Rozdział 1
Rozkład zaczyna się cztery minuty po
śmierci. To, co dotąd było kokonem życia, teraz przechodzi ostatnią
metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od
środka. Tkanki zamieniają się w ciecz, potem w gaz. Martwe ciało staje
się pożywką dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla
owadów. Dla much. Z jaj złożonych przez muchy wylęgają się larwy.
Wykarmione na odżywczej zupie, zaczynają migrować. Opuszczają ciało w sposób uporządkowany, jedna za drugą w monolitycznej procesji, która
zawsze kieruje się na południe. Czasem na południowy wschód lub
południowy zachód, jednak nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego.
Do tej pory białko zawarte w mięśniach zdążyło się rozłożyć, zamieniając
się w stężony roztwór chemiczny. Trujący dla roślin, niszczy trawę, po
której suną larwy, tworząc pępowinę śmierci rozścielającą się aż do
miejsca, skąd wyszły. W sprzyjających warunkach -?gdy jest, dajmy na to,
sucho i gorąco -?taki kołyszący się rytmicznie sznur tłustych żółtych
czerwi może ciągnąć się metrami. Jest to widok ciekawy, a ludzie
ciekawscy instynktownie tropią takie zjawiska aż do źródła. W taki
właśnie sposób mali Yatesowie znaleźli to, co pozostało z Sally Palmer.
Neil i Sam natknęli się na szlak czerwi na skraju lasu Farnhama, w miejscu, gdzie zaczyna się bagno. Był dopiero drugi tydzień lipca, a zdawało się, że to dziwne lato trwa już całe wieki. Nieprzerwany upał
wypłukał drzewa z kolorów i spiekł ziemię na kość. Chłopcy szli do
Willow Hole, zarośniętej szuwarami sadzawki, która służyła za miejscowy
basen. Mieli się spotkać z kolegami i spędzić niedzielne popołudnie na
skakaniu do ciepłej zielonej wody z gałęzi rosnącego obok drzewa. Takie
były plany.
Widzę, jak idą znudzeni i apatyczni, otępiali od upału i poirytowani
sobą nawzajem. Jedenastoletni Neil, trzy lata starszy od brata, na
przedzie, ostentacyjnie demonstrując swoje zniecierpliwienie. W ręku
trzyma patyk, którym smaga łodygi i gałęzie. Sam drepcze z tyłu, co
chwila pociągając nosem. Nie od przeziębienia, tylko od kataru siennego,
który podrażnia mu też oczy. Pomógłby mu łagodny lek antyhistaminowy,
ale on jeszcze o tym nie wie. Zawsze latem pociąga nosem. Zawsze niczym
cień starszego brata chodzi ze zwieszoną głową. Dlatego to on, a nie
jego brat, zauważa wstęgę czerwi.
Najpierw przystaje, by się jej przyjrzeć, i dopiero potem woła Neila.
Neil jest niechętny, ale widzi, że Sam coś znalazł. Udaje, że nie robi
to na nim wrażenia, choć falująca wstęga larw intryguje go tak samo jak
brata. Kucają nad robakami, odgarniając z podobnych twarzy ciemne włosy
i marszcząc nosy od woni amoniaku. I chociaż żaden z nich nie będzie
potrafił sobie przypomnieć, czyj to był pomysł, by sprawdzić, skąd
przyszły, myślę, że wpadł na to Neil. To przecież on zauważył larwy, a teraz znów miał okazję udowodnić swoją wyższość. Więc to Neil rusza
pierwszy, kierując się ku pożółkłym kępom bagiennej trawy, skąd sunie
oślizgły kondukt, a Sam za nim.
Czy wyczuli smród? Pewnie tak. Był na tyle silny, by przedostać się
przez zatkane zatoki Sama. Zapewne domyślali się, co go wydziela.
Wychowani na wsi, dobrze znali cykl życia i śmierci. Muchy też musiały
wzbudzić ich niepokój, senne brzęczenie przesycające upalne powietrze.
Jednak wbrew oczekiwaniom nie znaleźli truchła owcy czy jelenia. Nagie
zwłoki Sally Palmer, nie do rozpoznania w świetle słońca, całe poruszały
się od falującej chmary robactwa buzującego pod skórą, wypływającego
ustami i nosem, a także innymi, mniej oczywistymi, otworami ciała.
Czerwie, które z nich wychodziły, tworzyły skupisko na ziemi, a potem
odpełzały w szeregu. To chyba bez znaczenia, który z chłopców uciekł
pierwszy, ale myślę, że był to Neil. Sam jak zawsze poszedł za
przykładem starszego brata, starając się dotrzymać mu kroku w pędzie
najpierw do domu, a potem na posterunek policji.
A potem do mnie.
Oprócz łagodnego leku na uspokojenie podałem Samowi dawkę antyhistaminy
na katar sienny. Nie on jeden miał już wtedy zaczerwienione oczy. Neil
też był wstrząśnięty tym, co odkryli, choć powoli odzyskiwał swój
dziecięcy animusz. Więc to przede wszystkim on, a nie Sam, opowiedział
mi, co się stało, zaczynając już przekuwać surowość tego doświadczenia w formę bardziej znośną, w opowieść, którą można przekazywać z ust do ust.
I miał ją jeszcze opowiadać wielokrotnie, wiele lat po tragicznych
wydarzeniach tego przedwcześnie dojrzałego lata, jako ten, którego
odkrycie wszystko zapoczątkowało.
Ale to nieprawda. To zaczęło się i żyło wśród nas już wcześniej, tylko
nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.
Rozdział 2
Przyjechałem do Manham trzy lata
wcześniej, późnym popołudniem wyjątkowo deszczowego marca. Gdy wysiadłem
na stacji, zaledwie małym peronie na bezludziu, ukazał mi się zmyty
deszczem krajobraz, pozbawiony zarówno konturów, jak i śladów ludzkiego
życia. Stałem z walizką w ręku, chłonąc otaczający mnie pejzaż, prawie
nie czując kropel deszczu skapujących mi za kołnierz. Wokół bagna i mokradła, płasko aż po horyzont, tylko gdzieniegdzie zagajnik nagich
drzew.
Nigdy przedtem nie byłem w Broads, nigdy przedtem nie byłem nawet w Norfolk. Ogarnęło mnie dojmujące wrażenie obcości. Popatrzyłem na tę
otwartą przestrzeń, zaczerpnąłem zimnego wilgotnego powietrza i poczułem
-?minimalną -?ulgę. Wprawdzie Manham nie wyglądało zachęcająco, ale nie
było Londynem, a to już plus.
Nikt nie wyszedł mi na spotkanie, nie zamówiłem też żadnego transportu
ze stacji -?nie wykazałem się aż tak wielką dalekowzrocznością.
Sprzedałem samochód i całą resztę, nie zastanowiwszy się, jak dostanę
się do miasteczka. Wtedy jeszcze nie myślałem z pełną jasnością. Choć
pewnie gdybym w ogóle poświęcił temu chwilę namysłu, to z wielkomiejską
arogancją założyłbym, że zastanę taksówkę, sklep, cokolwiek. Ale nie
było ani postoju taksówek, ani budki telefonicznej. Pożałowałem, że
pozbyłem się komórki. Podniosłem walizkę i ruszyłem w stronę szosy. Gdy
do niej dotarłem, miałem tylko dwie możliwości: prawo lub lewo. Bez
wahania skręciłem w lewo. Tak po prostu. Po mniej więcej stu metrach
doszedłem do skrzyżowania z wypłowiałym drewnianym znakiem drogowym,
przechylonym w dół, jakby wskazywał jakiś ważny punkt pod mokrą ziemią.
Ale przynajmniej dowiedziałem się, że idę we właściwym kierunku.
Gdy w końcu doczłapałem do Manham, zaczynało już zmierzchać. Po drodze
minęły mnie ze dwa samochody, ale żaden się nie zatrzymał. Oprócz nich
pierwszymi oznakami życia było kilka gospodarstw rozrzuconych z rzadka
daleko od drogi. Po chwili w półmroku ujrzałem przed sobą kościelną
wieżę, jakby do połowy ugrzęzłą w ziemi. Pojawił się też chodnik, wąski
i śliski od deszczu, ale i tak lepszy od krzaczastego pobocza, którym
szedłem od stacji. Za kolejnym zakrętem ukazało się miasteczko,
dosłownie wyrastając spod ziemi.
Bynajmniej nie wyglądało jak z widokówki. Było za bardzo zabudowane,
zbyt tasiemcowate jak na typową angielską prowincję. Na obrzeżach
widniało pasmo przedwojennych kamienic, zaraz za nimi zaczynały się
kamienne domy ze ścianami przetykanymi nieforemnymi bryłami krzemienia -
im bliżej centrum, tym starsze, z każdym krokiem cofałem się w przeszłość. Glazurowane deszczem, wtulały się jeden w drugi, a ich
martwe okna łypały na mnie z obojętną podejrzliwością.
Po chwili wzdłuż drogi wyrosły nieczynne sklepy, za którymi jeszcze
więcej domów nikło w deszczowym mroku. Minąłem szkołę, pub i doszedłem
do skwerku. Aż skrzył się od żonkili, ich rozkołysane deszczem żółte
kielichy na tle tej całej burości oszałamiały kolorem. Nad trawą nagie
gałęzie rozpinał gigantyczny kasztanowiec. Z tyłu, w otoczeniu
porośniętych mchem wykoślawionych nagrobków, wznosił się normański
kościół, ten sam, którego wieżę widziałem z szosy. Podobnie jak tamte
stare domy, mury upstrzone miał krzemieniem, twardymi kamieniami
wielkości pięści, które opierały się działaniu żywiołów. Jednak tynk, w którym je osadzono, nie był tak trwały i nosił ślady działania czasu, a okna i drzwi lekko się spaczyły, podążając za osuwającym się przez wieki
gruntem.
Przystanąłem. Na końcu drogi, która biegła przede mną, widać było
jeszcze więcej domów. Wyglądało na to, że to wszystko, co Manham ma do
zaoferowania. W niektórych oknach paliły się światła, ale poza tym nie
było śladów życia. Stałem w deszczu, nie bardzo wiedząc, w którą stronę
się udać. Po chwili usłyszałem jakiś hałas i zobaczyłem dwóch ogrodników
pracujących na cmentarzu. Nie zważając na deszcz i gasnące światło,
grabili trawnik między starymi nagrobkami. Nie spojrzeli, gdy
podszedłem.
-?Wiedzą panowie, którędy do przychodni? -?spytałem z twarzą ociekającą
deszczem.
Mężczyźni przerwali pracę i podnieśli na mnie wzrok. Pomimo różnicy
wieku byli do siebie podobni, jak dziadek i wnuczek. Na ich twarzach
malowała się ta sama łagodna apatyczność, obaj wpatrywali się we mnie
spokojnymi chabrowymi oczami. Starszy zrobił kilka kroków w stronę
wąskiej alejki obrośniętej drzewami, biegnącej po drugiej stronie
skwerku.
-?Tędy. Prosto.
Jego akcent, trudno rozróżnialny zlepek samogłosek brzmiący obco dla
moich miastowych uszu, był kolejnym dowodem na to, że nie jestem już w Londynie. Podziękowałem ogrodnikom, ale zdążyli powrócić do swoich
zajęć. Ruszyłem alejką, krople skapujące z rozpostartych nad nią gałęzi
potęgowały łoskot deszczu. Po chwili doszedłem do szerokiej bramy przed
wąskim podjazdem. Na słupie wisiała tabliczka z napisem "Bank House", a pod nią druga, mosiężna, z nazwiskiem "Dr H. Maitland". Podjazd,
wysadzany cisami, biegł łagodnie w górę między zadbanymi rabatkami, po
czym opadał na dziedziniec imponującego georgiańskiego domiszcza.
Otarłem zabłocone buty o wiekową żelazną klamrę zamocowaną przy drzwiach
wejściowych, uniosłem ciężką kołatkę i głośno zastukałem. Miałem uderzyć
jeszcze raz, ale drzwi się otworzyły. Wyjrzała z nich korpulentna
kobieta w średnim wieku, z nienagannie ułożonymi włosami.
-?Słucham? -?spytała.
-?Ja do doktora Maitlanda.
Kobieta zmarszczyła brwi.
-?Przychodnia nieczynna. A pan doktor nie odbywa wizyt domowych.
-?Nie, nie o to... Byłem umówiony. -?Moje słowa nie wywołały żadnej
reakcji. Zdałem sobie sprawę, jak muszę wyglądać po godzinnym spacerze w deszczu. -?W sprawie pracy. David Hunter.
Twarz kobiety się rozpromieniła.
-?Och, najmocniej przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy. Sądziłam...
Proszę wejść. -?Cofnęła się, by mnie wpuścić. -?Boże jedyny, ależ pan
przemókł. Z daleka pan idzie?
-?Od stacji.
-?Od stacji? Przecież to kilka kilometrów! -?Już mi pomagała zdjąć
płaszcz. -?Dlaczego pan do nas od razu nie zadzwonił? Wysłalibyśmy
kogoś. -?Nie odpowiedziałem. Prawda była taka, że nie przyszło mi to do
głowy. -?Proszę do salonu. Pali się w kominku. Nie, niech pan zostawi
walizkę -?powiedziała, odwiesiwszy mój płaszcz. Uśmiechnęła się. Dopiero
teraz zauważyłem napięcie wymalowane na jej twarzy. To, co wcześniej
wziąłem za oschłość, było po prostu zmęczeniem. -?Nikt jej nie ukradnie.
Poprowadziła mnie do przestronnego, wyłożonego boazerią pokoju.
Naprzeciw kominka, w którym żarzył się stos polan, stał zużyty skórzany
chesterfield. Na podłodze leżał perski kobierzec, stary, lecz nadal
piękny. Spoza niego wystawały polakierowane deski podłogowe w kolorze
ciemnej umbry. Pachniało sosną i dymem z drewna.
-?Niech pan spocznie. Zawiadomię pana doktora. Może herbaty?
Był to kolejny znak, że nie jestem już w mieście. Tam zaproponowano by
mi kawę. Podziękowałem, a gdy wyszła, wbiłem wzrok w ogień. Przemarzłem
i teraz w jego cieple ogarnęła mnie senność. Za oknem zapadł już zmrok.
Deszcz dudnił o szyby. Fotel był miękki i wygodny. Powieki same mi się
zamykały. Nagle poczułem, że głowa mi opada, i w popłochu zerwałem się
na równe nogi. W jednej chwili poczułem się całkiem wyczerpany,
fizycznie i psychicznie. Jednak obawa przed zaśnięciem zwyciężyła.
Gdy kobieta wróciła, wciąż stałem przed kominkiem.
-?Pan pozwoli za mną... Pan doktor jest w swoim gabinecie.
Poszedłem za nią korytarzem, deski skrzypiały przy każdym kroku. Lekko
zapukała do ostatnich drzwi i nie czekając na odpowiedź, uchyliła je
poufale. Uśmiechnęła się znowu, wpuszczając mnie do środka.
-?Zaraz przyniosę herbaty -?powiedziała, zamykając za sobą drzwi.
Mężczyzna siedział przy biurku. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nawet zza biurka wyglądał na wysokiego. Miał grubokościstą
twarz pooraną bruzdami i gęste włosy, kremowe raczej niż siwe.
Kruczoczarne brwi nie pozwalały posądzać go o jakąkolwiek starczą
słabość, a osadzone pod nimi oczy były czujne i świdrujące. Obrzucił
mnie nieodgadnionym spojrzeniem. Stropiłem się, uświadomiwszy sobie, że
nie prezentuję się najlepiej.
-?Dobry Boże, całkiem pan przemókł! -?burknął szorstko, ale przyjaźnie.
-?Przyszedłem ze stacji piechotą. Nie było taksówki.
Prychnął.
-?Nasze piękne Manham jak zawsze gościnne. Trzeba było zawiadomić, że
przyjedzie pan dzień wcześniej. Załatwiłbym podwózkę.
-?Jak to dzień wcześniej? -?powtórzyłem.
-?No tak to. Spodziewałem się pana dopiero jutro.
Nagle uświadomiłem sobie, dlaczego sklepy były pozamykane. Była
niedziela. Nie zdawałem sobie sprawy, jak zaburzone miałem poczucie
czasu. Mężczyzna udawał, że nie zauważa, jak speszyła mnie ta gafa.
-?Nieważne. Jest pan, to jest. Będzie miał pan więcej czasu, by się
zadomowić. Henry Maitland. Miło mi poznać.
Podał mi dłoń, nie wstając. Dopiero teraz zauważyłem, że siedzi na wózku
inwalidzkim. Podszedłem, by uścisnąć mu rękę, ale zdążył zauważyć moje
wahanie. Uśmiechnął się cierpko.
-?Teraz pan rozumie, skąd to ogłoszenie.
Znalazłem je w "Timesie", w dziale "Praca", krótka notka, łatwa do
przeoczenia. Jednak z jakiegoś powodu to na niej zatrzymałem wzrok.
Prowincjonalna przychodnia poszukuje lekarza rodzinnego, umowa na czas
określony. Pół roku, z mieszkaniem. Lecz to lokalizacja najbardziej mnie
przekonała. Nie żebym jakoś specjalnie marzył o pracy akurat w Norfolk,
ale Norfolk leżało daleko od Londynu. Aplikowałem bez większej nadziei
czy szczególnego zapału, więc gdy tydzień później otwierałem list,
spodziewałem się uprzejmej odmowy. Zamiast tego zaproponowano mi posadę.
Musiałem aż dwa razy go przeczytać, zanim to do mnie dotarło. W innych
okolicznościach zastanawiałbym się, gdzie jest haczyk. Tylko że w innych
okolicznościach w ogóle nie przyszłoby mi do głowy starać się o tę
pracę.
Odpisałem, że przyjmuję propozycję.
Teraz patrzyłem na mojego nowego pracodawcę, poniewczasie zastanawiając
się, w co też się wpakowałem. Jakby czytając mi w myślach, plasnął
dłońmi o uda.
-?Wypadek samochodowy. -?W jego głosie nie było krzty zażenowania czy
biadolenia. -?Być może za jakiś czas odzyskam częściową władzę w nogach,
ale zanim to się stanie, sam tutaj sobie nie poradzę. Przez ostatni rok
zatrudniałem miejscowych na zastępstwo, ale mam już tego dość. Co
tydzień nowa gęba. Nikomu to nie służyło. Niebawem się pan zorientuje,
że zmiany to w Manham rzecz niemile widziana. -?Sięgnął po fajkę i tytoń
leżące na biurku. -?Nie będzie panu szkodzić?
-?Nie, o ile nie szkodzi i panu.
Maitland parsknął śmiechem.
-?Dobra odpowiedź. Ale nie jestem pańskim pacjentem, proszę o tym nie
zapominać -?przerwał na chwilę, zbliżając zapałkę do cybucha. -?No więc...
-?podjął, wypuszczając dym. -?Będzie to dla pana nie lada zmiana po
pracy na uniwersytecie, czyż nie? Nasze Manham to nie Londyn. -?Spojrzał
na mnie znad cybucha. Czekałem, aż spyta o moje doświadczenie zawodowe.
Nie spytał. -?Jeśli naszły pana jakieś wątpliwości, to najlepiej
wyrzucić je z siebie teraz.
-?Nie naszły -?odparłem.
Pokiwał głową z zadowoleniem.
-?Świetnie. Na razie zatrzyma się pan tutaj. Janice pokaże panu pokój.
Spotkamy się na obiedzie, to omówimy resztę spraw i będzie pan mógł
zacząć już jutro. Przychodnię otwieramy o dziewiątej.
-?Mogę o coś spytać?
Uniósł wyczekująco brwi.
-?Dlaczego zdecydował się pan na mnie?
Męczyło mnie to. Nie na tyle, bym nie przyjął tej pracy, ale jednak.
-?Wydawał się pan odpowiednią osobą. Świetne kwalifikacje, doskonałe
referencje, gotowość do podjęcia pracy w zapadłej dziurze, i to za marne
grosze, które oferuję.
-?Spodziewałem się rozmowy kwalifikacyjnej.
Zaciągnąwszy się dymem, zbył moją uwagę machnięciem fajki.
-?Na rozmowy trzeba mieć czas. A ja potrzebowałem kogoś, kto może zacząć
od razu. Poza tym ufam swojej intuicji.
Miał w sobie jakieś krzepiące poczucie pewności. Dopiero dużo później,
nad szklaneczką whisky, gdy już nie było wątpliwości, że zostaję, wyznał
mi ze śmiechem, że byłem jedynym kandydatem. Wtedy jednak taka oczywista
ewentualność nie przyszła mi do głowy.
-?Uprzedzałem pana, że nie mam dużego doświadczenia w medycynie
rodzinnej. Skąd pewność, że sobie poradzę?
-?A pan jak myśli? Że sobie poradzi?
Odpowiedziałem dopiero po chwili, po raz pierwszy zastanawiając się nad
tym pytaniem. Przyjechałem tutaj bez większego namysłu. Chciałem tylko
uciec od miejsca i od ludzi, wśród których przebywanie było zbyt
bolesne. Znowu pomyślałem o tym, jak się prezentuję. O dzień za
wcześnie, przemoknięty do cna. Nie miałem nawet na tyle rozumu, by
schować się przed deszczem.
-?Tak -?odparłem.
-?No i świetnie. -?Ton miał oschły, ale pobrzmiewała w nim zawadiacka
nuta. -?Poza tym to tylko czasowa posada. I będę miał pana na oku. -
Przycisnął guzik na biurku. Gdzieś w głębi domu odezwał się dzwonek. -
Kolację jemy zwykle około ósmej, jeśli wyrobimy się z pacjentami. Niech
pan odpocznie. Ma pan ze sobą bagaże czy dojadą później?
-?Mam ze sobą. Zostawiłem u pana żony.
Wyglądał na zdziwionego, potem uśmiechnął się niezręcznie.
-?Janice to moja gosposia -?rzucił. -?Jestem wdowcem.
Ciepło pokoju jakby spowijało mnie kokonem.
-?To tak jak ja. -?Pokiwałem głową.
Tak oto zostałem lekarzem rodzinnym w Manham. Z tej też przyczyny trzy
lata później byłem jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się o znalezisku w lesie Farnhama. Oczywiście nikt nie wiedział, kim była
ofiara, nie na początku. Zważywszy na stan zwłok, chłopcy nie potrafili
nawet stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Po powrocie do domu nie
wiedzieli już, czy zwłoki były nagie, czy nie. W pewnym momencie Sam
powiedział, że to coś miało skrzydła, po czym stropił się i zamilkł, a Neil tylko patrzył pustym wzrokiem. Cokolwiek widzieli, nie mieściło się
w żadnych znanych im kategoriach, a teraz ich pamięć odmawiała
współpracy. Zgadzali się tylko co do tego, że był to człowiek. Martwy
człowiek. I choć ich opis morza czerwi sugerował, że denat lub denatka
mieli rany, to dobrze wiedziałem, jak zmarli potrafią nas zwodzić. Nie
było powodu, żeby domniemywać najgorsze.
Jeszcze nie wtedy.
Tym dziwniejsze było zachowanie ich matki. Linda Yates siedziała w swoim
malutkim salonie, otaczając ramieniem najmłodszego syna, wtulonego w nią
i bez większego zainteresowania wpatrującego się w jaskrawy ekran
telewizora. Ich ojciec, rolnik, nie wrócił jeszcze z pracy. Zadzwoniła
do mnie, gdy chłopcy przybiegli do domu, rozhisteryzowani, nie mogąc
złapać tchu. Choć była niedziela po południu, w mieścinie tak małej i odizolowanej jak Manham nadal się pracowało.
Czekaliśmy na przyjazd policji. Najwyraźniej nie widzieli powodu do
pośpiechu, ja jednak czułem się zobligowany pozostać. Podałem Samowi
środek uspokajający, niewiele mocniejszy niż placebo, i niechętnie
wysłuchałem tej samej historii z ust jego brata. Starałem się nie
słuchać. Doskonale wiedziałem, co mogli tam zobaczyć.
Nic, o czym chciałbym sobie przypominać.
Okno w salonie było otwarte na oścież, lecz nie wpadał przez nie żaden
podmuch wiatru. Na zewnątrz paliło oślepiające słońce.
-?To Sally Palmer -?oznajmiła niespodziewanie Linda Yates.
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Sally Palmer mieszkała sama na małej
farmie tuż za Manham. Atrakcyjna kobieta po trzydziestce, przeniosła się
do Manham kilka lat przede mną, odziedziczywszy gospodarstwo po wuju.
Nadal hodowała kilka kóz, a dzięki więzom krwi nie była traktowana jak
całkiem obca; na pewno mniej niż ja, nawet teraz, po latach. To jednak,
że była pisarką, rodziło dystans i sprawiało, że większość sąsiadów
odnosiła się do niej z mieszaniną podziwu i podejrzliwości.
Nie słyszałem, by mówiono o jej zaginięciu.
-?Dlaczego pani tak twierdzi?
-?Śniła mi się.
Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem. Spojrzałem na chłopców. Sam, już
spokojniejszy, chyba nie słuchał, ale Neil wpatrywał się w matkę i wiedziałem, że cokolwiek zostanie tu powiedziane, rozniesie się po
Manham, jak tylko wyjdę za próg. Moje milczenie uznała za wyraz
sceptycyzmu.
-?Stała na przystanku, cała we łzach. Spytałam, co się stało, ale nie
odpowiedziała. Potem spojrzałam na drogę, a gdy wróciłam do niej
wzrokiem, już jej nie było.
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
-?Takie rzeczy nie śnią się bez powodu -?dodała. -?A ta przyśniła się
właśnie dlatego.
-?Spokojnie, Lindo. Nie wiemy jeszcze kto to. To może być każdy.
Popatrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć, że się mylę, ale że
nie zamierza się kłócić. Ulżyło mi, gdy rozległo się pukanie do drzwi,
oznajmiające przyjazd policji.
Policjantów przyjechało dwóch i obaj byli doskonałym przykładem
prowincjonalnej służby mundurowej. Starszy, o rumianej twarzy, co jakiś
czas okraszał rozmowę jowialnym mrugnięciem oka, co było mało stosowne w tych okolicznościach.
-?No więc co? Podobno znaleźliście zwłoki, dobrze słyszałem? -?zagadnął
wesoło, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie, wyrażające pobłażliwość
człowieka dorosłego dla chłopięcej wyobraźni. Sam wciąż tulił się do
matki, a Neil, zastraszony obecnością władzy mundurowej we własnym domu,
mamrotał coś pod nosem w odpowiedzi na pytania policjanta.
Nie trwało to długo. Starszy policjant zamknął notes.
-?No dobra, trzeba się przejść i rzucić okiem. Który z was pokaże nam,
gdzie to?
Sam jeszcze mocniej przywarł do matki. Neil się nie odezwał, ale twarz
mu pobladła. Opowiadać o tym to jedno. Ale wrócić tam to co innego. Ich
matka popatrzyła na mnie z niepokojem w oczach.
-?To chyba nie najlepszy pomysł -?rzuciłem.
Kretyński, poprawiłem się w duchu. Wystarczająco dużo jednak miałem do
czynienia z policją, by wiedzieć, że podejście dyplomatyczne sprawdza
się lepiej niż konfrontacyjne.
-?Więc jak mamy je znaleźć, skoro żaden z nas nie zna tej okolicy? -
spytał.
-?W samochodzie mam mapę. Pokażę panom, którędy iść.
Policjant nie próbował ukryć niezadowolenia. Wyszliśmy na dwór, mrużąc
oczy oślepieni nagłą jasnością. Chłopcy mieszkali w ostatnim z rzędu
małych domków z kamienia. Samochody zaparkowaliśmy przy alejce.
Otworzyłem mojego land rovera, wyjąłem mapę i rozłożyłem na masce.
Słońce odbijało się od wysłużonej karoserii, parzącej z nagrzania.
-?To jakieś trzy mile stąd. Będziecie musieli zostawić samochód i przejść przez bagno do lasu. Z tego, co mówili, zwłoki są gdzieś tutaj.
Wskazałem na mapę. Policjant chrząknął.
-?Mam lepszy pomysł. Może sam pan nas zaprowadzi, skoro mały nie może. -
Uśmiechnął się półgębkiem. -?Pan chyba zna okolicę.
Wyraz jego twarzy nie pozostawiał mi wyboru. Powiedziałem, żeby za mną
jechali, i odpaliłem silnik. Czuć było rozgrzanym plastikiem. Opuściłem
obie szyby do oporu i chwyciłem za kierownicę. Parzyła w dłonie. Gdy
zorientowałem się, że ściskam ją tak mocno, że aż zbielały mi knykcie,
użyłem całej siły woli, żeby się odprężyć.
Drogi były wąskie i kręte, ale nie jechaliśmy daleko. Zaparkowałem na
pożłobionej koleinami łacie spieczonej ziemi, ocierając drzwiami o pożółkły żywopłot. Radiowóz, kolebiąc się, zahamował tuż za mną.
Policjanci wysiedli. Starszy podciągał spodnie w pasie, młodszy, z twarzą czerwoną od słońca i podrażnioną od golenia, trzymał się trochę z tyłu.
-?Przez bagno biegnie ścieżka -?powiedziałem. -?Zaprowadzi was do lasu.
To jakieś kilkaset metrów.
Starszy otarł pot z czoła. Pod pachami na białej koszuli odznaczały mu
się ciemne mokre półkola. Roztaczał cierpką woń potu. Zmrużył oczy,
spoglądając na widniejący w oddali las, i potrząsnął głową.
-?Ech, takie historie w taki upał... Łaskawy pan pewnie nie raczy nas
zaprowadzić tam, gdzie to niby jest? -?spytał z nadzieją i kpiną w głosie jednocześnie.
-?Jak dojdziecie do lasu, to będę wiedział tyle co wy -?odparłem. -
Wypatrujcie larw.
Młodszy zaśmiał się, ale po chwili stropił pod groźnym spojrzeniem tego
drugiego.
-?Nie powinniście wezwać dochodzeniówki? -?spytałem.
Prychnął.
-?Podziękują nam, że nie fatygowaliśmy ich na oględziny jeleniego
truchła. Bo zwykle na to wychodzi.
-?Chłopcy twierdzą co innego.
-?No cóż, pozwoli pan, że sam to ocenię. -?Dał znak młodszemu. -
Idziemy, miejmy to już za sobą.
Patrzyłem, jak przeciskają się przez szczelinę w żywopłocie i kierują w stronę lasu. Nie prosił mnie, żebym na nich zaczekał. Bo i po co.
Doprowadziłem ich najdalej, jak mogłem -?reszta to ich robota.
Jednak nie ruszyłem się z miejsca. Wróciłem do samochodu i wyjąłem
butelkę wody spod siedzenia. Była ciepła, ale zaschło mi w ustach.
Założyłem okulary i oparłem się o zakurzony zielony spojler, patrząc w kierunku lasu. Sylwetki policjantów zdążyły się już rozpłynąć w otwartej
przestrzeni bagna. Upał, przesycony brzęczeniem i cykaniem owadów,
nadawał powietrzu przydymione, metaliczne zabarwienie. Obok przeleciała
roztańczona para ważek. Wziąłem jeszcze jeden łyk wody i zerknąłem na
zegarek. Wprawdzie nie miałem dziś dyżuru w przychodni, ale znalazłbym
coś lepszego do roboty, niż stać przy drodze i czekać, co też tam
znajdą. Pewnie mieli rację. Być może chłopcy widzieli tylko jakąś
padlinę. Reszta to dzieło wyobraźni i przerażenia.
A jednak nadal nie ruszałem się z miejsca.
Chwilę później zobaczyłem, że idą w moją stronę. Białe koszule falowały
na tle wypłowiałej trawy. Już z oddali dostrzegłem bladość na ich
twarzach. Młodszy chyba nie wiedział, że ma na koszuli mokrą plamę
wymiocin. Bez słowa podałem mu butelkę wody. Wziął ją z wdzięcznością.
Starszy unikał mojego wzroku.
-?Cholera, brak zasięgu -?burknął, idąc do radiowozu.
Starał się odzyskać wcześniejszą dezynwolturę, ale nie do końca mu się
udawało.
-?Więc jednak nie jeleń -?odezwałem się.
Rzucił mi ponure spojrzenie.
-?Chyba nie ma potrzeby zajmować panu więcej czasu.
Zaczekał, aż wsiądę do swojego samochodu, i dopiero wtedy zadzwonił. Gdy
odjeżdżałem, nadal mówił przez radio. Młodszy stał ze wzrokiem wbitym w ziemię, w ręku bezwładnie trzymając butelkę wody.
Postanowiłem wrócić do przychodni. Myśli furkotały mi w głowie, ale siłą
woli ustawiłem przesłonkę, trzymając je z dala jak muchy. Odganiałem je
z wysiłkiem, ale natrętne nie przestawały wybrzękiwać swojej pieśni w mojej podświadomości. Dojechałem do szosy prowadzącej do Manham. Ręka
powędrowała mi na kierunkowskaz, ale ją zatrzymałem. Odruchowo podjąłem
decyzję, której konsekwencje miałem ponosić przez następne tygodnie,
która miała odmienić moje życie. I nie tylko moje. Pojechałem przed
siebie. Na farmę Sally Palmer.
Rozdział 3
Farma była z jednej strony ogrodzona
drzewami, a z pozostałych otoczona bagnem. Land rover podskakiwał na
koleinach, wzbijając w powietrze tumany pyłu. Zaparkowałem na nierównym
bruku, jedynej pozostałości po podwórzu, i wysiadłem. W słońcu
połyskiwała wysoka stodoła z blachy falistej. Dom pomalowano na biało i choć farba wypłowiała i łuszczyła się, to w słońcu nadal była
oślepiająco jasna. Po obu stronach drzwi wejściowych wisiały zielone
skrzynki na kwiaty, jedyne plamy koloru w tym wyblakłym pejzażu.
Zwykle gdy Sally była w domu, jeszcze zanim zdążyło się zapukać, na
powitanie wybiegała Bess, jej rozszczekana border collie. Ale nie
dzisiaj. Przez okna też nie było widać znaków życia, ale to nie musiało
nic znaczyć. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Dopiero teraz zdałem sobie
sprawę, że nie mam dobrego pretekstu do odwiedzin. Czekając, wpatrywałem
się w horyzont i zastanawiałem, co powiem, jeśli otworzy. Chyba mogłem
po prostu powiedzieć prawdę, ale wtedy wyszedłbym na jakieś medium, jak,
nie przymierzając, Linda Yates. Poza tym Sally mogłaby mnie źle
zrozumieć, uznać, że powodem mojej wizyty jest coś więcej niż palący
niepokój, którego nie potrafiłem wyjaśnić.
Choć nie łączyła nas z Sally zażyła znajomość, to trudno nazwać ją też
czysto przygodną. W swoim czasie widywaliśmy się dość często. Nic w tym
zresztą dziwnego -?oboje byliśmy spoza tego świata, oboje przyjechaliśmy
tu z Londynu, łączyła nas wielkomiejska przeszłość. Sally była w moim
wieku, otwarta i towarzyska. No i atrakcyjna. Mile wspominam te kilka
wieczorów, gdy umówiliśmy się w pubie na drinka.
Do niczego więcej jednak nie doszło. Gdy wyczułem, że może chcieć czegoś
więcej, wycofałem się. Z początku zareagowała zdziwieniem, ale ponieważ
sprawy między nami nigdy tak naprawdę nie miały okazji się rozwinąć, nie
pojawiło się rozgoryczenie czy zakłopotanie. Gdy na siebie potem
wpadaliśmy, wciąż miło nam się gawędziło, ale na tym koniec.
Zadbałem o to.
Jeszcze raz zapukałem do drzwi. Pamiętam, że odczułem ulgę, gdy nie
otworzyła. Najwyraźniej gdzieś poszła, co oznaczało, że nie będę musiał
tłumaczyć się z mojej wizyty. Szczerze mówiąc, sam nie rozumiałem, co
mnie do niej skłoniło. Nie byłem przesądny i w przeciwieństwie do Lindy
Yates nie wierzyłem w przeczucia. Tylko że Linda nie mówiła o przeczuciu. Mówiła o śnie. A ja doskonale wiem, jak sugestywne potrafią
być sny. Sugestywne i bałamutne.
Odwróciłem się od drzwi i starałem się przekierować myśli na inny tor.
Nie ma jej i tyle, rzuciłem w duchu, zły na samego siebie. Co ja sobie
wyobrażałem? To, że zginął jakiś autostopowicz czy ornitolog amator, nie
znaczy, że wolno mi puszczać wodze fantazji.
Zatrzymałem się w połowie drogi do samochodu. Coś nie dawało mi spokoju,
ale dopiero gdy zawróciłem, zorientowałem się co. Chodziło o skrzynki na
kwiaty. Rośliny były suche i martwe. Sally nigdy by do tego nie
dopuściła. Wróciłem pod drzwi. Ziemia w doniczkach była spieczona na
kamień. Nie piła wody od wielu dni, a może jeszcze dłużej. Zapukałem i zawołałem Sally po imieniu. Gdy nie usłyszałem odpowiedzi, nacisnąłem
klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Możliwe, że mieszkając tutaj,
Sally porzuciła ten zwyczaj. Z drugiej jednak strony była z miasta, jak
ja, a stare nawyki trudno zmienić. Drzwi zablokowały się na stercie
listów. Gdy je pchnąłem, koperty ześlizgnęły się miniaturową lawiną.
Przeszedłem nad nimi i skierowałem się do kuchni. Wyglądała tak, jak ją
zapamiętałem: wesołe cytrynowożółte ściany, masywne rustykalne meble i kilka elementów świadczących o tym, że Sally nie do końca wyzbyła się
swojej wielkomiejskości -?elektryczna wyciskarka do soku, ekspres do
kawy ze stali nierdzewnej i duży dobrze zaopatrzony stojak na wino.
Poza nagromadzeniem listów wszystko wydawało się w porządku. Jednak w domu unosiła się zatęchła woń, przepojona słodyczą gnijących owoców.
Wydobywała się z glinianej miski stojącej na sosnowym kredensie.
Rozkładająca się kompozycja martwej natury: kilka poczerniałych bananów,
jabłek i pomarańczy pokrytych białym nalotem pleśni. Zwiędłe kwiaty, już
nierozpoznawalne, zwisały bezwładnie z wazonu na stole. Szuflada przy
zlewie była do połowy wysunięta, jakby Sally nie zdążyła jej domknąć.
Odruchowo podszedłem, by ją wsunąć, jednak się powstrzymałem.
Może wyjechała na wakacje, powiedziałem w myślach. Albo nie miała czasu
wyrzucić starych owoców i kwiatów. Jest mnóstwo możliwych wyjaśnień. Ale
wtedy już chyba znałem prawdę, jak Linda Yates.
Zastanawiałem się, czy nie sprawdzić pozostałych pomieszczeń, ale
porzuciłem ten pomysł. Widocznie już postrzegałem jej dom jak
potencjalne miejsce zbrodni i nie chciałem zadeptywać śladów. Wyszedłem
na zewnątrz. Kozy Sally mieszkały w zagródce na tyłach domu. Jedno
spojrzenie wystarczyło, bym się poważnie zaniepokoił. Były przeraźliwie
wychudzone, kilka nadal stało na nogach, ale większość leżała na boku,
nieprzytomna albo martwa. Wyjadły prawie całą trawę z zagrody, a gdy
podszedłem do metalowego koryta, okazało się, że nie ma w nim wody. Obok
walał się szlauch, z którego pewnie je napełniano. Przewiesiłem go przez
krawędź koryta i poszedłem na przeciwległy kraniec do hydrantu.
Chlusnęła woda i jedna czy dwie kozy przydreptały, żeby się napić.
Sprowadzę weterynarza, ale najpierw zadzwonię na policję, pomyślałem.
Wyjąłem telefon, ale nie było zasięgu. Zasięg wokół Manham był jak sito,
co sprawiało, że na komórkach nie można było polegać. Odszedłem dalej i pojawiło się kilka kresek. Już miałem wybrać numer, gdy za zardzewiałym
pługiem zauważyłem mały ciemny kształt. Podszedłem niechętnie,
przeczuwając, co to może być.
W suchej trawie leżało ciało Bess, martwego owczarka Sally. Wydawała się
malutka, futro miała zmierzwione i zakurzone. Odwróciłem się, odpędzając
muchy, które opadły mnie, wyczuwszy świeższą pożywkę. Zdążyłem jednak
dostrzec, że głowa psa była prawie całkiem odcięta.
Upał zdawał się przybierać na sile. Odruchowo poszedłem z powrotem do
samochodu. Powstrzymałem ochotę, by wsiąść i odjechać. Zamiast tego
znowu zadzwoniłem. Czekając na odpowiedź policji, wpatrywałem się w odległą zieloną smugę lasu.
Nie po raz kolejny. Nie tutaj.
W telefonie odezwał się metaliczny głos. Odwróciłem się.
-?Chciałbym zgłosić zaginięcie -?powiedziałem.
Inspektor Mackenzie był krępym i zawadiackim mężczyzną, może z rok lub
dwa starszym ode mnie. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to jego
nienaturalnie szerokie bary. Dolna część ciała wydawała się zupełnie
nieproporcjonalna -?krótkie nogi zakończone absurdalnie rachitycznymi
stopami. Wyglądałby jak karykatura kulturysty, gdyby nie pękaty zarys
brzucha i emanująca z jego osoby groźna aura zniecierpliwienia, która
nakazywała brać go na poważnie. Czekałem przy samochodzie, podczas gdy
on i ubrany po cywilnemu sierżant poszli zerknąć na psa. Szli spacerowym
krokiem, bez pośpiechu, niemal z obojętnością. To jednak, że zamiast
mundurowych przyjechał tu główny inspektor wydziału śledczego, było
znakiem, że traktują sprawę poważnie. Po chwili wrócił, a sierżant
wszedł do domu sprawdzić pomieszczenia.
-?Niech pan jeszcze raz opowie, dlaczego pan tu przyjechał.
Spowijała go woń płynu po goleniu i potu, z ledwie wyczuwalną nutą
mięty. Przez rzednące rude włosy prześwitywała mu opalona na czerwono
skóra głowy, ale jeśli czuł jakikolwiek dyskomfort, stojąc w pełnym
słońcu, to nie dawał po sobie poznać.
-?Byłem w pobliżu. Pomyślałem, że wstąpię.
-?Z towarzyską wizytą, tak?
-?Chciałem się upewnić, że wszystko u niej w porządku.
Nie chciałem mieszać w to Lindy Yates, o ile nie zostanę przyparty do
muru. Jako jej lekarz uznałem, że mówi mi to w zaufaniu, a poza tym nie
sądziłem, by policjant był zainteresowany tym, co się komu przyśniło.
Podobnie zresztą jak ja sam. Tylko że, niezależnie od tego, co mieściło
się w naszych kryteriach racjonalności, Sally zniknęła.
-?Kiedy widział pan pannę Palmer po raz ostatni? -?spytał Mackenzie.
Zastanowiłem się.
-?Nie w ostatnich kilku tygodniach.
-?Może odrobinę bardziej precyzyjnie?
-?Jakieś dwa tygodnie temu w pubie. Na letnim grillu.
-?Przyszła tam z panem?
-?Nie, ale rozmawialiśmy.
Zdawkowo. Cześć, co u ciebie? W porządku, do zobaczenia. Dość banalne
jak na ostatnie pożegnanie. Jeśli tym właśnie to było, zreflektowałem
się. Choć wtedy nie miałem już wątpliwości.
-?I teraz tak po prostu postanowił ją pan odwiedzić...
-?Usłyszałem, że znaleziono zwłoki. Chciałem sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.
-?Skąd pan ma pewność, że to były zwłoki kobiety?
-?Nie mam. Ale uznałem, że nie zaszkodzi, jeśli sprawdzę, czy u Sally
wszystko dobrze.
-?Jaka łączy was relacja?
-?Chyba koleżeństwo.
-?Bliskie?
-?Raczej nie.
-?Sypiacie ze sobą?
-?Nie.
-?A sypialiście?
Chciałem mu powiedzieć, żeby pilnował swoich spraw. Ale przecież to
właśnie robił. W takich okoliczność prywatność to żaden argument, byłem
tego świadom.
-?Nie.
Patrzył na mnie bez słowa. Odwzajemniłem jego spojrzenie. Po chwili
wyjął z kieszeni paczkę miętówek. Gdy nieśpiesznie wkładał cukierek do
ust, zauważyłem na jego szyi pieprzyk o dziwnym kształcie. Schował
miętówki, nie częstując mnie.
-?Więc żadne romanse, czyste koleżeństwo, tak?
-?Znaliśmy się, to wszystko.
-?I mimo to czuł się pan w obowiązku przyjść i sprawdzić, czy wszystko u niej dobrze. Akurat pan.
-?Mieszka tutaj sama. To odludzie, nawet jak na nasze standardy.
-?Nie mógł pan do niej zadzwonić?
To mnie zafrapowało.
-?Nie przyszło mi to do głowy.
-?Ma komórkę? -?Odparłem, że tak. -?Zna pan numer?
Miałem go w pamięci telefonu. Odszukałem go, wiedząc, o co zaraz mnie
spyta, i czując się głupio, że sam o tym nie pomyślałem.
-?Zadzwonić? -?spytałem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
-?No raczej.
Czekając na połączenie, czułem na sobie jego wzrok. Zastanawiałem się,
co odpowiem, gdy Sally odbierze. Jednak tak naprawdę nie wierzyłem, że
to zrobi.
Otworzyło się okno sypialni i wyjrzał przez nie sierżant.
-?Proszę pana, w torebce dzwoni telefon.
Zza jego pleców dobiegał cichy sygnał, coś jak elektroniczne pluskanie.
Zakończyłem połączenie. Dzwonienie ustało. Mackenzie skinął głową do
sierżanta.
-?To my. Pracuj dalej.
Sierżant się schował. Mackenzie potarł podbródek.
-?To nic nie znaczy -?skwitował.
Nie odpowiedziałem.
Westchnął.
-?Rany, co za upał. -?Po raz pierwszy dał po sobie poznać, że w ogóle go
odczuwa. -?Zejdźmy z tej patelni.
Stanęliśmy w cieniu domu.
-?Zna pan kogoś z jej rodziny? -?spytał. -?Kogoś, kto mógłby wiedzieć,
gdzie jest panna Palmer?
-?Niestety. Odziedziczyła ten dom, ale o ile mi wiadomo, nie ma w okolicy żadnej rodziny.
-?A znajomi? Nie licząc pana?
Mógł być w tym jakiś haczyk, ale trudno powiedzieć.
-?Znała ludzi w Manham, ale nie wiem kogo konkretnie.
-?Miała kochanka? -?spytał, obserwując moją reakcję.
-?Nie mam pojęcia. Przykro mi.
Odchrząknął, zerkając na zegarek.
-?I co dalej? -?spytałem. -?Sprawdzicie, czy DNA ciała pasuje do próbki
z domu?
Obrzucił mnie spojrzeniem.
-?Widać, że zna się pan na rzeczy.
Czułem, jak twarz mi purpurowieje.
-?Niespecjalnie.
Cieszyłem się, że nie drążył tematu.
-?Nie wiemy jeszcze, czy to miejsce zbrodni. Mamy kobietę, która może
zaginęła, a może nie. To wszystko. Póki co nic jej nie wiąże ze
znalezionymi zwłokami.
-?A pies?
-?Może zaatakowało go jakieś zwierzę.
-?Z tego, co widzę, rana na gardle wygląda na ciętą, a nie szarpaną.
Zrobiło ją ostrze.
Znowu docenił mnie spojrzeniem, a ja zbeształem się w myślach za długi
język. Teraz jestem lekarzem. Tylko lekarzem.
-?Zobaczymy, co powiedzą koledzy z kryminalistyki -?powiedział. -?A nawet jeśli to jej zwłoki, to mogła popełnić samobójstwo.
-?Sam pan w to nie wierzy.
Już miał coś odpowiedzieć, ale się rozmyślił.
-?Nie, nie wierzę. Co nie znaczy, że mam wyciągać pochopne wnioski.
Drzwi domu się otworzyły i stanął w nich sierżant, potrząsając głową.
-?Nic. Ale w korytarzu i salonie paliło się światło.
Mackenzie pokiwał głową, jakby się tego spodziewał.
-?Nie będziemy pana dłużej zatrzymywać -?zwrócił się do mnie. -?Wyślemy
do pana człowieka, żeby spisał zeznania. Byłbym wdzięczny, gdyby z nikim
pan o tym nie rozmawiał.
-?Oczywiście.
Próbowałem stłumić irytację, że w ogóle o tym wspomniał. Odwrócił się,
mówiąc coś do sierżanta. Ruszyłem w swoją stronę, ale po chwili się
zawahałem.
-?Jeszcze jedno -?rzuciłem. Obrzucił mnie poirytowanym spojrzeniem. -
Pieprzyk na pańskiej szyi. To pewnie nic, ale nie zaszkodzi przebadać.
Odszedłem, a oni odprowadzili mnie wzrokiem.
Pojechałem z powrotem do miasteczka, czując się jak otępiały. Droga
biegła obok Manham Water, płytkiego jeziorka, które rok za rokiem po
trochu traciło swoją powierzchnię na rzecz zarastających je szuwarów.
Taflę miało gładką jak lustro, naruszoną tylko przez stadko gęsi, które
na niej wylądowało. Ani jezioro, ani dopływające do niego z bagien
rzeczułki nie nadawały się do żeglugi, a w pobliżu Manham nie było
żadnej rzeki, więc zapaleni żeglarze-turyści omijali te rejony, robiąc
latem desant na pozostałą część Broads. Choć zaledwie kilka mil dzieliło
Manham od sąsiednich miasteczek, zdawało się należeć do jakiejś innej
części Norfolk, starszej i mniej gościnnej. Otoczone lasami, łęgami i grzęzawiskami, zarówno przenośnie, jak i dosłownie było zamuloną dziurą.
Nie licząc sporadycznie zaglądających tu ornitologów amatorów, Manham
pozostawione było samo sobie i coraz bardziej pogrążało się w izolacji
od świata jak stary dziwak.
Jak na ironię tego wieczoru skąpane w słońcu wyglądało niemal radośnie.
Grządki kwietne przed kościołem i na skwerku były niczym kolorowe
stemple, jaskrawe do bólu oczu. Starannie pielęgnowane przez starego
George'a Masona i jego wnuka Toma -?ogrodników, których poznałem tuż po
przyjeździe -?były dla mieszkańców Manham jednym z nielicznych powodów
do dumy. Nawet stojący na skraju trawnika Pomnik Męczennicy został
ustrojony girlandą kwiatów przez dzieci z tutejszej szkoły. Było to
coroczne święto -?dekorowanie starego kamienia młyńskiego, przy którym w XVI stuleciu sąsiedzi ponoć ukamienowali jakąś nieszczęsną kobietę.
Według podania, po tym, jak wyleczyła niemowlę z paraliżu, oskarżono ją
o czary. Henry żartował, że tylko w Manham za dobre uczynki dostaje się
czapę i że obaj powinniśmy wyciągnąć z tego lekcję.
Nie miałem ochoty wracać do domu, więc skręciłem do przychodni. Często
tam bywałem, nawet wtedy, gdy nie miałem dyżuru. W domu zdarzało mi się
czuć samotnie, a w przychodni miałem przynajmniej złudzenie pracy.
Wszedłem tylnymi drzwiami prowadzącymi do wydzielonej poradni. Stara
oranżeria, z powietrzem gęstym i wilgotnym od kwiatów, które Janice
pielęgnowała z czułością, służyła teraz za recepcję i poczekalnię. Część
pomieszczeń na parterze została zamieniona na prywatne kwatery
Henry'ego. Ale te mieściły się w przeciwległej części domu, który był na
tyle duży, by pomieścić nas wszystkich. Ja zająłem dawny gabinet
Henry'ego. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, poczułem kojący zapach starego
drewna i pszczelego wosku. Choć od dnia przyjazdu korzystałem z tego
pomieszczenia prawie codziennie, to ze starym obrazem olejnym
przedstawiającym scenę myśliwską, sekretarzykiem z żaluzjowym
zamknięciem i skórzanym fotelem wciąż stanowiło ono bardziej
odzwierciedlenie osobowości jego poprzedniego właściciela niż mojej. Na
półkach stały stare pisma i książki medyczne, a także inne, mniej typowe
dla prowincjonalnego lekarza: dzieła Kanta i Nietzschego, cała półka
poświęcona psychologii, która była konikiem Henry'ego. Moim jedynym
wkładem w wystrój pokoju był monitor komputera szumiący cicho na biurku,
innowacja, na którą po miesiącach pertraktacji Henry w końcu przystał.
Jego stan zdrowia nie poprawił się na tyle, by mógł wrócić do pracy na
pełny etat. Tak jak jego wózek inwalidzki, tak samo moja czasowa umowa o pracę przekształciła się w długoterminową. Najpierw została przedłużona,
potem, gdy Henry nabrał pewności, że nie będzie już w stanie pracować na
własną rękę, zmieniona na umowę partnerską. Nawet samochód, którym
jeździłem, należał kiedyś do niego. Był to stary zajechany land rover
defender z automatyczną skrzynią biegów, zakupiony po wypadku, w którym
zginęła jego żona Diana, a z którego Henry wyszedł sparaliżowany. Zakup
ten był wyrazem nadziei -?bo jeszcze wtedy ją miał -?że będzie kiedyś
mógł prowadzić... i chodzić. Ale nigdy tak się nie stało. I nigdy tak się
nie stanie, mówili mu lekarze.
"Konowały -?oburzał się. -?Dać takiemu biały kitel, a już mu się wydaje,
że jest Bogiem".
W końcu jednak musiał przyznać, że mieli rację. Tak właśnie przejąłem
land rovera, a także -?krok po kroku -?większość jego pacjentów. Na
początku dzieliliśmy pracę mniej więcej po połowie, ale z czasem coraz
więcej zostawało dla mnie. Co nie przeszkadzało mu w oczach większości
mieszkańców Manham uchodzić za "tutejszego pana doktora", ale dawno
przestałem się tym przejmować. Jeśli chodzi o Manham, to wciąż byłem
obcym i pewnie tak już zostanie.
Teraz, w popołudniowym upale, próbowałem wejść na kilka stron
medycznych, ale nie mogłem się skupić. Wstałem, by otworzyć okna.
Wiatrak na biurku się obracał, hałaśliwie mieląc nabrzmiałe powietrze,
lecz ani trochę go nie ochładzając. Otworzenie okien też miało znaczenie
wyłącznie psychologiczne. Wyjrzałem na zadbany ogród. Jak cała reszta
przyrody był wypalony do cna; krzaki i trawa niemal na oczach usychały
od żaru. Graniczył z jeziorem, oddzielonym jedynie niskim wałem
chroniącym przed corocznymi zimowymi powodziami. Do małego molo
przycumowana była stara łódź Henry'ego, niewielka żaglówka, ale Manham
Water było za płytkie na cokolwiek innego. Bynajmniej nie była to
cieśnina Solent i choć zdarzały się mielizny i trzcinowiska, przez które
nie dawało się przeprawić, to i tak obaj lubiliśmy po nim pływać.
Dzisiaj nie było szans na wciągnięcie żagla, jezioro całe zastygło w bezruchu. Z tej perspektywy od nieba oddzielała je tylko cienka linia
odległego trzcinowiska. Wszędzie płasko i woda, pustka, która zależnie
od nastroju mogła wywoływać ukojenie lub smutek.
Dziś wywołała to drugie.
-?Tak mi się zdawało, że cię słyszałem.
Odwróciłem się, gdy Henry wjeżdżał do pokoju.
-?Mam kilka spraw do załatwienia -?powiedziałem, zbierając rozbiegane
myśli.
-?Gorąco jak w piecu -?wymamrotał, zatrzymując się przed wiatrakiem.
Poza tym, że nie miał władzy w nogach, wyglądał na okaz zdrowia;
kremowobiałe włosy okalające opaloną twarz i przenikliwe ciemne oczy.
-?Podobno chłopcy Yatesów znaleźli zwłoki. Prawda to? Janice tylko o tym
nadawała, gdy przyniosła obiad.
Zwykle w niedzielę Janice przynosiła na przykrytym półmisku to, co
ugotowała dla siebie. Henry upierał się, że w niedzielę sam będzie sobie
szykował posiłki, ale zauważyłem, że nigdy specjalnie się jej nie
przeciwstawiał. Janice była dobrą kucharką i wydaje mi się, że jej
uczucia wobec Henry'ego wykraczały poza troskliwość gosposi. Ponieważ
nie miała męża, sądziłem, że jej krytykanctwo wobec zmarłej żony
Henry'ego wynika przede wszystkim z zazdrości, choć nieraz robiła aluzje
do jakiegoś dawnego skandalu. Jasno dałem do zrozumienia, że mnie to w ogóle nie interesuje. Nawet jeśli małżeństwo Henry'ego nie było idyllą,
jak je teraz przedstawiał, nie zamierzałem się zajmować plotkami.
Nie zdziwiłem się jednak, że Janice słyszała o trupie. Pewnie już połowa
miasteczka o tym trajkotała.
-?W lesie Farnhama -?odparłem.
-?Pewnie jakiś ptasiarz padł od upału przygnieciony swoim ciężkim
plecakiem.
-?Pewnie tak.
Na ton mojego głosu uniósł ciemne brwi.
-?Więc co innego? Chyba nie chcesz powiedzieć, że to zabójstwo? No, no...
trochę by się tu ożywiła atmosfera! -?rzucił z uśmiechem, ale szybko
spoważniał, gdy mu nie zawtórowałem. -?Widzę, że żarty są tu nie na
miejscu.
Opowiedziałem mu o wizycie w domu Sally Palmer, z nadzieją, że gdy
ubiorę swoje domysły w słowa, nagle wydadzą się mało prawdopodobne. Tak
się nie stało.
-?Dobry Jezu... -?westchnął ciężko Henry, gdy skończyłem. -?I policja
uważa, że to ona?
-?Nie powiedzieli ani tak, ani nie. Chyba jeszcze nie mogą nic zdradzać.
-?Co za paskudna historia.
-?Może to nie ona.
-?Oczywiście, że nie ona. -?Henry przyznał mi rację, ale widziałem, że
nie wierzy w to tak samo jak ja. -?Nie wiem jak ty, ale napiłbym się
czegoś mocniejszego
-?Dzięki, ja na razie pasuję.
-?Oszczędzasz siły na Baranka?
Czarny Baranek był jedynym pubem w Manham. Często tam zaglądałem, ale
wiedziałem, że tego wieczoru rozmowy będą się toczyły wokół tematu,
którego wolałem nie poruszać.
-?Nie, dzisiaj chyba zostanę w domu -?odpowiedziałem.
Mieszkałem w starym kamiennym domu na obrzeżach Manham. Kupiłem go, gdy
stało się jasne, że zabawię tu dłużej niż pół roku. Henry przekonywał
mnie, że mogę zostać u niego, że w Bank House jest miejsca pod
dostatkiem. Sama piwnica zmieściłaby moją małą chałupkę. Chciałem jednak
pójść na swoje, poczuć, że zapuszczam tu korzenie na stałe. I choć
lubiłem nowe miejsce pracy, to nie chciałem w nim mieszkać. Były chwile,
gdy potrzebowałem zamknąć za sobą drzwi i zniknąć, licząc, że przez
najbliższe kilka godzin nikt nie będzie mnie niepokoił telefonami.
To była jedna z takich chwil. Gdy przejeżdżałem obok kościoła, kilka
osób dreptało alejką na wieczorne nabożeństwo. Wielebny Scarsdale witał
ich w drzwiach. Był to starszy ponury mężczyzna, za którym nie
przepadałem. Urzędował tu jednak od wielu lat i miał paru lojalnych
parafian. Pozdrowiłem gestem Judith Sutton, wdowę, która mieszkała ze
swoim dorosłym synem Rupertem, tęgim olbrzymem, zawsze człapiącym dwa
kroki za władczą matką. Rozmawiała z Lee i Marjory Goodchild, parą
drętwych hipochondryków, stałych bywalców przychodni. W ich mniemaniu
mój dyżur trwał dwadzieścia cztery godziny na dobę i już się
przeraziłem, że zaraz mnie przydybią na improwizowaną konsultację.
Ale tego wieczoru ani oni, ani nikt inny nie próbował mnie nagabywać.
Zaparkowałem na spękanej ziemi obok domu i wszedłem do środka. Wewnątrz
było duszno. Otworzyłem okna najszerzej, jak się dało, i wyjąłem piwo z lodówki. Wprawdzie nie miałem ochoty iść do Baranka, ale potrzebowałem
się napić. Uświadomiwszy sobie jak bardzo, odstawiłem piwo do lodówki i nalałem sobie dżinu z tonikiem.
Wkruszyłem do szklanki trochę lodu, dodałem plasterek cytryny i usiadłem
przy małym drewnianym stole w ogrodzie za domem. Patrzyłem poprzez łąkę
na las i choć widok nie był tak atrakcyjny jak ten roztaczający się z okien przychodni, to cieszył oko. Piłem powoli, a gdy skończyłem,
zrobiłem sobie omlet i też zjadłem na zewnątrz. Upał z lekka ustępował.
Niebo pociemniało i nieśmiało pojawiały się na nim pierwsze gwiazdy.
Myślałem o tym, co dzieje się kilka kilometrów dalej. Cała aktywność
skoncentrowała się tam pewnie na spokojnym dawniej skrawku ziemi, na
którym mali Yatesowie natrafili na swoje znalezisko. Próbowałem
wyobrazić sobie Sally Palmer bezpieczną i roześmianą, jakby to mogło
mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Jednak z jakiegoś powodu nie
potrafiłem przywołać jej obrazu. Odsuwając w czasie chwilę, gdy będę
musiał położyć się do łóżka i próbować zasnąć, siedziałem tam do czasu,
aż ciemnogranatowy aksamit nieba gęsto upstrzyły rozmigotane iskierki,
cętki od dawna martwego światła.
Obudziłem się gwałtownie, mokry od potu i zadyszany. Rozejrzałem się
wkoło, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Po chwili oprzytomniałem. Stałem
nagi, wychylony przez otwarte okno, którego dolna krawędź wpijała mi się
w uda. Odsunąłem się chwiejnym krokiem i usiadłem na łóżku. W świetle
księżyca biała zmięta pościel wydawała się niemal fosforyzująca.
Czekałem, aż serce mi się uspokoi. Łzy powoli wysychały mi na twarzy.
Znowu przyśnił mi się ten sen.
Zły sen.
Jak zawsze był tak sugestywny, że to świat po przebudzeniu zdawał się
iluzją, a on -?rzeczywistością. To było najbardziej okrutne. Bo w snach
Kara i Alice, moja żona i sześcioletnia córka, nadal żyły, widziałem je,
rozmawiałem z nimi. Dotykałem ich. W snach mogłem wierzyć, że mamy
jeszcze przyszłość, nie tylko przeszłość.
Bałem się ich. Nie tak jak koszmarów, bo w ich treści nie było nic
przerażającego. O nie, wręcz przeciwnie.
Bałem się ich, bo zawsze następowało przebudzenie.
A wtedy rozpacz i strata były tak żywe jak wtedy, gdy to się stało.
Nieraz ocknąłem się w innym miejscu, niż zasnąłem, moje lunatykujące
ciało działało bezwolnie. Stojąc, jak teraz, przy otwartym oknie albo na
szczycie stromych schodów, nie pamiętając, jak się tam dostałem ani jaki
podświadomy impuls mną kierował.
Drżałem, choć nocne powietrze było lepkie i ciepłe. Z dali dochodziło
szczekanie samotnego lisa. Po jakimś czasie położyłem się do łóżka, a potem długo gapiłem w sufit, aż cienie spłowiały i ciemność ustąpiła.
Rozdział 4
Mgła jeszcze płynęła nad bagnami, gdy
młoda kobieta zamknęła za sobą drzwi i rozpoczęła poranny bieg. Lyn
Metcalf była wysportowana, biegła lekko i sprężyście. Naciągnięty
mięsień łydki już się goił, ale i tak na niego uważała, łagodnymi,
miarowymi susami przemierzając wąską alejkę odchodzącą spod jej domu. W połowie drogi na dół skręciła na zarośniętą ścieżkę prowadzącą przez
mokradło nad jezioro.
Źdźbła długiej trawy, jeszcze mokre i zimne od rosy, smagały jej nogi.
Wzięła głęboki oddech, rozkoszując się porankiem. Nie przepadała za
poniedziałkami, ale nie mogła sobie wyobrazić lepszego początku
tygodnia. Była to jej ulubiona pora dnia, dopiero potem będzie musiała
się martwić saldami na rachunkach rolników i drobnych przedsiębiorców,
którzy na jej rady reagują pretensjami, dopiero potem dzień przybierze
mniej optymistyczny kształt, dopiero potem zepsują go inni ludzie. Teraz
wszystko było jeszcze świeże i wyraziste, zredukowane do rytmicznego
uderzania stóp o ziemię i jednostajnego świstu oddechu.
Lyn uważała, że jest w dobrej kondycji fizycznej jak na swoje
trzydzieści jeden lat. Była dumna, że potrafi narzucić sobie dyscyplinę,
dzięki której utrzymuje formę i nadal dobrze się prezentuje w obcisłych
spodenkach i krótkiej koszulce. Nie była jednak na tyle próżna, żeby się
tym chełpić. Lubiła biegać, a to ułatwiało sprawę. Lubiła stawiać sobie
wyzwania, docierać do swoich granic i iść o krok dalej. Jeśli istniał
lepszy sposób na rozpoczęcie dnia, niż wsunąć buty do biegania i pokonać
kilka kilometrów, zanim świat obudzi się do życia, to go nie znała.
No dobrze, nie licząc seksu. Ale ten ostatnio stracił swój czar. Nadal
było dobrze; sam widok Marcusa zmywającego pod prysznicem pył tynku -
woda spływająca po ciemnych włoskach na jego ciele upodabniała je do
futerka wydry -?nadal wywoływał u niej skurcz w podbrzuszu. Ale gdy poza
przyjemnością był w tym inny cel, gasił radość u nich obojga. Zwłaszcza
że nie został osiągnięty.
Jak dotąd.
Przeskoczyła przez głęboką koleinę, nie łamiąc rytmu. Złamać rytm,
przerwać cykl, zaburzyć regularność, pomyślała gorzko. Tego właśnie
bym chciała. Jeśli chodzi o cykle, jej organizm był wyregulowany jak
szwajcarski zegarek. Co miesiąc niezawodnie, niemal co do dnia,
zaczynało się znienawidzone krwawienie, oznaczające koniec kolejnego
okresu i nowe rozczarowanie. Lekarze twierdzili, że wszystko z nią i Marcusem jest w najlepszym porządku. U niektórych par po prostu trwa to
dłużej, nikt nie wie dlaczego. Próbujcie dalej, mówili. Więc próbowali,
z początku z zapałem, śmiejąc się, że lekarz zalecił im to, do czego i tak nie trzeba ich namawiać. Recepta na seks, żartował Marcus. Jednak
dowcipy stopniowo przestawały śmieszyć, zastępowane przez coś, co nie do
końca można było nazwać desperacją, jeszcze nie wtedy. Lecz już formował
się jej embrion -?jeśli nie coś więcej -?zaczynając rzucać cień na
wszystko inne, podkopywać każdy aspekt ich związku.
Żadne z nich nie chciało tego przyznać. Ale tak właśnie było. Wiedziała,
że Marcusowi trudno pogodzić się z tym, że to ona zarabia więcej w swoim
małym biurze rachunkowym niż on na budowie. Jeszcze nie zaczęły się
wzajemne oskarżenia, ale bała się, że są od nich tylko o krok. Miała
świadomość, że jest tak samo zdolna do przypuszczenia ataku jak Marcus.
Niby zapewniali się, że nie ma się czym martwić, że nie ma pośpiechu.
Jednak starali się już od lat, a za cztery lata ona skończy trzydzieści
pięć, czyli będzie w wieku, który zawsze postrzegała jako graniczny.
Szybko zrobiła bilans. W sumie czterdzieści osiem cykli menstruacyjnych.
Zatrważająco niewiele. Czterdzieści osiem potencjalnych rozczarowań.
Tylko że w tym miesiącu było inaczej. W tym miesiącu rozczarowanie
spóźniało się o trzy dni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki