Dasein na wielkim ekranie, czyli filozofia Martina Heideggera w filmach - Martyna Butrym

Kup ebooka

23.00 zł
16.19 zł (15,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. NA SKRAJU KRÓ­LI­CZEGO FU­TERKA. GDZIE ZA­CZYNA SIĘ, A GDZIE KOŃ­CZY FI­LO­ZO­FIA?

Czym jest fi­lo­zo­fia? To wiemy. Umi­ło­wa­niem mą­dro­ści, pierw­szą na­uką, nie kró­lową, ale matką in­nych dzie­dzin, cie­ka­wo­ścią czło­wieka ujętą w ramy; i z tych ram upar­cie wy­cho­dzącą.

Ale jak to ro­bić? Jak się upra­wia fi­lo­zo­fię? Czym się różni py­ta­nie "skąd wiesz?" za­dane przez cy­wila (czło­wieka nie-fi­lozo­ficz­nego, vir non phi­lo­so­phiae) od pod­nio­słego "skąd wiesz?" za­da­nego przez fi­lo­zofa? Czym się różni twier­dze­nie "czy wiesz, że..." wy­po­wie­dziane przez cy­wila od "czy wiesz, że..." au­tor­stwa fi­lo­zofa?

Za­py­tany o do­wód na ist­nie­nie świata ze­wnętrz­nego bry­tyj­ski fi­lo­zof, współ­twórca fi­lo­zo­fii ana­li­tycz­nej, Geo­rge Edward Mo­ore po­ka­zał swoją dłoń i po­wie­dział: "to jest ręka", po czym pod­niósł drugą i do­dał: "a oto druga". Do­wiódł tym sa­mym, że ist­nieją przy­naj­mniej dwa obiekty w świe­cie ze­wnętrz­nym, ergo świat ze­wnętrzny jako taki rów­nież ist­nieje. Ten epi­ste­mo­lo­giczny ar­gu­ment, bę­dący kry­tyką ide­ali­zmu i scep­ty­cy­zmu fi­lo­zo­ficz­nego, jest od lat oma­wiany i dys­ku­to­wany na wy­dzia­łach fi­lo­zo­ficz­nych na ca­łym świe­cie. Czy tak wolno ar­gu­men­to­wać? A je­śli tak, to komu?

Na prze­strzeni wie­ków fi­lo­zo­fo­wie prze­ka­zy­wali swoje po­glądy na wiele spo­so­bów. Czte­ry­sta lat przed na­szą erą So­kra­tes za­ga­dy­wał oby­wa­teli Aten i py­tał o kwe­stie - zda­wa­łoby się - oczy­wi­ste... Oczy­wi­ste do­póty, do­póki nie trzeba sfor­mu­ło­wać od­po­wie­dzi. So­kra­tes uwa­żał się za aku­szerkę, która ma od lu­dzi wy­do­być to, co oni już wie­dzą, cho­ciaż jesz­cze so­bie tego nie uświa­da­miają. Ta me­toda, zwana ma­jeu­tyką, po­le­gała na wy­do­by­ciu wie­dzy praw­dzi­wej drze­mią­cej w roz­mówcy. Ale nie w każ­dym roz­mówcy. Je­dy­nie w tym, który skrywa w so­bie taką mą­drość. Tego typu osoby So­kra­tes roz­po­zna­wał dzięki swo­jemu da­imo­nio­nowi, we­wnętrz­nemu gło­sowi, bo­skiej isto­cie, która od dzie­ciń­stwa szep­tała mu do ucha.

Jak po­wszech­nie wia­domo, So­kra­tes nie spi­sy­wał swo­ich my­śli w żad­nej for­mie; jego po­glądy znamy z pism Pla­tona. Bar­czy­sty za­ło­ży­ciel Aka­de­mii rów­nież nie pi­sał fi­lo­zo­ficz­nych roz­praw, ty­po­wych dla my­śli­cieli no­wo­żyt­nych - pi­sał Dia­logi. A czymże in­nym są dia­logi, je­śli nie uprosz­czo­nymi sce­na­riu­szami? Opera ma­gna Kanta, Spi­nozy, He­ideg­gera czy To­ma­sza z Akwinu nie są prze­cież je­dy­nymi wy­znacz­ni­kami, jak na­leży za­pi­sy­wać i for­mu­ło­wać my­śli. Ro­zu­miał to bar­dzo do­brze Nie­tz­sche, któ­rego nie­które dzieła, ta­kie jak Ludz­kie, an­ty­ludz­kie czy Wola mocy, przy­po­mi­nają bar­dziej zbiory afo­ry­zmów, a Tako rze­cze Za­ra­tu­stra jest po pro­stu ba­śnią, otwartą na in­ter­pre­ta­cję.

Można za­tem za­ga­dy­wać lu­dzi na rynku, bo tak do­ra­dza ci­chy głos z tyłu głowy, można pod­nieść rękę ni­czym Ar­nold Schwa­rze­neg­ger w Ter­mi­na­to­rze 3 i udo­wod­nić ist­nie­nie ze­wnętrz­nego świata, można wresz­cie uwa­żać, że do­bre sa­mo­po­czu­cie to ża­ło­sny wy­mysł dla kra­ma­rzy, chrze­ści­jan, krów, ko­biet, An­gli­ków i in­nych de­mo­kra­tów1 i być uzna­wa­nym za je­den z naj­wy­bit­niej­szych umy­słów XIX wieku, za fi­lo­zofa, który po­grze­bał Boga.

Bla­ise Pas­cal zde­cy­do­wał się po­dzie­lić ze świa­tem swoją fi­lo­zo­fią, ubie­ra­jąc ją w my­śli, któ­rych sfor­mu­ło­wał bli­sko ty­siąc i ze­brał je w książce za­ty­tu­ło­wa­nej My­śli wła­śnie. Z tego dzieła mo­żemy się do­wie­dzieć, że "Fi­lo­zo­fo­wie uświę­cili błędy, stro­jąc w nie sa­mego Boga; chrze­ści­ja­nie uświę­cili cnoty"2. Po­dobną formę wy­brał Nie­tz­sche, np. w Zmierz­chu bo­żyszcz, gdzie na po­czątku czę­stuje czy­tel­nika roz­dzia­łem Zda­nia i strzały, który składa się z wielu po­dob­nych bon mo­tów. "Jakże to? Czy czło­wiek jest je­dy­nie omyłką Boga? Czy też Bóg je­dy­nie omyłką czło­wieka?"3 - za­py­tuje Nie­tz­sche.

Po­do­bień­stwo do ta­kiego spo­sobu for­mu­ło­wa­nia swo­ich spo­strze­żeń można bez kło­potu zna­leźć np. w twór­czo­ści Ju­lii Har­twig. Jed­nak jej dzieła są uzna­wane za po­ezję, nie fi­lo­zo­fię, a prze­cież gdy pi­sze: "Pa­trzeć uważ­nie. Za­pa­mię­ty­wać. Za­cząć nie­śmier­tel­ność już tu, na ziemi"4, to upra­wia też fi­lo­zo­fię. Na końcu ośmielę się wy­mie­nić na­wet Adama Zie­liń­skiego, czyli Łonę, pol­skiego ra­pera i pro­du­centa mu­zycz­nego, który w tek­ście utworu Miej wąt­pli­wość na­pi­sał:

Kiedy tak sto­isz w tym tłu­mie bez­tro­skim, na który cień rzuca choćby cień wąt­pli­wo­ści / W tym kar­telu my­śli cho­rych na pew­ność przy­ja­cielu bądź tak do­bry i zrób dla mnie jedno / Kiedy wszy­scy wo­kół cie­bie rów­niu­teńko idą / Przy­ja­cielu ty bądź uprzejmy mieć wąt­pli­wość5.

Tego typu utwory są tym cen­niej­sze, że od­biorcy pol­skiego rapu i czy­tel­nicy Kar­te­zju­sza to ra­czej dwie różne grupy.

Nie ma za­tem je­dy­nej słusz­nej me­tody upra­wia­nia fi­lo­zo­fii. Ani je­dy­nej me­tody, we­dług któ­rej po­winno się dzie­lić swo­imi wnio­skami.

Fi­lo­zo­fia jest pierw­szą na­uką po­wstałą przed wszyst­kimi in­nymi. Na­ro­dziła się, kiedy pierw­szy pre­hi­sto­ryczny czło­wiek po­grze­bał swo­jego po­bra­tymca w ziemi, wie­rząc, że to nie ko­niec jego drogi. Po­wstała, kiedy pierwsi lu­dzie przy ogniu za­częli za­da­wać so­bie py­ta­nia o to, jak po­wstał ota­cza­jący ich świat ("dla­czego ist­nieje ra­czej coś niż nic" - za­pyta wiele ty­sięcy lat póź­niej Le­ib­niz), i za­sta­na­wiać się, skąd mogą mieć pew­ność, że ko­lej­nego dnia rów­nież wzej­dzie słońce. Fi­lo­zo­fia jest pier­wotna i każdy spo­sób za­da­wa­nia py­tań, a także każda próba for­mu­ło­wa­nia od­po­wie­dzi jest do­bra. Wielu fi­lo­zo­fów, ta­kich jak So­kra­tes lub Dio­ge­nes, sta­rało się prze­ka­zać swoje spo­strze­że­nia do­ty­czące świata, da­jąc świa­dec­two swoim ży­ciem, swoją po­stawą, trwa­jąc przy swo­ich prze­ko­na­niach. A także sty­mu­lu­jąc in­nych, by za­uwa­żyli, że nic na świe­cie nie jest nie­pod­wa­żalne; że warto za­da­wać py­ta­nia i kwe­stio­no­wać wszyst­kie - na­wet te oczy­wi­ste, a może przede wszyst­kim te oczy­wi­ste - od­po­wie­dzi. Dla­tego na­zy­wamy ich fi­lo­zo­fami, cho­ciaż nie po­zo­sta­wili po so­bie żad­nych pism; miarą bo­wiem praw­dzi­wego fi­lo­zofa nie jest liczba za­pi­sa­nych kar­tek. "Bez­myśl­nym ży­ciem żyć czło­wie­kowi nie warto"6 - mó­wił So­kra­tes, szy­ku­jąc się na śmierć, i z pew­no­ścią jest to zda­nie, które łą­czy wszyst­kich, któ­rzy pa­rają się fi­lo­zo­fią. Także tych, któ­rzy nie zwy­kli okre­ślać się mia­nem fi­lo­zofa.

Ist­nieje bo­wiem wielu twór­ców, któ­rzy wy­warli wielki wpływ na dzieje my­śli, cho­ciaż rzadko na­zywa się ich fi­lo­zo­fami. Ciężko jed­nak od­mó­wić tego miana cho­ciażby Geo­rge'owi Or­wel­lowi czy Al­do­usowi Hux­ley­owi (a skoro ich wy­mie­niamy, nie wolno za­po­mnieć także o Eu­ge­niu­szu Za­mia­ti­nie, au­to­rze po­wie­ści My z 1921 roku, pierw­szej z dys­to­pii opi­su­ją­cych, czym mógłby stać się sys­tem to­ta­li­tarny i jaki los lu­dzie są skłonni so­bie zgo­to­wać, gdy pró­bują zor­ga­ni­zo­wać nie­na­ganny świat). Wspo­mnijmy też in­nych wiel­kich fi­lo­zo­fów - cho­ciaż jako fi­lo­zo­fów ich ra­czej nie po­strze­gamy - Char­lesa Dar­wina, Ni­kolę Te­slę, Gre­gora Men­dla, Isa­aca New­tona czy Ro­gera Pen­rose'a. I choć w en­cy­klo­pe­diach przy ich imio­nach znaj­dziemy okre­śle­nia, ta­kie jak fi­zyk, na­uko­wiec czy przy­rod­nik, to wła­śnie otwar­tość umy­słu wła­ściwa fi­lo­zo­fom, otwar­tość na po­rzu­ce­nie obo­wią­zu­ją­cych do­gma­tów i norm, nie­ogra­ni­czona wy­obraź­nia po­zwo­liły im za­trząść po­sa­dami współ­cze­snego im świata.

W swo­jej książce z 1931 roku Co­smic Re­li­gion: With Other Opi­nions and Apho­ri­sms Al­bert Ein­stein pi­sał, że wy­obraź­nia jest waż­niej­sza od wie­dzy, po­nie­waż wie­dza jest ogra­ni­czona, pod­czas gdy wy­obraź­nia obej­muje cały świat i sty­mu­luje po­stęp. To wła­śnie wy­obraź­nia po­zwo­liła Ein­ste­inowi spoj­rzeć ina­czej i od­waż­niej na znane już wów­czas teo­rie i wy­cią­gnąć z nich zu­peł­nie nowe wnio­ski. Mia­no­wi­cie z trans­for­ma­cji Lo­rentza wy­eli­mi­no­wał (i słusz­nie) kon­cep­cję eteru, hi­po­te­tycz­nego ośrodka, w któ­rym miało prze­miesz­czać się świa­tło, dzięki czemu do­szedł do wnios­ków (opi­sa­nych póź­niej w szcze­gól­nej teo­rii względ­no­ści), że pręd­kość świa­tła jest taka sama dla ob­ser­wa­to­rów, nie­za­leż­nie od ich po­ło­żeń i względ­nych pręd­ko­ści. Co cie­kawe, trans­for­ma­cje Lo­rentza już wcze­śniej sto­so­wano do opisu ru­chu, prze­wi­du­jąc nie­które zja­wi­ska opi­sane w szcze­gól­nej teo­rii względ­no­ści, ta­kie jak re­la­ty­wi­styczne skró­ce­nie dłu­go­ści. Ta sama trans­for­ma­cja za­sto­so­wana nie do czasu i dłu­go­ści, ale do ener­gii i pędu pro­wa­dzi do słyn­nego rów­na­nia E = mc2. Aby po­trak­to­wać prze­kształ­ce­nie Lo­rentza jako au­ten­tyczny opis ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści, a nie tylko ma­te­ma­tyczny trik, i aby dojść do wnio­sku, że czas i prze­strzeń są względne, po­trzeba było tylko zmie­nić pa­ra­dyg­mat.

Ale czy aby na pewno tylko? Zmie­nić pa­ra­dyg­mat ozna­cza wstrzy­mać Słońce, ru­szyć Zie­mię, do­ko­nać prze­wrotu ko­per­ni­kań­skiego.

We­dług ame­ry­kań­skiego fi­lo­zofa na­uki, Tho­masa Kuhna, zmiana pa­ra­dyg­matu na­stę­puje, gdy stary prze­staje wy­star­czać - po­ja­wiają się ano­ma­lie, któ­rych nie da się wy­ja­śnić, pęk­nię­cia w za­ak­cep­to­wa­nej przez nas struk­tu­rze co­dzien­no­ści7.

A któż ma te pęk­nię­cia za­ob­ser­wo­wać?

Fi­zycy. Fi­lo­zo­fo­wie. Fil­mowcy. Wy­gląda na to, że te grupy łą­czy coś wię­cej niż tylko wspólna pierw­sza sy­laba. Fi­lo­zo­fia nie jest prze­cież kon­kretną dzie­dziną na­uki, ale jest re­flek­sją nad ota­cza­jącą nas rze­czy­wi­sto­ścią, moż­li­wie jak naj­bar­dziej od­porną na za­stałe po­glądy na­szej epoki, na to, co wia­dome i oczy­wi­ste. We wpro­wa­dze­niu do swo­jej książki Ele­menty me­cha­niki kwan­to­wej dla fi­lo­zo­fów ks. prof. Mi­chał Hel­ler pi­sze, że "Zro­zu­mie­nie roli kwan­towo-re­la­ty­wi­stycz­nej re­wo­lu­cji jest nie tylko za­da­niem dla fi­zy­ków, ale (może przede wszyst­kim) dla fi­lo­zo­fów i tych wszyst­kich, któ­rzy in­te­re­sują się in­te­lek­tu­al­nym ob­li­czem na­szych cza­sów"8. Nie ma w tym nic za­ska­ku­ją­cego. Prze­cież fi­lo­zo­fo­wie przed­so­kra­tej­scy, Ta­les z Mi­letu, Anak­sy­man­der, He­ra­klit czy wresz­cie Pi­ta­go­ras, byli wła­śnie fi­lo­zo­fami przy­rody. Te­raz przy­rodę ro­zu­miemy le­piej, nie mu­simy zga­dy­wać, czy ar­ché (pra­przy­czyna wszyst­kiego i pod­sta­wowy bu­du­lec rze­czy­wi­sto­ści) to ogień czy woda, ale wciąż wiele przed nami do od­kry­cia. Ri­chard Feyn­man mó­wił, że na­uka jest za­wsze nie­do­koń­czona, i pod­kre­ślał, że to, co wiemy dzi­siaj, może się ju­tro oka­zać błędne. Szkoda, że nie do­żył teo­rii prof. Ni­ko­dema Po­pław­skiego, zgod­nie z którą ży­jemy w czar­nej dziu­rze. Je­stem prze­ko­nana, że sza­le­nie by mu się spodo­bała.

1 F. Nie­tz­sche, Zmierzch bo­żyszcz, czyli jak fi­lo­zo­fuje się mło­tem, tłum. P. Pie­nią­żek, Kra­ków: Wy­daw­nic­two Zie­lona Sowa, 2004, s. 76.

2 B. Pas­cal, My­śli, tłum. T. Boy-Że­leń­ski, War­szawa: Ha­chette Li­vre Pol­ska, 2008, s. 232.

3 F. Nie­tz­sche, dz. cyt., s. 6.

4 J. Har­twig, Bły­ski, War­szawa: Wy­daw­nic­two Sic!, 2002, s. 79.

5 Łona i Web­ber, Ab­surd i non­sens [sin­giel], As­falt Re­cords, 2007.

6 Pla­ton, Obrona So­kra­tesa, tłum. W. Wi­twicki, Kra­ków: Zie­lona Sowa, 2007, s. 34.

7 Th.S. Kuhn, Struk­tura re­wo­lu­cji na­uko­wych, tłum. H. Ostro­męcka, War­szawa: Ale­theia, 2020, s. 102-103.

8 M. Hel­ler, Ele­menty me­cha­niki kwan­to­wej dla fi­lo­zo­fów, Kra­ków: Co­per­ni­cus Cen­ter Press, 2017, s. 15.