Data ważności - William Campbell Powell

-
Proszę czekać

So­bo­ta, 21 sierp­nia 2049

Je­steśmy na wa­ka­cjach.

Oczy­wiście je­dzie­my do par­ku te­ma­tycz­ne­go. Wszy­scy tak robią. To eska­pizm i nikt się z tym nie kry­je. Mówią ci: "Daj za­brać się z po­wro­tem..." i po­zwa­lają ci przez ty­dzień żyć w in­nych cza­sach. Wy­bierz so­bie okres, a znaj­dzie się od­po­wied­ni park. Do­wol­ny mo­ment z hi­sto­rii z wyjątkiem ostat­nich trzy­dzie­stu lat, bo te są dla większości lu­dzi zbyt przytłaczające. Jak sądzisz, gdzie w ta­kim ra­zie się wy­bie­rze­my, pa­nie Zog? Mając do wy­bo­ru całą hi­sto­rię ludz­kości, mo­gli­byśmy wrócić do czasów im­pe­rium bry­tyj­skie­go albo rzym­skie­go. Tak, oczy­wiście, że są par­ki, które mają to w ofer­cie. Tyl­ko że nas na to nie stać, nie z za­robków pa­sto­ra. Dla­te­go też my je­dzie­my w drogę po­wrotną do... lat sie­dem­dzie­siątych zeszłego stu­le­cia!

Żałosne.

***

Muszę przy­znać, że kie­dyś cie­ka­wiły mnie lata sie­dem­dzie­siąte po­przed­nie­go wie­ku. Kie­dy tata po­wie­dział, że właśnie tam się wy­bie­ra­my, pra­wie rzu­ciłam się do pa­ko­wa­nia rze­czy. Pa­nie Zog, od cze­go by tu zacząć opo­wieść o la­tach sie­dem­dzie­siątych? Trochę pamiętałam z hi­sto­rii: kry­zys ener­ge­tycz­ny, Zima Nie­za­do­wo­le­nia, IRA, początek that­che­ry­zmu. Mama wyciągnęła ja­kieś sta­re zdjęcia prze­two­rzo­ne cy­fro­wo - były bar­dzo wy­blakłe, bo kie­dy je wy­ko­na­no, nie po­tra­fi­li robić wy­star­czająco trwałych barw­ników. Po­dob­no przed­sta­wiają bab­cię i dziad­ka Mamy na kon­cer­cie Dy­la­na w Black­bu­she w 1978. Ona sama za każdym ra­zem, kie­dy wy­ma­wia słowo "Dy­lan", mówi to z ta­kim roz­ma­rze­niem, jak­by to była jakaś isto­ta z in­nej pla­ne­ty, która nas od­wie­dziła. Po dro­dze słucha­liśmy trochę jego mu­zy­ki w sa­mo­cho­dzie, by wczuć się w kli­mat de­ka­dy. Sama mu­zy­ka jest chy­ba całkiem w porządku, ale mam na­dzieję, że nie za­mie­ni­my się w grupę fa­nowską Dy­la­na. I te­raz na­prawdę nie cho­dzi mi o mu­zykę, pa­nie Zog. Wy­da­je mi się, że Mama z Tatą by­li­by żenujący.

Wra­cając do zdjęcia pra­dziadków, nie je­stem pew­na, które jest które na zdjęciu. Fry­zu­ra i ubiór ni­cze­go nie su­ge­rują - trwała on­du­la­cja, pli­so­wa­ne ko­szu­le i oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne, w których wyglądają pra­wie jak prze­rośnięte mu­chy. Czy ja też będę mu­siała się tak ubie­rać? To mogłoby być za­baw­ne, ale wy­da­je mi się ra­czej, że będzie po pro­stu dzi­wacz­ne.

Je­steśmy te­raz w na­szym po­ko­ju ho­te­lo­wym. Wpusz­czo­no nas przez no­wo­cze­sne wejście. Jak się prze­bie­rze­my, mu­si­my scho­wać wszyst­kie na­sze dzi­siej­sze ubra­nia do sej­fu i po­zo­stać w stro­ju te­ma­tycz­nym przez resztę po­by­tu. Nie mamy tu te­le­wi­zji (zno­wu; dla­cze­go za­wsze jeździ­my w miej­sca bez te­le­wi­zji?) ani dostępu do te­ra­ne­tu. W la­tach sie­dem­dzie­siątych mie­li co praw­da kom­pu­te­ry, ale były to wiel­kie bla­sza­ki ze szpu­la­mi taśm (tak, poważnie) i dys­ka­mi twar­dy­mi wiel­kości koła sa­mo­cho­du. Na po­sia­da­nie kom­pu­te­ra było stać tyl­ko duże uni­wer­sy­te­ty i szpi­ta­le - taki sprzęt był na­zy­wa­ny kom­pu­te­rem typu ma­in­fra­me - i były jesz­cze mi­ni­kom­pu­te­ry...

Prze­pra­szam, pa­nie Zog. Za dużo in­for­ma­cji.

W każdym ra­zie cho­dzi mi tyl­ko o to, że zno­wu je­steśmy na tech­no­pust­ko­wiu, a moi ro­dzi­ce sami wy­bra­li właśnie to miej­sce. Jak tyl­ko skończę ten wpis, będę mu­siała oddać swo­je­go Al­lIn­Fo­ne'a na prze­cho­wa­nie ra­zem z ciu­cha­mi i resztą no­wo­cze­snych gadżetów i zejść do tego dru­gie­go holu ho­te­lo­we­go - lob­by z lat sie­dem­dzie­siątych. Po­sta­ram się robić no­tat­ki, ale zgod­nie z za­sa­da­mi mam "tyl­ko długo­pis i pa­pier".

***

Przyłapa­li Tatę, gdy próbował wy­nieść swo­je­go Al­lIn­Fo­ne'a z po­ko­ju. W drzwiach jest wy­kry­wacz, który re­agu­je na sy­gnał, jaki zgod­nie z pra­wem muszą emi­to­wać wszyst­kie urządze­nia prze­nośne. Bar­dzo uprzej­my por­tier zwrócił mu uwagę:

- Nie może pan wziąć tego ze sobą, proszę pana.

- Och, prze­pra­szam. Nie wie­działem...

Taty od­po­wiedź była oczy­wi­stym kłam­stwem. Tatuś będzie się mu­siał przy­znać bi­sku­po­wi - wi­działam w lu­strze, jak rozglądał się po po­ko­ju, wsu­wając Al­lIn­Fo­ne'a do kie­sze­ni.

Ze­szliśmy na dół do holu.

To było fa­scy­nujące. Pisałam kie­dyś pracę o la­tach sześćdzie­siątych i siedemdzie­siątych, o szyb­ko zmie­niających się wte­dy sty­lach - w tym miej­scu udało im się od­wzo­ro­wać je wszyst­kie. Każdy z przy­byłych był wy­szy­ko­wa­ny na dys­ko­tekę - wy­da­rze­nie wie­czo­ru otwie­rającego. Wszy­scy byli po­sy­pa­ni bro­ka­tem i uma­lo­wa­ni. Tata zro­bił awan­turę, kie­dy usłyszał, że wszy­scy to również on. Ubra­nie było wykręcone w ko­smos.

Buty na ko­tur­nie.

Ogrom­ne oku­la­ry.

Od­bla­ski.

Krótkie spodnie.

Tak. Miałam na so­bie krótkie spodnie. Li­lio­we krótkie spoden­ki. Z do­szy­tym z przo­du ba­we­tem, pod którym miałam gładką białą bluzkę, całą w fal­ban­kach i spin­kach. Małe, krótkie skar­pet­ki spor­to­we - na­prawdę słod­ziut­kie (ale nie dla mnie) - i para nie­do­ro­zwi­niętych pra­przodków tram­pek. Sama bym zro­biła niezłą awan­turę, ale Tata mnie ubiegł, a nie oka­zu­je się Ta­cie wspar­cia przez nakręca­nie kłótni...

Było na­prawdę fa­tal­nie. Na do­da­tek mam jesz­cze nogi dziec­ka - bar­dzo chu­de. Jest na­wet kon­kret­ne określe­nie na nogi ta­kie jak moje. Pa­ty­ko­wa­te. Cza­sa­mi spraw­dzam dla pew­ności i wiem, że mam tyl­ko dwa ko­la­na - po jed­nym na nogę. Ale w tym stro­ju czułam się, jak­bym miała ich więcej, na do­da­tek różną ilość w każdej no­dze. Ta­kie spodnie zo­stały za­pro­jek­to­wa­ne z myślą o porządnym tyłku i bio­drach, których ja jesz­cze nie mam.

Mama z Tatą oczy­wiście szyb­ko wsko­czy­li w swo­je role i ba­wi­li się set­nie. Tata miał na so­bie żarówia­ste, zie­lo­ne dzwo­ny i dzia­ni­no­wy swe­ter bez rękawów nałożony na ko­szulę z ol­brzy­mim kar­ma­zy­no­wym kołnie­rzem. Ko­cham mo­je­go Tatę bez­gra­nicz­nie, ta­kie­go ja­kim jest, ale żaden strój nie mógłby bar­dziej pod­kreślać jego wy­dat­ne­go brzu­cha. A mama... cóż. Mama w końcu włożyła bla­dożółtą im­pre­zową su­kienkę w po­ma­rańczo­we gro­chy. Do tego do­pa­so­wała buty na moc­no prze­sa­dzo­nym ko­tur­nie, więc... nic dziw­ne­go, że się te­le­pała na boki. Mama ma świetną fi­gurę - re­gu­lar­nie ćwi­czy, gra w squ­asha i te­ni­sa z kil­ko­ma in­ny­mi ma­ma­mi z na­szej pa­ra­fii. Nic nie po­win­no być w sta­nie spo­wo­do­wać u niej utra­ty pew­nej po­sta­wy. A jed­nak w tych właśnie bu­cio­rach chwiała się jak ma­ry­narz pod­czas sztor­mu. To było tak ko­micz­ne, że chciałam się zapaść pod zie­mię. Jeśli kie­dy­kol­wiek uda ci się złamać szy­fro­wa­nie mo­je­go Al­lIn­Fo­ne'a, Mamo, i te­raz to czy­tasz, to bar­dzo mi przy­kro, ale taka właśnie jest szcze­ra praw­da, za­pi­sa­na i prze­zna­czo­na dla pana Zoga.

Podłoga jed­nak jakoś nie chciała się pode mną otwo­rzyć i nie miałam gdzie się scho­wać. Rozglądałam się dwa­dzieścia, może na­wet ze czter­dzieści razy, i nie­wie­le się wokół zmie­niało. Wszędzie pełno było naj­gor­szych przykładów bez­guścia lat sie­dem­dzie­siątych, nałożonych na ja­skra­wo ubra­nych tu­rystów, którzy zmie­rza­li w kie­run­ku tej świątyni ki­czu, jaką była dys­ko­te­ka dla do­rosłych.

Oczy­wiście byli tam nie tyl­ko dorośli. To wa­ka­cje ro­dzin­ne i wca­le nie byłam za­sko­czo­na, widząc ko­lej­ne ko­pie sie­bie. Nie dokładne ko­pie, rzecz ja­sna, ale wokół było około tu­zi­na zakłopo­ta­nych dzie­ciaków w wie­ku od lat sied­miu do trzy­na­stu, które próbowały nie pa­trzeć na swo­ich ro­dziców i uda­wały, że w ogóle ich tam nie ma.

Fala ze­pchnęła nas w kie­run­ku par­kie­tu, gdzie zna­leźliśmy wol­ny sto­lik ro­dzin­ny. Przy sąsied­nim sie­działa dru­ga ro­dzi­na z chłopacz­kiem mniej więcej w moim wie­ku. Uśmiechnął się do nas sze­ro­ko i szcze­rze spod ru­de­go mopa. Ukłoniłam się w od­po­wie­dzi, a jego mama, za­uważając ten ruch, ob­da­rzyła naszą ro­dzinkę uśmie­chem. Niedługo później zsunęliśmy na­sze sto­liki i dorośli utonęli w roz­mo­wie. W pew­nym mo­men­cie mój Tata i jego tata ode­szli w kie­run­ku baru po drin­ki.

- Jak masz na imię?

W pierw­szej chwi­li tego nie wyłapałam. Ryży Mop coś mówił, ale nie zwra­całam uwa­gi na słowa. Pa­trzyłam na Mamę, tak trochę bo­kiem. Te­raz, jak już usiadła i prze­stała się chwiać, zno­wu była tą Mamą, którą znałam z co­dzien­ne­go życia.

- Jak masz na imię?

- Je­steśmy De­eley.

Wyglądał na roz­drażnio­ne­go.

- To wiem. Py­tam kon­kret­nie o two­je imię.

- Ta­nya.

Na­prawdę chciałam ogra­ni­czyć swoją wy­po­wiedź do mi­ni­mum. Pusz­cza­li aku­rat wcze­sne­go Bo­wie­go - The Jean Ge­nie, jeśli się nie mylę. Oba­wiałam się, że Ryży Mop może wpaść na po­mysł wyciągnięcia mnie do tańca. Za­raz prze­szedłby do li­cze­nia mo­ich ko­lan, a kie­dy wyszłaby mu jakaś duża licz­ba nie­pa­rzy­sta, zacząłby się śmiać. Mu­siałabym go za to zabić, za­bra­li­by mnie do więzie­nia - kiep­ski ko­niec wa­ka­cji.

- John.

- Słucham? - Tak na­prawdę zupełnie go nie słuchałam.

- John. Ja mam na imię John. Możesz mnie tak na­zy­wać, jak będziesz chciała zwrócić na sie­bie moją uwagę.

- Już cię za­pa­miętałam jako Ryżego Mopa.

Nie miałam ocho­ty na to­wa­rzy­stwo, a już na pew­no nie na to­wa­rzy­stwo ja­kie­goś ro­bo­dzie­cia­ka, więc nie będę ukry­wać, że zupełnie ce­lo­wo próbowałam być nie­miła. Tak tyl­ko tro­szeczkę, ale po nim to i tak spłynęło jak po kacz­ce. Uśmiechnął się tyl­ko i prze­cze­sał pal­ca­mi włosy.

- Ta. Trochę przy­po­mi­nają mopa. Mógłbym się za­trud­nić do sprząta­nia. Sko­ro za­mie­rzasz mnie na­zy­wać Ryżym Mo­pem, to jak mam mówić na cie­bie? Wro­na?

- Może być.

Cóż. Moje włosy fak­tycz­nie są całkiem czar­ne i nie miałam nic prze­ciw­ko temu, żeby to pod­kreślił. Był tak przy­ja­ciel­sko na­sta­wio­ny i ra­do­sny, a po­nad­to zupełnie nie dał się zniechęcić moim chłod­nym przyjęciem.

- W ta­kim ra­zie, pan­no Ta­nyu "Wro­no" De­eley, może uśmiech­niesz się choć prze­lot­nie na po­wi­ta­nie Joh­na "Ryżego Mopa" Czer­na?

Wy­szcze­rzyłam zęby na mo­ment i ukłoniłam głowę. Nie myśląc za wie­le, pod­niosłam dłoń i od­garnęłam ko­smyk nie­sfor­nych włosów. Uśmiechnął się do mnie i bez­sku­tecz­nie spróbował jakoś ułożyć swo­je dzi­kie kłaki, jed­nak nadal coś zwi­sało mu dokład­nie pomiędzy błękit­ny­mi ocza­mi. Nie udało mi się po­wstrzy­mać i sze­ro­ko się uśmiechnęłam. Jak na ro­bo­ta, był całkiem w porządku chłopa­kiem.

- Do­bra, John. Pod­daję się. Przyj­muję na­sta­wie­nie przy­ja­ciel­skie.

- O wie­le le­piej.

Oka­zało się, że pan i pani Czern byli z Lon­dy­nu. Mie­li mały skle­pik z wa­rzy­wa­mi, ga­ze­ta­mi i in­ny­mi rze­cza­mi co­dzien­nej po­trze­by. Jeśli coś jest po­trzeb­ne, a aku­rat nie ma cza­su na dłuższą wy­prawę do hi­per­mar­ke­tu, z pew­nością można to kupić u Czernów. John po­ma­gał ro­dzi­com w skle­pie, kie­dy nie był w szko­le albo nie od­ra­biał lek­cji.

- Całkiem spo­ro po­ma­gam. Trak­tują mnie trochę jak służącego. No wiesz: przy­nieś, po­daj...

- Nie ma­cie ro­bo­ta do­mo­we­go do ta­kich rze­czy? - zadałam py­ta­nie, ale do­sko­na­le wie­działam, jaka będzie od­po­wiedź.

- Nie. Nie za­ra­bia­my dużo na pro­wa­dze­niu skle­pu. Wy­star­czy na faj­ne wa­ka­cje, ale ro­bot byłby już luk­su­sem po­nad na­sze możliwości.

"Dwa ro­bo­ty - po­pra­wiłam go w myślach. - Dwa ro­bo­ty byłyby luk­su­sem...". Pierw­szy ro­bot to ko­niecz­ność. Wte­dy pomyślałam o tej pusz­ce, So­ame­sie. Gdy­by moi ro­dzi­ce nie mie­li do­sko­nałych genów, nie byłoby żad­nych szans na to, żeby stać nas było przy­najm­niej na to ko­niecz­ne mi­ni­mum.

- Wiem. Mój Tata jest pa­sto­rem, więc nam też się nie prze­le­wa. Ale do­sta­liśmy ro­bo­ta, używa­ne­go.

Na­sza roz­mo­wa szyb­ko scho­dziła na smut­ne te­ma­ty. Jesz­cze trochę i zaczęlibyśmy płakać do szkla­nek. Właśnie, myśl o szklan­kach przy­po­mniała mi o Ta­cie, który nadal jesz­cze nie wrócił z na­po­ja­mi.

Jak na zawołanie, nasi ta­tu­sio­wie wyłoni­li się z bez­i­mien­ne­go tłumu. Mój Tata szedł przo­dem, a pan Czern niósł tacę. Tata Joh­na roz­dał na­po­je. Był krągłym gościem, ra­czej ni­skie­go wzro­stu, ciągle chi­cho­tał i zda­wał się bar­dzo za­do­wo­lo­ny, obsługując nas.

- Dla pań drin­ki Ba­by­cham. Piwo Wat­neys Red Bar­rel dla praw­dzi­wych mężczyzn. I cola dla dzie­ciaków. Całkiem au­ten­tycz­ne, co?

Za­sta­na­wiam się, skąd on mógł to wie­dzieć. Już po pierw­szym łyku piwa Tata skrzy­wił się i przez głowę prze­le­ciało mi py­ta­nie, po co ktoś miałby trzy­mać re­cep­turę na ja­kieś pa­skudz­two przez po­nad osiem­dzie­siąt lat?

Na­po­tkałam spoj­rze­nie Joh­na i chy­ba też o tym myślał, bo skrzy­wił się tak samo jak tata i wy­ko­nał gest, jak­by wy­le­wał szklankę z pi­wem Red Bar­rel. Mrugnął do mnie, ja do nie­go i oby­dwo­je pociągnęliśmy po łyku na­szej coli.

Pa­skudz­two! Ja­kież to było ohyd­ne! Klejące i słod­kie. Jesz­cze jed­na re­cep­tu­ra, którą należałoby za­mknąć w sej­fie hi­sto­rii...

***

Chy­ba nie będę dłużej roz­pi­sy­wać się na te­mat tego, jak okrop­na była ta dys­ko­te­ka. Ani cała resz­ta ty­go­dnia. Mu­zy­ka lat sie­dem­dzie­siątych była chy­ba naj­lepszą składową, ale jak to ujął Dic­kens: "Naj­lep­sze cza­sy i naj­gor­sze cza­sy za­ra­zem, okres mądrości i okres głupo­ty w jed­nym...". Może z la­ta­mi sie­dem­dzie­siątymi też tak było, ale przy­najm­niej ja nie za­uważyłam w par­ku te­matycznym ni­cze­go mądre­go.

Osta­tecz­nie lata sie­dem­dzie­siąte jawią mi się te­raz jako okrop­na de­ka­da. Jed­nej nocy roz­da­li nam wszyst­kim świecz­ki i za­in­sce­ni­zo­wa­li awa­rię za­si­la­nia. W jed­nej chwi­li sie­dzie­liśmy, oglądając na te­le­wi­zo­rze ki­ne­sko­po­wym (tak, na tym z wy­pukłym ekra­nem) jakiś do­ku­ment na te­mat kry­zy­su ener­ge­tycz­ne­go, a chwilę później światła zgasły i ob­raz zma­lał do po­je­dyn­cze­go punk­tu na środ­ku ekra­nu. Przy bla­dej poświa­cie wyłączo­ne­go te­le­wi­zo­ra zna­leźliśmy świecz­ki. Uważam, że or­ga­ni­za­to­rzy trochę oszu­ki­wa­li, bo w ścia­nach było do­dat­ko­we oświe­tle­nie, dzięki cze­mu nikt się nie po­tknął i nie złamał nogi. Pięć mi­nut później wszy­scy wy­cho­dzi­li już ze swo­ich po­kojów ze świecz­ka­mi w rękach i... kie­ro­wa­li się w kie­run­ku baru, jakżeby in­a­czej. I jakoś nikt nie miał żad­nych za­strzeżeń, że na pom­py do dys­try­bu­torów piwa prądu nie za­brakło...

Punk­tem szczy­to­wym wy­ciecz­ki była wi­zy­ta w ko­pal­ni węgla. Była to oczy­wiście re­kon­struk­cja, a pod zie­mię zaj­rze­liśmy dzięki sy­mu­la­cji. Do tego cza­su zdążyłam już przy­wyknąć, że wszędzie cho­dzi­liśmy z Czer­na­mi. Poza tym po­lu­biłam po­czu­cie hu­mo­ru Joh­na. Kie­dy już prze­bra­liśmy się wszy­scy w po­ma­rańczo­we kom­bi­ne­zo­ny i założyliśmy żółte ka­ski, wy­da­wało mi się zupełnie na­tu­ral­ne, że dałam się wziąć Joh­no­wi za rękę i po­pro­wa­dzić po słabo oświe­tlo­nych ko­ry­ta­rzach.

Oczy­wiście pro­wa­dziły do­nikąd. Żaden nie miał więcej niż dzie­sięć, może dwa­dzieścia metrów. Było to za­ma­sko­wa­ne kil­ko­ma załoma­mi i zmia­na­mi wy­so­kości, żeby uczy­nić zwie­dza­nie bar­dziej in­te­re­sującym. Wszędzie słysze­liśmy ochy i achy tu­rystów, a dro­id opro­wa­dzający mówił w kółko o "ostat­niej de­ka­dzie bry­tyj­skiej potęgi górni­czej" albo "ciągłej pa­zer­ności władzy związków". Nie miało to wiel­kie­go sen­su, ale brzmiało dum­nie.

***

I tak oto nad­szedł ostat­ni dzień po­by­tu. W ba­rze zo­stała zor­ga­ni­zo­wa­na gala pożegnal­na z ka­pelą grającą na żywo kawałki ze­społu Sla­de. Było głośno i ko­lo­ro­wo, mu­zy­cy tu­pa­li bu­ta­mi na ko­tur­nach śpie­wając Gud­buy T'Jane i Cum on Feel the No­ize.

Między pio­sen­ka­mi John po­pro­sił mnie o mój PIT - pu­blicz­ny iden­ty­fi­ka­tor te­ra­ne­to­wy. Byłam nieźle zmie­sza­na. Czy po­win­nam mu go dawać? Był całkiem miły, ale w końcu to nadal tyl­ko ro­bot. Z ryżym, nie­posłusznym mo­pem na głowie i bar­dzo słod­ki­mi pie­ga­mi.

Co też ja wy­ga­duję?

Oj, pa­nie Zog. To był chy­ba pierw­szy chłopak, którym się za­in­te­re­so­wałam. W końcu dałam mu tego PIT-a, tańczy­liśmy - ja w tych okrop­nych spoden­kach z ko­la­na­mi na wi­do­ku - i na­wet dałam mu całusa w po­li­czek, kie­dy wy­da­wało mi się, że ro­dzi­ce nie patrzą. Później zespół za­grał Far Far Away i zatańczy­liśmy przy­tu­le­ni do sie­bie. Za­py­tałam go wte­dy szep­tem:

- Czy ty je­steś praw­dzi­wy?

Moje ser­ce na mo­ment zakołatało, kie­dy do­tarła do mnie jego od­po­wiedź:

- Tak, je­stem.

Nie­dzie­la, 18 lip­ca 2049

Co za dzień!

Od dziś mamy ro­bo­ta. No i aku­rat dziś są moje je­de­na­ste uro­dzi­ny. Pomyślałam so­bie, że za­cznę pisać pamiętnik, bo to taki dziw­ny dzień, a jeśli nie po­tra­fi się na­pi­sać porządne­go wpi­su do pamiętni­ka wte­dy, kie­dy jest o czym pisać, to ja­kie są szan­se, że na­pi­sze się coś cie­ka­we­go wte­dy, kie­dy będzie drętwo i nud­no?

Ani myślę za­czy­nać każdego wpi­su od "Dro­gi pamiętnicz­ku". To byłoby ta­kie... wik­to­riańskie. Ta­kie kom­plet­nie od cza­py. Po­sta­no­wiłam zde­cy­do­wać, kto będzie mój pamiętnik czy­tał. Kim­kol­wiek je­steś, mój od­legły, nie­zna­ny przy­ja­cie­lu, muszę mieć jakiś ob­raz cie­bie w mo­jej głowie.

Całkiem możliwe, że je­dyną osobą, która to prze­czy­ta, będę ja sama w wie­ku dzie­więćdzie­sięciu lat. No to, tak na wszel­ki wy­pa­dek: "Cześć, Ja-z-dwa-tysiące-sto-dwu­dzie­ste­go-ósme­go! To Ja-z-dwa-tysiące-czter­dzie­ste­go-dzie­wiątego".

Możliwe też, że czy­tają mnie moje wnu­ki i wnucz­ki. "Cześć, moje wnuczęta! To ja, Wa­sza ba­bu­nia Ta­nya, jesz­cze za­nim kom­plet­nie zbzi­ko­wałam. Mam na­dzieję, że załatwi­liście mi miły dom".

Nie no, tak poważnie to mam na­dzieję, że to nie tak będzie wyglądać. Jak już mam być czyjąś bab­cią, to przy­najm­niej nie po­win­nam być nudną bab­cią. Za­miast tego będę wielką Damą, od­zna­czoną za zasługi dla kra­ju, opo­wia­dającą nie­sa­mo­wi­te, w większości praw­dzi­we hi­sto­rie o mo­ich przy­go­dach jako szpie­ga, de­tek­ty­wa albo ak­tor­ki. Do 2128 okażę się wam bar­dzo po­trzeb­na, kim­kol­wiek je­steście, bo nie będzie już wie­lu ta­kich jak ja.

A może na­wet je­steś ja­kimś sta­rym, nud­nym hi­sto­ry­kiem albo oślizgłym ar­che­olo­giem-ko­smitą z mac­ka­mi o imie­niu Zog z ga­lak­ty­ki An­dro­me­dy, który próbuje się do­wie­dzieć, kim je­stem i jacy właści­wie byli lu­dzie...

Ma­cie tam w An­dro­me­dzie kościoły, pa­nie Zog? Śluby, chrzty, po­grze­by? Za dużo szczegółów, przy­najm­niej jak na je­den dzień. W każdym ra­zie, mój tata jest pa­sto­rem. Ostat­nio ma dużo pra­cy. Mówi, że ja­kieś trzy­dzieści lat temu kościoły świe­ciły pust­ka­mi. Ale te­raz są pełne. Pełne nieszczęśli­wych lu­dzi szu­kających po­mo­cy, która spra­wi, że ich życie sta­nie się bar­dziej znośne. Lu­dzi, którzy po­trze­bują choć na­miast­ki ry­tuałów, dzięki którym świat będzie znów wy­da­wał się nor­mal­ny.

Kościel­ny biz­nes się kręci, ale pa­sto­rzy i tak są bied­ni. Mama mówi, że tyl­ko dzięki Ta­cie połowa wio­ski jesz­cze nie odeszła od zmysłów, a i tak ra­dzi­my so­bie w życiu z tym, co in­nym prze­stało już być po­trzeb­ne. Mamy spiżarkę pełną fa­so­li kon­ser­wo­wej. Nasz te­le­wi­zor to czy­jaś sta­ra dwu­wy­mia­ro­wa pla­zma. A nasz "nowy" ro­bot to od­no­wio­ny mo­del z czter­dzie­ste­go czwar­te­go, po­da­ro­wa­ny nam przez życz­li­we­go pa­ra­fia­ni­na.

Ale mamy ro­bo­ta, ta­kie­go praw­dzi­we­go, działającego ro­bo­ta. Tata po­wie­dział, że na­wet bi­skup ma tyl­ko mo­del z czter­dzie­ste­go siódme­go. Ted, je­den z ad­mi­ni­stra­torów kościoła, wy­rzu­cił go. Ma głęboki głos i mówi ta­kim pod­miej­sko-lon­dyńskim ak­cen­tem.

Na­zwa­liśmy go - tego ro­bo­ta - So­ames. Brzmi ide­al­nie, jak imię lo­ka­ja z lat trzy­dzie­stych ubiegłego stu­le­cia. Jak wyjęte z po­wieści Aga­thy Chri­stie. Gdy Tata po raz pierw­szy go ak­ty­wo­wał, pa­trzyłam, jak roz­pa­lały mu się oczy. Spy­tałam Tatę, cze­mu się świecą, a on odpo­wiedział mi z uśmie­chem:

- Tak na­prawdę nie ma żad­ne­go kon­kret­ne­go po­wo­du, by te oczy świe­ciły. To ra­czej taki ba­jer, częścio­wo cho­dzi o nada­nie tego wyglądu re­tro, dzięki któremu zda­niem psy­cho­logów czu­je­my się przy nich bar­dziej spo­koj­ni. Jak oglądamy te wszyst­kie fil­my scien­ce fic­tion z dwu­dzie­ste­go wie­ku, śmie­je­my się, bo są ta­kie dziw­ne. Tu­taj cho­dzi o to samo. Ro­bo­ty są ce­lo­wo tak pro­jek­to­wa­ne, żeby wyglądały to­por­nie i nie­co sta­ro­mod­nie. I tak też się po­ru­szają, dzięki cze­mu czu­je­my się od nich lep­si i nie bo­imy się ich.

Oczy­wiście mu­sie­liśmy się za­re­je­stro­wać, aby So­ames mógł roz­po­znać głosy swo­ich no­wych właści­cie­li i wy­ko­ny­wać na­sze po­le­ce­nia.

- Mi­cha­el De­eley, główny ad­mi­ni­stra­tor. Po­twierdź. - To był Tata.

- Po­twier­dzam.

- An­net­te De­eley, dru­gi ad­mi­ni­stra­tor. Po­twierdź. - Mama.

- Po­twier­dzam.

- Ta­nya De­eley, młod­szy ad­mi­ni­stra­tor. Po­twierdź. - Ja, od­czy­tująca bar­dzo poważnym głosem tekst z in­struk­cji.

- Po­twier­dzam.

I tyle. So­ames będzie od tej pory wy­ko­ny­wał po­le­ce­nia Taty, później Mamy, a po­tem moje. W tej ko­lej­ności. W pamięci miał też za­ko­do­wa­ne do­dat­ko­we ko­men­dy, których nie można nad­pi­sać. Na­zy­wa się je cza­sa­mi pra­wa­mi ro­bo­ty­ki Asi­mo­wa, po ja­kimś daw­nym pi­sa­rzu, który jako pierw­szy je sfor­mułował. Tata mówi, że ory­gi­nal­ne za­sa­dy Asi­mo­wa były bar­dzo pro­ste, ale wer­sja wbu­do­wa­na w opro­gra­mo­wa­nie So­amesa zo­stała do­dat­ko­wo skom­pli­ko­wa­na przez praw­ników. W kon­se­kwen­cji, pod wpływem stre­su każdy ro­bot sta­je się zupełnie bezużytecz­ny.

Na początek ka­za­liśmy So­ame­so­wi po­zmy­wać na­czy­nia. Ni­cze­go nie stłukł, ale sama mogłabym załado­wać zmy­warkę dwa razy szyb­ciej. Ju­tro oczy­wiście zro­bi to już znacz­nie spraw­niej, bo na­uczył się, co ma robić i gdzie odkładać czy­ste na­czy­nia.

Po­tem, po­nie­waż są wa­ka­cje i nie ma szkoły, chciałam po­grać z nim w ping-pon­ga. W końcu to moje uro­dzi­ny i Tata po­wie­dział, że należy mi się trochę roz­ryw­ki. So­ames przez większość cza­su pod­no­sił piłeczkę. O ile oczy­wiście jej nie na­depnął (dwie znisz­czo­ne) albo nie odbił w kie­run­ku la­tar­ni (jed­na poza zasięgiem).

W końcu opro­wa­dzi­liśmy go po domu, po­ka­zując, co gdzie stoi. Jak te­raz każemy mu sprzątnąć dom, wszyst­ko wróci na miej­sce, w którym stało w dniu mo­ich je­de­na­stych uro­dzin. Albo jakoś tak.

Też coś.

Do­bra. Szcze­rze? Nie boję się ro­botów do­mo­wych. Ale czy można zro­bić ta­kie­go, który będzie umiał grać w te­ni­sa stołowe­go? Proszę?

So­bo­ta, 11 września 2049

No i już so­bo­ta, minął cały ty­dzień w Lady Maud. Na­gle stało się to moją nową co­dzien­nością. Jak to się dzie­je? Siân Ful­ler właści­wie zo­stała moją naj­lepszą przy­ja­ciółką. Jako człowiek byłaby oczy­wiście kom­pletną idiotką, ale jak na ro­bo­ta jest w porządku. Ostat­nio, w środę, po­ma­gałam jej od­ro­bić pracę do­mową w au­to­bu­sie. Kie­dy nie pa­trzyła, uśmie­chałam się pod no­sem, bo cała sy­tu­acja była prze­cież za­baw­na, praw­da? Po co ro­bot ma się uczyć fran­cu­skich cza­sow­ników? Nie­zbyt często jed­nak o tym roz­myślam, bo to pro­wa­dzi do roz­ważań o przyszłości, a przyszłość to bar­dzo strasz­ne i smut­ne miej­sce, z wie­lo­ma py­ta­nia­mi bez od­po­wie­dzi:

Co się dzie­je z ro­bo­ta­mi, kie­dy do­rosną?

Dla­cze­go pani Han­son trzy­ma fo­to­gra­fię przy­stoj­ne­go zu­lu­skie­go wo­jow­ni­ka (być może jej męża) w kla­sie?

Czy są jacyś młodzi na­uczy­cie­le?

Co kry­je się w ser­cu Afry­ki, za Ko­ry­ta­rzem Kim­ber­ley?

Dla­cze­go John się do mnie nie ode­zwał?

No właśnie, dla­cze­go nie za­dzwo­nił?

Śnił mi się ostat­niej nocy. Śnił mi się ten ostat­ni całus w po­li­czek. To wspo­mnie­nie spra­wia, że aż mi gorąco w środ­ku. Trochę mi chy­ba głupio.

Nie za­dzwo­nił do mnie. Od wa­ka­cji minęło już po­nad dwa ty­go­dnie. Tak szyb­ko o mnie za­po­mniał? Może zgu­bił mój nu­mer PIT?

***

An­giel­ski. Czy­ta­my Szek­spi­ra. Wy­bacz, chy­ba już o tym pisałam. Tak, zga­dza się. Ku­piec we­nec­ki. Pani Phil­pott. Robiłyśmy jej dow­ci­py. Kie­dy nie pa­trzyła, prze­sta­wiałyśmy rze­czy na biur­ku, żeby nie mogła ich zna­leźć. Ma bar­dzo kiep­ski wzrok.

Ale całego Szek­spi­ra zna na pamięć i nig­dy nie po­trze­bo­wała książek, które jej cho­wałyśmy. W końcu prze­stałyśmy so­bie z niej żar­to­wać - nie dawało to żad­nej fraj­dy.

Przez większość cza­su ze znu­dze­niem od­czy­ty­wałyśmy swo­je li­nij­ki, a ona kar­ciła nas, mówiąc coś w sty­lu:

- Nie, nie, nie. Wy­obraź so­bie, że to­bie się to przy­da­rzyło. Jak ty byś się czuła w ta­kiej sy­tu­acji, ko­cha­nie?

Wte­dy jej ofia­ra przez chwilę wyrażała cie­ka­wość lub pod­nie­ce­nie w całym za­kre­sie szcze­rości do­znań, ja­kie po­tra­fi wy­ra­zić je­de­na­sto­lat­ka - a w tym wie­ku nie po­tra­fi się jesz­cze zbyt wie­le, pa­nie Zog. Kwi­to­wała to zwy­kle, prze­wra­cając ocza­mi i stwier­dzając:

- O wie­le le­piej.

W końcu przyszła pora i na mnie, oczy­wiście. Do­stała mi się kwe­stia Por­cyi. Ciągle słyszę stro­fującą po­radę:

- Jak ty byś się po­czuła, Słonko?

Jak się w po­wie­trze ulat­niają moje

Błędne oba­wy, wrzące nie­po­ko­je,

Złowiesz­cze tro­ski i chwiejące względy!

Miłości, po­skrom ra­do­sne zapędy!

Fol­guj, zmniejsz nad­miar swo­je­go za­chwy­tu!

Abym u tego szczęśliwości szczy­tu

Nie utra­ciła zmysłów.1

Czy to jakaś sztucz­ka Szek­spi­ra, że pod­czas czy­ta­nia w umyśle po­ja­wia się ob­raz? Ru­dowłosy chłopak w ubra­niach z lat sie­dem­dzie­siątych tańczący w rytm mu­zy­ki gra­nej przez ka­pelę fanów Sla­de'ów?

Pani Phil­pott nic nie po­wie­działa, ale czułam jej spoj­rze­nie po tym, jak skończyłam swoją kwe­stię i przemówił Bas­sa­nio. Po lek­cji za­trzy­mała mnie na chwilę.

- Coś po­czułaś.

To nie było py­ta­nie, a ja czułam, że jej mogę za­ufać.

- Tak. Jest ktoś...

- Tak właśnie pomyślałam. Tak to się zwy­kle za­czy­na. Na­sze doświad­cze­nia na­dają słowom życia. A słowa wzbo­ga­cają na­sze życie.

- Jak co się za­czy­na, pani Phil­pott?

- Na­sze zamiłowa­nie do języka, pan­no De­eley. Zwierzęta są ogra­ni­czo­ne do po­strze­ga­nia wyłącznie uczu­cia­mi, zaś ma­szy­ny znają wyłącznie słowa. By­cie człowie­kiem po­le­ga na od­czu­wa­niu, czy­li nada­wa­niu tek­stu­ry i wy­ra­zu na­szym emo­cjom po­przez język.

- Czy to wszyst­ko?

- To wszyst­ko, pan­no De­eley. Czy ciało i krew określają człowie­ka? Ja w to nie wierzę. Wie­lu zro­dzo­nych z ko­bie­ty nie po­tra­fi czuć. Wy­star­czy, że weźmiesz podręcznik do hi­sto­rii i za­py­tasz sie­bie samą, czy człowiek za­cho­wałby się w taki właśnie sposób, gdy­by po­tra­fił czuć?

- Ma pani na myśli kogoś ta­kie­go jak Hi­tler?

- To nie­co skraj­ny przykład, ale właśnie o to mi cho­dzi. Z pew­nością uro­dziła go ko­bie­ta, ale czy był człowie­kiem?

- Ja...

- To py­ta­nie re­to­rycz­ne. Nie od­po­wia­daj. W ak­cie trze­cim, w pierw­szej sce­nie, Shy­lock wy­po­wia­da znaną kwe­stię odnośnie swo­jej własnej oso­by: "Je­stem Żydem. Czyż nie mam oczu Żyda?". Po tych słowach da­lej de­fi­niu­je swoją ludz­kość na pod­sta­wie czy­sto fi­zjo­lo­gicz­nych cech. Ale zwróć uwagę na jego później­sze czy­ny. Czy za po­mocą języka po­tra­fi wy­rwać się z więzie­nia własne­go umysłu i zro­zu­mieć uczu­cia in­nej oso­by? Czy po­tra­fi za­tem ko­chać inną osobę bar­dziej niż sie­bie sa­me­go? Czy może jed­nak jego czy­ny i język po­ka­zują, że jest sam, za­mknięty we własnym umyśle?

Myślę, że mogłaby mówić w nie­skończo­ność, ale mu­siała za­uważyć moje znie­cier­pli­wie­nie. Mar­twiłam się, że nie zdążę na następną lekcję.

- No, leć już.

***

Za­mie­rzałam za­brać sztukę do domu i prze­czy­tać całość, ale za­po­mniałam ją spa­ko­wać do ple­ca­ka z pracą do­mową. Później mi się przy­po­mniało i po­zwo­liłam so­bie na małe oszu­stwo. Po­szpe­rałam trochę w sie­ci i wy­grze­bałam sta­re­go em­pe­ga, na którym mogłam zo­ba­czyć An­tho­ny'ego She­ra jako Szaj­lo­ka. Czy Szaj­lok jest człowie­kiem? Według de­fi­ni­cji pani Phil­pott pew­nie nie.

Obejrzę to na­gra­nie jesz­cze raz. A po­tem ko­lej­ny. I obie­cuję w końcu prze­czy­tać też ory­gi­nał.

Zde­cy­do­wałam, że uwiel­biam język.

Tak się cieszę, że je­stem człowie­kiem.

Wto­rek, 26 paździer­ni­ka 2049

Sto­pa.

Moja sto­pa.

Wpa­truję się w swoją stopę, jak­by wca­le do mnie nie należała.

Moja własna sto­pa mnie zdra­dziła.

Siedzę już w swo­im po­ko­ju od go­dzi­ny, może dwóch. A może i dłużej. Ro­dzi­ce przy­szli na górę po­wie­dzieć mi po raz ko­lej­ny, że nadal mnie ko­chają, ale nie chciałam z nimi roz­ma­wiać. No to so­bie po­szli. Jak się sku­pię, to słyszę ich głosy na dole. Szep­ty, płacze, po­spiesz­ne kro­ki. Sta­ram się jed­nak nie słuchać. To mi nie po­ma­ga. Siedzę tu, wpa­trując się w swoją stopę, a moje myśli wi­rują sza­leńczo.

Gdy­bym tyl­ko...

***

Pierw­sze "gdy­bym tyl­ko":

Gdy­bym tyl­ko nie zgo­dziła się na wy­cieczkę do Lon­dy­nu z Siân.

- Będzie wspa­nia­le, zo­ba­czysz - mówiła. - Ma­mu­sia i tatuś za­wiozą nas ra­zem na­szym wiel­kim mer­ce­de­sem, będzie­my miały dużo prze­strze­ni. Zwie­dzi­my To­wer, zo­ba­czy­my pa­no­ramę z Lon­don Eye, przejdzie­my się pod pokładem HMS "Bel­fast", obej­rzy­my Mu­zeum Fi­gur Wo­sko­wych Ma­da­me Tus­saud, a po­tem wrócimy do ho­te­lu i...

To była cała Siân. Nie mogła prze­stać na­wi­jać. Nig­dy.

Ale pro­po­zy­cja brzmiała in­te­re­sująco, więc się zgo­dziłam.

***

Dru­gie "gdy­bym tyl­ko":

Gdy­bym tyl­ko się nie po­pi­sy­wała.

Byłyśmy na HMS "Bel­fast", którego działa nadal ce­lują w Bar­net. Właści­wie dla­cze­go aku­rat tam? Wy­da­wałoby się, że dużo więcej sen­su miałoby tra­fie­nie w żółtą albo czer­woną strefę. Można było właści­wie strze­lić w co­kol­wiek w południo­wej części Lon­dy­nu. W każdym ra­zie Siân ga­niała mnie po pokładzie, ja się przed nią cho­wałam i stra­szyłam ją, wy­ska­kując na­gle, kie­dy mnie mijała. Później zmie­niałyśmy się ro­la­mi.

Nie­win­ne za­ba­wy.

Po­tem przeszłyśmy przez To­wer Brid­ge i oglądałyśmy łódki pływające wzdłuż Ta­mi­zy. Osta­tecz­nie do­tarłyśmy do To­wer of Lon­don. Wa­row­nia zo­stała od­no­wio­na kil­ka lat temu z oka­zji 500. rocz­ni­cy eg­ze­ku­cji Anny Bo­leyn. Fosa zo­stała zre­or­ga­ni­zo­wa­na: po­ja­wił się za­la­ny ob­szar do pływa­nia łódka­mi i park pik­ni­ko­wy. Można było też obej­rzeć trójwy­mia­ro­we na­gra­nia wi­do­wi­ska z ak­to­ra­mi od­twa­rzającymi role Bo­leyn i Je­ana Rom­bau­da, jej kata. Były też ho­lo­gra­my sta­re­go króla Wil­lia­ma, który po ce­re­mo­nii ofi­cjal­ne­go otwar­cia Bra­my Zdrajców odpłynął łódką w dół rze­ki. Ale nas z Siân in­te­re­so­wała naj­bar­dziej za­ba­wa w cho­wa­ne­go.

Skończyły nam się po­mysły na kryjówki.

No, przy­najm­niej w ogólnie dostępnych miej­scach.

Dla­te­go też prze­stałyśmy się do nich ogra­ni­czać. Kie­dy Siân za­kryła oczy i zaczęła od­li­cza­nie, ja po­biegłam do Bra­my Zdrajców. W mo­ich cza­sach or­ga­ni­zują tam wy­ciecz­ki po Ta­mi­zie z ak­to­ra­mi w stro­jach z epo­ki, którzy od­gry­wają szla­chet­nie uro­dzo­nych trans­por­to­wa­nych do To­wer. Ale ta­kie atrak­cje tyl­ko w se­zo­nie let­nim. Te­raz wszyst­ko było po­za­my­ka­ne i nie­dostępne dla zwie­dzających. Łódki stały równo przy­cze­pio­ne łańcu­cha­mi do pierw­sze­go schod­ka.

Przeszłam nad niską bramką i zbiegłam na dół kil­ka stop­ni aż do li­nii wody, ale kie­dy już tam byłam, stwier­dziłam, że właści­wie nie ma się gdzie scho­wać, poza przy­kry­ty­mi płótnem łodzia­mi. Słyszałam już biegnącą co­raz bliżej Siân, więc nie­wie­le myśląc, uniosłam ma­te­riał i wgra­mo­liłam się do środ­ka. Łódecz­ka dzi­ko się roz­kołysała, ale leżałam spo­koj­nie i po chwi­li się usta­bi­li­zo­wała.

Pod­sko­czyła kil­ka razy de­li­kat­nie, więc za­ry­zy­ko­wałam wyj­rze­nie spod ma­te­riału.

Naj­pierw zo­ba­czyłam Siân patrzącą pro­sto na mnie. Zo­ba­czyła, jak moja twarz wyłania się spod ma­te­riału i przez jej twarz prze­winęło się zdzi­wie­nie, a tuż po nim prze­rażenie. Wska­zała na mnie pal­cem i zaczęła krzy­czeć.

Jej za­cho­wa­nie spra­wiło, że ro­zej­rzałam się do­okoła, żeby zo­ba­czyć, o co robi tyle hałasu. Wszędzie wokół mnie była mu­li­sta woda. Łódecz­ka od­da­lała się od schodów i złapa­na prądem rozpędzała się w kie­run­ku rze­ki.

Ups!

Szyb­ko za­uważyłam, że tra­fiłam na łódkę bez wio­seł, a pierwszą bramę już minęłam i nie było szans, żebym do niej wróciła. Siân we­zwała po­moc - strażnika To­wer - a on szyb­ko od­cu­mo­wał drugą łódeczkę i zaczął wiosłować w moim kie­run­ku. Nie miał szans zdążyć, moja łódecz­ka płynęła już szyb­ciej i nie­uchron­nie zbliżała się do rwącej rze­ki. Tuż za łukiem bra­my rzecz­nej były ja­kieś sta­lo­we rusz­to­wa­nia, częścio­wo blo­kujące drogę ku rze­ce. Łódka je omi­nie, byłam tego pew­na, ale na tyle bli­sko, że po­win­nam być w sta­nie na nie prze­sko­czyć...

Za mną wiosłował strażnik, krzycząc coś do mnie między pociągnięcia­mi wio­seł...

- Nie skacz!

Ale rusz­to­wa­nie było już tak bli­sko i wie­działam, że dam radę do­sko­czyć...

Sko­czyłam...

***

Trze­cie "gdy­bym tyl­ko":

Gdy­bym tyl­ko nie zaplątała się stopą przy sko­ku.

Po­czułam, jak coś owi­ja mi się wokół kost­ki dokład­nie w mo­men­cie, kie­dy zdałam so­bie sprawę z tego, jak kiep­skim po­mysłem jest ska­ka­nie z nie­uwiąza­nej, lek­kiej łódki. Kie­dy pod­sko­czyłam, łódka zwy­czaj­nie odpłynęła spode mnie i wpadłam do wody.

Coś owinęło mi się wokół kost­ki jesz­cze moc­niej, pociągnęło mnie w dół i nie chciało wypuścić. Sięgnęłam do nogi ręką i po­czułam pląta­ninę liny i łańcu­cha, która była moc­no zaciśnięta i ciężka. I która ciągnęła mnie co­raz głębiej.

Otwo­rzyłam oczy, ale w mu­li­stej wo­dzie nic nie było widać. Czułam ciśnie­nie w uszach, więc domyślałam się, że je­stem głęboko. Czułam też po­twor­ne pie­cze­nie w płucach. Niedługo będę mu­siała wziąć wdech, a wte­dy będzie po mnie. Te­raz nie je­stem już pew­na, czy choć jed­na ja­sna myśl po­ja­wiła się w mo­jej głowie, ale chy­ba pamiętam strzępki "Żegnaj­cie", "prze­pra­szam", czy "Ko­cham was, Mamo i Tato".

***

Czwar­te "gdy­bym tyl­ko":

Gdy­bym tyl­ko utonęła.

Nie mogłam po­wstrzy­mać się od wzięcia tego od­de­chu. Wie­działam, że to mnie za­bi­je, ale i tak w końcu to zro­biłam...

Uczu­cie było dziw­ne. Woda wlała mi się do płuc. I tyle. Było po pro­stu dziw­nie. Nie dławiłam się. Nie czułam żad­nej różnicy, może z wyjątkiem tego, że wy­dech był jak­by trud­niej­szy.

Ale od­dy­chałam. Od­dy­chałam wodą. Czułam, jak moje żebra pra­cują przy ko­lej­nym wy­de­chu... i wde­chu. A ja nie umie­rałam.

Przez mu­listą wodę zo­ba­czyłam za­rys płynącej po­sta­ci. Strażnika, jak sądzę. Mu­siał mieć nóż, bo po­czułam piłowa­nie gdzieś w oko­li­cy mo­jej kost­ki. Piłował, szar­pał, ciął i wyplątywał linę, która mnie trzy­mała.

Tyle wy­star­czyło. Moja sto­pa była po chwi­li wol­na, a ja wypłynęłam na po­wierzch­nię. Czułam sil­ne ra­mio­na strażnika, który mnie pod­trzy­my­wał.

Nie je­stem do końca pew­na, co się później stało, ale mam przebłyski:

Moja głowa się wy­nu­rzyła, a ja wy­kasz­lałam trochę wody...

Czy­jeś ręce wyciągnęły mnie z wody...

Siân, po­chy­lo­na nade mną, ze spoj­rze­niem utkwio­nym gdzieś w dole, nie­patrząca mi w oczy...

Więcej rąk, prze­noszących mnie na no­sze...

Krótkie spoj­rze­nie na moją stopę, która ciągle bolała...

Moja pra­wa sto­pa, krwa­wiąca tam, gdzie zo­stała zacięta nożem...

I coś jesz­cze: srebr­no­sza­re dru­ty, ja­sne i błyszczące...

Srebr­no­sza­re dru­ty...

Srebr­no­sza­re dru­ty...

***

Moją następną jasną myślą było stwier­dze­nie, że roz­ma­za­na pla­ma światła przed mo­imi ocza­mi to su­fit. Leżałam na ple­cach, w łóżku.

W szpi­ta­lu. Oczy­wiście.

Usiadłam, po części ocze­kując, że nie po­zwolą mi na to ja­kieś ban­daże, kroplówki i sama nie wiem, co jesz­cze. Ale nic ta­kie­go się nie stało. Kołdra zsunęła się bez opo­ru i kie­dy od­rzu­ciłam jej dol­ny kawałek zo­ba­czyłam...

Swo­je sto­py. Oby­dwie. Wy­stające radośnie z długich spodni od pidżamy w zie­lo­ne pa­ski.

Ide­al­ne.

Ani draśnięcia. Ani śladu. Na­wet za­czer­wie­nie­nia.

Po­chy­liłam się, by przyj­rzeć się im uważniej. Nie byłam w sta­nie stwier­dzić, która z nich zo­stała roz­cięta nożem aż do krwi. Nie zna­lazłam żad­ne­go do­wo­du, że to się w ogóle stało. Ostrożnie do­tknęłam obu stóp.

Uzdro­wio­ne, pomyślałam.

Nie, po­pra­wiłam się szyb­ko. Nie uzdro­wio­ne.

Na­pra­wio­ne.

Nie­po­wołane po­ja­wiło się wspo­mnie­nie imie­nia.

Ro­bert.

Może po­wie­działam je na głos, a może tyl­ko pomyślałam te słowa:

Je­stem ro­bo­tem.

Po­nie­działek, 6 września 2049

Pierw­szy dzień szkoły. Ko­niec wa­ka­cji i w moim przy­pad­ku nowa szkoła. Li­ceum żeńskie im. Lady Maud - żeby tam do­trzeć, będę mu­siała dojeżdżać au­to­bu­sem, mi­jając po dro­dze moją po­przed­nią szkołę.

Mama urządziła rano straszną pa­nikę. Ciągle upew­niała się, czy pamiętam całą trasę, którą oma­wiałyśmy przez ostat­nie kil­ka ty­go­dni. Kie­dy już wy­cho­dziłam, ugi­nając się pod ciężarem rze­czy na WF, ochra­nia­czy do ho­ke­ja i ko­stiu­mu kąpie­lo­we­go, do tego jesz­cze ka­na­pek, li­nij­ki, długo­pisów i ołówków, dwóch tem­perówek i gu­mek - "na wy­pa­dek, gdy­byś którąś zgu­biła, ko­cha­nie" - kal­ku­la­to­ra (tyl­ko po co, sko­ro mam swo­je­go Al­lIn­Fo­ne'a?), kłódki do szaf­ki oraz pięciu ("sprawdź, czy masz wszyst­kie") ze­zwo­leń ro­dzi­ciel­skich, nadal jesz­cze do­py­ty­wała "spraw­dziłaś, czy masz bi­let na au­to­bus?".

Tata mnie od­pro­wa­dził, bo "i tak mu­siał coś załatwić na mieście i miał po dro­dze", ale nie pomógł mi nic nieść, bo "muszę się przy­zwy­cza­jać". W prze­ci­wieństwie do mamy nie pa­ni­ko­wał, był tyl­ko nie­co na­do­pie­kuńczy wo­bec swo­jej "małej księżnicz­ki".

Na przy­stan­ku cze­kały dziew­czy­ny w różnym wie­ku i różnych roz­miarów. Star­sze roz­ma­wiały o tym, co robiły przez wa­ka­cje. Obie­całam so­bie już wcześniej, że jeśli tyl­ko spo­tkam kogoś zna­jo­me­go, to po­wiem, że całe wa­ka­cje prze­sie­działam w domu. Nie byłam, po­wta­rzam, na­wet nie zbliżyłam się do par­ku te­ma­tycz­ne­go. Jeśli będą mnie tor­tu­ro­wać, to przy­znam się do od­wie­dzin w feu­dal­nej An­glii - to po­win­no szyb­ko zakończyć roz­mowę. Ale wy­ciecz­ka w lata sie­dem­dzie­siąte nig­dy nie miała miej­sca.

Tata zniknął za zakrętem. Je­stem nie­mal pew­na, że ob­szedł blok do­okoła i wrócił pro­sto do domu. Zo­stałam sama.

Na­gle prze­szedł mnie dreszcz - niektóre z ota­czających mnie dziew­czyn były bar­dzo wy­so­kie i miały wred­ny wy­raz twa­rzy. Mu­siałam wziąć głębszy od­dech i przy­po­mnieć so­bie, że naj­pew­niej były tyl­ko ro­bo­ta­mi i nie mogłyby skrzyw­dzić człowie­ka.

- Cześć, Ta­nyu!

Przy­ja­ciel­skie po­zdro­wie­nie padło bar­dzo bli­sko i aż pod­sko­czyłam za­sko­czo­na. To była Siân, dziew­czy­na, którą znałam ze szkoły w na­szej wsi. Przez całe wa­ka­cje jej nie wi­działam - mu­siała pew­nie gdzieś wy­je­chać - i te­raz byłam za­sko­czo­na, jak bar­dzo się zmie­niła przez te kil­ka krótkich ty­go­dni. Była nie tyl­ko wyższa, ale wszyst­kie jej kości­ste kan­ty ład­nie się za­okrągliły. Wyglądała na­prawdę świet­nie, a ja czułam się koło niej bar­dzo nie na miej­scu.

Na­gle mnie olśniło. Siân mu­siała mieć ak­tu­ali­zację w wa­ka­cje. Ro­bo­ty nie mogą oczy­wiście rosnąć jak lu­dzie, ale żeby za­cho­wać iluzję, trze­ba je co jakiś czas po­sta­rzać. Co rok albo dwa dziec­ko-ro­bot je­dzie do Oxted Cor­po­ra­tion na mniej więcej ty­dzień i wra­ca, wyglądając nie­co in­a­czej. Tech­nicz­nym określe­niem jest "ak­tu­ali­zacja". Oso­bo­wość bez zmian, ale nie­co bar­dziej od­po­wied­nie, star­sze ciało. Stan­dar­do­we ak­tu­ali­zacje były częścią kon­trak­tu, ale były również ogra­ni­czo­ne do najbar­dziej pod­sta­wo­wych po­pra­wek. Ak­tu­ali­za­cja wyglądu Siân zda­wała się znacz­nie wy­kra­czać poza stan­dard... Z pew­nością taka ak­tu­ali­zacja nie była ta­nia, ale jej ro­dzi­ce mo­gli so­bie na to po­zwo­lić i wy­ko­rzy­sta­li wa­ka­cje na zak­tu­ali­zo­wa­nie jej do wie­ku wcze­sno­na­sto­let­nie­go.

Oczy­wiście byłabym nie­grzecz­na, gdy­bym o tym na­po­mknęła, więc prze­mil­czałam sprawę i odkłoniłam się na po­wi­ta­nie. Następnie spy­tałam:

- Jak minęły wa­ka­cje, Siân? Wi­działaś coś faj­ne­go?

- W miarę. Byliśmy w Egip­cie. Tatuś miał tam ja­kieś służbowe spra­wy do załatwie­nia, więc za­brał mamę i mnie ze sobą. Po­zwie­dza­liśmy trochę, popłynęliśmy w dół Nilu. Wy­da­liśmy for­tunę na tam­tej­szych ba­za­rach. Nie ku­pi­liśmy ra­czej nic cie­ka­we­go, mnóstwo śmie­ci, jeśli ktoś by mnie spy­tał o zda­nie, ale mama twier­dzi, że tam­tej­sza go­spo­dar­ka po­trze­bu­je tu­ry­sty­ki...

Siân była sno­bem, ale jak na sno­ba była całkiem w porządku. Przy­najm­niej do chwi­li, kie­dy jej się nie prze­ry­wało i mogła spo­koj­nie gadać o so­bie. Roz­ma­wiając z nią mogłam się nie mar­twić, że za­py­ta mnie o moje wa­ka­cje.

- ...później po­spiesz­nie wy­le­cie­liśmy do Bang­ko­ku, bo tata miał tam jakąś inną sprawę do załatwie­nia, a za­nim zdążyliśmy prze­sta­wić ze­gar­ki, już byliśmy w Syd­ney. W ope­rze była piękna wer­sja Tannhäuse­ra...

Mogłam się ogra­ni­czyć do przy­ta­ki­wa­nia i po­mruków za­chwy­tu w krótkich pau­zach. Jej wa­ka­cje za­mie­niły się już w praw­dziwą podróż do­okoła świa­ta, ale przy­najm­niej sama nie mu­siałam wymyślać żad­nych kłamstw na te­mat by­cia córką chłopa pańszczyźnia­ne­go w śre­dnio­wiecz­nej An­glii.

Przy­je­chał au­to­bus, zajęłyśmy miej­sca obok sie­bie i na­sza roz­mo­wa trwała da­lej.

- ...a w San Fran­ci­sco spo­tka­liśmy się ze sta­ry­mi zna­jo­my­mi mamy ze stu­diów - Co­ul­so­na­mi. Pan Co­ul­son pra­cu­je w cy­ber­ne­ty­ce, a pani Co­ul­son jest psy­chiatrą neu­ro­tro­nicz­nym...

No proszę, ro­dzi­ce Siân mie­li na­prawdę niezłe powiąza­nia, dzięki którym mo­gli zdo­być dla córki wszyst­ko, co naj­lep­sze.

- ...gdzieś po dro­dze naj­wy­raźniej złapałam ja­kie­goś wi­ru­sa i na kil­ka dni wylądowałam w szpi­ta­lu...

O, proszę bar­dzo. Jest i czas ak­tu­ali­za­cji.

- ...ale wca­le nie było mi tam źle, Ta­nyu. Do­stałam prze­uro­czy pokój w ośrod­ku re­ha­bi­li­ta­cyj­nym, a wszyst­kie kosz­ty po­krył ubez­pie­czy­ciel.

Nie. Ma­mu­sia i tatuś mają bar­dzo głębo­kie kie­sze­nie, ko­cha­na Siân... Ale su­ge­ro­wa­nie tego byłoby w bar­dzo złym guście. Ups, chy­ba właśnie to zro­biłam, praw­da, pa­nie Zog? Ze­chce pan wy­ba­czyć Ta­nyi tę odro­binkę za­zdrości?

- A właśnie, Ta­nyu. Kie­dy tam byłam, pamiętałam o to­bie. Było tak pu­sto i sa­mot­nie, ale później wy­obra­ziłam so­bie cie­bie siedzącą w tej za­bi­tej de­cha­mi wsi i stwier­dziłam, że chy­ba jed­nak nie mam naj­go­rzej. Jak tyl­ko wyszłam, mama za­brała mnie na za­ku­py do Ha­ight-Ash­bu­ry i kupiłam ci Wake of the Flo­od Gra­te­ful Dead. Po­dob­no bar­dzo trud­no dziś zdo­być ten al­bum, ale pamiętam, jak bar­dzo lu­bisz lata sie­dem­dzie­siąte dwu­dzie­ste­go wie­ku. Mam na­dzieję, że ci się spodo­ba.

To było ta­kie wzru­szające. Na swój sposób. Siân choć przez chwilę pomyślała o in­nej oso­bie i zro­biła spe­cjalną przerwę w swo­im mo­no­lo­gu, żebym mogła wy­ra­zić, jak bar­dzo to do­ce­niam.

- Dziękuję, Siân. To na­prawdę bar­dzo miłe z two­jej stro­ny.

Fak­tycz­nie było bar­dzo miłe, tyl­ko kom­plet­nie nie­tra­fio­ne, biorąc pod uwagę moje własne wa­ka­cje, o których nikt nig­dy nie miał się do­wie­dzieć. Obie­całam so­bie nie wspo­mi­nać ni­ko­mu o par­ku te­ma­tycz­nym, więc tyl­ko się uśmiechnęłam. Uprzej­mość zo­bo­wiązuje i ta­kie tam. Zresztą prze­cież to tyl­ko ro­bot sta­rający się być miłym, więc dla­cze­go miałabym dawać jej po­wo­dy do smut­ku?

***

Szkoła śred­nia, jak się wkrótce miałam do­wie­dzieć, to pa­skud­na spra­wa. To miej­sce zupełnie nie­po­dob­ne do pod­stawówki, gdzie ro­dzi­ce są tuż za ro­giem, na tyle bli­sko, aby móc na­prawdę in­te­re­so­wać się postępami swo­je­go dziec­ka. Do cza­su, kie­dy prze­cho­dzi­my do li­ceum, wie­lu opie­kunów za­czy­na zda­wać so­bie sprawę z całej ma­ska­ra­dy, w której uczest­niczą, i po­zwa­lają placówce zaj­mo­wać się ucznia­mi według swo­je­go uzna­nia. W przy­pad­ku szkoły żeńskiej im. Lady Maud nie jest jesz­cze naj­go­rzej, ale z tego, co słyszałam, szkoły w mieście są na­prawdę złe.

Po­wie­dzia­no nam, że Lady Maud była bo­gatą wdową z czasów wik­to­riańskich, która wy­ko­rzy­stała odzie­dzi­czoną po mężu for­tunę do założenia pen­sji dla "skrom­nych młodych dziewcząt z do­wol­nej kla­sy społecz­nej, które prze­ja­wiają chęć do na­uki... aby wszyst­kie boże dary przez nie otrzy­ma­ne mogły zo­stać w pełni roz­wi­nięte". Ko­lej­ne rządy za­uważyły przy­dat­ność szczyt­nych za­mysłów Do­brej Wdo­wy i za­in­we­sto­wały pie­niądze po­dat­ników w rozwój placówki, która przez nie­co po­nad wiek utrzy­my­wała swój po­ziom na­ucza­nia tuż pod ścisłą czołówką szkół tego sa­me­go po­ziomu w kra­ju.

Na­ucza­nie ro­botów nie było jed­nak prio­ry­te­tem rządu, a kto mógł o tym wie­dzieć le­piej niż na­uczy­cie­le. Szkoła była w tej chwi­li zruj­no­wa­nym cie­niem daw­nej chwały. Niektóre bu­dyn­ki zo­stały za­mknięte i miały okna i drzwi za­bi­te de­ska­mi. W da­chu jed­ne­go z gmachów wi­działam dziu­ry. Kie­dy ze­brałyśmy się na apel w holu głównym, rozglądałyśmy się po prze­stron­nym po­miesz­cze­niu za­pro­jek­to­wa­nym dla dwu­krot­nie większej licz­by uczniów.

Dy­rek­tor­ka, pani Go­li­gh­tly, po­wi­tała nas w szko­le im. Lady Maud. Opo­wie­działa nam pokrótce o Wiel­kich Tra­dy­cjach, o Osiągnięciach szkoły w Oxbrid­ge i Wy­cho­wa­ni­cach, które zajęły Wy­so­kie Urzędy lub w jakiś inny sposób osiągnęły Wiel­kość. Mówiła to w taki sposób, że nie­mal słyszało się te wiel­kie li­te­ry.

- Dokład­nie to samo mówiła w zeszłym roku - po­wie­dział ktoś z tyłu.

- Słowo w słowo - od­po­wie­dział ktoś obok pierw­sze­go głosu.

- W ta­kim ra­zie niedługo będzie kończyć.

I rze­czy­wiście, nie­ba­wem było po wszyst­kim. Pani Go­li­gh­tly po­spiesz­nie wygłosiła swo­je stałe przemówie­nie i niezwłocznie nas po­rzu­ciła. Na­sza wy­cho­waw­czy­ni ze­brała całą grupę i za­pro­wa­dziła do na­szej kla­sy. Tak po­znałyśmy pannę Ger­rard:

- Je­stem pan­na Ger­rard, ale wy będzie­cie zwra­cać się do mnie oraz do in­nych na­uczy­cie­lek tu­taj słowem ma­da­me. Wyjątkiem jest pan Cu­th­bert, na­uczy­ciel che­mii w Lady Maud, do którego należy się zwra­cać sir. Szkoła imie­nia Lady Maud jest wspa­niałą placówką, z bo­ga­ty­mi tra­dy­cja­mi aka­de­mic­ki­mi i choć cza­sy mogą się zmie­niać, ocze­ku­je­my od na­szych dziewcząt - tu zro­biła wy­mowną przerwę, przyglądając się każdej z nas - że będą dawać z sie­bie wszyst­ko przez cały czas edu­ka­cji pod naszą opieką. Inni mogą błądzić i tra­cić cel z oczu - cie­ka­we, o co mogło jej cho­dzić? - ale na­sze wy­cho­wan­ki są na­szym je­dy­nym prio­ry­te­tem...

Mówiła dużo, ale przesłanie ogólne było bar­dzo płytko ukry­te między słowa­mi. Lady Maud ofe­ru­je wie­le swo­im ludz­kim uczen­ni­com, ale ro­bo­ta­mi nikt nie będzie się tu spe­cjal­nie zaj­mo­wał.

Zaczęłyśmy na­tych­miast. An­giel­ski. Geo­gra­fia, mu­zy­ka, re­li­gia, fran­cu­ski. Łaci­na, sztu­ka, mat­ma. I tak minął po­nie­działek. Ułożyłam so­bie mały wier­szyk, żeby ułatwić za­pa­mięta­nie pla­nu zajęć.

Naj­pierw jest an­gol, a później ge­gra

Nut­ki, aniołki i gru­ba żaba

Łaci­na, ma­lun­ki i al­ge­bra

But­ki, ple­cak, a w domu laba

Chy­ba nie­zbyt miło się roz­pra­wiłam z kwe­stią fran­cu­skie­go, ale całość mi pa­so­wała i później nie mogłam już ni­cze­go lep­sze­go wymyślić.

An­giel­ski. Pani Phil­pott, ni­ska i krępa, a do tego, jak szyb­ko za­uważyłyśmy, z ol­brzy­mią krótkow­zrocz­nością. Ale ko­chała Szek­spi­ra i już na pierw­szej lek­cji czy­tałyśmy Kup­ca we­nec­kie­go.

Geo­gra­fia. Pani Han­son. Chu­da i ete­rycz­na. Zaczęła od lek­cji o Afry­ce. Chat­ki z błota kry­te trawą. Dzie­ci o ciem­nej skórze, wy­chu­dzo­ne i umie­rające z wy­cieńcze­nia. Pod­niosłam rękę.

- Prze­pra­szam, ma­da­me, ale te­raz chy­ba tak to nie wygląda?

Odchrząknęła zakłopo­ta­na.

- Nie, te­raz już nie. Nie po Nie­po­ko­jach. Zo­stało kil­ka przy­brzeżnych en­klaw, które nadal tak wyglądają. Resz­ta Afry­ki zdzi­czała i nikt tak na­prawdę nie wie, jak spra­wy wyglądają w głębi lądu. Wy­na­la­zek Oxted roz­wiązał pro­blem na Za­cho­dzie, ale dla Afry­ki nie star­czyło ro­botów. Całkiem możliwe, że wca­le by ich nie chcie­li. Tam miesz­kają różne ple­mio­na, różni lu­dzie... Tacy dum­ni... Nie­rzad­ko sil­niej­si od miesz­kańców cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta. Le­piej radzą so­bie z bli­skością śmier­ci...

Jej głos odpłynął. Kost­ki jej zbie­lały od za­ci­ska­nia palców na poręczy krzesła. Oczy się za­szkliły. Za­sta­na­wiałam się, jaki ob­raz z przeszłości zo­ba­czyła. Ci­sza się prze­ciągała, a my pa­trzyłyśmy jed­na na drugą. Z tyłu sali były zdjęcia, na których za­uważyłam młodą ko­bietę. To mogła być młod­sza pani Han­son, w ka­pe­lu­szu prze­ciwsłonecz­nym, luźnej bluz­ce i szor­tach. Na wie­lu zdjęciach była oto­czo­na dziećmi w ja­snych ubra­niach i z sze­ro­ki­mi, ład­ny­mi uśmie­cha­mi na bu­ziach. Na kil­ku fo­to­gra­fiach od­wie­dzała szpi­ta­le po­lo­we i tu dzie­ci już nie wyglądały zdro­wo i szczęśli­wie. Jed­no zdjęcie, po­wie­szo­ne nie­co z boku względem po­zo­stałych, po­ka­zy­wało ją stojącą obok wy­so­kie­go, gładko ogo­lo­ne­go czar­noskórego mężczy­zny. Był nagi, jeśli nie li­czyć prze­pa­ski bio­dro­wej. W le­wej ręce trzy­mał krótką włócznię i tarczę po­krytą skórą w sty­lu Zu­lusów. "Przy­stoj­niak", pomyślałam. Pani Han­son mu­siała mieć o nim po­dob­ne zda­nie, bo na zdjęciu obej­mo­wał ją prawą ręką, zaś jej lewa ręka obej­mo­wała go na wy­so­kości bio­der. Mąż i żona? Za­ry­zy­ko­wałam spoj­rze­nie w kie­run­ku pani Han­son, która nadal była za­pa­trzo­na w naj­dalszą ścianę sali.

Chwi­la minęła i pani Han­son kon­ty­nu­owała.

- Tyle wy­star­czy. Czas wrócić do życia w Ko­ry­ta­rzu Kim­ber­ley. O tym właśnie się dziś uczy­my...

Mu­zy­ka. Pani Carr. Re­li­gia. Pani Re­ese. Język fran­cu­ski. Ma­da­me Le­brun.

Za­uważyłam, że wszyst­kie one są sta­re. Mu­siały chy­ba uczyć przez całe swo­je życie... i nie wiedzą, jak prze­stać, na­wet mimo tego, że pra­wie nie ma już kogo uczyć. Zdałam so­bie sprawę, że tak samo było też w po­przed­niej szko­le, ale jakoś wte­dy o tym nie myślałam. Czy nie ma żad­nych młodych na­uczy­cie­li?

O rety, pa­nie Zog. Co jesz­cze do tej pory mi umknęło?

Po­nie­działek, 19 lip­ca, 2049

Hm. Jeśli je­steś Zo­giem, to naj­pew­niej większość z tego, co na­pi­sałam, nie ma dla cie­bie zbyt wiel­kie­go sen­su, co? Z pew­nością myślisz so­bie, że So­ames to szczyt na­szych osiągnięć tech­no­lo­gicz­nych, a jesz­cze na­wet nie po­wie­działam, kim je­stem, gdzie miesz­kam i wie­lu in­nych rze­czy...

Je­stem Ta­nya De­eley, wspo­mniałam o tym wcześniej, nie­ja­ko przy oka­zji. Mam je­de­naście lat - oczy­wiście - i je­stem je­dy­naczką. Miesz­ka­my w wio­sce Gre­en Zone, nie­da­le­ko Lon­dy­nu, gdzie mój Tata jest pa­sto­rem, a Mama, cóż... Mamą. Chodzę do szkoły w wio­sce. Nie mam właści­wie praw­dzi­wych przy­ja­ciół w szko­le, ale jest grup­ka ta­kich, z którymi się cza­sem bawię... Ogólnie jest w porządku, chy­ba.

Tata jest te­raz zajęty. Ma swo­je pa­stor­skie obo­wiązki, dla­te­go wy­go­nił mnie na górę, żebym po­sie­działa w po­ko­ju z jego licz­ny­mi książkami. Właści­wie to nie czuję się wca­le wy­go­niona, kie­dy siedzę tu­taj - to moje ulu­bio­ne miej­sce w całym domu, miej­sce pełne skarbów. Książek. Porządnych książek: ta­kich, które nie zo­stały za­pi­sa­ne cy­fro­wo. Uwiel­białam to miej­sce, odkąd byłam mała i nikt nig­dy nie po­wie­dział mi, że książki są dla mnie za sta­re, więc czy­tałam wszyst­ko, co tyl­ko wpadło mi w ręce, zwi­nięta w wiel­kim fo­te­lu, chłonąc każde słowo. Tym ra­zem jed­nak nie czy­tam książki. Siedzę so­bie opa­tu­lo­na w fo­te­lu i czy­tam jesz­cze raz wczo­raj­szy wpis do mo­je­go Al­lIn­Fo­ne'a.

Mam na myśli mo­je­go no­we­go Al­lIn­Fo­ne'a, pa­nie Zog. Nie z od­zy­sku. To nie od­rzut od ja­kie­goś pa­ra­fia­ni­na. To był dru­gi wczo­raj­szy po­da­ru­nek, ten na­prawdę mój pre­zent uro­dzi­no­wy, bo tak na­prawdę So­ames nie był tyl­ko dla mnie. Al­lIn­Fo­ne ma tę uroczą apli­kację dzien­ni­ka, która za­pi­su­je dyk­to­wa­ny tekst albo umożli­wia wstu­ka­nie go tra­dy­cyj­nie na pełno­wy­mia­ro­wej ho­lo­gra­ficz­nej kla­wia­tu­rze ku­li­stej. Tekst jest od razu szy­fro­wa­ny, więc nikt nie może go od­czy­tać, zaglądając mi przez ramię. Nie będę temu poświęcać za dużo miej­sca, by nie było, że je­stem ja­kimś tech­noświ­rem, bo, słowo daję, da­le­ko mi do tego. Ale to faj­na rzecz. Ko­niec, krop­ka. Ani słowa więcej.

Mama też jest na górze, zajęta swo­imi spra­wa­mi, cho­ciaż Tata może po­pro­si ją później, żeby zeszła na dół. Często mu po­ma­ga w po­rad­ni, kie­dy "ro­dzi­ce" przy­chodzą i przy­noszą mu swój roz­sy­pa­ny świat, aby jakoś go poskładał.

Zwy­kle kie­dy ich El­lie albo Sam­my, albo Vi­dhesh wra­ca do Ban­bu­ry, wszyst­ko im się roz­sy­pu­je.

Dziś przy­chodzą pan i pani El­lis, co ozna­cza, że ich Ju­lia musi wrócić do Oxted. Czym jest Oxted, pa­nie Zog? To goście od ro­botów. W Ban­bu­ry. I za­nim o to za­py­tasz - nie, Ju­lia nie jest ich "So­ame­sem". To ich córka. Grzecz­nym sfor­mułowa­niem używa­nym przez do­rosłych jest "tek­no­id". Ale roz­ma­wiałam z nią. To zwykły mek­ker. (Tata mówi, że to nie jest grzecz­ne słowo. Nie po­win­no się go używać).

Żeby wszyst­ko było ja­sne, pa­nie Zog, nie podsłuchuję Taty pod­czas jego pa­stor­skich spo­tkań, ale cza­sa­mi głos się nie­sie. Ciężko wte­dy nie dodać dwa do dwóch. Więc całkiem nieźle zdaję so­bie sprawę z tego, co tam się te­raz na dole dzie­je. Pan El­lis za­czy­na mówić, pod­czas gdy pani El­lis sie­dzi, popłaku­je, zaś oby­dwo­je próbują wytłuma­czyć Ta­cie, jak to trud­no wy­trzy­mać im z Julią. Jak wszyst­ko było pięknie, póki była mała, kie­dy była jak żywa, praw­dzi­wa córka. Ale te­raz już za bar­dzo urosła...

Za­py­tałam o to Tatę, kie­dy cze­ka­liśmy na przyjście El­lisów.

- Tato, cze­mu oni ją odsyłają?

- Bo ilu­zja prze­stała działać. Bo nie po­tra­fią już dłużej wie­rzyć w to, że Ju­lia jest ich praw­dzi­wym ludz­kim dziec­kiem.

- Ale co się zmie­niło? Ona wygląda prze­cież ciągle tak samo, tak samo się za­cho­wu­je.

- I tak samo mówi? Tak. Oni bar­dzo chcie­li mieć dziec­ko. Ale nie mo­gli mieć własne­go. Zgłosi­li się więc do Oxted i do­sta­li tek­no­ida.

- Tek­no­ida?

(Tak, pa­nie Zog. Po­znałam to słowo do­pie­ro dziś, kie­dy Tata je wy­po­wie­dział. A te­raz ja mówię je to­bie. Siedź spo­koj­nie w ławce i nie prze­szka­dzaj).

- Prze­pra­szam, Tan. Tek­no­id to od grec­kie­go tek­non, to zna­czy dziec­ko.

Tatuś po­pi­su­je się właśnie greką podłapaną na stu­diach teo­lo­gicz­nych. A tek­no­id to ro­dzaj an­dro­ida, który jest za­pro­jek­to­wa­ny tak, by wyglądał jak dziec­ko. Wra­cając do wczo­raj­szej roz­mo­wy, Oxted mogłoby spra­wić, że So­ames wyglądałby, po­ru­szał i mówił jak człowiek. Ale to bar­dzo trud­ne i dro­gie, więc tego nie robią.

Po chwi­li prze­rwy kon­ty­nu­ował.

- Oczy­wiście muszą tak wy­po­sażać tek­no­idy, byśmy mo­gli uwie­rzyć, że są ludźmi. Pro­blem w tym, że jeśli nie uda się tego zro­bić na­prawdę do­brze, to efekt po­tra­fi być dość prze­rażający. To coś, cze­go uczy się pa­storów pod­czas szko­le­nia, żeby pomóc im w później­szym po­rad­nic­twie ro­dzin­nym. To zja­wi­sko jest zwa­ne Do­liną Oso­bli­wości, od tytułu do­ku­men­tu, w którym po raz pierw­szy zajęto się tą teo­rią w la­tach sie­dem­dzie­siątych dwu­dzie­ste­go wie­ku.

- No i?

- No i mu­siało się stać coś, co ro­ze­rwało zasłonę ilu­zji i Ju­lia zna­lazła się w Do­li­nie Oso­bli­wości. Ilu­zja jest bar­dzo de­li­kat­na, pod­trzy­my­wa­na wyłącznie przez mocną na początku po­trzebę po­sia­da­nia dziec­ka. Może zda­rzył się jakiś wy­pa­dek. A może jakaś mała kro­pel­ka prze­lała czarę drob­nych odstępstw. Do­wiem się, jak już tu będą. Tak czy in­a­czej, ilu­zja prze­stała działać i państwo El­lis nie są już w sta­nie znieść obec­ności zde­ma­sko­wa­ne­go tek­no­ida w swo­im domu. Miłość za­mie­niła się w strach. I po­czu­cie winy. I właśnie z tym muszę państwu El­lis pomóc so­bie po­ra­dzić.

Wte­dy, z ide­al­nym wy­czu­ciem cza­su, za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi, a ja udałam się na górę.

***

To miało sens. Na­gle wszy­scy w szko­le mówili otwar­cie, że ta i ta oso­ba jest ro­bo­tem i wra­ca. Ko­niec szop­ki. Ro­dzi­ce jesz­cze przez kil­ka ty­go­dni sta­rają się wszyst­ko tu­szo­wać, ale zdają so­bie do­sko­na­le sprawę z tego, że wszy­scy wokół już wiedzą i w końcu się ugi­nają. Cza­sa­mi wyjeżdżają, próbują roz­począć nowe życie gdzieś in­dziej. Częściej zda­rza się, że po pro­stu dzwo­nią do Oxted. Te­raz na dole pew­nie or­ga­ni­zują z Tatą "spo­tka­nie upa­miętniające". "Na­sza córka, która odeszła od nas przed­wcześnie...".

To po­ka­zu­je, do ja­kich głupot po­tra­fią po­su­wać się dorośli. Ob­wi­niają się na­wza­jem, za­czy­nają się ręko­czy­ny... A to tyl­ko początek. Rozwód, sa­mobójstwo, mor­der­stwo... To ostat­nie aku­rat nie zda­rzyło się u nas, tyl­ko w pa­ra­fii św. Mar­ka.

A wszyst­ko przez to, że nikt nie może już mieć dzie­ci. No, pra­wie nikt. I nikt nie wie, dla­cze­go tak jest. Coś się stało. Niektórzy twierdzą, że fale ra­dio­we i mi­kro­fa­le po­mie­szały na­sze DNA. Ktoś inny wy­snuł teo­rię, że win­ne jest pro­mie­nio­wa­nie z kom­pu­terów. Wi­nio­no też oczy­wiście glo­bal­ne ocie­ple­nie i za­nie­czysz­cze­nie pla­ne­ty. Było też kil­ka jesz­cze dziw­niej­szych hi­po­tez. Je­den na­uko­wiec twier­dził na­wet, że w każdym po­ko­le­niu ludz­kość tra­ciła część in­for­ma­cji ge­ne­tycz­nej z puli genów, a te­raz w końcu osiągnęliśmy mo­ment, w którym nie było już możliwości poskłada­nia z niej działającego człowie­ka.

No proszę! Je­stem praw­dziwą rzad­kością. Je­de­na­sto­let­nią dziew­czynką. Żeby była ja­sność, pa­nie Zog. Jeśli masz jakiś prze­gub w oko­li­cy ta­lii, po­wi­nie­neś się te­raz pokłonić. Jeśli nie, możesz też zakręcić dys­tyn­go­wa­nie mac­ka­mi.

Czy­li na świe­cie je­stem ja (i kil­ko­ro nie­licz­nych mi po­dob­nych). Wszyst­kie inne dzie­cia­ki na tej pla­ne­cie to ro­bo­ty. Re­ali­stycz­ne ro­bo­ty - nie pusz­ki, jak So­ames - ale ta­kie jak Ju­lia El­lis, pra­wie do­sko­nałe ko­pie ludz­kie­go dziec­ka. Na tyle wier­ne, że mogą oszu­kać in­stynkt ro­dzi­ciel­ski. Na tyle do­bre, żeby po­wstrzy­mać za­miesz­ki.

Cza­sa­mi na­wet na tyle do­bre, żeby się z nimi po­ba­wić.

Po­nie­działek, 27 września 2049

John się ode­zwał.

Mówi, że wszyst­ko gra. W szko­le jest do­brze. A co u mnie?

- U mnie też wszyst­ko gra - mówię, ale w głowie ciągle mam upo­rczy­we py­ta­nie: "Cze­mu wcześniej nie za­dzwo­niłeś?". - Miło, że się ode­zwałeś.

- Mhm, faj­nie.

"Mógłbyś bar­dziej się wy­si­lić. Ty­po­wy chłopak!".

- Mu­siałeś być bar­dzo zajęty.

- Nie, nie za bar­dzo.

"Mam na­dzieję, że nie za­dzwo­niłeś tyl­ko po to, żeby odbąkiwać równo­ważni­ka­mi. Pamiętam, że wcześniej umiałeś nor­mal­nie mówić. Wte­dy, w la­tach sie­dem­dzie­siątych".

- Cieszę się bar­dzo, że nie zgu­biłeś mo­je­go nu­me­ru PIT. Za­czy­nałam już myśleć, że zo­sta­niesz tyl­ko wa­ka­cyj­nym wspo­mnie­niem.

- Nie, chciałem za­dzwo­nić wcześniej. - "Tak, zno­wu składa całe zda­nia!". - Ale dziw­nie się czułem. Oba­wiałem się, że mogłabyś...

- Co ta­kie­go?

- Że mogłabyś mnie już nie lubić.

- Głupi je­steś, John. Bar­dzo cię lubię.

- I ja cie­bie też bar­dzo lubię, Ta­nyu. - "Da­lej, da­lej, nie prze­ry­waj...". - Ja... Ja... No właśnie, bar­dzo cię lubię.

"Rety, na­prawdę masz dzi­siaj ja­kieś pro­ble­my z ko­mu­ni­kacją, John. Będę mu­siała się spo­ro na­po­cić, żeby coś z tego było".

- Dużo myślałam o na­szych wa­ka­cjach, John. Nig­dy wcześniej nie po­znałam ni­ko­go ta­kie­go. Wszy­scy moi po­zo­sta­li zna­jo­mi to dzie­ci zna­jo­mych mo­ich ro­dziców albo dzie­ci pa­ra­fian mo­je­go taty, albo dzie­ci z mo­jej szkoły. Nig­dy nie miałam wiel­kie­go wy­bo­ru, jeśli cho­dzi o przy­ja­ciół. Oni po pro­stu byli wokół, a ja ak­cep­to­wałam ich obec­ność. Ty je­steś inny.

- Hm. Dzięki. - "Nie wzdy­chaj! I wy­po­wia­daj się pełnym zda­niem". - U mnie w szko­le jest tak samo, a przy­najm­niej tak mi się wy­da­je. Patrzę, jak inni grają w piłkę, i jakaś część mnie po pro­stu myśli, że tak ich za­pro­gra­mo­wa­no. Nie bawią się, tyl­ko wy­ko­nują pro­gram. Dla­te­go nie chcę do nich dołączać. Właści­wie to nie mam przy­ja­ciół.

- Nie przy­jaźnisz się, bo myślisz, że oni wszy­scy są ro­bo­ta­mi?

- M-hm. - "Tym ra­zem okażę łaskę... Moja wina, że zadałam chłopa­ko­wi py­ta­nie z opcja­mi tak-nie. Resz­ta wy­po­wie­dzi też wyszła całkiem zgrab­nie, jak na chłopa­ka. Dużo zdań. Następnym ra­zem po­pra­cu­je­my nad do­da­wa­niem przy­miot­ników".

- Czy­li mnie ro­zu­miesz. Nig­dy nie czułam się taka, jak inne dzie­ci w szko­le. Za­wsze gdzieś sie­dzi przeświad­cze­nie, że oni są jacyś od­mien­ni. Nig­dy nie za­sta­na­wiałam się nad tym, jak roz­po­znam żywe dziec­ko, jeśli ja­kieś spo­tkam. Wie­działam, że będzie jakoś się wyróżniać. Oba­wiałam się tyl­ko, że tra­fie­nie na ja­kieś może zająć dużo cza­su.

- A te­raz?

- Te­raz już tra­fiłam. I bar­dzo, bar­dzo się z tego cieszę. Dla­te­go po­roz­ma­wiaj­my jesz­cze trochę i nie ze­psuj...

***

Tu­taj przerwę, pa­nie Zog. Jest kil­ka rze­czy, które jed­nak chciałabym za­cho­wać w ta­jem­ni­cy, przy­najm­niej na ra­zie.