Rozdział 1
Ciało ludzkie składa się w sześćdziesięciu procentach z wody i samo z siebie nie unosi się na
powierzchni. Pływa, dopóki w płucach jest powietrze, a potem, w miarę
jak się ono ulatnia, zaczyna stopniowo opadać na dno. Kiedy woda jest
bardzo głęboka lub zimna, pozostanie tam, ulegając w ciemności powolnemu
rozkładowi, który może trwać latami.
Jeżeli jednak woda okaże się na tyle ciepła, by bakterie mogły żywić się
i mnożyć, proces rozkładu będzie trwał. We wnętrznościach wytworzą się
gazy, zwiększając wyporność ciała, aż w końcu zacznie znowu unosić się
ku górze.
I zmarły dosłownie powstanie.
Ciało będzie dryfować na powierzchni wody lub tuż pod jej taflą twarzą
do dołu, ze zwisającymi rękami i nogami. Po jakimś czasie w końcu się
rozpadnie, w makabryczny sposób odwracając proces powstawania w owodniowym mroku macicy. Najpierw odpadną jego końcowe części, palce,
dłonie i stopy. Potem ręce i nogi, a na końcu głowa, wreszcie zaś
pozostanie sam korpus. Gdy ulotni się reszta gazów wytworzonych przez
proces rozkładu, również i on powoli zatonie po raz drugi i ostateczny.
Woda może także spowodować inną przemianę. W czasie rozkładu tkanek
miękkich podskórna warstwa tłuszczu zacznie ulegać rozpadowi, pokrywając
niegdyś żywe ludzkie ciało grubą, mazistą warstwą. Znana jako adipocera,
albo -?jeżeli chcemy użyć bardziej obrazowego określenia -?tłuszczowosk,
ta biaława substancja ma także mniej makabryczną nazwę.
Mydło.
Opatulone w brudnobiały całun tkanki i narządy wewnętrzne są chronione w czasie, gdy zwłoki odpływają w ostatnią, samotną podróż.
Chyba że przypadek wydobędzie je po raz kolejny na światło dnia.
* * *
Byłem w fatalnym nastroju, zanim jeszcze odkryłem perforację.
Czaszka należała do młodej kobiety, o czym świadczyła bardziej subtelna
budowa. Kość czołowa była wysoka i gładka, bez wydatnych łuków
brwiowych, a niewielki guzek wyrostka sutkowego pod otworem słuchowym
sprawiał wrażenie zbyt delikatnego jak na mężczyznę. Takie rzeczy same w sobie nie miały decydującego znaczenia, ale występując wspólnie, dawały
mi w kwestii płci pewność. Do chwili śmierci wszystkie zęby stałe
zdążyły się wyrżnąć, co świadczyło, że zmarła miała ponad dwanaście lat,
ale niewiele więcej. Brakowało wprawdzie dwóch zębów trzonowych i górnego siekacza, lecz zapewne wypadły po zgonie, bo wszystkie pozostałe
były zdrowe i prawie niestarte. Nie potrzebowałem reszty szkieletu, aby
orzec, że dziewczyna, nim zginęła, ukończyła czternaście-piętnaście lat.
Mówię "zginęła", ponieważ przyczyna śmierci była aż nadto oczywista. Z tyłu czaszki, niemal dokładnie pośrodku kości potylicznej, znajdował się
otwór o długości mniej więcej dwóch i pół centymetra i szerokości
dwunastu milimetrów. Od ostrych krawędzi otworu rozchodziły się linie
pęknięć, co wskazywało, że w chwili gdy nastąpiło obrażenie, kość była
"młoda" i żywa. Jeżeli uraz by powstał po śmierci, kiedy kość była już
sucha i krucha, wyglądałoby to inaczej. Podnosząc czaszkę po raz
pierwszy, z zaskoczeniem usłyszałem dobiegający z jej wnętrza niemal
melodyjny grzechot. Początkowo pomyślałem, że to fragmenty kości
wciśnięte do wnętrza mózgoczaszki przez przedmiot, który zabił młodą
ofiarę, ale wsłuchując się w dźwięk, uznałem, że obiekt w środku jest na
to zbyt duży i solidny. Prześwietlenie potwierdziło moje przypuszczenia:
wewnątrz czaszki dziewczyny kołatał się wydłużony, symetryczny kształt.
Grot strzały.
Nie sposób było stwierdzić dokładnie, jak stara była czaszka ani jak
długo spoczywała w ziemi smaganego wiatrami northumberlandzkiego
wrzosowiska. Z akceptowalną dozą prawdopodobieństwa można było jedynie
powiedzieć, że dziewczyna nie żyła od ponad pięciuset lat, wystarczająco
długo, aby promień strzały zmurszał, a kość pociemniała, nabierając
koloru ciemnego karmelu. Nigdy nie dowiemy się o niej niczego, ani kim
była, ani dlaczego zginęła. Lubię myśleć, że temu, kto ją zabił -?kiedy
była odwrócona albo uciekała -?wymierzono jakąś sprawiedliwość za tę
zbrodnię. Tego jednak także się nie dowiemy.
Kiedy pakowałem czaszkę, starannie owijając ją w bibułkę przed ponownym
umieszczeniem jej w pudełku, grot przesuwał się, lekko postukując.
Podobnie jak w przypadku innych historycznych szczątków kostnych
wykorzystywano ją na wydziale antropologicznym uniwersytetu do szkolenia
studentów, przy czym ta makabryczna osobliwość była wystarczająco stara,
by w gruncie rzeczy nie wywoływać już odruchu protestu. Przywykłem do
tego -?Bóg mi świadkiem, widziałem już gorsze rzeczy -?lecz to konkretne
memento mori zrobiło na mnie szczególnie przejmujące wrażenie, być może
z powodu młodego wieku ofiary lub brutalności, z jaką odebrano jej
życie. Bądź co bądź była kiedyś czyjąś córką. A teraz, całe wieki
później, wszystko, co pozostało z tej bezimiennej dziewczyny, mieściło
się w kartonowym pudle stojącym w laboratorium.
Wstawiłem pudło do stalowej szafy, gdzie dołączyło do reszty.
Rozcierając zesztywniały kark, przeszedłem do gabinetu i włączyłem
komputer. Kiedy logowałem się do poczty, jak zwykle pojawiło się
mimowolne oczekiwanie na coś nowego i jak zwykle zastąpiło je
rozczarowanie. Były tam jedynie banalne drobiazgi akademickiego życia -
pytania studentów, notatki służbowe od kolegów i od czasu do czasu
propozycje, których filtr antyspamowy nie zdołał odsiać. Nic więcej.
Tak było od miesięcy.
Jeden e-mail był od profesora Harrisa, nowego szefa antropologii, i przypominał mi, że mam skontaktować się z jego sekretarką, która umówi
nas na spotkanie. "W celu omówienia opcji dotyczących pańskiego
stanowiska", napisał dyplomatycznie. Czytając to, poczułem skurcz w żołądku, choć w zasadzie nie byłem zaskoczony. W każdym razie był to
problem na następny tydzień. Wyłączyłem komputer, odwiesiłem kitel i włożyłem marynarkę. Przy drzwiach wyjściowych minęła mnie magistrantka.
-?Dobranoc, doktorze Hunter. Życzę miłego weekendu -?powiedziała.
-?Dziękuję, Jamilo. Nawzajem.
Myśl o przedłużonym weekendzie jeszcze bardziej popsuła mi nastrój.
Nierozsądnie przyjąłem zaproszenie przyjaciół, aby spędzić go w ich domu
w Cotswold. Było to wiele tygodni temu i wówczas perspektywa wyjazdu
wydawała się wystarczająco odległa w czasie, żeby się nią nie martwić.
Teraz nie myślałem już o tym tak optymistycznie, tym bardziej że miało
być tam wielu gości, których nie znałem.
Już za późno na żale, westchnąłem w duchu, wsiadłem do samochodu,
machnąłem przepustką przed skanerem i czekałem, aż podniesie się szlaban
na parkingu. Wiedziałem, że codzienna jazda na uniwersytet, zmaganie się
z ruchem ulicznym w Londynie i korkami zamiast korzystania z metra jest
głupotą, lecz trudno mi było pozbyć się tego nawyku. Jako konsultant
policji przywykłem, że wzywa się mnie, często z bardzo krótkim
wyprzedzeniem, do różnych miejsc w kraju, gdzie znaleziono jakieś ciało.
Zachowanie możliwości szybkiego wyjazdu było sensowne, tyle że wcześniej
-?zanim zostałem nieoficjalnie umieszczony na czarnej liście. Teraz
jazda samochodem do pracy w coraz mniejszym stopniu sprawiała wrażenie
niezbędnej rutyny, a coraz bardziej przypominała zaklinanie
rzeczywistości.
Po drodze do domu zatrzymałem się przy supermarkecie, żeby kupić różne
rzeczy, które, jak pamiętałem, gość powinien przywieźć ze sobą.
Wyruszałem dopiero rankiem, musiałem więc mieć także coś na dzisiejszy
obiad, ale błąkałem się między regałami bez szczególnego entuzjazmu, nie
mogąc przełamać odczuwanej od kilku dni wynikłej ze znudzenia apatii.
Kiedy dotarło do mnie, że rozglądam się po dziale z gotowymi daniami,
dałem sobie mentalnego szturchańca i ruszyłem w ciekawsze alejki.
W tym roku wiosna się spóźniała i zimowe wiatry oraz deszcze utrzymywały
się do późnego kwietnia. Zachmurzone niebo w niewielkim stopniu
pozwalało zauważyć, że dni stają się dłuższe, i gdy skręcałem w ulicę,
przy której mieszkałem, zaczął już zapadać zmrok. Zaparkowałem samochód,
wyciągnąłem z bagażnika torby z zakupami i ruszyłem w stronę mieszkania.
Zajmowałem cały parter dużego, wiktoriańskiego domu, dzieląc niewielki
hol wejściowy z mieszkaniem na górnym piętrze. Kiedy podszedłem bliżej,
zobaczyłem ubranego w kombinezon mężczyznę majstrującego coś przy
frontowych drzwiach.
-?Dobry wieczór, szefie -?powitał mnie wesoło. Trzymał w dłoni hebel, a z otwartej torby przy jego stopach wysypywały się różne narzędzia.
-?Co się dzieje? -?zapytałem, widząc gołe drewno wokół zamka i wióry na
podłodze.
-?Pan tu mieszka? Ktoś usiłował się włamać. Pańska sąsiadka nas wezwała,
żebyśmy to naprawili -?zdmuchnął wióry z krawędzi drzwi i znowu
przyłożył do niej hebel. -?W tej dzielnicy nie należy zostawiać domu bez
zamknięcia.
Przestąpiłem torbę z narzędziami i poszedłem zasięgnąć języka u sąsiadki. Wyjątkowo atrakcyjna Rosjanka, która -?o ile mogłem się
zorientować -?pracowała w biurze podróży, mieszkała na górnym piętrze
zaledwie od kilku tygodni. Rzadko rozmawialiśmy, ograniczając się do
wymiany uprzejmości, i nigdy nie zaprosiła mnie do siebie.
-?Był popsuty, kiedy przyszłam do domu -?wyjaśniła, gniewnie potrząsając
głową, wysyłając tym ruchem ku mnie falę piżmowego zapachu perfum. -
Jakiś wszawy ćpun usiłował się dostać do środka. Kradną wszystko.
Dzielnica nie była zbyt ekskluzywna, niemniej problemy z narkotykami nie
były w niej bardziej uciążliwe niż gdziekolwiek indziej.
-?Drzwi wejściowe były otwarte?
Sprawdziłem moje, ale były nienaruszone. Nic nie wskazywało, że ktoś
usiłował się włamać. Sąsiadka pokręciła głową, znów wprawiając w ruch
gęste, ciemne włosy.
-?Nie. Tylko uszkodzone. Drań się spłoszył albo zrezygnował.
-?Wezwała pani policję?
-?Policję? -?parsknęła lekceważąco. -?Tak, ale się nie przejęli. Zdjęli
odciski palców, wzruszyli ramionami i poszli. Lepiej wstawić nowy zamek.
Tym razem solidny.
Powiedziała to z naciskiem, jakby nieskuteczność starego zamka była moją
winą, potulnie więc się wycofałem i zszedłem na dół, gdzie ślusarz
kończył pracę.
-?Zrobione, szefie. Trzeba będzie jeszcze pociągnąć farbą, żeby
odsłonięte drewno nie spaczyło się na deszczu. -?Uniósł brwi, trzymając
w dłoni dwa komplety kluczy. -?Kto płaci rachunek?
Spojrzałem w górę, na drzwi sąsiadki. Były zamknięte.
-?Przyjmuje pan czeki? -?westchnąłem.
Po odejściu ślusarza poszedłem do domu po śmietniczkę i zmiotkę, aby
uprzątnąć z holu wióry. Jeden z nich utkwił w rogu. Pochyliłem się, żeby
go zamieść, a kiedy spojrzałem na swoją dłoń na tle czarnych i białych
kafelków, nagłe déja vu spowodowało, że zakręciło mi się w głowie.
Wyprostowałem się z łomocącym sercem, w przebłysku myśli widząc się
leżącego na podłodze holu z nożem wbitym w brzuch wśród krwi
rozlewającej się po szachownicy kafelków. Zmusiłem się do głębokich
oddechów, starając się opanować cieknący po mnie lepki pot.
Ale już mi przechodziło. Chryste, pomyślałem słabo. Skąd się to wzięło?
Minęło wiele czasu, od kiedy napad przypominał mi się regularnie, i to
wspomnienie pojawiło się bez ostrzeżenia. Nawet rzadko o tym myślałem.
Wiele wysiłku kosztowało mnie zapomnienie tamtego wydarzenia i chociaż
pozostały fizyczne blizny, myślałem, że rany psychiczne już się zagoiły.
Najwyraźniej nie.
Trochę jeszcze dygocąc, wysypałem zawartość szufelki do kubła na śmieci
i wróciłem do mieszkania. Znajoma przestrzeń wyglądała tak samo jak
wtedy, gdy wychodziłem rano. Nierzucające się w oczy meble w saloniku o sensownych wymiarach, kuchnia i mały prywatny ogród na tyłach. Było to
idealnie nadające się do zamieszkania miejsce, ale teraz, z tkwiącą
wciąż w pamięci jeszcze świeżą retrospekcją, uświadomiłem sobie, jak
niewiele związanych z nim wspomnień było szczęśliwych. Podobnie jak w przypadku jazdy samochodem do pracy, jedyną rzeczą, która mnie tu
trzymała, był nawyk.
Być może przyszła pora na zmianę.
Apatycznie rozpakowałem zakupy, a potem wziąłem z lodówki piwo. Prawdę
mówiąc, wpadłem w rutynę. A zmiana miała nastąpić bez względu na to, czy
tego chciałem, czy nie. Chociaż byłem zatrudniony przez uniwersytet,
większość mojego czasu pracy zajmowały konsultacje dla policji. Jako
antropolog specjalizujący się w medycynie sądowej, byłem wzywany, kiedy
znalezione ludzkie szczątki były w stanie zbyt daleko posuniętego
rozkładu albo rozczłonkowane. Była to wysoce specjalistyczna dziedzina,
którą zajmowali się najczęściej wolni strzelcy, tacy jak ja, pomagający
policji zidentyfikować to, co zostało ze zwłok, oraz określić czas i przyczynę zgonu. Gruntownie zapoznałem się ze śmiercią w jej wszystkich
drastycznych, okrutnych szczegółach, płynnie czytając język kości,
rozkładu oraz gnicia. Według standardów większości ludzi było to
makabryczne zajęcie i bywały momenty, gdy sam się z tym zgadzałem. Wiele
lat wcześniej, po utracie żony i córki w wypadku samochodowym,
porzuciłem całkowicie tę pracę. Wróciłem do mojego pierwotnego zawodu
lekarza rodzinnego, zajmującego się sprawami żywych, a nie umarłych.
Cóż, nie trwało to długo. Z tych czy innych względów znowu wróciłem do
dawnej specjalności. I byłem w niej dobry.
Albo raczej tak wyglądały sprawy do czasu, kiedy minionej jesieni
poproszono mnie, żebym wziął udział w dochodzeniu. Po jego zamknięciu
dwóch funkcjonariuszy policji nie żyło, a oficer wysokiej rangi został
zmuszony do złożenia rezygnacji. Chociaż nie była to moja wina, stałem
się mimowolnym katalizatorem skandalu, który wybuchł później, a nikt nie
lubi ludzi przynoszących kłopoty. A już na pewno nie policja.
I nagle zlecenia się skończyły.
Jak było do przewidzenia, na uniwersytecie doszło do efektu domina.
Formalnie byłem tylko współpracownikiem zatrudnionym na umowie
odnawialnej, nie etatowcem. Takie rozwiązanie dawało mi wolną rękę w udzielaniu konsultacji policji i pozwalało wydziałowi czerpać korzyści z takiego układu. Wszystko grało, ale współpracownik pracujący przy
głośnych dochodzeniach związanych z morderstwami był całkowicie kimś
innym niż taki, który nagle stał się persona non grata dla wszystkich
instytucji policyjnych w kraju. Do końca mojego kontraktu zostało
zaledwie kilka tygodni, a nowy dziekan antropologii stwierdził jasno, że
wydział nie będzie dźwigał niepotrzebnego balastu.
Było oczywiste, że to mnie tak postrzegał.
Z westchnieniem opadłem na fotel i pociągnąłem łyk piwa. Ostatnia rzecz,
na jaką miałem ochotę, to weekendowe przyjęcie, ale Jason i Anja byli
starymi przyjaciółmi. Jego znałem od czasów akademickich, a na jednej z ich imprez poznałem żonę. Podobnie jak było ze wszystkim innym,
pozwoliłem więzom przyjaźni osłabnąć, gdy opuściłem Londyn po śmierci
Kary i naszej córki Alice, i nigdy w pełni nie zająłem się ich
odtworzeniem po powrocie.
Jason odezwał się do mnie na krótko przed Bożym Narodzeniem, kiedy
przeczytał moje nazwisko w doniesieniu prasowym o spapranym dochodzeniu.
Od tej pory spotkałem się z nimi kilka razy i z ulgą stwierdziłem, że
nie było to dla mnie krępujące, czego się obawiałem. Przeprowadzili się
po tym, jak utraciliśmy ze sobą kontakt, dzięki czemu przynajmniej
zostały mi oszczędzone gorzko-słodkie wspomnienia związane z ich starym
domem. Teraz mieszkali w przyprawiającym o cenowy zawrót głowy domu w Belsize Park i mieli drugą rezydencję w Cotswold.
Tam właśnie miałem jechać jutro rano. Dopiero kiedy przyjąłem
zaproszenie, dowiedziałem się, że ukrywa haczyk.
-?Zapraszamy parę innych osób -?oznajmił mimochodem Jason -?a wśród nich
kogoś, kogo Anja chce, żebyś poznał. To prawniczka karnistka,
powinniście więc łatwo się dogadać. Sam wiesz, sprawy policyjne i takie
tam. Przy tym jest singielką. No dobra, rozwódką, na jedno wychodzi.
-?A więc w tym rzecz. Chcecie mnie z kimś wyswatać?
-?Nie ja, lecz Anja -?wyjaśnił cierpliwie. -?Przecież nie skonasz od
samego poznania atrakcyjnej kobiety, prawda? Jeżeli ci się spodoba, to
super. A jeżeli nie, to co się stanie? Po prostu przyjedź i zobacz, jak
będzie.
W końcu się zgodziłem. Wiedziałem, że on i Anja mają dobre zamiary, a prawdę mówiąc, mój towarzyski kalendarz nie był zbyt przepełniony. Teraz
jednak perspektywa spędzenia długiego weekendu z obcymi ludźmi wydawała
mi się koszmarnym pomysłem. Cóż, już za późno. Lepiej postaraj się
dobrze bawić.
Wstałem ociężale i zacząłem robić sobie coś do jedzenia. Kiedy zadzwonił
telefon, pomyślałem, że to Jason chce sprawdzić, czy nie zamierzam w ostatniej chwili się wykręcić, i przez moment nawet mnie to kusiło,
dopóki nie zobaczyłem, że wyświetlony numer nie należy do niego.
Niewiele brakowało, a bym go nie odebrał, uznając, że to znów jakieś
telefoniczne naciągactwo. Zadziałały jednak dawne nawyki i mimo wszystko
podniosłem słuchawkę.
-?Czy doktor Hunter?
Mówił mężczyzna i sądząc po głosie, był za stary na telemarketera.
-?Tak. A z kim rozmawiam?
-?Jestem detektyw inspektor Bob Lundy z komendy w Essex. -?Mężczyzna
mówił bez pośpiechu, niemal powolnie i z wymową typową bardziej dla
północy niż okolic ujścia. Lancashire, pomyślałem. -?Czy nie
przeszkadzam?
-?Nie, wcale nie. -?Odstawiłem piwo, zapominając o jedzeniu.
-?Przepraszam, że zakłócam panu weekend, ale otrzymałem pańskie nazwisko
od głównego inspektora detektywa Andy'ego Mackenzie z policji w Norfolk.
Pracował pan z nim kilka lat temu przy dochodzeniu w sprawie morderstwa?
Ton sugerował pytanie, ale zupełnie dobrze pamiętałem Mackenziego. Byłem
wówczas lekarzem rodzinnym i seria morderstw zmusiła mnie do powrotu do
sądówki. Mackenzie był wtedy detektywem inspektorem, a nasze relacje nie
zawsze się układały. Doceniłem więc, że obecnie wspomniał o mnie, choć
starałem się nie wiązać z tym zbyt wielkich nadziei.
-?Zgadza się -?przytaknąłem. -?W czym mogę pomóc?
-?Otrzymaliśmy meldunek o dostrzeżeniu ciała w rozlewisku ujścia, kilka
mil w górę wybrzeża od wyspy Mersea. Dziś w nocy nie możemy wiele
zrobić, lecz potrafimy dość dobrze przewidzieć, gdzie może osiąść na
brzegu. Tuż po świcie zacznie się odpływ i kiedy tylko będzie dość
jasno, zaczniemy poszukiwania oraz operację wydobycia zwłok. Wiem, że to
mało czasu, ale czy zdołałby pan spotkać się tam z nami jutro rano?
Przez chwilę, ale tylko chwilę, pomyślałem o przyjęciu u Jasona i Anji.
Zrozumieją.
-?Chce pan, żebym był przy wydobyciu?
Pracowałem przy utonięciach, tylko jednak wtedy, gdy szczątki były w stanie daleko posuniętego rozkładu. Nie ma potrzeby zatrudniania
antropologa z medycyny sądowej w przypadkach niedawnych utonięć, kiedy
zwłoki są względnie dobrze zachowane. O ile nie chodziło wręcz o fałszywy alarm wywołany przez pływający worek na śmieci czy tłumoczek z odzieżą, co się nieraz zdarzało. Tak więc, jeżeli nie miały miejsca
jakieś wyjątkowe okoliczności, zazwyczaj nie wzywano mnie przed
wydobyciem zwłok i poznaniem ich stanu.
-?Tak, jeżeli mógłby pan przyjechać -?powiedział Lundy. -?Paru
niedzielnych żeglarzy dostrzegło ciało dziś późnym popołudniem i zamierzali wciągnąć je na pokład, dopóki nie podpłynęli na tyle blisko,
by poczuć zapach. Wtedy zmienili zdanie.
I bardzo dobrze. Są sposoby odróżnienia obrażeń powstałych po śmierci od
zadanych przed zgonem, lecz lepiej unikać takich sytuacji. Zwłoki są
również materiałem dowodowym, te zaś w stanie rozkładu łatwo uszkodzić
podczas nieodpowiedniego obchodzenia się z nimi. A coś takiego mogłoby
się tu zdarzyć, skoro zaczęły już cuchnąć.
-?Czy są jakieś przypuszczenia, kto to może być? -?zapytałem, szukając
papieru i pióra.
-?Mniej więcej sześć tygodni temu zaginął pewien miejscowy -?odparł
Lundy i gdybym nie był tak zaaferowany, być może zastanowiłoby mnie
wahanie w jego głosie. -?Uważamy, że jest spore prawdopodobieństwo, że
to właśnie on.
-?Te zwłoki dość długo dryfowały w ujściu, zanim je znaleziono -
skonstatowałem.
To było jasne, skoro żeglarze zdołali je poczuć. Nie było niczym
niespotykanym, że ludzkie szczątki unosiły się na wodzie przez kilka
tygodni, a nawet miesięcy, ale zazwyczaj działo się tak na głębszych
wodach lub na morzu. W ujściach występują pływy mogące osadzać ciało
przynajmniej dwa razy dziennie na brzegu, gdzie byłoby wystawione na
działanie powietrza. Oczekiwałbym zatem, że powinno być dostrzeżone
wcześniej.
-?Ale nie to -?oświadczył Lundy. -?Na wodach zalewu nie ma już zbyt
wielu łodzi. Kiedy pan przyjedzie, przekona się pan, dlaczego. Cały
rejon jest dość niedostępny.
Gryzmoliłem w notesie, starając się zmusić oporne pióro do pisania.
-?Czy w zniknięciu tego człowieka jest coś podejrzanego, o czym
powinienem wiedzieć?
Chwila wahania.
-?Nie mamy powodu uważać, że związane są z tym jakieś inne osoby.
Odłożyłem pióro, wyczuwając ostrożność w głosie inspektora. Jeżeli nie
był z tym związany nikt postronny, pozostawał jedynie wypadek albo
samobójstwo, a z reakcji Lundy'ego można było wywnioskować, że chodzi o to drugie. Może to i tragiczne wydarzenie, lecz normalnie nie było
powodu, aby udzielać tak wymijających odpowiedzi.
-?Czy jest coś drażliwego w tej sprawie? -?zapytałem.
-?Właściwie nie nazwałbym tego drażliwym. -?Lundy mówił tonem kogoś, kto
starannie dobiera słowa. -?Powiedzmy tylko, że jesteśmy pod presją i musimy pilnie ustalić, czy są to zwłoki osoby, o której myślimy. Bazę
zakładamy w starym przedsiębiorstwie połowu i przetwórstwa ostryg, lecz
trudno ją znaleźć. Prześlę mailem wskazówki, ale dotarcie na miejsce
może panu zająć dużo czasu. Nawigacja satelitarna nie jest zbyt
przydatna w tych stronach.
Kiedy zakończył rozmowę, siedziałem jakiś czas, patrząc w przestrzeń.
Najwyraźniej było w tym coś więcej, a inspektor nie chciał tego omawiać
przez telefon, nie potrafiłem jednak wymyślić, co to takiego.
Samobójstwa są niestety dość pospolitym zjawiskiem, wobec którego
policjanci zazwyczaj nie bywają tak powściągliwi.
"Przekona się pan jutro", tyle usłyszałem. Jeżeli policja miała rację
i było to ciało człowieka zaginionego od kilku tygodni, niemal na pewno
znajduje się w stanie zaawansowanego rozkładu. Wydobywanie podatnych na
uszkodzenia ciał z wody -?zwłaszcza z morza -?może być trudne i dlatego
chcieli, aby na miejscu znalazł się antropolog z sądówki. I chociaż
rozkładające się szczątki były w większym stopniu moją niż ich działką,
zaskoczyło mnie, że wezwano mnie tak wcześnie. Zazwyczaj starszy oficer
śledczy i anatomopatolog powinni sami zdecydować, jak najbezpieczniej
zająć się gnijącymi zwłokami.
Niemniej jeżeli policja chciała mieć mnie na miejscu, nie miałem zamiaru
się sprzeczać. Pomyślałem o proszonej kolacji Jasona i Anji. Wydobycie
zwłok nie powinno zająć całego dnia, tak więc fakt, że musiałem
popracować, nie dawał mi uzasadnionego powodu, aby zrezygnować z wizyty.
Z wybrzeża będę musiał jechać dłużej do Cotswold, lecz teraz perspektywa
udziału w przyjęciu nie wydawała mi się już tak zniechęcająca.
Ożywiony po raz pierwszy od wielu tygodni, poszedłem przygotować się do
wyjazdu.
Rozdział 2
Wyruszyłem w drogę rankiem następnego
dnia jeszcze przed świtem. Nawet o tej porze był spory ruch na drodze, a reflektory ciężarówek i wozów pracusiów dojeżdżających wcześnie do firm
śmigały po jezdni. Kiedy jednak wyjechałem z Londynu i ruszyłem na
wschód, błyski świateł samochodów stawały się coraz rzadsze, drogi coraz
słabiej oświetlone i w końcu, kiedy zatłoczone przedmieścia zostały z tyłu, gwiazdy rozbłysły jaskrawo. Przyćmiona poświata nawigacji
satelitarnej dawała złudzenie ciepła, ale mimo wszystko tak wczesnym
rankiem musiałem włączyć ogrzewanie. Zima była długa i chłodna, a wiosna, wbrew twierdzeniom kalendarza, istniała jedynie na jego kartach.
Obudziłem się obolały i niemrawy. Mógłbym przypisać to słabemu kacowi,
gdybym poprzedniego wieczoru wypił więcej niż jedno piwo. Po gorącym
prysznicu i szybkim śniadaniu poczułem się jednak lepiej i zbyt
zaabsorbował mnie nadchodzący dzień, bym miał zwracać uwagę na
samopoczucie.
Wczesnym rankiem na drogach było spokojnie. Moczary na wybrzeżu Essex
znajdowały się niedaleko Londynu -?płaskie, nisko położone pola i słone
bagna, które toczyły, i niekiedy przegrywały, nieustanną bitwę z pływami
i morzem -?lecz ja tego odcinka południowo-wschodniego wybrzeża nie
znałem zbyt dobrze. Stare przedsiębiorstwo połowu i przetwórstwa ostryg,
skąd prowadzono poszukiwania, znajdowało się w miejscu o nazwie "ujście
Saltmere". We wskazówkach przesłanych mailem inspektor Lundy ponownie
przestrzegał, abym przewidział dużo czasu na podróż. Uważałem, że jest
przesadnie ostrożny, dopóki nie sprawdziłem usytuowania tego miejsca na
mapie Google'a. Brzegi zalewu, ku któremu się kierowałem, otaczał
labirynt wijących się kanałów i strumieni, określonych na mapie po
prostu jako Backwaters. Na fotografii satelitarnej cieki wodne wyglądały
jak naczynia włoskowate, które utorowały sobie drogę przez podmokły
teren i wysychały podczas odpływu, odsłaniając czarne łachy mułu i rowy.
Wtedy zrozumiałem, dlaczego Lundy kazał mi przeznaczyć więcej czasu na
dojazd. Większość miejsc sprawiała wrażenie niedostępnych bezdroży i chociaż przez niektóre z większych cieków prowadziły groble, można było
nimi przejechać tylko w czasie odpływu.
Poświata nawigacji satelitarnej przygasała, w miarę jak niebo
bezpośrednio przede mną rozjaśniało się coraz bardziej. Z jednej strony
na jego tle rysowały się sylwetki rafinerii na wyspie Canvey, fraktalne,
czarne kształty skrzące się światłami. Na szosie pojawiło się więcej
samochodów, ale kiedy skręciłem w boczną drogę, ruch osłabł i niebawem
znowu byłem sam, zmierzając ku zachmurzonemu świtowi.
Wkrótce wyłączyłem nawigację, kierując się wyłącznie wskazówkami
Lundy'ego. Otaczający mnie krajobraz był płaski jak kartka papieru
zabazgrana zaroślami głogów, z widocznymi jedynie sporadycznie domami
czy stodołami. Instrukcje inspektora poprowadziły mnie przez małe,
posępne miasteczko Cruckhaven leżące blisko ujścia rozlewiska. Mijając
pokryte tynkiem kamyczkowym parterowe domy i chaty, dotarłem do nabrzeża
portowego, gdzie kilka pochylonych pod różnymi kątami trawlerów i łodzi
rybackich o brudnych kadłubach spoczywało na mulistych łachach, czekając
na przypływ, który przywróci im wdzięk i sens istnienia.
Miasteczko wyglądało niezbyt zachęcająco i opuściłem je bez żalu. Droga
dalej biegła wzdłuż rozlewiska, a jej asfalt niknął w miejscach, gdzie
zmyły go przypływy i fale. Wyglądało na to, że stało się to niedawno.
Mieliśmy kolejną niedobrą zimę, jeżeli chodzi o powodzie, lecz w Londynie, zaabsorbowany własnymi problemami, nie zwracałem uwagi na
doniesienia mediów o sztormach na wybrzeżu. Widząc martwe wodorosty
wyrzucone daleko na leżącą bliżej lądu stronę drogi, pomyślałem, że
tutaj musiała to być smutna rzeczywistość. Kaprysy pogody i globalne
ocieplenie przestają być tematem akademickich dywagacji, kiedy ich
skutków doświadcza się na własnej skórze.
Jechałem drogą w kierunku szeroko otwierającego się w morze ujścia.
Teraz, w czasie odpływu, z rozlewiska pozostała jedynie mulista równina
upstrzona kałużami i strumykami wody. Zacząłem się już zastanawiać, czy
przypadkiem nie minąłem miejsca, gdzie powinienem skręcić, kiedy
wreszcie ujrzałem przed sobą na brzegu szereg niskich budynków. Przed
nimi stały zaparkowane różne pojazdy policyjne, a gdybym miał jeszcze
jakieś wątpliwości, ustawiona nieco dalej drewniana tablica głosiła:
"Saltmere Oyster Co".
Przy bramie stał policjant, który porozumiał się przez radio, zanim mnie
wpuścił. Zatrzymałem się na popękanym kawałku asfaltu obok innych
samochodów i policyjnej przyczepy zaparkowanych za zrujnowanymi
budynkami przetwórni ostryg. Kiedy wysiadłem z wozu, zesztywniały po
jeździe, chłód poranka podziałał po ciepłym wnętrzu samochodu jak
orzeźwiający prysznic. W górze rozbrzmiewały żałosne pokrzykiwania mew,
czuć było odór gnijących wodorostów i ziemny zapach mułu. Odetchnąłem
głęboko, rozglądając się wokół. Pozbawione wody rozlewisko wyglądało
tak, jakby gigantyczna dłoń wygrzebała długą bruzdę w ziemi,
pozostawiając jedynie muł i uwięzione w nim kałuże i jeziorka wody. Była
w tym jakaś księżycowa posępność, lecz już zaczynał wracać przypływ -
bez patrzenia widziałem w głowie strumyki pełznące z powrotem kanałami
wymytymi w dnie.
Zmieniający się wiatr przyniósł rytmiczne dudnienie silnika śmigłowca
policyjnego albo straży przybrzeżnej i nawet z tej odległości mogłem
dostrzec czarną kropkę krążącą nad zalewem. Wiedziałem, że aby dokonać
wizualnego przeszukania akwenu, trzeba było maksymalnie wykorzystać
światło dnia i niski poziom wody, gdyż pływające zwłoki zazwyczaj nie
wydzielają dość ciepła, by dać się dostrzec w podczerwieni, mogą też być
trudne do wykrycia z powietrza, zwłaszcza jeżeli unoszą się tuż pod
powierzchnią. Oznaczało to wyścig z czasem, trzeba było bowiem odnaleźć
ciało, zanim wróci przypływ i zabierze je znowu.
No to nie stój tak, śniąc na jawie, pomyślałem i ruszyłem w stronę
przyczepy, gdzie powiedziano mi, że detektyw inspektor Lundy jest na
nabrzeżu. Obszedłem szopy przetwórni ostryg i zobaczyłem rurowaty
kształt RHIB-a -?policyjnego pontonu hybrydowego1 -
czekający na przyczepce u szczytu betonowej pochylni. Zrozumiałem wtedy,
dlaczego poszukiwania prowadzone są z tego miejsca. Pochylnia prowadziła
do głębokiego kanału w mule, który rozpoczynał się bezpośrednio przed
nabrzeżem. Powracający przypływ najpierw go wypełni, umożliwiając
zwodowanie łodzi i wyprowadzenie jej na głębszą wodę bez oczekiwania, aż
wypełni się cały zalew. Poziom przypływu jeszcze na to nie pozwalał,
lecz wiry i drobne fale marszczące powierzchnię świadczyły, że nie
potrwa to już długo.
Przy RHIB-ie stała grupa mężczyzn i kobiet trzymających w dłoniach
parujące plastikowe kubki i rozmawiających po cichu. Kilka osób miało na
sobie ubiory o niemal paramilitarnym wyglądzie -?granatowe spodnie i koszule pod masywnymi kamizelkami ratunkowymi, które identyfikowały je
jako członków służb policji morskiej -?reszta zaś była po cywilnemu.
-?Szukam detektywa inspektora Lundy'ego -?powiedziałem.
-?To ja -?rzekł jeden z mężczyzn, odwracając się w moją stronę. -?Doktor
Hunter, nie mylę się?
Trudno wyobrazić sobie czyjś wygląd tylko po głosie, ale w przypadku
Lundy'ego wszystko pasowało idealnie. Miał nieco ponad pięćdziesiąt lat
oraz budowę podstarzałego zapaśnika, który zaczął tyć i może nie był już
w formie, wciąż jednak zachował masę i mięśnie. Nastroszone wąsy
nadawały mu wygląd przyjaznego morsa, a okrągła twarz z okularami w drucianej oprawce sprawiała wrażenie jednocześnie pogodnej i smętnej.
-?Wcześnie pan dotarł. Znalazł nas pan bez trudu? -?zapytał, ściskając
mi dłoń.
-?Cieszę się, że dostałem wskazówki -?przyznałem. -?Miał pan rację z tą
nawigacją satelitarną.
-?Pełno tu odnóg, dlatego nazywają to miejsce Backwaters2.
Proszę ze mną, napijemy się herbaty.
Sądziłem, że wrócimy do przyczepy, lecz Lundy poprowadził mnie po
spękanym betonie do swojego samochodu, sfatygowanego vauxhalla, który
wyglądał na równie niezniszczalny jak jego właściciel. Otworzył
bagażnik, wyjął z niego wielki termos i wlał parującą herbatę do dwóch
plastikowych kubków.
-?Lepsza od tych sików w przyczepie, może mi pan wierzyć -?oznajmił,
zakręcając naczynie. -?A może pan pije bez cukru? Ja lubię słodką.
Ja niezbyt, ale herbata była mile widziana. I bardzo chciałem dowiedzieć
się czegoś więcej o sprawie.
-?Udało się? -?zapytałem, dmuchając na gorący płyn.
-?Jeszcze nie, ale śmigłowiec jest w powietrzu od świtu. Jednostka
policji morskiej jest w pogotowiu, kiedy więc tylko dostaniemy
wiadomość, możemy ruszać i wydobyć ciało. Starszy oficer dochodzeniowy,
naczelna detektyw inspektor Pam Clarke, jedzie tu razem z patologiem z sądówki, ale otrzymaliśmy zgodę na wydobycie zwłok, jeżeli znajdziemy je
przed ich przybyciem.
Zastanawiałem się, czemu jeszcze ich nie ma. Starszy oficer
dochodzeniowy i anatomopatolog zawsze są obecni, kiedy zwłoki
odnaleziono na lądzie stałym. Wtedy miejsce znalezienia uznawane jest za
miejsce zbrodni i musi być tak traktowane. W przypadku wydobycia zwłok z morza nie zawsze było to praktyczne, ponieważ w wodzie przemieszczają
się pod wpływem prądów i pływów. W takiej sytuacji priorytetem jest
wydobycie ciała najszybciej jak to możliwe.
-?Powiedział pan, że dość dobrze orientujecie się, gdzie może być ciało?
-?zapytałem.
-?Tak sądzę. Zobaczono je w ujściu wczoraj, około piątej po południu.
Według specjalisty od pływów, którego ściągnęliśmy, była to mniej więcej
pora zmiany kierunku pływu, mogło więc zostać dość szybko
przemieszczone. Jeżeli zniosło je na morze, to tylko tracimy czas, ale
uważamy, że wcześniej wyrzuciło je na stały ląd. Niech pan spojrzy tam.
Skierował gruby palec w stronę odległego o jakąś milę ujścia. Mogłem
dostrzec szereg długich garbów sterczących z mulistego podłoża jak
niskie brązowe wzgórza.
-?To Barrows3 -?wyjaśnił Lundy. -?Łachy, dokładnie przecinające
ujście. Wcześniej były mniejsze, ale cały ten region zamulało od chwili,
gdy w górze wybrzeża zbudowali mające je chronić konstrukcje
hydrotechniczne. Popieprzyło to prądy i teraz cały zmywany piasek ląduje
prosto na naszym progu. Tylko łodzie o małym zanurzeniu mogą wchodzić i wychodzić w morze nawet przy wysokiej wodzie, jest więc pewna szansa, że
zwłoki również nie przedostaną się przez mielizny.
Wpatrywałem się w odległe łachy.
-?Jeżeli ma pan rację, to jak zamierzacie je wydobyć?
To było ważne, wtedy bowiem wkroczę, aby doradzać, w jaki sposób
obchodzić się ze szczątkami, jeśli będą w stanie tak daleko posuniętego
rozkładu, że powstanie niebezpieczeństwo, iż się rozpadną. Lundy dmuchał
ostrożnie na parującą herbatę.
-?Przekonamy się na miejscu, kiedy się tam dostaniemy. Rozważaliśmy
podniesienie ciała śmigłowcem, ale piasek jest zbyt miękki, aby na nim
wylądować. Oznacza to, że trzeba by było opuścić co najmniej dwóch ludzi
na łachę, a gdyby tam ugrzęźli, mielibyśmy kłopoty. Tak więc kiedy
śmigłowiec je odnajdzie, łódź będzie najlepsza. Mamy nadzieję, że
zostanie nam dość czasu, zanim przypływ znowu uniesie zwłoki. -
Uśmiechnął się do mnie. -?Spodziewam się, że wziął pan gumiaki.
Zrobiłem coś lepszego, nauczony wcześniej, jak wygląda odzysk ciał z wody, zabrałem ze sobą wodery. Z tego, co widziałem, operacja
zapowiadała się na gorszą niż większość tych, w których brałem udział.
-?Powiedział pan, że macie pewne podejrzenia, kto to może być?
Lundy siorbnął herbatę i otarł wąsy.
-?Owszem. Trzydziestojednoletni miejscowy, Leo Villiers, którego
zaginięcie zgłoszono miesiąc temu. Jego ojciec to sir Stephen Villiers...?
Wyraźnie umieścił na końcu znaczący znak zapytania, lecz nazwisko nic mi
nie mówiło. Pokręciłem głową.
-?Nie słyszałem o nim.
-?Cóż. To rodzina dobrze znana w okolicy. Wszystkie ziemie tam dalej -
wskazał gestem położoną nieco wyżej drugą stronę rozlewiska, gdzie
zamiast słonych bagien oraz cieków wodnych były uprawne pola wyraźnie
obramowane ciemnymi liniami żywopłotów -?to posiadłość Villiersów.
Właściwie jej część. Mają dużo ziemi również po tej stronie. Zajmują się
rolnictwem, ale sir Stephen robi interesy różnego rodzaju. Olej łupkowy,
wytwórczość. To przedsiębiorstwo połowu i przerobu ostryg też należy do
niego. Wykupił je jakieś dziesięć lat temu, a potem zamknął. Wszystkich
zwolnił.
-?Musiało ich nieźle rąbnąć. -?Zaczynałem rozumieć, skąd pochodziły
naciski, o których Lundy wspominał w rozmowie telefonicznej.
-?Nie tak bardzo, jak pan myśli. Ma plan zrobienia z tego mariny. Mówi o przebagrowaniu kanałów, zbudowaniu hotelu, przekształceniu całego
rejonu. Co oznacza setki miejsc pracy dla tutejszych, a to by osłodziło
gorzką pigułkę, jaką było zamknięcie zakładów. Obrońcy środowiska są
jednak temu zdecydowanie przeciwni, dopóki więc trwają spory, trzyma
firmę w stanie uśpienia. Stać go na prowadzenie długiej rozgrywki, a ma
wystarczająco dużo politycznych wpływów, żeby w końcu wygrać.
Tacy ludzie zazwyczaj wygrywają. Popatrzyłem na muliste dno rozlewiska,
na które powracał już przypływ.
-?A jak wiąże się to z jego synem?
-?Nijak. W każdym razie niebezpośrednio. Leo Villiers jest kimś, kogo
można nazwać czarną owcą. Jedynak, matka zmarła, kiedy był dzieciakiem.
Wykopali go z prywatnej szkoły wojskowej, a potem na ostatnim roku
szkolenia wyleciał z uniwersyteckich kursów oficerskich. Ojcu mimo
wszystko udało się umieścić go w Królewskiej Akademii Wojskowej, tyle że
jej nie skończył. Nie podano żadnego oficjalnego powodu, wygląda zatem
na to, że tatuś pociągnął za sznurki, aby coś zatuszować. A potem
pakował się w jeden skandal za drugim. Miał po matce fundusz
powierniczy, nie musiał więc martwić się o utrzymanie i z wyraźną
lubością szukał kłopotów. Przystojny gnojek, z dziewczynami obchodził
się jak lis w kurniku, ale był przy tym wredny. Zerwał kilka zaręczyn i wplątywał się we wszelkiego rodzaju afery, od jazdy po pijaku po napady
z bronią w ręku. Jego ojciec bardzo dba o dobre imię Villiersów, w związku z czym rodzinni prawnicy mieli pełne ręce roboty. Niemniej nawet
sir Stephen nie był w stanie wszystkiego zatuszować. -?Lundy spojrzał na
mnie z niepokojem. -?Oczywiście mówię to wszystko zupełnie prywatnie.
Starałem się nie uśmiechnąć.
-?Nie pisnę ani słowa.
Z zadowoleniem kiwnął głową.
-?W każdym razie, krótko mówiąc, przez jakiś czas wyglądało na to, że
się uspokoił. Jego ojciec musiał również tak pomyśleć, ponieważ usiłował
wprowadzić go do polityki. Mówiono, że będzie kandydował do parlamentu z okręgu, były wywiady w miejscowej prasie, wszystkie te rutynowe głupoty.
A potem nagle się urwało, miejscowy oddział partii znalazł innego
kandydata i Leo Villiers zniknął z horyzontu. Do tej pory nie zdołaliśmy
się zorientować dlaczego.
-?I wtedy właśnie zaginął?
Lundy pokręcił głową.
-?Nie, to było dawno temu. Zaginął wtedy ktoś inny. Miejscowa kobieta, z którą miał romans.
Zdałem sobie sprawę, że wszystko źle zinterpretowałem. Nie chodziło
tylko o zaginionego mężczyznę, a powściągliwość Lundy'ego nie wynikała
jedynie ze strachu przed niełaską wpływowego ojca. Założyłem, że ofiarą
jest Leo Villiers, lecz się myliłem.
Był podejrzanym.
-?Wszystko jest ściśle poufne -?powiedział Lundy, ściszając głos, choć w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć. -?To nie ma żadnego
bezpośredniego związku z dzisiejszą sprawą, ale lepiej, żeby znał pan
całe tło.
-?Sądzi pan, że Leo Villiers ją zabił?
Inspektor wzruszył ramionami.
-?Nie znaleźliśmy jej ciała, więc nie możemy niczego udowodnić, ale stał
się jedynym poważnym podejrzanym. Była fotografką, po wyjściu za mąż dwa
albo trzy lata temu przeniosła się tu z Londynu. Emma Derby, efektowna,
bardzo atrakcyjna. Raczej nie spodziewałby się pan tutaj kogoś takiego
jak ona. Zatrudnił ją, aby zrobiła mu zdjęcia promocyjne, gdy wyglądało
na to, że wejdzie w politykę, potem jako dekoratorkę wnętrz w domu
Villiersów. Zarówno jego gospodyni, jak i ogrodnik, każde z osobna,
twierdzili, że widzieli w jego sypialni częściowo ubraną kobietę, której
wygląd pasował do rysopisu Derby.
Zacisnął usta z dezaprobatą, poklepał się po kieszeniach i wyjął
opakowanie tabletek na nadkwasotę. Wycisnął kilka z nich z foliowego
paska.
-?Wygląda na to, że się pokłócili -?oznajmił, gryząc tabletki. -
Mieliśmy kilku świadków, którzy słyszeli, jak na krótko przed
zniknięciem wściekała się na jakimś eleganckim politycznym jublu i nazywała go "aroganckim, pierdolonym fiutem".
-?Przesłuchaliście go?
-?Nic to nie dało. Zaprzeczył, że miał z nią romans, twierdził, że mu
się narzucała, a on ją spławił. Przy takiej przeszłości jak jego trudno
było uwierzyć w to, co mówił, zwłaszcza że na dzień, w którym zniknęła,
nie miał alibi. Twierdził, że wyjechał, ale nie powiedział gdzie ani nie
przedstawił niczego, co by potwierdzało ten fakt. Najwyraźniej coś
ukrywał, lecz bez ciała i materiału dowodowego niewiele mogliśmy zrobić.
Przeszukaliśmy rejon wokół miejsca zamieszkania Emmy Derby, to jednak
głównie słone bagna i łachy mułowe, na które nie można wejść pieszo.
Idealne miejsce, żeby pozbyć się ciała, przy tym piekielnie trudne do
przeszukania, dlatego znalezienie tam czegokolwiek zawsze było wątpliwe.
Prawnicy sir Stephena blokowali nas i grozili oskarżeniami o nękanie,
gdy choćby krzywo spojrzeliśmy na Leo Villiersa. A potem on także
zaginął i to właściwie tyle.
Pomyślałem o tym, co wczoraj wieczorem Lundy powiedział mi przez
telefon.
-?Mówił pan, że jego zniknięcie nie było podejrzane, ale ktoś taki
musiał narobić sobie wrogów. A co z mężem Emmy Derby?
-?Och, dobrze mu się przyjrzeliśmy. Szczerze mówiąc, to niedobrane
małżeństwo. Nie było tajemnicą, że mieli trudne chwile, zanim jeszcze
związała się z Villiersem, i mąż stał się oczywistym podejrzanym. Ale ma
solidne alibi. Nie było go w kraju, kiedy zaginęła jego żona, a siedział
w Szkocji, gdy zniknął jej kochanek. -?Przez twarz Lundy'ego przebiegł
grymas. -?To prawda, że Villiers miał wrogów, i śmiem twierdzić, że
niewielu ludzi uroniłoby łzę po nim. Nie ma jednak niczego, co by
sugerowało, że którykolwiek z nich był zamieszany w sprawę, ani nie ma
też niczego podejrzanego. Pojawił się meldunek, że na krótko przed
zniknięciem Leo ogrodnik wypłoszył z terenu posiadłości podejrzanego
osobnika, ale może to był jakiś nastolatek.
Spojrzałem za budynki przedsiębiorstwa na muliste dno znikające pod
powracającą wodą.
-?Sądzi pan więc, że Villiers się zabił?
Ostrożność, z jaką inspektor rozmawiał przez telefon, zrodziła we mnie
podejrzenie, że było to coś więcej niż wypadek. Lundy wzruszył
ramionami.
-?Był pod wielką presją, a wiemy, że w młodości miał za sobą
przynajmniej jedną próbę samobójczą. Wciąż staramy się zdobyć jego
dokumentację medyczną, ale z tego, co słyszeliśmy, wynika, że był to
oczywisty przypadek depresji. Mamy też list.
-?List pożegnalny samobójcy?
Zrobił urażoną minę.
-?Oficjalnie tak go nie nazywamy. Sir Stephen nie dopuszcza, aby
ktokolwiek sugerował, że jego syn się zabił, musimy więc postępować
ostrożnie. A list znaleziono w jego koszu na śmieci, był to zatem albo
brudnopis, albo Leo zmienił zdanie i postanowił go nie pozostawiać.
Pismo było jednak na pewno jego. Napisał, że nie może tak ciągnąć dalej
i nienawidzi swojego życia. Takie rzeczy. A gospodyni, która znalazła
list, powiedziała nam, że zginęła także jego dubeltówka. Wykonana
ręcznie przez firmę Mowbry and Son. Słyszał pan o niej?
Pokręciłem głową. Lepiej znałem się na skutkach postrzałów z dubeltówki
niż na producentach tej broni.
-?Jeżeli chodzi o dubeltówki na zamówienie, są tej samej klasy co
purdeye. Piękne wykonanie, jeżeli ktoś lubi takie rzeczy, i wyjątkowo
drogie. Ojciec Leo kupił mu ją, kiedy chłopak skończył osiemnaście lat.
Musiała kosztować niemal tyle co mój dom.
Tańsza strzelba mogła być równie zabójcza, lecz zacząłem rozumieć,
dlaczego wcześniej Lundy nie chciał zbyt wiele mówić na ten temat. Dla
każdej rodziny samobójstwo było czymś ciężkim do strawienia, zwłaszcza w przypadku człowieka podejrzanego o morderstwo. Dla każdego rodzica byłby
to cios podwójnie trudny do zniesienia, nic więc dziwnego, że sir
Stephen Villiers nie przyjmował go do wiadomości. Tym, co różniło go od
innych, był fakt, że miał dość pieniędzy i władzy, aby wymusić przyjęcie
jego punktu widzenia.
Sytuacja mogła stać się paskudna, gdyby okazało się, że to zwłoki jego
syna.
Odległy punkcik śmigłowca był nadal widoczny, lecz teraz wiatr przynosił
do nas jego warkot. Wydawało się, że zawisł bez ruchu.
-?Dlaczego uważa pan, że to raczej Villiers, a nie Emma Derby? -
zapytałem.
-?Ponieważ zaginęła siedem miesięcy temu. Nie wyobrażam sobie, by jej
ciało pojawiło się po tak długim okresie.
Miał rację. Kiedy powietrze ujdzie z płuc, ciało zazwyczaj opada na dno
do czasu, aż nagromadzi się w nim dość gazów gnilnych, żeby ponownie
zapewnić mu pływalność. Potem będzie unosić się w wodzie do chwili, gdy
się rozpadnie lub gdy gazy w końcu się ulotnią. W zależności od
temperatury i warunków może to trwać kilka tygodni bądź dłużej, ale
siedem miesięcy to zbyt wiele, zwłaszcza w stosunkowo płytkich wodach
ujścia. Pływy, morscy padlinożercy i żarłoczne ptactwo dokonałyby dzieła
o wiele wcześniej.
Mimo wszystko jednak było w tym coś, co nie do końca mi pasowało.
Postarałem się przypomnieć sobie wszystko, co usłyszałem od Lundy'ego,
próbując uporządkować fakty.
-?A więc Leo Villiers zaginął dopiero sześć miesięcy po zniknięciu Emmy
Derby?
-?Mniej więcej, chociaż nie jesteśmy pewni, kiedy dokładnie. Istnieje
dwutygodniowa luka pomiędzy momentem, w którym ktoś miał z nim jakiś
kontakt, a chwilą, gdy zawiadomiono o jego zaginięciu, jesteśmy jednak
niemal pewni...
Inspektor przerwał, gdyż od strony nabrzeża doleciał gwizd. Jeden z członków jednostki morskiej wyszedł z szopy zakładów, uniósł w górę
kciuk, po czym wrócił do środka.
Lundy wytrząsnął ostatnie krople herbaty z kubka.
-?Mam nadzieję, doktorze Hunter, że jest pan gotów zamoczyć sobie nogi -
oznajmił, nakręcając go z powrotem na termos. -?Wygląda na to, że
śmigłowiec coś znalazł.
Rozdział 3
Słone bryzgi siekły mnie w twarz, gdy
RHIB przechylił się na burtę. Otarłem je grzbietem dłoni, drugą ręką
trzymając się krawędzi siedzenia, gdy łódź podskakiwała i ślizgała się
po wodzie. Ujście nie było zbyt wzburzone, ale szliśmy naprzeciwko
przypływu i pod wiatr. Łódź dygotała, gdy jej dziób wbijał się w kolejne
fale posyłające do otwartego wnętrza fontanny zimnej piany.
Było już całkowicie jasno, chociaż słońce, przesłonięte chmurami,
widniało jako rozmyta poświata. Ostry zapach plastikowego kadłuba łodzi
mieszał się ze smrodem spalin diesla i namoczonych w słonej wodzie lin.
Sierżant z jednostki morskiej stał przy przyrządach sterowniczych i mocno trzymając niewielkie koło sterowe, bez trudu pokonywał fale.
Siedziałem za Lundym i trzema innymi ubranymi w kamizelki ratunkowe
funkcjonariuszami policji morskiej. W łodzi było tłoczno, nasza szóstka
bowiem dzieliła ją z dwiema stertami aluminiowych segmentów do ułożenia
kładki, dla zachowania równowagi rozmieszczonymi po obu burtach, oraz z noszami.
Rzuciło mną na siedzeniu, gdy łódź wcięła się dziobem w falę, a Lundy
uśmiechnął się do mnie zza okularów pokrytych kropelkami wody.
-?Wszystko w porządku? -?zapytał, przekrzykując wiatr i ryk silnika. -
Już prawie jesteśmy!
Kiwnąłem głową. Za młodu żeglowałem i normalnie taki pełen podskoków
rejs nie zrobiłby na mnie wrażenia, lecz dziś od przebudzenia byłem nie
w formie, choć starałem się to ignorować. Miałem na sobie jak inni
kamizelkę ratunkową, tyle że jaskrawopomarańczową, a nie granatową
policji morskiej. W sięgających do piersi woderach siedziało mi się
niewygodnie, komfortu nie poprawiał też nieprzemakalny kombinezon, na
który je włożyłem. Mimo to, patrząc na błotniste brzegi rozlewiska,
wiedziałem, że niebawem będę zadowolony z tego ubioru.
Przypływ powracał z zaskakującą prędkością. Zanim przebrałem się i wziąłem przenośny zestaw sprzętu, sprawni goście z policji morskiej
zdążyli zwolnić łódź z przyczepy i teraz spuszczali ją po pochylni.
Kanał przy nabrzeżu był już prawie pełen wody, która omywała beton
rampy, zakrywając powoli muł i kamyki dna.
-?Nie będziemy mieli dużo czasu -?ostrzegł mnie Lundy, gdy staliśmy przy
pochylni. -?Ze śmigłowca mówią, że zwłoki są częściowo wyrzucone na
łachę piasku, lecz nie zostaną tam długo. Przypływ nadchodzi szybciej,
niż człowiek może biec, będziemy więc musieli się pospieszyć.
I to bardzo. Wydobycie ciała, zanim powracający przypływ znowu je
uniesie, będzie wyścigiem z czasem i zaczynałem mieć wątpliwości, czy
moja obecność w ogóle jest tu potrzebna. W zasadzie antropolog sądowy
bardzo się przydaje, skoro jednak priorytetem jest jak najszybsze
wydobycie szczątków, to Lundy i jednostka morska doskonale daliby sobie
radę sami.
Mimo to dobrze by było zbadać szczątki in situ, nawet przy takim
ograniczeniu czasowym. Patrzyłem nad tępym dziobem RHIB-a, gdy
dotarliśmy na głębsze wody pośrodku ujścia i ruszyliśmy w stronę
Barrows. Piaszczyste mielizny leżały prosto przed nami, tworząc
naturalną barierę ciągnącą się niemal od brzegu do brzegu. Były
oddzielone od siebie wzbierającym przypływem, lecz wciąż sterczały nad
powierzchnią jak gładkie brązowe grzbiety stada wielorybów, które
ugrzęzły na płyciźnie. Za nimi, w miejscu, gdzie ujście łączyło się z morzem, dostrzegłem wznoszące się nad wodą trzy dziwnie wyglądające
budowle. Były za daleko, żeby dostrzec szczegóły, ale z kołyszącej się
łodzi wyglądały jak kwadratowe pudła umieszczone na ustawionych w stożek
palach. Jakby wieże wiertnicze, lecz wydawały się stać zbyt blisko
brzegu.
Lundy dostrzegł, na co patrzę.
-?To morski fort.
-?Co takiego?
Musieliśmy przekrzykiwać hałas silnika.
-?Morski fort Maunsella. W czasie drugiej wojny światowej armia i marynarka wojenna budowały je wzdłuż wybrzeża, żeby nie dopuszczać
niemieckich okrętów do ujść rzek. To fort wojsk lądowych. Przedtem było
siedem wież połączonych pomostami, teraz zostały tylko trzy.
-?Wciąż są używane?! -?zawołałem.
Lundy coś odpowiedział, ale słowa zagłuszył wiatr i silnik. Pokręciłem
głową. Pochylił się bliżej.
-?Powiedziałem, że tylko przez mewy. Żadne nie należą już do wojska. W latach sześćdziesiątych na niektórych zainstalowało się kilka pirackich
radiostacji. Tu była jedna, a inne przy Red Sands i Shivering Sands w ujściu Tamizy. Tamte wieże jeszcze stoją, lecz większość pozostałych
zniknęła. W kilka uderzyły statki i zostały rozebrane bądź się rozpadły.
Jakiś czas temu krążyły pogłoski, że tę ktoś kupi i przerobi na hotel
czy coś w tym rodzaju, ale nic z tego nie wyszło. -?Lundy pokręcił głową
na wspomnienie takiego szaleństwa. -?Nie powiem, żeby mnie to dziwiło.
Nie chciałbym tam mieszkać.
Ja też, ale zrezygnowałem z prób dalszego prowadzenia rozmowy. Niemal
byliśmy już przy Barrows i zrobiło się cudownie spokojnie, gdy RHIB
zmniejszył prędkość, aby wykonać podejście. Teraz można już było
usłyszeć łoskot wirnika śmigłowca. Migając światłami pozycyjnymi, wisiał
przed nami, utrzymując pozycję nad zwłokami.
Sierżant wprowadził RHIB-a między piaszczyste łachy. Wznosiły się
wszędzie wokół nas jak maleńkie wyspy i fale omywały ich gładkie stoki.
Niebawem wzbierający przypływ przykryje je znowu i zrozumiałem, co Lundy
miał na myśli, mówiąc, że Barrows uczyniły rozlewisko niemal
niedostępnym. Było wystarczająco trudno przedostać się przez nie nawet
wtedy, kiedy sterczały nad powierzchnią. Zakryte przez przypływ mogły
być niebezpieczne.
Znaleźliśmy się już niemal bezpośrednio pod śmigłowcem. Podmuch jego
wirnika oszałamiał, szarpał nami i wygładzał powierzchnię wody.
-?Jest tam.
Lundy pokazał coś przed nami, lecz jego krępa postać zasłaniała mi
widok. RHIB zwolnił i wykonał zwrot, a ja po raz pierwszy zobaczyłem
ciało. Odpływ pozostawił je częściowo na błotnistym stoku łachy -
przemokniętą kupkę ubrań spoczywającą tak nieruchomo jak to możliwe
tylko w przypadku obiektów nieożywionych albo martwych. Leżało twarzą do
dołu z głową najbliżej wody, a nogi i stopy tkwiły na zboczu mielizny,
odchylone od nas pod kątem. Kiedy patrzyłem, nieopodal zwłok przysiadła
mewa, ale gdy podskoczyła bliżej, żeby sprawdzić, co to, straciła
zainteresowanie.
To mi coś mówiło.
Lundy porozmawiał przez radio, a kiedy śmigłowiec wzbił się wyżej i odleciał pochylony w skręcie, uniósł dłoń w geście podziękowania. Po
wyłączeniu silnika łodzi bezwładność szarpnęła nas do przodu i w powstałej nagle ciszy rozległo się stuknięcie, gdy dziób wszedł na
brzeg. Skupiłem uwagę na zwłokach i zacząłem wysiadać z łodzi. Mielizna
wyglądała dość solidnie, ale miała żelowatą, ziarnistą konsystencję
mokrej zaprawy murarskiej i niemal straciłem równowagę, zapadając się w nią po kolano.
-?Ostrożnie -?powiedział Lundy, łapiąc mnie za rękę. -?Lepiej poczekać,
aż ułożymy płyty. Musi pan uważać z tym paskudztwem, bo inaczej
ugrzęźnie pan po pas.
-?Dzięki -?odparłem z zakłopotaniem. Wyszarpnąłem stopę, w myśli
gratulując sobie woderów. Teraz zrozumiałem, dlaczego policja nie
chciała opuścić kogoś ze śmigłowca. W taki sposób ratownik nie zdołałby
podnieść ciała, bo sam by ugrzązł całkowicie.
Funkcjonariusze policji morskiej zaczęli rozkładać płyty na mieliźnie,
tworząc kładkę do zwłok. Metalowe prostokąty zapadały się pod własnym
ciężarem, wyciskając wodę wokół krawędzi. Wkrótce stały się zapaćkane i śliskie, ale były lepszym rozwiązaniem niż próba przejścia po mokrym
piasku.
Podczas ich pracy nie ruszałem się z miejsca, patrząc tylko i odnotowując w głowie chaotyczne ułożenie kończyn zwłok. Odpływ
pozostawił je twarzą do dołu, w takiej samej pozycji, w jakiej unosiły
się w wodzie. Miały na sobie długi ciemny płaszcz z ceraty albo innego
wodoodpornego materiału, oblepiony mułem i wydęty wciąż uwięzionym pod
nim powietrzem. Jedna ręka spoczywała wzdłuż ciała, a druga znajdowała
się nad głową, jakby zatrzymana w połowie ruchu.
Dłoni i stóp nie było.
-?Chciałbym się przyjrzeć, zanim je ruszymy -?rzekłem do Lundy'ego,
kiedy policjanci skończyli układać płyty. Skinął głową.
-?Byle szybko. Za kilka minut wszystko będzie pod wodą.
Miał rację. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń zaskoczyła mnie szybkość
przypływu. Fale już chlupotały nam wokół butów. W czasie układania płyt
poziom wody dotrzymywał kroku pracującym, sięgając już powyżej łachy.
Uważając, aby nie poślizgnąć się na zabłoconym metalu, dotarłem
ostrożnie do ciała sprawiającego żałosne wrażenie czegoś niepotrzebnego
i wyrzuconego. Kolejna mewa skradała się do niego, podskakując i pozostawiając na mokrym piasku ślady przypominające groty strzał. Gdy
podszedłem bliżej, zatrzepotała skrzydłami, wzbiła się w powietrze i odleciała, protestując skrzekliwie. Jeszcze więcej ich krążyło nad nami
na tle nieba o barwie cynku, ale podobnie jak wcześniej ta pojedyncza,
żadna nie zwracała uwagi na to, co leżało na mieliźnie. Mówiło to wiele
o stanie zwłok, skoro bowiem nawet tak żarłoczni padlinożercy jak mewy
nie interesują się nimi, stan rozkładu musiał być dalece posunięty.
Uzyskałem potwierdzenie chwilę później, gdy wiatr zmienił kierunek i ohydny odór gnijącego mięsa zagłuszył słony zapach morskiego powietrza.
Zatrzymałem się w odległości kilku stóp i przyjrzałem się uważnie ciału.
Chociaż leżało tak zwinięte, osobnik ten za życia musiał być
ponadprzeciętnie wysoki. Prawdopodobnie mężczyzna, ale nie na pewno,
równie dobrze mogła to być wyjątkowo rosła kobieta. Większość głowy
zasłaniał długi płaszcz, zwinięty nad nią jak kaptur, i w rezultacie nad
kołnierzem widać było tylko kilka rzadkich kosmyków włosów oblepionych
piaskiem. Ramiona oraz nogi oplątane były wodorostami i wydawało się, że
na całym ciele widać jakieś drobne ruchy. Sprawiało to wrażenie
optycznego złudzenia, lecz w rzeczywistości były to łażące po nim małe
skorupiaki, drobne kraby i owady wodne niemal niewidoczne na tle warstwy
mokrego piasku.
Przykucnąłem, żeby lepiej się przyjrzeć. Z nogawek spodni sterczały tępe
kikuty bladych kości i chrząstek, a przedramiona kończyły się na
przegubach. W nabrzmiałej tkance jednego z nich tkwił złoty zegarek. Na
żadnej pobliskiej mieliźnie nie było widać brakujących elementów
kończyn, ale zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Chociaż nie byłyby to
pierwsze oglądane przeze mnie zwłoki, których dłonie usunięto, aby
uniemożliwić identyfikację, nie dostrzegałem żadnych charakterystycznych
uszkodzeń kości przegubów i kostek świadczących, że zostały odcięte.
Pozbawione jakiejkolwiek ochrony ubrania dłonie i stopy po prostu
odpadły po rozpadzie tkanki łącznej stawów.
Z kieszeni na piersi woderów wyjąłem aparat fotograficzny i zacząłem
robić zdjęcia. Zorientowałem się, że Lundy podszedł do mnie, dopiero
kiedy się odezwał.
-?Może pan dostać kopie naszego wideo.
Obejrzałem się. Poruszał się cicho jak na tak dużego mężczyznę, nawet na
metalowych płytach.
-?Dziękuję, ale mimo wszystko zrobię parę zdjęć.
W rezultacie, jeżeli coś przeoczę, będę mógł mieć pretensję tylko do
siebie samego. Lundy stał, przyglądając się zwłokom.
-?Wygląda na mężczyznę. Najwyraźniej był w wodzie przez dłuższy czas,
skoro dłonie i stopy odpadły. Czy to by pasowało do czasu zniknięcia Leo
Villiersa?
Czekałem na takie pytanie. Normalnie ocena czasu, jaki upłynął od chwili
śmierci, była poniekąd moją specjalnością, ponieważ szkoliłem się na
niezwykłej "trupiej farmie" w Tennessee, gdzie ludzkie zwłoki
wykorzystywano w kontrolowanych doświadczeniach związanych z procesami
rozkładu. Nauczyłem się wykorzystywać tę wiedzę w ustalaniu czasu
śmierci denata przy uwzględnieniu działalności bakterii oraz stopnia
zaawansowania procesu gnilnego, posługując się specjalnymi formułami
podczas analizy rozpadu lotnych kwasów tłuszczowych ciała. Bez fałszywej
skromności mogę stwierdzić, że równie dobrze jak większość entomologów
sądowych znam cykl życiowy much plujek i sposoby, w jaki różne owady
zasiedlają rozkładające się ciało. I chociaż nadal wolę nazywać to
raczej doświadczeniem, a nie instynktem, od wielu lat zdolność
precyzyjnej oceny takich rzeczy jest moją drugą naturą.
Ale to działa na lądzie. Tam leżące ciało pozostaje na jednym miejscu,
natura natomiast współpracuje, uczynnie zapewniając dające się zmierzyć
kryteria.
W wodzie to co innego.
Choć nie brakowało wodnych padlinożerców, nie było żyjącego w tym
środowisku odpowiednika muchy plujki, której cykl życiowy stanowił
wygodny miernik pozwalający ustalić czas, jaki minął od zgonu. Ciało
dryfujące w wodzie może się poruszać zdane na kaprysy pływów i prądów,
zmieniając głębokość, a tym samym temperaturę. Woda słodka i słona są
odmienne same w sobie, różnią się warunkami oraz żyjącymi w nich
stworzeniami, poddawane zaś pływom ujście takie jak to, w którym rzeka
łączy się z morzem, było jeszcze czymś innym.
Spojrzałem na zwłoki. Poza węzłami stawów przegubowych dłoni i skokowych
płaszcz zakrywał prawie wszystko. Mogłem jednak dostrzec wystarczająco
dużo.
-?W tych warunkach mogło to przebiec dość szybko, nawet o tej porze
roku. Zapewne więc tak...
W ostatniej sekundzie powstrzymałem się przed dodaniem "ale". Cztery
do sześciu tygodni to wystarczająco długo, by dłonie i stopy odpadły na
płytkich, poddawanych pływom wodach. Nie to mnie więc niepokoiło, ale
nie chciałem nic mówić, dopóki nie zobaczę więcej.
Lundy patrzył na mnie przez chwilę, jakby czekając na dalszy ciąg. Kiedy
milczałem, kiwnął głową.
-?No dobrze, weźmy ciało na łódź.
Odsunąłem się na bok, przepuszczając dwóch funkcjonariuszy policji
morskiej z noszami, którzy przeszli ciężkim krokiem po kładce. Sierżant
szedł za nimi z workiem na zwłoki i złożoną plastikową płachtą.
-?Jak mamy to zrobić? -?zapytał jeden z policjantów, stawiając nosze i z obrzydzeniem spoglądając na leżące twarzą w dół zwłoki.
-?Przetoczcie je na płachtę, a potem będziemy mogli przenieść to do
worka -?polecił sierżant. Odwrócił się do Lundy'ego, w ostatniej chwili
przypominając sobie, żeby i mnie uwzględnić. -?Chyba że macie panowie
inne wytyczne?
-?Jeżeli pozostanie w jednym kawałku, to nie -?orzekł flegmatycznie
Lundy. -?Zgadza się pan, doktorze Hunter?
Nic nie wskazywało, żeby było wiele innych możliwości. Wzruszyłem
ramionami.
-?Tak, oczywiście. Byle ostrożnie.
Sierżant policji morskiej wymienił spojrzenia z jednym z członków swego
zespołu, bez słów komentując moją radę. W chwili gdy rozwijano płachtę i rozkładano obok zwłok, przypływ już omywał głowę denata. Wszyscy
funkcjonariusze mieli nałożone maski, grube gumowe rękawice oraz
sięgające do piersi wodery. Skończyłem ze zdjęciami i również założyłem
maskę i rękawice, naciągając je na cienkie, z gumy nitrilowej, które już
miałem na dłoniach.
-?Okej, zgrabnie i ostrożnie. Podnieść i odwrócić na trzy. Raz, dwa...
Ciało poruszyło się ospale, gdy opuszczono je na czarny plastik. Powiew
obrzydliwego, wilgotnego powietrza napłynął, gdy odessało się od mokrego
piasku, przewracając na plecy. Jeden z policjantów odwrócił się,
osłaniając przedramieniem nos.
-?No fajnie.
Owinięta w długi płaszcz rzecz na płachcie nie przypominała już
człowieka. Nic nie wskazywało na wiek, rasę czy płeć. Z czaszki zniknęła
większość skóry i ciała, oczodoły były pustymi jamami. Wrażliwe kulki
galarety i chrząstek były zazwyczaj jednymi z pierwszych celów
padlinożerców. Pojawiły się nawet wczesne oznaki przeobrażenia
woskowo-tłuszczowego -?brudnobiałe złogi wyglądające, jak gdyby wosk z topiącej się świecy kapał na ocalałe tkanki. Była to karykatura twarzy -
oczodoły zapchał piasek, a nos był kikutem obgryzionych chrząstek. Można
się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę czas przebywania zwłok w wodzie. Dolna jej część zniknęła całkowicie i tam gdzie powinny
znajdować się usta, widniała ziejąca jama, odsłaniająca twardą
chrząstkową tkankę w tylnej części gardła. Po dolnej kości szczękowej,
czyli żuchwie, nie było śladu, a tylko parę roztrzaskanych pieńków zębów
przypominało o górnej szczęce. W czasie przetaczania zwłok na płachtę
głowa przechyliła się na bok i teraz, kiedy nie zakrywał jej kołnierz
płaszcza, mogłem zobaczyć na potylicy coś, co wyglądało jak rana
wylotowa, wystarczająco duża, aby zmieściła się w niej moja pięść.
Lundy obejrzał ją beznamiętnie, a potem odwrócił się do mnie i zapytał:
-?Jak pan sądzi, doktorze Hunter? Dubeltówka?
Zdałem sobie sprawę, że marszczę brwi. Podniosłem się.
-?Na to wygląda -?przytaknąłem. Uszkodzenia dolnej części twarzy
sugerowały, że były efektem większego pola rażenia śrutówki, a nie
karabinu czy pistoletu. -?Coś tkwi w tylnej części gardzieli.
Nie dotykając ciała, pochyliłem się niżej, by lepiej się przyjrzeć. W zmiażdżonych kościach i tkankach tkwił jakiś przedmiot -?mały brązowawy
krążek, zbyt regularny jak na naturalny wytwór.
-?Przybitka z naboju śrutowego -?powiedziałem, nie próbując jej wyjąć.
Co potwierdzało rodzaj broni. Właściwie nie stanowiłoby to istotnego
utrudnienia, lecz było mało prawdopodobne, aby jakaś śrucina utkwiła w ciele. Śrut ze strzelby zaczyna się rozpraszać z chwilą opuszczenia
lufy, a im dalej leci, tym większy jest rozrzut i większa zadana nim
rana. Niewielka średnica śrucin sprawiła, że były ściśnięte i pozostawały blisko siebie, gdy przebijały otwór w potylicy. Sugerowało
to, że wystrzelono je z małej odległości.
Bardzo małej.
-?Wygląda na ranę kontaktową -?powiedziałem. Wystrzał śrutówki oddany z odległości od jednego do dwóch centymetrów powoduje swego rodzaju efekt
tatuażu, który w tym przypadku był wyraźnie widoczny. -?Na tym, co
zostało z zębów i kości, są zaczernienia, a na tkankach miękkich także
sporo przypaleń. W chwili wystrzału wylot lufy był albo umieszczony w ustach, albo o nie oparty. Jestem zdziwiony, że z tej odległości
przybitka z naboju również nie dokonała pełnej penetracji.
Lundy skinął głową.
-?Czyli mogła być zadana przez samego denata.
-?Owszem.
Rana kontaktowa mogłaby potwierdzać wersję samobójstwa, zwłaszcza w sytuacji użycia dubeltówki. Długość luf większości strzelb śrutowych
powodowała, że nieporęcznie było je odwrócić i w tym położeniu dosięgnąć
spustu, zatem kontakt zazwyczaj stawał się nie do uniknięcia. Z drugiej
strony jednak nie oznaczało to, że nie mógł zastrzelić go ktoś inny.
Lundy musiał odczytać ton mojego głosu. Maska zasłaniała większość jego
twarzy, ale w kącikach oczu pojawiły się typowe dla uśmiechu zmarszczki.
-?Niech się pan nie martwi, nie mam zamiaru wyciągać pochopnych
wniosków. Ale chyba nie mamy większych wątpliwości.
Nie mogłem się spierać z tą opinią. Człowiek zaginął razem z dubeltówką,
teraz zaś znaleziono ciało z raną kontaktową zadaną z takiej broni.
Wszystko wskazywało na to, że znaleźliśmy Leo Villiersa.
Nie odezwałem się.
Lundy przywołał skinieniem czekających policjantów.
-?Dobra, zabierzcie to na łódź.
W trakcie naszej kilkuminutowej rozmowy poziom morza wyraźnie się
podniósł i woda już omywała dolną krawędź plastikowej płachty. Podczas
gdy Lundy zgłaszał, że wracamy ze zwłokami, wziąłem do ręki jeden jej
róg, a funkcjonariusze z jednostki morskiej uchwycili pozostałe. Woda
spływała strumykami z plastiku, gdy podnosiliśmy ciężar i opuszczaliśmy
do leżącego na noszach worka na ciało.
Przynajmniej w tym mogę pomóc, pomyślałem. Poza tym nie było ze mnie
zbyt wiele pożytku.
Po załadowaniu wszystkiego na RHIB zająłem to samo miejsce co poprzednio
i silnik obudził się z rykiem. Niedawno wierzchołki mielizn były nad
naszymi głowami, teraz jednak morze wezbrało tak, iż znajdowały się
niemal na naszym poziomie. Spojrzałem za siebie i zobaczyłem, że woda
już dotarła do miejsca, gdzie leżały zwłoki, wygładzając piasek i usuwając wszelki ich ślad.
Gdy łódź nabierała prędkości, Lundy trącił mnie w ramię i wskazał do
tyłu, na skalistą mierzeję wychodzącą w zalew tuż za Barrows.
-?Widzi pan tamten półwysep? To Willets Point, na którym mieszkał Leo
Villiers.
W przeciwieństwie do większości okolicznych terenów cypel był gęsto
zalesiony. Na występie skalnym stała samotnie, niemal zasłonięta
drzewami duża, biała wiktoriańska willa. Wykuszowe okna nad niewielką
przystanią wychodziły na morze, a widok z nich zakłócały tylko wieże
morskiego fortu stojącego pół mili od brzegu.
-?Dawniej był to letni dom rodziny, lecz potem stał pusty do czasu,
kiedy kilka lat temu Villiers postanowił się do niego wprowadzić! -
objaśniał Lundy, przekrzykując silnik. -?Jego ojciec mieszka w Londynie
albo w głównym domu niedaleko Cambridge, miał go więc cały tylko dla
siebie. Niezła garsoniera, co?!
Rzeczywiście, ale w ostatecznym rozrachunku wielki dom nie przyniósł
Villiersowi wiele dobrego.
-?Wspomniał pan, że nie macie pewności, kiedy zniknął! -?krzyknąłem. -
Dlaczego?
Lundy pochyli się bliżej, żeby nie musieć krzyczeć.
-?Zaginięcie zgłoszono dopiero miesiąc temu, ale w rzeczywistości
ostatni kontakt miano z nim dwa tygodnie wcześniej. Wezwał do swojego
domu lekarkę weterynarii, aby uśpiła starego psa. Powiedziała, że był
tym bardzo przygnębiony i od tamtej pory nikt go ani nie widział, ani z nim nie rozmawiał. Żadnych telefonów, maili, żadnej obecności w internecie, nic. Tak więc cokolwiek się zdarzyło, miało miejsce w tym
dwutygodniowym przedziale czasowym. Nie zawęziliśmy go bardziej, ale
zapłata za wizytę pani weterynarz była ostatnim przypadkiem użycia jego
karty kredytowej. Dlatego teraz uważamy, że cokolwiek się stało,
zdarzyło się raczej sześć tygodni temu, a nie cztery, wtedy jednak nikt
jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.
-?Nikt nie zauważył jego nieobecności przez dwa tygodnie? -?Nie
zdziwiłoby mnie to, gdyby chodziło o jakiegoś samotnego emeryta bez
rodziny czy przyjaciół, lecz wydawało się zbyt długo jak na kogoś w wieku i o sposobie bycia Leo Villiersa. -?A ojciec?
-?Nie byli ze sobą blisko. Zdaje się, że istniało między nimi trochę
napięcia, nie było więc niczym niezwykłym, że nie rozmawiali ze sobą
tygodniami. Sytuacji nie poprawiła sprawa z Emmą Derby. Villiers nie
miał kucharza, ale zatrudniał ogrodnika i gospodynię, która przychodziła
raz na tydzień. Miała klucze, więc początkowo się nie przejęła, kiedy
nie znalazła w domu śladu Leo. Kiedy jednak pojawiła się tydzień
później, w domu był nieporządek, wszędzie butelki, brudne naczynia w zlewie, niedojedzone resztki. Już wcześniej robił bałagan, więc po
prostu posprzątała i wyszła. Uznała tylko za dziwny pusty futerał
dubeltówki, ponieważ Villiers nigdy jej nie brał. Nie lubił polować,
stąd zaskoczenie. No a kiedy wróciła tydzień później, nadal go nie było,
w domu wszystko wyglądało tak jak w chwili jej wyjścia i wtedy zdała
sobie sprawę, że coś jest nie w porządku. Niczego nie tknięto, poczta
wypełniała skrzynkę na listy, a futerał na mowbry'ego wciąż leżał
otwarty. Samochód też był na miejscu, podobnie jak jolka, którą czasami
pływał. Wtedy rozejrzała się dokładniej, znalazła list i nas wezwała.
-?Nie zadzwoniła najpierw do ojca?
-?Nie przypuszczam, aby sir Stephen był typem człowieka odbierającego
telefony od personelu. Poza tym chyba uznała, że lepiej, jeśli wiadomość
będzie pochodziła od nas. Zastrzelić posłańca i tak dalej. -?Lundy
zmieszał się, uświadamiając sobie, co powiedział. -?Przepraszam. Źle
dobrałem słowa.
-?A co z dubeltówką? -?zapytałem. -?Nie było jej w domu?
-?Nie i dlatego początkowo zastanawialiśmy się, czy nie jest w to
zamieszana osoba trzecia. Gdyby zastrzelił się nad wodą, strzelba
wpadłaby do niej razem z nim i znaleźlibyśmy ją w czasie odpływu. Ale
nic z tego, czyli widocznie zrobił to gdzie indziej. Jego dom jest po
drugiej stronie Barrows, skoro więc zwłoki znalazły się tutaj, wygląda
na to, że popełnił samobójstwo bardziej w głębi lądu. Pewnie w Backwaters i dlatego tyle czasu trwało wyniesienie go przez pływy. Gdyby
zrobił to przy brzegu, strzelba dawno by została znaleziona, a jego
ciało zaczepiłoby o coś już wcześniej.
Cofnął się, dając mi możliwość przemyślenia tego, co powiedział. Leo
Villiers zaginął co najmniej cztery tygodnie temu, najprawdopodobniej
jednak bliżej sześciu. Zacząłem kalkulować oglądany niedawno stan
rozkładu ciała i ewentualne czynniki mogące na nie wpłynąć podczas
dryfowania w wodach zalewu. Chodziło głównie o temperaturę i padlinożerców, zarówno wodnych, jak i latających. Poza tym była też
kwestia zasolenia wody i pływów, które dwa razy dziennie wystawiałyby je
na działanie wiatru i warunków pogodowych.
Moje myśli przerwało słońce przebijające się przez lukę w cienkiej
chmurze i złocące falującą wodę plamkami światła. Na brzegu pojawił się
nagły rozbłysk, kiedy odbiło się w czymś -?porzuconej butelce lub
odłamku szkła. Potem znowu przesłoniła je chmura i rozbłysk się nie
powtórzył.
* * *
Łódź była odległym punktem ciągnącym za sobą biały ogon śladu torowego.
Zza wydmy porośniętej ostrą trawą bagienną jakaś postać obserwowała ją
przez lornetkę. Jej wzrok spoczywał na obiekcie umocowanym na rufie
RHIB-a -?długim czarnym kształcie na pomarańczowych noszach. Postać
zaklęła pod nosem i opuściła lornetkę.
Schowała ją do futerału i odwróciła się.
Rozdział 4
Przy szopach przetwórni czekał komitet
powitalny. Gdy się zbliżyliśmy, dostrzegłem, że do policjantów, którzy
tam zostali, dołączyły nowe osoby. Jedna miała na sobie gruby niebieski
kombinezon i domyślałem się, że to wspominany wcześniej przez Lundy'ego
anatomopatolog. Druga -?wysoka kobieta w jasnym płaszczu
przeciwdeszczowym -?musiała zatem być starszym oficerem dochodzeniowym
Clarke.
Nie wiedziałem natomiast, kim są dwaj pozostali mężczyźni. Stali na
drugim krańcu nabrzeża, nieco z tyłu i w pewnej odległości od reszty.
Obaj mieli na sobie ciemne płaszcze i kiedy RHIB znalazł się bliżej,
zobaczyłem, że jeden ma czapkę z daszkiem wyższego oficera policji.
-?O Boże -?mruknął Lundy na ich widok.
-?Kim oni są? -?zapytałem.
Detektyw inspektor spędził większą część rejsu z Barrows na dziobie
łodzi, nie zważając na zimne bryzgi uderzające w niego za każdym razem,
gdy RHIB ciął dziobem fale. Sprawiał wrażenie, że kołysanie i podskoki
kadłuba nie były mu przykre, a wręcz przeciwnie, wyraźnie cieszył się,
stojąc twarzą pod wiatr, jak pies z głową wystawioną przez okno
samochodu.
Teraz westchnął z rezygnacją, jakby niedługi rejs łodzią był zbyt
krótkim przerywnikiem. Zdjął okulary i zaczął wycierać z nich krople
wody.
-?Dryden, zastępca komendanta głównego. A z nim sir Stephen Villiers.
Odwróciłem się plecami do nabrzeża, rozumiejąc jego obawy. Nigdy nie
słyszałem, żeby zastępca komendanta głównego asystował przy zwykłym
odzyskaniu zwłok, a tym bardziej razem z rodzicem ofiary. Był to bardzo
niefortunny pomysł, by narażać na niepotrzebny stres zarówno krewnego,
jak i funkcjonariuszy policji muszących pracować pod taką obserwacją.
Podchodziliśmy do szop przedsiębiorstwa w ciszy przerywanej tylko
krótkimi rozkazami sierżanta policji morskiej. RHIB zwolnił, dziób opadł
na wodę, a silnik mruczał łagodnie. Fale omywały rurowaty kadłub, gdy
łódź samym rozpędem pokonywała ostatnie jardy do brzegu. Woda w zalewie
podniosła się wystarczająco, abyśmy mogli zacumować, zamiast korzystać z pochylni. Łódź stuknęła o nabrzeże, tuż obok znikających w wodzie
betonowych schodów. Clarke i pozostali obserwowali w milczeniu, jak
policjant w granatowej kamizelce wyskakuje na brzeg i zakłada cumę
RHIB-a na metalowy pachołek.
-?Pana kolej, doktorze Hunter -?polecił Lundy. -?Nosze zniesiemy na
końcu.
Zdając sobie sprawę z powagi postaci spoglądających z góry, chwyciłem
stopień i czując się niezgrabnie w woderach i nieprzemakalnym
kombinezonie, podparłem się, wyłażąc z niestabilnej łodzi. Stopnie były
śliskie, a mokry beton zabarwiony zielono przez algi. Na górze
zatrzymałem się, aby otrzeć ręce ze szlamu. Gdy kobieta w kremowym
płaszczu przeciwdeszczowym i mężczyzna w kombinezonie podeszli do mnie,
zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem ubłocony.
-?Doktor Hunter? Jestem inspektor naczelna Pam Clarke. A to profesor
Frears, anatomopatolog z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Clarke była wysoka, szczupła, o kręconych rudawych włosach, które choć
usiłowała nad nimi zapanować, ściągając je w kucyk, fruwały w niesfornych kosmykach wokół jej bladej twarzy. Wiek Frearsa trudno było
określić. Faliste włosy miał srebrzyste, ale twarz gładką, bez
zmarszczek, mógł więc równie dobrze mieć czterdziestkę, jak być dobrze
zakonserwowanym sześćdziesięciolatkiem. W połączeniu z rumianymi
policzkami bon viveura nadawało mu to wygląd rozpustnego cherubina.
-?Nie podam panu ręki -?oznajmił wesoło, unosząc do góry dłonie w rękawicach. Popatrzył na mnie z namysłem. -?Hunter, Hunter... Znam to
nazwisko. Czy my się już spotkaliśmy?
-?Nie sądzę.
-?Cóż, tak mi przyszło do głowy.
Kiedy skierował uwagę na ładunek łodzi, zerknąłem na dwóch mężczyzn w ciemnych płaszczach na drugim końcu nabrzeża. Stali poza zasięgiem
głosu, ale i tak dość niezręcznie było prowadzić tę rozmowę, zważywszy
na obecność człowieka, który zapewne był ojcem ofiary. Sir Stephen
Villiers wyglądał na ponad sześćdziesiąt lat. Ubrany był w ciemnografitowy płaszcz, pod nim nosił jasnoszary garnitur. Rozwiane,
rzedniejące włosy miał również szare, a teraz także jego twarz przybrała
szarawy odcień, blednący w miarę obserwowania procesu wyciągania noszy z łodzi. Nie było w nim na pozór nic, co wywierałoby większe wrażenie, ale
w jakiś sposób zdawał się emanować o wiele większą władzą niż
towarzyszący mu starszy oficer policji. Dryden, zastępca komendanta
głównego, był zbudowany jak gracz w rugby. Miał twarz o kwadratowej
szczęce, a spod lśniącego daszka czapki spoglądały głęboko osadzone
oczy. Górował nad stojącym obok mężczyzną, lecz to ten niższy przyciągał
uwagę.
Patrzyłem na całkowicie pozbawioną emocji twarz sir Stephena, a on być
może wyczuł moje spojrzenie, bo nagle podniósł na mnie wzrok. Spojrzenie
było obojętne, wyzbyte zainteresowania, jedynie rejestrujące moją
obecność. Chwilę później znowu zaczął wpatrywać się w nosze,
pozostawiając mnie z poczuciem, że zostałem pobieżnie oszacowany i natychmiast zapomniany.
Lundy też już wysiadł z łodzi i wspinał się po stopniach, sapiąc z wysiłku. Nosze podjęto z rufy i poniesiono w ślad za nim.
-?Ostrożnie -?ostrzegła Clarke, gdy wciągano je na nabrzeże. -?Dobrze,
postawcie tutaj.
Postękując z wysiłku, policjanci z jednostki morskiej opuścili ciężar i odstąpili od niego. Woda ściekała z noszy, tworząc kałużę na betonie.
Frears podszedł do nich.
-?No dobrze, co tu mamy? Zwłoki w stanie rozkładu, zapewne męskie. Rana
postrzałowa głowy, jak sądzę? -?Nie czekając na niczyją odpowiedź,
skinął na sierżanta. -?Zerknijmy na to, dobrze?
Clarke lekko zesztywniała. Chociaż nie spojrzała w kierunku, gdzie stał
sir Stephen, było jasne, o co jej chodzi.
-?Czy nie powinniśmy zabrać go do prosektorium?
-?Ja też nie lubię pracować przed widzami, ale skoro już tu jestem,
zamierzam zrobić, co do mnie należy.
Mówił uprzejmie, ale wystarczająco zdecydowanie, by zniechęcić obecnych
do jakiegokolwiek wtrącania się do jego roboty. Z nieszczęśliwą miną
Clarke krótko kiwnęła głową na sierżanta jednostki morskiej.
-?Otwórzcie.
Po otworzeniu suwaka nabrzeże owiał mdlący odór rozkładu. Blade ciało w środku wyglądało upiornie na tle czarnego plastiku. Jak topniejąca
woskowa kukła.
-?Podejrzewam, że porównanie z dokumentacją dentystyczną będzie
wyzwaniem -?stwierdził Frears, spoglądając na roztrzaskane pozostałości
ust i dolnej szczęki. Przykucnął przy zwłokach. -?Wygląd zewnętrzny
sugeruje, że to mężczyzna, który znajdował się od jakiegoś czasu w wodzie. Rozchylcie bardziej worek, dobrze?
Sierżant pochylił się, żeby wykonać polecenie, i nagle zastygł.
Przyjrzał się bliżej.
-?Chwileczkę, tam coś jest... O Jezu!
Cofnął się gwałtownie, widząc nagły ruch wewnątrz odsłoniętego gardła.
Coś zwinęło się w szczątkach ust, a potem wyskoczyło do przodu jak
srebrzysty język. Węgorz wypełzł na zewnątrz i wpadł do worka na zwłoki.
-?Wygląda na to, że mamy pasażera -?stwierdził sucho Frears, lecz
zauważyłem, że także się cofnął.
-?Przepraszam -?wymamrotał sierżant, lecz Clarke tylko machnęła
niecierpliwie ręką, czerwieniąc się lekko.
-?Nie stójcie tak, wyrzućcie go.
Kiedy zabieraliśmy ciało, węgorz musiał się ukryć w głębi przełyku.
Sierżant z miną świadczącą, że wolałby być gdziekolwiek indziej, tylko
nie tu, poszperał obok ciała. Gdy wyciągnął rękę, trzymana w niej ryba
wiła się jak wąż, okręcając się wokół obciągniętej rękawicą dłoni i przegubu.
-?Co mam z tym zrobić, sir?
-?No cóż, wędzone są smakowite, ale sugeruję, żebyście go wyrzucili -
odparł Frears. -?Chyba że przyda się panu, doktorze Hunter?
Na pewno nie. To nie były zwłoki znalezione na lądzie, gdzie stworzenia
zamieszkujące szczątki mogą być źródłem informacji. Węgorz najwyraźniej
urządził sobie bazę w wygodnym źródle pożywienia i pożerał rozkładające
się tkanki albo przyciągane przez ciało drobniejsze stworzenia.
Z grymasem obrzydzenia sierżant strząsnął z ręki rybę, wrzucając ją z pluskiem do wody. Gdy Frears wrócił do badania zwłok, starałem się nie
patrzeć na sir Stephena Villiersa. Widocznie ojciec denata chciał się tu
znaleźć, a obecność u jego boku wyższego oficera policji wyraźnie
świadczyła o jego wpływach. Niemniej nie był to widok, który członek
rodziny powinien oglądać.
-?Cóż, rany wlotowa i wylotowa są dość oczywiste -?kontynuował Frears. -
Sądząc z rozmiarów uszkodzeń, był to albo pocisk dużego kalibru, albo
śrutówka. Strzał oddano z bliskiej odległości.
-?Sądzę, że dubeltówka -?wtrąciłem się. -?W tylnej części tchawicy jest
coś, co wygląda jak przybitka z naboju śrutowego.
-?Rzeczywiście. -?Frears zajrzał w głąb rany. -?A pod nią coś jeszcze.
Metal... jakby śrucina.
Wcześniej nie była widoczna. Węgorz, wypełzając na zewnątrz, musiał
przesunąć zakrywającą ją przybitkę.
-?Mogę zobaczyć?
-?Zapraszam.
Odchylił się, żebym mógł zajrzeć do czegoś, co kiedyś było ustami. Widać
było połyskiwanie czegoś okrągłego i lśniącego, co tkwiło w zmasakrowanych chrząstkach i kościach za brązową przybitką.
-?Wydaje się trochę za duże na śrucinę -?zauważyłem. -?I wygląda
bardziej na wykonane ze stali niż ołowiu.
-?Mnóstwo ludzi używa obecnie stalowych śrucin zamiast ołowianych -
oświadczył patolog, najwyraźniej nie lubiąc, by ktoś z nim dyskutował. -
Może to być coś w rodzaju loftki dużego kalibru. Będę wiedział
dokładnie, kiedy ją wyjmę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki