Rozdział I
Przychodzę na świat
?
Czy sam zostanę bohaterem niniejszej powieści czy miejsce to zajmie kto
inny, następne rozstrzygną stronice. W każdym razie zaczynam od
początku, to jest od chwili mego urodzenia. Zgodnie z tym, co słyszałem
i w co wierzę, wypadek ten miał miejsce w piątek o północy. Zegar bił
właśnie dwunastą godzinę i jednocześnie ozwało się kwilenie nowo
narodzonego, co właśnie, przez mamkę i pewną mądrą matronę z sąsiedztwa,
od miesięcy już kilku i zanim osobiście poznać mnie mogła, wielce w istnieniu moim zainteresowaną, zgodnie uznane zostało za zapowiedź po
pierwsze nieosobliwej doli w świat wchodzącego człowieka, po drugie
uzdolnienia tegoż człowieka do widywania duchów i strachów, właściwości
niechybnie wrodzonej, jak to utrzymywały obie doświadczone niewiasty, i zwykłej dzieciom obojga płci, zrodzonym w piątkowych nocnych godzinach.
Co do pierwszego wniosku, historia mego życia wykaże, o ile był
prawdziwym. Co do drugiego zauważę, że dotąd nie zdarzyło mi się
sprawdzić jego słuszności, na co się zresztą bynajmniej nie uskarżam.
Urodziłem się, jak to mówią, w czepku, którego sprzedaż ogłoszono w dziennikach za skromną cenę piętnastu gwinei. Czy to, że żeglarze w nieosobliwych w tym czasie znajdowali się interesach, czy że osłabła
wiara w podobne praktyki i bardziej niż czepkom zaufano korkowym pasom,
nie wiem, dość, że się zgłosił jeden tylko nabywca, pewien adwokat,
ofiarujący za wystawiony na sprzedaż przedmiot dwa funty w gotówce i tyleż winem, lecz odmawiający stanowczo zabezpieczenia się od utonięcia
w wyższej cenie. Że zaś nawet piwnica biednej mojej matki była do
sprzedania, nie dobito targu i dopiero w dziesięć lat później czepek
puszczono w okolicy, którąśmy zamieszkiwali, na loterię, w pięćdziesięciu biletach, półkorony każdy, z dopłatą przez wygrywającego
pięciu szylingów. Byłem obecny przy tym i pamiętam niemiłe uczucie,
jakiegom doznał wobec podobnego rozporządzania się cząstką mej osoby.
Fant wygrany został przez starą damę z koszyczkiem w ręku. Pamiętam, jak
niechętnie dostawała z niego należną dopłatę drobnymi, co zabrało
nieskończenie wiele czasu i było powodem wielu arytmetycznych zawikłań.
Dama ta, co jest faktem niezwykłym i wartym pamięci, istotnie nie
utonęła, lecz na własnym łóżku godnie umarła w dziewięćdziesiątym drugim
roku życia. Wypada jednak dodać, że się trzymała stale lądu, a nawet
wyklinała niezbożność żeglarzy i innych podobnych niegodziwców,
usiłujących - jak mówiła - "wykrętami" naruszyć naturalny bieg rzeczy.
Na próżno tłumaczono jej, że z tej to właśnie walki z naturalnym biegiem
rzeczy osiągano znaczne korzyści, a między innymi herbatę, którą
szczególnie lubiła; na wszelkie dowodzenia odpowiadała ona nieodmiennie:
"Wykręty to, ateuszowskie wykręty".
A teraz bez wykrętów do rzeczy, to jest do mego przyjścia na świat.
Urodziłem się w Blunderstone, w hrabstwie Suffolk. Jestem pogrobowcem,
gdyż ujrzałem światło dzienne w sześć miesięcy po zamknięciu na zawsze
powiek mego ojca. Nie mogłem się nigdy pogodzić z myślą, że mój ojciec
nie widział mnie nawet. Dotąd też pamiętam żal, który mnie zdejmował,
ilekroć pomyślałem o samotnej jego mogile. Zwłaszcza w słotną i ciemną
noc, gdy w jasnym i ciepłym naszym mieszkaniu płonął ogień na kominie,
dostrzegałem coś bezlitosnego, jak mi się nieraz zdawało, w tych
szczelnie zamkniętych naszych drzwiach i oknach.
Najbogatszą osobą w naszej rodzinie była ciotka mego ojca, a tym samym
moja cioteczna babka, o której opowiem więcej w odpowiednim czasie -
panna Trotwood albo też panna Betsey, jak ją nazywała biedna moja matka,
gdy się zdobyła na odwagę, co zdarzało się niezmiernie rzadko,
wzmiankowania tej imponującej osoby. Panna Betsey wyszła za mąż za
człowieka młodszego od siebie i niezwykłej urody, na którym, niestety,
nie sprawdziło się przysłowie o pięknej duszy w pięknym mieszkającej
ciele. Utrzymywano, jakoby źle obchodził się z żoną, bił ją, a nawet
przy drażliwej jakiejś pieniężnej kwestii chciał z drugiego piętra oknem
wyrzucić. Taka niezgodność temperamentów skłoniła ciotkę mego ojca do
rozstania się z mężem za wszelką cenę. Mąż, przyszedłszy w ten sposób do
posiadania kapitału, wyjechał do Indii, gdzie, wedle przechowanego w rodzinie podania, widywano go jeżdżącego na słoniu, w towarzystwie
księżniczki hinduskiej jakoby. Bądź co bądź, w dziesięć lat potem doszła
wieść o jego zgonie. Jak wieść tę przyjęła ciotka, nikt nie wie. Wróciła
po śmierci męża do panieńskiego swego nazwiska, nabyła mały na brzegu
morza stojący domek i osiadłszy w nim z jedną tylko służącą, wiodła
życie samotne i zamknięte.
Zrazu ojciec mój był jej ulubieńcem, lecz odkąd nie mogła mu wybaczyć
ożenienia się z "woskową lalką", jak nazywała moją matkę, tyle tylko o niej wiedząc, że nie ma jeszcze lat dwudziestu, przestał ją widywać.
Ojciec mój, znacznie od żony starszy i słabego zdrowia, zmarł w rok po
ożenieniu, a na sześć miesięcy, jak to już mówiłem, przed moim
przyjściem na świat.
Tak się rzeczy miały w wieczór tego dnia, który pozwalam sobie nazwać
pamiętnym. Nie roszcząc wszelako najmniejszej pretensji do oceniania na
podstawie świadectwa własnych zmysłów istniejącego wówczas stanu rzeczy
ani nawet do pamięci własnym nabytej doświadczeniem, powtarzam, co
słyszałem.
Otóż matka moja, siedząc przed kominkiem, słaba i przygnębiona, przez
łzy spoglądała na ogień, rozmyślając nad sobą i nad tym drobnym
wyczekiwanym gościem - sierotą, którego przyjście na świat powitać miał
płonący na kominku ogień. W pogodne, lecz wietrzne marcowe popołudnie
siedziała tak cicha i wystraszona, wątpiąc, czy przeżyć zdoła zbliżającą
się chwilę krytyczną. Podnosząc głowę, dla otarcia łez, spojrzała
wypadkiem w okno i dostrzegła przechodzącą przez ogród nieznajomą
kobietę.
Od razu zgadła, że był to nie kto inny, tylko panna Betsey. Słońce,
przedzierając się przez ogrodzenie, oświecało idącą śmiało, wprost przed
siebie postać kobiecą, która zbliżywszy się do domu, dała niezbity już
dowód tożsamości. Ojciec mój mawiał nieraz, że jego ciotka nie stosuje
się w niczym do utartych zwyczajów. Toteż i tym razem zamiast zadzwonić
u drzwi domu, zbliżyła twarz do okna, aż nos jej, jak utrzymywała moja
matka, spłaszczył się i pobielał zupełnie. Widok ów tak dalece przeraził
biedaczkę, że zapewne temu to niezwykłemu zjawieniu się ciotki Betsey
zawdzięczam przyjście me na świat w fatalnym dniu piątkowym.
Matka moja porwała się z krzesła, szukając schronienia w głębi pokoju,
gdzie ją panna Betsey, przewracając oczy, niby głowa Saracena na starym
holenderskim zegarze, spostrzegła i przywołała do drzwi ruchem
przywykłej do rozkazywania osoby. Matka moja drzwi otworzyła.
- Zapewne pani Copperfield - zauważyła panna Betsey, wchodząc do pokoju
i spoglądając na żałobne szaty i zmienioną kibić mojej matki.
- Tak jest - odrzekła cicho zagadnięta.
- Trotwood - przedstawiła się nowo przybyła. - Przypuszczam, żeś musiała
coś o mnie słyszeć?
Matka moja odpowiedziała twierdząco wprawdzie, lecz bez zbytniego
entuzjazmu.
- Widzisz mnie przed sobą we własnej osobie - dorzuciła nowo przybyła.
Obie usiadły u kominka. Po kilku chwilach nieprzerwanego przez ciotkę
Betsey milczenia matka moja wybuchnęła płaczem.
- Ts... ts... ts... - upominała ją ciotka - uspokój się, uspokój.
Długo biedna kobieta nie mogła się uspokoić.
- A teraz zdejm ten czepek - zadecydowała przybyła - niech ci się
przypatrzę.
Matka moja tak była przerażona, że gdyby nawet i chciała, nie śmiałaby
sprzeciwić się dziwnemu nieco żądaniu swego gościa.
Drżącą ręką sięgając po wdowi czepek, w pośpiechu rozrzuciła włosy,
które spłynęły na jej twarz i ramiona.
- Ależ to dziecko! Istne dziecko! - zawołała panna Betsey.
Istotnie matka moja była młoda, a wyglądała jeszcze młodziej. Spuściła
tedy głowę, przyznając się do tego mimowolnego grzechu, i łkając
upewniała ciotkę, że na nieszczęście młodą jest, zbyt młodą na wdowę, na
matkę... jeśli notabene przeżyć zdoła to, co jej grozi... Zdawało się jej
przy tym, że gdy tak skarżyła się, płacząc rzewnie, czuła przesuwającą
się po swych włosach pieszczotliwą i miękką kobiecą rękę. Musiało to być
jednak przywidzenie. Gdy podniosła załzawione oczy, ciotka siedziała na
krześle prosta i sztywna, z założonymi na piersiach rękoma, z nogą
wspartą o kratę kominka.
- Ha! - ozwała się po chwili - "Wroni Bór", dlaczego mianowicie "Wroni
Bór"?
- Pani ma zapewne na myśli nazwę tej miejscowości? - spytała moja matka.
- Dlaczego mianowicie "Wroni Bór" - powtarzała panna Betsey. - Przy
waszej niepraktyczności, "Domów Wzór" brzmiałoby stosowniej.
- Nazwę tę - odrzekła moja matka - mąż mój wybrał jako odpowiednią.
Właśnie wiatr tak zachrzęścił w starych drzewach ogrodu, że mimo woli
wzrok rozmawiających zwrócił się w tę stronę. Wiązy, pochylając się ku
sobie na kształt borów szepczących zwierzenia, zatrzęsły się gwałtownie,
jak gdyby odepchnąć chciały ciężką i straszną jakąś tajemnicę, na wiatr
puszczając rozbujałe gałęzie. Z najwyższych strącone, a zawisłe tam
stare wronie gniazdo spadło, podobne do szczątków rozbitego na burzliwym
morzu okrętu.
- Gdzież są ptaki? - spytała panna Betsey.
- Ptaki? - powtórzyła, budząc się z zamyślenia, moja matka.
- Wrony, gdzież się podziały? - pytała ciotka.
- Nie widziałam ich, odkądśmy tu zamieszkali - odrzekła moja matka i dodała - Myśleliśmy, to znaczy pan Copperfield sądził, że miejsce to
jest dla nich stosowne. Widać jednak gniazda były stare i od dawna już
puste.
- Mam go, mam Dawida, jak gdybym go widziała - zawołała ciotka - miejsce
nazwać od gniazd i ufać, że ponieważ są gniazda, będą i ptaki. Liczyć na
ptasią fantazję, to mi praktyczność!
- Pan Copperfield - przerwała matka moja - nie żyje i jeśli pani ośmiela
się mówić o nim w podobny sposób, w mojej obecności...
Biedna kobieta próbowała stawić czoło naszej ciotce, zdolnej pokonać o wiele silniejszego od słabej tej istoty wroga! Matka moja padła
osłabiona na krzesło, z którego usiłowała powstać, a gdy przyszła do
siebie czy też może została ocucona przez pannę Betsey, ta stała u okna.
Wieczór zapadał coraz głębszy i gdyby nie płonący na kominku ogień,
rozmawiające kobiety nie mogłyby siebie widzieć.
- Hm! - zaczęła ciotka Betsey, wracając obojętnie na uprzednio zajmowane
przy kominku miejsce - a kiedyż to spodziewasz się?...
- Czuję się słaba - wyjęknęła moja matka - nie wiem, co mi jest, pewnie
nie przeżyję tego...
- O! o! - uspokajała ciotka - napij się tylko herbaty.
- Gdyby mi to pomogło!
- Pomoże, niewątpliwie pomoże, wyobrażasz sobie więcej, niż jest. Jak na
imię tej dziewczynie?
- Sama nie wiem jeszcze, czy to będzie dziewczynka - zauważyła naiwnie
moja matka.
- Niech nieba mają w swej pieczy to dziecię - zawołała ciotka,
bezwiednie powtarzając sentencję wypisaną na pewnej szufladzie szafy w pokoju mojej matki, w której złożono początek mego doczesnego dobytku -
wcale nie to miałam na myśli. Myślałam o służącej.
- Peggotty - odrzekła moja matka.
- Peggotty - powtórzyła z pewnym oburzeniem ciotka - chcesz we mnie
wmówić, mała, że chrześcijańska dusza została ochrzczona podobnym
imieniem?
- To jest jej nazwisko - odrzekła słabnąc moja matka - po nazwisku
nazywał ją mój mąż, gdyż Peggotty nosi moje imię.
- Peggotty! - zawołała panna Betsey otwierając drzwi - podawaj prędzej
herbatę. Twoja pani zasłabła, nie marudźże!
Wydawszy ten rozkaz tonem osoby przywykłej do rozkazów i rzuciwszy
badawcze spojrzenie na wychodzącą z kuchni ze świecą w ręku, zdziwioną
tym nieznanym i rozkazującym głosem służącą, ciotka Betsey wróciła na
poprzednie miejsce, podniosła brzeg sukni, nogę położyła na kratce
kominka, a obie ręce złożyła na kolanach.
- Mówiłaś dopiero - zaczęła - o dziewczynce. Nie wątpię też ani na
chwilę, że będzie to dziewczynka. Otóż od chwili urodzenia tej
dziewczynki...
- Może będzie to chłopczyk - wtrąciła nieśmiało moja matka.
- Nie zaprzeczaj mi - odparła ciotka - wiem, co mówię. Przeczucie mnie
nie myli. Otóż od chwili urodzenia tej dziewczynki rozciągam nad nią
opiekę, będę jej chrzestną matką i proszę, aby się nazywała Betsey
Trotwood Copperfield. W życiu tej Betsey Trotwood nie powinno być omyłek
i niech nikt się nie ośmieli zażartować z uczuć tej Betsey Trotwood.
Wychowamy ją starannie, będziemy strzec, aby zaufania i serca nie
trwoniła na darmo. Moja to już rzecz.
Za każdym z powyższych zdań ciotka potrząsała głową, jak gdyby z myśli i pamięci zrzucić chciała ciężar dawnych cierpień. Tak się przynajmniej
zdawało mojej matce, gdy patrzała na nią przy niepewnym blasku ognia,
zbyt słaba zresztą, zbyt wystraszona i niespokojna o siebie, aby zdawać
sobie sprawę z tego, co widziała lub mówiła.
- Czy Dawid dobry był dla ciebie, moje dziecko? - spytała ciotka po
krótkim milczeniu. - Czyście byli szczęśliwi?
- Bardzo szczęśliwi - odrzekła moja matka. - Był chyba zbyt dobry dla
mnie.
- Pieścił cię, psuł zapewne.
- Teraz gdym została sama i opuszczona na tym świecie, teraz wiem, że w istocie tak było - załkała biedna kobieta.
- Ts... nie płacz, no nie płacz - pocieszała ją panna Betsey - nie
byliście, widzisz, dobraną parą. Jak gdyby były dobrane pary! Dlatego
pytałam. Sierotą byłaś, co?
- Sierotą.
- Nauczycielką, zdaje mi się.
- Nauczycielką dzieci w rodzinie, którą pan Copperfield odwiedzał
czasem. Zauważył mnie i był zawsze bardzo dla mnie dobry... oświadczył
się... przyjęłam oświadczyny i takeśmy się pobrali - kończyła, ze zwykłą
sobie prostotą, matka moja.
- Dziecię! Biedne dziecię! - mruczała panna Betsey, pochylając nad
ogniem zmarszczone czoło. - Czy ty w ogóle coś umiesz?...
- Przepraszam panią - wyjęknęła znów moja matka.
- Jak dom prowadzić, na przykład? - kończyła ciotka Betsey.
- Słabo - odrzekła - o wiele mniej niż bym chciała. Dawid uczył mnie...
- Niby sam się znał na tym! No! - wtrąciła ciotka.
- Chciałam korzystać, chciałam z całego serca, a on był tak dobry,
wyrozumiały, cierpliwy i gdyby nie...
Łkanie przerwało mowę mej matce.
- Prowadziłam rachunki starannie, co wieczór sprawdzaliśmy je razem -
ciągnęła moja matka, łkając ciągle.
- Uspokój się, no, uspokój, nie płacz tak - mówiła ciotka.
- I nigdy najmniejsze nie zaszło między nami nieporozumienie - kończyła
płacząc matka moja. - Czasem tylko zarzucał mi, że moje trójki zbyt są
podobne do piątek, że laseczki przy siódemkach i dziewiątkach zbyt
kręte...
- Uspokój się, nie płacz tak - upominała ciotka. - Może ci to zaszkodzić
i nie tylko tobie, lecz i mojej chrzestnej córce.
Ostatni ten wzgląd uspokoił nieco moją matkę. Czuła się zresztą coraz
słabszą. Zapanowało milczenie przerywane pochrząkiwaniem ciotki.
- Dawid - rzekła ona wreszcie - posiadał rentę. Czy zapewnił ci jaki
fundusz?
- Był tak dobry, że pomyślał o mnie i część renty przelał na moje imię.
- Na jaką sumę?
- Sto pięć funtów rocznie.
- Mogło być gorzej - zauważyła ciotka.
Tymczasem z biedną moją matką tak źle już było, że wnosząca herbatę i świecę Peggotty przelękła się na dobre. Pomogła swej pani natychmiast
przejść do sypialnego pokoju, wysyłając jednocześnie po doktora swego
siostrzeńca, Hama Peggotty, którego od dni już kilku w przewidywaniu tej
konieczności przechowywała w kuchni bez wiedzy mojej matki.
I doktor, i wezwana do pomocy niewiasta zdziwili się wielce
niespodziewanym widokiem obcej damy, siedzącej u kominka z groźną miną,
przewieszonym przez lewą rękę kapeluszem i uszami pełnymi waty. A że ani
moja matka w tej chwili nie mogła udzielić żadnych objaśnień, ani też
Peggotty nie umiała wytłumaczyć, zjawisko pozostało tajemniczym, do
czego też przyczyniała się niemało wielka ilość wyciąganej z kieszeni i do uszu przez nieznajomą pakowanej waty.
Doktor wróciwszy z pokoju chorej i przekonawszy się zapewne, że zmuszony
będzie spędzić kilka godzin z nieznajomą, usiłował być uprzejmy i towarzyski. Był to najspokojniejszy i najłagodniejszy pod słońcem
człowieczek, starał się jak najmniej zabierać wszędzie miejsca, chód
jego był cichy, jak stąpanie ducha w Hamlecie, głowę przechylał skromnie
na ramię. Nie nazwałby złym słowem psa ani nawet na wściekłego psa nie
potrafiłby burknąć, dałby mu choć jedno, choć pół, choć cząstkę dobrego
słowa, a mowa jego, jak i kroki, była cicha i powolna. Nie, za nic w świecie, nawet dla wściekłego psa nie byłby on szorstki i ostry.
Toteż pan Chillip, spoglądając uprzejmie na moją ciotkę i zwracając
pytanie do nieznajomej zatykającej uszy watą, spytał najuprzejmiej,
dotykając przy tym swego lewego ucha:
- Miejscowe zapewne cierpienie?
- Co takiego? - odrzekła ciotka, wyciągając watę z ucha, niby korek.
Szorstkość pytania tak bardzo przeraziła łagodnego doktora, że o mało,
jak zapewniał potem, nie stracił głowy. Niemniej jednak ze zdwojoną
uprzejmością powtórzył pytanie:
- Miejscowe zapewne zapalenie?
- Głupstwo! - odrzekła ciotka, zatykając znów ucho.
Doktorowi nie pozostawało nic innego jak usiąść i przyglądać się
wpatrzonej w ogień nieznajomej, dopóki nie wezwano go znów do chorej. Po
kwadransie wrócił do bawialnego pokoju.
- Co, a jakże tam? - spytała ciotka wyciągając watę.
- Pomyślnie, wcale pomyślnie - odrzekł - pomaleńku zbliżamy się do
końca.
- Ba! - wstrząsnęła wzgardliwie głową i znów zakorkowała ucho.
Raziło to, strasznie raziło doktora, jak upewniał potem, lecz cóż miał
począć? Siedział tedy cicho i spoglądał na nieznajomą, która nie
odwracała twarzy i oczu od ognia. I tak siedzieli naprzeciw siebie
godzin parę, zanim znów nie wezwano doktora do chorej. Gdy wrócił:
- I jakże tam? - spytała ciotka wyjmując watę z jednego ucha.
- Nieźle, łaskawa pani! Postępujemy powoli, postępujemy.
- Ta-a-k! - warknęła, a doktor utrzymywał, że tak go przestraszyła tym
mruknięciem, że wolał odtąd siedzieć na schodach po ciemku i nadto w strasznym przeciągu, niż dotrzymywać dalej towarzystwa nieznajomej.
Ham Peggotty, uczęszczający do szkółki i biegły w katechizmie, a co za
tym idzie - wiarygodny świadek, opowiadał nazajutrz, że wszedłszy
przypadkiem do pokoju, w którym znajdowała się panna Betsey, został
natychmiast pochwycony w szpony przechadzającej się niespokojnym krokiem
wzdłuż i wszerz pokoju damy. Dochodziły tu głosy i jęki, których zapewne
wata zgłuszyć nie zdołała, i Ham padł ofiarą zdenerwowania panny Betsey.
Porwała go za kołnierz, miotając nim, targała go za włosy i za uszy,
szarpała, co zresztą potwierdzone zostało przez własną jego ciotkę,
Peggotty, która widziała Hama po północy, wkrótce po wyjściu ze szpon
panny Betsey, i zapewniała, że był niemal tak czerwony, jak moja,
drobniutka wówczas, osóbka.
Dobry doktor Chillip niezdolny był do zemsty, toteż skoro mu czas na to
pozwolił, wszedł do pokoju, w którym przebywała nieznajoma, i zbliżając
się do niej z uprzejmym uśmiechem:
- Rad jestem - rzekł - że mogę powinszować pani...
- I cóż? - przerwała mu ciotka.
Przeraził się biedak i starał się ułagodzić nieznajomą ukłonami i uśmiechem.
- Zwariował czy co? - wrzasnęła niecierpliwie ciotka Betsey. - Nie
możesz mi pan odpowiedzieć?
- Uspokój się, droga pani. Nie ma się już czego trwożyć - uspokajał ją z uśmiechem doktor.
I dziwił się długo potem, i za cud niemal poczytywał, że go nie
odepchnęła i tylko wstrząsnęła głową, ale to tak, że umilkł na razie. Po
chwili dopiero, przyszedłszy do słowa, począł ją znów uspokajać:
- Rad jestem, że mogę powinszować łaskawej pani. Wszystko odbyło się
szczęśliwie, nader szczęśliwie.
Ciotka Betsey nie spuszczała oka z mówiącego.
- Jakże się ona miewa? - spytała zakładając ręce na piersi.
- Nieźle, wcale nieźle, i spodziewam się, że niebawem wróci do sił -
upewniał lekarz - zważywszy zwłaszcza okoliczności, w jakich się to
odbyło... Dziwnie szczęśliwie wszystko poszło. Możesz ją pani odwiedzić
choć zaraz, nie zaszkodzi to jej wcale.
- Ależ ja pytam o nią - zawołała niecierpliwiąc się panna Betsey.
Doktor przechylił głowę na ramię, uprzejmie uśmiechając się do
nieznajomej.
- Jak się ma nowo narodzona? - objaśniła ciotka.
- Sądziłem... wiadomo już pani... jest to chłopiec - rzekł doktor.
Ciotka Betsey nie odrzekła na to ani słowa. Wziąwszy kapelusz za
wstążki, uderzyła nim doktora po twarzy i odwróciwszy się, wyszła, aby
już nie wrócić. Zniknęła, jak rozgniewana wróżka lub jedna z tych
nadprzyrodzonych istot, które, obdarzony szczególnym darem, miałem
widywać. Nie wróciła. Spoczywałem w kołysce, a matka moja na łóżku, lecz
Betsey Trotwood Copperfield rozpłynęła się we mgłach, z których dopiero
com zstąpił w rzeczywistość. Wypływające z okien naszych światło
rozświetlało mroczne szlaki podobnym mnie pielgrzymom. Oświetlało też
wzgórze usypane nad popiołami tego, bez którego nie mógłbym istnieć.
Rozdział II
Zaczynam pojmować
?
Pierwsze przedmioty, które się rysują wyraźnie na tle mego
najwcześniejszego dzieciństwa, gdy się w nie cofam wspomnieniem, są:
matka moja z pięknymi włosami i młodocianą postacią i Peggotty, o której
kibici nie ma co mówić, a której czarne oczy zdawały się rzucać cień na
całą twarz, a policzki tak były rumiane, ramiona okrągłe i jędrne, że mi
się dziwnym zdawało, iż ptaszki nie dziobią ich chętniej niż jabłka na
drzewie.
Zdaje mi się, że pamiętam je obie od chwili, gdy klękały albo
przysiadały na ziemi, a ja próbowałem utrzymać się na nóżkach. Pozostało
mi raczej wrażenie dotknięcia wskazującego palca Peggotty, za który
chwytałem, gdym się chwiał, a który od ukłuć igły był szorstki niby
tarka.
Może mi się tak zresztą tylko zdaje. Chociaż sądzę, że pamięć nasza
sięga dalej, niż zwykliśmy przypuszczać, jak również spostrzeżenia
dzieci uderzają niezwykłą trafnością. Sądzę nawet, że dorośli ludzie,
posiadający ów dar spostrzegawczości, nie nabyli go z biegiem czasu,
lecz przechowali z dni dziecięcych. Ludzie podobnym obdarzeni darem
zachowują dziwną świeżość i wrażliwość, łatwość cieszenia się, które są
przecież właściwościami wieku dziecięcego.
Zarzucą mi może niektórzy, że odbiegam od tematu, lecz przekonanie
powyższe, własnym nabyte doświadczeniem, niech służy za poparcie
niniejszej opowieści: czy jako dziecko posiadałem dar spostrzegawczości,
czy też jedynie zachowałem wierne i świeże wspomnienie dni dawno
ubiegłych - w opowiadaniu mym opierać się muszę bez względu na to na obu
tych właściwościach.
Pierwszym tedy wrażeniem pozostałym z dni dziecięcych są, jakem to już
rzekł: matka moja i Peggotty. Cóż pamiętam nad to? Zobaczymy.
Niby spoza mgły wyłania się dom nasz. Stary mi się wydawał i znany,
dokąd sięgam pamięcią. Na dole była kuchnia z wyjściem na tylne
podwórze. Na środku podwórza gołębnik bez gołębi, w kąteczku psia buda
bez psa, a wszędzie pełno ptactwa, które mnie przestraszało wojowniczym
swym zachowaniem. Pamiętam zwłaszcza jednego koguta. Piejąc na pieńku,
zdawał się nie spuszczać ze mnie oka. Drżałem spoglądając spoza drzwi
kuchni, bo taki groźny mi się wydawał. O gęsi prześladującej mnie
sykaniem i wyciągniętą szyją śniłem po nocach, jak podróżny śni o dzikich bestiach.
Z kuchni do drzwi wejściowych wiódł nieskończenie długi, jak mi się
zdawało, korytarz. Położona przy nim ciemna spiżarenka mijana bywała
przyśpieszonym krokiem, pod wieczór zwłaszcza, bo kto wie, co się kryć
mogło w tych garnkach, słojach i pudłach od herbaty, gdy promień świecy
nie rozpraszał mroków izdebki wydającej woń mydła, octu, pieprzu, świec
i palonej kawy, wszystko razem, niby jedno tchnienie, za każdym
uchyleniem drzwi. Były też w domu dwa bawialne pokoiki, ten, w którym
przesiadywaliśmy zwykle wieczorami z matką moją i Peggotty, gdyż
Peggotty po skończonej pracy dotrzymywała nam towarzystwa i wchodziła w skład rodziny, i drugi, obszerniejszy i wytworniejszy, w którym
przesiadywaliśmy tylko w niedzielę. Pokój ten wydawał mi się ponury,
dlatego może, że mi Peggotty opowiedziała raz, nie wiem już kiedy,
bardzo dawno, o pogrzebie mego ojca i w żałobę ubranym zgromadzeniu.
Pewnego niedzielnego wieczoru matka moja czytała nam o wskrzeszeniu
Łazarza. Przeraziło to mnie okropnie. Musiano wyjąć mnie z łóżeczka i pokazać przez okno cmentarz w oddali, ze wszystkimi zmarłymi
spoczywającymi spokojnie pod nienaruszonymi mogiłami i łagodnym światłem
miesiąca.
Nie znam głębszej zieleni niż zieleń trawy tego cmentarza, ani większego
cienia niż cień rosnących tam drzew, ani spokoju większego niż spokój
nagromadzonych w owym miejscu mogił. Z rana, klęcząc na moim posłaniu za
parawanem, przy łóżku mojej matki, widziałem trzody pasące się opodal i różowy odblask słońca na zegarze słonecznym i nieraz myślałem, że i ono
cieszy się pewnie, że znów może pokazywać godzinę.
W kościele mieliśmy ławkę z wysokim oparciem, tuż przy oknie, skąd
dojrzeć można było dom nasz; korzystała z tego Peggotty, aby zobaczyć,
czy nie stał się on czasem pastwą płomieni lub złodziei. Lecz to, co
wolno było Peggotty, mnie zabronione było surowo i gdy stawałem na
ławce, ta sama Peggotty zwracała mnie twarzą do stojącego u ołtarza
księdza. Znałem go dobrze, jego i białe pokrycie na ołtarzu, toteż
nudziło mi się wciąż na to patrzeć. A gdyby przerwał nabożeństwo i spytał, co robię?... Mrowie przechodziło mnie na samą tę myśl. Musiałem
przecież czymś się zająć. Patrzyłem na moją matkę, lecz ta udawała
zawsze, że nic nie widzi. Spoglądałem w stronę stojącego u ołtarza
chłopaka, który robił do mnie wtedy miny. Spoglądałem na słup słoneczny
wpadający przez otwarte na oścież drzwi kościoła i dostrzegałem
owieczkę, nie zbłąkaną ludzką, lecz najzwyklejszą pod słońcem owieczkę,
usiłującą wejść do świątyni. Czułem, że jeśli będę się jej dłużej
przyglądał, ulegnę pokusie przemówienia głośno, a wówczas co będzie?...
Prędko tedy odwracałem oczy i wpatrywałem się z kolei w tablice
marmurowe pokrywające ściany kościoła. Myślałem przy tym o niedawno
zmarłym panu Bodgers i o tym, jaki żal ściskać musiał serce pani
Bodgers, i o tym, dlaczego nie zawezwano do chorego doktora Chillipa. A jeśli wzywano go, czemu mu nie pomógł i jak mu przykro być musi co
tydzień przypominać to sobie? Spoglądałem wówczas na doktora siedzącego
w odświętnym krawacie przed amboną i myślałem, że byłaby ona doskonałym
miejscem do zabawy. Gdyby, na przykład, drugi chłopiec atakował ambonę
jak twierdzę, aksamitne poduszki służyć mogły za kartacze, jakże
wygodnie byłoby ciskać je z góry! Pomału, pomału kłoniłem senną główkę,
powieki mi się kleiły, zdawało mi się, że słyszę księdza, jak śpiewa
kołysankę, lecz wkrótce nie słyszałem już nic, spadałem z ławki i Peggotty wynosiła mnie przerażonego z kościoła.
Widzę nasz dom, ozdobione kratą okna sypialni, otwarte dla wpuszczenia
świeżego powietrza, stare wiązy u bramy i kołyszące się na nich,
powichrzone wronie gniazda. Widzę na dziedzińcu, o parę stóp za pustym
gołębnikiem, tuż obok psiej budy, owianej ćmą motyli, bramę zamkniętą na
kłódkę, a tam dalej na gałęziach drzew owoce obfitsze i soczystsze od
wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem. Pamiętam, jak matka moja
zbierała je do koszyka, a ja, udając niewzruszonego, zrywałem ukradkiem
agrest po agreście.
Wiatr rozwiał wiosenną i letnią pogodę i oto nastały długie zimowe
wieczory. Bawimy się i tańczymy sobie dokoła kominka, a na kominku
płonie wesoły ogień! Gdy matka moja zmęczona pada na fotel, widzę, jak
naokoło delikatnych paluszków owija rozrzucone pasma włosów i poprawia
stanik sukni. O! matka moja była bardzo ładna, wiedziała o tym i nikt
też lepiej ode mnie nie wiedział, jak bardzo lubiła zawsze i wszędzie
ładnie wyglądać. Pozostało w mojej pamięci i to, żeśmy oboje z matką
bali się trochę Peggotty, która też nami kierowała dowolnie.
Wieczoru pewnego siedziałem z Peggotty przed kominkiem. Pamiętam,
czytałem jej coś na głos o krokodylach. Musiałem czytać niezwykle
wyraźnie lub też poczciwa Peggotty słuchać musiała z niezwykłym
natężeniem uwagi, gdyż pod koniec miała niejasne wyobrażenie, że
krokodyle należą do świata roślinnego. Zmęczyło mnie to głośne czytanie,
spać mi się chciało, lecz postanowiwszy doczekać się powrotu matki,
będącej gdzieś w odwiedzinach, wolałem paść jak nieżywy na stanowisku,
niż położyć się do łóżka. Powoli Peggotty zaczęła dziwnie jakoś
nabrzmiewać i rosnąć w moich snem klejących się oczach. Przetarłem
powieki. Zacząłem przypatrywać się uważnie, jak szyła. Patrzyłem na
kawałek wosku, o który ocierała nitki, jakże staro wyglądał, porysowany
głęboko we wszystkich kierunkach! Patrzyłem na maleńką chatkę, pod
której słomianą strzechą kryła się miarka, na skrzyneczkę do roboty z wymalowaną na niej katedrą świętego Pawła o czerwonej kopule, na brązowy
naparstek błyszczący na palcu Peggotty i na nią samą, a wszystko to
razem wzięte wydawało mi się nieskończenie piękne. Pomału, pomału
wszystko to zacierało się, bladło, na chwilę znikło mi zupełnie z oczu.
- Peggotty - spytałem nagle, szeroko otwierając powieki - czy byłaś
kiedyś zamężną?
- Jezus, Maria! - zawołała znienacka zagadnięta Peggotty - skąd się
paniczowi przyśniło małżeństwo!
Głos jej i sposób, w jaki powyższe słowa wypowiedziała, zbudziły mnie
zupełnie. Przestała szyć, opuściła igłę, wpatrzyła się we mnie.
- Pytam cię, Peggotty - powtórzyłem - czyś była kiedyś zamężną? Jesteś
przecie bardzo przystojna, nieprawdaż?
Wydawała mi się ładna, tylko w inny sposób niż moja matka, w innym
zupełnie rodzaju. W saloniku na podnóżku był wymalowany przez moją matkę
na czerwonym aksamicie bukiet kwiatów. Otóż tło to zdawało mi się
podobne do cery Peggotty. Podnóżek był wprawdzie miękki, a skóra
Peggotty chropowata, lecz to nie stanowiło wielkiej różnicy.
- Ja przystojna! - zawołała Peggotty. - Patrzcie go! Wcale nie jestem
ładna, kochanku! Skąd ci się wzięło to zamęście?
- Sam nie wiem! Wszak nie można, Peggotty, żenić się na raz z kilku
osobami, prawda?
- Oczywiście, że nie - brzmiała szybka odpowiedź.
- Ale jeśli jedna osoba umrze, to czy można znów się ożenić?
- Zapewne... jeśli ci się podoba. To zależy, czy kto chce.
- A co ty o tym myślisz? - spytałem, wpatrując się w nią ciekawie,
dlatego tylko, że się bacznie wpatrywała we mnie.
- Jak widzisz - odrzekła po chwili wahania, odwracając ode mnie oczy i pochylając się nad robotą - nie wyszłam za mąż ani się też za mąż
wybieram. Oto moje zdanie.
- Nie gniewaj się, Peggotty! - rzekłem po chwili milczenia, gdyż
istotnie zdawało mi się, że ją rozgniewałem. Myliłem się widocznie.
Odrzuciwszy bowiem robotę, porwała mnie w objęcia i przycisnęła z całej
siły do piersi moją kędzierzawą główkę. Uścisk musiał być serdeczny,
Peggotty, będąc bowiem otyłą, przy każdym gwałtownym ruchu zwykła była
tracić guziki od sukni, i tym razem aż dwa potoczyły się w najciemniejszy kąt pokoju.
- No, a teraz wróćmy do tych kronkodylów - rzekła, nie mogąc sobie
poradzić z tą niezwykłą nazwą. - Zaciekawiłeś mnie, paniczu.
Nie pojmowałem, dlaczego Peggotty wyglądała tak jakoś niezwykle ani
dlaczego tak nagle zbudziło się w niej zainteresowanie krokodylami,
niemniej wróciliśmy do tych potworów i z rozbudzoną uwagą z mej strony
składaliśmy ich jaja w gorącym piasku, uciekaliśmy przed nimi, narażając
ich nieobrotność na tysiące zwrotów, wchodziliśmy za nimi do wody jak
rodowici Egipcjanie, rzucaliśmy na nich kłody drzewa i tak dalej, i tak
dalej. Ja przynajmniej oddawałem się tym niebezpiecznym ćwiczeniom z zapałem, gdyż co do Peggotty, to zdawała się być roztargniona, bo kłuła
się ustawicznie igłą w rękę i twarz.
Skończyliśmy z krokodylami i zabraliśmy się właśnie do aligatorów, gdy
zadzwoniono u drzwi. Otworzyliśmy. Matka moja wracała do domu, a wyglądała ładniej niż kiedykolwiek. Odprowadzał ją mężczyzna z pięknymi
czarnymi włosami i bakami, który ostatniej niedzieli towarzyszył nam w drodze powrotnej z kościoła. Gdy matka moja wzięła mnie w objęcia i czule ucałowała, pan ten rzekł, że szczęśliwszy jestem od monarchy, czy
coś podobnego. Pamięć nie dopisuje mi w tym względzie.
- Co pan mówi? - spytałem go poprzez ramię mojej matki.
Pogładził mię łaskawie po włosach. A jednak było coś w jego twarzy czy
głosie, co mi się nie podobało. Może zazdrościłem, że jego ręka,
dotykając mnie, dotykała zarazem ręki mej matki; odepchnąłem ją.
- Och! Davy! - upomniała mnie matka.
- Kochany chłopiec - zaśmiał się nieznajomy. - Nie dziwi mnie wcale to
jego przywiązanie do pani.
Nigdy przedtem nie widziałem na twarzy mej matki tak pięknego rumieńca!
Łagodnie strofowała mnie za nieuprzejmość i przyciskając do piersi,
zwróciła się do nieznajomego z podziękowaniem, że trudził się,
towarzysząc jej. Wyciągnęła przy tym do niego dłoń, a gdy jej dotykał,
spojrzała, zdaje mi się, na mnie.
- Pożegnajmy się, mój ładny chłopczyku - rzekł nieznajomy, pochylając
się (widziałem to!) nad ręką mej matki.
- Dobranoc - odrzekłem.
- Bądźmy przyjaciółmi - zaśmiał się nieznajomy. - Daj mi rączkę!
Prawa moja ręka była w ręku mej matki, wyciągnąłem lewą.
- Któż podaje lewą rękę! - śmiał się nieznajomy.
Matka uwolniła moją prawą rękę, lecz byłem zdecydowany nie podać jej
temu panu. Podałem mu znów lewą, uścisnął ją, powiedział, że jestem
grzecznym i miłym dzieckiem, czy coś podobnego, i odszedł.
Widzę go odchodzącego! Widzę złowieszcze spojrzenie jego czarnych oczu,
które padło na nas, zanim zniknął za drzwiami.
Peggotty, która milczała przez cały ten czas, wwiodła nas do pokoju.
Matka moja nie usiadła, jak zwykle, w fotelu, lecz pozostała w drugim
końcu pokoju, nucąc coś z cicha.
- Spodziewam się, że pani przyjemnie spędziła wieczór - spytała
Peggotty, stając nieruchomo jak beczka na środku pokoju, z lichtarzem w ręku.
- Dziękuję ci, duszko - odrzekła wesoło moja matka. - Bardzo przyjemnie.
- Nowe znajomości, lub coś podobnego, przynoszą zwykle rozrywkę...
- A tak, istotnie.
Peggotty nie ruszała się z miejsca, a matka moja nuciła dalej. Drzemiąc,
słyszałem wprawdzie głosy, lecz nie rozumiałem znaczenia słów. Gdym się
przebudził z tej drzemki, ujrzałem obie, matkę moją i Peggotty, zalane
łzami i rozmawiające żywo.
- Nie takiego by życzył pan Copperfield - mówiła stanowczo Peggotty. -
Nie takiego, ręczyć za to mogę.
- Boże mój - łkała moja matka. - Doprowadzasz mnie do rozpaczy! Widział
to kto, aby służąca tak traktowała swą panią, niby jakie dziewczątko!
Wiesz przecie, że byłam mężatką.
- Wiem - odrzekła Peggotty.
- Jakże śmiesz tedy... to jest nie jak śmiesz, lecz jak masz serce mówić
mi takie gorzkie słowa? Przecież wiesz, że nie mam na świecie nikogo,
kto by się za mną ujął.
- Tym bardziej nie można dopuścić - twierdziła Peggotty - aby to
nastąpiło. Nie, nie powinno to nastąpić za nic, za żadną cenę w świecie.
Mówiąc to, gestykulowała tak patetycznie, jak gdyby miała za chwilę
cisnąć trzymany w ręku lichtarz.
- O! - wołała moja matka, coraz rzęsistszymi zalewając się łzami - jakże
jesteś okrutna, jak niesprawiedliwa! I mówisz o tym wszystkim, jak gdyby
to było ułożone, skończone, gdy cię upewniam po raz setny może, że są to
zwykłe grzeczności! Mówisz o uwielbieniu, Bóg wie o czym jeszcze! Cóżem
temu winna, co poradzę, powiedz proszę: czy mogę zabronić ludziom, aby
na mnie patrzyli, mam sobie twarz posypać popiołem, zeszpecić siebie,
oparzyć, pokrajać lub coś podobnego? Chciałabyś tego, powiedz? Pewna
jestem, że tego byś tylko chciała!
Peggotty zdawała się przyjmować słowa te do serca.
- A moje dziecko, mój ukochany synek - łkała moja matka, zbliżając się
do fotela, na którym drzemałem, i okrywając mnie pocałunkami. - Czy
zasłużyłam na to, aby mi zarzucano brak przywiązania do mego skarbu?
- Nikt nigdy nie śmiałby zarzucić pani czegoś podobnego - rzekła
Peggotty.
- Zarzucałaś, sama wiesz dobrze, że zarzucałaś! Jasno to wynika ze
wszystkiego, coś dopiero mówiła. Wiesz przecie dobrze, że zeszłego
miesiąca odmówiłam sobie nowego parasola i używam ten stary, zielony,
cały w dziurach. Co? Może mi zaprzeczysz? Wszystko przez przywiązanie do
dziecka!
Tu matka zwróciła się do mnie i, przykładając pieszczotliwie twarz do
mej twarzy, mówiła z cicha:
- Davy, czy jestem złą, okrutną, samolubną matką? Powiedz, moje
kochanie? Powiedz, że jestem zła, bez serca, okrutna, a Peggotty kochać
cię będzie, bo to widzisz, kochanie Peggotty więcej warte od mego. Ja
cię nie kocham... co? Prawda?
Wszyscyśmy płakali, a ja najgłośniej, lecz wszyscy jednako szczerze.
Serce mi się krajało i boję się, czym pod wpływem żalu nie nazwał czasem
Peggotty "zwierzęciem".
Poczciwa Peggotty była tak rozżalona, że potraciła u sukni wszystkie
guziki. Pękały jeden po drugim na jej wstrząsanych łkaniem piersiach,
gdy klęcząc przy fotelu, usiłowała porwać mnie w objęcia.
Położyliśmy się tego wieczoru w wielkim strapieniu. Łkając, długo nie
mogłem zasnąć, a przewracając się w łóżku, widziałem pochyloną nade mną
matkę. Zasnąłem wreszcie w jej objęciach i spałem smacznie.
Nie pamiętam już, czy owego nieznajomego ujrzałem następnej niedzieli,
czy po dłuższym upływie czasu. Nie ręczę za ścisłość dat. Dość, żeśmy go
spotkali w kościele i że znów towarzyszył nam w drodze powrotnej do
domu. Wszedł wraz z nami, aby obejrzeć osobliwe jakieś geranium kwitnące
w bawialnym pokoju. Nie zdaje mi się, aby zwrócił nań szczególną uwagę,
tylko przed odejściem prosił moją matkę o zerwanie i danie mu jednego
kwiatka. Prosiła go, aby sam to uczynił, lecz nie wiem czemu, nie chciał
tego zrobić i matka moja musiała sama mu podać zerwany kwiat. Zapewniał,
że się z kwiatem tym nigdy już nie rozstanie! Pomyślałem, że chyba
zwariował, bo czyż nie wiedział, że kwiaty więdną po dwóch albo trzech
dniach?
W tym samym czasie Peggotty zaczęła jakoś mniej przesiadywać z nami
wieczorem. Matka moja wprawdzie poważała ją jak i przedtem, bardziej
może niż przedtem i nic nie zakłócało panującej pomiędzy nami trojgiem
harmonii, ale jednak istniało coś, co zdawało się krępować nas
wzajemnie. Co to było? Sądziłem, że może Peggotty umyślnie robi na złość
mojej matce, kładąc na co dzień najlepsze, w szafie dotąd zamykane
suknie lub wychodząc często w odwiedziny do sąsiadów. W każdym razie,
nie mogłem dojść, co to wszystko ma znaczyć.
Stopniowo przyzwyczaiłem się do widoku pana z czarnymi bakami. Nie
lubiłem go, zazdrościłem mu czegoś, sam nie wiedziałem czego, i to bez
żadnego powodu, bo gdybym nawet był starszy, przez myśl by mi nie
przeszło, że ja i Peggotty powinniśmy wystarczyć mojej matce. Teraz
jasno przypominam sobie tysiące drobiazgów, oderwanych wrażeń, które
złożyły się na ową antypatię żywioną do niego.
Pewnego jesiennego poranku znajdowałem się wraz z moją matką przy
wejściu do ogrodu, gdy pan Murdstone - znałem go już z nazwiska -
przejeżdżał tamtędy konno. Na widok mojej matki wstrzymał konia, powitał
ją, oznajmiając, że jedzie do Lowestoftu, żeby zobaczyć się z przybyłymi
parowcem przyjaciółmi. Uprzejmie zaproponował, że weźmie mnie z sobą na
konia.
Pogoda była prześliczna, koń wyglądał na tak zadowolonego i wesołego, że
i mnie zdjęła nieopanowana chętka do tej nieoczekiwanej przejażdżki.
Pobiegłem na górę, do Peggotty, aby mię ubrała, a tymczasem pan
Murdstone zsiadł z konia i wiodąc go za uzdę przechadzał się powoli
wzdłuż głogowego szpaleru, po drugiej zaś stronie przechadzała się moja
matka. Pamiętam, jakeśmy się z Peggotty przypatrywali im z okienka mego
pokoiku, jak się zbliżali ku sobie i pochylali nad głogowym, dzielącym
ich szpalerem, i jak nagle Peggotty, wzór łagodności, wpadła w straszliwą złość, targając moje włosy, które właśnie miała zaczesać.
Wkrótce potem dzielny koń unosił mnie wraz z jeźdźcem przez zielone
błonia. Pan Murdstone podtrzymywał mnie prawą ręką, a ja zachowywałem
się spokojnie, tylko że siedząc tak przed nim, nie mogłem oprzeć się
chęci obrócenia głowy od czasu do czasu, aby spojrzeć mu w twarz. Miał
on ten rodzaj czarnych, płytkich oczu - braknie mi dosadniejszego słowa
dla opisania oczu nieposiadających głębokości spojrzenia - które w zamyśleniu, przy pewnym świetle, wydają się chwilami, jakby były ze
szkła. Kilkakrotnie zauważyłem to z pewnym przestrachem, spoglądając na
niego i gubiąc się w domysłach, nad czym mógł się tak głęboko
zastanawiać? Widziane też z bliska włosy jego i baki wydały mi się
jeszcze stokroć czarniejsze. Kwadratowy zarys dolnej części twarzy i ślady silnego, ale starannie ogolonego zarostu, przypominały mi woskowe
figury widziane przed pół rokiem. Równa i gęsta brew, smagła cera
(niechby przepadł z tą swoją cerą i niechby wspomnienie jego wraz z nim
przepadło!) sprawiały, że pomimo wstrętu, jaki we mnie obudził, wydał mi
się pięknym mężczyzną. Nie wątpiłem, że biedna moja matka uważa go za
takiego.
Zatrzymaliśmy się w hotelu nad morzem, gdzie w osobnym pokoju zastaliśmy
dwóch panów palących cygara. Każdy z nich leżał, zajmując najmniej
cztery krzesła. Obaj mieli na sobie grube ubrania. W kącie, związane
razem, leżały odzież i przybory wioślarskie wraz z chorągiewką.
Obaj, powstając na nasze powitanie, zatoczyli się na nogach w dziwaczny
sposób i zawołali:
- Halloa! Murdstone! Myśleliśmy, żeś umarł.
- Nie tak prędko - odrzekł pan Murdstone.
- Któż to znów ten żółtodziób? - spytał jeden z nich, spoglądając na
mnie.
- Jest to Davy.
- Davy? Jaki Davy? Jones, co?
- Copperfield - odrzekł pan Murdstone.
- Ach, tak - zawołał nieznajomy - jest to więc urocze uosobienie
obowiązków pani Copperfield, owej ładnej wdówki, co?
- Quinion - zauważył pan Murdstone - bądź uważniejszy z łaski swojej.
Ktoś jest bardzo domyślny.
- A kto mianowicie? - zaśmiał się nieznajomy.
Słuchałem odpowiedzi z natężoną uwagą.
- Nikt inny jak Brooks z Sheffield - rzekł pan Murdstone.
Ucieszyłem się, słysząc tę odpowiedź, sądziłem bowiem z początku, że to
o mnie mowa. Było jednak widocznie coś bardzo zabawnego w owym
wzmiankowanym panu Brooks z Sheffield, gdyż słysząc jego nazwisko, obaj
nieznajomi roześmieli się serdecznie. Pan Murdstone wtórował im i przeszła dobra chwila czasu, zanim ten, którego nazwano Quinion,
zapytał:
- A jakie jest zdanie Brooksa z Sheffield w wiadomej sprawie?
- Sądzę - odrzekł pan Murdstone - że na razie nie domyśla się, o co
chodzi. Jednak na ogół nie okazuje najmniejszej przychylności.
Znów się roześmieli, po czym pan Quinion zadzwonił na służbę i kazał
podać wina, utrzymując, że wypada wypić zdrowie Brooksa. Gdy podano
wino, nalał mi kieliszek, dał parę sucharków i zawołał:
- Niech diabli porwą Brooksa z Sheffield!
Toast wywołał ogólne zadowolenie. Śmiano się tak szczerze dokoła mnie i ja też się śmiałem, co zdawało się bawić nieskończenie obecnych panów.
Słowem, było wesoło.
Poszliśmy na wybrzeże. Patrzyliśmy przez teleskop. Wprawdzie nic dojrzeć
nie mogłem, zapewniałem jednak, że widzę doskonale, po czym wróciliśmy
do hotelu na uroczysty obiad. Obaj nieznajomi nie wypuszczali cygar z ust, a sądząc z zapachu ich ubrań, musieli palić bezustannie od chwili,
w której ubrania te wyszły z rąk krawców. Muszę dodać, że w czasie
przechadzki wstąpiliśmy na parostatek, gdzie panowie ci weszli do kajuty
po jakieś papiery. Wydali mi się bardzo zajęci; śledziłem ich przez
okienko, gdyż pozostawili mnie na pokładzie z miłym jakimś chłopakiem, o dużej, rudymi włosami pokrytej głowie, ubranym w mały, błyszczący
kapelusz i kamizelkę z napisem na piersiach "Skylark". Sądziłem z początku, że było to nazwisko chłopaka i że mieszkając na pokładzie, z braku drzwi zmuszony był wywieszać na piersiach swą kartę. Gdym go
nazwał: panem Skylark, zaśmiał się i objaśnił mi, że jest to nazwa
okrętu.
Zauważyłem też w dniu tym, że pan Murdstone jest poważniejszy i powściągliwszy od swych towarzyszy. Tamci byli niesłychanie weseli i rozmowni. Ciągle żartowali między sobą, rzadko kiedy z żarcikami
zwracali się do pana Murdstone. Wydawał mi się inteligentniejszy i chłodniejszy od nich; musieli się go też bać trochę. A może
przypisywałem im własne swe uczucia i wrażenia. Zdawało mi się jednak,
że pan Quinion mówiąc spoglądał na niego spode łba, tak jak gdyby bał
się powiedzieć czegoś, co by mu się mogło nie podobać, a raz nawet, gdy
pan Passnidge nadto się rozpędził, trącił go nieznacznie w kolano,
wskazując ostrzegawczo na pana Murdstone, siedzącego w ponurym
zamyśleniu. Zresztą nie przypominam sobie, aby on śmiał się tego dnia,
oprócz wypadku, gdy była mowa o Brooksie z Sheffield, co było zresztą
własnym jego pomysłem.
Wreszcie przed wieczorem wróciłem do domu. Pogoda była prześliczna i znów matka moja przechadzała się długo wzdłuż głogowego szpaleru, mnie
zaś wysłano na górę, bym wypił herbatę. Gdy pan Murdstone odjechał,
matka wypytywała mnie długo i dokładnie o wycieczkę, o to, co tam
robiono i co mówiono. Gdy powiedziałem, co powiedzieli o niej,
roześmiała się, nazwała tych panów "wietrznikami", lecz nie zdaje mi
się, aby naprawdę była na nich rozgniewana. Spytałem ją, czy zna
niejakiego Brooksa z Sheffield. Odpowiedziała, że nie zna, lecz
przypuszcza, że musiała być mowa o jakimś fabrykancie noży i widelców.
Mamże mówić o jej drogiej twarzy? Pamiętam ją tak zmienioną i wiem, że
już nie istnieje. Ale czyż mogę powiedzieć, że jej nie ma, skoro mi
staje w pamięci wyraźna, jak żadna inna twarz dojrzana w ulicznym
tłumie? Mamże pisywać o blasku jej urody, że zgasł, że nie istnieje,
skoro widzę go dotąd w pamięci, jak widziałem tego wieczoru? Mamże
wyznać, że się zmieniła, jeśli we wspomnieniach moich pozostała taka,
jaką była wówczas. Młodość jej i świeżość zachowałem w sercu i w pamięci
niczym nienaruszoną wierność.
I dziś ją widzę taką, jaką była owego wieczoru, klęczącą obok mego
łóżeczka, z pochyloną na dłoni głową, uśmiechniętą.
- Jak to oni mówili, Davy? Powtórz, proszę, nie mogę sobie przypomnieć...
- "Urocze" - zacząłem, lecz matka położyła mi palec na ustach.
- Nie, nie - zawołała śmiejąc się - nie tak, z pewnością nie tak mówili.
- Ale tak właśnie mówili, mamo, i dodawali: "tej ładnej pani
Copperfield".
- Nie, nie mówili "ładnej".
- Mówili, naprawdę mówili, "tej ładnej wdówki".
- Co za pustogłowy - śmiała się matka moja, kryjąc twarz w dłoniach. -
Mówić takie rzeczy! Zabawne doprawdy! I co jeszcze, Davy?...
- Co, mamo?
- Nie wspominaj o tym Peggotty, gniewałaby się. Ja sama gniewam się na
tych wietrzników. Nie trzeba, aby Peggotty wiedziała o tym.
Przyrzekłem, że nic nie powiem. Ucałowaliśmy się raz i drugi, i trzeci,
i nie wiem już który... Słodko zasnąłem.
Teraz, po tak długim czasie, zdaje mi się, że propozycja Peggotty, o której właśnie mam mówić, uczyniona była nazajutrz po tym pamiętnym
wieczorze, w rzeczywistości musiało to nastąpić w parę miesięcy później.
Było to znów wieczorem. Siedzieliśmy jak zwykle z Peggotty w bawialnym
pokoju, w nieodstępnym towarzystwie pończochy, bawełny, kawałka wosku,
skrzyneczki do robót, ozdobionej na wieczku wizerunkiem katedry świętego
Pawła i książki z krokodylami. Peggotty, spoglądając na mnie,
kilkakrotnie otwierała usta, żeby mi coś powiedzieć (myślałem, że się po
prostu zamyśliła). W końcu rzekła:
- Paniczu! A gdyby panicz pojechał ze mną na parę tygodni w odwiedziny
do mego brata, do Yarmouth? To by dopiero był bal!
- Czy brat twój to przyjemny człowiek? - spytałem.
- Ach! Jaki przyjemny! - zawołała, podnosząc ręce. - A poza tym jest
morze, są statki, łodzie, są rybacy, zatoka, jest Am do zabawy.
Peggotty miała na myśli bratanka swego, Hama, o którym wspominałem na
początku tej opowieści.
Zachwycony perspektywą wyżej wymienionych rozkoszy, odpowiedziałem jej,
że odwiedziny w Yarmouth byłyby prawdziwym "balem", tylko, co powie na
to mama?
- Gotowa jestem iść o zakład, że pozwoli - potwierdziła Peggotty,
przypatrując mi się bacznie. - Poproszę ją sama, gdy wróci do domu.
- Ale jakże ona poradzi tu sobie bez nas? - rzekłem, opierając łokcie na
stole dla lepszego poparcia argumentu. - Nie może przecież pozostać tak
sama.
Jeśli Peggotty łowiła wówczas opuszczone w pończosze oczko, oczko to
musiało być niewidzialne doprawdy.
- Mówię ci, Peggotty, że nie może pozostać sama.
- Bóg z tobą, dziecię - rzekła wreszcie, podnosząc oczy. - Wiesz
przecie, że ją na parę tygodni zaprasza pani Grayper, u której mają
zebrać się goście.
O jeśli tak, to nie miałem nic już przeciw zamierzonej wycieczce i z niecierpliwością czekałem powrotu matki od pani Grayper (sąsiadki, u której bywała), aby pozyskać jej zezwolenie. Zgodziła się na propozycję
Peggotty prędzej, niż sądziłem, i tegoż jeszcze wieczoru omówione
zostały wszystkie warunki zamierzonych odwiedzin.
Wkrótce też nadszedł dzień wyjazdu, nadszedł dziwnie szybko nawet dla
mnie, trawionego gorączką wyczekiwania i bojącego się, czy trzęsienie
ziemi, spadające skały lub tym podobne kataklizmy nie staną w poprzek
mym projektom. Mieliśmy z Peggotty odjechać po wczesnym śniadaniu,
wynajętym wózkiem. Wiele bym dał za to, gdyby pozwolono mi spać w obuwiu
i podróżnym ubraniu.
Dziś boleję, chociaż dotykam tego pobieżnie zaledwie, że z tak lekkim
sercem opuszczałem dnia tego dom mój, nie domyślając się, że opuszczam
go na zawsze. Miło mi wspomnieć, że gdy wózek stanął już u bramy, a matka uściskała mnie na drogę, wezbrana w mym sercu czułość spłynęła
łzami... Miło mi wspomnieć, że matka moja rozpłakała się także i długo,
długo tuliła mię w objęciach...
Miło mi wspomnieć, że gdyśmy odjeżdżali, wybiegła jeszcze za bramę i zawołała, aby wstrzymano konie, gdyż chciała pocałować mnie raz jeszcze.
Myślę o przywiązaniu i czułości, z jaką spoglądała wówczas na mnie.
Gdy odjeżdżaliśmy, stała na drodze, a pan Murdstone zbliżył się do niej
i zdawał się upominać ją, aby nie poddawała się wzruszeniu. Oglądając
się za matką moją, dziwiłem się tylko, co mu do tego. W tę samą co ja
stronę spoglądająca Peggotty nie wyglądała bynajmniej na zadowoloną, jak
to wnosić mogłem z wyrazu jej twarzy.
Jadąc patrzyłem czas jakiś na Peggotty i popadając w marzenie, pytałem
siebie, czy czasem, jak to w bajce bywa, nie chce uwieść mnie gdzieś i zostawić. Wówczas odnalazłbym drogę za pomocą gubionych co chwila przez
nią guzików jej stanika.
Rozdział III
Zmiana
?
Koń nasz był najleniwszym ze wszystkich koni, jakie kiedykolwiek
widziałem, i przez całą drogę wlókł się ze spuszczoną w dół głową, jakby
naumyślnie ociągając się z przybyciem na miejsce przeznaczenia.
Wyobrażałem sobie nawet, że pozwala sobie parskając wyrażać jakieś w tym
względzie uwagi, lecz woźnica upewnił mnie, że jest to tylko zwykły
kaszel.
Woźnica kiwał się na siedzeniu z opuszczonymi na kolana rękami i podobnie jak koń spuszczał głowę. Chociaż powiadam, że "wiózł" nas,
przekonany jestem, że koń dowlókłby się do Yarmouth i bez jego pomocy.
Woźnica zresztą nie przemówił ani słowem; pogwizdywał tylko od czasu do
czasu.
Peggotty miała na kolanach kosz z prowiantem, którego wystarczyłoby nam
do samego Londynu chyba. Jedliśmy też dużo, a spali jeszcze więcej.
Peggotty, śpiąc, opierała głowę na rączce od kosza, którego ani na
chwilę nie wypuszczała z dłoni. Nie uwierzyłbym zaś nigdy, że słaba
kobieta może tak głośno chrapać, gdybym na własne tego nie słyszał uszy.
Tyleśmy razy zbaczali z drogi, tak długo u wrót jakiejś gospody
wypakowywaliśmy mające tam pozostać łóżko, że zmęczony już byłem i szczerze zadowolony, gdyśmy ujrzeli Yarmouth. Zaspany i poziewający
spoglądałem na rozległe wybrzeże, dziwiąc się, że jeśli istotnie, jak to
uczy geografia, ziemia jest kulista, to jakim sposobem znaleźć się na
niej mógł taki obszar płaszczyzny? Myślałem, że Yarmouth znajduje się
chyba na jednym z biegunów.
W miarę jak, zbliżając się, mogliśmy okiem objąć całą tę prostą linię na
horyzoncie, ośmieliłem się zauważyć, że tu i ówdzie kilka wzgórków
dodałoby krajobrazowi malowniczości, jako też, że ładniej byłoby,
jeśliby ląd był czymkolwiek przedzielony od morza, a miasto i woda nie
tak zmieszane razem niby grzanki z bulionem, na co Peggotty odrzekła z niezwykłym przejęciem, że trzeba rzeczy brać takimi, jakimi są, co zaś
do niej, to się szczyci rodzinnym swym miastem.
Toteż, gdyśmy wjechali w ulicę (która mi się dziwną jakąś wydała) i poczuli zapach ryb, smoły, pakuł, dziegciu i ujrzeli idących żeglarzy i turkocące po bruku wozy, poczułem, żem nie docenił zrazu tak znakomitego
miasta, i natychmiast wyznałem to Peggotty. Słuchała moich zachwytów z przyjemnością i zapewniła, iż jest rzeczą powszechnie wiadomą (zapewne
miejscowym mieszkańcom), że Yarmouth jest najpiękniejszym miejscem pod
słońcem.
- Otóż i Am! - zawołała. - Wyrósł do niepoznania!
Ham oczekiwał naszego przybycia przy gospodzie; powitał mnie jak starego
znajomego. Zrazu nie poczuwałem się do tej znajomości, bo istotnie nie
był on pod naszym dachem od nocy mych urodzin. Znajomość pomiędzy nami
nawiązała się szybko, od chwili gdy mnie zdjął z wózka, aby zanieść do
swego domu. Był z niego chłopak wysoki i barczysty, o dziecinnej,
wesołej twarzy i wijących się, jasnych włosach, które czyniły go
podobnym do baranka. Odziany był w surdut z żaglowego płótna i sztywne
spodnie, które równie dobrze same stać by mogły. Trudno też właściwie
powiedzieć, że miał na głowie kapelusz, było to raczej coś na kształt
strzechy pokrywającej ruderę.
Ham ze mną i naszym kuferkiem na barkach i Peggotty z drugim kuferkiem w ręku mijaliśmy ulice usłane wiórami, kupami piasku, mijaliśmy kuźnie,
warsztaty powroźników i tym podobne miejsca, zanim doszliśmy do owej
pustej równiny, która zdziwiła mnie, gdyśmy wjeżdżali do Yarmouth. Tu
Ham zawołał:
- Oto i nasz dom.
Obejrzałem się dokoła. Jak okiem sięgnąć, wybrzeże, morze, ląd, woda,
lecz ludzkiego mieszkania ani śladu. Nieopodal tylko czerniała łódź,
wysoka i głęboka, z żelazną, sterczącą nad nią na kształt komina rurą, z której wychodził lekki kłąb dymu.
- Czyżby łódź miała być domem? - spytałem.
- A tak - odrzekł Ham.
Sam widok pałacu Aladyna nie mógłby mnie w większy zachwyt wprowadzić
niż myśl zamieszkania we wnętrzu łodzi. Z boku wycięte były takie małe,
ładne drzwiczki i okienka, a wszystko to pokryte dachem;
najzwyczajniejsza pod słońcem łódź, która tysiąc razy pływała po morzu i nie służyła z początku za mieszkanie dla ludzi na lądzie. To mnie
właśnie zachwycało. W innym razie pomieszczenie to wydałoby mi się
ciasne, duszne, niewygodne; teraz robiło wrażenie doskonałego
schronienia.
Wewnątrz było czysto i przytulnie. Stał stół, zegar drewniany, szafka.
Na szafce podparta Biblią stała taca z wymalowaną na niej damą z parasolem, przechadzającą się z dzieckiem ubranym jak żołnierz i wywijającym biczem. Gdyby przypadkiem taca się przewróciła, stłukłaby
niezliczoną ilość spodków i filiżanek ustawionych wokół Biblii.
Na ścianach wisiały kolorowe ryciny. Ilekroć oglądałem później podobne
dzieła sztuki, zawsze stawał mi w pamięci dom brata Peggotty. Był tam
Abraham w czerwonym płaszczu i Izaak w błękitnej chlamidzie, Daniel
żółto odziany pomiędzy lwami o zielonej sierści, a nad kominkiem wisiał
wizerunek statku "Sarah Jane", z prawdziwym malutkim drewnianym sterem
przyklejonym z wierzchu, który wydał mi się ostatnim wyrazem sztuki,
przedmiotem wzbudzającym zazdrość. Na suficie były haki, o niewiadomym
mi przeznaczeniu, różne zaś pudła i pudełka zastępowały kanapy i krzesła.
Wszystko to objąłem jednym ciekawym rzutem oka; tymczasem Peggotty,
otwierając małe drzwiczki, ukazała mi mój pokoik sypialny. Było to
rozkoszne schronienie w dziobie łodzi, z oknem zrobionym w otworze,
przeznaczonym niegdyś na ster. Do ściany przybite wisiało wąskie, jak
raz dla mnie odpowiednie lusterko w ramkach wyklejonych muszlami. Pod
lusterkiem stało wąskie łóżeczko, a na stoliku, tuż obok, bukiet traw
morskich. Ściany były bielutkie, kapa rozesłana na łóżku olśniła mnie
prawie. Po całym domu rozchodził się tak silny zapach ryb, że kiedy
wyjąłem z kieszeni chustkę do nosa, zdawało mi się, żem ją dopiero co
zdjął z morskiego raka. Gdy się zwierzyłem z tego odkrycia Peggotty,
oznajmiła mi, że brat jej handluje rakami i podobnymi morskimi
przysmakami, które też potem ujrzałem spoczywające w wielkim
nagromadzeniu, w drewnianej skrzyni niedaleko łodzi.
Przy wejściu do domu spotkała nas wielce uprzejma niewiasta, niemłoda, w białym fartuchu, z dala już witająca nas ukłonami, jako też prześliczna
- prześliczną mi się przynajmniej wydała - dzieweczka z błękitnymi na
szyi paciorkami, która jednak zaraz uciekła i schowała się, gdy ją
chciałem pocałować. Gdyśmy się już posilili gotowaną rybą polaną
roztopionym masłem i kartoflami, a dla mnie przygotowano jeszcze kotlet
- nadszedł niemłody, o przyjemnej twarzy mężczyzna. Ponieważ nazywał
Peggotty "dzieweczką", a na jej okrągłych i rumianych policzkach złożył
głośny pocałunek, od razu domyśliłem się, że był jej bratem, i rzeczywiście przedstawiono mi go jako pana Peggotty, gospodarza domu.
- Miło mi poznać panicza - rzekł. - Prości jesteśmy ludzie, ale
szczerzy.
Odpowiedziałem mu, że mnie tu wszystko nieskończenie zachwyca.
- Jak zdrowie mamy? - spytał. - Czy dobrze wygląda?
Odpowiedziałem, że matka moja wygląda doskonale i przesyła mu swe
ukłony, co zresztą było moim wymysłem.
- Bardzo jestem wdzięczny, dziękuję!... - rzekł pan Peggotty. - I jeśli
panicz zechce tu spędzić czas jakiś z nami - tu skinął głową w stronę
siostry - z Hamem i Emilką, będzie to dla nas prawdziwy zaszczyt.
Po uprzejmym tym powitaniu pan Peggotty poszedł umyć się w miednicy
pełnej gorącej wody, utrzymując, że zimna nie zdoła go oczyścić. Wrócił
po chwili zmieniony na korzyść, lecz tak przy tym rumiany, że mimo woli
pomyślałem, iż twarz jego posiada właściwość raków i homarów, a mianowicie pod wpływem gorącej wody z brunatnej w czerwoną się zmienia.
Po herbacie, przy zamkniętych drzwiach i oknach, bo na dworze zapadła
noc zimna i mglista, mieszkanko w łodzi wydało mi się bardziej jeszcze
przytulne i miłe. Słysząc, jak wiatr szaleje nad morzem, myśląc o mgłach, które zalegają bezbrzeżne równiny, oczarowany byłem płonącym na
kominku ogniem, w chatce zrobionej z prostej łodzi, na bezludnym
wybrzeżu. Mała Emilka, ośmielona, siedziała teraz tuż przy ogniu obok
mnie na najniższym i najwęższym z kuferków. Po drugiej stronie kominka
pani Peggotty w białym fartuszku robiła pończochę, Peggotty szyła, mając
przed sobą na stole swą nieodłączną skrzyneczkę do robót z wizerunkiem
katedry świętego Pawła i równie nieodłączny kawałek wosku. Ham, po
udzieleniu mi pierwszej lekcji jakiejś gry, usiłował przypomnieć sobie
wróżenie ze starych, zbrukanych kart, zostawiając na nich odciski swego
dużego palca. Pan Peggotty palił w milczeniu fajkę. Czułem, że nastała
chwila nawiązania rozmowy i bliższej znajomości.
- Panie Peggotty - rzekłem.
- Co, paniczu? - odrzekł.
- Czy dlatego pan syna swego nazwał Ham, że mieszkacie w domu podobnym
do arki?
- Nie, paniczu, nie ja mu dawałem to imię.
- Któż go tak nazwał?
- Jego ojciec!
- To nie pan jesteś jego ojcem?
- Nie. Ojcem jego był brat mój, Joe.
- Umarł? - spytałem nieśmiało po chwili.
- Utonął.
Dziwiło mię to, że Ham nie był synem pana Peggotty, i gubiłem się w domysłach nad stopniem pokrewieństwa łączącego go z resztą obecnych.
Zdecydowałem się na nowe pytanie.
- Ale mała Emilka - rzekłem, rzucając spojrzenie na dziewczynkę - jest
pańską córką?
- Nie, paniczu, szwagier mój, Tom, był jej ojcem.
Nie mogłem powstrzymać się znów od poprzedniego pytania:
- Umarł?
- Utonął.
Nastąpiła chwila milczenia. Czułem pewne utrudnienie w nawiązaniu na
nowo rozmowy, ale ciekawość przemogła.
- A pan ma dzieci? - spytałem.
- Nie mam - odrzekł śmiejąc się. - Jestem kawalerem.
- Kawalerem? - zawołałem zdziwiony i wskazując kobietę w białym
fartuchu, robiącą pończochę, dodałem:
- A to, któż to taki?
- Pani Gummidge.
- Pani Gummidge?...
Tu Peggotty, moja własna Peggotty, skinęła na mnie tak wymownie, że
zaprzestałem dalszych pytań i w milczeniu rozeszliśmy się na spoczynek.
Za zamkniętymi szczelnie drzwiami mego pokoiku wyjaśniła mi, że Ham i Emilka są sierotami, które wuj przygarnął, zaś pani Gummidge jest wdową
po jego towarzyszu i wspólniku, człowieku ubogim, ale uczciwym jak
złoto, a pewnym jak stal - było to ulubione porównanie Peggotty.
- I brat mój - dodała - ubogi jest i uczciwy jak złoto, a jak stal pewny
i wpada w gniew, gdy wspomina się przy nim o jego dobroczynności.
Wówczas uderza pięścią tak, że mu się aż raz zdarzyło stół rozbić, i klnie straszliwie, nieużywanymi przez nikogo innego słowy.
Wzruszyła mnie dobroć serca mego gospodarza. Zasypiając słyszałem, jak
pani Gummidge układała się do snu w sąsiedniej kajucie, a Ham i Emilka
zawieszali hamaki na hakach dojrzanych przeze mnie u sufitu w głównej
izbie. Zapadając w coraz głębszy sen, słyszałem niejasno wycie wiatru
szalejącego nad równiną i zacząłem się trochę bać, że podnoszące się
fale mogą nas zalać. Uspokoiła mnie myśl, że ostatecznie znajduję się na
łodzi i pod opieką doświadczonego zapewne żeglarza, przygotowanego na
wszelkie wypadki.
Nic się jednak nie wydarzyło poza tym, że nadszedł ranek. Skoro pierwsze
promienie odbiły się w wiszącym nad mym posłaniem i w ramki z muszli
oprawnym lusterku, porwałem się na nogi, a w chwilę potem zbierałem już
z małą Emilką kamyki nad zatoką.
- Prawdziwy z ciebie żeglarz chyba? - spytałem ją, nie myśląc wcale, co
mówię, lecz chcąc powiedzieć coś niezwykle uprzejmego, zachwycony
widokiem płynącego żagla, co się odbił w jej jasnym oku.
- O nie! - rzekła, kręcąc główką. - Boję się morza.
- Boisz się! - zawołałem zuchowato i patrząc z góry na potężny ocean,
dodałem z przechwałką - Ja się wcale nie boję.
- Gdybyś wiedział, jakie ono bywa okrutne - ciągnęła dziewczynka. -
Widziałam to nieraz! Widziałam łodzie o wiele większe od naszej,
potrzaskane...
- Ale to nie w tej przecie łodzi...
- ...ojciec utonął - dokończyła dziewczynka. - Nie, tamtej nie widziałam
nigdy.
- A swego ojca? - spytałem.
Wstrząsnęła główką:
- Nie pamiętam.
Uderzyło mnie to istniejące pomiędzy nami podobieństwo. Zacząłem
opowiadać jej, że i ja nigdy nie widziałem mego ojca, że szczęśliwi
żyliśmy we dwoje z moją matką i żyjemy, i żyć tak będziemy zawsze,
zawsze... i o mogile ojca na pobliskim cmentarzu, ocienionej drzewami, pod
których pełnymi śpiewających ptaków gałęźmi przechadzamy się często. Tu
występowała stanowcza różnica między sierocą dolą małej Emilki i moją.
Straciła ona matkę wcześniej jeszcze niż ojca i nie wiedziała, gdzie w głębokościach bezbrzeżnego morza leży jego mogiła.
- Zresztą - dodawała, szukając pilnie w piasku muszli i świecących
kamyków - ojciec twój był zapewne panem, mama damą, mój ojciec zaś był
rybakiem, moja mama córką rybaka i wuj Dan jest rybakiem.
- Czy panu Peggotty Dan na imię? - spytałem.
- Wuj Dan - odrzekła, skłaniając główkę w kierunku łodzi.
- Jest on zapewne bardzo dobry?
- Dobry! Gdybym była wielką damą, sprawiłabym mu kapotę ciepłą, z niebieskiego aksamitu z brylantowymi guzikami, nankinowe spodnie,
czerwoną aksamitną kamizelkę, kapelusz z piórem, złoty zegarek, srebrną
fajkę i dałabym mu tyle, ot tyle pieniędzy.
Upewniłem ją, że wuj jej zasługuje na wszystkie wyżej wymienione skarby,
chociaż w rzeczy samej nie mogłem go sobie przedstawić w wytwornym
stroju wymyślonym dlań przez wdzięczną i kochającą sierotkę. Wyliczając
te bajeczne skarby, Emilka podniosła główkę i wpatrzyła się w szafir
niebios. Niebawem jednak wróciliśmy z tej krainy marzeń do
rzeczywistości, to jest do muszelek i kamyków.
- Chciałabyś być wielką i bogatą damą? - spytałem.
Zaśmiała się wesoło.
- Czemu nie - odrzekła - i bardzo. Bylibyśmy panami, ja, wujcio, Ham i nawet pani Gummidge. Nie dbalibyśmy o słoty i burze... to jest nie
dbalibyśmy dla siebie, lecz żałowalibyśmy zawsze bardzo biednych rybaków
i pomagalibyśmy im w nieszczęściu, dawali pieniądze.
Przypuszczenie to było wielce przyjemne i wydało mi się dlatego bardzo
prawdopodobne, szczerą napełniając mnie radością. Wyrażałem to tak
gorąco Emilce, że się ośmieliła zapytać:
- A co, teraz boisz się morza?
Spokojne było w tej chwili i wcale niestraszne. Gdyby jednak nadpłynęła
fala, uciekłbym prawdopodobnie co tchu, pomny na to, co mi dopiero
opowiadała o losie rybaków. To mi nie przeszkadzało upewnić ją, że się
wcale nie boję, i że ona sama mniej się lęka zapewne, jeśli, jak mówiła,
zbliża się do drewnianego ogrodzenia u stromego w tym miejscu wybrzeża.
- Tego się nie lękam - rzekła. - Boję się, gdy morze huczy i szumi.
Wówczas oboje, ja i Ham, truchlejemy na myśl samą, na jakie
niebezpieczeństwo wuj nasz jest narażony. Zdaje się nam czasem, że go
słyszymy, jak woła o ratunek. Oto dlaczego wolałabym być wielką panią.
Ale tak, to się wcale nie boję morza, ani trochę, spójrz tylko.
Pobiegła naprzód i wskoczyła na spróchniałą belkę sterczącą nad głęboką
tonią. Widzę ją - i gdybym był malarzem, oddałbym wiernie spojrzenie,
jakie zatopiła w oddali, a które mi na zawsze zostało w pamięci.
Po chwili jasna, rumiana, tryumfująca podbiegła do mnie i zapomniałem o strachu, jaki mnie zdjął przed chwilą, i o tym, że krzyknąłem, wołając o ratunek, chociaż nikogo nie było w pobliżu. W wiele lat później, myśląc
o tym i o tajemniczych zagadnieniach istnienia, wobec tego objawu
pociągu do niebezpieczeństwa, pytałem siebie nieraz, czy nie lepiej by
wyszła na tym, jeśliby życie straciła w tej chwili? Pytałem siebie, czy
gdyby wówczas odsłonione przede mną zostały przyszłe koleje jej życia i gdybym dziecięcym rozumieniem obliczyć mógł ich rozciągłość, a ode mnie
zależało ratować ją od niebezpieczeństwa, czy dobrze bym zrobił ratując?
A był czas, w którym na pytanie, czy nie lepiej wyszłaby na tym, jeśliby
ją morskie w tej chwili pochłonęły fale, zmuszony byłem odpowiedzieć we
własnym sumieniu: tak, byłoby lepiej.
Lecz nie wyprzedzajmy wypadków. Odbiegłem od nich wspomnieniem, wróćmy
zatem do rzeczy.
Biegaliśmy długo po wybrzeżu, zbierając i dźwigając tysiące przedmiotów,
które się nam wydawały nieskończenie ciekawe, wrzucając nazad do wody
wyrzucone na brzeg rybki i inne żyjątka, pewien zresztą nie jestem, czy
im w ten sposób wielką oddawaliśmy usługę. Po powrocie do domu, w cieniu, przy składzie lin, zamieniliśmy z Emilką niewinnego, ale
serdecznego całusa i w najlepszych humorach stawiliśmy się na śniadanie!
- Niby dwie rodzone jagódki - zauważył pan Peggotty.
Kochałem się w małej Emilce, kochałem się w tej małej dziecinie tak
tkliwie i czule, z takim zapomnieniem siebie, jak się może w dojrzałym
wieku nie kochałem już nigdy. Dziś jeszcze marzy mi się ta drobna
błękitnooka dziecina niby coś nadprzyrodzonego, anielskiego. Jeśliby jej
kiedy w pogodny letni wieczór wystrzeliły nagle skrzydła z ramion, nie
byłbym bynajmniej tym zdziwiony.
Przechadzaliśmy się po wybrzeżu dłoń w dłoń godzinami całymi. Dnie nam
mijały tak, jak gdyby sam czas zmienił się był w dziecię, aby igrać z nami. Pani Gummidge i Peggotty wpadały w zachwyt nad nami i szeptały
pomiędzy sobą co wieczór, spoglądając na nas: "Cudo! Istne cudo!". Pan
Peggotty uśmiechał się, patrząc na nas spoza kłębów dymu swej fajki, a Ham zżymał się tylko lub wyszczerzał zęby. Byliśmy dla nich rodzajem
rozkosznej zabawki, cackiem, widowiskiem, czymś w rodzaju Koloseum w mikroskopijnych rozmiarach.
Spostrzegłem niebawem, że pani Gummidge nie zawsze bywała uprzejma i przyjemna. Owszem. Humor jej nie odznaczał się równością, a gderania jej
i wyrzekania wypełniały ciasne mieszkanko. Współczułem jej szczerze,
niemniej zdarzały się chwile, w których myślałem, że dobrze byłoby, aby
pani Gummidge posiadała własne apartamenty dla schronienia się tam w chwilach złego humoru.
Pan Peggotty uczęszczał czasem do gospody zwanej "Chętna Dusza".
Dowiedziałem się o tym z ust pani Gummidge pewnego wieczoru, wkrótce po
naszym przybyciu. Spojrzawszy na zegar pomiędzy ósmą a dziewiątą,
oświadczyła nagle, że pan Peggotty udał się do gospody, a nadto, że od
rana wiedziała, iż na tym się skończy.
Pani Gummidge była w złym humorze od rana, a przed obiadem, gdy piec
zaczął dymić, wybuchła wielkim płaczem, wołając, że jest biedną,
nieszczęśliwą, opuszczoną istotą.
- Przejdzie to zaraz - uspokajała ją Peggotty - zresztą przykre to jest
zarówno i dla nas.
- Lecz ja bardziej na tym cierpię - odparła pani Gummidge.
Dzień był chłodny i wietrzny. Kąt, zwykle zajmowany przez wdowę u kominka, był najcieplejszy, fotel najwygodniejszy, ale tego dnia
widocznie jej to nie zadowalało. Ciągle się uskarżała na zimno, na
przebiegające po plecach dreszcze. Płakała nawet i wyrzekała na swą
nieszczęsną dolę.
- Istotnie jest zimno, wszyscy to czujemy - zauważyła Peggotty.
- Lecz ja to czuję bardziej niż ktokolwiek inny - odrzekła pani
Gummidge.
Podobnie było przy obiedzie. Zaraz po mnie, a uważano mnie za gościa,
podawano półmiski pani Gummidge, lecz nic nie mogło jej zadowolić. Ryby
były drobne i kościste, ziemniaki przypalone. Wszyscyśmy to wprawdzie
zauważyli, lecz pani Gummidge upewniała nas, że ją to w szczególny
sposób dotyka, co potwierdziła zresztą strumieniem gorzkich łez.
Toteż gdy około dziewiątej pan Peggotty wrócił do domu, zastał panią
Gummidge z pończochą w ręku i na zwykłym swym miejscu, lecz posępną i rozżaloną. Peggotty szyła wesoło, Ham łatał buty, ja zaś, siedząc obok
małej Emilki, czytałem na głos. Od herbaty pani Gummidge nie odezwała
się ani razu, tylko od czasu do czasu wzdychała ciężko.
- Dobry wieczór - zawołał wchodząc gospodarz domu.
Wszyscyśmy, oprócz pani Gummidge, powitali go, ten słowem, ów
spojrzeniem, ona sama tylko w ponurym milczeniu skłoniła głowę niżej nad
pończochą.
- Cóż znowu! - rzekł pan Peggotty, podając jej rękę. - No, nie martwże
się, kobieto!
Pani Gummidge nie zdawała się bynajmniej zdolna do rozstania się ze
smutkami. Co więcej, wyciągniętą z kieszeni chustką zaczęła ocierać
oczy.
- Co się stało? - pytał pan Peggotty.
- Nic się nie stało - odrzekła. - Wracasz przecie z gospody.
- Ano tak, wstąpiłem tam wieczorem.
- Żałuję, żem cię wyprawiła.
- Wyprawiła! - zaśmiał się gospodarz domu. - Nie potrzebuję być aż
wyprawiany, sam tam idę chętnie.
- Chętnie, zbyt chętnie - mruczała, kiwając głową i ocierając oczy. -
Otóż w tym bieda, że tym chęciom ja jestem winna.
- Ani myśl o tym - uspokajał ją pan Peggotty.
- Tak, tak - wołała, łkając, pani Gummidge - wiem dobrze, jakie jest
moje nieszczęsne położenie, wiem, jak jestem opuszczona i że nie tylko
mnie się nie wiedzie, lecz że przynoszę z sobą nieszczęście. Tak, tak,
czuję to, czuję wszystko żywiej niż ktokolwiek inny i okazuję to, i jest
to właśnie moja niedola.
Nie mogłem, słuchając owej rozmowy, powstrzymać się od uwagi, że niedola
w niemałej mierze spada na tych, którzy z nią mieszkają. Dobry pan
Peggotty, chociaż i był może podobnego co ja zdania, nie wyraził tego,
owszem starał się uspokoić rozżaloną kobietę.
- Nie jestem tym, czym być pragnę - mówiła pani Gummidge - nie jestem
tym, czym być powinnam, wiem o tym, niedola rozdrażniła mię, boleję nad
mą niedolą, chciałabym nie czuć, lecz nie jest to w mocy mojej,
chciałabym być mężniejsza, ale przechodzi to moje siły. Wiem, jestem
nieznośna, zatruwam każdemu życie, dokuczam siostrze twojej i małemu
panu Davy.
Pośpiesznie zaprzeczyłem.
- Ale tak, tak, wiem, co mówię - twierdziła rozżalona. - Lepiej będzie
pójść precz stąd i umrzeć. Opuszczoną, nieszczęśliwą jestem istotą,
powinnam ustąpić z drogi. Nic mi się nie wiedzie, wszystko przeciw mnie
się obraca... Danielu, pozwól mi wrócić do domu, pozbędziesz się mnie
wreszcie...
Z tymi słowy udała się na spoczynek. Gdy odeszła, pan Peggotty, który
słuchał wyrzekań jej ze współczuciem, spojrzał po nas obecnych i,
wstrząsając głową, rzekł z cicha:
- Myśli o starym.
Nie wiedziałem, o jakim właściwie "starym" mogła myśleć pani Gummidge, i dopiero Peggotty, moja własna Peggotty, rozbierając mnie objaśniła, że
tym "starym" był nieboszczyk mąż jej. Wiedział o tym brat Peggotty,
współczując niedoli wdowy. Istotnie dosłyszałem, jak pan Peggotty,
zawieszając na noc swój hamak, mówił jeszcze do Hama: "Biedaczka!
Myślała o starym". Powtarzał to, i zawsze z niezmiennym współczuciem, za
każdym razem, gdy w czasie naszych odwiedzin pani Gummidge wpadała w swój żałosny nastrój.
Tak minęły dwa tygodnie, nie przynosząc innych zmian, prócz przypływów i odpływów morza i dostosowanych do nich odjazdów i powrotów pana Peggotty
i Hama. Ham brał nas czasem z sobą dla pokazania nam statków i okrętów.
Raz nawet przewiózł nas łodzią po morzu. Nie wiem doprawdy, dlaczego
pewne wspomnienia tak szczególnie wiążą się z pewnymi miejscami,
zwłaszcza gdy chodzi o wspomnienia z dzieciństwa, lecz sądzę, że tak być
musi. Ile razy zdarzyło mi się słyszeć lub czytać nazwę Yarmouth, tyle
razy w pamięci stawał mi pewien poranek niedzielny, spędzony na
wybrzeżu. W powietrzu rozlegały się kościelne dzwony. Emilka stała
oparta o moje ramię. Ham rzucał od niechcenia kamyki w morze, a za
morzem słońce wyłaniało się spoza zwojów mgły, oświecając okręty, w mglistej dali do własnych swych podobne cieni.
Nadszedł dzień powrotu do domu. Dzielnie panując nad sobą, pożegnałem
pana Peggotty i panią Gummidge, lecz boleść moja przy rozstaniu z małą
Emilką nie miała granic. Szliśmy, dłoń w dłoni, do gospody, skąd
mieliśmy wyjeżdżać. Obiecywałem pisywać do niej, czego też dotrzymałem,
kreśląc z niezwykłą starannością olbrzymie litery. Byliśmy bardzo
smutni, a tak wielkiej pustki, jak ta, którą miałem na odjezdnym w sercu, nie zdarzyło mi się może nigdy odczuć równie głęboko.
Przez cały czas pobytu w Yarmouth zachowałem się niewdzięcznie względem
własnego mego domu, gdyż rzadko i mało o nim myślałem. Lecz zaledwie
wsiedliśmy na wózek, rozbudzone sumienie zaczęło czynić wyrzuty, a rozdarte serce uczuło żywiej niż kiedy bądź, że wracam do gniazda, że
matka tylko zdoła mnie pocieszyć i żal mój ukoić! Uczucie to wzrastało,
w miarę jak zbliżaliśmy się do domu, a niecierpliwe pragnienie ujrzenia
domowych progów wzmagało się na widok znanych mi miejsc i przedmiotów.
Tylko Peggotty, zamiast dzielić me uczucia, powstrzymywała ich ciągłe
wybuchy, wyglądała przy tym jakby zmieszana i jakoś nieswoja. Tak
dotarliśmy do Blunderstone... Widzę je, widzę w świetle pochmurnego
popołudnia, wśród szarej i dżdżystej pogody.
Drzwi się otwarły, wbiegłem półuśmiechnięty, półwzruszony, chcąc już
rzucić się w objęcia mej matki, lecz zamiast niej spotkałem nieznajomą
służącą.
- Peggotty - zawołałem cofając się - czy mama nie wróciła jeszcze?
- Wróciła, wróciła - uspokajała mię Peggotty, a po chwili dodała - Niech
się panicz zatrzyma chwilkę, powiem coś paniczowi.
Zmieszana i z wrodzoną niezręcznością wyłaziła najniezgrabniej pod
słońcem z wózka, lecz byłem zbyt przerażony, aby się śmiać z tego. Ujęła
mnie za rękę i wprowadziła do kuchni, zamykając za sobą drzwi.
- Peggotty, co się stało? - pytałem wystraszony.
- Nic się, chwała Bogu, nie stało - odrzekła z udaną wesołością.
- Pewien jestem, że się coś stało. Gdzie mama?
- Gdzie mama? - powtórzyła, wahając się, Peggotty.
- Tak, gdzie mama? Czemu nie wyszła na nasze spotkanie, czemu jej tu nie
ma?
Oczy moje pełne były łez gotowych popłynąć za chwilę, serce mi się
ściskało okropnie, słaniałem się na nogach.
- O mój Boże! - zawołała, podtrzymując mnie, Peggotty. - Co ci jest, co,
moje dziecko?
- Może umarła - wyszeptałem z trudnością.
Peggotty zaprzeczyła energicznie, usiadła, aby się wysapać, mówiąc, żem
ją przestraszył.
Wstrząsnąłem nią, aby się uspokoiła, i wpatrywałem się w nią pytająco.
- Widzisz, kochanie - zaczęła - miałam ci to już przedtem powiedzieć,
tylko... nie było sposobności... mniejsza z tym, trzeba było powiedzieć raz
stanowczo...
- Mów, mów, Peggotty - błagałem czując, że mnie coraz większy zdejmuje
niepokój.
- Kochanie - rzekła, rozwiązując drżącą ręką wstążki kapelusza, po czym
jednym tchem dorzuciła - A gdyby tak panicz dostał tatę?
Zadrżałem i zbladłem. Na wspomnienie tej tam mogiły na cmentarzu i na
myśl o wskrzeszonym trupie coś owiało mnie na kształt trującego oddechu.
- Nowego tatę - dodała Peggotty.
- Nowego - powtórzyłem.
Peggotty zaczerpnęła powietrza, jak gdyby miała połknąć coś niezwykle
wstrętnego, i wyciągając rękę, rzekła:
- Pójdź, zobacz go.
- Nie mam wcale ochoty go widzieć.
- A mamę? - spytała Peggotty.
Przestałem opierać się i dałem się wprowadzić do bawialnego pokoju. Po
jednej stronie kominka siedziała matka moja, a po drugiej pan Murdstone.
Matka moja wypuściła z rąk robotę i powstała śpiesznie, lecz, jak mi się
zdawało, nieśmiało.
- Kochana Klaro - ozwał się pan Murdstone - pamiętaj, żebyś zawsze
panowała nad sobą. Jak się masz, chłopcze!
Ujął mnie za rękę, po czym dopiero ucałowałem moją matkę. Uścisnęła mnie
i wróciła do rzuconej przed chwilą roboty. Nie śmiałem oczu podnieść ani
na nią, ani na niego, a że czułem wzrok jego na nas obojgu, więc się
zbliżyłem do okna, przypatrując się krzakom, których liście zwarzył
jesienny chłód.
Skorzystałem z pierwszej sposobności, by uciec na górę. Pokoik mój
sypialny nie był już obok pokoju mojej matki, lecz gdzieś daleko.
Wszystko było zmienione lub zmienionym mi się zdało. Wybiegłem na
dziedziniec, lecz i stąd uciekłem wprędce, gdyż pustą dotąd psią budę
zajmował brytan czarny, kudłaty, do niego podobny. Pies ten wyskoczył na
mnie, wyszczerzając białe i potężne kły.
Rozdział IV
Popadam w niełaskę
?
Jeśliby pokój, gdzie przeniesiono moje łóżeczko, był istotą żyjącą, na
której świadectwo można się powołać, zaświadczyłby dziś jeszcze
(ciekawym, kto tam dziś sypia?), z jak ciężkim sercem udałem się
wieczoru tego na spoczynek. Wchodząc na schody, słyszałem bezustanne
ujadanie psa na dziedzińcu, a wszedłszy do pokoju, usiadłem z założonymi
na piersi rękoma, pogrążając się w zadumie.
Myślałem o najdziwniejszych rzeczach: o kształcie pokoju, o rysach na
sklepieniu, o tapetach, o skazach na zwierciadle i dziwacznym z tego
powodu łamaniu się odbicia, o koślawej umywalni, co mi podeszłym swym
wiekiem przypomniała panią Gummidge. Myśląc o tym wszystkim, płakałem
gorzko, sam nie wiedząc czemu, czując tylko chłód i osamotnienie.
Wreszcie przypomniałem sobie, że się kocham na śmierć w małej Emilce.
Oderwany od niej, znajduję się w miejscu, gdzie nikt o mnie nie dba ani
w połowie tak, jak dbałoby to dziewczątko. Wprawiło to mnie w taką
rozpacz, że łkałem, dopóki sen mnie nie zmorzył.
Zbudził mnie głos mówiący: "Mamy go!". Jednocześnie uczułem, że mi ktoś
odkrywa rozpaloną głowę. Nade mną stały matka moja i Peggotty.
- Davy - spytała moja matka - co ci jest?
Zdziwiło mnie to pytanie, toteż odpowiadając krótko "nic", odwróciłem
się, chcąc skryć zbyt wymowne drżenie ust.
- Davy! Dziecko moje - powtórzyła matka moja.
Sądzę, że nic mnie bardziej w tej chwili dotknąć nie mogło, jak ta nazwa
"dziecko" w jej ustach. Skryłem zapłakaną twarz w poduszkach, odpychając
prawie pochylającą się nade mną matkę, która zawołała:
- Twoje to dzieło, Peggotty! Niegodziwa Peggotty! Nie wątpię teraz o tym! Jakże to zdołasz pogodzić ze swym sumieniem! Zbuntować moje rodzone
dziecko przeciw mnie lub przeciw komuś, kto mi jest drogi! Czy masz
serce, czy masz sumienie?!
Biedna Peggotty wzniosła oczy i dłonie, mówiąc:
- Niech Pan Bóg pani wybaczy, pani Copperfield, i strzeże panią, abyś
słów tych nie pożałowała.
- I to kiedy jeszcze! - ciągnęła ze łzami matka moja. - W miodowym
miesiącu, wówczas gdy najsroższy nieprzyjaciel nie miałby serca trwożyć
mnie i martwić. Davy! Niedobre dziecko! Zła, niegodziwa Peggotty! O,
jakże ten świat jest przewrotny, i to wówczas właśnie, gdy mi się
wszystko uśmiechać winno...
Uczułem dotknięcie ręki nie matki mojej i nie Peggotty. Od razu
powstałem na nogi. Dłoń pana Murdstone spoczywała na moim ramieniu.
- Cóż to znowu? - mówił. - Klaro, duszko, zapominasz się. Więcej
stanowczości!
- Przepraszam cię, Edwardzie - odrzekła matka moja - chciałam być
odważna, lecz tak mi smutno...
- Doprawdy, Klaro, tak prędko.
- Przykro mi właśnie, że to nastąpiło teraz - tłumaczyła moja matka i dąsając się nieco, dodała - Ależ bo i jest czym się smucić...
Przygarnął ją do siebie, mówiąc jej coś z cicha, po czym ją pocałował.
Widząc, jak tonęła w jego objęciu, zrozumiałem od razu, że nagnie on,
jak zechce, słaby jej charakter.
- Odejdź, kochanie! - rzekł pan Murdstone. - Dawid zejdzie niebawem ze
mną.
Zwracając się zaś po odejściu mej matki do Peggotty, spytał ją:
- Czy znane ci jest nazwisko twej pani?
- Zbyt dawno jej służę - odrzekła zagadnięta - abym nie wiedziała, jak
się nazywa.
- Tak by się zdawało! A jednak wchodząc na schody, wyraźnie słyszałem,
jak ją nazwałaś nienależącym do niej nazwiskiem. Nosi ona teraz moje.
Pamiętaj o tym na przyszłość.
Peggotty wyszła, rzucając na mnie szybkie spojrzenie i mówiąc coś o tym,
że na nią czekają. Pozostawszy sam ze mną, pan Murdstone zamknął drzwi
i, siadając naprzeciw mnie, wpatrzył się we mnie. Nie spuszczałem i ja
też z niego oka. Czułem, jak mi serce głośno i szybko bije w piersiach.
- Dawidzie - rzekł, zaciskając usta - jak ci się zdaje, co robię z krnąbrnym psem lub koniem?
- Nie wiem - odrzekłem.
- Smagam go.
Uprzednią odpowiedź wyszeptałem cicho, teraz tchu mi zabrakło w piersiach.
- Prowadzę go jak na pasku i mówię sobie: musi mi ulec, musi, chociażby
życiem miał przypłacić. Pokaż, co masz na twarzy?
- Brud - odrzekłem.
Wiedział dobrze, że to są ślady łez, lecz jeśliby sto razy powtórzył
pytanie, za każdym razem dodając sto uderzeń, to i tak za nic na świecie
nie przyznałbym się, że płakałem.
- Dowcipny jesteś, nie ma co mówić - uśmiechnął się ze zwykłą sobie
powagą. - Sprytny nad swój wiek. Zrozumiemy się doskonale. Otrzyj twarz
i chodź ze mną.
Gestem nakazującym natychmiastowe posłuszeństwo wskazał umywalnię, która
właśnie przypominała mi tak żywo panią Gummidge. Nie wątpię, że przy
najlżejszym oporze zgiąłby mnie we dwoje.
- Klaro, kochanie - rzekł, wprowadzając mnie za rękę do bawialnego
pokoju - uspokój się, zażegnałem, spodziewam się, twe zmartwienie,
możemy się wspólnie weselić.
Niech mnie nieba mają w swej opiece, lecz sądzę, że jedno ciepłe,
serdeczne słowo, wyrzeczone w tym czasie, zmieniłoby mnie i całe moje
życie. Słowo zachęty, objaśnienia, współczucia dla mej dziecinnej
boleści, zapewnienia, że dom ten nie przestał być mi rodzinnym domem,
mogło mu zjednać na zawsze moje dziecięce serce, uczynić mnie ufnym, a nie skrytym, natchnąć szacunkiem zamiast nienawiścią. Zapewne matka moja
bolała, widząc mnie tak sztywnym i zamkniętym w sobie. Gdym brał
krzesło, spoglądała na mnie z niepokojem. Musiała zauważyć nagły brak
naturalnej mej, dziecięcej swobody. Gdyby jedno słowo... ale nikt go nie
wymówił.
Zasiedliśmy do stołu we troje. Zdawał się być czułym dla mej matki, co
wszelako bynajmniej nie powiększyło skali mych uczuć dla niego.
Zrozumiałem z tego, co mówiono, że starsza jego siostra miała zamieszkać
z nami i właśnie oczekiwano jej tego wieczoru. Nie wiem też, czy tego
wieczoru, czy potem, dowiedziałem się, że on i jego siostra mieli jakieś
interesy z właścicielem handlu win w Londynie, że spółka ta trwała od
lat już wielu, zawiązana jeszcze przez jego dziada. Bądź co bądź, notuję
to obecnie tak, jak mi się nasuwa na pamięć.
Po obiedzie, gdyśmy siedzieli przy kominku, a ja myślałem tylko o tym,
by się najprędzej, bez obrazy pana domu, wymknąć do Peggotty,
usłyszeliśmy podjeżdżający do bramy ogrodu pojazd. Wyszedł na spotkanie
przybywającej siostry, a za nim powstała i moja matka. Nieśmiało szedłem
za nią. Już za drzwiami i w cieniu zwróciła się szybko do mnie,
przycisnęła - jak to dawniej zwykła była czynić - do serca, mówiąc mi z cicha, że powinienem kochać i poważać mego nowego ojca. Uściskała mię
tkliwie, lecz lękliwie jakoś, niby w tajemnicy, i zakładając rękę za
plecy, trzymała mnie za rękę. Dopiero gdyśmy się z nim zrównali,
wypuściła moją rękę ze swojej, aby się oprzeć na jego ramieniu.
Nowo przybyła panna Murdstone wyglądała złowrogo. Podobna z twarzy do
brata, jak on brunetka o smagłej cerze, miała jak on dwoje gęstych brwi
nad dużym nosem, a wyglądało to tak, jak gdyby ich obfitością nagrodzić
sobie chciała brak bokobrodów. Miała z sobą dwa czarne kufry z wybitymi
na nich świecącymi literami. Płacąc woźnicy dostawała pieniądze ze
stalowej sakiewki, którą wydobyła z większego worka zawieszonego na ręku
na stalowym łańcuchu. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć bardziej
metalowej kobiety.
Wprowadzono ją do bawialnego pokoju z tysiącem uprzejmości. Tu zbliżyła
się do mojej matki, jako do bliskiej krewnej, a spostrzegłszy mnie,
spytała:
- Synek to twój, bratowo?
Matka moja skłoniła twierdząco głową.
- Na ogół - zauważyła panna Murdstone - nie lubię chłopców. Jak się
masz, chłopcze?
Na tę zachęcającą przemowę odpowiedziałem wprawdzie, że zdrów jestem i spodziewam się, że panna Murdstone w dobrym też pozostaje zdrowiu, lecz
uczyniłem to tak nieuprzejmie, że przybyła zadecydowała:
- Brak mu manier.
Wypowiedziawszy wyrok ten dobitnie, prosiła, aby jej wskazano pokój,
który miała zająć. Pokój ten, zapełniony dwoma zawsze na klucz
zamkniętymi kuframi, rozwieszonymi dokoła niby broń lustrami oraz
stalowymi łańcuszkami i szpilkami, w które się zwykle stroiła, stał się
odtąd dla mnie przybytkiem strachu.
Zauważyłem wkrótce, że panna Murdstone nie ma wcale zamiaru opuścić nas
kiedykolwiek. Zaraz nazajutrz zajęła się "pomaganiem" mojej matce w gospodarstwie: przez cały dzień robiła porządki w spiżarni. Niebawem
przekonałem się, że posądzała ustawicznie służące o ukrywanie gdzieś, na
strychu zapewne, mężczyzn. Pod tym pretekstem biegała ciągle po schodach
i zaglądała we wszystkie kąty, a gdy otwierała szafy, czyniła to tak,
jak gdyby już miała złapać złodzieja.
Chociaż żadnej w pannie Murdstone lotności nie było, wstawała równo ze
skowronkami, wcześniej niż ktokolwiek w domu. Peggotty zapewniała nawet,
że sypia jednym tylko okiem, co mi się jednak i po kilkakrotnych
osobistych próbach nie wydało prawdopodobne.
Zaraz nazajutrz po przybyciu wstała z pianiem kogutów, a gdy matka moja
zeszła na śniadanie, dziobnęła ją w policzek, co miało oznaczać
pocałunek, mówiąc:
- Przybyłam tu, kochana Klaro, aby ci ulżyć i być we wszystkim pomocą.
Jesteś zbyt ładna i roztrzepana - tu matka moja uśmiechnęła się
uprzejmie - abyś mogła podołać przeróżnym swym obowiązkom. Oddaj mi z łaski swej klucze i pozwól, abym cię wyręczała.
Od chwili tej klucze przeszły wyłącznie w ręce panny Murdstone. We dnie
nosiła je u paska, zawieszone na żelaznym łańcuszku, w nocy chowała pod
poduszką, a matka moja nie miała do nich dostępu. Zrazu protestowała
przeciw tak stanowczemu usunięciu siebie na bok. Pewnego wieczoru, gdy
panna Murdstone przedstawiała bratu pewne plany gospodarskie, z zupełnym
pominięciem pani domu, matka moja rozpłakała się, utrzymując, że warto
by może i o jej zdanie spytać.
- Klaro - zauważył surowo pan Murdstone - Klaro! Dziwię ci się,
doprawdy!
- O! Dobrze ci dziwić się, Edwardzie! - zawołała, płacząc, moja matka. -
Pewna jestem, że sam czegoś podobnego byś nie zniósł.
Stanowczość była największą cnotą w pojęciu pana Murdstone i jego
siostry. W moim dziecięcym wyobrażeniu pozostała ona jednoznaczną z despotyzmem i z pewnym ponurym, chłodnym, zarozumiałym usposobieniem,
jakim oboje, brat i siostra, się odznaczali. Wierzyli oni święcie, że
pan Murdstone niezłomny jest w swych postanowieniach i że nikt pod
słońcem nie jest tak niezłomny i być nim nie może. Jedyny wyjątek
stanowiła panna Murdstone. Wolno jej było być też stanowczą - jedynie
dzięki pokrewieństwu - ale w niższym, niejako poddańczym, stopniu. Matka
moja stanowiła także wyjątek. Ta powinna była być niezłomna w postanowieniach, lecz w tym tylko znaczeniu, aby ślepo ulegać ich woli i ślepo wierzyć w ich nieomylność.
- Trudno - zaczęła matka moja - we własnym domu...
- Własnym... - powtórzył pan Murdstone. - Klaro!
- W naszym domu - jąkała się biedna, widocznie wystraszona kobieta -
sądziłam, że mnie zrozumiesz, Edwardzie! Sądziłam, że w twoim domu będę
miała głos chociażby doradczy. Dawniej umiałam prowadzić gospodarstwo... -
tu matka moja rozpłakała się na dobre - możecie spytać Peggotty...
- Edwardzie - przerwała panna Murdstone - trzeba raz temu położyć
koniec, jutro wyjeżdżam.
- Jane Murdstone - ozwał się brat jej - milcz, proszę. Czy mnie nie
znasz?
- Doprawdy - szlochała matka moja - doprawdy nie chciałabym narazić się
nikomu i byłabym bardzo nieszczęśliwa, jeśliby ktokolwiek miał stąd
odjechać. Nie wymagam wiele, nie jestem tak szalona, chciałabym tylko,
aby czasem i o moje spytano zdanie. Wdzięczna jestem, doprawdy, za każdą
dobrą radę i chciałabym tylko czasem, choć dla przyzwoitości, wyrazić
swe zdanie. Sądziłam, Edwardzie, że ci się moje niedoświadczenie
podobało niegdyś... Teraz wyrzucasz mi je tak surowo...
- Edwardzie - powtórzyła panna Murdstone - trzeba raz temu położyć
koniec. Pozwól, że odjadę jutro.
- Jane Murdstone - zagrzmiał głos brata - milcz, proszę, jak śmiesz!
Panna Murdstone wydobyła z torby chustkę i podniosła ją do oczu.
- Klaro! - zwrócił się do mojej matki mąż jej - zadziwiasz mnie,
wprawiasz w zdumienie! Prawda, cieszyła mnie myśl poślubienia młodej,
niedoświadczonej istoty, której charakter mógłbym wykształcić,
zahartować wolę. Lecz kiedy siostra moja raczy przybyć mi z pomocą i z łaski swej chce zająć się gospodarstwem domowym, wyręczyć cię, to w zamian spotyka ją czarna niewdzięczność...
- O, Edwardzie! Edwardzie! - szlochała matka moja - nie oskarżaj mnie
tylko o niewdzięczność. Wierz mi, nie jestem niewdzięczna... Nikt mi tego
dotąd nie zarzucał. Wiele mam wad, ale niewdzięczna nie jestem, o, nie!
- Spotyka ją czarna niewdzięczność - ciągnął pan Murdstone - dlatego,
wyznaję, czuję się obrażony, zraniony nawet.
- Edwardzie! Edwardzie! - błagała, zanosząc się od płaczu, moja matka -
nie mogę znieść twych wyrzutów! Wdzięczne mam i kochające serce,
zapewniam cię, że kochające, spytaj Peggotty.
- Słabość, choćby największa, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia -
zauważył pan Murdstone. - Zadyszałaś się, kochanie!
- Nie gniewaj się, proszę, nie mogę, widzisz, żyć bez przywiązania, w chłodzie, w obojętności... Tak mi ciężko! Wiem o tym, że mam tysiące
przeróżnych wad, lecz ty jesteś tak dobry, że chcesz zahartować mój
słaby, niedołężny charakter. Jane, nie sprzeciwiam się już niczemu,
zranisz mnie śmiertelnie, odjeżdżając...
Głosu zabrakło biednej mojej matce!
- Jane Murdstone - wtrącił się pan Murdstone - nigdy dotąd nie padły
między nami drażliwe słowa. Jeśli to się obecnie zdarzyło, nie moja w tym, jak sama widzisz, wina. I nie twoja także. Ktoś inny popchnął nas
do tego, wywołał wstrętną dla nas obojga scenę. Zapomnijmy o tym, co
zaszło.
Tu spostrzegł mnie.
- Nie jest to scena odpowiednia dla dzieci - zauważył. - Idź spać,
Dawidzie.
Oczy miałem pełne łez i z trudnością trafiłem do drzwi. Tak mi było żal
biednej mojej matki! Po ciemku wszedłem na schody i do mego pokoju, nie
mając nawet chęci prosić Peggotty o światło i uściskać jej na dobranoc.
Gdy po godzinie przyszła do mego łóżka, powiedziała mi, że matka moja
położyła się spłakana i zmartwiona, a pan i panna Murdstone siedzą
jeszcze razem w bawialnym pokoju.
Zszedłem nazajutrz wcześniej niż zwykle i zatrzymałem się chwilkę u drzwi, słysząc głos mojej matki. Przepraszała ona bardzo serdecznie i pokornie pannę Murdstone, a gdy szanowna ta dama raczyła udzielić jej
przebaczenia, pogodziły się z sobą na dobre. Odtąd nie słyszałem już
nigdy matki mojej wypowiadającej w jakiej bądź sprawie swego zdania, bez
uprzedniego przekonania się, czy takowe panna Murdstone podziela lub, co
najmniej, czy nie jest temu przeciwna. Ta zaś, za każdym wybuchem złego
humoru, a podlegała chronicznie tej słabości, potrząsała pękiem kluczy
tak, jak gdyby chciała się ich pozbyć, co zawsze nieskończenie
przerażało moją matkę.
Ponure rysy charakteru Murdstonów rzucały cień i na religijne ich
uczucia: religia ich była surowa i mściwa. Przychodziło mi odtąd na
myśl, że było to konsekwentnym wynikiem owej stanowczości, co nie znała
dla nikogo i za nic przebaczenia. Pamiętam nasze surowe miny, gdyśmy
szli do kościoła, który mi się innym niż przedtem zaczął wydawać.
Niedziela mijała po niedzieli, siadywałem w ławce podobny do więźnia
przywleczonego na ofiarę. Panna Murdstone w czarnej, aksamitnej,
rzekłbyś, na kształt całunu zrobionej sukni siadała tuż obok mnie, za
nią dopiero matka moja, pan Murdstone ostatni. Peggotty nie przychodziła
już z nami, jak niegdyś bywało. Słyszę ostry głos panny Murdstone
odpowiadającej księdzu, widzę jej czarne oczy, na każdą wzmiankę o "nędznych grzesznikach" obiegające całe zgromadzenie. Widzę łagodne i wystraszone spojrzenie mej matki i usta jej poruszające się cicho,
pomiędzy tymi dwojgiem, których modły rozlegały się niby grom z nieba.
Zdawało mi się czasem, że nie tylko kapłan u ołtarza, lecz i sami
aniołowie w niebie są grzesznikami, a sprawiedliwymi - tylko pan i panna
Murdstone. A jeśli zdarzyło mi się poruszyć palcem lub rozciągnąć
muskuły twarzy, książka do nabożeństwa panny Murdstone pokrywała mi
sińcami cały bok.
Tak, widzę po drodze do domu sąsiadów spoglądających z westchnieniem
współczucia na mnie i na matkę moją. Idąc nieco za Murdstonami i matką,
mogłem pochwycić znaczące spojrzenia sąsiadów i sam zacząłem się dziwić,
że kroki mojej matki stały się mniej zwinne i coraz ciemniejsza chmura
osiadała na jasnym jej czole. Pytałem siebie wówczas, czy sąsiedzi
pamiętają jeszcze, jakeśmy dawniej z nią we dwoje chodzili do kościoła,
i przez całą niedzielę pozostawałem smutny.
Zaczęto mówić o wysłaniu mnie do szkoły. Projekt ten wyszedł od pana i panny Murdstone i naturalnie został zatwierdzony przez moją matkę;
tymczasem miałem się uczyć w domu.
Nie zapomnę nigdy owych lekcji. Wbiły mi się głęboko w pamięć. Pozornie
udzielane mi były przez matkę, lecz w obecności pana Murdstone i jego
siostry, którzy znajdowali tu gotową sposobność do wyrabiania w matce
mojej owego hartu, będącego ich hasłem i ustawicznie wywieszanym
sztandarem. Zdaje mi się nawet, że jedynie w tym celu ociągano się z wysłaniem mię do szkoły. Zdolny byłem i chętny do nauk, dopóki sam byłem
z matką. Zachowałem niejasne, lecz błogie wspomnienie pierwszej nauki
alfabetu, odbytej u jej kolan, w jej objęciu. Po dziś dzień nie mogę
spojrzeć na czarne kształty wielkich liter, na okrągłość O i Q, na
wężykowatość S, bez powracania do odległych, bardzo odległych, lecz
wcale nie wstrętnych wspomnień. Owszem, razem z ulubioną mą książką o krokodylach, cała nauka czytania wydaje mi się rozkoszną przechadzką
wśród klombów różnorodnego kwiecia. Nie takie jednak były późniejsze,
oficjalne, w obecności Murdstonów udzielane lekcje. Pełne nudy i smutku,
długie, liczne, ciężkie, niezrozumiałe, nużące zarówno ucznia jak i nauczycielkę.
Niechże przypomnę sobie dokładnie, jak to wtedy bywało, niechże przeżyję
wspomnieniem jeden z dni mego dzieciństwa.
Po śniadaniu, pamiętam, wszedłem do bawialnego pokoju z książkami,
kajetami i tabliczką w ręku. Matka moja czekała na mnie już przy swoim
biureczku, pan Murdstone przy oknie, czytający niby książkę, panna
Murdstone nawlekająca stalowe paciorki. Sam już widok tych dwojga
nieodstępnych towarzyszy mego życia wywierał na mnie takie wrażenie, żem
zapomniał lekcji wyuczonej dopiero z niemałym trudem. Bóg wie, gdzie się
to wszystko podziewało.
Podałem książkę matce, nie pamiętam już, gramatykę, historię czy
geografię. Spojrzałem raz jeszcze na rozłożoną stronicę i zacząłem
powtarzać lekcję. Potknąłem się raz, widzę skierowane na siebie spoza
książki spojrzenie pana Murdstone. Zająknąłem się raz, drugi, widzę
spojrzenie rzucone mi przez pannę Murdstone. Zarumieniłem się po uszy,
zabełkotałem coś i ani rusz dalej. Matka podpowiedziałaby mi może, lecz
biedaczka nie śmiała i jęknęła tylko:
- Davy! O, Davy!
- Klaro! - wtrącił pan Murdstone - miejże więcej charakteru i nie psuj
tak chłopca. Jedno z dwojga, umie czy nie umie lekcji?
- Nie umie - zadecydowała stanowczo panna Murdstone.
- Istotnie, zdaje się, że nie umie - przyznała moja matka.
- W takim razie - rzekła panna Murdstone - oddaj mu książkę, niech się
douczy.
- Zapewne - podchwyciła matka moja - było to właśnie moim zamiarem.
Davy, weź, powtórz, naucz się, moje dziecko. Nie bądźże głupi!
Starałem się zastosować do rozkazu i powtarzałem zadaną lekcję, lecz
widocznie byłem głupi i nie mogłem skupić uwagi. Myślałem, ile tasiemek
wyjść mogło na siatkę pokrywającą czarne włosy panny Murdstone?
Myślałem, ile kosztował szlafrok pana Murdstone i o tym podobnych
rzeczach. Wtem pan Murdstone poruszył się, poruszyła się panna
Murdstone, matka moja spojrzała na nich, zamknęła książkę i odłożyła ją
na bok.
Odkładane książki gromadziły się w stosy, a im więcej się ich
gromadziło, tym mniej stawałem się pojętny. Widząc, że nie poradzę
sobie, zdałem się na łaskę i niełaskę mej doli. Spoglądaliśmy po sobie z matką w najżałośniejszy sposób, lecz i to nie pomagało. Korzystając z odwróconej na chwilę od siebie uwagi, starała się ona ruchem ust
naprowadzić mnie na daremnie szukaną drogę. Wtem panna Murdstone
odezwała się ostrzegającym tonem:
- Klaro!
Matka moja drgnęła, zarumieniła się, próbując pokryć zafrasowanie
uśmiechem, a pan Murdstone powstał z miejsca, wziął z rąk jej książkę,
rzucił mi ją w twarz i targając mnie za uszy, wypchnął za drzwi
bawialnego pokoju.
Ale jeśli nawet inne lekcje szły jako tako, czekała mnie zawsze istna
niedola z arytmetyką, której uczył mnie sam pan Murdstone. Lekcja
zaczynała się od zadania:
- Jeśli pójdę do kramu i kupię cztery tysiące podwójnych serków z Gloucester, po cztery i pół pensa sztuka, ile to wyniesie?
Odpowiedzieć trzeba było w lot. Widzę zadowoloną minę panny Murdstone i liczę, liczę, bez skutku niestety, aż do samego nieraz obiadu, a gdy
ścieraniem brudnej tabliczki i przeciąganiem palców po twarzy zmienię,
bywało, siebie w Mulata, to już co najwyżej kawał suchego chleba
dopomaga mi do strawienia owych czterech tysięcy podwójnych serków z Gloucester i jestem w niełasce przez resztę wieczoru.
W oddaleniu, w jakim mnie bieg życia postawił od tych dni dziecięcych,
zdaje mi się, że taki a nie inny był codzienny przebieg mych nauk. To
pewne, że uczyłbym się lepiej, a nawet i wcale dobrze, gdyby nie
Murdstonowie, wywierający na mnie wrażenie podobne do tego, jakie
wywierają węże na niektóre ptaki. Wówczas nawet, gdy przedobiednie
lekcje udawały mi się względnie, całą wygraną stanowił obiad, gdyż panna
Murdstone nie pozwalała mi odetchnąć i zaledwiem skończył jedno zadanie,
zwracała na mnie uwagę brata, odzywając się do mojej matki:
- Kochana Klaro! Zajmij czym swego chłopca, zajęcie zdrowe jest dla
dzieci.
Toteż chwil wytchnienia miewałem mało, z towarzystwa zaś rówieśników
moich nie korzystałem wcale. Pan Murdstone uważał wszystkie dzieci,
zapominając o tym zapewne, jakie to dziecię zasiadało raz w świątyni
pomiędzy doktorami, za mrowisko małych żmij, wzajemnie najzgubniej
oddziaływających na siebie.
Nieuniknionym następstwem podobnego trybu wychowania było spaczenie mego
charakteru i zdolności. Stawałem się z dniem każdym posępniejszy,
tępszy, kwaśniejszy, a to tym bardziej, im bardziej czułem się oddalony
od mej matki. Sądzę, że popadłbym w skończony idiotyzm, gdyby nie
następująca okoliczność.
Po ojcu moim został zbiór książek, zamknięty w małej izdebce na
poddaszu, do której wstęp miałem i dokąd nikt oprócz mnie nie wchodził.
Z tej to kryjówki wyciągałem na światło dzienne liczne powieści.
Bohaterowie ich: Roderick Random, Peregryn Pickle, Humphrey Clinker, Tom
Jones, Wikary Wakefieldzki, Don Kichot, Gil Blas i Robinson Crusoe stali
się ukochanymi mymi towarzyszami, rozbudzali mą wyobraźnię, utrzymywali
nadzieję, odrywali od miejsc i chwil obecnych. Książki te wraz z Bajkami
z tysiąca i jednej nocy nie wywierały na mnie złego wpływu, gdyż to, co
było w nich złe, przechodziło moje pojęcie. Dziś dziwię się tylko, jak -
obciążony niewdzięcznymi naukami - mogłem znaleźć czas na czytanie. To
pewne, że czytanie zostało mi pociechą, że się wcielałem sam lub
wcielałem tych, których kochałem, w bohaterów, w każdym czarnym
charakterze dopatrując się rysów podobieństwa z panem i panną Murdstone.
Przez całe tygodnie bywałem Tomem Jonesem, przez miesiące Roderickiem.
Zajmowały mnie też niesłychanie opisy podróży, nie wiem już czyje,
znalezione na półkach. Stawiałem siebie w położenie podróżników zdanych
na pożarcie dzikich zwierząt i tym podobne niebezpieczeństwa i wówczas
nawet, gdy za niedouczoną lekcję gramatyki targano mnie za uszy,
bohaterowie moi nic a nic nie tracili na tym, pozostawali zawsze
szczytnymi bohaterami.
Było to moje jedyne, lecz potężne poparcie. Gdy myślę dziś o tym, widzę
siebie w pogodne wieczory, z książką w ręku, gdy rówieśnicy moi igrali
na cmentarzu. Każda sąsiednia stodoła, dach każdy, każdy cmentarny
kamień wiąże się w wyobraźni mojej z jakąś czarodziejską historią: Tom
Pipes właził na kościelną dzwonnicę, Strap z torbą na plecach mijał
furtkę cmentarną, a Commodore Trunnion i pan Pickle wiedli swe narady w wiejskiej izdebce naszej karczmy.
Po tym wszystkim, co się powiedziało wyżej, czytelnik wyobrazi sobie
łatwo, jaki byłem w chwili, do której dobiega moje opowiadanie.
Pewnego poranku, wchodząc z książkami do bawialnego pokoju, zastałem
matkę moją zasmuconą i przerażoną, pannę Murdstone jak zawsze niezłomną,
zaś pana Murdstone wiążącego coś koło kija - cienkiego i gibkiego -
którym za moim zjawieniem się przerżnął ze świstem powietrze.
- Zapewniam cię, Klaro - mówił - że nieraz byłem smagany.
- Niewątpliwie, naturalnie - potwierdziła panna Murdstone.
- Zapewne - ozwała się matka moja i dodała nieśmiało - Czy ci to na
dobre wyszło, Edwardzie?
- Sądzisz, że mu to zaszkodziło? - spytała surowo panna Murdstone.
- W tym rzecz - dorzucił pan Murdstone.
- Zapewne - powtórzyła z cicha moja matka.
Przeczucie ostrzegło mnie, że nie byłem obcy toczącej się rozmowie.
Pochwyciłem nagle zwrócony na siebie wzrok Murdstone'a.
- Dawidzie - rzekł - ostrzegam cię, abyś był dziś uważny.
Mówiąc to, przerżnął znów batem powietrze, po czym odłożył kij na bok i,
rzucając mi złowieszcze spojrzenie, wziął się do zwykłego przy mej
lekcji czytania.
Słowa te wywarły pożądane wrażenie. Chociaż zdawało mi się przedtem, że
umiem lekcję, zapomniałem od razu i najzupełniej. Panna Murdstone nie
spuszczała ze mnie oka. Jąkałem się, myliłem, rumieniłem, a gdy doszło
do owych pięciu tysięcy podwójnych serków - "pięciu tysięcy kijów", jak
stało w zadaniu dnia tego - matka moja rozpłakała się na głos.
- Klaro! - upomniała ją panna Murdstone.
- Czuję się słaba, kochana Jane - usprawiedliwiała się moja matka.
Widziałem, jak Murdstone mrugnął na siostrę, a powstając z miejsca i biorąc kij w rękę, rzekł obojętnie:
- Nie podobna, Jane, aby Klara znosiła dłużej męki, jakie jej zadaje ten
chłopiec. Na to potrzeba hartu, na jaki Klara zdobyć się jeszcze nie
może. Pójdziemy z Dawidem na górę.
Matka moja porwała się, aby nas zatrzymać, lecz na upomnienie panny
Murdstone: "Klaro! pomiarkuj się!" zatkała sobie uszy i rozpłakała się
na głos.
Pan Murdstone powolnym i uroczystym krokiem wprowadził mnie do mego
pokoju, pieszcząc wzrokiem przybory do wymiaru sprawiedliwości. Gdy
zamknął za nami drzwi, złapał mnie za głowę.
- Panie Murdstone! Panie! - wołałem. - Nie bij mnie, proszę! Nie bij!
Staram się uczyć, wierz mi! Tylko wobec pana i pańskiej siostry
zapominam tego, czegom się wyuczył.
- Czy tak? - wycedził przez zęby. - Zobaczymy.
Wiłem się jak wąż w żelaznych jego rękach, błagając, aby mnie nie bił.
Mocowaliśmy się z sobą przez chwilę. Widząc, że mi zatyka ręką usta,
ukąsiłem go - jeszcze dziś na myśl o tym zaciskają mi się zęby.
Zaczął mnie bić, jak gdyby miał zasiec na śmierć. W zgiełku, jaki
powstał, słyszałem wyraźnie głos i płacz matki mojej i Peggotty. Odszedł
wreszcie, zamykając drzwi na klucz i zostawiając mnie rozgorączkowanego,
spłakanego, rozszalałego, tarzającego się po podłodze.
Pamiętam, o, jakże wyraźnie pamiętam tę ciszę, która zaległa dom cały,
gdym się uspokoił czy raczej wyczerpał. Czułem się nieskończenie
nieszczęśliwy i... winny.
Wsłuchiwałem się w tę dziwną ciszę. Nigdzie ani dźwięku. Podniosłem się
z podłogi, w zwierciadle ujrzałem mą twarz rozognioną, nabrzmiałą,
straszną. Członki moje zesztywniałe bolały mnie i za każdym poruszeniem
wywoływały nowe łzy. Wszystko to jednak było niczym w porównaniu z wyrzutami sumienia. Uważałem siebie za zbrodniarza.
Ściemniało się, zamknąłem okno, na którego krawędzi chłodziłem płonące
czoło, wtem klucz we drzwiach zazgrzytał i panna Murdstone wniosła
trochę chleba, mięsa i mleka. Nie rzekłszy słowa, patrząc na mnie z niezłomną surowością, postawiła jedzenie na stole, a odchodząc, znów
zamknęła mnie na klucz.
Od dawna już ciemno było, a ja czekałem ciągle, czy też nikt więcej nie
przyjdzie? Gdy się przekonałem, że nie, rozebrałem się i położyłem, a leżąc, gubiłem się w domysłach, co mnie dalej czeka. Może, myślałem,
popełniłem zbrodnię, a w takim razie oddany zostanę policji, wtrącony do
więzienia?! Kto wie, powieszony może?
Nigdy też nie zapomnę przebudzenia się nazajutrz. Obudziłem się zrazu
wypoczęty i spokojny, ale wkrótce powróciły gorzkie wspomnienia, wyrzuty
sumienia i niepokój. Zanim wstałem, zjawiła się panna Murdstone z oznajmieniem, że mogę zejść na pół godziny do ogrodu i zostawiła otwarte
drzwi.
Zszedłem. Przez pięć dni (tyle bowiem czasu trwało moje uwięzienie) co
dzień rano odbywałem tę przechadzkę. Gdybym dojrzał matkę moją,
błagałbym na klęczkach o przebaczenie, lecz widywałem samą pannę
Murdstone, a matkę tylko przy wieczornych pacierzach, na które mnie
panna Murdstone sprowadzała z góry, a przy których trzymano mnie z dala,
jak banitę, i zanim wszyscy obecni z klęczek powstali, odsyłano do mego
więzienia pod strażą nieodstępnej panny Murdstone. Zauważyłem, że mi
wyznaczano miejsce najodleglejsze od miejsca zajmowanego przez moją
matkę i że ta odwracała się ode mnie. Zauważyłem też, że ręka pana
Murdstone była obwiązana.
Nie potrafię wyrazić, jak mi się te dni dłużyły w nieskończoność! Wydają
mi się, gdy je wspominam, długie jak lata całe. Wsłuchiwałem się w odgłosy i szmery przepełniające dom; głos dzwonka, odmykania i skrzypienia drzwi, szmer głosów, kroki na schodach, każdy wybuch
śmiechu, pogwizdywanie, śpiew na dziedzińcu, uderzenia zegara bardziej
były niesamowite w mej samotności i poniżeniu. Zwłaszcza z wieczora,
gdym przebudziwszy się, sądził, że to już ranek, a przekonywałem się, że
nikt jeszcze w domu oprócz mnie nie kładł się spać i że mam przed sobą
całą długą noc! Kto zliczy sny gorączkowe, przywidzenia, poranki,
południa, wieczory, gdy z okna śledziłam zabawy moich rówieśników,
drżąc, by mnie z dala nie dostrzegli. Przecież musieli słyszeć o tym, co
zaszło, o mym haniebnym uwięzieniu. Dziwne mi się wydawało, że nie
słyszę dźwięku własnego głosu. Jedząc i pijąc, czułem się nieco
weselszy, lecz to mijało prędko! Pamiętam pewien wieczór, monotonny
plusk deszczu i rozlane w powietrzu wonie, które wzmagały się w przestrzeni pomiędzy mną a kościołem i ogarniający mnie mrok i strach,
który zdejmował, i nieustające wyrzuty sumienia... Zdaje mi się, że trwało
to nie dnie, lecz lata całe, a wszystko to tak żywo zachowałem w pamięci.
Ostatniej nocy mego uwięzienia zbudziło mnie z cicha wymówione moje
imię. Podniosłem się na posłaniu i, wyciągając w ciemnościach ręce,
zawołałem:
- Peggotty!
Nie było z początku odpowiedzi, usłyszałem tylko powtórnie moje imię,
lecz wymówione głosem tak stłumionym i niezwykłym, że przeląkłbym się,
gdybym się nie domyślił, że głos przechodzi przez dziurkę od klucza.
Podbiegłem do drzwi i, przytulając usta do klamki, spytałem z cicha:
- Tyś to, kochana Peggotty?
- Ja sama, drogi, złoty mój paniczu! Cicho, by nas nie podsłuchało to
kocie ucho.
Domyśliłem się, że mowa o pannie Murdstone, której pokój przylegał do
mego.
- Jak się czuje mama? - pytałem. - Czy bardzo się na mnie gniewa?
Słyszałem poza drzwiami ciche łkanie poczciwej Peggotty; dobra minęła
chwila, zanim odpowiedziała:
- Nie, nie bardzo.
- Co też zamierzają począć ze mną? - pytałem. - Możeś słyszała, kochana
moja Peggotty?
- Szkoła w pobliżu Londynu - odrzekła.
Nie słyszałem zrazu, gdyż zamiast ucha miałem przyłożone do dziurki od
klucza usta i czułem tylko ciepły oddech Peggotty.
- Kiedy?
- Jutro.
- Dlatego panna Murdstone wyjęła dziś z szafy moje odzienie.
- Tak, i kuferek.
- A czy zobaczę mamę?
- Jutro rano.
Tu Peggotty, przytulając coraz bardziej usta do dziurki od klucza,
mówiła urywanymi słowy, lecz pełnymi uczucia:
- Davy! Kochanie moje! Jeśli nie byłam w ostatnich czasach taką jak
dawniej... to nie dlatego, abym cię mniej kochała... Owszem, moja rybeńko...
Tylko sądziłam, że... z tym lepiej będzie. Tobie... i jeszcze komuś...
Słyszysz mnie, Davy?
- Słyszę.
- Moje ty kochanie! Oto co chciałam powiedzieć... nie zapominaj o mnie, bo
ja ciągle pamiętać będę o tobie, drogie moje dziecko!... Bądź spokojny,
będę czuwać nad twą mamą... jak czuwałam nad tobą... nie opuszczę jej... bo
może, widzisz, przyjść chwila, w której stara, zła, brzydka, niegodziwa
Peggotty będzie jej potrzebna. Napiszę do ciebie, kochanku, napiszę,
chociaż nie jestem uczona i... i...
Tu zdaje mi się, że Peggotty, nie mogąc mnie ucałować, ucałowała klamkę.
- Dziękuję ci, Peggotty, moja dobra, kochana Peggotty! Przyrzeknij mi
coś jeszcze, przyrzeknij, że napiszesz do pana Peggotty, do Emilki, pani
Gummidge i do Hama, że nie jestem tak zły, jak sądzą, i że kłaniam się
im wszystkim, a najwięcej małej Emilce. Napiszesz?
Poczciwa Peggotty obiecała napisać i oboje całowaliśmy dzielące nas
drzwi. Gładziłem je tak, jak gdybym gładził poczciwą, rumianą twarz
mojej kochanej Peggotty. Tej nocy powstało w sercu mym dla niej uczucie,
którego nie potrafię określić. Nie, nie mogła zastąpić mi matki, lecz
zajęła w uczuciach moich jakieś puste miejsce i czułem, że ją kocham
więcej i inaczej niż kogokolwiek. Nie wiem, co bym począł, gdybym ją
stracił, i jak bym przeżył to nieszczęście.
Z rana zjawiła się jak zwykle panna Murdstone z oznajmieniem, że
wyjeżdżam do szkół, co zresztą nie było już dla mnie, jak wiemy,
nowością. Oznajmiła mi też, że mogę zejść. Na dole zastałem matkę moją
bladą i z zaczerwienionymi oczyma. Rzuciwszy się jej na szyję, zacząłem
ją przepraszać.
- O, Davy! - rzekła. - Jak mogłeś zranić kogoś, kogo kocham! Popraw się
i proś Boga, abyś był lepszy. Przebaczam ci, lecz boleję nad twoimi
złymi skłonnościami.
Wmówili w nią, że mam złe skłonności, i to martwiło ją bardziej niż
rozstanie ze mną! Z trudnością przełykałem śniadanie, a łzy spływały do
mej herbaty. Chwilami czułem, że matka spogląda na mnie, lecz czyniła to
ukradkiem, śpiesznie przenosiła wzrok ze mnie na nieodstępną pannę
Murdstone lub odwracała w drugą stronę.
- Znosić kufer panicza - zakomenderowała panna Murdstone, gdy
usłyszeliśmy turkot kół przy bramie.
Obejrzałem się za Peggotty. Nie było jej nigdzie, nie zjawił się też pan
Murdstone. W drzwiach stał wózek ze znanym mi woźnicą. Zniesiono mój
kuferek do wózka i tam go umieszczono.
- Klaro! - upominała matkę moją panna Murdstone.
- Gotowa jestem, kochana Jane - odrzekła. - Do widzenia, Davy. Odjazd
ten wyjdzie ci na dobre. Do widzenia, moje dziecię! Wrócisz do nas na
wakacje, wrócisz lepszy, prawda?
- Klaro! - powtórzyła ostrzegająco panna Murdstone.
- Służę ci, kochana Jane - odrzekła, nie wypuszczając mnie z objęć. -
Przebaczam ci, dziecko moje... kochanie... niech cię Bóg strzeże...
- Klaro! - powtórzyła panna Murdstone.
Panna Murdstone, z łaski swej, odprowadziła mnie do samego wózka,
oświadczając, że sądzi, iż się poprawię, bo inaczej smutny mnie czeka
koniec. Wsiadłem, woźnica popędził konia.
Rozdział V
Wysyłają mnie z domu
?
Odjechaliśmy może z pół mili i chustka moja do nosa zmoczona była już
łzami, gdy nagle woźnica powstrzymał konia.
Obejrzałem się. Z krzaków wyskoczyła Peggotty i rzuciła się ku mnie.
Porwała mnie w objęcia, przyciskając do piersi tak silnie, że aż nos mi
się spłaszczył, co zauważyłem jednak później dopiero, gdy poczułem, że
mnie boli. Nie mówiąc ani słowa, dostała z kieszeni kilka paczek
ciastek, a do ręki dała mi woreczek z pieniędzmi. Uścisnąwszy mnie raz
jeszcze, lecz nie mówiąc, jak już wspomniałem, ani słowa, zeskoczyła i odbiegła. Sądzę, że przy tej sposobności wszystkie guziki jej sukni
popękały. Widziałem, jak się kilka toczyło po drodze, jeden zaś
znalazłem w wózku i długo chowałem na pamiątkę.
Woźnica obejrzał się na mnie pytająco. Skłoniłem głowę.
- Jazda! - zawołał.
Wypłakawszy wszystkie łzy, zacząłem rozmyślać, że płacz nie na wiele się
przyda, zwłaszcza że, o ile przypominam sobie, ani Roderick Random, ani
żaden z kapitanów marynarki angielskiej, o których przygodach tyle się
naczytałem, nie zwykli byli płakać, nawet w najtrudniejszych chwilach
życia. Woźnica widząc, żem ostatecznie łzy otarł, zaproponował mi
powieszenie mokrej chustki do nosa, dla szybszego wyschnięcia, na
grzbiecie konia. Podziękowałem mu i zgodziłem się, dziwiąc się tylko, że
moja rozpostarta chustka jest tak niewielka.
Teraz miałem dość czasu i przytomności umysłu, aby się przypatrzyć
woreczkowi. Był on sztywny, skórzany, z zameczkiem i zawierał trzy
błyszczące szylingi, które Peggotty, ku wielkiemu memu zadowoleniu,
wyczyściła zapewne do połysku. Były tam nadto dwie pół korony, zawinięte
w papier, na którym matka moja skreśliła własnoręcznie: "Dla mego
kochanego Davy". Rozrzewniło to mnie tak dalece, żem prosił woźnicę o zdjęcie mej chustki do nosa z grzbietu konia. Nie usłuchał mnie jednak,
twierdząc, że zdrowiej będzie wytrzeć oczy rękawem i nie płakać więcej.
Łkałem gwałtownie czas jakiś na wspomnienie przeżytych wrażeń, w końcu,
uspokoiwszy się, spytałem woźnicę, czy zawiezie mnie aż do celu podróży.
- Do celu: gdzie? - spytał.
- Tam! - odrzekłem.
- Gdzie "tam"?
- Pod Londyn.
- Koń by mi padł na połowie drogi.
- Więc zawieziesz mię tylko do Yarmouth?
- Coś na kształt tego, aż do dyliżansu, a dyliżans powiezie aż tam...
Jak na siebie, pan Barkis - tak się zwał woźnica - powiedział wiele,
gdyż, jak już zauważyłem, był powolny i na ogół małomówny. Ofiarowałem
mu uprzejmie ciastko, połknął je od razu niby słoń, bez najmniejszego
wysiłku na twarzy.
- Czy to ona piekła?
- Pan ma zapewne na myśli Peggotty?
- Tak! - odrzekł mi na to.
- Tak, panie. To ona piecze nam ciasto i gotuje obiady.
- Piecze ciasto!
Wydął usta jak do gwizdania, nie zagwizdał jednak, tylko się wpatrzył w uszy swego konia, jak gdyby je po raz pierwszy widział. Po długim
milczeniu mruknął:
- Bez słodkich zalecanek, co?
- Słodkich potraw - poprawiłem, wyobrażając sobie, że mu ślinka ciecze
do ust na wspomnienie przysmaków.
- Zalecanek - powtórzył - tak, kawalerów. Nikt z nią nie spaceruje? Co?
- Z Peggotty?
- A! Z nią!
- O, nie. Nie miała nigdy narzeczonego.
Znów wzdął usta jak do gwizdania, lecz nie gwizdał, tylko jak poprzednio
zapatrzył się w swego konia.
- Piecze więc - ozwał się po długim namyśle - ciastka z jabłkami i zajmuje się gotowaniem?
Potwierdziłem.
- Dobrze! Powiem coś paniczowi. Czy panicz będzie do niej pisywał?
- Na pewno będę - odrzekłem.
- A! - rzekł, odwracając się powoli ku mnie. - Pisząc, niech panicz nie
zapomni dodać, że Barkis gotów. Dobrze?
- Gotów - pytałem - i nic więcej?
- Tak - rzekł zamyślony - tak, Barkis gotów.
- Ale pan wróci przecież jutro do Blunderstone - zauważyłem z żalem, że
sam się oddalam - i może lepiej sam jej to powie.
Wstrząsnął przecząco głową i powtórzył: "Barkis gotów, oto wszystko".
Spełniłem dane mi zlecenie i tego jeszcze popołudnia, czekając w gospodzie w Yarmouth na odejście dyliżansu, wystarałem się o atrament,
pióro, ćwiartkę papieru i napisałem do Peggotty, co następuje:
Moja kochana Peggotty!
Dojechałem tu szczęśliwie. Barkis gotów. Ucałuj ode mnie mamę. Kochający
cię
Davy.
P.S. Prosi, abym cię upewnił, że zawsze "gotów".
Odkąd podjąłem się wypełnić jego zlecenie, woźnica zamilkł i ja też
wkrótce usnąłem na wózku. Spałem smacznie aż do Yarmouth i obudziłem się
na dziedzińcu gospody, zawiedziony w słabej nadziei ujrzenia tam
kogokolwiek z rodziny Peggotty, a zwłaszcza małej Emilki.
Dyliżans stał niezaprzężony. Rozmyślałem, co się stanie z moim kuferkiem
zdjętym z wózka Barkisa, jako też co pocznę z sobą w obcym i nieznanym
miejscu, gdy przez okno, w którym wisiało ptactwo i połcie mięsa,
wyjrzała jakaś kobieta.
- Czy to panicz jedzie z Blunderstone?
- Tak, pani.
- Nazwisko?
- Copperfield.
- Nie to, nie mamy zamówionego pod tym nazwiskiem obiadu.
- Może jest pod nazwiskiem Murdstone? - spytałem nieśmiało.
- Ano tak. Czemu to, chłopcze, od razu nie mówisz swego nazwiska?
Wyjaśniłem rzecz tę kobiecie, która zadzwoniła na służącego, zalecając
mu odprowadzić mnie do przeznaczonego mi pokoju.
Pokój ten był obszerny, podłużny, przybrany wiszącymi na ścianie mapami,
wśród których czułem się, nie wiem, czy nie bardziej zbłąkany, niż
gdybym był w tych odległych krainach, które przedstawiały. Trzymając
przed sobą kapelusz, usiadłem na brzegu krzesła tuż przy drzwiach i zdawało mi się, żem popełnił czyn bardzo zuchwały. Toteż musiałem
zarumienić się po uszy, gdy służący rozesłał serwetę na stole, kładąc na
niej parę sztućców. Po chwili przyniósł kotlety i nieco jarzyn i stawiał
to na stole tak zamaszyście, że się bałem, czy go czymś nie obraziłem, i uspokoiłem się dopiero, gdy przemówił wesoło:
- Do stołu, panie wielkoludzie!
Podziękowałem mu uprzejmie, lecz nie umiałem sobie poradzić z widelcem i nożem, gdyż stojący przede mną lokaj onieśmielał mnie wielce. Rumieniłem
się pod zwróconym na mnie jego spojrzeniem. Zaledwiem połknął kilka
kąsków, odezwał się:
- Jest tu jeszcze piwo dla panicza, czy mam nalać?
- Proszę.
Nalał w sporą szklankę, a podnosząc naprzeciw światła, roześmiał się.
- A czy nie za wiele to będzie?
- Zdaje mi się, że za wiele - odrzekłem z uśmiechem, zachwycony
konceptami lokaja, który mrużąc oczy, z wypryszczoną twarzą i sterczącymi włosami, wyprostowany, jedną ręką ujął się pod bok, drugą
podnosił wysoko kufel i spoglądał tak życzliwie.
- Wczoraj mieliśmy tu pewnego gościa - począł - Topsawyer miał na
nazwisko, może panicz go zna?
- Nie przypominam sobie.
- W spodniach, kamaszach, palto szare, kapelusz o szerokich brzegach, w pstrym krawacie.
- Nie mam przyjemności - wybełkotałem.
- Przyszedł, kazał sobie podać kufel tego piwa - ciągnął lokaj. - Nie
ostrzegłem go, wypił i padł bez życia. Za mocne było dla niego.
Opowiadanie wywarło wrażenie. Poprosiłem o szklankę wody.
- Ale... to... - ciągnął lokaj - gospodarz nasz nie znosi, gdy mu odnoszą
raz zamówione potrawy i trunki, obraża się. Wypiję tedy z pozwoleniem
pańskim, mnie to nie zaszkodzi wcale, przyzwyczajony jestem, a przyzwyczajenie staje się drugą naturą, wychylę duszkiem, można?!
Upewniłem go, że bardzo będę wdzięczny, jeśli to uczyni, pod warunkiem,
że mu ten trunek nie zaszkodzi. Zdjął mnie jednak strach niemały, gdy
wychylał - duszkiem, jak mówił - kielich, a w wyobraźni mojej żywo
zarysowała się scena padającego bez życia pana Topsawyera. Uspokoiłem
się dopiero widząc, że na lokaja trunek nie wywarł żadnych widocznych
skutków. Owszem, zdawało się, że go pokrzepił.
- A co tu mamy? - zawołał, sięgając widelcem do półmiska - kotlety?
- Kotlety - rzekłem.
- Na Boga! - wykrzyknął. - Nie miałem pojęcia, że to kotlety. Wyśmienity
środek zapobiegający złym skutkom tego trunku! - Porwał kotlet za kostkę
jedną ręką, a drugą ziemniaka, powtarzając tę czynność kilkakrotnie, i jadł z apetytem. Podając mi potem pudding, zdawał dumać nad czymś.
- Czy smakuje pieczyste? - spytał.
- To jest pudding - odrzekłem.
- Pudding? A prawda! - zawołał, przypatrując się z bliska - ale chyba
nie z bitej śmietany.
- Owszem, z bitej.
- A to szczęście! Jest to właśnie ulubiona moja potrawa - zawołał,
porywając łyżkę - zobaczymy, kto z nas zje więcej.
Oczywiście, że zjadł więcej ode mnie, chociaż zabawiał mnie ciągle
rozmową i zachęcał do jedzenia, lecz czymże była moja łyżeczka w porównaniu z jego wielką łyżką, moje kęski w porównaniu z jego kęsami.
Jadł z szalonym apetytem, śmiejąc się przy tym ciągle.
Widząc go tak przyjacielskim, ośmieliłem się poprosić o pióro, atrament
i papier, aby napisać do Peggotty. Nie tylko przyniósł mi to chętnie,
ale czekał, nim list ów napiszę. Gdy skończyłem, spytał mnie, gdzie jadę
do szkół.
- Gdzieś niedaleko Londynu - odpowiedziałem.
- Szkoda - rzekł zasmucony - szkoda.
- Czemu?
- Och! - westchnął, kręcąc głową. - To szkoła, gdzie łamią chłopcom
żebra. Znałem jednego, co aż dwa miał zgruchotane, a małe to było
dziecko. Nie przymierzając, ile lat paniczowi?
- Skończyłem osiem - odrzekłem.
- Właśnie jak tamten. Gdy miał osiem lat i sześć miesięcy, zgruchotali
mu jedno żebro, a w dwa miesiące później - drugie.
Nie mogłem skryć przed sobą ani też przed lokajem wrażenia, jakie na
mnie opowiadanie to wywarło, ani wstrzymać się od pytania, jak mu te
żebra zgruchotano?
- Batami - brzmiała straszliwa odpowiedź, która bynajmniej nie podniosła
mnie na duchu.
Odgłos dzwonka dyliżansu przerwał dalszą rozmowę. Wstałem i, sięgając do
kieszonki, nie bez pewnej chełpliwości z powodu posiadanej sakiewki,
spytałem, jąkając się, za co i ile mam zapłacić?
- Za ćwiartkę papieru - odrzekł lokaj i spytał zaraz, czy mi się
zdarzyło kiedy kupować papier.
Nie przypominałem sobie.
- Kosztowny to artykuł - twierdził - zwłaszcza w pewnych
okolicznościach. U nas cena ćwiartki równe trzy pensy. Oto wszystko, nie
licząc, oczywiście, fatygi. Atramentu, aha, atrament... no, niech moje
przepadnie.
- Wiele mam... wiele się należy... za fatygę? - bełkotałem, rumieniąc się po
uszy.
- Gdybym nie miał rodziny - zawołał - i gdyby rodzina moja nie chorowała
na ospę, nie wziąłbym i trzech groszy. Gdybym nie miał starego ojca i młodej siostry, nie wziąłbym i grosza, a gdybym był dobrze opłacany i karmiony, zamiast brać, sam jeszcze coś bym mógł ofiarować, lecz jadam
czarny chleb i sypiam na węglach.
Rozpłakał się.
Współczułem jego niedoli, zadecydowałem, że nie mogę dać mu mniej niż
dziewięć pensów. Podałem mu więc całego szylinga. Przyjął go z nieskończoną wdzięcznością i uniżonością, próbując przy tym jednak
palcem dźwięku monety.
Wsiadając do dyliżansu, czułem się upokorzony ciążącym na mnie
posądzeniem, jakobym sam zjadł tak suty obiad. Ostrzegły mnie o tym
słowa wyglądającej przez okno kobiety, która zleciła konduktorowi, by
czuwał nad "chłopcem, żeby nie pękł", jako też z żartów kuchennej
dziewki, która wybiegła przypatrzyć się mnie niby potworowi jakiemu.
Lokaj nic a nic nie zawstydzony brał udział w ogólnym podziwianiu, co
zachwiało nieco moje zaufanie, jakie żywiłem do dorosłych. Czułem całą
niesprawiedliwość ciążącego na mnie posądzenia i bolesnych żartów,
zamienianych pomiędzy konduktorem a woźnicą, gdy dyliżans z trudem
ruszył z miejsca. Wiadomość też o moim fenomenalnym apetycie rozeszła
się w mgnieniu oka między podróżnymi, którzy, śmiejąc się, zapytywali
mnie, ile za mnie płacić będą w szkole, podwójną czy potrójną cenę.
Najgorsze jednak było to, że czułem się głodny po lekkim obiedzie, a wstydziłem się jeść, kiedy się nadarzyła sposobność. Toteż cierpieć
musiałem głód przez całą noc. Na dobitkę, w pośpiechu zapomniałem w gospodzie dane mi na drogę przez poczciwą Peggotty ciastka. Gdy dyliżans
zatrzymał się na popasie, nie śmiałem siąść do wieczerzy, chociaż głód
mi dokuczał dobrze. Usiadłem przed ogniem smutny, a dokoła żartowano ze
mnie w najlepsze. Pan jakiś, czerwony i otyły, jedzący przez całą drogę
i popijający bezustannie, zauważył ochrypłym głosem, żem podobny do boa
przeżuwającego jednorazową ucztę; powiedziawszy to, kazał podać sobie
porcję wołowiny.
Wyjechaliśmy z Yarmouth o trzeciej po południu, a przybyliśmy do Londynu
dopiero nazajutrz o ósmej rano. Było to pośród lata i wieczór był
prześliczny. Przejeżdżając przez wioski, wyobrażałem sobie, jak
wyglądają wnętrza domów i ich mieszkańcy, a gdy chłopcy biegli za nami,
czepiając się kół dyliżansu, gubiłem się w domysłach, czy mają żyjących
ojców i czy im dobrze w domu. Dużo też rozmyślałem o miejscu, ku któremu
zmierzaliśmy, i strach mnie zdejmował wielki. Wracałem też od czasu do
czasu wspomnieniem do domu, do Peggotty, a nieuspokojone sumienie
stawiało mi pytanie, jaki byłem przed ukąszeniem pana Murdstone, a jaki
jestem teraz? Zdawało mi się zresztą, że wypadek ten zdarzył się już
dawno, bardzo dawno temu.
Noc w dyliżansie mniej była przyjemna od wieczoru. Siedziałem pomiędzy
dwoma podróżnymi - jednym z nich był ów otyły jegomość - którzy śpiąc
przygniatali mnie tak bardzo, że chwilami nie mogłem powstrzymać się od
łez i cichego: "przepraszam", które, budząc sąsiadów moich, wprawiało
ich w najgorszy humor. Naprzeciw mnie siedziała wiekowa dama otulona w futra, a w mroku podobna raczej do stogu siana niż do kobiety. Miała ona
z sobą kosz, z którym nie mogła sobie poradzić, dopóki go nie ulokowała
pod mymi, uznanymi przez nią za krótkie, nogami. Ugniatał on mnie i sprawiał największą niewygodę, a za każdym mym poruszeniem pobrzękiwały
w koszu szkła jakieś, na co wiekowa dama, szturchając mnie w nogi,
nazwała "wiercipiętą" i broniła mi ruszać się.
Na koniec słońce wstało i sen moich towarzyszy stał się lżejszy. Przez
noc całą sapali i chrapali na wszystkie tony. Teraz kolejno zaczęli się
budzić, a uderzyło mnie mianowicie to, że każdy utrzymywał, iż nie spał
wcale, i gniewał się, gdy twierdzono przeciwnie. Później zauważyłem
niejednokrotnie, że wśród licznych słabości ludzkich jest i słabość (do
której, nie wiem dlaczego, ludzie przyznają się niechętnie) - spania w podróży.
Czym mi się Londyn wydał widziany z daleka i jak wierzyłem, że wszelkie
przygody moich bohaterów ulubionych nadal się tam odgrywają i powtarzają, o tym mówić nie będę. Zbliżaliśmy się doń stopniowo od
strony dzielnicy Whitechapel, gdzieśmy się zatrzymali.
Konduktor, wysiadając z dyliżansu, spojrzał na mnie i krzyknął głośno:
- Czy jest tu kto po małoletniego pasażera Murdstone, z miejscowości
Blunderstone w Suffolk?
Nie było odpowiedzi.
- Spytaj pan: Copperfield - zauważyłem nieśmiało.
- Czy jest kto dla spotkania małoletniego zapisanego pod nazwiskiem
Murdstone, z Blunderstone w Suffolk, który sam się mianuje
Copperfieldem? - powtórzył donośnie konduktor.
Nie, nie było nikogo. Spoglądałem niespokojnie dokoła. Znalazł się tylko
jakiś jednooki jegomość w kamaszach i ruszył konceptem, czy nie
najstosowniej byłoby nałożyć mi naszyjnik z nazwiskiem i zaprowadzić do
stajni. Przystawiono do dyliżansu drabinę, znalazłem się tuż za panią w futrach, podobną do kopy siana, oglądając się na jej kosz. Wkrótce
dyliżans opustoszał, wyniesiono bagaże. Odprzęgnięto konie, odciągnięto
dyliżans. Po zakurzonego pasażera z Blunderstone w Suffolk nikt się nie
zgłaszał.
Bardziej osamotniony od Robinsona Crusoe, którego opuszczenie nie miało
przynajmniej świadków, wszedłem do gospody i na zaproszenie urzędnika
przysiadłem na wadze do ważenia bagaży. Tu, patrząc na paki, kosze,
walizy, oddałem się niewesołym rozmyślaniom, a mianowicie, co pocznę,
jeśli się nikt po mnie nie zgłosi? Jak mi tu długo pozwolą pozostać za
siedem szylingów, które posiadam? Czy noc spędzę w składzie wraz z innymi bagażami, a z rana myć się będę na dziedzińcu pod pompą, czy też
wyrzucą mnie stąd przed nocą i będę musiał czekać, aż z rana znowu
otworzą stację dyliżansów. A kto wie, może to pan Murdstone ułożył tak
dowcipnie plan pozbycia się mnie raz na zawsze. Jeśli pozwolą mi tu
pozostać, dopóki istnieć będą moje pieniężne środki - myślałem - to może
zatrzymają i dłużej, dopóki nie umrę z głodu. Narazi to wprawdzie
urzędników dyliżansowej kompanii na koszta pogrzebu, ale cóż robić. A gdybym tak spróbował wrócić pieszo do domu? Jak tu nie zabłądzić! A zwłaszcza czy mogę liczyć na czyjeś przyjazne przyjęcie... prócz Peggotty.
Czy nie lepiej udać się wprost do władz i oświadczyć mą gotowość
wstąpienia do służby wojskowej lub do marynarki? Tylko czy prośba tak
drobnego chłopięcia zostanie uwzględniona?
Myśli te i tysiące innych, równie niewesołych, warem zlewały mi czoło,
serce w piersiach drętwiało z niepokoju i nie wiem, jakby się to
skończyło, gdyby nie wszedł jakiś nieznany jegomość. Porozmawiał chwilę
z urzędnikiem, który zaraz potem zdjął mnie z wagi i oddał nowo
przybyłemu, jak gdybym był zwykłym pakunkiem.
Wychodząc, spojrzałem na mego przewodnika, który trzymał mnie za rękę.
Był to chudy, wyblakły młodzieniec z zapadłymi policzkami i włosami
niemal tak czarnymi, jak pana Murdstone. Do tego się jednak ograniczało
podobieństwo, gdyż brodę miał starannie ogoloną, a włosy nie lśniące,
lecz zrudziałe i suche. Ubrany był też w czarną odzież spełzłą i wytartą, przykrótką i przyciasną, kołnierz zaś jego koszuli nie był
pierwszorzędnej białości. Nie przypuszczałam wprawdzie, by się na tym
kołnierzyku kończyła jego bielizna, był to wszelako jedyny widoczny ślad
takowej.
- Jesteś naszym nowym uczniem? - spytał.
- Tak, panie - odrzekłem, chociaż nie byłem tego zupełnie pewny.
- Jestem jednym z nauczycieli z Salem House - rzekł.
Ukłoniłem się mu z uszanowaniem i tak dalece wydało mi się niestosownym
wspominać o mym kuferku przed uczonym nauczycielem z Salem House, żeśmy
odeszli spory kawał drogi, zanim ośmieliłem się napomknąć coś o tym. Na
mą nieśmiałą uwagę, że kuferek może mi być potrzebny, wróciliśmy z powrotem. Pan nauczyciel oświadczył urzędnikowi, że po kuferek przyjdą w południe.
- Proszę pana - rzekłem, gdyśmy znów uszli spory kawał drogi - czy Salem
House daleko?
- Tam za Blackheath - odrzekł.
- Czy to daleko? - spytałem raz jeszcze.
- Kawał drogi, będzie mil ze sześć, pojedziemy dyliżansem.
Byłem tak zmęczony i osłabiony, że sama myśl zrobienia jeszcze sześciu
mil drogi przerażała mnie. Ośmieliłem się wyznać, że nie miałem nic w ustach od dnia wczorajszego i że bardzo byłbym wdzięczny, jeśliby mi
pozwolił coś gdzieś przekąsić. Propozycja moja zdziwiła go widocznie,
gdyż przystanąwszy wpatrzył się we mnie bacznie i dopiero po chwili
powiedział, że zna pewną staruszkę mieszkającą w pobliżu i że najlepiej
będzie wstąpić do niej na szklankę mleka i kupić trochę chleba lub coś
podobnego, byle coś zdrowego.
Zaszliśmy do kramu piekarza, gdzie mnie nęciły różne przysmaki, na kupno
których nauczyciel nie chciał pozwolić. Skończyło się na porcji czarnego
chleba, za którą zapłaciłem trzy pensy. W drugim sklepiku kupiliśmy
jajko i kawał żylastej szynki, wyciągnąłem drugiego z mych lśniących
szylingów, a po otrzymaniu sporej reszty podziwiałem taniość życia w Londynie. Tymczasem weszliśmy w ulice pełne gwaru i hałasu i doszliśmy
do wielkiego mostu, którego nazwę mi nauczyciel powiedział, lecz byłem
odurzony i na wpół senny. Wreszcie stanęliśmy przed nędznym domostwem -
przytułkiem dla ubogich, jak się o tym dowiedziałem z napisu
umieszczonego nad bramą. Przytułek ów był założony dla dwudziestu pięciu
ubogich kobiet, jak brzmiał napis.
Nauczyciel nacisnął klamkę drzwi pomalowanych na czarno i weszliśmy do
izdebki jednej z owych dwudziestu pięciu ubogich kobiet, która właśnie
rozniecała ogień na kominku. Na widok nauczyciela staruszka opuściła
miech, mrucząc coś jak "mój Karolku", lecz dostrzegłszy mnie, zamilkła i spiesznie pochyliła się w ukłonie.
- Prosiłbym o ugotowanie śniadania temu młodzieńcowi - ozwał się
nauczyciel.
- Zapewne, natychmiast - odrzekła staruszka.
- Jak zdrowie pani Fibbitson? - pytał nauczyciel, spoglądając na drugą
kobietę, otuloną szalami i siedzącą w głębokim fotelu przy kominku.
- O! Źle, bardzo źle - utyskiwała staruszka. - Pewna jestem, że gdyby
ogień zagasł, zgasłaby też niebawem.
Oboje patrzyli na nią i ja za nimi. Chociaż dzień był gorący, pani
Fibbitson myślała widocznie tylko o ogniu i zdawała się zazdrościć
stojącemu na nim rondelkowi. Zrozumiała zapewne, że jajko gotujące się w nim było moją własnością, gdyż korzystając z odwróconej uwagi
nauczyciela i staruszki wyciągnęła ku mnie wskazujący palec. Słońce
wpadało wprawdzie przez okno, lecz, odwrócona do niego plecami,
wpatrywała się tylko w kominek i roześmiała się głośno, chociaż
bynajmniej nie melodyjnie, gdy podsycany ogień wybuchnął żywiej.
Usiadłem do mych jaj, chleba, szynki i mleka i zajadałem w najlepsze, a tymczasem staruszka ozwała się do nauczyciela:
- Czy flet przyniesiony?
- Przyniesiony - odrzekł.
- Warto by spróbować - zauważyła staruszka.
Nauczyciel sięgnął ręką za surdut i wydobył flet w trzech częściach,
które natychmiast złożył. Teraz jeszcze myślę, że nikt chyba na świecie
nie grał gorzej od niego. Z fletu wydobywał najostrzejsze tony, jakie
kiedykolwiek słyszałem. Nie wiem już, co grał, wiem tylko, że muzyka ta
rozbudziła wszystkie moje żale i do łez pobudziła, odjęła mi apetyt i w końcu mnie uśpiła. Oczy mi się kleiły, kiwałem się tam i z powrotem na
krześle i pomału izdebka, komin, otwarta w kącie szafa, nieliczne twarde
krzesła, schody wiodące do izdebki na poddaszu i trzy pawie pióra
zatknięte nad kominkiem (podziwiałem je zrazu, pytając siebie, co paw
myślałby, gdyby wiedział, do czego służyć będą jego ozdoby) - wszystko
to znikło mi z oczu - zasnąłem. Nie słyszałem też fletu, a natomiast
śniło mi się, że jestem w dyliżansie, którego targnięcie zbudziło mnie
nagle. Otworzyłem szeroko oczy. Nauczyciel siedział z założonymi jedna
na drugą nogami i grał spokojnie, a obie staruszki słuchały jak w zachwyceniu. I to mi wkrótce znikło z oczu, flet, nauczyciel, staruszki,
Salem House, sam nawet Dawid Copperfield, wszystko to zmazał głęboki
sen.
Śniło mi się (myślałem, że to sen), że nauczyciel przygrywał na flecie,
a staruszka w zachwycie zbliżała się do niego coraz bardziej, pochylała
się nad nim coraz bliżej, aż ujęła go za szyję i ucałowała, co
naturalnie przerwało grę. Musiałem pozostawać między snem a czuwaniem,
gdyż istotnie nastąpiła przerwa w grze nauczyciela, a kiedy począł znów
dąć w flet, słyszałem wyraźnie staruszkę mówiącą do pani Fibbitson: "A co? Przecudnie", na co ta ostatnia odpowiedziała: "Oj, tak, tak",
kiwając zwróconą do ognia głową.
Z drzemki wyrwał mnie ostatecznie nauczyciel, który, złożywszy i schowawszy flet za surdut, wywiódł mnie z izdebki. Wkrótce wsiedliśmy do
omnibusu, gdzie zasnąłem znowu, mając niejasne pojęcie o drodze wśród
pól zielonych, którąśmy jechali. Zbudziłem się dopiero, gdy omnibus
zatrzymał się w pobliżu, jak się domyślałem, celu naszej podróży. Po
przejściu kilkuset kroków stanęliśmy przed zakładem Salem House. Ponury
ten budynek otoczony był murem z cegły, a nad wejściem widniała tablica
z napisem "Salem House".
Za uderzeniem dzwonka ukazała się w zakratowanym okienku głowa, która
przy otwarciu drzwi okazała się własnością silnego mężczyzny, z szyją
buhaja, drewnianą nogą, obwiązanym czołem i krótko przystrzyżonymi
włosami.
- Nowy uczeń - rzekł nauczyciel.
Mężczyzna na szczudle obejrzał mnie, co mu wiele czasu nie zabrało,
wpuścił nas, po czym zamknął bramę i wyciągnął klucz. Szliśmy już
pomiędzy drzewami, gdy krzyknął za nami:
- Stój!
Zatrzymaliśmy się. Stał z parą butów w ręku na progu zamieszkiwanej
przezeń izdebki przy bramie.
- W czasie nieobecności pańskiej, panie Mell - wołał - przychodził tu
ten partacz i kazał powiedzieć panu, że nie może już ich załatać. Nie ma
tu już ani kawałka dawnej skóry.
Mówiąc to rzucił buty za panem Mell, który cofnął się o kilka kroków dla
podjęcia obuwia, po czym zaczął bacznie przypatrywać się butom.
Zauważyłem przy tym, że i te, które miał na nogach, wyglądały niewiele
lepiej.
Salem House był to budynek ciężki, kwadratowy, ze skrzydłami, wygląd
miał pusty i ogołocony. Panowała tu taka cisza, żem spytał pana Mell,
czy uczniowie są w szkole. Odpowiedział mi ze zdziwieniem, że jest to
czas wakacji i że uczniowie rozjechali się do swych domów. Pan Creakle
zaś, właściciel i przełożony szkoły, bawi z żoną i córką nad morzem,
mnie przysłano tu w czasie wakacji za karę. Wszystko to objaśnił mi,
wiodąc do głównego budynku.
Klasa, do której weszliśmy, wydała mi się niezmiernie smutna i ponura.
Była to wielka, długa sala z trzema rzędami ławek i pulpitów, z hakami
do wieszania kapeluszy i tabliczek. Na brudnej podłodze walały się
skrawki papieru, a na stołach papierowe domki dla jedwabników. Parę
białych myszek, opuszczonych przez swych właścicieli, biegało w klatkach
z drutu i tektury, próżno szukając pożywienia. Ptaszek zamknięty w niewiele od siebie większej klatce trzepotał gwałtownie skrzydłami,
wskakując i zeskakując z pręcika, nie śpiewał jednak wcale. W sali tej
czuć było zapach stęchlizny, kurzu i zbutwiałych książek; tyle było zaś
tu śladów po atramencie, jak gdyby sala nie posiadała sufitu i dachu, a niebiosa zamiast deszczu, gradu, śniegu zsyłały tu atramentowe ulewy.
Oglądałem to wszystko, pozostawiony w klasie przez pana Mell, który
poszedł zanieść na górę swe niepołatane obuwie. Rozglądając się,
dostrzegłem tekturową tabliczkę ozdobioną doskonałym kaligraficznym
napisem: "Baczność, kąsa!".
Odskoczyłem wyobrażając sobie, że pod stołem siedzi wściekłe jakieś
psisko. Nie mogąc jednak dojrzeć go, gubiłem się w domysłach, gdy
nadszedł pan Mell, pytając mnie, co porabiam.
- Szukam tego psa - odrzekłem.
- Psa? Jakiego psa?
- A tego.
- Jakiego?
- Którego trzeba się strzec, bo kąsa.
- Mylisz się, Copperfieldzie - rzekł pan Mell z powagą - to nie jest
pies, tylko chłopczyk. Zlecono mi właśnie zawiesić ci na plecach tę
tabliczkę. Przykro mi jest ogromnie, lecz muszę zlecenia dokonać.
Mówiąc to, zawiesił mi na plecach ową tabliczkę, którą odtąd wszędzie
musiałem za sobą dźwigać. Jak upokorzony się czułem, ile cierpiałem, nie
potrafię wyrazić. Czy byłem czy nie na oczach ludzkich, ciągle
wyobrażałam sobie, że ktoś czyta ów napis, i próżno obracałem się
niespokojny na wszystkie strony - uciec od prześladującej mnie zmory nie
mogłem, ów pedel czy stróż na szczudle powiększał jeszcze mą niedolę,
gdyż jeśli tylko oparłem się o drzewo, o ścianę, wyskakiwał ze swej nory
przy bramie, wołając:
- Panie! Hola! Copperfield, proszę się nie kryć, bo doniosę.
Ogród był zresztą otwarty, wychodziły nań tyły domu i budynki
gospodarskie, wiedziałem, że służący, kucharka, piekarz, zgoła każdy,
kto wchodził na teren szkoły, czytał wiszące na mym karku ostrzeżenie i dowiadywał się, że kąsam. Nabierałem wstrętu do samego siebie. Stawałem
się istotnie na poły dzikim, zdolnym kąsać dzieckiem.
Na bramie ogrodowej uczniowie mieli widać zwyczaj wyrzynania i wypisywania swoich nazwisk. Czytając je, drżałem na samą myśl o powrocie
z wakacji przyszłych mych kolegów, powtarzając sobie za każdym nowym
nazwiskiem: "I ten przeczyta: Baczność, kąsa!". Było zwłaszcza
kilkakrotnie i głębiej od innych wyryte nazwisko niejakiego J.
Steerfortha. Wyobrażałem sobie, jak grubym przeczyta to głosem i jak
mnie potem wytarga za włosy. Znów niejaki Tom Traddles, pewien byłem, iż
będzie się natrząsał, udając, że się mnie boi, a J. Demple wyśpiewa to
na wszystkie tony. Widziałem siebie: biedną, drobną istotkę, chłostaną
wzrokiem i śmiechem wszystkich tych chłopaków - pan Mell mówił mi, że
było ich w szkole aż czterdziestu pięciu - gonioną precz do więzienia, z wrzaskiem jednobrzmiennym: "Baczność, kąsa!".
Podobne niepokoje i męki budził we mnie widok pustych ławek, pulpitów i pustych sypialni. We dnie i w nocy nie miałem spokoju. Śniło mi się
czasem, że jestem z moją matką lub że się udaję do pana Peggotty,
spotykam Emilkę, jadę dyliżansem, jem obiad w towarzystwie kelnera w gospodzie, lecz zawsze, zawsze kończyło się na tym, że każdy z nich
cofał się, spostrzegłszy wywieszony na mych plecach napis.
Samotność, na jaką byłem skazany w pustej w czasie wakacyjnym szkole,
zdwajała jeszcze te tortury. Codziennie przy tym miewałem lekcje z panem
Mell. Szły mi dobrze, gdyż nie było przy mnie pana i panny Murdstone. Po
lekcjach przechadzałem się po ogrodzie, strzeżony przez stróża z drewnianą nogą. Jak dobrze pamiętam wilgoć pustego domostwa, zapleśniałe
kamienie dziedzińca, studnię, bladą zieleń rzadkich drzew tak wyblakłą,
że zdawała się być skąpana w rzęsistszych niż gdziekolwiek indziej
dżdżach, niedotkniętą żadnym, bodaj nikłym promieniem słońca.
Punktualnie o pierwszej siadaliśmy we dwóch z panem Mell do stołu w ogromnej, pustej komnacie, przepojonej zapachem tłuszczu. Po obiedzie
odbywaliśmy lekcje aż do herbaty, którą o szóstej pan Mell pijał w błękitnej fajansowej filiżance, ja zaś w kubku. Przez dzień cały pan
Mell, siedząc za stołem, pracował nad rachunkami, jak się potem
dowiedziałem, z minionego półrocza. Wieczorem grywał na flecie z zapałem
i jak zwykle fałszywie.
We wspomnieniach widzę moją drobną postać siedzącą w mrocznej sali, z głową opartą na ręku, nad kajetem lub książką - zasłuchaną w muzykę pana
Mell. Po lekcjach widzę znów siebie jako cierpliwego słuchacza jego
muzykalnych popisów, marzącego jednocześnie smętnie o domu, matce lub o łodzi pana Peggotty w Yarmouth. Widzę puste sypialnie i drobną mą osobę
płaczącą cicho w łóżku z tęsknoty za pieszczotą i ciepłym słówkiem
Peggotty. Z rana, spoglądając przez otwarte okno na dzwon wiszący u bramy i na chorągiewkę na dachu kręcącą się w kierunku wiatru, drżałem
na myśl, że wśród pustych ścian zjawi się J. Steerforth z towarzyszami i stróż na szczudle otworzy wrota samemu panu Creakle. Bałem się nie tych
nieznajomych, lecz wiszącej na mych plecach tabliczki, którą nieznajomi
ci zaraz na wstępie przeczytać mieli.
Pan Mell był małomówny, lecz łagodnie się ze mną obchodził. W milczeniu
dotrzymywaliśmy sobie wzajemnie towarzystwa. Zapomniałem zanotować, że
były chwile, w których ten małomówny człowiek mówił sam do siebie,
mruczał, zaciskał pięści, zgrzytał zębami i targał się za włosy. Lękałem
się tego z początku, wkrótce jednak przywykłem do jego dziwactw.
Rozdział VI
Rozszerzam koło mych znajomości
?
Od miesiąca wiodłem mniej więcej podobną egzystencję, gdy stróż o szczudle zaczął się uwijać ze szczotką, ścierkami i wodą po całym
domostwie, co niewątpliwie zwiastowało bliskie zjawienie się pana
Creakle i uczniów. Mieściliśmy się z panem Mell, jak mogliśmy, po
kątach, zmykając przed szczotką, wodą, dwoma czy trzema kobietami
szorującymi podłogi, ławki, stoły i tumanami kurzu przepełniającymi
Salem House.
Pewnego poranku pan Mell oznajmił mi, że pan Creakle oczekiwany jest
tegoż dnia; istotnie przybył pod wieczór, a po podwieczorku stróż na
szczudle zawezwał mnie do niego.
Część domu, którą wraz z rodziną swą zamieszkiwał, była o wiele
wygodniejsza i wytworniejsza od przeznaczonej dla uczniów. Ogródek, na
który wychodziły okna jego mieszkania, nie był tak pusty i opuszczony,
jak nasz dziedziniec, gdzie wielbłąd lub dromader w miniaturze czuliby
się jak w domu. Dziwię się zresztą, żem przechodząc zdołał jednak
zauważyć to wszystko, gdy sama myśl o stawieniu się przed obliczem pana
Creakle napełniała mnie takim strachem, że wprowadzony do jego gabinetu
nie spostrzegłem obecnych tam pani ani panny Creakle, tylko samego pana,
tęgiego mężczyznę z niezliczoną ilością breloków przy łańcuchu od
zegarka, siedzącego w fotelu przy stole, na którym stał kielich i butelka.
- Hm - mruknął - to jest ten młodzieniec, którego ząbki mają być
przypiłowane. Proszę go odwrócić.
Stróż obrócił mnie, a zostawiwszy panu Creakle dość czasu na
przeczytanie gniotącego mi barki napisu, obrócił mnie znów twarzą do
pana Creakle. Właściciel Salem House miał dumny wyraz twarzy, oczy małe
i głęboko osadzone, czoło pomarszczone, nos nieduży, potężny kark, łysy
był przy tym, jeśli nie liczyć pasma szpakowatych włosów sczesanych na
skronie. Najbardziej jednak uderzyło mnie to, że zdawał się być
pozbawionym głosu; mówił cicho, z widocznym wysiłkiem. Musiało go to
gniewać, gdyż czoło mu się przy lada ust poruszeniu marszczyło jeszcze
bardziej.
- Coście w nim zauważyli? - spytał stróża, wskazując na mnie.
- Dotąd nic szczególnego - odrzekł zagadniony - nie było sposobności. -
Nie podobało się to widocznie panu Creakle, lecz natomiast musiało się
podobać pani i pannie Creakle, obu szczupłym kobietom, na które
ośmieliłem się podnieść swój wzrok.
- Bliżej, chłopcze - skinął na mnie pan Creakle.
- Bliżej - zakomenderował człowiek o drewnianej nodze.
- Mam zaszczyt - biorąc mię za ucho, mówił pan Creakle - znać twego
ojczyma. Człowiek to wielce zacny, obdarzony niepospolitym hartem duszy.
Znamy się z sobą dobrze; a czy ty znasz mnie? - i uszczypnął mnie
żartobliwie, lecz boleśnie w ucho.
- Jeszcze nie, panie - wyjąkałem.
- Jeszcze nie! Ha! Poznamy się prędko.
- Prędko - powtórzył pedel, który, jak się przekonałem potem, był
pośrednikiem pomiędzy panem Creakle i uczniami.
Umierając ze strachu i czując, jak mię pali ustawicznie przez pana
Creakle targane ucho, zapewniałem, że nie wątpię, iż się poznamy.
- Powiem ci od razu, kim jestem - ciągnął, puszczając wreszcie moje
ucho. - Jestem Rzymianinem.
- Rzymianinem - potwierdził kulawy pedel.
- Słowa dotrzymuję, a kiedy raz coś powiem, to już musi być to co do
joty spełnione.
- Musi być wypełnione...
- Woli mojej nikt nie śmie się sprzeciwić. Obowiązek przede wszystkim,
przede wszystkim. Wyrzeknę się - tu spojrzał na żonę - własnej krwi,
jeśliby mi się śmiała sprzeciwiać.
Tu zwrócił się do pedla z pytaniem:
- Czy był z powrotem ten chłopak?
- Nie był.
- Nie był, wie, z kim ma do czynienia, przeczuł. Niech mi się nie nawija
pod rękę - tu spojrzał znów na żonę - bo mu się dam we znaki. Teraz
wiesz już, mój mały, z kim masz do czynienia, możesz odejść.
Ucieszyło mnie to pozwolenie, tym bardziej że pani i panna Creakle
ocierały łzy, co budziło me współczucie. Miałem jednak pewną prośbę,
toteż ośmieliłem się przemówić.
- Panie...
Odwrócił się, spojrzał piorunująco.
- Panie - mówiłem, drżąc cały - gdyby tak można było i zanim uczniowie
zjadą się, zdjąć mi z pleców ten... ten... zapewniam pana, że żałuję... że się
poprawię... poprawiłem...
Czy to w pośpiechu, czy po to, aby mnie przestraszyć, pan Creakle porwał
się z fotela tak, że nie czekając skutku mej prośby i wyprzedziwszy
pedla, drapnąłem aż do sypialni, gdzie, nie doczekawszy się pogoni,
położyłem się, lecz minęło dobre dwie godziny, zanim się uspokoiłem i zdołałem zasnąć.
Nazajutrz rano zjawił się pan Sharp, starszy nauczyciel, którego tylko
pomocnikiem był pan Mell. Ten ostatni jadał z uczniami, podczas gdy
tamten dopuszczony był do stołu samego pryncypała. Pamiętam go jako
małego, szczupłego człowieka, z wielkim nosem i przechyloną na jedno
ramię głową, co robiło wrażenie, jak gdyby mu ona ciężyła. Włosy miał
miękkie i kędzierzawe. Z czasem dowiedziałem się od jednego z kolegów,
że była to peruczka, licha zresztą, którą co niedziela kazał fryzować.
Informacji tych udzielił mi Tommy Traddles, który pierwszy powrócił z wakacji. Przedstawił mi się jako ten, którego imię wyryte stoi na bramie
ogrodu po prawej stronie, pierwsze z góry - na co powiedziałem mu:
"Traddles!" i znajomość została zawiązana. Było to dla mnie prawdziwym
szczęściem, że się pierwszy zjawił w szkole. Wywieszony na mych plecach
napis zabawił go nieskończenie, toteż oszczędził mi wstydliwego krycia
się uprzedzając każdego z przybywających towarzyszy, że jest nowy
"figiel". Wszyscy zresztą, wracając z wakacji do szkoły, byli bez humoru
i o wiele mniej skłonni do natrząsania się ze mnie, niż się tego
spodziewałem. Niektórzy wprawdzie otaczali mnie kołem, skacząc i wyjąc
niby banda dzikich Indian, podczas gdy inni, nie mogąc się oprzeć
pokusie traktowania mnie jak psa, wołali: "Pójdź, Towzer, do nogi", co
mnie bolało wprawdzie, ale na ogół jednak cała sprawa w rzeczywistości
nie była tak straszna, jak przewidywałem. Jednakże aż do przyjazdu J.
Steerfortha nie zostałem wtajemniczony i wciągnięty do bractwa
koleżeńskiego. Gdy przybyła ta przystojna, zdolna, jak mówiono, i o pół
tuzina lat starsza ode mnie osobistość, stawić się przed nim musiałem
jak przed sędzią. Rozpytywał mnie o wszystkie szczegóły wypadku, którego
widoczne następstwa dźwigałem na plecach, a wybadawszy mnie należycie
raczył oświadczyć, że była to "dobra sztuka", za co mu nieskończenie
byłem wdzięczny.
- Wiele masz pieniędzy? - zaczął, biorąc mnie pod swą opiekę i spacerując ze mną po dziedzińcu.
Powiedziałem mu, że mam aż siedem szylingów.
- Oddałbyś je mnie na schowanie - zadecydował - naturalnie, jeśli ci się
to podoba, jeśli nie, możesz sam je sobie schować.
Naturalnie przystałem na tę uprzejmą i przyjacielską propozycję,
wręczając mu całą zawartość danego mi przez Peggotty woreczka.
- Czy chciałbyś kupić coś teraz? - spytał.
- Nie, dziękuję! - odpowiedziałem.
- Jeśli ci czego potrzeba, piśnij tylko słówko.
- Nie, dziękuję panu.
- Może byś chciał wydać parę szylingów na buteleczkę wina porzeczkowego,
którą wysuszylibyśmy w sypialni - i dodał - Będziemy, słyszę, sypiać w tym samym pokoju.
Nie pomyślałem o tym przedtem, zgodziłem się więc chętnie na propozycję.
- Wybornie! A czy nie warto by kupić i nieco ciastek z migdałami?
Zgodziłem się i na to.
- Trochę sucharków i owoców także. Wyniesie to też parę szylingów. Co
ty, mały, na to?
Uśmiechałem się, gdyż i Steerforth się uśmiechał. Czułem się jednak
jakoś nieswojo.
- Wybornie! - zawołał. - Musimy cię naciągnąć, ile się da. Licz na mnie.
Mogę wychodzić, ile mi się podoba, i podejmuję się dostarczyć żywność do
fortecy.
Mówiąc to, schował moje pieniądze do własnej kieszeni, uspokajając, że
wszystko dobrze pójdzie.
Dotrzymał słowa. Wyrzucałem sobie wprawdzie, że trwonię dane mi przez
matkę pieniądze, ale pocieszałem się, żem przynajmniej schował kawałek
papieru, w który były zawinięte. Gdyśmy się wieczorem zeszli w sypialni,
Steerforth rozłożył na mej kołdrze, w świetle księżycowych promieni,
całą ucztę, którą nazwał "królewską".
Nie czując się na siłach, by czynić honory, prosiłem go, aby uczynił to
za mnie, na co raczył się łaskawie zgodzić i siedząc na moich
poduszkach, rozdzielał żywność i wino małym, będącym jego własnością
kieliszkiem. Co do mnie, siedziałem po lewej jego stronie, inni zaś
chłopcy posiadali, jak mogli, na ziemi i pobliskich łóżkach.
Jakże żywo pamiętam tę noc, ciche nasze szepty (prawdę mówiąc, inni
mówili, ja słuchałem), promień księżyca wpadający przez okno i oświetlający część pokoju, gdy całość nurzała się w cieniu, od czasu do
czasu rozświeconym fosforycznym światłem zapałki, kiedy Steerforth
szukał czegoś dokoła siebie. Ogarnia mnie na powrót tajemniczy nastrój
na wspomnienie owych ciemności, uczty spożywanej ukradkiem, rozmów
szeptem, których słuchałem, jakby to było coś uroczystego, i uczucia
radości, że mam tuż obok siebie towarzyszy, lęku (chociaż wtórowałem
ogólnemu śmiechowi), gdy Traddles utrzymywał, że dostrzegł w kącie
stracha.
Dowiedziałem się przy tej sposobności tysiąca szczegółów dotyczących
szkoły. Dowiedziałem się, że pan Creakle słusznie nazywa siebie
"Rzymianinem"; był to najsroższy z przełożonych i na kształt kartacza
rozbijał uczniów. Był zresztą nieukiem, umiejącym tylko bić (jak
utrzymywał Steerforth); hodowcą chmielu, który dopiero po zbankrutowaniu
na tym chmielowym interesie i po roztrwonieniu funduszu żony umyślił
otworzyć szkołę. Nasłuchałem się wielu takich i tym podobnych rzeczy,
dziwiąc się tylko, skąd o tym wszystkim towarzysze moi tak dokładnie
mogli wiedzieć.
Dowiedziałem się, że pedel na szczudle, który nazywał się Tungay, był
barbarzyńcą dopomagającym niegdyś panu Creakle w jego chmielowych
sprawach, uważanym przez uczniów za zaprzedaną mu duszę. Nogę stracił,
zapewne służąc przełożonemu w nieczystych jakichś sprawach, i znał
tajemnice życia pana Creakle. Z wyjątkiem tego ostatniego Tungay uważał
szkołę całą, uczniów i nauczycieli za naturalnych swych wrogów i najmilszą jego rozrywką było płatanie im figli. Dowiedziałem się, że pan
Creakle ma syna jedynaka, który, że nie należał do liczby przyjaciół
pedla, a ojcu odważył się stawić opór i robić uwagi z powodu zbyt
srogiego obchodzenia się tak z uczniami, jak i z żoną, został wypędzony
z rodzicielskiego domu, co było przyczyną ustawicznego smutku jego matki
i siostry.
Lecz w tym wszystkim, co mi o przełożonym opowiadano, najbardziej
zdziwiło mnie to, że był w szkole ktoś, nad kim nigdy nie zaciężyła jego
prawica. Tym wyjątkiem był nikt inny tylko Steerforth. Ten ostatni
potwierdził ów zdumiewający fakt, dodając, że tego by tylko brakowało.
Gdy któryś z mniej dziarskich malców spytał go, co by jednak w danym
razie począł, to oświadczył, zapalając, dla silniejszego zapewne efektu,
zapałkę, że położyłby przełożonego na miejscu uderzeniem wielkiego
kałamarza stojącego w klasie na kominku. Wstrzymując dech w piersiach,
siedzieliśmy czas jakiś w ciemnościach.
Dowiedziałem się, że tak pan Sharp, jak pan Mell nędznie byli
wynagradzani, a pan Sharp u stołu pana domu dostawał same niedogryzki,
że mu jego peruka wcale nie do twarzy i że nie powinien się nią chwalić,
bo i tak dobrze widać z tyłu jego własne rude włosy.
Dowiedziałem się, że jeden z uczniów, syn handlarza węglem, uczył się w zamian za dostarczanie tego artykułu, czemu zawdzięczał przezwisko
"handel zamienny"; że podłe piwo było okradaniem rodziców, a pudding
czczym słowem. Dowiedziałem się, że panna Creakle kocha się na zabój w Steerforcie, w co od razu uwierzyłem, przypominając sobie, gdym siedział
w ciemnościach, jego piękną twarz, falujące włosy, wytworne maniery i wsłuchując się w jego melodyjny głos. Dowiedziałem się, że pan Mell to w gruncie rzeczy poczciwy chłopak, a goły jak święty turecki, syn
żebraczki czy tam coś podobnego. Przypomniało mi się śniadanie w izdebce
przytułku, staruszka, której się wyrwało: "mój Karolek". Szczęściem,
zatrzymałem tym razem język za zębami.
Na podobnych gawędkach czas zszedł nam szybko, a większa część
zaproszonych gości usnęła zaraz po uczcie. Rozmawialiśmy po cichu,
dopóki sen i nas nie przemógł.
- Dobranoc, Copperfieldzie - ozwał się Steerforth - licz na mnie.
- Dziękuję - odrzekłem z niekłamaną wdzięcznością - zobowiązuje mnie to
nieskończenie.
- Czy masz siostrę? - spytał poziewając - co?
- Nie, nie mam siostry.
- Szkoda. Byłaby pewnie ładną, nieśmiałą, jasnooką dziewczyną, chciałbym
ją znać. Dobranoc.
- Dobrej nocy! - odrzekłem.
Położywszy się, długo jeszcze myślałem o nim i podnosząc się na posłaniu
przypatrywałem mu się, jak leżał pod smugą księżyca, z piękną głową
opartą na ramieniu. Wyobrażałem go sobie jako wyższą, potężną istotę, i to podziałać musiało na rozbudzenie mojej wyobraźni. Rąbka zasłony
przyszłości nie uchylił żaden promień księżyca i cień jej nie padł na
kwieciste łany, po których noc całą w śnie stąpałem.
Rozdział VII
Pierwsze szkolne półrocze
?
Lekcje rozpoczęły się dnia następnego. Silne, pamiętam, wrażenie wywarła
na mnie nagła cisza, jaka zapanowała w klasie, gdy po śniadaniu drzwi
się roztwarły i ukazała się w nich postać pana Creakle, podobna do
ludożercy przyglądającego się swym więźniom.
Pedel Tungay stał tuż za nim. Nie miał sposobności, by wrzasnąć w tej
chwili: "Cicho!", gdyż panowała największa, jak to już mówiłem, cisza.
Usta pana Creakle poruszały się wprawdzie, lecz słyszeliśmy tylko głos
pedla.
- Rozpoczynamy nowe półrocze, słyszeliście, nowe. Pamiętajcie, abyście
się dobrze uczyli, bo zaczerpnąłem nowy zapas sił i nie cofnę się, o,
nie! Próżno byście się szorowali, nie zetrzecie znaków, jakie wam
wypiszę na plecach! A teraz do roboty!
Po tej przemowie i po wyjściu pedla pan Creakle, zbliżywszy się do mnie,
oznajmił mi wygasłym głosem, że jeśli ja umiem kąsać, to on umie smagać,
a pokazując mi swój kij, pytał, czy chciałbym dostać się na taki ząb!
"Zastąpić to z biedą może całe szeregi zębów, co? Może chciałbyś
spróbować, co? Ząb za ząb?" - pytał.
Za każdym słowem uderzał mnie i wkrótce twarz moja zalana była łzami.
Nie stanowiłem zresztą wyjątku, tylko że ode mnie zaczęła się egzekucja,
której podległa większość uczniów. Zanim pan Creakle obszedł dokoła
klasę i lekcje się rozpoczęły, wszyscyśmy mniej więcej szlochali; do
jakich zaś to doszło rozmiarów pod koniec dnia, obliczać nie chcę, bojąc
się, aby mnie nie posądzono o przesadę.
p0Jakże gardził on i pomiatał zastępem małych, słabych swych
niewolników! Bez śmiechu wspomnieć dziś nie mogę wrażenia, jakie
osobistość ta wywierała na nas. Widzę samego siebie na szkolnej ławie,
wpatrzonego w bezsumienne to bożyszcze znęcające się nad swymi ofiarami.
Widzę stojącego przed nim ucznia, wycierającego chustką do nosa ręce
obrzmiałe od jego razów. Oczu nie mogłem oderwać od tyrana, miotany
ciągłym strachem i obliczaniem, kiedy na mnie przyjdzie kolej na
nieuniknioną kaźń. Widzę drobnych moich towarzyszy, wpatrzonych w niego
z podobnym wyrazem trwogi. Widzę okrutny grymas jego ust, gdy miał w ręku kajety, spojrzenie, pod którym pochylaliśmy głowy, drżąc nad
książkami, aby po chwili znów śledzić go wystraszonym wzrokiem.
Nieszczęsny ten spośród nas, co pochwycony na lada jakiej omyłce
wywołany został z szeregów. Próżno w nieśmiałe i pokorne uderzał
zapewnienia, że się będzie starał poprawić. Pan Creakle, zanim go bić
poczynał, naigrawał się i natrząsał z niego, a my jak złe psiaki
śmieliśmy się nikczemnie, choć dusze mieliśmy w piętach i pobladłe ze
strachu twarze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki