David Hunter (tom 2). Zapisane w kościach - Simon Beckett

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W odpo­wied­niej tem­pe­ra­tu­rze pali się wszystko. Drewno. Ubra­nie.

Ludzie.

Przy dwu­stu pięć­dzie­się­ciu stop­niach Cel­sju­sza pło­nie ciało. Już po chwili skóra czer­nieje i pęka. Tłuszcz upłyn­nia się, topi jak sło­nina na patelni. Służy za paliwo dla pło­mieni tra­wią­cych ciało. Ogień zaj­muje naj­pierw ręce i nogi, robiące za pod­pałkę pod masywny kor­pus.

Kur­czące się ścię­gna i włókna mię­śniowe wpra­wiają pło­nące koń­czyny w podrygi, które są obsce­niczną paro­dią życia.

Ostat­nie w kolej­no­ści tra­wione są organy wewnętrzne. Oble­czone w wil­gotny kokon mogą prze­trwać nawet wtedy, gdy cała tkanka miękka ule­gnie zwę­gle­niu.

Co innego kość. Ta upar­cie opiera się wszyst­kiemu, ule­ga­jąc tylko naj­go­ręt­szemu ogniowi. Choćby wypa­lił się z niej cały węgiel, gdy jest mar­twa i sucha jak pumeks, zacho­wuje swój kształt. Ale jest już tylko pozba­wio­nym sub­stan­cji i zagro­żo­nym roz­pa­dem cie­niem samej sie­bie; ostatni bastion życia obró­cony w proch. Pro­ces ten, z kil­koma nie­licz­nymi wyjąt­kami, zazwy­czaj prze­biega według tego samego, nie­zmien­nego wzorca.

Zazwy­czaj, ale nie zawsze.

Ciszę prze­rywa odgłos kro­ków. Mimo pro­te­stu zardze­wia­łych zawia­sów spróch­niałe drzwi sta­rego domu otwie­rają się przy pierw­szym pchnię­ciu. Wpada świa­tło. Po chwili w progu staje męż­czy­zna. Rzuca do środka długi cień. Schyla głowę, by rozej­rzeć się po ską­pa­nym w mroku wnę­trzu. Stary pies przy jego nodze zatrzy­muje się tuż przed pro­giem, prze­czu­wa­jąc, co kryje się w środku. Teraz i męż­czy­zna zaczyna się wahać. Gdy pies nagle się zrywa, pada krótka, przy­wo­łu­jąca do porządku komenda.

-?Noga!

Zwie­rzę cofa się posłusz­nie, z nie­po­ko­jem zer­ka­jąc na męż­czy­znę zmęt­nia­łymi od zaćmy śle­piami. Oprócz zapa­chu biją­cego ze środka wyczuwa też ner­wo­wość wła­ści­ciela.

-?Zostań.

Zatrwo­żo­nym wzro­kiem odpro­wa­dza swo­jego pana, gdy ten w końcu wcho­dzi do środka. Natych­miast spo­wija go nie­przy­jemna woń wil­goci. I cze­goś jesz­cze. Powoli, jakby wbrew sobie, męż­czy­zna kie­ruje się ku niskim drzwiom po dru­giej stro­nie. Drzwi są zamknięte. Już ma je otwo­rzyć, ale wstrzy­muje wycią­gniętą dłoń. Z tyłu dobiega ciche skam­le­nie. Nie sły­szy go. Powoli uchyla drzwi, jakby oba­wiał się tego, co zaraz zoba­czy.

Nie widzi nic. Ota­cza go pół­mrok; przez małe, brudne i zasnute paję­czyną okno wpada mętne świa­tło. Dzięki temu izba utrzy­muje swój sekret w tajem­nicy kilka chwil dłu­żej. Ale oczy męż­czy­zny w końcu się przy­zwy­cza­jają i zaczy­nają roz­po­zna­wać pierw­sze szcze­góły.

I widzą, co leży na środku.

Męż­czy­zna łyka haust powie­trza, jakby ude­rzono go pię­ścią w brzuch, i bez­wied­nie robi krok do tyłu.

-?Jezu Chry­ste...

W stę­ża­łej ciszy wypo­wie­dziane szep­tem słowa wybrzmie­wają nie­na­tu­ral­nie gło­śno. Bled­nie. Roz­gląda się w oba­wie, że jest tu ktoś jesz­cze. Ale jest sam.

Wyco­fuje się ostroż­nie, nie chcąc stra­cić z oczu tego, co leży na ziemi. Odwraca się dopiero, gdy wypa­czone drzwi zamy­kają się z jękiem.

Nie­pew­nym kro­kiem wycho­dzi na zewnątrz. Stary pies cie­szy się na widok pana, ale ten nie zwraca na niego uwagi. Z kie­szeni płasz­cza wygrze­buje paczkę papie­ro­sów. Drżą mu dło­nie i dopiero za trze­cim razem udaje mu się odpa­lić zapal­niczkę. Zaciąga się głę­boko. Żar roz­nieca się za każ­dym pocią­gnię­ciem, pochła­nia kolejne cen­ty­me­try papie­rosa i dociera do fil­tra. Ale zanim to się sta­nie, drże­nie rąk ustaje.

Rzuca nie­do­pa­łek na trawę, roz­gniata go, po czym pod­nosi i wsuwa do kie­szeni. Bie­rze głę­boki oddech i idzie zadzwo­nić.

Tele­fon ode­bra­łem w dro­dze na lot­ni­sko w Glas­gow. Był paskudny lutowy pora­nek, wiał zimny wiatr, a z posza­rza­łego nieba smęt­nie sią­pił deszcz. Wschod­nie wybrzeże nawie­dziły sztormy, i choć nie zapu­ściły się jesz­cze w głąb lądu, nie zapo­wia­dało się kolo­rowo.

Mia­łem tylko nadzieję, że zła­pię samo­lot, nim pogoda do reszty się zała­mie. Wra­ca­łem do Lon­dynu po tygo­dniu spę­dzo­nym na wydo­by­wa­niu, a potem bada­niu zwłok zna­le­zio­nych w Gram­pia­nach. Cho­ler­nie nie­wdzięczna robota. Za kry­sta­licz­nym dotknię­ciem mrozu wrzo­so­wi­ska i szczyty zamie­niły się w stal, prze­szy­wa­jąco zimną, lecz piękną. Ofiarą była młoda kobieta, jak dotąd nie­zi­den­ty­fi­ko­wana. Ciało miało oka­le­cze­nia i były to już dru­gie takie zwłoki, które odkryto w ostat­nich mie­sią­cach w Gram­pia­nach i któ­rymi przy­szło mi się zająć. Nie powia­do­miono jesz­cze prasy, ale śled­czy nie mieli wąt­pli­wo­ści, że oby­dwa mor­der­stwa należy przy­pi­sać temu samemu sprawcy. Który zabije znowu, o ile nie zosta­nie szybko schwy­tany, na co się nie zano­siło. Co gor­sza, byłem prze­ko­nany, że oka­le­cze­nia nie powstały pośmiert­nie, choć zaawan­so­wany roz­kład zwłok nie pozwa­lał tego stwier­dzić z cał­ko­witą pew­no­ścią.

Była to naprawdę wyczer­pu­jąca podróż i z wytę­sk­nie­niem cze­ka­łem powrotu do domu. Od pół­tora roku pra­co­wa­łem w Wydziale Kry­mi­na­li­styki na jed­nym z lon­dyń­skich uni­wer­sy­te­tów. Kon­trakt był tym­cza­sowy, ale umoż­li­wiał mi swo­bodny dostęp do nie­zbęd­nych labo­ra­to­riów. W ostat­nich tygo­dniach wię­cej pra­co­wa­łem jed­nak w tere­nie niż w swoim gabi­ne­cie. Obie­ca­łem Jenny, mojej dziew­czy­nie, że po wszyst­kim spę­dzimy tro­chę czasu razem. Nie pierw­szy raz skła­da­łem taką obiet­nicę, lecz teraz chcia­łem dotrzy­mać słowa.

Gdy zadzwo­nił tele­fon, pomy­śla­łem, że to ona. Numer, który wyświe­tlił się na ekra­nie, nie nale­żał jed­nak ani do niej, ani do nikogo mi zna­nego. Głos po dru­giej stro­nie był szorstki i sta­now­czy.

-?Prze­pra­szam, jeśli prze­szka­dzam, dok­to­rze. Z tej strony nad­in­spek­tor Gra­ham Wal­lace z Komendy Głów­nej w Inver­ness. Mogę zająć chwilę?

Mówił jak czło­wiek przy­zwy­cza­jony do sta­wia­nia na swoim, z twar­dym akcen­tem typo­wym raczej dla miesz­kań­ców robot­ni­czych dziel­nic Glas­gow niż dla kogoś pocho­dzą­cego z Inver­ness.

-?Ale tylko chwilę. Zaraz mam samo­lot.

-?Wiem. Roz­ma­wia­łem z komi­sa­rzem Alla­nem Camp­bel­lem z Gram­pia­nów. Mówił, że już skoń­czy­li­ście. Cie­szę się, że pana zła­pa­łem.

Camp­bell to star­szy śled­czy, z któ­rym wydo­by­wa­li­śmy zwłoki. Uczciwy czło­wiek i dobry glina. Trudno mu było oddzie­lić życie oso­bi­ste od zawo­do­wego, co dosko­nale rozu­mia­łem.

Zer­k­ną­łem na tak­sów­ka­rza, upew­nia­jąc się, czy nie pod­słu­chuje.

-?O co cho­dzi?

-?Potrze­buję pań­skiej pomocy -?cedził słowa, jakby każde z nich wiele go kosz­to­wało. -?Pew­nie sły­szał pan o kata­stro­fie kole­jo­wej?

Ow­szem, sły­sza­łem. Przed wyj­ściem z hotelu obej­rza­łem wia­do­mo­ści. Rano pociąg pasa­żer­ski West Coast wpadł na sto­jącą na torach cię­ża­rówkę i wyko­leił się. Z tego, co poka­zano, wyglą­dało to fatal­nie, wagony były zmiaż­dżone i powy­krę­cane. Nie doli­czono się jesz­cze wszyst­kich ofiar.

-?Ścią­gnę­li­śmy, kogo się dało -?kon­ty­nu­ował Wal­lace -?ale wciąż nie możemy zapa­no­wać nad cha­osem. Nie­wy­klu­czone -?dodał już ciszej -?że wypa­dek był celową robotą, więc cały teren trak­tu­jemy jak miej­sce prze­stęp­stwa. Zwo­łu­jemy wszyst­kie ekipy, ale to wciąż za mało.

Wie­dzia­łem, do czego zmie­rza. Według rela­cji kilka z wago­nów się zapa­liło, co ozna­czało, że iden­ty­fi­ka­cja ofiar będzie dla śled­czych prio­ry­te­tem -?i ist­nym kosz­ma­rem. Naj­pierw jed­nak nale­żało wydo­być wszyst­kie ciała, a to nie było kwe­stią godziny czy dwóch.

-?Nie wiem, na ile mógł­bym teraz pomóc -?odpo­wie­dzia­łem.

-?Nie dzwo­nię w spra­wie pociągu -?burk­nął nie­cier­pli­wie Wal­lace. - Dosta­li­śmy zgło­sze­nie, że ktoś zgi­nął w poża­rze na Runie, jed­nej z wyse­pek Hebry­dów Zewnętrz­nych.

O ist­nie­niu Runy nawet nie sły­sza­łem, ale to aku­rat nic dziw­nego. O Hebry­dach Zewnętrz­nych wie­dzia­łem tylko tyle, że to naj­da­lej wysu­nięte tereny Wiel­kiej Bry­ta­nii, archi­pe­lag poło­żony kilo­me­try na pół­nocny zachód od wybrzeża Szko­cji.

-?Są zna­miona prze­stęp­stwa?

-?Raczej nie. Przy­naj­mniej na razie nic na to nie wska­zuje. Może samo­bój­stwo, ale raczej jakiś pijak lub włó­częga przy­snął za bli­sko ogni­ska. Zwłoki zna­lazł w opusz­czo­nym domu były poli­cjant pod­czas spa­ceru z psem. Eme­ry­to­wany detek­tyw. Mieszka teraz w tam­tych stro­nach. Pra­co­wa­łem z nim i kie­dyś był nie­złym gliną.

"Kie­dyś". Zasta­na­wia­łem się, czy powie­dział to celowo.

-?Mówił coś jesz­cze?

Wal­lace zawa­hał się.

-?Zwłoki były doszczęt­nie spa­lone. Nie chcę odcią­gać ludzi od tej cho­ler­nej kata­strofy, jeśli nie jest to konieczne. Dwóch poli­cjan­tów ze Stor­no­way popły­nie tam dziś pro­mem i naj­le­piej by było, gdyby zabrał się pan z nimi. Obej­rzał zwłoki, oce­nił, czy to pilne, czy wysy­łać tam więk­szą ekipę, czy nie. Dobrze, żeby rzu­cił na to okiem facho­wiec, a Camp­bell mówi, że lep­szego niż pan nie znajdę.

Próba pochleb­stwa -?przy całej szorst­ko­ści w oby­ciu -?nie wyszła mu naj­le­piej. Mówiąc o zwło­kach, zawa­hał się i zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy cze­goś przede mną nie ukrywa. Z dru­giej strony gdyby coś go naprawdę nie­po­ko­iło, od razu wysłałby tam śled­czych.

Dojeż­dża­li­śmy na lot­ni­sko. Mia­łem wszel­kie powody, żeby odmó­wić. Dopiero co zakoń­czy­łem pracę przy dużym śledz­twie, a ta sprawa wyglą­dała na dość typową. Jak miał­bym powie­dzieć Jenny, że dziś nie wrócę? Zwa­żyw­szy, ile czasu spę­dzi­łem ostat­nio poza domem, nie przy­ję­łaby tej wia­do­mo­ści z entu­zja­zmem.

Wal­lace wyczuł moje wąt­pli­wo­ści.

-?Zaj­mie to panu naj­wy­żej kilka dni, łącz­nie z dojaz­dem. Cho­dzi o to, że... sprawa jest tro­chę dziwna.

-?Mówił pan prze­cież, że nie ma zna­mion.

-?Bo nie ma. Przy­naj­mniej nic na to nie wska­zuje. Niech pan posłu­cha. Nie chcę powie­dzieć za dużo i wła­śnie dla­tego potrze­buję, żeby oce­nił to eks­pert.

Choć nie zno­szę mani­pu­la­cji, to udało mu się roz­bu­dzić moją cie­ka­wość.

-?Nie nale­gał­bym, gdy­by­śmy nie byli pod ścianą -?dodał, dokrę­ca­jąc śrubę.

Za zalaną desz­czem szybą poja­wiła się tablica infor­ma­cyjna. Dojeż­dża­li­śmy na lot­ni­sko.

-?Oddzwo­nię za pięć minut.

Nie spodo­bało mu się to, ale nie zdą­żył zapro­te­sto­wać. Roz­łą­czy­łem się, zagry­złem wargi i wybra­łem numer, który zna­łem na pamięć.

Jenny od razu ode­brała. Jej głos ucie­szył mnie jak zawsze, choć wie­dzia­łem, że roz­mowa nie będzie przy­jemna.

-?David! Wycho­dzę wła­śnie do pracy. Gdzie jesteś?

-?W dro­dze na lot­ni­sko.

Roze­śmiała się.

-?Dzięki Bogu. Już myśla­łam, że dzwo­nisz, żeby powie­dzieć, że dzi­siaj nie wra­casz.

Ści­snęło mnie w żołądku.

-?Wła­ści­wie to tak... Popro­szono mnie o pomoc w pew­nej spra­wie...

-?Aha...

-?To tylko parę dni. Na Hebry­dach. Nie mają nikogo, kto mógłby tam poje­chać.

Nie powie­dzia­łem jej o kata­stro­fie pociągu, bo zabrzmia­łoby to, jak­bym szu­kał wymó­wek.

Mil­czała. Naj­bar­dziej na świe­cie nie lubi­łem, gdy nagle ucho­dziła z niej radość.

-?Co im odpo­wie­dzia­łeś?

-?Że oddzwo­nię. Chcia­łem usta­lić to z tobą.

-?Po co? Dobrze wiemy, że już pod­ją­łeś decy­zję.

Nie chcia­łem się kłó­cić. Spoj­rza­łem na tak­sów­ka­rza.

-?Jenny, posłu­chaj...

-?Więc nie wró­cisz?

Nie wie­dzia­łem, co odpo­wie­dzieć.

-?Tak myśla­łam.

-?Jenny...

-?Muszę już lecieć. Spóź­nię się do pracy.

Roz­legł się trzask odkła­da­nej słu­chawki. Wes­tchną­łem. Piękny począ­tek dnia, nie ma co. Po pro­stu oddzwoń i powiedz, że odmó­wi­łeś. Zatrzy­ma­łem palec nad tele­fo­nem.

-?Niech się pan nie przej­muje, moja też miewa humory -?rzu­cił tak­sów­karz przez ramię. -?Jakoś to prze­żyje, no nie?

Odpo­wie­dzia­łem coś wymi­ja­jąco. W oddali star­to­wał samo­lot. Tak­sów­karz włą­czył prawy migacz, a ja wybra­łem numer. Wal­lace ode­brał po pierw­szym sygnale.

-?Jak tam się dostać? -?spy­ta­łem.

Rozdział 2

Więk­szość dnia spę­dzam ze zmar­łymi. Bywa, że z takimi, któ­rzy nie żyją od bar­dzo dawna. Jestem antro­po­lo­giem sądo­wym. To dzie­dzina nauki i kon­fron­ta­cja z przy­krymi fak­tami, któ­rej więk­szość ludzi stara się uni­kać tak długo jak się da. Ja sam się do nich zali­cza­łem. Po tym, jak moja żona i córka zgi­nęły w wypadku samo­cho­do­wym, codzienna praca w tere­nie nie­ustan­nie przy­po­mi­nała mi o tym, co stra­ci­łem, i to aż nazbyt bole­śnie. Zosta­łem więc leka­rzem rodzin­nym, by odtąd dbać o żywych zamiast o zmar­łych.

Tak się jed­nak zło­żyło, że musia­łem wró­cić do daw­nej pro­fe­sji. Mojego powo­ła­nia, tak to nazwijmy. Któ­rym jest po czę­ści pato­lo­gia, a po czę­ści arche­olo­gia, bo to, co robię, wykra­cza poza jedno i dru­gie. Bo nawet wtedy, gdy bio­lo­gicz­ność czło­wieka ulega roz­pa­dowi, gdy w miej­scu życia poja­wią się roz­kład, zgni­li­zna i wyschnięte na proch kości, jego mar­twe ciało daje świa­dec­two. Opo­wiada histo­rię. Histo­rię, którą trzeba zin­ter­pre­to­wać. I wła­śnie tym się zaj­muję.

Nakła­nia­niem zmar­łych do zwie­rzeń.

Wal­lace od początku wie­dział, że nie wysta­wię go do wia­tru. Z góry zare­zer­wo­wał mi lot na Lewis, naj­więk­szą wyspę Hebry­dów Zewnętrz­nych. Ponie­waż z powodu złej pogody lot był opóź­niony o nie­mal godzinę, sie­dzia­łem w pocze­kalni, pró­bu­jąc nie patrzeć w stronę sta­no­wi­ska, gdzie koń­czono odprawę do Lon­dynu. Po jakimś cza­sie numer mojego nie­do­szłego rejsu osta­tecz­nie znik­nął z tablicy odlo­tów.

Samo­lo­tem nie­mi­ło­sier­nie trzę­sło i jedyną pocie­chą było to, że lot jest krótki. Zanim zła­pa­łem tak­sówkę do portu w Stor­no­way, ponu­rym por­to­wym mia­steczku, kró­le­stwie prze­my­słu ryb­nego, zaczęło się ściem­niać. Na nabrzeżu, na któ­rym wysia­dłem, było mgli­sto, zimno, cuch­nęło ropą i rybami. Myśla­łem, że popłynę jed­nym z tych dużych pro­mów samo­cho­do­wych, wyrzu­ca­ją­cych kłęby dymu wprost w zsza­rzałe niebo, ale to, przed czym sta­łem, w naj­lep­szym razie przy­po­mi­nało mały kuter rybacki, a nie śro­dek trans­portu publicz­nego. Gdyby nie zaj­mu­jący pół pokładu poli­cyjny range rover, myślał­bym, że źle tra­fi­łem.

Na pokład pro­wa­dził chwiejny trap. Stał przy nim umun­du­ro­wany sier­żant z rękoma w kie­sze­niach. Policzki i nos miał czer­wone od popę­ka­nych naczy­nek. Gdy szar­pa­łem się z tor­bami, łypał na mnie zło­wrogo znad siwie­ją­cych wąsów.

-?Dok­tor Hun­ter? -?burk­nął. -?Sier­żant Fra­ser. -?Nie podał swo­jego imie­nia i nie wyjął rąk z kie­szeni. Mówił z wyraź­nym noso­wym akcen­tem, nie­po­dob­nym do tych, które sły­szy się w Szko­cji. -?Cze­ka­li­śmy na pana.

Wszedł na trap, zosta­wia­jąc mnie samego z baga­żami. Zarzu­ci­łem torbę na ramię, chwy­ci­łem walizkę i ruszy­łem za nim. Śli­ski trap to uno­sił się, to opa­dał. Z tru­dem utrzy­my­wa­łem rów­no­wagę, pró­bu­jąc dosto­so­wać krok do chi­me­rycz­nych wahań. W pew­nej chwili pod­biegł do mnie młody poste­run­kowy i z uśmie­chem wziął ode mnie walizkę.

-?Pan pozwoli.

Nie sta­wia­łem oporu. Pod­szedł do przy­mo­co­wa­nego do pokładu range rovera i wci­snął ją do bagaż­nika.

-?Co pan tam nosi? -?spy­tał wesoło. -?Zwłoki?

Zdją­łem torbę z ramie­nia.

-?Nie, ale podobny cię­żar. Dzię­kuję.

-?Dro­biazg.

Miał na oko dwa­dzie­ścia lat, przy­ja­zny wyraz twa­rzy i mimo desz­czu nie­ska­zi­telny mun­dur.

-?Poste­run­kowy McKin­ney -?przed­sta­wił się. -?Ale pro­szę mi mówić Dun­can.

-?David Hun­ter.

Entu­zja­stycz­nie uści­snął mi rękę, jak gdyby chciał nad­ro­bić oschłość ze strony Fra­sera.

-?To pan jest tym leka­rzem sądo­wym?

-?Nie­stety, na to wygląda.

-?Faj­nie! To zna­czy nie w tym sen­sie, ale... no pan wie. Scho­wajmy się przed desz­czem.

Kabina pasa­żer­ska znaj­do­wała się pod ste­rówką. Na pokła­dzie Fra­ser roz­ma­wiał żywio­łowo z bro­da­tym męż­czy­zną w sztor­miaku. Sto­jący tuż za nim rosły nasto­la­tek z twa­rzą upstrzoną kro­stami patrzył ponuro, jak Fra­ser wyma­chuje pal­cem w powie­trzu.

-?...tyle cze­ka­li­śmy, a teraz jesz­cze opóź­nie­nie?

Bro­dacz spoj­rzał na niego z obo­jęt­no­ścią.

-?Bra­kuje pasa­żerki. Musimy na nią pocze­kać.

Fra­ser spur­pu­ro­wiał na twa­rzy.

-?To nie jakaś pie­przona wycieczka. Już jeste­śmy w plecy. Wcią­gaj pan trap.

Bro­dacz rzu­cił mu ostre spoj­rze­nie znad czar­nej brody, która nada­wała mu wygląd dzi­kiego zwie­rza.

-?To moja łajba i ja usta­lam roz­kład kur­sów. Chcesz wcią­gać, to se wcią­gaj.

Fra­ser już spi­nał się w sobie, by poka­zać, kto tu rzą­dzi, gdy nagle roz­legł się stu­kot. Po ram­pie bie­gła młoda drobna kobieta, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem torby. Miała na sobie jaskra­wo­czer­woną puchową kurtkę, co naj­mniej dwa razy za dużą, i nacią­gniętą na uszy grubą weł­nianą czapkę. Z jasnymi jak pia­sek wło­sami i spi­cza­stym pod­bród­kiem wyglą­dała jak elf.

-?Dzień dobry, pano­wie -?wysa­pała. -?Czy ktoś mi pomoże?

Dun­can zro­bił krok do przodu, ale wyprze­dził go bro­dacz. Wyszcze­rzył zęby i bez wysiłku dźwi­gnął torbę.

-?No, naresz­cie, Mag­gie. Jesz­cze chwila, a odpły­nę­li­by­śmy bez cie­bie.

-?Macie szczę­ście, że tego nie zro­bi­li­ście. Moja bab­cia by wam nie daro­wała. -?Pod­parła się pod boki, rozej­rzała po współ­pa­sa­że­rach i ode­tchnęła głę­boko. -?Cześć, Kevin. Jak leci? Ojciec wyci­ska z cie­bie siódme poty, co?

Nasto­la­tek spło­nił się i spu­ścił wzrok.

-?Ano.

-?Ech, nie­które rze­czy ni­gdy się nie zmie­niają. Masz już osiem­na­ście lat. Poproś o pod­wyżkę.

Spoj­rzała na range rovera i zaświe­ciły się jej oczy.

-?Coś się dzieje? Coś, o czym powin­nam wie­dzieć?

Bro­dacz wska­zał na nas pogar­dli­wie.

-?Ich pytaj. Nam nie chcą nic powie­dzieć.

Zauwa­żyła Fra­sera i prze­stała się uśmie­chać. Otrzą­snęła się po chwili i przy­brała nieco pro­wo­ka­cyjny uśmie­szek.

-?Sier­żan­cie Fra­ser. Cóż za nie­spo­dzianka. Czym Runa zasłu­żyła sobie na pań­ską wizytę?

-?Sprawy służ­bowe -?burk­nął i odwró­cił się.

Kim­kol­wiek była ta kobieta, nie ucie­szył go jej widok.

Wszy­scy byli już w kom­ple­cie, więc kapi­tan i jego syn zaka­sali rękawy i zajęli się łodzią. Wcią­gnięto trap i zwi­nięto łań­cuch kotwiczny, któ­rego gru­chot aż zatrząsł kadłu­bem. Mag­gie jesz­cze raz zer­k­nęła na mnie z zacie­ka­wie­niem i weszła do ste­rówki.

Chwilę póź­niej zawar­czał sil­nik i odbi­li­śmy od brzegu.

Morze było nie­spo­kojne i prze­prawa, która w nor­mal­nych warun­kach zaj­muje dwie godziny, nam zajęła trzy. Gdy tylko opu­ści­li­śmy bez­pieczną przy­stań w Stor­no­way, Atlan­tyk poka­zał, na co go stać. Był jak roz­ko­ły­sana szara rów­nina gniew­nych fal nacie­ra­ją­cych na dziób statku. Ile­kroć ude­rzały, dziób pod­ry­wał się i gwał­tow­nie opa­dał, by po chwili znów się podźwi­gnąć.

Jedy­nym schro­nie­niem była cia­sna kabina pasa­żer­ska, w któ­rej pano­wała nie­mi­ło­sierna duchota okra­szona smro­dem spa­lin. Fra­ser i Dun­can przez więk­szość czasu sie­dzieli w ponu­rym mil­cze­niu. Pró­bo­wa­łem dowie­dzieć się od Fra­sera cze­goś wię­cej na temat zwłok, ale naj­wy­raź­niej był nie­wiele lepiej poin­for­mo­wany niż ja.

-?Brudna robota, ot co -?wymam­ro­tał, pot spły­wał mu z czoła. -?Pew­nie jakiś pijak zasnął przy ogni­sku.

-?Wal­lace mówił, że zwłoki zna­lazł poli­cjant. Kto to?

-?Andrew Brody -?wtrą­cił Dun­can. -?Mój ojciec z nim pra­co­wał przed prze­pro­wadzką do Stor­no­way. Podobno był świet­nym poli­cjan­tem.

-?Był. Ale nie jest -?skwi­to­wał Fra­ser. -?Wypy­ty­wa­łem o niego. Samot­nik i odszcze­pie­niec. Nie paso­wała mu praca w zespole. Ponoć zała­mał się, gdy żona ode­szła od niego razem z córką. Stąd ta wcze­śniej­sza eme­ry­tura.

Dun­can wyglą­dał na zakło­po­ta­nego.

-?Znisz­czył go stres, tak mówił ojciec.

Fra­ser lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką.

-?Co za róż­nica. Oby tylko nie zapo­mi­nał, że nie jest już czyn­nym poli­cjan­tem. -?Fra­ser zesztyw­niał, gdy pode­rwała się grzy­wia­sta fala i znów szarp­nęło kutrem. -?Chry­ste, ze wszyst­kich zapy­zia­łych miejsc musia­łem tra­fić aku­rat tutaj...

Prze­sie­dzia­łem jakiś czas w kabi­nie, zasta­na­wia­jąc się, co ja tu wła­ści­wie robię. Mógł­bym już dawno być w domu z Jenny. Ostat­nio czę­sto się kłó­cimy i zawsze o to samo -?o moją pracę. A przy­jazd tutaj nie poprawi sytu­acji. Nie mając czym się zająć, biłem się z myślami, czy pod­ją­łem dobrą decy­zję i jak zre­kom­pen­suję to Jenny.

W końcu wysze­dłem na pokład. Tar­gnął mną pory­wi­sty wiatr, zra­sza­jąc mi twarz wodą, ale po poby­cie w prze­grza­nej i zasmro­dzo­nej kabi­nie przy­nio­sło mi to tylko ulgę. Sta­ną­łem na dzio­bie, roz­ko­szu­jąc się bryzą. Widać już było wyspę, wyła­niała się niczym czarna masa powsta­jąca z fal. Poczu­łem zna­jomy ucisk w trze­wiach, tro­chę z ner­wów, tro­chę z nie­cier­pli­wego wycze­ki­wa­nia.

Oby tylko było to warte mojego trudu.

Kątem oka dostrze­głem błysk czer­wieni. Chwiej­nym kro­kiem szła ku mnie tamta młoda kobieta. Kutrem znów gwał­tow­nie zako­ły­sało i musia­łem podać jej rękę, żeby się nie prze­wró­ciła.

-?Dzię­kuję. -?Posłała mi zawa­diacki uśmiech. -?Iain mówi, że będzie nie­zła heca z cumo­wa­niem.

Mówiła z tym samym akcen­tem co Fra­ser, tylko łagod­niej­szym i bar­dziej melo­dyj­nym.

-?Iain?

-?Iain Kin­ross, kapi­tan. Mój sąsiad. Miej­scowy.

-?Mieszka pani na Runie?

-?Już nie. Rodzina prze­pro­wa­dziła się do Stor­no­way. Na Runie została tylko bab­cia. Odwie­dzamy ją na zmianę. A pan tu jest z poli­cją, tak? - spy­tała z mało prze­ko­nu­jącą nie­win­no­ścią w gło­sie.

-?Powiedzmy.

-?Czyli nie jest pan poli­cjan­tem?

Pokrę­ci­łem prze­cząco głową.

Uśmiech­nęła się.

-?Tak myśla­łam. Iain mówił, że zwra­cają się do pana "dok­to­rze". Na wyspie są ranni czy co?

-?Nic mi o tym nie wia­domo.

Moja odpo­wiedź tylko pod­sy­ciła jej cie­ka­wość.

-?No to po co lekarz pły­nie na Runę z poli­cją?

-?Pro­szę zapy­tać sier­żanta Fra­sera.

Skrzy­wiła się.

-?Spy­tam, spy­tam. Bez obaw.

-?Zna go pani?

-?Można tak powie­dzieć.

Nie roz­wi­nęła myśli.

-?Więc czym się pani zaj­muje w Stor­no­way? -?zapy­ta­łem.

-?Jestem pisarką. Piszę powieść. Przy oka­zji, Mag­gie Cas­sidy.

-?David Hun­ter.

Mia­łem wra­że­nie, że skrzęt­nie odno­to­wała tę infor­ma­cję w pamięci. Mil­cze­li­śmy przez jakiś czas, patrząc, jak wyspa nabiera kształ­tów w nie­wy­raź­nym świe­tle: szare klify poro­śnięte mono­tonną roślin­no­ścią, a na prze­dzie pośród fal strze­li­sta wieża z czar­nej skały.

-?Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu -?oznaj­miła Mag­gie. -?Port jest tuż za Stac Ross. To ta czarna skała. Podobno trze­cia naj­wyż­sza skała w Szko­cji. Cała Runa. Jedyny jej powód do chwały to bycie w czymś trze­cią. -?Zeszła z relingu. -?No cóż, miło było pana poznać. Może jesz­cze się zoba­czymy.

Prze­szła przez pokład i dołą­czyła do Kin­rossa i jego syna w ste­rówce. Zauwa­ży­łem, że idzie o wiele pew­niej­szym kro­kiem niż przed­tem.

Wró­ci­łem wzro­kiem do wyspy. Była coraz bli­żej. Za Stac Ross klify opa­dały w stronę portu. Ściem­niało się już, ale dostrze­głem uło­żoną wokół niego mozaikę domostw, małą zamiesz­kaną oazę pośród pust­ko­wia oce­anu.

Przez szum wia­tru i war­kot sil­nika prze­bił się ostry gwizd. Odwró­ci­łem się w stronę ste­rówki. Kin­ross gniew­nie wyma­chi­wał rękami.

-?Właź pan do środka!

Nie musiał powta­rzać dwa razy. Morze coraz wście­klej się goto­wało, naj­bar­dziej wzbu­rzone były masy wody uwię­zione w kanale mię­dzy wyso­kimi kli­fami. Nie bujało już nami w górę i w dół, tylko rzu­cało na boki w przy­pra­wia­ją­cym o mdło­ści wirze, roz­bry­zgu­ją­cym zde­rza­jące się masy wody po całym pokła­dzie.

Przy­trzy­mu­jąc się relingu, dobrną­łem do kabiny. Zacze­ka­łem z Dun­ca­nem i bla­dym jak ściana Fra­se­rem, aż kuter pokona fale i wpły­nie do portu. Przez okno widzia­łem, jak bał­wany roz­trza­skują się o beto­nowe molo, pod­ry­wa­jąc w powie­trze białe grzywy. Trzy razy bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­li­śmy przy­bić. Wresz­cie kapi­tan pod­krę­cił sil­nik, łódź gwał­tow­nie zawi­bro­wała i przy­cu­mo­wa­li­śmy.

Z tru­dem zsze­dłem z roz­chwia­nego pokładu. Choć nie było gdzie się schro­nić przed wia­trem, to powie­trze try­skało cudowną świe­żo­ścią i miało orzeź­wia­jąco słony posmak. Nad gło­wami krą­żyły roz­skrze­czane mewy, a na nabrzeżu męż­czyźni uwi­jali się z linami przy gumo­wych odbi­ja­czach. Port, mimo ota­cza­ją­cych go kli­fów, był otwarty na morze i chro­nił go tylko jeden falo­chron. Było tu jesz­cze kilka innych kutrów, szar­pią­cych się na cumach jak psy na smy­czach.

Niskie domy przy­le­gały do stro­mego zbo­cza niczym sko­ru­piaki. W dali roz­po­ście­rał się zie­lo­no­bury, posępny kra­jo­braz wynisz­czony wia­trem i pozba­wiony drzew. Nad hory­zon­tem domi­no­wała zło­wrogo wyglą­da­jąca skała, któ­rej szczyt ginął w nisko zawie­szo­nych chmu­rach.

Młoda kobieta, która przed­sta­wiła się jako Mag­gie, z impe­tem zbie­gła z pokładu, jak tylko opusz­czono trap. Byłem lekko zasko­czony, że się nie poże­gnała, ale nie­spe­cjal­nie mnie to zmar­twiło. Zza ple­ców usły­sza­łem sil­nik range rovera, więc odwró­ci­łem się i wsia­dłem na tył. Fra­ser posa­dził za kie­row­nicą mło­dego poste­run­ko­wego. Kuter nie prze­sta­wał się koły­sać, ale chło­pak spraw­nie i ostroż­nie zje­chał po roz­chwia­nej ram­pie.

Na nabrzeżu cze­kał na nas męż­czy­zna o grubo cio­sa­nych rysach. Na oko po pięć­dzie­siątce, wysoki i potęż­nie zbu­do­wany, miał w sobie to nie­okre­ślone coś, co zdra­dza poli­cjanta. Od razu się domy­śli­łem, że to eme­ry­to­wany inspek­tor, który zna­lazł zwłoki.

Fra­ser opu­ścił szybę.

-?Andrew Brody?

Męż­czy­zna ski­nął głową i zmie­rzył naszą trójkę spoj­rze­niem. Miej­scowi, któ­rzy poma­gali wcze­śniej przy cumo­wa­niu, przy­glą­dali nam się z zacie­ka­wie­niem.

-?Tylko tylu przy­słali? -?zapy­tał Brody z dez­apro­batą w gło­sie.

-?Na razie powinno wystar­czyć -?odparł szorstko Fra­ser.

-?A docho­dze­niówka? Kiedy przy­je­dzie?

-?Może wcale. Nie ma jesz­cze decy­zji.

Brody zaci­snął wargi. To, że był na eme­ry­tu­rze, nie ozna­czało, że byle sier­żant może trak­to­wać go z góry.

-?A ci ze Stor­no­way? Ci muszą przy­je­chać.

-?Przy­jadą, jak pan dok­tor obej­rzy zwłoki. Dok­tor Hun­ter jest pato­lo­giem sądo­wym.

Wcze­śniej Brody jakby mnie nie zauwa­żał. Dopiero gdy usły­szał, kim jestem, spoj­rzał z więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. Miał bystry wzrok i inte­li­gentny wyraz twa­rzy. Poczu­łem, że ta krótka chwila wystar­czyła, by wyro­bił sobie na mój temat zda­nie.

-?Już późno -?odparł, patrząc na ciem­nie­jące niebo. -?To tylko kwa­drans jazdy, ale nim dotrzemy na miej­sce, będzie już cał­kiem ciemno. Dok­to­rze, może poje­dzie pan ze mną? Po dro­dze nakre­ślił­bym sytu­ację.

-?Pan dok­tor pew­nie już widział spa­lone zwłoki -?żach­nął się Fra­ser.

Brody przez chwilę świ­dro­wał go wzro­kiem, jakby potrze­bo­wał czasu, żeby sobie przy­po­mnieć, że nie jest już na sta­no­wi­sku. Potem prze­niósł spoj­rze­nie na mnie.

-?Ale nie takie.

Zapar­ko­wał na nabrzeżu. Miał nowe volvo kombi. Wnę­trze utrzy­mane było w nie­na­gan­nej czy­sto­ści i pach­niało odświe­ża­czem powie­trza. Wyczu­łem też papie­rosy. Na roz­ło­żo­nym z tyłu kocu leżał stary owcza­rek szkocki. Zerwał się, kiedy tylko Brody wsiadł do środka.

-?Leżeć, Bess -?powie­dział

Pies natych­miast się poło­żył. Brody ze zmarsz­czo­nymi brwiami obma­cy­wał deskę roz­dziel­czą, żeby włą­czyć ogrze­wa­nie.

-?Prze­pra­szam. Mam go od nie­dawna i nie wiem, gdzie co jest.

W bocz­nym lusterku widzia­łem świa­tła auta Dun­cana i Fra­sera. Na dale­kiej pół­nocy dni trwają krótko o tej porze roku i zapa­dał już zmrok. Latar­nie oświe­tlały wąską szosę, która ucho­dziła tu za główną arte­rię komu­ni­ka­cyjną. Bie­gła od nabrzeża przez całe mia­steczko: garstka skle­pi­ków pośród sta­rych domów z kamie­nia i kilku now­szych, dość pro­wi­zo­rycz­nie wyglą­da­ją­cych bun­ga­lo­wów.

O ile zdą­ży­łem się zorien­to­wać, Runa nie była dziurą zabitą dechami, jakiej się spo­dzie­wa­łem. Przy dro­dze stały ruiny małego kościółka bez dachu, ale drzwi i okna w domach, które mija­li­śmy, w więk­szo­ści wyglą­dały na nowe, jakby nie­dawno je wymie­niono. Była też nie­wielka, ale nowo­cze­sna szkoła, a nieco dalej do drew­nia­nej świe­tlicy miej­skiej dobu­do­wano skrzy­dło. Tablica na jego fasa­dzie gło­siła dum­nie: "Cen­trum Medyczne".

Nawet lokalna droga docze­kała się nowej nawierzchni. Była wąska i jed­no­pa­smowa, co sto metrów poprze­ci­nana pasami dla pie­szych, ale gład­kiego jak lustro asfaltu mogłyby pozaz­dro­ścić jej naj­lep­sze drogi kra­jowe Szko­cji. Bie­gła stromo przez mia­steczko i wypłasz­czała się dopiero za ostat­nimi domami. Na szczy­cie góru­ją­cego nad nimi wzgó­rza wzno­siła się wysoka, zakrzy­wiona skała; jej kikut wyra­stał z traw niczym wygra­ża­jący palec boży, a na tle pociem­nia­łego nieba wyglą­dał jak wycięty z papieru.

-?To Bodach Runa -?wyja­śnił Brody, widząc, że patrzę w tam­tym kie­runku. -?Sta­rzec z Runy. Legenda głosi, że cze­kał na powrót syna, który wyru­szył na morze. Syn nie wró­cił, a męż­czy­zna stał tam tak długo, aż zamie­nił się w kamień.

-?Przy takiej pogo­dzie wcale się temu nie dzi­wię.

Brody uśmiech­nął się, lecz zaraz spo­waż­niał. Cho­ciaż sam zapro­po­no­wał, żebym się z nim zabrał, to teraz spra­wiał wra­że­nie zakło­po­ta­nego, jakby nie wie­dział, jak zacząć roz­mowę. Wyją­łem tele­fon, chcąc spraw­dzić wia­do­mo­ści.

-?Nie ma zasięgu -?ostrzegł Brody. -?Jeśli będzie pan chciał zadzwo­nić, to do wyboru mamy tylko tele­fon sta­cjo­narny albo poli­cyjne radio. Ale jak jest duży sztorm, nie zawsze dzia­łają.

Scho­wa­łem tele­fon. Liczy­łem, że Jenny zosta­wiła mi jaką­kol­wiek wia­do­mość, ale nie obie­cy­wa­łem sobie wiele. Zadzwo­nię do niej póź­niej i spró­buję zała­go­dzić sytu­ację.

-?Jest pan leka­rzem sądo­wym? -?zapy­tał Brody.

-?Antro­po­lo­giem sądo­wym.

Spoj­rza­łem na niego, by spraw­dzić, czy powi­nie­nem to wytłu­ma­czyć. Nawet funk­cjo­na­riu­sze poli­cji mają z tym pro­blem. Brody nie potrze­bo­wał jed­nak wyja­śnień.

-?To dobrze. Cho­ciaż jeden czło­wiek będzie tu wie­dział, co ma robić. Co powie­dział panu Wal­lace?

-?Tylko tyle, że ktoś zgi­nął w poża­rze i że sprawa jest nie­ty­powa. Nie powie­dział dla­czego. Zapew­niał, że bez zna­mion prze­stęp­stwa.

Brody z dez­apro­batą wysu­nął szczękę.

-?Bez? No pro­szę...

-?Jest ina­czej?

-?Nic nie mówię -?rzu­cił Brody. -?Sam pan zoba­czy i oceni. Liczy­łem tylko, że Wal­lace przy­śle tu ekipę.

Zaczy­na­łem mieć złe prze­czu­cia. W przy­padku śmierci ze zna­mio­nami zabój­stwa sto­suje się ści­śle okre­ślone pro­ce­dury. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wszedł­bym na miej­sce oglę­dzin po docho­dze­niówce. Mia­łem nadzieję, że kata­strofa kole­jowa nie ode­brała Wal­lace'owi zdol­no­ści do osądu sytu­acji.

Pamię­ta­łem też, co mówił o Bro­dym. "Kie­dyś był dobrym detek­ty­wem". Eme­ry­to­wa­nym poli­cjan­tom trudno pogo­dzić się z tym, że wypa­dli z gry. Brody nie byłby pierw­szym, który gotów byłby nad­dać to i owo, żeby znów zna­leźć się w cen­trum wyda­rzeń. Nie przy­wią­zy­wa­łem więk­szej wagi do opo­wie­ści Fra­sera o zała­ma­niu ner­wo­wym, które rze­komo prze­szedł Brody, zasta­na­wia­łem się jed­nak, czy podobne wąt­pli­wo­ści nie wpły­nęły na decy­zję Wal­lace'a.

-?Chciał, żebym sam oce­nił sytu­ację -?powie­dzia­łem. -?Jeśli uznam, że to nie był wypa­dek, pocze­kam na docho­dze­niówkę.

-?Cóż, teraz nic już się nie pora­dzi -?mruk­nął Brody.

Nie był jed­nak zado­wo­lony. Cokol­wiek powie­dział Wal­lace'owi, ten nie wziął jego słów na poważ­nie, a dla byłego detek­tywa takie trak­to­wa­nie to bole­sny cios.

-?Jak pan zna­lazł zwłoki? -?zapy­ta­łem.

-?Bess wyczuła zapach, gdy byli­śmy dziś rano na spa­ce­rze. Leżą w opusz­czo­nej cha­łu­pie zagrod­nika. Przy­łażą tam cza­sami dzie­ciaki, ale nie zimą. I uprze­dzę pań­skie pyta­nie: niczego nie doty­ka­łem. Ow­szem, jestem na eme­ry­tu­rze, ale wiem, co się robi, a czego nie.

W to nie wąt­pi­łem.

-?Domy­śla się pan, kto to może być?

-?Nie mam poję­cia. Nie zgło­szono żad­nego zagi­nię­cia. Mieszka tu ledwo dwie­ście osób, więc gdyby kogoś zabra­kło, dałoby się to zauwa­żyć.

-?A tury­ści?

-?Poje­dyn­cze sztuki. Cza­sami zaj­rzy tu jakiś zdzi­wa­czały przy­rod­nik albo arche­olog. Tutej­sze wyspy są zawa­lone ruinami. Z epoki kamie­nia łupa­nego, brązu, do wyboru, do koloru. Na górze są ponoć kur­hany i wieża obser­wa­cyjna. Remon­tują ją, więc przy­jeż­dża tu sporo robot­ni­ków i przed­się­bior­ców budow­la­nych. Do tego wymiana nawierzchni, reno­wa­cje domów, tym podobne rze­czy. Ale od czasu zmiany pogody nie było tu nikogo.

-?Ktoś jesz­cze wie o zwło­kach?

-?Tylko Wal­lace.

To tłu­ma­czy­łoby cie­kaw­skie spoj­rze­nia w por­cie. Na tak małej wyspie obec­ność poli­cji to nie lada wyda­rze­nie. Wąt­pi­łem, by powód naszej wizyty pozo­stał tajem­nicą na długo, ale na razie gapiów mie­li­śmy z głowy.

-?Wal­lace mówił, że z ciała nie­wiele zostało.

Brody uśmiech­nął się ponuro.

-?Sam pan zoba­czy -?powie­dział to sta­now­czo i uciął temat.

-?Wal­lace mówił, że pra­co­wa­li­ście razem.

-?Tak. W Inver­ness. Był pan tam?

-?Tylko prze­jaz­dem. Prze­pro­wadzka na Runę pew­nie była dla pana dużą zmianą?

-?Ow­szem. Ale na lep­sze. Dobrze mi się tu żyje. Cisza i spo­kój.

-?Pocho­dzi pan stąd?

-?Nie -?odparł. -?Jestem, jak to się mówi, ele­men­tem napły­wo­wym. Po odej­ściu na wcze­śniej­szą eme­ry­turę chcia­łem uciec od tego wszyst­kiego jak naj­da­lej. A dalej niż na Runę się nie da.

Co prawda, to prawda. Poza mia­stecz­kiem na wyspie nie było śla­dów życia. Nie licząc oka­za­łego domu, sto­ją­cego samot­nie z dala od drogi, z samo­chodu widzia­łem tylko zruj­no­wane domy i owce. O zmroku Runa pre­zen­to­wała się pięk­nie, ale była jak widmo.

Samot­nie byłoby tu umie­rać.

Szarp­nęło samo­cho­dem, gdy Brody nagle zje­chał z szosy na wybo­istą, poro­śniętą chwa­stami dróżkę. W świa­tłach reflek­to­rów dostrze­głem stary budy­nek. Wal­lace mówił, że zwłoki zna­le­ziono w opusz­czo­nym gospo­dar­stwie, nie­wiele jed­nak po nim pozo­stało. Brody zatrzy­mał auto i wyłą­czył sil­nik.

-?Bess, zostań -?rzu­cił do psa.

Gdy wysia­da­li­śmy, range rover wła­śnie zje­chał z szosy. Roz­ło­ży­sty par­te­rowy dom powoli zawłasz­czała przy­roda. Góro­wało nad nim to samo wzgó­rze, które widzia­łem wcze­śniej, ale teraz było led­wie zary­sem na tle nad­cią­ga­ją­cej nocy.

-?To Beinn Tuiridh -?wyja­śnił Brody. -?Tutaj ucho­dzi za górę. Mówią, że w bez­chmurny dzień widać z niej całą Szko­cję.

-?A widać?

-?Trzeba być idiotą, żeby to spraw­dzać.

Wycią­gnął ze schowka latarkę i zacze­ka­li­śmy na Dun­cana i Fra­sera. Otwo­rzy­łem bagaż­nik, wzią­łem z torby swoją i w krzy­żu­ją­cych się w ciem­no­ści pasmach świa­tła ruszy­li­śmy w stronę zabu­do­wań. A raczej kur­nej chaty o kamien­nych ścia­nach poro­śnię­tych mchem. Drzwi były tak niskie, że musia­łem się pochy­lić, by wejść.

Przy­sta­ną­łem i powio­dłem wkoło latarką. W domu od dawna nikt nie miesz­kał, był tylko roz­pa­da­ją­cym się relik­tem czy­je­goś zapo­mnia­nego żywota. Przez dziurę w dachu cie­kła woda. Izba, w któ­rej się znaj­do­wa­li­śmy, była klau­stro­fo­bicz­nie mała, a niski sufit dodat­kowo potę­go­wał wra­że­nie cia­snoty. Daw­niej była tu kuch­nia. Ostała się po niej stara kuchenka, a na jed­nej z faje­rek leżała jesz­cze zaro­śnięta kurzem żeliwna patel­nia. Pośrodku stał roz­chy­bo­tany drew­niany stół, a na wyło­żo­nej kamien­nymi pły­tami pod­ło­dze walały się puszki i butelki, świad­czące o tym, że miej­sce to miało swo­ich bywal­ców. Cuch­nęło stę­chli­zną i wil­go­cią. Nie­wiele było śla­dów pożaru.

-?Tędy.

Brody wska­zał latarką drzwi.

Pod­cho­dząc bli­żej, wyczu­łem pierw­szą nikłą woń spa­le­ni­zny. Spo­dzie­wa­łem się jed­nak znacz­nie sil­niej­szego zapa­chu. Gdy pchną­łem wyła­mane drzwi, zardze­wiałe zawiasy jęk­nęły w pro­te­ście. Uważ­nie sta­wia­jąc kroki, prze­sze­dłem do dru­giego pomiesz­cze­nia. Było tu jesz­cze bar­dziej ponuro niż w zruj­no­wa­nej kuchni. Smród spa­le­ni­zny czuło się już wyraź­nie. W świe­tle latarki zoba­czy­łem nagie ściany, z któ­rych osy­py­wał się stary tynk, i zie­jącą pasz­czę kominka. Ale smród nie docho­dził z pale­ni­ska, tylko ze środka pokoju. Skie­ro­wa­łem tam świa­tło i zamar­łem.

Z żywego kie­dyś czło­wieka nie pozo­stało pra­wie nic. Nic dziw­nego, że na pyta­nie o stan zwłok Brody zare­ago­wał tak, jak zare­ago­wał. Nawet roz­grzany do bia­łego piec kre­ma­to­ryjny nie zdo­łałby do tego stop­nia spo­pie­lić ludz­kiego ciała, ale temu ogniowi jakimś cudem to się udało.

Na pod­ło­dze leżała roz­rzu­cona sterta tłu­stego popiołu i żużlu. Ogień stra­wił kości rów­nie gładko jak skórę i tkankę mię­śniową. Z całego szkie­letu oca­lały tylko naj­więk­sze kości, wysta­jące z popiołu niczym kikuty gałęzi ze śnież­nej zaspy. Ale nawet one ule­gły kal­cy­na­cji, ogień wypa­lił w nich cały mate­riał orga­niczny, pozo­sta­wia­jąc skru­szałe wydmuszki. Niczym pęk­nięta sko­rupka jajka leżała na nich ludzka czaszka z wysu­niętą na bok żuchwą.

Poza tym w pomiesz­cze­niu nie było znisz­czeń. Ogień stra­wił ciało i wypra­żył z kości węgiel, upo­dab­nia­jąc je do pumeksu, ale nie tknął niczego wię­cej. Wpraw­dzie kamienna posadzka sczer­niała, ale leżący nie­da­leko wystrzę­piony i oble­piony bru­dem mate­rac był nie­na­ru­szony. Na ziemi leżało tro­chę suchych liści i gałą­zek, rów­nież oszczę­dzo­nych przez ogień.

Jed­nak nie to było naj­gor­sze. Zanie­mó­wi­łem, gdy zoba­czy­łem ster­czące z kupki popiołu dwie nie­tknięte przez ogień stopy i dłoń. Wysta­jące z nich kości spa­liły się na suche czarne patyki, lecz stopy i ręka oca­lały.

Pod­szedł Brody.

-?I co, panie dok­to­rze? Na­dal pan sądzi, że to zwy­kły wypa­dek?

Rozdział 3

Z dworu dobie­gało żało­sne zawo­dze­nie wia­tru, upiorny akom­pa­nia­ment do maka­brycz­nej sceny, któ­rej wła­śnie byli­śmy świad­kami. Sto­jąc w drzwiach, sły­sza­łem, jak Dun­can gło­śno zła­pał oddech, gdy razem z Fra­se­rem zoba­czyli, co leży na pod­ło­dze.

Ja zdą­ży­łem się już otrzą­snąć z pierw­szego szoku i pró­bo­wa­łem racjo­nal­nie oce­nić sytu­ację.

-?Może­cie dać tu wię­cej świa­tła? -?spy­ta­łem.

-?W samo­cho­dzie mamy prze­no­śny reflek­tor -?odparł Fra­ser, odry­wa­jąc wzrok od szcząt­ków. Sta­rał się przy­brać zbla­zo­wany ton, ale nie wypa­dło to prze­ko­nu­jąco.

-?Idź po reflek­tor, Dun­can. Dun­can!

Młody poste­run­kowy wciąż wpa­try­wał się w szczątki. Był zie­lony na twa­rzy.

-?Wszystko w porządku? -?spy­ta­łem.

Mar­twi­łem się nie tylko o niego. Nie­raz prze­pro­wa­dza­łem oglę­dziny, pod­czas któ­rych młody poli­cjant nie wytrzy­mał i zwy­mio­to­wał na zwłoki, co nikomu nie uła­twiło pracy.

Dun­can poki­wał głową. Powoli do twa­rzy znowu napły­wała mu krew.

-?Tak, prze­pra­szam.

Poszedł do samo­chodu. Brody przy­glą­dał się szcząt­kom.

-?Mówi­łem Wal­lace'owi, że to nie­ty­powa sprawa, ale nie wziął tego na serio. Pew­nie uznał, że eme­ry­tura mnie wyde­li­ka­ciła.

Pew­nie tak, przy­zna­łem mu w duchu rację, pamię­ta­jąc, jakie wąt­pli­wo­ści sam mia­łem jesz­cze kilka minut temu. Ale nie mogłem winić Wal­lace'a, że pod­cho­dził do tego scep­tycz­nie. To, co tu zna­leź­li­śmy, zda­wało się prze­czyć logice. Gdy­bym nie widział tego na wła­sne oczy, pew­nie też uznał­bym, że Brody prze­sa­dza.

Zwłoki -?a raczej to, co z nich pozo­stało -?leżały na brzu­chu. Nie pod­cho­dząc bli­żej, skie­ro­wa­łem świa­tło latarki na nie­na­ru­szone koń­czyny.

Stopy były nie­tknięte aż do kostek, a grozę potę­go­wał fakt, że na obu wciąż tkwiły teni­sówki. Powio­dłem latarką wyżej, na dłoń. Mogła nale­żeć do drob­nego męż­czy­zny albo postaw­nej kobiety. Brak pier­ścion­ków, paznok­cie obgry­zione i nie­po­ma­lo­wane. Kości łok­ciowa i pro­mie­niowa ster­czały z nad­garstka -?przy samym ciele miały odcień ciem­nego bursz­tynu, ale już odro­binę wyżej były poczer­niałe i spę­kane od gorąca. Koń­czyły się przed sta­wem łok­cio­wym, prze­pa­lone do cna.

To samo było ze stopą. Wysta­wały z niej zwę­glona pisz­czel i kość strzał­kowa. Wyglą­dało to tak, jakby ogień, stra­wiw­szy ciało aku­rat do tego miej­sca, nagle zatrzy­mał się w poło­wie goleni.

Ale poza tym na koń­czy­nach nie­wiele było śla­dów pło­mieni, które pochło­nęły resztę ciała. Jedyne poważne uszko­dze­nia były dzie­łem gry­zoni albo innych małych zwie­rząt, które ponad­gry­zały tkankę miękką i kości. Byłoby tego wię­cej, gdyby ciało leżało na zewnątrz. Oca­lała tkanka miękka zaczęła się roz­kła­dać -?pod posza­rzałą skórą ryso­wał się cha­rak­te­ry­styczny mar­mur­kowy wzór. Nie dostrze­głem śla­dów aktyw­no­ści owa­dów, która czę­sto jest głów­nym wskaź­ni­kiem w usta­le­niu postępu roz­kładu. Ale zwa­żyw­szy na pogodę i tem­pe­ra­turę, nie nale­żało się temu dzi­wić. Muchy potrze­bują cie­pła i świa­tła.

Oświe­tli­łem latarką całą izbę. Ślady po ogniu widać było oczy­wi­ście w pale­ni­sku, ale w jed­nym miej­scu na kamien­nej posadzce też roz­pa­lono małe ogni­sko. Od szcząt­ków dzie­liły je nie­całe dwa metry, ale to jesz­cze o niczym nie świad­czyło. Nikt nie leżałby bez ruchu w ogniu, chyba że wcze­śniej stra­ciłby przy­tom­ność.

Skie­ro­wa­łem latarkę na sufit. Cen­tral­nie nad zwło­kami zwi­sał okop­cony płat tynku, pokryty tłu­stym brą­zo­wym osa­dem. Taki sam zauwa­ży­łem wokół szcząt­ków.

-?To brą­zowe to co? -?spy­tał Fra­ser.

-?Tłuszcz. Wyta­pia się z pło­ną­cego ciała.

Skrzy­wił się.

-?Taki jak ten, co osa­dza się na fryt­kow­nicy?

-?Mniej wię­cej.

Dun­can przy­niósł reflek­tor. Roz­sta­wia­jąc go na ziemi, wpa­try­wał się w szczątki jak zahip­no­ty­zo­wany.

-?Czy­ta­łem o takich rze­czach -?wystrze­lił. Wszy­scy skie­ro­wa­li­śmy na niego wzrok, co chyba go spe­szyło, bo dodał już wyraź­nie zakło­po­tany: - O ludziach, któ­rzy zapa­lają się bez powodu. I nic wokół się nie pali.

-?Nie opo­wia­daj bzdur -?syk­nął Fra­ser.

-?Ma pan rację -?zwró­ci­łem się do Dun­cana. -?Nazy­wają to samo­za­pło­nem.

Kiw­nął głową pod­eks­cy­to­wany.

-?O to to!

Prze­szło mi to przez myśl, jak tylko zoba­czy­łem zwłoki. Powszech­nie uważa się, że samo­spa­le­nie należy do tej samej kate­go­rii feno­me­nów, co yeti czy UFO, zja­wisk para­nor­mal­nych, nie­wy­ja­śnio­nych naukowo. Tym­cza­sem udo­ku­men­to­wano wiele przy­pad­ków, kiedy w nie­tknię­tym poża­rem pomiesz­cze­niu znaj­dy­wano zwę­glone zwłoki z czę­ściowo nie­na­ru­szo­nymi rękami albo sto­pami. Posta­wiono wiele hipo­tez, które miały to wyja­śnić, od opę­ta­nia przez demony po oddzia­ły­wa­nie mikro­fal. Zasad­ni­czo zga­dzano się jed­nak, że przy­czyna mie­ściła się poza obsza­rem dostęp­nej nauki.

Ani przez chwilę w to nie wie­rzy­łem.

Fra­ser spoj­rzał wil­kiem na Dun­cana.

-?A skąd ty niby wiesz takie rze­czy?

Dun­can zer­k­nął na mnie z zakło­po­ta­niem.

-?Widzia­łem zdję­cia. Jedna kobieta wła­śnie tak spło­nęła. Został po niej tylko kawa­łek nogi ze stopą w kap­ciu. Nazy­wają ją Kop­ciusz­kiem.

-?Nazy­wała się Mary Reeser -?doda­łem. -?Star­sza kobieta, wdowa. Miesz­kała na Flo­ry­dzie w latach 50. Nic po niej nie zostało oprócz jed­nej nogi, od łydki w dół. Na sto­pie tkwił nie­na­ru­szony kapeć. Fotel, na któ­rym sie­działa, spło­nął, podob­nie jak stół i lampa sto­jące obok. Pozo­stałe rze­czy w pokoju były nie­tknięte. O tym pan mówi?

Dun­can spoj­rzał na mnie zasko­czony.

-?Tak. Czy­ta­łem też o innych przy­pad­kach.

-?Tak, od czasu do czasu poja­wiają się nowe -?przy­zna­łem. -?Ale ludzie nie stają nagle w pło­mie­niach ot tak sobie. Cokol­wiek stało się tej kobie­cie, nie było w tym nic nad­przy­ro­dzo­nego.

Brody tylko się przy­słu­chi­wał. Aż do teraz.

-?Skąd pan wie, że to kobieta?

Na eme­ry­tu­rze czy nie, nic nie ucho­dziło jego uwa­dze.

-?Poznaję po szkie­le­cie. -?Skie­ro­wa­łem latarkę na resztki przy­sy­pa­nej popio­łem, lecz wciąż widocz­nej mied­nicy. -?Kość mied­niczna jest zde­cy­do­wa­nie za sze­roka jak na męż­czy­znę. Z kolei głowa kości ramien­nej, czyli część, która wcho­dzi do stawu ramien­nego, jest zbyt drobna. Była dobrze zbu­do­wana, ale to kobieta.

-?Jak już mówi­łem, wąt­pię, by była stąd -?wtrą­cił Brody. - Zauwa­ży­li­by­śmy, że ktoś znik­nął. Wia­domo, jak długo mogła tu leżeć?

Dobre pyta­nie. Cho­ciaż nie­które fakty można stwier­dzić na pod­sta­wie nawet cał­ko­wi­cie spa­lo­nych szcząt­ków, to dokład­nego czasu zgonu nie. Do tego trzeba usta­lić sto­pień roz­kładu bia­łek mię­śnio­wych, zawar­tość ami­no­kwa­sów i kwa­sów tłusz­czo­wych, a te nie opie­rają się dzia­ła­niu pło­mieni. Jed­nak w przy­padku tych aku­rat zwłok zostało wyjąt­kowo dużo tkanki mięk­kiej do pobra­nia. Będzie to można jed­nak zro­bić dopiero w labo­ra­to­rium. W tej chwili mogłem tylko odwo­łać się do swo­jej wie­dzy teo­re­tycz­nej i zga­dy­wać.

-?Niska tem­pe­ra­tura spo­wal­nia pro­ces roz­kładu -?odpar­łem. -?Ale stopy i ręka już zaczęły gnić, więc zgon musiał nastą­pić jakiś czas temu. Jeśli ciała nie prze­nie­siono z innego miej­sca, a myślę, że nie, bo posadzka jest okop­cona, to zgon mógł nastą­pić od czte­rech do pię­ciu tygo­dni temu.

-?Robot­ni­ków już tu od dawna nie było -?powie­dział Brody po namy­śle. - Więc nie przy­je­chała tu z nimi.

Fra­ser przy­słu­chi­wał się z nara­sta­jącą iry­ta­cją, czu­jąc, że były inspek­tor przej­muje pałeczkę.

-?Jeśli to nikt stąd -?wtrą­cił się -?to pew­nie uda nam się ją namie­rzyć po liście pasa­że­rów promu. O tej porze roku nie ma tu pew­nie wielu gości.

Brody uśmiech­nął się.

-?Pana zda­niem oni wyglą­dali na takich, co pro­wa­dzą jaki­kol­wiek rejestr? Poza tym mię­dzy Runą a Stor­no­way kur­suje jakiś tuzin innych łodzi. - Zigno­ro­wał sier­żanta i zwró­cił się do mnie: -?No i? Teraz chyba każe pan Wal­lace'owi przy­słać ekipę?

Fra­ser wtrą­cił się, zanim zdą­ży­łem odpo­wie­dzieć.

-?Nie podej­mu­jemy żad­nych decy­zji, dopóki pan dok­tor nie skoń­czy pracy - rzu­cił ze zło­ścią. -?To pew­nie jakaś menelka albo nar­ko­manka. Zasnęła przy kominku i odle­ciała do nieba, ot co.

Twarz Brody'ego nie zdra­dzała żad­nych uczuć.

-?A co by robiła na wyspie w środku zimy?

Fra­ser wzru­szył ramio­nami.

-?Może miała tu zna­jo­mych albo krew­nych. Albo nale­żała do tych newage'owców, co to chcą się jed­no­czyć z naturą. Tacy to potra­fią zaleźć jesz­cze dalej niż na Runę.

Brody wyce­lo­wał latarką w czaszkę. Leżała lekko prze­krzy­wiona z oczo­do­łami skie­ro­wa­nymi w dół. W kości cie­mie­nio­wej zio­nęła spo­rych roz­mia­rów dziura.

-?A głowę to sama sobie, pana zda­niem, roz­wa­liła, tak?

Zain­ter­we­nio­wa­łem, zanim do reszty dał się ponieść emo­cjom.

-?Zda­rza się, że czaszka pęka pod wpły­wem wyso­kiej tem­pe­ra­tury. Przy­po­mina szczel­nie zamknięty pojem­nik wypeł­niony pły­nem i gala­retą, więc działa tro­chę jak szyb­ko­war. Ciśnie­nie wewnątrz wzra­sta i w końcu ją roz­sa­dza.

Fra­ser zbladł.

-?Chry­ste.

-?Więc na­dal pan uważa, że to wypa­dek? -?dopy­ty­wał Brody z powąt­pie­wa­niem.

Zawa­ha­łem się, wie­dząc, jak zwod­ni­cze potra­fią być skutki dzia­ła­nia ognia na ludz­kie ciało. Mimo tego, co powie­dzia­łem, mia­łem wiele wąt­pli­wo­ści. Ale Wal­lace chciał fak­tów, nie domy­słów.

-?Nie wyklu­czam tego -?odpo­wie­dzia­łem wymi­ja­jąco. -?Sprawa wygląda na tajem­ni­czą, ale to nie zna­czy, że nie ma banal­nego wyja­śnie­nia. Muszę dokład­nie prze­ba­dać szczątki, jak na razie nic z tego, co tu widzę, nie wska­zuje jed­no­znacz­nie na zabój­stwo. Oprócz pęk­nię­tej czaszki nie widać innych ura­zów. Ani śla­dów dzia­ła­nia osób trze­cich. Ręce i nogi nie były zwią­zane.

Brody podra­pał się po bro­dzie i zmarsz­czył brwi.

-?Sznur chyba spa­liłby się z całą resztą?

-?To bez zna­cze­nia. Ogień powo­duje kur­cze­nie się mię­śni, koń­czyny zadzie­rają się i zasty­gają w pozy­cji płodu. Nazy­wamy to postawą bok­ser­ską, bo ofiara wygląda jak bok­ser szy­ku­jący się do ataku. Przy skrę­po­wa­nych rękach i nogach nie mogłaby się tak uło­żyć, nawet po spło­nię­ciu sznura. -?Skie­ro­wa­łem latarkę na zwłoki, by zebrani zer­k­nęli na ich uło­że­nie. -?Gdyby była zwią­zana sznu­rem, ręce i nogi mia­łaby wypro­sto­wane, a nie pod­kur­czone. Możemy to więc wyklu­czyć.

Brody nie dawał za wygraną.

-?Niech będzie. Ale trzy­dzie­ści lat byłem poli­cjan­tem. Widzia­łem aż nadto ofiar poża­rów, tych przy­pad­ko­wych i tych nieprzy­pad­ko­wych. Cze­goś takiego: ni­gdy. Nie poj­muję, jak mogło do tego dojść bez uży­cia sub­stan­cji przy­spie­sza­ją­cej pale­nie.

Gdy­by­śmy mieli do czy­nie­nia z pod­ręcz­ni­ko­wym przy­pad­kiem, miałby rację. Te oko­licz­no­ści były jed­nak dale­kie od typo­wych.

-?Ben­zyna nie dałaby tak wyso­kiej tem­pe­ra­tury -?odpar­łem. -?A nawet gdyby, to spa­le­nie ciała do takiego stop­nia trwa­łoby na tyle długo, że cały dom poszedłby z dymem. Dzia­ła­nie pło­mieni nie ogra­ni­czy­łoby się do nie­wiel­kiej prze­strzeni.

-?Co więc mogło być przy­czyną?

Mia­łem pewną teo­rię, ale nie chcia­łem ser­wo­wać im nie­po­twier­dzo­nych spe­ku­la­cji.

-?Po to tu jestem, żeby się tego dowie­dzieć. A do tego czasu powin­ni­śmy zacho­wać wszyst­kie środki ostroż­no­ści. -?Zwró­ci­łem się do Fra­sera. - Mógłby pan wyzna­czyć taśmą poli­cyjną przej­ście od drzwi i roz­sta­wić para­wan wokół szcząt­ków? Nie chcę, żeby cokol­wiek tu ruszano, jeśli nie będzie to konieczne.

Fra­ser ski­nął głową na Dun­cana.

-?No już, skocz po taśmę ostrze­gaw­czą. Nie będziemy tu sie­dzieć pół nocy.

Nie uszło mojej uwa­dze to, że Fra­ser kazał mu przy­nieść zupeł­nie inną taśmę niż tę, o którą popro­si­łem. Brody też to zauwa­żył, ale tylko zaci­snął zęby. Dun­can ruszył w kie­runku drzwi.

Nagle przez okno wpa­dło świa­tło reflek­to­rów. Usły­sze­li­śmy gasnący sil­nik samo­chodu.

-?Chyba mamy towa­rzy­stwo -?skwi­to­wał Brody.

-?Dun­can! -?krzyk­nął Fra­ser, macha­jąc ręką. -?Nikogo nie wpusz­czaj do środka!

Było już za późno. Gdy weszli­śmy do kuchni, w drzwiach stała Mag­gie Cas­sidy, kobieta z promu, w tej samej za dużej czer­wo­nej kurtce, na tle przy­gnę­bia­ją­cej kolo­ry­styki domu jesz­cze bar­dziej jaskra­wej.

-?Zabierz ją -?wark­nął Fra­ser do Dun­cana.

Opu­ściła latarkę i zasło­niła oczy, bo Fra­ser poświe­cił jej pro­sto w twarz.

-?A więc tak trak­tują pań­stwo dzien­ni­ka­rzy?

Dzien­ni­ka­rzy? Mówiła, że jest pisarką. Dun­can stał w miej­scu, nie wie­dząc, co robić, a Cas­sidy już łypała mu przez ramię. Brody pró­bo­wał domknąć drzwi, ale zardze­wiałe zawiasy tylko wydały z sie­bie gło­śny zgrzyt i ani drgnęły.

Mag­gie posłała mu uśmiech.

-?Andrew Brody. Bab­cia mi o panu opo­wia­dała. Mag­gie Cas­sidy z "Lewis Gazette".

Jej poja­wie­nie się nie zro­biło na nim więk­szego wra­że­nia.

-?Czego pani chce, panno Mag­gie?

-?Dowie­dzieć się, co się dzieje, to chyba jasne. Nie co dzień na Runę wpada poli­cja. -?Znów się wyszcze­rzyła w uśmie­chu. -?To dopiero zbieg oko­licz­no­ści, co? Aku­rat posta­no­wi­łam odwie­dzić bab­cię.

Teraz było jasne, dla­czego tak szybko zbie­gła z promu -?szu­kała samo­chodu. Na Runie jest tylko jedna droga, a poli­cyjny wóz stał przed domem, więc bez pro­ble­mów nas zna­la­zła.

Teraz zwró­ciła się do mnie:

-?Miło pana widzieć, dok­to­rze. Chyba nie przy­je­chał pan tu do pacjenta?

-?Nie twój inte­res -?wyce­dził Fra­ser z siną od wście­kło­ści twa­rzą. - Wyno­cha! Już! Bo wyrzucę na zbity pysk.

-?To byłaby napaść, sier­żan­cie. Nie chciałby pan chyba, żebym wnio­sła prze­ciwko panu oskar­że­nie. -?Pogrze­bała w torebce i wyjęła dyk­ta­fon. - Pro­szę tylko o krótki komen­tarz. Nie codzien­nie znaj­duje się tu zwłoki. Bo chyba wła­śnie to zna­leź­li­ście, prawda?

Fra­ser zaci­snął pię­ści.

-?Dun­can, wypro­wadź ją.

Wysu­nęła w naszą stronę dyk­ta­fon.

-?Wie­cie, kto to może być? Jacyś podej­rzani?

Dun­can wycią­gnął rękę, by chwy­cić ją za ramię.

-?Chodźmy... -?wyszep­tał prze­pra­sza­jąco.

Mag­gie wzru­szyła ramio­nami z rezy­gna­cją.

-?No cóż, przy­naj­mniej pró­bo­wa­łam.

Odwró­ciła się, już miała wyjść, ale nagle upu­ściła torebkę. Dun­can odru­chowo schy­lił się, żeby ją pod­nieść, a wtedy Cas­sidy umknęła w bok i wpa­dła do pokoju. Zamarła z sze­roko otwar­tymi oczami.

-?O mój Boże!

-?Dość!

Fra­ser wymi­nął Dun­cana i chwy­cił ją za ramię. Wypchnął ją w stronę drzwi wej­ścio­wych.

-?Aua! Boli! -?Pod­nio­sła dyk­ta­fon. -?Wszystko nagry­wam: "Sier­żant Fra­ser sto­suje wobec mnie siłę...".

Fra­ser nie zwra­cał na to uwagi.

-?Jesz­cze raz zoba­czę, że węszysz, a zamknę cię w ciu­pie. Zro­zu­miano?

-?To czynna napaść!

Fra­ser wyrzu­cił ją w końcu za drzwi.

-?Wsadź ją do samo­chodu i dopil­nuj, by odje­chała -?zwró­cił się do Dun­cana. -?Czy to zbyt skom­pli­ko­wane?

-?Prze­pra­szam, ja tylko...

-?Ruchy!

Dun­can wybiegł z chaty.

-?Wspa­niale. Tego wła­śnie potrze­bo­wa­li­śmy, cho­ler­nego pismaka.

-?Chyba się zna­cie -?zauwa­żył Brody.

Sier­żant spoj­rzał na niego spode łba.

-?Zaraz spi­szę pań­skie zezna­nia, panie Brody -?powie­dział, celowo kła­dąc nacisk na "pana". -?I nie będziemy już pana kło­po­tać.

Brody'emu zadrżał pod­bró­dek, ale poza tym zacho­wał spo­kój.

-?Gdzie pla­nu­je­cie zor­ga­ni­zo­wać sta­no­wi­sko dowo­dze­nia?

Fra­ser zamru­gał szybko.

-?Że co?

-?Nie może­cie tego tak po pro­stu zosta­wić. Miej­sce musi być pod nad­zo­rem. Jeśli jeden z was poje­dzie ze mną do mia­steczka, to mogę wam poży­czyć przy­czepę. Żadne luk­susy, ale na wyspie nic innego raczej nie znaj­dzie­cie. -?Uniósł brwi. -?Chyba że woli­cie prze­sie­dzieć całą noc w samo­cho­dzie.

Po minie Fra­sera widać było, że nie miał żad­nego planu.

-?Dun­can z panem poje­dzie -?odparł szorstko.

Brody ski­nął w moją stronę głową z cho­chli­ko­wa­tym bły­skiem w oku.

-?Miło było pana poznać, dok­to­rze. Powo­dze­nia.

Wyszedł z Fra­se­rem. Sta­łem przez chwilę w zupeł­nej ciszy, pró­bu­jąc stłu­mić nie­po­kój, który czu­łem gdzieś w środku.

Nie wygłu­piaj się. Wró­ci­łem do pomiesz­cze­nia, w któ­rym leżały szczątki mar­twej kobiety. Gdy zaczą­łem ukła­dać w gło­wie plan dzia­ła­nia, nagle poczu­łem, że jeżą mi się wło­ski na karku. Odwró­ci­łem się gwał­tow­nie, myśląc, że stoi za mną Dun­can albo Fra­ser.

Nie licząc kilku cieni, w pokoju nie było nikogo.

Rozdział 4

Siedzia­łem z przodu, senny od duchoty i ryt­micz­nego tyka­nia wycie­ra­czek. Reflek­tory rzu­cały hip­no­ty­zu­jące stożki świa­tła na drogę, ale reszta świata tonęła w ciem­no­ściach, od któ­rych oddzie­lała mnie tylko zalana desz­czem szyba.

Tego wie­czora nie mia­łem już nic wię­cej do zro­bie­nia. Gdy Brody i Dun­can poje­chali do mia­sta po przy­czepę, a Fra­ser zabez­pie­czał zabu­do­wa­nia taśmą, zadzwo­ni­łem do Wal­lace'a. Nad­in­spek­tor wyda­wał się jesz­cze bar­dziej zgnę­biony niż pod­czas naszej poran­nej roz­mowy.

-?Czyli Brody nie prze­sa­dzał -?skwi­to­wał ponuro. W słu­chawce zatrzesz­czało, jakby miało nas roz­łą­czyć.

-?Nie. -?Wzią­łem głę­boki oddech. -?Niech pan posłu­cha. Nie spodoba się panu to, co powiem, ale chyba powi­nien pan tu przy­słać śled­czych.

-?Zabój­stwo? -?zapy­tał krótko.

-?Nie mogę tego wyklu­czyć na tym eta­pie. Nie dowiemy się bez usu­nię­cia popio­łów, a nie chciał­bym ryzy­ko­wać, że zatrę ślady.

-?Ale na razie nie zna­leź­li­ście nic, co by suge­ro­wało, że doszło do zbrodni, tak? -?powie­dział z naci­skiem. -?Wręcz prze­ciw­nie, wszystko wska­zuje na zgon w następ­stwie wypadku.

Wszystko poza moim instynk­tem. Wie­dzia­łem jed­nak, że to za mało.

-?Tak, ale...

-?Zatem wysy­ła­nie ludzi na tym eta­pie to tylko zapo­bie­gli­wość.

Wie­dzia­łem, do czego zmie­rza.

-?Jeśli tak pan to ujmuje, to tak.

Musiał wyczuć iry­ta­cję w moim gło­sie. Wes­tchnął.

-?W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wysłał­bym ekipę choćby jutro z rana. Ale teraz naszym prio­ry­te­tem jest kata­strofa kole­jowa. Tam są uwię­zieni ludzie, a pogoda utrud­nia akcję ratun­kową. Wygląda na to, że ktoś celowo porzu­cił fur­go­netkę na torach. Nie wyklu­czamy zama­chu ter­ro­ry­stycz­nego. Nie mogę wysy­łać ludzi do sprawy, która może się oka­zać zwy­kłym wypad­kiem.

-?A jeśli okaże się ina­czej?

-?Wtedy natych­miast wyślę śled­czych.

Zapa­dła cisza. Rozu­mia­łem jego argu­menty, co wcale nie ozna­czało, że mnie uspo­ko­iły.

-?Dobrze. Ale jeśli znajdę coś nie­po­ko­ją­cego, natych­miast odkła­dam robotę i cze­kam na śled­czych -?powie­dzia­łem w końcu. -?I jesz­cze jedno. Dopóki tu jestem, chciał­bym pod­jąć jakieś wstępne kroki zmie­rza­jące do usta­le­nia toż­sa­mo­ści ofiary. Czy mógłby pan pode­słać mi dane zagi­nio­nych kobiet pasu­ją­cych do pro­filu? Rasa, wzrost, wiek i tak dalej.

Wal­lace obie­cał, że prze­śle mi je mej­lem, po czym zakoń­czył roz­mowę bez zbęd­nych uprzej­mo­ści. Roz­łą­cza­jąc się, powie­dzia­łem sobie, że zro­bi­łem, co mogłem. I że Wal­lace ma pew­nie rację. Prze­sa­dzam.

Tej nocy nie byłem w sta­nie już nic zro­bić. Zasi­lany aku­mu­la­to­rem reflek­tor Fra­sera nie mógł zastą­pić lamp ple­ne­ro­wych, któ­rych nor­mal­nie używa się w takich przy­pad­kach, więc zde­cy­do­wa­łem się pocze­kać do rana, by przy świe­tle dzien­nym doko­nać wła­ści­wych oglę­dzin. Aby poło­żyć kres nie­koń­czą­cym się wąt­pli­wo­ściom, wyją­łem apa­rat z torby i zaczą­łem robić zdję­cia.

Ten zruj­no­wany dom z zarwa­nym sufi­tem i łusz­czą­cym się tyn­kiem miał w sobie coś przy­tła­cza­ją­cego. Pró­bo­wa­łem zdu­sić irra­cjo­nalny nie­po­kój, który cały czas czu­łem. Nie cho­dziło o żało­sny kop­czyk kości i popiołu na środku izby. Nie bałem się umar­łych. Widzia­łem śmierć w jej naj­roz­ma­it­szych odsło­nach i nie wie­rzę w duchy. Jeśli zmarli żyją, to tylko w naszych myślach i ser­cach.

Przy­naj­mniej moi.

A jed­nak czu­łem się nie­swojo, będąc tu sam. Tłu­ma­czy­łem to sobie zmę­cze­niem, żało­snym zawo­dze­niem wia­tru i cie­niami cza­ją­cymi się w kątach. Tłu­ma­czy­łem sobie, że naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo to stary sufit. Cała kon­struk­cja wyglą­dała nie­sta­bil­nie i przy pogar­sza­ją­cej się pogo­dzie mogła w każ­dej chwili się zapaść i znisz­czyć kru­che kości, zanim zdo­łał­bym je zba­dać.

Wła­śnie skoń­czy­łem robić zdję­cia, gdy wró­cił Dun­can z przy­czepą Brody'ego. Było to wła­ści­wie małe win­ne­bago z oddziel­nym, w pełni wypo­sa­żo­nym pomiesz­cze­niem. W środku było dość cia­sno, ale nie­ska­zi­tel­nie czy­sto, jak w samo­cho­dzie Brody'ego.

-?Miło i przy­tul­nie. Umo­ścisz tu sobie gniazdko -?rzu­cił Fra­ser do Dun­cana, pokle­pu­jąc przy­czepę. Nie byłem zasko­czony, że to wła­śnie Dun­can spę­dzi w niej noc. Sier­żant spoj­rzał w stronę cha­łupy. -?Jeśli tamta znowu przyj­dzie, możesz ją aresz­to­wać.

-?Ano. Wiel­kie dzięki -?odparł ponuro Dun­can.

Fra­ser zachi­cho­tał pod nosem. Obie­cał Dun­ca­nowi, że przy­wie­zie mu coś na kola­cję, zosta­wił go przy para­fi­no­wym grzej­niku i zapro­po­no­wał mi pod­wózkę do mia­sta. Po jakichś dzie­się­ciu minu­tach drogi zoba­czy­łem w ciem­no­ści coś, co przy­po­mi­nało latar­nię mor­ską. Był to oka­zały dom, na który zwró­ci­łem uwagę, jadąc w tamtą stronę, teraz oświe­tlony reflek­to­rami samo­chodu.

-?Takim to dobrze. Mają kasy jak lodu -?sko­men­to­wał zgryź­li­wie Fra­ser.

-?Kto tam mieszka?

-?Nie­jaki Stra­chan. Miej­scowi mają go za pie­przo­nego świę­tego. Przy­je­chał tu parę lat temu i sypie kasą jak z rękawa. Dał na remont dróg, domów, zapła­cił za szkołę i przy­chod­nię. Śpi na for­sie. Jacht, żonka jak z żur­nala -?par­sk­nął szy­der­czo. -?Nie­któ­rzy to mają szczę­ście.

Patrzy­łem na wesoło roz­świe­tlone okna, zawie­szone we wszech­ogar­nia­ją­cym mroku, i zasta­na­wia­łem się, dla­czego jed­nym los sprzyja, a innych wysta­wia na próbę. Fra­ser skrę­cił i dom znik­nął mi z oczu.

Nie­długo potem doje­cha­li­śmy do mia­steczka. Wyło­niło się przed nami z ciem­no­ści u stóp opa­da­ją­cej ku por­towi szosy, roz­mi­go­tane niczym dro­binki żaru w popiele. Po chwili widać już było poszcze­gólne domy, w oknach zacią­gnięto zasłony, by odgro­dzić się od mroź­nej zimo­wej nocy.

Tuż przed por­tem Fra­ser skrę­cił w wąską uliczkę, na któ­rej końcu stał wysoki budy­nek z ele­ganc­kim szyl­dem "Hotel Runa". Wyglą­dał przy­tul­nie i zachę­ca­jąco, ale po wie­czo­rze spę­dzo­nym w rude­rze przy ludz­kich szcząt­kach chyba wszystko by tak wyglą­dało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki