Data ważności - William Campbell Powell

Reflow text when sidebars are open.
Jesteśmy na wakacjach.
Oczywiście jedziemy do parku tematycznego. Wszyscy tak robią. To eskapizm i nikt się z tym nie kryje. Mówią ci: "Daj zabrać się z powrotem..." i pozwalają ci przez tydzień żyć w innych czasach. Wybierz sobie okres, a znajdzie się odpowiedni park. Dowolny moment z historii z wyjątkiem ostatnich trzydziestu lat, bo te są dla większości ludzi zbyt przytłaczające. Jak sądzisz, gdzie w takim razie się wybierzemy, panie Zog? Mając do wyboru całą historię ludzkości, moglibyśmy wrócić do czasów imperium brytyjskiego albo rzymskiego. Tak, oczywiście, że są parki, które mają to w ofercie. Tylko że nas na to nie stać, nie z zarobków pastora. Dlatego też my jedziemy w drogę powrotną do... lat siedemdziesiątych zeszłego stulecia!
Żałosne.
***
Muszę przyznać, że kiedyś ciekawiły mnie lata siedemdziesiąte poprzedniego wieku. Kiedy tata powiedział, że właśnie tam się wybieramy, prawie rzuciłam się do pakowania rzeczy. Panie Zog, od czego by tu zacząć opowieść o latach siedemdziesiątych? Trochę pamiętałam z historii: kryzys energetyczny, Zima Niezadowolenia, IRA, początek thatcheryzmu. Mama wyciągnęła jakieś stare zdjęcia przetworzone cyfrowo - były bardzo wyblakłe, bo kiedy je wykonano, nie potrafili robić wystarczająco trwałych barwników. Podobno przedstawiają babcię i dziadka Mamy na koncercie Dylana w Blackbushe w 1978. Ona sama za każdym razem, kiedy wymawia słowo "Dylan", mówi to z takim rozmarzeniem, jakby to była jakaś istota z innej planety, która nas odwiedziła. Po drodze słuchaliśmy trochę jego muzyki w samochodzie, by wczuć się w klimat dekady. Sama muzyka jest chyba całkiem w porządku, ale mam nadzieję, że nie zamienimy się w grupę fanowską Dylana. I teraz naprawdę nie chodzi mi o muzykę, panie Zog. Wydaje mi się, że Mama z Tatą byliby żenujący.
Wracając do zdjęcia pradziadków, nie jestem pewna, które jest które na zdjęciu. Fryzura i ubiór niczego nie sugerują - trwała ondulacja, plisowane koszule i okulary przeciwsłoneczne, w których wyglądają prawie jak przerośnięte muchy. Czy ja też będę musiała się tak ubierać? To mogłoby być zabawne, ale wydaje mi się raczej, że będzie po prostu dziwaczne.
Jesteśmy teraz w naszym pokoju hotelowym. Wpuszczono nas przez nowoczesne wejście. Jak się przebierzemy, musimy schować wszystkie nasze dzisiejsze ubrania do sejfu i pozostać w stroju tematycznym przez resztę pobytu. Nie mamy tu telewizji (znowu; dlaczego zawsze jeździmy w miejsca bez telewizji?) ani dostępu do teranetu. W latach siedemdziesiątych mieli co prawda komputery, ale były to wielkie blaszaki ze szpulami taśm (tak, poważnie) i dyskami twardymi wielkości koła samochodu. Na posiadanie komputera było stać tylko duże uniwersytety i szpitale - taki sprzęt był nazywany komputerem typu mainframe - i były jeszcze minikomputery...
Przepraszam, panie Zog. Za dużo informacji.
W każdym razie chodzi mi tylko o to, że znowu jesteśmy na technopustkowiu, a moi rodzice sami wybrali właśnie to miejsce. Jak tylko skończę ten wpis, będę musiała oddać swojego AllInFone'a na przechowanie razem z ciuchami i resztą nowoczesnych gadżetów i zejść do tego drugiego holu hotelowego - lobby z lat siedemdziesiątych. Postaram się robić notatki, ale zgodnie z zasadami mam "tylko długopis i papier".
***
Przyłapali Tatę, gdy próbował wynieść swojego AllInFone'a z pokoju. W drzwiach jest wykrywacz, który reaguje na sygnał, jaki zgodnie z prawem muszą emitować wszystkie urządzenia przenośne. Bardzo uprzejmy portier zwrócił mu uwagę:
- Nie może pan wziąć tego ze sobą, proszę pana.
- Och, przepraszam. Nie wiedziałem...
Taty odpowiedź była oczywistym kłamstwem. Tatuś będzie się musiał przyznać biskupowi - widziałam w lustrze, jak rozglądał się po pokoju, wsuwając AllInFone'a do kieszeni.
Zeszliśmy na dół do holu.
To było fascynujące. Pisałam kiedyś pracę o latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, o szybko zmieniających się wtedy stylach - w tym miejscu udało im się odwzorować je wszystkie. Każdy z przybyłych był wyszykowany na dyskotekę - wydarzenie wieczoru otwierającego. Wszyscy byli posypani brokatem i umalowani. Tata zrobił awanturę, kiedy usłyszał, że wszyscy to również on. Ubranie było wykręcone w kosmos.
Buty na koturnie.
Ogromne okulary.
Odblaski.
Krótkie spodnie.
Tak. Miałam na sobie krótkie spodnie. Liliowe krótkie spodenki. Z doszytym z przodu bawetem, pod którym miałam gładką białą bluzkę, całą w falbankach i spinkach. Małe, krótkie skarpetki sportowe - naprawdę słodziutkie (ale nie dla mnie) - i para niedorozwiniętych praprzodków trampek. Sama bym zrobiła niezłą awanturę, ale Tata mnie ubiegł, a nie okazuje się Tacie wsparcia przez nakręcanie kłótni...
Było naprawdę fatalnie. Na dodatek mam jeszcze nogi dziecka - bardzo chude. Jest nawet konkretne określenie na nogi takie jak moje. Patykowate. Czasami sprawdzam dla pewności i wiem, że mam tylko dwa kolana - po jednym na nogę. Ale w tym stroju czułam się, jakbym miała ich więcej, na dodatek różną ilość w każdej nodze. Takie spodnie zostały zaprojektowane z myślą o porządnym tyłku i biodrach, których ja jeszcze nie mam.
Mama z Tatą oczywiście szybko wskoczyli w swoje role i bawili się setnie. Tata miał na sobie żarówiaste, zielone dzwony i dzianinowy sweter bez rękawów nałożony na koszulę z olbrzymim karmazynowym kołnierzem. Kocham mojego Tatę bezgranicznie, takiego jakim jest, ale żaden strój nie mógłby bardziej podkreślać jego wydatnego brzucha. A mama... cóż. Mama w końcu włożyła bladożółtą imprezową sukienkę w pomarańczowe grochy. Do tego dopasowała buty na mocno przesadzonym koturnie, więc... nic dziwnego, że się telepała na boki. Mama ma świetną figurę - regularnie ćwiczy, gra w squasha i tenisa z kilkoma innymi mamami z naszej parafii. Nic nie powinno być w stanie spowodować u niej utraty pewnej postawy. A jednak w tych właśnie buciorach chwiała się jak marynarz podczas sztormu. To było tak komiczne, że chciałam się zapaść pod ziemię. Jeśli kiedykolwiek uda ci się złamać szyfrowanie mojego AllInFone'a, Mamo, i teraz to czytasz, to bardzo mi przykro, ale taka właśnie jest szczera prawda, zapisana i przeznaczona dla pana Zoga.
Podłoga jednak jakoś nie chciała się pode mną otworzyć i nie miałam gdzie się schować. Rozglądałam się dwadzieścia, może nawet ze czterdzieści razy, i niewiele się wokół zmieniało. Wszędzie pełno było najgorszych przykładów bezguścia lat siedemdziesiątych, nałożonych na jaskrawo ubranych turystów, którzy zmierzali w kierunku tej świątyni kiczu, jaką była dyskoteka dla dorosłych.
Oczywiście byli tam nie tylko dorośli. To wakacje rodzinne i wcale nie byłam zaskoczona, widząc kolejne kopie siebie. Nie dokładne kopie, rzecz jasna, ale wokół było około tuzina zakłopotanych dzieciaków w wieku od lat siedmiu do trzynastu, które próbowały nie patrzeć na swoich rodziców i udawały, że w ogóle ich tam nie ma.
Fala zepchnęła nas w kierunku parkietu, gdzie znaleźliśmy wolny stolik rodzinny. Przy sąsiednim siedziała druga rodzina z chłopaczkiem mniej więcej w moim wieku. Uśmiechnął się do nas szeroko i szczerze spod rudego mopa. Ukłoniłam się w odpowiedzi, a jego mama, zauważając ten ruch, obdarzyła naszą rodzinkę uśmiechem. Niedługo później zsunęliśmy nasze stoliki i dorośli utonęli w rozmowie. W pewnym momencie mój Tata i jego tata odeszli w kierunku baru po drinki.
- Jak masz na imię?
W pierwszej chwili tego nie wyłapałam. Ryży Mop coś mówił, ale nie zwracałam uwagi na słowa. Patrzyłam na Mamę, tak trochę bokiem. Teraz, jak już usiadła i przestała się chwiać, znowu była tą Mamą, którą znałam z codziennego życia.
- Jak masz na imię?
- Jesteśmy Deeley.
Wyglądał na rozdrażnionego.
- To wiem. Pytam konkretnie o twoje imię.
- Tanya.
Naprawdę chciałam ograniczyć swoją wypowiedź do minimum. Puszczali akurat wczesnego Bowiego - The Jean Genie, jeśli się nie mylę. Obawiałam się, że Ryży Mop może wpaść na pomysł wyciągnięcia mnie do tańca. Zaraz przeszedłby do liczenia moich kolan, a kiedy wyszłaby mu jakaś duża liczba nieparzysta, zacząłby się śmiać. Musiałabym go za to zabić, zabraliby mnie do więzienia - kiepski koniec wakacji.
- John.
- Słucham? - Tak naprawdę zupełnie go nie słuchałam.
- John. Ja mam na imię John. Możesz mnie tak nazywać, jak będziesz chciała zwrócić na siebie moją uwagę.
- Już cię zapamiętałam jako Ryżego Mopa.
Nie miałam ochoty na towarzystwo, a już na pewno nie na towarzystwo jakiegoś robodzieciaka, więc nie będę ukrywać, że zupełnie celowo próbowałam być niemiła. Tak tylko troszeczkę, ale po nim to i tak spłynęło jak po kaczce. Uśmiechnął się tylko i przeczesał palcami włosy.
- Ta. Trochę przypominają mopa. Mógłbym się zatrudnić do sprzątania. Skoro zamierzasz mnie nazywać Ryżym Mopem, to jak mam mówić na ciebie? Wrona?
- Może być.
Cóż. Moje włosy faktycznie są całkiem czarne i nie miałam nic przeciwko temu, żeby to podkreślił. Był tak przyjacielsko nastawiony i radosny, a ponadto zupełnie nie dał się zniechęcić moim chłodnym przyjęciem.
- W takim razie, panno Tanyu "Wrono" Deeley, może uśmiechniesz się choć przelotnie na powitanie Johna "Ryżego Mopa" Czerna?
Wyszczerzyłam zęby na moment i ukłoniłam głowę. Nie myśląc za wiele, podniosłam dłoń i odgarnęłam kosmyk niesfornych włosów. Uśmiechnął się do mnie i bezskutecznie spróbował jakoś ułożyć swoje dzikie kłaki, jednak nadal coś zwisało mu dokładnie pomiędzy błękitnymi oczami. Nie udało mi się powstrzymać i szeroko się uśmiechnęłam. Jak na robota, był całkiem w porządku chłopakiem.
- Dobra, John. Poddaję się. Przyjmuję nastawienie przyjacielskie.
- O wiele lepiej.
Okazało się, że pan i pani Czern byli z Londynu. Mieli mały sklepik z warzywami, gazetami i innymi rzeczami codziennej potrzeby. Jeśli coś jest potrzebne, a akurat nie ma czasu na dłuższą wyprawę do hipermarketu, z pewnością można to kupić u Czernów. John pomagał rodzicom w sklepie, kiedy nie był w szkole albo nie odrabiał lekcji.
- Całkiem sporo pomagam. Traktują mnie trochę jak służącego. No wiesz: przynieś, podaj...
- Nie macie robota domowego do takich rzeczy? - zadałam pytanie, ale doskonale wiedziałam, jaka będzie odpowiedź.
- Nie. Nie zarabiamy dużo na prowadzeniu sklepu. Wystarczy na fajne wakacje, ale robot byłby już luksusem ponad nasze możliwości.
"Dwa roboty - poprawiłam go w myślach. - Dwa roboty byłyby luksusem...". Pierwszy robot to konieczność. Wtedy pomyślałam o tej puszce, Soamesie. Gdyby moi rodzice nie mieli doskonałych genów, nie byłoby żadnych szans na to, żeby stać nas było przynajmniej na to konieczne minimum.
- Wiem. Mój Tata jest pastorem, więc nam też się nie przelewa. Ale dostaliśmy robota, używanego.
Nasza rozmowa szybko schodziła na smutne tematy. Jeszcze trochę i zaczęlibyśmy płakać do szklanek. Właśnie, myśl o szklankach przypomniała mi o Tacie, który nadal jeszcze nie wrócił z napojami.
Jak na zawołanie, nasi tatusiowie wyłonili się z bezimiennego tłumu. Mój Tata szedł przodem, a pan Czern niósł tacę. Tata Johna rozdał napoje. Był krągłym gościem, raczej niskiego wzrostu, ciągle chichotał i zdawał się bardzo zadowolony, obsługując nas.
- Dla pań drinki Babycham. Piwo Watneys Red Barrel dla prawdziwych mężczyzn. I cola dla dzieciaków. Całkiem autentyczne, co?
Zastanawiam się, skąd on mógł to wiedzieć. Już po pierwszym łyku piwa Tata skrzywił się i przez głowę przeleciało mi pytanie, po co ktoś miałby trzymać recepturę na jakieś paskudztwo przez ponad osiemdziesiąt lat?
Napotkałam spojrzenie Johna i chyba też o tym myślał, bo skrzywił się tak samo jak tata i wykonał gest, jakby wylewał szklankę z piwem Red Barrel. Mrugnął do mnie, ja do niego i obydwoje pociągnęliśmy po łyku naszej coli.
Paskudztwo! Jakież to było ohydne! Klejące i słodkie. Jeszcze jedna receptura, którą należałoby zamknąć w sejfie historii...
***
Chyba nie będę dłużej rozpisywać się na temat tego, jak okropna była ta dyskoteka. Ani cała reszta tygodnia. Muzyka lat siedemdziesiątych była chyba najlepszą składową, ale jak to ujął Dickens: "Najlepsze czasy i najgorsze czasy zarazem, okres mądrości i okres głupoty w jednym...". Może z latami siedemdziesiątymi też tak było, ale przynajmniej ja nie zauważyłam w parku tematycznym niczego mądrego.
Ostatecznie lata siedemdziesiąte jawią mi się teraz jako okropna dekada. Jednej nocy rozdali nam wszystkim świeczki i zainscenizowali awarię zasilania. W jednej chwili siedzieliśmy, oglądając na telewizorze kineskopowym (tak, na tym z wypukłym ekranem) jakiś dokument na temat kryzysu energetycznego, a chwilę później światła zgasły i obraz zmalał do pojedynczego punktu na środku ekranu. Przy bladej poświacie wyłączonego telewizora znaleźliśmy świeczki. Uważam, że organizatorzy trochę oszukiwali, bo w ścianach było dodatkowe oświetlenie, dzięki czemu nikt się nie potknął i nie złamał nogi. Pięć minut później wszyscy wychodzili już ze swoich pokojów ze świeczkami w rękach i... kierowali się w kierunku baru, jakżeby inaczej. I jakoś nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, że na pompy do dystrybutorów piwa prądu nie zabrakło...
Punktem szczytowym wycieczki była wizyta w kopalni węgla. Była to oczywiście rekonstrukcja, a pod ziemię zajrzeliśmy dzięki symulacji. Do tego czasu zdążyłam już przywyknąć, że wszędzie chodziliśmy z Czernami. Poza tym polubiłam poczucie humoru Johna. Kiedy już przebraliśmy się wszyscy w pomarańczowe kombinezony i założyliśmy żółte kaski, wydawało mi się zupełnie naturalne, że dałam się wziąć Johnowi za rękę i poprowadzić po słabo oświetlonych korytarzach.
Oczywiście prowadziły donikąd. Żaden nie miał więcej niż dziesięć, może dwadzieścia metrów. Było to zamaskowane kilkoma załomami i zmianami wysokości, żeby uczynić zwiedzanie bardziej interesującym. Wszędzie słyszeliśmy ochy i achy turystów, a droid oprowadzający mówił w kółko o "ostatniej dekadzie brytyjskiej potęgi górniczej" albo "ciągłej pazerności władzy związków". Nie miało to wielkiego sensu, ale brzmiało dumnie.
***
I tak oto nadszedł ostatni dzień pobytu. W barze została zorganizowana gala pożegnalna z kapelą grającą na żywo kawałki zespołu Slade. Było głośno i kolorowo, muzycy tupali butami na koturnach śpiewając Gudbuy T'Jane i Cum on Feel the Noize.
Między piosenkami John poprosił mnie o mój PIT - publiczny identyfikator teranetowy. Byłam nieźle zmieszana. Czy powinnam mu go dawać? Był całkiem miły, ale w końcu to nadal tylko robot. Z ryżym, nieposłusznym mopem na głowie i bardzo słodkimi piegami.
Co też ja wygaduję?
Oj, panie Zog. To był chyba pierwszy chłopak, którym się zainteresowałam. W końcu dałam mu tego PIT-a, tańczyliśmy - ja w tych okropnych spodenkach z kolanami na widoku - i nawet dałam mu całusa w policzek, kiedy wydawało mi się, że rodzice nie patrzą. Później zespół zagrał Far Far Away i zatańczyliśmy przytuleni do siebie. Zapytałam go wtedy szeptem:
- Czy ty jesteś prawdziwy?
Moje serce na moment zakołatało, kiedy dotarła do mnie jego odpowiedź:
- Tak, jestem.
Co za dzień!
Od dziś mamy robota. No i akurat dziś są moje jedenaste urodziny. Pomyślałam sobie, że zacznę pisać pamiętnik, bo to taki dziwny dzień, a jeśli nie potrafi się napisać porządnego wpisu do pamiętnika wtedy, kiedy jest o czym pisać, to jakie są szanse, że napisze się coś ciekawego wtedy, kiedy będzie drętwo i nudno?
Ani myślę zaczynać każdego wpisu od "Drogi pamiętniczku". To byłoby takie... wiktoriańskie. Takie kompletnie od czapy. Postanowiłam zdecydować, kto będzie mój pamiętnik czytał. Kimkolwiek jesteś, mój odległy, nieznany przyjacielu, muszę mieć jakiś obraz ciebie w mojej głowie.
Całkiem możliwe, że jedyną osobą, która to przeczyta, będę ja sama w wieku dziewięćdziesięciu lat. No to, tak na wszelki wypadek: "Cześć, Ja-z-dwa-tysiące-sto-dwudziestego-ósmego! To Ja-z-dwa-tysiące-czterdziestego-dziewiątego".
Możliwe też, że czytają mnie moje wnuki i wnuczki. "Cześć, moje wnuczęta! To ja, Wasza babunia Tanya, jeszcze zanim kompletnie zbzikowałam. Mam nadzieję, że załatwiliście mi miły dom".
Nie no, tak poważnie to mam nadzieję, że to nie tak będzie wyglądać. Jak już mam być czyjąś babcią, to przynajmniej nie powinnam być nudną babcią. Zamiast tego będę wielką Damą, odznaczoną za zasługi dla kraju, opowiadającą niesamowite, w większości prawdziwe historie o moich przygodach jako szpiega, detektywa albo aktorki. Do 2128 okażę się wam bardzo potrzebna, kimkolwiek jesteście, bo nie będzie już wielu takich jak ja.
A może nawet jesteś jakimś starym, nudnym historykiem albo oślizgłym archeologiem-kosmitą z mackami o imieniu Zog z galaktyki Andromedy, który próbuje się dowiedzieć, kim jestem i jacy właściwie byli ludzie...
Macie tam w Andromedzie kościoły, panie Zog? Śluby, chrzty, pogrzeby? Za dużo szczegółów, przynajmniej jak na jeden dzień. W każdym razie, mój tata jest pastorem. Ostatnio ma dużo pracy. Mówi, że jakieś trzydzieści lat temu kościoły świeciły pustkami. Ale teraz są pełne. Pełne nieszczęśliwych ludzi szukających pomocy, która sprawi, że ich życie stanie się bardziej znośne. Ludzi, którzy potrzebują choć namiastki rytuałów, dzięki którym świat będzie znów wydawał się normalny.
Kościelny biznes się kręci, ale pastorzy i tak są biedni. Mama mówi, że tylko dzięki Tacie połowa wioski jeszcze nie odeszła od zmysłów, a i tak radzimy sobie w życiu z tym, co innym przestało już być potrzebne. Mamy spiżarkę pełną fasoli konserwowej. Nasz telewizor to czyjaś stara dwuwymiarowa plazma. A nasz "nowy" robot to odnowiony model z czterdziestego czwartego, podarowany nam przez życzliwego parafianina.
Ale mamy robota, takiego prawdziwego, działającego robota. Tata powiedział, że nawet biskup ma tylko model z czterdziestego siódmego. Ted, jeden z administratorów kościoła, wyrzucił go. Ma głęboki głos i mówi takim podmiejsko-londyńskim akcentem.
Nazwaliśmy go - tego robota - Soames. Brzmi idealnie, jak imię lokaja z lat trzydziestych ubiegłego stulecia. Jak wyjęte z powieści Agathy Christie. Gdy Tata po raz pierwszy go aktywował, patrzyłam, jak rozpalały mu się oczy. Spytałam Tatę, czemu się świecą, a on odpowiedział mi z uśmiechem:
- Tak naprawdę nie ma żadnego konkretnego powodu, by te oczy świeciły. To raczej taki bajer, częściowo chodzi o nadanie tego wyglądu retro, dzięki któremu zdaniem psychologów czujemy się przy nich bardziej spokojni. Jak oglądamy te wszystkie filmy science fiction z dwudziestego wieku, śmiejemy się, bo są takie dziwne. Tutaj chodzi o to samo. Roboty są celowo tak projektowane, żeby wyglądały topornie i nieco staromodnie. I tak też się poruszają, dzięki czemu czujemy się od nich lepsi i nie boimy się ich.
Oczywiście musieliśmy się zarejestrować, aby Soames mógł rozpoznać głosy swoich nowych właścicieli i wykonywać nasze polecenia.
- Michael Deeley, główny administrator. Potwierdź. - To był Tata.
- Potwierdzam.
- Annette Deeley, drugi administrator. Potwierdź. - Mama.
- Potwierdzam.
- Tanya Deeley, młodszy administrator. Potwierdź. - Ja, odczytująca bardzo poważnym głosem tekst z instrukcji.
- Potwierdzam.
I tyle. Soames będzie od tej pory wykonywał polecenia Taty, później Mamy, a potem moje. W tej kolejności. W pamięci miał też zakodowane dodatkowe komendy, których nie można nadpisać. Nazywa się je czasami prawami robotyki Asimowa, po jakimś dawnym pisarzu, który jako pierwszy je sformułował. Tata mówi, że oryginalne zasady Asimowa były bardzo proste, ale wersja wbudowana w oprogramowanie Soamesa została dodatkowo skomplikowana przez prawników. W konsekwencji, pod wpływem stresu każdy robot staje się zupełnie bezużyteczny.
Na początek kazaliśmy Soamesowi pozmywać naczynia. Niczego nie stłukł, ale sama mogłabym załadować zmywarkę dwa razy szybciej. Jutro oczywiście zrobi to już znacznie sprawniej, bo nauczył się, co ma robić i gdzie odkładać czyste naczynia.
Potem, ponieważ są wakacje i nie ma szkoły, chciałam pograć z nim w ping-ponga. W końcu to moje urodziny i Tata powiedział, że należy mi się trochę rozrywki. Soames przez większość czasu podnosił piłeczkę. O ile oczywiście jej nie nadepnął (dwie zniszczone) albo nie odbił w kierunku latarni (jedna poza zasięgiem).
W końcu oprowadziliśmy go po domu, pokazując, co gdzie stoi. Jak teraz każemy mu sprzątnąć dom, wszystko wróci na miejsce, w którym stało w dniu moich jedenastych urodzin. Albo jakoś tak.
Też coś.
Dobra. Szczerze? Nie boję się robotów domowych. Ale czy można zrobić takiego, który będzie umiał grać w tenisa stołowego? Proszę?
No i już sobota, minął cały tydzień w Lady Maud. Nagle stało się to moją nową codziennością. Jak to się dzieje? Siân Fuller właściwie została moją najlepszą przyjaciółką. Jako człowiek byłaby oczywiście kompletną idiotką, ale jak na robota jest w porządku. Ostatnio, w środę, pomagałam jej odrobić pracę domową w autobusie. Kiedy nie patrzyła, uśmiechałam się pod nosem, bo cała sytuacja była przecież zabawna, prawda? Po co robot ma się uczyć francuskich czasowników? Niezbyt często jednak o tym rozmyślam, bo to prowadzi do rozważań o przyszłości, a przyszłość to bardzo straszne i smutne miejsce, z wieloma pytaniami bez odpowiedzi:
Co się dzieje z robotami, kiedy dorosną?
Dlaczego pani Hanson trzyma fotografię przystojnego zuluskiego wojownika (być może jej męża) w klasie?
Czy są jacyś młodzi nauczyciele?
Co kryje się w sercu Afryki, za Korytarzem Kimberley?
Dlaczego John się do mnie nie odezwał?
No właśnie, dlaczego nie zadzwonił?
Śnił mi się ostatniej nocy. Śnił mi się ten ostatni całus w policzek. To wspomnienie sprawia, że aż mi gorąco w środku. Trochę mi chyba głupio.
Nie zadzwonił do mnie. Od wakacji minęło już ponad dwa tygodnie. Tak szybko o mnie zapomniał? Może zgubił mój numer PIT?
***
Angielski. Czytamy Szekspira. Wybacz, chyba już o tym pisałam. Tak, zgadza się. Kupiec wenecki. Pani Philpott. Robiłyśmy jej dowcipy. Kiedy nie patrzyła, przestawiałyśmy rzeczy na biurku, żeby nie mogła ich znaleźć. Ma bardzo kiepski wzrok.
Ale całego Szekspira zna na pamięć i nigdy nie potrzebowała książek, które jej chowałyśmy. W końcu przestałyśmy sobie z niej żartować - nie dawało to żadnej frajdy.
Przez większość czasu ze znudzeniem odczytywałyśmy swoje linijki, a ona karciła nas, mówiąc coś w stylu:
- Nie, nie, nie. Wyobraź sobie, że tobie się to przydarzyło. Jak ty byś się czuła w takiej sytuacji, kochanie?
Wtedy jej ofiara przez chwilę wyrażała ciekawość lub podniecenie w całym zakresie szczerości doznań, jakie potrafi wyrazić jedenastolatka - a w tym wieku nie potrafi się jeszcze zbyt wiele, panie Zog. Kwitowała to zwykle, przewracając oczami i stwierdzając:
- O wiele lepiej.
W końcu przyszła pora i na mnie, oczywiście. Dostała mi się kwestia Porcyi. Ciągle słyszę strofującą poradę:
- Jak ty byś się poczuła, Słonko?
Jak się w powietrze ulatniają moje
Błędne obawy, wrzące niepokoje,
Złowieszcze troski i chwiejące względy!
Miłości, poskrom radosne zapędy!
Folguj, zmniejsz nadmiar swojego zachwytu!
Abym u tego szczęśliwości szczytu
Nie utraciła zmysłów.1
Czy to jakaś sztuczka Szekspira, że podczas czytania w umyśle pojawia się obraz? Rudowłosy chłopak w ubraniach z lat siedemdziesiątych tańczący w rytm muzyki granej przez kapelę fanów Slade'ów?
Pani Philpott nic nie powiedziała, ale czułam jej spojrzenie po tym, jak skończyłam swoją kwestię i przemówił Bassanio. Po lekcji zatrzymała mnie na chwilę.
- Coś poczułaś.
To nie było pytanie, a ja czułam, że jej mogę zaufać.
- Tak. Jest ktoś...
- Tak właśnie pomyślałam. Tak to się zwykle zaczyna. Nasze doświadczenia nadają słowom życia. A słowa wzbogacają nasze życie.
- Jak co się zaczyna, pani Philpott?
- Nasze zamiłowanie do języka, panno Deeley. Zwierzęta są ograniczone do postrzegania wyłącznie uczuciami, zaś maszyny znają wyłącznie słowa. Bycie człowiekiem polega na odczuwaniu, czyli nadawaniu tekstury i wyrazu naszym emocjom poprzez język.
- Czy to wszystko?
- To wszystko, panno Deeley. Czy ciało i krew określają człowieka? Ja w to nie wierzę. Wielu zrodzonych z kobiety nie potrafi czuć. Wystarczy, że weźmiesz podręcznik do historii i zapytasz siebie samą, czy człowiek zachowałby się w taki właśnie sposób, gdyby potrafił czuć?
- Ma pani na myśli kogoś takiego jak Hitler?
- To nieco skrajny przykład, ale właśnie o to mi chodzi. Z pewnością urodziła go kobieta, ale czy był człowiekiem?
- Ja...
- To pytanie retoryczne. Nie odpowiadaj. W akcie trzecim, w pierwszej scenie, Shylock wypowiada znaną kwestię odnośnie swojej własnej osoby: "Jestem Żydem. Czyż nie mam oczu Żyda?". Po tych słowach dalej definiuje swoją ludzkość na podstawie czysto fizjologicznych cech. Ale zwróć uwagę na jego późniejsze czyny. Czy za pomocą języka potrafi wyrwać się z więzienia własnego umysłu i zrozumieć uczucia innej osoby? Czy potrafi zatem kochać inną osobę bardziej niż siebie samego? Czy może jednak jego czyny i język pokazują, że jest sam, zamknięty we własnym umyśle?
Myślę, że mogłaby mówić w nieskończoność, ale musiała zauważyć moje zniecierpliwienie. Martwiłam się, że nie zdążę na następną lekcję.
- No, leć już.
***
Zamierzałam zabrać sztukę do domu i przeczytać całość, ale zapomniałam ją spakować do plecaka z pracą domową. Później mi się przypomniało i pozwoliłam sobie na małe oszustwo. Poszperałam trochę w sieci i wygrzebałam starego empega, na którym mogłam zobaczyć Anthony'ego Shera jako Szajloka. Czy Szajlok jest człowiekiem? Według definicji pani Philpott pewnie nie.
Obejrzę to nagranie jeszcze raz. A potem kolejny. I obiecuję w końcu przeczytać też oryginał.
Zdecydowałam, że uwielbiam język.
Tak się cieszę, że jestem człowiekiem.
Stopa.
Moja stopa.
Wpatruję się w swoją stopę, jakby wcale do mnie nie należała.
Moja własna stopa mnie zdradziła.
Siedzę już w swoim pokoju od godziny, może dwóch. A może i dłużej. Rodzice przyszli na górę powiedzieć mi po raz kolejny, że nadal mnie kochają, ale nie chciałam z nimi rozmawiać. No to sobie poszli. Jak się skupię, to słyszę ich głosy na dole. Szepty, płacze, pospieszne kroki. Staram się jednak nie słuchać. To mi nie pomaga. Siedzę tu, wpatrując się w swoją stopę, a moje myśli wirują szaleńczo.
Gdybym tylko...
***
Pierwsze "gdybym tylko":
Gdybym tylko nie zgodziła się na wycieczkę do Londynu z Siân.
- Będzie wspaniale, zobaczysz - mówiła. - Mamusia i tatuś zawiozą nas razem naszym wielkim mercedesem, będziemy miały dużo przestrzeni. Zwiedzimy Tower, zobaczymy panoramę z London Eye, przejdziemy się pod pokładem HMS "Belfast", obejrzymy Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, a potem wrócimy do hotelu i...
To była cała Siân. Nie mogła przestać nawijać. Nigdy.
Ale propozycja brzmiała interesująco, więc się zgodziłam.
***
Drugie "gdybym tylko":
Gdybym tylko się nie popisywała.
Byłyśmy na HMS "Belfast", którego działa nadal celują w Barnet. Właściwie dlaczego akurat tam? Wydawałoby się, że dużo więcej sensu miałoby trafienie w żółtą albo czerwoną strefę. Można było właściwie strzelić w cokolwiek w południowej części Londynu. W każdym razie Siân ganiała mnie po pokładzie, ja się przed nią chowałam i straszyłam ją, wyskakując nagle, kiedy mnie mijała. Później zmieniałyśmy się rolami.
Niewinne zabawy.
Potem przeszłyśmy przez Tower Bridge i oglądałyśmy łódki pływające wzdłuż Tamizy. Ostatecznie dotarłyśmy do Tower of London. Warownia została odnowiona kilka lat temu z okazji 500. rocznicy egzekucji Anny Boleyn. Fosa została zreorganizowana: pojawił się zalany obszar do pływania łódkami i park piknikowy. Można było też obejrzeć trójwymiarowe nagrania widowiska z aktorami odtwarzającymi role Boleyn i Jeana Rombauda, jej kata. Były też hologramy starego króla Williama, który po ceremonii oficjalnego otwarcia Bramy Zdrajców odpłynął łódką w dół rzeki. Ale nas z Siân interesowała najbardziej zabawa w chowanego.
Skończyły nam się pomysły na kryjówki.
No, przynajmniej w ogólnie dostępnych miejscach.
Dlatego też przestałyśmy się do nich ograniczać. Kiedy Siân zakryła oczy i zaczęła odliczanie, ja pobiegłam do Bramy Zdrajców. W moich czasach organizują tam wycieczki po Tamizie z aktorami w strojach z epoki, którzy odgrywają szlachetnie urodzonych transportowanych do Tower. Ale takie atrakcje tylko w sezonie letnim. Teraz wszystko było pozamykane i niedostępne dla zwiedzających. Łódki stały równo przyczepione łańcuchami do pierwszego schodka.
Przeszłam nad niską bramką i zbiegłam na dół kilka stopni aż do linii wody, ale kiedy już tam byłam, stwierdziłam, że właściwie nie ma się gdzie schować, poza przykrytymi płótnem łodziami. Słyszałam już biegnącą coraz bliżej Siân, więc niewiele myśląc, uniosłam materiał i wgramoliłam się do środka. Łódeczka dziko się rozkołysała, ale leżałam spokojnie i po chwili się ustabilizowała.
Podskoczyła kilka razy delikatnie, więc zaryzykowałam wyjrzenie spod materiału.
Najpierw zobaczyłam Siân patrzącą prosto na mnie. Zobaczyła, jak moja twarz wyłania się spod materiału i przez jej twarz przewinęło się zdziwienie, a tuż po nim przerażenie. Wskazała na mnie palcem i zaczęła krzyczeć.
Jej zachowanie sprawiło, że rozejrzałam się dookoła, żeby zobaczyć, o co robi tyle hałasu. Wszędzie wokół mnie była mulista woda. Łódeczka oddalała się od schodów i złapana prądem rozpędzała się w kierunku rzeki.
Ups!
Szybko zauważyłam, że trafiłam na łódkę bez wioseł, a pierwszą bramę już minęłam i nie było szans, żebym do niej wróciła. Siân wezwała pomoc - strażnika Tower - a on szybko odcumował drugą łódeczkę i zaczął wiosłować w moim kierunku. Nie miał szans zdążyć, moja łódeczka płynęła już szybciej i nieuchronnie zbliżała się do rwącej rzeki. Tuż za łukiem bramy rzecznej były jakieś stalowe rusztowania, częściowo blokujące drogę ku rzece. Łódka je ominie, byłam tego pewna, ale na tyle blisko, że powinnam być w stanie na nie przeskoczyć...
Za mną wiosłował strażnik, krzycząc coś do mnie między pociągnięciami wioseł...
- Nie skacz!
Ale rusztowanie było już tak blisko i wiedziałam, że dam radę doskoczyć...
Skoczyłam...
***
Trzecie "gdybym tylko":
Gdybym tylko nie zaplątała się stopą przy skoku.
Poczułam, jak coś owija mi się wokół kostki dokładnie w momencie, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jak kiepskim pomysłem jest skakanie z nieuwiązanej, lekkiej łódki. Kiedy podskoczyłam, łódka zwyczajnie odpłynęła spode mnie i wpadłam do wody.
Coś owinęło mi się wokół kostki jeszcze mocniej, pociągnęło mnie w dół i nie chciało wypuścić. Sięgnęłam do nogi ręką i poczułam plątaninę liny i łańcucha, która była mocno zaciśnięta i ciężka. I która ciągnęła mnie coraz głębiej.
Otworzyłam oczy, ale w mulistej wodzie nic nie było widać. Czułam ciśnienie w uszach, więc domyślałam się, że jestem głęboko. Czułam też potworne pieczenie w płucach. Niedługo będę musiała wziąć wdech, a wtedy będzie po mnie. Teraz nie jestem już pewna, czy choć jedna jasna myśl pojawiła się w mojej głowie, ale chyba pamiętam strzępki "Żegnajcie", "przepraszam", czy "Kocham was, Mamo i Tato".
***
Czwarte "gdybym tylko":
Gdybym tylko utonęła.
Nie mogłam powstrzymać się od wzięcia tego oddechu. Wiedziałam, że to mnie zabije, ale i tak w końcu to zrobiłam...
Uczucie było dziwne. Woda wlała mi się do płuc. I tyle. Było po prostu dziwnie. Nie dławiłam się. Nie czułam żadnej różnicy, może z wyjątkiem tego, że wydech był jakby trudniejszy.
Ale oddychałam. Oddychałam wodą. Czułam, jak moje żebra pracują przy kolejnym wydechu... i wdechu. A ja nie umierałam.
Przez mulistą wodę zobaczyłam zarys płynącej postaci. Strażnika, jak sądzę. Musiał mieć nóż, bo poczułam piłowanie gdzieś w okolicy mojej kostki. Piłował, szarpał, ciął i wyplątywał linę, która mnie trzymała.
Tyle wystarczyło. Moja stopa była po chwili wolna, a ja wypłynęłam na powierzchnię. Czułam silne ramiona strażnika, który mnie podtrzymywał.
Nie jestem do końca pewna, co się później stało, ale mam przebłyski:
Moja głowa się wynurzyła, a ja wykaszlałam trochę wody...
Czyjeś ręce wyciągnęły mnie z wody...
Siân, pochylona nade mną, ze spojrzeniem utkwionym gdzieś w dole, niepatrząca mi w oczy...
Więcej rąk, przenoszących mnie na nosze...
Krótkie spojrzenie na moją stopę, która ciągle bolała...
Moja prawa stopa, krwawiąca tam, gdzie została zacięta nożem...
I coś jeszcze: srebrnoszare druty, jasne i błyszczące...
Srebrnoszare druty...
Srebrnoszare druty...
***
Moją następną jasną myślą było stwierdzenie, że rozmazana plama światła przed moimi oczami to sufit. Leżałam na plecach, w łóżku.
W szpitalu. Oczywiście.
Usiadłam, po części oczekując, że nie pozwolą mi na to jakieś bandaże, kroplówki i sama nie wiem, co jeszcze. Ale nic takiego się nie stało. Kołdra zsunęła się bez oporu i kiedy odrzuciłam jej dolny kawałek zobaczyłam...
Swoje stopy. Obydwie. Wystające radośnie z długich spodni od pidżamy w zielone paski.
Idealne.
Ani draśnięcia. Ani śladu. Nawet zaczerwienienia.
Pochyliłam się, by przyjrzeć się im uważniej. Nie byłam w stanie stwierdzić, która z nich została rozcięta nożem aż do krwi. Nie znalazłam żadnego dowodu, że to się w ogóle stało. Ostrożnie dotknęłam obu stóp.
Uzdrowione, pomyślałam.
Nie, poprawiłam się szybko. Nie uzdrowione.
Naprawione.
Niepowołane pojawiło się wspomnienie imienia.
Robert.
Może powiedziałam je na głos, a może tylko pomyślałam te słowa:
Jestem robotem.
Pierwszy dzień szkoły. Koniec wakacji i w moim przypadku nowa szkoła. Liceum żeńskie im. Lady Maud - żeby tam dotrzeć, będę musiała dojeżdżać autobusem, mijając po drodze moją poprzednią szkołę.
Mama urządziła rano straszną panikę. Ciągle upewniała się, czy pamiętam całą trasę, którą omawiałyśmy przez ostatnie kilka tygodni. Kiedy już wychodziłam, uginając się pod ciężarem rzeczy na WF, ochraniaczy do hokeja i kostiumu kąpielowego, do tego jeszcze kanapek, linijki, długopisów i ołówków, dwóch temperówek i gumek - "na wypadek, gdybyś którąś zgubiła, kochanie" - kalkulatora (tylko po co, skoro mam swojego AllInFone'a?), kłódki do szafki oraz pięciu ("sprawdź, czy masz wszystkie") zezwoleń rodzicielskich, nadal jeszcze dopytywała "sprawdziłaś, czy masz bilet na autobus?".
Tata mnie odprowadził, bo "i tak musiał coś załatwić na mieście i miał po drodze", ale nie pomógł mi nic nieść, bo "muszę się przyzwyczajać". W przeciwieństwie do mamy nie panikował, był tylko nieco nadopiekuńczy wobec swojej "małej księżniczki".
Na przystanku czekały dziewczyny w różnym wieku i różnych rozmiarów. Starsze rozmawiały o tym, co robiły przez wakacje. Obiecałam sobie już wcześniej, że jeśli tylko spotkam kogoś znajomego, to powiem, że całe wakacje przesiedziałam w domu. Nie byłam, powtarzam, nawet nie zbliżyłam się do parku tematycznego. Jeśli będą mnie torturować, to przyznam się do odwiedzin w feudalnej Anglii - to powinno szybko zakończyć rozmowę. Ale wycieczka w lata siedemdziesiąte nigdy nie miała miejsca.
Tata zniknął za zakrętem. Jestem niemal pewna, że obszedł blok dookoła i wrócił prosto do domu. Zostałam sama.
Nagle przeszedł mnie dreszcz - niektóre z otaczających mnie dziewczyn były bardzo wysokie i miały wredny wyraz twarzy. Musiałam wziąć głębszy oddech i przypomnieć sobie, że najpewniej były tylko robotami i nie mogłyby skrzywdzić człowieka.
- Cześć, Tanyu!
Przyjacielskie pozdrowienie padło bardzo blisko i aż podskoczyłam zaskoczona. To była Siân, dziewczyna, którą znałam ze szkoły w naszej wsi. Przez całe wakacje jej nie widziałam - musiała pewnie gdzieś wyjechać - i teraz byłam zaskoczona, jak bardzo się zmieniła przez te kilka krótkich tygodni. Była nie tylko wyższa, ale wszystkie jej kościste kanty ładnie się zaokrągliły. Wyglądała naprawdę świetnie, a ja czułam się koło niej bardzo nie na miejscu.
Nagle mnie olśniło. Siân musiała mieć aktualizację w wakacje. Roboty nie mogą oczywiście rosnąć jak ludzie, ale żeby zachować iluzję, trzeba je co jakiś czas postarzać. Co rok albo dwa dziecko-robot jedzie do Oxted Corporation na mniej więcej tydzień i wraca, wyglądając nieco inaczej. Technicznym określeniem jest "aktualizacja". Osobowość bez zmian, ale nieco bardziej odpowiednie, starsze ciało. Standardowe aktualizacje były częścią kontraktu, ale były również ograniczone do najbardziej podstawowych poprawek. Aktualizacja wyglądu Siân zdawała się znacznie wykraczać poza standard... Z pewnością taka aktualizacja nie była tania, ale jej rodzice mogli sobie na to pozwolić i wykorzystali wakacje na zaktualizowanie jej do wieku wczesnonastoletniego.
Oczywiście byłabym niegrzeczna, gdybym o tym napomknęła, więc przemilczałam sprawę i odkłoniłam się na powitanie. Następnie spytałam:
- Jak minęły wakacje, Siân? Widziałaś coś fajnego?
- W miarę. Byliśmy w Egipcie. Tatuś miał tam jakieś służbowe sprawy do załatwienia, więc zabrał mamę i mnie ze sobą. Pozwiedzaliśmy trochę, popłynęliśmy w dół Nilu. Wydaliśmy fortunę na tamtejszych bazarach. Nie kupiliśmy raczej nic ciekawego, mnóstwo śmieci, jeśli ktoś by mnie spytał o zdanie, ale mama twierdzi, że tamtejsza gospodarka potrzebuje turystyki...
Siân była snobem, ale jak na snoba była całkiem w porządku. Przynajmniej do chwili, kiedy jej się nie przerywało i mogła spokojnie gadać o sobie. Rozmawiając z nią mogłam się nie martwić, że zapyta mnie o moje wakacje.
- ...później pospiesznie wylecieliśmy do Bangkoku, bo tata miał tam jakąś inną sprawę do załatwienia, a zanim zdążyliśmy przestawić zegarki, już byliśmy w Sydney. W operze była piękna wersja Tannhäusera...
Mogłam się ograniczyć do przytakiwania i pomruków zachwytu w krótkich pauzach. Jej wakacje zamieniły się już w prawdziwą podróż dookoła świata, ale przynajmniej sama nie musiałam wymyślać żadnych kłamstw na temat bycia córką chłopa pańszczyźnianego w średniowiecznej Anglii.
Przyjechał autobus, zajęłyśmy miejsca obok siebie i nasza rozmowa trwała dalej.
- ...a w San Francisco spotkaliśmy się ze starymi znajomymi mamy ze studiów - Coulsonami. Pan Coulson pracuje w cybernetyce, a pani Coulson jest psychiatrą neurotronicznym...
No proszę, rodzice Siân mieli naprawdę niezłe powiązania, dzięki którym mogli zdobyć dla córki wszystko, co najlepsze.
- ...gdzieś po drodze najwyraźniej złapałam jakiegoś wirusa i na kilka dni wylądowałam w szpitalu...
O, proszę bardzo. Jest i czas aktualizacji.
- ...ale wcale nie było mi tam źle, Tanyu. Dostałam przeuroczy pokój w ośrodku rehabilitacyjnym, a wszystkie koszty pokrył ubezpieczyciel.
Nie. Mamusia i tatuś mają bardzo głębokie kieszenie, kochana Siân... Ale sugerowanie tego byłoby w bardzo złym guście. Ups, chyba właśnie to zrobiłam, prawda, panie Zog? Zechce pan wybaczyć Tanyi tę odrobinkę zazdrości?
- A właśnie, Tanyu. Kiedy tam byłam, pamiętałam o tobie. Było tak pusto i samotnie, ale później wyobraziłam sobie ciebie siedzącą w tej zabitej dechami wsi i stwierdziłam, że chyba jednak nie mam najgorzej. Jak tylko wyszłam, mama zabrała mnie na zakupy do Haight-Ashbury i kupiłam ci Wake of the Flood Grateful Dead. Podobno bardzo trudno dziś zdobyć ten album, ale pamiętam, jak bardzo lubisz lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Mam nadzieję, że ci się spodoba.
To było takie wzruszające. Na swój sposób. Siân choć przez chwilę pomyślała o innej osobie i zrobiła specjalną przerwę w swoim monologu, żebym mogła wyrazić, jak bardzo to doceniam.
- Dziękuję, Siân. To naprawdę bardzo miłe z twojej strony.
Faktycznie było bardzo miłe, tylko kompletnie nietrafione, biorąc pod uwagę moje własne wakacje, o których nikt nigdy nie miał się dowiedzieć. Obiecałam sobie nie wspominać nikomu o parku tematycznym, więc tylko się uśmiechnęłam. Uprzejmość zobowiązuje i takie tam. Zresztą przecież to tylko robot starający się być miłym, więc dlaczego miałabym dawać jej powody do smutku?
***
Szkoła średnia, jak się wkrótce miałam dowiedzieć, to paskudna sprawa. To miejsce zupełnie niepodobne do podstawówki, gdzie rodzice są tuż za rogiem, na tyle blisko, aby móc naprawdę interesować się postępami swojego dziecka. Do czasu, kiedy przechodzimy do liceum, wielu opiekunów zaczyna zdawać sobie sprawę z całej maskarady, w której uczestniczą, i pozwalają placówce zajmować się uczniami według swojego uznania. W przypadku szkoły żeńskiej im. Lady Maud nie jest jeszcze najgorzej, ale z tego, co słyszałam, szkoły w mieście są naprawdę złe.
Powiedziano nam, że Lady Maud była bogatą wdową z czasów wiktoriańskich, która wykorzystała odziedziczoną po mężu fortunę do założenia pensji dla "skromnych młodych dziewcząt z dowolnej klasy społecznej, które przejawiają chęć do nauki... aby wszystkie boże dary przez nie otrzymane mogły zostać w pełni rozwinięte". Kolejne rządy zauważyły przydatność szczytnych zamysłów Dobrej Wdowy i zainwestowały pieniądze podatników w rozwój placówki, która przez nieco ponad wiek utrzymywała swój poziom nauczania tuż pod ścisłą czołówką szkół tego samego poziomu w kraju.
Nauczanie robotów nie było jednak priorytetem rządu, a kto mógł o tym wiedzieć lepiej niż nauczyciele. Szkoła była w tej chwili zrujnowanym cieniem dawnej chwały. Niektóre budynki zostały zamknięte i miały okna i drzwi zabite deskami. W dachu jednego z gmachów widziałam dziury. Kiedy zebrałyśmy się na apel w holu głównym, rozglądałyśmy się po przestronnym pomieszczeniu zaprojektowanym dla dwukrotnie większej liczby uczniów.
Dyrektorka, pani Golightly, powitała nas w szkole im. Lady Maud. Opowiedziała nam pokrótce o Wielkich Tradycjach, o Osiągnięciach szkoły w Oxbridge i Wychowanicach, które zajęły Wysokie Urzędy lub w jakiś inny sposób osiągnęły Wielkość. Mówiła to w taki sposób, że niemal słyszało się te wielkie litery.
- Dokładnie to samo mówiła w zeszłym roku - powiedział ktoś z tyłu.
- Słowo w słowo - odpowiedział ktoś obok pierwszego głosu.
- W takim razie niedługo będzie kończyć.
I rzeczywiście, niebawem było po wszystkim. Pani Golightly pospiesznie wygłosiła swoje stałe przemówienie i niezwłocznie nas porzuciła. Nasza wychowawczyni zebrała całą grupę i zaprowadziła do naszej klasy. Tak poznałyśmy pannę Gerrard:
- Jestem panna Gerrard, ale wy będziecie zwracać się do mnie oraz do innych nauczycielek tutaj słowem madame. Wyjątkiem jest pan Cuthbert, nauczyciel chemii w Lady Maud, do którego należy się zwracać sir. Szkoła imienia Lady Maud jest wspaniałą placówką, z bogatymi tradycjami akademickimi i choć czasy mogą się zmieniać, oczekujemy od naszych dziewcząt - tu zrobiła wymowną przerwę, przyglądając się każdej z nas - że będą dawać z siebie wszystko przez cały czas edukacji pod naszą opieką. Inni mogą błądzić i tracić cel z oczu - ciekawe, o co mogło jej chodzić? - ale nasze wychowanki są naszym jedynym priorytetem...
Mówiła dużo, ale przesłanie ogólne było bardzo płytko ukryte między słowami. Lady Maud oferuje wiele swoim ludzkim uczennicom, ale robotami nikt nie będzie się tu specjalnie zajmował.
Zaczęłyśmy natychmiast. Angielski. Geografia, muzyka, religia, francuski. Łacina, sztuka, matma. I tak minął poniedziałek. Ułożyłam sobie mały wierszyk, żeby ułatwić zapamiętanie planu zajęć.
Najpierw jest angol, a później gegra
Nutki, aniołki i gruba żaba
Łacina, malunki i algebra
Butki, plecak, a w domu laba
Chyba niezbyt miło się rozprawiłam z kwestią francuskiego, ale całość mi pasowała i później nie mogłam już niczego lepszego wymyślić.
Angielski. Pani Philpott, niska i krępa, a do tego, jak szybko zauważyłyśmy, z olbrzymią krótkowzrocznością. Ale kochała Szekspira i już na pierwszej lekcji czytałyśmy Kupca weneckiego.
Geografia. Pani Hanson. Chuda i eteryczna. Zaczęła od lekcji o Afryce. Chatki z błota kryte trawą. Dzieci o ciemnej skórze, wychudzone i umierające z wycieńczenia. Podniosłam rękę.
- Przepraszam, madame, ale teraz chyba tak to nie wygląda?
Odchrząknęła zakłopotana.
- Nie, teraz już nie. Nie po Niepokojach. Zostało kilka przybrzeżnych enklaw, które nadal tak wyglądają. Reszta Afryki zdziczała i nikt tak naprawdę nie wie, jak sprawy wyglądają w głębi lądu. Wynalazek Oxted rozwiązał problem na Zachodzie, ale dla Afryki nie starczyło robotów. Całkiem możliwe, że wcale by ich nie chcieli. Tam mieszkają różne plemiona, różni ludzie... Tacy dumni... Nierzadko silniejsi od mieszkańców cywilizowanego świata. Lepiej radzą sobie z bliskością śmierci...
Jej głos odpłynął. Kostki jej zbielały od zaciskania palców na poręczy krzesła. Oczy się zaszkliły. Zastanawiałam się, jaki obraz z przeszłości zobaczyła. Cisza się przeciągała, a my patrzyłyśmy jedna na drugą. Z tyłu sali były zdjęcia, na których zauważyłam młodą kobietę. To mogła być młodsza pani Hanson, w kapeluszu przeciwsłonecznym, luźnej bluzce i szortach. Na wielu zdjęciach była otoczona dziećmi w jasnych ubraniach i z szerokimi, ładnymi uśmiechami na buziach. Na kilku fotografiach odwiedzała szpitale polowe i tu dzieci już nie wyglądały zdrowo i szczęśliwie. Jedno zdjęcie, powieszone nieco z boku względem pozostałych, pokazywało ją stojącą obok wysokiego, gładko ogolonego czarnoskórego mężczyzny. Był nagi, jeśli nie liczyć przepaski biodrowej. W lewej ręce trzymał krótką włócznię i tarczę pokrytą skórą w stylu Zulusów. "Przystojniak", pomyślałam. Pani Hanson musiała mieć o nim podobne zdanie, bo na zdjęciu obejmował ją prawą ręką, zaś jej lewa ręka obejmowała go na wysokości bioder. Mąż i żona? Zaryzykowałam spojrzenie w kierunku pani Hanson, która nadal była zapatrzona w najdalszą ścianę sali.
Chwila minęła i pani Hanson kontynuowała.
- Tyle wystarczy. Czas wrócić do życia w Korytarzu Kimberley. O tym właśnie się dziś uczymy...
Muzyka. Pani Carr. Religia. Pani Reese. Język francuski. Madame Lebrun.
Zauważyłam, że wszystkie one są stare. Musiały chyba uczyć przez całe swoje życie... i nie wiedzą, jak przestać, nawet mimo tego, że prawie nie ma już kogo uczyć. Zdałam sobie sprawę, że tak samo było też w poprzedniej szkole, ale jakoś wtedy o tym nie myślałam. Czy nie ma żadnych młodych nauczycieli?
O rety, panie Zog. Co jeszcze do tej pory mi umknęło?
Hm. Jeśli jesteś Zogiem, to najpewniej większość z tego, co napisałam, nie ma dla ciebie zbyt wielkiego sensu, co? Z pewnością myślisz sobie, że Soames to szczyt naszych osiągnięć technologicznych, a jeszcze nawet nie powiedziałam, kim jestem, gdzie mieszkam i wielu innych rzeczy...
Jestem Tanya Deeley, wspomniałam o tym wcześniej, niejako przy okazji. Mam jedenaście lat - oczywiście - i jestem jedynaczką. Mieszkamy w wiosce Green Zone, niedaleko Londynu, gdzie mój Tata jest pastorem, a Mama, cóż... Mamą. Chodzę do szkoły w wiosce. Nie mam właściwie prawdziwych przyjaciół w szkole, ale jest grupka takich, z którymi się czasem bawię... Ogólnie jest w porządku, chyba.
Tata jest teraz zajęty. Ma swoje pastorskie obowiązki, dlatego wygonił mnie na górę, żebym posiedziała w pokoju z jego licznymi książkami. Właściwie to nie czuję się wcale wygoniona, kiedy siedzę tutaj - to moje ulubione miejsce w całym domu, miejsce pełne skarbów. Książek. Porządnych książek: takich, które nie zostały zapisane cyfrowo. Uwielbiałam to miejsce, odkąd byłam mała i nikt nigdy nie powiedział mi, że książki są dla mnie za stare, więc czytałam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce, zwinięta w wielkim fotelu, chłonąc każde słowo. Tym razem jednak nie czytam książki. Siedzę sobie opatulona w fotelu i czytam jeszcze raz wczorajszy wpis do mojego AllInFone'a.
Mam na myśli mojego nowego AllInFone'a, panie Zog. Nie z odzysku. To nie odrzut od jakiegoś parafianina. To był drugi wczorajszy podarunek, ten naprawdę mój prezent urodzinowy, bo tak naprawdę Soames nie był tylko dla mnie. AllInFone ma tę uroczą aplikację dziennika, która zapisuje dyktowany tekst albo umożliwia wstukanie go tradycyjnie na pełnowymiarowej holograficznej klawiaturze kulistej. Tekst jest od razu szyfrowany, więc nikt nie może go odczytać, zaglądając mi przez ramię. Nie będę temu poświęcać za dużo miejsca, by nie było, że jestem jakimś technoświrem, bo, słowo daję, daleko mi do tego. Ale to fajna rzecz. Koniec, kropka. Ani słowa więcej.
Mama też jest na górze, zajęta swoimi sprawami, chociaż Tata może poprosi ją później, żeby zeszła na dół. Często mu pomaga w poradni, kiedy "rodzice" przychodzą i przynoszą mu swój rozsypany świat, aby jakoś go poskładał.
Zwykle kiedy ich Ellie albo Sammy, albo Vidhesh wraca do Banbury, wszystko im się rozsypuje.
Dziś przychodzą pan i pani Ellis, co oznacza, że ich Julia musi wrócić do Oxted. Czym jest Oxted, panie Zog? To goście od robotów. W Banbury. I zanim o to zapytasz - nie, Julia nie jest ich "Soamesem". To ich córka. Grzecznym sformułowaniem używanym przez dorosłych jest "teknoid". Ale rozmawiałam z nią. To zwykły mekker. (Tata mówi, że to nie jest grzeczne słowo. Nie powinno się go używać).
Żeby wszystko było jasne, panie Zog, nie podsłuchuję Taty podczas jego pastorskich spotkań, ale czasami głos się niesie. Ciężko wtedy nie dodać dwa do dwóch. Więc całkiem nieźle zdaję sobie sprawę z tego, co tam się teraz na dole dzieje. Pan Ellis zaczyna mówić, podczas gdy pani Ellis siedzi, popłakuje, zaś obydwoje próbują wytłumaczyć Tacie, jak to trudno wytrzymać im z Julią. Jak wszystko było pięknie, póki była mała, kiedy była jak żywa, prawdziwa córka. Ale teraz już za bardzo urosła...
Zapytałam o to Tatę, kiedy czekaliśmy na przyjście Ellisów.
- Tato, czemu oni ją odsyłają?
- Bo iluzja przestała działać. Bo nie potrafią już dłużej wierzyć w to, że Julia jest ich prawdziwym ludzkim dzieckiem.
- Ale co się zmieniło? Ona wygląda przecież ciągle tak samo, tak samo się zachowuje.
- I tak samo mówi? Tak. Oni bardzo chcieli mieć dziecko. Ale nie mogli mieć własnego. Zgłosili się więc do Oxted i dostali teknoida.
- Teknoida?
(Tak, panie Zog. Poznałam to słowo dopiero dziś, kiedy Tata je wypowiedział. A teraz ja mówię je tobie. Siedź spokojnie w ławce i nie przeszkadzaj).
- Przepraszam, Tan. Teknoid to od greckiego teknon, to znaczy dziecko.
Tatuś popisuje się właśnie greką podłapaną na studiach teologicznych. A teknoid to rodzaj androida, który jest zaprojektowany tak, by wyglądał jak dziecko. Wracając do wczorajszej rozmowy, Oxted mogłoby sprawić, że Soames wyglądałby, poruszał i mówił jak człowiek. Ale to bardzo trudne i drogie, więc tego nie robią.
Po chwili przerwy kontynuował.
- Oczywiście muszą tak wyposażać teknoidy, byśmy mogli uwierzyć, że są ludźmi. Problem w tym, że jeśli nie uda się tego zrobić naprawdę dobrze, to efekt potrafi być dość przerażający. To coś, czego uczy się pastorów podczas szkolenia, żeby pomóc im w późniejszym poradnictwie rodzinnym. To zjawisko jest zwane Doliną Osobliwości, od tytułu dokumentu, w którym po raz pierwszy zajęto się tą teorią w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
- No i?
- No i musiało się stać coś, co rozerwało zasłonę iluzji i Julia znalazła się w Dolinie Osobliwości. Iluzja jest bardzo delikatna, podtrzymywana wyłącznie przez mocną na początku potrzebę posiadania dziecka. Może zdarzył się jakiś wypadek. A może jakaś mała kropelka przelała czarę drobnych odstępstw. Dowiem się, jak już tu będą. Tak czy inaczej, iluzja przestała działać i państwo Ellis nie są już w stanie znieść obecności zdemaskowanego teknoida w swoim domu. Miłość zamieniła się w strach. I poczucie winy. I właśnie z tym muszę państwu Ellis pomóc sobie poradzić.
Wtedy, z idealnym wyczuciem czasu, zadzwonił dzwonek do drzwi, a ja udałam się na górę.
***
To miało sens. Nagle wszyscy w szkole mówili otwarcie, że ta i ta osoba jest robotem i wraca. Koniec szopki. Rodzice jeszcze przez kilka tygodni starają się wszystko tuszować, ale zdają sobie doskonale sprawę z tego, że wszyscy wokół już wiedzą i w końcu się uginają. Czasami wyjeżdżają, próbują rozpocząć nowe życie gdzieś indziej. Częściej zdarza się, że po prostu dzwonią do Oxted. Teraz na dole pewnie organizują z Tatą "spotkanie upamiętniające". "Nasza córka, która odeszła od nas przedwcześnie...".
To pokazuje, do jakich głupot potrafią posuwać się dorośli. Obwiniają się nawzajem, zaczynają się rękoczyny... A to tylko początek. Rozwód, samobójstwo, morderstwo... To ostatnie akurat nie zdarzyło się u nas, tylko w parafii św. Marka.
A wszystko przez to, że nikt nie może już mieć dzieci. No, prawie nikt. I nikt nie wie, dlaczego tak jest. Coś się stało. Niektórzy twierdzą, że fale radiowe i mikrofale pomieszały nasze DNA. Ktoś inny wysnuł teorię, że winne jest promieniowanie z komputerów. Winiono też oczywiście globalne ocieplenie i zanieczyszczenie planety. Było też kilka jeszcze dziwniejszych hipotez. Jeden naukowiec twierdził nawet, że w każdym pokoleniu ludzkość traciła część informacji genetycznej z puli genów, a teraz w końcu osiągnęliśmy moment, w którym nie było już możliwości poskładania z niej działającego człowieka.
No proszę! Jestem prawdziwą rzadkością. Jedenastoletnią dziewczynką. Żeby była jasność, panie Zog. Jeśli masz jakiś przegub w okolicy talii, powinieneś się teraz pokłonić. Jeśli nie, możesz też zakręcić dystyngowanie mackami.
Czyli na świecie jestem ja (i kilkoro nielicznych mi podobnych). Wszystkie inne dzieciaki na tej planecie to roboty. Realistyczne roboty - nie puszki, jak Soames - ale takie jak Julia Ellis, prawie doskonałe kopie ludzkiego dziecka. Na tyle wierne, że mogą oszukać instynkt rodzicielski. Na tyle dobre, żeby powstrzymać zamieszki.
Czasami nawet na tyle dobre, żeby się z nimi pobawić.
John się odezwał.
Mówi, że wszystko gra. W szkole jest dobrze. A co u mnie?
- U mnie też wszystko gra - mówię, ale w głowie ciągle mam uporczywe pytanie: "Czemu wcześniej nie zadzwoniłeś?". - Miło, że się odezwałeś.
- Mhm, fajnie.
"Mógłbyś bardziej się wysilić. Typowy chłopak!".
- Musiałeś być bardzo zajęty.
- Nie, nie za bardzo.
"Mam nadzieję, że nie zadzwoniłeś tylko po to, żeby odbąkiwać równoważnikami. Pamiętam, że wcześniej umiałeś normalnie mówić. Wtedy, w latach siedemdziesiątych".
- Cieszę się bardzo, że nie zgubiłeś mojego numeru PIT. Zaczynałam już myśleć, że zostaniesz tylko wakacyjnym wspomnieniem.
- Nie, chciałem zadzwonić wcześniej. - "Tak, znowu składa całe zdania!". - Ale dziwnie się czułem. Obawiałem się, że mogłabyś...
- Co takiego?
- Że mogłabyś mnie już nie lubić.
- Głupi jesteś, John. Bardzo cię lubię.
- I ja ciebie też bardzo lubię, Tanyu. - "Dalej, dalej, nie przerywaj...". - Ja... Ja... No właśnie, bardzo cię lubię.
"Rety, naprawdę masz dzisiaj jakieś problemy z komunikacją, John. Będę musiała się sporo napocić, żeby coś z tego było".
- Dużo myślałam o naszych wakacjach, John. Nigdy wcześniej nie poznałam nikogo takiego. Wszyscy moi pozostali znajomi to dzieci znajomych moich rodziców albo dzieci parafian mojego taty, albo dzieci z mojej szkoły. Nigdy nie miałam wielkiego wyboru, jeśli chodzi o przyjaciół. Oni po prostu byli wokół, a ja akceptowałam ich obecność. Ty jesteś inny.
- Hm. Dzięki. - "Nie wzdychaj! I wypowiadaj się pełnym zdaniem". - U mnie w szkole jest tak samo, a przynajmniej tak mi się wydaje. Patrzę, jak inni grają w piłkę, i jakaś część mnie po prostu myśli, że tak ich zaprogramowano. Nie bawią się, tylko wykonują program. Dlatego nie chcę do nich dołączać. Właściwie to nie mam przyjaciół.
- Nie przyjaźnisz się, bo myślisz, że oni wszyscy są robotami?
- M-hm. - "Tym razem okażę łaskę... Moja wina, że zadałam chłopakowi pytanie z opcjami tak-nie. Reszta wypowiedzi też wyszła całkiem zgrabnie, jak na chłopaka. Dużo zdań. Następnym razem popracujemy nad dodawaniem przymiotników".
- Czyli mnie rozumiesz. Nigdy nie czułam się taka, jak inne dzieci w szkole. Zawsze gdzieś siedzi przeświadczenie, że oni są jacyś odmienni. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak rozpoznam żywe dziecko, jeśli jakieś spotkam. Wiedziałam, że będzie jakoś się wyróżniać. Obawiałam się tylko, że trafienie na jakieś może zająć dużo czasu.
- A teraz?
- Teraz już trafiłam. I bardzo, bardzo się z tego cieszę. Dlatego porozmawiajmy jeszcze trochę i nie zepsuj...
***
Tutaj przerwę, panie Zog. Jest kilka rzeczy, które jednak chciałabym zachować w tajemnicy, przynajmniej na razie.