David Copperfield (elegancka edycja) - Charles Dickens

Kup ebooka

99.90 zł
82.92 zł (69,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Przy­cho­dzę na świat

?

Czy sam zostanę boha­te­rem niniej­szej powie­ści czy miej­sce to zaj­mie kto inny, następne roz­strzy­gną stro­nice. W każ­dym razie zaczy­nam od początku, to jest od chwili mego uro­dze­nia. Zgod­nie z tym, co sły­sza­łem i w co wie­rzę, wypa­dek ten miał miej­sce w pią­tek o pół­nocy. Zegar bił wła­śnie dwu­na­stą godzinę i jed­no­cze­śnie ozwało się kwi­le­nie nowo naro­dzo­nego, co wła­śnie, przez mamkę i pewną mądrą matronę z sąsiedz­twa, od mie­sięcy już kilku i zanim oso­bi­ście poznać mnie mogła, wielce w ist­nie­niu moim zain­te­re­so­waną, zgod­nie uznane zostało za zapo­wiedź po pierw­sze nie­oso­bli­wej doli w świat wcho­dzą­cego czło­wieka, po dru­gie uzdol­nie­nia tegoż czło­wieka do widy­wa­nia duchów i stra­chów, wła­ści­wo­ści nie­chyb­nie wro­dzo­nej, jak to utrzy­my­wały obie doświad­czone nie­wia­sty, i zwy­kłej dzie­ciom obojga płci, zro­dzo­nym w piąt­ko­wych noc­nych godzi­nach.

Co do pierw­szego wnio­sku, histo­ria mego życia wykaże, o ile był praw­dzi­wym. Co do dru­giego zauważę, że dotąd nie zda­rzyło mi się spraw­dzić jego słusz­no­ści, na co się zresztą by­naj­mniej nie uskar­żam.

Uro­dzi­łem się, jak to mówią, w czepku, któ­rego sprze­daż ogło­szono w dzien­ni­kach za skromną cenę pięt­na­stu gwi­nei. Czy to, że żegla­rze w nie­oso­bli­wych w tym cza­sie znaj­do­wali się inte­re­sach, czy że osła­bła wiara w podobne prak­tyki i bar­dziej niż czep­kom zaufano kor­ko­wym pasom, nie wiem, dość, że się zgło­sił jeden tylko nabywca, pewien adwo­kat, ofia­ru­jący za wysta­wiony na sprze­daż przed­miot dwa funty w gotówce i tyleż winem, lecz odma­wia­jący sta­now­czo zabez­pie­cze­nia się od uto­nię­cia w wyż­szej cenie. Że zaś nawet piw­nica bied­nej mojej matki była do sprze­da­nia, nie dobito targu i dopiero w dzie­sięć lat póź­niej cze­pek pusz­czono w oko­licy, któ­rą­śmy zamiesz­ki­wali, na lote­rię, w pięć­dzie­się­ciu bile­tach, pół­ko­rony każdy, z dopłatą przez wygry­wa­ją­cego pię­ciu szy­lin­gów. Byłem obecny przy tym i pamię­tam nie­miłe uczu­cie, jakie­gom doznał wobec podob­nego roz­po­rzą­dza­nia się cząstką mej osoby. Fant wygrany został przez starą damę z koszycz­kiem w ręku. Pamię­tam, jak nie­chęt­nie dosta­wała z niego należną dopłatę drob­nymi, co zabrało nie­skoń­cze­nie wiele czasu i było powo­dem wielu aryt­me­tycz­nych zawi­kłań. Dama ta, co jest fak­tem nie­zwy­kłym i war­tym pamięci, istot­nie nie uto­nęła, lecz na wła­snym łóżku god­nie umarła w dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim roku życia. Wypada jed­nak dodać, że się trzy­mała stale lądu, a nawet wykli­nała nie­zboż­ność żegla­rzy i innych podob­nych nie­go­dziw­ców, usi­łu­ją­cych - jak mówiła - "wykrę­tami" naru­szyć natu­ralny bieg rze­czy. Na próżno tłu­ma­czono jej, że z tej to wła­śnie walki z natu­ralnym bie­giem rze­czy osią­gano znaczne korzy­ści, a mię­dzy innymi her­batę, którą szcze­gól­nie lubiła; na wszel­kie dowo­dze­nia odpo­wia­dała ona nie­odmien­nie: "Wykręty to, ate­uszow­skie wykręty".

A teraz bez wykrę­tów do rze­czy, to jest do mego przyj­ścia na świat.

Uro­dzi­łem się w Blun­der­stone, w hrab­stwie Suf­folk. Jestem pogro­bow­cem, gdyż ujrza­łem świa­tło dzienne w sześć mie­sięcy po zamknię­ciu na zawsze powiek mego ojca. Nie mogłem się ni­gdy pogo­dzić z myślą, że mój ojciec nie widział mnie nawet. Dotąd też pamię­tam żal, który mnie zdej­mo­wał, ile­kroć pomy­śla­łem o samot­nej jego mogile. Zwłasz­cza w słotną i ciemną noc, gdy w jasnym i cie­płym naszym miesz­ka­niu pło­nął ogień na komi­nie, dostrze­ga­łem coś bez­li­to­snego, jak mi się nie­raz zda­wało, w tych szczel­nie zamknię­tych naszych drzwiach i oknach.

Naj­bo­gat­szą osobą w naszej rodzi­nie była ciotka mego ojca, a tym samym moja cio­teczna babka, o któ­rej opo­wiem wię­cej w odpo­wied­nim cza­sie - panna Tro­twood albo też panna Bet­sey, jak ją nazy­wała biedna moja matka, gdy się zdo­była na odwagę, co zda­rzało się nie­zmier­nie rzadko, wzmian­ko­wa­nia tej impo­nu­ją­cej osoby. Panna Bet­sey wyszła za mąż za czło­wieka młod­szego od sie­bie i nie­zwy­kłej urody, na któ­rym, nie­stety, nie spraw­dziło się przy­sło­wie o pięk­nej duszy w pięk­nym miesz­ka­ją­cej ciele. Utrzy­my­wano, jakoby źle obcho­dził się z żoną, bił ją, a nawet przy draż­li­wej jakiejś pie­nięż­nej kwe­stii chciał z dru­giego pię­tra oknem wyrzu­cić. Taka nie­zgod­ność tem­pe­ra­men­tów skło­niła ciotkę mego ojca do roz­sta­nia się z mężem za wszelką cenę. Mąż, przy­szedł­szy w ten spo­sób do posia­da­nia kapi­tału, wyje­chał do Indii, gdzie, wedle prze­cho­wa­nego w rodzi­nie poda­nia, widy­wano go jeż­dżą­cego na sło­niu, w towa­rzy­stwie księż­niczki hin­du­skiej jakoby. Bądź co bądź, w dzie­sięć lat potem doszła wieść o jego zgo­nie. Jak wieść tę przy­jęła ciotka, nikt nie wie. Wró­ciła po śmierci męża do panień­skiego swego nazwi­ska, nabyła mały na brzegu morza sto­jący domek i osiadł­szy w nim z jedną tylko słu­żącą, wio­dła życie samotne i zamknięte.

Zrazu ojciec mój był jej ulu­bień­cem, lecz odkąd nie mogła mu wyba­czyć oże­nie­nia się z "woskową lalką", jak nazy­wała moją matkę, tyle tylko o niej wie­dząc, że nie ma jesz­cze lat dwu­dzie­stu, prze­stał ją widy­wać. Ojciec mój, znacz­nie od żony star­szy i sła­bego zdro­wia, zmarł w rok po oże­nie­niu, a na sześć mie­sięcy, jak to już mówi­łem, przed moim przyj­ściem na świat.

Tak się rze­czy miały w wie­czór tego dnia, który pozwa­lam sobie nazwać pamięt­nym. Nie rosz­cząc wsze­lako naj­mniej­szej pre­ten­sji do oce­nia­nia na pod­sta­wie świa­dec­twa wła­snych zmy­słów ist­nie­ją­cego wów­czas stanu rze­czy ani nawet do pamięci wła­snym naby­tej doświad­cze­niem, powta­rzam, co sły­sza­łem.

Otóż matka moja, sie­dząc przed komin­kiem, słaba i przy­gnę­biona, przez łzy spo­glą­dała na ogień, roz­my­śla­jąc nad sobą i nad tym drob­nym wycze­ki­wa­nym gościem - sie­rotą, któ­rego przyj­ście na świat powi­tać miał pło­nący na kominku ogień. W pogodne, lecz wietrzne mar­cowe popo­łu­dnie sie­działa tak cicha i wystra­szona, wąt­piąc, czy prze­żyć zdoła zbli­ża­jącą się chwilę kry­tyczną. Pod­no­sząc głowę, dla otar­cia łez, spoj­rzała wypad­kiem w okno i dostrze­gła prze­cho­dzącą przez ogród nie­zna­jomą kobietę.

Od razu zga­dła, że był to nie kto inny, tylko panna Bet­sey. Słońce, prze­dzie­ra­jąc się przez ogro­dze­nie, oświe­cało idącą śmiało, wprost przed sie­bie postać kobiecą, która zbli­żyw­szy się do domu, dała nie­zbity już dowód toż­sa­mo­ści. Ojciec mój mawiał nie­raz, że jego ciotka nie sto­suje się w niczym do utar­tych zwy­cza­jów. Toteż i tym razem zamiast zadzwo­nić u drzwi domu, zbli­żyła twarz do okna, aż nos jej, jak utrzy­my­wała moja matka, spłasz­czył się i pobie­lał zupeł­nie. Widok ów tak dalece prze­ra­ził bie­daczkę, że zapewne temu to nie­zwy­kłemu zja­wie­niu się ciotki Bet­sey zawdzię­czam przyj­ście me na świat w fatal­nym dniu piąt­ko­wym.

Matka moja porwała się z krze­sła, szu­ka­jąc schro­nie­nia w głębi pokoju, gdzie ją panna Bet­sey, prze­wra­ca­jąc oczy, niby głowa Sara­cena na sta­rym holen­der­skim zega­rze, spo­strze­gła i przy­wo­łała do drzwi ruchem przy­wy­kłej do roz­ka­zy­wa­nia osoby. Matka moja drzwi otwo­rzyła.

- Zapewne pani Cop­per­field - zauwa­żyła panna Bet­sey, wcho­dząc do pokoju i spo­glą­da­jąc na żałobne szaty i zmie­nioną kibić mojej matki.

- Tak jest - odrze­kła cicho zagad­nięta.

- Tro­twood - przed­sta­wiła się nowo przy­była. - Przy­pusz­czam, żeś musiała coś o mnie sły­szeć?

Matka moja odpo­wie­działa twier­dząco wpraw­dzie, lecz bez zbyt­niego entu­zja­zmu.

- Widzisz mnie przed sobą we wła­snej oso­bie - dorzu­ciła nowo przy­była.

Obie usia­dły u kominka. Po kilku chwi­lach nie­prze­rwa­nego przez ciotkę Bet­sey mil­cze­nia matka moja wybuch­nęła pła­czem.

- Ts... ts... ts... - upo­mi­nała ją ciotka - uspo­kój się, uspo­kój.

Długo biedna kobieta nie mogła się uspo­koić.

- A teraz zdejm ten cze­pek - zade­cy­do­wała przy­była - niech ci się przy­pa­trzę.

Matka moja tak była prze­ra­żona, że gdyby nawet i chciała, nie śmia­łaby sprze­ci­wić się dziw­nemu nieco żąda­niu swego gościa.

Drżącą ręką się­ga­jąc po wdowi cze­pek, w pośpie­chu roz­rzu­ciła włosy, które spły­nęły na jej twarz i ramiona.

- Ależ to dziecko! Istne dziecko! - zawo­łała panna Bet­sey.

Istot­nie matka moja była młoda, a wyglą­dała jesz­cze mło­dziej. Spu­ściła tedy głowę, przy­zna­jąc się do tego mimo­wol­nego grze­chu, i łka­jąc upew­niała ciotkę, że na nie­szczę­ście młodą jest, zbyt młodą na wdowę, na matkę... jeśli nota­bene prze­żyć zdoła to, co jej grozi... Zda­wało się jej przy tym, że gdy tak skar­żyła się, pła­cząc rzew­nie, czuła prze­su­wa­jącą się po swych wło­sach piesz­czo­tliwą i miękką kobiecą rękę. Musiało to być jed­nak przy­wi­dze­nie. Gdy pod­nio­sła załza­wione oczy, ciotka sie­działa na krze­śle pro­sta i sztywna, z zało­żo­nymi na pier­siach rękoma, z nogą wspartą o kratę kominka.

- Ha! - ozwała się po chwili - "Wroni Bór", dla­czego mia­no­wi­cie "Wroni Bór"?

- Pani ma zapewne na myśli nazwę tej miej­sco­wo­ści? - spy­tała moja matka.

- Dla­czego mia­no­wi­cie "Wroni Bór" - powta­rzała panna Bet­sey. - Przy waszej nie­prak­tycz­no­ści, "Domów Wzór" brzmia­łoby sto­sow­niej.

- Nazwę tę - odrze­kła moja matka - mąż mój wybrał jako odpo­wied­nią.

Wła­śnie wiatr tak zachrzę­ścił w sta­rych drze­wach ogrodu, że mimo woli wzrok roz­ma­wia­ją­cych zwró­cił się w tę stronę. Wiązy, pochy­la­jąc się ku sobie na kształt borów szep­czą­cych zwie­rze­nia, zatrzę­sły się gwał­tow­nie, jak gdyby ode­pchnąć chciały ciężką i straszną jakąś tajem­nicę, na wiatr pusz­cza­jąc roz­bu­jałe gałę­zie. Z naj­wyż­szych strą­cone, a zawi­słe tam stare wro­nie gniazdo spa­dło, podobne do szcząt­ków roz­bi­tego na burz­li­wym morzu okrętu.

- Gdzież są ptaki? - spy­tała panna Bet­sey.

- Ptaki? - powtó­rzyła, budząc się z zamy­śle­nia, moja matka.

- Wrony, gdzież się podziały? - pytała ciotka.

- Nie widzia­łam ich, odkąd­śmy tu zamiesz­kali - odrze­kła moja matka i dodała - Myśle­li­śmy, to zna­czy pan Cop­per­field sądził, że miej­sce to jest dla nich sto­sowne. Widać jed­nak gniazda były stare i od dawna już puste.

- Mam go, mam Dawida, jak gdy­bym go widziała - zawo­łała ciotka - miej­sce nazwać od gniazd i ufać, że ponie­waż są gniazda, będą i ptaki. Liczyć na pta­sią fan­ta­zję, to mi prak­tycz­ność!

- Pan Cop­per­field - prze­rwała matka moja - nie żyje i jeśli pani ośmiela się mówić o nim w podobny spo­sób, w mojej obec­no­ści...

Biedna kobieta pró­bo­wała sta­wić czoło naszej ciotce, zdol­nej poko­nać o wiele sil­niej­szego od sła­bej tej istoty wroga! Matka moja padła osła­biona na krze­sło, z któ­rego usi­ło­wała powstać, a gdy przy­szła do sie­bie czy też może została ocu­cona przez pannę Bet­sey, ta stała u okna. Wie­czór zapa­dał coraz głęb­szy i gdyby nie pło­nący na kominku ogień, roz­ma­wia­jące kobiety nie mogłyby sie­bie widzieć.

- Hm! - zaczęła ciotka Bet­sey, wra­ca­jąc obo­jęt­nie na uprzed­nio zaj­mo­wane przy kominku miej­sce - a kie­dyż to spo­dzie­wasz się?...

- Czuję się słaba - wyjęk­nęła moja matka - nie wiem, co mi jest, pew­nie nie prze­żyję tego...

- O! o! - uspo­ka­jała ciotka - napij się tylko her­baty.

- Gdyby mi to pomo­gło!

- Pomoże, nie­wąt­pli­wie pomoże, wyobra­żasz sobie wię­cej, niż jest. Jak na imię tej dziew­czy­nie?

- Sama nie wiem jesz­cze, czy to będzie dziew­czynka - zauwa­żyła naiw­nie moja matka.

- Niech nieba mają w swej pie­czy to dzie­cię - zawo­łała ciotka, bez­wied­nie powta­rza­jąc sen­ten­cję wypi­saną na pew­nej szu­fla­dzie szafy w pokoju mojej matki, w któ­rej zło­żono począ­tek mego docze­snego dobytku - wcale nie to mia­łam na myśli. Myśla­łam o słu­żą­cej.

- Peg­gotty - odrze­kła moja matka.

- Peg­gotty - powtó­rzyła z pew­nym obu­rze­niem ciotka - chcesz we mnie wmó­wić, mała, że chrze­ści­jań­ska dusza została ochrzczona podob­nym imie­niem?

- To jest jej nazwi­sko - odrze­kła słab­nąc moja matka - po nazwi­sku nazy­wał ją mój mąż, gdyż Peg­gotty nosi moje imię.

- Peg­gotty! - zawo­łała panna Bet­sey otwie­ra­jąc drzwi - poda­waj prę­dzej her­batę. Twoja pani zasła­bła, nie marudźże!

Wydaw­szy ten roz­kaz tonem osoby przy­wy­kłej do roz­kazów i rzu­ciw­szy badaw­cze spoj­rze­nie na wycho­dzącą z kuchni ze świecą w ręku, zdzi­wioną tym nie­zna­nym i roz­kazującym gło­sem słu­żącą, ciotka Bet­sey wró­ciła na poprzed­nie miej­sce, pod­nio­sła brzeg sukni, nogę poło­żyła na kratce kominka, a obie ręce zło­żyła na kola­nach.

- Mówi­łaś dopiero - zaczęła - o dziew­czynce. Nie wąt­pię też ani na chwilę, że będzie to dziew­czynka. Otóż od chwili uro­dze­nia tej dziew­czynki...

- Może będzie to chłop­czyk - wtrą­ciła nie­śmiało moja matka.

- Nie zaprze­czaj mi - odparła ciotka - wiem, co mówię. Prze­czu­cie mnie nie myli. Otóż od chwili uro­dze­nia tej dziew­czynki roz­cią­gam nad nią opiekę, będę jej chrzestną matką i pro­szę, aby się nazy­wała Bet­sey Tro­twood Cop­per­field. W życiu tej Bet­sey Tro­twood nie powinno być omy­łek i niech nikt się nie ośmieli zażar­to­wać z uczuć tej Bet­sey Tro­twood. Wycho­wamy ją sta­ran­nie, będziemy strzec, aby zaufa­nia i serca nie trwo­niła na darmo. Moja to już rzecz.

Za każ­dym z powyż­szych zdań ciotka potrzą­sała głową, jak gdyby z myśli i pamięci zrzu­cić chciała cię­żar daw­nych cier­pień. Tak się przy­naj­mniej zda­wało mojej matce, gdy patrzała na nią przy nie­pew­nym bla­sku ognia, zbyt słaba zresztą, zbyt wystra­szona i nie­spo­kojna o sie­bie, aby zda­wać sobie sprawę z tego, co widziała lub mówiła.

- Czy Dawid dobry był dla cie­bie, moje dziecko? - spy­tała ciotka po krót­kim mil­cze­niu. - Czy­ście byli szczę­śliwi?

- Bar­dzo szczę­śliwi - odrze­kła moja matka. - Był chyba zbyt dobry dla mnie.

- Pie­ścił cię, psuł zapewne.

- Teraz gdym została sama i opusz­czona na tym świe­cie, teraz wiem, że w isto­cie tak było - załkała biedna kobieta.

- Ts... nie płacz, no nie płacz - pocie­szała ją panna Bet­sey - nie byli­ście, widzisz, dobraną parą. Jak gdyby były dobrane pary! Dla­tego pyta­łam. Sie­rotą byłaś, co?

- Sie­rotą.

- Nauczy­cielką, zdaje mi się.

- Nauczy­cielką dzieci w rodzi­nie, którą pan Cop­per­field odwie­dzał cza­sem. Zauwa­żył mnie i był zawsze bar­dzo dla mnie dobry... oświad­czył się... przy­ję­łam oświad­czyny i take­śmy się pobrali - koń­czyła, ze zwy­kłą sobie pro­stotą, matka moja.

- Dzie­cię! Biedne dzie­cię! - mru­czała panna Bet­sey, pochy­la­jąc nad ogniem zmarsz­czone czoło. - Czy ty w ogóle coś umiesz?...

- Prze­pra­szam panią - wyjęk­nęła znów moja matka.

- Jak dom pro­wa­dzić, na przy­kład? - koń­czyła ciotka Bet­sey.

- Słabo - odrze­kła - o wiele mniej niż bym chciała. Dawid uczył mnie...

- Niby sam się znał na tym! No! - wtrą­ciła ciotka.

- Chcia­łam korzy­stać, chcia­łam z całego serca, a on był tak dobry, wyro­zu­miały, cier­pliwy i gdyby nie...

Łka­nie prze­rwało mowę mej matce.

- Pro­wa­dzi­łam rachunki sta­ran­nie, co wie­czór spraw­dza­li­śmy je razem - cią­gnęła moja matka, łka­jąc cią­gle.

- Uspo­kój się, no, uspo­kój, nie płacz tak - mówiła ciotka.

- I ni­gdy naj­mniej­sze nie zaszło mię­dzy nami nie­po­ro­zu­mie­nie - koń­czyła pła­cząc matka moja. - Cza­sem tylko zarzu­cał mi, że moje trójki zbyt są podobne do pią­tek, że laseczki przy sió­dem­kach i dzie­wiąt­kach zbyt kręte...

- Uspo­kój się, nie płacz tak - upo­mi­nała ciotka. - Może ci to zaszko­dzić i nie tylko tobie, lecz i mojej chrzest­nej córce.

Ostatni ten wzgląd uspo­koił nieco moją matkę. Czuła się zresztą coraz słab­szą. Zapa­no­wało mil­cze­nie prze­ry­wane pochrzą­ki­wa­niem ciotki.

- Dawid - rze­kła ona wresz­cie - posia­dał rentę. Czy zapew­nił ci jaki fun­dusz?

- Był tak dobry, że pomy­ślał o mnie i część renty prze­lał na moje imię.

- Na jaką sumę?

- Sto pięć fun­tów rocz­nie.

- Mogło być gorzej - zauwa­żyła ciotka.

Tym­cza­sem z biedną moją matką tak źle już było, że wno­sząca her­batę i świecę Peg­gotty prze­lę­kła się na dobre. Pomo­gła swej pani natych­miast przejść do sypial­nego pokoju, wysy­ła­jąc jed­no­cze­śnie po dok­tora swego sio­strzeńca, Hama Peg­gotty, któ­rego od dni już kilku w prze­wi­dy­wa­niu tej koniecz­no­ści prze­cho­wy­wała w kuchni bez wie­dzy mojej matki.

I dok­tor, i wezwana do pomocy nie­wia­sta zdzi­wili się wielce nie­spo­dzie­wa­nym wido­kiem obcej damy, sie­dzą­cej u kominka z groźną miną, prze­wie­szo­nym przez lewą rękę kape­lu­szem i uszami peł­nymi waty. A że ani moja matka w tej chwili nie mogła udzie­lić żad­nych obja­śnień, ani też Peg­gotty nie umiała wytłu­ma­czyć, zja­wi­sko pozo­stało tajem­ni­czym, do czego też przy­czy­niała się nie­mało wielka ilość wycią­ga­nej z kie­szeni i do uszu przez nie­zna­jomą pako­wa­nej waty.

Dok­tor wró­ciw­szy z pokoju cho­rej i prze­ko­naw­szy się zapewne, że zmu­szony będzie spę­dzić kilka godzin z nie­zna­jomą, usi­ło­wał być uprzejmy i towa­rzy­ski. Był to naj­spo­koj­niej­szy i naj­ła­god­niej­szy pod słoń­cem czło­wie­czek, sta­rał się jak naj­mniej zabie­rać wszę­dzie miej­sca, chód jego był cichy, jak stą­pa­nie ducha w Ham­le­cie, głowę prze­chy­lał skrom­nie na ramię. Nie nazwałby złym sło­wem psa ani nawet na wście­kłego psa nie potra­fiłby burk­nąć, dałby mu choć jedno, choć pół, choć cząstkę dobrego słowa, a mowa jego, jak i kroki, była cicha i powolna. Nie, za nic w świe­cie, nawet dla wście­kłego psa nie byłby on szorstki i ostry.

Toteż pan Chil­lip, spo­glą­da­jąc uprzej­mie na moją ciotkę i zwra­ca­jąc pyta­nie do nie­zna­jo­mej zaty­ka­ją­cej uszy watą, spy­tał najuprzej­miej, doty­ka­jąc przy tym swego lewego ucha:

- Miej­scowe zapewne cier­pie­nie?

- Co takiego? - odrze­kła ciotka, wycią­ga­jąc watę z ucha, niby korek.

Szorst­kość pyta­nia tak bar­dzo prze­ra­ziła łagod­nego dok­tora, że o mało, jak zapew­niał potem, nie stra­cił głowy. Nie­mniej jed­nak ze zdwo­joną uprzej­mo­ścią powtó­rzył pyta­nie:

- Miej­scowe zapewne zapa­le­nie?

- Głup­stwo! - odrze­kła ciotka, zaty­ka­jąc znów ucho.

Dok­to­rowi nie pozo­sta­wało nic innego jak usiąść i przy­glą­dać się wpa­trzo­nej w ogień nie­zna­jo­mej, dopóki nie wezwano go znów do cho­rej. Po kwa­dran­sie wró­cił do bawial­nego pokoju.

- Co, a jakże tam? - spy­tała ciotka wycią­ga­jąc watę.

- Pomyśl­nie, wcale pomyśl­nie - odrzekł - poma­leńku zbli­żamy się do końca.

- Ba! - wstrzą­snęła wzgar­dli­wie głową i znów zakor­ko­wała ucho.

Raziło to, strasz­nie raziło dok­tora, jak upew­niał potem, lecz cóż miał począć? Sie­dział tedy cicho i spo­glą­dał na nie­zna­jomą, która nie odwra­cała twa­rzy i oczu od ognia. I tak sie­dzieli naprze­ciw sie­bie godzin parę, zanim znów nie wezwano dok­tora do cho­rej. Gdy wró­cił:

- I jakże tam? - spy­tała ciotka wyj­mu­jąc watę z jed­nego ucha.

- Nie­źle, łaskawa pani! Postę­pu­jemy powoli, postę­pu­jemy.

- Ta-a-k! - wark­nęła, a dok­tor utrzy­my­wał, że tak go prze­stra­szyła tym mruk­nię­ciem, że wolał odtąd sie­dzieć na scho­dach po ciemku i nadto w strasz­nym prze­ciągu, niż dotrzy­my­wać dalej towa­rzy­stwa nie­zna­jo­mej.

Ham Peg­gotty, uczęsz­cza­jący do szkółki i bie­gły w kate­chi­zmie, a co za tym idzie - wia­ry­godny świa­dek, opo­wia­dał naza­jutrz, że wszedł­szy przy­pad­kiem do pokoju, w któ­rym znaj­do­wała się panna Bet­sey, został natych­miast pochwy­cony w szpony prze­cha­dza­ją­cej się nie­spo­koj­nym kro­kiem wzdłuż i wszerz pokoju damy. Docho­dziły tu głosy i jęki, któ­rych zapewne wata zgłu­szyć nie zdo­łała, i Ham padł ofiarą zde­ner­wo­wa­nia panny Bet­sey. Porwała go za koł­nierz, mio­ta­jąc nim, tar­gała go za włosy i za uszy, szar­pała, co zresztą potwier­dzone zostało przez wła­sną jego ciotkę, Peg­gotty, która widziała Hama po pół­nocy, wkrótce po wyj­ściu ze szpon panny Bet­sey, i zapew­niała, że był nie­mal tak czer­wony, jak moja, drob­niutka wów­czas, osóbka.

Dobry dok­tor Chil­lip nie­zdolny był do zemsty, toteż skoro mu czas na to pozwo­lił, wszedł do pokoju, w któ­rym prze­by­wała nie­zna­joma, i zbli­ża­jąc się do niej z uprzej­mym uśmie­chem:

- Rad jestem - rzekł - że mogę powin­szo­wać pani...

- I cóż? - prze­rwała mu ciotka.

Prze­ra­ził się bie­dak i sta­rał się uła­go­dzić nie­zna­jomą ukło­nami i uśmie­chem.

- Zwa­rio­wał czy co? - wrza­snęła nie­cier­pli­wie ciotka Bet­sey. - Nie możesz mi pan odpo­wie­dzieć?

- Uspo­kój się, droga pani. Nie ma się już czego trwo­żyć - uspo­ka­jał ją z uśmie­chem dok­tor.

I dzi­wił się długo potem, i za cud nie­mal poczy­ty­wał, że go nie ode­pchnęła i tylko wstrzą­snęła głową, ale to tak, że umilkł na razie. Po chwili dopiero, przy­szedł­szy do słowa, począł ją znów uspo­ka­jać:

- Rad jestem, że mogę powin­szo­wać łaska­wej pani. Wszystko odbyło się szczę­śli­wie, nader szczę­śli­wie.

Ciotka Bet­sey nie spusz­czała oka z mówią­cego.

- Jakże się ona miewa? - spy­tała zakła­da­jąc ręce na piersi.

- Nie­źle, wcale nie­źle, i spo­dzie­wam się, że nie­ba­wem wróci do sił - upew­niał lekarz - zwa­żyw­szy zwłasz­cza oko­licz­no­ści, w jakich się to odbyło... Dziw­nie szczę­śli­wie wszystko poszło. Możesz ją pani odwie­dzić choć zaraz, nie zaszko­dzi to jej wcale.

- Ależ ja pytam o nią - zawo­łała nie­cier­pli­wiąc się panna Bet­sey.

Dok­tor prze­chy­lił głowę na ramię, uprzej­mie uśmie­cha­jąc się do nie­zna­jo­mej.

- Jak się ma nowo naro­dzona? - obja­śniła ciotka.

- Sądzi­łem... wia­domo już pani... jest to chło­piec - rzekł dok­tor.

Ciotka Bet­sey nie odrze­kła na to ani słowa. Wziąw­szy kape­lusz za wstążki, ude­rzyła nim dok­tora po twa­rzy i odwró­ciw­szy się, wyszła, aby już nie wró­cić. Znik­nęła, jak roz­gnie­wana wróżka lub jedna z tych nad­przy­ro­dzo­nych istot, które, obda­rzony szcze­gól­nym darem, mia­łem widy­wać. Nie wró­ciła. Spo­czy­wa­łem w koły­sce, a matka moja na łóżku, lecz Bet­sey Tro­twood Cop­per­field roz­pły­nęła się we mgłach, z któ­rych dopiero com zstą­pił w rze­czy­wi­stość. Wypły­wa­jące z okien naszych świa­tło roz­świe­tlało mroczne szlaki podob­nym mnie piel­grzy­mom. Oświe­tlało też wzgó­rze usy­pane nad popio­łami tego, bez któ­rego nie mógł­bym ist­nieć.

Rozdział II

Zaczy­nam poj­mo­wać

?

Pierw­sze przed­mioty, które się rysują wyraź­nie na tle mego naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa, gdy się w nie cofam wspo­mnie­niem, są: matka moja z pięk­nymi wło­sami i mło­do­cianą posta­cią i Peg­gotty, o któ­rej kibici nie ma co mówić, a któ­rej czarne oczy zda­wały się rzu­cać cień na całą twarz, a policzki tak były rumiane, ramiona okrą­głe i jędrne, że mi się dziw­nym zda­wało, iż ptaszki nie dzio­bią ich chęt­niej niż jabłka na drze­wie.

Zdaje mi się, że pamię­tam je obie od chwili, gdy klę­kały albo przy­sia­dały na ziemi, a ja pró­bo­wa­łem utrzy­mać się na nóż­kach. Pozo­stało mi raczej wra­że­nie dotknię­cia wska­zu­ją­cego palca Peg­gotty, za który chwy­ta­łem, gdym się chwiał, a który od ukłuć igły był szorstki niby tarka.

Może mi się tak zresztą tylko zdaje. Cho­ciaż sądzę, że pamięć nasza sięga dalej, niż zwy­kli­śmy przy­pusz­czać, jak rów­nież spo­strze­że­nia dzieci ude­rzają nie­zwy­kłą traf­no­ścią. Sądzę nawet, że doro­śli ludzie, posia­da­jący ów dar spo­strze­gaw­czo­ści, nie nabyli go z bie­giem czasu, lecz prze­cho­wali z dni dzie­cię­cych. Ludzie podob­nym obda­rzeni darem zacho­wują dziwną świe­żość i wraż­li­wość, łatwość cie­sze­nia się, które są prze­cież wła­ści­wo­ściami wieku dzie­cię­cego.

Zarzucą mi może nie­któ­rzy, że odbie­gam od tematu, lecz prze­ko­na­nie powyż­sze, wła­snym nabyte doświad­cze­niem, niech służy za popar­cie niniej­szej opo­wie­ści: czy jako dziecko posia­da­łem dar spo­strze­gaw­czo­ści, czy też jedy­nie zacho­wa­łem wierne i świeże wspo­mnie­nie dni dawno ubie­głych - w opo­wia­da­niu mym opie­rać się muszę bez względu na to na obu tych wła­ści­wo­ściach.

Pierw­szym tedy wra­że­niem pozo­sta­łym z dni dzie­cię­cych są, jakem to już rzekł: matka moja i Peg­gotty. Cóż pamię­tam nad to? Zoba­czymy.

Niby spoza mgły wyła­nia się dom nasz. Stary mi się wyda­wał i znany, dokąd się­gam pamię­cią. Na dole była kuch­nia z wyj­ściem na tylne podwó­rze. Na środku podwó­rza gołęb­nik bez gołębi, w kąteczku psia buda bez psa, a wszę­dzie pełno ptac­twa, które mnie prze­stra­szało wojow­ni­czym swym zacho­wa­niem. Pamię­tam zwłasz­cza jed­nego koguta. Pie­jąc na pieńku, zda­wał się nie spusz­czać ze mnie oka. Drża­łem spo­glą­da­jąc spoza drzwi kuchni, bo taki groźny mi się wyda­wał. O gęsi prze­śla­du­ją­cej mnie syka­niem i wycią­gniętą szyją śni­łem po nocach, jak podróżny śni o dzi­kich bestiach.

Z kuchni do drzwi wej­ścio­wych wiódł nie­skoń­cze­nie długi, jak mi się zda­wało, kory­tarz. Poło­żona przy nim ciemna spi­ża­renka mijana bywała przy­śpie­szo­nym kro­kiem, pod wie­czór zwłasz­cza, bo kto wie, co się kryć mogło w tych garn­kach, sło­jach i pudłach od her­baty, gdy pro­mień świecy nie roz­pra­szał mro­ków izdebki wyda­ją­cej woń mydła, octu, pie­przu, świec i palo­nej kawy, wszystko razem, niby jedno tchnie­nie, za każ­dym uchy­le­niem drzwi. Były też w domu dwa bawialne poko­iki, ten, w któ­rym prze­sia­dy­wa­li­śmy zwy­kle wie­czo­rami z matką moją i Peg­gotty, gdyż Peg­gotty po skoń­czo­nej pracy dotrzy­my­wała nam towa­rzy­stwa i wcho­dziła w skład rodziny, i drugi, obszer­niej­szy i wytwor­niej­szy, w któ­rym prze­sia­dy­wa­li­śmy tylko w nie­dzielę. Pokój ten wyda­wał mi się ponury, dla­tego może, że mi Peg­gotty opo­wie­działa raz, nie wiem już kiedy, bar­dzo dawno, o pogrze­bie mego ojca i w żałobę ubra­nym zgro­ma­dze­niu. Pew­nego nie­dziel­nego wie­czoru matka moja czy­tała nam o wskrze­sze­niu Łaza­rza. Prze­ra­ziło to mnie okrop­nie. Musiano wyjąć mnie z łóżeczka i poka­zać przez okno cmen­tarz w oddali, ze wszyst­kimi zmar­łymi spo­czy­wa­ją­cymi spo­koj­nie pod nie­na­ru­szo­nymi mogi­łami i łagod­nym świa­tłem mie­siąca.

Nie znam głęb­szej zie­leni niż zie­leń trawy tego cmen­ta­rza, ani więk­szego cie­nia niż cień rosną­cych tam drzew, ani spo­koju więk­szego niż spo­kój nagro­ma­dzo­nych w owym miej­scu mogił. Z rana, klę­cząc na moim posła­niu za para­wa­nem, przy łóżku mojej matki, widzia­łem trzody pasące się opo­dal i różowy odblask słońca na zega­rze sło­necz­nym i nie­raz myśla­łem, że i ono cie­szy się pew­nie, że znów może poka­zy­wać godzinę.

W kościele mie­li­śmy ławkę z wyso­kim opar­ciem, tuż przy oknie, skąd doj­rzeć można było dom nasz; korzy­stała z tego Peg­gotty, aby zoba­czyć, czy nie stał się on cza­sem pastwą pło­mieni lub zło­dziei. Lecz to, co wolno było Peg­gotty, mnie zabro­nione było surowo i gdy sta­wa­łem na ławce, ta sama Peg­gotty zwra­cała mnie twa­rzą do sto­ją­cego u ołta­rza księ­dza. Zna­łem go dobrze, jego i białe pokry­cie na ołta­rzu, toteż nudziło mi się wciąż na to patrzeć. A gdyby prze­rwał nabo­żeń­stwo i spy­tał, co robię?... Mro­wie prze­cho­dziło mnie na samą tę myśl. Musia­łem prze­cież czymś się zająć. Patrzy­łem na moją matkę, lecz ta uda­wała zawsze, że nic nie widzi. Spo­glą­da­łem w stronę sto­ją­cego u ołta­rza chło­paka, który robił do mnie wtedy miny. Spo­glą­da­łem na słup sło­neczny wpa­da­jący przez otwarte na oścież drzwi kościoła i dostrze­ga­łem owieczkę, nie zbłą­kaną ludzką, lecz naj­zwy­klej­szą pod słoń­cem owieczkę, usi­łu­jącą wejść do świą­tyni. Czu­łem, że jeśli będę się jej dłu­żej przy­glą­dał, ule­gnę poku­sie prze­mó­wie­nia gło­śno, a wów­czas co będzie?... Prędko tedy odwra­ca­łem oczy i wpa­try­wa­łem się z kolei w tablice mar­mu­rowe pokry­wa­jące ściany kościoła. Myśla­łem przy tym o nie­dawno zmar­łym panu Bod­gers i o tym, jaki żal ści­skać musiał serce pani Bod­gers, i o tym, dla­czego nie zawe­zwano do cho­rego dok­tora Chil­lipa. A jeśli wzy­wano go, czemu mu nie pomógł i jak mu przy­kro być musi co tydzień przy­po­mi­nać to sobie? Spo­glą­da­łem wów­czas na dok­tora sie­dzą­cego w odświęt­nym kra­wa­cie przed amboną i myśla­łem, że byłaby ona dosko­na­łym miej­scem do zabawy. Gdyby, na przy­kład, drugi chło­piec ata­ko­wał ambonę jak twier­dzę, aksa­mitne poduszki słu­żyć mogły za kar­ta­cze, jakże wygod­nie byłoby ciskać je z góry! Pomału, pomału kło­ni­łem senną główkę, powieki mi się kle­iły, zda­wało mi się, że sły­szę księ­dza, jak śpiewa koły­sankę, lecz wkrótce nie sły­sza­łem już nic, spa­da­łem z ławki i Peg­gotty wyno­siła mnie prze­ra­żo­nego z kościoła.

Widzę nasz dom, ozdo­bione kratą okna sypialni, otwarte dla wpusz­cze­nia świe­żego powie­trza, stare wiązy u bramy i koły­szące się na nich, powi­chrzone wro­nie gniazda. Widzę na dzie­dzińcu, o parę stóp za pustym gołęb­ni­kiem, tuż obok psiej budy, owia­nej ćmą motyli, bramę zamkniętą na kłódkę, a tam dalej na gałę­ziach drzew owoce obfit­sze i soczyst­sze od wszyst­kich, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Pamię­tam, jak matka moja zbie­rała je do koszyka, a ja, uda­jąc nie­wzru­szo­nego, zry­wa­łem ukrad­kiem agrest po agre­ście.

Wiatr roz­wiał wio­senną i let­nią pogodę i oto nastały dłu­gie zimowe wie­czory. Bawimy się i tań­czymy sobie dokoła kominka, a na kominku pło­nie wesoły ogień! Gdy matka moja zmę­czona pada na fotel, widzę, jak naokoło deli­kat­nych palusz­ków owija roz­rzu­cone pasma wło­sów i popra­wia sta­nik sukni. O! matka moja była bar­dzo ładna, wie­działa o tym i nikt też lepiej ode mnie nie wie­dział, jak bar­dzo lubiła zawsze i wszę­dzie ład­nie wyglą­dać. Pozo­stało w mojej pamięci i to, żeśmy oboje z matką bali się tro­chę Peg­gotty, która też nami kie­ro­wała dowol­nie.

Wie­czoru pew­nego sie­dzia­łem z Peg­gotty przed komin­kiem. Pamię­tam, czy­ta­łem jej coś na głos o kro­ko­dy­lach. Musia­łem czy­tać nie­zwy­kle wyraź­nie lub też poczciwa Peg­gotty słu­chać musiała z nie­zwy­kłym natę­że­niem uwagi, gdyż pod koniec miała nie­ja­sne wyobra­że­nie, że kro­ko­dyle należą do świata roślin­nego. Zmę­czyło mnie to gło­śne czy­ta­nie, spać mi się chciało, lecz posta­no­wiw­szy docze­kać się powrotu matki, będą­cej gdzieś w odwie­dzi­nach, wola­łem paść jak nie­żywy na sta­no­wi­sku, niż poło­żyć się do łóżka. Powoli Peg­gotty zaczęła dziw­nie jakoś nabrzmie­wać i rosnąć w moich snem kle­ją­cych się oczach. Prze­tar­łem powieki. Zaczą­łem przy­pa­try­wać się uważ­nie, jak szyła. Patrzy­łem na kawa­łek wosku, o który ocie­rała nitki, jakże staro wyglą­dał, pory­so­wany głę­boko we wszyst­kich kie­run­kach! Patrzy­łem na maleńką chatkę, pod któ­rej sło­mianą strze­chą kryła się miarka, na skrzy­neczkę do roboty z wyma­lo­waną na niej kate­drą świę­tego Pawła o czer­wo­nej kopule, na brą­zowy napar­stek błysz­czący na palcu Peg­gotty i na nią samą, a wszystko to razem wzięte wyda­wało mi się nie­skoń­cze­nie piękne. Pomału, pomału wszystko to zacie­rało się, bla­dło, na chwilę zni­kło mi zupeł­nie z oczu.

- Peg­gotty - spy­ta­łem nagle, sze­roko otwie­ra­jąc powieki - czy byłaś kie­dyś zamężną?

- Jezus, Maria! - zawo­łała znie­nacka zagad­nięta Peg­gotty - skąd się pani­czowi przy­śniło mał­żeń­stwo!

Głos jej i spo­sób, w jaki powyż­sze słowa wypo­wie­działa, zbu­dziły mnie zupeł­nie. Prze­stała szyć, opu­ściła igłę, wpa­trzyła się we mnie.

- Pytam cię, Peg­gotty - powtó­rzy­łem - czyś była kie­dyś zamężną? Jesteś prze­cie bar­dzo przy­stojna, nie­praw­daż?

Wyda­wała mi się ładna, tylko w inny spo­sób niż moja matka, w innym zupeł­nie rodzaju. W salo­niku na pod­nóżku był wyma­lo­wany przez moją matkę na czer­wo­nym aksa­mi­cie bukiet kwia­tów. Otóż tło to zda­wało mi się podobne do cery Peg­gotty. Pod­nó­żek był wpraw­dzie miękki, a skóra Peg­gotty chro­po­wata, lecz to nie sta­no­wiło wiel­kiej róż­nicy.

- Ja przy­stojna! - zawo­łała Peg­gotty. - Patrz­cie go! Wcale nie jestem ładna, kochanku! Skąd ci się wzięło to zamę­ście?

- Sam nie wiem! Wszak nie można, Peg­gotty, żenić się na raz z kilku oso­bami, prawda?

- Oczy­wi­ście, że nie - brzmiała szybka odpo­wiedź.

- Ale jeśli jedna osoba umrze, to czy można znów się oże­nić?

- Zapewne... jeśli ci się podoba. To zależy, czy kto chce.

- A co ty o tym myślisz? - spy­ta­łem, wpa­tru­jąc się w nią cie­ka­wie, dla­tego tylko, że się bacz­nie wpa­try­wała we mnie.

- Jak widzisz - odrze­kła po chwili waha­nia, odwra­ca­jąc ode mnie oczy i pochy­la­jąc się nad robotą - nie wyszłam za mąż ani się też za mąż wybie­ram. Oto moje zda­nie.

- Nie gnie­waj się, Peg­gotty! - rze­kłem po chwili mil­cze­nia, gdyż istot­nie zda­wało mi się, że ją roz­gnie­wa­łem. Myli­łem się widocz­nie. Odrzu­ciw­szy bowiem robotę, porwała mnie w obję­cia i przy­ci­snęła z całej siły do piersi moją kędzie­rzawą główkę. Uścisk musiał być ser­deczny, Peg­gotty, będąc bowiem otyłą, przy każ­dym gwał­tow­nym ruchu zwy­kła była tra­cić guziki od sukni, i tym razem aż dwa poto­czyły się w naj­ciem­niej­szy kąt pokoju.

- No, a teraz wróćmy do tych kron­ko­dy­lów - rze­kła, nie mogąc sobie pora­dzić z tą nie­zwy­kłą nazwą. - Zacie­ka­wi­łeś mnie, pani­czu.

Nie poj­mo­wa­łem, dla­czego Peg­gotty wyglą­dała tak jakoś nie­zwy­kle ani dla­czego tak nagle zbu­dziło się w niej zain­te­re­so­wa­nie kro­ko­dy­lami, nie­mniej wró­ci­li­śmy do tych potwo­rów i z roz­bu­dzoną uwagą z mej strony skła­da­li­śmy ich jaja w gorą­cym pia­sku, ucie­ka­li­śmy przed nimi, nara­ża­jąc ich nie­obrot­ność na tysiące zwro­tów, wcho­dzi­li­śmy za nimi do wody jak rodo­wici Egip­cja­nie, rzu­ca­li­śmy na nich kłody drzewa i tak dalej, i tak dalej. Ja przy­naj­mniej odda­wa­łem się tym nie­bez­piecz­nym ćwi­cze­niom z zapa­łem, gdyż co do Peg­gotty, to zda­wała się być roz­tar­gniona, bo kłuła się usta­wicz­nie igłą w rękę i twarz.

Skoń­czy­li­śmy z kro­ko­dy­lami i zabra­li­śmy się wła­śnie do ali­ga­to­rów, gdy zadzwo­niono u drzwi. Otwo­rzy­li­śmy. Matka moja wra­cała do domu, a wyglą­dała ład­niej niż kie­dy­kol­wiek. Odpro­wa­dzał ją męż­czy­zna z pięk­nymi czar­nymi wło­sami i bakami, który ostat­niej nie­dzieli towa­rzy­szył nam w dro­dze powrot­nej z kościoła. Gdy matka moja wzięła mnie w obję­cia i czule uca­ło­wała, pan ten rzekł, że szczę­śliw­szy jestem od monar­chy, czy coś podob­nego. Pamięć nie dopi­suje mi w tym wzglę­dzie.

- Co pan mówi? - spy­ta­łem go poprzez ramię mojej matki.

Pogła­dził mię łaska­wie po wło­sach. A jed­nak było coś w jego twa­rzy czy gło­sie, co mi się nie podo­bało. Może zazdro­ści­łem, że jego ręka, doty­ka­jąc mnie, doty­kała zara­zem ręki mej matki; ode­pchną­łem ją.

- Och! Davy! - upo­mniała mnie matka.

- Kochany chło­piec - zaśmiał się nie­zna­jomy. - Nie dziwi mnie wcale to jego przy­wią­za­nie do pani.

Ni­gdy przed­tem nie widzia­łem na twa­rzy mej matki tak pięk­nego rumieńca! Łagod­nie stro­fo­wała mnie za nie­uprzej­mość i przy­ci­ska­jąc do piersi, zwró­ciła się do nie­zna­jo­mego z podzię­ko­wa­niem, że tru­dził się, towa­rzy­sząc jej. Wycią­gnęła przy tym do niego dłoń, a gdy jej doty­kał, spoj­rzała, zdaje mi się, na mnie.

- Poże­gnajmy się, mój ładny chłop­czyku - rzekł nie­zna­jomy, pochy­la­jąc się (widzia­łem to!) nad ręką mej matki.

- Dobra­noc - odrze­kłem.

- Bądźmy przy­ja­ciółmi - zaśmiał się nie­zna­jomy. - Daj mi rączkę!

Prawa moja ręka była w ręku mej matki, wycią­gną­łem lewą.

- Któż podaje lewą rękę! - śmiał się nie­zna­jomy.

Matka uwol­niła moją prawą rękę, lecz byłem zde­cy­do­wany nie podać jej temu panu. Poda­łem mu znów lewą, uści­snął ją, powie­dział, że jestem grzecz­nym i miłym dziec­kiem, czy coś podob­nego, i odszedł.

Widzę go odcho­dzą­cego! Widzę zło­wiesz­cze spoj­rze­nie jego czar­nych oczu, które padło na nas, zanim znik­nął za drzwiami.

Peg­gotty, która mil­czała przez cały ten czas, wwio­dła nas do pokoju. Matka moja nie usia­dła, jak zwy­kle, w fotelu, lecz pozo­stała w dru­gim końcu pokoju, nucąc coś z cicha.

- Spo­dzie­wam się, że pani przy­jem­nie spę­dziła wie­czór - spy­tała Peg­gotty, sta­jąc nie­ru­chomo jak beczka na środku pokoju, z lich­ta­rzem w ręku.

- Dzię­kuję ci, duszko - odrze­kła wesoło moja matka. - Bar­dzo przy­jem­nie.

- Nowe zna­jo­mo­ści, lub coś podob­nego, przy­no­szą zwy­kle roz­rywkę...

- A tak, istot­nie.

Peg­gotty nie ruszała się z miej­sca, a matka moja nuciła dalej. Drze­miąc, sły­sza­łem wpraw­dzie głosy, lecz nie rozu­mia­łem zna­cze­nia słów. Gdym się prze­bu­dził z tej drzemki, ujrza­łem obie, matkę moją i Peg­gotty, zalane łzami i roz­ma­wia­jące żywo.

- Nie takiego by życzył pan Cop­per­field - mówiła sta­now­czo Peg­gotty. - Nie takiego, ręczyć za to mogę.

- Boże mój - łkała moja matka. - Dopro­wa­dzasz mnie do roz­pa­czy! Widział to kto, aby słu­żąca tak trak­to­wała swą panią, niby jakie dziew­czątko! Wiesz prze­cie, że byłam mężatką.

- Wiem - odrze­kła Peg­gotty.

- Jakże śmiesz tedy... to jest nie jak śmiesz, lecz jak masz serce mówić mi takie gorz­kie słowa? Prze­cież wiesz, że nie mam na świe­cie nikogo, kto by się za mną ujął.

- Tym bar­dziej nie można dopu­ścić - twier­dziła Peg­gotty - aby to nastą­piło. Nie, nie powinno to nastą­pić za nic, za żadną cenę w świe­cie.

Mówiąc to, gesty­ku­lo­wała tak pate­tycz­nie, jak gdyby miała za chwilę cisnąć trzy­many w ręku lich­tarz.

- O! - wołała moja matka, coraz rzę­sist­szymi zale­wa­jąc się łzami - jakże jesteś okrutna, jak nie­spra­wie­dliwa! I mówisz o tym wszyst­kim, jak gdyby to było uło­żone, skoń­czone, gdy cię upew­niam po raz setny może, że są to zwy­kłe grzecz­no­ści! Mówisz o uwiel­bie­niu, Bóg wie o czym jesz­cze! Cóżem temu winna, co pora­dzę, powiedz pro­szę: czy mogę zabro­nić ludziom, aby na mnie patrzyli, mam sobie twarz posy­pać popio­łem, zeszpe­cić sie­bie, opa­rzyć, pokra­jać lub coś podob­nego? Chcia­ła­byś tego, powiedz? Pewna jestem, że tego byś tylko chciała!

Peg­gotty zda­wała się przyj­mo­wać słowa te do serca.

- A moje dziecko, mój uko­chany synek - łkała moja matka, zbli­ża­jąc się do fotela, na któ­rym drze­ma­łem, i okry­wa­jąc mnie poca­łun­kami. - Czy zasłu­ży­łam na to, aby mi zarzu­cano brak przy­wią­za­nia do mego skarbu?

- Nikt ni­gdy nie śmiałby zarzu­cić pani cze­goś podob­nego - rze­kła Peg­gotty.

- Zarzu­ca­łaś, sama wiesz dobrze, że zarzu­ca­łaś! Jasno to wynika ze wszyst­kiego, coś dopiero mówiła. Wiesz prze­cie dobrze, że zeszłego mie­siąca odmó­wi­łam sobie nowego para­sola i uży­wam ten stary, zie­lony, cały w dziu­rach. Co? Może mi zaprze­czysz? Wszystko przez przy­wią­za­nie do dziecka!

Tu matka zwró­ciła się do mnie i, przy­kła­da­jąc piesz­czo­tli­wie twarz do mej twa­rzy, mówiła z cicha:

- Davy, czy jestem złą, okrutną, samo­lubną matką? Powiedz, moje kocha­nie? Powiedz, że jestem zła, bez serca, okrutna, a Peg­gotty kochać cię będzie, bo to widzisz, kocha­nie Peg­gotty wię­cej warte od mego. Ja cię nie kocham... co? Prawda?

Wszy­scy­śmy pła­kali, a ja naj­gło­śniej, lecz wszy­scy jed­nako szcze­rze. Serce mi się kra­jało i boję się, czym pod wpły­wem żalu nie nazwał cza­sem Peg­gotty "zwie­rzę­ciem".

Poczciwa Peg­gotty była tak roz­ża­lona, że potra­ciła u sukni wszyst­kie guziki. Pękały jeden po dru­gim na jej wstrzą­sa­nych łka­niem pier­siach, gdy klę­cząc przy fotelu, usi­ło­wała porwać mnie w obję­cia.

Poło­ży­li­śmy się tego wie­czoru w wiel­kim stra­pie­niu. Łka­jąc, długo nie mogłem zasnąć, a prze­wra­ca­jąc się w łóżku, widzia­łem pochy­loną nade mną matkę. Zasną­łem wresz­cie w jej obję­ciach i spa­łem smacz­nie.

Nie pamię­tam już, czy owego nie­zna­jo­mego ujrza­łem następ­nej nie­dzieli, czy po dłuż­szym upły­wie czasu. Nie ręczę za ści­słość dat. Dość, żeśmy go spo­tkali w kościele i że znów towa­rzy­szył nam w dro­dze powrot­nej do domu. Wszedł wraz z nami, aby obej­rzeć oso­bliwe jakieś gera­nium kwit­nące w bawial­nym pokoju. Nie zdaje mi się, aby zwró­cił nań szcze­gólną uwagę, tylko przed odej­ściem pro­sił moją matkę o zerwa­nie i danie mu jed­nego kwiatka. Pro­siła go, aby sam to uczy­nił, lecz nie wiem czemu, nie chciał tego zro­bić i matka moja musiała sama mu podać zerwany kwiat. Zapew­niał, że się z kwia­tem tym ni­gdy już nie roz­sta­nie! Pomy­śla­łem, że chyba zwa­rio­wał, bo czyż nie wie­dział, że kwiaty więdną po dwóch albo trzech dniach?

W tym samym cza­sie Peg­gotty zaczęła jakoś mniej prze­sia­dy­wać z nami wie­czo­rem. Matka moja wpraw­dzie powa­żała ją jak i przed­tem, bar­dziej może niż przed­tem i nic nie zakłó­cało panu­ją­cej pomię­dzy nami troj­giem har­mo­nii, ale jed­nak ist­niało coś, co zda­wało się krę­po­wać nas wza­jem­nie. Co to było? Sądzi­łem, że może Peg­gotty umyśl­nie robi na złość mojej matce, kła­dąc na co dzień naj­lep­sze, w sza­fie dotąd zamy­kane suk­nie lub wycho­dząc czę­sto w odwie­dziny do sąsia­dów. W każ­dym razie, nie mogłem dojść, co to wszystko ma zna­czyć.

Stop­niowo przy­zwy­cza­iłem się do widoku pana z czar­nymi bakami. Nie lubi­łem go, zazdro­ści­łem mu cze­goś, sam nie wie­dzia­łem czego, i to bez żad­nego powodu, bo gdy­bym nawet był star­szy, przez myśl by mi nie prze­szło, że ja i Peg­gotty powin­ni­śmy wystar­czyć mojej matce. Teraz jasno przy­po­mi­nam sobie tysiące dro­bia­zgów, ode­rwa­nych wra­żeń, które zło­żyły się na ową anty­pa­tię żywioną do niego.

Pew­nego jesien­nego poranku znaj­do­wa­łem się wraz z moją matką przy wej­ściu do ogrodu, gdy pan Murd­stone - zna­łem go już z nazwi­ska - prze­jeż­dżał tam­tędy konno. Na widok mojej matki wstrzy­mał konia, powi­tał ją, oznaj­mia­jąc, że jedzie do Lowe­sto­ftu, żeby zoba­czyć się z przy­by­łymi parow­cem przy­ja­ciółmi. Uprzej­mie zapro­po­no­wał, że weź­mie mnie z sobą na konia.

Pogoda była prze­śliczna, koń wyglą­dał na tak zado­wo­lo­nego i weso­łego, że i mnie zdjęła nie­opa­no­wana chętka do tej nie­ocze­ki­wa­nej prze­jażdżki. Pobie­głem na górę, do Peg­gotty, aby mię ubrała, a tym­cza­sem pan Murd­stone zsiadł z konia i wio­dąc go za uzdę prze­cha­dzał się powoli wzdłuż gło­go­wego szpa­leru, po dru­giej zaś stro­nie prze­cha­dzała się moja matka. Pamię­tam, jake­śmy się z Peg­gotty przy­pa­try­wali im z okienka mego poko­iku, jak się zbli­żali ku sobie i pochy­lali nad gło­go­wym, dzie­lą­cym ich szpa­le­rem, i jak nagle Peg­gotty, wzór łagod­no­ści, wpa­dła w strasz­liwą złość, tar­ga­jąc moje włosy, które wła­śnie miała zacze­sać.

Wkrótce potem dzielny koń uno­sił mnie wraz z jeźdź­cem przez zie­lone bło­nia. Pan Murd­stone pod­trzy­my­wał mnie prawą ręką, a ja zacho­wy­wa­łem się spo­koj­nie, tylko że sie­dząc tak przed nim, nie mogłem oprzeć się chęci obró­ce­nia głowy od czasu do czasu, aby spoj­rzeć mu w twarz. Miał on ten rodzaj czar­nych, płyt­kich oczu - brak­nie mi dosad­niej­szego słowa dla opi­sa­nia oczu nie­po­sia­da­ją­cych głę­bo­ko­ści spoj­rze­nia - które w zamy­śle­niu, przy pew­nym świe­tle, wydają się chwi­lami, jakby były ze szkła. Kil­ka­krot­nie zauwa­ży­łem to z pew­nym prze­stra­chem, spo­glą­da­jąc na niego i gubiąc się w domy­słach, nad czym mógł się tak głę­boko zasta­na­wiać? Widziane też z bli­ska włosy jego i baki wydały mi się jesz­cze sto­kroć czar­niej­sze. Kwa­dra­towy zarys dol­nej czę­ści twa­rzy i ślady sil­nego, ale sta­ran­nie ogo­lo­nego zaro­stu, przy­po­mi­nały mi woskowe figury widziane przed pół rokiem. Równa i gęsta brew, sma­gła cera (niech­by prze­padł z tą swoją cerą i niech­by wspo­mnie­nie jego wraz z nim prze­padło!) spra­wiały, że pomimo wstrętu, jaki we mnie obu­dził, wydał mi się pięk­nym męż­czy­zną. Nie wąt­pi­łem, że biedna moja matka uważa go za takiego.

Zatrzy­ma­li­śmy się w hotelu nad morzem, gdzie w osob­nym pokoju zasta­li­śmy dwóch panów palą­cych cygara. Każdy z nich leżał, zaj­mu­jąc naj­mniej cztery krze­sła. Obaj mieli na sobie grube ubra­nia. W kącie, zwią­zane razem, leżały odzież i przy­bory wio­ślar­skie wraz z cho­rą­giewką.

Obaj, powsta­jąc na nasze powi­ta­nie, zato­czyli się na nogach w dzi­waczny spo­sób i zawo­łali:

- Hal­loa! Murd­stone! Myśle­li­śmy, żeś umarł.

- Nie tak prędko - odrzekł pan Murd­stone.

- Któż to znów ten żół­to­dziób? - spy­tał jeden z nich, spo­glą­da­jąc na mnie.

- Jest to Davy.

- Davy? Jaki Davy? Jones, co?

- Cop­per­field - odrzekł pan Murd­stone.

- Ach, tak - zawo­łał nie­zna­jomy - jest to więc uro­cze uoso­bie­nie obo­wiąz­ków pani Cop­per­field, owej ład­nej wdówki, co?

- Quinion - zauwa­żył pan Murd­stone - bądź uważ­niej­szy z łaski swo­jej. Ktoś jest bar­dzo domyślny.

- A kto mia­no­wi­cie? - zaśmiał się nie­zna­jomy.

Słu­cha­łem odpo­wie­dzi z natę­żoną uwagą.

- Nikt inny jak Bro­oks z Shef­field - rzekł pan Murd­stone.

Ucie­szy­łem się, sły­sząc tę odpo­wiedź, sądzi­łem bowiem z początku, że to o mnie mowa. Było jed­nak widocz­nie coś bar­dzo zabaw­nego w owym wzmian­ko­wa­nym panu Bro­oks z Shef­field, gdyż sły­sząc jego nazwi­sko, obaj nie­zna­jomi roze­śmieli się ser­decz­nie. Pan Murd­stone wtó­ro­wał im i prze­szła dobra chwila czasu, zanim ten, któ­rego nazwano Quinion, zapy­tał:

- A jakie jest zda­nie Bro­oksa z Shef­field w wia­do­mej spra­wie?

- Sądzę - odrzekł pan Murd­stone - że na razie nie domy­śla się, o co cho­dzi. Jed­nak na ogół nie oka­zuje naj­mniej­szej przy­chyl­no­ści.

Znów się roze­śmieli, po czym pan Quinion zadzwo­nił na służbę i kazał podać wina, utrzy­mu­jąc, że wypada wypić zdro­wie Bro­oksa. Gdy podano wino, nalał mi kie­li­szek, dał parę suchar­ków i zawo­łał:

- Niech dia­bli porwą Bro­oksa z Shef­field!

Toast wywo­łał ogólne zado­wo­le­nie. Śmiano się tak szcze­rze dokoła mnie i ja też się śmia­łem, co zda­wało się bawić nie­skoń­cze­nie obec­nych panów. Sło­wem, było wesoło.

Poszli­śmy na wybrzeże. Patrzy­li­śmy przez tele­skop. Wpraw­dzie nic doj­rzeć nie mogłem, zapew­nia­łem jed­nak, że widzę dosko­nale, po czym wró­ci­li­śmy do hotelu na uro­czy­sty obiad. Obaj nie­zna­jomi nie wypusz­czali cygar z ust, a sądząc z zapa­chu ich ubrań, musieli palić bez­u­stan­nie od chwili, w któ­rej ubra­nia te wyszły z rąk kraw­ców. Muszę dodać, że w cza­sie prze­chadzki wstą­pi­li­śmy na paro­sta­tek, gdzie pano­wie ci weszli do kajuty po jakieś papiery. Wydali mi się bar­dzo zajęci; śle­dzi­łem ich przez okienko, gdyż pozo­sta­wili mnie na pokła­dzie z miłym jakimś chło­pa­kiem, o dużej, rudymi wło­sami pokry­tej gło­wie, ubra­nym w mały, błysz­czący kape­lusz i kami­zelkę z napi­sem na pier­siach "Sky­lark". Sądzi­łem z początku, że było to nazwi­sko chło­paka i że miesz­ka­jąc na pokła­dzie, z braku drzwi zmu­szony był wywie­szać na pier­siach swą kartę. Gdym go nazwał: panem Sky­lark, zaśmiał się i obja­śnił mi, że jest to nazwa okrętu.

Zauwa­ży­łem też w dniu tym, że pan Murd­stone jest poważ­niej­szy i powścią­gliw­szy od swych towa­rzy­szy. Tamci byli nie­sły­cha­nie weseli i roz­mowni. Cią­gle żar­to­wali mię­dzy sobą, rzadko kiedy z żar­ci­kami zwra­cali się do pana Murd­stone. Wyda­wał mi się inte­li­gent­niej­szy i chłod­niej­szy od nich; musieli się go też bać tro­chę. A może przy­pi­sy­wa­łem im wła­sne swe uczu­cia i wra­że­nia. Zda­wało mi się jed­nak, że pan Quinion mówiąc spo­glą­dał na niego spode łba, tak jak gdyby bał się powie­dzieć cze­goś, co by mu się mogło nie podo­bać, a raz nawet, gdy pan Pas­snidge nadto się roz­pę­dził, trą­cił go nie­znacz­nie w kolano, wska­zu­jąc ostrze­gaw­czo na pana Murd­stone, sie­dzą­cego w ponu­rym zamy­śle­niu. Zresztą nie przy­po­mi­nam sobie, aby on śmiał się tego dnia, oprócz wypadku, gdy była mowa o Bro­ok­sie z Shef­field, co było zresztą wła­snym jego pomy­słem.

Wresz­cie przed wie­czo­rem wró­ci­łem do domu. Pogoda była prze­śliczna i znów matka moja prze­cha­dzała się długo wzdłuż gło­go­wego szpa­leru, mnie zaś wysłano na górę, bym wypił her­batę. Gdy pan Murd­stone odje­chał, matka wypy­ty­wała mnie długo i dokład­nie o wycieczkę, o to, co tam robiono i co mówiono. Gdy powie­dzia­łem, co powie­dzieli o niej, roze­śmiała się, nazwała tych panów "wietrz­ni­kami", lecz nie zdaje mi się, aby naprawdę była na nich roz­gnie­wana. Spy­ta­łem ją, czy zna nie­ja­kiego Bro­oksa z Shef­field. Odpo­wie­działa, że nie zna, lecz przy­pusz­cza, że musiała być mowa o jakimś fabry­kan­cie noży i widel­ców.

Mamże mówić o jej dro­giej twa­rzy? Pamię­tam ją tak zmie­nioną i wiem, że już nie ist­nieje. Ale czyż mogę powie­dzieć, że jej nie ma, skoro mi staje w pamięci wyraźna, jak żadna inna twarz doj­rzana w ulicz­nym tłu­mie? Mamże pisy­wać o bla­sku jej urody, że zgasł, że nie ist­nieje, skoro widzę go dotąd w pamięci, jak widzia­łem tego wie­czoru? Mamże wyznać, że się zmie­niła, jeśli we wspo­mnie­niach moich pozo­stała taka, jaką była wów­czas. Mło­dość jej i świe­żość zacho­wa­łem w sercu i w pamięci niczym nie­na­ru­szoną wier­ność.

I dziś ją widzę taką, jaką była owego wie­czoru, klę­czącą obok mego łóżeczka, z pochy­loną na dłoni głową, uśmiech­niętą.

- Jak to oni mówili, Davy? Powtórz, pro­szę, nie mogę sobie przy­po­mnieć...

- "Uro­cze" - zaczą­łem, lecz matka poło­żyła mi palec na ustach.

- Nie, nie - zawo­łała śmie­jąc się - nie tak, z pew­no­ścią nie tak mówili.

- Ale tak wła­śnie mówili, mamo, i doda­wali: "tej ład­nej pani Cop­per­field".

- Nie, nie mówili "ład­nej".

- Mówili, naprawdę mówili, "tej ład­nej wdówki".

- Co za pusto­głowy - śmiała się matka moja, kry­jąc twarz w dło­niach. - Mówić takie rze­czy! Zabawne doprawdy! I co jesz­cze, Davy?...

- Co, mamo?

- Nie wspo­mi­naj o tym Peg­gotty, gnie­wa­łaby się. Ja sama gnie­wam się na tych wietrz­ni­ków. Nie trzeba, aby Peg­gotty wie­działa o tym.

Przy­rze­kłem, że nic nie powiem. Uca­ło­wa­li­śmy się raz i drugi, i trzeci, i nie wiem już który... Słodko zasną­łem.

Teraz, po tak dłu­gim cza­sie, zdaje mi się, że pro­po­zy­cja Peg­gotty, o któ­rej wła­śnie mam mówić, uczy­niona była naza­jutrz po tym pamięt­nym wie­czo­rze, w rze­czy­wi­sto­ści musiało to nastą­pić w parę mie­sięcy póź­niej.

Było to znów wie­czo­rem. Sie­dzie­li­śmy jak zwy­kle z Peg­gotty w bawial­nym pokoju, w nie­od­stęp­nym towa­rzy­stwie poń­czo­chy, bawełny, kawałka wosku, skrzy­neczki do robót, ozdo­bio­nej na wieczku wize­run­kiem kate­dry świę­tego Pawła i książki z kro­ko­dy­lami. Peg­gotty, spo­glą­da­jąc na mnie, kil­ka­krot­nie otwie­rała usta, żeby mi coś powie­dzieć (myśla­łem, że się po pro­stu zamy­śliła). W końcu rze­kła:

- Pani­czu! A gdyby panicz poje­chał ze mną na parę tygo­dni w odwie­dziny do mego brata, do Yar­mo­uth? To by dopiero był bal!

- Czy brat twój to przy­jemny czło­wiek? - spy­ta­łem.

- Ach! Jaki przy­jemny! - zawo­łała, pod­no­sząc ręce. - A poza tym jest morze, są statki, łodzie, są rybacy, zatoka, jest Am do zabawy.

Peg­gotty miała na myśli bra­tanka swego, Hama, o któ­rym wspo­mi­na­łem na początku tej opo­wie­ści.

Zachwy­cony per­spek­tywą wyżej wymie­nio­nych roz­ko­szy, odpo­wie­dzia­łem jej, że odwie­dziny w Yar­mo­uth byłyby praw­dzi­wym "balem", tylko, co powie na to mama?

- Gotowa jestem iść o zakład, że pozwoli - potwier­dziła Peg­gotty, przy­pa­tru­jąc mi się bacz­nie. - Popro­szę ją sama, gdy wróci do domu.

- Ale jakże ona pora­dzi tu sobie bez nas? - rze­kłem, opie­ra­jąc łok­cie na stole dla lep­szego popar­cia argu­mentu. - Nie może prze­cież pozo­stać tak sama.

Jeśli Peg­gotty łowiła wów­czas opusz­czone w poń­czo­sze oczko, oczko to musiało być nie­wi­dzialne doprawdy.

- Mówię ci, Peg­gotty, że nie może pozo­stać sama.

- Bóg z tobą, dzie­cię - rze­kła wresz­cie, pod­no­sząc oczy. - Wiesz prze­cie, że ją na parę tygo­dni zapra­sza pani Gray­per, u któ­rej mają zebrać się goście.

O jeśli tak, to nie mia­łem nic już prze­ciw zamie­rzo­nej wycieczce i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łem powrotu matki od pani Gray­per (sąsiadki, u któ­rej bywała), aby pozy­skać jej zezwo­le­nie. Zgo­dziła się na pro­po­zy­cję Peg­gotty prę­dzej, niż sądzi­łem, i tegoż jesz­cze wie­czoru omó­wione zostały wszyst­kie warunki zamie­rzo­nych odwie­dzin.

Wkrótce też nad­szedł dzień wyjazdu, nad­szedł dziw­nie szybko nawet dla mnie, tra­wio­nego gorączką wycze­ki­wa­nia i boją­cego się, czy trzę­sie­nie ziemi, spa­da­jące skały lub tym podobne kata­kli­zmy nie staną w poprzek mym pro­jek­tom. Mie­li­śmy z Peg­gotty odje­chać po wcze­snym śnia­da­niu, wyna­ję­tym wóz­kiem. Wiele bym dał za to, gdyby pozwo­lono mi spać w obu­wiu i podróż­nym ubra­niu.

Dziś boleję, cho­ciaż doty­kam tego pobież­nie zale­d­wie, że z tak lek­kim ser­cem opusz­cza­łem dnia tego dom mój, nie domy­śla­jąc się, że opusz­czam go na zawsze. Miło mi wspo­mnieć, że gdy wózek sta­nął już u bramy, a matka uści­skała mnie na drogę, wez­brana w mym sercu czu­łość spły­nęła łzami... Miło mi wspo­mnieć, że matka moja roz­pła­kała się także i długo, długo tuliła mię w obję­ciach...

Miło mi wspo­mnieć, że gdy­śmy odjeż­dżali, wybie­gła jesz­cze za bramę i zawo­łała, aby wstrzy­mano konie, gdyż chciała poca­ło­wać mnie raz jesz­cze. Myślę o przy­wią­za­niu i czu­ło­ści, z jaką spo­glą­dała wów­czas na mnie.

Gdy odjeż­dża­li­śmy, stała na dro­dze, a pan Murd­stone zbli­żył się do niej i zda­wał się upo­mi­nać ją, aby nie pod­da­wała się wzru­sze­niu. Oglą­da­jąc się za matką moją, dzi­wi­łem się tylko, co mu do tego. W tę samą co ja stronę spo­glą­da­jąca Peg­gotty nie wyglą­dała by­naj­mniej na zado­wo­loną, jak to wno­sić mogłem z wyrazu jej twa­rzy.

Jadąc patrzy­łem czas jakiś na Peg­gotty i popa­da­jąc w marze­nie, pyta­łem sie­bie, czy cza­sem, jak to w bajce bywa, nie chce uwieść mnie gdzieś i zosta­wić. Wów­czas odna­la­zł­bym drogę za pomocą gubio­nych co chwila przez nią guzi­ków jej sta­nika.

Rozdział III

Zmiana

?

Koń nasz był naj­le­niw­szym ze wszyst­kich koni, jakie kie­dy­kol­wiek widzia­łem, i przez całą drogę wlókł się ze spusz­czoną w dół głową, jakby naumyśl­nie ocią­ga­jąc się z przy­by­ciem na miej­sce prze­zna­cze­nia. Wyobra­ża­łem sobie nawet, że pozwala sobie par­ska­jąc wyra­żać jakieś w tym wzglę­dzie uwagi, lecz woź­nica upew­nił mnie, że jest to tylko zwy­kły kaszel.

Woź­nica kiwał się na sie­dze­niu z opusz­czo­nymi na kolana rękami i podob­nie jak koń spusz­czał głowę. Cho­ciaż powia­dam, że "wiózł" nas, prze­ko­nany jestem, że koń dowlókłby się do Yar­mo­uth i bez jego pomocy. Woź­nica zresztą nie prze­mó­wił ani sło­wem; pogwiz­dy­wał tylko od czasu do czasu.

Peg­gotty miała na kola­nach kosz z pro­wian­tem, któ­rego wystar­czy­łoby nam do samego Lon­dynu chyba. Jedli­śmy też dużo, a spali jesz­cze wię­cej. Peg­gotty, śpiąc, opie­rała głowę na rączce od kosza, któ­rego ani na chwilę nie wypusz­czała z dłoni. Nie uwie­rzył­bym zaś ni­gdy, że słaba kobieta może tak gło­śno chra­pać, gdy­bym na wła­sne tego nie sły­szał uszy.

Tyle­śmy razy zba­czali z drogi, tak długo u wrót jakiejś gospody wypa­ko­wy­wa­li­śmy mające tam pozo­stać łóżko, że zmę­czony już byłem i szcze­rze zado­wo­lony, gdy­śmy ujrzeli Yar­mo­uth. Zaspany i pozie­wa­jący spo­glą­da­łem na roz­le­głe wybrzeże, dzi­wiąc się, że jeśli istot­nie, jak to uczy geo­gra­fia, zie­mia jest kuli­sta, to jakim spo­so­bem zna­leźć się na niej mógł taki obszar płasz­czy­zny? Myśla­łem, że Yar­mo­uth znaj­duje się chyba na jed­nym z bie­gu­nów.

W miarę jak, zbli­ża­jąc się, mogli­śmy okiem objąć całą tę pro­stą linię na hory­zon­cie, ośmie­li­łem się zauwa­żyć, że tu i ówdzie kilka wzgór­ków doda­łoby kra­jo­bra­zowi malow­ni­czo­ści, jako też, że ład­niej byłoby, jeśliby ląd był czym­kol­wiek prze­dzie­lony od morza, a mia­sto i woda nie tak zmie­szane razem niby grzanki z bulio­nem, na co Peg­gotty odrze­kła z nie­zwy­kłym prze­ję­ciem, że trzeba rze­czy brać takimi, jakimi są, co zaś do niej, to się szczyci rodzin­nym swym mia­stem.

Toteż, gdy­śmy wje­chali w ulicę (która mi się dziwną jakąś wydała) i poczuli zapach ryb, smoły, pakuł, dzieg­ciu i ujrzeli idą­cych żegla­rzy i tur­ko­cące po bruku wozy, poczu­łem, żem nie doce­nił zrazu tak zna­ko­mi­tego mia­sta, i natych­miast wyzna­łem to Peg­gotty. Słu­chała moich zachwy­tów z przy­jem­no­ścią i zapew­niła, iż jest rze­czą powszech­nie wia­domą (zapewne miej­sco­wym miesz­kań­com), że Yar­mo­uth jest naj­pięk­niej­szym miej­scem pod słoń­cem.

- Otóż i Am! - zawo­łała. - Wyrósł do nie­po­zna­nia!

Ham ocze­ki­wał naszego przy­by­cia przy gospo­dzie; powi­tał mnie jak sta­rego zna­jo­mego. Zrazu nie poczu­wa­łem się do tej zna­jo­mo­ści, bo istot­nie nie był on pod naszym dachem od nocy mych uro­dzin. Zna­jo­mość pomię­dzy nami nawią­zała się szybko, od chwili gdy mnie zdjął z wózka, aby zanieść do swego domu. Był z niego chło­pak wysoki i bar­czy­sty, o dzie­cin­nej, weso­łej twa­rzy i wiją­cych się, jasnych wło­sach, które czy­niły go podob­nym do baranka. Odziany był w sur­dut z żaglo­wego płótna i sztywne spodnie, które rów­nie dobrze same stać by mogły. Trudno też wła­ści­wie powie­dzieć, że miał na gło­wie kape­lusz, było to raczej coś na kształt strze­chy pokry­wa­ją­cej ruderę.

Ham ze mną i naszym kufer­kiem na bar­kach i Peg­gotty z dru­gim kufer­kiem w ręku mija­li­śmy ulice usłane wió­rami, kupami pia­sku, mija­li­śmy kuź­nie, warsz­taty powroź­ni­ków i tym podobne miej­sca, zanim doszli­śmy do owej pustej rów­niny, która zdzi­wiła mnie, gdy­śmy wjeż­dżali do Yar­mo­uth. Tu Ham zawo­łał:

- Oto i nasz dom.

Obej­rza­łem się dokoła. Jak okiem się­gnąć, wybrzeże, morze, ląd, woda, lecz ludz­kiego miesz­ka­nia ani śladu. Nie­opo­dal tylko czer­niała łódź, wysoka i głę­boka, z żela­zną, ster­czącą nad nią na kształt komina rurą, z któ­rej wycho­dził lekki kłąb dymu.

- Czyżby łódź miała być domem? - spy­ta­łem.

- A tak - odrzekł Ham.

Sam widok pałacu Ala­dyna nie mógłby mnie w więk­szy zachwyt wpro­wa­dzić niż myśl zamiesz­ka­nia we wnę­trzu łodzi. Z boku wycięte były takie małe, ładne drzwiczki i okienka, a wszystko to pokryte dachem; naj­zwy­czaj­niej­sza pod słoń­cem łódź, która tysiąc razy pły­wała po morzu i nie słu­żyła z początku za miesz­ka­nie dla ludzi na lądzie. To mnie wła­śnie zachwy­cało. W innym razie pomiesz­cze­nie to wyda­łoby mi się cia­sne, duszne, nie­wy­godne; teraz robiło wra­że­nie dosko­na­łego schro­nie­nia.

Wewnątrz było czy­sto i przy­tul­nie. Stał stół, zegar drew­niany, szafka. Na szafce pod­parta Biblią stała taca z wyma­lo­waną na niej damą z para­so­lem, prze­cha­dza­jącą się z dziec­kiem ubra­nym jak żoł­nierz i wywi­ja­ją­cym biczem. Gdyby przy­pad­kiem taca się prze­wró­ciła, stłu­kłaby nie­zli­czoną ilość spodków i fili­ża­nek usta­wio­nych wokół Biblii.

Na ścia­nach wisiały kolo­rowe ryciny. Ile­kroć oglą­da­łem póź­niej podobne dzieła sztuki, zawsze sta­wał mi w pamięci dom brata Peg­gotty. Był tam Abra­ham w czer­wo­nym płasz­czu i Izaak w błę­kit­nej chla­mi­dzie, Daniel żółto odziany pomię­dzy lwami o zie­lo­nej sier­ści, a nad komin­kiem wisiał wize­ru­nek statku "Sarah Jane", z praw­dzi­wym malut­kim drew­nia­nym ste­rem przy­kle­jo­nym z wierz­chu, który wydał mi się ostat­nim wyra­zem sztuki, przed­mio­tem wzbu­dza­ją­cym zazdrość. Na sufi­cie były haki, o nie­wia­do­mym mi prze­zna­cze­niu, różne zaś pudła i pudełka zastę­po­wały kanapy i krze­sła.

Wszystko to obją­łem jed­nym cie­ka­wym rzu­tem oka; tym­cza­sem Peg­gotty, otwie­ra­jąc małe drzwiczki, uka­zała mi mój pokoik sypialny. Było to roz­koszne schro­nie­nie w dzio­bie łodzi, z oknem zro­bio­nym w otwo­rze, prze­zna­czo­nym nie­gdyś na ster. Do ściany przy­bite wisiało wąskie, jak raz dla mnie odpo­wied­nie lusterko w ram­kach wykle­jo­nych musz­lami. Pod luster­kiem stało wąskie łóżeczko, a na sto­liku, tuż obok, bukiet traw mor­skich. Ściany były bie­lut­kie, kapa roze­słana na łóżku olśniła mnie pra­wie. Po całym domu roz­cho­dził się tak silny zapach ryb, że kiedy wyją­łem z kie­szeni chustkę do nosa, zda­wało mi się, żem ją dopiero co zdjął z mor­skiego raka. Gdy się zwie­rzy­łem z tego odkry­cia Peg­gotty, oznaj­miła mi, że brat jej han­dluje rakami i podob­nymi mor­skimi przy­sma­kami, które też potem ujrza­łem spo­czy­wa­jące w wiel­kim nagro­ma­dze­niu, w drew­nia­nej skrzyni nie­da­leko łodzi.

Przy wej­ściu do domu spo­tkała nas wielce uprzejma nie­wia­sta, nie­młoda, w bia­łym far­tu­chu, z dala już wita­jąca nas ukło­nami, jako też prze­śliczna - prze­śliczną mi się przy­naj­mniej wydała - dzie­weczka z błę­kit­nymi na szyi pacior­kami, która jed­nak zaraz ucie­kła i scho­wała się, gdy ją chcia­łem poca­ło­wać. Gdy­śmy się już posi­lili goto­waną rybą polaną roz­to­pio­nym masłem i kar­to­flami, a dla mnie przy­go­to­wano jesz­cze kotlet - nad­szedł nie­młody, o przy­jem­nej twa­rzy męż­czy­zna. Ponie­waż nazy­wał Peg­gotty "dzie­weczką", a na jej okrą­głych i rumia­nych policz­kach zło­żył gło­śny poca­łu­nek, od razu domy­śli­łem się, że był jej bra­tem, i rze­czy­wi­ście przed­sta­wiono mi go jako pana Peg­gotty, gospo­da­rza domu.

- Miło mi poznać pani­cza - rzekł. - Pro­ści jeste­śmy ludzie, ale szcze­rzy.

Odpo­wie­dzia­łem mu, że mnie tu wszystko nie­skoń­cze­nie zachwyca.

- Jak zdro­wie mamy? - spy­tał. - Czy dobrze wygląda?

Odpo­wie­dzia­łem, że matka moja wygląda dosko­nale i prze­syła mu swe ukłony, co zresztą było moim wymy­słem.

- Bar­dzo jestem wdzięczny, dzię­kuję!... - rzekł pan Peg­gotty. - I jeśli panicz zechce tu spę­dzić czas jakiś z nami - tu ski­nął głową w stronę sio­stry - z Hamem i Emilką, będzie to dla nas praw­dziwy zaszczyt.

Po uprzej­mym tym powi­ta­niu pan Peg­gotty poszedł umyć się w mied­nicy peł­nej gorą­cej wody, utrzy­mu­jąc, że zimna nie zdoła go oczy­ścić. Wró­cił po chwili zmie­niony na korzyść, lecz tak przy tym rumiany, że mimo woli pomy­śla­łem, iż twarz jego posiada wła­ści­wość raków i homa­rów, a mia­no­wi­cie pod wpły­wem gorą­cej wody z bru­nat­nej w czer­woną się zmie­nia.

Po her­ba­cie, przy zamknię­tych drzwiach i oknach, bo na dwo­rze zapa­dła noc zimna i mgli­sta, miesz­kanko w łodzi wydało mi się bar­dziej jesz­cze przy­tulne i miłe. Sły­sząc, jak wiatr sza­leje nad morzem, myśląc o mgłach, które zale­gają bez­brzeżne rów­niny, ocza­ro­wany byłem pło­ną­cym na kominku ogniem, w chatce zro­bio­nej z pro­stej łodzi, na bez­lud­nym wybrzeżu. Mała Emilka, ośmie­lona, sie­działa teraz tuż przy ogniu obok mnie na naj­niż­szym i naj­węż­szym z kufer­ków. Po dru­giej stro­nie kominka pani Peg­gotty w bia­łym far­tuszku robiła poń­czo­chę, Peg­gotty szyła, mając przed sobą na stole swą nie­od­łączną skrzy­neczkę do robót z wize­run­kiem kate­dry świę­tego Pawła i rów­nie nie­od­łączny kawa­łek wosku. Ham, po udzie­le­niu mi pierw­szej lek­cji jakiejś gry, usi­ło­wał przy­po­mnieć sobie wró­że­nie ze sta­rych, zbru­ka­nych kart, zosta­wia­jąc na nich odci­ski swego dużego palca. Pan Peg­gotty palił w mil­cze­niu fajkę. Czu­łem, że nastała chwila nawią­za­nia roz­mowy i bliż­szej zna­jo­mo­ści.

- Panie Peg­gotty - rze­kłem.

- Co, pani­czu? - odrzekł.

- Czy dla­tego pan syna swego nazwał Ham, że miesz­ka­cie w domu podob­nym do arki?

- Nie, pani­czu, nie ja mu dawa­łem to imię.

- Któż go tak nazwał?

- Jego ojciec!

- To nie pan jesteś jego ojcem?

- Nie. Ojcem jego był brat mój, Joe.

- Umarł? - spy­ta­łem nie­śmiało po chwili.

- Uto­nął.

Dzi­wiło mię to, że Ham nie był synem pana Peg­gotty, i gubi­łem się w domy­słach nad stop­niem pokre­wień­stwa łączą­cego go z resztą obec­nych. Zde­cy­do­wa­łem się na nowe pyta­nie.

- Ale mała Emilka - rze­kłem, rzu­ca­jąc spoj­rze­nie na dziew­czynkę - jest pań­ską córką?

- Nie, pani­czu, szwa­gier mój, Tom, był jej ojcem.

Nie mogłem powstrzy­mać się znów od poprzed­niego pyta­nia:

- Umarł?

- Uto­nął.

Nastą­piła chwila mil­cze­nia. Czu­łem pewne utrud­nie­nie w nawią­za­niu na nowo roz­mowy, ale cie­ka­wość prze­mo­gła.

- A pan ma dzieci? - spy­ta­łem.

- Nie mam - odrzekł śmie­jąc się. - Jestem kawa­le­rem.

- Kawa­le­rem? - zawo­ła­łem zdzi­wiony i wska­zu­jąc kobietę w bia­łym far­tu­chu, robiącą poń­czo­chę, doda­łem:

- A to, któż to taki?

- Pani Gum­midge.

- Pani Gum­midge?...

Tu Peg­gotty, moja wła­sna Peg­gotty, ski­nęła na mnie tak wymow­nie, że zaprze­sta­łem dal­szych pytań i w mil­cze­niu roze­szli­śmy się na spo­czy­nek. Za zamknię­tymi szczel­nie drzwiami mego poko­iku wyja­śniła mi, że Ham i Emilka są sie­ro­tami, które wuj przy­gar­nął, zaś pani Gum­midge jest wdową po jego towa­rzy­szu i wspól­niku, czło­wieku ubo­gim, ale uczci­wym jak złoto, a pew­nym jak stal - było to ulu­bione porów­na­nie Peg­gotty.

- I brat mój - dodała - ubogi jest i uczciwy jak złoto, a jak stal pewny i wpada w gniew, gdy wspo­mina się przy nim o jego dobro­czyn­no­ści. Wów­czas ude­rza pię­ścią tak, że mu się aż raz zda­rzyło stół roz­bić, i klnie strasz­li­wie, nie­uży­wa­nymi przez nikogo innego słowy.

Wzru­szyła mnie dobroć serca mego gospo­da­rza. Zasy­pia­jąc sły­sza­łem, jak pani Gum­midge ukła­dała się do snu w sąsied­niej kaju­cie, a Ham i Emilka zawie­szali hamaki na hakach doj­rza­nych przeze mnie u sufitu w głów­nej izbie. Zapa­da­jąc w coraz głęb­szy sen, sły­sza­łem nie­ja­sno wycie wia­tru sza­le­ją­cego nad rów­niną i zaczą­łem się tro­chę bać, że pod­no­szące się fale mogą nas zalać. Uspo­ko­iła mnie myśl, że osta­tecz­nie znaj­duję się na łodzi i pod opieką doświad­czo­nego zapewne żegla­rza, przy­go­to­wa­nego na wszel­kie wypadki.

Nic się jed­nak nie wyda­rzyło poza tym, że nad­szedł ranek. Skoro pierw­sze pro­mie­nie odbiły się w wiszą­cym nad mym posła­niem i w ramki z muszli opraw­nym lusterku, porwa­łem się na nogi, a w chwilę potem zbie­ra­łem już z małą Emilką kamyki nad zatoką.

- Praw­dziwy z cie­bie żeglarz chyba? - spy­ta­łem ją, nie myśląc wcale, co mówię, lecz chcąc powie­dzieć coś nie­zwy­kle uprzej­mego, zachwy­cony wido­kiem pły­ną­cego żagla, co się odbił w jej jasnym oku.

- O nie! - rze­kła, krę­cąc główką. - Boję się morza.

- Boisz się! - zawo­ła­łem zucho­wato i patrząc z góry na potężny ocean, doda­łem z prze­chwałką - Ja się wcale nie boję.

- Gdy­byś wie­dział, jakie ono bywa okrutne - cią­gnęła dziew­czynka. - Widzia­łam to nie­raz! Widzia­łam łodzie o wiele więk­sze od naszej, potrza­skane...

- Ale to nie w tej prze­cie łodzi...

- ...ojciec uto­nął - dokoń­czyła dziew­czynka. - Nie, tam­tej nie widzia­łam ni­gdy.

- A swego ojca? - spy­ta­łem.

Wstrzą­snęła główką:

- Nie pamię­tam.

Ude­rzyło mnie to ist­nie­jące pomię­dzy nami podo­bień­stwo. Zaczą­łem opo­wia­dać jej, że i ja ni­gdy nie widzia­łem mego ojca, że szczę­śliwi żyli­śmy we dwoje z moją matką i żyjemy, i żyć tak będziemy zawsze, zawsze... i o mogile ojca na pobli­skim cmen­ta­rzu, ocie­nio­nej drze­wami, pod któ­rych peł­nymi śpie­wa­ją­cych pta­ków gałęźmi prze­cha­dzamy się czę­sto. Tu wystę­po­wała sta­now­cza róż­nica mię­dzy sie­rocą dolą małej Emilki i moją. Stra­ciła ona matkę wcze­śniej jesz­cze niż ojca i nie wie­działa, gdzie w głę­bo­ko­ściach bez­brzeż­nego morza leży jego mogiła.

- Zresztą - doda­wała, szu­ka­jąc pil­nie w pia­sku muszli i świe­cą­cych kamy­ków - ojciec twój był zapewne panem, mama damą, mój ojciec zaś był ryba­kiem, moja mama córką rybaka i wuj Dan jest ryba­kiem.

- Czy panu Peg­gotty Dan na imię? - spy­ta­łem.

- Wuj Dan - odrze­kła, skła­nia­jąc główkę w kie­runku łodzi.

- Jest on zapewne bar­dzo dobry?

- Dobry! Gdy­bym była wielką damą, spra­wi­ła­bym mu kapotę cie­płą, z nie­bie­skiego aksa­mitu z bry­lan­to­wymi guzi­kami, nan­ki­nowe spodnie, czer­woną aksa­mitną kami­zelkę, kape­lusz z pió­rem, złoty zega­rek, srebrną fajkę i dała­bym mu tyle, ot tyle pie­nię­dzy.

Upew­ni­łem ją, że wuj jej zasłu­guje na wszyst­kie wyżej wymie­nione skarby, cho­ciaż w rze­czy samej nie mogłem go sobie przed­sta­wić w wytwor­nym stroju wymy­ślo­nym dlań przez wdzięczną i kocha­jącą sie­rotkę. Wyli­cza­jąc te bajeczne skarby, Emilka pod­nio­sła główkę i wpa­trzyła się w sza­fir nie­bios. Nie­ba­wem jed­nak wró­ci­li­śmy z tej kra­iny marzeń do rze­czywistości, to jest do musze­lek i kamy­ków.

- Chcia­ła­byś być wielką i bogatą damą? - spy­ta­łem.

Zaśmiała się wesoło.

- Czemu nie - odrze­kła - i bar­dzo. Byli­by­śmy panami, ja, wuj­cio, Ham i nawet pani Gum­midge. Nie dba­li­by­śmy o słoty i burze... to jest nie dba­li­by­śmy dla sie­bie, lecz żało­wa­li­by­śmy zawsze bar­dzo bied­nych ryba­ków i poma­ga­li­by­śmy im w nie­szczę­ściu, dawali pie­nią­dze.

Przy­pusz­cze­nie to było wielce przy­jemne i wydało mi się dla­tego bar­dzo praw­do­po­dobne, szczerą napeł­nia­jąc mnie rado­ścią. Wyra­ża­łem to tak gorąco Emilce, że się ośmie­liła zapy­tać:

- A co, teraz boisz się morza?

Spo­kojne było w tej chwili i wcale nie­straszne. Gdyby jed­nak nad­pły­nęła fala, uciekł­bym praw­do­po­dob­nie co tchu, pomny na to, co mi dopiero opo­wia­dała o losie ryba­ków. To mi nie prze­szka­dzało upew­nić ją, że się wcale nie boję, i że ona sama mniej się lęka zapewne, jeśli, jak mówiła, zbliża się do drew­nia­nego ogro­dze­nia u stro­mego w tym miej­scu wybrzeża.

- Tego się nie lękam - rze­kła. - Boję się, gdy morze huczy i szumi. Wów­czas oboje, ja i Ham, tru­chle­jemy na myśl samą, na jakie nie­bez­pie­czeń­stwo wuj nasz jest nara­żony. Zdaje się nam cza­sem, że go sły­szymy, jak woła o ratu­nek. Oto dla­czego wola­ła­bym być wielką panią. Ale tak, to się wcale nie boję morza, ani tro­chę, spójrz tylko.

Pobie­gła naprzód i wsko­czyła na spróch­niałą belkę ster­czącą nad głę­boką tonią. Widzę ją - i gdy­bym był mala­rzem, oddał­bym wier­nie spoj­rze­nie, jakie zato­piła w oddali, a które mi na zawsze zostało w pamięci.

Po chwili jasna, rumiana, try­um­fu­jąca pod­bie­gła do mnie i zapo­mnia­łem o stra­chu, jaki mnie zdjął przed chwilą, i o tym, że krzyk­ną­łem, woła­jąc o ratu­nek, cho­ciaż nikogo nie było w pobliżu. W wiele lat póź­niej, myśląc o tym i o tajem­ni­czych zagad­nie­niach ist­nie­nia, wobec tego objawu pociągu do nie­bez­pie­czeń­stwa, pyta­łem sie­bie nie­raz, czy nie lepiej by wyszła na tym, jeśliby życie stra­ciła w tej chwili? Pyta­łem sie­bie, czy gdyby wów­czas odsło­nione przede mną zostały przy­szłe koleje jej życia i gdy­bym dzie­cię­cym rozu­mie­niem obli­czyć mógł ich roz­cią­głość, a ode mnie zale­żało rato­wać ją od nie­bez­pie­czeń­stwa, czy dobrze bym zro­bił ratu­jąc? A był czas, w któ­rym na pyta­nie, czy nie lepiej wyszłaby na tym, jeśliby ją mor­skie w tej chwili pochło­nęły fale, zmu­szony byłem odpo­wie­dzieć we wła­snym sumie­niu: tak, byłoby lepiej.

Lecz nie wyprze­dzajmy wypad­ków. Odbie­głem od nich wspo­mnie­niem, wróćmy zatem do rze­czy.

Bie­ga­li­śmy długo po wybrzeżu, zbie­ra­jąc i dźwi­ga­jąc tysiące przed­mio­tów, które się nam wyda­wały nie­skoń­cze­nie cie­kawe, wrzu­ca­jąc nazad do wody wyrzu­cone na brzeg rybki i inne żyjątka, pewien zresztą nie jestem, czy im w ten spo­sób wielką odda­wa­li­śmy usługę. Po powro­cie do domu, w cie­niu, przy skła­dzie lin, zamie­ni­li­śmy z Emilką nie­win­nego, ale ser­decz­nego całusa i w naj­lep­szych humo­rach sta­wi­li­śmy się na śnia­da­nie!

- Niby dwie rodzone jagódki - zauwa­żył pan Peg­gotty.

Kocha­łem się w małej Emilce, kocha­łem się w tej małej dzie­ci­nie tak tkli­wie i czule, z takim zapo­mnie­niem sie­bie, jak się może w doj­rza­łym wieku nie kocha­łem już ni­gdy. Dziś jesz­cze marzy mi się ta drobna błę­kit­no­oka dzie­cina niby coś nad­przy­ro­dzo­nego, aniel­skiego. Jeśliby jej kiedy w pogodny letni wie­czór wystrze­liły nagle skrzy­dła z ramion, nie był­bym by­naj­mniej tym zdzi­wiony.

Prze­cha­dza­li­śmy się po wybrzeżu dłoń w dłoń godzi­nami całymi. Dnie nam mijały tak, jak gdyby sam czas zmie­nił się był w dzie­cię, aby igrać z nami. Pani Gum­midge i Peg­gotty wpa­dały w zachwyt nad nami i szep­tały pomię­dzy sobą co wie­czór, spo­glą­da­jąc na nas: "Cudo! Istne cudo!". Pan Peg­gotty uśmie­chał się, patrząc na nas spoza kłę­bów dymu swej fajki, a Ham zży­mał się tylko lub wyszcze­rzał zęby. Byli­śmy dla nich rodza­jem roz­kosz­nej zabawki, cac­kiem, wido­wi­skiem, czymś w rodzaju Kolo­seum w mikro­sko­pij­nych roz­mia­rach.

Spo­strze­głem nie­ba­wem, że pani Gum­midge nie zawsze bywała uprzejma i przy­jemna. Ow­szem. Humor jej nie odzna­czał się rów­no­ścią, a gde­ra­nia jej i wyrze­ka­nia wypeł­niały cia­sne miesz­kanko. Współ­czu­łem jej szcze­rze, nie­mniej zda­rzały się chwile, w któ­rych myśla­łem, że dobrze byłoby, aby pani Gum­midge posia­dała wła­sne apar­ta­menty dla schro­nie­nia się tam w chwi­lach złego humoru.

Pan Peg­gotty uczęsz­czał cza­sem do gospody zwa­nej "Chętna Dusza". Dowie­dzia­łem się o tym z ust pani Gum­midge pew­nego wie­czoru, wkrótce po naszym przy­by­ciu. Spoj­rzaw­szy na zegar pomię­dzy ósmą a dzie­wiątą, oświad­czyła nagle, że pan Peg­gotty udał się do gospody, a nadto, że od rana wie­działa, iż na tym się skoń­czy.

Pani Gum­midge była w złym humo­rze od rana, a przed obia­dem, gdy piec zaczął dymić, wybu­chła wiel­kim pła­czem, woła­jąc, że jest biedną, nie­szczę­śliwą, opusz­czoną istotą.

- Przej­dzie to zaraz - uspo­ka­jała ją Peg­gotty - zresztą przy­kre to jest zarówno i dla nas.

- Lecz ja bar­dziej na tym cier­pię - odparła pani Gum­midge.

Dzień był chłodny i wietrzny. Kąt, zwy­kle zaj­mo­wany przez wdowę u kominka, był naj­cie­plej­szy, fotel naj­wy­god­niej­szy, ale tego dnia widocz­nie jej to nie zado­wa­lało. Cią­gle się uskar­żała na zimno, na prze­bie­ga­jące po ple­cach dresz­cze. Pła­kała nawet i wyrze­kała na swą nie­szczę­sną dolę.

- Istot­nie jest zimno, wszy­scy to czu­jemy - zauwa­żyła Peg­gotty.

- Lecz ja to czuję bar­dziej niż kto­kol­wiek inny - odrze­kła pani Gum­midge.

Podob­nie było przy obie­dzie. Zaraz po mnie, a uwa­żano mnie za gościa, poda­wano pół­mi­ski pani Gum­midge, lecz nic nie mogło jej zado­wo­lić. Ryby były drobne i kości­ste, ziem­niaki przy­pa­lone. Wszy­scy­śmy to wpraw­dzie zauwa­żyli, lecz pani Gum­midge upew­niała nas, że ją to w szcze­gólny spo­sób dotyka, co potwier­dziła zresztą stru­mie­niem gorz­kich łez.

Toteż gdy około dzie­wią­tej pan Peg­gotty wró­cił do domu, zastał panią Gum­midge z poń­czo­chą w ręku i na zwy­kłym swym miej­scu, lecz posępną i roz­ża­loną. Peg­gotty szyła wesoło, Ham łatał buty, ja zaś, sie­dząc obok małej Emilki, czy­ta­łem na głos. Od her­baty pani Gum­midge nie ode­zwała się ani razu, tylko od czasu do czasu wzdy­chała ciężko.

- Dobry wie­czór - zawo­łał wcho­dząc gospo­darz domu.

Wszy­scy­śmy, oprócz pani Gum­midge, powi­tali go, ten sło­wem, ów spoj­rze­niem, ona sama tylko w ponu­rym mil­cze­niu skło­niła głowę niżej nad poń­czo­chą.

- Cóż znowu! - rzekł pan Peg­gotty, poda­jąc jej rękę. - No, nie mar­twże się, kobieto!

Pani Gum­midge nie zda­wała się by­naj­mniej zdolna do roz­sta­nia się ze smut­kami. Co wię­cej, wycią­gniętą z kie­szeni chustką zaczęła ocie­rać oczy.

- Co się stało? - pytał pan Peg­gotty.

- Nic się nie stało - odrze­kła. - Wra­casz prze­cie z gospody.

- Ano tak, wstą­pi­łem tam wie­czo­rem.

- Żałuję, żem cię wypra­wiła.

- Wypra­wiła! - zaśmiał się gospo­darz domu. - Nie potrze­buję być aż wypra­wiany, sam tam idę chęt­nie.

- Chęt­nie, zbyt chęt­nie - mru­czała, kiwa­jąc głową i ocie­ra­jąc oczy. - Otóż w tym bieda, że tym chę­ciom ja jestem winna.

- Ani myśl o tym - uspo­ka­jał ją pan Peg­gotty.

- Tak, tak - wołała, łka­jąc, pani Gum­midge - wiem dobrze, jakie jest moje nie­szczę­sne poło­że­nie, wiem, jak jestem opusz­czona i że nie tylko mnie się nie wie­dzie, lecz że przy­no­szę z sobą nie­szczę­ście. Tak, tak, czuję to, czuję wszystko żywiej niż kto­kol­wiek inny i oka­zuję to, i jest to wła­śnie moja nie­dola.

Nie mogłem, słu­cha­jąc owej roz­mowy, powstrzy­mać się od uwagi, że nie­dola w nie­ma­łej mie­rze spada na tych, któ­rzy z nią miesz­kają. Dobry pan Peg­gotty, cho­ciaż i był może podob­nego co ja zda­nia, nie wyra­ził tego, ow­szem sta­rał się uspo­koić roz­ża­loną kobietę.

- Nie jestem tym, czym być pra­gnę - mówiła pani Gum­midge - nie jestem tym, czym być powin­nam, wiem o tym, nie­dola roz­draż­niła mię, boleję nad mą nie­dolą, chcia­ła­bym nie czuć, lecz nie jest to w mocy mojej, chcia­ła­bym być męż­niej­sza, ale prze­cho­dzi to moje siły. Wiem, jestem nie­zno­śna, zatru­wam każ­demu życie, doku­czam sio­strze two­jej i małemu panu Davy.

Pośpiesz­nie zaprze­czy­łem.

- Ale tak, tak, wiem, co mówię - twier­dziła roz­ża­lona. - Lepiej będzie pójść precz stąd i umrzeć. Opusz­czoną, nie­szczę­śliwą jestem istotą, powin­nam ustą­pić z drogi. Nic mi się nie wie­dzie, wszystko prze­ciw mnie się obraca... Danielu, pozwól mi wró­cić do domu, pozbę­dziesz się mnie wresz­cie...

Z tymi słowy udała się na spo­czy­nek. Gdy ode­szła, pan Peg­gotty, który słu­chał wyrze­kań jej ze współ­czu­ciem, spoj­rzał po nas obec­nych i, wstrzą­sa­jąc głową, rzekł z cicha:

- Myśli o sta­rym.

Nie wie­dzia­łem, o jakim wła­ści­wie "sta­rym" mogła myśleć pani Gum­midge, i dopiero Peg­gotty, moja wła­sna Peg­gotty, roz­bie­ra­jąc mnie obja­śniła, że tym "sta­rym" był nie­bosz­czyk mąż jej. Wie­dział o tym brat Peg­gotty, współ­czu­jąc nie­doli wdowy. Istot­nie dosły­sza­łem, jak pan Peg­gotty, zawie­sza­jąc na noc swój hamak, mówił jesz­cze do Hama: "Bie­daczka! Myślała o sta­rym". Powta­rzał to, i zawsze z nie­zmien­nym współ­czu­ciem, za każ­dym razem, gdy w cza­sie naszych odwie­dzin pani Gum­midge wpa­dała w swój żało­sny nastrój.

Tak minęły dwa tygo­dnie, nie przy­no­sząc innych zmian, prócz przy­pły­wów i odpły­wów morza i dosto­so­wa­nych do nich odjaz­dów i powro­tów pana Peg­gotty i Hama. Ham brał nas cza­sem z sobą dla poka­za­nia nam stat­ków i okrę­tów. Raz nawet prze­wiózł nas łodzią po morzu. Nie wiem doprawdy, dla­czego pewne wspo­mnie­nia tak szcze­gól­nie wiążą się z pew­nymi miej­scami, zwłasz­cza gdy cho­dzi o wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, lecz sądzę, że tak być musi. Ile razy zda­rzyło mi się sły­szeć lub czy­tać nazwę Yar­mo­uth, tyle razy w pamięci sta­wał mi pewien pora­nek nie­dzielny, spę­dzony na wybrzeżu. W powie­trzu roz­le­gały się kościelne dzwony. Emilka stała oparta o moje ramię. Ham rzu­cał od nie­chce­nia kamyki w morze, a za morzem słońce wyła­niało się spoza zwo­jów mgły, oświe­ca­jąc okręty, w mgli­stej dali do wła­snych swych podobne cieni.

Nad­szedł dzień powrotu do domu. Dziel­nie panu­jąc nad sobą, poże­gna­łem pana Peg­gotty i panią Gum­midge, lecz boleść moja przy roz­sta­niu z małą Emilką nie miała gra­nic. Szli­śmy, dłoń w dłoni, do gospody, skąd mie­li­śmy wyjeż­dżać. Obie­cy­wa­łem pisy­wać do niej, czego też dotrzy­ma­łem, kre­śląc z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią olbrzy­mie litery. Byli­śmy bar­dzo smutni, a tak wiel­kiej pustki, jak ta, którą mia­łem na odjezd­nym w sercu, nie zda­rzyło mi się może ni­gdy odczuć rów­nie głę­boko.

Przez cały czas pobytu w Yar­mo­uth zacho­wa­łem się nie­wdzięcz­nie wzglę­dem wła­snego mego domu, gdyż rzadko i mało o nim myśla­łem. Lecz zale­d­wie wsie­dli­śmy na wózek, roz­bu­dzone sumie­nie zaczęło czy­nić wyrzuty, a roz­darte serce uczuło żywiej niż kiedy bądź, że wra­cam do gniazda, że matka tylko zdoła mnie pocie­szyć i żal mój ukoić! Uczu­cie to wzra­stało, w miarę jak zbli­ża­li­śmy się do domu, a nie­cier­pliwe pra­gnie­nie ujrze­nia domo­wych pro­gów wzma­gało się na widok zna­nych mi miejsc i przed­mio­tów. Tylko Peg­gotty, zamiast dzie­lić me uczu­cia, powstrzy­my­wała ich cią­głe wybu­chy, wyglą­dała przy tym jakby zmie­szana i jakoś nie­swoja. Tak dotar­li­śmy do Blun­der­stone... Widzę je, widzę w świe­tle pochmur­nego popo­łu­dnia, wśród sza­rej i dżdży­stej pogody.

Drzwi się otwarły, wbie­głem pół­u­śmiech­nięty, pół­w­zru­szony, chcąc już rzu­cić się w obję­cia mej matki, lecz zamiast niej spo­tka­łem nie­zna­jomą słu­żącą.

- Peg­gotty - zawo­ła­łem cofa­jąc się - czy mama nie wró­ciła jesz­cze?

- Wró­ciła, wró­ciła - uspo­ka­jała mię Peg­gotty, a po chwili dodała - Niech się panicz zatrzyma chwilkę, powiem coś pani­czowi.

Zmie­szana i z wro­dzoną nie­zręcz­no­ścią wyła­ziła naj­nie­zgrab­niej pod słoń­cem z wózka, lecz byłem zbyt prze­ra­żony, aby się śmiać z tego. Ujęła mnie za rękę i wpro­wa­dziła do kuchni, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

- Peg­gotty, co się stało? - pyta­łem wystra­szony.

- Nic się, chwała Bogu, nie stało - odrze­kła z udaną weso­ło­ścią.

- Pewien jestem, że się coś stało. Gdzie mama?

- Gdzie mama? - powtó­rzyła, waha­jąc się, Peg­gotty.

- Tak, gdzie mama? Czemu nie wyszła na nasze spo­tka­nie, czemu jej tu nie ma?

Oczy moje pełne były łez goto­wych popły­nąć za chwilę, serce mi się ści­skało okrop­nie, sła­nia­łem się na nogach.

- O mój Boże! - zawo­łała, pod­trzy­mu­jąc mnie, Peg­gotty. - Co ci jest, co, moje dziecko?

- Może umarła - wyszep­ta­łem z trud­no­ścią.

Peg­gotty zaprze­czyła ener­gicz­nie, usia­dła, aby się wysa­pać, mówiąc, żem ją prze­stra­szył.

Wstrzą­sną­łem nią, aby się uspo­ko­iła, i wpa­try­wa­łem się w nią pyta­jąco.

- Widzisz, kocha­nie - zaczęła - mia­łam ci to już przed­tem powie­dzieć, tylko... nie było spo­sob­no­ści... mniej­sza z tym, trzeba było powie­dzieć raz sta­now­czo...

- Mów, mów, Peg­gotty - bła­ga­łem czu­jąc, że mnie coraz więk­szy zdej­muje nie­po­kój.

- Kocha­nie - rze­kła, roz­wią­zu­jąc drżącą ręką wstążki kape­lu­sza, po czym jed­nym tchem dorzu­ciła - A gdyby tak panicz dostał tatę?

Zadrża­łem i zbla­dłem. Na wspo­mnie­nie tej tam mogiły na cmen­ta­rzu i na myśl o wskrze­szo­nym tru­pie coś owiało mnie na kształt tru­ją­cego odde­chu.

- Nowego tatę - dodała Peg­gotty.

- Nowego - powtó­rzy­łem.

Peg­gotty zaczerp­nęła powie­trza, jak gdyby miała połknąć coś nie­zwy­kle wstręt­nego, i wycią­ga­jąc rękę, rze­kła:

- Pójdź, zobacz go.

- Nie mam wcale ochoty go widzieć.

- A mamę? - spy­tała Peg­gotty.

Prze­sta­łem opie­rać się i dałem się wpro­wa­dzić do bawial­nego pokoju. Po jed­nej stro­nie kominka sie­działa matka moja, a po dru­giej pan Murd­stone. Matka moja wypu­ściła z rąk robotę i powstała śpiesz­nie, lecz, jak mi się zda­wało, nie­śmiało.

- Kochana Klaro - ozwał się pan Murd­stone - pamię­taj, żebyś zawsze pano­wała nad sobą. Jak się masz, chłop­cze!

Ujął mnie za rękę, po czym dopiero uca­ło­wa­łem moją matkę. Uści­snęła mnie i wró­ciła do rzu­co­nej przed chwilą roboty. Nie śmia­łem oczu pod­nieść ani na nią, ani na niego, a że czu­łem wzrok jego na nas obojgu, więc się zbli­ży­łem do okna, przy­pa­tru­jąc się krza­kom, któ­rych liście zwa­rzył jesienny chłód.

Sko­rzy­sta­łem z pierw­szej spo­sob­no­ści, by uciec na górę. Pokoik mój sypialny nie był już obok pokoju mojej matki, lecz gdzieś daleko. Wszystko było zmie­nione lub zmie­nio­nym mi się zdało. Wybie­głem na dzie­dzi­niec, lecz i stąd ucie­kłem wprędce, gdyż pustą dotąd psią budę zaj­mo­wał bry­tan czarny, kudłaty, do niego podobny. Pies ten wysko­czył na mnie, wyszcze­rza­jąc białe i potężne kły.

Rozdział IV

Popa­dam w nie­ła­skę

?

Jeśliby pokój, gdzie prze­nie­siono moje łóżeczko, był istotą żyjącą, na któ­rej świa­dec­two można się powo­łać, zaświad­czyłby dziś jesz­cze (cie­ka­wym, kto tam dziś sypia?), z jak cięż­kim ser­cem uda­łem się wie­czoru tego na spo­czy­nek. Wcho­dząc na schody, sły­sza­łem bez­u­stanne uja­da­nie psa na dzie­dzińcu, a wszedł­szy do pokoju, usia­dłem z zało­żo­nymi na piersi rękoma, pogrą­ża­jąc się w zadu­mie.

Myśla­łem o naj­dziw­niej­szych rze­czach: o kształ­cie pokoju, o rysach na skle­pie­niu, o tape­tach, o ska­zach na zwier­cia­dle i dzi­wacz­nym z tego powodu łama­niu się odbi­cia, o kośla­wej umy­walni, co mi pode­szłym swym wie­kiem przy­po­mniała panią Gum­midge. Myśląc o tym wszyst­kim, pła­ka­łem gorzko, sam nie wie­dząc czemu, czu­jąc tylko chłód i osa­mot­nie­nie. Wresz­cie przy­po­mnia­łem sobie, że się kocham na śmierć w małej Emilce. Ode­rwany od niej, znaj­duję się w miej­scu, gdzie nikt o mnie nie dba ani w poło­wie tak, jak dba­łoby to dziew­czątko. Wpra­wiło to mnie w taką roz­pacz, że łka­łem, dopóki sen mnie nie zmo­rzył.

Zbu­dził mnie głos mówiący: "Mamy go!". Jed­no­cze­śnie uczu­łem, że mi ktoś odkrywa roz­pa­loną głowę. Nade mną stały matka moja i Peg­gotty.

- Davy - spy­tała moja matka - co ci jest?

Zdzi­wiło mnie to pyta­nie, toteż odpo­wia­da­jąc krótko "nic", odwró­ci­łem się, chcąc skryć zbyt wymowne drże­nie ust.

- Davy! Dziecko moje - powtó­rzyła matka moja.

Sądzę, że nic mnie bar­dziej w tej chwili dotknąć nie mogło, jak ta nazwa "dziecko" w jej ustach. Skry­łem zapła­kaną twarz w podusz­kach, odpy­cha­jąc pra­wie pochy­la­jącą się nade mną matkę, która zawo­łała:

- Twoje to dzieło, Peg­gotty! Nie­go­dziwa Peg­gotty! Nie wąt­pię teraz o tym! Jakże to zdo­łasz pogo­dzić ze swym sumie­niem! Zbun­to­wać moje rodzone dziecko prze­ciw mnie lub prze­ciw komuś, kto mi jest drogi! Czy masz serce, czy masz sumie­nie?!

Biedna Peg­gotty wznio­sła oczy i dło­nie, mówiąc:

- Niech Pan Bóg pani wyba­czy, pani Cop­per­field, i strzeże panią, abyś słów tych nie poża­ło­wała.

- I to kiedy jesz­cze! - cią­gnęła ze łzami matka moja. - W mio­do­wym mie­siącu, wów­czas gdy naj­sroż­szy nie­przy­ja­ciel nie miałby serca trwo­żyć mnie i mar­twić. Davy! Nie­do­bre dziecko! Zła, nie­go­dziwa Peg­gotty! O, jakże ten świat jest prze­wrotny, i to wów­czas wła­śnie, gdy mi się wszystko uśmie­chać winno...

Uczu­łem dotknię­cie ręki nie matki mojej i nie Peg­gotty. Od razu powsta­łem na nogi. Dłoń pana Murd­stone spo­czy­wała na moim ramie­niu.

- Cóż to znowu? - mówił. - Klaro, duszko, zapo­mi­nasz się. Wię­cej sta­now­czo­ści!

- Prze­pra­szam cię, Edwar­dzie - odrze­kła matka moja - chcia­łam być odważna, lecz tak mi smutno...

- Doprawdy, Klaro, tak prędko.

- Przy­kro mi wła­śnie, że to nastą­piło teraz - tłu­ma­czyła moja matka i dąsa­jąc się nieco, dodała - Ależ bo i jest czym się smu­cić...

Przy­gar­nął ją do sie­bie, mówiąc jej coś z cicha, po czym ją poca­ło­wał. Widząc, jak tonęła w jego obję­ciu, zro­zu­mia­łem od razu, że nagnie on, jak zechce, słaby jej cha­rak­ter.

- Odejdź, kocha­nie! - rzekł pan Murd­stone. - Dawid zej­dzie nie­ba­wem ze mną.

Zwra­ca­jąc się zaś po odej­ściu mej matki do Peg­gotty, spy­tał ją:

- Czy znane ci jest nazwi­sko twej pani?

- Zbyt dawno jej służę - odrze­kła zagad­nięta - abym nie wie­działa, jak się nazywa.

- Tak by się zda­wało! A jed­nak wcho­dząc na schody, wyraź­nie sły­sza­łem, jak ją nazwa­łaś nie­na­le­żą­cym do niej nazwi­skiem. Nosi ona teraz moje. Pamię­taj o tym na przy­szłość.

Peg­gotty wyszła, rzu­ca­jąc na mnie szyb­kie spoj­rze­nie i mówiąc coś o tym, że na nią cze­kają. Pozo­staw­szy sam ze mną, pan Murd­stone zamknął drzwi i, sia­da­jąc naprze­ciw mnie, wpa­trzył się we mnie. Nie spusz­cza­łem i ja też z niego oka. Czu­łem, jak mi serce gło­śno i szybko bije w pier­siach.

- Dawi­dzie - rzekł, zaci­ska­jąc usta - jak ci się zdaje, co robię z krnąbr­nym psem lub koniem?

- Nie wiem - odrze­kłem.

- Sma­gam go.

Uprzed­nią odpo­wiedź wyszep­ta­łem cicho, teraz tchu mi zabra­kło w pier­siach.

- Pro­wa­dzę go jak na pasku i mówię sobie: musi mi ulec, musi, cho­ciażby życiem miał przy­pła­cić. Pokaż, co masz na twa­rzy?

- Brud - odrze­kłem.

Wie­dział dobrze, że to są ślady łez, lecz jeśliby sto razy powtó­rzył pyta­nie, za każ­dym razem doda­jąc sto ude­rzeń, to i tak za nic na świe­cie nie przy­znał­bym się, że pła­ka­łem.

- Dow­cipny jesteś, nie ma co mówić - uśmiech­nął się ze zwy­kłą sobie powagą. - Sprytny nad swój wiek. Zro­zu­miemy się dosko­nale. Otrzyj twarz i chodź ze mną.

Gestem naka­zu­ją­cym natych­mia­stowe posłu­szeń­stwo wska­zał umy­wal­nię, która wła­śnie przy­po­mi­nała mi tak żywo panią Gum­midge. Nie wąt­pię, że przy naj­lżej­szym opo­rze zgiąłby mnie we dwoje.

- Klaro, kocha­nie - rzekł, wpro­wa­dza­jąc mnie za rękę do bawial­nego pokoju - uspo­kój się, zaże­gna­łem, spo­dzie­wam się, twe zmar­twie­nie, możemy się wspól­nie wese­lić.

Niech mnie nieba mają w swej opiece, lecz sądzę, że jedno cie­płe, ser­deczne słowo, wyrze­czone w tym cza­sie, zmie­ni­łoby mnie i całe moje życie. Słowo zachęty, obja­śnie­nia, współ­czu­cia dla mej dzie­cin­nej bole­ści, zapew­nie­nia, że dom ten nie prze­stał być mi rodzin­nym domem, mogło mu zjed­nać na zawsze moje dzie­cięce serce, uczy­nić mnie ufnym, a nie skry­tym, natchnąć sza­cun­kiem zamiast nie­na­wi­ścią. Zapewne matka moja bolała, widząc mnie tak sztyw­nym i zamknię­tym w sobie. Gdym brał krze­sło, spo­glą­dała na mnie z nie­po­ko­jem. Musiała zauwa­żyć nagły brak natu­ral­nej mej, dzie­cięcej swo­body. Gdyby jedno słowo... ale nikt go nie wymó­wił.

Zasie­dli­śmy do stołu we troje. Zda­wał się być czu­łym dla mej matki, co wsze­lako by­naj­mniej nie powięk­szyło skali mych uczuć dla niego. Zro­zu­mia­łem z tego, co mówiono, że star­sza jego sio­stra miała zamiesz­kać z nami i wła­śnie ocze­ki­wano jej tego wie­czoru. Nie wiem też, czy tego wie­czoru, czy potem, dowie­dzia­łem się, że on i jego sio­stra mieli jakieś inte­resy z wła­ści­cie­lem han­dlu win w Lon­dy­nie, że spółka ta trwała od lat już wielu, zawią­zana jesz­cze przez jego dziada. Bądź co bądź, notuję to obec­nie tak, jak mi się nasuwa na pamięć.

Po obie­dzie, gdy­śmy sie­dzieli przy kominku, a ja myśla­łem tylko o tym, by się naj­prę­dzej, bez obrazy pana domu, wymknąć do Peg­gotty, usły­sze­li­śmy pod­jeż­dża­jący do bramy ogrodu pojazd. Wyszedł na spo­tka­nie przy­by­wa­ją­cej sio­stry, a za nim powstała i moja matka. Nie­śmiało sze­dłem za nią. Już za drzwiami i w cie­niu zwró­ciła się szybko do mnie, przy­ci­snęła - jak to daw­niej zwy­kła była czy­nić - do serca, mówiąc mi z cicha, że powi­nie­nem kochać i powa­żać mego nowego ojca. Uści­skała mię tkli­wie, lecz lękli­wie jakoś, niby w tajem­nicy, i zakła­da­jąc rękę za plecy, trzy­mała mnie za rękę. Dopiero gdy­śmy się z nim zrów­nali, wypu­ściła moją rękę ze swo­jej, aby się oprzeć na jego ramie­niu.

Nowo przy­była panna Murd­stone wyglą­dała zło­wrogo. Podobna z twa­rzy do brata, jak on bru­netka o sma­głej cerze, miała jak on dwoje gęstych brwi nad dużym nosem, a wyglą­dało to tak, jak gdyby ich obfi­to­ścią nagro­dzić sobie chciała brak boko­bro­dów. Miała z sobą dwa czarne kufry z wybi­tymi na nich świe­cą­cymi lite­rami. Pła­cąc woź­nicy dosta­wała pie­nią­dze ze sta­lo­wej sakiewki, którą wydo­była z więk­szego worka zawie­szo­nego na ręku na sta­lo­wym łań­cu­chu. Ni­gdy nie zda­rzyło mi się widzieć bar­dziej meta­lo­wej kobiety.

Wpro­wa­dzono ją do bawial­nego pokoju z tysią­cem uprzej­mo­ści. Tu zbli­żyła się do mojej matki, jako do bli­skiej krew­nej, a spo­strze­gł­szy mnie, spy­tała:

- Synek to twój, bra­towo?

Matka moja skło­niła twier­dząco głową.

- Na ogół - zauwa­żyła panna Murd­stone - nie lubię chłop­ców. Jak się masz, chłop­cze?

Na tę zachę­ca­jącą prze­mowę odpo­wie­dzia­łem wpraw­dzie, że zdrów jestem i spo­dzie­wam się, że panna Murd­stone w dobrym też pozo­staje zdro­wiu, lecz uczy­ni­łem to tak nie­uprzej­mie, że przy­była zade­cy­do­wała:

- Brak mu manier.

Wypo­wie­dziaw­szy wyrok ten dobit­nie, pro­siła, aby jej wska­zano pokój, który miała zająć. Pokój ten, zapeł­niony dwoma zawsze na klucz zamknię­tymi kuframi, roz­wie­szo­nymi dokoła niby broń lustrami oraz sta­lo­wymi łań­cusz­kami i szpil­kami, w które się zwy­kle stro­iła, stał się odtąd dla mnie przy­byt­kiem stra­chu.

Zauwa­ży­łem wkrótce, że panna Murd­stone nie ma wcale zamiaru opu­ścić nas kie­dy­kol­wiek. Zaraz naza­jutrz zajęła się "poma­ga­niem" mojej matce w gospo­dar­stwie: przez cały dzień robiła porządki w spi­żarni. Nie­ba­wem prze­ko­na­łem się, że posą­dzała usta­wicz­nie słu­żące o ukry­wa­nie gdzieś, na stry­chu zapewne, męż­czyzn. Pod tym pre­tek­stem bie­gała cią­gle po scho­dach i zaglą­dała we wszyst­kie kąty, a gdy otwie­rała szafy, czy­niła to tak, jak gdyby już miała zła­pać zło­dzieja.

Cho­ciaż żad­nej w pan­nie Murd­stone lot­no­ści nie było, wsta­wała równo ze skow­ron­kami, wcze­śniej niż kto­kol­wiek w domu. Peg­gotty zapew­niała nawet, że sypia jed­nym tylko okiem, co mi się jed­nak i po kil­ka­krot­nych oso­bi­stych pró­bach nie wydało praw­do­po­dobne.

Zaraz naza­jutrz po przy­by­ciu wstała z pia­niem kogu­tów, a gdy matka moja zeszła na śnia­da­nie, dziob­nęła ją w poli­czek, co miało ozna­czać poca­łu­nek, mówiąc:

- Przy­by­łam tu, kochana Klaro, aby ci ulżyć i być we wszyst­kim pomocą. Jesteś zbyt ładna i roz­trze­pana - tu matka moja uśmiech­nęła się uprzej­mie - abyś mogła podo­łać prze­róż­nym swym obo­wiąz­kom. Oddaj mi z łaski swej klu­cze i pozwól, abym cię wyrę­czała.

Od chwili tej klu­cze prze­szły wyłącz­nie w ręce panny Murd­stone. We dnie nosiła je u paska, zawie­szone na żela­znym łań­cuszku, w nocy cho­wała pod poduszką, a matka moja nie miała do nich dostępu. Zrazu pro­te­sto­wała prze­ciw tak sta­now­czemu usu­nię­ciu sie­bie na bok. Pew­nego wie­czoru, gdy panna Murd­stone przed­sta­wiała bratu pewne plany gospo­dar­skie, z zupeł­nym pomi­nię­ciem pani domu, matka moja roz­pła­kała się, utrzy­mu­jąc, że warto by może i o jej zda­nie spy­tać.

- Klaro - zauwa­żył surowo pan Murd­stone - Klaro! Dzi­wię ci się, doprawdy!

- O! Dobrze ci dzi­wić się, Edwar­dzie! - zawo­łała, pła­cząc, moja matka. - Pewna jestem, że sam cze­goś podob­nego byś nie zniósł.

Sta­now­czość była naj­więk­szą cnotą w poję­ciu pana Murd­stone i jego sio­stry. W moim dzie­cię­cym wyobra­że­niu pozo­stała ona jed­no­znaczną z despo­ty­zmem i z pew­nym ponu­rym, chłod­nym, zaro­zu­mia­łym uspo­so­bie­niem, jakim oboje, brat i sio­stra, się odzna­czali. Wie­rzyli oni świę­cie, że pan Murd­stone nie­złomny jest w swych posta­no­wie­niach i że nikt pod słoń­cem nie jest tak nie­złomny i być nim nie może. Jedyny wyją­tek sta­no­wiła panna Murd­stone. Wolno jej było być też sta­now­czą - jedy­nie dzięki pokre­wień­stwu - ale w niż­szym, nie­jako pod­dań­czym, stop­niu. Matka moja sta­no­wiła także wyją­tek. Ta powinna była być nie­złomna w posta­no­wie­niach, lecz w tym tylko zna­cze­niu, aby ślepo ule­gać ich woli i ślepo wie­rzyć w ich nie­omyl­ność.

- Trudno - zaczęła matka moja - we wła­snym domu...

- Wła­snym... - powtó­rzył pan Murd­stone. - Klaro!

- W naszym domu - jąkała się biedna, widocz­nie wystra­szona kobieta - sądzi­łam, że mnie zro­zu­miesz, Edwar­dzie! Sądzi­łam, że w twoim domu będę miała głos cho­ciażby dorad­czy. Daw­niej umia­łam pro­wa­dzić gospo­dar­stwo... - tu matka moja roz­pła­kała się na dobre - może­cie spy­tać Peg­gotty...

- Edwar­dzie - prze­rwała panna Murd­stone - trzeba raz temu poło­żyć koniec, jutro wyjeż­dżam.

- Jane Murd­stone - ozwał się brat jej - milcz, pro­szę. Czy mnie nie znasz?

- Doprawdy - szlo­chała matka moja - doprawdy nie chcia­ła­bym nara­zić się nikomu i była­bym bar­dzo nie­szczę­śliwa, jeśliby kto­kol­wiek miał stąd odje­chać. Nie wyma­gam wiele, nie jestem tak sza­lona, chcia­ła­bym tylko, aby cza­sem i o moje spy­tano zda­nie. Wdzięczna jestem, doprawdy, za każdą dobrą radę i chcia­ła­bym tylko cza­sem, choć dla przy­zwo­ito­ści, wyra­zić swe zda­nie. Sądzi­łam, Edwar­dzie, że ci się moje nie­do­świad­cze­nie podo­bało nie­gdyś... Teraz wyrzu­casz mi je tak surowo...

- Edwar­dzie - powtó­rzyła panna Murd­stone - trzeba raz temu poło­żyć koniec. Pozwól, że odjadę jutro.

- Jane Murd­stone - zagrzmiał głos brata - milcz, pro­szę, jak śmiesz!

Panna Murd­stone wydo­była z torby chustkę i pod­nio­sła ją do oczu.

- Klaro! - zwró­cił się do mojej matki mąż jej - zadzi­wiasz mnie, wpra­wiasz w zdu­mie­nie! Prawda, cie­szyła mnie myśl poślu­bie­nia mło­dej, nie­do­świad­czo­nej istoty, któ­rej cha­rak­ter mógł­bym wykształ­cić, zahar­to­wać wolę. Lecz kiedy sio­stra moja raczy przy­być mi z pomocą i z łaski swej chce zająć się gospo­dar­stwem domo­wym, wyrę­czyć cię, to w zamian spo­tyka ją czarna nie­wdzięcz­ność...

- O, Edwar­dzie! Edwar­dzie! - szlo­chała matka moja - nie oskar­żaj mnie tylko o nie­wdzięcz­ność. Wierz mi, nie jestem nie­wdzięczna... Nikt mi tego dotąd nie zarzu­cał. Wiele mam wad, ale nie­wdzięczna nie jestem, o, nie!

- Spo­tyka ją czarna nie­wdzięcz­ność - cią­gnął pan Murd­stone - dla­tego, wyznaję, czuję się obra­żony, zra­niony nawet.

- Edwar­dzie! Edwar­dzie! - bła­gała, zano­sząc się od pła­czu, moja matka - nie mogę znieść twych wyrzu­tów! Wdzięczne mam i kocha­jące serce, zapew­niam cię, że kocha­jące, spy­taj Peg­gotty.

- Sła­bość, choćby naj­więk­sza, nie ma dla mnie naj­mniej­szego zna­cze­nia - zauwa­żył pan Murd­stone. - Zady­sza­łaś się, kocha­nie!

- Nie gnie­waj się, pro­szę, nie mogę, widzisz, żyć bez przy­wią­za­nia, w chło­dzie, w obo­jęt­no­ści... Tak mi ciężko! Wiem o tym, że mam tysiące prze­róż­nych wad, lecz ty jesteś tak dobry, że chcesz zahar­to­wać mój słaby, nie­do­łężny cha­rak­ter. Jane, nie sprze­ci­wiam się już niczemu, zra­nisz mnie śmier­tel­nie, odjeż­dża­jąc...

Głosu zabra­kło bied­nej mojej matce!

- Jane Murd­stone - wtrą­cił się pan Murd­stone - ni­gdy dotąd nie padły mię­dzy nami draż­liwe słowa. Jeśli to się obec­nie zda­rzyło, nie moja w tym, jak sama widzisz, wina. I nie twoja także. Ktoś inny popchnął nas do tego, wywo­łał wstrętną dla nas obojga scenę. Zapo­mnijmy o tym, co zaszło.

Tu spo­strzegł mnie.

- Nie jest to scena odpo­wied­nia dla dzieci - zauwa­żył. - Idź spać, Dawi­dzie.

Oczy mia­łem pełne łez i z trud­no­ścią tra­fi­łem do drzwi. Tak mi było żal bied­nej mojej matki! Po ciemku wsze­dłem na schody i do mego pokoju, nie mając nawet chęci pro­sić Peg­gotty o świa­tło i uści­skać jej na dobra­noc. Gdy po godzi­nie przy­szła do mego łóżka, powie­działa mi, że matka moja poło­żyła się spła­kana i zmar­twiona, a pan i panna Murd­stone sie­dzą jesz­cze razem w bawial­nym pokoju.

Zsze­dłem naza­jutrz wcze­śniej niż zwy­kle i zatrzy­ma­łem się chwilkę u drzwi, sły­sząc głos mojej matki. Prze­pra­szała ona bar­dzo ser­decz­nie i pokor­nie pannę Murd­stone, a gdy sza­nowna ta dama raczyła udzie­lić jej prze­ba­cze­nia, pogo­dziły się z sobą na dobre. Odtąd nie sły­sza­łem już ni­gdy matki mojej wypo­wia­da­ją­cej w jakiej bądź spra­wie swego zda­nia, bez uprzed­niego prze­ko­na­nia się, czy takowe panna Murd­stone podziela lub, co naj­mniej, czy nie jest temu prze­ciwna. Ta zaś, za każ­dym wybu­chem złego humoru, a pod­le­gała chro­nicz­nie tej sła­bo­ści, potrzą­sała pękiem klu­czy tak, jak gdyby chciała się ich pozbyć, co zawsze nie­skoń­cze­nie prze­ra­żało moją matkę.

Ponure rysy cha­rak­teru Murd­sto­nów rzu­cały cień i na reli­gijne ich uczu­cia: reli­gia ich była surowa i mściwa. Przy­cho­dziło mi odtąd na myśl, że było to kon­se­kwent­nym wyni­kiem owej sta­now­czo­ści, co nie znała dla nikogo i za nic prze­ba­cze­nia. Pamię­tam nasze surowe miny, gdy­śmy szli do kościoła, który mi się innym niż przed­tem zaczął wyda­wać. Nie­dziela mijała po nie­dzieli, sia­dy­wa­łem w ławce podobny do więź­nia przy­wle­czo­nego na ofiarę. Panna Murd­stone w czar­nej, aksa­mit­nej, rzekł­byś, na kształt całunu zro­bio­nej sukni sia­dała tuż obok mnie, za nią dopiero matka moja, pan Murd­stone ostatni. Peg­gotty nie przy­cho­dziła już z nami, jak nie­gdyś bywało. Sły­szę ostry głos panny Murd­stone odpo­wia­da­ją­cej księ­dzu, widzę jej czarne oczy, na każdą wzmiankę o "nędz­nych grzesz­ni­kach" obie­ga­jące całe zgro­ma­dze­nie. Widzę łagodne i wystra­szone spoj­rze­nie mej matki i usta jej poru­sza­jące się cicho, pomię­dzy tymi dwoj­giem, któ­rych modły roz­le­gały się niby grom z nieba. Zda­wało mi się cza­sem, że nie tylko kapłan u ołta­rza, lecz i sami anio­ło­wie w nie­bie są grzesz­ni­kami, a spra­wie­dli­wymi - tylko pan i panna Murd­stone. A jeśli zda­rzyło mi się poru­szyć pal­cem lub roz­cią­gnąć muskuły twa­rzy, książka do nabo­żeń­stwa panny Murd­stone pokry­wała mi siń­cami cały bok.

Tak, widzę po dro­dze do domu sąsia­dów spo­glą­da­ją­cych z wes­tchnie­niem współ­czu­cia na mnie i na matkę moją. Idąc nieco za Murd­sto­nami i matką, mogłem pochwy­cić zna­czące spoj­rze­nia sąsia­dów i sam zaczą­łem się dzi­wić, że kroki mojej matki stały się mniej zwinne i coraz ciem­niej­sza chmura osia­dała na jasnym jej czole. Pyta­łem sie­bie wów­czas, czy sąsie­dzi pamię­tają jesz­cze, jake­śmy daw­niej z nią we dwoje cho­dzili do kościoła, i przez całą nie­dzielę pozo­sta­wa­łem smutny.

Zaczęto mówić o wysła­niu mnie do szkoły. Pro­jekt ten wyszedł od pana i panny Murd­stone i natu­ral­nie został zatwier­dzony przez moją matkę; tym­cza­sem mia­łem się uczyć w domu.

Nie zapo­mnę ni­gdy owych lek­cji. Wbiły mi się głę­boko w pamięć. Pozor­nie udzie­lane mi były przez matkę, lecz w obec­no­ści pana Murd­stone i jego sio­stry, któ­rzy znaj­do­wali tu gotową spo­sob­ność do wyra­bia­nia w matce mojej owego hartu, będą­cego ich hasłem i usta­wicz­nie wywie­sza­nym sztan­da­rem. Zdaje mi się nawet, że jedy­nie w tym celu ocią­gano się z wysła­niem mię do szkoły. Zdolny byłem i chętny do nauk, dopóki sam byłem z matką. Zacho­wa­łem nie­ja­sne, lecz bło­gie wspo­mnie­nie pierw­szej nauki alfa­betu, odby­tej u jej kolan, w jej obję­ciu. Po dziś dzień nie mogę spoj­rzeć na czarne kształty wiel­kich liter, na okrą­głość O i Q, na węży­ko­wa­tość S, bez powra­ca­nia do odle­głych, bar­dzo odle­głych, lecz wcale nie wstręt­nych wspo­mnień. Ow­szem, razem z ulu­bioną mą książką o kro­ko­dy­lach, cała nauka czy­ta­nia wydaje mi się roz­koszną prze­chadzką wśród klom­bów róż­no­rod­nego kwie­cia. Nie takie jed­nak były póź­niej­sze, ofi­cjalne, w obec­no­ści Murd­sto­nów udzie­lane lek­cje. Pełne nudy i smutku, dłu­gie, liczne, cięż­kie, nie­zro­zu­miałe, nużące zarówno ucznia jak i nauczy­cielkę.

Niech­że przy­po­mnę sobie dokład­nie, jak to wtedy bywało, niech­że prze­żyję wspo­mnie­niem jeden z dni mego dzie­ciń­stwa.

Po śnia­da­niu, pamię­tam, wsze­dłem do bawial­nego pokoju z książ­kami, kaje­tami i tabliczką w ręku. Matka moja cze­kała na mnie już przy swoim biu­reczku, pan Murd­stone przy oknie, czy­ta­jący niby książkę, panna Murd­stone nawle­ka­jąca sta­lowe paciorki. Sam już widok tych dwojga nie­od­stęp­nych towa­rzy­szy mego życia wywie­rał na mnie takie wra­że­nie, żem zapo­mniał lek­cji wyuczo­nej dopiero z nie­ma­łym tru­dem. Bóg wie, gdzie się to wszystko podzie­wało.

Poda­łem książkę matce, nie pamię­tam już, gra­ma­tykę, histo­rię czy geo­gra­fię. Spoj­rza­łem raz jesz­cze na roz­ło­żoną stro­nicę i zaczą­łem powta­rzać lek­cję. Potkną­łem się raz, widzę skie­ro­wane na sie­bie spoza książki spoj­rze­nie pana Murd­stone. Zająk­ną­łem się raz, drugi, widzę spoj­rze­nie rzu­cone mi przez pannę Murd­stone. Zaru­mie­ni­łem się po uszy, zabeł­ko­ta­łem coś i ani rusz dalej. Matka pod­po­wie­dzia­łaby mi może, lecz bie­daczka nie śmiała i jęk­nęła tylko:

- Davy! O, Davy!

- Klaro! - wtrą­cił pan Murd­stone - miejże wię­cej cha­rak­teru i nie psuj tak chłopca. Jedno z dwojga, umie czy nie umie lek­cji?

- Nie umie - zade­cy­do­wała sta­now­czo panna Murd­stone.

- Istot­nie, zdaje się, że nie umie - przy­znała moja matka.

- W takim razie - rze­kła panna Murd­stone - oddaj mu książkę, niech się douczy.

- Zapewne - pod­chwy­ciła matka moja - było to wła­śnie moim zamia­rem. Davy, weź, powtórz, naucz się, moje dziecko. Nie bądźże głupi!

Sta­ra­łem się zasto­so­wać do roz­kazu i powta­rza­łem zadaną lek­cję, lecz widocz­nie byłem głupi i nie mogłem sku­pić uwagi. Myśla­łem, ile tasie­mek wyjść mogło na siatkę pokry­wa­jącą czarne włosy panny Murd­stone? Myśla­łem, ile kosz­to­wał szla­frok pana Murd­stone i o tym podob­nych rze­czach. Wtem pan Murd­stone poru­szył się, poru­szyła się panna Murd­stone, matka moja spoj­rzała na nich, zamknęła książkę i odło­żyła ją na bok.

Odkła­dane książki gro­ma­dziły się w stosy, a im wię­cej się ich gro­ma­dziło, tym mniej sta­wa­łem się pojętny. Widząc, że nie pora­dzę sobie, zda­łem się na łaskę i nie­ła­skę mej doli. Spo­glą­da­li­śmy po sobie z matką w naj­ża­ło­śniej­szy spo­sób, lecz i to nie poma­gało. Korzy­sta­jąc z odwró­co­nej na chwilę od sie­bie uwagi, sta­rała się ona ruchem ust napro­wa­dzić mnie na darem­nie szu­kaną drogę. Wtem panna Murd­stone ode­zwała się ostrze­ga­ją­cym tonem:

- Klaro!

Matka moja drgnęła, zaru­mie­niła się, pró­bu­jąc pokryć zafra­so­wa­nie uśmie­chem, a pan Murd­stone powstał z miej­sca, wziął z rąk jej książkę, rzu­cił mi ją w twarz i tar­ga­jąc mnie za uszy, wypchnął za drzwi bawial­nego pokoju.

Ale jeśli nawet inne lek­cje szły jako tako, cze­kała mnie zawsze istna nie­dola z aryt­me­tyką, któ­rej uczył mnie sam pan Murd­stone. Lek­cja zaczy­nała się od zada­nia:

- Jeśli pójdę do kramu i kupię cztery tysiące podwój­nych ser­ków z Glo­uce­ster, po cztery i pół pensa sztuka, ile to wynie­sie?

Odpo­wie­dzieć trzeba było w lot. Widzę zado­wo­loną minę panny Murd­stone i liczę, liczę, bez skutku nie­stety, aż do samego nie­raz obiadu, a gdy ście­ra­niem brud­nej tabliczki i prze­cią­ga­niem pal­ców po twa­rzy zmie­nię, bywało, sie­bie w Mulata, to już co naj­wy­żej kawał suchego chleba dopo­maga mi do stra­wie­nia owych czte­rech tysięcy podwój­nych ser­ków z Glo­uce­ster i jestem w nie­ła­sce przez resztę wie­czoru.

W odda­le­niu, w jakim mnie bieg życia posta­wił od tych dni dzie­cię­cych, zdaje mi się, że taki a nie inny był codzienny prze­bieg mych nauk. To pewne, że uczył­bym się lepiej, a nawet i wcale dobrze, gdyby nie Murd­sto­no­wie, wywie­ra­jący na mnie wra­że­nie podobne do tego, jakie wywie­rają węże na nie­które ptaki. Wów­czas nawet, gdy przed­obied­nie lek­cje uda­wały mi się względ­nie, całą wygraną sta­no­wił obiad, gdyż panna Murd­stone nie pozwa­lała mi ode­tchnąć i zale­d­wiem skoń­czył jedno zada­nie, zwra­cała na mnie uwagę brata, odzy­wa­jąc się do mojej matki:

- Kochana Klaro! Zaj­mij czym swego chłopca, zaję­cie zdrowe jest dla dzieci.

Toteż chwil wytchnie­nia mie­wa­łem mało, z towa­rzy­stwa zaś rówie­śni­ków moich nie korzy­sta­łem wcale. Pan Murd­stone uwa­żał wszyst­kie dzieci, zapo­mi­na­jąc o tym zapewne, jakie to dzie­cię zasia­dało raz w świą­tyni pomię­dzy dok­to­rami, za mro­wi­sko małych żmij, wza­jem­nie naj­zgub­niej oddzia­ły­wa­ją­cych na sie­bie.

Nie­unik­nio­nym następ­stwem podob­nego trybu wycho­wa­nia było spa­cze­nie mego cha­rak­teru i zdol­no­ści. Sta­wa­łem się z dniem każ­dym posęp­niej­szy, tęp­szy, kwa­śniej­szy, a to tym bar­dziej, im bar­dziej czu­łem się odda­lony od mej matki. Sądzę, że popadł­bym w skoń­czony idio­tyzm, gdyby nie nastę­pu­jąca oko­licz­ność.

Po ojcu moim został zbiór ksią­żek, zamknięty w małej izdebce na pod­da­szu, do któ­rej wstęp mia­łem i dokąd nikt oprócz mnie nie wcho­dził. Z tej to kry­jówki wycią­ga­łem na świa­tło dzienne liczne powie­ści. Boha­te­ro­wie ich: Rode­rick Ran­dom, Pere­gryn Pic­kle, Hum­ph­rey Clin­ker, Tom Jones, Wikary Wake­fieldzki, Don Kichot, Gil Blas i Robin­son Cru­soe stali się uko­cha­nymi mymi towa­rzy­szami, roz­bu­dzali mą wyobraź­nię, utrzy­my­wali nadzieję, odry­wali od miejsc i chwil obec­nych. Książki te wraz z Baj­kami z tysiąca i jed­nej nocy nie wywie­rały na mnie złego wpływu, gdyż to, co było w nich złe, prze­cho­dziło moje poję­cie. Dziś dzi­wię się tylko, jak - obcią­żony nie­wdzięcz­nymi naukami - mogłem zna­leźć czas na czy­ta­nie. To pewne, że czy­ta­nie zostało mi pocie­chą, że się wcie­la­łem sam lub wcie­la­łem tych, któ­rych kocha­łem, w boha­te­rów, w każ­dym czar­nym cha­rak­te­rze dopa­tru­jąc się rysów podo­bień­stwa z panem i panną Murd­stone. Przez całe tygo­dnie bywa­łem Tomem Jone­sem, przez mie­siące Rode­rickiem. Zaj­mo­wały mnie też nie­sły­cha­nie opisy podróży, nie wiem już czyje, zna­le­zione na pół­kach. Sta­wia­łem sie­bie w poło­że­nie podróż­ni­ków zda­nych na pożar­cie dzi­kich zwie­rząt i tym podobne nie­bez­pie­czeń­stwa i wów­czas nawet, gdy za nie­do­uczoną lek­cję gra­ma­tyki tar­gano mnie za uszy, boha­te­ro­wie moi nic a nic nie tra­cili na tym, pozo­sta­wali zawsze szczyt­nymi boha­te­rami.

Było to moje jedyne, lecz potężne popar­cie. Gdy myślę dziś o tym, widzę sie­bie w pogodne wie­czory, z książką w ręku, gdy rówie­śnicy moi igrali na cmen­ta­rzu. Każda sąsied­nia sto­doła, dach każdy, każdy cmen­tarny kamień wiąże się w wyobraźni mojej z jakąś cza­ro­dziej­ską histo­rią: Tom Pipes wła­ził na kościelną dzwon­nicę, Strap z torbą na ple­cach mijał furtkę cmen­tarną, a Com­mo­dore Trun­nion i pan Pic­kle wie­dli swe narady w wiej­skiej izdebce naszej karczmy.

Po tym wszyst­kim, co się powie­działo wyżej, czy­tel­nik wyobrazi sobie łatwo, jaki byłem w chwili, do któ­rej dobiega moje opo­wia­da­nie.

Pew­nego poranku, wcho­dząc z książ­kami do bawial­nego pokoju, zasta­łem matkę moją zasmu­coną i prze­ra­żoną, pannę Murd­stone jak zawsze nie­złomną, zaś pana Murd­stone wią­żą­cego coś koło kija - cien­kiego i gib­kiego - któ­rym za moim zja­wie­niem się prze­rżnął ze świ­stem powie­trze.

- Zapew­niam cię, Klaro - mówił - że nie­raz byłem sma­gany.

- Nie­wąt­pli­wie, natu­ral­nie - potwier­dziła panna Murd­stone.

- Zapewne - ozwała się matka moja i dodała nie­śmiało - Czy ci to na dobre wyszło, Edwar­dzie?

- Sądzisz, że mu to zaszko­dziło? - spy­tała surowo panna Murd­stone.

- W tym rzecz - dorzu­cił pan Murd­stone.

- Zapewne - powtó­rzyła z cicha moja matka.

Prze­czu­cie ostrze­gło mnie, że nie byłem obcy toczą­cej się roz­mo­wie. Pochwy­ci­łem nagle zwró­cony na sie­bie wzrok Murd­stone'a.

- Dawi­dzie - rzekł - ostrze­gam cię, abyś był dziś uważny.

Mówiąc to, prze­rżnął znów batem powie­trze, po czym odło­żył kij na bok i, rzu­ca­jąc mi zło­wiesz­cze spoj­rze­nie, wziął się do zwy­kłego przy mej lek­cji czy­ta­nia.

Słowa te wywarły pożą­dane wra­że­nie. Cho­ciaż zda­wało mi się przed­tem, że umiem lek­cję, zapo­mnia­łem od razu i naj­zu­peł­niej. Panna Murd­stone nie spusz­czała ze mnie oka. Jąka­łem się, myli­łem, rumie­ni­łem, a gdy doszło do owych pię­ciu tysięcy podwój­nych ser­ków - "pię­ciu tysięcy kijów", jak stało w zada­niu dnia tego - matka moja roz­pła­kała się na głos.

- Klaro! - upo­mniała ją panna Murd­stone.

- Czuję się słaba, kochana Jane - uspra­wie­dli­wiała się moja matka.

Widzia­łem, jak Murd­stone mru­gnął na sio­strę, a powsta­jąc z miej­sca i bio­rąc kij w rękę, rzekł obo­jęt­nie:

- Nie podobna, Jane, aby Klara zno­siła dłu­żej męki, jakie jej zadaje ten chło­piec. Na to potrzeba hartu, na jaki Klara zdo­być się jesz­cze nie może. Pój­dziemy z Dawi­dem na górę.

Matka moja porwała się, aby nas zatrzy­mać, lecz na upo­mnie­nie panny Murd­stone: "Klaro! pomiar­kuj się!" zatkała sobie uszy i roz­pła­kała się na głos.

Pan Murd­stone powol­nym i uro­czy­stym kro­kiem wpro­wa­dził mnie do mego pokoju, piesz­cząc wzro­kiem przy­bory do wymiaru spra­wie­dli­wo­ści. Gdy zamknął za nami drzwi, zła­pał mnie za głowę.

- Panie Murd­stone! Panie! - woła­łem. - Nie bij mnie, pro­szę! Nie bij! Sta­ram się uczyć, wierz mi! Tylko wobec pana i pań­skiej sio­stry zapo­mi­nam tego, cze­gom się wyuczył.

- Czy tak? - wyce­dził przez zęby. - Zoba­czymy.

Wiłem się jak wąż w żela­znych jego rękach, bła­ga­jąc, aby mnie nie bił. Moco­wa­li­śmy się z sobą przez chwilę. Widząc, że mi zatyka ręką usta, uką­si­łem go - jesz­cze dziś na myśl o tym zaci­skają mi się zęby.

Zaczął mnie bić, jak gdyby miał zasiec na śmierć. W zgiełku, jaki powstał, sły­sza­łem wyraź­nie głos i płacz matki mojej i Peg­gotty. Odszedł wresz­cie, zamy­ka­jąc drzwi na klucz i zosta­wia­jąc mnie roz­go­rącz­ko­wa­nego, spła­ka­nego, roz­sza­la­łego, tarza­ją­cego się po pod­ło­dze.

Pamię­tam, o, jakże wyraź­nie pamię­tam tę ciszę, która zale­gła dom cały, gdym się uspo­koił czy raczej wyczer­pał. Czu­łem się nie­skoń­cze­nie nie­szczę­śliwy i... winny.

Wsłu­chi­wa­łem się w tę dziwną ciszę. Ni­gdzie ani dźwięku. Pod­nio­słem się z pod­łogi, w zwier­cia­dle ujrza­łem mą twarz roz­ognioną, nabrzmiałą, straszną. Członki moje zesztyw­niałe bolały mnie i za każ­dym poru­sze­niem wywo­ły­wały nowe łzy. Wszystko to jed­nak było niczym w porów­na­niu z wyrzu­tami sumie­nia. Uwa­ża­łem sie­bie za zbrod­nia­rza.

Ściem­niało się, zamkną­łem okno, na któ­rego kra­wę­dzi chło­dzi­łem pło­nące czoło, wtem klucz we drzwiach zazgrzy­tał i panna Murd­stone wnio­sła tro­chę chleba, mięsa i mleka. Nie rze­kł­szy słowa, patrząc na mnie z nie­złomną suro­wo­ścią, posta­wiła jedze­nie na stole, a odcho­dząc, znów zamknęła mnie na klucz.

Od dawna już ciemno było, a ja cze­ka­łem cią­gle, czy też nikt wię­cej nie przyj­dzie? Gdy się prze­ko­na­łem, że nie, roze­bra­łem się i poło­ży­łem, a leżąc, gubi­łem się w domy­słach, co mnie dalej czeka. Może, myśla­łem, popeł­ni­łem zbrod­nię, a w takim razie oddany zostanę poli­cji, wtrą­cony do wię­zie­nia?! Kto wie, powie­szony może?

Ni­gdy też nie zapo­mnę prze­bu­dze­nia się naza­jutrz. Obu­dzi­łem się zrazu wypo­częty i spo­kojny, ale wkrótce powró­ciły gorz­kie wspo­mnie­nia, wyrzuty sumie­nia i nie­po­kój. Zanim wsta­łem, zja­wiła się panna Murd­stone z oznaj­mie­niem, że mogę zejść na pół godziny do ogrodu i zosta­wiła otwarte drzwi.

Zsze­dłem. Przez pięć dni (tyle bowiem czasu trwało moje uwię­zie­nie) co dzień rano odby­wa­łem tę prze­chadzkę. Gdy­bym doj­rzał matkę moją, bła­gał­bym na klęcz­kach o prze­ba­cze­nie, lecz widy­wa­łem samą pannę Murd­stone, a matkę tylko przy wie­czor­nych pacier­zach, na które mnie panna Murd­stone spro­wa­dzała z góry, a przy któ­rych trzy­mano mnie z dala, jak banitę, i zanim wszy­scy obecni z klę­czek powstali, odsy­łano do mego wię­zie­nia pod strażą nie­od­stęp­nej panny Murd­stone. Zauwa­ży­łem, że mi wyzna­czano miej­sce naj­od­le­glej­sze od miej­sca zaj­mo­wa­nego przez moją matkę i że ta odwra­cała się ode mnie. Zauwa­ży­łem też, że ręka pana Murd­stone była obwią­zana.

Nie potra­fię wyra­zić, jak mi się te dni dłu­żyły w nie­skoń­czo­ność! Wydają mi się, gdy je wspo­mi­nam, dłu­gie jak lata całe. Wsłu­chi­wa­łem się w odgłosy i szmery prze­peł­nia­jące dom; głos dzwonka, odmy­ka­nia i skrzy­pie­nia drzwi, szmer gło­sów, kroki na scho­dach, każdy wybuch śmie­chu, pogwiz­dy­wa­nie, śpiew na dzie­dzińcu, ude­rze­nia zegara bar­dziej były nie­sa­mo­wite w mej samot­no­ści i poni­że­niu. Zwłasz­cza z wie­czora, gdym prze­bu­dziw­szy się, sądził, że to już ranek, a prze­ko­ny­wa­łem się, że nikt jesz­cze w domu oprócz mnie nie kładł się spać i że mam przed sobą całą długą noc! Kto zli­czy sny gorącz­kowe, przy­wi­dze­nia, poranki, połu­dnia, wie­czory, gdy z okna śle­dzi­łam zabawy moich rówie­śni­ków, drżąc, by mnie z dala nie dostrze­gli. Prze­cież musieli sły­szeć o tym, co zaszło, o mym hanieb­nym uwię­zie­niu. Dziwne mi się wyda­wało, że nie sły­szę dźwięku wła­snego głosu. Jedząc i pijąc, czu­łem się nieco wesel­szy, lecz to mijało prędko! Pamię­tam pewien wie­czór, mono­tonny plusk desz­czu i roz­lane w powie­trzu wonie, które wzma­gały się w prze­strzeni pomię­dzy mną a kościo­łem i ogar­nia­jący mnie mrok i strach, który zdej­mo­wał, i nie­usta­jące wyrzuty sumie­nia... Zdaje mi się, że trwało to nie dnie, lecz lata całe, a wszystko to tak żywo zacho­wa­łem w pamięci.

Ostat­niej nocy mego uwię­zie­nia zbu­dziło mnie z cicha wymó­wione moje imię. Pod­nio­słem się na posła­niu i, wycią­ga­jąc w ciem­no­ściach ręce, zawo­ła­łem:

- Peg­gotty!

Nie było z początku odpo­wie­dzi, usły­sza­łem tylko powtór­nie moje imię, lecz wymó­wione gło­sem tak stłu­mio­nym i nie­zwy­kłym, że prze­ląkł­bym się, gdy­bym się nie domy­ślił, że głos prze­cho­dzi przez dziurkę od klu­cza.

Pod­bie­głem do drzwi i, przy­tu­la­jąc usta do klamki, spy­ta­łem z cicha:

- Tyś to, kochana Peg­gotty?

- Ja sama, drogi, złoty mój pani­czu! Cicho, by nas nie pod­słu­chało to kocie ucho.

Domy­śli­łem się, że mowa o pan­nie Murd­stone, któ­rej pokój przy­le­gał do mego.

- Jak się czuje mama? - pyta­łem. - Czy bar­dzo się na mnie gniewa?

Sły­sza­łem poza drzwiami ciche łka­nie poczci­wej Peg­gotty; dobra minęła chwila, zanim odpo­wie­działa:

- Nie, nie bar­dzo.

- Co też zamie­rzają począć ze mną? - pyta­łem. - Możeś sły­szała, kochana moja Peg­gotty?

- Szkoła w pobliżu Lon­dynu - odrze­kła.

Nie sły­sza­łem zrazu, gdyż zamiast ucha mia­łem przy­ło­żone do dziurki od klu­cza usta i czu­łem tylko cie­pły oddech Peg­gotty.

- Kiedy?

- Jutro.

- Dla­tego panna Murd­stone wyjęła dziś z szafy moje odzie­nie.

- Tak, i kufe­rek.

- A czy zoba­czę mamę?

- Jutro rano.

Tu Peg­gotty, przy­tu­la­jąc coraz bar­dziej usta do dziurki od klu­cza, mówiła ury­wa­nymi słowy, lecz peł­nymi uczu­cia:

- Davy! Kocha­nie moje! Jeśli nie byłam w ostat­nich cza­sach taką jak daw­niej... to nie dla­tego, abym cię mniej kochała... Ow­szem, moja rybeńko... Tylko sądzi­łam, że... z tym lepiej będzie. Tobie... i jesz­cze komuś... Sły­szysz mnie, Davy?

- Sły­szę.

- Moje ty kocha­nie! Oto co chcia­łam powie­dzieć... nie zapo­mi­naj o mnie, bo ja cią­gle pamię­tać będę o tobie, dro­gie moje dziecko!... Bądź spo­kojny, będę czu­wać nad twą mamą... jak czu­wa­łam nad tobą... nie opusz­czę jej... bo może, widzisz, przyjść chwila, w któ­rej stara, zła, brzydka, nie­go­dziwa Peg­gotty będzie jej potrzebna. Napi­szę do cie­bie, kochanku, napi­szę, cho­ciaż nie jestem uczona i... i...

Tu zdaje mi się, że Peg­gotty, nie mogąc mnie uca­ło­wać, uca­ło­wała klamkę.

- Dzię­kuję ci, Peg­gotty, moja dobra, kochana Peg­gotty! Przy­rzek­nij mi coś jesz­cze, przy­rzek­nij, że napi­szesz do pana Peg­gotty, do Emilki, pani Gum­midge i do Hama, że nie jestem tak zły, jak sądzą, i że kła­niam się im wszyst­kim, a naj­wię­cej małej Emilce. Napi­szesz?

Poczciwa Peg­gotty obie­cała napi­sać i oboje cało­wa­li­śmy dzie­lące nas drzwi. Gła­dzi­łem je tak, jak gdy­bym gła­dził poczciwą, rumianą twarz mojej kocha­nej Peg­gotty. Tej nocy powstało w sercu mym dla niej uczu­cie, któ­rego nie potra­fię okre­ślić. Nie, nie mogła zastą­pić mi matki, lecz zajęła w uczu­ciach moich jakieś puste miej­sce i czu­łem, że ją kocham wię­cej i ina­czej niż kogo­kol­wiek. Nie wiem, co bym począł, gdy­bym ją stra­cił, i jak bym prze­żył to nie­szczę­ście.

Z rana zja­wiła się jak zwy­kle panna Murd­stone z oznaj­mie­niem, że wyjeż­dżam do szkół, co zresztą nie było już dla mnie, jak wiemy, nowo­ścią. Oznaj­miła mi też, że mogę zejść. Na dole zasta­łem matkę moją bladą i z zaczer­wie­nio­nymi oczyma. Rzu­ciw­szy się jej na szyję, zaczą­łem ją prze­pra­szać.

- O, Davy! - rze­kła. - Jak mogłeś zra­nić kogoś, kogo kocham! Popraw się i proś Boga, abyś był lep­szy. Prze­ba­czam ci, lecz boleję nad two­imi złymi skłon­no­ściami.

Wmó­wili w nią, że mam złe skłon­no­ści, i to mar­twiło ją bar­dziej niż roz­sta­nie ze mną! Z trud­no­ścią prze­ły­ka­łem śnia­da­nie, a łzy spły­wały do mej her­baty. Chwi­lami czu­łem, że matka spo­gląda na mnie, lecz czy­niła to ukrad­kiem, śpiesz­nie prze­no­siła wzrok ze mnie na nie­od­stępną pannę Murd­stone lub odwra­cała w drugą stronę.

- Zno­sić kufer pani­cza - zako­men­de­ro­wała panna Murd­stone, gdy usły­sze­li­śmy tur­kot kół przy bra­mie.

Obej­rza­łem się za Peg­gotty. Nie było jej ni­gdzie, nie zja­wił się też pan Murd­stone. W drzwiach stał wózek ze zna­nym mi woź­nicą. Znie­siono mój kufe­rek do wózka i tam go umiesz­czono.

- Klaro! - upo­mi­nała matkę moją panna Murd­stone.

- Gotowa jestem, kochana Jane - odrze­kła. - Do widze­nia, Davy. Odjazd ten wyj­dzie ci na dobre. Do widze­nia, moje dzie­cię! Wró­cisz do nas na waka­cje, wró­cisz lep­szy, prawda?

- Klaro! - powtó­rzyła ostrze­ga­jąco panna Murd­stone.

- Służę ci, kochana Jane - odrze­kła, nie wypusz­cza­jąc mnie z objęć. - Prze­ba­czam ci, dziecko moje... kocha­nie... niech cię Bóg strzeże...

- Klaro! - powtó­rzyła panna Murd­stone.

Panna Murd­stone, z łaski swej, odpro­wa­dziła mnie do samego wózka, oświad­cza­jąc, że sądzi, iż się popra­wię, bo ina­czej smutny mnie czeka koniec. Wsia­dłem, woź­nica popę­dził konia.

Rozdział V

Wysy­łają mnie z domu

?

Odje­cha­li­śmy może z pół mili i chustka moja do nosa zmo­czona była już łzami, gdy nagle woź­nica powstrzy­mał konia.

Obej­rza­łem się. Z krza­ków wysko­czyła Peg­gotty i rzu­ciła się ku mnie. Porwała mnie w obję­cia, przy­ci­ska­jąc do piersi tak sil­nie, że aż nos mi się spłasz­czył, co zauwa­ży­łem jed­nak póź­niej dopiero, gdy poczu­łem, że mnie boli. Nie mówiąc ani słowa, dostała z kie­szeni kilka paczek cia­stek, a do ręki dała mi wore­czek z pie­niędzmi. Uści­snąw­szy mnie raz jesz­cze, lecz nie mówiąc, jak już wspo­mnia­łem, ani słowa, zesko­czyła i odbie­gła. Sądzę, że przy tej spo­sob­no­ści wszyst­kie guziki jej sukni popę­kały. Widzia­łem, jak się kilka toczyło po dro­dze, jeden zaś zna­la­złem w wózku i długo cho­wa­łem na pamiątkę.

Woź­nica obej­rzał się na mnie pyta­jąco. Skło­ni­łem głowę.

- Jazda! - zawo­łał.

Wypła­kaw­szy wszyst­kie łzy, zaczą­łem roz­my­ślać, że płacz nie na wiele się przyda, zwłasz­cza że, o ile przy­po­mi­nam sobie, ani Rode­rick Ran­dom, ani żaden z kapi­ta­nów mary­narki angiel­skiej, o któ­rych przy­go­dach tyle się naczy­ta­łem, nie zwy­kli byli pła­kać, nawet w naj­trud­niej­szych chwi­lach życia. Woź­nica widząc, żem osta­tecz­nie łzy otarł, zapro­po­no­wał mi powie­sze­nie mokrej chustki do nosa, dla szyb­szego wyschnię­cia, na grzbie­cie konia. Podzię­ko­wa­łem mu i zgo­dzi­łem się, dzi­wiąc się tylko, że moja roz­po­starta chustka jest tak nie­wielka.

Teraz mia­łem dość czasu i przy­tom­no­ści umy­słu, aby się przy­pa­trzyć worecz­kowi. Był on sztywny, skó­rzany, z zamecz­kiem i zawie­rał trzy błysz­czące szy­lingi, które Peg­gotty, ku wiel­kiemu memu zado­wo­le­niu, wyczy­ściła zapewne do poły­sku. Były tam nadto dwie pół korony, zawi­nięte w papier, na któ­rym matka moja skre­śliła wła­sno­ręcz­nie: "Dla mego kocha­nego Davy". Roz­rzew­niło to mnie tak dalece, żem pro­sił woź­nicę o zdję­cie mej chustki do nosa z grzbietu konia. Nie usłu­chał mnie jed­nak, twier­dząc, że zdro­wiej będzie wytrzeć oczy ręka­wem i nie pła­kać wię­cej.

Łka­łem gwał­tow­nie czas jakiś na wspo­mnie­nie prze­ży­tych wra­żeń, w końcu, uspo­ko­iw­szy się, spy­ta­łem woź­nicę, czy zawie­zie mnie aż do celu podróży.

- Do celu: gdzie? - spy­tał.

- Tam! - odrze­kłem.

- Gdzie "tam"?

- Pod Lon­dyn.

- Koń by mi padł na poło­wie drogi.

- Więc zawie­ziesz mię tylko do Yar­mo­uth?

- Coś na kształt tego, aż do dyli­żansu, a dyli­żans powie­zie aż tam...

Jak na sie­bie, pan Bar­kis - tak się zwał woź­nica - powie­dział wiele, gdyż, jak już zauwa­ży­łem, był powolny i na ogół mało­mówny. Ofia­ro­wa­łem mu uprzej­mie ciastko, połknął je od razu niby słoń, bez naj­mniej­szego wysiłku na twa­rzy.

- Czy to ona pie­kła?

- Pan ma zapewne na myśli Peg­gotty?

- Tak! - odrzekł mi na to.

- Tak, panie. To ona pie­cze nam cia­sto i gotuje obiady.

- Pie­cze cia­sto!

Wydął usta jak do gwiz­da­nia, nie zagwiz­dał jed­nak, tylko się wpa­trzył w uszy swego konia, jak gdyby je po raz pierw­szy widział. Po dłu­gim mil­cze­niu mruk­nął:

- Bez słod­kich zale­ca­nek, co?

- Słod­kich potraw - popra­wi­łem, wyobra­ża­jąc sobie, że mu ślinka cie­cze do ust na wspo­mnie­nie przy­sma­ków.

- Zale­ca­nek - powtó­rzył - tak, kawa­le­rów. Nikt z nią nie spa­ce­ruje? Co?

- Z Peg­gotty?

- A! Z nią!

- O, nie. Nie miała ni­gdy narze­czo­nego.

Znów wzdął usta jak do gwiz­da­nia, lecz nie gwiz­dał, tylko jak poprzed­nio zapa­trzył się w swego konia.

- Pie­cze więc - ozwał się po dłu­gim namy­śle - ciastka z jabł­kami i zaj­muje się goto­wa­niem?

Potwier­dzi­łem.

- Dobrze! Powiem coś pani­czowi. Czy panicz będzie do niej pisy­wał?

- Na pewno będę - odrze­kłem.

- A! - rzekł, odwra­ca­jąc się powoli ku mnie. - Pisząc, niech panicz nie zapo­mni dodać, że Bar­kis gotów. Dobrze?

- Gotów - pyta­łem - i nic wię­cej?

- Tak - rzekł zamy­ślony - tak, Bar­kis gotów.

- Ale pan wróci prze­cież jutro do Blun­der­stone - zauwa­ży­łem z żalem, że sam się odda­lam - i może lepiej sam jej to powie.

Wstrzą­snął prze­cząco głową i powtó­rzył: "Bar­kis gotów, oto wszystko".

Speł­ni­łem dane mi zle­ce­nie i tego jesz­cze popo­łu­dnia, cze­ka­jąc w gospo­dzie w Yar­mo­uth na odej­ście dyli­żansu, wysta­ra­łem się o atra­ment, pióro, ćwiartkę papieru i napi­sa­łem do Peg­gotty, co nastę­puje:

Moja kochana Peg­gotty!

Doje­cha­łem tu szczę­śli­wie. Bar­kis gotów. Uca­łuj ode mnie mamę. Kocha­jący cię

Davy.

P.S. Prosi, abym cię upew­nił, że zawsze "gotów".

Odkąd pod­ją­łem się wypeł­nić jego zle­ce­nie, woź­nica zamilkł i ja też wkrótce usną­łem na wózku. Spa­łem smacz­nie aż do Yar­mo­uth i obu­dzi­łem się na dzie­dzińcu gospody, zawie­dziony w sła­bej nadziei ujrze­nia tam kogo­kol­wiek z rodziny Peg­gotty, a zwłasz­cza małej Emilki.

Dyli­żans stał nie­za­przę­żony. Roz­my­śla­łem, co się sta­nie z moim kufer­kiem zdję­tym z wózka Bar­kisa, jako też co pocznę z sobą w obcym i nie­zna­nym miej­scu, gdy przez okno, w któ­rym wisiało ptac­two i połcie mięsa, wyj­rzała jakaś kobieta.

- Czy to panicz jedzie z Blun­der­stone?

- Tak, pani.

- Nazwi­sko?

- Cop­per­field.

- Nie to, nie mamy zamó­wio­nego pod tym nazwi­skiem obiadu.

- Może jest pod nazwi­skiem Murd­stone? - spy­ta­łem nie­śmiało.

- Ano tak. Czemu to, chłop­cze, od razu nie mówisz swego nazwi­ska?

Wyja­śni­łem rzecz tę kobie­cie, która zadzwo­niła na słu­żą­cego, zale­ca­jąc mu odpro­wa­dzić mnie do prze­zna­czo­nego mi pokoju.

Pokój ten był obszerny, podłużny, przy­brany wiszą­cymi na ścia­nie mapami, wśród któ­rych czu­łem się, nie wiem, czy nie bar­dziej zbłą­kany, niż gdy­bym był w tych odle­głych kra­inach, które przed­sta­wiały. Trzy­ma­jąc przed sobą kape­lusz, usia­dłem na brzegu krze­sła tuż przy drzwiach i zda­wało mi się, żem popeł­nił czyn bar­dzo zuchwały. Toteż musia­łem zaru­mie­nić się po uszy, gdy słu­żący roze­słał ser­wetę na stole, kła­dąc na niej parę sztuć­ców. Po chwili przy­niósł kotlety i nieco jarzyn i sta­wiał to na stole tak zama­szy­ście, że się bałem, czy go czymś nie obra­zi­łem, i uspo­ko­iłem się dopiero, gdy prze­mó­wił wesoło:

- Do stołu, panie wiel­ko­lu­dzie!

Podzię­ko­wa­łem mu uprzej­mie, lecz nie umia­łem sobie pora­dzić z widel­cem i nożem, gdyż sto­jący przede mną lokaj onie­śmie­lał mnie wielce. Rumie­ni­łem się pod zwró­co­nym na mnie jego spoj­rze­niem. Zale­d­wiem połknął kilka kąsków, ode­zwał się:

- Jest tu jesz­cze piwo dla pani­cza, czy mam nalać?

- Pro­szę.

Nalał w sporą szklankę, a pod­no­sząc naprze­ciw świa­tła, roze­śmiał się.

- A czy nie za wiele to będzie?

- Zdaje mi się, że za wiele - odrze­kłem z uśmie­chem, zachwy­cony kon­cep­tami lokaja, który mru­żąc oczy, z wyprysz­czoną twa­rzą i ster­czą­cymi wło­sami, wypro­sto­wany, jedną ręką ujął się pod bok, drugą pod­no­sił wysoko kufel i spo­glą­dał tak życz­li­wie.

- Wczo­raj mie­li­śmy tu pew­nego gościa - począł - Top­sa­wyer miał na nazwi­sko, może panicz go zna?

- Nie przy­po­mi­nam sobie.

- W spodniach, kama­szach, palto szare, kape­lusz o sze­ro­kich brze­gach, w pstrym kra­wa­cie.

- Nie mam przy­jem­no­ści - wybeł­ko­ta­łem.

- Przy­szedł, kazał sobie podać kufel tego piwa - cią­gnął lokaj. - Nie ostrze­głem go, wypił i padł bez życia. Za mocne było dla niego.

Opo­wia­da­nie wywarło wra­że­nie. Popro­si­łem o szklankę wody.

- Ale... to... - cią­gnął lokaj - gospo­darz nasz nie znosi, gdy mu odno­szą raz zamó­wione potrawy i trunki, obraża się. Wypiję tedy z pozwo­le­niem pań­skim, mnie to nie zaszko­dzi wcale, przy­zwy­cza­jony jestem, a przy­zwy­cza­je­nie staje się drugą naturą, wychylę dusz­kiem, można?!

Upew­ni­łem go, że bar­dzo będę wdzięczny, jeśli to uczyni, pod warun­kiem, że mu ten tru­nek nie zaszko­dzi. Zdjął mnie jed­nak strach nie­mały, gdy wychy­lał - dusz­kiem, jak mówił - kie­lich, a w wyobraźni mojej żywo zary­so­wała się scena pada­ją­cego bez życia pana Top­sa­wy­era. Uspo­ko­iłem się dopiero widząc, że na lokaja tru­nek nie wywarł żad­nych widocz­nych skut­ków. Ow­szem, zda­wało się, że go pokrze­pił.

- A co tu mamy? - zawo­łał, się­ga­jąc widel­cem do pół­mi­ska - kotlety?

- Kotlety - rze­kłem.

- Na Boga! - wykrzyk­nął. - Nie mia­łem poję­cia, że to kotlety. Wyśmie­nity śro­dek zapo­bie­ga­jący złym skut­kom tego trunku! - Porwał kotlet za kostkę jedną ręką, a drugą ziem­niaka, powta­rza­jąc tę czyn­ność kil­ka­krot­nie, i jadł z ape­ty­tem. Poda­jąc mi potem pud­ding, zda­wał dumać nad czymś.

- Czy sma­kuje pie­czy­ste? - spy­tał.

- To jest pud­ding - odrze­kłem.

- Pud­ding? A prawda! - zawo­łał, przy­pa­tru­jąc się z bli­ska - ale chyba nie z bitej śmie­tany.

- Ow­szem, z bitej.

- A to szczę­ście! Jest to wła­śnie ulu­biona moja potrawa - zawo­łał, pory­wa­jąc łyżkę - zoba­czymy, kto z nas zje wię­cej.

Oczy­wi­ście, że zjadł wię­cej ode mnie, cho­ciaż zaba­wiał mnie cią­gle roz­mową i zachę­cał do jedze­nia, lecz czymże była moja łyżeczka w porów­na­niu z jego wielką łyżką, moje kęski w porów­na­niu z jego kęsami. Jadł z sza­lo­nym ape­ty­tem, śmie­jąc się przy tym cią­gle.

Widząc go tak przy­ja­ciel­skim, ośmie­li­łem się popro­sić o pióro, atra­ment i papier, aby napi­sać do Peg­gotty. Nie tylko przy­niósł mi to chęt­nie, ale cze­kał, nim list ów napi­szę. Gdy skoń­czy­łem, spy­tał mnie, gdzie jadę do szkół.

- Gdzieś nie­da­leko Lon­dynu - odpo­wie­dzia­łem.

- Szkoda - rzekł zasmu­cony - szkoda.

- Czemu?

- Och! - wes­tchnął, krę­cąc głową. - To szkoła, gdzie łamią chłop­com żebra. Zna­łem jed­nego, co aż dwa miał zgru­cho­tane, a małe to było dziecko. Nie przy­mie­rza­jąc, ile lat pani­czowi?

- Skoń­czy­łem osiem - odrze­kłem.

- Wła­śnie jak tam­ten. Gdy miał osiem lat i sześć mie­sięcy, zgru­cho­tali mu jedno żebro, a w dwa mie­siące póź­niej - dru­gie.

Nie mogłem skryć przed sobą ani też przed loka­jem wra­że­nia, jakie na mnie opo­wia­da­nie to wywarło, ani wstrzy­mać się od pyta­nia, jak mu te żebra zgru­cho­tano?

- Batami - brzmiała strasz­liwa odpo­wiedź, która by­naj­mniej nie pod­nio­sła mnie na duchu.

Odgłos dzwonka dyli­żansu prze­rwał dal­szą roz­mowę. Wsta­łem i, się­ga­jąc do kie­szonki, nie bez pew­nej cheł­pli­wo­ści z powodu posia­da­nej sakiewki, spy­ta­łem, jąka­jąc się, za co i ile mam zapła­cić?

- Za ćwiartkę papieru - odrzekł lokaj i spy­tał zaraz, czy mi się zda­rzyło kiedy kupo­wać papier.

Nie przy­po­mi­na­łem sobie.

- Kosz­towny to arty­kuł - twier­dził - zwłasz­cza w pew­nych oko­licz­no­ściach. U nas cena ćwiartki równe trzy pensy. Oto wszystko, nie licząc, oczy­wi­ście, fatygi. Atra­mentu, aha, atra­ment... no, niech moje prze­pad­nie.

- Wiele mam... wiele się należy... za fatygę? - beł­ko­ta­łem, rumie­niąc się po uszy.

- Gdy­bym nie miał rodziny - zawo­łał - i gdyby rodzina moja nie cho­ro­wała na ospę, nie wziął­bym i trzech gro­szy. Gdy­bym nie miał sta­rego ojca i mło­dej sio­stry, nie wziął­bym i gro­sza, a gdy­bym był dobrze opła­cany i kar­miony, zamiast brać, sam jesz­cze coś bym mógł ofia­ro­wać, lecz jadam czarny chleb i sypiam na węglach.

Roz­pła­kał się.

Współ­czu­łem jego nie­doli, zade­cy­do­wa­łem, że nie mogę dać mu mniej niż dzie­więć pen­sów. Poda­łem mu więc całego szy­linga. Przy­jął go z nie­skoń­czoną wdzięcz­no­ścią i uni­żo­no­ścią, pró­bu­jąc przy tym jed­nak pal­cem dźwięku monety.

Wsia­da­jąc do dyli­żansu, czu­łem się upo­ko­rzony cią­żą­cym na mnie posą­dze­niem, jako­bym sam zjadł tak suty obiad. Ostrze­gły mnie o tym słowa wyglą­da­ją­cej przez okno kobiety, która zle­ciła kon­duk­to­rowi, by czu­wał nad "chłop­cem, żeby nie pękł", jako też z żar­tów kuchen­nej dziewki, która wybie­gła przy­pa­trzyć się mnie niby potwo­rowi jakiemu. Lokaj nic a nic nie zawsty­dzony brał udział w ogól­nym podzi­wia­niu, co zachwiało nieco moje zaufa­nie, jakie żywi­łem do doro­słych. Czu­łem całą nie­spra­wie­dli­wość cią­żą­cego na mnie posą­dze­nia i bole­snych żar­tów, zamie­nia­nych pomię­dzy kon­duk­to­rem a woź­nicą, gdy dyli­żans z tru­dem ruszył z miej­sca. Wia­do­mość też o moim feno­me­nal­nym ape­ty­cie roze­szła się w mgnie­niu oka mię­dzy podróż­nymi, któ­rzy, śmie­jąc się, zapy­ty­wali mnie, ile za mnie pła­cić będą w szkole, podwójną czy potrójną cenę. Naj­gor­sze jed­nak było to, że czu­łem się głodny po lek­kim obie­dzie, a wsty­dzi­łem się jeść, kiedy się nada­rzyła spo­sob­ność. Toteż cier­pieć musia­łem głód przez całą noc. Na dobitkę, w pośpie­chu zapo­mnia­łem w gospo­dzie dane mi na drogę przez poczciwą Peg­gotty ciastka. Gdy dyli­żans zatrzy­mał się na popa­sie, nie śmia­łem siąść do wie­cze­rzy, cho­ciaż głód mi doku­czał dobrze. Usia­dłem przed ogniem smutny, a dokoła żar­to­wano ze mnie w naj­lep­sze. Pan jakiś, czer­wony i otyły, jedzący przez całą drogę i popi­ja­jący bez­u­stan­nie, zauwa­żył ochry­płym gło­sem, żem podobny do boa prze­żu­wa­ją­cego jed­no­ra­zową ucztę; powie­dziaw­szy to, kazał podać sobie por­cję woło­winy.

Wyje­cha­li­śmy z Yar­mo­uth o trze­ciej po połu­dniu, a przy­by­li­śmy do Lon­dynu dopiero naza­jutrz o ósmej rano. Było to pośród lata i wie­czór był prze­śliczny. Prze­jeż­dża­jąc przez wio­ski, wyobra­ża­łem sobie, jak wyglą­dają wnę­trza domów i ich miesz­kańcy, a gdy chłopcy bie­gli za nami, cze­pia­jąc się kół dyli­żansu, gubi­łem się w domy­słach, czy mają żyją­cych ojców i czy im dobrze w domu. Dużo też roz­my­śla­łem o miej­scu, ku któ­remu zmie­rza­li­śmy, i strach mnie zdej­mo­wał wielki. Wra­ca­łem też od czasu do czasu wspo­mnie­niem do domu, do Peg­gotty, a nie­uspo­ko­jone sumie­nie sta­wiało mi pyta­nie, jaki byłem przed uką­sze­niem pana Murd­stone, a jaki jestem teraz? Zda­wało mi się zresztą, że wypa­dek ten zda­rzył się już dawno, bar­dzo dawno temu.

Noc w dyli­żan­sie mniej była przy­jemna od wie­czoru. Sie­dzia­łem pomię­dzy dwoma podróż­nymi - jed­nym z nich był ów otyły jego­mość - któ­rzy śpiąc przy­gnia­tali mnie tak bar­dzo, że chwi­lami nie mogłem powstrzy­mać się od łez i cichego: "prze­pra­szam", które, budząc sąsia­dów moich, wpra­wiało ich w naj­gor­szy humor. Naprze­ciw mnie sie­działa wie­kowa dama otu­lona w futra, a w mroku podobna raczej do stogu siana niż do kobiety. Miała ona z sobą kosz, z któ­rym nie mogła sobie pora­dzić, dopóki go nie ulo­ko­wała pod mymi, uzna­nymi przez nią za krót­kie, nogami. Ugnia­tał on mnie i spra­wiał naj­więk­szą nie­wy­godę, a za każ­dym mym poru­sze­niem pobrzę­ki­wały w koszu szkła jakieś, na co wie­kowa dama, sztur­cha­jąc mnie w nogi, nazwała "wier­ci­piętą" i bro­niła mi ruszać się.

Na koniec słońce wstało i sen moich towa­rzy­szy stał się lżej­szy. Przez noc całą sapali i chra­pali na wszyst­kie tony. Teraz kolejno zaczęli się budzić, a ude­rzyło mnie mia­no­wi­cie to, że każdy utrzy­my­wał, iż nie spał wcale, i gnie­wał się, gdy twier­dzono prze­ciw­nie. Póź­niej zauwa­ży­łem nie­jed­no­krot­nie, że wśród licz­nych sła­bo­ści ludz­kich jest i sła­bość (do któ­rej, nie wiem dla­czego, ludzie przy­znają się nie­chęt­nie) - spa­nia w podróży.

Czym mi się Lon­dyn wydał widziany z daleka i jak wie­rzy­łem, że wszel­kie przy­gody moich boha­te­rów ulu­bio­nych na­dal się tam odgry­wają i powta­rzają, o tym mówić nie będę. Zbli­ża­li­śmy się doń stop­niowo od strony dziel­nicy Whi­te­cha­pel, gdzie­śmy się zatrzy­mali.

Kon­duk­tor, wysia­da­jąc z dyli­żansu, spoj­rzał na mnie i krzyk­nął gło­śno:

- Czy jest tu kto po mało­let­niego pasa­żera Murd­stone, z miej­sco­wo­ści Blun­der­stone w Suf­folk?

Nie było odpo­wie­dzi.

- Spy­taj pan: Cop­per­field - zauwa­ży­łem nie­śmiało.

- Czy jest kto dla spo­tka­nia mało­let­niego zapi­sa­nego pod nazwi­skiem Murd­stone, z Blun­der­stone w Suf­folk, który sam się mia­nuje Cop­per­fiel­dem? - powtó­rzył dono­śnie kon­duk­tor.

Nie, nie było nikogo. Spo­glą­da­łem nie­spo­koj­nie dokoła. Zna­lazł się tylko jakiś jed­no­oki jego­mość w kama­szach i ruszył kon­cep­tem, czy nie naj­sto­sow­niej byłoby nało­żyć mi naszyj­nik z nazwi­skiem i zapro­wa­dzić do stajni. Przy­sta­wiono do dyli­żansu dra­binę, zna­la­złem się tuż za panią w futrach, podobną do kopy siana, oglą­da­jąc się na jej kosz. Wkrótce dyli­żans opu­sto­szał, wynie­siono bagaże. Odprzę­gnięto konie, odcią­gnięto dyli­żans. Po zaku­rzo­nego pasa­żera z Blun­der­stone w Suf­folk nikt się nie zgła­szał.

Bar­dziej osa­mot­niony od Robin­sona Cru­soe, któ­rego opusz­cze­nie nie miało przy­naj­mniej świad­ków, wsze­dłem do gospody i na zapro­sze­nie urzęd­nika przy­sia­dłem na wadze do waże­nia bagaży. Tu, patrząc na paki, kosze, walizy, odda­łem się nie­we­so­łym roz­my­śla­niom, a mia­no­wi­cie, co pocznę, jeśli się nikt po mnie nie zgłosi? Jak mi tu długo pozwolą pozo­stać za sie­dem szy­lin­gów, które posia­dam? Czy noc spę­dzę w skła­dzie wraz z innymi baga­żami, a z rana myć się będę na dzie­dzińcu pod pompą, czy też wyrzucą mnie stąd przed nocą i będę musiał cze­kać, aż z rana znowu otwo­rzą sta­cję dyli­żan­sów. A kto wie, może to pan Murd­stone uło­żył tak dow­cip­nie plan pozby­cia się mnie raz na zawsze. Jeśli pozwolą mi tu pozo­stać, dopóki ist­nieć będą moje pie­niężne środki - myśla­łem - to może zatrzy­mają i dłu­żej, dopóki nie umrę z głodu. Narazi to wpraw­dzie urzęd­ni­ków dyli­żan­so­wej kom­pa­nii na koszta pogrzebu, ale cóż robić. A gdy­bym tak spró­bo­wał wró­cić pie­szo do domu? Jak tu nie zabłą­dzić! A zwłasz­cza czy mogę liczyć na czy­jeś przy­ja­zne przy­ję­cie... prócz Peg­gotty. Czy nie lepiej udać się wprost do władz i oświad­czyć mą goto­wość wstą­pie­nia do służby woj­sko­wej lub do mary­narki? Tylko czy prośba tak drob­nego chło­pię­cia zosta­nie uwzględ­niona?

Myśli te i tysiące innych, rów­nie nie­we­so­łych, warem zle­wały mi czoło, serce w pier­siach drę­twiało z nie­po­koju i nie wiem, jakby się to skoń­czyło, gdyby nie wszedł jakiś nie­znany jego­mość. Poroz­ma­wiał chwilę z urzęd­ni­kiem, który zaraz potem zdjął mnie z wagi i oddał nowo przy­by­łemu, jak gdy­bym był zwy­kłym pakun­kiem.

Wycho­dząc, spoj­rza­łem na mego prze­wod­nika, który trzy­mał mnie za rękę. Był to chudy, wybla­kły mło­dzie­niec z zapa­dłymi policz­kami i wło­sami nie­mal tak czar­nymi, jak pana Murd­stone. Do tego się jed­nak ogra­ni­czało podo­bień­stwo, gdyż brodę miał sta­ran­nie ogo­loną, a włosy nie lśniące, lecz zru­działe i suche. Ubrany był też w czarną odzież speł­złą i wytartą, przy­krótką i przy­cia­sną, koł­nierz zaś jego koszuli nie był pierw­szo­rzęd­nej bia­ło­ści. Nie przy­pusz­cza­łam wpraw­dzie, by się na tym koł­nierzyku koń­czyła jego bie­li­zna, był to wsze­lako jedyny widoczny ślad tako­wej.

- Jesteś naszym nowym uczniem? - spy­tał.

- Tak, panie - odrze­kłem, cho­ciaż nie byłem tego zupeł­nie pewny.

- Jestem jed­nym z nauczy­cieli z Salem House - rzekł.

Ukło­ni­łem się mu z usza­no­wa­niem i tak dalece wydało mi się nie­sto­sow­nym wspo­mi­nać o mym kuferku przed uczo­nym nauczy­cie­lem z Salem House, żeśmy ode­szli spory kawał drogi, zanim ośmie­li­łem się napo­mknąć coś o tym. Na mą nie­śmiałą uwagę, że kufe­rek może mi być potrzebny, wró­ci­li­śmy z powro­tem. Pan nauczy­ciel oświad­czył urzęd­ni­kowi, że po kufe­rek przyjdą w połu­dnie.

- Pro­szę pana - rze­kłem, gdy­śmy znów uszli spory kawał drogi - czy Salem House daleko?

- Tam za Blac­khe­ath - odrzekł.

- Czy to daleko? - spy­ta­łem raz jesz­cze.

- Kawał drogi, będzie mil ze sześć, poje­dziemy dyli­żan­sem.

Byłem tak zmę­czony i osła­biony, że sama myśl zro­bie­nia jesz­cze sze­ściu mil drogi prze­ra­żała mnie. Ośmie­li­łem się wyznać, że nie mia­łem nic w ustach od dnia wczo­raj­szego i że bar­dzo był­bym wdzięczny, jeśliby mi pozwo­lił coś gdzieś prze­ką­sić. Pro­po­zy­cja moja zdzi­wiła go widocz­nie, gdyż przy­sta­nąw­szy wpa­trzył się we mnie bacz­nie i dopiero po chwili powie­dział, że zna pewną sta­ruszkę miesz­ka­jącą w pobliżu i że naj­le­piej będzie wstą­pić do niej na szklankę mleka i kupić tro­chę chleba lub coś podob­nego, byle coś zdro­wego.

Zaszli­śmy do kramu pie­ka­rza, gdzie mnie nęciły różne przy­smaki, na kupno któ­rych nauczy­ciel nie chciał pozwo­lić. Skoń­czyło się na por­cji czar­nego chleba, za którą zapła­ci­łem trzy pensy. W dru­gim skle­piku kupi­li­śmy jajko i kawał żyla­stej szynki, wycią­gną­łem dru­giego z mych lśnią­cych szy­lin­gów, a po otrzy­ma­niu spo­rej reszty podzi­wia­łem taniość życia w Lon­dy­nie. Tym­cza­sem weszli­śmy w ulice pełne gwaru i hałasu i doszli­śmy do wiel­kiego mostu, któ­rego nazwę mi nauczy­ciel powie­dział, lecz byłem odu­rzony i na wpół senny. Wresz­cie sta­nę­li­śmy przed nędz­nym domo­stwem - przy­tuł­kiem dla ubo­gich, jak się o tym dowie­dzia­łem z napisu umiesz­czo­nego nad bramą. Przy­tu­łek ów był zało­żony dla dwu­dzie­stu pię­ciu ubo­gich kobiet, jak brzmiał napis.

Nauczy­ciel naci­snął klamkę drzwi poma­lo­wa­nych na czarno i weszli­śmy do izdebki jed­nej z owych dwu­dzie­stu pię­ciu ubo­gich kobiet, która wła­śnie roz­nie­cała ogień na kominku. Na widok nauczy­ciela sta­ruszka opu­ściła miech, mru­cząc coś jak "mój Karolku", lecz dostrze­gł­szy mnie, zamil­kła i spiesz­nie pochy­liła się w ukło­nie.

- Pro­sił­bym o ugo­to­wa­nie śnia­da­nia temu mło­dzień­cowi - ozwał się nauczy­ciel.

- Zapewne, natych­miast - odrze­kła sta­ruszka.

- Jak zdro­wie pani Fib­bit­son? - pytał nauczy­ciel, spo­glą­da­jąc na drugą kobietę, otu­loną sza­lami i sie­dzącą w głę­bo­kim fotelu przy kominku.

- O! Źle, bar­dzo źle - uty­ski­wała sta­ruszka. - Pewna jestem, że gdyby ogień zagasł, zga­słaby też nie­ba­wem.

Oboje patrzyli na nią i ja za nimi. Cho­ciaż dzień był gorący, pani Fib­bit­son myślała widocz­nie tylko o ogniu i zda­wała się zazdro­ścić sto­ją­cemu na nim ron­del­kowi. Zro­zu­miała zapewne, że jajko gotu­jące się w nim było moją wła­sno­ścią, gdyż korzy­sta­jąc z odwró­co­nej uwagi nauczy­ciela i sta­ruszki wycią­gnęła ku mnie wska­zu­jący palec. Słońce wpa­dało wpraw­dzie przez okno, lecz, odwró­cona do niego ple­cami, wpa­try­wała się tylko w komi­nek i roze­śmiała się gło­śno, cho­ciaż by­naj­mniej nie melo­dyj­nie, gdy pod­sy­cany ogień wybuch­nął żywiej.

Usia­dłem do mych jaj, chleba, szynki i mleka i zaja­da­łem w naj­lep­sze, a tym­cza­sem sta­ruszka ozwała się do nauczy­ciela:

- Czy flet przy­nie­siony?

- Przy­nie­siony - odrzekł.

- Warto by spró­bo­wać - zauwa­żyła sta­ruszka.

Nauczy­ciel się­gnął ręką za sur­dut i wydo­był flet w trzech czę­ściach, które natych­miast zło­żył. Teraz jesz­cze myślę, że nikt chyba na świe­cie nie grał gorzej od niego. Z fletu wydo­by­wał naj­ostrzej­sze tony, jakie kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem. Nie wiem już, co grał, wiem tylko, że muzyka ta roz­bu­dziła wszyst­kie moje żale i do łez pobu­dziła, odjęła mi ape­tyt i w końcu mnie uśpiła. Oczy mi się kle­iły, kiwa­łem się tam i z powro­tem na krze­śle i pomału izdebka, komin, otwarta w kącie szafa, nie­liczne twarde krze­sła, schody wio­dące do izdebki na pod­da­szu i trzy pawie pióra zatknięte nad komin­kiem (podzi­wia­łem je zrazu, pyta­jąc sie­bie, co paw myślałby, gdyby wie­dział, do czego słu­żyć będą jego ozdoby) - wszystko to zni­kło mi z oczu - zasną­łem. Nie sły­sza­łem też fletu, a nato­miast śniło mi się, że jestem w dyli­żan­sie, któ­rego tar­gnię­cie zbu­dziło mnie nagle. Otwo­rzy­łem sze­roko oczy. Nauczy­ciel sie­dział z zało­żo­nymi jedna na drugą nogami i grał spo­koj­nie, a obie sta­ruszki słu­chały jak w zachwy­ce­niu. I to mi wkrótce zni­kło z oczu, flet, nauczy­ciel, sta­ruszki, Salem House, sam nawet Dawid Cop­per­field, wszystko to zma­zał głę­boki sen.

Śniło mi się (myśla­łem, że to sen), że nauczy­ciel przy­gry­wał na fle­cie, a sta­ruszka w zachwy­cie zbli­żała się do niego coraz bar­dziej, pochy­lała się nad nim coraz bli­żej, aż ujęła go za szyję i uca­ło­wała, co natu­ral­nie prze­rwało grę. Musia­łem pozo­sta­wać mię­dzy snem a czu­wa­niem, gdyż istot­nie nastą­piła prze­rwa w grze nauczy­ciela, a kiedy począł znów dąć w flet, sły­sza­łem wyraź­nie sta­ruszkę mówiącą do pani Fib­bit­son: "A co? Prze­cud­nie", na co ta ostat­nia odpo­wie­działa: "Oj, tak, tak", kiwa­jąc zwró­coną do ognia głową.

Z drzemki wyrwał mnie osta­tecz­nie nauczy­ciel, który, zło­żyw­szy i scho­waw­szy flet za sur­dut, wywiódł mnie z izdebki. Wkrótce wsie­dli­śmy do omni­busu, gdzie zasną­łem znowu, mając nie­ja­sne poję­cie o dro­dze wśród pól zie­lo­nych, któ­rą­śmy jechali. Zbu­dzi­łem się dopiero, gdy omni­bus zatrzy­mał się w pobliżu, jak się domy­śla­łem, celu naszej podróży. Po przej­ściu kil­ku­set kro­ków sta­nę­li­śmy przed zakła­dem Salem House. Ponury ten budy­nek oto­czony był murem z cegły, a nad wej­ściem wid­niała tablica z napi­sem "Salem House".

Za ude­rze­niem dzwonka uka­zała się w zakra­to­wa­nym okienku głowa, która przy otwar­ciu drzwi oka­zała się wła­sno­ścią sil­nego męż­czy­zny, z szyją buhaja, drew­nianą nogą, obwią­za­nym czo­łem i krótko przy­strzy­żo­nymi wło­sami.

- Nowy uczeń - rzekł nauczy­ciel.

Męż­czy­zna na szczu­dle obej­rzał mnie, co mu wiele czasu nie zabrało, wpu­ścił nas, po czym zamknął bramę i wycią­gnął klucz. Szli­śmy już pomię­dzy drze­wami, gdy krzyk­nął za nami:

- Stój!

Zatrzy­ma­li­śmy się. Stał z parą butów w ręku na progu zamiesz­ki­wa­nej prze­zeń izdebki przy bra­mie.

- W cza­sie nie­obec­no­ści pań­skiej, panie Mell - wołał - przy­cho­dził tu ten par­tacz i kazał powie­dzieć panu, że nie może już ich zała­tać. Nie ma tu już ani kawałka daw­nej skóry.

Mówiąc to rzu­cił buty za panem Mell, który cof­nął się o kilka kro­ków dla pod­ję­cia obu­wia, po czym zaczął bacz­nie przy­pa­try­wać się butom. Zauwa­ży­łem przy tym, że i te, które miał na nogach, wyglą­dały nie­wiele lepiej.

Salem House był to budy­nek ciężki, kwa­dra­towy, ze skrzy­dłami, wygląd miał pusty i ogo­ło­cony. Pano­wała tu taka cisza, żem spy­tał pana Mell, czy ucznio­wie są w szkole. Odpo­wie­dział mi ze zdzi­wie­niem, że jest to czas waka­cji i że ucznio­wie roz­je­chali się do swych domów. Pan Cre­akle zaś, wła­ści­ciel i prze­ło­żony szkoły, bawi z żoną i córką nad morzem, mnie przy­słano tu w cza­sie waka­cji za karę. Wszystko to obja­śnił mi, wio­dąc do głów­nego budynku.

Klasa, do któ­rej weszli­śmy, wydała mi się nie­zmier­nie smutna i ponura. Była to wielka, długa sala z trzema rzę­dami ławek i pul­pi­tów, z hakami do wie­sza­nia kape­lu­szy i tabli­czek. Na brud­nej pod­ło­dze walały się skrawki papieru, a na sto­łach papie­rowe domki dla jedwab­ni­ków. Parę bia­łych myszek, opusz­czo­nych przez swych wła­ści­cieli, bie­gało w klat­kach z drutu i tek­tury, próżno szu­ka­jąc poży­wie­nia. Pta­szek zamknięty w nie­wiele od sie­bie więk­szej klatce trze­po­tał gwał­tow­nie skrzy­dłami, wska­ku­jąc i zeska­ku­jąc z prę­cika, nie śpie­wał jed­nak wcale. W sali tej czuć było zapach stę­chli­zny, kurzu i zbu­twia­łych ksią­żek; tyle było zaś tu śla­dów po atra­men­cie, jak gdyby sala nie posia­dała sufitu i dachu, a nie­biosa zamiast desz­czu, gradu, śniegu zsy­łały tu atra­men­towe ulewy.

Oglą­da­łem to wszystko, pozo­sta­wiony w kla­sie przez pana Mell, który poszedł zanieść na górę swe nie­po­ła­tane obu­wie. Roz­glą­da­jąc się, dostrze­głem tek­tu­rową tabliczkę ozdo­bioną dosko­na­łym kali­gra­ficz­nym napi­sem: "Bacz­ność, kąsa!".

Odsko­czy­łem wyobra­ża­jąc sobie, że pod sto­łem sie­dzi wście­kłe jakieś psi­sko. Nie mogąc jed­nak doj­rzeć go, gubi­łem się w domy­słach, gdy nad­szedł pan Mell, pyta­jąc mnie, co pora­biam.

- Szu­kam tego psa - odrze­kłem.

- Psa? Jakiego psa?

- A tego.

- Jakiego?

- Któ­rego trzeba się strzec, bo kąsa.

- Mylisz się, Cop­per­fiel­dzie - rzekł pan Mell z powagą - to nie jest pies, tylko chłop­czyk. Zle­cono mi wła­śnie zawie­sić ci na ple­cach tę tabliczkę. Przy­kro mi jest ogrom­nie, lecz muszę zle­ce­nia doko­nać.

Mówiąc to, zawie­sił mi na ple­cach ową tabliczkę, którą odtąd wszę­dzie musia­łem za sobą dźwi­gać. Jak upo­ko­rzony się czu­łem, ile cier­pia­łem, nie potra­fię wyra­zić. Czy byłem czy nie na oczach ludz­kich, cią­gle wyobra­ża­łam sobie, że ktoś czyta ów napis, i próżno obra­ca­łem się nie­spo­kojny na wszyst­kie strony - uciec od prze­śla­du­ją­cej mnie zmory nie mogłem, ów pedel czy stróż na szczu­dle powięk­szał jesz­cze mą nie­dolę, gdyż jeśli tylko opar­łem się o drzewo, o ścianę, wyska­ki­wał ze swej nory przy bra­mie, woła­jąc:

- Panie! Hola! Cop­per­field, pro­szę się nie kryć, bo doniosę.

Ogród był zresztą otwarty, wycho­dziły nań tyły domu i budynki gospo­dar­skie, wie­dzia­łem, że słu­żący, kucharka, pie­karz, zgoła każdy, kto wcho­dził na teren szkoły, czy­tał wiszące na mym karku ostrze­że­nie i dowia­dy­wał się, że kąsam. Nabie­ra­łem wstrętu do samego sie­bie. Sta­wa­łem się istot­nie na poły dzi­kim, zdol­nym kąsać dziec­kiem.

Na bra­mie ogro­do­wej ucznio­wie mieli widać zwy­czaj wyrzy­na­nia i wypi­sy­wa­nia swo­ich nazwisk. Czy­ta­jąc je, drża­łem na samą myśl o powro­cie z waka­cji przy­szłych mych kole­gów, powta­rza­jąc sobie za każ­dym nowym nazwi­skiem: "I ten prze­czyta: Bacz­ność, kąsa!". Było zwłasz­cza kil­ka­krot­nie i głę­biej od innych wyryte nazwi­sko nie­ja­kiego J. Ste­er­for­tha. Wyobra­ża­łem sobie, jak gru­bym prze­czyta to gło­sem i jak mnie potem wytarga za włosy. Znów nie­jaki Tom Trad­dles, pewien byłem, iż będzie się natrzą­sał, uda­jąc, że się mnie boi, a J. Dem­ple wyśpiewa to na wszyst­kie tony. Widzia­łem sie­bie: biedną, drobną istotkę, chło­staną wzro­kiem i śmie­chem wszyst­kich tych chło­pa­ków - pan Mell mówił mi, że było ich w szkole aż czter­dzie­stu pię­ciu - gonioną precz do wię­zie­nia, z wrza­skiem jed­no­brz­mien­nym: "Bacz­ność, kąsa!".

Podobne nie­po­koje i męki budził we mnie widok pustych ławek, pul­pi­tów i pustych sypialni. We dnie i w nocy nie mia­łem spo­koju. Śniło mi się cza­sem, że jestem z moją matką lub że się udaję do pana Peg­gotty, spo­ty­kam Emilkę, jadę dyli­żan­sem, jem obiad w towa­rzy­stwie kel­nera w gospo­dzie, lecz zawsze, zawsze koń­czyło się na tym, że każdy z nich cofał się, spo­strze­gł­szy wywie­szony na mych ple­cach napis.

Samot­ność, na jaką byłem ska­zany w pustej w cza­sie waka­cyj­nym szkole, zdwa­jała jesz­cze te tor­tury. Codzien­nie przy tym mie­wa­łem lek­cje z panem Mell. Szły mi dobrze, gdyż nie było przy mnie pana i panny Murd­stone. Po lek­cjach prze­cha­dza­łem się po ogro­dzie, strze­żony przez stróża z drew­nianą nogą. Jak dobrze pamię­tam wil­goć pustego domo­stwa, zaple­śniałe kamie­nie dzie­dzińca, stud­nię, bladą zie­leń rzad­kich drzew tak wybla­kłą, że zda­wała się być ską­pana w rzę­sist­szych niż gdzie­kol­wiek indziej dżdżach, nie­do­tkniętą żad­nym, bodaj nikłym pro­mie­niem słońca. Punk­tu­al­nie o pierw­szej sia­da­li­śmy we dwóch z panem Mell do stołu w ogrom­nej, pustej kom­na­cie, prze­po­jo­nej zapa­chem tłusz­czu. Po obie­dzie odby­wa­li­śmy lek­cje aż do her­baty, którą o szó­stej pan Mell pijał w błę­kit­nej fajan­so­wej fili­żance, ja zaś w kubku. Przez dzień cały pan Mell, sie­dząc za sto­łem, pra­co­wał nad rachun­kami, jak się potem dowie­dzia­łem, z minio­nego pół­ro­cza. Wie­czo­rem gry­wał na fle­cie z zapa­łem i jak zwy­kle fał­szy­wie.

We wspo­mnie­niach widzę moją drobną postać sie­dzącą w mrocz­nej sali, z głową opartą na ręku, nad kaje­tem lub książką - zasłu­chaną w muzykę pana Mell. Po lek­cjach widzę znów sie­bie jako cier­pli­wego słu­cha­cza jego muzy­kal­nych popi­sów, marzą­cego jed­no­cze­śnie smęt­nie o domu, matce lub o łodzi pana Peg­gotty w Yar­mo­uth. Widzę puste sypial­nie i drobną mą osobę pła­czącą cicho w łóżku z tęsk­noty za piesz­czotą i cie­płym słów­kiem Peg­gotty. Z rana, spo­glą­da­jąc przez otwarte okno na dzwon wiszący u bramy i na cho­rą­giewkę na dachu krę­cącą się w kie­runku wia­tru, drża­łem na myśl, że wśród pustych ścian zjawi się J. Ste­er­forth z towa­rzy­szami i stróż na szczu­dle otwo­rzy wrota samemu panu Cre­akle. Bałem się nie tych nie­zna­jo­mych, lecz wiszą­cej na mych ple­cach tabliczki, którą nie­zna­jomi ci zaraz na wstę­pie prze­czy­tać mieli.

Pan Mell był mało­mówny, lecz łagod­nie się ze mną obcho­dził. W mil­cze­niu dotrzy­my­wa­li­śmy sobie wza­jem­nie towa­rzy­stwa. Zapo­mnia­łem zano­to­wać, że były chwile, w któ­rych ten mało­mówny czło­wiek mówił sam do sie­bie, mru­czał, zaci­skał pię­ści, zgrzy­tał zębami i tar­gał się za włosy. Lęka­łem się tego z początku, wkrótce jed­nak przy­wy­kłem do jego dzi­wactw.

Rozdział VI

Roz­sze­rzam koło mych zna­jo­mo­ści

?

Od mie­siąca wio­dłem mniej wię­cej podobną egzy­sten­cję, gdy stróż o szczu­dle zaczął się uwi­jać ze szczotką, ścier­kami i wodą po całym domo­stwie, co nie­wąt­pli­wie zwia­sto­wało bli­skie zja­wie­nie się pana Cre­akle i uczniów. Mie­ści­li­śmy się z panem Mell, jak mogli­śmy, po kątach, zmy­ka­jąc przed szczotką, wodą, dwoma czy trzema kobie­tami szo­ru­ją­cymi pod­łogi, ławki, stoły i tuma­nami kurzu prze­peł­nia­ją­cymi Salem House.

Pew­nego poranku pan Mell oznaj­mił mi, że pan Cre­akle ocze­ki­wany jest tegoż dnia; istot­nie przy­był pod wie­czór, a po pod­wie­czorku stróż na szczu­dle zawe­zwał mnie do niego.

Część domu, którą wraz z rodziną swą zamiesz­ki­wał, była o wiele wygod­niej­sza i wytwor­niej­sza od prze­zna­czo­nej dla uczniów. Ogró­dek, na który wycho­dziły okna jego miesz­ka­nia, nie był tak pusty i opusz­czony, jak nasz dzie­dzi­niec, gdzie wiel­błąd lub dro­ma­der w minia­tu­rze czu­liby się jak w domu. Dzi­wię się zresztą, żem prze­cho­dząc zdo­łał jed­nak zauwa­żyć to wszystko, gdy sama myśl o sta­wie­niu się przed obli­czem pana Cre­akle napeł­niała mnie takim stra­chem, że wpro­wa­dzony do jego gabi­netu nie spo­strze­głem obec­nych tam pani ani panny Cre­akle, tylko samego pana, tęgiego męż­czy­znę z nie­zli­czoną ilo­ścią bre­lo­ków przy łań­cu­chu od zegarka, sie­dzą­cego w fotelu przy stole, na któ­rym stał kie­lich i butelka.

- Hm - mruk­nął - to jest ten mło­dzie­niec, któ­rego ząbki mają być przy­pi­ło­wane. Pro­szę go odwró­cić.

Stróż obró­cił mnie, a zosta­wiw­szy panu Cre­akle dość czasu na prze­czy­ta­nie gnio­tą­cego mi barki napisu, obró­cił mnie znów twa­rzą do pana Cre­akle. Wła­ści­ciel Salem House miał dumny wyraz twa­rzy, oczy małe i głę­boko osa­dzone, czoło pomarsz­czone, nos nie­duży, potężny kark, łysy był przy tym, jeśli nie liczyć pasma szpa­ko­wa­tych wło­sów scze­sa­nych na skro­nie. Naj­bar­dziej jed­nak ude­rzyło mnie to, że zda­wał się być pozba­wio­nym głosu; mówił cicho, z widocz­nym wysił­kiem. Musiało go to gnie­wać, gdyż czoło mu się przy lada ust poru­sze­niu marsz­czyło jesz­cze bar­dziej.

- Coście w nim zauwa­żyli? - spy­tał stróża, wska­zu­jąc na mnie.

- Dotąd nic szcze­gól­nego - odrzekł zagad­niony - nie było spo­sob­no­ści. - Nie podo­bało się to widocz­nie panu Cre­akle, lecz nato­miast musiało się podo­bać pani i pan­nie Cre­akle, obu szczu­płym kobie­tom, na które ośmie­li­łem się pod­nieść swój wzrok.

- Bli­żej, chłop­cze - ski­nął na mnie pan Cre­akle.

- Bli­żej - zako­men­de­ro­wał czło­wiek o drew­nia­nej nodze.

- Mam zaszczyt - bio­rąc mię za ucho, mówił pan Cre­akle - znać twego ojczyma. Czło­wiek to wielce zacny, obda­rzony nie­po­spo­li­tym har­tem duszy. Znamy się z sobą dobrze; a czy ty znasz mnie? - i uszczyp­nął mnie żar­to­bli­wie, lecz bole­śnie w ucho.

- Jesz­cze nie, panie - wyją­ka­łem.

- Jesz­cze nie! Ha! Poznamy się prędko.

- Prędko - powtó­rzył pedel, który, jak się prze­ko­na­łem potem, był pośred­ni­kiem pomię­dzy panem Cre­akle i uczniami.

Umie­ra­jąc ze stra­chu i czu­jąc, jak mię pali usta­wicz­nie przez pana Cre­akle tar­gane ucho, zapew­nia­łem, że nie wąt­pię, iż się poznamy.

- Powiem ci od razu, kim jestem - cią­gnął, pusz­cza­jąc wresz­cie moje ucho. - Jestem Rzy­mia­ni­nem.

- Rzy­mia­ni­nem - potwier­dził kulawy pedel.

- Słowa dotrzy­muję, a kiedy raz coś powiem, to już musi być to co do joty speł­nione.

- Musi być wypeł­nione...

- Woli mojej nikt nie śmie się sprze­ci­wić. Obo­wią­zek przede wszyst­kim, przede wszyst­kim. Wyrzeknę się - tu spoj­rzał na żonę - wła­snej krwi, jeśliby mi się śmiała sprze­ci­wiać.

Tu zwró­cił się do pedla z pyta­niem:

- Czy był z powro­tem ten chło­pak?

- Nie był.

- Nie był, wie, z kim ma do czy­nie­nia, prze­czuł. Niech mi się nie nawija pod rękę - tu spoj­rzał znów na żonę - bo mu się dam we znaki. Teraz wiesz już, mój mały, z kim masz do czy­nie­nia, możesz odejść.

Ucie­szyło mnie to pozwo­le­nie, tym bar­dziej że pani i panna Cre­akle ocie­rały łzy, co budziło me współ­czu­cie. Mia­łem jed­nak pewną prośbę, toteż ośmie­li­łem się prze­mó­wić.

- Panie...

Odwró­cił się, spoj­rzał pio­ru­nu­jąco.

- Panie - mówi­łem, drżąc cały - gdyby tak można było i zanim ucznio­wie zjadą się, zdjąć mi z ple­ców ten... ten... zapew­niam pana, że żałuję... że się popra­wię... popra­wi­łem...

Czy to w pośpie­chu, czy po to, aby mnie prze­stra­szyć, pan Cre­akle porwał się z fotela tak, że nie cze­ka­jąc skutku mej prośby i wyprze­dziw­szy pedla, drap­ną­łem aż do sypialni, gdzie, nie docze­kaw­szy się pogoni, poło­ży­łem się, lecz minęło dobre dwie godziny, zanim się uspo­ko­iłem i zdo­ła­łem zasnąć.

Naza­jutrz rano zja­wił się pan Sharp, star­szy nauczy­ciel, któ­rego tylko pomoc­ni­kiem był pan Mell. Ten ostatni jadał z uczniami, pod­czas gdy tam­ten dopusz­czony był do stołu samego pryn­cy­pała. Pamię­tam go jako małego, szczu­płego czło­wieka, z wiel­kim nosem i prze­chy­loną na jedno ramię głową, co robiło wra­że­nie, jak gdyby mu ona cię­żyła. Włosy miał mięk­kie i kędzie­rzawe. Z cza­sem dowie­dzia­łem się od jed­nego z kole­gów, że była to peruczka, licha zresztą, którą co nie­dziela kazał fry­zo­wać.

Infor­ma­cji tych udzie­lił mi Tommy Trad­dles, który pierw­szy powró­cił z waka­cji. Przed­sta­wił mi się jako ten, któ­rego imię wyryte stoi na bra­mie ogrodu po pra­wej stro­nie, pierw­sze z góry - na co powie­dzia­łem mu: "Trad­dles!" i zna­jo­mość została zawią­zana. Było to dla mnie praw­dzi­wym szczę­ściem, że się pierw­szy zja­wił w szkole. Wywie­szony na mych ple­cach napis zaba­wił go nie­skoń­cze­nie, toteż oszczę­dził mi wsty­dli­wego kry­cia się uprze­dza­jąc każ­dego z przy­by­wa­ją­cych towa­rzy­szy, że jest nowy "figiel". Wszy­scy zresztą, wra­ca­jąc z waka­cji do szkoły, byli bez humoru i o wiele mniej skłonni do natrzą­sa­nia się ze mnie, niż się tego spo­dzie­wa­łem. Nie­któ­rzy wpraw­dzie ota­czali mnie kołem, ska­cząc i wyjąc niby banda dzi­kich Indian, pod­czas gdy inni, nie mogąc się oprzeć poku­sie trak­to­wa­nia mnie jak psa, wołali: "Pójdź, Tow­zer, do nogi", co mnie bolało wpraw­dzie, ale na ogół jed­nak cała sprawa w rze­czy­wi­sto­ści nie była tak straszna, jak prze­wi­dy­wa­łem. Jed­nakże aż do przy­jazdu J. Ste­er­for­tha nie zosta­łem wta­jem­ni­czony i wcią­gnięty do brac­twa kole­żeń­skiego. Gdy przy­była ta przy­stojna, zdolna, jak mówiono, i o pół tuzina lat star­sza ode mnie oso­bi­stość, sta­wić się przed nim musia­łem jak przed sędzią. Roz­py­ty­wał mnie o wszyst­kie szcze­góły wypadku, któ­rego widoczne następ­stwa dźwi­ga­łem na ple­cach, a wyba­daw­szy mnie nale­ży­cie raczył oświad­czyć, że była to "dobra sztuka", za co mu nie­skoń­cze­nie byłem wdzięczny.

- Wiele masz pie­nię­dzy? - zaczął, bio­rąc mnie pod swą opiekę i spa­ce­ru­jąc ze mną po dzie­dzińcu.

Powie­dzia­łem mu, że mam aż sie­dem szy­lin­gów.

- Oddał­byś je mnie na scho­wa­nie - zade­cy­do­wał - natu­ral­nie, jeśli ci się to podoba, jeśli nie, możesz sam je sobie scho­wać.

Natu­ral­nie przy­sta­łem na tę uprzejmą i przy­ja­ciel­ską pro­po­zy­cję, wrę­cza­jąc mu całą zawar­tość danego mi przez Peg­gotty woreczka.

- Czy chciał­byś kupić coś teraz? - spy­tał.

- Nie, dzię­kuję! - odpo­wie­dzia­łem.

- Jeśli ci czego potrzeba, piśnij tylko słówko.

- Nie, dzię­kuję panu.

- Może byś chciał wydać parę szy­lin­gów na bute­leczkę wina porzecz­ko­wego, którą wysu­szy­li­by­śmy w sypialni - i dodał - Będziemy, sły­szę, sypiać w tym samym pokoju.

Nie pomy­śla­łem o tym przed­tem, zgo­dzi­łem się więc chęt­nie na pro­po­zy­cję.

- Wybor­nie! A czy nie warto by kupić i nieco cia­stek z mig­da­łami?

Zgo­dzi­łem się i na to.

- Tro­chę suchar­ków i owo­ców także. Wynie­sie to też parę szy­lin­gów. Co ty, mały, na to?

Uśmie­cha­łem się, gdyż i Ste­er­forth się uśmie­chał. Czu­łem się jed­nak jakoś nie­swojo.

- Wybor­nie! - zawo­łał. - Musimy cię nacią­gnąć, ile się da. Licz na mnie. Mogę wycho­dzić, ile mi się podoba, i podej­muję się dostar­czyć żyw­ność do for­tecy.

Mówiąc to, scho­wał moje pie­nią­dze do wła­snej kie­szeni, uspo­ka­ja­jąc, że wszystko dobrze pój­dzie.

Dotrzy­mał słowa. Wyrzu­ca­łem sobie wpraw­dzie, że trwo­nię dane mi przez matkę pie­nią­dze, ale pocie­sza­łem się, żem przy­naj­mniej scho­wał kawa­łek papieru, w który były zawi­nięte. Gdy­śmy się wie­czo­rem zeszli w sypialni, Ste­er­forth roz­ło­żył na mej koł­drze, w świe­tle księ­ży­co­wych pro­mieni, całą ucztę, którą nazwał "kró­lew­ską".

Nie czu­jąc się na siłach, by czy­nić honory, pro­si­łem go, aby uczy­nił to za mnie, na co raczył się łaska­wie zgo­dzić i sie­dząc na moich podusz­kach, roz­dzie­lał żyw­ność i wino małym, będą­cym jego wła­sno­ścią kie­lisz­kiem. Co do mnie, sie­dzia­łem po lewej jego stro­nie, inni zaś chłopcy posia­dali, jak mogli, na ziemi i pobli­skich łóż­kach.

Jakże żywo pamię­tam tę noc, ciche nasze szepty (prawdę mówiąc, inni mówili, ja słu­cha­łem), pro­mień księ­życa wpa­da­jący przez okno i oświe­tla­jący część pokoju, gdy całość nurzała się w cie­niu, od czasu do czasu roz­świe­co­nym fos­fo­rycz­nym świa­tłem zapałki, kiedy Ste­er­forth szu­kał cze­goś dokoła sie­bie. Ogar­nia mnie na powrót tajem­ni­czy nastrój na wspo­mnie­nie owych ciem­no­ści, uczty spo­ży­wa­nej ukrad­kiem, roz­mów szep­tem, któ­rych słu­cha­łem, jakby to było coś uro­czy­stego, i uczu­cia rado­ści, że mam tuż obok sie­bie towa­rzy­szy, lęku (cho­ciaż wtó­ro­wa­łem ogól­nemu śmie­chowi), gdy Trad­dles utrzy­my­wał, że dostrzegł w kącie stra­cha.

Dowie­dzia­łem się przy tej spo­sob­no­ści tysiąca szcze­gó­łów doty­czą­cych szkoły. Dowie­dzia­łem się, że pan Cre­akle słusz­nie nazywa sie­bie "Rzy­mia­ni­nem"; był to naj­sroż­szy z prze­ło­żo­nych i na kształt kar­ta­cza roz­bi­jał uczniów. Był zresztą nie­ukiem, umie­ją­cym tylko bić (jak utrzy­my­wał Ste­er­forth); hodowcą chmielu, który dopiero po zban­kru­to­wa­niu na tym chmie­lo­wym inte­re­sie i po roz­trwo­nie­niu fun­du­szu żony umy­ślił otwo­rzyć szkołę. Nasłu­cha­łem się wielu takich i tym podob­nych rze­czy, dzi­wiąc się tylko, skąd o tym wszyst­kim towa­rzy­sze moi tak dokład­nie mogli wie­dzieć.

Dowie­dzia­łem się, że pedel na szczu­dle, który nazy­wał się Tun­gay, był bar­ba­rzyńcą dopo­ma­ga­ją­cym nie­gdyś panu Cre­akle w jego chmie­lo­wych spra­wach, uwa­ża­nym przez uczniów za zaprze­daną mu duszę. Nogę stra­cił, zapewne słu­żąc prze­ło­żo­nemu w nie­czy­stych jakichś spra­wach, i znał tajem­nice życia pana Cre­akle. Z wyjąt­kiem tego ostat­niego Tun­gay uwa­żał szkołę całą, uczniów i nauczy­cieli za natu­ral­nych swych wro­gów i naj­mil­szą jego roz­rywką było pła­ta­nie im figli. Dowie­dzia­łem się, że pan Cre­akle ma syna jedy­naka, który, że nie nale­żał do liczby przy­ja­ciół pedla, a ojcu odwa­żył się sta­wić opór i robić uwagi z powodu zbyt sro­giego obcho­dze­nia się tak z uczniami, jak i z żoną, został wypę­dzony z rodzi­ciel­skiego domu, co było przy­czyną usta­wicz­nego smutku jego matki i sio­stry.

Lecz w tym wszyst­kim, co mi o prze­ło­żo­nym opo­wia­dano, naj­bar­dziej zdzi­wiło mnie to, że był w szkole ktoś, nad kim ni­gdy nie zacię­żyła jego pra­wica. Tym wyjąt­kiem był nikt inny tylko Ste­er­forth. Ten ostatni potwier­dził ów zdu­mie­wa­jący fakt, doda­jąc, że tego by tylko bra­ko­wało. Gdy któ­ryś z mniej dziar­skich mal­ców spy­tał go, co by jed­nak w danym razie począł, to oświad­czył, zapa­la­jąc, dla sil­niej­szego zapewne efektu, zapałkę, że poło­żyłby prze­ło­żo­nego na miej­scu ude­rze­niem wiel­kiego kała­ma­rza sto­ją­cego w kla­sie na kominku. Wstrzy­mu­jąc dech w pier­siach, sie­dzie­li­śmy czas jakiś w ciem­no­ściach.

Dowie­dzia­łem się, że tak pan Sharp, jak pan Mell nędz­nie byli wyna­gra­dzani, a pan Sharp u stołu pana domu dosta­wał same nie­do­gryzki, że mu jego peruka wcale nie do twa­rzy i że nie powi­nien się nią chwa­lić, bo i tak dobrze widać z tyłu jego wła­sne rude włosy.

Dowie­dzia­łem się, że jeden z uczniów, syn han­dla­rza węglem, uczył się w zamian za dostar­cza­nie tego arty­kułu, czemu zawdzię­czał prze­zwi­sko "han­del zamienny"; że podłe piwo było okra­da­niem rodzi­ców, a pud­ding czczym sło­wem. Dowie­dzia­łem się, że panna Cre­akle kocha się na zabój w Ste­er­for­cie, w co od razu uwie­rzy­łem, przy­po­mi­na­jąc sobie, gdym sie­dział w ciem­no­ściach, jego piękną twarz, falu­jące włosy, wytworne maniery i wsłu­chu­jąc się w jego melo­dyjny głos. Dowie­dzia­łem się, że pan Mell to w grun­cie rze­czy poczciwy chło­pak, a goły jak święty turecki, syn żebraczki czy tam coś podob­nego. Przy­po­mniało mi się śnia­da­nie w izdebce przy­tułku, sta­ruszka, któ­rej się wyrwało: "mój Karo­lek". Szczę­ściem, zatrzy­ma­łem tym razem język za zębami.

Na podob­nych gawęd­kach czas zszedł nam szybko, a więk­sza część zapro­szo­nych gości usnęła zaraz po uczcie. Roz­ma­wia­li­śmy po cichu, dopóki sen i nas nie prze­mógł.

- Dobra­noc, Cop­per­fiel­dzie - ozwał się Ste­er­forth - licz na mnie.

- Dzię­kuję - odrze­kłem z nie­kła­maną wdzięcz­no­ścią - zobo­wią­zuje mnie to nie­skoń­cze­nie.

- Czy masz sio­strę? - spy­tał pozie­wa­jąc - co?

- Nie, nie mam sio­stry.

- Szkoda. Byłaby pew­nie ładną, nie­śmiałą, jasno­oką dziew­czyną, chciał­bym ją znać. Dobra­noc.

- Dobrej nocy! - odrze­kłem.

Poło­żyw­szy się, długo jesz­cze myśla­łem o nim i pod­no­sząc się na posła­niu przy­pa­try­wa­łem mu się, jak leżał pod smugą księ­życa, z piękną głową opartą na ramie­niu. Wyobra­ża­łem go sobie jako wyż­szą, potężną istotę, i to podzia­łać musiało na roz­bu­dze­nie mojej wyobraźni. Rąbka zasłony przy­szło­ści nie uchy­lił żaden pro­mień księ­życa i cień jej nie padł na kwie­ci­ste łany, po któ­rych noc całą w śnie stą­pa­łem.

Rozdział VII

Pierw­sze szkolne pół­ro­cze

?

Lek­cje roz­po­częły się dnia następ­nego. Silne, pamię­tam, wra­że­nie wywarła na mnie nagła cisza, jaka zapa­no­wała w kla­sie, gdy po śnia­da­niu drzwi się roz­twarły i uka­zała się w nich postać pana Cre­akle, podobna do ludo­żercy przy­glą­da­ją­cego się swym więź­niom.

Pedel Tun­gay stał tuż za nim. Nie miał spo­sob­no­ści, by wrza­snąć w tej chwili: "Cicho!", gdyż pano­wała naj­więk­sza, jak to już mówi­łem, cisza.

Usta pana Cre­akle poru­szały się wpraw­dzie, lecz sły­sze­li­śmy tylko głos pedla.

- Roz­po­czy­namy nowe pół­ro­cze, sły­sze­li­ście, nowe. Pamię­taj­cie, aby­ście się dobrze uczyli, bo zaczerp­ną­łem nowy zapas sił i nie cofnę się, o, nie! Próżno byście się szo­ro­wali, nie zetrze­cie zna­ków, jakie wam wypi­szę na ple­cach! A teraz do roboty!

Po tej prze­mo­wie i po wyj­ściu pedla pan Cre­akle, zbli­żyw­szy się do mnie, oznaj­mił mi wyga­słym gło­sem, że jeśli ja umiem kąsać, to on umie sma­gać, a poka­zu­jąc mi swój kij, pytał, czy chciał­bym dostać się na taki ząb! "Zastą­pić to z biedą może całe sze­regi zębów, co? Może chciał­byś spró­bo­wać, co? Ząb za ząb?" - pytał.

Za każ­dym sło­wem ude­rzał mnie i wkrótce twarz moja zalana była łzami.

Nie sta­no­wi­łem zresztą wyjątku, tylko że ode mnie zaczęła się egze­ku­cja, któ­rej pod­le­gła więk­szość uczniów. Zanim pan Cre­akle obszedł dokoła klasę i lek­cje się roz­po­częły, wszy­scy­śmy mniej wię­cej szlo­chali; do jakich zaś to doszło roz­mia­rów pod koniec dnia, obli­czać nie chcę, bojąc się, aby mnie nie posą­dzono o prze­sadę.

p0Jakże gar­dził on i pomia­tał zastę­pem małych, sła­bych swych nie­wol­ni­ków! Bez śmie­chu wspo­mnieć dziś nie mogę wra­że­nia, jakie oso­bi­stość ta wywie­rała na nas. Widzę samego sie­bie na szkol­nej ławie, wpa­trzo­nego w bez­su­mienne to bożysz­cze znę­ca­jące się nad swymi ofia­rami. Widzę sto­ją­cego przed nim ucznia, wycie­ra­ją­cego chustką do nosa ręce obrzmiałe od jego razów. Oczu nie mogłem ode­rwać od tyrana, mio­tany cią­głym stra­chem i obli­cza­niem, kiedy na mnie przyj­dzie kolej na nie­unik­nioną kaźń. Widzę drob­nych moich towa­rzy­szy, wpa­trzo­nych w niego z podob­nym wyra­zem trwogi. Widzę okrutny gry­mas jego ust, gdy miał w ręku kajety, spoj­rze­nie, pod któ­rym pochy­la­li­śmy głowy, drżąc nad książ­kami, aby po chwili znów śle­dzić go wystra­szo­nym wzro­kiem. Nie­szczę­sny ten spo­śród nas, co pochwy­cony na lada jakiej omyłce wywo­łany został z sze­re­gów. Próżno w nie­śmiałe i pokorne ude­rzał zapew­nie­nia, że się będzie sta­rał popra­wić. Pan Cre­akle, zanim go bić poczy­nał, naigra­wał się i natrzą­sał z niego, a my jak złe psiaki śmie­li­śmy się nik­czem­nie, choć dusze mie­li­śmy w pię­tach i pobla­dłe ze stra­chu twa­rze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki