David Hunter (tom 1). Chemia śmierci - Simon Beckett

Kup ebooka

44.99 zł
34.64 zł (26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Rozkład zaczyna się cztery minuty po śmierci. To, co dotąd było koko­nem życia, teraz prze­cho­dzi ostat­nią meta­mor­fozę. Zaczyna tra­wić samo sie­bie. Komórki roz­pusz­czają się od środka. Tkanki zamie­niają się w ciecz, potem w gaz. Mar­twe ciało staje się pożywką dla innych orga­ni­zmów. Naj­pierw dla bak­te­rii, potem dla owa­dów. Dla much. Z jaj zło­żo­nych przez muchy wylę­gają się larwy. Wykar­mione na odżyw­czej zupie, zaczy­nają migro­wać. Opusz­czają ciało w spo­sób upo­rząd­ko­wany, jedna za drugą w mono­li­tycz­nej pro­ce­sji, która zawsze kie­ruje się na połu­dnie. Cza­sem na połu­dniowy wschód lub połu­dniowy zachód, jed­nak ni­gdy na pół­noc. Nikt nie wie dla­czego.

Do tej pory białko zawarte w mię­śniach zdą­żyło się roz­ło­żyć, zamie­nia­jąc się w stę­żony roz­twór che­miczny. Tru­jący dla roślin, nisz­czy trawę, po któ­rej suną larwy, two­rząc pępo­winę śmierci roz­ście­la­jącą się aż do miej­sca, skąd wyszły. W sprzy­ja­ją­cych warun­kach -?gdy jest, dajmy na to, sucho i gorąco -?taki koły­szący się ryt­micz­nie sznur tłu­stych żół­tych czerwi może cią­gnąć się metrami. Jest to widok cie­kawy, a ludzie cie­kaw­scy instynk­tow­nie tro­pią takie zja­wi­ska aż do źró­dła. W taki wła­śnie spo­sób mali Yate­so­wie zna­leźli to, co pozo­stało z Sally Pal­mer.

Neil i Sam natknęli się na szlak czerwi na skraju lasu Farn­hama, w miej­scu, gdzie zaczyna się bagno. Był dopiero drugi tydzień lipca, a zda­wało się, że to dziwne lato trwa już całe wieki. Nie­prze­rwany upał wypłu­kał drzewa z kolo­rów i spiekł zie­mię na kość. Chłopcy szli do Wil­low Hole, zaro­śnię­tej szu­wa­rami sadzawki, która słu­żyła za miej­scowy basen. Mieli się spo­tkać z kole­gami i spę­dzić nie­dzielne popo­łu­dnie na ska­ka­niu do cie­płej zie­lo­nej wody z gałęzi rosną­cego obok drzewa. Takie były plany.

Widzę, jak idą znu­dzeni i apa­tyczni, otę­piali od upału i poiry­to­wani sobą nawza­jem. Jede­na­sto­letni Neil, trzy lata star­szy od brata, na prze­dzie, osten­ta­cyj­nie demon­stru­jąc swoje znie­cier­pli­wie­nie. W ręku trzyma patyk, któ­rym smaga łodygi i gałę­zie. Sam drep­cze z tyłu, co chwila pocią­ga­jąc nosem. Nie od prze­zię­bie­nia, tylko od kataru sien­nego, który podraż­nia mu też oczy. Pomógłby mu łagodny lek anty­hi­sta­mi­nowy, ale on jesz­cze o tym nie wie. Zawsze latem pociąga nosem. Zawsze niczym cień star­szego brata cho­dzi ze zwie­szoną głową. Dla­tego to on, a nie jego brat, zauważa wstęgę czerwi.

Naj­pierw przy­staje, by się jej przyj­rzeć, i dopiero potem woła Neila. Neil jest nie­chętny, ale widzi, że Sam coś zna­lazł. Udaje, że nie robi to na nim wra­że­nia, choć falu­jąca wstęga larw intry­guje go tak samo jak brata. Kucają nad roba­kami, odgar­nia­jąc z podob­nych twa­rzy ciemne włosy i marsz­cząc nosy od woni amo­niaku. I cho­ciaż żaden z nich nie będzie potra­fił sobie przy­po­mnieć, czyj to był pomysł, by spraw­dzić, skąd przy­szły, myślę, że wpadł na to Neil. To prze­cież on zauwa­żył larwy, a teraz znów miał oka­zję udo­wod­nić swoją wyż­szość. Więc to Neil rusza pierw­szy, kie­ru­jąc się ku pożół­kłym kępom bagien­nej trawy, skąd sunie ośli­zgły kon­dukt, a Sam za nim.

Czy wyczuli smród? Pew­nie tak. Był na tyle silny, by prze­do­stać się przez zatkane zatoki Sama. Zapewne domy­ślali się, co go wydziela. Wycho­wani na wsi, dobrze znali cykl życia i śmierci. Muchy też musiały wzbu­dzić ich nie­po­kój, senne brzę­cze­nie prze­sy­ca­jące upalne powie­trze. Jed­nak wbrew ocze­ki­wa­niom nie zna­leźli tru­chła owcy czy jele­nia. Nagie zwłoki Sally Pal­mer, nie do roz­po­zna­nia w świe­tle słońca, całe poru­szały się od falu­ją­cej chmary robac­twa buzu­ją­cego pod skórą, wypły­wa­ją­cego ustami i nosem, a także innymi, mniej oczy­wi­stymi, otwo­rami ciała. Czer­wie, które z nich wycho­dziły, two­rzyły sku­pi­sko na ziemi, a potem odpeł­zały w sze­regu. To chyba bez zna­cze­nia, który z chłop­ców uciekł pierw­szy, ale myślę, że był to Neil. Sam jak zawsze poszedł za przy­kła­dem star­szego brata, sta­ra­jąc się dotrzy­mać mu kroku w pędzie naj­pierw do domu, a potem na poste­ru­nek poli­cji.

A potem do mnie.

Oprócz łagod­nego leku na uspo­ko­je­nie poda­łem Samowi dawkę anty­hi­sta­miny na katar sienny. Nie on jeden miał już wtedy zaczer­wie­nione oczy. Neil też był wstrzą­śnięty tym, co odkryli, choć powoli odzy­ski­wał swój dzie­cięcy ani­musz. Więc to przede wszyst­kim on, a nie Sam, opo­wie­dział mi, co się stało, zaczy­na­jąc już prze­ku­wać suro­wość tego doświad­cze­nia w formę bar­dziej zno­śną, w opo­wieść, którą można prze­ka­zy­wać z ust do ust. I miał ją jesz­cze opo­wia­dać wie­lo­krot­nie, wiele lat po tra­gicz­nych wyda­rze­niach tego przed­wcze­śnie doj­rza­łego lata, jako ten, któ­rego odkry­cie wszystko zapo­cząt­ko­wało.

Ale to nie­prawda. To zaczęło się i żyło wśród nas już wcze­śniej, tylko nie zda­wa­li­śmy sobie z tego sprawy.

Rozdział 2

Przy­je­cha­łem do Man­ham trzy lata wcze­śniej, póź­nym popo­łu­dniem wyjąt­kowo desz­czo­wego marca. Gdy wysia­dłem na sta­cji, zale­d­wie małym pero­nie na bez­lu­dziu, uka­zał mi się zmyty desz­czem kra­jo­braz, pozba­wiony zarówno kon­tu­rów, jak i śla­dów ludz­kiego życia. Sta­łem z walizką w ręku, chło­nąc ota­cza­jący mnie pej­zaż, pra­wie nie czu­jąc kro­pel desz­czu ska­pu­ją­cych mi za koł­nierz. Wokół bagna i mokra­dła, pła­sko aż po hory­zont, tylko gdzie­nie­gdzie zagaj­nik nagich drzew.

Ni­gdy przed­tem nie byłem w Bro­ads, ni­gdy przed­tem nie byłem nawet w Nor­folk. Ogar­nęło mnie doj­mu­jące wra­że­nie obco­ści. Popa­trzy­łem na tę otwartą prze­strzeń, zaczerp­ną­łem zim­nego wil­got­nego powie­trza i poczu­łem -?mini­malną -?ulgę. Wpraw­dzie Man­ham nie wyglą­dało zachę­ca­jąco, ale nie było Lon­dy­nem, a to już plus.

Nikt nie wyszedł mi na spo­tka­nie, nie zamó­wi­łem też żad­nego trans­portu ze sta­cji -?nie wyka­za­łem się aż tak wielką dale­ko­wzrocz­no­ścią. Sprze­da­łem samo­chód i całą resztę, nie zasta­no­wiw­szy się, jak dostanę się do mia­steczka. Wtedy jesz­cze nie myśla­łem z pełną jasno­ścią. Choć pew­nie gdy­bym w ogóle poświę­cił temu chwilę namy­słu, to z wiel­ko­miej­ską aro­gan­cją zało­żył­bym, że zastanę tak­sówkę, sklep, cokol­wiek. Ale nie było ani postoju tak­só­wek, ani budki tele­fo­nicz­nej. Poża­ło­wa­łem, że pozby­łem się komórki. Pod­nio­słem walizkę i ruszy­łem w stronę szosy. Gdy do niej dotar­łem, mia­łem tylko dwie moż­li­wo­ści: prawo lub lewo. Bez waha­nia skrę­ci­łem w lewo. Tak po pro­stu. Po mniej wię­cej stu metrach dosze­dłem do skrzy­żo­wa­nia z wypło­wia­łym drew­nia­nym zna­kiem dro­go­wym, prze­chy­lo­nym w dół, jakby wska­zy­wał jakiś ważny punkt pod mokrą zie­mią. Ale przy­naj­mniej dowie­dzia­łem się, że idę we wła­ści­wym kie­runku.

Gdy w końcu doczła­pa­łem do Man­ham, zaczy­nało już zmierz­chać. Po dro­dze minęły mnie ze dwa samo­chody, ale żaden się nie zatrzy­mał. Oprócz nich pierw­szymi ozna­kami życia było kilka gospo­darstw roz­rzu­co­nych z rzadka daleko od drogi. Po chwili w pół­mroku ujrza­łem przed sobą kościelną wieżę, jakby do połowy ugrzę­złą w ziemi. Poja­wił się też chod­nik, wąski i śli­ski od desz­czu, ale i tak lep­szy od krza­cza­stego pobo­cza, któ­rym sze­dłem od sta­cji. Za kolej­nym zakrę­tem uka­zało się mia­steczko, dosłow­nie wyra­sta­jąc spod ziemi.

By­naj­mniej nie wyglą­dało jak z wido­kówki. Było za bar­dzo zabu­do­wane, zbyt tasiem­co­wate jak na typową angiel­ską pro­win­cję. Na obrze­żach wid­niało pasmo przed­wo­jen­nych kamie­nic, zaraz za nimi zaczy­nały się kamienne domy ze ścia­nami prze­ty­ka­nymi nie­fo­rem­nymi bry­łami krze­mie­nia - im bli­żej cen­trum, tym star­sze, z każ­dym kro­kiem cofa­łem się w prze­szłość. Gla­zu­ro­wane desz­czem, wtu­lały się jeden w drugi, a ich mar­twe okna łypały na mnie z obo­jętną podejrz­li­wo­ścią.

Po chwili wzdłuż drogi wyro­sły nie­czynne sklepy, za któ­rymi jesz­cze wię­cej domów nikło w desz­czo­wym mroku. Miną­łem szkołę, pub i dosze­dłem do skwerku. Aż skrzył się od żon­kili, ich roz­ko­ły­sane desz­czem żółte kie­li­chy na tle tej całej buro­ści osza­ła­miały kolo­rem. Nad trawą nagie gałę­zie roz­pi­nał gigan­tyczny kasz­ta­no­wiec. Z tyłu, w oto­cze­niu poro­śnię­tych mchem wyko­śla­wio­nych nagrob­ków, wzno­sił się nor­mań­ski kościół, ten sam, któ­rego wieżę widzia­łem z szosy. Podob­nie jak tamte stare domy, mury upstrzone miał krze­mie­niem, twar­dymi kamie­niami wiel­ko­ści pię­ści, które opie­rały się dzia­ła­niu żywio­łów. Jed­nak tynk, w któ­rym je osa­dzono, nie był tak trwały i nosił ślady dzia­ła­nia czasu, a okna i drzwi lekko się spa­czyły, podą­ża­jąc za osu­wa­ją­cym się przez wieki grun­tem.

Przy­sta­ną­łem. Na końcu drogi, która bie­gła przede mną, widać było jesz­cze wię­cej domów. Wyglą­dało na to, że to wszystko, co Man­ham ma do zaofe­ro­wa­nia. W nie­któ­rych oknach paliły się świa­tła, ale poza tym nie było śla­dów życia. Sta­łem w desz­czu, nie bar­dzo wie­dząc, w którą stronę się udać. Po chwili usły­sza­łem jakiś hałas i zoba­czy­łem dwóch ogrod­ni­ków pra­cu­ją­cych na cmen­ta­rzu. Nie zwa­ża­jąc na deszcz i gasnące świa­tło, gra­bili traw­nik mię­dzy sta­rymi nagrob­kami. Nie spoj­rzeli, gdy pod­sze­dłem.

-?Wie­dzą pano­wie, któ­rędy do przy­chodni? -?spy­ta­łem z twa­rzą ocie­ka­jącą desz­czem.

Męż­czyźni prze­rwali pracę i pod­nie­śli na mnie wzrok. Pomimo róż­nicy wieku byli do sie­bie podobni, jak dzia­dek i wnu­czek. Na ich twa­rzach malo­wała się ta sama łagodna apa­tycz­ność, obaj wpa­try­wali się we mnie spo­koj­nymi cha­bro­wymi oczami. Star­szy zro­bił kilka kro­ków w stronę wąskiej alejki obro­śnię­tej drze­wami, bie­gną­cej po dru­giej stro­nie skwerku.

-?Tędy. Pro­sto.

Jego akcent, trudno roz­róż­nialny zle­pek samo­gło­sek brzmiący obco dla moich mia­sto­wych uszu, był kolej­nym dowo­dem na to, że nie jestem już w Lon­dy­nie. Podzię­ko­wa­łem ogrod­ni­kom, ale zdą­żyli powró­cić do swo­ich zajęć. Ruszy­łem alejką, kro­ple ska­pu­jące z roz­po­star­tych nad nią gałęzi potę­go­wały łoskot desz­czu. Po chwili dosze­dłem do sze­ro­kiej bramy przed wąskim pod­jaz­dem. Na słu­pie wisiała tabliczka z napi­sem "Bank House", a pod nią druga, mosiężna, z nazwi­skiem "Dr H. Maitland". Pod­jazd, wysa­dzany cisami, biegł łagod­nie w górę mię­dzy zadba­nymi rabat­kami, po czym opa­dał na dzie­dzi­niec impo­nu­ją­cego geo­r­giań­skiego domisz­cza. Otar­łem zabło­cone buty o wie­kową żela­zną klamrę zamo­co­waną przy drzwiach wej­ścio­wych, unio­słem ciężką kołatkę i gło­śno zastu­ka­łem. Mia­łem ude­rzyć jesz­cze raz, ale drzwi się otwo­rzyły. Wyj­rzała z nich kor­pu­lentna kobieta w śred­nim wieku, z nie­na­gan­nie uło­żo­nymi wło­sami.

-?Słu­cham? -?spy­tała.

-?Ja do dok­tora Maitlanda.

Kobieta zmarsz­czyła brwi.

-?Przy­chod­nia nie­czynna. A pan dok­tor nie odbywa wizyt domo­wych.

-?Nie, nie o to... Byłem umó­wiony. -?Moje słowa nie wywo­łały żad­nej reak­cji. Zda­łem sobie sprawę, jak muszę wyglą­dać po godzin­nym spa­ce­rze w desz­czu. -?W spra­wie pracy. David Hun­ter.

Twarz kobiety się roz­pro­mie­niła.

-?Och, naj­moc­niej prze­pra­szam. Nie zda­wa­łam sobie sprawy. Sądzi­łam... Pro­szę wejść. -?Cof­nęła się, by mnie wpu­ścić. -?Boże jedyny, ależ pan prze­mókł. Z daleka pan idzie?

-?Od sta­cji.

-?Od sta­cji? Prze­cież to kilka kilo­me­trów! -?Już mi poma­gała zdjąć płaszcz. -?Dla­czego pan do nas od razu nie zadzwo­nił? Wysła­li­by­śmy kogoś. -?Nie odpo­wie­dzia­łem. Prawda była taka, że nie przy­szło mi to do głowy. -?Pro­szę do salonu. Pali się w kominku. Nie, niech pan zostawi walizkę -?powie­działa, odwie­siw­szy mój płaszcz. Uśmiech­nęła się. Dopiero teraz zauwa­ży­łem napię­cie wyma­lo­wane na jej twa­rzy. To, co wcze­śniej wzią­łem za oschłość, było po pro­stu zmę­cze­niem. -?Nikt jej nie ukrad­nie.

Popro­wa­dziła mnie do prze­stron­nego, wyło­żo­nego boaze­rią pokoju. Naprze­ciw kominka, w któ­rym żarzył się stos polan, stał zużyty skó­rzany che­ster­field. Na pod­ło­dze leżał per­ski kobie­rzec, stary, lecz na­dal piękny. Spoza niego wysta­wały pola­kie­ro­wane deski pod­ło­gowe w kolo­rze ciem­nej umbry. Pach­niało sosną i dymem z drewna.

-?Niech pan spo­cznie. Zawia­do­mię pana dok­tora. Może her­baty?

Był to kolejny znak, że nie jestem już w mie­ście. Tam zapro­po­no­wano by mi kawę. Podzię­ko­wa­łem, a gdy wyszła, wbi­łem wzrok w ogień. Prze­mar­z­łem i teraz w jego cie­ple ogar­nęła mnie sen­ność. Za oknem zapadł już zmrok. Deszcz dud­nił o szyby. Fotel był miękki i wygodny. Powieki same mi się zamy­kały. Nagle poczu­łem, że głowa mi opada, i w popło­chu zerwa­łem się na równe nogi. W jed­nej chwili poczu­łem się cał­kiem wyczer­pany, fizycz­nie i psy­chicz­nie. Jed­nak obawa przed zaśnię­ciem zwy­cię­żyła.

Gdy kobieta wró­ciła, wciąż sta­łem przed komin­kiem.

-?Pan pozwoli za mną... Pan dok­tor jest w swoim gabi­ne­cie.

Posze­dłem za nią kory­ta­rzem, deski skrzy­piały przy każ­dym kroku. Lekko zapu­kała do ostat­nich drzwi i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, uchy­liła je poufale. Uśmiech­nęła się znowu, wpusz­cza­jąc mnie do środka.

-?Zaraz przy­niosę her­baty -?powie­działa, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Męż­czy­zna sie­dział przy biurku. Przez chwilę patrzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu. Nawet zza biurka wyglą­dał na wyso­kiego. Miał gru­bo­ko­ści­stą twarz pooraną bruz­dami i gęste włosy, kre­mowe raczej niż siwe. Kru­czo­czarne brwi nie pozwa­lały posą­dzać go o jaką­kol­wiek star­czą sła­bość, a osa­dzone pod nimi oczy były czujne i świ­dru­jące. Obrzu­cił mnie nie­od­gad­nio­nym spoj­rze­niem. Stro­pi­łem się, uświa­do­miw­szy sobie, że nie pre­zen­tuję się naj­le­piej.

-?Dobry Boże, cał­kiem pan prze­mókł! -?burk­nął szorstko, ale przy­jaź­nie.

-?Przy­sze­dłem ze sta­cji pie­chotą. Nie było tak­sówki.

Prych­nął.

-?Nasze piękne Man­ham jak zawsze gościnne. Trzeba było zawia­do­mić, że przy­je­dzie pan dzień wcze­śniej. Zała­twił­bym pod­wózkę.

-?Jak to dzień wcze­śniej? -?powtó­rzy­łem.

-?No tak to. Spo­dzie­wa­łem się pana dopiero jutro.

Nagle uświa­do­mi­łem sobie, dla­czego sklepy były poza­my­kane. Była nie­dziela. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak zabu­rzone mia­łem poczu­cie czasu. Męż­czy­zna uda­wał, że nie zauważa, jak spe­szyła mnie ta gafa.

-?Nie­ważne. Jest pan, to jest. Będzie miał pan wię­cej czasu, by się zado­mo­wić. Henry Maitland. Miło mi poznać.

Podał mi dłoń, nie wsta­jąc. Dopiero teraz zauwa­ży­łem, że sie­dzi na wózku inwa­lidz­kim. Pod­sze­dłem, by uści­snąć mu rękę, ale zdą­żył zauwa­żyć moje waha­nie. Uśmiech­nął się cierpko.

-?Teraz pan rozu­mie, skąd to ogło­sze­nie.

Zna­la­złem je w "Time­sie", w dziale "Praca", krótka notka, łatwa do prze­ocze­nia. Jed­nak z jakie­goś powodu to na niej zatrzy­ma­łem wzrok. Pro­win­cjo­nalna przy­chod­nia poszu­kuje leka­rza rodzin­nego, umowa na czas okre­ślony. Pół roku, z miesz­ka­niem. Lecz to loka­li­za­cja naj­bar­dziej mnie prze­ko­nała. Nie żebym jakoś spe­cjal­nie marzył o pracy aku­rat w Nor­folk, ale Nor­folk leżało daleko od Lon­dynu. Apli­ko­wa­łem bez więk­szej nadziei czy szcze­gól­nego zapału, więc gdy tydzień póź­niej otwie­ra­łem list, spo­dzie­wa­łem się uprzej­mej odmowy. Zamiast tego zapro­po­no­wano mi posadę. Musia­łem aż dwa razy go prze­czy­tać, zanim to do mnie dotarło. W innych oko­licz­no­ściach zasta­na­wiał­bym się, gdzie jest haczyk. Tylko że w innych oko­licz­no­ściach w ogóle nie przy­szłoby mi do głowy sta­rać się o tę pracę.

Odpi­sa­łem, że przyj­muję pro­po­zy­cję.

Teraz patrzy­łem na mojego nowego pra­co­dawcę, ponie­wcza­sie zasta­na­wia­jąc się, w co też się wpa­ko­wa­łem. Jakby czy­ta­jąc mi w myślach, pla­snął dłońmi o uda.

-?Wypa­dek samo­cho­dowy. -?W jego gło­sie nie było krzty zaże­no­wa­nia czy bia­do­le­nia. -?Być może za jakiś czas odzy­skam czę­ściową wła­dzę w nogach, ale zanim to się sta­nie, sam tutaj sobie nie pora­dzę. Przez ostatni rok zatrud­nia­łem miej­sco­wych na zastęp­stwo, ale mam już tego dość. Co tydzień nowa gęba. Nikomu to nie słu­żyło. Nie­ba­wem się pan zorien­tuje, że zmiany to w Man­ham rzecz nie­mile widziana. -?Się­gnął po fajkę i tytoń leżące na biurku. -?Nie będzie panu szko­dzić?

-?Nie, o ile nie szko­dzi i panu.

Maitland par­sk­nął śmie­chem.

-?Dobra odpo­wiedź. Ale nie jestem pań­skim pacjen­tem, pro­szę o tym nie zapo­mi­nać -?prze­rwał na chwilę, zbli­ża­jąc zapałkę do cybu­cha. -?No więc... -?pod­jął, wypusz­cza­jąc dym. -?Będzie to dla pana nie lada zmiana po pracy na uni­wer­sy­te­cie, czyż nie? Nasze Man­ham to nie Lon­dyn. -?Spoj­rzał na mnie znad cybu­cha. Cze­ka­łem, aż spyta o moje doświad­cze­nie zawo­dowe. Nie spy­tał. -?Jeśli naszły pana jakieś wąt­pli­wo­ści, to naj­le­piej wyrzu­cić je z sie­bie teraz.

-?Nie naszły -?odpar­łem.

Poki­wał głową z zado­wo­le­niem.

-?Świet­nie. Na razie zatrzyma się pan tutaj. Janice pokaże panu pokój. Spo­tkamy się na obie­dzie, to omó­wimy resztę spraw i będzie pan mógł zacząć już jutro. Przy­chod­nię otwie­ramy o dzie­wią­tej.

-?Mogę o coś spy­tać?

Uniósł wycze­ku­jąco brwi.

-?Dla­czego zde­cy­do­wał się pan na mnie?

Męczyło mnie to. Nie na tyle, bym nie przy­jął tej pracy, ale jed­nak.

-?Wyda­wał się pan odpo­wied­nią osobą. Świetne kwa­li­fi­ka­cje, dosko­nałe refe­ren­cje, goto­wość do pod­ję­cia pracy w zapa­dłej dziu­rze, i to za marne gro­sze, które ofe­ruję.

-?Spo­dzie­wa­łem się roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej.

Zacią­gnąw­szy się dymem, zbył moją uwagę mach­nię­ciem fajki.

-?Na roz­mowy trzeba mieć czas. A ja potrze­bo­wa­łem kogoś, kto może zacząć od razu. Poza tym ufam swo­jej intu­icji.

Miał w sobie jakieś krze­piące poczu­cie pew­no­ści. Dopiero dużo póź­niej, nad szkla­neczką whi­sky, gdy już nie było wąt­pli­wo­ści, że zostaję, wyznał mi ze śmie­chem, że byłem jedy­nym kan­dy­da­tem. Wtedy jed­nak taka oczy­wi­sta ewen­tu­al­ność nie przy­szła mi do głowy.

-?Uprze­dza­łem pana, że nie mam dużego doświad­cze­nia w medy­cy­nie rodzin­nej. Skąd pew­ność, że sobie pora­dzę?

-?A pan jak myśli? Że sobie pora­dzi?

Odpo­wie­dzia­łem dopiero po chwili, po raz pierw­szy zasta­na­wia­jąc się nad tym pyta­niem. Przy­je­cha­łem tutaj bez więk­szego namy­słu. Chcia­łem tylko uciec od miej­sca i od ludzi, wśród któ­rych prze­by­wa­nie było zbyt bole­sne. Znowu pomy­śla­łem o tym, jak się pre­zen­tuję. O dzień za wcze­śnie, prze­mok­nięty do cna. Nie mia­łem nawet na tyle rozumu, by scho­wać się przed desz­czem.

-?Tak -?odpar­łem.

-?No i świet­nie. -?Ton miał oschły, ale pobrzmie­wała w nim zawa­diacka nuta. -?Poza tym to tylko cza­sowa posada. I będę miał pana na oku. - Przy­ci­snął guzik na biurku. Gdzieś w głębi domu ode­zwał się dzwo­nek. - Kola­cję jemy zwy­kle około ósmej, jeśli wyro­bimy się z pacjen­tami. Niech pan odpocz­nie. Ma pan ze sobą bagaże czy dojadą póź­niej?

-?Mam ze sobą. Zosta­wi­łem u pana żony.

Wyglą­dał na zdzi­wio­nego, potem uśmiech­nął się nie­zręcz­nie.

-?Janice to moja gospo­sia -?rzu­cił. -?Jestem wdow­cem.

Cie­pło pokoju jakby spo­wi­jało mnie koko­nem.

-?To tak jak ja. -?Poki­wa­łem głową.

Tak oto zosta­łem leka­rzem rodzin­nym w Man­ham. Z tej też przy­czyny trzy lata póź­niej byłem jedną z pierw­szych osób, które dowie­działy się o zna­le­zi­sku w lesie Farn­hama. Oczy­wi­ście nikt nie wie­dział, kim była ofiara, nie na początku. Zwa­żyw­szy na stan zwłok, chłopcy nie potra­fili nawet stwier­dzić, czy to męż­czy­zna, czy kobieta. Po powro­cie do domu nie wie­dzieli już, czy zwłoki były nagie, czy nie. W pew­nym momen­cie Sam powie­dział, że to coś miało skrzy­dła, po czym stro­pił się i zamilkł, a Neil tylko patrzył pustym wzro­kiem. Cokol­wiek widzieli, nie mie­ściło się w żad­nych zna­nych im kate­go­riach, a teraz ich pamięć odma­wiała współ­pracy. Zga­dzali się tylko co do tego, że był to czło­wiek. Mar­twy czło­wiek. I choć ich opis morza czerwi suge­ro­wał, że denat lub denatka mieli rany, to dobrze wie­działem, jak zmarli potra­fią nas zwo­dzić. Nie było powodu, żeby domnie­my­wać naj­gor­sze.

Jesz­cze nie wtedy.

Tym dziw­niej­sze było zacho­wa­nie ich matki. Linda Yates sie­działa w swoim malut­kim salo­nie, ota­cza­jąc ramie­niem naj­młod­szego syna, wtu­lo­nego w nią i bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia wpa­tru­ją­cego się w jaskrawy ekran tele­wi­zora. Ich ojciec, rol­nik, nie wró­cił jesz­cze z pracy. Zadzwo­niła do mnie, gdy chłopcy przy­bie­gli do domu, roz­hi­ste­ry­zo­wani, nie mogąc zła­pać tchu. Choć była nie­dziela po połu­dniu, w mie­ści­nie tak małej i odizo­lo­wa­nej jak Man­ham na­dal się pra­co­wało.

Cze­ka­li­śmy na przy­jazd poli­cji. Naj­wy­raź­niej nie widzieli powodu do pośpie­chu, ja jed­nak czu­łem się zobli­go­wany pozo­stać. Poda­łem Samowi śro­dek uspo­ka­ja­jący, nie­wiele moc­niej­szy niż pla­cebo, i nie­chęt­nie wysłu­cha­łem tej samej histo­rii z ust jego brata. Sta­ra­łem się nie słu­chać. Dosko­nale wie­dzia­łem, co mogli tam zoba­czyć.

Nic, o czym chciał­bym sobie przy­po­mi­nać.

Okno w salo­nie było otwarte na oścież, lecz nie wpa­dał przez nie żaden podmuch wia­tru. Na zewnątrz paliło ośle­pia­jące słońce.

-?To Sally Pal­mer -?oznaj­miła nie­spo­dzie­wa­nie Linda Yates.

Spoj­rza­łem na nią ze zdzi­wie­niem. Sally Pal­mer miesz­kała sama na małej far­mie tuż za Man­ham. Atrak­cyjna kobieta po trzy­dzie­stce, prze­nio­sła się do Man­ham kilka lat przede mną, odzie­dzi­czyw­szy gospo­dar­stwo po wuju. Na­dal hodo­wała kilka kóz, a dzięki wię­zom krwi nie była trak­to­wana jak cał­kiem obca; na pewno mniej niż ja, nawet teraz, po latach. To jed­nak, że była pisarką, rodziło dystans i spra­wiało, że więk­szość sąsia­dów odno­siła się do niej z mie­sza­niną podziwu i podejrz­li­wo­ści.

Nie sły­sza­łem, by mówiono o jej zagi­nię­ciu.

-?Dla­czego pani tak twier­dzi?

-?Śniła mi się.

Nie takiej odpo­wie­dzi się spo­dzie­wa­łem. Spoj­rza­łem na chłop­ców. Sam, już spo­koj­niej­szy, chyba nie słu­chał, ale Neil wpa­try­wał się w matkę i wie­dzia­łem, że cokol­wiek zosta­nie tu powie­dziane, roz­nie­sie się po Man­ham, jak tylko wyjdę za próg. Moje mil­cze­nie uznała za wyraz scep­ty­cy­zmu.

-?Stała na przy­stanku, cała we łzach. Spy­ta­łam, co się stało, ale nie odpo­wie­działa. Potem spoj­rza­łam na drogę, a gdy wró­ci­łam do niej wzro­kiem, już jej nie było.

Nie wie­dzia­łem, co powie­dzieć.

-?Takie rze­czy nie śnią się bez powodu -?dodała. -?A ta przy­śniła się wła­śnie dla­tego.

-?Spo­koj­nie, Lindo. Nie wiemy jesz­cze kto to. To może być każdy.

Popa­trzyła na mnie tak, jakby chciała powie­dzieć, że się mylę, ale że nie zamie­rza się kłó­cić. Ulżyło mi, gdy roz­le­gło się puka­nie do drzwi, oznaj­mia­jące przy­jazd poli­cji.

Poli­cjan­tów przy­je­chało dwóch i obaj byli dosko­na­łym przy­kła­dem pro­win­cjo­nal­nej służby mun­du­ro­wej. Star­szy, o rumia­nej twa­rzy, co jakiś czas okra­szał roz­mowę jowial­nym mru­gnię­ciem oka, co było mało sto­sowne w tych oko­licz­no­ściach.

-?No więc co? Podobno zna­leź­li­ście zwłoki, dobrze sły­sza­łem? -?zagad­nął wesoło, posy­ła­jąc mi poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, wyra­ża­jące pobłaż­li­wość czło­wieka doro­słego dla chło­pię­cej wyobraźni. Sam wciąż tulił się do matki, a Neil, zastra­szony obec­no­ścią wła­dzy mun­du­ro­wej we wła­snym domu, mam­ro­tał coś pod nosem w odpo­wie­dzi na pyta­nia poli­cjanta.

Nie trwało to długo. Star­szy poli­cjant zamknął notes.

-?No dobra, trzeba się przejść i rzu­cić okiem. Który z was pokaże nam, gdzie to?

Sam jesz­cze moc­niej przy­warł do matki. Neil się nie ode­zwał, ale twarz mu pobla­dła. Opo­wia­dać o tym to jedno. Ale wró­cić tam to co innego. Ich matka popa­trzyła na mnie z nie­po­ko­jem w oczach.

-?To chyba nie naj­lep­szy pomysł -?rzu­ci­łem.

Kre­tyń­ski, popra­wi­łem się w duchu. Wystar­cza­jąco dużo jed­nak mia­łem do czy­nie­nia z poli­cją, by wie­dzieć, że podej­ście dyplo­ma­tyczne spraw­dza się lepiej niż kon­fron­ta­cyjne.

-?Więc jak mamy je zna­leźć, skoro żaden z nas nie zna tej oko­licy? - spy­tał.

-?W samo­cho­dzie mam mapę. Pokażę panom, któ­rędy iść.

Poli­cjant nie pró­bo­wał ukryć nie­za­do­wo­le­nia. Wyszli­śmy na dwór, mru­żąc oczy ośle­pieni nagłą jasno­ścią. Chłopcy miesz­kali w ostat­nim z rzędu małych dom­ków z kamie­nia. Samo­chody zapar­ko­wa­li­śmy przy alejce. Otwo­rzy­łem mojego land rovera, wyją­łem mapę i roz­ło­ży­łem na masce. Słońce odbi­jało się od wysłu­żo­nej karo­se­rii, parzą­cej z nagrza­nia.

-?To jakieś trzy mile stąd. Będzie­cie musieli zosta­wić samo­chód i przejść przez bagno do lasu. Z tego, co mówili, zwłoki są gdzieś tutaj.

Wska­za­łem na mapę. Poli­cjant chrząk­nął.

-?Mam lep­szy pomysł. Może sam pan nas zapro­wa­dzi, skoro mały nie może. - Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. -?Pan chyba zna oko­licę.

Wyraz jego twa­rzy nie pozo­sta­wiał mi wyboru. Powie­dzia­łem, żeby za mną jechali, i odpa­li­łem sil­nik. Czuć było roz­grza­nym pla­sti­kiem. Opu­ści­łem obie szyby do oporu i chwy­ci­łem za kie­row­nicę. Parzyła w dło­nie. Gdy zorien­to­wa­łem się, że ści­skam ją tak mocno, że aż zbie­lały mi knyk­cie, uży­łem całej siły woli, żeby się odprę­żyć.

Drogi były wąskie i kręte, ale nie jecha­li­śmy daleko. Zapar­ko­wa­łem na pożło­bio­nej kole­inami łacie spie­czo­nej ziemi, ocie­ra­jąc drzwiami o pożół­kły żywo­płot. Radio­wóz, kole­biąc się, zaha­mo­wał tuż za mną. Poli­cjanci wysie­dli. Star­szy pod­cią­gał spodnie w pasie, młod­szy, z twa­rzą czer­woną od słońca i podraż­nioną od gole­nia, trzy­mał się tro­chę z tyłu.

-?Przez bagno bie­gnie ścieżka -?powie­dzia­łem. -?Zapro­wa­dzi was do lasu. To jakieś kil­ka­set metrów.

Star­szy otarł pot z czoła. Pod pachami na bia­łej koszuli odzna­czały mu się ciemne mokre pół­kola. Roz­ta­czał cierpką woń potu. Zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na wid­nie­jący w oddali las, i potrzą­snął głową.

-?Ech, takie histo­rie w taki upał... Łaskawy pan pew­nie nie raczy nas zapro­wa­dzić tam, gdzie to niby jest? -?spy­tał z nadzieją i kpiną w gło­sie jed­no­cze­śnie.

-?Jak doj­dzie­cie do lasu, to będę wie­dział tyle co wy -?odpar­łem. - Wypa­truj­cie larw.

Młod­szy zaśmiał się, ale po chwili stro­pił pod groź­nym spoj­rze­niem tego dru­giego.

-?Nie powin­ni­ście wezwać docho­dze­niówki? -?spy­ta­łem.

Prych­nął.

-?Podzię­kują nam, że nie faty­go­wa­li­śmy ich na oglę­dziny jele­niego tru­chła. Bo zwy­kle na to wycho­dzi.

-?Chłopcy twier­dzą co innego.

-?No cóż, pozwoli pan, że sam to oce­nię. -?Dał znak młod­szemu. - Idziemy, miejmy to już za sobą.

Patrzy­łem, jak prze­ci­skają się przez szcze­linę w żywo­pło­cie i kie­rują w stronę lasu. Nie pro­sił mnie, żebym na nich zacze­kał. Bo i po co. Dopro­wa­dzi­łem ich naj­da­lej, jak mogłem -?reszta to ich robota.

Jed­nak nie ruszy­łem się z miej­sca. Wró­ci­łem do samo­chodu i wyją­łem butelkę wody spod sie­dze­nia. Była cie­pła, ale zaschło mi w ustach. Zało­ży­łem oku­lary i opar­łem się o zaku­rzony zie­lony spoj­ler, patrząc w kie­runku lasu. Syl­wetki poli­cjan­tów zdą­żyły się już roz­pły­nąć w otwar­tej prze­strzeni bagna. Upał, prze­sy­cony brzę­cze­niem i cyka­niem owa­dów, nada­wał powie­trzu przy­dy­mione, meta­liczne zabar­wie­nie. Obok prze­le­ciała roz­tań­czona para ważek. Wzią­łem jesz­cze jeden łyk wody i zer­k­ną­łem na zega­rek. Wpraw­dzie nie mia­łem dziś dyżuru w przy­chodni, ale zna­la­zł­bym coś lep­szego do roboty, niż stać przy dro­dze i cze­kać, co też tam znajdą. Pew­nie mieli rację. Być może chłopcy widzieli tylko jakąś padlinę. Reszta to dzieło wyobraźni i prze­ra­że­nia.

A jed­nak na­dal nie rusza­łem się z miej­sca.

Chwilę póź­niej zoba­czy­łem, że idą w moją stronę. Białe koszule falo­wały na tle wypło­wia­łej trawy. Już z oddali dostrze­głem bla­dość na ich twa­rzach. Młod­szy chyba nie wie­dział, że ma na koszuli mokrą plamę wymio­cin. Bez słowa poda­łem mu butelkę wody. Wziął ją z wdzięcz­no­ścią.

Star­szy uni­kał mojego wzroku.

-?Cho­lera, brak zasięgu -?burk­nął, idąc do radio­wozu.

Sta­rał się odzy­skać wcze­śniej­szą dezyn­wol­turę, ale nie do końca mu się uda­wało.

-?Więc jed­nak nie jeleń -?ode­zwa­łem się.

Rzu­cił mi ponure spoj­rze­nie.

-?Chyba nie ma potrzeby zaj­mo­wać panu wię­cej czasu.

Zacze­kał, aż wsiądę do swo­jego samo­chodu, i dopiero wtedy zadzwo­nił. Gdy odjeż­dża­łem, na­dal mówił przez radio. Młod­szy stał ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, w ręku bez­wład­nie trzy­ma­jąc butelkę wody.

Posta­no­wi­łem wró­cić do przy­chodni. Myśli fur­ko­tały mi w gło­wie, ale siłą woli usta­wi­łem prze­słonkę, trzy­ma­jąc je z dala jak muchy. Odga­nia­łem je z wysił­kiem, ale natrętne nie prze­sta­wały wybrzę­ki­wać swo­jej pie­śni w mojej pod­świa­do­mo­ści. Doje­cha­łem do szosy pro­wa­dzą­cej do Man­ham. Ręka powę­dro­wała mi na kie­run­kow­skaz, ale ją zatrzy­ma­łem. Odru­chowo pod­ją­łem decy­zję, któ­rej kon­se­kwen­cje mia­łem pono­sić przez następne tygo­dnie, która miała odmie­nić moje życie. I nie tylko moje. Poje­cha­łem przed sie­bie. Na farmę Sally Pal­mer.

Rozdział 3

Farma była z jed­nej strony ogro­dzona drze­wami, a z pozo­sta­łych oto­czona bagnem. Land rover pod­ska­ki­wał na kole­inach, wzbi­ja­jąc w powie­trze tumany pyłu. Zapar­ko­wa­łem na nie­rów­nym bruku, jedy­nej pozo­sta­ło­ści po podwó­rzu, i wysia­dłem. W słońcu poły­ski­wała wysoka sto­doła z bla­chy fali­stej. Dom poma­lo­wano na biało i choć farba wypło­wiała i łusz­czyła się, to w słońcu na­dal była ośle­pia­jąco jasna. Po obu stro­nach drzwi wej­ścio­wych wisiały zie­lone skrzynki na kwiaty, jedyne plamy koloru w tym wybla­kłym pej­zażu.

Zwy­kle gdy Sally była w domu, jesz­cze zanim zdą­żyło się zapu­kać, na powi­ta­nie wybie­gała Bess, jej roz­sz­cze­kana bor­der col­lie. Ale nie dzi­siaj. Przez okna też nie było widać zna­ków życia, ale to nie musiało nic zna­czyć. Pod­sze­dłem do drzwi i zapu­ka­łem. Dopiero teraz zda­łem sobie sprawę, że nie mam dobrego pre­tek­stu do odwie­dzin. Cze­ka­jąc, wpa­try­wa­łem się w hory­zont i zasta­na­wia­łem, co powiem, jeśli otwo­rzy. Chyba mogłem po pro­stu powie­dzieć prawdę, ale wtedy wyszedł­bym na jakieś medium, jak, nie przy­mie­rza­jąc, Linda Yates. Poza tym Sally mogłaby mnie źle zro­zu­mieć, uznać, że powo­dem mojej wizyty jest coś wię­cej niż palący nie­po­kój, któ­rego nie potra­fi­łem wyja­śnić.

Choć nie łączyła nas z Sally zażyła zna­jo­mość, to trudno nazwać ją też czy­sto przy­godną. W swoim cza­sie widy­wa­li­śmy się dość czę­sto. Nic w tym zresztą dziw­nego -?oboje byli­śmy spoza tego świata, oboje przy­je­cha­li­śmy tu z Lon­dynu, łączyła nas wiel­ko­miej­ska prze­szłość. Sally była w moim wieku, otwarta i towa­rzy­ska. No i atrak­cyjna. Mile wspo­mi­nam te kilka wie­czo­rów, gdy umó­wi­li­śmy się w pubie na drinka.

Do niczego wię­cej jed­nak nie doszło. Gdy wyczu­łem, że może chcieć cze­goś wię­cej, wyco­fa­łem się. Z początku zare­ago­wała zdzi­wie­niem, ale ponie­waż sprawy mię­dzy nami ni­gdy tak naprawdę nie miały oka­zji się roz­wi­nąć, nie poja­wiło się roz­go­ry­cze­nie czy zakło­po­ta­nie. Gdy na sie­bie potem wpa­da­li­śmy, wciąż miło nam się gawę­dziło, ale na tym koniec.

Zadba­łem o to.

Jesz­cze raz zapu­ka­łem do drzwi. Pamię­tam, że odczu­łem ulgę, gdy nie otwo­rzyła. Naj­wy­raź­niej gdzieś poszła, co ozna­czało, że nie będę musiał tłu­ma­czyć się z mojej wizyty. Szcze­rze mówiąc, sam nie rozu­mia­łem, co mnie do niej skło­niło. Nie byłem prze­sądny i w prze­ci­wień­stwie do Lindy Yates nie wie­rzy­łem w prze­czu­cia. Tylko że Linda nie mówiła o prze­czu­ciu. Mówiła o śnie. A ja dosko­nale wiem, jak suge­stywne potra­fią być sny. Suge­stywne i bała­mutne.

Odwró­ci­łem się od drzwi i sta­ra­łem się prze­kie­ro­wać myśli na inny tor. Nie ma jej i tyle, rzu­ci­łem w duchu, zły na samego sie­bie. Co ja sobie wyobra­ża­łem? To, że zgi­nął jakiś auto­sto­po­wicz czy orni­to­log ama­tor, nie zna­czy, że wolno mi pusz­czać wodze fan­ta­zji.

Zatrzy­ma­łem się w poło­wie drogi do samo­chodu. Coś nie dawało mi spo­koju, ale dopiero gdy zawró­ci­łem, zorien­to­wa­łem się co. Cho­dziło o skrzynki na kwiaty. Rośliny były suche i mar­twe. Sally ni­gdy by do tego nie dopu­ściła. Wró­ci­łem pod drzwi. Zie­mia w donicz­kach była spie­czona na kamień. Nie piła wody od wielu dni, a może jesz­cze dłu­żej. Zapu­ka­łem i zawo­ła­łem Sally po imie­niu. Gdy nie usły­sza­łem odpo­wie­dzi, naci­sną­łem klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Moż­liwe, że miesz­ka­jąc tutaj, Sally porzu­ciła ten zwy­czaj. Z dru­giej jed­nak strony była z mia­sta, jak ja, a stare nawyki trudno zmie­nić. Drzwi zablo­ko­wały się na ster­cie listów. Gdy je pchną­łem, koperty ześli­zgnęły się minia­tu­rową lawiną. Prze­sze­dłem nad nimi i skie­ro­wa­łem się do kuchni. Wyglą­dała tak, jak ją zapa­mię­ta­łem: wesołe cytry­no­wo­żółte ściany, masywne rusty­kalne meble i kilka ele­men­tów świad­czą­cych o tym, że Sally nie do końca wyzbyła się swo­jej wiel­ko­miej­sko­ści -?elek­tryczna wyci­skarka do soku, eks­pres do kawy ze stali nie­rdzew­nej i duży dobrze zaopa­trzony sto­jak na wino.

Poza nagro­ma­dze­niem listów wszystko wyda­wało się w porządku. Jed­nak w domu uno­siła się zatę­chła woń, prze­po­jona sło­dy­czą gni­ją­cych owo­ców. Wydo­by­wała się z gli­nia­nej miski sto­ją­cej na sosno­wym kre­den­sie. Roz­kła­da­jąca się kom­po­zy­cja mar­twej natury: kilka poczer­nia­łych bana­nów, jabłek i poma­rań­czy pokry­tych bia­łym nalo­tem ple­śni. Zwię­dłe kwiaty, już nie­roz­po­zna­walne, zwi­sały bez­wład­nie z wazonu na stole. Szu­flada przy zle­wie była do połowy wysu­nięta, jakby Sally nie zdą­żyła jej domknąć. Odru­chowo pod­sze­dłem, by ją wsu­nąć, jed­nak się powstrzy­ma­łem.

Może wyje­chała na waka­cje, powie­dzia­łem w myślach. Albo nie miała czasu wyrzu­cić sta­rych owo­ców i kwia­tów. Jest mnó­stwo moż­li­wych wyja­śnień. Ale wtedy już chyba zna­łem prawdę, jak Linda Yates.

Zasta­na­wia­łem się, czy nie spraw­dzić pozo­sta­łych pomiesz­czeń, ale porzu­ci­łem ten pomysł. Widocz­nie już postrze­ga­łem jej dom jak poten­cjalne miej­sce zbrodni i nie chcia­łem zadep­ty­wać śla­dów. Wysze­dłem na zewnątrz. Kozy Sally miesz­kały w zagródce na tyłach domu. Jedno spoj­rze­nie wystar­czyło, bym się poważ­nie zanie­po­koił. Były prze­raź­li­wie wychu­dzone, kilka na­dal stało na nogach, ale więk­szość leżała na boku, nie­przy­tomna albo mar­twa. Wyja­dły pra­wie całą trawę z zagrody, a gdy pod­sze­dłem do meta­lo­wego koryta, oka­zało się, że nie ma w nim wody. Obok walał się szlauch, z któ­rego pew­nie je napeł­niano. Prze­wie­si­łem go przez kra­wędź koryta i posze­dłem na prze­ciw­le­gły kra­niec do hydrantu. Chlu­snęła woda i jedna czy dwie kozy przy­drep­tały, żeby się napić.

Spro­wa­dzę wete­ry­na­rza, ale naj­pierw zadzwo­nię na poli­cję, pomy­śla­łem. Wyją­łem tele­fon, ale nie było zasięgu. Zasięg wokół Man­ham był jak sito, co spra­wiało, że na komór­kach nie można było pole­gać. Odsze­dłem dalej i poja­wiło się kilka kre­sek. Już mia­łem wybrać numer, gdy za zardze­wia­łym płu­giem zauwa­ży­łem mały ciemny kształt. Pod­sze­dłem nie­chęt­nie, prze­czu­wa­jąc, co to może być.

W suchej tra­wie leżało ciało Bess, mar­twego owczarka Sally. Wyda­wała się malutka, futro miała zmierz­wione i zaku­rzone. Odwró­ci­łem się, odpę­dza­jąc muchy, które opa­dły mnie, wyczuw­szy śwież­szą pożywkę. Zdą­ży­łem jed­nak dostrzec, że głowa psa była pra­wie cał­kiem odcięta.

Upał zda­wał się przy­bie­rać na sile. Odru­chowo posze­dłem z powro­tem do samo­chodu. Powstrzy­ma­łem ochotę, by wsiąść i odje­chać. Zamiast tego znowu zadzwo­ni­łem. Cze­ka­jąc na odpo­wiedź poli­cji, wpa­try­wa­łem się w odle­głą zie­loną smugę lasu.

Nie po raz kolejny. Nie tutaj.

W tele­fo­nie ode­zwał się meta­liczny głos. Odwró­ci­łem się.

-?Chciał­bym zgło­sić zagi­nię­cie -?powie­dzia­łem.

Inspek­tor Mac­ken­zie był krę­pym i zawa­diac­kim męż­czy­zną, może z rok lub dwa star­szym ode mnie. Pierw­sze, co mi się rzu­ciło w oczy, to jego nie­na­tu­ral­nie sze­ro­kie bary. Dolna część ciała wyda­wała się zupeł­nie nie­pro­por­cjo­nalna -?krót­kie nogi zakoń­czone absur­dal­nie rachi­tycz­nymi sto­pami. Wyglą­dałby jak kary­ka­tura kul­tu­ry­sty, gdyby nie pękaty zarys brzu­cha i ema­nu­jąca z jego osoby groźna aura znie­cier­pli­wie­nia, która naka­zy­wała brać go na poważ­nie. Cze­ka­łem przy samo­cho­dzie, pod­czas gdy on i ubrany po cywil­nemu sier­żant poszli zer­k­nąć na psa. Szli spa­ce­ro­wym kro­kiem, bez pośpie­chu, nie­mal z obo­jęt­no­ścią. To jed­nak, że zamiast mun­du­ro­wych przy­je­chał tu główny inspek­tor wydziału śled­czego, było zna­kiem, że trak­tują sprawę poważ­nie. Po chwili wró­cił, a sier­żant wszedł do domu spraw­dzić pomiesz­cze­nia.

-?Niech pan jesz­cze raz opo­wie, dla­czego pan tu przy­je­chał.

Spo­wi­jała go woń płynu po gole­niu i potu, z led­wie wyczu­walną nutą mięty. Przez rzed­nące rude włosy prze­świ­ty­wała mu opa­lona na czer­wono skóra głowy, ale jeśli czuł jaki­kol­wiek dys­kom­fort, sto­jąc w peł­nym słońcu, to nie dawał po sobie poznać.

-?Byłem w pobliżu. Pomy­śla­łem, że wstą­pię.

-?Z towa­rzy­ską wizytą, tak?

-?Chcia­łem się upew­nić, że wszystko u niej w porządku.

Nie chcia­łem mie­szać w to Lindy Yates, o ile nie zostanę przy­party do muru. Jako jej lekarz uzna­łem, że mówi mi to w zaufa­niu, a poza tym nie sądzi­łem, by poli­cjant był zain­te­re­so­wany tym, co się komu przy­śniło. Podob­nie zresztą jak ja sam. Tylko że, nie­za­leż­nie od tego, co mie­ściło się w naszych kry­te­riach racjo­nal­no­ści, Sally znik­nęła.

-?Kiedy widział pan pannę Pal­mer po raz ostatni? -?spy­tał Mac­ken­zie.

Zasta­no­wi­łem się.

-?Nie w ostat­nich kilku tygo­dniach.

-?Może odro­binę bar­dziej pre­cy­zyj­nie?

-?Jakieś dwa tygo­dnie temu w pubie. Na let­nim grillu.

-?Przy­szła tam z panem?

-?Nie, ale roz­ma­wia­li­śmy.

Zdaw­kowo. Cześć, co u cie­bie? W porządku, do zoba­cze­nia. Dość banalne jak na ostat­nie poże­gna­nie. Jeśli tym wła­śnie to było, zre­flek­to­wa­łem się. Choć wtedy nie mia­łem już wąt­pli­wo­ści.

-?I teraz tak po pro­stu posta­no­wił ją pan odwie­dzić...

-?Usły­sza­łem, że zna­le­ziono zwłoki. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszystko z nią w porządku.

-?Skąd pan ma pew­ność, że to były zwłoki kobiety?

-?Nie mam. Ale uzna­łem, że nie zaszko­dzi, jeśli spraw­dzę, czy u Sally wszystko dobrze.

-?Jaka łączy was rela­cja?

-?Chyba kole­żeń­stwo.

-?Bli­skie?

-?Raczej nie.

-?Sypia­cie ze sobą?

-?Nie.

-?A sypia­li­ście?

Chcia­łem mu powie­dzieć, żeby pil­no­wał swo­ich spraw. Ale prze­cież to wła­śnie robił. W takich oko­licz­ność pry­wat­ność to żaden argu­ment, byłem tego świa­dom.

-?Nie.

Patrzył na mnie bez słowa. Odwza­jem­ni­łem jego spoj­rze­nie. Po chwili wyjął z kie­szeni paczkę mię­tó­wek. Gdy nie­śpiesz­nie wkła­dał cukie­rek do ust, zauwa­ży­łem na jego szyi pie­przyk o dziw­nym kształ­cie. Scho­wał mię­tówki, nie czę­stu­jąc mnie.

-?Więc żadne romanse, czy­ste kole­żeń­stwo, tak?

-?Zna­li­śmy się, to wszystko.

-?I mimo to czuł się pan w obo­wiązku przyjść i spraw­dzić, czy wszystko u niej dobrze. Aku­rat pan.

-?Mieszka tutaj sama. To odlu­dzie, nawet jak na nasze stan­dardy.

-?Nie mógł pan do niej zadzwo­nić?

To mnie zafra­po­wało.

-?Nie przy­szło mi to do głowy.

-?Ma komórkę? -?Odpar­łem, że tak. -?Zna pan numer?

Mia­łem go w pamięci tele­fonu. Odszu­ka­łem go, wie­dząc, o co zaraz mnie spyta, i czu­jąc się głu­pio, że sam o tym nie pomy­śla­łem.

-?Zadzwo­nić? -?spy­ta­łem, zanim zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć.

-?No raczej.

Cze­ka­jąc na połą­cze­nie, czu­łem na sobie jego wzrok. Zasta­na­wia­łem się, co odpo­wiem, gdy Sally odbie­rze. Jed­nak tak naprawdę nie wie­rzy­łem, że to zrobi.

Otwo­rzyło się okno sypialni i wyj­rzał przez nie sier­żant.

-?Pro­szę pana, w torebce dzwoni tele­fon.

Zza jego ple­ców dobie­gał cichy sygnał, coś jak elek­tro­niczne plu­ska­nie. Zakoń­czy­łem połą­cze­nie. Dzwo­nie­nie ustało. Mac­ken­zie ski­nął głową do sier­żanta.

-?To my. Pra­cuj dalej.

Sier­żant się scho­wał. Mac­ken­zie potarł pod­bró­dek.

-?To nic nie zna­czy -?skwi­to­wał.

Nie odpo­wie­dzia­łem.

Wes­tchnął.

-?Rany, co za upał. -?Po raz pierw­szy dał po sobie poznać, że w ogóle go odczuwa. -?Zejdźmy z tej patelni.

Sta­nę­li­śmy w cie­niu domu.

-?Zna pan kogoś z jej rodziny? -?spy­tał. -?Kogoś, kto mógłby wie­dzieć, gdzie jest panna Pal­mer?

-?Nie­stety. Odzie­dzi­czyła ten dom, ale o ile mi wia­domo, nie ma w oko­licy żad­nej rodziny.

-?A zna­jomi? Nie licząc pana?

Mógł być w tym jakiś haczyk, ale trudno powie­dzieć.

-?Znała ludzi w Man­ham, ale nie wiem kogo kon­kret­nie.

-?Miała kochanka? -?spy­tał, obser­wu­jąc moją reak­cję.

-?Nie mam poję­cia. Przy­kro mi.

Odchrząk­nął, zer­ka­jąc na zega­rek.

-?I co dalej? -?spy­ta­łem. -?Spraw­dzi­cie, czy DNA ciała pasuje do próbki z domu?

Obrzu­cił mnie spoj­rze­niem.

-?Widać, że zna się pan na rze­czy.

Czu­łem, jak twarz mi pur­pu­ro­wieje.

-?Nie­spe­cjal­nie.

Cie­szy­łem się, że nie drą­żył tematu.

-?Nie wiemy jesz­cze, czy to miej­sce zbrodni. Mamy kobietę, która może zagi­nęła, a może nie. To wszystko. Póki co nic jej nie wiąże ze zna­le­zio­nymi zwło­kami.

-?A pies?

-?Może zaata­ko­wało go jakieś zwie­rzę.

-?Z tego, co widzę, rana na gar­dle wygląda na ciętą, a nie szar­paną. Zro­biło ją ostrze.

Znowu doce­nił mnie spoj­rze­niem, a ja zbesz­ta­łem się w myślach za długi język. Teraz jestem leka­rzem. Tylko leka­rzem.

-?Zoba­czymy, co powie­dzą kole­dzy z kry­mi­na­li­styki -?powie­dział. -?A nawet jeśli to jej zwłoki, to mogła popeł­nić samo­bój­stwo.

-?Sam pan w to nie wie­rzy.

Już miał coś odpo­wie­dzieć, ale się roz­my­ślił.

-?Nie, nie wie­rzę. Co nie zna­czy, że mam wycią­gać pochopne wnio­ski.

Drzwi domu się otwo­rzyły i sta­nął w nich sier­żant, potrzą­sa­jąc głową.

-?Nic. Ale w kory­ta­rzu i salo­nie paliło się świa­tło.

Mac­ken­zie poki­wał głową, jakby się tego spo­dzie­wał.

-?Nie będziemy pana dłu­żej zatrzy­my­wać -?zwró­cił się do mnie. -?Wyślemy do pana czło­wieka, żeby spi­sał zezna­nia. Był­bym wdzięczny, gdyby z nikim pan o tym nie roz­ma­wiał.

-?Oczy­wi­ście.

Pró­bo­wa­łem stłu­mić iry­ta­cję, że w ogóle o tym wspo­mniał. Odwró­cił się, mówiąc coś do sier­żanta. Ruszy­łem w swoją stronę, ale po chwili się zawa­ha­łem.

-?Jesz­cze jedno -?rzu­ci­łem. Obrzu­cił mnie poiry­to­wa­nym spoj­rze­niem. - Pie­przyk na pań­skiej szyi. To pew­nie nic, ale nie zaszko­dzi prze­ba­dać.

Odsze­dłem, a oni odpro­wa­dzili mnie wzro­kiem.

Poje­cha­łem z powro­tem do mia­steczka, czu­jąc się jak otę­piały. Droga bie­gła obok Man­ham Water, płyt­kiego jeziorka, które rok za rokiem po tro­chu tra­ciło swoją powierzch­nię na rzecz zara­sta­ją­cych je szu­wa­rów. Taflę miało gładką jak lustro, naru­szoną tylko przez stadko gęsi, które na niej wylą­do­wało. Ani jezioro, ani dopły­wa­jące do niego z bagien rze­czułki nie nada­wały się do żeglugi, a w pobliżu Man­ham nie było żad­nej rzeki, więc zapa­leni żegla­rze-tury­ści omi­jali te rejony, robiąc latem desant na pozo­stałą część Bro­ads. Choć zale­d­wie kilka mil dzie­liło Man­ham od sąsied­nich mia­ste­czek, zda­wało się nale­żeć do jakiejś innej czę­ści Nor­folk, star­szej i mniej gościn­nej. Oto­czone lasami, łęgami i grzę­za­wi­skami, zarówno prze­no­śnie, jak i dosłow­nie było zamu­loną dziurą. Nie licząc spo­ra­dycz­nie zaglą­da­ją­cych tu orni­to­lo­gów ama­to­rów, Man­ham pozo­sta­wione było samo sobie i coraz bar­dziej pogrą­żało się w izo­la­cji od świata jak stary dzi­wak.

Jak na iro­nię tego wie­czoru ską­pane w słońcu wyglą­dało nie­mal rado­śnie. Grządki kwietne przed kościo­łem i na skwerku były niczym kolo­rowe stem­ple, jaskrawe do bólu oczu. Sta­ran­nie pie­lę­gno­wane przez sta­rego Geo­rge'a Masona i jego wnuka Toma -?ogrod­ni­ków, któ­rych pozna­łem tuż po przy­jeź­dzie -?były dla miesz­kań­ców Man­ham jed­nym z nie­licz­nych powo­dów do dumy. Nawet sto­jący na skraju traw­nika Pomnik Męczen­nicy został ustro­jony gir­landą kwia­tów przez dzieci z tutej­szej szkoły. Było to coroczne święto -?deko­ro­wa­nie sta­rego kamie­nia młyń­skiego, przy któ­rym w XVI stu­le­ciu sąsie­dzi ponoć uka­mie­no­wali jakąś nie­szczę­sną kobietę. Według poda­nia, po tym, jak wyle­czyła nie­mowlę z para­liżu, oskar­żono ją o czary. Henry żar­to­wał, że tylko w Man­ham za dobre uczynki dostaje się czapę i że obaj powin­ni­śmy wycią­gnąć z tego lek­cję.

Nie mia­łem ochoty wra­cać do domu, więc skrę­ci­łem do przy­chodni. Czę­sto tam bywa­łem, nawet wtedy, gdy nie mia­łem dyżuru. W domu zda­rzało mi się czuć samot­nie, a w przy­chodni mia­łem przy­naj­mniej złu­dze­nie pracy. Wsze­dłem tyl­nymi drzwiami pro­wa­dzą­cymi do wydzie­lo­nej poradni. Stara oran­że­ria, z powie­trzem gęstym i wil­got­nym od kwia­tów, które Janice pie­lę­gno­wała z czu­ło­ścią, słu­żyła teraz za recep­cję i pocze­kal­nię. Część pomiesz­czeń na par­te­rze została zamie­niona na pry­watne kwa­tery Henry'ego. Ale te mie­ściły się w prze­ciw­le­głej czę­ści domu, który był na tyle duży, by pomie­ścić nas wszyst­kich. Ja zają­łem dawny gabi­net Henry'ego. Gdy zamkną­łem za sobą drzwi, poczu­łem kojący zapach sta­rego drewna i psz­cze­lego wosku. Choć od dnia przy­jazdu korzy­sta­łem z tego pomiesz­cze­nia pra­wie codzien­nie, to ze sta­rym obra­zem olej­nym przed­sta­wia­ją­cym scenę myśliw­ską, sekre­ta­rzy­kiem z żalu­zjo­wym zamknię­ciem i skó­rza­nym fote­lem wciąż sta­no­wiło ono bar­dziej odzwier­cie­dle­nie oso­bo­wo­ści jego poprzed­niego wła­ści­ciela niż mojej. Na pół­kach stały stare pisma i książki medyczne, a także inne, mniej typowe dla pro­win­cjo­nal­nego leka­rza: dzieła Kanta i Nie­tz­schego, cała półka poświę­cona psy­cho­lo­gii, która była koni­kiem Henry'ego. Moim jedy­nym wkła­dem w wystrój pokoju był moni­tor kom­pu­tera szu­miący cicho na biurku, inno­wa­cja, na którą po mie­sią­cach per­trak­ta­cji Henry w końcu przy­stał.

Jego stan zdro­wia nie popra­wił się na tyle, by mógł wró­cić do pracy na pełny etat. Tak jak jego wózek inwa­lidzki, tak samo moja cza­sowa umowa o pracę prze­kształ­ciła się w dłu­go­ter­mi­nową. Naj­pierw została prze­dłu­żona, potem, gdy Henry nabrał pew­no­ści, że nie będzie już w sta­nie pra­co­wać na wła­sną rękę, zmie­niona na umowę part­ner­ską. Nawet samo­chód, któ­rym jeź­dzi­łem, nale­żał kie­dyś do niego. Był to stary zaje­chany land rover defen­der z auto­ma­tyczną skrzy­nią bie­gów, zaku­piony po wypadku, w któ­rym zgi­nęła jego żona Diana, a z któ­rego Henry wyszedł spa­ra­li­żo­wany. Zakup ten był wyra­zem nadziei -?bo jesz­cze wtedy ją miał -?że będzie kie­dyś mógł pro­wa­dzić... i cho­dzić. Ale ni­gdy tak się nie stało. I ni­gdy tak się nie sta­nie, mówili mu leka­rze.

"Kono­wały -?obu­rzał się. -?Dać takiemu biały kitel, a już mu się wydaje, że jest Bogiem".

W końcu jed­nak musiał przy­znać, że mieli rację. Tak wła­śnie prze­ją­łem land rovera, a także -?krok po kroku -?więk­szość jego pacjen­tów. Na początku dzie­li­li­śmy pracę mniej wię­cej po poło­wie, ale z cza­sem coraz wię­cej zosta­wało dla mnie. Co nie prze­szka­dzało mu w oczach więk­szo­ści miesz­kań­ców Man­ham ucho­dzić za "tutej­szego pana dok­tora", ale dawno prze­sta­łem się tym przej­mo­wać. Jeśli cho­dzi o Man­ham, to wciąż byłem obcym i pew­nie tak już zosta­nie.

Teraz, w popo­łu­dnio­wym upale, pró­bo­wa­łem wejść na kilka stron medycz­nych, ale nie mogłem się sku­pić. Wsta­łem, by otwo­rzyć okna. Wia­trak na biurku się obra­cał, hała­śli­wie mie­ląc nabrzmiałe powie­trze, lecz ani tro­chę go nie ochła­dza­jąc. Otwo­rze­nie okien też miało zna­cze­nie wyłącz­nie psy­cho­lo­giczne. Wyj­rza­łem na zadbany ogród. Jak cała reszta przy­rody był wypa­lony do cna; krzaki i trawa nie­mal na oczach usy­chały od żaru. Gra­ni­czył z jezio­rem, oddzie­lo­nym jedy­nie niskim wałem chro­nią­cym przed corocz­nymi zimo­wymi powo­dziami. Do małego molo przy­cu­mo­wana była stara łódź Henry'ego, nie­wielka żaglówka, ale Man­ham Water było za płyt­kie na cokol­wiek innego. By­naj­mniej nie była to cie­śnina Solent i choć zda­rzały się mie­li­zny i trzci­no­wi­ska, przez które nie dawało się prze­pra­wić, to i tak obaj lubi­li­śmy po nim pły­wać.

Dzi­siaj nie było szans na wcią­gnię­cie żagla, jezioro całe zasty­gło w bez­ru­chu. Z tej per­spek­tywy od nieba oddzie­lała je tylko cienka linia odle­głego trzci­no­wi­ska. Wszę­dzie pła­sko i woda, pustka, która zależ­nie od nastroju mogła wywo­ły­wać uko­je­nie lub smu­tek.

Dziś wywo­łała to dru­gie.

-?Tak mi się zda­wało, że cię sły­sza­łem.

Odwró­ci­łem się, gdy Henry wjeż­dżał do pokoju.

-?Mam kilka spraw do zała­twie­nia -?powie­dzia­łem, zbie­ra­jąc roz­bie­gane myśli.

-?Gorąco jak w piecu -?wymam­ro­tał, zatrzy­mu­jąc się przed wia­tra­kiem.

Poza tym, że nie miał wła­dzy w nogach, wyglą­dał na okaz zdro­wia; kre­mo­wo­białe włosy oka­la­jące opa­loną twarz i prze­ni­kliwe ciemne oczy.

-?Podobno chłopcy Yate­sów zna­leźli zwłoki. Prawda to? Janice tylko o tym nada­wała, gdy przy­nio­sła obiad.

Zwy­kle w nie­dzielę Janice przy­no­siła na przy­kry­tym pół­mi­sku to, co ugo­to­wała dla sie­bie. Henry upie­rał się, że w nie­dzielę sam będzie sobie szy­ko­wał posiłki, ale zauwa­ży­łem, że ni­gdy spe­cjal­nie się jej nie prze­ciw­sta­wiał. Janice była dobrą kucharką i wydaje mi się, że jej uczu­cia wobec Henry'ego wykra­czały poza tro­skli­wość gosposi. Ponie­waż nie miała męża, sądzi­łem, że jej kry­ty­kanc­two wobec zmar­łej żony Henry'ego wynika przede wszyst­kim z zazdro­ści, choć nie­raz robiła alu­zje do jakie­goś daw­nego skan­dalu. Jasno dałem do zro­zu­mie­nia, że mnie to w ogóle nie inte­re­suje. Nawet jeśli mał­żeń­stwo Henry'ego nie było idyllą, jak je teraz przed­sta­wiał, nie zamie­rza­łem się zaj­mo­wać plot­kami.

Nie zdzi­wi­łem się jed­nak, że Janice sły­szała o tru­pie. Pew­nie już połowa mia­steczka o tym traj­ko­tała.

-?W lesie Farn­hama -?odpar­łem.

-?Pew­nie jakiś pta­siarz padł od upału przy­gnie­ciony swoim cięż­kim ple­ca­kiem.

-?Pew­nie tak.

Na ton mojego głosu uniósł ciemne brwi.

-?Więc co innego? Chyba nie chcesz powie­dzieć, że to zabój­stwo? No, no... tro­chę by się tu oży­wiła atmos­fera! -?rzu­cił z uśmie­chem, ale szybko spo­waż­niał, gdy mu nie zawtó­ro­wa­łem. -?Widzę, że żarty są tu nie na miej­scu.

Opo­wie­dzia­łem mu o wizy­cie w domu Sally Pal­mer, z nadzieją, że gdy ubiorę swoje domy­sły w słowa, nagle wyda­dzą się mało praw­do­po­dobne. Tak się nie stało.

-?Dobry Jezu... -?wes­tchnął ciężko Henry, gdy skoń­czy­łem. -?I poli­cja uważa, że to ona?

-?Nie powie­dzieli ani tak, ani nie. Chyba jesz­cze nie mogą nic zdra­dzać.

-?Co za paskudna histo­ria.

-?Może to nie ona.

-?Oczy­wi­ście, że nie ona. -?Henry przy­znał mi rację, ale widzia­łem, że nie wie­rzy w to tak samo jak ja. -?Nie wiem jak ty, ale napił­bym się cze­goś moc­niej­szego

-?Dzięki, ja na razie pasuję.

-?Oszczę­dzasz siły na Baranka?

Czarny Bara­nek był jedy­nym pubem w Man­ham. Czę­sto tam zaglą­da­łem, ale wie­dzia­łem, że tego wie­czoru roz­mowy będą się toczyły wokół tematu, któ­rego wola­łem nie poru­szać.

-?Nie, dzi­siaj chyba zostanę w domu -?odpo­wie­dzia­łem.

Miesz­ka­łem w sta­rym kamien­nym domu na obrze­żach Man­ham. Kupi­łem go, gdy stało się jasne, że zaba­wię tu dłu­żej niż pół roku. Henry prze­ko­ny­wał mnie, że mogę zostać u niego, że w Bank House jest miej­sca pod dostat­kiem. Sama piw­nica zmie­ści­łaby moją małą cha­łupkę. Chcia­łem jed­nak pójść na swoje, poczuć, że zapusz­czam tu korze­nie na stałe. I choć lubi­łem nowe miej­sce pracy, to nie chcia­łem w nim miesz­kać. Były chwile, gdy potrze­bo­wa­łem zamknąć za sobą drzwi i znik­nąć, licząc, że przez naj­bliż­sze kilka godzin nikt nie będzie mnie nie­po­koił tele­fo­nami.

To była jedna z takich chwil. Gdy prze­jeż­dża­łem obok kościoła, kilka osób drep­tało alejką na wie­czorne nabo­żeń­stwo. Wie­lebny Scars­dale witał ich w drzwiach. Był to star­szy ponury męż­czy­zna, za któ­rym nie prze­pa­da­łem. Urzę­do­wał tu jed­nak od wielu lat i miał paru lojal­nych para­fian. Pozdro­wi­łem gestem Judith Sut­ton, wdowę, która miesz­kała ze swoim doro­słym synem Ruper­tem, tęgim olbrzy­mem, zawsze czła­pią­cym dwa kroki za wład­czą matką. Roz­ma­wiała z Lee i Mar­jory Good­child, parą drę­twych hipo­chon­dry­ków, sta­łych bywal­ców przy­chodni. W ich mnie­ma­niu mój dyżur trwał dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę i już się prze­ra­zi­łem, że zaraz mnie przy­dy­bią na impro­wi­zo­waną kon­sul­ta­cję.

Ale tego wie­czoru ani oni, ani nikt inny nie pró­bo­wał mnie naga­by­wać. Zapar­ko­wa­łem na spę­ka­nej ziemi obok domu i wsze­dłem do środka. Wewnątrz było duszno. Otwo­rzy­łem okna naj­sze­rzej, jak się dało, i wyją­łem piwo z lodówki. Wpraw­dzie nie mia­łem ochoty iść do Baranka, ale potrze­bo­wa­łem się napić. Uświa­do­miw­szy sobie jak bar­dzo, odsta­wi­łem piwo do lodówki i nala­łem sobie dżinu z toni­kiem.

Wkru­szy­łem do szklanki tro­chę lodu, doda­łem pla­ste­rek cytryny i usia­dłem przy małym drew­nia­nym stole w ogro­dzie za domem. Patrzy­łem poprzez łąkę na las i choć widok nie był tak atrak­cyjny jak ten roz­ta­cza­jący się z okien przy­chodni, to cie­szył oko. Piłem powoli, a gdy skoń­czy­łem, zro­bi­łem sobie omlet i też zja­dłem na zewnątrz. Upał z lekka ustę­po­wał. Niebo pociem­niało i nie­śmiało poja­wiały się na nim pierw­sze gwiazdy. Myśla­łem o tym, co dzieje się kilka kilo­me­trów dalej. Cała aktyw­ność skon­cen­tro­wała się tam pew­nie na spo­koj­nym daw­niej skrawku ziemi, na któ­rym mali Yate­so­wie natra­fili na swoje zna­le­zi­sko. Pró­bo­wa­łem wyobra­zić sobie Sally Pal­mer bez­pieczną i roze­śmianą, jakby to mogło mieć jaki­kol­wiek wpływ na rze­czy­wi­stość. Jed­nak z jakie­goś powodu nie potra­fi­łem przy­wo­łać jej obrazu. Odsu­wa­jąc w cza­sie chwilę, gdy będę musiał poło­żyć się do łóżka i pró­bo­wać zasnąć, sie­dzia­łem tam do czasu, aż ciem­no­gra­na­towy aksa­mit nieba gęsto upstrzyły roz­mi­go­tane iskierki, cętki od dawna mar­twego świa­tła.

Obu­dzi­łem się gwał­tow­nie, mokry od potu i zady­szany. Rozej­rza­łem się wkoło, nie mając poję­cia, gdzie jestem. Po chwili oprzy­tom­nia­łem. Sta­łem nagi, wychy­lony przez otwarte okno, któ­rego dolna kra­wędź wpi­jała mi się w uda. Odsu­ną­łem się chwiej­nym kro­kiem i usia­dłem na łóżku. W świe­tle księ­życa biała zmięta pościel wyda­wała się nie­mal fos­fo­ry­zu­jąca. Cze­ka­łem, aż serce mi się uspo­koi. Łzy powoli wysy­chały mi na twa­rzy.

Znowu przy­śnił mi się ten sen.

Zły sen.

Jak zawsze był tak suge­stywny, że to świat po prze­bu­dze­niu zda­wał się ilu­zją, a on -?rze­czy­wi­sto­ścią. To było naj­bar­dziej okrutne. Bo w snach Kara i Alice, moja żona i sze­ścio­let­nia córka, na­dal żyły, widzia­łem je, roz­ma­wia­łem z nimi. Doty­ka­łem ich. W snach mogłem wie­rzyć, że mamy jesz­cze przy­szłość, nie tylko prze­szłość.

Bałem się ich. Nie tak jak kosz­ma­rów, bo w ich tre­ści nie było nic prze­ra­ża­ją­cego. O nie, wręcz prze­ciw­nie.

Bałem się ich, bo zawsze nastę­po­wało prze­bu­dze­nie.

A wtedy roz­pacz i strata były tak żywe jak wtedy, gdy to się stało. Nie­raz ock­ną­łem się w innym miej­scu, niż zasną­łem, moje luna­ty­ku­jące ciało dzia­łało bez­wol­nie. Sto­jąc, jak teraz, przy otwar­tym oknie albo na szczy­cie stro­mych scho­dów, nie pamię­ta­jąc, jak się tam dosta­łem ani jaki pod­świa­domy impuls mną kie­ro­wał.

Drża­łem, choć nocne powie­trze było lep­kie i cie­płe. Z dali docho­dziło szcze­ka­nie samot­nego lisa. Po jakimś cza­sie poło­ży­łem się do łóżka, a potem długo gapi­łem w sufit, aż cie­nie spło­wiały i ciem­ność ustą­piła.

Rozdział 4

Mgła jesz­cze pły­nęła nad bagnami, gdy młoda kobieta zamknęła za sobą drzwi i roz­po­częła poranny bieg. Lyn Met­calf była wyspor­to­wana, bie­gła lekko i sprę­ży­ście. Nacią­gnięty mię­sień łydki już się goił, ale i tak na niego uwa­żała, łagod­nymi, mia­ro­wymi susami prze­mie­rza­jąc wąską alejkę odcho­dzącą spod jej domu. W poło­wie drogi na dół skrę­ciła na zaro­śniętą ścieżkę pro­wa­dzącą przez mokra­dło nad jezioro.

Źdźbła dłu­giej trawy, jesz­cze mokre i zimne od rosy, sma­gały jej nogi. Wzięła głę­boki oddech, roz­ko­szu­jąc się poran­kiem. Nie prze­pa­dała za ponie­dział­kami, ale nie mogła sobie wyobra­zić lep­szego początku tygo­dnia. Była to jej ulu­biona pora dnia, dopiero potem będzie musiała się mar­twić sal­dami na rachun­kach rol­ni­ków i drob­nych przed­się­bior­ców, któ­rzy na jej rady reagują pre­ten­sjami, dopiero potem dzień przy­bie­rze mniej opty­mi­styczny kształt, dopiero potem zepsują go inni ludzie. Teraz wszystko było jesz­cze świeże i wyra­zi­ste, zre­du­ko­wane do ryt­micz­nego ude­rza­nia stóp o zie­mię i jed­no­staj­nego świ­stu odde­chu.

Lyn uwa­żała, że jest w dobrej kon­dy­cji fizycz­nej jak na swoje trzy­dzie­ści jeden lat. Była dumna, że potrafi narzu­cić sobie dys­cy­plinę, dzięki któ­rej utrzy­muje formę i na­dal dobrze się pre­zen­tuje w obci­słych spoden­kach i krót­kiej koszulce. Nie była jed­nak na tyle próżna, żeby się tym cheł­pić. Lubiła bie­gać, a to uła­twiało sprawę. Lubiła sta­wiać sobie wyzwa­nia, docie­rać do swo­ich gra­nic i iść o krok dalej. Jeśli ist­niał lep­szy spo­sób na roz­po­czę­cie dnia, niż wsu­nąć buty do bie­ga­nia i poko­nać kilka kilo­me­trów, zanim świat obu­dzi się do życia, to go nie znała.

No dobrze, nie licząc seksu. Ale ten ostat­nio stra­cił swój czar. Na­dal było dobrze; sam widok Mar­cusa zmy­wa­ją­cego pod prysz­ni­cem pył tynku - woda spły­wa­jąca po ciem­nych wło­skach na jego ciele upo­dab­niała je do futerka wydry -?na­dal wywo­ły­wał u niej skurcz w pod­brzu­szu. Ale gdy poza przy­jem­no­ścią był w tym inny cel, gasił radość u nich obojga. Zwłasz­cza że nie został osią­gnięty.

Jak dotąd.

Prze­sko­czyła przez głę­boką kole­inę, nie łamiąc rytmu. Zła­mać rytm, prze­rwać cykl, zabu­rzyć regu­lar­ność, pomy­ślała gorzko. Tego wła­śnie bym chciała. Jeśli cho­dzi o cykle, jej orga­nizm był wyre­gu­lo­wany jak szwaj­car­ski zega­rek. Co mie­siąc nie­za­wod­nie, nie­mal co do dnia, zaczy­nało się znie­na­wi­dzone krwa­wie­nie, ozna­cza­jące koniec kolej­nego okresu i nowe roz­cza­ro­wa­nie. Leka­rze twier­dzili, że wszystko z nią i Mar­cu­sem jest w naj­lep­szym porządku. U nie­któ­rych par po pro­stu trwa to dłu­żej, nikt nie wie dla­czego. Pró­buj­cie dalej, mówili. Więc pró­bo­wali, z początku z zapa­łem, śmie­jąc się, że lekarz zale­cił im to, do czego i tak nie trzeba ich nama­wiać. Recepta na seks, żar­to­wał Mar­cus. Jed­nak dow­cipy stop­niowo prze­sta­wały śmie­szyć, zastę­po­wane przez coś, co nie do końca można było nazwać despe­ra­cją, jesz­cze nie wtedy. Lecz już for­mo­wał się jej embrion -?jeśli nie coś wię­cej -?zaczy­na­jąc rzu­cać cień na wszystko inne, pod­ko­py­wać każdy aspekt ich związku.

Żadne z nich nie chciało tego przy­znać. Ale tak wła­śnie było. Wie­działa, że Mar­cu­sowi trudno pogo­dzić się z tym, że to ona zara­bia wię­cej w swoim małym biu­rze rachun­ko­wym niż on na budo­wie. Jesz­cze nie zaczęły się wza­jemne oskar­że­nia, ale bała się, że są od nich tylko o krok. Miała świa­do­mość, że jest tak samo zdolna do przy­pusz­cze­nia ataku jak Mar­cus. Niby zapew­niali się, że nie ma się czym mar­twić, że nie ma pośpie­chu. Jed­nak sta­rali się już od lat, a za cztery lata ona skoń­czy trzy­dzie­ści pięć, czyli będzie w wieku, który zawsze postrze­gała jako gra­niczny. Szybko zro­biła bilans. W sumie czter­dzie­ści osiem cykli men­stru­acyj­nych. Zatrwa­ża­jąco nie­wiele. Czter­dzie­ści osiem poten­cjal­nych roz­cza­ro­wań. Tylko że w tym mie­siącu było ina­czej. W tym mie­siącu roz­cza­ro­wa­nie spóź­niało się o trzy dni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki