasie.
-?Czy w pobliżu jest jakiś hotel? Pensjonat, cokolwiek? -?zapytałem, gdy
barmanka zaczęła nalewać piwo do szklanki.
Pokręciła głową.
-?W tej okolicy nic nie ma. Kiedyś coś było, ale teraz nie jesteśmy
nastawieni na turystów.
-?Stella nie ma męża. Zgodzi się cię przenocować, jak grzecznie
poprosisz, prawda, Stell? -?spytał z lubieżnym uśmiechem dryblas. -?Ale
ma tylko jedno łóżko, więc będziecie się musieli zmieścić.
Zarechotał ubawiony własnym żartem. Nikt inny się nie roześmiał z wyjątkiem jednego z nastolatków siedzących w pobliżu.
-?Uważaj, co mówisz, Vic, bo następne piwo wyląduje na twoim łbie. -
Barmanka rzuciła mu gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do mnie: -
W sumie to nie powinnam, ale jak pan chce, to mogę podać kanapkę i nastawić czajnik. Dobrze coś przekąsić.
-?Sam chętnie wtranżolę kanapkę -?wtrącił dryblas, głaszcząc się dłonią
po wydatnym brzuchu.
-?To sobie zrób, bo ja ci nie zrobię -?odparła kobieta. -?Poza tym
powinieneś trochę schudnąć. -?Postawiła szklankę z piwem i spojrzała na
mnie, unosząc brew. -?Ser pasuje? Oby, bo nic więcej nie mam.
-?Dziękuję, kanapka z serem byłaby świetna -?powiedziałem. Wskazałem
plamy na swojej kurtce. -?Ma pani coś, czym mógłbym się wytrzeć?
Musiałem pomóc owcy, bo wpadła do kratownicy na drodze.
Dryblas uśmiechnął się złośliwie.
-?Takie masz wytłumaczenie, co?
Szturchnął łokciem smutnego mężczyznę, którego uśmiech przypominał teraz
grymas bólu. Barmanka westchnęła zmęczona.
-?Jezu, dałbyś spokój, Vic. -?Podała mi rozdartą ściereczkę ze zlewu za
barem. -?W męskiej toalecie są papierowe ręczniki. Szmatkę może pan
wyrzucić do kosza, jak pan skończy.
Toaleta była nieogrzewana i skromnie urządzona, za to nieskazitelnie
czysta. Starłem z kurtki tyle błota, ile się dało, potem osuszyłem się
papierowymi ręcznikami i wróciłem do sali. Znów rozległy się stłumione
rozmowy, ale trzask ognia wciąż zagłuszał wszystkie odgłosy w pomieszczeniu. Dryblas dalej rzucał lotkami w tarczę, wystawiając stopę
znacznie poza linię zaznaczoną na podłodze. Kobieta o ostrych rysach
twarzy, która dotąd siedziała ze starym mężczyzną, podeszła do stolika
nastolatków. Wydawała się drobna i niewysoka, gdy stanęła nad
chłopakiem, który zarechotał z żartu dryblasa. Teraz odechciało mu się
śmiać. Siedział zgarbiony i nadęty, a jego koledzy mieli zakłopotane
miny, bo kobieta beształa go cicho, ale nieprzejednanie.
-?...z dziadkiem, skoro są jego urodziny, a nie z kumplami...
-?Ale ciociu...
-?Nie sprzeczaj się ze mną, bo...
Urwała, gdy przechodziłem obok. Nastolatek spojrzał na mnie ponuro. Miał
te same ostre rysy co ona, choć skutkiem nieznanego genetycznego kaprysu
to, co u niej sprawiało wrażenie elfiej eteryczności, u niego wyglądało
na przebiegłość i skłonność do buntu. Kobieta zaczekała, aż ich
wyminąłem, po czym ciągnęła ściszonym głosem, żebym nie mógł usłyszeć
słów. Jej reprymenda najwyraźniej poskutkowała -?krzesło zgrzytnęło o podłogę, a wściekły nastolatek wstał, podszedł do drugiego stolika i zajął miejsce tuż obok starca.
Ruszyłem w głąb sali. Wybrałem wolny stolik, powiesiłem mokrą kurtkę na
oparciu krzesła, żeby wyschła, następnie wyjąłem laptopa z torby i go
otworzyłem. Zamierzałem jeszcze raz przejrzeć przysłany mi plik
zawierający informacje o policyjnej akcji poszukiwawczej w Carlisle, ale
nie zdążyłem. Laptop ledwie odpalił, gdy dryblas przymaszerował do
mojego stolika i podsunął sobie krzesło naprzeciwko.
Jęknąłem w duchu, bo usiadł z hukiem, rozkraczając umięśnione nogi i wystawiając przed siebie piwny brzuch. Szklanka wyglądała jak kieliszek
w jego pokrytym odciskami łapsku.
-?A to po co to? -?spytał z wilczym uśmiechem, ruchem głowy wskazując
mojego laptopa. -?Klepanie na komputerku? Nie złapiesz tu wi-fi, kolego.
Nie ma też zasięgu w telefonach.
-?Nie szkodzi.
Nie zamierzałem łączyć się z internetem. Praca, którą wykonywałem, była
zbyt poufna, aby dotyczące jej informacje powierzać niezabezpieczonej
sieci. Czekałem z otwartym laptopem, mając nadzieję, że dryblas wykaże
się taktem. Niestety rozparł się wygodniej na krześle.
-?Żartowałem sobie wcześniej. Trzeba się czasem rozweselić, co nie? -
Jego uśmiech nie dotarł do małych oczu. -?Słyszałem, że jesteś z Londynu. Spotkałeś kiedyś króla?
-?Raz czy dwa. -?Poczułem małą satysfakcję, kiedy uśmiech spłynął z jego
ust. -?Żartuję.
-?Dobre. -?Wesołość powróciła na twarz, ale oczy patrzyły złośliwie i zaraz pożałowałem swojej drwiny. Przysunął się bliżej na krześle, aż
nasze nogi prawie się stykały. -?Więc po co jedziesz do Carlisle?
Zamknąłem laptopa, z trudem powstrzymując się od westchnienia.
-?Jadę do pracy.
-?A czym się zajmujesz? Czekaj, zgadnę. Jesteś poeta. Nie, weterynarz.
Dlatego lubisz owce.
-?Jestem lekarzem.
To była prawda, przynajmniej w pewnym sensie. Ukończyłem bowiem studia
medyczne, a w trudnym okresie życia pracowałem nawet jako lekarz
rodzinny. Nie odrywając ode mnie wzroku, mój nowy znajomek łyknął piwa,
przepłukał nim usta i połknął je głośno.
-?Lekarzem. -?Wydawał się rozczarowany, jakby liczył na coś lepszego. -
Założę się, że trzeba mieć niezłe kwalifikacje, żeby być lekarzem.
-?Niby tak.
-?Kwalifikacje kwalifikacjami, a i tak się zgubiłeś, co nie? -?Jego
uśmiech kojarzył mi się z psem, który merda ogonem i jednocześnie
szczerzy kły. -?Moje jedyne kwalifikacje to prawo jazdy. Widziałeś tę
plantację świerków po drodze? Te wszystkie kurewskie wielkie, spiczaste
drzewa? Tam pracuję. Kiedyś ścinałem te dranie, a teraz je wożę. Wożę
pieprzone drzewa jak taksówkarz ludzi.
Odchylił głowę do tyłu i roześmiał się, opryskując mnie śliną i owiewając piwnym oddechem. W pubie znów zapadła cisza. Zza stolika obok
kominka patrzył na nas starzec -?miał kamienny wyraz twarzy, a jego
surowe rysy były zastygłe jak oblicze posągu z Wyspy Wielkanocnej.
Pozostali rzucali mu nerwowe spojrzenia, ale dryblas był zbyt zajęty
sobą, by to zauważyć.
-?Lubisz drzewa? -?spytał, pochylając się do przodu. Poliki miał
zarumienione od alkoholu, a w jego spojrzeniu było coś, co kazało
sądzić, że moja odpowiedź nie ma najmniejszego znaczenia.
-?Chyba tak.
-?W takim razie spodoba ci się tutaj. Może to kompletne zadupie, ale
pieprzonych drzew mamy pod dostatkiem. Chcesz usłyszeć dowcip? Wiesz,
dlaczego droga się tu kończy? Bo kiedy Bóg stworzył Eden...
-?Tylko bez bluźnierstw!
Głos starca zagrzmiał bardzo donośnie -?chrapliwy wrzask nie pasował do
kruchej postaci. Poczułem, jakby przestrzeń w pubie przeszył nagle prąd.
Dryblas wybałuszył oczy, poruszając bezradnie ustami. Sprawiał wrażenie
człowieka, który został siarczyście spoliczkowany.
-?Przepraszam, Wynn, nie chciałem...
-?Nie pozwolę, żeby imię Boże przywoływać na próżno! Nie w moim pubie!
Drobna kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.
-?Już dobrze, tato, nie denerwuj się...
-?A ty mi nie mów, co mam robić! -?warknął, strząsając jej rękę.
Córka zacisnęła usta i posłusznie cofnęła dłoń. Obok niej stał niski,
smutny mężczyzna o imieniu Eddie, który, jak sądziłem, był jej mężem.
Wyglądał, jakby pragnął stać się jeszcze mniejszy. Nikt nie powiedział
ani słowa, gdy starzec spojrzał gniewnie w stronę dryblasa.
-?To jest kraina Pana Boga! -?Wyjął fajkę z ust i dla emfazy zaczął nią
dźgać powietrze. -?Słyszysz mnie? Kraina samego Boga!
-?Wiem, nie chciałem... -?Dryblas pokiwał głową, a podbródek drżał mu jak
dziecku powstrzymującemu łzy. -?Masz rację, Wynn. Kraina Boga.
Kiedy się zjawiłem, w pubie zapanowała głęboka cisza. Teraz jednak
ogólne milczenie podszyte było napięciem. Wydawało się, że tylko zrugany
wcześniej nastolatek nic sobie z tego nie robi. Siedział spokojnie,
próbując ukryć uśmieszek za szklanką, a w jego oczach pobłyskiwała
maniakalna radość.
Nagle otworzyły się drzwi za barem i ukazał się wysoki mężczyzna z ogoloną głową, wycierający ręce brudnym ręcznikiem. Był z pewnością po
pięćdziesiątce i miał w sobie coś z boksera -?surową, masywną posturę i nos, który niegdyś został złamany i źle nastawiony, co nadawało jego
twarzy asymetryczny wygląd. Podobieństwo do starca nie ulegało
najmniejszej wątpliwości -?ci dwaj jakby byli odlani z tej samej formy:
szerokie ramiona, mocna budowa ciała i rysy twarzy, które naturalnie
układały się w ponury grymas. Z pewnością ojciec i syn, jednak nowo
przybyły, choć postawny, w odróżnieniu od starca nie roztaczał aury
niekwestionowanego autorytetu. Przypominało to patrzenie na dwie wersje
tej samej osoby -?na oryginał i niedoskonałą kopię.
-?Zatkałem najgorszy wyciek w życiu, ale woda ciągle wybija przez kratkę
-?oznajmił, rzucając ręcznik za bar. Nawet jego głos był łagodniejszą
wersją powarkiwań starszego mężczyzny. -?Jutro jeszcze raz się temu
przyjrzę, ale...
Urwał, bo nagle wyczuł napiętą atmosferę. Rozejrzał się, na chwilę
zatrzymując wzrok na mnie, po czym pobiegł spojrzeniem dalej, omijając
Eddiego, jakby go w ogóle nie było.
-?Co się dzieje?
-?Vic właśnie opowiadał nam dowcip -?odparła córka starca. -?Prawda,
Vic?
Dryblas był czerwony jak burak, lecz nie należało składać tego wyłącznie
na karb alkoholu.
-?Po prostu się zgrywałem. Znasz mnie, Alun.
"Znam" -?sugerowało spojrzenie, które rzucił mu mężczyzna z ogoloną
głową.
-?Zastąpić cię? -?zwrócił się do barmanki, która z niepokojem
obserwowała sytuację zza kontuaru.
Uśmiechnęła się do niego.
-?Nie, nie ma potrzeby. Idź, usiądź z rodziną.
-?Na pewno? -?Najwyraźniej nie spodobał mu się ten pomysł.
-?Na pewno. Właśnie miałam zrobić kanapkę temu panu. -?Wskazała mnie
skinieniem głowy. -?Mogę zrobić więcej, jak twój tata ma ochotę coś
przegryźć.
-?Nie zawracaj sobie głowy -?wychrypiał starzec, ponownie wkładając
fajkę do ust. -?Idę na górę.
Sięgnął po dwie laski oparte o stół i z trudem dźwignął się z krzesła.
Jego córka zrobiła ruch, jakby chciała mu pomóc.
-?Czekaj, pozwól mi...
-?Poradzę sobie. Nie jestem kaleka.
-?Chciałam tylko...
-?Mówię, że dam sobie radę!
Zaciskając usta, kobieta usiadła zrezygnowana, a starzec z trudem
podniósł się na nogi. Psy również wstały, ziewając i przeciągając się
leniwie. Były to lurchery przypominające szorstkowłose charty. Podążyły
za starcem, stukając pazurami o kamienne płyty. Mężczyzna wyszedł,
żegnany chórem wyszeptanych "dobranoc".
Gdy drzwi się za nim zamknęły, jego nastoletni wnuk zaczął śpiewać pod
nosem:
-?Sto lat, sto lat...
-?Przestań -?warknął mężczyzna ogolony na łyso.
-?Rany, tato, ja tylko...
-?Nie będę się powtarzał.
Chłopak ucichł, ale na twarzy wciąż miał przebiegły uśmiech. Kiedy
rozmowy rozbrzmiały na nowo, dryblas odsunął się na krześle i wstał.
Rzucając mi na odchodnym pogardliwe spojrzenie, podszedł do stolika,
przy którym grupka mężczyzn grała w domino. Chciałem popracować na
laptopie, ale teraz zrezygnowałem. Schowałem komputer do torby, gotowy
szybko się ulotnić, gdyby zaszła potrzeba. Odtąd nikt już mi się nie
naprzykrzał, niemniej poczułem ulgę, gdy barmanka pojawiła się ponownie,
niosąc kubek parującej kawy i talerz starannie przyrządzonych kanapek.
-?Mam nadzieję, że polubi pan nasze marynaty -?powiedziała, stawiając
poczęstunek na stole.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, zobaczyłem, że burza się wzmogła. Padał
teraz deszcz ze śniegiem, a nad głową szyld pubu kołysał się tak
gwałtownie, że groził zerwaniem się z łańcuchów. Gdy ruszyłem biegiem do
auta, błyskawica rozjaśniła niebo nad latarniami. Kanapka i gorąca kawa
poprawiły mi nastrój, ale zapragnąłem wyjść z pubu i poszukać miejsca na
noc. Dryblas miał w sobie coś złowrogiego, a kolejne piwo na pewno by go
dodatkowo rozzuchwaliło. Uznałem, że lepiej spać w bardziej zacisznym
miejscu.
Nacisnąłem przycisk na pilocie, żeby otworzyć samochód, lecz nagle z tyłu dobiegł mnie krzyk:
-?Zaczekaj no!
Stęknąłem w duchu, bo rozpoznałem potężną postać pędzącą w moim kierunku
z pubu. Dryblas włożył żółtą kamizelkę odblaskową, a pod kapturem
widniała zaczerwieniona twarz pokryta kroplami deszczu.
-?Okropna noc, co? -?Uśmiechnął się do mnie przypochlebnie, ocierając
deszczówkę z policzków. -?Słyszałem, że potrzebujesz noclegu. Niedaleko
stąd jest jedno miejsce.
Jego nagła troska wydała mi się podejrzana.
-?Podobno tu nic nie ma -?odparłem.
-?Tak między nami mówiąc, to Stella nie przepada za właścicielami
pensjonatów. Pewnikiem dlatego nic nie powiedziała. Czasami trochę
dziwnie się zachowuje, wiesz, jak to jest z babeczkami w tym wieku.
Pewnikiem przechodzi menopauzę. -?Odwrócił się, jakby jego słowa
wyjaśniały wszystko, i wskazał drogę. -?Wyjedziesz z miasteczka, na
skrzyżowaniu dalej prosto, potem drogą pod górę. Robi się tam trochę
wąsko, ale jakiś kilometr później dojedziesz do zawrotki i hotelu. Na
pewno trafisz.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Za ostatnimi światłami miasteczka
panowały egipskie ciemności.
-?Podobno ta droga donikąd nie prowadzi.
-?Nie prowadzi donikąd z wyjątkiem hotelu. Tam jest koniec drogi. Koniec
trasy. -?Woda kapała mu z zarostu, gdy uśmiechnął się znowu jak wilk. -
Pamiętaj, coby im powiedzieć, że Vic cię przysłał.
Z trudem zachowując powagę, pognał z powrotem do pubu. Odprowadziłem go
spojrzeniem, zastanawiając się, czy naprawdę jest tak kiepskim kłamcą,
jak sprawiał wrażenie. Facet najwyraźniej chciał mi zrobić kawał. Ani na
moment nie uwierzyłem, że we wskazanej okolicy stoi hotel, ale przecież
i tak musiałem znaleźć dogodne ustronie na postój. Jeśli nawet dryblas
wysłał mnie na pustkowie, to zaciszna, ślepa droga byłaby równie dobrym
miejscem na nocleg w aucie jak każde inne.
Ruszyłem przez miasteczko, a wycieraczki dzielnie zgarniały deszcz i śnieg z przedniej szyby. Zabudowania można było policzyć na palcach
jednej ręki. Nieco dalej skończyły się latarnie i znów jechałem w ciemności. Minąłem kilka ostatnich domów z oknami rozjaśnionymi ciepłym
światłem, po czym zostawiłem Edendale w tyle. Dotarłem do małego
skrzyżowania i ruszyłem prosto drogą pnącą się pod górę. Wkrótce zwęziła
się do obrośniętej po obu stronach jednopasmówki, a gałęzie i martwe
łodygi zarośli szeleściły po bokach auta. Skrzywiłem się, bo coś
poskrobało karoserię; przypominało to drapanie paznokciami po szkolnej
tablicy. Teraz zrozumiałem, na czym polegał żart dryblasa. Nie
oczekiwałem, że znajdę jakikolwiek hotel, ale chodziło o to, że było za
wąsko, bym mógł zawrócić. Z pewnością utknąłbym na dobre, wykonując taki
manewr w ciemności.
Musiałem brnąć dalej.
Byłem wściekły na siebie za to, że dałem się nabrać na dziecinny żart.
Nachyliłem się, by przebić wzrokiem zasłonę w postaci padającego deszczu
i śniegu, oczekując, że wiejska droga zaraz się skończy lub będzie
zatarasowana, co uniemożliwi mi dalszą jazdę. Zastanawiałem się, czy nie
powinienem się po prostu zatrzymać i poczekać na świt, lecz nagle coś
się ukazało w blasku reflektorów.
W połowie przesłonięte drzewami stały dwa pochyłe kamienne słupki
bramne. Wznosiły się po obu stronach nieoświetlonego podjazdu, który
rozwierał się między nimi jak mroczna paszcza. Do jednego z nich
przytwierdzono stary szyld.
"Hillside House Hotel & Spa".
Zwolniłem i zatrzymałem samochód. No proszę, a więc dryblas nie kłamał,
a przynajmniej nie w stu procentach. Tutaj naprawdę stał hotel!
Problem w tym, że był zamknięty.
Bardzo zabawne. Przekomiczne. Zakląłem cicho, do długiej listy złych
decyzji podjętych tego dnia dodając kolejną. Mimo wszystko miejsce to
mogło okazać się lepsze na nocny postój niż jakiekolwiek inne. Uznałem,
że w najgorszym razie zawrócę na podjeździe i odjadę.
Sunąc ostrożnie do przodu, minąłem bramę i wjechałem na teren hotelu. W świetle reflektorów dostrzegłem ociekające wodą wysokie krzewy o grubych, zamszowych liściach -?wawrzyny albo rododendrony. Porastały
gęsto teren po obu stronach, ograniczając widok, gdy ruszyłem stromym
podjazdem. Wydawało się, że podjazd ciągnie się w nieskończoność, wijąc
się wśród krzaków, aż nagle reflektory oświetliły duży budynek. W oknach
było ciemno, a ogromne drewniane drzwi, osadzone w ozdobnym rzeźbionym
portyku, wyglądały, jakby nie otwierano ich od dawna. Wysokie kamienne
mury, poczerniałe od deszczu, zwieńczone były wieżyczkami i iglicami, co
nadawało całości wygląd podrabianego szkockiego zamku.
Opuszczonego podrabianego szkockiego zamku.
Opony zachrzęściły na spękanym asfalcie, gdy wcisnąłem hamulec, żeby
zatrzymać się przed budynkiem. Liczyłem na ciepły posiłek i wygodne
łóżko. Czekała mnie natomiast zimna noc przed opuszczonym hotelem
pośrodku pustkowia. Bosko, w tych warunkach na pewno znakomicie
wypocząłbym przed jutrem, które zapowiadało się jako bardzo wymagający
dzień. Zgasiłem silnik i reflektory i siedziałem w ciemnościach,
próbując zebrać siły, by sięgnąć po laptopa leżącego na tylnym
siedzeniu.
Oślepiające światło rozjaśniło ciemność.
W pierwszej chwili pomyślałem, że uderzył piorun, ale rozbłysk trwał.
Coś świeciło równomiernie, rozpraszając cienie przed hotelem. Zdałem
sobie sprawę, że to nie było wyładowanie atmosferyczne.
Reflektory dachowe.
Coś uderzyło w szybę auta i aż podskoczyłem, bo ujrzałem sylwetkę
stojącą na zewnątrz. Był to mężczyzna, którego nadejścia nie zauważyłem
z powodu burzy. Twarz zasłaniał kaptur kurtki, ale nie dlatego zamarłem
ze strachu.
Za szybą zobaczyłem wymierzoną we mnie dubeltówkę.
Rozdział 3
Woda spływała po lufach, kapała z dwóch czarnych otworów. Strzelba była
wycelowana lekko w bok, nie wprost we mnie, ale trzymana w sposób
jednoznaczny. Spojrzałem na mężczyznę, który ściskał ją w dłoniach. Pod
kapturem czarnej kurtki widziałem tylko zaciśnięte usta otoczone gęstą
brodą. Wymownym ruchem dubeltówki nieznajomy nakazał mi otworzyć okno w aucie. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, choć zroszona deszczem
szyba stanowiła marne zabezpieczenie przed ewentualnym strzałem.
Nie pozostawiono mi jednak wyboru. Szyba osunęła się z piskiem,
wpuszczając do ciepłego wnętrza podmuch lodowatego wiatru i deszczu.
Zatrzymałem ją w połowie, wciąż patrząc na mężczyznę stojącego tuż obok.
Spod kaptura spoglądała na mnie para wrogich oczu. Były uderzająco jasne
na tle ciemnej brody, jak ślepia husky.
-?Co tu robisz?
Starałem się zachowywać, jakby to była zwykła rozmowa.
-?Szukam miejsca na nocleg -?odparłem. -?Powiedziano mi, że tu jest
hotel.
-?Bzdura. Kto ci powiedział?
-?Jeden facet w pubie. Pewnie uznał to za świetny żart. Przepraszam za
najście w takim razie.
Chciałem zamknąć okno, ale mężczyzna zrobił krok do przodu.
-?Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem.
Przysunął bliżej strzelbę w reakcji na moje zachowanie. Natychmiast
zrezygnowałem z zamknięcia okna. Po krótkim wahaniu przeniosłem wzrok z broni na jej właściciela.
-?Mógłby pan celować gdzieś indziej? -?spytałem.
Byłem zaskoczony własnym opanowaniem. Mężczyzna spojrzał na dubeltówkę,
jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że trzyma ją w dłoniach. Po chwili
opuścił broń.
-?Ciągle mi nie powiedziałeś...
-?Jon!
Po spękanym asfalcie biegła w naszym kierunku nieznajoma kobieta. Też
miała na sobie kurtkę, którą przyciskała do piersi w obronie przed
zacinającym deszczem i śniegiem.
-?Co się dzieje? -?spytała.
W jej głosie złowiłem charakterystyczne dla Lancashire spłaszczone
samogłoski. Była wysoka i miała ciemną karnację. Z groźną miną stanęła
wprost przed mężczyzną.
-?Próbuję się dowiedzieć, co on tu robi -?odparł mężczyzna. Starał się
okazać stanowczość, ale w jego głosie zabrzmiała asekurancka nuta.
-?Och, na litość boską! -?Rozgniewana kobieta wskazała strzelbę. -?A co
robisz z tą cholerną flintą?
-?Przecież nie jest naładowana -?mruknął, kierując lufę do ziemi.
-?A on oczywiście o tym wie, prawda? -?Odwróciła się do mnie. -?Bardzo
pana przepraszam. Proszę wybaczyć mężowi. Mieliśmy kłopoty z kłusownikami, więc jesteśmy trochę... przewrażliwieni na punkcie
bezpieczeństwa.
Trochę? Niezależnie od ich problemów chciałem po prostu jak
najszybciej zakończyć tę rozmowę i odjechać.
-?Przepraszam za najście -?powiedziałem. -?Nie miałem pojęcia, że hotel
jest zamknięty. Ktoś w pubie wmówił mi, że znajdę tu pokój na noc.
-?Bzdura -?powtórzył mężczyzna.
-?Na imię ma Vic -?ciągnąłem, zwracając się wciąż do jego żony. -?Duży
facet po pięćdziesiątce. Chciał, bym przekazał, że to on mnie przysyła.
Oboje wymienili spojrzenia.
-?Pieprzony Hooley -?warknął mężczyzna. -?Jezu, któregoś dnia...
-?Jon!
Żona uciszyła go skutecznie, choć nadal miał mord w oczach. Wziąłem
głęboki oddech. Przez otwarte okno wciąż bębnił we mnie deszcz.
-?Hm, ja już lepiej sobie pojadę. Jeszcze raz przepraszam za
zamieszanie.
-?Zaraz, chwileczkę -?powiedziała szybko kobieta, bo chciałem zasunąć
szybę. Woda kapiąca z jej kaptura przypominała zasłonę z koralików. -
Dokąd pan jedzie?
-?Do Carlisle.
-?To za daleko, żeby jechać w nocy w takich warunkach. -?Urwała i odgarnęła kosmyk czarnych włosów, który deszcz przykleił jej do
policzka. -?Proszę posłuchać, to już nie jest hotel, ale mamy mnóstwo
wolnych pokoi...
-?Zaraz, moment! -?wtrącił się jej mąż.
-?Możemy pana przyjąć na noc -?ciągnęła, jakby go nie usłyszała. -?To
dla nas żaden kłopot.
-?Dziękuję, dam sobie radę.
Zmrużyła oczy pod naporem deszczu.
-?Źle bym się czuła, gdybym puściła pana w taką pogodę. Jazda w takich
warunkach jest naprawdę niebezpieczna.
-?Przecież słyszałaś, co powiedział -?nie dawał za wygraną mąż. -?Nie
chce zostać.
-?Dziwisz mu się? -?odwarknęła kobieta, po czym znów zwróciła się do
mnie: -?Proszę zostać. Przynajmniej tyle możemy dla pana zrobić.
Nie miałem na to najmniejszej ochoty. Jej mąż... Burza, nie burza, wolałem
zaryzykować dalszą jazdę. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, na niebie
trzasnęła błyskawica. Nie była to pojedyncza smuga, lecz rozgałęzione
wyładowanie, na tyle jasne, że przebiło się przez światło reflektorów na
dachu budynku. Reflektory zamigotały i zgasły, a noc rozdarł potężny
przenikliwy trzask, który poczułem w samochodzie.
-?Kiran na pewno się obudził -?powiedziała zaniepokojona kobieta,
spoglądając w stronę zaciemnionego hotelu. Ponownie zwróciła się do
mnie: -?Przepraszam, ale w domu śpi dziecko. Jeśli się obudzi, a nas nie
będzie, to się przestraszy. Wytłumacz panu, że musi zostać, Jon.
-?Co? Nisha, czekaj...
Lecz ona już biegła z powrotem do hotelu, znikając w ciemności.
Mąż wpatrywał się w jej plecy, a strzelba zwisała przy jego boku niczym
zapomniany rekwizyt. Westchnął.
-?Słuchaj pan... -?Wyglądało, jakby szukał właściwych słów, po czym dał za
wygraną. -?Ona ma rację, powinien pan zostać. To zła noc na jazdę
samochodem.
-?Dzięki, ale dam sobie radę.
-?Jak pan chce. -?Ruszył śladem żony. Skulony pod naporem deszczu
krzyknął do mnie przez ramię: -?Jak zmieni pan zdanie, to trzeba iść
dróżką na tył!
Zamknąłem okno, kiedy zniknął w mroku przed domem. Hm, zmienił
śpiewkę. Odczułem wyraźną ulgę, lecz po chwili wyparła ją niepewność. I pewna doza niedowierzania. Gdybym usłyszał o kimś, kto choć przez ułamek
sekundy zastanawiał się nad przyjęciem gościny u nieznajomego, który
przed chwilą groził mu strzelbą, uznałbym tego człowieka za niespełna
rozumu. Na własnej skórze przekonałem się, co może się stać, gdy ludzie
uważają, że śmierć i przemoc dotykają wyłącznie kogoś innego.
A jednak, co osobliwe, nie czułem żadnego zagrożenia. Szok wywołany
patrzeniem prosto w lufy dubeltówki wydawał się teraz odległy,
rozproszony przez jedno zdanie.
"W domu śpi dziecko".
Znów poczułem ulgę, choć być może było to nieracjonalne. Gdyby ci ludzie
naprawdę chcieli wyrządzić mi krzywdę, to przed chwilą mieli wymarzoną
okazję. Ponadto co było bardziej lekkomyślne? Skorzystanie z gościnności
u nieznajomych czy dalsza jazda -?w tych warunkach i pomimo zmęczenia?
Reflektory dachowe pogasły nagle, pogrążając wszystko w ciemności. Albo
gospodarze uznali nasze spotkanie za zakończone, albo światłami sterował
zegar. Tak czy owak, nie mogłem tam siedzieć całą noc. Ponownie
rozkwitła błyskawica, jakby niebo zapragnęło pomóc mi w podjęciu
decyzji, a sekundę później trzasnął piorun. Tkwiąc w aucie, pomyślałem o pogniecionym liście, który wypadł z kieszeni. I nagle się przełamałem.
Chwyciłem torbę z laptopem i kurtkę i pośpiesznie wysiadłem wprost w objęcia burzy.
Fotel zaskrzypiał, bo odchyliłem się do tyłu wpatrzony w zdjęcia na
ekranie laptopa. Na biurku stał kubek z wystygłą kawą -?nie tyle
zapomniany, ile raczej niechciany. Ekran ukazywał makabryczne sceny:
zwłoki ludzkie w rowie, sfotografowane z kilku perspektyw. Tożsamość
ofiary pozostawała zagadką, podobnie jak jej wiek, płeć i pochodzenie.
Zwłoki znajdowały się w stanie rozkładu, spuchnięte wskutek gazów
wytwarzanych przez bakterie, a płyny trawienne rozpuściły komórki i tkankę. Skóra pociemniała do barwy karmelu. Zaczęła się złuszczać jak
zużyty pergamin, zaś w otworach naturalnych i nienaturalnych roiły się
larwy muchówki, przypominające garście ryżu.
Na miejsce zdarzenia wezwał mnie wraz z policją i innymi służbami mój
dawny kolega. Stan fizyczny zwłok zdawał się zaprzeczać wynikom
laboratoryjnym, co doprowadziło do sporu na temat tego, kiedy nastąpił
zgon. Wiedziano, że zajmuję się podobnymi przypadkami, poproszono mnie
więc o dodatkową opinię.
Był to problem z rodzaju tych, którymi zazwyczaj się zajmowałem. Jako
antropolog sądowy specjalizowałem się w szczątkach ludzkich, konkretnie
w kościach. Jednak już na początku kariery zapragnąłem zrozumieć szersze
przemiany zachodzące w chwili zakończenia życia, procesy fizyczne, w wyniku których niegdyś żywa osoba, zdolna do miłości i snucia planów,
staje się zwapniałym reliktem. Zwykle z radością witałem okazję do
rozwikłania skomplikowanej sprawy.
Ale nie tym razem.
Nie mogłem zapomnieć ani na chwilę o wiadomości otrzymanej dzień
wcześniej. Czekała na mnie, gdy wróciłem z uniwersytetu -?leżała wśród
innych listów i ulotek na wyłożonej kafelkami podłodze za drzwiami
mojego mieszkania w Camden. Uśmiechnąłem się, bo rozpoznałem pismo, choć
byłem zaskoczony, że wysłała list, zamiast wybrać mail lub telefon.
Powody zrozumiałem, kiedy przeczytałem treść.
W nocy nie mogłem zmrużyć oka. Gdy rano udałem się do wydziału medycyny
sądowej, próbowałem odgonić myśli o liście, ale wciąż mnie dopadały i nie mogłem się skupić na ponurych obrazach wyświetlonych na ekranie
laptopa.
Ucieszyłem się, kiedy ktoś zadzwonił z nieznanego numeru, bo nadeszła
chwila wytchnienia. Natychmiast odebrałem.
-?Słucham, David Hunter.
W słuchawce odezwał się kobiecy głos:
-?Przepraszam, że tak znienacka, doktorze. Mówi sierżant Chaudry z policji w Kumbrii. Ma pan chwilę na rozmowę?
Odpowiedziałem, że tak.
-?Prowadzimy poszukiwania zwłok zaginionej osoby -?powiedziała Chaudry.
-?Szesnastoletni chłopak z Carlisle, zaginął pół roku temu. Uciekał
kilka razy z domu, więc z początku nikt się nie zaniepokoił. Ale
dostaliśmy cynk, że umarł z przedawkowania, a diler zakopał zwłoki na
opuszczonym terenie przemysłowym na obrzeżach Carlisle. Potrzebujemy
antropologa sądowego, aby zbadać sprawę, no i gorąco polecono nam
pańskie usługi.
Chciałem przyjąć tę propozycję współpracy, ale górę wziął pragmatyzm.
Kumbria leży przecież daleko od Londynu.
-?Nie ma nikogo w waszej okolicy? -?spytałem.
Kiedy zaczynałem karierę, antropolog sądowy wciąż był rzadko spotykanym
zjawiskiem. W ciągu wielu lat oddelegowywano mnie do śledztw w całej
Wielkiej Brytanii, ale ostatnio napływ nowych osób do mojej profesji
sprawił, że zazwyczaj wybierano antropologów z konkretnej okolicy.
Oczywiście dobra reputacja nie była bez znaczenia.
-?Nie znajdziemy nikogo w tak krótkim czasie -?odparła Chaudry. -?Poza
tym nadinspektor Perry, szefowa wydziału śledczego, współpracowała z panem już wcześniej. W Grampianach, zanim przeniesiono ją do nas. Była
wtedy szeregową funkcjonariuszką, więc uważa, że pewnie pan jej nie
pamięta.
Owszem, nie pamiętałem. Przypomniałem sobie udział w akcji policyjnej w górach środkowej Szkocji, ale nie mogłem skojarzyć nikogo o nazwisku
Perry. Szczerze mówiąc, było to dawno temu. Bardzo dawno temu, jeśli
zwykła policjantka awansowała do rangi nadinspektora.
-?Kiedy miałbym przyjechać? -?spytałem, walcząc z nagłą świadomością
upływu czasu.
-?Odprawę zaplanowano na jutro po południu, więc nie musi się pan
bardzo śpieszyć. Jeśli nie chce pan jechać samochodem, to są
bezpośrednie połączenia pociągiem z Londynu.
Byłaby to długa podróż, jakiej nie odbywałem od lat. Pomyślałem o tym,
że przez cztery godziny będę siedział w pociągu nękany uporczywymi
myślami o...
-?Dobrze, przyjadę.
Otworzyłem gwałtownie oczy. Przez chwilę nie miałem pojęcia, gdzie się
znajduję. Siedziałem wyprostowany w obcym pomieszczeniu, a nie w swoim
gabinecie na uczelni. Kuchnia, lecz jakbym widział ją po raz pierwszy.
Zaraz potem pamięć wróciła i wszystko sobie przypomniałem.
Byłem w hotelu. W Hillside House.
Rozmasowałem sztywny kark, tymczasem pamięć podrzucała obrazy. W rozświetlonej kuchni, wypełnionej obfitym aromatem domowej zapiekanki,
było tak ciepło, że aż zakręciło mi się w głowie. Dokoła ciągnęło się
duże pomieszczenie pełniące zarazem funkcję jadalni i salonu. W jednej
części zobaczyłem wysiedzianą kanapę i fotele ustawione przed wyłączonym
telewizorem, a w drugiej znajdowała się kuchnia ze starym stołem, przy
którym tkwiłem. Wyposażeniem był miszmasz przestarzałych urządzeń i pokrytych laminatem szafek z lat siedemdziesiątych oraz opalany drewnem
piec kuchenny, który wyglądał na jeszcze większy zabytek. W jednym
kącie, na starej ławce szkolnej przerobionej na biurko, ustawiono dwa
duże monitory komputerowe, silnie kontrastujące z całym wystrojem. Przed
biurkiem wartę trzymało kuchenne krzesło z prostym oparciem, a na jego
siedzisku leżała ogromna poduszka, wyraz dbałości o komfort.
Nie zobaczyłem nikogo.
Z samochodu do domu dotarłem prawie w całkowitym mroku, bo reflektory
dachowe zgasły na dobre. Zarzuciłem sobie na ramię torbę z rzeczami
spakowanymi na pobyt w Carlisle i korzystając z latarki w telefonie,
ruszyłem we wciąż padającym deszczu ze śniegiem. Rozmokła żwirowa
ścieżka biegła na tyły hotelu. Musiałem przecisnąć się obok samochodu
zaparkowanego z boku, widocznego tylko jako ciemny zarys. Górujące
kamienne mury z jednej strony i rozkołysane krzaki z drugiej zasłaniały
prawie całe otoczenie. Światło telefonu ukazało w przelocie coś, co
wyglądało na zaniedbany warzywnik. Nagie gałęzie drzew owocowych
podrygiwały na wietrze jak ramiona kościotrupa. Dalej rozciągała się
bezkresna czerń.
Ścieżka prowadziła do parterowej dobudówki. Blask wylewający się zza
zasłonek w oknach był jak latarnia morska, ale kiedy dotarłem do drzwi,
przeżyłem chwilę wahania. Zastygłem przy matowej szybie. Wiatr szarpał
moją kurtką, a deszcz bębnił w kaptur.
Na pewno chcę tam wejść?
Odpowiedź była przecząca, ale i tak wydawało się to najlepszym wyjściem
z sytuacji. Zapukałem i po kilku sekundach drzwi się otworzyły.
Mężczyzna skinął głową, cofając się, by mnie przepuścić.
-?Proszę wejść.
Tonem głosu i postawą dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie jest
zadowolony z mojej wizyty. Lecz kiedy wślizgnąłem się do środka, a on
zamknął za mną drzwi, wynagrodził mi to szczery uśmiech jego żony.
-?Witam. Cieszę się, że zdecydował się pan zostać! Właśnie się
zastanawiałam, czy pan przyjdzie.
Delikatnie kołysała na rękach małe dziecko, prawie niemowlę. Dziecko się
ocknęło i skwaszone patrzyło teraz na mnie zapłakanymi ciemnymi oczkami.
Matka, z czarnymi włosami związanymi luźno z tyłu głowy, próbowała je
uspokoić.
-?Cichutko, ten miły pan jest naszym gościem.
Chłopczyk ukrył buzię w ramionach kobiety, z obojętnością przyjmując jej
słowa.
-?Mam nadzieję, że to nie ja go obudziłem -?powiedziałem.
-?Nie, to przez burzę. -?Uśmiechnęła się, dzięki czemu złagodniały
surowe rysy jej twarzy. -?Aha, jestem Nisha. A to Kiran.
-?David. David Hunter.
-?Przywitaj się z Davidem, Kiran. -?Próbowała nakłonić synka, żeby
podniósł główkę, ale on nie miał na to ochoty. -?Jest trochę marudny,
jak się nie wyśpi.
-?Jak my wszyscy -?mruknął jej mąż, przechodząc obok.
-?Przedstawiłeś się już czy byłeś zajęty? -?spytała Nisha cierpkim
tonem.
Zerknął na nią kwaśno, po czym niechętnie uniósł podbródek w moim
kierunku na znak powitania.
-?Jon Reese.
Bez kurtki wyglądał na młodszego mężczyznę, miał może trzydzieści pięć
lub trzydzieści osiem lat, do tego ziemistą, bladą cerę, jakby wysmaganą
wiatrem, a krótko przycięte włosy i niechlujna broda mieniły się na
kasztanowo. Był umięśniony i barczysty, aż pomyślałem, że nie
potrzebowałby strzelby, gdyby chciał mi zrobić krzywdę.
-?Dziękuję za gościnę -?powiedziałem, odkładając torbę. -?Nie miałem
ochoty spać w samochodzie, więc z miłą chęcią zapłacę za pokój.
-?Nie ma mowy! Chociaż tyle możemy zrobić po... -?Nisha wyglądała na
speszoną. -?No wiesz.
Miała na myśli wycelowaną we mnie strzelbę. Zauważyła, że zerknąłem na
broń, opartą teraz o ścianę przy drzwiach.
-?Jon właśnie miał to schować -?powiedziała szybko. -?Prawda, Jon?
-?Najpierw musi obeschnąć.
-?Nie musi.
Mężczyzna w milczeniu włożył ponownie kurtkę i buty, po czym podniósł
strzelbę.
-?Zadowolona? -?spytał i ruszył na zewnątrz.
Drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.
Uśmiech jego żony nie zdołał zamaskować powstałego napięcia. Kobieta
odwróciła się do mnie, poprawiając synka na rękach.
-?Będziesz musiał zaczekać, aż przygotuję pokój, więc proszę usiąść.
Podać ci herbatę, kawę albo coś do jedzenia? Jak jesteś głodny, mamy
zapiekankę. Fasola i inne warzywa.
-?Dziękuję, zjadłem kanapkę i wypiłem coś gorącego w pubie.
Usiadłem przy kuchennym stole, starając się nie patrzeć na dwa monitory
komputerowe w kącie. Zauważyłem jednak, że na obu wyświetla się ten sam
obraz -?młody mężczyzna o nagim, wyrzeźbionym torsie ćwiczył na siłowni.
Dokoła kłębiła się rozmaita grafika i teksty.
-?To praca, nic szemranego -?zapewniła Nisha, podchodząc do biurka i przełączając monitory w tryb uśpienia. -?Projektuję stronę internetową
dla klubu fitness. Obiecałam, że będzie gotowa na jutro.
-?Nie chciałbym przeszkadzać...
-?Nie ma problemu, i tak miałam zrobić sobie przerwę. Dokończę rano. -
Uśmiechnęła się, bo malec zaczął głaskać ją po twarzy pulchną rączką.
Zamarkowała, że chce go ugryźć, więc roześmiał się zaraźliwie. -?Lepiej
położę tego małego potworka do łóżka, a potem przygotuję ci pokój.
Rozgość się.
Owszem, rozgościłem się, i to bardziej, niż zamierzałem. Wielki stary
piec wydzielał ogromne ilości ciepła i w końcu przysnąłem w przytulnej
atmosferze. Gdy się ocknąłem i spojrzałem na zegarek, okazało się, że
przedrzemałem ponad dziesięć minut. Przetarłem twarz, zadowolony, że
nikt mnie nie przyłapał na spaniu. Jon wciąż nie wrócił, ale kiedy
zastanawiałem się, gdzie się podziewa, drzwi się otworzyły nagle i do
kuchni wróciła Nisha.
-?Mojego męża nie ma? -?spytała, rozglądając się dokoła.
-?Nie, nie widziałem go.
Przez jej twarz przebiegł cień niepokoju lub irytacji, ale szybko się
opanowała.
-?Pewnie coś go zatrzymało w warsztacie.
Starała się przybrać swobodny ton, lecz w jej głosie wyczułem napięcie.
Zastanawiałem się, czy dopadły ją spóźnione żale, że wpuściła
nieznajomego do domu. Jednak jej uśmiech wydawał się naprawdę serdeczny,
kiedy stanęła w progu, przytrzymując drzwi.
-?Zaprowadzę cię do pokoju, dobrze?
Rozdział 4
Nisha poprowadziła mnie na koniec krótkiego korytarza. Weszła pierwsza,
przytrzymując drzwi. W łączniku dobudówki było chłodniej niż w przegrzanej kuchni, a nagły spadek temperatury sprawił, że poczułem się,
jakbym wszedł do wyziębionej kostnicy. Dotarliśmy do foyer starego
hotelu. Panowały tam wilgoć i stęchła woń charakterystyczna dla dawno
zamkniętych przybytków. Nad nami żyrandol ze świecami z plastiku
roztaczał mdły żółty blask, który ledwo oświetlał zakamarki dużej
przestrzeni pod wysokim sufitem. Podłogę pokrywał zużyty parkiet, a ściany wyłożono polakierowaną ciemną boazerią -?w efekcie poczułem się,
jakbyśmy byli zamknięci w gigantycznym pudełku. W miejscach, gdzie
dawniej wisiały tabliczki i szafki, pozostały wyblakłe prostokąty, a porysowana lada recepcyjna nosiła ślady otworów po wiertle. W głębi
zobaczyłem ponumerowane przegródki -?do każdej z nich przywieszony był
mosiężny kluczyk na małym haczyku.
Jakbym cofnął się w czasie do minionych dziesięcioleci zakonserwowanych
w formalinie. Moją uwagę pochłonęło jednak co innego.
Foyer było pełne martwych zwierząt.
Wypchane ptaki -?od sów i jastrzębi po rudziki i szczygły -?tłoczyły się
dokoła wespół z borsukami, lisami i jeleniem. Nad granitowym kominkiem
wisiał łeb rogacza, a obok stał niedźwiedź, szczerząc kły w groźnym
grymasie i unosząc przednie łapy uzbrojone w pazury.
Hm, nic dziwnego, że ludzie ci mieszkali w dobudówce.
-?Przepraszam za stan tego miejsca, ale rzadko tutaj zaglądamy -
powiedziała Nisha, rozglądając się po ogromnym foyer, jakby zjawiła się
w nim po raz pierwszy. Nie miała zachwyconej miny. -?To nie ja wybrałam
ten wystrój, żeby była jasność. Urocze, prawda?
Zerknąłem na stojącą obok szklaną gablotę, w której pustułka trzymała w szponach polną mysz.
-?No cóż, ktoś miał specyficzny gust -?stwierdziłem.
-?Ale dyplomata z ciebie. Jon ciągle powtarza, że damy to wszystko do
wyceny, ale jakoś nie możemy się zmusić. Prawdopodobnie są sporo warte,
jeśli ktoś lubi takie trofea. -?Wyraz jej twarzy nie pozostawiał
wątpliwości, że sama nie należy do tego gatunku ludzi. Chyba nawet się
wzdrygnęła. -?Twój pokój jest na pierwszym piętrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki