David Hunter (tom 7). Ogród kości - Simon Beckett

Reflow text when sidebars are open.
Kość przetrwa.
Podobnie jak cegły i zaprawa pozostałe po starym domu kość przetrwa życie, które niegdyś ją ożywiało. Trzyma się jeszcze długo po tym, gdy upływ czasu unicestwi resztę ciała -?skórę, tkankę, narządy, chrząstki i ścięgna. Szkielet obrośnięty dawniej tkanką miękką może przetrwać setki lat. W odpowiednich warunkach nawet dłużej. Na przykład gleby kwaśne na ogół sprzyjają zachowaniu tkanki miękkiej, za to szybciej rozkładają kości, natomiast gleby zasadowe oddziałują odwrotnie, spowalniając rozkład kości niemal w nieskończoność.
Ale nic nie trwa wiecznie. Kość w końcu też ulegnie rozpadowi, powracając nieuchronnie do postaci minerałów, z których się uformowała. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Do tego czasu jednak, pozostawiony w spokoju, szkielet trzyma się jako skamieniały relikt życia, które dawno dobiegło kresu.
Kość przetrwa.
Poczuł, że gałązka ugina się pod butem, bo przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Zatrzymał się. O tej porze roku las roił się od naturalnych pułapek, a mroźne wiatry i deszcze ogołacały drzewa z liści. Tego roku zima była nadzwyczaj dżdżysta, zamieniając ziemię w błoto pod kobiercem z igliwia, złamanym wilgotnym gałęziom i konarom nadając dużą sprężystość.
Gdy uniósł stopę, gałązka zatrzeszczała, ale nie pękła.
Niewiele brakowało. Zganił się w myśli, spuszczając wzrok, żeby przyjrzeć się ziemi przed sobą. Gogle noktowizyjne przeobraziły nocny las w monochromatyczny zielony świat, obcy i dziwaczny. Wstrzymał oddech, ogarniając spojrzeniem proste pnie drzew. Deszcz ustał, lecz z gałęzi wciąż kapała lodowata woda, bębniąc w kaptur i kurtkę. Nie usłyszała. Będzie stała spokojnie.
Stała.
Częściowo zasłonięta przez pień świerku ofiara zatrzymała się na brzegu strumienia, odprężona i całkowicie nieświadoma zagrożenia. Znów bezszelestnie wypuścił powietrze z płuc. Było zimno, pachniało gliną i żywicą. Powoli zrobił kolejny krok, ostrożnie stawiając stopę, jakby posuwał się po lodzie. Jeszcze kilka metrów i będzie w zasięgu. Cicho, cichutko.
Ubrany w ciemną kurtkę i spodnie pozostawał praktycznie niewidoczny. Nawet w dziennym świetle trudno byłoby go dostrzec, natomiast w taką bezksiężycową noc wydawał się ledwie zarysem w gęstwinie cieni.
Pod warunkiem że niczym się nie zdradzi.
Teraz znajdowała się prawie w zasięgu strzału. Oddychając powoli i równomiernie, zrobił kilka kolejnych kroków i przystanął, żeby sprawdzić ziemię pod stopami. Teren był nierówny, pokryty kamieniami i wijącymi się korzeniami pod warstwą opadłego igliwia. Jeden nieuważny krok nie tylko przekreśliłby wszystko, ale jeszcze mógłby skończyć się skręceniem kostki.
Przystanął po pokonaniu dwóch metrów. Stał nieruchomo, nie zważając na spadające srebrne krople wody, obserwując smukłą sylwetkę między drzewami, a zimny wiatr bezlitośnie szczypał go w twarz. Odległość wynosiła około trzydziestu metrów, a cel znajdował się tuż za pochyłym pniem. Nie będzie to łatwy strzał, lecz bał się podejść bliżej.
Wszystko zależało teraz od niego.
Powoli nałożył strzałę i uniósł łuk myśliwski. Naciągając oporną cięciwę, poczuł, że serce wali mu jak zwariowane. Całkowite skupienie - świat skurczył się, bo istniała tylko ofiara i napięty łuk. To właśnie uwielbiał najbardziej -?ostatnie chwile pełne możliwości. Teraz spokojnie. Tylko spokojnie.
Uniosła głowę. Spojrzała wprost na niego. Wypuścił strzałę.
Brzdęk -?który bardziej poczuł, niż usłyszał -?i strzała pomknęła w przestrzeń. Krzyk rozerwał ciszę, a po nim rozległ się odgłos upadającego ciała. Rzucił się do przodu, podążając ścieżką, którą chwilę wcześniej przebyła strzała. Trafił w cel, wiedział o tym, zanim dobiegł na miejsce. Łania zrobiła kilka chwiejnych kroków i padła na bok w strumieniu. Patrzyła brązowymi oczami, wybałuszonymi z bólu i dezorientacji, a jej chrapliwy oddech matowił powietrze. Z piersi wystawała strzała -?tkwiła głęboko i wciąż drżała. Zsunął się na brzeg przy pochyłym świerku. Poczucie triumfu już przygasło -?jak zwykle. Wyjął nóż, niebezpiecznie ostry, ząbkowany, żeby dokończyć dzieła. Łania wydała z siebie ostatnie, konwulsyjne tchnienie i znieruchomiała na zawsze.
Uleciało z niej wszelkie życie i piękno. Była stygnącym mięsem.
Umył nóż w rwącym strumieniu, a gogle noktowizyjne nadały krwi barwę sinej zieleni. Z tyłu woda wymyła błotnisty brzeg pod pochyłym świerkiem, odsłaniając jego korzenie. Były grube i splątane jak węże w gnieździe. Albo jak stos starych kości.
Ta myśl podziałała deprymująco. Zresztą bezpośrednio po polowaniu zawsze czuł się przybity. Najpierw euforia, potem zjazd emocjonalny. Znużony nagle całą sytuacją, wyprostował się, żeby unieść gogle i przetrzeć zmęczone oczy. Lecz zanim zdążył to zrobić, przez rozstęp w chmurach przedarł się srebrzysty sierp księżyca, rzucając ostrzejsze światło na obnażone korzenie świerku.
Cienie zatańczyły i nagle dostrzegł twarz spoglądającą na niego z kłębowiska pod pniem.
O kurwa!
Odskoczył do tyłu, ale potknął się o martwą łanię i wpadł do strumienia, wprost w objęcia lodowatej wody. Dźwigając się niezdarnie, w popłochu, spojrzał ponownie w tamto miejsce.
Twarz zniknęła. Pozostała tylko plątanina odsłoniętych korzeni na błotnistym brzegu. Przemoczony i przemarznięty do szpiku kości, uznał, że coś mu się przywidziało.
I wtedy obraz jakby się wyostrzył i znów ukazała się twarz.
Jezu Chryste...
Odrywając wzrok od niesamowitego oblicza, wyciągnął z potoku parujące truchło upolowanego zwierzęcia. Wykonując serię błyskawicznych ruchów, wyjął z torby uprząż i zapiął ją na małej łani. Z trudem dźwignął zdobycz na ramiona, potykając się wskutek pośpiechu, bo pragnął jak najszybciej zniknąć z tego lasu. Mimo to, wbrew sobie, przystanął i rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię.
Następnie, zgarbiony pod ciężarem łani, ruszył pośpiesznie w drogę powrotną.
Owca nie miała nóg.
Takie było pierwsze wrażenie, choć brak snu i padający deszcz ze śniegiem mogły mieć wpływ na mój ogląd rzeczywistości. W blasku reflektorów oczy zwierzęcia świeciły niesamowicie w głębi mroku rozsnutego przez zimową burzę. Wpatrywałem się w te ślepia zza uruchomionych wycieraczek, próbując pojąć, co widzę. Zwierzę znajdowało się na ziemi, ale nie leżało i nie widać było nóg. Ale wciąż żyło i najwyraźniej niczym się nie przejmowało.
Również tym, że tarasowało wąską drogę.
Podróż była wystarczająco uciążliwa i bez takich przygód. Późnym popołudniem wyjechałem z Londynu i ruszyłem do Carlisle, żeby w charakterze doradcy wziąć udział w poszukiwaniach zaginionej osoby w Kumbrii. Dostatecznie długo współpracowałem z policją jako konsultant kryminalistyczny, żeby przywyknąć do nagłych wyjazdów po całej Anglii, ale za te perypetie mogłem winić wyłącznie siebie. Odprawę przed akcją poszukiwawczą wyznaczono dopiero nazajutrz, więc nie było powodu do pośpiechu. Należało zaczekać do rana, pokonać trasę za dnia i przy lepszej pogodzie. Ale nie, w pięciusetkilometrową podróż wyruszyłem w szare zimowe popołudnie, ignorując alert burzowy.
Śpieszyłem się, gdyż chciałem zyskać na czasie. Zamierzałem szybko pokonać nieznaną trasę i zameldować się wieczorem w hotelu, żeby wypocząć przed kilkoma dniami wyczerpującej pracy. A przynajmniej tak sobie powtarzałem. Bo tak naprawdę w sprawie poszukiwań zadzwoniono do mnie w bardzo nieodpowiednim momencie. Byłem podenerwowany i niespokojny, wytrącony z równowagi przez wiadomość, którą otrzymałem tego dnia. Po odebraniu telefonu z prośbą o konsultację uchwyciłem się możliwości bezzwłocznego wyjazdu po prostu po to, by się czymś zająć.
Nie przemyślałem tego. Gdy szary zimowy dzień zaczął dogasać, pogoda gwałtownie się pogorszyła. Według kalendarza wiosna była tuż-tuż, lecz natura kierowała się własnym harmonogramem. Deszcz padał z impetem, zalewając nawierzchnię drogi i tworząc strumienie wody, zamieniając świat w kolaż rozmazanych plam świetlnych. Na północnym krańcu Parku Narodowego Krainy Jezior tempo jazdy na autostradzie spadło niemal do zera. Przez mokre szyby dostrzegłem migot niebieskich świateł sygnalizujących kraksę. Wyrwany z zamyślenia perspektywą ludzkiej tragedii w potrzasku pogiętego metalu czekałem z niecierpliwością, aż dowlokę się do pierwszego zjazdu, po czym odbiłem w bok.
Szybko zdałem sobie sprawę, że popełniłem błąd. Po kilku kilometrach postanowiłem wrócić na autostradę. Niestety, kierując się podpowiedziami nawigacji, zagłębiłem się w sieć wąskich wiejskich dróg, które z chwili na chwilę stawały się coraz bardziej strome i kręte. Dokoła panowała gęsta ciemność, nierozproszona żadnym światłem. Ekran nawigacji pociemniał do trybu nocnego, pokazując drogę jako wijącą się kreskę. Nie było żadnych punktów orientacyjnych -?sądząc po tym, jak szosa pięła się i opadała, najprawdopodobniej znajdowałem się w górach Kumbrii. Najprawdopodobniej, bo okoliczny krajobraz starannie skrywały mrok i burza.
Teraz lało już jak z cebra. W świetle reflektorów strugi deszczu przypominały srebrne nici, waląc w dach auta i zalewając przednią szybę jak olej pomimo wytężonej pracy wycieraczek. Jeszcze gorszy był wiatr, bo miotał samochodem jak zabawką i groził wyrwaniem mi kierownicy z rąk. Siedziałem zgarbiony na fotelu, wytężając wzrok, żeby dostrzec cokolwiek w ulewie, a droga wiła się i wiła bez końca. Cały mój świat skurczył się do tunelu wykrojonego w ciemności przez światła reflektorów, a podmuchy zacinającego deszczu wypełniały noc jednostajnym szumem. Wpatrywanie się w tę scenę było niebezpiecznie hipnotyzujące. Mogłem łatwo się rozkojarzyć, stracić panowanie...
Zamrugałem gwałtownie powiekami. Pobudka, ocknij się. Wyprostowałem plecy, chcąc zachować czujność, ale zmęczenie jazdą w takich warunkach dawało o sobie znać. Niechętnie pogodziłem się z tym, co od dawna było oczywiste: niemożliwe, żebym tego dnia dotarł do Carlisle. Nie w tych warunkach. Należało zrobić sobie przerwę, ale gdzie? Nie widziałem nawet pobocza.
Droga biegła wśród stromizn i drzew powyginanych przez wiatr. Postanowiłem zatrzymać się w pierwszej napotkanej wiosce lub w pubie, rzuciłem więc okiem na ekran nawigacji.
Pusto.
Nie, tylko nie to... Nie spuszczając wzroku z drogi, nacisnąłem przyciski nawigacji satelitarnej. Bez skutku. Ekran był podświetlony, ale poza kursorem w kształcie strzałki, oznaczającym mój samochód, nie pokazywał niczego. Nawet drogi. Nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję.
Słyszałem o zjawisku zwanym rain fade, polegającym na tym, że z powodu bardzo złych warunków atmosferycznych zanikają sygnały satelitarne. W tym GPS używany przez systemy nawigacyjne. Ale nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem.
Gratulacje. Teraz już wiesz, jak to jest.
Mój telefon spoczywał w uchwycie zestawu głośnomówiącego na desce rozdzielczej, ale wiedziałem, że w tej chwili jest bezużyteczny. Znajdowałem się na odludziu znanym z gór i dzikiej przyrody. Zakrawałoby na cud, gdyby w tej okolicy był zasięg. Szybkie spojrzenie na ekran potwierdziło moje obawy: brak pasków oznaczających sygnał. Poczułem wściekłość i frustrację. Od tygodni zamierzałem wymienić aparat na nowy model z funkcją nawigacji satelitarnej, ale nie miałem na to czasu. Teraz za późno. Nawet staroświecki atlas drogowy, trzymany w bagażniku, nie przydałby mi się na nic, dopóki nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie się znajduję. Walcząc z kolejnym podmuchem wiatru, spojrzałem wreszcie prawdzie w oczy: zgubiłem się.
Od dłuższego czasu droga pięła się pod górę, wijąc się wokół stromizny lub góry. Teraz się wyrównała. W rozmytym świetle reflektorów zobaczyłem, że po jednej stronie wznosi się wysoka ściana, a po drugiej ziemia opada pionowo. Nie było pobocza, a sama droga wydawała się nazbyt wąska, bym mógł się zatrzymać bez jej zablokowania. Nie wyobrażałem sobie, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach ruszył w trasę w taką pogodę, ale przy widoczności ograniczonej do kilku metrów wolałem nie ryzykować.
Szosa zaczęła opadać, niknąc w świetle reflektorów. Zwolniłem, bo zobaczyłem strumień błotnistej wody przetaczający się po asfalcie. Deszczówka spływała z jaru biegnącego powyżej, zamieniając szeroki odcinek jezdni w potok -?dopiero potem spadała po drugiej stronie. Wyglądało na to, że przepust pod nawierzchnią został zatkany lub nie nadążał z odprowadzaniem ogromnej ilości deszczówki. Przyhamowałem. Pewnego razu utknąłem autem w wodzie i nie miałem ochoty na powtórkę.
Strumień przecinający drogę wydawał się jednak dość płytki. Pomodliłem się w duchu i ruszyłem do przodu. Poczułem uderzenie z boku, gdyż woda naparła na koła, a samochód podskoczył, uderzając o kamienie i gruz zmyte ze zbocza.
W końcu przedarłem się na drugą stronę. Westchnąłem i trochę się rozluźniłem. Z przodu ukazał się ostry zakręt -?droga znikała za skalnym zboczem pociemniałym od deszczu. Pokonałem wiraż i natychmiast wcisnąłem hamulec, bo reflektory oświetliły coś dużego i jasnego, blokującego przejazd. Nastała chwila nieważkości, gdyż auto wpadło w poślizg, tracąc przyczepność, ślizgając się oponami w kierunku urwiska. Struchlały, myślałem przez moment, że runę w przepaść, ale nagle hamulce zadziałały i samochód gwałtownie się zatrzymał.
Siedziałem roztrzęsiony w fotelu, z dłońmi wciąż zaciśniętymi kurczowo na kierownicy, a deszcz bębnił o dach.
Patrzyła na mnie owca bez nóg.
Dopiero po sekundzie lub dwóch zdałem sobie sprawę, na co patrzę. Parsknąłem śmiechem, po części z niedowierzania, po części z poczucia ulgi. No nie, to jakiś żart... Owca miała nogi.
Tyle że utknęła nimi w kratownicy dla bydła.
Przetarłem oczy kłykciami, świadom, co muszę zrobić. Zwierzę nie mogło się uwolnić, a ja nie mogłem go tak zostawić. Nawet gdybym chciał to zrobić, nie było dość miejsca, żeby je wyminąć. Westchnąłem ponownie, odpiąłem pas bezpieczeństwa i sięgnąłem po kurtkę przeciwdeszczową leżącą na tylnym siedzeniu. Wtedy coś wypadło z wewnętrznej kieszeni na podłogę. Na widok prostokątnej jasnej koperty z moim nazwiskiem starannie napisanym znajomą ręką poczułem, jakbym zaliczył cios w brzuch. Podniosłem kopertę, włożyłem ją z powrotem do kieszeni i wysiadłem z samochodu.
Przenikliwy podmuch deszczu uderzył we mnie z impetem, grożąc wyrwaniem klamki z dłoni. Zatrzasnąłem drzwi, naciągnąłem kaptur na głowę i ruszyłem pośpiesznie do kratownicy. W świetle reflektorów dostrzegłem, że owca ugrzęzła wszystkimi czterema nogami w szczelinach między metalowymi prętami. Nie wydawała się ranna, bo nie zobaczyłem żadnych śladów krwi. Ani też zanadto przejęta swoim położeniem.
Mrugając gwałtownie w strugach deszczu, rozejrzałem się w nadziei, że dostrzegę światła pobliskiej farmy.
Lecz dokoła roztaczała się ciemna i pusta noc. Deszcz uderzył mnie w plecy, kiedy pochyliłem się nad owcą, próbując nie zważać na smród. Objąłem ją. Runo miała splątane i przemoczone, nadto okazała się ciężka, gdy spróbowałem ją podnieść. Kto by pomyślał, że owce ważą tak dużo, westchnąłem w duchu. Albo że aż tak cuchną.
Gdy uwolniłem zwierzę z kratownicy, zaczęło się rzucać i wierzgać nogami, co nie ułatwiało mi zadania. Posuwając się chwiejnym krokiem, zaniosłem owcę jak najdalej od drogi i postawiłem ją na ziemi. Otrząsnęła się, opryskując mnie wodą, a potem potruchtała przed siebie, nie oglądając się ani razu. Rozmasowałem sobie lędźwie i patrzyłem, jak znika w ciemności, poza zasięgiem reflektorów samochodu.
Nie ma za co.
Wracałem już do samochodu, gdy całe niebo rozjaśniło się nagle, jakby za widnokręgiem doszło do bezgłośnej eksplozji. W niesamowitej ciszy zamigotała błyskawica i wtedy po raz pierwszy ujrzałem rozległą górzystą okolicę, w której się zgubiłem. Droga biegła zboczem stromego wzgórza, może wręcz urwiska, będącego częścią doliny otoczonej pasmem potężnych nieostrych szczytów. Ośnieżone i nagie, górowały nad horyzontem, a zbocza poniżej pokrywał gęsty las. Widok ten był zaskakujący, jakby w zaciemnionym pokoju nagle zapalono światło.
Potem wszystko znikło i znów zapadła ciemność, jakby ktoś opuścił kurtynę. Pośpieszyłem do samochodu i wsiadłem do środka, wdzięczny za nagłe ciepło, gdy zrzucałem z siebie mokrą kurtkę. Niemal natychmiast wilgoć zaparowała szyby, zamieniając wnętrze w kokon i jeszcze bardziej utrudniając widoczność. Włączyłem klimatyzację, aby szyby odparowały, a jej szum rywalizował z bębnieniem deszczu o dach. Ruszyłem krętą drogą biegnącą w dół. Początkowo reflektory oświetlały jałowe, skaliste zbocza, ale po kilku minutach krajobraz się zmienił, bo droga dotarła do lasu. Proste, wysokie drzewa iglaste -?prawdopodobnie jodły lub świerki, trudno było stwierdzić w ciemności -?wznosiły się po obu stronach jak gigantyczne choinki. Wyglądały wszystkie niemal identycznie, stłoczone tak blisko siebie, że jazda przypominała przejazd tunelem. Była to oczywiście plantacja, a nie naturalny las. Nieco dalej dotarłem do czegoś, co wyglądało jak skład drewna. Świerki po jednej stronie zastąpiło wysokie metalowe ogrodzenie, za którym znajdowały się zacienione kontenery i pojazdy o wyglądzie maszyn budowlanych. Kiedy minąłem ten zakątek, wszędzie znów wyrósł las.
Mimo to widok ten rozbudził we mnie nadzieję. Była to pierwsza siedziba ludzka, jaką ujrzałem od wielu kilometrów, a skoro trafił się skład drewna, to zaraz mogło być coś więcej. Jakby na potwierdzenie las nagle się skończył i za przednią szybą dostrzegłem w mroku rozgwieżdżone niebo pełne światełek.
Wieś, miasteczko?
Dzięki Bogu... Światła przeobraziły się w latarnie uliczne. Teraz ukazały się również domy z kamienia i bungalowy, a blask dochodzący z zasłoniętych okien był ciepły i uspokajający. Nieco dalej dotarłem do niewielkiego placu. Na jednym końcu stał nieoświetlony samotny sklep, a na drugim większy budynek z szyldem kołyszącym się nad wejściem.
Pub.
Zatrzymałem się przed pubem, zgasiłem silnik i przesiedziałem chwilę w fotelu, żeby mięśnie się rozluźniły, tymczasem deszcz bębnił w samochód. Blask z góry oświetlał szyld, kołyszący się dziko na wietrze pośród roztańczonych cieni. Na wyblakłym tle widniały skrzyżowany młotek i dłuto oraz napis złożony ze stylizowanych liter.
"Wytrwałość".
Drzwi były zatrzaśnięte, ale zza zasłon w oknach o matowych szybach, w których wyrżnięto nazwy dawno zapomnianych gatunków piwa, przedzierało się światło. Wydawało się, że przybytek jest otwarty, więc przynajmniej mogłem się dowiedzieć, gdzie się zgubiłem. I nawet jeśli w pubie nie wynajmowano pokoi, to miasteczko i tak było lepszym miejscem na spędzenie nocy w samochodzie niż górski szlak. Pomyślałem, że wreszcie uśmiechnęło się do mnie szczęście. Sięgnąłem po kurtkę i laptopa z tylnego siedzenia i wyskoczyłem z samochodu.
Szyld skrzypiał nad głową, kołysząc się na łańcuchach. W pierwszej chwili ciężkie drewniane drzwi stawiły opór, ale pchnąłem mocniej i w końcu ustąpiły. Wtoczyłem się do środka, potykając się lekko, ścigany przez podmuch lodowatego deszczu. Po wielogodzinnej jeździe w zimowych warunkach odniosłem wrażenie, że w pubie panuje duchota. Woń zwietrzałego piwa mieszała się z dymem z otwartego kominka. Z trudem zamykając za sobą smagane wiatrem drzwi, zwróciłem uwagę na coś jeszcze.
Na ciszę.
Ociekając deszczówką na kamienną podłogę, zsunąłem kaptur na kark i odwróciłem się w niskiej sali. Patrzyły na mnie twarze znad kilku stolików. Przy jednym siedziała niewielka grupa nastolatków, którzy - sądząc po wyglądzie -?ledwo osiągnęli wiek pozwalający im na przebywanie w pubie, a przy innym dwóch graczy w domino, którzy właśnie przerwali partię. Nieco dalej rosły, umięśniony mężczyzna z wydatnym brzuchem pod flanelową koszulą rzucał samotnie lotki do tarczy, zastygły teraz ze wzniesioną ręką. W kominku płonął ogień, trzaskając i roztaczając woń żywicy. Na ścianie powyżej wisiała para popękanych skórzanych rękawic bokserskich oraz oprawione w ramki czarno-białe zdjęcia pięściarzy.
Przy kominku za dużym stołem siedział chudy starzec w towarzystwie drobnej kobiety o ostrych rysach twarzy oraz smętnego mężczyzny po czterdziestce, którzy sprawiali wrażenie pary małżeńskiej. Wbrew przepisom antynikotynowym starzec trzymał w ustach fajkę z prostym cybuchem, a na blacie stały rzędem kartki urodzinowe radośnie głoszące: 90 lat! Wyglądał w sam raz na swój wiek -?znoszona tweedowa marynarka wisiała luźno na ciele, które dawniej zapewne imponowało posturą, a wydatne kości policzkowe sterczały pod skórą przypominającą pergamin. Ogólnemu wrażeniu kruchości kłam zadawały szczęki zaciśnięte nieugięcie na fajce, a oczy, które zwróciły się na mnie spod siwych szczeciniastych brwi, patrzyły twardo i bezlitośnie.
U stóp starca leżały dwa duże kudłate psy, które podniosły teraz łby, by wbić we mnie wzrok.
Za barem dyżurowała kobieta o bujnym biuście. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, choć w jej spojrzeniu wyczułem pewną ostrożność, bo dostrzegła plamy błota na mojej kurtce świadczące o spotkaniu z owcą.
-?Zdaje się, że przemokłeś, kochanieńki. Co podać?
Rosły mężczyzna rzucający lotkami do tarczy uśmiechnął się złośliwie.
-?Na początek czystą kurtałkę -?zażartował.
Miał około pięćdziesięciu lat, był niechlujny i nieogolony, a jego potężna, masywna sylwetka prawie zasługiwała na miano otyłej.
-?Poproszę kawę, jeśli można -?odparłem, świadom, że z mojej kurtki bije nieprzyjemna woń.
-?Przykro mi, nie podajemy gorących napojów.
-?W takim razie wezmę sok pomarańczowy. -?Wolałbym łyknąć coś mocniejszego, ale nie wiedziałem, czy nie będę zmuszony ruszać dalej w trasę. -?Serwujecie jedzenie?
-?Tylko przekąski. Chipsy, orzechy i skwarki. -?Kobieta wyjęła z lodówki karton soku pomarańczowego i sięgnęła po szklankę. -?Nie mówi pan jak miejscowy. Z daleka?
-?Z Londynu. Jadę do Carlisle.
- Do Carlisle? -?Zastygła i spojrzała na mnie. -?Toś pan mocno zboczył z trasy. Zgubiliśmy się, co? Dotarł pan na koniec świata.
-?Nawigacja przestała działać -?wyjaśniłem i dodałem z wahaniem: - Ryzykuję, że wyjdę na idiotę, ale chciałbym się dowiedzieć, gdzie jestem.
Lotka trafiła w tarczę i rozległ się gromki śmiech rosłego gracza.
-?Kurwa mać. Gość chyba wyrwał się na przepustkę z wariatkowa.
-?Jest pan w Edendale -?odpowiedziała kobieta za barem, jakby wcześniejsze słowa w ogóle nie padły. -?Północny koniec Gór Kumbryjskich i od razu uprzedzam, że nie ma nas w nawigacji. Głupi wynalazek, jeśli ktoś chce znać moje zdanie.
-?A jak daleko stąd do Carlisle?
-?Och, będzie z czterdzieści pięć kilometrów, z powrotem tą samą drogą. Ale w taką noc...
Urwała, bo światła przygasły, a zaraz potem zgasły całkowicie. Rozległy się jęki, które zaraz przeszły w stłumione, ironiczne okrzyki radości, ponieważ lampy znów zamigotały.
-?Sakramenckie burze -?mruknęła kobieta, po czym się uśmiechnęła. -?Nie ma obawy, tutaj człowiek szybko się do tego przyzwyczaja. O czym to ja mówiłam?
-?O tym, jak dojechać do Carlisle.
-?A, racja. No więc nawet przy dobrej pogodzie to niełatwa przeprawa. Bo droga biegnie przez góry i są trudne odcinki, zwłaszcza jak się nie zna trasy. A w taką pogodę to ja bym w ogóle nie wsiadła do auta, chyba że naprawdę bym musiała.
Fantastycznie.
-?A dokąd ta droga prowadzi dalej?
-?Donikąd.
-?Słucham?
-?Nigdzie nie prowadzi. Biegnie tak jeszcze przez kilka kilometrów i nagle się kończy. -?Kobieta skrzyżowała ramiona. -?Jest tylko jedna droga do Edendale i z Edendale. Ta, którą pan przyjechał.
Kiedy wreszcie dotarł do mnie sens tych słów, do baru podszedł mężczyzna. Był to smutas, który dotąd siedział z kobietą i dziewięćdziesięciolatkiem.
-?Jeszcze jedna kolejka dla mnie, Stella. Oczywiście w wolnej chwili - dodał z przepraszającym uśmiechem.
Z bliska wyglądał na starszego niż wcześniej, prawdopodobnie miał raczej pięćdziesiąt, a nie czterdzieści lat oraz okrągłą, sympatyczną twarz, gładką i pozbawioną zmarszczek -?z wyjątkiem głęboko pobrużdżonego czoła, które nadawało jego obliczu wyraz zmęczenia i niepokoju nawet wtedy, gdy się uśmiechał.
-?Nie ma sprawy, nie śpieszy mi się -?powiedziałem. Musiałem podjąć decyzję, co zrobić w tych okolicznościach.
-?Dzięki, to bardzo... -?Nawiązał ze mną kontakt wzrokowy na sekundę lub dwie, po czym spuścił głowę i znów zwrócił się do kobiety: -?Hm, no to kufel czarnego dla Wynna, tonik dla Evie, a ja poproszę... och, jedno małe. Dzięki, Stella.
Pusta szklanka uderzyła dnem o bar, bo w tej chwili dołączył do nas rosły gracz w rzutki. Sprawiał wrażenie zuchwałego, bezczelnego typa -?z brzuchem w kształcie beczki i szarym zarostem na policzkach. Biła od niego ostra woń oleju i zaschłego potu.
-?Jeszcze jedno, Stella.
-?Poczekaj na swoją kolej, przecież obsługuję.
Objął potężnym ramieniem mniejszego mężczyznę.
-?W porządku, Eddie stawia. Prawda, Eddie?
Smutas zmusił się do uśmiechu, ale wyglądało to raczej na odruch obronny.
-?Och, tak, pewnie. Proszę jedno piwo dla Vica.
-?Dobry chłopak. -?Dryblas zacisnął ramię na szyi nieszczęśnika, nieomal unosząc go z podłogi, po czym cofnął rękę. -?Poproszę też paczkę chipsów o smaku serowo-cebulowym, Stell.
-?Dobra -?mruknęła barmanka, odwracając się.
Po drugiej stronie sali kobieta, którą uznałem za żonę smutnego mężczyzny, wpatrywała się w dryblasa, zaciskając usta w twardym grymasie.
-?Czy w pobliżu jest jakiś hotel? Pensjonat, cokolwiek? -?zapytałem, gdy barmanka zaczęła nalewać piwo do szklanki.
Pokręciła głową.
-?W tej okolicy nic nie ma. Kiedyś coś było, ale teraz nie jesteśmy nastawieni na turystów.
-?Stella nie ma męża. Zgodzi się cię przenocować, jak grzecznie poprosisz, prawda, Stell? -?spytał z lubieżnym uśmiechem dryblas. -?Ale ma tylko jedno łóżko, więc będziecie się musieli zmieścić.
Zarechotał ubawiony własnym żartem. Nikt inny się nie roześmiał z wyjątkiem jednego z nastolatków siedzących w pobliżu.
-?Uważaj, co mówisz, Vic, bo następne piwo wyląduje na twoim łbie. - Barmanka rzuciła mu gniewne spojrzenie, po czym zwróciła się do mnie: - W sumie to nie powinnam, ale jak pan chce, to mogę podać kanapkę i nastawić czajnik. Dobrze coś przekąsić.
-?Sam chętnie wtranżolę kanapkę -?wtrącił dryblas, głaszcząc się dłonią po wydatnym brzuchu.
-?To sobie zrób, bo ja ci nie zrobię -?odparła kobieta. -?Poza tym powinieneś trochę schudnąć. -?Postawiła szklankę z piwem i spojrzała na mnie, unosząc brew. -?Ser pasuje? Oby, bo nic więcej nie mam.
-?Dziękuję, kanapka z serem byłaby świetna -?powiedziałem. Wskazałem plamy na swojej kurtce. -?Ma pani coś, czym mógłbym się wytrzeć? Musiałem pomóc owcy, bo wpadła do kratownicy na drodze.
Dryblas uśmiechnął się złośliwie.
-?Takie masz wytłumaczenie, co?
Szturchnął łokciem smutnego mężczyznę, którego uśmiech przypominał teraz grymas bólu. Barmanka westchnęła zmęczona.
-?Jezu, dałbyś spokój, Vic. -?Podała mi rozdartą ściereczkę ze zlewu za barem. -?W męskiej toalecie są papierowe ręczniki. Szmatkę może pan wyrzucić do kosza, jak pan skończy.
Toaleta była nieogrzewana i skromnie urządzona, za to nieskazitelnie czysta. Starłem z kurtki tyle błota, ile się dało, potem osuszyłem się papierowymi ręcznikami i wróciłem do sali. Znów rozległy się stłumione rozmowy, ale trzask ognia wciąż zagłuszał wszystkie odgłosy w pomieszczeniu. Dryblas dalej rzucał lotkami w tarczę, wystawiając stopę znacznie poza linię zaznaczoną na podłodze. Kobieta o ostrych rysach twarzy, która dotąd siedziała ze starym mężczyzną, podeszła do stolika nastolatków. Wydawała się drobna i niewysoka, gdy stanęła nad chłopakiem, który zarechotał z żartu dryblasa. Teraz odechciało mu się śmiać. Siedział zgarbiony i nadęty, a jego koledzy mieli zakłopotane miny, bo kobieta beształa go cicho, ale nieprzejednanie.
-?...z dziadkiem, skoro są jego urodziny, a nie z kumplami...
-?Ale ciociu...
-?Nie sprzeczaj się ze mną, bo...
Urwała, gdy przechodziłem obok. Nastolatek spojrzał na mnie ponuro. Miał te same ostre rysy co ona, choć skutkiem nieznanego genetycznego kaprysu to, co u niej sprawiało wrażenie elfiej eteryczności, u niego wyglądało na przebiegłość i skłonność do buntu. Kobieta zaczekała, aż ich wyminąłem, po czym ciągnęła ściszonym głosem, żebym nie mógł usłyszeć słów. Jej reprymenda najwyraźniej poskutkowała -?krzesło zgrzytnęło o podłogę, a wściekły nastolatek wstał, podszedł do drugiego stolika i zajął miejsce tuż obok starca.
Ruszyłem w głąb sali. Wybrałem wolny stolik, powiesiłem mokrą kurtkę na oparciu krzesła, żeby wyschła, następnie wyjąłem laptopa z torby i go otworzyłem. Zamierzałem jeszcze raz przejrzeć przysłany mi plik zawierający informacje o policyjnej akcji poszukiwawczej w Carlisle, ale nie zdążyłem. Laptop ledwie odpalił, gdy dryblas przymaszerował do mojego stolika i podsunął sobie krzesło naprzeciwko.
Jęknąłem w duchu, bo usiadł z hukiem, rozkraczając umięśnione nogi i wystawiając przed siebie piwny brzuch. Szklanka wyglądała jak kieliszek w jego pokrytym odciskami łapsku.
-?A to po co to? -?spytał z wilczym uśmiechem, ruchem głowy wskazując mojego laptopa. -?Klepanie na komputerku? Nie złapiesz tu wi-fi, kolego. Nie ma też zasięgu w telefonach.
-?Nie szkodzi.
Nie zamierzałem łączyć się z internetem. Praca, którą wykonywałem, była zbyt poufna, aby dotyczące jej informacje powierzać niezabezpieczonej sieci. Czekałem z otwartym laptopem, mając nadzieję, że dryblas wykaże się taktem. Niestety rozparł się wygodniej na krześle.
-?Żartowałem sobie wcześniej. Trzeba się czasem rozweselić, co nie? - Jego uśmiech nie dotarł do małych oczu. -?Słyszałem, że jesteś z Londynu. Spotkałeś kiedyś króla?
-?Raz czy dwa. -?Poczułem małą satysfakcję, kiedy uśmiech spłynął z jego ust. -?Żartuję.
-?Dobre. -?Wesołość powróciła na twarz, ale oczy patrzyły złośliwie i zaraz pożałowałem swojej drwiny. Przysunął się bliżej na krześle, aż nasze nogi prawie się stykały. -?Więc po co jedziesz do Carlisle?
Zamknąłem laptopa, z trudem powstrzymując się od westchnienia.
-?Jadę do pracy.
-?A czym się zajmujesz? Czekaj, zgadnę. Jesteś poeta. Nie, weterynarz. Dlatego lubisz owce.
-?Jestem lekarzem.
To była prawda, przynajmniej w pewnym sensie. Ukończyłem bowiem studia medyczne, a w trudnym okresie życia pracowałem nawet jako lekarz rodzinny. Nie odrywając ode mnie wzroku, mój nowy znajomek łyknął piwa, przepłukał nim usta i połknął je głośno.
-?Lekarzem. -?Wydawał się rozczarowany, jakby liczył na coś lepszego. - Założę się, że trzeba mieć niezłe kwalifikacje, żeby być lekarzem.
-?Niby tak.
-?Kwalifikacje kwalifikacjami, a i tak się zgubiłeś, co nie? -?Jego uśmiech kojarzył mi się z psem, który merda ogonem i jednocześnie szczerzy kły. -?Moje jedyne kwalifikacje to prawo jazdy. Widziałeś tę plantację świerków po drodze? Te wszystkie kurewskie wielkie, spiczaste drzewa? Tam pracuję. Kiedyś ścinałem te dranie, a teraz je wożę. Wożę pieprzone drzewa jak taksówkarz ludzi.
Odchylił głowę do tyłu i roześmiał się, opryskując mnie śliną i owiewając piwnym oddechem. W pubie znów zapadła cisza. Zza stolika obok kominka patrzył na nas starzec -?miał kamienny wyraz twarzy, a jego surowe rysy były zastygłe jak oblicze posągu z Wyspy Wielkanocnej. Pozostali rzucali mu nerwowe spojrzenia, ale dryblas był zbyt zajęty sobą, by to zauważyć.
-?Lubisz drzewa? -?spytał, pochylając się do przodu. Poliki miał zarumienione od alkoholu, a w jego spojrzeniu było coś, co kazało sądzić, że moja odpowiedź nie ma najmniejszego znaczenia.
-?Chyba tak.
-?W takim razie spodoba ci się tutaj. Może to kompletne zadupie, ale pieprzonych drzew mamy pod dostatkiem. Chcesz usłyszeć dowcip? Wiesz, dlaczego droga się tu kończy? Bo kiedy Bóg stworzył Eden...
-?Tylko bez bluźnierstw!
Głos starca zagrzmiał bardzo donośnie -?chrapliwy wrzask nie pasował do kruchej postaci. Poczułem, jakby przestrzeń w pubie przeszył nagle prąd. Dryblas wybałuszył oczy, poruszając bezradnie ustami. Sprawiał wrażenie człowieka, który został siarczyście spoliczkowany.
-?Przepraszam, Wynn, nie chciałem...
-?Nie pozwolę, żeby imię Boże przywoływać na próżno! Nie w moim pubie!
Drobna kobieta położyła mu dłoń na ramieniu.
-?Już dobrze, tato, nie denerwuj się...
-?A ty mi nie mów, co mam robić! -?warknął, strząsając jej rękę.
Córka zacisnęła usta i posłusznie cofnęła dłoń. Obok niej stał niski, smutny mężczyzna o imieniu Eddie, który, jak sądziłem, był jej mężem. Wyglądał, jakby pragnął stać się jeszcze mniejszy. Nikt nie powiedział ani słowa, gdy starzec spojrzał gniewnie w stronę dryblasa.
-?To jest kraina Pana Boga! -?Wyjął fajkę z ust i dla emfazy zaczął nią dźgać powietrze. -?Słyszysz mnie? Kraina samego Boga!
-?Wiem, nie chciałem... -?Dryblas pokiwał głową, a podbródek drżał mu jak dziecku powstrzymującemu łzy. -?Masz rację, Wynn. Kraina Boga.
Kiedy się zjawiłem, w pubie zapanowała głęboka cisza. Teraz jednak ogólne milczenie podszyte było napięciem. Wydawało się, że tylko zrugany wcześniej nastolatek nic sobie z tego nie robi. Siedział spokojnie, próbując ukryć uśmieszek za szklanką, a w jego oczach pobłyskiwała maniakalna radość.
Nagle otworzyły się drzwi za barem i ukazał się wysoki mężczyzna z ogoloną głową, wycierający ręce brudnym ręcznikiem. Był z pewnością po pięćdziesiątce i miał w sobie coś z boksera -?surową, masywną posturę i nos, który niegdyś został złamany i źle nastawiony, co nadawało jego twarzy asymetryczny wygląd. Podobieństwo do starca nie ulegało najmniejszej wątpliwości -?ci dwaj jakby byli odlani z tej samej formy: szerokie ramiona, mocna budowa ciała i rysy twarzy, które naturalnie układały się w ponury grymas. Z pewnością ojciec i syn, jednak nowo przybyły, choć postawny, w odróżnieniu od starca nie roztaczał aury niekwestionowanego autorytetu. Przypominało to patrzenie na dwie wersje tej samej osoby -?na oryginał i niedoskonałą kopię.
-?Zatkałem najgorszy wyciek w życiu, ale woda ciągle wybija przez kratkę -?oznajmił, rzucając ręcznik za bar. Nawet jego głos był łagodniejszą wersją powarkiwań starszego mężczyzny. -?Jutro jeszcze raz się temu przyjrzę, ale...
Urwał, bo nagle wyczuł napiętą atmosferę. Rozejrzał się, na chwilę zatrzymując wzrok na mnie, po czym pobiegł spojrzeniem dalej, omijając Eddiego, jakby go w ogóle nie było.
-?Co się dzieje?
-?Vic właśnie opowiadał nam dowcip -?odparła córka starca. -?Prawda, Vic?
Dryblas był czerwony jak burak, lecz nie należało składać tego wyłącznie na karb alkoholu.
-?Po prostu się zgrywałem. Znasz mnie, Alun.
"Znam" -?sugerowało spojrzenie, które rzucił mu mężczyzna z ogoloną głową.
-?Zastąpić cię? -?zwrócił się do barmanki, która z niepokojem obserwowała sytuację zza kontuaru.
Uśmiechnęła się do niego.
-?Nie, nie ma potrzeby. Idź, usiądź z rodziną.
-?Na pewno? -?Najwyraźniej nie spodobał mu się ten pomysł.
-?Na pewno. Właśnie miałam zrobić kanapkę temu panu. -?Wskazała mnie skinieniem głowy. -?Mogę zrobić więcej, jak twój tata ma ochotę coś przegryźć.
-?Nie zawracaj sobie głowy -?wychrypiał starzec, ponownie wkładając fajkę do ust. -?Idę na górę.
Sięgnął po dwie laski oparte o stół i z trudem dźwignął się z krzesła. Jego córka zrobiła ruch, jakby chciała mu pomóc.
-?Czekaj, pozwól mi...
-?Poradzę sobie. Nie jestem kaleka.
-?Chciałam tylko...
-?Mówię, że dam sobie radę!
Zaciskając usta, kobieta usiadła zrezygnowana, a starzec z trudem podniósł się na nogi. Psy również wstały, ziewając i przeciągając się leniwie. Były to lurchery przypominające szorstkowłose charty. Podążyły za starcem, stukając pazurami o kamienne płyty. Mężczyzna wyszedł, żegnany chórem wyszeptanych "dobranoc".
Gdy drzwi się za nim zamknęły, jego nastoletni wnuk zaczął śpiewać pod nosem:
-?Sto lat, sto lat...
-?Przestań -?warknął mężczyzna ogolony na łyso.
-?Rany, tato, ja tylko...
-?Nie będę się powtarzał.
Chłopak ucichł, ale na twarzy wciąż miał przebiegły uśmiech. Kiedy rozmowy rozbrzmiały na nowo, dryblas odsunął się na krześle i wstał. Rzucając mi na odchodnym pogardliwe spojrzenie, podszedł do stolika, przy którym grupka mężczyzn grała w domino. Chciałem popracować na laptopie, ale teraz zrezygnowałem. Schowałem komputer do torby, gotowy szybko się ulotnić, gdyby zaszła potrzeba. Odtąd nikt już mi się nie naprzykrzał, niemniej poczułem ulgę, gdy barmanka pojawiła się ponownie, niosąc kubek parującej kawy i talerz starannie przyrządzonych kanapek.
-?Mam nadzieję, że polubi pan nasze marynaty -?powiedziała, stawiając poczęstunek na stole.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz, zobaczyłem, że burza się wzmogła. Padał teraz deszcz ze śniegiem, a nad głową szyld pubu kołysał się tak gwałtownie, że groził zerwaniem się z łańcuchów. Gdy ruszyłem biegiem do auta, błyskawica rozjaśniła niebo nad latarniami. Kanapka i gorąca kawa poprawiły mi nastrój, ale zapragnąłem wyjść z pubu i poszukać miejsca na noc. Dryblas miał w sobie coś złowrogiego, a kolejne piwo na pewno by go dodatkowo rozzuchwaliło. Uznałem, że lepiej spać w bardziej zacisznym miejscu.
Nacisnąłem przycisk na pilocie, żeby otworzyć samochód, lecz nagle z tyłu dobiegł mnie krzyk:
-?Zaczekaj no!
Stęknąłem w duchu, bo rozpoznałem potężną postać pędzącą w moim kierunku z pubu. Dryblas włożył żółtą kamizelkę odblaskową, a pod kapturem widniała zaczerwieniona twarz pokryta kroplami deszczu.
-?Okropna noc, co? -?Uśmiechnął się do mnie przypochlebnie, ocierając deszczówkę z policzków. -?Słyszałem, że potrzebujesz noclegu. Niedaleko stąd jest jedno miejsce.
Jego nagła troska wydała mi się podejrzana.
-?Podobno tu nic nie ma -?odparłem.
-?Tak między nami mówiąc, to Stella nie przepada za właścicielami pensjonatów. Pewnikiem dlatego nic nie powiedziała. Czasami trochę dziwnie się zachowuje, wiesz, jak to jest z babeczkami w tym wieku. Pewnikiem przechodzi menopauzę. -?Odwrócił się, jakby jego słowa wyjaśniały wszystko, i wskazał drogę. -?Wyjedziesz z miasteczka, na skrzyżowaniu dalej prosto, potem drogą pod górę. Robi się tam trochę wąsko, ale jakiś kilometr później dojedziesz do zawrotki i hotelu. Na pewno trafisz.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Za ostatnimi światłami miasteczka panowały egipskie ciemności.
-?Podobno ta droga donikąd nie prowadzi.
-?Nie prowadzi donikąd z wyjątkiem hotelu. Tam jest koniec drogi. Koniec trasy. -?Woda kapała mu z zarostu, gdy uśmiechnął się znowu jak wilk. - Pamiętaj, coby im powiedzieć, że Vic cię przysłał.
Z trudem zachowując powagę, pognał z powrotem do pubu. Odprowadziłem go spojrzeniem, zastanawiając się, czy naprawdę jest tak kiepskim kłamcą, jak sprawiał wrażenie. Facet najwyraźniej chciał mi zrobić kawał. Ani na moment nie uwierzyłem, że we wskazanej okolicy stoi hotel, ale przecież i tak musiałem znaleźć dogodne ustronie na postój. Jeśli nawet dryblas wysłał mnie na pustkowie, to zaciszna, ślepa droga byłaby równie dobrym miejscem na nocleg w aucie jak każde inne.
Ruszyłem przez miasteczko, a wycieraczki dzielnie zgarniały deszcz i śnieg z przedniej szyby. Zabudowania można było policzyć na palcach jednej ręki. Nieco dalej skończyły się latarnie i znów jechałem w ciemności. Minąłem kilka ostatnich domów z oknami rozjaśnionymi ciepłym światłem, po czym zostawiłem Edendale w tyle. Dotarłem do małego skrzyżowania i ruszyłem prosto drogą pnącą się pod górę. Wkrótce zwęziła się do obrośniętej po obu stronach jednopasmówki, a gałęzie i martwe łodygi zarośli szeleściły po bokach auta. Skrzywiłem się, bo coś poskrobało karoserię; przypominało to drapanie paznokciami po szkolnej tablicy. Teraz zrozumiałem, na czym polegał żart dryblasa. Nie oczekiwałem, że znajdę jakikolwiek hotel, ale chodziło o to, że było za wąsko, bym mógł zawrócić. Z pewnością utknąłbym na dobre, wykonując taki manewr w ciemności.
Musiałem brnąć dalej.
Byłem wściekły na siebie za to, że dałem się nabrać na dziecinny żart. Nachyliłem się, by przebić wzrokiem zasłonę w postaci padającego deszczu i śniegu, oczekując, że wiejska droga zaraz się skończy lub będzie zatarasowana, co uniemożliwi mi dalszą jazdę. Zastanawiałem się, czy nie powinienem się po prostu zatrzymać i poczekać na świt, lecz nagle coś się ukazało w blasku reflektorów.
W połowie przesłonięte drzewami stały dwa pochyłe kamienne słupki bramne. Wznosiły się po obu stronach nieoświetlonego podjazdu, który rozwierał się między nimi jak mroczna paszcza. Do jednego z nich przytwierdzono stary szyld.
"Hillside House Hotel & Spa".
Zwolniłem i zatrzymałem samochód. No proszę, a więc dryblas nie kłamał, a przynajmniej nie w stu procentach. Tutaj naprawdę stał hotel!
Problem w tym, że był zamknięty.
Bardzo zabawne. Przekomiczne. Zakląłem cicho, do długiej listy złych decyzji podjętych tego dnia dodając kolejną. Mimo wszystko miejsce to mogło okazać się lepsze na nocny postój niż jakiekolwiek inne. Uznałem, że w najgorszym razie zawrócę na podjeździe i odjadę.
Sunąc ostrożnie do przodu, minąłem bramę i wjechałem na teren hotelu. W świetle reflektorów dostrzegłem ociekające wodą wysokie krzewy o grubych, zamszowych liściach -?wawrzyny albo rododendrony. Porastały gęsto teren po obu stronach, ograniczając widok, gdy ruszyłem stromym podjazdem. Wydawało się, że podjazd ciągnie się w nieskończoność, wijąc się wśród krzaków, aż nagle reflektory oświetliły duży budynek. W oknach było ciemno, a ogromne drewniane drzwi, osadzone w ozdobnym rzeźbionym portyku, wyglądały, jakby nie otwierano ich od dawna. Wysokie kamienne mury, poczerniałe od deszczu, zwieńczone były wieżyczkami i iglicami, co nadawało całości wygląd podrabianego szkockiego zamku.
Opuszczonego podrabianego szkockiego zamku.
Opony zachrzęściły na spękanym asfalcie, gdy wcisnąłem hamulec, żeby zatrzymać się przed budynkiem. Liczyłem na ciepły posiłek i wygodne łóżko. Czekała mnie natomiast zimna noc przed opuszczonym hotelem pośrodku pustkowia. Bosko, w tych warunkach na pewno znakomicie wypocząłbym przed jutrem, które zapowiadało się jako bardzo wymagający dzień. Zgasiłem silnik i reflektory i siedziałem w ciemnościach, próbując zebrać siły, by sięgnąć po laptopa leżącego na tylnym siedzeniu.
Oślepiające światło rozjaśniło ciemność.
W pierwszej chwili pomyślałem, że uderzył piorun, ale rozbłysk trwał. Coś świeciło równomiernie, rozpraszając cienie przed hotelem. Zdałem sobie sprawę, że to nie było wyładowanie atmosferyczne.
Reflektory dachowe.
Coś uderzyło w szybę auta i aż podskoczyłem, bo ujrzałem sylwetkę stojącą na zewnątrz. Był to mężczyzna, którego nadejścia nie zauważyłem z powodu burzy. Twarz zasłaniał kaptur kurtki, ale nie dlatego zamarłem ze strachu.
Za szybą zobaczyłem wymierzoną we mnie dubeltówkę.
Woda spływała po lufach, kapała z dwóch czarnych otworów. Strzelba była wycelowana lekko w bok, nie wprost we mnie, ale trzymana w sposób jednoznaczny. Spojrzałem na mężczyznę, który ściskał ją w dłoniach. Pod kapturem czarnej kurtki widziałem tylko zaciśnięte usta otoczone gęstą brodą. Wymownym ruchem dubeltówki nieznajomy nakazał mi otworzyć okno w aucie. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, choć zroszona deszczem szyba stanowiła marne zabezpieczenie przed ewentualnym strzałem.
Nie pozostawiono mi jednak wyboru. Szyba osunęła się z piskiem, wpuszczając do ciepłego wnętrza podmuch lodowatego wiatru i deszczu. Zatrzymałem ją w połowie, wciąż patrząc na mężczyznę stojącego tuż obok. Spod kaptura spoglądała na mnie para wrogich oczu. Były uderzająco jasne na tle ciemnej brody, jak ślepia husky.
-?Co tu robisz?
Starałem się zachowywać, jakby to była zwykła rozmowa.
-?Szukam miejsca na nocleg -?odparłem. -?Powiedziano mi, że tu jest hotel.
-?Bzdura. Kto ci powiedział?
-?Jeden facet w pubie. Pewnie uznał to za świetny żart. Przepraszam za najście w takim razie.
Chciałem zamknąć okno, ale mężczyzna zrobił krok do przodu.
-?Chwileczkę, jeszcze nie skończyłem.
Przysunął bliżej strzelbę w reakcji na moje zachowanie. Natychmiast zrezygnowałem z zamknięcia okna. Po krótkim wahaniu przeniosłem wzrok z broni na jej właściciela.
-?Mógłby pan celować gdzieś indziej? -?spytałem.
Byłem zaskoczony własnym opanowaniem. Mężczyzna spojrzał na dubeltówkę, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że trzyma ją w dłoniach. Po chwili opuścił broń.
-?Ciągle mi nie powiedziałeś...
-?Jon!
Po spękanym asfalcie biegła w naszym kierunku nieznajoma kobieta. Też miała na sobie kurtkę, którą przyciskała do piersi w obronie przed zacinającym deszczem i śniegiem.
-?Co się dzieje? -?spytała.
W jej głosie złowiłem charakterystyczne dla Lancashire spłaszczone samogłoski. Była wysoka i miała ciemną karnację. Z groźną miną stanęła wprost przed mężczyzną.
-?Próbuję się dowiedzieć, co on tu robi -?odparł mężczyzna. Starał się okazać stanowczość, ale w jego głosie zabrzmiała asekurancka nuta.
-?Och, na litość boską! -?Rozgniewana kobieta wskazała strzelbę. -?A co robisz z tą cholerną flintą?
-?Przecież nie jest naładowana -?mruknął, kierując lufę do ziemi.
-?A on oczywiście o tym wie, prawda? -?Odwróciła się do mnie. -?Bardzo pana przepraszam. Proszę wybaczyć mężowi. Mieliśmy kłopoty z kłusownikami, więc jesteśmy trochę... przewrażliwieni na punkcie bezpieczeństwa.
Trochę? Niezależnie od ich problemów chciałem po prostu jak najszybciej zakończyć tę rozmowę i odjechać.
-?Przepraszam za najście -?powiedziałem. -?Nie miałem pojęcia, że hotel jest zamknięty. Ktoś w pubie wmówił mi, że znajdę tu pokój na noc.
-?Bzdura -?powtórzył mężczyzna.
-?Na imię ma Vic -?ciągnąłem, zwracając się wciąż do jego żony. -?Duży facet po pięćdziesiątce. Chciał, bym przekazał, że to on mnie przysyła.
Oboje wymienili spojrzenia.
-?Pieprzony Hooley -?warknął mężczyzna. -?Jezu, któregoś dnia...
-?Jon!
Żona uciszyła go skutecznie, choć nadal miał mord w oczach. Wziąłem głęboki oddech. Przez otwarte okno wciąż bębnił we mnie deszcz.
-?Hm, ja już lepiej sobie pojadę. Jeszcze raz przepraszam za zamieszanie.
-?Zaraz, chwileczkę -?powiedziała szybko kobieta, bo chciałem zasunąć szybę. Woda kapiąca z jej kaptura przypominała zasłonę z koralików. - Dokąd pan jedzie?
-?Do Carlisle.
-?To za daleko, żeby jechać w nocy w takich warunkach. -?Urwała i odgarnęła kosmyk czarnych włosów, który deszcz przykleił jej do policzka. -?Proszę posłuchać, to już nie jest hotel, ale mamy mnóstwo wolnych pokoi...
-?Zaraz, moment! -?wtrącił się jej mąż.
-?Możemy pana przyjąć na noc -?ciągnęła, jakby go nie usłyszała. -?To dla nas żaden kłopot.
-?Dziękuję, dam sobie radę.
Zmrużyła oczy pod naporem deszczu.
-?Źle bym się czuła, gdybym puściła pana w taką pogodę. Jazda w takich warunkach jest naprawdę niebezpieczna.
-?Przecież słyszałaś, co powiedział -?nie dawał za wygraną mąż. -?Nie chce zostać.
-?Dziwisz mu się? -?odwarknęła kobieta, po czym znów zwróciła się do mnie: -?Proszę zostać. Przynajmniej tyle możemy dla pana zrobić.
Nie miałem na to najmniejszej ochoty. Jej mąż... Burza, nie burza, wolałem zaryzykować dalszą jazdę. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, na niebie trzasnęła błyskawica. Nie była to pojedyncza smuga, lecz rozgałęzione wyładowanie, na tyle jasne, że przebiło się przez światło reflektorów na dachu budynku. Reflektory zamigotały i zgasły, a noc rozdarł potężny przenikliwy trzask, który poczułem w samochodzie.
-?Kiran na pewno się obudził -?powiedziała zaniepokojona kobieta, spoglądając w stronę zaciemnionego hotelu. Ponownie zwróciła się do mnie: -?Przepraszam, ale w domu śpi dziecko. Jeśli się obudzi, a nas nie będzie, to się przestraszy. Wytłumacz panu, że musi zostać, Jon.
-?Co? Nisha, czekaj...
Lecz ona już biegła z powrotem do hotelu, znikając w ciemności.
Mąż wpatrywał się w jej plecy, a strzelba zwisała przy jego boku niczym zapomniany rekwizyt. Westchnął.
-?Słuchaj pan... -?Wyglądało, jakby szukał właściwych słów, po czym dał za wygraną. -?Ona ma rację, powinien pan zostać. To zła noc na jazdę samochodem.
-?Dzięki, ale dam sobie radę.
-?Jak pan chce. -?Ruszył śladem żony. Skulony pod naporem deszczu krzyknął do mnie przez ramię: -?Jak zmieni pan zdanie, to trzeba iść dróżką na tył!
Zamknąłem okno, kiedy zniknął w mroku przed domem. Hm, zmienił śpiewkę. Odczułem wyraźną ulgę, lecz po chwili wyparła ją niepewność. I pewna doza niedowierzania. Gdybym usłyszał o kimś, kto choć przez ułamek sekundy zastanawiał się nad przyjęciem gościny u nieznajomego, który przed chwilą groził mu strzelbą, uznałbym tego człowieka za niespełna rozumu. Na własnej skórze przekonałem się, co może się stać, gdy ludzie uważają, że śmierć i przemoc dotykają wyłącznie kogoś innego.
A jednak, co osobliwe, nie czułem żadnego zagrożenia. Szok wywołany patrzeniem prosto w lufy dubeltówki wydawał się teraz odległy, rozproszony przez jedno zdanie.
"W domu śpi dziecko".
Znów poczułem ulgę, choć być może było to nieracjonalne. Gdyby ci ludzie naprawdę chcieli wyrządzić mi krzywdę, to przed chwilą mieli wymarzoną okazję. Ponadto co było bardziej lekkomyślne? Skorzystanie z gościnności u nieznajomych czy dalsza jazda -?w tych warunkach i pomimo zmęczenia?
Reflektory dachowe pogasły nagle, pogrążając wszystko w ciemności. Albo gospodarze uznali nasze spotkanie za zakończone, albo światłami sterował zegar. Tak czy owak, nie mogłem tam siedzieć całą noc. Ponownie rozkwitła błyskawica, jakby niebo zapragnęło pomóc mi w podjęciu decyzji, a sekundę później trzasnął piorun. Tkwiąc w aucie, pomyślałem o pogniecionym liście, który wypadł z kieszeni. I nagle się przełamałem.
Chwyciłem torbę z laptopem i kurtkę i pośpiesznie wysiadłem wprost w objęcia burzy.
Fotel zaskrzypiał, bo odchyliłem się do tyłu wpatrzony w zdjęcia na ekranie laptopa. Na biurku stał kubek z wystygłą kawą -?nie tyle zapomniany, ile raczej niechciany. Ekran ukazywał makabryczne sceny: zwłoki ludzkie w rowie, sfotografowane z kilku perspektyw. Tożsamość ofiary pozostawała zagadką, podobnie jak jej wiek, płeć i pochodzenie. Zwłoki znajdowały się w stanie rozkładu, spuchnięte wskutek gazów wytwarzanych przez bakterie, a płyny trawienne rozpuściły komórki i tkankę. Skóra pociemniała do barwy karmelu. Zaczęła się złuszczać jak zużyty pergamin, zaś w otworach naturalnych i nienaturalnych roiły się larwy muchówki, przypominające garście ryżu.
Na miejsce zdarzenia wezwał mnie wraz z policją i innymi służbami mój dawny kolega. Stan fizyczny zwłok zdawał się zaprzeczać wynikom laboratoryjnym, co doprowadziło do sporu na temat tego, kiedy nastąpił zgon. Wiedziano, że zajmuję się podobnymi przypadkami, poproszono mnie więc o dodatkową opinię.
Był to problem z rodzaju tych, którymi zazwyczaj się zajmowałem. Jako antropolog sądowy specjalizowałem się w szczątkach ludzkich, konkretnie w kościach. Jednak już na początku kariery zapragnąłem zrozumieć szersze przemiany zachodzące w chwili zakończenia życia, procesy fizyczne, w wyniku których niegdyś żywa osoba, zdolna do miłości i snucia planów, staje się zwapniałym reliktem. Zwykle z radością witałem okazję do rozwikłania skomplikowanej sprawy.
Ale nie tym razem.
Nie mogłem zapomnieć ani na chwilę o wiadomości otrzymanej dzień wcześniej. Czekała na mnie, gdy wróciłem z uniwersytetu -?leżała wśród innych listów i ulotek na wyłożonej kafelkami podłodze za drzwiami mojego mieszkania w Camden. Uśmiechnąłem się, bo rozpoznałem pismo, choć byłem zaskoczony, że wysłała list, zamiast wybrać mail lub telefon.
Powody zrozumiałem, kiedy przeczytałem treść.
W nocy nie mogłem zmrużyć oka. Gdy rano udałem się do wydziału medycyny sądowej, próbowałem odgonić myśli o liście, ale wciąż mnie dopadały i nie mogłem się skupić na ponurych obrazach wyświetlonych na ekranie laptopa.
Ucieszyłem się, kiedy ktoś zadzwonił z nieznanego numeru, bo nadeszła chwila wytchnienia. Natychmiast odebrałem.
-?Słucham, David Hunter.
W słuchawce odezwał się kobiecy głos:
-?Przepraszam, że tak znienacka, doktorze. Mówi sierżant Chaudry z policji w Kumbrii. Ma pan chwilę na rozmowę?
Odpowiedziałem, że tak.
-?Prowadzimy poszukiwania zwłok zaginionej osoby -?powiedziała Chaudry. -?Szesnastoletni chłopak z Carlisle, zaginął pół roku temu. Uciekał kilka razy z domu, więc z początku nikt się nie zaniepokoił. Ale dostaliśmy cynk, że umarł z przedawkowania, a diler zakopał zwłoki na opuszczonym terenie przemysłowym na obrzeżach Carlisle. Potrzebujemy antropologa sądowego, aby zbadać sprawę, no i gorąco polecono nam pańskie usługi.
Chciałem przyjąć tę propozycję współpracy, ale górę wziął pragmatyzm. Kumbria leży przecież daleko od Londynu.
-?Nie ma nikogo w waszej okolicy? -?spytałem.
Kiedy zaczynałem karierę, antropolog sądowy wciąż był rzadko spotykanym zjawiskiem. W ciągu wielu lat oddelegowywano mnie do śledztw w całej Wielkiej Brytanii, ale ostatnio napływ nowych osób do mojej profesji sprawił, że zazwyczaj wybierano antropologów z konkretnej okolicy. Oczywiście dobra reputacja nie była bez znaczenia.
-?Nie znajdziemy nikogo w tak krótkim czasie -?odparła Chaudry. -?Poza tym nadinspektor Perry, szefowa wydziału śledczego, współpracowała z panem już wcześniej. W Grampianach, zanim przeniesiono ją do nas. Była wtedy szeregową funkcjonariuszką, więc uważa, że pewnie pan jej nie pamięta.
Owszem, nie pamiętałem. Przypomniałem sobie udział w akcji policyjnej w górach środkowej Szkocji, ale nie mogłem skojarzyć nikogo o nazwisku Perry. Szczerze mówiąc, było to dawno temu. Bardzo dawno temu, jeśli zwykła policjantka awansowała do rangi nadinspektora.
-?Kiedy miałbym przyjechać? -?spytałem, walcząc z nagłą świadomością upływu czasu.
-?Odprawę zaplanowano na jutro po południu, więc nie musi się pan bardzo śpieszyć. Jeśli nie chce pan jechać samochodem, to są bezpośrednie połączenia pociągiem z Londynu.
Byłaby to długa podróż, jakiej nie odbywałem od lat. Pomyślałem o tym, że przez cztery godziny będę siedział w pociągu nękany uporczywymi myślami o...
-?Dobrze, przyjadę.
Otworzyłem gwałtownie oczy. Przez chwilę nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję. Siedziałem wyprostowany w obcym pomieszczeniu, a nie w swoim gabinecie na uczelni. Kuchnia, lecz jakbym widział ją po raz pierwszy. Zaraz potem pamięć wróciła i wszystko sobie przypomniałem.
Byłem w hotelu. W Hillside House.
Rozmasowałem sztywny kark, tymczasem pamięć podrzucała obrazy. W rozświetlonej kuchni, wypełnionej obfitym aromatem domowej zapiekanki, było tak ciepło, że aż zakręciło mi się w głowie. Dokoła ciągnęło się duże pomieszczenie pełniące zarazem funkcję jadalni i salonu. W jednej części zobaczyłem wysiedzianą kanapę i fotele ustawione przed wyłączonym telewizorem, a w drugiej znajdowała się kuchnia ze starym stołem, przy którym tkwiłem. Wyposażeniem był miszmasz przestarzałych urządzeń i pokrytych laminatem szafek z lat siedemdziesiątych oraz opalany drewnem piec kuchenny, który wyglądał na jeszcze większy zabytek. W jednym kącie, na starej ławce szkolnej przerobionej na biurko, ustawiono dwa duże monitory komputerowe, silnie kontrastujące z całym wystrojem. Przed biurkiem wartę trzymało kuchenne krzesło z prostym oparciem, a na jego siedzisku leżała ogromna poduszka, wyraz dbałości o komfort.
Nie zobaczyłem nikogo.
Z samochodu do domu dotarłem prawie w całkowitym mroku, bo reflektory dachowe zgasły na dobre. Zarzuciłem sobie na ramię torbę z rzeczami spakowanymi na pobyt w Carlisle i korzystając z latarki w telefonie, ruszyłem we wciąż padającym deszczu ze śniegiem. Rozmokła żwirowa ścieżka biegła na tyły hotelu. Musiałem przecisnąć się obok samochodu zaparkowanego z boku, widocznego tylko jako ciemny zarys. Górujące kamienne mury z jednej strony i rozkołysane krzaki z drugiej zasłaniały prawie całe otoczenie. Światło telefonu ukazało w przelocie coś, co wyglądało na zaniedbany warzywnik. Nagie gałęzie drzew owocowych podrygiwały na wietrze jak ramiona kościotrupa. Dalej rozciągała się bezkresna czerń.
Ścieżka prowadziła do parterowej dobudówki. Blask wylewający się zza zasłonek w oknach był jak latarnia morska, ale kiedy dotarłem do drzwi, przeżyłem chwilę wahania. Zastygłem przy matowej szybie. Wiatr szarpał moją kurtką, a deszcz bębnił w kaptur.
Na pewno chcę tam wejść?
Odpowiedź była przecząca, ale i tak wydawało się to najlepszym wyjściem z sytuacji. Zapukałem i po kilku sekundach drzwi się otworzyły. Mężczyzna skinął głową, cofając się, by mnie przepuścić.
-?Proszę wejść.
Tonem głosu i postawą dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie jest zadowolony z mojej wizyty. Lecz kiedy wślizgnąłem się do środka, a on zamknął za mną drzwi, wynagrodził mi to szczery uśmiech jego żony.
-?Witam. Cieszę się, że zdecydował się pan zostać! Właśnie się zastanawiałam, czy pan przyjdzie.
Delikatnie kołysała na rękach małe dziecko, prawie niemowlę. Dziecko się ocknęło i skwaszone patrzyło teraz na mnie zapłakanymi ciemnymi oczkami. Matka, z czarnymi włosami związanymi luźno z tyłu głowy, próbowała je uspokoić.
-?Cichutko, ten miły pan jest naszym gościem.
Chłopczyk ukrył buzię w ramionach kobiety, z obojętnością przyjmując jej słowa.
-?Mam nadzieję, że to nie ja go obudziłem -?powiedziałem.
-?Nie, to przez burzę. -?Uśmiechnęła się, dzięki czemu złagodniały surowe rysy jej twarzy. -?Aha, jestem Nisha. A to Kiran.
-?David. David Hunter.
-?Przywitaj się z Davidem, Kiran. -?Próbowała nakłonić synka, żeby podniósł główkę, ale on nie miał na to ochoty. -?Jest trochę marudny, jak się nie wyśpi.
-?Jak my wszyscy -?mruknął jej mąż, przechodząc obok.
-?Przedstawiłeś się już czy byłeś zajęty? -?spytała Nisha cierpkim tonem.
Zerknął na nią kwaśno, po czym niechętnie uniósł podbródek w moim kierunku na znak powitania.
-?Jon Reese.
Bez kurtki wyglądał na młodszego mężczyznę, miał może trzydzieści pięć lub trzydzieści osiem lat, do tego ziemistą, bladą cerę, jakby wysmaganą wiatrem, a krótko przycięte włosy i niechlujna broda mieniły się na kasztanowo. Był umięśniony i barczysty, aż pomyślałem, że nie potrzebowałby strzelby, gdyby chciał mi zrobić krzywdę.
-?Dziękuję za gościnę -?powiedziałem, odkładając torbę. -?Nie miałem ochoty spać w samochodzie, więc z miłą chęcią zapłacę za pokój.
-?Nie ma mowy! Chociaż tyle możemy zrobić po... -?Nisha wyglądała na speszoną. -?No wiesz.
Miała na myśli wycelowaną we mnie strzelbę. Zauważyła, że zerknąłem na broń, opartą teraz o ścianę przy drzwiach.
-?Jon właśnie miał to schować -?powiedziała szybko. -?Prawda, Jon?
-?Najpierw musi obeschnąć.
-?Nie musi.
Mężczyzna w milczeniu włożył ponownie kurtkę i buty, po czym podniósł strzelbę.
-?Zadowolona? -?spytał i ruszył na zewnątrz.
Drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.
Uśmiech jego żony nie zdołał zamaskować powstałego napięcia. Kobieta odwróciła się do mnie, poprawiając synka na rękach.
-?Będziesz musiał zaczekać, aż przygotuję pokój, więc proszę usiąść. Podać ci herbatę, kawę albo coś do jedzenia? Jak jesteś głodny, mamy zapiekankę. Fasola i inne warzywa.
-?Dziękuję, zjadłem kanapkę i wypiłem coś gorącego w pubie.
Usiadłem przy kuchennym stole, starając się nie patrzeć na dwa monitory komputerowe w kącie. Zauważyłem jednak, że na obu wyświetla się ten sam obraz -?młody mężczyzna o nagim, wyrzeźbionym torsie ćwiczył na siłowni. Dokoła kłębiła się rozmaita grafika i teksty.
-?To praca, nic szemranego -?zapewniła Nisha, podchodząc do biurka i przełączając monitory w tryb uśpienia. -?Projektuję stronę internetową dla klubu fitness. Obiecałam, że będzie gotowa na jutro.
-?Nie chciałbym przeszkadzać...
-?Nie ma problemu, i tak miałam zrobić sobie przerwę. Dokończę rano. - Uśmiechnęła się, bo malec zaczął głaskać ją po twarzy pulchną rączką. Zamarkowała, że chce go ugryźć, więc roześmiał się zaraźliwie. -?Lepiej położę tego małego potworka do łóżka, a potem przygotuję ci pokój. Rozgość się.
Owszem, rozgościłem się, i to bardziej, niż zamierzałem. Wielki stary piec wydzielał ogromne ilości ciepła i w końcu przysnąłem w przytulnej atmosferze. Gdy się ocknąłem i spojrzałem na zegarek, okazało się, że przedrzemałem ponad dziesięć minut. Przetarłem twarz, zadowolony, że nikt mnie nie przyłapał na spaniu. Jon wciąż nie wrócił, ale kiedy zastanawiałem się, gdzie się podziewa, drzwi się otworzyły nagle i do kuchni wróciła Nisha.
-?Mojego męża nie ma? -?spytała, rozglądając się dokoła.
-?Nie, nie widziałem go.
Przez jej twarz przebiegł cień niepokoju lub irytacji, ale szybko się opanowała.
-?Pewnie coś go zatrzymało w warsztacie.
Starała się przybrać swobodny ton, lecz w jej głosie wyczułem napięcie. Zastanawiałem się, czy dopadły ją spóźnione żale, że wpuściła nieznajomego do domu. Jednak jej uśmiech wydawał się naprawdę serdeczny, kiedy stanęła w progu, przytrzymując drzwi.
-?Zaprowadzę cię do pokoju, dobrze?
Nisha poprowadziła mnie na koniec krótkiego korytarza. Weszła pierwsza, przytrzymując drzwi. W łączniku dobudówki było chłodniej niż w przegrzanej kuchni, a nagły spadek temperatury sprawił, że poczułem się, jakbym wszedł do wyziębionej kostnicy. Dotarliśmy do foyer starego hotelu. Panowały tam wilgoć i stęchła woń charakterystyczna dla dawno zamkniętych przybytków. Nad nami żyrandol ze świecami z plastiku roztaczał mdły żółty blask, który ledwo oświetlał zakamarki dużej przestrzeni pod wysokim sufitem. Podłogę pokrywał zużyty parkiet, a ściany wyłożono polakierowaną ciemną boazerią -?w efekcie poczułem się, jakbyśmy byli zamknięci w gigantycznym pudełku. W miejscach, gdzie dawniej wisiały tabliczki i szafki, pozostały wyblakłe prostokąty, a porysowana lada recepcyjna nosiła ślady otworów po wiertle. W głębi zobaczyłem ponumerowane przegródki -?do każdej z nich przywieszony był mosiężny kluczyk na małym haczyku.
Jakbym cofnął się w czasie do minionych dziesięcioleci zakonserwowanych w formalinie. Moją uwagę pochłonęło jednak co innego.
Foyer było pełne martwych zwierząt.
Wypchane ptaki -?od sów i jastrzębi po rudziki i szczygły -?tłoczyły się dokoła wespół z borsukami, lisami i jeleniem. Nad granitowym kominkiem wisiał łeb rogacza, a obok stał niedźwiedź, szczerząc kły w groźnym grymasie i unosząc przednie łapy uzbrojone w pazury.
Hm, nic dziwnego, że ludzie ci mieszkali w dobudówce.
-?Przepraszam za stan tego miejsca, ale rzadko tutaj zaglądamy - powiedziała Nisha, rozglądając się po ogromnym foyer, jakby zjawiła się w nim po raz pierwszy. Nie miała zachwyconej miny. -?To nie ja wybrałam ten wystrój, żeby była jasność. Urocze, prawda?
Zerknąłem na stojącą obok szklaną gablotę, w której pustułka trzymała w szponach polną mysz.
-?No cóż, ktoś miał specyficzny gust -?stwierdziłem.
-?Ale dyplomata z ciebie. Jon ciągle powtarza, że damy to wszystko do wyceny, ale jakoś nie możemy się zmusić. Prawdopodobnie są sporo warte, jeśli ktoś lubi takie trofea. -?Wyraz jej twarzy nie pozostawiał wątpliwości, że sama nie należy do tego gatunku ludzi. Chyba nawet się wzdrygnęła. -?Twój pokój jest na pierwszym piętrze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki