Prawdę powiedziawszy, poczułam się trochę urażona sugestią Podkańskiego. Przecież od pięciu lat nie miałam alkoholu w ustach. Zgoda, był problem, zły czas, przeżyłam załamanie. Zrozumiałam to, przecież kiedyś byłam w ośrodku. Muszę teraz chodzić na spotkania jakieś grupy? Widziałam to nie raz w telewizji i wydało mi się nudne jak flaki z olejem. Czy słuchanie o problemach z piciem innych, zupełnie obcych ludzi, mogłoby mi pomóc? Nie czułam tego.
W ramach rozpoczynania nowego życia pojechałam na grób rodziców. Nie zrobiłam tego 1 listopada, nie chciałam spotkać nikogo znajomego. Chociaż od Święta Zmarłych minęły już dwa dni, na granitowej płycie grobowca wciąż palił się znicz. Domyśliłam się, kto o to zadbał. Odwiedziłam panią Ludwikę. Mocno się postarzała, chodziła powolutku po kuchni swojego niewielkiego domku. Porozmawiałyśmy chwilę, chociaż podeszły wiek odcisnął już na niej swoje piętno. Myliła daty, z uporem nazywała mnie Kasią. Jednak o rodzicach mówiła bardzo ciepło i serdecznie. Wspominając mamę, uroniła kilka łez, które otarła haftowaną chusteczką wyjętą z kieszeni fartucha. Kto dziś ma takie chusteczki? - pomyślałam.
Nie zostałam długo. O czym więcej mogłabym rozmawiać ze staruszką? Nie byłam z nią związana, tak jak z panią Stasią. Stanowiła dla mnie coś w rodzaju reliktu z czasów, które minęły i nigdy nie wrócą. Podziękowałam za opiekę nad grobem, wypiłam słabą herbatę, przyjęłam prezent w postaci dwudziestu swojskich jajek i słoika malinowych konfitur. Z ulgą wróciłam do domu.
Wszystko zmieniło się w grudniu. Już od połowy listopada w każdym sklepie kłuły mnie w oczy świąteczne ozdoby i z każdym dniem było coraz gorzej. Próbowałam za wszelką cenę wmówić sobie, że nie ma obowiązku celebrowania świąt, że każdy może je spędzać, jak chce. Planowałam nocne oglądanie filmów, wymyślałam kolejne argumenty na kiczowatość ozdóbek i amerykanizację tradycji. Nie udawało mi się, więc popadłam w drugą skrajność. Przez tydzień biegałam po sklepach, wracając obładowana coraz to nowymi dekoracjami, rozwieszałam je w całym domu. Wieńce z ostrokrzewu, świerkowe girlandy, kolorowe światełka, bombki wszelakiego rodzaju i ogromna choinka w salonie. Później przyszła kolej na przygotowania kulinarne. Kutia, pierogi, uszka, nawet pasztet. A także piernik, kruche ciasteczka i mnóstwo innych potraw. Robiłam to wszystko, żeby nie myśleć, nie dopuścić do siebie tego, co pchało się na powierzchnię.
Dzień przed Wigilią wszystko było gotowe. Usiadłam przy choince, włączyłam światełka i nawet przez chwilę poczułam coś w rodzaju satysfakcji. Byłam zmęczona, ale zadowolona jak prawdziwa pani domu. Zdążyłam na czas, o niczym nie zapomniałam i mogłam rozpocząć świętowanie.
Poranek nie był już tak przyjemny. Dzienne światło ujawniło nie tylko sztuczność choinkowych igieł i nierówne wzorki na bombkach, ale i całą fikcję tego, co robiłam. Opłatek na porcelanowym talerzyku kłuł w oczy. Z kim się nim podzielę? Kto zje to wszystko, co wypełniało ogromną lodówkę? Kto zawtóruje mi, gdy zaśpiewam "Cichą noc..."?
Chodziłam po domu, pozornie bez celu, ale tak naprawdę szukałam. Wiedziałam, że nie znajdę, bo nie miałam nic, co mogłoby mnie skusić. Widok pustych pokoi jeszcze pogarszał mój nastrój. Przyszło mi do głowy, że przecież i tak nie mam dla kogo się starać. Jestem sama jak palec, taka jest prawda. Na fali żalu, goryczy i smutku zamówiłam taksówkę i pojechałam do miasta. Nie było lepiej. Widok ludzi spieszących się do domów, do rodzin, robiących ostatnie zakupy, w pośpiechu dokupujących prezenty zdołował mnie zupełnie. Nie było nikogo, komu mogłabym kupić świąteczny podarunek. Miałam pieniądze, mogłam spełnić czyjeś marzenia, tylko czyje? Kupić prezenty i zawieźć do domu dziecka? Żenada.
Zaglądałam przez szyby do kawiarni i restauracji. W taki dzień było tam pusto. Jak w moim domu. Kup dobre wino i zapomnij - odezwało się coś w mojej głowie. Czemu nie!
Pchnęłam drzwi do pierwszego napotkanego sklepu i skierowałam się do stoiska z alkoholem. Popatrzyłam na półki pełne kolorowych butelek. Tak blisko, na wyciągnięcie ręki.
- Coś podać?
Głos ekspedientki wyrwał mnie z amoku, w którym byłam. Zamrugałam oczami i zdałam sobie sprawę z tego, gdzie jestem. Poczułam przerażenie. Uciekłam bez słowa.
Wigilijny wieczór spędziłam, przeglądając fora dla alkoholików. Płakałam, czytając. Nad nimi i nad sobą. Jak blisko znowu byłam, sekundy dzieliły mnie od poddania się impulsowi, tej skłonności, od której, o naiwna, sądziłam, że jestem wolna.
To właśnie w wigilijny wieczór zaakceptowałam prawdę. Jestem alkoholiczką. Podkański miał rację - potrzebuję pomocy i wsparcia. Kolejny raz może się nie udać. Mogę nie znaleźć dość siły na opór i walkę. Całe życie starałam się nikogo nie prosić o pomoc, ale teraz czułam, że muszę to zrobić. Odnalazłam adres i telefon jednego z ośrodków terapii uzależnień. Na swojej stronie deklarowali, że zachowują dyskrecję. Brzmiało dobrze, chociaż w moim przypadku nie miało to większego znaczenia. Popatrzyłam na zdjęcia terapeutów, poczytałam o ofercie. Spotkania grup Klubu Anonimowych Alkoholików - tam miałam pójść. Czy starczy mi odwagi? Jak tam jest? O co będą mnie pytali?
Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiem, czy zbyt wiele zjadłam, czy to ze strachu. Zanotowałam numer i adres, wyłączyłam komputer. Przycisnęłam guziczek pilota, "Bóg się rodzi..." - usłyszałam. Może jednak będę dobrze wspominała te święta?
*
Stałam przed brązowymi drzwiami opatrzonymi tabliczką z napisem "Sala terapeutyczna". Przyszłam pół godziny przed czasem, ale nie mogłam wysiedzieć w domu. Tydzień wcześniej spotkałam się z Mariuszem, terapeutą uzależnień prowadzącym właśnie tę grupę, której mam się stać częścią.
- Mamy tutaj taką zasadę, że wszyscy jesteśmy na "ty" - powiedział na wstępie, a ja nie wiedziałam, czy cieszyć się z tego, czy martwić. Niby swojsko i przyjaźnie, ale czy ja potrafię i chcę tak od razu się spoufalać?
- Dostosuję się - wybąkałam.
Mariusz był miłym facetem, na oko dobiegającym czterdziestki. Dosyć korpulentny, z wyraźnym zarysem brzuszka, sprawiał wrażenie dobrego kumpla. Taki brat-łata do zwierzeń i pocieszeń. Można było poczuć się przy nim bezpiecznie. W biznesie, gdzie idealny wygląd i sylwetka mają niebagatelne znaczenie, pewnie kariery by nie zrobił, szczególnie w tych zielonych bojówkach i nieco spranym T-shircie. A tutaj pasował idealnie.
To chyba jego spokojny i przyjazny ton sprawił, że obiecałam przyjść tego dnia. I tylko świadomość, że Mariusz zaraz się pojawi pomagała mi pozostać pod drzwiami. Żeby zabić jakoś czas, przemierzałam korytarz ośrodka. Spodziewałam się, że będzie bardziej "szpitalnie", sama nie wiem, skąd wzięło mi się takie skojarzenie. Tymczasem ściany pomalowane były na ciepły żółty kolor, ozdobione dużą ilością kwiatów i zdjęć oprawionych w antyramy. Bezwiednie czytałam mijane tabliczki - psycholog, terapeuta, pedagog, znów psycholog. Dwa piętra pokoi, a w każdym osoba pomagająca uzależnionym. Ilu ich musi być? A przecież w mieście wciąż powstawały podobne miejsca. Świadomość, że nie jestem jedyną, której zdarzyło się przekroczyć próg uzależnienia, trochę podniosła mnie na duchu. Nabrałam odwagi, ale natychmiast przekonałam się, że nie była zbyt duża, bo gdy wracając z końca korytarza, zauważyłam pod drzwiami "mojej" sali dwóch mężczyzn, zatrzymałam się w połowie drogi i usiadłam na najbliższym krzesełku.
Gdybym nie wiedziała, po co przyszli, nie zgadłabym. Ten, którego twarz widziałam, wyglądał jak typowy ojciec rodziny - kraciasta koszula, bordowy sweter z dekoltem w serek, czarne dżinsy pod pokaźnym brzuchem. Ciemne włosy z siwizną na skroniach i siwiejące wąsy. Drugi stał tyłem, ale sądząc po sylwetce, mógł być w moim wieku. Wyższy od swojego towarzysza, szczuplejszy, ubrany ze sportową elegancją - granatowe sztruksy i brązowa wełniana marynarka. Nie tak wyobrażałam sobie anonimowych alkoholików. Co ja plotę! A gdyby ktoś mnie zobaczył? Co powiedziałby? Miałam picie wypisane na twarzy?
Co innego ta kobieta, która później przyszła. Na jej twarzy nałóg zaznaczył już swoją obecność. Takich autografów nie zakryje żaden makijaż. Tlenione na bardzo jasny blond włosy, dość krzykliwa tania biżuteria i spódnica nieco zbyt krótka jak na mocno średni wiek sprawiły, że nie poczułam do niej sympatii. Poznałam wiele takich kobiet, pracując na bazarach i potem, gdy zaczynałam współpracę z nowobogackimi klientami. Dzieliła nas mentalność, wychowanie, sposób patrzenia na świat. Z tą też raczej nie miałam nic wspólnego. Oprócz picia.
Popatrzyłam na zegarek i błagałam w myślach, żeby nikt się mną nie zainteresował. Gdzie jest Mariusz? Doszły kolejne osoby - młody chłopak, na pewno nie miał jeszcze trzydziestu lat (czy to możliwe, że jest już uzależniony?), kobieta w ortalionowym dresie, druga w eleganckiej garsonce i szpilkach, z markową torebką, bardzo wysoki i chudy mężczyzna w nieco przykrótkich spodniach i dekatyzowanej kurtce pamiętającej chyba lata osiemdziesiąte. Co za skład! Każdy z innej bajki. A jednak stali, rozmawiali, uśmiechali się do siebie. Nie potrafiłam tego zrozumieć. Gdyby spotkali się na ulicy, nawet nie zauważyliby siebie nawzajem. A tutaj sprawiali wrażenie grupy przyjaciół. Tleniona blondynka śmiała się głośno i poklepywała po ramieniu kobietę w garsonce. Tamtej wydawało się to nie przeszkadzać. Chudzielec pokazywał jakiś wymiętolony papier mężczyźnie w sztruksach. Niesamowite! Czy znajdzie się tam miejsce dla mnie? Zostanę zaakceptowana? I czy mnie uda się znieść ich towarzystwo?
Może powinnam wyjść? Nie byłam pewna, czy mój udział w spotkaniu to dobry pomysł. Wątpiłam, żeby ktoś mnie tutaj zrozumiał. O ile w ogóle uda mi się otworzyć przed nimi. Czułam, że porwałam się na coś, czemu mogę nie sprostać. Już miałam zamiar podnieść się z krzesełka i wrócić do domu, gdy po schodach wbiegł Mariusz. Grupa przywitała go z hałaśliwa radością. Terapeuta otworzył drzwi i gestem zaprosił do środka. Czekałam cichutko, aż sam wejdzie i zamknie drzwi.
Nic z tego. Kiedy ostatnia osoba przekroczyła próg, Mariusz rozejrzał się i zauważył mnie.
- Natasza! Cieszę się, że jesteś! Zapraszam - kiwnął na mnie, więc nie miałam wyjścia. Z duszą na ramieniu weszłam do sali. Będzie dobrze - powtarzałam w myślach. - Dasz radę, Nata!
- Poznajcie Nataszę - usłyszałam głos Mariusza. - Od dziś dołącza do naszej grupy. Każdy z nas wie, że to niełatwa decyzja, dlatego nagrodźmy Nataszę, która miała odwagę tu przyjść.
Słyszałam oklaski, ale nie miałam śmiałości popatrzeć im w twarze. Utkwiłam wzrok w czubkach butów.
- Siadaj obok Lidki. - Mariusz delikatnie popchnął mnie w kierunku tlenionej. Ależ mi się trafiło! Trudno, może następnym razem się przesiądę. Zajęłam miejsce, Mariusz zaczął spotkanie. Teraz, kiedy wszyscy patrzyli na niego, zebrałam się na odwagę i podniosłam wzrok. Od razu napotkałam zielone oczy siedzącego naprzeciwko mężczyzny. Znałam go!
Nie wiem, jak to się stało, że nie poznałam go już tam, kiedy stał pod drzwiami. Co prawda zawsze widywałam go w garniturze i nieskazitelnie wyprasowanej koszuli. Druga sprawa, że zupełnie nie kojarzył mi się z krzesełkami ustawionymi w kręgu, z rozmowami o piciu. W ogóle z żadną wadą czy niedoskonałością mi się nie kojarzył. A jednak bez wątpienia to był on.
Mateusz Sajanowicz, a konkretnie mecenas Mateusz Sajanowicz, właściciel kancelarii prawnej specjalizującej się w rozwodach. Wzór męskiej elegancji i dobrego wychowania, pogromca niewiernych małżonków, słynący ze skuteczności. Z jego usług mogli korzystać jedynie ci z zasobnymi portfelami, bo zdawał sobie sprawę z wysokiej jakości oferowanych usług i cenił się. Jednakże jego wdzięk sprawiał, że klienci obu płci, płacąc mu, nie czuli się wcale źle, przeciwnie, dziękowali z wdzięcznością. Tak, naprzeciwko, na krześle pod oknem siedział mój adwokat w sprawie rozwodowej. Idąc na to spotkanie, byłam przygotowana na wiele, ale na coś takiego z pewnością nie. Nie życzyłam sobie widzieć w ośrodku nikogo znajomego, a już z pewnością nie mecenasa, który pomagał mi w wysądzeniu od byłego męża jak największej kwoty, który słyszał wszystko, co mówiliśmy w sądzie. Dlaczego nie zwróciła mojej uwagi charakterystyczna kasztanowa czupryna? Dlaczego nie wyszłam, kiedy poczułam ochotę?
Zaskoczenie sparaliżowało mnie zupełnie. Wiedziałam, że nie będę w stanie nic powiedzieć. Przestałam słyszeć, co mówi Mariusz i inni członkowie grupy. Cały czas czułam na sobie spojrzenie zielonych oczu i zastanawiałam się, co on o mnie myśli. Byłam zdezorientowana i zła. Że też zawsze musi przydarzyć mi się coś, co skomplikuje mi życie. Akurat tutaj musiał przychodzić! No tak, musiał, widocznie musiał. A to, że siedział na spotkaniu grupy oznacza... że pan mecenas nie był ideałem. Że pan mecenas ma problem z alkoholem. No, gdyby o tym dowiedzieli się klienci, z pewnością nie byliby zachwyceni. Czy bogatego prawnika nie stać na prywatną klinikę, gdzie takie problemy załatwia się w najgłębszej tajemnicy?
Tak czy inaczej nie miałam zamiaru nigdy więcej uczestniczyć w spotkaniach, na które przychodził. Imponowała mi jego skuteczność i bezwzględność na sali sądowej, ale nie mogłabym pozwolić sobie na szczerość w jego obecności. Dla mnie był prawnikiem, a do tych nie miałam za grosz zaufania. Nie raz przekonałam się, że dla pieniędzy gotowi są na wszystko. O nie, ani myślę zdradzać przed nim swojej słabości.
Przesiedziałam w milczeniu całe spotkanie. Na pytanie, czy chcę coś powiedzieć, pokręciłam przecząco głową. Kiedy zaszurały krzesła, zrozumiałam, że to koniec, więc czym prędzej skierowałam się w stronę wyjścia. Jutro zadzwonię do Mariusza - postanowiłam. - Poproszę o zmianę grupy. Rzuciłam ogólne "do widzenia", mając nadzieję, że Mariusz nie będzie próbował mnie zatrzymać.