Date me, Bryson Keller - Kevin van Whye

-
Proszę czekać

PROLOG

Wszystko zaczęło się od wyzwania. Oczywiście wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że to wyzwanie wywróci moje życie do góry nogami. Ale tak to właśnie jest ze zmianami, prawda? Pojawiają się równie niespodziewanie co niezapowiedziana miłość. Nagle okazuje się, że co rusz stajesz jak wryty, ze słowami "o cholera" na ustach. No, w moim wypadku była to właściwie jedna chwila warta zapisania "O CHOLERA" wielkimi literami. Jeśli mam być całkiem szczery, na te słowa zasługuje jakieś dziewięćdziesiąt pięć procent życia geja, który jeszcze nie wyszedł z szafy.

Ta chwila wydarzyła się na tydzień przed początkiem nowego semestru. Byliśmy wszyscy na sylwestrowej imprezie u Brittany Daniel. W tym roku szkolnym pracowaliśmy z Brittany w parze na laboratoriach biologicznych, więc nareszcie zostałem zaproszony na imprezę osobiście, a nie przywlokłem się na doczepkę z moimi najlepszymi przyjaciółmi, Priyanką Reddy i Donnym Duckworthem (oj tak, imię i nazwisko Donny'ego to jego zmora, ale przynajmniej ludzie pamiętają, jak się nazywa).

Stałem w rogu, obok regału z książkami, i usilnie starałem się wyglądać, jakbym był na swoim miejscu. Z pozorną nonszalancją przeglądałem tytuły na grzbietach okładek, dyskretnie rozglądając się dookoła w poszukiwaniu moich przyjaciół, którzy gdzieś zaginęli w akcji. Nigdy nie wiem, co mam robić, kiedy zostaję sam na imprezie. No serio, co się wtedy robi z rękami? A ze stopami? Powinienem przestępować z nogi na nogę w rytm muzyki, jakbym tańczył?

Nie zamierzałem podsłuchiwać, ale Bryson Keller ma głos, który wciąga i przykuwa uwagę. Bryson jest kapitanem męskiej drużyny piłkarskiej i najpopularniejszym chłopakiem w całej Fairvale Academy, więc naprawdę nie było nic dziwnego w tym, że wiódł prym na imprezie.

- Licealne związki to bzdura. Kompletnie się nie liczą - powiedział. - To już ostatnia klasa. Trafimy na różne uczelnie, więc to marnowanie swojej emocjonalnej energii na kogoś, z kim i tak później będzie trzeba się rozstać. Po co zawracać sobie głowę?

- Ale z ciebie romantyk - mruknęła Priya.

Zaintrygowany wszedłem do kuchni i zobaczyłem moich przyjaciół w otoczeniu szkolnej śmietanki towarzyskiej - sportowców i najbardziej dzianych dzieciaków.

No jasne, że Priya i Donny znajdowali się wśród nich. W końcu Priya była kapitanką dziewczęcej drużyny piłki nożnej, a Donny należał do najbogatszych uczniów w szkole, co oznaczało, że nie musiał uprawiać żadnego sportu, żeby być zapraszanym na wszystkie wydarzenia. Ja z kolei... No cóż, ja zawsze byłem tylko ich osobą towarzyszącą.

Priya złapała Donny'ego za rękę. Ich palce się splotły.

- Równie dobrze możesz poznać swoją połówkę właśnie w liceum.

Minęło sześć miesięcy, odkąd moi przyjaciele zaczęli ze sobą chodzić. Ciągle nie mogę się do tego przyzwyczaić. Żeby nie było, naprawdę im kibicuję. Wszyscy poza nimi od dawna widzieli, że stanowią idealną parę. Ode mnie zawsze mieli wsparcie i pełne błogosławieństwo, żeby zmienić swoją przyjaźń w romantyczny związek. Tyle że... od tamtej pory czasem czuję się jak piąte koło u wozu. Czy może raczej - trzecie koło w rowerze.

Bryson potrząsnął głową. W neonowym świetle jego jasnobrązowe włosy wydawały się o ton ciemniejsze, a cienie tańczyły na ostrych rysach podbródka. Nawet jego jasnoniebieskie oczy sprawiały wrażenie ciemniejszych w tym oświetleniu.

- Moi rodzice byli właśnie tą parą w liceum - rzucił Dustin Smith i spojrzał na swojego najlepszego kumpla. - Wiesz, Bryson, to w sumie dość zabawne, że dzielisz się mądrościami na temat związków, skoro nigdy nawet nie byłeś na randce.

- Twoi starzy są tacy surowi, że cię tak pilnują, czy co? - zainteresował się Donny.

- Nie - odpowiedział za niego Dustin. - Oni nie mieliby nic przeciwko temu, że się z kimś umawia.

- To mój wybór. - Bryson wzruszył ramionami i spojrzał na czerwony jednorazowy kubek, który trzymał w dłoni. - Po prostu nie widzę sensu w licealnych związkach.

- A może nie znalazł nikogo, kto by się z nim umówił? - prowokacyjnie prychnął Isaac Lawson, szczerząc białe zęby.

Isaac też należał do drużyny piłkarskiej... i był chłopakiem, w którym sekretnie się kochałem niemal od początku liceum.

Przysunąłem się bliżej.

Bryson parsknął.

- Chyba żartujesz. Bez urazy, ale mógłbym się umawiać co tydzień z kimś innym, jeśli tylko bym chciał. - Napił się z czerwonego kubka.

Priya przewróciła oczami.

- Udowodnij - rzucił Dustin. - Wyzywam cię.

- Co? - żachnął się Bryson.

Kilku chłopaków wydało z siebie ciche: "Ooooo!", a część dziewczyn wybuchnęła śmiechem. Bryson wyprostował się, wyraźnie zirytowany. Nie spodobało mu się to, że został postawiony w takiej sytuacji.

- Udowodnij, że możesz umawiać się co tydzień z kimś innym - powtórzył Dustin.

- Ty tak na serio rzucasz mi wyzwanie?

- Aha - stwierdził Dustin. - A co, dygasz się?

- Dobra. Zrobię to. - Bryson podniósł oczy i nasze spojrzenia się spotkały. Odwróciłem wzrok. - Ale skoro to gra czy tam wyzwanie, to musimy ustalić zasady. Co o tym myślisz, Kai?

Serce mi zabiło, zanim odpowiedziałem. Nie miałem zamiaru w tym uczestniczyć.

- Hm, może umawianie się powinno obejmować tylko te dni, kiedy chodzimy do szkoły? - zaproponowałem nerwowo. - No wiecie, od poniedziałku do piątku.

- Dobry pomysł - przytaknął Bryson. - Nie chciałbym poświęcać na to weekendu.

- Żadnego obmacywania - zasugerowała Natalie da Silva. - To tylko gra, więc warto uszanować czyjeś granice.

Brysonowi chyba jeszcze bardziej ulżyło.

- I wyłącznie klasa maturalna - dodał.

- Dobra, tylko najstarsze klasy łapią się do gry - stwierdził Dustin i rozejrzał się dookoła. - To wszystko?

- I ty sam nie możesz wychodzić z inicjatywą - dodała Priya. - Inaczej byłoby za prosto.

- Czekaj. Że co?

- Oto twoje wyzwanie, Bryson! - kontynuowała z iskierką w oku. - Co poniedziałek będziesz umawiać się przez tydzień z każdą osobą, która ci to zaproponuje, aż do ostatniego dzwonka w piątkowe popołudnie. Tobie nie wolno nikogo o to poprosić, a jeśli ciebie nikt nie poprosi o chodzenie przez cały poniedziałek, przegrywasz.

- A wiecie, że totalnie mi się to podoba? - stwierdziła Natalie. - Jestem totalnie za tym, żeby to dziewczyny zapraszały chłopaków na randki.

Wyciągnęła rękę w górę, a Priya z zadowoleniem przybiła jej piątkę.

- Przegrywasz też w sytuacji, kiedy znudzisz się tymi randkami - dodał Dustin i poklepał Brysona po plecach. - Znam cię, stary. Nie sądzę, żebyś wytrzymał do końca.

- A co, jeśli przegra? - dopytałem.

Bryson obrzucił mnie morderczym spojrzeniem. Chyba miał nadzieję, że nikt o tym nie wspomni. Wzruszyłem ramionami z uśmiechem. W końcu nieczęsto można zobaczyć, jak Bryson Keller się krzywi.

Dustin doskonale zdawał sobie sprawę, co jego przyjaciela zaboli najmocniej.

- Będziesz do końca roku jeździć szkolnym autobusem.

Wszyscy się roześmiali. Wiedzieliśmy, jak bardzo Bryson kocha swojego białego jeepa. Bezdyskusyjnie to był najczystszy samochód w całej szkole. Mył go przynajmniej raz w tygodniu - mniej więcej tak często wrzucał na insta swoje zdjęcia bez koszulki przy aucie.

- A niech mnie! Zgoda - rzucił Bryson. - Ale musimy ustalić limit czasowy. Wchodzę w to na trzy miesiące, nie dłużej. Jeśli przegram, po feriach wiosennych będę jeździć autobusem. Ale jeśli wygram - a wygram! - nigdy już we mnie nie zwątpicie.

- Dobra, dobra, dobra - przyznała Priya. - Oficjalnie będziesz legendą.

- Bryson Keller. Człowiek legenda. Mityczny heros. Podoba mi się - przyznał i jednym haustem wypił resztę piwa. - Niech zaczną się igrzyska!

- W takim razie... - powiedziała Natalie. - Bryson, umów się ze mną! - Wybuchła śmiechem.

- Niech będzie, chociaż to wcale nie poniedziałek. Od najbliższego dnia szkoły będziesz moją pierwszą dziewczyną, Natalie. - Bryson uśmiechnął się. - Ale to pierwszy i ostatni raz, kiedy łamię ustalone zasady. Zostaliście ostrzeżeni. - Ukłonił się przed Natalie jak prawdziwy dżentelmen.

I tak to się wszystko zaczęło.

Dwa miesiące później wyzwanie rzucone Brysonowi nadal trwało w najlepsze. Czas mijał. Każda chętna osoba spędzała z nim pięć dni.

I nie było odstępstwa od tej reguły.

Ani jednego.

Aż przyszła kolej na mnie.

O CHOLERA!

1

Poranki w domu Sheridanów od zawsze są głośne i chaotyczne - a już tym bardziej poniedziałkowe poranki. Dzisiejszy wcale nie jest wyjątkiem.

- Yazz, otwieraj! - krzyczę.

Od dziesięciu minut stoję przed drzwiami łazienki, którą dzielę z młodszą siostrą. Na stówę się spóźnię.

Kocham Yazz i zazwyczaj dochodzimy do porozumienia - jedynym wyjątkiem są poranki, kiedy szykujemy się do szkoły. Nie powiem wprawdzie, że dokonałbym dla niej zbrodni, ale z pewnością pomógłbym jej zakopać ciało. Teraz jednak to właśnie ją mam ochotę zamordować.

- Przysięgam na Boga, Yasmine, jeśli nie otworzysz tych drzwi w ciągu dwóch minut, to je wyważę!

- Kai! - z dołu dobiega wołanie mamy. - Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremno!

Przewracam oczami. Tak jakby właśnie to się w tej chwili liczyło. Oczywiście nie mówię tego na głos, bo nie mam ochoty teraz wdawać się z mamą w dyskusje o religii - te są zarezerwowane na niedzielne poranki, kiedy odmawiam chodzenia do kościoła.

Znów walę w drzwi. Otwierają się nagle, a moja pięść zawisa w powietrzu. Yazz wychodzi z zaparowanego pomieszczenia i obrzuca mnie zirytowanym spojrzeniem.

- Gdybyś wstawał wcześniej, nie musielibyśmy przez to przechodzić każdego poranka. Organizacja jest kluczem do udanego życia. - Yazz ma wprawdzie dopiero trzynaście lat, ale osobowość pani domu w średnim wieku, która krzyczy na okoliczne dzieciaki, żeby nie deptały jej trawnika. - Kiedy za parę miesięcy pójdziesz na studia, nie będę w stanie więcej ci pomagać. Musimy nad tobą popracować.

Klepie mnie po ramieniu, jakby chciała dodać mi otuchy. Kiedy w końcu przychodzi mi na myśl cięta riposta, jej już dawno nie ma. Yazz zamknęła drzwi do swojego pokoju, a ja stoję tu jak zbesztane dziecko. Kto by pomyślał, że jestem od niej cztery lata starszy?

- Śniadanie na stole! - krzyczy tata.

- Muszę jeszcze wziąć prysznic! - odkrzykuję.

- Spóźnisz się, Kai! Donny zaraz tu będzie.

- Wiem, mamo!

Mruczę coś pod nosem i wchodzę do łazienki. Odkręcam prysznic i orientuję się, że woda jest ledwie letnia. Wiem doskonale, że jest wiosna, a my mieszkamy w Kalifornii, więc nie mam co liczyć na ciepłą wodę w kranie, ale co poradzę, że akceptuję tylko gorące prysznice (podobnie jak kawę).

Dziesięć minut później czuję się jak nowo narodzony. Nie zdążę się już ogolić, ale mam nadzieję, że nie dostanie mi się za to od żadnego nauczyciela. Owijam się ręcznikiem wokół bioder i pędzę do sypialni, żeby włożyć szkolny mundurek - spodnie w piaskowym kolorze i śnieżnobiałą koszulę z kołnierzykiem. Fairvale Academy pozwala na naginanie różnych zasad od czasu do czasu, ale na brak mundurka w żadnym wypadku nie przymyka się tam oczu.

Szukam krawata. Przerzucam stertę ubrań walających się na podłodze mojego pokoju. Nie jestem największym porządnisiem, przez co oczywiście regularnie słucham kazań od rodziców. Niemniej uważam, że w moich czterech ścianach mam prawo być w pełni sobą, co uwzględnia również to, że czasem zapominam o wrzuceniu brudnych ciuchów do kosza na pranie.

W końcu znajduję krawat w karmazynowo-białe paski. To dziwne, że w herbie szkoły znajdują się dwa stylizowane orły, a szkolną maskotką jest puma, ale to przecież Fairvale Academy, więc nie ma sensu zastanawiać się nad takimi błahostkami. Przeniosłem się tu z publicznego liceum i przyzwyczajenie się do mundurka typowego dla szkoły prywatnej zajęło mi dłuższą chwilę. Naprawdę wolałbym na co dzień nosić dżinsy i T-shirt.

Sięgam po marynarkę - nadal leży w tym samym miejscu, w które rzuciłem ją w piątek po powrocie ze szkoły. Jest strasznie pomięta. Trochę się krzywię, wygładzając ją rękami, ale nawet prasowanie nie pomaga temu granatowemu szkaradzieństwu.

Zbiegam na dół, przeskakując po dwa stopnie. Mamy taką rodzinną zasadę, że nie nosimy w domu butów, więc ślizgam się w skarpetkach na panelach, a przed niechybnym upadkiem ratuje mnie tylko to, że w ostatniej chwili łapię się kontuaru wyspy kuchennej.

- Zobaczysz, któregoś dnia fikniesz i coś sobie złamiesz - ostrzega mama.

Siedzi przy kuchennym blacie i czyta gazetę na iPadzie. Jest już ubrana i wyszykowana. Związała tlenione blond włosy w elegancki kucyk. Na talerzu przed nią piętrzy się stos pancake'ów usmażonych przez tatę. Burczy mi w brzuchu na sam widok.

- Lepiej szybko coś zjedz, boytjie - mówi tata.

Ciągle ma wyraźny południowoafrykański akcent, mimo że mieszka w Stanach od dobrych dwudziestu lat. Moja mama jest biała, a tata ciemnoskóry. Kiedy byłem mały, nie rozumiałem dziwnych spojrzeń, jakie inni im - i mnie - rzucali, ale teraz już wiem, skąd się biorą. Ludzie mają swoje założenia dotyczące tego, jak powinna wyglądać miłość, a związek moich rodziców nie wpisywał się w ich wizję doskonałego świata. Tata zawsze powtarza, że rasiści to smutni ludzie, którzy starają się uczynić świat tak smutnym jak oni. Powinniśmy im współczuć, bo ta nienawiść nigdy nie pozwoli im żyć szczęśliwie.

Wibruje mi telefon. Wyciągam go z kieszeni i otwieram rozmowę Trojga Muszkieterów, czyli nasz grupowy czat z Donnym i Priyą. Po tym, jak w poprzednie wakacje przeczytałem książkę Dumasa, przekonałem ich, żeby chociaż obejrzeli ze mną film. Motto "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" wydawało się idealne dla naszej trójki.

Przewijam wątek, szybkim ruchem palca pomijając memy, które od wczorajszego wieczoru zdążył powrzucać Donny. W najnowszej wiadomości pisze, że już na mnie czeka pod domem.

- Nie mam czasu! - rzucam, kierując się do szafki, w której mama trzyma batoniki śniadaniowe. Zawsze dba o to, żeby zapasy były uzupełnione, bo poranne obsuwy zdarzają mi się dość często. Rozrywam opakowanie i biorę spory kęs.

- To późne wstawanie chyba odziedziczył po tobie, kochany - mówi mama do taty.

- Ja chociaż mam wymówkę. Moje ciało nie przystosowało się do tej strefy czasowej.

- To już dwadzieścia lat, ta wymówka już nie jest aktualna.

Rodzice poznali się, kiedy mama pracowała jako wolontariuszka na misji kościelnej w RPA. Akurat tak się złożyło, że tata uczęszczał do tego samego kościoła. Zakochali się w sobie, a reszta - jak to mówią - jest już historią.

- Paaa! - wykrzykuję, wybiegając pędem z kuchni. Zatrzymuję się, żeby założyć szkolne buty, łapię torbę listonoszkę z wieszaka i szybko wpycham do ust resztę batonika śniadaniowego.

- Udanego dnia! - woła tata.

- Kocham cię! - dodaje mama.

- I ja was! - mamroczę niewyraźnie z pełną buzią.

Wychodzę z domu i idę w kierunku sportowego samochodu, jakiego naprawdę nie powinien mieć na własność żaden nastolatek. Gramolę się na tylne siedzenie, bo na miejscu pasażera obok kierowcy siedzi już Priya.

- Donny, kiedy już będziesz pracować w Caltechu, błagam cię o wynalezienie takiego budzika, który faktycznie będzie w stanie mnie obudzić - rzucam na przywitanie.

Donny i Priya zostali już przyjęci na uczelnie swojego pierwszego wyboru. Za parę miesięcy Donny wyjedzie do Pasadeny, a Priya zacznie studia na UCLA. Ja nadal czekam na odpowiedź z nowojorskiej uczelni artystycznej Tisch. Za każdym razem, kiedy myślę, że od tej jednej wiadomości zależy spełnienie mojego największego marzenia, robi mi się niedobrze. Informacja o tym, czy się dostałem, powinna pojawić się lada dzień.

Robi mi się smutno na myśl, że wszystkie te poranne rytuały niedługo się skończą. Donny i ja poznaliśmy się w pierwszej klasie i od tamtej pory jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Priya przygarnęła nas kilka dni później, bo uznała, że bez niej będziemy z Donnym niczym zagubione owieczki. Oczywiście, nigdy byśmy się do tego nie przyznali, ale w głębi duszy myślę, że miała rację.

- Wiesz, jest taka magiczna metoda - rzuca Priya. - Nazywa się silna wola.

- Mówisz jak moja siostra.

- Moc jest w niej silna - odpowiada ona.

- Priya wczoraj znów zmusiła mnie do oglądania Gwiezdnych wojen. - Donny łapie mój wzrok we wstecznym lusterku. - Mogłeś dołączyć.

- Nieee, powinniście mieć swoje randkowe wieczory tylko dla siebie - stwierdzam.

- Jeśli w jakimś kinie wyświetlają którąkolwiek część Gwiezdnych wojen, nie ma opcji, żebym nie poszła jej obejrzeć - tłumaczy Priya. - To rodzinna tradycja. Mój tata zadbał o to, żeby to był pierwszy film, który zapamiętam z dzieciństwa. Był bardzo zdeterminowany, trzeba mu to przyznać.

- Czy twoja mama nadal chce, żeby pozbył się swojej kolekcji figurek? - pytam.

Priya prycha.

- To będzie możliwe chyba dopiero po jego śmierci. Mój ojciec najbardziej na świecie kocha trzy rzeczy: swoją rodzinę, pracę i kolekcję figurek z Gwiezdnych wojen.

- Mój tata ma tak samo z Manchesterem United - przyznaję. - W ten weekend wstał o trzeciej nad ranem tylko po to, żeby obejrzeć, jak Chelsea kopie im tyłki.

- Chciałbym, żeby mój miał jakieś hobby - wzdycha Donny. - Może wtedy nie cisnąłby mnie non stop o oceny. Chciałby, żebym się podciągnął z matmy.

- To w ogóle możliwe? - dziwię się. - Zanim cię poznałem, nie sądziłem, że w ogóle można mieć takie dobre oceny z matmy.

Donny się śmieje.

- Łeb do matmy i kiepskie nazwisko to nasze rodzinne dziedzictwo. - Odwraca się w moją stronę, kiedy stajemy na światłach. - Odrobiłeś pracę domową? - pyta. - Miałem problem z ostatnimi dwoma równaniami.

- Proszę cię, Donaldzie. Nie psujmy Kaiowi poranka pytaniami o matmę.

Wszyscy wiedzą, że matma to moja pięta achillesowa. Krążą legendy o klasówce, na której udało mi się dobrze rozwiązać tylko jedno równanie - co w moim mniemaniu już i tak było niemałym sukcesem.

Wyłącznie Priyi wolno nazywać Donalda jego pełnym imieniem, ale nikt - absolutnie nikt - nie ma prawa używać jego pełnego imienia i nazwiska, które brzmi Donald Duckworth IV. Nie żartuję, jego nazwisko jest przekazywane z pokolenia na pokolenie jak jakieś totalnie bezcenne rodowe dziedzictwo. Uwaga, spojler: wcale takie nie jest.

Priya spogląda na mnie z zastanowieniem.

- Swoją drogą, skończyłeś już scenariusz? Dziś mija termin, no nie?

Wydaję z siebie jęk.

- Muszę jeszcze dopisać końcówkę podczas przerwy na lunch. Czeka mnie randka z komputerem w sali informatycznej.

Za każdym razem, kiedy przerabiamy w ramach lektury jakiś dramat, nasza nauczycielka, pani Henning, organizuje dla uczniów konkurs na napisanie scenariusza szkolnego przedstawienia na jego podstawie. Termin na oddanie scenariusza Romea i Julii mija dzisiaj po przerwie na lunch, a ja ciągle nie mam zakończenia. Wszystkie moje pomysły utknęły w martwym punkcie, mimo że spędziłem długie godziny, gapiąc się w migający kursor. Pustka na stronie idealnie obrazowała pustkę w mojej głowie. Tyle że to ostania szansa. W zeszłym roku byłem bliski wygranej: moja uwspółcześniona wersja Hamleta znalazła się na drugim miejscu. Tym razem muszę wygrać. To jeden z moich celów na ostatni rok w liceum.

- Lubisz żyć na krawędzi.

- Nic mi nie mów, Priya - wzdycham.

Priya pozwala używać zdrobnienia swojego imienia tylko najbliższym przyjaciołom. Mówi, że to nagroda dla tych, którzy wkładają wysiłek w poprawne wymawianie jej pełnego imienia. Jednej rzeczy Priyanka Reddy naprawdę nie toleruje - to lenistwo. Donny jest Donnym dla wszystkich - a ona stanowi pod tym względem jego przeciwieństwo. Jeśli przeciwieństwa się przyciągają, to może Priya i Donny naprawdę są dla siebie stworzeni.

- Ciągle masz z tym problem? - pyta Donny

- Każde słowo to taki ból, jakbym wyrywał sobie ząb. - Zamykam oczy. - Jakoś nie mam weny. A zinterpretowanie Romea i Julii w nowatorski sposób wcale nie jest takie łatwe.

Szczególnie kiedy nie ma się żadnego doświadczenia w związkach - tego jednak nie mówię głośno.

- Ale jestem zdeterminowany. W tym roku naprawdę muszę wygrać.

- Liczy się potencjał. Mówię ci, że pani Henning nie szuka czegoś idealnego, ale raczej tego, co ma w sobie to coś. Jesteś utalentowany, uda ci się.

Priya otwiera skrytkę samochodową i wyjmuje z niej swoją kosmetyczkę. Auto Donny'ego w pewien sposób też jest częścią naszej paczki. W Quackmobilu każde z nas zostawiło kawałek siebie.

Prawda jest taka, że rodzina Donny'ego ma więcej kasy, niż jest w stanie wydawać. Kiedy w towarzystwie mówi się o "majątkach rodowych", ją zawsze umieszcza się na liście. Na ostatnie urodziny rodzice kupili mu pięknego czerwonego mustanga ze sportowymi pasami na lakierze wzdłuż całego auta. Na początku Donny szalał z radości, ale potem zobaczył spersonalizowaną rejestrację z napisem QUACK IV i kategorycznie odmówił jeżdżenia tym samochodem. Oczywiście Priya i ja przekonaliśmy go do zmiany zdania, bo kto by się przejmował głupimi tablicami. No i od tamtej pory Troje Muszkieterów ma swojego rumaka.

Wjeżdżamy na szkolny parking po krótkiej, dziesięciominutowej jeździe. Mój dom znajduje się najbliżej szkoły, a nie na odległym ogrodzonym (i bogatym) osiedlu - dlatego po mnie podjeżdżają na końcu.

- O, wyszedł nowy numer "Heralda" - mówi Priya, spoglądając na telefon.

- Dość sumiennie śledzisz to, co wydaje Shannon, biorąc pod uwagę, że podobno jej nie lubisz.

- Mogę kogoś nie lubić, ale mimo to doceniać jego pracę. - Spogląda na mnie spode łba. - Mam w sobie sporo tolerancji.

- I co, wyczytałaś coś ciekawego? - pyta Donny, żeby zmienić temat.

- Jest wywiad z najnowszą eks Brysona.

- Tak? A kto się z nim umawiał w zeszłym tygodniu? - pytam.

- Isabella. Ta, która chodzi ze mną na biologię - mówi Priya.

- Która?

W klasach maturalnych są aż cztery dziewczyny o tym imieniu.

Wysiadamy z Quackmobila, a Priya otwiera na telefonie Instagram. Klika hasztag #DateMeBrysonKeller i pokazuje nam zdjęcie Brysona z jakąś brunetką.

- Isabella Mendini. - Zabiera telefon i wzdycha. - Budowa ciała Brysona to wygrana na genetycznej loterii.

Ma rację. Oczywiście moje uwielbienie dla Brysona jest zupełnie sekretne i ogranicza się do dyskretnej obserwacji. W końcu moje serce bije dla kogoś innego.

O wilku mowa - moja platoniczna miłość pojawia się na horyzoncie. Isaac jest wysoki, ma pełno jasnych kręciołków na głowie, a jego niebieskie oczy wyglądają jak powierzchnia oceanu. Przerzucił marynarkę przez ramię, a pod pachą trzyma piłkę do nogi. Dlaczego właściwie bierze piłkę na lekcje? To dla mnie zagadka. W każdym razie piłka jest jego nieodłącznym atrybutem.

Idziemy do wejścia. Otacza nas chaos. Odkąd zaczęło się całe to wyzwanie, poniedziałki w szkole przypominają występy cyrkowe. Tłum gapiów zebrał się już przed wejściem. Bryson wprowadził przecież zasadę, że tylko najstarsze klasy mogą brać udział w wyzwaniu. Wygląda na to, że wszyscy czekają na przybycie głównego zainteresowanego.

- To niesamowite, jak popularny stał się ten zakład - mówi Donny.

Kiedy wszystko się zaczęło, w zasadzie jedynie dziewczyny z drużyny cheerleaderek były zainteresowane umawianiem się z Brysonem. Potem dołączyły te z kółka teatralnego. A teraz już chyba wszyscy słyszeli o wyzwaniu i nawet ludzie, którzy nigdy nie zamienili słowa z Brysonem, przychodzą się z nim umówić dla zabawy.

- Słyszałam, jak Eric mówi, że sam by się umówił z Brysonem, gdyby mógł - dodaje Priya.

Staram się nie zareagować zbyt gwałtownie na wiadomość o tym, że jakiś inny chłopak chciałby się z nim umówić.

- Eric? - upewnia się Donny. - Masz na myśli tego geja?

Jestem prawie pewien... tak w osiemdziesięciu pięciu procentach pewien, że Donny nie miałby problemu z tym, że jestem gejem. Wydaje się wspierający, ale czasem rzuca takimi tekstami jak teraz i nagle wywołuje moje zwątpienie.

Priya daje mu kuksańca w bok.

- Eric Ferguson - mówi. - Tak ma na nazwisko.

Zamierzam wszystko powiedzieć Priyi i Donny'emu... kiedy skończymy liceum. Nie chcę do tej pory się ujawniać, bo nawet w takiej szkole jak nasza, gdzie działa stowarzyszenie LGBTQ i gdzie niektórzy z dumą przyznają się do swojej orientacji, "gej" nadal jest etykietką. Nieważne, że Erik jest stanowym mistrzem w szachach ani nawet to, że jest synem wicedyrektorki. Wszystko to ma drugorzędne znaczenie przy jego orientacji. O to właśnie chodzi z etykietkami: przyklejają się do ciebie jak niechciana guma do żucia. Nie ma chyba nic, czego obawiam się bardziej niż tego, że z dnia na dzień mógłbym zostać Kaiem Sheridanem, "tym gejem".

Donny wzrusza ramionami.

- No wiecie, nie ustaliliśmy, że chłopaki nie mogą się umawiać z Brysonem, prawda? Właściwie każdy, kto chce, może z nim chodzić.

Cała ta rozmowa sprawia, że wyje we mnie syrena alarmowa. Staram się nie odzywać, próbując wtopić się w otoczenie.

- Tak czy inaczej, to bez znaczenia - wtrąca Priya. - Wydaje mi się, że Eric ma już nowego chłopaka, więc raczej się nie dowiemy się, jak to by się mogło skończyć. - Spogląda na zegarek. - Lecę, muszę jeszcze zahaczyć o swoją szafkę przed apelem.

W każdy poniedziałek w Fairvale Academy w auli odbywa się apel, na którym nasz dyrektor czyta ogłoszenia i wymienia osiągnięcia szkolnych drużyn sportowych. Nie mam nic przeciwko tym apelom, bo moja pierwsza lekcja, czyli zajęcia teatralne, odbywa się w tym samym budynku, więc nie muszę już nigdzie iść. To całkiem wygodne.

- Nie spóźnij się - mówię.

- Jasne. Nie chcę, żeby mi wlepili karę przez głupią opieszałość. - Priya przewraca oczami.

Wszystko, co wkurza nauczycieli, kończy się karą w postaci utraty przerwy na lunch, a spóźnienia znajdują się na samym szczycie tej listy. Za większe przewinienia dostaje się punkty karne, a jeśli zbierze się ich sześć, trzeba zostać po lekcjach. Ten, kto uzbiera trzydzieści, musi za to przyjść w sobotę na zajęcia dodatkowe z wicedyrektorką Ferguson.

- No dobra, to widzimy się później! - mówię. - Idę po picie do Wielkiej Berty.

- Ej, koniec z gazowanymi napojami. Za dużo pijesz tego świństwa. To cię wykończy.

- Tak, mamooo - odpowiadam Priyi.

- Daj człowiekowi żyć - dodaje Donny.

- Przyzwolenie na takie rzeczy jest częścią problemu. - Odwraca się do mnie. - Zajmiemy ci miejsce w auli.

Po tych słowach Priya odchodzi. Donny podąża za nią truchtem. Zazdroszczę im. Zamykam na sekundę oczy i wyobrażam sobie Isaaca odprowadzającego mnie do szafki i rozmawiającego ze mną o jakichś normalnych rzeczach - coś takiego, co robią na co dzień zwykłe pary hetero.

Otwieram oczy i wzdycham. Przed budynkiem zebrał się już spory tłum, Bryson chyba się spóźnia. Idę do automatu z napojami wciśniętego między dwa rzędy szafek. Ta maszyna ostała się jako jedyna po tym, jak szkoła dołączyła do programu Cukier Stop. A ja nie byłbym w stanie przetrwać bez dziennej porcji cukru.

Automat jest stary jak świat i desperacko potrzebuje serwisowania, ale uczniowie za bardzo boją się komukolwiek o tym wspomnieć, żeby nie zwrócić niepotrzebnej uwagi na Wielką Bertę. Jeszcze by ją usunęli, zamiast naprawić. Kiedy toczę bój z automatem, żeby wypluł moją puszkę, Shannon Flockhart i Natalie da Silva przystają przy szafce Natalie.

- Tym razem musi mi się udać. Dzisiaj umówię się z Brysonem Kellerem - mówi Shannon. - Termin oddania artykułu mija w przyszłym tygodniu.

- A jeśli dziś znów nie zdążysz? - pyta Natalie i spogląda na zegarek. - Kto wie, czy ktoś już cię nie uprzedził.

- Nie ma opcji. Dustin mówił, że Bryson dziś się spóźni. Muszę go złapać po pierwszej lekcji. Już wszystko obmyśliłam - wzdycha Shannon.

Nachyla się nad uchem Natalie, ale na moje szczęście Shannon najwyraźniej jeszcze nie odkryła, że szepcząc, trzeba zniżyć głos, by nie zostać usłyszanym.

- Będę wtedy miała swoją dziennikarską wisienkę na torcie. Relację z pierwszej ręki z randek z najpopularniejszym chłopakiem w szkole: pogłębioną analizę społeczności prywatnej szkoły i fenomenu umawiania się z chłopakiem numer jeden. Gdy to opublikuję, mam murowane miejsce w Stanford.

- Zrobisz to wszystko tylko dla artykułu? - pyta Natalie.

- Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. A właściwie trzy. Opublikuję artykuł, dostanę się do Stanford i zdobędę serce wymarzonego chłopaka. Mówię ci, że wszystko obmyśliłam.

- Ale zdajesz sobie sprawę, że to tylko gra? On przecież nie chce się wiązać.

W końcu, po kolejnym mocnym kopnięciu, Wielka Berta wypluwa moje trofeum. Dziewczyny odwracają się zaskoczone w moim kierunku. Czerwienię się i schylam po napój. One uznają najwyraźniej, że nie stanowię zagrożenia, i wracają do rozmowy. Nie podsłuchuję specjalnie, przysięgam.

- Miłość przychodzi, kiedy się jej najmniej spodziewasz - stwierdza Shannon.

- No i co z tego? Naprawdę sądzisz, że ty i Bryson jesteście dla siebie stworzeni?

- Tak. - Shannon wydaje się tego pewna. - Jestem o tym przekonana, od kiedy się pocałowaliśmy.

- Pozwól, że jako twoja przyjaciółka przypomnę ci, że to się wydarzyło podczas gry w butelkę, więc w zasadzie się nie liczy.

- To nie ma znaczenia. Wystarczy mi pięć dni, żeby udowodnić Brysonowi, że jesteśmy sobie przeznaczeni.

Potrząsam głową i odchodzę, zostawiając Shannon z jej fantazjami. Każdy ma prawo do swoich mrzonek. Jak by nie patrzeć, w mojej głowie Isaac i ja wynajmujemy kawalerkę w Nowym Jorku i mamy szczeniaka, który wabi się Zgredek, Psiak Domowy - i jesteśmy ze sobą bardzo, ale to bardzo szczęśliwi.

Puszka otwiera się z charakterystycznym syknięciem. Biorę pierwszy łyk, kiedy Louise Keaton wpada na mnie z pełnym impetem. Puszka leci wysoko w powietrze, a napój ochlapuje wszystko dookoła - przede wszystkim mnie.

- Cholera! - wołam, spoglądając na mokry, poplamiony mundurek.

Louise zupełnie nie zważa na to, co się stało. Dalej gada przez telefon.

- Co?! Widzisz wóz Brysona? Gdzie?

Przez moment zastanawiam się, czy Louise nie zrobiła tego specjalnie, bo jest moją eks. Właściwie to nie jestem pewien, czy w ogóle mogę ją tak określić, bo nasz związek trwał niecałe dwa tygodnie. Zaprosiłem ją na kilka randek na początku szkoły, żeby się wpasować w środowisko. Wszyscy się ze sobą umawiali, a Louise kiedyś stwierdziła, że moje piegi przypominają jej gwiazdy. Doceniłem jej liryczną osobowość i skoczyłem na głęboką wodę. Nasz związek był zupełnie w porządku... aż do wspólnego wypadu do kina w piątkowy wieczór. Okłamywanie Louise w sytuacji sam na sam wydało mi się strasznie nieuczciwe, więc to skończyłem. Teraz, jeśli ktoś mnie pyta, czemu się z nikim nie umawiam, po prostu kłamię, że moi rodzice są tak surowi, że mi na to nie pozwalają.

- No dzięki wielkie, Louise! - krzyczę za nią.

Ona jednak już zniknęła za rogiem korytarza, a ja zostałem sam. Cały przód koszulki mam mokry. Materiał przykleja mi się do skóry i otacza mnie słodki zapach napoju. Wszyscy zaczynają się na mnie gapić, czuję, jak się czerwienię. Nie mam wyboru, więc zmieniam kierunek i idę do łazienki. Dzwoni dzwonek. No super, spóźnię się na apel.

Teraz pozostało mi tylko się modlić, że nie zostanę przyłapany na spóźnieniu, bo za nic w świecie nie mogę stracić przerwy na lunch. Nie dzisiaj. Muszę skończyć scenariusz, żeby go oddać w terminie.

Zdejmuję marynarkę i luzuję krawat. Na ile to możliwe, staram się sprać plamy z białej koszuli. Kończę zupełnie mokry, ale nadal czuję zapach napoju. W lustrze oceniam szkody i widzę, że lepiej już nie będzie. Jestem strasznie wkurzony, ale idę do auli.

- Spóźniłeś się na apel, Kai - słyszę głos wicedyrektorki Ferguson. Stoi w drzwiach auli. Jej włosy są płomiennie rude, podobnie jak włosy jej syna. Z niezadowoleniem wydyma wargi pomalowane szkarłatną szminką. Mierzy mnie spojrzeniem z góry na dół. - Co ci się stało, na Boga?!

- Bardzo przepraszam, pani profesor. Ktoś na mnie wpadł i mnie oblał.

- Hm... Jesteś spóźniony i brudny. - Mruży oczy i wbija wzrok w moją szczękę. - A na dodatek nieogolony. Wybacz, ale jestem zmuszona wpisać ci uwagę. Chodź ze mną.

Wydaję cichy pomruk. Doskonale zdaję sobie sprawę, że właśnie udało mi się zarobić pierwszą w życiu szkolną karę. Kiedy wlokę się za wicedyrektorką Ferguson, nie mogę się powstrzymać przed przeklinaniem zarówno Louise Keaton, jak i Brysona Kellera.

Nie tak wyobrażałem sobie ten poniedziałkowy poranek.

2

Idę na pierwszą lekcję z karnym kwitkiem w ręku. To zajęcia teatralne, na które też już jestem spóźniony. Duże dwuskrzydłowe metalowe drzwi otwierają się ze zgrzytem, anonsując moje przybycie. Pani Henning podchodzi do mnie, powiewając swoim szalem z piór, tylko po to, by przeszyć mnie oskarżycielskim spojrzeniem.

- Jesteś spóźniony, Kai.

Czuję, jak krew napływa mi do twarzy, wywołując rumieńce na policzkach. Nie znoszę zwracać na siebie uwagi.

- Powinieneś zdawać sobie sprawę, że scena nie czeka na żadnego aktora. A wymówki w teatrze niewiele znaczą. - Pani Henning potrząsa głową. - Pospiesz się i dołącz do nas, bo wywołujesz niepotrzebne zamieszanie.

- Przepraszam - mówię tylko.

- No dobrze. - Pani Henning odwraca się z powrotem do reszty klasy. - Jak widzisz, wszyscy już dobrali się w pary, ale na twoje szczęście mamy dziś jeszcze jednego spóźnialskiego. Kartka z zadaniem leży na krześle w przednim rzędzie. Będziecie we dwóch partnerami w tym ćwiczeniu. Przygotujcie się, proszę, na piątek. Bez wymówek.

Kiwam potakująco głową i idę w kierunku sceny. To kawał drogi. Aula jest naprawdę duża i została niedawno odnowiona. Mijam niekończące się rzędy czerwonych krzeseł.

Reszta klasy już siedzi na krzesłach ustawionych na scenie w okręgu. Każdy trzyma swój egzemplarz Romea i Julii. Oczywiście mamy zwykłą salę z ławkami, ale pani Henning powtarza, że miejsce Szekspira jest w teatrze i że powinien być zawsze wystawiany, a nie czytany. Jak to mówi, "grzechem jest traktowanie go w inny sposób". W związku z tym na zajęciach na zmianę odgrywamy postaci z dramatów. Pani Henning zawsze nas zachęca, żebyśmy wczuwali się w nie jak najmocniej i wykorzystywali do tego przestrzeń sceniczną.

Znajduję sobie miejsce i siadam po turecku. Odkładam marynarkę i wyjmuję z listonoszki zużyty egzemplarz Romea i Julii. Otwieram książkę na stronie, na której ostatnio skończyliśmy. Największą zaletą mojego spóźnienia okazuje się to, że wszystkie role zostały już przydzielone. A to akurat lubię najmniej w zajęciach teatralnych.

W zasadzie zapisałem się na zajęcia tylko z powodu pani Henning. Bardzo walczyła o to, by w planie zajęć uwzględnić kurs pisania scenariuszy, i dzięki temu stała się moją ulubioną nauczycielką. A poza tym jej opowieści o sławie i szczęściu są takie zabawne. Pani Henning była dawniej twarzą telewizji. W telenoweli Moje życie jest twoją nowelą grała podwójną rolę bliźniaczek, z których jedna była tą dobrą, a druga tą złą. Spędziłem kiedyś cały wieczór na YouTubie, oglądając archiwalne odcinki. Ten serial naprawdę miał wszystko, co tego typu produkcja powinna zawierać - chciwych i samolubnych bogaczy, morderstwa, zdrady, a nawet porwania przez UFO. Totalnie uzależniające.

Słucham, jak inni czytają swoje role i odnajduję odpowiednie miejsce w książce. To scena bójki: Merkucjo właśnie zginął, a za chwilę umrze Tybalt. Tym razem rolę Romea odgrywa Isaac, a ja po raz kolejny przeklinam Louise i Brysona za moje spóźnienie. O mały włos nie ominąłem całego występu Isaaca, a tym samym uzasadnionej możliwości pogapienia się na niego.

Koniec aktu nadchodzi zbyt szybko, a pani Henning podnosi rękę, żeby zwrócić na siebie naszą uwagę.

- Dobra robota. Na dziś wystarczy. Do końca zajęć przedyskutujcie, proszę, wasze zadania w wyznaczonych parach.

Patrzę na Isaaca i jego parę, marząc w skrytości ducha o tym, że kiedyś będę miał tyle szczęścia, żeby zostać do niego przydzielonym. W zasadzie nigdy nie rozmawiałem z nim w szkole. Wymieniamy tylko powitania na korytarzu, tak samo jak z resztą drużyny piłkarskiej. Za wysokie progi na moje nogi. Piłkarze są arystokracją Fairvale Academy, a ja jestem tylko biednym chłopkiem. Nie żebym miał z tym jakiś problem. Wręcz przeciwnie, nie chcę popularności. Bycie anonimowym jest dla mnie najbezpieczniejsze, bo dzięki temu nikt nie pozna moich sekretów.

Drzwi się otwierają i wszyscy momentalnie się odwracają, kiedy człowiek legenda wchodzi do auli. Bryson wygląda nienagannie - włosy ma w lekkim, ale perfekcyjnym nieładzie. Ten widok drażni mnie bardziej, niż powinien.

- Przepraszam za spóźnienie, pani profesor. - Bryson przystaje pod sceną, obok pierwszego rzędu.

- Dzień dobry, panie Keller. Jak miło, że znalazłeś dla nas czas w swoim napiętym grafiku. Mam nadzieję, że wiesz, że dzisiejszą przerwę na lunch spędzisz na randce ze mną. Podobnie jak ty, Kai. - Wzrok pani Henning wędruje między Brysonem a mną.

Naprawdę chciałbym mieć w sobie na tyle dużo odwagi, żeby wypowiedzieć na głos, jak bardzo to jest nieuczciwe - zostałem właśnie ukarany dwa razy za jedno potknięcie. Serio, czy na tym świecie w ogóle istnieje sprawiedliwość?

- Kai, bardzo proszę, wytłumacz Brysonowi zadanie - kontynuuje pani Henning.