Das Album - Piotr Strzałkowski

-
Proszę czekać

Rozdział 4

POD­LA­SIE

Pod­la­sie. Nie uro­dzi­łem się tu, ale to jest moje miej­sce. Stąd jest moja ro­dzi­na, stąd wspo­mnie­nia dzie­cię­cych wa­ka­cji i to tu przy­jeż­dżam cza­sem, by spo­tkać po­zo­sta­łych tu krew­nych, po­sta­wić lamp­kę na gro­bach i od­na­leźć czę­sto już za­tar­te śla­dy mo­ich przod­ków. To cią­gle nie­od­kry­ta zie­mia, któ­ra mnie fa­scy­nu­je i na któ­rej - wśród bo­cia­nów, drew­nia­nej za­bu­do­wy, za­cią­ga­ją­cych po tu­tej­sze­mu lu­dzi, piasz­czy­stych dróg - cią­gle jesz­cze od­naj­du­ję spo­kój. Tych, co pa­mię­ta­ją daw­ne cza­sy, uby­wa z roku na rok. Znaj­du­ją się jed­nak i tacy, któ­rzy pró­bu­ją - w ostat­niej chwi­li - oca­lić od za­po­mnie­nia ich losy i pa­mięć. Zbie­giem oko­licz­no­ści to na Pod­la­sie kie­ru­je mnie też nie­miec­ki al­bum, któ­ry zo­stał tu od­na­le­zio­ny. Na­sze dro­gi więc skrzy­żo­wa­ły się. Moje oso­bi­ste hi­sto­rie ro­dzin­ne i losy rzu­co­ne­go tu przez woj­nę Niem­ca. A je­śli nie jego, to w każ­dym ra­zie jego al­bu­mu. Spró­bu­ję jed­nak za­cząć od nie­go. Je­śli tu był, to co mógł­by tu ro­bić? Może za­pa­mię­ta­li go tu­tej­si lu­dzie?

Wi­zy­ta u Ma­ria­na

Naj­pierw za­py­ta­łem o Niem­ca mo­je­go ku­zy­na. Ma on po­nad osiem­dzie­siąt lat i w cza­sie oku­pa­cji, bę­dąc w kon­spi­ra­cji, współ­pra­co­wał z wy­wia­dem AK w oko­li­cach, w któ­rych zna­le­zio­no al­bum. Znał wie­lu Niem­ców, ale mo­je­go nie przy­po­mi­na so­bie.

Bio­rę więc zdję­cie i jadę do Ma­ria­na. Tro­chę młod­szy od mo­je­go ku­zy­na, był wte­dy chłop­cem, sy­nem wła­ści­cie­la re­stau­ra­cji. Dla­te­go spo­ty­kał przy­cho­dzą­cych tam Niem­ców, je­den z nich uczył go na­wet nie­miec­kie­go (ka­żąc mu czy­tać "Der Stür­mer"), gdy za­uwa­żył, że Ma­rian, ze wzglę­du na bli­skość spo­łecz­no­ści ży­dow­skiej wtrą­ca słów­ka z ji­dysz. W za­mian Nie­miec do­sko­na­lił swój an­giel­ski - po kry­jo­mu, aby nikt się nie do­wie­dział - z oj­cem Ma­ria­na, któ­ry prze­miesz­kał kil­ka­na­ście lat w Ame­ry­ce.

Ma­rian przy­glą­da się świą­tecz­nym zdję­ciom, ale mo­je­go Niem­ca nie roz­po­zna­je. "Może był w lan­dra­cie, opie­ko­wał się oko­licz­ny­mi ma­jąt­ka­mi? Kim mógł być? Sta­cjo­no­wał u nas sztab Ar­mii "Śro­dek", ale jego tam chy­ba nie było... Była spe­cjal­na woj­sko­wa jed­nost­ka ra­dio­wa Funk­stel­le, chy­ba pro­wa­dzi­li na­słuch. Nig­dy mnie tam nie wpu­ści­li, cho­ciaż pró­bo­wa­łem. Raz tyl­ko wi­dzia­łem le­żą­ce słu­chaw­ki i nie było na­daj­ni­ków. Pra­co­wa­ło tam dwóch Niem­ców bez od­znak for­ma­cji, może dla ka­mu­fla­żu. Na wie­ży ko­ścio­ła była sy­gna­li­za­cja ob­ro­to­wa, chy­ba dla sa­mo­lo­tów. Je­den z żoł­nie­rzy był po stu­diach we Wro­cła­wiu i mó­wił bar­dzo do­brze po pol­sku, ukra­iń­sku i ro­syj­sku. Mój oj­ciec, któ­ry uczył się jesz­cze w szko­le ro­syj­skiej, mó­wił, że Nie­miec po ro­syj­sku mó­wił le­piej niż on".

"Pa­mię­tam też kil­ku Niem­ców, któ­rzy za­cho­wy­wa­li się nor­mal­nie, po ludz­ku, w mia­rę przy­zwo­icie - kon­ty­nu­uje Ma­rian roz­mo­wę. - Jed­ne­go z nich spo­tka­łem po woj­nie w Ber­li­nie, pra­co­wał tam w Volks­hal­le. Obe­rwach­me­ister Schulz. Ktoś mi po­wie­dział, że tam pra­cu­je. Było to w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Po­sze­dłem i mó­wię, że przy­ja­ciel z Pol­ski. "Z Pol­ski?" Tro­chę od­cze­ka­łem, wy­szedł. Ten sam, te same ka­błą­ko­wa­te nogi. Nie po­zna­je mnie. "No to ja, Ma­rian, syn re­stau­ra­to­ra z Ja­no­wa". "A, wiem". No prze­cież przy­cho­dził tam pić wód­kę. Nie­pew­ny: "Po co przy­je­cha­łeś?". Może się bał. On nie bił lu­dzi, ale sły­sza­łem jak się na nich wy­dzie­rał.

Byli też inni...

Na przy­kład Kurt Gude z Ber­li­na, pró­bo­wa­łem go zna­leźć po woj­nie, ale nie uda­ło się. Kie­dyś zna­lazł w pie­cu "Biu­le­tyn In­for­ma­cyj­ny" AK.

- Co to jest?

- To sta­ra ga­ze­ta na pod­pał­kę.

- Nie opo­wia­daj, nasz ofi­cer wy­cho­waw­czy nam to po­ka­zy­wał.

- No to ja nie wiem, skąd to się tu wzię­ło, trze­ba spa­lić.

- Nie! Mo­żesz to trzy­mać, ale pod wa­run­kiem, że bę­dziesz mi tłu­ma­czył, co tam jest na­pi­sa­ne.

W Bia­łej było głów­nie lot­ni­sko i jego ob­słu­ga. Była też cała kom­pa­nia ju­na­ków tam pra­cu­ją­ca, moi ko­le­dzy, któ­rych Niem­cy wzię­li do pra­cy".

Ma­rian dzię­ki swo­im kon­tak­tom był bar­dzo uży­tecz­ny dla pod­zie­mia. Re­gu­lar­nie in­for­mo­wał o wszyst­kim, co wi­dział i sły­szał. Raz uda­ło mu się wy­kraść mapę z za­zna­czo­ny­mi po­zy­cja­mi par­ty­zan­tów prze­zna­czo­ną na spa­le­nie. Póź­niej ak­tyw­nie dzia­łał w gru­pie mło­dych kon­spi­ra­to­rów, któ­rych dzia­łal­ność roz­cią­ga­ła się na okres po­wo­jen­ny; pi­sać i mó­wić o tym może do­pie­ro te­raz. Zresz­tą i o nim sa­mym krą­żą roz­ma­ite opo­wie­ści.

"Przez dłu­gi czas po woj­nie - mówi - kie­dy z ra­cji mo­ich obo­wiąz­ków w fir­mie współ­pra­co­wa­łem z Niem­ca­mi, nie mo­głem uwie­rzyć, że cho­ciaż pła­cą, są uprzej­mi i przy­ja­ciel­scy, że to wszyst­ko jest praw­dzi­we i szcze­re, że nic nie kom­bi­nu­ją. Po­tem za­przy­jaź­ni­łem się z nie­któ­ry­mi, ale to przy­szło póź­niej".

Ro­man

W bi­blio­te­ce pu­blicz­nej w Bia­łej Pod­la­skiej wy­po­ży­czam książ­ki o oku­pa­cji i mar­ty­ro­lo­gii. In­te­re­su­je mnie głów­nie sama Bia­ła oraz Ja­nów, gdzie sta­cjo­no­wa­ły mię­dzy in­ny­mi szta­by nie­miec­kie. Chcę wie­dzieć, jak była zor­ga­ni­zo­wa­na ad­mi­ni­stra­cja w cza­sie oku­pa­cji, kto pra­co­wał w ge­sta­po, kto po­peł­niał zbrod­nie. Może się uda od­na­leźć zdję­cia spraw­ców i wy­klu­czyć, że to był mój Nie­miec. Bo prze­cież to chy­ba nie on...

O Ro­ma­nie do­wie­dzia­łem się przy oka­zji py­ta­nia o ro­dzi­nę i grze­ba­nia w hi­sto­rii Pod­la­sia. Szu­ka­łem śla­dów mo­ich krew­nych i na­gle ktoś mi po­wie­dział, że Ro­man, tu­tej­szy fo­to­graf, "cho­dzi po lu­dziach i zbie­ra sta­re zdję­cia". Dość pręd­ko go od­na­la­złem i spo­tka­li­śmy się. Oka­za­ło się, że Ro­man ze­brał już po­nad ty­siąc zdjęć z Ja­no­wa Pod­la­skie­go i oko­li­cy i ma za­miar za­mie­ścić je w książ­ce, któ­rą wy­da­je. Po­ka­za­łem mu swój zbiór ro­dzin­ny, a on mi część swo­ich od­bi­tek. Obaj do­świad­czy­li­śmy tego sa­me­go: o wie­lu zdję­ciach nikt nie może już nic po­wie­dzieć, bo ci, co pa­mię­ta­li, już ode­szli. To jed­nak nie­sa­mo­wi­te: na fo­to­gra­fiach ze­bra­nych przez Ro­ma­na roz­po­zna­łem swo­ją mat­kę, ojca, stry­ja, dziad­ka. Jak­by na­gle wró­ci­li z prze­szło­ści jesz­cze jed­ną utrwa­lo­ną chwi­lą. Wzru­sza­ją­ce, bo poza stry­jem wszy­scy już daw­no zmar­li...

Py­tam, czy ma zdję­cia Niem­ców. Są: oto żoł­nie­rze nie­miec­cy idą­cy chy­ba na prze­pust­kę uli­cą Wy­godz­ką, przy któ­rej stał dom mo­ich dziad­ków. Idą środ­kiem uli­cy, kil­ku bo­kiem po chod­ni­kach. Zwy­cięz­cy, ale chy­ba nie do koń­ca pew­ni sie­bie. Z boku ob­ser­wu­ją ich ba­wią­ce się dzie­ci. Uli­ca pro­wa­dzi­ła do zna­nej na cały świat stad­ni­ny koni na Wy­go­dzie, czę­ści Ja­no­wa Pod­la­skie­go. Na jed­nym ze zdjęć wi­dać nie­ist­nie­ją­cy już drew­nia­ny dwo­rek, w któ­rym mie­ścił się za­rząd stad­ni­ny. Na wie­trze ło­po­cze hi­tle­row­ska fla­ga. Inna fo­to­gra­fia przed­sta­wia dziw­ną parę. Ro­man ko­men­tu­je: "Cze­ka­li na Ro­sjan i nu­dzi­li się. Z nu­dów za­czę­li się prze­bie­rać". Rze­czy­wi­ście - żoł­nierz obej­mu­je ko­le­gę prze­bra­ne­go za ko­bie­tę. Jesz­cze jed­no zdję­cie, po­dob­no zro­bio­ne w 1944 roku. Na tle umoc­nień po­zu­je żoł­nierz nie­miec­ki w peł­nym rynsz­tun­ku, w heł­mie, z gra­na­tem za pa­sem. Pew­na sie­bie mina, też cze­ka na przyj­ście Ro­sjan. Przy­szli. Moja bab­cia mó­wi­ła: "wa­li­li Niem­cy na wschód, na Ro­sję, cała ar­mia. A po­tem ucie­ka­li. I przy­szli Ro­sja­nie: wy­gło­dze­ni, z ka­ra­bi­na­mi na sznur­kach". Ktoś zro­bił zdję­cie z wnę­trza domu, zza fi­ran­ki. Uli­cą ma­sze­ru­ją czwór­ka­mi Ro­sja­nie, nie wi­dać ich do­brze, je­den ma zro­lo­wa­ny koc przez ra­mię. Nie są­dzi­łem, że ta­kie zdję­cie ist­nie­je. Ist­nie­je. Ma je Ro­man. Na Wy­go­dzie po­dob­no pod staj­nią ze­ga­ro­wą (jest na niej za­in­sta­lo­wa­ny ze­gar) po­cho­wa­no sied­miu Niem­ców.

Pierw­sza woj­na to co in­ne­go. Okrut­na, ale prze­cież bar­dziej ucy­wi­li­zo­wa­na. Pa­mię­tam sta­re zdję­cie Ker­tésza, zna­ne­go fo­to­gra­fa wę­gier­skie­go, któ­re mi się z tym ko­ja­rzy: żoł­nierz przy­by­ły z obcą ar­mią i miej­sco­wa dziew­czy­na w polu. Gdy przy­szli Niem­cy, nie było tak źle, szcze­gól­nie gdy się wie, co przy­nio­sły póź­niej­sze cza­sy. Do mo­jej bab­ci, ład­nej, mło­dej dziew­czy­ny przy­cho­dził nie­miec­ki żoł­nierz. "So­fi­ja" - po­wta­rza­ła nam bab­cia, na­śla­du­jąc spo­sób, w jaki się do niej zwra­cał. Chy­ba miał po­waż­ne za­mia­ry, w każ­dym ra­zie na jego wspo­mnie­nie w oczach bab­ci po­ja­wia­ła się mgieł­ka me­lan­cho­lii. Wy­da­je się, że pa­no­wał wte­dy stan ko­eg­zy­sten­cji, przy­najm­niej na tym te­re­nie - Ro­man ma zdję­cia przed­sta­wia­ją­ce ofi­ce­rów nie­miec­kich w to­wa­rzy­stwie miej­sco­wych dam. Ja też mam dwa zdję­cia, oba z 1916 roku. Na jed­nym wi­dać pod­wo­dę: wóz, na któ­rym sie­dzi mój dzia­dek z sy­nem Jan­kiem, moim wu­jem, wte­dy kil­ku­let­nim chłop­cem. Z tyłu żoł­nierz nie­miec­ki z ka­ra­bi­nem. I dru­gie: gru­pa drwa­li i żoł­nie­rzy. Jed­nym z tych, któ­rych Niem­cy-Pru­sa­cy wzię­li do wy­rę­bu w Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, jest mój dru­gi dzia­dek. Stoi z sie­kie­rą na ra­mie­niu, z czymś w ro­dza­ju be­re­tu na gło­wie, czym wy­róż­nia się od po­zo­sta­łych.

Po­tem przez Ja­nów prze­to­czy­ła się woj­na z bol­sze­wi­ka­mi, póź­niej przy­szła dru­ga woj­na. Nowe zdję­cie: do­ro­sły Ja­nek z wozu, na­uczy­ciel, zmo­bi­li­zo­wa­ny ofi­cer re­zer­wy stoi wraz z żoną i ma­lut­ką cór­ką w wóz­ku. W mun­du­rze, za­raz odej­dzie na front. Zgi­nie we wrze­śniu, do tej pory nie mogę od­na­leźć jego gro­bu. Przyj­dą Niem­cy, za Bu­giem znaj­dą się Ro­sja­nie. W Ja­no­wie po­wsta­nie get­to, zli­kwi­do­wa­ne wy­wóz­ka­mi do Bełż­ca i Bia­łej Pod­la­skiej. Moja bab­cia, wier­na czy­tel­nicz­ka "Ry­ce­rza Nie­po­ka­la­nej", wspo­mi­na­jąc los Ży­dów, bę­dzie pła­kać. Jej sy­no­wie za­czną kon­spi­ro­wać, mój oj­ciec pój­dzie do par­ty­zant­ki, dru­gi wy­wie­zio­ny na ro­bo­ty wró­ci i tak­że znaj­dzie się w AK. Mo­je­go dziad­ka, drwa­la ze zdję­cia z Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej, w ostat­nich mie­sią­cach woj­ny po­bi­ją Niem­cy - kto wie, czy nie ci sami, któ­rzy z nu­dów prze­bie­ra­li się za ko­bie­ty - tak, że nie do­ży­je jej koń­ca. Osta­tecz­nie - uli­cą Bial­ską będą ma­sze­ro­wać czwór­ka­mi głod­ni Ro­sja­nie, nie­któ­rzy prze­pa­sa­ni ko­ca­mi, ob­ser­wo­wa­ni zza fi­ra­nek przez miesz­kań­ców Ja­no­wa.

Wie­czo­rem w Ja­no­wie cy­ka­ją świersz­cze. Spo­kój. A jed­nak i tu, gdy pró­bu­jesz do­trzeć głę­biej do wspo­mnień tu­tej­szych lu­dzi, bu­dzą się upio­ry: daw­ne spo­ry o mie­dzę, wąt­pli­wo­ści - kto był ka­tem, a kto ofia­rą w roz­ra­chun­kach wo­jen­nych i po­wo­jen­nych, nie­roz­li­czo­ne winy. Po kil­ka wer­sji tych sa­mych hi­sto­rii. Ta­jem­ni­ce skry­wa­ne od lat. Te­raz, gdy wol­no o tym mó­wić, uby­wa świad­ków i cią­gle trud­no dojść do praw­dy. Ta re­flek­sja cią­gle mi to­wa­rzy­szy. Ale to nie ma nic wspól­ne­go z na­szym Niem­cem. Uczy jed­nak, jak kru­che by­wa­ją osą­dy i pa­mięć. Cie­ka­we, co w koń­cu znaj­dę o nim sa­mym.

Nie­miec­ka ad­mi­ni­stra­cja i kaci

Gdy Niem­cy i So­wie­ci po­dzie­li­li Pol­skę w 1939 roku, część te­ry­to­riów pol­skich zo­sta­ła wcie­lo­na do Rze­szy, a z resz­ty ziem za­gar­nię­tych przez hi­tle­row­ców utwo­rzo­no Ge­ne­ral­ną Gu­ber­nię ze sto­li­cą w Kra­ko­wie. Ge­ne­ral­na Gu­ber­nia dzie­li­ła się na okrę­gi, czy­li dys­tryk­ty. Pod­la­sie po­łu­dnio­we wraz z Bia­łą Pod­la­ską i Ja­no­wem Pod­la­skim zna­la­zło się w dys­tryk­cie lu­bel­skim. Gu­ber­na­tor dys­tryk­tu kie­ro­wał całą ad­mi­ni­stra­cją okrę­gu i pod­le­ga­li mu bez­po­śred­nio szef urzę­du gu­ber­na­to­ra oraz do­wód­ca SS i po­li­cji. W okrę­gu Lu­blin za­rząd woj­sko­wy prze­ka­zał for­mal­nie wła­dzę hi­tle­row­skiej ad­mi­ni­stra­cji cy­wil­nej 1 li­sto­pa­da 1939 roku, ale wciąż za­cho­wał upraw­nie­nia i przy­wi­le­je na­leż­ne ar­mii oku­pa­cyj­nej. Gu­ber­na­to­rem dys­tryk­tu lu­bel­skie­go był do lu­te­go 1940 roku Schmidt, po nim funk­cję tę ob­jął dr Ernst Zo­er­ner. Od­szedł z Lu­bli­na wio­sną 1943 roku, a na jego miej­sce przy­szedł la­tem 1943 roku Re­in­hardt Wen­dler.

Dys­tryk­ty po­dzie­lo­ne były na po­wia­ty. W okrę­gu lu­bel­skim ich gra­ni­ce oraz gra­ni­ce na­le­żą­cych do nich gmin były zmie­nio­ne w sto­sun­ku do tych sprzed woj­ny. Jed­nym z po­wia­tów był bial­sko­po­dla­ski, do któ­re­go wcho­dzi­ła tak­że gmi­na Ja­nów Pod­la­ski. Wła­dzę ad­mi­ni­stra­cyj­ną w nim peł­nił sta­ro­sta (Kre­ishaupt­mann) mia­no­wa­ny przez gu­ber­na­to­ra. Sta­ro­sta­mi po­wia­to­wy­mi w Bia­łej Pod­la­skiej w cza­sie oku­pa­cji byli ko­lej­no: Eber­hard Go­dau (paź­dzier­nik i li­sto­pad 1939 roku), Hu­bert Kühl (od grud­nia 1939 roku do li­sto­pa­da 1942), Max We­iser (od li­sto­pa­da 1942 do czerw­ca 1943 roku), oraz Fritz Saur­mann (od lip­ca 1943 roku do koń­ca oku­pa­cji, to jest do 26 lip­ca 1944 roku). Ko­mi­sa­rzem wiej­skim (Land­ko­mis­sar) w Wisz­ni­cach (eks­po­zy­tu­ra sta­ro­stwa utwo­rzo­na ze wzglę­du na duży ob­szar po­wia­tu) był przez cały czas oku­pa­cji Klem­mer...

Na chwi­lę od­su­wam no­tat­ki z ksią­żek bi­blio­tecz­nych. Kühl. Co było na­pi­sa­ne na na­grob­ku sfo­to­gra­fo­wa­nym przez mo­je­go Niem­ca? Kahl, ale Kahl to bar­dzo po­dob­ne do Kühl. Spraw­dzam zdję­cie z al­bu­mu. Nie, nie ma po­mył­ki, wi­dać wy­raź­nie - Kahl. To do­brze, bo Kühl nie mógł­by być bo­ha­te­rem po­zy­tyw­nym. Re­zy­do­wał w Sty­rzyń­cu pod Bia­łą Pod­la­ską, gdzie or­ga­ni­zo­wa­no na­ra­dy do­ty­czą­ce eks­ter­mi­na­cji lud­no­ści Pod­la­sia. Jak pi­sze nie­ży­ją­cy już Je­rzy Sro­ka, z któ­re­go pu­bli­ka­cji prze­pi­su­ję więk­szość da­nych, były one czę­sto po­łą­czo­ne z pi­jac­ki­mi or­gia­mi. W li­sto­pa­dzie 1940 roku Hu­bert Kühl zgi­nął w za­sadz­ce pod Wo­roń­cem do­ko­na­nej przez od­dział Stra­ży Chłop­skiej, za­ląż­ka Ba­ta­lio­nów Chłop­skich. Od­dzia­łem, któ­ry zli­kwi­do­wał Küh­la, do­wo­dził po­rucz­nik Ar­tur (So­bo­lew­ski), na­uczy­ciel z rze­szow­skie­go, któ­re­mu hi­tle­row­cy wy­mor­do­wa­li całą ro­dzi­nę.

Wra­cam do lek­tu­ry do­ku­men­tów. Skąd wy­ło­wić na­zwi­ska, gdzie mógł­by być mój Nie­miec. Gdzie szu­kać? Naj­pierw mam roz­bu­do­wa­ną ad­mi­ni­stra­cję oraz apa­rat po­li­cyj­ny, z ge­sta­po włącz­nie. Na­stęp­nie woj­sko, szcze­gól­nie to sta­cjo­nu­ją­ce w Bia­łej Pod­la­skiej, tak­że lot­ni­sko i jego ochro­na, róż­ne­go ro­dza­ju jed­nost­ki in­ży­nie­ryj­ne i po­moc­ni­cze. Ale też od­dzia­ły prze­miesz­cza­ją­ce się na wschód i z po­wro­tem, szcze­gól­nie sztab ar­mii "Śro­dek", któ­ry prze­szedł przez Ja­nów Pod­la­ski. Wresz­cie duża gru­pa nie­miec­kich urzęd­ni­ków śred­nie­go i niż­sze­go szcze­bla, na przy­kład pra­cow­ni­ków ko­lei. Trze­ba zna­leźć na­zwi­ska i zdję­cia oraz po­rów­nać ze zdję­cia­mi mo­je­go Niem­ca. To trud­ne, bo w do­ku­men­tach, któ­re na ra­zie prze­glą­dam, są głów­nie fo­to­gra­fie ofiar, osób za­mę­czo­nych lub roz­strze­la­nych na tym te­re­nie przez oku­pan­tów. Jest jesz­cze jed­na moż­li­wość: w opra­co­wa­niach wy­szu­ku­ję tro­chę ad­re­sów, pod któ­ry­mi znaj­do­wa­ły się urzę­dy nie­miec­kie oraz na­wet nie­któ­rych miejsc, gdzie Niem­cy miesz­ka­li. Co praw­da nie mam z czym tego po­rów­nać, bo jak na ra­zie nie wy­glą­da na to, że­bym się do­wie­dział, gdzie zo­stał od­na­le­zio­ny al­bum. W opi­sach Je­rze­go Sro­ki znaj­du­ję in­te­re­su­ją­cą in­for­ma­cję. Wszy­scy Niem­cy w po­wie­cie Bia­ła Pod­la­ska two­rzy­li "gmi­nę nie­miec­ką", czy­li Deut­sche Ge­me­in­schaft. Człon­ko­wie NSDAP na­le­że­li do po­wia­to­wej or­ga­ni­za­cji NSDAP. Do­brze by­ło­by do­trzeć do do­ku­men­ta­cji tych in­sty­tu­cji. Tyl­ko, zno­wu - z czym po­rów­ny­wać? Mu­szę mieć zdję­cia!

Na ra­zie trze­ba zro­bić li­stę tych Niem­ców, któ­rzy się tu "wy­róż­ni­li". Sta­ro­stów już mam. Może te­raz ge­sta­po, bo do­brze by­ło­by wie­dzieć, że mój Nie­miec tam nie pra­co­wał.

Jed­nym z pierw­szych ko­men­dan­tów SIPO i SD w dys­tryk­cie Lu­blin był SS-Stan­dar­ten­füh­rer Wal­ter Hup­pen­ko­then, któ­ry ob­jął to sta­no­wi­sko w lu­tym 1940 roku i peł­nił je do lip­ca 1941 roku. Po nim przy­szedł na nie SS-Sturm­ban­n­füh­rer Muh­ler i był do paź­dzier­ni­ka 1943 roku. Po Muh­le­rze funk­cję tę prze­jął i peł­nił aż do lip­ca 1944 roku dr Karl Putz, z za­wo­du praw­nik. Za­stęp­cą ko­men­dan­ta po­li­cji bez­pie­czeń­stwa, a jed­no­cze­śnie sze­fem ge­sta­po od stycz­nia 1942 roku do lip­ca 1944 był Wal­ter Hans Li­ska.

W dniu 14 li­sto­pa­da 1939 roku przy­był do Bia­łej Pod­la­skiej SS-Haupt­sturm­füh­rer Karl Hil­de­mann z za­da­niem utwo­rze­nia pla­ców­ki gra­nicz­nej SIPO i ge­sta­po. Kie­row­nik SIPO w Lu­bli­nie, dr Ha­sel­berg skie­ro­wał pod roz­ka­zy Hil­de­man­na 15 funk­cjo­na­riu­szy ge­sta­po. Przy­by­li wte­dy do Bia­łej Pod­la­skiej mię­dzy in­ny­mi dwaj ge­sta­pow­cy: Hel­muth Pe­is­sker i Maks Wie­se. Ci dwaj, szcze­gól­nie okrut­ni i bez­względ­ni, miesz­ka­li przez cały czas oku­pa­cji w Bia­łej Pod­la­skiej. Gra­nicz­na pla­ców­ka SIPO i ge­sta­po w Bia­łej Pod­la­skiej była na­zwa­na, czę­ścio­wo dla ka­mu­fla­żu, Grenz­po­li­ze­ipo­sten lub Grenz­po­li­ze­ikom­mi­sa­ria­ten i dzie­li­ła się na trzy re­fe­ra­ty. Tu mamy tro­chę na­zwisk: w re­fe­ra­cie IIIA pra­co­wa­li Hel­muth Pe­is­sker, We­ber, Schten­berg. W re­fe­ra­cie IIIB: Maks Wie­se, Wak­smund, Ha­men­ste­in, Schle­icher. Re­fe­rat IIIC: kie­row­ni­kiem był po­cząt­ko­wo SS-Sturm­ban­n­füh­rer Ustus von Dol­len (w maju 1941 roku skie­ro­wa­ny do Bił­go­ra­ja na sze­fa tam­tej­szej pla­ców­ki ge­sta­po) a po­tem SS-Sturm­ban­n­füh­rer Pur­call. Inni pra­cow­ni­cy tego re­fe­ra­tu to Gud­dal, Wol­sich i Rack. Kie­row­ni­kiem nad­zo­ro­wa­nej pla­ców­ki w Te­re­spo­lu był ge­sta­po­wiec Stro­mann, a se­kre­ta­rzem kry­mi­nal­nym w tym mie­ście był Schmidt. Od maja 1940 roku była jesz­cze pla­ców­ka SIPO na uli­cy Pił­sud­skie­go 19, w któ­rej urzę­do­wa­li es­es­ma­ni Urmo­na­it i Obe­rschar­füh­rer Glett.

Karl Hil­de­mann, któ­ry or­ga­ni­zo­wał pla­ców­kę, był czło­wie­kiem wy­kształ­co­nym, praw­ni­kiem. Był oso­bi­ście od­po­wie­dzial­ny za wie­le mor­derstw i roz­ka­zów wy­ko­na­nia śmier­ci. Oso­bi­ście aresz­to­wał po­dej­rza­nych, po­le­cał wy­ko­ny­wa­nie eg­ze­ku­cji w le­sie Gra­bar­ka na ko­bie­tach - miesz­kan­kach Bia­łej Pod­la­skiej oraz w sierp­niu 1941 roku na 12 by­łych ofi­ce­rach re­zer­wy Woj­ska Pol­skie­go. To on stwo­rzył spe­cjal­ny ga­bi­net tor­tur. Pod­czas eg­ze­ku­cji do­ko­ny­wa­nych przez hi­tle­row­ców, gdy Po­la­cy gi­nąc wy­krzy­ki­wa­li: "Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła", Hil­de­mann zwra­cał się do ge­sta­pow­ców i schut­zma­nów: "Pa­trz­cie i bierz­cie z tych lu­dzi przy­kład! Wy, gdy bę­dzie­cie gi­nąć za na­sze­go füh­re­ra, mu­si­cie rów­nież za­cho­wać taką po­sta­wę".

Kie­ro­wał pla­ców­ką ge­sta­po od li­sto­pa­da 1939 roku do 10 wrze­śnia 1941 roku, kie­dy to zo­stał skie­ro­wa­ny na Ukra­inę i Ło­twę. Po woj­nie zo­stał osą­dzo­ny w Pol­sce w 1948 roku i ska­za­ny na karę śmier­ci, wy­rok wy­ko­na­no w Bia­łej Pod­la­skiej. To samo spo­tka­ło zresz­tą Pe­is­ske­ra.

Po Hil­de­man­nie kie­row­nic­two pla­ców­ki ob­jął Ustus von Dol­len, a wkrót­ce po­tem Pur­call (za­strze­lo­ny w cza­sie oku­pa­cji na in­nym te­re­nie), a na­stęp­nie aż do maja 1943 roku Obe­rsturm­füh­rer Stil­l­ha­mer. W maju 1943 roku przy­był do Bia­łej Pod­la­skiej od­ko­men­de­ro­wa­ny z Cheł­ma Lu­bel­skie­go SS-Obe­rsturm­füh­rer Maks Ku­bin. Jak stwier­dza hi­sto­ryk - "chy­ba naj­bar­dziej okrut­ny i krwio­żer­czy kat i opraw­ca w mun­du­rze", tak­że oso­bi­ście uczest­ni­czą­cy w aresz­to­wa­niach, ka­to­wa­niu i eg­ze­ku­cjach.

W struk­tu­rze or­ga­ni­za­cyj­nej Okre­gu Woj­sko­we­go Ge­ne­ral­ne­go Gu­ber­na­tor­stwa - czy­tam znów u Je­rze­go Sro­ki - dys­trykt lu­bel­ski sta­no­wił jed­ną z pię­ciu ist­nie­ją­cych w GG Głów­nych Ko­men­dan­tur Po­lo­wych. Głów­nej Ko­men­dan­tu­rze Po­lo­wej (Obe­rfeld Ko­men­dan­tur, w skró­cie OKF) ozna­czo­nej nu­me­rem 372 pod­le­ga­ły jed­nost­ki woj­sko­we, skła­dy, ma­ga­zy­ny roz­miesz­czo­ne w jej gra­ni­cach, z wy­jąt­kiem jed­nak­że jed­no­stek fron­to­wych, szcze­gól­nie licz­nych na Lu­belsz­czyź­nie la­tem 1941 roku i wio­sną 1944 roku. Do­wód­cy OKF 372 w Lu­bli­nie pod­le­ga­ły rów­nież jed­nost­ki i bazy lot­ni­cze oraz 174. Re­zer­wo­wa Dy­wi­zja Pie­cho­ty, któ­rej więk­szość od­dzia­łów sta­cjo­no­wa­ła na Lu­belsz­czyź­nie w la­tach 1942-1944. Dy­wi­zja ta oprócz za­dań szko­le­nio­wych speł­nia­ła rów­nież funk­cje oku­pa­cyj­ne, wy­sta­wia­jąc mię­dzy in­ny­mi tak zwa­ne Schutz­punk­ty (w stycz­niu 1944 roku wy­sta­wi­ła ich 17 głów­nie dla ochro­ny więk­szych ma­jąt­ków) oraz uczest­ni­cząc w wie­lu ak­cjach pa­cy­fi­ka­cyj­nych. W Bia­łej Pod­la­skiej znaj­do­wa­ła się pod­le­gła OKF ko­men­da gar­ni­zo­nu.

Do­wód­cą OKF 372 był ge­ne­rał ma­jor Haj­mar Mos­ser. W Bia­łej Pod­la­skiej sta­cjo­no­wał je­den z pod­le­głych mu ba­ta­lio­nów o nu­me­rze 688...

Może wy­star­czy chwi­lo­wo tej lek­tu­ry i tych na­zwisk. W Bia­łej Pod­la­skiej hi­tle­row­cy do­pu­ści­li się wie­lu zbrod­ni, li­kwi­du­jąc get­ta, mor­du­jąc w obo­zach je­niec­kich (w oko­li­cy były obo­zy jeń­ców pol­skich, ro­syj­skich, wło­skich i fran­cu­skich), roz­strze­li­wu­jąc w po­bli­skich la­sach po­dej­rza­nych o udział w kon­spi­ra­cji, Ży­dów oraz lud­ność cy­wil­ną. W opi­sach do­ty­czą­cych prze­słu­chań w piw­ni­cach ge­sta­po przy uli­cy Dre­sze­ra - prze­wi­nę­ło się tam po­nad 6000 osób - wi­dać, ja­ki­mi sa­dy­sta­mi byli nie­któ­rzy z dzia­ła­ją­cych tam funk­cjo­na­riu­szy. Im wię­cej o tym czy­tam, tym bar­dziej wy­da­je mi się bez­ce­lo­we po­su­wa­nie się tym tro­pem. Ale może osią­gną­łem już czę­ścio­wo swój cel: znam na­zwi­ska naj­gor­szych ka­tów na tym te­re­nie. Trze­ba tyl­ko zna­leźć ich zdję­cia. I zdję­cia in­nych - ofi­ce­rów We­hr­mach­tu, może lu­dzi z ad­mi­ni­stra­cji. Po­py­tać star­sze oso­by z Bia­łej Pod­la­skiej...

Tym­cza­sem jed­nak moja uwa­ga za­czy­na się kie­ro­wać gdzieś in­dziej.

NA ŚLĄ­SKU

- Czy czy­tał pan książ­kę Wań­ka? - pyta mnie ktoś, do kogo skie­ro­wa­no mnie jako do znaw­cy hi­sto­rii Dol­ne­go Ślą­ska. - On zna­lazł zdję­cia ja­kie­goś Niem­ca i po­szedł jego śla­da­mi.

- Słu­cham??? Pa­mię­ta pan, ja­kie to były zdję­cia? Z Dol­ne­go Ślą­ska czy też ską­di­nąd?

- Tyl­ko ze Ślą­ska.

- A jaki jest ty­tuł tej książ­ki?

- Fi­nis Si­le­siae.

Prze­cież oglą­da­łem tę książ­kę. Ja­kim cu­dem nie za­uwa­ży­łem, że jest na­pi­sa­na we­dług ta­kie­go po­my­słu? Wiem, że na­wet do­sta­ła na­gro­dę Fun­da­cji Kul­tu­ry! Bie­gnę do księ­gar­ni - jest! Po­spiesz­nie prze­glą­dam. Tak, są zdję­cia. Pierw­sze, na pierw­szej stro­nie: "Blick auf Bad Al­dhe­ide" - wi­dok na Po­la­ni­cę-Zdrój. Do­kład­nie to, o co mi cho­dzi­ło, o czym po­my­śla­łem, do­wia­du­jąc się o tym po­my­śle! Ta sama oko­li­ca. Nie wiem jed­nak, czy ma to zwią­zek z mo­imi po­szu­ki­wa­nia­mi, ba, czy może na­wet cho­dzi o tę samą oso­bę. Ale in­a­czej, niż się spo­dzie­wa­łem, w książ­ce jest fa­bu­ła. Uważ­nie oglą­dam zdję­cia. Nie, to nie mój Nie­miec. Ale ten sam re­gion, na­zwy, miej­sca, świet­nie. Może na­wet bę­dzie o NIM? Czy­tam po­sło­wie, bo tam jest to naj­waż­niej­sze. Praw­dzi­we na­zwi­sko fo­to­gra­fa, któ­ry w sfa­bu­la­ry­zo­wa­nej książ­ce fi­gu­ru­je jako Paul Scholz: Karl Franz Klo­se. Kart­ku­ję książ­kę, a po­tem za­czy­nam czy­tać po­rząd­nie, od po­cząt­ku. Lek­ki za­wód, bo ak­cja dzie­je się głów­nie na Gór­nym Ślą­sku, w By­to­miu i Gli­wi­cach. Na­tra­fiam jed­nak na cie­ka­we in­for­ma­cje: tro­chę o ów­cze­snych pi­smach, na­zew­nic­two gór­skie. Może dzię­ki temu le­piej będę iden­ty­fi­ko­wał pod­pi­sy w al­bu­mie i wie­dział, gdzie szu­kać in­for­ma­cji sprzed woj­ny. Oprócz tego to po­bu­dza wy­obraź­nię, jak wy­glą­da­ło tu kie­dyś ży­cie. Paul zwie­dza też z dziew­czy­ną Ka­mie­niec Ząb­ko­wic­ki, utrwa­lo­ny przez mo­je­go Niem­ca. Za­mek oży­wa, wi­dzę wy­ciecz­ki i prze­wod­ni­ka.

Pró­bu­ję się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej o praw­dzi­wym fo­to­gra­fie z książ­ki w In­ter­ne­cie i od­naj­du­ję dwa zdję­cia Klo­se­go. Kwia­ciar­ki sprze­da­ją­ce ba­zie wiel­ka­noc­ne w jed­nym z miast Gór­ne­go Ślą­ska, oraz orka na tle wał­brzy­skiej ko­pal­ni. W za­przę­gu koń i kro­wa, oracz chy­ba zde­ner­wo­wa­ny - orka nie idzie do­brze, w tle za­mglo­ny, sza­ry kształt ko­pal­ni. Klo­se żył po woj­nie w Mün­ster, zmarł w 1984 roku. Jak pi­sze Hen­ryk Wa­niek, był wstrze­mięź­li­wy w są­dach i sta­rał się trzy­mać z dala od po­li­ty­ki.

Czy­tam wzmian­kę o nim w wi­try­nie Biu­ra Wy­staw Ar­ty­stycz­nych w Je­le­niej Gó­rze:

Ur. 1897 r. w Kłodz­ku.

Fo­to­graf.

Uczęsz­czał do szko­ły pla­stycz­nej we Wro­cła­wiu.

W la­tach 1940-1944 pra­co­wał w Ar­chi­wum Do­ku­men­ta­cji Fo­to­gra­ficz­nej we Wro­cła­wiu. Za­mie­rzał wy­dać dzie­się­cio­to­mo­wą se­rię al­bu­mów z wła­sny­mi fo­to­gra­fia­mi. Je­dy­nie tom I Kra­jo­bra­zy Ślą­ska uka­zał się w dwóch wy­da­niach. Wy­dru­ko­wa­no tak­że tom II Be­ski­dy. Z ko­lej­ne­go tomu Zam­ki Ślą­ska za­cho­wa­ły się przy­pad­ko­we od­bit­ki. Pra­ce m.in. w zbio­rach Mu­zeum Ślą­skie­go w Gör­litz.

Mogę zo­ba­czyć jesz­cze jed­no jego zdję­cie, w wi­try­nie pod­pi­sa­ne "Wi­dok na Śnież­kę z Wiel­kim Sta­wem i schro­ni­skiem Księ­cia Hen­ry­ka, fo­to­gra­fia, se­pia". Kil­ka pla­nów, w naj­dal­szym wy­ła­nia się Śnież­ka. W dole przed nami wi­dać frag­ment sta­wu i zbo­cze. Do­brze zro­bio­ne zdję­cie. Tro­chę nie­po­dob­ne do tych z al­bu­mu mo­je­go Niem­ca, któ­re są mniej prze­my­śla­ne, choć czę­sto do­brze uchwy­co­ne i skom­po­no­wa­ne. "Moje" po­ka­zu­ją też tro­chę inne góry po­zba­wio­ne dra­ma­ty­zmu rap­tow­nych usko­ków; są to ra­czej da­le­kie do­li­ny sfo­to­gra­fo­wa­ne z wyż­szych punk­tów wi­do­ko­wych czy wzgó­rza w uję­ciu "na wprost".

I jesz­cze jed­no zdję­cie Klo­se­go, za­mek Świ­ny z Mu­zeum w Gör­litz, za­miesz­czo­ne na jed­nej z wro­cław­skich stron. Bar­dzo cie­ka­we, z za­cię­ciem po­dob­nym do tego z fo­to­gra­fii z orką w Wał­brzy­chu, na pierw­szym pla­nie pole, czas żniw, prze­rwa w pra­cy. Dwa ła­cia­te woły z ko­siar­ką sto­ją i cze­ka­ją, aż lu­dzie - wi­dać trzy sie­dzą­ce po­sta­cie: dwóch męż­czyzn i mło­da ko­bie­ta - po­si­lą się i od­pocz­ną. Na zbo­czu część zbo­ża już zżę­ta, da­lej łan doj­rza­łych kło­sów. W tle, na wzgó­rzu, spo­śród drzew wy­ła­nia się za­mek gó­ru­ją­cy nad całą tą sce­ną.

Hi­sto­ria Pau­la Schol­za-Klo­se­go i jego dziew­czy­ny opo­wie­dzia­na przez Hen­ry­ka Wań­ka jest smut­na i ten smu­tek uno­si się nad kar­ta­mi książ­ki od po­cząt­ku. Tak ją od­bie­ram, ta­kie mam wra­że­nie, gdy o niej my­ślę. To nie jest hi­sto­ria mo­je­go fo­to­gra­fa. Ale to tam, na Śląsk, pro­wa­dzi mnie mój al­bum. Może już pora po­je­chać. Jest li­piec, trze­ba wziąć parę dni urlo­pu. Jadę.

KA­MIE­NIEC ZĄB­KO­WIC­KI

Za­mek

Kro­ple desz­czu spa­da­ją na sa­mo­cho­do­wą szy­bę. Z pra­wej stro­ny ob­ro­śnię­tej drze­wa­mi dro­gi po­ja­wia­ją się w mo­krej zie­le­ni wie­że pa­ła­cu. Naj­pierw wi­docz­ne z da­le­ka, w mia­rę jaz­dy co­raz bli­żej. Trud­no nie roz­po­znać, gdzie je­stem. "Skrę­ci pan i stam­tąd już bę­dzie wi­dać za­mek" - po­wie­dział mi Wło­dzi­mierz, gdy dzień wcze­śniej za­dzwo­ni­łem do nie­go z py­ta­niem o miej­sce w zam­ko­wym ho­te­lu. Od mo­men­tu, gdy zo­ba­czy­łem zdję­cia mo­je­go Niem­ca i do­wie­dzia­łem się, że to pa­łac na Dol­nym Ślą­sku, wie­dzia­łem, że tu będę. I oto je­stem, i wła­śnie speł­nia się sen. Za kil­ka chwil je­stem już w swo­im po­ko­ju, a ra­czej w dwóch po­łą­czo­nych po­ko­jach, jak po­ra­dzi­ła mi dziew­czy­na, któ­ra otwo­rzy­ła bra­mę i prze­pro­wa­dzi­ła przez sfo­rę bie­ga­ją­cych wo­kół zam­ku psów. Przez okno z ma­łym wi­tra­żem wi­dzę wśród za­ro­śli ce­gla­sto-ka­mien­ne łuki wy­cho­dzą­ce na tył pa­ła­cu. Je­stem.

Wło­dzi­mierz, co­kol­wiek by to zna­czy­ło, jest tu­taj pa­nem: za­in­we­sto­wał cały swój ma­ją­tek w re­mont pa­ła­cu. Jest dzier­żaw­cą w sy­tu­acji pa­to­wej. Pra­ce roz­po­czął przy in­nych za­ło­że­niach i ze wspól­ni­kiem, któ­ry zmarł, a któ­re­go ro­dzi­na wy­co­fa­ła się z in­we­sty­cji. To wy­co­fa­nie na­stą­pi­ło mię­dzy in­ny­mi z po­wo­dów praw­nych - do tej pory nie­usta­lo­ne jest pra­wo wła­sno­ści, opóź­nia to gmi­na, któ­ra wy­co­fu­je się z wcze­śniej­szych uzgod­nień do­ty­czą­cych dzier­ża­wy. Wło­dzi­mierz bo­ry­ka się z po­waż­ny­mi pro­ble­ma­mi fi­nan­so­wy­mi, nie mo­gąc brać kre­dy­tów. Zro­bił już wie­le i ma swo­je ma­rze­nia. Z jed­ne­go z nich, o stwo­rze­niu wiel­kiej sali śre­dnio­wiecz­nej, w któ­rej ja­da­ło­by się jak w daw­nych cza­sach, zwie­rza mi się pod­czas spa­ce­ru wo­kół zam­ku. Pie­nię­dzy po­trze­ba mnó­stwo. Wi­dzę to, pa­trząc na część zde­wa­sto­wa­nych gór­nych pię­ter oraz za­ro­śnię­ty tył pa­ła­cu. Ro­biąc zdję­cia, od­kry­wam, do­kąd się­ga­ją gra­ni­ce dzier­ża­wy - frag­ment te­re­nu jest od­dzie­lo­ny od resz­ty dro­gą le­śną. Mur­ki gra­nicz­ne mają za­be­to­no­wa­ne szkła z roz­bi­tych bu­te­lek, aby nikt nie­pro­szo­ny tędy nie wcho­dził. Wy­ciecz­ki szkol­ne, któ­re nie chcą pła­cić za zwie­dza­nie, pod­cho­dzą od dro­gi, "Pa­trz­cie dzie­ci, jaki pięk­ny pa­łac", i od­cho­dzą z po­wro­tem. Po dru­giej stro­nie dro­gi, ni­żej, na skar­pie nad rzecz­ką - gę­stwa krza­ków i za­ro­śli.

Zo­sta­ję tu tyl­ko na jed­ną noc, chcę więc wy­ko­rzy­stać ten czas i ob­cho­dzę wszyst­kie kąty. Pa­łac jest im­po­nu­ją­cy i ma swój urok, rów­nież w swo­im znisz­cze­niu. Część fron­to­wa z dwie­ma basz­ta­mi na bo­kach wy­da­je się kom­plet­na, cho­ciaż tak nie jest. Już nie­dłu­go za­wi­śnie na niej raz jesz­cze wy­ku­ty na nowo herb Ho­hen­zol­ler­nów, zrzu­co­ny nie­gdyś przez ro­syj­skich żoł­nie­rzy w taki spo­sób, że prze­bił dach ta­ra­su. Sam ta­ras też nie wy­glą­da do­brze. Po­kry­ty papą cze­ka na dal­sze pra­ce. W we­wnętrz­nym po­dwór­cu w pod­cie­niach są wy­sta­wy o zam­ku i jego ar­chi­tek­cie Schin­klu. W głów­nym wej­ściu nie­spo­dzie­wa­nie ma­lo­wi­dło: ko­pia Hoł­du pru­skie­go Ma­tej­ki, po­zo­sta­łość fil­mu krę­co­ne­go tu­taj ja­kiś czas temu. Po­ma­lo­wa­ne są tak­że nie­któ­re tyn­ki - z tego sa­me­go po­wo­du, jako fil­mo­wa sce­ne­ria.

Pró­bu­ję zna­leźć miej­sca fo­to­gra­fo­wa­ne przez Niem­ca. Po­rów­nu­ję ta­ra­sy i fon­tan­ny w czę­ści fron­to­wej z tym, co tu te­raz się znaj­du­je. Naj­więk­sza z nich znaj­do­wa­ła się na sa­mym dole za le­śną dro­gą - to wła­śnie te krza­ki za mur­kiem z za­be­to­no­wa­nym szkłem. Gdy się tam przedar­łem, od­kry­łem reszt­ki krę­gów oraz ba­rie­rek na wzmoc­nio­nej skar­pie nad niż­szą dro­gą wzdłuż rzecz­ki. Wy­żej, u Wło­dzi­mie­rza, wi­dać miej­sca po fon­tan­nach bocz­nych wśród al­ta­nek i kwia­tów. Fon­tan­na przed bu­dyn­kiem jest w naj­lep­szym sta­nie, ale wciąż nie­czyn­na cze­ka na re­mont. Cały pa­łac miał skom­pli­ko­wa­ny sys­tem wod­ny, nic dziw­ne­go, że fon­tan­ny wzbu­dza­ły po­wszech­ny po­dziw i tak czę­sto wy­stę­pu­ją na fo­to­gra­fiach.

Kil­ka razy roz­ma­wiam z moim go­spo­da­rzem o zdję­ciach i o zam­ku.

- O, to jest bar­dzo do­bre, wi­dać jak był przy­mo­co­wa­ny herb, to mi uła­twi jego za­wie­sze­nie. Nie wie­dzia­łem, że te drzwi były ażu­ro­we - po­ka­zu­ję wła­śnie fo­to­gra­fię zro­bio­ną od środ­ka. - A to było ro­bio­ne z dru­giej stro­ny zam­ku. Na tym wi­dać ko­ściół po­cy­ster­ski na dole.

- A pro­szę spoj­rzeć na te zdję­cia ze szklar­nią - po­ka­zu­ję wy­dru­ko­wa­ną ko­pię, na któ­rej wi­dać Fri­dę opro­wa­dza­ną przez dwie oso­by - gdzie były te szklar­nie?

- Pew­nie przy go­spo­dar­stwie przed obo­ra­mi, tam - po­ka­zu­je ręką. - Mu­szą być znisz­czo­ne, nie wi­dzia­łem ta­kich.

- A oso­by na zdję­ciu?

- Nie roz­po­zna­ję, niech pan spy­ta prze­wod­ni­ka, on się tym moc­no in­te­re­su­je.

Prze­wod­ni­kiem po zam­ku jest Sta­szek, tak­że prze­wod­nik su­dec­ki. Spie­szy się, więc pręd­ko oglą­da­my moje fo­to­gra­fie, ale jest nimi bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny.

- Tak, z tyłu zam­ku był duży ta­ras z ba­se­nem, w któ­rym cza­sem się ką­pa­no; oprócz tego słu­cha­no tam kon­cer­tów, mu­zy­cy sta­li zwy­kle o tu! Nie, nie wiem, kto to jest. Kto tu był wte­dy: ksią­żę Wal­de­mar, Ka­lik­sta? Może za­rząd­ca von Wil­lich? Ale ta pani - prze­cież ja ją gdzieś wi­dzia­łem, na któ­rejś ze sta­rych fo­to­gra­fii. Była w far­tusz­ku?

- W far­tusz­ku? Ona nie wy­glą­da na słu­żą­cą ani po­ko­jo­wą!

- Mu­szę zna­leźć zdję­cie. Pro­szę, bądź­my w kon­tak­cie, za­le­ży mi na wszyst­kich ma­te­ria­łach, chciał­bym coś na­pi­sać o zam­ku i oko­li­cach. Prze­ślę panu od­bit­kę zdję­cia z ko­bie­tą w far­tusz­ku, może coś się wy­ja­śni.

Wy­mie­nia­my ad­re­sy i te­le­fo­ny. Na­stęp­ne­go dnia ma mnie po zam­ku opro­wa­dzać ktoś inny, bo Sta­szek wy­jeż­dża.

Ro­bię jesz­cze wy­ciecz­kę "na dół" - do ko­ścio­ła i go­spo­dar­stwa, a po­tem ko­tłow­ni i daw­nych za­bu­do­wań służ­by. Ko­ścio­ły są dwa: je­den zbu­do­wa­ny jed­no­cze­śnie z zam­kiem nie wzbu­dził za­in­te­re­so­wa­nia mo­je­go Niem­ca. Na­to­miast dru­gi, sta­ry, w któ­rym znaj­du­je się po­dob­no naj­więk­szy drew­nia­ny oł­tarz w Eu­ro­pie (cie­ka­we dla­cze­go - wi­dzia­łem na zdję­ciach w prze­wod­ni­kach wiel­ki oł­tarz w To­le­do, chy­ba też drew­nia­ny, był na pew­no więk­szy) - tak, i znaj­du­ję miej­sca, z któ­rych ko­lej­no ro­bił zdję­cia: dro­ga przy­zam­ko­wa wi­dzia­na z most­ku przez rzecz­kę - za most­kiem już ko­ściół. Kil­ku drzew na po­dwór­cu nie ma, za to są od­sło­nię­te ja­kieś fun­da­men­ty. Wo­kół nich mała dziew­czyn­ka jeź­dzi na hu­laj­no­dze. Wcho­dzę do ko­ścio­ła i oglą­dam oł­tarz - Niem­co­wi tro­chę prze­chy­lił się apa­rat przy ro­bie­niu zdję­cia. Pró­bu­ję zna­leźć miej­sce wśród ła­wek, skąd było ro­bio­ne. Po­tem na ze­wnątrz prze­cho­dzę koło obór (Nie­miec zro­bił tu kil­ka zdjęć by­dła i koni), znów przez mo­stek i dro­gą do ko­tłow­ni. Za­bu­do­wa­nia są czę­ścio­wo znisz­czo­ne, na roz­le­wi­sku obok nie wi­dzę śla­du po naj­więk­szej fon­tan­nie, któ­ra się tu znaj­do­wa­ła.

Tył zam­ku z ta­ra­sem z ba­se­nem (wy­żej był zbior­nik, do któ­re­go pom­po­wa­no wodę) i miej­scem do słu­cha­nia kon­cer­tów jest trud­ny do roz­po­zna­nia. Spo­śród krza­ków i drzew jest jed­nak wi­docz­na płasz­czy­zna ta­ra­su, a obok scho­dy do­ni­kąd i jesz­cze za­cho­wa­ne ko­lum­ny z łu­ka­mi. Zza drzew wi­dać za­mek i basz­ty. Wszyst­ko to­nie w gąsz­czu krze­wów i drzew, i w zruj­no­wa­nych reszt­kach mu­rów oraz po­sa­dzek wy­sta­ją­cych cza­sem z zie­le­ni.

Schin­kel

Wie­czo­rem sie­dzę do póź­na z Schin­klem. Wło­dzi­mierz po­ży­czył mi do ju­tra duży nie­miec­ki al­bum Re­isen nach Ita­lien o wy­jaz­dach ar­chi­tek­ta do Włoch. Są tam jego li­sty, opi­sy po­dró­ży i ry­sun­ki. Nie­spo­dzie­wa­nie lek­tu­ra al­bu­mu bar­dzo mnie po­chła­nia. Mło­dy ar­chi­tekt od­był dwie po­dró­że do Włoch: pierw­szą w la­tach 1803-1805, dru­gą dużo póź­niej, w 1824 roku. Ta pierw­sza była za­pew­ne waż­na i wy­war­ła wpływ na jego póź­niej­sze dzie­ła, cie­ka­we, że od­by­wa­ła się pod­czas wo­jen na­po­le­oń­skich i, na ile uda­ło mi się zro­zu­mieć prze­glą­da­ny tekst, nie ma to więk­sze­go zna­cze­nia dla po­dró­ży. Moją uwa­gę przy­ku­wa­ją ry­sun­ki wy­glą­da­ją­ce dziw­nie zna­jo­mo: oto Ne­apol i wi­dok na za­mek czy Amal­fi od stro­ny za­to­ki Sa­ler­no. Uwa­ga o Tao­r­mi­nie, któ­rą Schin­kel od­wie­dził w maju 1804 roku i od któ­re­go do­wia­du­ję się - do­pie­ro te­raz! - że nie­gdyś na­zy­wa­ła się Tau­ro­mi­nium, co na­bie­ra sen­su. A tak­że ry­su­nek: te­atr grec­ki z wy­brze­żem ka­la­bryj­skim/le­al­dyj­skim i Etną! Ten ry­su­nek wy­glą­da do­kład­nie jak fo­to­gra­fia Niem­ca, ro­bio­na z tej sa­mej stro­ny. Ja już to wi­dzę, wiem, bo sam tę fo­to­gra­fię po­wta­rza­łem! Na in­nym ry­sun­ku ("Tao­r­mi­na i wy­so­kie wy­brze­że") roz­po­zna­ję na ska­le mia­stecz­ko Ca­stel­mo­la. I jesz­cze jed­na rzecz, któ­rą mu­szę spraw­dzić: Czy Etna ma inną na­zwę, Mon­te Gi­bel­lo? Tak mi się ko­ja­rzy z pod­pi­sów pod ry­sun­ka­mi. Rze­czy­wi­ście, ze zna­le­zio­ne­go póź­niej XIX-wiecz­ne­go wy­ja­śnie­nia sir Ri­char­da Bur­to­na wy­ni­ka, że Etna to wła­śnie Mon­te Gi­bel­lo, na­zwa uży­wa­na we Wło­szech, cza­sem przyj­mu­ją­ca brzmie­nie Mon­gi­bel­lo lub Mon­gi­bel (to po­dob­no w po­ezji). Po­cho­dzi od arab­skie­go sło­wa "je­bel" ozna­cza­ją­ce­go górę, po egip­sku - "ge­bel".

Oczy­wi­ście, Schin­kel od­wie­dził nie tyl­ko te stro­ny. Na Sy­cy­lii tak­że Sy­ra­ku­zy, Agri­gen­to, Pa­ler­mo i Ce­fa­lu. Z in­nych miejsc - tak­że We­ne­cję, Rzym, Me­dio­lan, Triest i oko­li­ce. W dru­giej po­dró­ży Ge­nuę, Rzym, po­now­nie Ne­apol - gdzie zro­bił znów ry­su­nek We­zu­wiu­sza, do­kład­nie jak na zdję­ciu Niem­ca z 1935 roku - Pa­estum, Amal­fi, Pom­pe­je, Sor­ren­to i Ca­pri, oko­li­ce zna­ne mi z po­dró­ży mo­je­go fo­to­gra­fa przed dru­gą woj­ną świa­to­wą, a tak­że ta­kie, gdzie ja też bym chciał się zna­leźć. Szcze­gól­nie Pa­estum, od­kąd prze­czy­ta­łem ese­je Her­ber­ta o tym miej­scu, ale tam zda­je się mój Nie­miec nie za­wi­tał, w każ­dym ra­zie nie ma stam­tąd jego fo­to­gra­fii. W książ­ce znaj­du­ję też do­bry ry­su­nek - ko­pia dzie­ła Ra­fa­ela Gra­ble­gung. I inne miej­sca od­wie­dzo­ne tym ra­zem przez Schin­kla: Sie­na, Flo­ren­cja, We­ne­cja, Vi­cen­za, We­ro­na, Man­tua... Mu­sia­ła to być in­ten­syw­na po­dróż. Czy dzi­wić się po­tem, że w dzie­łach Schin­kla od­na­leźć moż­na mo­zai­kę sty­lów? Że na­wet w Ka­mień­cu, okre­śla­nym jako "mie­szan­ka póź­ne­go go­ty­ku an­giel­skie­go, z wpły­wa­mi ar­chi­tek­tu­ry krzy­żac­kiej i sy­cy­lij­skiej", są wła­śnie ele­men­ty wło­skie? Przy­go­da z po­dró­ża­mi Schin­kla, któ­rą za­wdzię­czam Wło­dzi­mie­rzo­wi, wy­war­ła na mnie nie­ocze­ki­wa­nie duże wra­że­nie. Za­sy­pia­jąc, my­ślę o dziw­nych po­wią­za­niach: mój Nie­miec - Tao­r­mi­na - Ka­mie­niec - Schin­kel i o tym, że któ­re­goś dnia po­ja­dę do Ber­li­na, ale tak­że Po­zna­nia, aby obej­rzeć jesz­cze inne jego bu­dow­le.

Ani­ta

Na­stęp­ne­go dnia idę na wy­zna­czo­ne miej­sce, gdzie zbie­ra się gru­pa do zwie­dza­nia. Nie­spo­dzian­ka. Na ław­ce sie­dzi bar­dzo ład­na dziew­czy­na - prze­wod­nicz­ka i ni­ko­go wię­cej nie ma. Przez przy­pa­dek je­stem jed­no­oso­bo­wą wy­ciecz­ką. I to wła­śnie Ani­ta, prze­wod­nicz­ka, wpro­wa­dza mnie w szcze­gó­ły ro­man­su księż­nicz­ki Ma­rian­ny. O ro­man­sie tym pi­szą wszyst­kie prze­wod­ni­ki. Tak­że na zam­ku wi­dać, że księż­nicz­kę pa­mię­ta się z sym­pa­tią, na ścia­nach wi­szą jej por­tre­ty, a jej imie­niem na­zy­wa się na­wet sal­kę re­stau­ra­cyj­ną. Ka­mie­niec nie zo­stał wy­bu­do­wa­ny przez Ho­hen­zol­ler­nów, ale przez Ma­rian­nę Orań­ską. To sta­no­wi róż­ni­cę, gdyż Ma­rian­na, choć po­ślu­bio­na Al­brech­to­wi IV Ho­hen­zol­ler­no­wi, była księż­nicz­ką ho­len­der­ską, a po­tem hi­sto­ria jej mi­ło­ści roz­dzie­li­ła ją z mę­żem. Jesz­cze w trak­cie bu­do­wy pa­ła­cu ro­mans księż­nicz­ki z ko­niu­szym wy­szedł na jaw i na­stą­pił roz­wód; po pro­ce­sie są­do­wym Ma­rian­na otrzy­ma­ła wa­run­ko­we pra­wo prze­by­wa­nia tyl­ko w okre­ślo­nych miej­scach pa­ła­cu. Ani­ta po­ka­zu­je mi wie­żę i okna Ma­rian­ny - to tam. Ma­rian­na i ko­niu­szy mie­li dziec­ko i miesz­ka­li ra­zem, przy­najm­niej ja­kiś czas. A jed­nak do koń­ca ży­cia ko­niu­szy po­zo­stał w in­nym związ­ku i nie roz­wiódł się z żoną.

Ma­rian­na dla go­ści pa­ła­cu po­zo­sta­ła jego sym­bo­lem. In­nych go­spo­da­rzy ra­czej się po­mi­ja. Ro­dzi­na Ho­hen­zol­ler­nów nie jest w Pol­sce zbyt po­pu­lar­na, Hołd pru­ski w bra­mie jest tro­chę jak kpi­na.

Ani­ta pro­wa­dzi mnie jesz­cze do daw­nej staj­ni, to tu­taj ko­nie mia­ły mar­mu­ro­we żło­by i krysz­ta­ło­we lu­stra. Po co? - Koń czuł się wte­dy le­piej, nie sam. Obec­nie żło­by są w ka­te­drze w Ka­to­wi­cach, a po lu­strach nie ma śla­du. Ale do­pie­ro na gór­nych pię­trach moż­na do­strzec ska­lę znisz­cze­nia: gołe, po­strze­la­ne przez żoł­nie­rzy so­wiec­kich mury, znisz­czo­ne pod­ło­gi. Za­mek był przez Ro­sjan ogra­bio­ny i pod­pa­lo­ny dwu­krot­nie. Za pierw­szym ra­zem po­zwo­lo­no miej­sco­wej lud­no­ści ga­sić ogień, za dru­gim strze­la­no, gdy pró­bo­wa­ła to ro­bić. Gra­bie­żą kie­ro­wał wy­kształ­co­ny ka­pi­tan Szysz­kin, o któ­rym jest aneg­do­ta, że po­noć ura­to­wał ob­raz van Dyc­ka, któ­rym żoł­nie­rze wy­cie­ra­li so­bie buty. W zam­ku była mię­dzy in­ny­mi ga­le­ria ma­lar­stwa ni­der­landz­kie­go. Kie­dy się sły­szy i czy­ta, co tu, na Dol­nym Ślą­sku zro­bi­li Ro­sja­nie, ma się rze­czy­wi­ście wra­że­nie, że prze­szła tu ja­kaś bar­ba­rzyń­ska na­wał­ni­ca. A prze­cież nie­daw­no sły­sza­łem hi­sto­rię o Łań­cu­cie, któ­ry ura­to­wał się tyl­ko dla­te­go, że Ro­sja­nom za­gro­dzi­li dro­gę Po­la­cy, mó­wiąc, że to wła­sność pol­skie­go ludu pra­cu­ją­ce­go. Tu jed­nak spra­wa się kom­pli­ku­je, gdyż, tak jak wy­czy­ta­łem wcze­śniej w In­ter­ne­cie, po Ro­sja­nach to Po­la­cy wła­śnie za­czę­li ma­so­wy ra­bu­nek ce­gły, mar­mu­rów i wy­po­sa­że­nia do od­bu­do­wy­wa­nych obiek­tów War­sza­wy, na Pa­łac Kul­tu­ry i Na­uki, URM, do ko­ścio­łów. Wi­dać reszt­ki mar­mu­rów wy­rwa­nych z po­sa­dzek, po po­mni­kach nie ma śla­du. Część rze­czy roz­sza­bro­wa­no, ale sza­ber w róż­nych miej­scach wy­glą­dał róż­nie (zda­rza­ło się, że miesz­kań­cy ukry­wa­li i ra­to­wa­li wy­po­sa­że­nie, a po­tem je zwra­ca­li). Na­si­lił się w la­tach pięć­dzie­sią­tych. Ani­ta oce­nia ra­bu­nek w pro­por­cjach 90% Ro­sja­nie, 10% Po­la­cy, ale, jak do­da­je, trze­ba pa­mię­tać, że Niem­cy tak­że gra­bi­li. Tu bo­wiem do­cho­dzi­my do jesz­cze jed­ne­go wąt­ku w tej ca­łej spra­wie. Ka­mie­niec był jed­ną z 80 skład­nic dzieł sztu­ki, zor­ga­ni­zo­wa­nych przez Niem­ców. Ak­cją tą kie­ro­wał pro­fe­sor Gün­ther Grund­mann. Były tu dzie­ła za­rów­no za­gra­bio­ne (mówi się na­wet o wa­go­nach z za­byt­ka­mi z Wa­we­lu), jak i te, któ­re Niem­cy pró­bo­wa­li ra­to­wać z Dol­ne­go Ślą­ska - za­byt­ki z Wro­cła­wia i oko­licz­nych zam­ków. Być może część z tych skar­bów jest do tej pory w ukry­ciu, część uda­ło się od­zy­skać, część roz­gra­bio­no. Ale to gra­bie­nie (cza­sem już za­gra­bio­ne­go), o któ­rym mówi Ani­ta, za­czę­ło się jesz­cze przed przyj­ściem Ro­sjan, a "pry­wat­ny­mi" gra­bież­ca­mi byli tak­że sami Niem­cy.

Po­szu­ki­wa­cze skar­bów szu­ka­ją ich na ca­łym Dol­nym Ślą­sku. Le­gend o tych skar­bach jest mnó­stwo. W Ka­mień­cu były tak­że pod­ziem­ne przej­ścia do re­gu­la­cji sys­te­mu fon­tann oraz przej­ścia mię­dzy zam­kiem a do­mem za­rząd­cy. Szu­ka­li tu Ro­sja­nie, po­dob­no też ja­cyś Niem­cy, Po­la­cy. Py­tam - z my­ślą o roz­po­zna­niu po­sta­ci na fo­to­gra­fiach - o au­to­chto­na Len­za, któ­ry po­ja­wił się w kil­ku pu­bli­ka­cjach jako świa­dek ra­bun­ku przez Ro­sjan mau­zo­leum ka­mie­niec­kie­go. "Za­bi­li go" - mówi Wło­dzi­mierz. "Dla­cze­go?". "Szu­ka­li skar­bów i py­ta­li gdzie są". Za­my­śli­łem się, na­wet nie spy­ta­łem, kto go za­mor­do­wał.

Zwie­dza­nie z Ani­tą koń­czy­my na da­chu ta­ra­su, tam gdzie kie­dyś spa­da­ją­cy herb prze­bił mury. Roz­cią­ga się stąd pięk­ny wi­dok w kie­run­ku ko­ścio­ła.

DUSZ­NI­KI-ZDRÓJ

Zdję­cia

In­stynk­tow­nie czu­łem, że to Dusz­ni­ki są moim wła­ści­wym ce­lem, ale do­pie­ro przy­go­to­wu­jąc zdję­cia do wy­jaz­du na Dol­ny Śląsk, zro­zu­mia­łem, że mój Nie­miec mu­siał tu­taj miesz­kać. Wy­bra­łem je, pró­bu­jąc ze­brać z róż­nych klisz te z nich, któ­re mo­gły­by od­no­sić się do tego re­gio­nu. Po­nad­to sta­ra­łem się od­na­leźć te, któ­re po­mo­gły­by do­star­czyć in­for­ma­cji o domu, w któ­rym miesz­kał, i jego oko­li­cy. Oka­za­ło się, że więk­szość zdjęć z Dol­ne­go Ślą­ska, oprócz tych z Je­le­niej Góry, Wro­cła­wia czy Opo­la, jest z oko­lic Dusz­nik. Roz­po­zna­wa­łem je przede wszyst­kim po cha­rak­te­ry­stycz­nym ko­ście­le, czy też po pa­pier­ni, któ­rą zwie­dza­łem przed laty (co praw­da z tru­dem ją roz­po­zna­łem na sta­rym zdję­ciu). O in­nych wie­dzia­łem już wcze­śniej: Po­la­ni­ca-Zdrój, Mię­dzy­le­sie, Le­win Kłodz­ki. Po­zo­sta­ło jed­nak wie­le zdjęć nie­umiej­sco­wio­nych, lub któ­rych lo­ka­li­za­cji tyl­ko się do­my­śla­łem. Wła­ści­wie po raz pierw­szy spoj­rza­łem na wy­bra­ne fo­to­gra­fie pod tym ką­tem, bar­dziej sys­te­ma­tycz­nie.

Osob­ną ka­te­go­rię sta­no­wi­ły zdję­cia "do­mo­we". Do tej pory nie mia­łem do nich żad­ne­go klu­cza. Za­czą­łem od tych, któ­re w spo­sób oczy­wi­sty były ro­bio­ne w miesz­ka­niu: stół z krze­słem, piec ka­flo­wy, wy­po­sa­że­nie do­mo­we­go la­bo­ra­to­rium fo­to­gra­ficz­ne­go, zdję­cia ze słu­żą­cą i przy cho­in­ce. Co da­lej? Je­że­li się robi zdję­cia ostrzy­żo­ne­go Chi­kie­go, to praw­do­po­dob­nie w domu. Ale wi­dać, że pies stoi na stoł­ku na bal­ko­nie, a więc był bal­kon. Je­śli więc Fri­da stoi na bal­ko­nie, to bar­dzo moż­li­we, że to było jej miesz­ka­nie. Stąd (wi­dać frag­men­ty do­ni­czek) zo­sta­ły zro­bio­ne zdję­cia ja­kiejś pani, może ko­goś z ro­dzi­ny Kör­nic­ków. W tym miej­scu uli­ca jest bru­ko­wa­na i sze­ro­ka. Więc był to dom w mie­ście, z bal­ko­nem, chy­ba na wy­so­ko­ści pierw­sze­go pię­tra, skąd wi­dać było sze­ro­ką bru­ko­wa­ną uli­cę lub pla­cyk. Za Fri­dą wi­dać też za­ry­sy ja­kie­goś domu, dość wy­so­kie­go. Jest też kil­ka zdjęć, gdy Fri­da wy­cho­dzi z Chi­kim na spa­cer. Otwar­te do środ­ka drzwi wej­ścio­we, fo­to­graf stał wy­żej, może na scho­dach i zdję­cie jest nie­co z góry. Za drzwia­mi wyj­ście wprost na chod­nik i uli­cę bez żad­nych stop­ni. Zdję­cie jest ład­ne, w roz­świe­tlo­nym pro­sto­ką­cie otwar­tych drzwi wy­raź­nie wi­dać do­brze usta­wio­ne­go Chi­kie­go. Same drzwi są chy­ba jed­no­skrzy­dło­we, drew­nia­ne. Po­dzie­lo­ne na czte­ry czę­ści: w trzech dol­nych są za­ry­sy drew­nia­nych kwa­dra­tów, w czwar­tej, gór­nej, jest za­kra­to­wa­ne okien­ko. Ta­kie drzwi moż­na zo­ba­czyć w róż­nych miej­scach, ale może one po­mo­gą mi zlo­ka­li­zo­wać dom. Nie pa­mię­tam, jak wy­glą­da­ją Dusz­ni­ki, ale taki dom mógł stać w ich cen­trum.

Szu­kam da­lej zdjęć z oko­li­cy domu i znaj­du­ję kil­ka ujęć praw­do­po­dob­nie tego sa­me­go po­dwór­ka. Chi­ki bawi się z in­nym psem i to pew­nie w trak­cie swo­je­go spa­ce­ru. Wi­dać drew­nia­ny ple­cio­ny pło­tek, za nim ja­kieś za­bu­do­wa­nia. I to samo po­dwór­ko - po­zna­ję po be­to­no­wych słup­kach, chy­ba do trze­pa­nia dy­wa­nów lub roz­wie­sza­nia pra­nia - wio­sną. Kwit­ną drze­wa, może ja­błon­ki, wśród traw i mle­czy po­zu­je do zdję­cia jed­na z pa­nien Kör­nick. Je­stem tego nie­mal pe­wien, bo po­zna­ję uśmiech - to chy­ba ona uczest­ni­czy­ła w wy­ciecz­ce sa­mo­cho­do­wej, ten sam uśmiech wi­dzia­łem też w od­jeż­dża­ją­cym po­cią­gu, w wa­go­nie trze­ciej kla­sy (wy­raź­nie wi­dać na­pis pod oknem). Tym ra­zem to jest to wła­śnie po­dwór­ko, pew­nie koło domu, gdzie wy­cho­dzi­ło się na spa­cer z Chi­kim. Wy­ciecz­ka sa­mo­cho­do­wa. Sko­ro mój Nie­miec miał sa­mo­chód, to może był w ja­kimś au­to­mo­bil­klu­bie. Sko­ro fo­to­gra­fo­wał - może był w ja­kimś sto­wa­rzy­sze­niu fo­to­gra­ficz­nym. Może gdzieś prze­trwa­ły ja­kieś li­sty, a na­wet zdję­cia człon­ków, moż­na by go tam roz­po­znać.

Wśród wy­bra­nych zdjęć są tak­że te ze Świę­ta Wio­sny - cią­gle prze­cież nie wiem, w ja­kim mie­ście się ono od­by­wa­ło. A tak­że te z wi­zy­ty u ro­dzi­ny - star­szych pań­stwa - nie wiem cze­mu czu­ję, że to stry­jo­stwo mo­je­go Niem­ca. Mu­sie­li miesz­kać chy­ba też na Dol­nym Ślą­sku, wi­dać góry, wśród nich jed­ną dość cha­rak­te­ry­stycz­ną, ze ścię­tym czu­bem. Ich dom był może czę­ścią więk­szej po­sia­dło­ści, wi­dać alej­ki i przy­strzy­żo­ne traw­ni­ki. Na domu wi­sia­ła ta­bli­ca z na­zwą koń­czą­cą się na "...en", może "...ben". Przej­rza­łem wszyst­kie nie­miec­kie na­zwy miej­sco­wo­ści w oko­li­cy, ale ja­koś nic nie pa­so­wa­ło. Za­baw­ne, dzię­ki temu na­pi­so­wi w pierw­szej chwi­li wzią­łem ten bu­dy­nek za sta­cję ko­le­jo­wą, przy któ­rej ro­dzi­na się fo­to­gra­fo­wa­ła. Ja­każ to jed­nak sta­cja, gdzie to­rów nie wi­dać, a przed do­mem sto­ją sto­li­ki i le­ża­ki. Tu tak­że, przy sto­li­ku, kil­ka zdjęć ro­dzin­nych; moż­na roz­po­znać, kie­dy ro­bił Nie­miec, a kie­dy Fri­da, nie­ste­ty była gor­szą fo­to­graf­ką i po­ob­ci­na­ła po­sta­cie.

Oglą­dam jesz­cze wszyst­kie wi­docz­ki gór­skie z róż­nych pór roku. Nie­któ­re nic nie po­wie­dzą, bo oto śnież­na dro­ga w le­sie ze śla­da­mi nart - to może być wszę­dzie. Ale cza­sem wi­dać ja­kieś bu­dow­le: ko­śció­łek, cha­ta, być może moż­na je bę­dzie roz­po­znać. A gdzie od­by­wa­ły się za­wo­dy ho­ke­jo­we? Gdzie znaj­do­wa­ły się ba­se­ny, do któ­rych Nie­miec jeź­dził? Na­li­czy­łem ich, oprócz tego w Je­le­niej Gó­rze - co naj­mniej dwa. Tak­że skocz­nia, te fo­to­gra­fie jak u Breu­gh­la, gdzie do­pie­ro po chwi­li moż­na za­uwa­żyć wto­pio­ną w za­rys drzew po­stać le­cą­ce­go na nar­tach skocz­ka. Cie­ka­we, gdzie taka skocz­nia mo­gła być? Wśród wi­dzów sto­ją­cych na plat­for­mie wi­dać też star­sze­go pana z siwą bro­dą. Czy to miej­sco­wy ory­gi­nał, czy też może Żyd? Ale czy to moż­li­we, aby po­ja­wi­li się tu Ży­dzi, w cza­sach, gdy nie­któ­re ślą­skie (i nie tyl­ko ślą­skie) miej­sco­wo­ści sta­wia­ły u ro­ga­tek ta­bli­ce za­bra­nia­ją­ce im wjaz­du lub in­for­mu­ją­ce: "tu nie ma już żad­ne­go Żyda"?

Oprócz wy­bie­ra­nia zdjęć, czy­tam też prze­wod­ni­ki i hi­sto­rię Dusz­nik, spraw­dzam mapę i za­sta­na­wiam się, do­kąd po­je­chać po wi­zy­cie w Ka­mień­cu - wie­dzia­łem już wcze­śniej, że tam będę naj­pierw. Oczy­wi­ście, po od­wie­dze­niu pa­ła­cu mu­szę być w sa­mych Dusz­ni­kach, po­tem zo­ba­czy się, tro­chę im­pro­wi­za­cji, za­leż­nie od tego, co tam spo­tkam. Może Le­win Kłodz­ki - jest bar­dzo bli­sko, może Po­la­ni­ca-Zdrój, Mię­dzy­le­sie? Może "au­to­stra­da su­dec­ka" zbu­do­wa­na przez Niem­ców przed woj­ną, nig­dy nie­do­koń­czo­na, z moż­li­wym prze­jaz­dem do Czech - są ta­kie tra­sy pro­po­no­wa­ne tu­ry­stom. Z au­to­stra­dy moż­na zo­ba­czyć pięk­ne wi­do­ki. Z pew­no­ścią część zdjęć mój Nie­miec mu­siał ro­bić stam­tąd, na przy­kład pod­czas wspól­nych wy­pa­dów z Kör­nic­ka­mi. U Jo­an­ny Lam­par­skiej i w in­nych prze­wod­ni­kach znaj­du­ję kil­ka cie­ka­wo­stek o sa­mych Dusz­ni­kach, głów­nie o po­by­cie w nich Cho­pi­na, Men­dels­soh­na, Za­men­ho­fa, o Czer­wo­nym Ba­ro­nie - asie nie­miec­kie­go lot­nic­twa z pierw­szej woj­ny świa­to­wej, któ­ry swo­imi akro­ba­cja­mi za­dzi­wiał miej­sco­we pan­ny. O pa­pier­ni i zdro­ju. Pró­bu­ję spraw­dzić, czy rze­czy­wi­ście w 1945 roku po wy­bu­chu amu­ni­cji wy­le­cia­ło w po­wie­trze pół uzdro­wi­ska; wy­da­je się, że ucier­pia­ły głów­nie trzy bu­dyn­ki, więc może nie było tak źle.

Mia­sto

Tak przy­go­to­wa­ny i już po wi­zy­cie w Ka­mień­cu do­jeż­dżam do Dusz­nik. Ho­tel wy­bra­łem wcze­śniej, chcia­łem być bli­sko cen­trum, więc jest to "So­na­ta". Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że to sta­ry, zna­ny przed­wo­jen­ny ho­tel "Pod Czar­nym Ru­ma­kiem", obec­nie od­no­wio­ny i cał­kiem przy­ja­zny. Tak jak chcia­łem, po­ło­żo­ny tuż przy Ryn­ku. Wy­star­czy wyjść i po kil­ku kro­kach już tam je­stem.

Ry­nek w Dusz­ni­kach jest bru­ko­wa­ny, sko­śny. Ra­tusz nie jest osob­nym bu­dyn­kiem na jego środ­ku, ale czę­ścią pie­rzei od wyż­szej stro­ny. Re­mon­to­wa­na i zde­mon­to­wa­na obec­nie fi­gu­ra świę­tych też nie jest po­ło­żo­na w cen­tral­nej czę­ści ryn­ku, ale z boku. W środ­ku, owszem, był kie­dyś bro­war. Na jed­nej z ka­mie­ni­czek wi­dzę na­pis po nie­miec­ku: w tym domu prze­by­wał kie­dyś pol­ski król Jan Ka­zi­mierz. Pierw­sza myśl: - Oczy­wi­ście - to na Ślą­sku chro­nił się przed Szwe­da­mi, stąd je­chał z Ba­bi­ni­czem-Kmi­ci­cem - nie wie­dzia­łem jed­nak, że aku­rat w Bad Re­inerz. Błąd! Za­raz po­tem do­wiem się, że to nie było wte­dy, ale wów­czas, gdy je­chał po ab­dy­ka­cji do Fran­cji, w 1669 roku. Idę na pierw­szy spa­cer. Do­kąd naj­pierw? Oczy­wi­ście do ko­ścio­ła, mo­je­go głów­ne­go prze­wod­ni­ka po zdję­ciach dusz­nic­kich, tam się ro­zej­rzę. Nie jest on da­le­ko od ryn­ku. Po­zna­ję łuki fron­to­nu, za­glą­dam do środ­ka - jest tam słyn­na am­bo­na w kształ­cie wie­lo­ry­ba, ksiądz wy­gła­sza ka­za­nia jak Jo­nasz z jego wnę­trza. Te­raz wszyst­ko jest w pół­mro­ku. Ob­cho­dzę ko­ściół i nie­spo­dzian­ka: na­ty­kam się na dwa sta­re na­grob­ki z pol­ski­mi na­pi­sa­mi. Pierw­szy na mu­rze ota­cza­ją­cym ko­ściół:

Lu­dwik Ki­jeń­ski

Pod­puł­kow­nik Woysk

Pol­skich

Krzy­ża Woy­sko­we­go Ka­wa­ler

Umarł dnia 2. Wrze­śnia 1821

oraz dru­gi na ka­mie­niu w for­mie ma­łe­go obe­li­sku, na któ­re­go trzech ścia­nach wy­rzeź­bio­no:

Teo­fil Sta­mi­row­ski z Ty­miń­ca, Wo­je­wódz­twa Ka­li­skie­go, Ma­jor Woysk Pol­skich, Ka­wa­ler Krzy­ża woy­sko­we­go stra­ciw­szy zdro­wie w usłu­gach Oy­czy­zny umarł w Re­inerz dn: 7.Sierp: 1818 Ru w 28 wie­ku ży­cia swe­go. Obec­ni Ro­da­cy grze­biąc zwło­ki za­słu­żo­ne­go swej Oy­czyź­nie Męża, tę po­ło­ży­li po­ło­ży­li pa­miąt­kę

Po­tem do­wiem się, że Lu­dwik Ki­jeń­ski zmarł w wie­ku 33 lat, brał udział w woj­nie pol­sko-ro­syj­skiej w 1792 roku i in­su­rek­cji ko­ściusz­kow­skiej, a Teo­fil Sta­mi­row­ski był żoł­nie­rzem na­po­le­oń­skim. Obaj bar­dzo mło­dzi, le­czy­li się w Dusz­ni­kach. Ja­koś bar­dzo ludz­ka jest po­mył­ka na gro­bie Sta­wi­row­skie­go, po­wtó­rze­nie "po­ło­ży­li". Obok gro­by nie­miec­kie, ale nie­licz­ne: je­den wy­glą­da­ją­cy na bar­dzo sta­ry oka­że się na­grob­kiem Geo­r­ga Zwi­ne­ra von Hut­ber­ga z XVII wie­ku, za­słu­żo­ne­go dla ce­sa­rza w woj­nie trzy­dzie­sto­let­niej, inne to Jo­se­pha Bre­ithe­ra uro­dzo­ne­go w Lan­deck, czy­li po­bli­skim Ląd­ku-Zdro­ju i zmar­łe­go w Re­inerz w 1851 roku no­ta­riu­sza i in­spek­to­ra szkol­ne­go oraz dok­to­ra Jo­han­na Kun­ze­go, zmar­łe­go w 1863 roku "ern­ster brun­ne­rarzt in Re­inerz", czy­li pierw­sze­go le­ka­rza uzdro­wi­sko­we­go w Dusz­ni­kach.

Za­trzy­ma­łem się tro­chę przy tych gro­bach, bo to pierw­sze tu­taj moje spo­tka­nie z hi­sto­rią i ludź­mi, któ­rzy tu kie­dyś żyli. Ale ja prze­cież szu­kam cze­goś bar­dziej bli­skie­go w cza­sie. Ob­cho­dzę więc ko­ściół od stro­ny szo­sy, aby od­na­leźć miej­sce, któ­re - wiem do­brze - fo­to­gra­fo­wał mój Nie­miec. Po­ni­żej ko­ścio­ła pły­nie stru­mień, zimą two­rzył praw­dzi­we me­an­dry wśród śnie­gu, co da­wa­ło cie­ka­we wra­że­nie war­te uwiecz­nie­nia na kil­ku jego zdję­ciach. Tak, znaj­du­ję stru­mień, to z pew­no­ścią tu­taj. Ale nie ma mowy o żad­nych me­an­drach. Woda pły­nie pro­stym, ure­gu­lo­wa­nym ko­ry­tem, być może utwo­rzo­nym przy bu­do­wie szo­sy. Idę jesz­cze do dru­gie­go ko­ścio­ła, obec­nie pol­sko-ka­to­lic­kie­go i za­mknię­te­go na głu­cho, obok kil­ka sta­rych na­grob­ków i bi­blio­te­ka umiesz­czo­na w ja­kimś sta­rym bu­dyn­ku. Scho­dzę jesz­cze da­lej w kie­run­ku sta­cji ben­zy­no­wej i wi­dzę pierw­sze drze­wa kasz­ta­no­we. Nie­miec gdzieś tu fo­to­gra­fo­wał ta­kie drze­wa, czy te wła­śnie? Tym­cza­sem koń­czę mój pierw­szy spa­cer, pa­trzę jed­nak jesz­cze na domy - kie­dy znaj­dę coś po­dob­ne­go do tego, co so­bie wy­obra­zi­łem ze zdjęć? To chy­ba po­win­no być cen­trum, gdzieś tu­taj!

W cią­gu kil­ku na­stęp­nych spa­ce­rów pró­bu­ję od­na­leźć "du­szę" i układ mia­sta. Cen­trum wraz z Ryn­kiem i dwo­ma ko­ścio­ła­mi oraz sław­ną pa­pier­nią po­ło­żo­ne jest bli­sko głów­nej szo­sy pro­wa­dzą­cej do Ku­do­wy. Po­tem do­li­na idą­ca wzdłuż rze­ki na po­łu­dnio­wy za­chód i koń­czą­ca się dwo­ma ra­mio­na­mi: jed­no idzie na Po­rę­bę - dru­gie to Do­li­na Strą­ży­ska, gdzie daw­niej była huta pro­wa­dzo­na przez ko­goś z ro­dzi­ny kom­po­zy­to­ra Fe­lik­sa Men­dels­soh­na. Przed roz­wi­dle­niem jest Zdrój, ośrod­ki sa­na­to­ryj­ne, pi­jal­nie wód. Cen­trum łą­czy ze Zdro­jem ale­ja kasz­ta­no­wa, wy­raź­nie wi­docz­na na sta­rych wi­do­ków­kach i zdję­ciach, te­raz nie­co przy­tłu­mio­na nową za­bu­do­wą, ale wciąż wy­róż­nia­ją­ca się i bę­dą­ca nie­odzow­nym ele­men­tem oraz spa­ce­ro­wą ar­te­rią mia­sta. Tu mu­szę sko­ry­go­wać pierw­sze wra­że­nie: mój Nie­miec zdję­cia "Ka­sta­nien" mu­siał ro­bić tu, przy tej alei. Wzdłuż do­li­ny sto­ją domy wy­po­czyn­ko­we i sa­na­to­ryj­ne, wie­le z nich pa­mię­ta sta­re cza­sy. Te­raz, gdy ro­zu­miem ten układ, pora na bar­dziej sys­te­ma­tycz­ne po­szu­ki­wa­nia.

Dwaj prze­wod­ni­cy

Za­cząć jed­nak może trze­ba od cze­goś in­ne­go. W ho­te­lu i w in­for­ma­cji tu­ry­stycz­nej przy Ryn­ku py­tam, kto może coś wie­dzieć o lu­dziach miesz­ka­ją­cych tu przed woj­ną i w obu miej­scach otrzy­mu­ję to samo na­zwi­sko: pan Ry­szard Grze­la­kow­ski. To pierw­szy waż­ny kon­takt.

Przy dol­nej pie­rzei Ryn­ku, na­prze­ciw ra­tu­sza, jest księ­gar­nia. Za­sze­dłem tu w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji o Dusz­ni­kach, li­cząc na lo­kal­ne wy­daw­nic­twa. Py­tam pa­nie sprze­da­ją­ce, kto mógł­by mi po­móc w od­na­le­zie­niu oso­by miesz­ka­ją­cej tu przed woj­ną. Po­pa­trzy­ły na sie­bie. "Chy­ba Pio­trek. Ale on jest cho­ry, nie wia­do­mo, czy bę­dzie mógł się spo­tkać". Piotr oka­zu­je się ma­la­rzem, jego żona pro­wa­dzi sklep mniej wię­cej na­prze­ciw księ­gar­ni. Jej rysy moż­na od­na­leźć w nie­któ­rych wy­sta­wio­nych na sprze­daż ob­ra­zach męża, obok in­nych, z sen­ten­cja­mi po nie­miec­ku wy­ma­lo­wa­ny­mi na de­skach, z pew­no­ścią dla tu­ry­stów. Oka­zu­je się, że kon­takt z Pio­trem nie jest pro­ble­mem i wkrót­ce uma­wiam się z nim te­le­fo­nicz­nie na spo­tka­nie w ho­te­lu. Od tej pory mam dwóch prze­wod­ni­ków po Dusz­ni­kach: Ry­szar­da i Pio­tra. Spo­ty­kam się z nimi nie­za­leż­nie, ale każ­de spo­tka­nie coś wno­si do po­szu­ki­wań.

Ry­szard przy­był do Dusz­nik po woj­nie, pra­co­wał w służ­bie zdro­wia i był miej­sco­wym dzia­ła­czem. Obec­nie na eme­ry­tu­rze, jego pa­sją jest hi­sto­ria oko­li­cy. Jest pre­ze­sem To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół Dusz­nik. Spę­dza­my dłu­gie go­dzi­ny na opo­wie­ściach za­rów­no o tych daw­nych, jak i o now­szych cza­sach. "Wie pan, ta hi­sto­ria o Czer­wo­nym Ba­ro­nie za­czę­ła się od kil­ku zdjęć, na któ­rych zo­ba­czy­łem sa­mo­lo­ty z tego okre­su, a po­tem za­czę­li­śmy ko­ja­rzyć fak­ty. A w tym domu miesz­kał przed woj­ną mło­dy le­karz, czło­nek NSDAP. Tam­ten dom wy­glą­dał kie­dyś zu­peł­nie in­a­czej..."

Piotr jest z ro­dzi­ny, któ­ra na Dol­nym Ślą­sku jest od wie­ków, sam prze­niósł się do Dusz­nik z Po­la­ni­cy-Zdro­ju. Zna do­brze miej­sco­wy dia­lekt nie­miec­ki i ma bli­skie kon­tak­ty z przy­jeż­dża­ją­cy­mi tu Niem­ca­mi. Jego in­for­ma­cje są bar­dzo kon­kret­ne i war­to­ścio­we. Dzia­ła tak­że w To­wa­rzy­stwie Przy­ja­ciół Dusz­nik i chciał­by, aby róż­ne po­my­sły re­ali­zo­wa­ły się prę­dzej.

Prze­glą­dam zdję­cia z Ry­szar­dem, rów­nież te gór­skie. Mia­łem ra­cję, są to w więk­szo­ści oko­li­ce Dusz­nik, za­pi­su­ję na mar­gi­ne­sach: Pod­gó­rze, Ho­mo­le, Wzgó­rze Ma­rian­ny, Zie­le­niec. Ry­szard nig­dy nie wi­dział na zdję­ciach mo­je­go Niem­ca ani jego ro­dzi­ny. Ale spo­ro wie o dol­no­ślą­skich fo­to­gra­fach. Przy­po­mi­na so­bie jed­ne­go, Cling­stro­ma, któ­re­go syn, ge­ne­rał Bun­de­sweh­ry od­wie­dził go kie­dyś. Póź­niej po­da­je mi całą li­stę i na­ma­wia do od­wie­dze­nia Kłodz­ka, gdzie moż­na obej­rzeć ich zdję­cia. Fritz Bo­den, Marx, Kle­iner, Hu­eb­ner, Ret­te, Cling­strom. Sam pa­mię­tam też Wań­ko­we­go Klo­se­go. Wkrót­ce na­sza roz­mo­wa za­mie­nia się w ga­wę­dę o oko­li­cy.

Po po­łu­dniu wyj­dę jesz­cze na cmen­tarz po­ło­żo­ny na zbo­czu po dru­giej stro­nie szo­sy. Szu­kam sta­rych na­grob­ków, jest ich tro­chę, wy­mie­sza­nych z no­wy­mi, któ­re do­mi­nu­ją tak, że cmen­tarz roz­ra­sta się, wy­peł­za­jąc na ko­lej­ne ta­ra­sy zbo­cza. Na­wet na no­wych na­grob­kach jest kil­ka nie­miec­ko­brz­mią­cych na­zwisk. Wy­no­to­wu­ję je so­bie, może się przy­da­dzą: Baer, Ka­estler, Neu­mann, Gut­freund. Ze zbo­cza wi­dać świet­nie tyły ko­ścio­ła Świę­tych Pio­tra i Paw­ła. To stąd mój Nie­miec zro­bił kil­ka zdjęć.

Wra­cam i oglą­dam mecz. Prze­cież trwa Mun­dial, do któ­re­go przy­go­to­wy­wa­ła się ka­te­dra we Frank­fur­cie. Dziś koń­ców­ka: Fran­cja gra z Wło­cha­mi. Zi­da­ne za ob­ra­zę ude­rza gło­wą w pierś Ma­te­raz­zie­go i do­sta­je czer­wo­ną kart­kę, wy­gry­wa­ją Wło­si.

Tego sa­me­go dnia spo­ty­kam się z Pio­trem. Jest rze­czy­wi­ście bla­dy i wy­mę­czo­ny le­cze­niem, ale chęt­nie roz­ma­wia. Pod­czas prze­glą­da­nia zdjęć mó­wię, że z na­zwisk pa­mię­tam "Kör­nick", pew­nie przy­ja­ciół, ale nie wiem czy stąd. "Kör­nick? A może Kör­nich, bo tacy tu­taj byli". Dla­cze­go nie? Prze­cież to "ck" wzią­łem z ręcz­nych opi­sów Niem­ca. "k" pi­sze się po­dob­nie jak "h". Po­ka­zu­ję zdję­cie na po­dwór­ku. "Wie pan, tak, to pew­nie cór­ka Kör­ni­cha. Uśmie­cha się iden­tycz­nie jak oj­ciec. Oso­by z tej ro­dzi­ny żyją, na­wet oko­ło roku temu ktoś tu przy­jeż­dżał. Gdy­by cho­dzi­ło o Kör­ni­chów, to po­sia­da­li oni kil­ka bu­dyn­ków przy kasz­ta­no­wej alei". Piotr ry­su­je mi ich układ: czę­ści już nie ma, głów­ny z nich na­zy­wał się "Pro­me­na­den­hof". To było koło obec­ne­go domu "Etiu­da". Owszem, miesz­kał tam fo­to­graf, na­wet miał sklep, na­zy­wał się Kle­iner.

Czy­li mamy go? To Kle­iner? Piotr obie­cu­je spraw­dzić jesz­cze inne ma­te­ria­ły. Na zdję­ciach po­ka­zu­je mi też kil­ka cie­ka­wych rze­czy. Py­tam, czy star­szy czło­wiek z bia­łą bro­dą przy skocz­ni mógł być Ży­dem. "Tak, tu byli Ży­dzi, prze­śla­do­wa­nia za­czę­ły się póź­niej. A na tym zdję­ciu wi­dać miej­sce, gdzie był cmen­tarz ży­dow­ski. Zo­stał znisz­czo­ny po woj­nie. O, a tam - Dom Strze­lec­ki, strze­lec­two było tu bar­dzo po­pu­lar­ne".

Wy­bie­ram się na ko­lej­ną wy­ciecz­kę. Do­cho­dzę do "Etiu­dy", któ­rą ob­fo­to­gra­fo­wu­ję. Już wcze­śniej by­łem na wzgó­rzach po pół­noc­nej stro­nie do­li­ny - tam był ro­dzaj ale­jek, po któ­rych być może Nie­miec jeź­dził na ro­we­rze, stam­tąd też zro­bił zdję­cie ko­ścio­ła Fran­cisz­ka­nów. Te­raz te miej­sca są za­ro­śnię­te drze­wa­mi i z tru­dem moż­na zro­bić po­dob­ne uję­cie. By­łem też z dru­giej stro­ny, na Wzgó­rzu Ro­za­lii i da­lej, szla­kiem po gó­rach do schro­ni­ska "Pod Mu­flo­nem", dziś z ja­kie­goś po­wo­du za­mknię­te­go na głu­cho. Po dro­dze ro­bię spo­ro zdjęć, od­kry­wam kil­ka pięk­nych wi­do­ków Dusz­nik i zbo­cze, z któ­re­go Nie­miec (Kle­iner?) ro­bił zdję­cia pod­czas spa­ce­rów z Fri­dą i Chi­kim. Usi­łu­ję od­gad­nąć, gdzie wte­dy sta­li, za­leż­nie od tego, co wi­dzę i po­rów­nu­jąc z fo­to­gra­fia­mi Niem­ca. Na przy­kład: tu już wi­dać szpi­tal, a na tym jesz­cze nie.

Idąc ale­ją kasz­ta­no­wą, umiej­sca­wiam dwa ko­lej­ne zdję­cia z al­bu­mu: jed­no z wy­ciecz­ki na nar­tach, gdzie wi­dać miej­sco­wą rzecz­kę By­strzy­cę i domy za nią, dru­gie, gdzie kie­dyś roz­bi­to na­miot cyr­ko­wy, a obok sta­nął wóz z małp­ką. My­śla­łem kie­dyś, że to gdzieś na pe­ry­fe­riach mia­sta, te­raz wi­dzę do­kład­nie, że lo­gicz­ne było usta­wić się przy dro­dze mię­dzy mia­stem a Zdro­jem. Te­raz mniej wię­cej w tym sa­mym miej­scu jest pa­skud­ny par­king.

"Etiu­da" - dość cie­ka­wy bu­dy­nek, obok do­bu­do­wu­je się nową część. Na dole ja­dło­daj­nia, dwa rzę­dy okien na gó­rze. Za­uwa­żam, że w po­bli­żu jest pla­cyk i dro­ga pro­wa­dzą­ca w górę do Fran­cisz­ka­nów, za­raz da­lej za­czy­na się wła­ści­wy Zdrój. Ten pla­cyk mógł­by być po­ten­cjal­nie tym, na któ­rym zo­sta­ła sfo­to­gra­fo­wa­na zna­jo­ma Niem­ca, więc bli­sko jego domu. Tak, ale nig­dzie nie ma tu bal­ko­nów, ani domu po­dob­ne­go do tego wi­docz­ne­go z tego bal­ko­nu. Nie ma go tak­że w mie­ście. Kil­ka razy ob­cho­dzi­łem plac War­sza­wy, coś jest w nim z na­stro­ju na fo­to­gra­fii, ale resz­ta szcze­gó­łów tak­że nie pa­su­je. Będę więc szu­kał da­lej.

W ho­te­lu, gdzie miesz­kam, są tak­że Niem­cy, star­si pań­stwo. Przy śnia­da­niu po­zdra­wia­my się. Ośmie­lo­ny py­tam, co tu ro­bią. Nie­ste­ty mó­wią wy­łącz­nie po nie­miec­ku, więc roz­mo­wa nie jest ła­twa. Są eme­ry­ta­mi, przy­jeż­dża­ją tu czę­sto. Pani uro­dzi­ła się w Bad Re­inerz, ale wy­je­cha­ła stąd, ma­jąc dwa­na­ście lat. Przy­no­szę zdję­cia, nie, nie roz­po­zna­je Niem­ca. Py­tam o za­gad­ko­wy ko­śció­łek z fo­to­gra­fii, ja­koś nie mogę go zna­leźć. "Jak to? - mówi - to ko­ściół na cmen­ta­rzu". "Nie­moż­li­we - dzi­wię się - by­łem na cmen­ta­rzu, tam ko­ścio­ła nie ma. Oprócz tego - tyle ko­ścio­łów w mie­ście, to był­by jesz­cze je­den?". Pa­trzy na mnie i milk­nie. Jesz­cze tego sa­me­go dnia wra­cam, aby po­wie­dzieć: "Mia­ła pani ra­cję! Na cmen­ta­rzu był rze­czy­wi­ście ko­ściół Świę­te­go Krzy­ża, zo­stał ro­ze­bra­ny w la­tach sześć­dzie­sią­tych. Był z XVI wie­ku".

Do­brze, a gdzie od­by­wa­ły się me­cze ho­ke­jo­we? "Na Czar­nym Sta­wie, po dro­dze do Pod­gó­rza" - mó­wią moi prze­wod­ni­cy. Wy­bie­ram się wo­bec tego w tam­tą stro­nę. Mi­jam Zdrój i idę wzno­szą­cą się do­li­ną z pra­wej stro­ny w górę. Na po­cząt­ku na­po­ty­kam ta­bli­cę in­for­mu­ją­cą, że od­by­wa­ją się tu pra­ce zwią­za­ne z re­kul­ty­wa­cją te­re­nu po po­wo­dzi 1998 roku, czę­ścio­wo po­kry­wa­ne z fun­du­szy eu­ro­pej­skich. Rze­czy­wi­ście, ni­żej wzdłuż szo­sy wi­dać śla­dy tych prac, pra­cu­ją­ce cią­gni­ki. Błot­ni­stą dro­gą do­cho­dzę do sta­wu, w du­żej mie­rze już upo­rząd­ko­wa­ne­go. Staw ma kształt ser­ca ob­ró­co­ne­go w kie­run­ku mia­sta. Wy­cią­gam zdję­cia i pró­bu­ję się zo­rien­to­wać, jak mo­gły być ro­bio­ne. Od stro­ny Dusz­nik stał mały bu­dy­ne­czek, na nie­któ­rych fo­to­gra­fiach wi­dać zbo­cze i dro­gę. Więc mo­gło­by to być od stro­ny prze­ciw­le­głe­go zbo­cza - wte­dy wszyst­ko się zga­dza. Co wię­cej, za­uwa­żam, że rów­nież te zdję­cia, na któ­rych wi­dać tań­czą­cych łyż­wia­rzy, mo­gły być tu ro­bio­ne. Na jed­nym z nich wi­dać na­wet gra­ni­cę wy­zna­czo­ną na lo­do­wi­sku mię­dzy tań­czą­cy­mi a ho­ke­ista­mi. To zna­czy, że mój Nie­miec, w cza­sie Bo­że­go Na­ro­dze­nia w 1936 roku zro­bił zdję­cia pod cho­in­ką, a po­tem, któ­re­goś z na­stęp­nych dni, po­szedł do Czar­ne­go Sta­wu, aby po­oglą­dać łyż­wia­rzy. Mecz By­tom - Na­chod od­był się kie­dy in­dziej, pew­nie w ja­kichś sta­rych rocz­ni­kach moż­na by to było spraw­dzić. Przy­po­mnia­ły mi się też inne zdję­cia, któ­re kie­dyś bra­łem omył­ko­wo za zro­bio­ne w Ka­mień­cu. Całe se­kwen­cje zdjęć sta­wu - tak, to był Czar­ny Staw, a fo­to­graf mu­siał znaj­do­wać się w jed­nym ze zdro­jo­wych jesz­cze bu­dyn­ków. Ba­rak, któ­ry wi­dać na zdję­ciach - to ten bu­dy­ne­czek wi­docz­ny w in­nych uję­ciach, mógł tam być ja­kiś sprzęt wod­ny.

Idę da­lej do Pod­gó­rza. Co dom, to zdję­cie. Roz­po­zna­ję kil­ka bu­dyn­ków z al­bu­mu Niem­ca ro­bio­nych zimą. Do­cho­dzę na miej­sce. Na chwi­lę fa­scy­nu­je mnie czę­ścio­wo zruj­no­wa­ny dom z reszt­ką nie­miec­kie­go na­pi­su, ale szu­kam da­lej re­stau­ra­cji "Mar­ga­ri­ta". Po­win­na być po le­wej stro­nie. Od­naj­du­ję ją, ale nie ma ni­ko­go. Strzał­ka za­chę­ca do sko­rzy­sta­nia z ka­wiar­ni, ale wszyst­kie drzwi za­mknię­te na głu­cho. A prze­cież jest se­zon! Da­lej znaj­du­ję bu­dy­nek, w któ­rym wi­dać od­po­czy­wa­ją­cych mło­dych lu­dzi, na pa­ra­pe­tach leży spor­to­we obu­wie. On po­dob­no też na­le­ży do "Mar­ga­ri­ty". Py­tam, czy wie­dzą, gdzie tu była skocz­nia - wi­dzę tyl­ko frag­ment wy­cią­gu. Nie, nie sły­sze­li. Po­nie­waż mam wąt­pli­wo­ści, na któ­re wzgó­rze mam się wspi­nać, wra­cam do in­ne­go domu, gdzie wi­dzę lu­dzi na le­ża­kach. "Skocz­nia? Była tu, tam da­lej. Oj­ciec tu miesz­kał od 1939 roku, dużo wie­dział, ale już nie żyje. Reszt­ki skocz­ni jesz­cze nie­daw­no moż­na było zna­leźć w le­sie. Niech pan idzie od dru­giej stro­ny prze­cin­ką". Prze­kra­czam ja­kieś ba­jo­ro i idę wo­bec tego za­ro­śnię­tą chasz­cza­mi, wska­za­ną mi dro­gą. U szczy­tu na­po­ty­kam le­żą­ce wśród drzew de­ski. Czy to ze skocz­ni? Ale ona po­win­na być da­lej, na zbo­czu za wy­cią­giem. Tu z ko­lei wszyst­ko jest za­ro­śnię­te, nig­dzie nie ma ta­kie­go wi­do­ku jak na zdję­ciu Niem­ca, drze­wa prze­szka­dza­ją. W jed­nym miej­scu wi­dzę bu­dyn­ki na dole - może to było gdzieś tu, usta­wie­nie po­dob­ne jak na fo­to­gra­fii. Ale z ko­lei nie wi­dzę de­sek, a kil­ka be­lek w krza­kach - czy to skocz­nia? Czy może z bu­do­wy wy­cią­gu? Po­wo­li scho­dzę wzdłuż zbo­cza. Na dole wi­dzę sa­mo­chód i opa­la­ją­cych się lu­dzi. Ma­cha­ją mi przy­jaź­nie - to moi eme­ry­ci z ho­te­lu! Po­ka­zu­ję im zdję­cia i miej­sce, gdzie była skocz­nia. Pa­trzą na sie­bie, męż­czy­zna pa­trzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem i pyta żonę: "Czy on jest Po­la­kiem?". Po­tem zwra­ca się do mnie: "Jest pan Po­la­kiem? Na­praw­dę?". "Tak - od­po­wia­dam - je­stem i za­wsze by­łem, uro­dzi­łem się w War­sza­wie". Że­gna­my się i wra­cam do Dusz­nik.

Po po­łu­dniu spo­ty­kam się z Ry­szar­dem. "Wie pan, są­dzi­łem, że oso­ba, któ­rą stać było na wy­ciecz­kę nad Mo­rze Śród­ziem­ne, mo­gła być ra­czej bur­mi­strzem albo le­ka­rzem, nie fo­to­gra­fem. W ta­kim wy­pad­ku my­śla­łem o bur­mi­strzu Go­eblu, któ­ry był po Pau­lu Den­gle­rze. Albo o le­ka­rzu Po­hlu, człon­ku za­rzą­du mia­sta. Diet­ma­rze Po­hlu. Wnuk jesz­cze żyje, jest wy­daw­cą ga­ze­ty, na­pi­sał też hi­sto­rię pa­ra­fii".

Raz jesz­cze oglą­da­my zdję­cia. "Gdzie mo­gły być ba­se­ny?" "Były w Po­la­ni­cy-Zdro­ju, były też w No­wej Ru­dzie". "A to sprzęt fo­to­gra­ficz­ny w domu, więc chy­ba jed­nak in­te­re­so­wał się fo­to­gra­fią". "Pro­szę pana, ależ to nie jest sprzęt fo­to­gra­ficz­ny! To jest wi­bra­tor i dia­ter­ma krót­ko­fa­lo­wa. Niech pan po­pa­trzy: tu są po­krę­tła, tu się re­gu­lu­je na­tę­że­nie prą­du. Wiem, bo sam ta­kie urzą­dze­nie ob­słu­gi­wa­łem!"

Sprzęt me­dycz­ny. To dużo zmie­nia. To rze­czy­wi­ście mógł być le­karz!

Oglą­da­my jesz­cze zdję­cia po­dwó­rek. Wśród dmu­chaw­ców stoi Kör­ni­chów­na. "Niech pan spoj­rzy, tam w głę­bi jest mo­stek i do­mek. Może to było od stro­ny elż­bie­ta­nek?" Ru­sza­my w po­szu­ki­wa­niu tego po­dwór­ka, po dro­dze Ry­szard opo­wia­da mi o daw­nych cza­sach za­raz po woj­nie, o miej­sco­wym księ­dzu i o miesz­ka­ją­cym tu re­zy­den­cie pe­ere­low­skie­go kontr­wy­wia­du. "Wie pan, po woj­nie, mimo wszyst­kich róż­nic było tu po­czu­cie wspól­no­ty, nie tyl­ko wśród miesz­ka­ją­cych tu Po­la­ków, lecz tak­że Niem­ców".

- To mógł być ten do­mek ze zdję­cia. Kie­dyś wy­glą­da­ło to zu­peł­nie in­a­czej.

- Ależ on jest zu­peł­nie róż­ny!

- Tak, bo tak zo­stał od­bu­do­wa­ny po po­ża­rze.

Rozdział 3

FRANK­FURT

Kie­dy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem te zdję­cia, po­czu­łem się jak w sta­rym fil­mie o dzwon­ni­ku z No­tre-Dame we­dług Wik­to­ra Hugo. Sza­rzy­zny sta­rych, stło­czo­nych cia­sno do­mów, za­rys i cie­nie ścian, za­uł­ki, mo­rze da­chów wi­dzia­nych z wy­so­ka i wi­dok go­tyc­kiej wie­ży ko­ściel­nej na pierw­szym pla­nie. Da­lej, z le­wej stro­ny rze­ka i mo­sty. Bar­dzo ma­lar­ska kom­po­zy­cja. Tro­chę baj­ko­wa, mo­gła­by być w fil­mie Di­sneya o Pa­ry­żu. Czyż­by to Pa­ryż? Po­rów­nu­ję mo­sty, rze­kę, pa­trzę na domy... Nie, to nie­moż­li­we, to nie to mia­sto. Je­śli jed­nak nie, to czy ta­kie baj­ko­we mia­sto w ogó­le ist­nie­je? Pa­trzę na opis i znaj­du­ję: Frank­furt. Nie, Frank­furt to prze­cież "Ma­in­hat­tan", wy­so­kie, no­wo­cze­sne dra­pa­cze chmur, od­po­wied­nik ame­ry­kań­skich ci­ties. Na pocz­tów­kach i w prze­wod­ni­kach ra­czej zim­ny, tro­chę obcy. Może kie­dyś, przed woj­ną wy­glą­dał zu­peł­nie in­a­czej?

W In­ter­ne­cie pręd­ko na­ty­kam się na świet­nie zre­da­go­wa­ne stro­ny o sta­rym Frank­fur­cie, Alt­Frank­furt. In­for­ma­cję tak zor­ga­ni­zo­wa­no, że mogę prze­miesz­czać się z uli­cy na uli­cę, oglą­dać sta­re wi­do­ki - bar­dzo dużo sta­rych pocz­tó­wek, map i zdjęć. Mogę wy­brać to, co mnie in­te­re­su­je, rów­nież wę­dro­wać w cza­sie. Opi­sa­ne są na­wet spo­tka­nia z Hi­tle­rem, z dy­stan­sem i rze­czo­wo. Po­tem bom­bar­do­wa­nia i ru­iny. Pró­bu­ję zna­leźć ko­ścio­ły wy­glą­da­ją­ce na te, z któ­rych mój Nie­miec ro­bił zdję­cia, ale nie mogę ich do­pa­so­wać. Nie wi­dzę też po­dob­nych fo­to­gra­fii.

Po­ka­zu­ję te zdję­cia moim nie­miec­kim ko­le­gom, ale nie umie­ją nic po­wie­dzieć. A prze­cież współ­pra­cu­je­my tam z nie­miec­ką fi­lią, mamy w tym miej­scu na­sze biu­ro. Py­tam ko­goś, kto tam by­wał, pa­trzy uważ­nie, mówi: "Może i to jest frag­ment Sta­re­go Mia­sta". Tego sa­me­go dnia w po­czcie elek­tro­nicz­nej od­naj­du­ję ad­res Alt­Fran­fur­tu i dwa zdję­cia: ka­te­dry i wi­do­ku, jaki się z niej roz­ta­cza - jest! To to samo uję­cie, te same trzy mo­sty, tyle, że nie wi­dać go­tyc­kiej wie­życz­ki. Jak mo­głem tego sam nie za­uwa­żyć, gdy wę­dro­wa­łem wcze­śniej po In­ter­ne­cie? Te­raz już wiem, skąd moż­na zro­bić zdję­cia za­cza­ro­wa­nych śre­dnio­wiecz­nych bu­dyn­ków. Mu­szę tyl­ko spraw­dzić, czy ka­te­dra jesz­cze ist­nie­je.

Oka­zu­je się, że oka­zja ta­kie­go spraw­dze­nia nada­rza się cał­kiem nie­dłu­go. Nad­cho­dzi Wiel­ka­noc, jest kil­ka dni wol­nych i de­cy­du­ję się wziąć urlop i wy­ru­szyć śla­dem mo­je­go nie­miec­kie­go fo­to­gra­fa. Dro­ga wie­dzie przez Frank­furt, ale wi­zy­ta bę­dzie bar­dzo krót­ka.

"Tak my­śla­łam, że to wi­dok z ka­te­dry" - mimo Wiel­kiej So­bo­ty Mi­riam zna­la­zła chwi­lę, żeby się z nami spo­tkać, ze mną i moją przy­ja­ciół­ką Jolą. Spo­tkać na chwi­lę przed świą­tecz­nym wy­jaz­dem do ro­dzi­ny. Je­ste­śmy na lot­ni­sku we Frank­fur­cie i za­sta­na­wia­my się, co moż­na zro­bić przez kil­ka go­dzin na­sze­go po­by­tu. Mi­riam tu­taj miesz­ka i pra­cu­je, zna­my się z kon­tak­tów fir­mo­wych. Oglą­da od­bit­ki zdjęć i za­bie­ra nas do cen­trum. Par­ku­je­my nie­da­le­ko ope­ry i prze­cho­dzi­my do Sta­re­go Mia­sta, do Römer­ber­gu i ka­te­dry Świę­te­go Bar­tło­mie­ja.

Nie­ste­ty, wie­ża jest za­mknię­ta, wła­śnie od­by­wa się re­mont. Nie­dłu­go w Niem­czech od­by­wać się będą mi­strzo­stwa świa­ta w pił­ce noż­nej i mia­sto musi się na nie przy­go­to­wać. Mi­riam upew­nia się, czy są otwar­te ja­kieś inne punk­ty wi­do­ko­we, ale oka­zu­je się, że nie. Może z wy­jąt­kiem no­wo­cze­sne­go 54-pię­tro­we­go bu­dyn­ku ra­dia he­skie­go He­la­ba.

Zdję­cia mo­je­go Niem­ca zro­bio­ne w Frank­fur­cie to głów­nie wi­do­ki sta­re­go mia­sta i Menu z wie­ży ka­te­dry ce­sar­skiej (ko­ro­no­wa­no w niej ce­sa­rzy, stąd na­zwa), ale nie tyl­ko. Są dwie mi­gaw­ki z ulic i jed­no bar­dzo pięk­ne zdję­cie ba­wią­cych się dzie­ci. Fo­to­graf stał w głę­bi, w bra­mie bu­dyn­ku, zro­bił zdję­cie w kie­run­ku uli­cy. Tro­je za­ję­tych sobą dzie­ci na tle roz­świe­tlo­nej słoń­cem kost­ki bru­ko­wej, da­lej od­cho­dzą­ca w głąb inna sta­ro­miej­ska ulicz­ka. Kie­dy mia­łem roz­strzy­gnąć, czy to przy­pad­kiem nie Fran­cja, wi­docz­na na­zwa uli­cy za­wie­szo­na na bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko upew­ni­ła mnie, że nie. Sa­al­gas­se. Z pla­nu mia­sta wy­ni­ka, że jest tuż koło ka­te­dry. Rze­czy­wi­ście, na­pis przy niej in­for­mu­je, jak ją obejść i, mimo re­mon­tu, tra­fić do Sa­al­gas­se! Że­gna­my się z Mi­riam - w koń­cu to Wiel­ka­noc, więc nie mo­że­my jej już dłu­żej za­trzy­my­wać - i ru­sza­my w kie­run­ku ulicz­ki. Jest. Z nie­do­wie­rza­niem, a na­wet pew­nym wzru­sze­niem szu­kam bra­my. Na­praw­dę je­ste­śmy na tro­pach Niem­ca, on tu był, stą­pał, szedł sam, a może z kimś, może z Frie­del, szedł do ka­te­dry, gdy za­trzy­mał go wi­dok roz­ma­wia­ją­cych dzie­ci. Pięk­ny wi­dok, wart uwiecz­nie­nia. Na Sa­al­gas­se są tyl­ko dwie bra­my. Na­prze­ciw żad­nej z nich nie ma in­nej ulicz­ki. W ogó­le nie ma ulicz­ki od­cho­dzą­cej w tę stro­nę. Sa­al­gas­se jest nie­du­ża, pro­wa­dzi od ka­te­dry do pla­cu Römer­berg. Wszyst­kie domy po jed­nej stro­nie pró­bu­ją utrzy­mać cha­rak­ter ka­me­ral­ne­go przej­ścia, ale są to domy nowe. Nie ma śla­du po daw­nym szpi­ta­lu, któ­ry tu kie­dyś był, ani po pla­cy­ku z fon­tan­ną Świę­te­go Du­cha. Po dru­giej stro­nie, za re­stau­ra­cją "Pod Bo­cia­nem" jest dom, któ­ry mógł być sta­ry lub za­wie­rać star­sze, ale już od­no­wio­ne ele­men­ty, z dwie­ma bra­ma­mi, da­lej już wszyst­ko jest inne. Więc może któ­raś z tych bram. W pierw­szej są drzwi, po­dob­nie jak na fo­to­gra­fii, w dru­giej żad­nych drzwi nie ma. Wy­bie­ram pierw­szą. Po­środ­ku słu­pek unie­moż­li­wia­ją­cy wjazd, w głę­bi nowe domy. Na­prze­ciw sa­lon ko­sme­tycz­ny. A jed­nak jest w tej bra­mie coś z na­stro­ju zdję­cia mo­je­go Niem­ca, choć to nie to samo. Ro­bię zdję­cia, usta­wiam Jolę tam, gdzie sta­ły dzie­ci. Sta­ra mapa, któ­rą znaj­du­ję nie­da­le­ko w wi­try­nie, po­ka­zu­je, że mie­li­śmy ra­cję.

Na Römer­ber­gu, cen­tral­nym pla­cy­ku Sta­re­go Mia­sta, sto­isko z pocz­tów­ka­mi. Ku­pu­ję kil­ka z nich. "Frank­furt/Main 1927" - Ry­nek Sta­re­go Mia­sta, ko­ścio­ły. "Frank­furt am Main" - "Blick zum Römer" - 1947. I jesz­cze "Frank­furt am Main - 1945" i ze­sta­wia­ją­ce: "Frank­furt - Ge­stern und Heu­te" - wczo­raj i dziś. Na zdję­ciach z lat 1945-1947 Frank­furt to kupa gru­zów, nad któ­ry­mi wzno­si się wciąż wie­ża ka­te­dry. Sa­al­gas­se to wy­pa­lo­ne szkie­le­ty bu­dyn­ków.

Kil­ka lat temu opro­wa­dza­łem cu­dzo­ziem­ców, któ­rzy przy­je­cha­li po raz pierw­szy do War­sza­wy, je­den z nich był Bel­giem. U wej­ścia na Ry­nek Sta­re­go Mia­sta sto­ją fo­to­gra­fie przed­sta­wia­ją­ce jak ono wy­glą­da­ło w 1945 roku. Belg obej­rzał je i prych­nął lek­ce­wa­żą­co: "Po woj­nie każ­de nie­miec­kie mia­sto tak wy­glą­da­ło". Po­czu­łem się do głę­bi do­tknię­ty, wspo­mnia­łem o przy­czy­nach i skut­kach, prze­żu­wa­łem ob­ra­zę. Te­raz mam oka­zję do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o Frank­fur­cie.

"Tak, tu wszyst­ko było znisz­czo­ne" - po­wie­dzia­ła wcze­śniej Mi­riam po tym, jak wy­szli­śmy z ka­te­dry. Na sta­rych zdję­ciach wi­dzę mo­rze ruin, ze­rwa­ne mo­sty. Co ja wła­ści­wie czu­ję? Ro­zu­miem, oczy­wi­ście. Żal mi, że Sa­al­gas­se jest inna, nie wia­do­mo, co sta­ło się z dzieć­mi z bra­my. Jed­no­cze­śnie czu­ję, mam w so­bie za­ko­do­wa­ne coś, co po­wo­du­je, że nie mogę jed­no­znacz­nie od­czuć żalu za utra­co­nym mia­stem. Po­wo­du­ją to dro­bia­zgi, ale ta­kie, któ­re na­bie­ra­ją nie­spo­dzie­wa­ne­go zna­cze­nia. Sły­szę skar­gę pocz­tó­wek po­ka­zu­ją­cych znisz­cze­nie, ale jed­no­cze­śnie na pla­nie mia­sta za­uwa­żam po dru­giej stro­nie rze­ki Sach­sen­hau­sen, gdzieś wśród na­pi­sów wi­dzę I.G. Far­ben.

Szu­ka­my da­lej. Ulicz­ki wy­pro­wa­dza­ją nas nad Men. Po dru­giej stro­nie od razu do­strze­ga­my strze­li­stą wie­żę ko­ścio­ła Trzech Kró­li, do­kład­nie jak na zdję­ciu Niem­ca. I naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny z mo­stów wi­docz­nych na jego fo­to­gra­fiach - pie­szy most Eiser­ner Steg, o przę­słach zwi­sa­ją­cych bez­sil­nie po bom­bar­do­wa­niu przed­sta­wio­nych na in­nych zdję­ciach z pocz­tó­wek, a te­raz pe­łen tu­ry­stów i z grec­kim na­pi­sem, z któ­re­go ro­zu­miem je­dy­nie sło­wo "pon­ton". Szu­kam jesz­cze Sta­re­go Mo­stu (Alte Brüc­ke), uwiecz­nio­ne­go z ka­te­dral­nej wie­ży. Nie tak ła­two go zna­leźć, bo się nie­co zmie­nił, szcze­gól­nie pro­sta obec­nie środ­ko­wa część - roz­po­zna­ję go po dłu­giej wy­sep­ce cią­gną­cej się wzdłuż dru­gie­go brze­gu.

Szu­kam in­nych ulic, któ­re sfo­to­gra­fo­wał Nie­miec. To chy­ba była ta sama, jed­na, sze­ro­ka ale­ja, któ­rą jeź­dzi­ły tram­wa­je i wzdłuż któ­rej ro­sły drze­wa. Na uli­cy tro­chę prze­chod­niów, na jed­nym ze zdjęć wi­dać sklep fo­to­gra­ficz­ny i ofer­ta: trzy sztu­ki cze­goś (nie wi­dać ca­łe­go na­pi­su) kosz­tu­ją 50 fe­ni­gów. Może to koszt zro­bie­nia od­bi­tek? Jest też na­pis: "Ha­ben Sie Ihre Rol­l­film für den Son­n­tag?" - "Czy już ku­pi­łeś kli­szę na nie­dzie­lę?". Kto wie, może to tu mój Nie­miec sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia i ku­pił kil­ka fil­mów, któ­re po­cię­te spo­czy­wa­ją te­raz w al­bu­mie. Za skle­pem fo­to­gra­ficz­nym inny szyld z na­pi­sem "The­ater" i dużą li­te­rą G - być może to kino? Da­lej zwi­sa duża fla­ga ze swa­sty­ką. Pew­nie jest to gdzieś bli­sko Te­atru Schu­man­na, do któ­re­go fo­to­graf uda­wał się na przed­sta­wie­nie. Z klisz wiem, że cza­sem po dro­dze na wy­stę­py ro­bił zdję­cia. By­ło­by to dość praw­do­po­dob­ne. Te­atr ten znaj­do­wał się na­prze­ciw Dwor­ca Głów­ne­go, więc tam idzie­my. Wy­bie­ra­my Mün­che­ner Stras­se, bo tam­tę­dy jeż­dżą tram­wa­je. Coś się jed­nak nie zga­dza - zbyt wą­ska. Roz­glą­da­my się przy pla­cu dwor­co­wym, ale nie moż­na do­strzec od­po­wia­da­ją­ce­go zdję­ciom miej­sca. Po Te­atrze Schu­man­na ani śla­du, a prze­cież był bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny, po jego bo­kach wid­nia­ły dwie jak­by wie­że. Nic ta­kie­go, na­wet za­adap­to­wa­nych resz­tek bu­dyn­ku te­raz tu nie ma. Na­prze­ciw dwor­ca sze­ro­ka ale­ja, któ­ra na­wet na­zy­wa się od­po­wied­nio: Ka­iser­stras­se, Ce­sar­ska, więc wy­bie­ra­my ją, aby wró­cić do cen­trum. Wca­le nie je­stem pe­wien, czy to ta fo­to­gra­fo­wa­na przez Niem­ca - owszem, drze­wa na­wet są, ale tram­wa­je tędy nie jeż­dżą, a i per­spek­ty­wa uli­cy jest inna. Tu jej wy­lot na wprost nas za­my­ka dwo­rzec, na zdję­ciach ra­czej tak nie jest. Na ra­zie uzna­ję, że to jed­nak Ka­iser­stras­se lub frag­ment zmie­nio­ne­go pla­cu dwor­co­we­go.

Na ko­niec idzie­my do He­la­by. Uda­je się nam - otwar­ta. Wjeż­dża­my na samą górę i te­raz wi­dzi­my cały Frank­furt oraz wszyst­ko da­le­ko wo­kół. Stąd do­pie­ro wi­dać, co się sta­ło ze Sta­rym Mia­stem sprzed lat - więk­szość do­mów jest rze­czy­wi­ście inna, i na­wet w in­nym ukła­dzie niż na sta­rych fo­to­gra­fiach. Obok wiel­kie wy­so­ko­ściow­ce, Men prze­ci­na­ją­cy całe mia­sto, mo­sty, wzgó­rza na ho­ry­zon­cie, o któ­rych roz­ma­wia­łem kie­dyś z Mar­cu­sem, ko­le­gą nie­miec­kim pod­czas oglą­da­nia zdjęć. Wiel­ki wę­zeł ko­le­jo­wy. Słoń­ce wal­czy z nad­cho­dzą­cy­mi ciem­ny­mi chmu­ra­mi, obok ca­łu­je się ja­kaś para... Czu­ję się jak tu­ry­sta - prze­cież nim je­stem - ale prze­nie­sio­ny w cza­sie, mam wra­że­nie, że jed­no­cze­śnie je­stem w obu mo­men­tach i miej­scach. Kie­dyś mój Nie­miec oglą­dał mia­sto z ka­te­dry, bo wte­dy to był głów­ny punkt wi­do­ko­wy. Dziś ta­kim punk­tem jest He­la­ba. Boże, wy­bacz ta­nie po­rów­na­nie, czy to nie współ­cze­sna ka­te­dra?

Dla­cze­go Nie­miec był we Frank­fur­cie? Po­je­chał tam na przed­sta­wie­nie. Wła­śnie do Te­atru Schu­man­na przy­je­cha­ła tru­pa wy­so­kiej kla­sy ak­to­rów cyr­ko­wych, a prze­wo­dził im Ri­vel. Na jed­nym ze zdjęć, na któ­rym pod su­fi­tem szy­bu­ją akro­ba­ci, wi­dać na­pis we wnę­trzu sali: "Ga­st­spiel: Char­lie Ri­vels". W al­bu­mie na kil­ku stro­nach zna­leźć moż­na opis: "3 Ri­vels", co może su­ge­ro­wać, że Nie­miec był aż na trzech przed­sta­wie­niach Ri­ve­la. Po­twier­dza to ko­lej­ność zdjęć: przed­sta­wie­nie, uli­ce, po­tem znów wy­stę­py, ro­bio­ne z nie­co in­nych ujęć. Fo­to­gra­fie utrwa­li­ły przede wszyst­kim gim­na­sty­ków, sztuk­mi­strzów, po­ka­zy na ko­niu, ale głów­ną atrak­cją spek­ta­klu były wy­stę­py klow­nów, bar­dzo śmiesz­ne, no wy­trzy­mać ze śmie­chu nie moż­na, kie­dy któ­re­muś z nich spa­dły spodnie, co tak­że uchwy­cił nasz Nie­miec. Albo prze­bie­ran­ki pa­nów za pa­nie! Jed­nym z klow­nów jest Ri­vel. Rze­czy­wi­ście bar­dzo zna­na wte­dy po­stać, znaj­du­ję jego zdję­cia w prze­bra­niu klow­na na in­ter­ne­to­wych duń­skich i szwedz­kich stro­nach. Pa­mięć o nim jest wciąż żywa, jak się prze­ko­nu­ję, śle­dząc te ma­te­ria­ły, choć oczy­wi­ście nie znam ję­zy­ków skan­dy­naw­skich.

Przed­sta­wie­nia chy­ba były łą­czo­ne: nie tyl­ko cyrk, lecz tak­że coś wię­cej, ta­niec, może ja­kieś śpie­wy. Na nie­któ­rych klat­kach tań­czy ucha­rak­te­ry­zo­wa­na para, ta­niec wy­glą­da na am­bit­ny: mi­mów, a może eg­zo­tycz­nych go­ści. Kil­ka tań­ców było na pew­no ro­syj­skich, de­ko­ra­cje, dziew­czy­ny w przy­sia­dach ko­za­ka, gołe nogi, ale cza­pecz­ki ro­syj­skie, tak, to mu­sia­ło po­ry­wać wi­dow­nię. I pięk­ne gim­na­stycz­ki, jed­na w maj­tecz­kach w gwiazd­ki, prze­wró­co­na na ple­cy wy­trzy­mu­je na swo­ich no­gach cię­żar dwóch ro­słych męż­czyzn.

Te­atr Schu­man­na był ide­al­nym miej­scem dla ta­kich wy­stę­pów, spe­cja­li­zo­wał się w tego typu przed­sta­wie­niach. Zbu­do­wa­ny w sty­lu art no­uve­au w 1905 roku, jak in­for­mu­je Alt­Frank­furt, miał 18-me­tro­wą ko­pu­łę i 5000 miejsc sie­dzą­cych. Z dwóch stron wie­że, "Zir­kus Schu­mann" (uży­wa­no onu nazw: te­atr i cyrk) sto­ją­cy obok ho­te­lu "Carl­ton", wy­róż­niał się wśród in­nych bu­dyn­ków na pla­cu przed Dwor­cem Głów­nym. Dla­cze­go nie mo­gli­śmy go tam od­na­leźć? Prze­cież prze­trwał woj­nę, nie­co uszko­dzo­ny, ale na zdję­ciach z koń­ca lat czter­dzie­stych moż­na zo­ba­czyć miesz­czą­cy się tam ame­ry­kań­ski klub Czer­wo­ne­go Krzy­ża, jesz­cze oko­ło roku 1950 na­zy­wa­ny "Schu­mann Club". Do­pie­ro na stro­nie in­ter­ne­to­wej przed­sta­wia­ją­cej eu­ro­pej­skie bu­dyn­ki cyr­ko­we znaj­du­ję od­po­wiedź: na miej­scu cyr­ku sta­nę­ła no­wo­cze­sna, prze­szklo­na bry­ła. Te­raz wiem. Wi­dzia­łem ją tam, za in­nym ta­kim bu­dyn­kiem. Jest dla mnie ni­ja­ka, więk­szy Ce­det war­szaw­ski, ale bez wdzię­ku. Szko­da. Ze sta­rych pocz­tó­wek do­wia­du­ję się jed­nak, że po­bli­ską Ka­iser­stras­se jeź­dzi­ły tram­wa­je. Więc chy­ba do­brze wy­bra­li­śmy tra­sę.

Jesz­cze chwi­lę. Ten Ri­vel. Czy był Skan­dy­na­wem? To by tłu­ma­czy­ło fa­scy­na­cję duń­skich i szwedz­kich in­ter­nau­tów. Nie lu­bię cyr­ku, prze­bie­ra­nek, gim­na­stycz­nych po­pi­sów, tre­su­ry i głu­pich dow­ci­pów. Jed­nak­że w mia­rę od­naj­dy­wa­nia co­raz to no­wych ma­te­ria­łów o Ri­ve­lu, czy­tam je z co­raz więk­szą uwa­gą. Choć Deut­sche Fo­to­thek z Dre­zna po­da­je, że był Fran­cu­zem, był bez wąt­pie­nia Ka­ta­loń­czy­kiem. Uro­dził się 23 kwiet­nia 1896 roku w Cu­bel­las, zmarł 26 lip­ca 1983 roku w Bar­ce­lo­nie, na­praw­dę na­zy­wał się Jo­sep An­dreu i. Las­ser­re, był sy­nem ar­ty­stów cyr­ko­wych Pe­dro An­dreu i Ma­rie-Lo­uise Las­ser­re i miał czte­rech bra­ci. W 1907 roku wstą­pił do cyr­ku Lam­bert w Pa­ry­żu i od­tąd za­czę­ła się jego dłu­ga ka­rie­ra. Oko­ło 1934 roku utwo­rzył tru­pę "The Ri­vels", to z nią mu­siał być we Frank­fur­cie. W 1943 wy­stę­po­wał w No­rym­ber­dze, pod­czas gdy mia­sto było bom­bar­do­wa­ne. W wie­lu pu­bli­ka­cjach na­zy­wa­ny jest "wiel­kim", zna­lazł się na li­ście naj­sław­niej­szych Ka­ta­loń­czy­ków, jego fani ist­nie­ją wszę­dzie na świe­cie, or­ga­ni­zu­je się fe­sti­wa­le Ri­ve­la. Sprze­da­je się kart­ki pocz­to­we z jego po­do­bi­zną. To on wy­stę­po­wał w fil­mie Klow­ni Fel­li­nie­go w 1970 roku. To on miał wnu­ka Ben­ny'ego Schu­man­na, też zna­ne­go cyr­kow­ca, okre­śla­ne­go jako Duń­czyk (więc mamy tu i Schu­man­na, i Skan­dy­na­wów). Pi­sze się o nim re­fe­ra­ty. Pol­ska bro­szu­ra In­ter­ho­me'u za­chwa­la je­den z do­mów w Cu­bel­les: "Ba­sen z pod­no­śni­kiem dla osób nie­peł­no­spraw­nych. Dom przy­sto­so­wa­ny jest dla osób nie­peł­no­spraw­nych. W mie­ście uro­dził się Char­lie Ri­vel. Dro­ga lo­kal­na [...]". No tak, każ­dy wie, kto to był Char­lie Ri­vel, tyl­ko nie ja.

Te­raz już wiem. Char­lie po­znał kie­dyś, w 1910 roku, Char­lie­go Cha­pli­na. Ten za­in­spi­ro­wał go, po­dob­no w przed­sta­wie­niach z tym sa­mym li­ry­zmem przed­sta­wiał miej­skie­go tram­pa, był, jak to ktoś okre­ślił, Char­liem Cha­pli­nem cyr­ku. Cy­tu­je się jego po­wie­dze­nia: "Aby zro­zu­mieć klow­na, trze­ba być do­brym czło­wie­kiem" i "Każ­dy jest klow­nem, ale tyl­ko nie­wie­lu ma od­wa­gę to oka­zać". Nie lu­bię cyr­ku. Ale może war­to było pójść trzy razy do Te­atru Schu­man­na? Może te­raz war­to obej­rzeć Klow­nów Fel­li­nie­go? Spró­bu­ję.

Tym­cza­sem wy­ru­sza­my z Jolą w dal­szą część wiel­ka­noc­nej po­dró­ży. Z Frank­fur­tu le­ci­my na Sy­cy­lię.

TAO­R­MI­NA

Na kil­ku­na­stu stro­nach w for­ma­cie A4 wy­dru­ko­wa­łem zdję­cia po­cho­dzą­ce z Sy­cy­lii. Wie­dzia­łem, że mój Nie­miec tam był, gdyż w opi­sach zna­la­złem sło­wa: "Tao­r­ni­na" (tak pi­sze się cza­sem w Niem­czech o Tao­r­mi­nie: "Tao­r­ni­na - Aben­teu­erur­laub"), a tak­że "Aet­na". Po po­rów­na­niu zdjęć z prze­wod­ni­ków Etnę zna­la­złem w al­bu­mie sto­sun­ko­wo ła­two. Trud­niej było z Ka­ta­nią, do­kąd przy­pły­nę­ła "Mon­te Rosa" - do­pie­ro strze­la­jąc tro­chę na chy­bił tra­fił: Pa­ler­mo, Mes­sy­na, Ka­ta­nia, od­kry­łem na stro­nie in­ter­ne­to­wej Ka­ta­nii cha­rak­te­ry­stycz­ny most. Z klisz uda­ło mi się uło­żyć se­kwen­cję przed­sta­wia­ją­cą przy­by­cie i po­byt na wy­spie. Roz­po­czy­na ją Etna wi­docz­na od stro­ny mo­rza - wiel­ka ośnie­żo­na góra. Na ko­lej­nych zdję­ciach trwa­ją przy­go­to­wa­nia do lą­do­wa­nia. Pa­sa­że­ro­wie wsia­da­ją do ło­dzi, któ­re do­pły­wa­ją do por­tu w Ka­ta­nii. Wi­dać most przez dłu­gość ca­łe­go por­tu i li­mu­zy­ny cze­ka­ją­ce na przy­by­łych. Lina w ręku ma­ry­na­rza na ło­dzi, po­tem już wi­dok na port z mola. I od razu zmia­na: na­stęp­na klat­ka po­ka­zu­je wspi­na­ją­cą się w górę ścież­kę ze stop­nia­mi z ka­mie­ni, obok mur­ki z do­ni­ca­mi, da­lej mia­sto i wul­kan. Przy ścież­ce kak­tu­sy, na ścież­ce grud­ki oślich od­cho­dów. Ko­lej­ne uję­cia co­raz wy­żej, wresz­cie ru­iny, wiem z prze­wod­ni­ków, że to po­ło­żo­ne nad mia­stem reszt­ki te­atru grec­kie­go. Kil­ka ko­lej­nych zdjęć zro­bio­nych w te­atrze. Mu­siał zro­bić na fo­to­gra­fie wra­że­nie, zresz­tą wi­dok jest dość nie­zwy­kły, bo w tle wi­dać wciąż ośnie­żo­ną górę. Po­tem na­gle uli­ca, któ­rą jadą wozy cią­gnię­te przez osioł­ki i wi­do­ki ja­kichś ruin oraz ka­mien­nych ko­ścio­łów.

Jest kwie­cień 2006 roku i ja też wi­dzę Etnę. Pi­lot za­po­wia­da, że wkrót­ce zo­ba­czy­my Sy­cy­lię, i rze­czy­wi­ście naj­pierw po­ja­wia się brzeg, a nie­dłu­go po­tem wy­ła­nia się wiel­ki za­śnie­żo­ny szczyt. Prze­ży­wam wzru­sze­nie po­dob­ne temu, któ­re za­pew­ne ogar­nę­ło po­dróż­nych "Mon­te Rosy" sie­dem­dzie­siąt lat temu. Lą­du­je­my na lot­ni­sku w Ka­ta­nii, po­tem au­to­bus biu­ra po­dró­ży za­bie­ra nas do Tao­r­mi­ny, gdzie mam wraz z Jolą spę­dzić Wiel­ka­noc i kil­ka dni po niej. Nie­trud­no zgad­nąć, dla­cze­go wła­śnie tu! W do­dat­ku po wi­zy­cie we Frank­fur­cie i po­szu­ki­wa­niach Sa­al­gas­se, ka­te­dry i mo­stów.

Po­go­da jest świet­na. Jesz­cze tego sa­me­go dnia idzie­my do mia­sta, jak pi­szą prze­wod­ni­ki, bar­dzo mod­ne­go, ele­ganc­kie­go i za­tło­czo­ne­go w se­zo­nie. Już te­raz wi­dać spo­ro lu­dzi, część z nich to Wło­si, któ­rzy tu przy­je­cha­li na świę­ta, ale jest już dużo ob­co­kra­jow­ców, a wśród nich naj­wię­cej jest Niem­ców. Tłum prze­le­wa się mię­dzy Bra­mą Me­syń­ską a Bra­mą Ka­tań­ską, głów­nym dep­ta­kiem mia­sta, Cor­so Umber­to. Co cie­ka­we jed­nak, ja­koś nie czuć at­mos­fe­ry świąt. Więk­szość tra­dy­cyj­nych pro­ce­sji i po­cho­dów od­by­wa się przed Wiel­ka­no­cą, same świę­ta są spo­koj­ne i po­zba­wio­ne zna­nej u nas sym­bo­li­ki. W kil­ku ko­ścio­łach wy­sta­wio­no przed oł­ta­rza­mi do­ni­ce z zie­lo­ną traw­ką i to wszyst­ko. Nie­dłu­go po wej­ściu na Cor­so Umber­to za­uwa­ża­my dro­go­wskaz do te­atru grec­kie­go. Są­dząc z tre­ści prze­wod­ni­ka, po­wi­nien on się znaj­do­wać nie­co poza mia­stem. Li­czy­łem się na­wet z dłuż­szą wy­ciecz­ką pie­szą, ale ku na­szej ra­do­ści, jest on tuż tuż, ja­kieś dwie­ście, trzy­sta me­trów od głów­nej uli­cy, bra­ma, opła­ta za wej­ście - i już! Sza­le­ję. Bie­gam z apa­ra­tem i ro­bię masę zdjęć. Wi­dok jest wspa­nia­ły, ko­lum­ny te­atru, wi­dow­nia, w od­da­li Etna, po­ni­żej mo­rze. Samo mia­sto jest na wzgó­rzu, a te­atr jest pięk­nie po­ło­żo­ny. Gre­cy lu­bi­li bu­do­wać te­atry w od­po­wied­niej sce­ne­rii. Mam przy so­bie zdję­cia Niem­ca. Wszyst­ko się zga­dza, te same frag­men­ty ruin, te same wi­do­ki. Po­ka­zu­je­my so­bie miej­sca, z któ­rych fo­to­gra­fo­wał - o tam, to wy­brze­że w kie­run­ku Me­sy­ny, tu na dole, ten sam bu­dy­nek, te­raz jest w nim ho­tel, przy­by­ło tro­chę drzew. Jed­ne­go zdję­cia nie mo­że­my zro­bić, bo wej­ście na plat­for­mę jest za­mknię­te, po­dob­no po ja­kimś trzę­sie­niu zie­mi. Sie­dem­dzie­siąt lat temu na mur­ku przy tej plat­for­mie sie­dzia­ły tu­ryst­ki z "Mon­te Rosy". Obok ska­ła przy­kry­ta jest siat­ką i ob­sa­dzo­na drze­wa­mi oraz kak­tu­sa­mi. Kie­dyś tam była ścież­ka, te­raz jest nie­co prze­su­nię­ta. Na mię­si­stych, ko­li­stych frag­men­tach kak­tu­sów, tak jak kie­dyś, lu­dzie wy­dra­pu­ją swo­je imio­na, ser­dusz­ka i daty.

Po­ni­żej te­atru nie moż­na ła­two zejść, są tam ho­te­le i wła­sność pry­wat­na. "En­tra­to Vie­ta­to" czy coś po­dob­ne­go, w każ­dym ra­zie przej­ście za­bro­nio­ne. Więc znaj­du­je­my tyl­ko po­dob­ne dróż­ki do tej, któ­rą wspi­na­li się Niem­cy w 1935 roku.

Pod­czas obia­du w cie­niu drzew po­ma­rań­czo­wych py­tam kel­ne­ra, gdzie może być miej­sce przed­sta­wio­ne na fo­to­gra­fii z wo­za­mi cią­gnię­ty­mi przez osioł­ki. Po­win­no być ła­twe do iden­ty­fi­ka­cji, bo za wo­zem wi­dać dro­go­wskaz do Ca­stel­mo­la oraz do po­bli­skie­go ko­ścio­ła. Na zdję­ciu moż­na do­strzec, że dla nie­miec­kich tu­ry­stów wi­dok osioł­ków i wo­zów mu­siał być dużą atrak­cją - z boku, za drze­wem czai się z apa­ra­tem ko­lej­ny fo­to­graf. Kel­ner pa­trzy przez chwi­lę na zdję­cie i wska­zu­je kie­ru­nek: to jest uli­ca po­wy­żej Cor­so Umber­to, rów­no­le­gła do niej. Po czym w ogó­le nie wy­da­je resz­ty, ale mu da­ru­ję. W koń­cu do­wie­dzia­łem się, cze­go chcia­łem. Po po­sił­ku od razu idzie­my na po­szu­ki­wa­nie osioł­ków. Nie, oczy­wi­ście nie znaj­du­je­my żad­ne­go, za to spo­ro sa­mo­cho­dów i mo­to­cy­kli. Miej­sce z fo­to­gra­fii znaj­du­je­my ła­two. Są i dro­go­wska­zy kie­ru­ją­ce na ścież­kę w górę, tro­chę zmie­nio­ne. Mó­wią tym ra­zem o dro­dze krzy­żo­wej, ale to to samo przej­ście. A na­wet wy­da­je się, że drze­wo, za któ­rym cho­wał się fo­to­graf, tro­chę się roz­ro­sło, ale stoi w tym sa­mym miej­scu! Wcho­dzi­my na ścież­kę i za­raz od­kry­cie: Nie­miec też tędy szedł - to stąd zro­bił kil­ka in­nych zdjęć. Mo­że­my roz­po­znać miej­sca. Ścież­ka mu­sia­ła tro­chę zmie­nić bieg i na­wet wi­dać któ­rę­dy szła daw­niej; ja ta­kie­go zdję­cia zro­bić nie mogę, ro­bię za to po­dob­ne. Roz­po­zna­ję wie­żę ko­ścio­ła. Cie­ka­we, kie­dyś na wie­ży był krzyż, a te­raz go nie ma. Nie mogę tak­że zna­leźć bu­dyn­ku przed ko­ścio­łem, Na­stęp­ne­go dnia py­tam o to w re­stau­ra­cji, któ­rej ścia­ny wła­ści­ciel ob­wie­sił sta­ry­mi fo­to­gra­fia­mi, a tak­że w re­cep­cji na­sze­go ho­te­li­ku. Krzy­ża nie ma od cza­sów woj­ny. W 1943 roku Ame­ry­ka­nie zdo­by­li Sy­cy­lię, to­czy­ły się wal­ki, były bom­bar­do­wa­nia. Ple­ba­nia za ko­ścio­łem zo­sta­ła znisz­czo­na, krzy­ża na wie­ży nie ma do tej pory - spe­cjal­nie - jak wy­ja­śnia wła­ści­ciel re­stau­ra­cji, któ­re­go twarz na­gle tward­nie­je.

Tym­cza­sem wcho­dzi­my co­raz wy­żej, pra­wie na szczyt. Do­cho­dzi­my do ko­ściół­ka pod we­zwa­niem Mat­ki Bo­skiej del­la Roc­ca, obec­nie za­mknię­te­go. Obok stoi duży krzyż wi­docz­ny da­le­ko. Jesz­cze wy­żej ru­iny zam­ku Sa­ra­ce­nów, ale wstę­pu nie ma, furt­ka za­mknię­ta, a fur­tian miesz­ka­ją­cy w po­bli­żu chy­ba w nie­naj­lep­szym na­stro­ju nie wpusz­cza do środ­ka ani nas, ani ja­kiejś pary z ple­ca­ka­mi, ani dwoj­ga Ja­poń­czy­ków. Ro­bi­my więc zdję­cia i scho­dzi­my ni­żej do ta­wer­ny "Pod Sa­ra­ce­nem", gdzie pi­je­my za­słu­żo­ny kie­li­szek wina. Z tego miej­sca jest pięk­ny wi­dok na kil­ka stron świa­ta, i wi­dać da­le­ko mo­rze, wzgó­rza, Etnę, a bli­żej mia­stecz­ko cia­sno przy­cup­nię­te na wy­nio­słej ska­le: Ca­stel­mo­la. Bę­dzie­my tam póź­niej, in­ne­go dnia. To tam pro­wa­dził dro­go­wskaz na dole. Rze­czy­wi­ście, na­zwa nie kła­mie, są tam też ru­iny zam­ku.

To nie­sa­mo­wi­te, że wła­ści­wie wszyst­kie miej­sca sfo­to­gra­fo­wa­ne przez Niem­ca uda­ło się nam zna­leźć w cią­gu jed­ne­go dnia. Kie­dy o tym my­ślę, cze­goś mi jed­nak bra­ku­je. ON zro­bił te zdję­cia, ale dla­cze­go nie zro­bił in­nych, na przy­kład ta­kich, któ­re ja cy­ka­łem idąc pod górę. Tam aż się pro­si­ło o kil­ka kla­tek wię­cej. Może zro­bił?... Od­po­wiedź znaj­du­ję do­pie­ro po po­wro­cie, gdy mogę to spraw­dzić. Tak! Mam dzie­więć zdjęć wię­cej! Wcze­śniej nie wie­dzia­łem, że to Sy­cy­lia, po­dej­rze­wa­łem oko­li­ce Ne­apo­lu. Te­raz wi­dzę chłop­ca z pa­ra­so­lem (to pew­nie Gu­en­ther i mu­sia­ło być desz­czo­wo), jak zbie­ra kwia­ty na zbo­czu po­ni­żej ko­ściół­ka Mat­ki Bo­skiej. I sam ko­śció­łek, te­raz go roz­po­zna­ję. A ten mło­dy męż­czy­zna ro­bią­cy zdję­cia ze ska­ły, to pew­nie z ruin zam­ku Sa­ra­ce­nów, wi­docz­nie wte­dy wpusz­cza­no tam tu­ry­stów. Po­tem po­si­łek - spa­ghet­ti - cie­ka­we gdzie, może na­wet tam, gdzie pi­li­śmy wino. Roz­po­zna­ję też wi­do­ki i ska­ły...

Na­stęp­ne dni po­chło­nę­ły inne wy­ciecz­ki, tak­że na Etnę, z któ­rej są­czy­ły się wul­ka­nicz­ne opa­ry i do któ­rej kra­te­rów moż­na dziś do­je­chać je­epa­mi. Ale po­tem mamy jesz­cze jed­ną rzecz do za­ła­twie­nia - Ka­ta­nię. Je­dzie­my do niej zwy­kłym au­to­bu­sem. Wra­że­nie nie­zbyt przy­jem­ne - gwar­ne, za­tło­czo­ne, ha­ła­śli­we i za­nie­dba­ne mia­sto, cho­ciaż cie­ka­we, z wie­lo­ma za­byt­ka­mi i pla­cem, przy któ­rym stoi ka­te­dra Świę­tej Aga­ty. To jej ko­pu­łę uchwy­cił na zdję­ciu mój Nie­miec. Opo­dal, przy szko­le, koło za­byt­ko­wych ruin leżą zu­ży­te strzy­kaw­ki. Na uli­cach tro­chę tu­ry­stów, naj­więk­sza wy­ciecz­ka, któ­rą spo­ty­ka­my to Pol­skiej Mi­sji Ka­to­lic­kiej z Nie­miec. Po­zdra­wia­my ro­da­ków i ru­sza­my da­lej.

W por­cie ba­ła­gan i nie­zbyt pięk­nie. Wiel­kie pro­my i stat­ki, do któ­rych trud­no dojść, bo do­stęp blo­ku­ją cię­ża­rów­ki i te­re­ny woj­sko­we. Pró­bu­ję dojść do mola, aby zro­bić zdję­cie mo­stu, koło któ­re­go przy­bi­ła sza­lu­pa z "Mon­te Rosy" i od razu zda­ję so­bie spra­wę, co się sta­ło. Most jest. Jest to most ko­le­jo­wy, po któ­rym jeż­dżą po­cią­gi. Ale pod nim nie ma wody. Zie­mia, cię­ża­rów­ki. Woda kil­ka­set me­trów da­lej w kie­run­ku mo­rza. Ktoś nam wy­ja­śnia - tak, Ame­ry­ka­nie prze­su­nę­li kie­dyś port. A pod mo­stem te­raz od­by­wa­ją się tar­gi ryb­ne.

Ostat­nie­go dnia po­by­tu wy­bie­ra­my się na spa­cer, aby obej­rzeć Iso­la Bel­la - pięk­ną wy­spę nie­da­le­ko na­sze­go ho­te­lu. Prze­cho­dzi­my przez inny ho­tel, da­lej przej­ście jest za­gro­dzo­ne. Sta­je­my nie­zde­cy­do­wa­ni przy ba­rze na wol­nym po­wie­trzu, przy któ­rym ni­ko­go nie ma, gdy na­gle sie­dzą­cy przy sto­li­ku męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze za­czy­na wo­łać ob­słu­gę: "Pań­stwo cze­ka­ją!". Za­ma­wia­my kawę i wy­wią­zu­je się roz­mo­wa. Gio­van­ni oka­zu­je się wła­ści­cie­lem tego ho­te­lu, a tak­że dwóch in­nych w oko­li­cy. Na wieść o tym, że je­ste­śmy z Pol­ski, przy­no­si ra­chu­nek z ho­te­lu "Re­gi­na" na No­wym Mie­ście w War­sza­wie i za­czy­na wspo­mi­nać swój po­byt w Pol­sce. Nie­ła­two co praw­da się z nim po­ro­zu­mieć, bo nie mówi po an­giel­sku ani fran­cu­sku. Mam przy so­bie zdję­cia Niem­ca, po­ka­zu­ję mu je.

- Ja wiem, kto te zdję­cia zro­bił! Nie­miec, oczy­wi­ście - pa­trzy na fo­to­gra­fię wo­zów z osioł­ka­mi - tak, to ty­po­we. To ba­ron von Glo­eden!

- No nie - mó­wię - to chy­ba nie on.

Już za­uwa­ży­łem w mie­ście kil­ka zdjęć ba­ro­na. Był on fo­to­gra­fem i ho­mo­sek­su­ali­stą, któ­ry osie­dlił się w Tao­r­mi­nie przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą. Za­sły­nął zdję­cia­mi na­gich chłop­ców, któ­rych po­zo­wał na fau­nów i boż­ków, ero­tycz­ny­mi fo­to­gra­fia­mi, któ­re po­tem Mus­so­li­ni ka­zał znisz­czyć. Zo­sta­ły tyl­ko te, któ­re były w zbio­rach pry­wat­nych. Ba­ron przy­czy­nił się do po­pu­lar­no­ści mia­sta. Na­wet ce­sarz go­ścił tam czę­ścio­wo w wy­ni­ku jego re­ko­men­da­cji. Zmarł jed­nak na dłu­go przed 1935 ro­kiem, nie ma mowy, żeby mój Nie­miec był ba­ro­nem, choć­by z tego po­wo­du. Ale nasz go­spo­darz po­wta­rza "Von Glo­eden!", więc da­lej się nie kłó­cę. Zresz­tą Gio­van­ni jest bar­dzo miły, wy­mie­nia­my wi­zy­tów­ki i wpusz­cza nas na pla­żę przy Iso­la Bel­la. Że­gna­my się ser­decz­nie.

Pró­bo­wa­łem so­bie wy­obra­zić mo­je­go Niem­ca wśród go­ści ho­te­lu. Mia­łem kło­pot, bo na zdję­ciach zwy­kle jest w gar­ni­tu­rze i ma sta­ro­mod­ne oku­la­ry. Więc jak to by było: oto on wcho­dzi z Fri­dą na ko­la­cję, sia­da­ją przy sto­li­ku obok, na przy­kład tam, gdzie sie­dzi inna ro­dzi­na nie­miec­ka, albo da­lej, tam gdzie nie­co star­szy pan z żoną, tak­że Nie­miec, ro­bią­cy do mnie cza­sem po­ro­zu­mie­waw­cze oko. Nie, nie pa­su­je. Pew­ne­go dnia po­ja­wił się jed­nak ktoś bar­dzo do mo­je­go Niem­ca fi­zycz­nie po­dob­ny. Już wiem, tak mo­gło­by być. Ta­kim ON mógł­by być. Ten dzi­siej­szy Nie­miec nie był jed­nak sym­pa­tycz­ny, był chłod­ny i izo­lu­ją­cy się. Ten mój, wie­rzę, był­by chy­ba inny.

NA KSIĘ­ŻY­CU

Bar­ce­lo­na

"Mon­te Rosa" do­pły­wa do por­tu. Pa­sa­że­ro­wie jesz­cze sie­dzą na le­ża­kach i roz­ma­wia­ją w gru­pach. Na­gle po­ru­sze­nie - po­ja­wia się sa­mo­lot, a może wod­no­płat, leci ni­sko, prze­la­tu­jąc tuż obok stat­ku. I już po­ja­wia się port - sto­ją­ce przy na­brze­żach stat­ki, to­wa­ro­we, pa­sa­żer­skie. Wy­sia­da­my: zdję­cie po­ka­zu­je bur­tę "Mon­te Rosy" i ko­bie­cą syl­wet­kę za po­wią­za­ny­mi ło­dzia­mi po­mię­dzy stat­kiem a brze­giem. W tle góra z ja­kąś bu­dow­lą. Te­raz zdję­cia z wy­so­ka: port, ża­glów­ki, ja­kaś dziw­na kon­struk­cja z ce­bu­lo­wym da­chem i zdję­cia "Mon­te Rosy": po­kład, sza­lu­py, świet­ne zdję­cia. Fri­da pa­trzą­ca na górę wi­docz­ną wcze­śniej. Wresz­cie mia­sto. Wy­star­czy je­den rzut oka, abym je roz­po­znał. To Bar­ce­lo­na - wi­dzę po­mnik Ko­lum­ba, ciem­niej­sze Las Ram­blas wi­ją­ce się w kie­run­ku mo­rza, wie­że ko­ścio­łów. Kie­dyś już tu by­łem. Wiem. Góra, na któ­rą pa­trzy­ła Frie­del, to Mon­tju­?c. Szu­kam dal­szych zdjęć. Przy bur­cie "Mon­te Rosy" sto­ją li­mu­zy­ny za­peł­nio­ne ludź­mi. Te­raz wiem, że to wy­ciecz­ka. Pod­czas ska­no­wa­nia, pa­trząc na to zdję­cie, mia­łem wra­że­nie, że może uczest­ni­czę w ja­kiejś fe­cie: ele­ganc­kie, otwar­te auta, prze­cho­dzą­cy obok lu­dzie - może ochro­na? - może to coś ofi­cjal­ne­go, może to Wło­chy, to może gdzieś tu ten Mus­so­li­ni. Te­raz oka­zu­je się, że nie. Zdję­cia ukła­da­ją się lo­gicz­nie. Przy­jazd do Bar­ce­lo­ny, a te­raz wy­jazd do mia­sta. Do­kąd? Na­stęp­ne zdję­cie to dwie fi­gu­ry świę­tych z księ­ga­mi - pew­nie ewan­ge­li­ści. Styl wy­glą­da na go­tyc­ki, ale zdję­cie jak­by przy­pad­ko­we. No, chy­ba że są dal­sze; tu jed­nak kli­sza się koń­czy.

Szu­kam in­nych zdjęć. Sko­ro to Bar­ce­lo­na, to może to skrzy­żo­wa­nie jest wła­śnie tu­taj? A ta sala, w któ­rej od­by­wa się wła­śnie ja­kieś przed­sta­wie­nie, gdzie nad kur­ty­ną za­wie­szo­no na­pi­sy w ję­zy­ku hisz­pań­skim? A ho­tel "Co­lón" - czy ja przy­pad­kiem nie wi­dzia­łem ta­kie­go ho­te­lu w tym mie­ście? Już wcze­śniej, pod­czas ska­no­wa­nia, zwró­ci­łem na nie­go uwa­gę. Zdję­cie zro­bio­no w ogród­ku ka­wiar­nia­nym przed ho­te­lem. Na mar­ki­zach od tej stro­ny na­zwę ho­te­lu wi­dać od­wrot­nie. Przy­po­mi­nam so­bie, że mu­sia­łem wte­dy spraw­dzić, czy kli­sza nie jest od­wró­co­na.

I jesz­cze jed­no. Je­śli to Bar­ce­lo­na, to to wy­ja­śnia księ­ży­co­we ob­ra­zy. Se­kwen­cję zdjęć po­ka­zu­ją­cych ska­ły i nie­sa­mo­wi­ty wi­dok w dół. Da­le­ki ho­ry­zont, gdzieś ni­sko po­skrę­ca­ne for­my wła­śnie jak na księ­ży­cu. Naj­pierw my­śla­łem, że to może któ­ryś z wul­ka­nów we Wło­szech, ale obłe ska­ły coś mi przy­po­mi­na­ły. Tak, to Mont­ser­rat. Kil­ka lat temu by­łem tam przez parę go­dzin na krót­kiej wy­ciecz­ce. Ro­bi­li­śmy zdję­cia, od­naj­du­ję je i wiem - to na pew­no tam. Fakt, że nie­miec­kie zdję­cia są w se­pii, po­głę­bił wra­że­nie nie­zwy­kło­ści. Mogę te­raz po­łą­czyć film z Bar­ce­lo­ny z fil­mem z Mont­ser­rat. Wi­dzę ko­lej­ne uję­cie. Wy­ciecz­ka li­mu­zy­na­mi prze­jeż­dża przez mia­stecz­ka, ulicz­ki, lu­dzie zgro­ma­dze­ni przed ja­kimś skle­pem, w dali wi­dok gór. Po­tem już w gó­rach, na jed­nym ze zdjęć roz­po­zna­ję klasz­tor, ska­ły, dziel­na Fri­da w su­kien­ce i ka­pe­lu­szu ma­sze­ru­ją­ca gór­ską ścież­ką. Wa­go­nik ko­lej­ki li­no­wej. Jest jesz­cze jed­no zdję­cie, któ­re moż­na po­wią­zać z Bar­ce­lo­ną: bu­dy­nek, nad wej­ściem na­pis "Mu­seu d'Art..." - resz­tę za­sła­nia pal­ma. Nad okna­mi ma­lo­wa­ne de­ko­ra­cje.

Pod ko­niec maja 2006 roku nie mogę uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście: wy­jeż­dżam służ­bo­wo do miej­sco­wo­ści koło Bar­ce­lo­ny. Roz­sze­rzam po­byt na pry­wat­nie opła­co­ne dwa dni week­en­du, tak jak przy po­przed­nich wy­jaz­dach dru­ku­ję zdję­cia Niem­ca z obu se­kwen­cji w for­ma­cie A4 i jadę. Chcę spraw­dzić kil­ka miejsc: port, skrzy­żo­wa­nie, ho­tel "Co­lón", mu­zeum ("Mu­seo d'Art..."), może się uda na­wet po­je­chać znów do Mont­ser­rat... Wła­śnie, je­śli tak, to do­brze by­ło­by zna­leźć mia­stecz­ko, w któ­rym ko­lum­na li­mu­zyn za­trzy­ma­ła się na chwi­lę. Gdzie to mo­gło być? Bio­rę mapę i włą­czam In­ter­net. Spraw­dzam wszyst­kie miej­sco­wo­ści po dro­dze wzdłuż star­szej dro­gi (prze­cież nie będę spraw­dzał au­to­stra­dy!) mię­dzy Bar­ce­lo­ną a Mont­ser­rat i po­rów­nu­ję ze zdję­cia­mi, któ­re znaj­du­ję w In­ter­ne­cie. Tar­ra­go­na? - nie, za da­le­ko. Na jed­nym ze zdjęć Niem­ca roz­po­zna­ję prze­jazd ko­le­jo­wy, więc mu­sie­li prze­je­chać przez tory. Znaj­du­ję dwa ta­kie miej­sca, co le­piej lo­ka­li­zu­je szu­ka­ne mia­stecz­ko. Może Ole­sa de Mont­ser­rat? Ale nie, stąd ma­syw wi­dać pod ką­tem, in­a­czej niż na zdję­ciu. A może Espar­re­gu­era? Ser­ce bije moc­niej - tak, to tu. Na fo­to­gra­fii Niem­ca jest frag­ment ko­ścio­ła, mu­rek i Mont­ser­rat w ca­łej oka­za­ło­ści. Na in­ter­ne­to­wej stro­nie Espar­re­gu­ery od­naj­du­ję ko­ściół w ca­ło­ści, ten sam, i ma­syw wła­śnie z tej per­spek­ty­wy. Już wiem: może nie do­ja­dę do sa­mych gór, ale do tego mia­stecz­ka na pew­no.

Do Bar­ce­lo­ny do­tar­łem w so­bo­tę po po­łu­dniu. Wy­sia­dłem z me­tra na Pas­se­ig de Gracia z taką my­ślą, aby idąc w dół w kie­run­ku Ram­blas i mo­rza, pa­trzeć na skrzy­żo­wa­nia i ho­te­le. Bar­ce­lo­na ma bar­dzo re­gu­lar­ny układ ulic, geo­me­trycz­ne pro­sto­ką­ty prze­ci­na na skos Dia­go­na­le, czy­li Ale­ja Prze­kąt­na, któ­ra rze­czy­wi­ście jest taką prze­kąt­ną w tej dro­go­wej sie­ci. Na sta­rej fo­to­gra­fii wi­dać skrzy­żo­wa­nie dwóch du­żych alei, więc po­wi­nie­nem brać pod uwa­gę wiel­kie, sze­ro­kie uli­ce w ro­dza­ju Ram­bla de Ca­ta­lu­nya, Pas­se­ig de Gracia, Gran Via, Dia­go­na­le. Gdy do­cho­dzę do fon­tan­ny przy Gran Via, z da­le­ka wi­dzę tył po­mni­ka. Po­dob­nie jak na zdję­ciu sprzed sie­dem­dzie­się­ciu lat, jed­nak pod­sta­wa wy­glą­da na węż­szą. Idę spraw­dzić, po­rów­nu­ję z od­bit­ką. Duży dom z le­wej stro­ny wy­glą­da na do­kład­nie taki sam. Dom z pra­wej stro­ny, pół­ko­li­sty od stro­ny skrzy­żo­wa­nia i z na­pi­sem "Co­me­dia" mógł­by być tym sprzed lat za­sło­nię­tym pło­tem i z du­ży­mi afi­sza­mi. Po­mnik mniej wię­cej w do­brym miej­scu, ale pro­por­cje nie te, może zmie­nio­ny? Spraw­dzam, kogo wy­obra­ża - Bar­ce­lo­na a Güell y Fer­rer. Juan Güell y Fer­rer był ka­ta­loń­skim prze­my­słow­cem, zmarł w 1872 roku, po­mnik mógł tu stać już od daw­na. Da­lej po pra­wej stro­nie była wie­życz­ka, te­raz jej już nie ma. Może jed­nak nie ma w tym nic dziw­ne­go, po­nie­waż w tym miej­scu stoi now­szy dom. Uzna­ję, że to chy­ba mimo wszyst­ko moje skrzy­żo­wa­nie. Spraw­dzam do­kład­niej: róg Gran Via i Ram­bla de Ca­ta­lu­nya, ro­bię zdję­cia. Z tym też mam kło­pot, bar­dzo trud­no uchwy­cić per­spek­ty­wę taką, jak na fo­to­gra­fii Niem­ca, ale nie mogę do­stać się na śro­dek ru­chli­we­go skrzy­żo­wa­nia. Pie­si nie mają tam wstę­pu.

Ru­szam da­lej, w dół Ram­blą, w kie­run­ku po­mni­ka Ko­lum­ba. To tu kie­dyś wi­tał go król Hisz­pa­nii po po­wro­cie z wy­pra­wy do Ame­ry­ki. Roz­glą­dam się wko­ło, i na­gle na­po­ty­kam strzał­kę kie­ru­ją­cą do Mu­zeum Sztu­ki Współ­cze­snej - "Mu­seo d'Art Co...". Do­brze, spraw­dzę. Skrę­cam w pra­wo i tro­chę krę­cąc do­cho­dzę do pla­cy­ku nie­da­le­ko Uni­wer­sy­te­tu. Mu­zeum to no­wo­cze­sny bu­dy­nek, ale obok jest też inny, star­szy. Wcho­dzę na po­dwór­ko, gdzie wła­śnie ro­bot­ni­cy mon­tu­ją es­tra­dę na wy­stę­py i nad okna­mi do­strze­gam ma­lo­wa­ne de­ko­ra­cje po­dob­ne do tych ze zdję­cia. Ale oprócz tego nic się nie zga­dza. Idę więc do skle­pi­ku z książ­ka­mi i po­ka­zu­ję mło­dej sprze­daw­czy­ni zdję­cie. "Nie, to nie tu! Mu­sisz po­je­chać na Dia­go­na­le, to jest Mu­zeum Sztuk Zdob­ni­czych". Mu­seo de las Arts De­co­ra­ti­vas - tak, ten na­pis pa­su­je, te­raz dzi­wię się, cze­mu wcze­śniej o tym nie po­my­śla­łem - na moim zdję­ciu zza pnia pal­my wi­dać jego koń­ców­kę: "ivas". Spraw­dzam tyl­ko na ma­pie, do­kąd mam się udać. To da­le­ko. De­cy­du­ję się: naj­pierw po­szu­ki­wa­nia w por­cie, po­tem po­ja­dę do mu­zeum.

W pro­mie­niach chy­lą­ce­go się ku za­cho­do­wi słoń­ca pa­trzę na port. Nie­miec zro­bił tu dużo zdjęć, mnie in­te­re­su­ją przede wszyst­kim te z wy­so­ka. Wiem, skąd je zro­bił. "Fu­ni­cu­lar". Z oka­zji wy­sta­wy świa­to­wej zbu­do­wa­no ko­lej­kę li­no­wą pro­wa­dzą­cą z por­tu na Mon­tju­?c - wzgó­rze, na któ­re pa­trzy­ła Fri­da. W por­cie są dwie wie­że tej ko­lej­ki, pierw­sza i po­cząt­ko­wa to wie­ża Świę­te­go Se­ba­stia­na, dru­ga to wie­ża Jau­me I. Kie­dyś oglą­da­łem wa­go­ni­ki kur­su­ją­ce po­mię­dzy nimi i wzgó­rzem, ale nig­dy tam nie by­łem. Nie wiem, skąd na­le­ży za­cząć.

Espar­re­gu­era

Mię­dzy Bar­ce­lo­ną a ma­sy­wem Mont­ser­rat leży wy­śle­dzo­ne prze­ze mnie w In­ter­ne­cie mia­stecz­ko Espar­re­gu­era. W skwar­ne nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie nie jest ła­two się tam do­stać. Tyl­ko nie­któ­re po­cią­gi pod­miej­skie jeż­dżą do Ole­sa de Mont­ser­rat, skąd jest już bli­sko, ale to nie ko­niec dro­gi: jesz­cze trze­ba wsiąść do wa­go­ni­ka ko­lej­ki li­no­wej, któ­ry prze­wie­zie mnie na dru­gą stro­nę do­li­ny, wy­żej, gdzie już wi­dać za­bu­do­wa­nia i da­lej wie­żę zna­jo­me­go ze zdjęć ko­ścio­ła. Przed sta­cyj­ką ko­lej­ki pu­sto. Dziew­czy­na, z któ­rą je­cha­łem wa­go­ni­kiem, zni­ka za­raz na któ­rejś z uli­czek z dom­ka­mi jed­no­ro­dzin­ny­mi pro­wa­dzą­cy­mi do cen­trum. Zo­sta­ję sam i po­wo­li ru­szam w kie­run­ku, gdzie wi­dzia­łem wie­żę. Żar duży, słoń­ce świe­ci moc­no. Idę, sta­ra­jąc się po­zo­sta­wać w cie­niu drzew ro­sną­cych wzdłuż uli­cy. Po ja­kimś cza­sie do­cho­dzę do skrzy­żo­wa­nia i da­lej wi­dzę bocz­ną ulicz­kę pro­wa­dzą­cą do ko­ścio­ła. To musi być ta ze zdję­cia, szu­kam mur­ku i wi­do­ku na Mont­ser­rat. Czu­ję, że je­stem bli­sko. Jest tu nie­co po­dob­ny, ale dużo po­rząd­niej­szy mu­rek. Za chwi­lę zo­ba­czę tył ko­ścio­ła - tak, już wiem, co się sta­ło. Ta część zbo­cza zo­sta­ła za­bu­do­wa­na. Nie ma wi­do­ku na górę. Za­sła­nia­ją ją domy. Z tru­dem la­wi­ru­jąc, moż­na do­pie­ro zo­ba­czyć jej szczyt za ja­ki­miś da­cha­mi i an­te­na­mi te­le­wi­zyj­ny­mi. Ale to na pew­no tu. Nie my­li­łem się. Co te­raz? Gdzie ulicz­ka sfo­to­gra­fo­wa­na przez Niem­ca, gdzie pla­cyk i sklep, przed któ­rym sto­ją zgro­ma­dze­ni lu­dzie? W ko­ście­le trwa nie­dziel­ne na­bo­żeń­stwo. Wcho­dzę do po­bli­skiej ka­wiar­ni i pro­szę o kawę. Dziew­czy­na za ladą nie ro­zu­mie i chce mi dać piwo. Jak tu roz­ma­wiać? Po­ja­wia się mło­dy chło­pak, chy­ba szef. Wy­cią­gam moje zdję­cia i po­ka­zu­ję. Szef mówi po fran­cu­sku, więc nie jest źle. Oglą­da ze mną fo­to­gra­fie, słu­cha o Niem­cu, wresz­cie po­ka­zu­je dziew­czy­nie - "Wy­cho­dzę!" - i pro­wa­dzi mnie do pie­kar­ni. Po dro­dze spo­ty­ka ko­le­gę z dziec­kiem, roz­ma­wia­ją oży­wie­ni. W pie­kar­ni jest kil­ka star­szych osób. Co chwi­la ktoś do­cho­dzi, nic nie ro­zu­miem. Cała roz­mo­wa o mo­ich zdję­ciach to­czy się po ka­ta­loń­sku. Sły­szę tyl­ko "ap­te­ka, ap­te­ka", po­ka­zu­ją kie­ru­nek. Pa­trzą na lu­dzi na fo­to­gra­fii, za­sta­na­wia­ją się nad dwie­ma oso­ba­mi: dziew­czy­ną w oku­la­rach i męż­czy­zną w swe­trze z le­wej stro­ny zdję­cia. Wresz­cie mój prze­wod­nik mówi: idzie­my do ap­te­ki. Do­cho­dzi­my do pię­tro­we­go bu­dyn­ku i stu­ka­my w cięż­kie drzwi. Obok rze­czy­wi­ście na­pis "Ap­te­ka". Drzwi otwie­ra­ją się i po­ja­wia się w nich star­sza pani. Oglą­da zdję­cia, pyta, po co ja to wszyst­ko ro­bię, wresz­cie też po­ka­zu­je ten sam kie­ru­nek, co inni. Idzie­my tam i wszyst­ko ja­sne: jest! Oto tuż przy no­wym bu­dyn­ku me­ro­stwa sfo­to­gra­fo­wa­na przez Niem­ca ulicz­ka. Na jej rogu znów ap­te­ka i to jest wła­śnie ten róg, przy któ­rym sta­ła grup­ka lu­dzi w 1935 roku. Tego skle­pu już nie ma. Ale sama ulicz­ka nie­wie­le się zmie­ni­ła, roz­po­zna­ję te same kra­ty w oknach, te same bal­ko­ny. Drob­ne zmia­ny - o, tu­taj bal­kon znik­nął. Na pla­cy­ku, na ław­kach sie­dzą lu­dzie, le­ni­we po­łu­dnie. Szef z ka­wiar­ni że­gna się, musi iść do pra­cy. Pod­cho­dzi dwóch męż­czyzn z pie­kar­ni. "I co? To tu!" "Tak - od­po­wia­dam i po­ka­zu­ję fo­to­gra­fie - pro­szę spoj­rzeć". Pa­no­wie z sa­tys­fak­cją ki­wa­ją gło­wa­mi. Pod­cho­dzi star­sza pani z ap­te­ki. Przy­szła spe­cjal­nie, żeby mi po­ka­zać to miej­sce, ja­koś z tru­dem ją ro­zu­miem: "To tędy kie­dyś wiódł szlak z Bar­ce­lo­ny do klasz­to­ru w Mont­ser­rat. O, pro­szę spoj­rzeć - z tam­te­go koń­ca uli­cy" - po­ka­zu­je kra­niec ulicz­ki ze zdję­cia Niem­ca, tędy i da­lej w kie­run­ku gór. Dzię­ku­ję jej ser­decz­nie. Ro­bię zdję­cia i po­wo­li ru­szam szla­kiem w od­wrot­ną stro­nę - chcę jesz­cze dziś być w Mont­ser­rat, mu­szę więc wró­cić wa­go­ni­kiem w dół.

Mont­ser­rat

Znów nie­mal pu­sty roz­grza­ny pe­ron w Ole­sa i dłu­gie cze­ka­nie na po­ciąg. Tym ra­zem jadę do Mo­ni­strol, a stam­tąd w górę inną ko­lej­ką do klasz­to­ru. Już w mo­men­cie, gdy do­jeż­dżam do sta­cji Mo­ni­strol-Cen­tral, a po­tem wsia­dam do "Cre­mal­le­ra de Mont­ser­rat", wiem, że je­stem we wła­ści­wym miej­scu. Domy mia­stecz­ka - kil­ku­pię­tro­we o wą­skich oknach - i wzno­szą­ce się ska­ły przy­po­mi­na­ją do­kład­nie te, któ­re sfo­to­gra­fo­wał Nie­miec. Ko­lej­ka ma tro­chę zmie­nio­ną tra­sę, wy­bu­do­wa­no nowe wia­duk­ty, no i ona sama jest inna. Na zdję­ciach wi­dać skraj otwar­te­go wa­go­ni­ka, mój po­ciąg jest no­wo­cze­sny. Cel jed­nak ten sam: klasz­tor z Czar­ną Ma­don­ną i góry. I je­stem. Do klasz­to­ru nie wcho­dzę. Już tu kie­dyś by­łem. Wy­cią­gam zdję­cia i idę do in­for­ma­cji tu­ry­stycz­nej.

Jest pięć tras tu­ry­stycz­nych. Pierw­sza to pę­tla: z klasz­to­ru na pół­noc­ny za­chód do De­go­talls i z po­wro­tem do klasz­to­ru. Są tam po­mni­ki wy­ko­na­ne przez róż­nych ar­ty­stów, wota i cie­ka­wost­ki bo­ta­nicz­ne. Dru­ga - do świę­tej ja­ski­ni, w któ­rej mie­ści­ła się kie­dyś rzeź­ba Ma­don­ny, i z po­wro­tem - bar­dziej na po­łu­dnie. Trze­cia - to tak­że pę­tla - na naj­wyż­szy szczyt Mont­ser­rat, Sant Je­ro­ni i nie­co inną dro­gą po­wrót do klasz­to­ru. Czwar­ta - ścież­ka La Ser­ra Llar­ga i do świę­tej ja­ski­ni - inną dro­gą niż tra­sa nu­mer dwa. I pią­ta - ścież­ką La Font Seca i Les Ba­te­ries - z po­wro­tem do klasz­to­ru. Na­zwy mi wie­le nie mó­wią, ale dziew­czy­na w biu­rze ra­dzi, abym po­szedł tra­są trze­cią, naj­dłuż­szą i najam­bit­niej­szą - tam zo­ba­czę wi­do­ki z mo­ich zdjęć. "O, jak wje­dziesz ko­lej­ką "Sant Joan" na górę, gdzie roz­po­czy­na się więk­szość szla­ków, zo­ba­czysz klasz­tor do­kład­nie jak na tym zdję­ciu" - mówi. Wa­go­nik Fu­ni­cu­lar de Sant Joan wspi­na się pra­wie pio­no­wo, tu­ry­stów jest spo­ro, ro­bię zdję­cia. Obok Ja­pon­ka fil­mu­je od­da­la­ją­cy się wśród zie­le­ni bu­dy­nek klasz­to­ru. I już je­ste­śmy na gó­rze. Ale to nie­praw­da, że stąd zo­ba­czę wi­dok jak na moim zdję­ciu z al­bu­mu. Na klasz­tor pa­trzę pod in­nym ką­tem, mu­szę pójść dużo da­lej, aby go zo­ba­czyć tak jak na mo­jej fo­to­gra­fii.

Je­stem na tra­sie. We­dług opi­su ma ona 7,5 ki­lo­me­tra, tro­chę ostrych wejść, czas: 2 go­dzi­ny 5 mi­nut. Dro­ga wie­dzie łu­kiem, skra­jem wznie­sie­nia nad wą­ską do­lin­ką pro­wa­dzą­cą z góry do klasz­to­ru. Po­go­da do­bra, w ręku trzy­mam ko­pie zdjęć. Prze­peł­nia mnie ra­dość: na­praw­dę uda­ło się tu przy­je­chać i iść dro­gą mo­je­go Niem­ca. Je­stem prze­ko­na­ny, że idę tak jak on i Fri­da. Co chwi­la spraw­dzam, czy wi­dać klasz­tor i pod ja­kim ką­tem. Jesz­cze nie, jesz­cze nie... Jest! To tu! Eu­fo­ria! Do­kład­nie z tego miej­sca zro­bio­ne było zdję­cie, z tej dro­gi. Sza­le­ję, ro­bię sześć ujęć raz po ra­zie, aby ni­cze­go nie uro­nić i utrwa­lić tę chwi­lę. I da­lej. Nad szla­kiem wzno­szą się wa­pien­ne ska­ły o za­okrą­glo­nych, dzi­wacz­nych kształ­tach. Nie­sa­mo­wi­te wi­do­ki. Szu­kam skał o zna­nych mi z fo­to­gra­fii for­mach. Dro­ga do­kład­nie taka, jaką szła Frie­del. Im wy­żej, tym le­piej wi­dać oko­li­cę, sze­ro­ki pej­zaż do­li­ny rze­ki Llo­bre­gat, pra­wie cały kraj, da­le­ko na po­łu­dniu - mo­rze. Fi­gu­ry skal­ne jak u nas koło Szcze­liń­ca, ale dużo, dużo wy­żej. Tak się przy­najm­niej wy­da­je, pa­trząc ze wznie­sie­nia Mont­ser­rat. Co pe­wien czas, cią­gle co­raz ni­żej, po­ka­zu­je się klasz­tor, do­pie­ro póź­niej zni­ka za za­krę­tem. Na­gle uka­zu­je mi się "jajo" - tro­chę kan­cia­sty ja­jo­wa­ty kształt na skal­nej pod­sta­wie. Wy­ła­nia się tak, jak po­ja­wił się mo­je­mu Niem­co­wi: na prze­dłu­że­niu ścież­ki, w jej per­spek­ty­wie, po­mię­dzy ścia­na­mi, mię­dzy któ­ry­mi szlak scho­dzi tu­taj nie­co ni­żej. Tyl­ko że prze­świt za­rósł przez te sie­dem­dzie­siąt lat, drze­wa i krze­wy prze­sło­ni­ły wi­dok. Je­dy­nie po­wy­żej i nie­co da­lej da się zro­bić po­dob­ne zdję­cie. Na ma­łej map­ce, któ­rą do­sta­łem w biu­rze, nie ma "jaja" i nie wiem, jak się na­praw­dę na­zy­wa. Nie­mniej jed­nak oto po­ka­zu­ją się dal­sze kształ­ty, dal­sze gru­py skal­nych po­sta­ci. Wśród nich roz­po­zna­ję jak­by scho­dzą­cą w dół gru­pę San Sa­lva­dor i jej skraj­ną górę wy­glą­da­ją­cą jak mni­si kap­tur. Da­le­ko, wy­so­ko na niej wi­dać ma­lut­kie po­sta­cie wspi­na­ją­cych się. To tę górę utrwa­lił mój Nie­miec. Usta­wiam się jak on i ro­bię ta­kie samo zdję­cie. Da­lej w per­spek­ty­wie wi­dzę cały skal­ny las. Oglą­dam się w tył i wi­dzę ko­lej­ną ka­mien­ną gru­pę ze zdjęć z al­bu­mu - być może to "Els Pol­le­gons" i "la Gor­ra Fri­gia" z mapy. Ścież­ka do­pro­wa­dza do ka­plicz­ki Świę­te­go Hie­ro­ni­ma. Za nią ze skał wi­dzę "księ­ży­co­wy" wi­dok jak na zdję­ciach Niem­ca: sze­ro­kie spoj­rze­nie na zie­lo­ne, ta­ra­so­wa­te wzgó­rza i da­lej na cały kraj od stro­ny pół­noc­nej. W dole na­gły uskok, prze­paść. Wy­żej na wzgó­rzu wi­dzę an­te­ny i bu­dy­nek sta­cji, ni­żej - dru­ty nie­kur­su­ją­cej ko­lej­ki li­no­wej. "Tędy zje­cha­li moi Niem­cy" - my­ślę. Ale sam idę da­lej na szczyt Sant Je­ro­ni, czy­li Świę­te­go Hie­ro­ni­ma. Wio­dą do nie­go ścież­ka i schod­ki skal­ne, a na­wet be­to­no­we. Ta­blicz­ka na gó­rze po­da­je wy­so­kość 1236 me­trów nad po­zio­mem mo­rza. Nie­wiel­ki ta­ra­sik z ba­rier­ką i ka­mien­nym wal­co­wa­tym sto­łem z in­for­ma­cją. Ro­bię zdję­cia na wszyst­kie stro­ny, wi­dok jest rze­czy­wi­ście za­pie­ra­ją­cy dech w pier­si. Je­stem naj­wy­żej, z góry pa­trzę na bu­dyn­ki z an­te­na­mi, wo­kół wi­dać chy­ba pół Ka­ta­lo­nii. Wi­docz­ność jest do­bra, świe­ci słoń­ce, ho­ry­zont jest tro­chę za­mglo­ny. Da­le­ko na wschód wzno­szą się góry, na po­łu­dnie roz­cią­ga się pas mo­rza. W dole - miej­sco­wo­ści, dro­gi, tak, to ten księ­życ z al­bu­mu. Jest sil­ny wiatr. Po­wo­li scho­dzę i na­gle czu­ję wiel­kie zmę­cze­nie. Prze­bie­głem tu bar­dzo pręd­ko, mu­szę tro­chę od­po­cząć. Idę, nie ma tu ni­ko­go, tyl­ko raz spo­tka­łem chło­pa­ka z ple­ca­kiem z czar­ną chu­s­tą na gło­wie, mach­nę­li­śmy do sie­bie ręką na po­wi­ta­nie. Inni zo­sta­li ni­żej. Do­cho­dzę do roz­wi­dle­nia szla­ków i skrę­cam w lewo. Te­raz będę szedł lewą stro­ną do­li­ny, wra­ca­jąc w kie­run­ku klasz­to­ru. Po ja­kimś cza­sie gdzieś w po­bli­żu usły­sza­łem nie­miec­ki. Dwie dziew­czy­ny. Po­ka­zu­ję im zdję­cia. "Ze Ślą­ska - mó­wię. - Nie wiem, kto je zro­bił. Ale ta ko­bie­ta ma na imię Frie­del" - wska­zu­ję na fo­to­gra­fię. Dziew­czy­ny pa­trzą uważ­nie. Że­gna­my się i jed­na krzy­czy na po­że­gna­nie: "Moja bab­cia była ze Ślą­ska i mia­ła na imię Frie­del!" - śmie­je się i zni­ka za za­krę­tem.

Jesz­cze raz oglą­dam te zdję­cia. Moi Niem­cy chy­ba nie do­szli do ka­pli­cy Świę­te­go Hie­ro­ni­ma, w każ­dym ra­zie nie da­lej. Wró­ci­li pew­nie tą samą dro­gą co ja, wcze­śniej skrę­ca­jąc i ob­cho­dząc do­lin­kę. Za to póź­niej mu­sie­li pójść jesz­cze na po­łu­dnio­wy skraj urwi­ska, skąd wi­dać było Mo­ni­strol. To tam Frie­del po­dzi­wia­ła kra­jo­braz i stam­tąd pew­nie zje­cha­li ko­lej­ką li­no­wą. Tak wy­ni­ka z se­kwen­cji zdjęć. Ja już nie mia­łem cza­su, by pójść da­lej. Za to by­łem na sa­mym szczy­cie.

Zno­wu Ri­vel

Vic­tor, mój ka­ta­loń­ski ko­le­ga z fir­my, spo­ty­ka mnie na ko­ry­ta­rzu z no­wi­ną: "Mia­łeś ra­cję! Na Mon­tju­?c jest po­mnik Ri­ve­la. Wy­sła­łem ci na­wet In­ter­ne­tem jego zdję­cie. Ale Ri­vel uro­dził się dwie sta­cje stąd, w Cu­bel­les. Tam jest jego mu­zeum, mo­że­my się do­wie­dzieć, kie­dy jest czyn­ne! Chcesz tam je­chać?".

Oczy­wi­ście, że chcę. Wy­naj­du­ję czas po­mię­dzy służ­bo­wy­mi spo­tka­nia­mi, Vic­tor spraw­dza, że wi­zy­ty w mu­zeum trze­ba umó­wić, dzwo­ni­my i prze­sy­ła­my z ho­te­lu faks. Jadę sam, inni nie są za­in­te­re­so­wa­ni.

"Cu­bel­les" wy­ma­wia się po ka­ta­loń­sku "ku­bel­jas". Nie­du­że mu­zeum Ri­ve­la znaj­du­je się bli­sko ko­ścio­ła przy cen­trum tu­ry­stycz­nym, w czymś w ro­dza­ju zam­ku. Prze­wod­nicz­ka, mło­da dziew­czy­na, już na mnie cze­ka. Po­ro­zu­mie­wa­my się ła­ma­nym an­giel­skim z do­rzu­ca­ny­mi sło­wa­mi fran­cu­ski­mi i hisz­pań­ski­mi. Na wstę­pie prze­pra­sza, że mu­zeum nie jest duże i wpro­wa­dza mnie do kil­ku po­łą­czo­nych sa­lek wła­ści­wie two­rzą­cych jed­no po­miesz­cze­nie, w któ­rym zgro­ma­dzo­no zdję­cia, stro­je, od­zna­cze­nia i dy­plo­my Ri­ve­la i róż­ne przed­mio­ty, któ­rych uży­wał w cza­sie wy­stę­pów. Dziew­czy­na po­ka­zu­je mi czer­wo­ną suk­nię, w któ­rą się prze­bie­rał (więc ona była czer­wo­na!), na­kła­da­ną ły­si­nę i wy­rzeź­bio­ną w drew­nie gło­wę klow­na. - Na­ci­śnij - mówi, po­ka­zu­jąc gu­zik koło gło­wy. Ro­bię to i sły­szę: "Au­uuu!" - jak­by krót­kie wil­cze wy­cie. "On za­wsze za­czy­nał i koń­czył tym wy­stęp". Na­ci­skam raz i dru­gi: "Au­uuu! Au­uuu!".

"Te­raz po­ka­żę ci dwa fil­my" - wpro­wa­dza DVD do od­twa­rza­cza i zo­sta­wia mnie sa­me­go. Fil­my są po an­giel­sku, mó­wią o ży­ciu Ri­ve­la i jego wy­stę­pach. Więk­szość rze­czy już wiem, ale moją uwa­gę przy­ku­wa in­for­ma­cja, że Ri­vel wy­stę­po­wał z brać­mi. Dwo­ma brać­mi, a więc mó­wio­no, że wy­stę­pu­je "3 Ri­vels". To wy­ja­śnia uwa­gę mo­je­go Niem­ca. Nie cho­dzi­ło mu o trzy przed­sta­wie­nia, ale o trzech bra­ci! Swo­ją dro­gą, prze­cież mu­siał być na kil­ku wy­stę­pach, świad­czy o tym ko­lej­ność zdjęć. Sły­szę też, że naj­lep­szy nu­mer Ri­ve­la był z krze­słem i gi­ta­rą. Ale na fil­mach go nie ma. Są za to pa­ro­die Ma­rii Cal­las, nuty trzy­ma­ne do góry no­ga­mi, opa­da­ją­ce pier­si pod czer­wo­ną suk­nią. Są też frag­men­ty star­szych fil­mów, je­den z nich, nie­miec­ki, z przed­wo­jen­nych wy­stę­pów w Ber­li­nie. Ko­men­ta­tor mówi o dru­giej woj­nie i wy­stę­pach Ri­ve­la w Niem­czech, gdzie kon­ty­nu­ował kon­trak­ty. "Nie­za­leż­nie od tego, co on sam o tym my­ślał, świa­do­mie czy nie, po­pie­rał ów­cze­sny re­żim hi­tle­row­ski" - mówi lek­tor. Po woj­nie Ri­vel wpadł w de­pre­sję, prze­rwał wy­stę­py i wró­cił do Hisz­pa­nii. W la­tach pięć­dzie­sią­tych wy­stę­po­wał po­now­nie, wciąż cie­sząc się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią, szcze­gól­nie w Ka­ta­lo­nii i ro­dzin­nym Cu­bel­les, gdzie miesz­kał. Tam też zmarł.

Nie mogę ku­pić DVD, gdyż jak mówi moja prze­wod­nicz­ka, ro­dzi­na Ri­ve­la nie po­zwa­la na ko­pio­wa­nie. Daje mi za to tor­bę z in­for­ma­to­ra­mi tu­ry­stycz­ny­mi i ka­len­darz z Ri­ve­lem. Wy­ja­śnia, jak dojść do cmen­ta­rza i do po­mni­ka. Ale dziś nie mogę tu po­zo­stać dłu­żej. Już je­stem spóź­nio­ny na spo­tka­nie... Prze­wod­nicz­ka po­ka­zu­je mi zdję­cia i pró­bu­je wy­ja­śnić ko­nek­sje ro­dzin­ne. Nie je­stem pe­wien, czy wszyst­ko do­kład­nie zro­zu­mia­łem. W każ­dym ra­zie po­przed­nie wia­do­mo­ści się do­peł­nia­ją. Wiem, że cór­ka Ri­ve­la była świet­ną ama­zon­ką ("naj­lep­szą na świe­cie"!) i wy­szła za mąż za Al­ber­ta Schu­man­na, za­pew­ne wła­ści­cie­la Schu­mann The­ater we Frank­fur­cie. Ich syn Ben­ny Schu­mann jest tak­że świa­to­wej sła­wy cyr­kow­cem. Schu­man­no­wie prze­nie­śli się do Da­nii, co - jak już wcze­śniej za­uwa­ży­łem - wy­ja­śnia skan­dy­naw­ską fa­scy­na­cję nimi (mój ko­le­ga Duń­czyk twier­dzi po­tem, że to Duń­czy­cy, ja mó­wię - to ka­ta­loń­sko-nie­miec­ka para).

W domu oglą­dam wresz­cie Klow­nów Fel­li­nie­go. Wer­sja po wło­sku z od cza­su do cza­su fran­cu­ski­mi dia­lo­ga­mi, bo rzecz dzie­je się we Wło­szech i Fran­cji. Są na­pi­sy, ale... chiń­skie. To nic, nie tak ła­two jest zna­leźć ten film. Ja­koś jest mało po­pu­lar­ny, nie jest to naj­lep­sze dzie­ło Fel­li­nie­go. Coś jed­nak z jego ge­niu­szu zo­sta­ło i tu. Kon­struk­cja jest na­stę­pu­ją­ca: po kil­ku sce­nach z chło­pię­cych wspo­mnień daw­ne­go cyr­ku, re­ży­ser ze swo­ją eki­pą, w któ­rej wy­róż­nia się, ale i tro­chę nuży czy­ta­ny­mi tek­sta­mi Ani­ta Ek­berg, od­wie­dza daw­nych mi­strzów sztu­ki cyr­ko­wej. Na koń­cu uko­ro­no­wa­nie: dłu­ga sce­na pa­ro­dii po­grze­bu, w któ­rej gra kil­ku­dzie­się­ciu klow­nów - dużo bła­ze­na­dy, ale i kla­sycz­nej sztu­ki.

Pod­czas od­wie­dzin u sta­rych mi­strzów na­gle go­ści nas w swo­im domu Ri­vel. Być może miał tu swo­je sło­wo i Fel­li­ni - nad bar­kiem wisi wiel­ka gło­wa byka, obok hisz­pań­skie pla­ka­ty z kor­ri­dy i tym po­dob­ne, sce­no­gra­fia jest więc od­po­wied­nia. Char­lie roz­po­czy­na od roz­mo­wy z ku­kieł­ką wy­obra­ża­ją­cą jego sa­me­go w stro­ju klow­na, opo­wia­da nie­co o so­bie i cyr­ku hisz­pań­skim. Po­tem czę­stu­je wszyst­kich wi­nem, czy też szam­pa­nem, wszy­scy wzno­szą to­ast: "A la san­té!", ale Char­lie­mu wy­ry­wa się: "Pro­sit!"; na to eki­pa Fel­li­nie­go od­po­wia­da - "Sa­lu­to!".

Ale to nie ko­niec. Ri­vel po­ja­wia się zza bar­ku w swo­jej ły­si­nie i z czer­wo­nym no­sem, bie­rze do ręki gi­ta­rę, sia­da na krze­śle - pa­trzę pe­łen na­pię­cia, cze­ka­jąc na jego po­pi­so­wy nu­mer - robi zna­ne mi już "Au­uuu!". Gra przez chwi­lę na gi­ta­rze, ale za­raz koń­czy. "Au­uuu!" - i prze­no­si­my się gdzie in­dziej.

Nad stat­ka­mi

W dole wi­dać port. Za cen­trum kon­gre­so­wym przy cien­kiej li­nii wy­cho­dzą­cych w mo­rze na­brze­ży stoi kil­ka stat­ków. Port jach­to­wy jest bli­żej brze­gu, na wschód od miej­sca, gdzie je­stem. Rów­ne rzę­dy ża­gló­wek ocze­ku­ją, aż ktoś nimi wy­pły­nie. Nie­co da­lej, tuż przy na­brze­żu za­cu­mo­wa­ny jest zgrab­ny trój­masz­to­wy jacht - nie mogę do­strzec go stąd do­brze, ale ja wiem. To pol­ska "Po­go­ria". Wy­gię­ty po­most pro­wa­dzi do wy­bu­do­wa­ne­go na wo­dzie cen­trum han­dlo­we­go. Naj­pięk­niej­szy jest jed­nak wi­dok na mia­sto. Wi­dać je stąd wy­raź­nie w słoń­cu: wzrok wę­dru­je od po­mni­ka Ko­lum­ba wzwyż, wzdłuż scho­dzą­cej ku mo­rzu zie­lo­nej od drzew alei Ram­blas, aż do wzgórz prze­sła­nia­ją­cych ho­ry­zont, na­po­ty­ka­jąc po dro­dze wie­żow­ce i wie­że ko­ścio­łów. Je­stem na Tor­re de Jau­me I i cze­kam na czer­wo­ny wa­go­nik z pierw­szej wie­ży Fu­ni­cu­lar San Se­ba­stian, któ­ry mnie prze­wie­zie do obrze­ża par­ku Mon­tju­?c. Z pli­kiem zdjęć sprzed sie­dem­dzie­się­ciu lat po­rów­nu­ję, co się zmie­ni­ło. Znik­nę­ły ma­ga­zy­ny za ka­pi­ta­na­tem, kie­dyś oczy­wi­ście nie było ani cen­trum kon­gre­so­we­go, ani cen­trum han­dlo­we­go. W ich miej­scu były urzą­dze­nia por­to­we i dziw­ny okrą­gły bu­dy­nek z ko­puł­ką oraz nie­wiel­ką la­tar­nią mor­ską na szczy­cie. Układ por­tu po­zo­stał jed­nak mniej wię­cej ten sam. Tam gdzie cu­mo­wa­ła "Mon­te Rosa", jest w tej chwi­li przy­stań pro­mo­wa i bu­dy­nek od­praw, ale za nim roz­po­zna­ję inny bu­dy­nek, któ­ry w 1935 roku był świe­żo wy­bu­do­wa­ny. Na za­chód w głąb lądu wzno­si się Mon­tju­?c. Na sta­rym zdję­ciu Frie­del wła­śnie pa­trzy na nie­go z miej­sca na plat­for­mie, któ­re jest bli­sko mnie, ale ja tam chwi­lo­wo nie mogę po­dejść - do­stę­pu bro­ni szy­ba i drzwi. Wie­ża tro­chę też się zmie­ni­ła. Sta­lo­wa kon­struk­cja jest wspa­nia­ła. Po­kry­te ni­ta­mi ele­men­ty, me­ta­lo­we schod­ki, ele­gan­cja z po­cząt­ku ze­szłe­go wie­ku, robi na mnie wra­że­nie. Znów ogar­nia mnie ra­dość: to pięk­ne miej­sce, sze­ro­ki, wspa­nia­ły wi­dok. Uda­ło mi się tu do­stać, te­raz wszyst­ko ro­zu­miem. Usta­wiam nie­miec­kie zdję­cia we­dług ko­lej­no­ści i jest już dla mnie ja­sne. Fo­to­graf, tak jak ja, wszedł na plat­for­mę wie­ży. Z niej - tak jak ja te­raz, zro­bił zdję­cia por­tu, po­tem wsiadł do wa­go­ni­ka i stam­tąd z góry sfo­to­gra­fo­wał "Mon­te Rosę" - uni­ka­to­we zdję­cia! Naj­pierw wi­dać sta­tek od stro­ny mo­rza, z góry, ale jesz­cze z boku, dwa ko­mi­ny, rzę­dy ło­dzi ra­tun­ko­wych, okien­ka ka­jut. Po dru­giej stro­nie dźwi­gi, co naj­mniej sześć. Da­lej na brze­gu wiel­kie skrzy­nie cze­ka­ją na za­ła­du­nek. Dru­gie zdję­cie - już bli­żej dzio­bu i ca­łe­go stat­ku. Trze­cie - po­ka­zu­je tyl­ko skra­wek po­kła­du, ale obok "Mon­te Rosy" po­ja­wi­ła się mo­to­rów­ka, po­zo­sta­wia­ją­ca wy­raź­ny ślad na wo­dzie. Kom­po­zy­cja zdję­cia jest do­bra: sta­tek i mo­to­rów­ka cie­ka­wie ze sobą współ­gra­ją. Ko­lej­ne dwie fo­to­gra­fie są zro­bio­ne już nad środ­ko­wą czę­ścią stat­ku. Na po­kła­dzie nie ma ni­ko­go. Moż­na zo­ba­czyć na­cią­gnię­ty ja­sny ma­te­riał przy­kry­wa­ją­cy ści­śle ło­dzie ra­tun­ko­we, moż­na zaj­rzeć do ko­mi­nów. We wnę­trzu gór­nej czę­ści przed­nie­go ko­mi­na na krzy­żo­wej kon­struk­cji jest po­most. Na brze­gu wzdłuż stat­ku sto­ją do­roż­ki i wi­dać prze­cho­dzą­cych lu­dzi. Z na­stęp­ne­go zdję­cia wy­ni­ka, że w tyl­nym ko­mi­nie nie było po­mo­stu. I już sta­tek jest od dru­giej stro­ny, wy­raź­nie za­ry­so­wu­je się śród­o­krę­cie, frag­ment dźwi­gu i kil­ka osób sto­ją­cych na brze­gu. Po­tem da­lej - część z pierw­szym ko­mi­nem, a zza "Mon­te Rosy" wy­ła­nia się syl­wet­ka in­ne­go stat­ku, han­dlo­we­go, sto­ją­ce­go pro­sto­pa­dle do niej. Bli­żej, tuż przy dźwi­gu, znaj­du­je się trap pro­wa­dzą­cy wzdłuż bur­ty na brzeg. Już nie ma stat­ku, wi­dać tyl­ko ja­kiś mur. Ko­lej­ka do­wio­zła fo­to­gra­fa na wzgó­rze, ale on wró­cił nią póź­niej w to samo miej­sce, być może urze­kła go moż­li­wość szy­bo­wa­nia nad stat­kiem, a być może spie­szył się. W dro­dze po­wrot­nej zro­bił ko­lej­ne zdję­cia. Tym ra­zem uda­ło mu się uwiecz­nić wy­peł­nio­ne ludź­mi li­mu­zy­ny sto­ją­ce przy tyl­nej czę­ści "Mon­te Rosy", któ­re wy­raź­nie za­raz od­ja­dą na wy­ciecz­ki, i być może stąd po­trze­ba pręd­kie­go po­wro­tu. Te wła­śnie zdję­cia prze­glą­da­łem do­kład­niej wcze­śniej. Znów wnę­trza ko­mi­nów i wi­docz­ny te­raz wy­raź­nie sta­tek han­dlo­wy, przy któ­rym sto­ją trzy wy­peł­nio­ne to­wa­ra­mi pę­ka­te ło­dzie. I wresz­cie wie­ża, na któ­rej wi­dać na­pis "Bar Mi­ra­dor". To do niej trze­ba po­wró­cić.

Te­raz ja tak­że wsia­dam do czer­wo­ne­go wa­go­ni­ka, któ­ry już do­tarł od pierw­szej wie­ży. Po­ni­żej nie ma oczy­wi­ście "Mon­te Rosy", ale obok stoi duży prom z ba­se­na­mi na po­kła­dzie i usta­wio­ny­mi na nim sto­li­ka­mi. Fo­to­gra­fu­ję go z góry, prze­peł­nio­ny za­pew­ne po­dob­ną ra­do­ścią, jak kie­dyś mój Nie­miec. Wa­go­nik ru­sza, wszyst­ko się zmie­nia, jak kie­dyś, na­gle wi­dzę w dole po dru­giej stro­nie uli­cy ten sam dziw­ny frag­ment muru przy uli­cy, o któ­rym nie wie­dzia­łem, czym jest - te­raz wiem na pew­no: to część scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę. Po sie­dem­dzie­się­ciu la­tach wy­glą­da­ją nie­zmie­nio­ne. Ko­lej­ka sta­je. Wy­sia­dam. Znów od­kry­cie. Zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce urzą­dze­nie po­dob­ne do gril­la z przy­rzą­dza­nym wła­śnie kur­cza­kiem, przy któ­rym za­trzy­mał się współ­to­wa­rzysz fo­to­gra­fa, zro­bio­ne zo­sta­ło na plat­for­mie, przy re­stau­ra­cji. Te­raz wi­dać to z całą pew­no­ścią, do­strze­gam na­wet czu­bek wie­ży, któ­ry wcze­śniej nie zwró­cił mo­jej uwa­gi.

Ja jed­nak nie wró­cę tą samą dro­gą. Spró­bu­ję od­na­leźć jesz­cze po­mnik Ri­ve­la, o któ­rym mó­wił Vic­tor, a po­tem do­ko­nam ko­lej­nych, ostat­nich już w cza­sie tego po­by­tu prób do­tar­cia do in­nych miejsc ze zdjęć.

Nie, o po­mni­ku nikt nie sły­szał. Ob­sze­dłem park, scho­dząc w dół, ale zna­jo­mej po­sta­ci nie zo­ba­czy­łem. Da­lej tak­że mia­łem pe­cha: od­na­la­złem co praw­da go­tyc­kie rzeź­by dwóch apo­sto­łów na ze­wnętrz­nej ścia­nie sta­rej ka­te­dry, ale za­kry­te, w re­mon­cie. Z pew­no­ścią to jed­nak one, te same! Ro­bię im zdję­cie - fi­gu­ry z tru­dem moż­na roz­po­znać pod przy­kry­wa­ją­cą je siat­ką. Na­prze­ciw ka­te­dry jest ho­tel "Co­lón". Ro­bię mu zdję­cia ze wszyst­kich stron, szu­kam po­dob­nych mar­kiz. Czy to ten ho­tel? Na­zwę ma tę samą. Robi się póź­no. Da­lej. Do Mu­zeum Sztu­ki De­ko­ra­cyj­nej do­tar­łem w mo­men­cie za­my­ka­nia.

Pech? Nie. Nie za­po­mnę prze­jaz­du Fu­ni­cu­lar nad wy­ima­gi­no­wa­ną "Mon­te Rosą" i z wi­do­kiem na port oraz całe mia­sto. Nie za­po­mnę Espar­re­gu­ery i księ­ży­co­wych wi­do­ków Mont­ser­rat. Nie za­po­mnę "Auuu" Ri­ve­la w mu­zeum w Cu­bel­les.

Rozdział 1

PO­CZĄ­TEK. GRU­DZIEŃ 2005

Leży przede mną al­bum. Ma 48 kart z wo­sko­wa­ne­go pa­pie­ru. Każ­da dzie­li się na czte­ry czę­ści, two­rząc miej­sca do prze­cho­wy­wa­nia klisz fo­to­gra­ficz­nych. Ma­ło­obraz­ko­we kli­sze cię­to na frag­men­ty do dzie­wię­ciu kla­tek. Na kar­cie mo­gło się więc ich zmie­ścić 36. W ca­łym al­bu­mie 48 razy tyle, czy­li 1728 kla­tek. Pod wa­run­kiem, że cię­ło się rów­no i wy­peł­nia­ło wszyst­kie miej­sca. W moim al­bu­mie więk­szość "li­nii", jak je na­zy­wam, jest wy­peł­nio­na, ale nie­któ­re są pu­ste, a w jesz­cze in­nych są frag­men­ty kli­szy za­wie­ra­ją­ce tyl­ko dwie, trzy, sześć kla­tek. Jest tu jed­nak oko­ło 1500 zdjęć, czy­li nie­mal kom­plet. Na pew­no po­nad 1000. Fil­my to bia­ło-czar­ne ne­ga­ty­wy. Po­nad ty­siąc bia­ło-czar­nych zdjęć.

Al­bum ma tek­tu­ro­we okład­ki i grzbiet. Na dole po stro­nie we­wnętrz­nej wi­dać kro­plę za­schnię­te­go kle­ju. Na dole od ze­wnątrz w dwóch miej­scach ktoś dla pew­no­ści okle­ił grzbiet ta­śmą. Na ciem­nej, w ko­lo­rze bu­rej sza­ro­ści okład­ce moż­na prze­czy­tać z wy­tar­tych zło­tych li­ter: "Kle­in­bild Film­stre­ifen Al­bum" i po­ni­żej: "bis 40 mm bre­ite Sre­ifen". Jesz­cze ni­żej - jak się do­my­ślam - na­zwa i znak pro­du­cen­ta "D.A.-G.M". Al­bum jest nie­miec­ki.

Nie znam nie­miec­kie­go, tyl­ko pod­sta­wy gra­ma­ty­ki i tro­chę słó­wek. Nie wiem, czy w za­pi­sie jest błąd - w moim słow­ni­ku nie znaj­du­ję "Sre­ifen". To jed­nak nie­waż­ne. Go­rzej, bo w środ­ku nie­któ­re z li­nii kart są opi­sa­ne - pió­rem, kred­ką lub spe­cjal­nym ołów­kiem - tak­że po nie­miec­ku. De­li­kat­nie roz­chy­lam stro­ny: na sa­mej gó­rze pierw­szej kar­ty za­pi­sa­na jest data: 19/20 II 35. To co mam przed sobą, to nie­miec­ki al­bum sprzed sie­dem­dzie­się­ciu lat. Jego wła­ści­cie­lem był Nie­miec, któ­ry nie mógł przy­pusz­czać, że kie­dyś, po ta­kim cza­sie - wte­dy pew­nie nie­wy­obra­żal­nym - jego al­bum wpad­nie w ręce Po­la­ka z War­sza­wy. Moje.

Ten al­bum nie jest mój. Po­cho­dzi ze wschod­niej Pol­ski, skąd wy­wo­dzi się moja ro­dzi­na, jed­nak to nie od niej go otrzy­ma­łem. Po­ży­czył mi go ko­le­ga, któ­ry do­stał go od miej­sco­we­go go­spo­da­rza przy wy­ko­ny­wa­niu ja­kichś prac. Nic nie wiem o tym go­spo­da­rzu, al­bum, sko­ro po­ży­czo­ny, to pew­nie tyl­ko na ja­kiś czas. Trze­ba się spie­szyć, naj­le­piej jak naj­prę­dzej ze­ska­no­wać zdję­cia i za­pa­mię­tać je w for­mie umoż­li­wia­ją­cej dal­szą ob­rób­kę. 1500 kla­tek to dużo. Na szczę­ście mam w domu ska­ner.

Go­spo­darz po­dob­no nic nie wie­dział o tym Niem­cu. Al­bum był w po­sia­da­niu jego ojca, któ­ry już nie żyje. Ko­le­ga na­to­miast su­ge­ru­je, że na zdję­ciach jest mię­dzy in­ny­mi Mus­so­li­ni. Nie wiem, cze­mu na­tych­miast uzna­ję, że Nie­miec był ofi­ce­rem. W cza­sie woj­ny na tych te­re­nach sta­cjo­no­wa­ły róż­ne szta­by, woj­sko ma­sze­ro­wa­ło na wschód i za­chód. Nie­daw­no usły­sza­łem kil­ka in­te­re­su­ją­cych opo­wie­ści o tych cza­sach, więc wy­obraź­nia pod­su­wa na­tych­miast go­to­wy sche­mat.

Al­bum. Część czy­je­goś ży­cia. Ta­jem­ni­ca. Sze­lesz­czą po­żół­kłe, po­wo­sko­wa­ne stro­ny. Wiem, że wej­dę mię­dzy nie, wej­dę w świat stwo­rzo­ny przez ano­ni­mo­we­go fo­to­gra­fa. Kli­sze mógł ktoś oglą­dać, ale po­zy­ty­wy zo­ba­czę pew­nie po raz pierw­szy od cza­su woj­ny. Już te­raz po­dej­mu­ję de­cy­zję. Spró­bu­ję zi­den­ty­fi­ko­wać ich au­to­ra.

PRÓ­BY I WCZY­TY­WA­NIE. STY­CZEŃ 2006

Do­ku­men­ta­cja i pierw­sze ob­ra­zy

Taka licz­ba zdjęć wy­ma­ga sys­te­ma­tycz­ne­go po­dej­ścia. Za­czy­nam od do­ku­men­ta­cji. Fo­to­gra­fu­ję okład­ki, a na­stęp­nie kar­tę po kar­cie. Oka­zu­je się to bar­dzo pręd­ko przy­dat­ne, gdy po przy­pad­ko­wym za­mknię­ciu się stron pró­bu­ję od­na­leźć miej­sce, do któ­re­go ma wró­cić wcze­śniej wy­ję­ty film.

Każ­da klat­ka musi być jed­no­znacz­nie zi­den­ty­fi­ko­wa­na. Naj­ła­twiej jest to zro­bić przez po­da­nie nu­me­ru stro­ny, nu­me­ru li­nii i nu­me­ru w ko­lej­no­ści na frag­men­cie ta­śmy (od stro­ny le­wej). Na przy­kład P03L1N02 ozna­cza dru­gie zdję­cie w pierw­szej li­nii na stro­nie trze­ciej.

Opi­sy są tyl­ko na nie­któ­rych stro­nach. Pierw­sze z nich są wy­ko­na­ne pió­rem, część ołów­kiem, wresz­cie - i te wi­dać naj­le­piej (co z tego, kie­dy do­pie­ro pod ko­niec) - kred­ką lub spe­cjal­nym ołów­kiem po­zo­sta­wia­ją­cym nie­bie­ski ślad. Te śla­dy cza­sem giną: wy­glą­da­ją jak­by wy­tar­ły się same od ocie­ra­nia o są­sied­nią stro­nę. Po­tem od­kry­wam rów­nież ta­kie, jak­by wła­ści­ciel zmie­nił zda­nie i sam sta­rał się je wy­trzeć, może czymś mo­krym, po to, aby prze­gru­po­wać kli­sze. Wi­dać tyl­ko po­je­dyn­cze li­te­ry albo za­ma­za­ne frag­men­ty słów. Część - być może - z po­przed­nie­go uło­że­nia.

Pa­trzę na pierw­szą stro­nę. Oprócz daty w gór­nych li­niach wi­dzę wy­raź­ne od­no­śni­ki do Ham­bur­ga: "Ham­bur­ger Ha­fen", "Ham­bur­ger Hau­ser", ale też "Nord­see Wel­len" i "Win­ter­li­ge? Wald in Rain...". Wszyst­ko pi­sa­ne pió­rem, oprócz "fala Mo­rza Pół­noc­ne­go", któ­re zo­sta­ły do­pi­sa­ne kred­ką.

Ra­zem z ko­le­gą ro­bi­my pró­bę - wczy­tu­je­my pierw­szy od­ci­nek fil­mu. Na kil­ku klat­kach do­strze­ga­my wy­raź­nie port i sto­ją­ce w nim stat­ki. Zdję­cia są do­brze skom­po­no­wa­ne i cie­ka­we - wi­dać duże li­niow­ce, z tyłu ja­kiś ża­glo­wiec. Na kil­ku klat­kach so­sno­wy las w zi­mie. Te­raz ro­bi­my ko­lej­ną pró­bę - pró­bu­je­my wczy­tać tę kli­szę przy róż­nych usta­wie­niach pa­ra­me­trów ska­ne­ra. Osta­tecz­nie de­cy­du­je­my się na je­den z wa­rian­tów. Te­raz mogę już wczy­ty­wać!

Daty po­ja­wia­ją­ce się w opi­sach do­ty­czą lat 1934-1938. Cza­sy sprzed dru­giej woj­ny świa­to­wej, któ­ra prze­ora­ła ży­cie mi­lio­nów lu­dzi, ży­cie mo­jej ro­dzi­ny, za­pew­ne ży­cie au­to­ra tych zdjęć. Jak to się sta­ło, że zna­lazł się na pol­skim Pod­la­siu? Jaki szlak prze­szedł wcze­śniej? Czy prze­żył?

Pa­trzę na otwar­te stro­ny. Gdy­by wpadł mi w ręce po­dob­ny al­bum ja­kiejś pol­skiej ro­dzi­ny z Kielc, czy po­chło­nął by mnie tak da­le­ce, jak ten? Czy z rów­ną cie­ka­wo­ścią bym go oglą­dał? Ten al­bum jest nie­miec­ki. To jest dużo bar­dziej in­try­gu­ją­ce. Znam set­ki lo­sów pol­skich, na­czy­ta­łem się też hi­sto­rii o pol­skich Ży­dach. Ale tu? To jest al­bum wro­ga. Nie wy­klu­czam, że do­słow­nie, bo pew­nie w cza­sie, gdy on - ofi­cer? - prze­by­wał na Pod­la­siu, mój oj­ciec - być może kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów obok - znaj­do­wał się w od­dzia­le par­ty­zanc­kim, mo­gli na­wet strze­lać do sie­bie. Kto za­rę­czy, że "mój Nie­miec" nie był zbrod­nia­rzem wo­jen­nym? Ko­le­ga mówi o zdję­ciach z Mus­so­li­nim, kim więc on był?

Przy­glą­dam się opi­som. Prze­pi­su­ję je bez za­sta­no­wie­nia, wiem, że ro­bię błę­dy, ale sta­ram się, aby do­kład­nie za­pi­sać to, co wi­dzę. Wie­lu słów nie ro­zu­miem, czę­sto od­naj­du­ję tyl­ko ich sła­bo czy­tel­ne frag­men­ty. "Ha­gen­back". Pu­sta stro­na. "Lis­sa­bon", "Gi­bral­tar", "Pfer­de­ren­nen", "Ceu­ta", "Yacht vor V span Ku­ste". Pu­sto, za­tar­te i wy­tar­te sło­wa. Pra­wie nic przez po­nad pół al­bu­mu. Pod ko­niec na­pi­sy po­ja­wia­ją się zno­wu: "3 Ri­vels", "Schu­mann The­ater", "Il­me­nau", "Son­nen­berg", "Ball d Na­tio­nen", "Me­tro­pol The­ater", "On­kel Hugo", "B. v N.", "Sca­la russ. Bal­let". "Susi Nov 35", "Frie­vel", "Win­ter 35/36". "Cir­cus Busch Febr 36", "Op­peln Marz 36", "Zie­gen in Bre­slau", "Bre­slau", "Rat­schen­berg", "Frie­vel", "Aus­flug mit Kor­nicks". "Lu­ft­bar Al­the­ive", "Ten­ni­splatz", "Trach­ten zum Zug", "Do­nau", "Fe­her es Fe­ke­te", "Bu­da­pest bei Na­cht", "Eli­sa­beth Bruc­ke u Do­nau", "Re­vue in Bu­da­pest", "Ball der Na­tio­nen", "Ro­twild auf i Lo­ny­ho­he", "Pas­sau April 38", "Mil­le­lu­alve", "Pas­sau", "Schwa­rzen­bach", ostat­nia li­nia to "Mer­gen­the­im".

Chy­ba dużo jeź­dził. Li­zbo­na, Gi­bral­tar, Ceu­ta (gdzie jest Ceu­ta? A, ko­lo­nia hisz­pań­ska w Ma­ro­ku), Bu­da­peszt. Pas­sau. Po pol­sku Pa­sa­wa, w Ba­wa­rii. Był dy­plo­ma­tą? Pró­bu­ję zo­ba­czyć, gdzie bra­ku­je klisz i za­zna­czam to in­nym ko­lo­rem w mo­jej ta­be­li. Głów­nie bra­ku­je w "Ball d. Na­tio­nen", jest też pu­sta li­nia, na któ­rej na­pi­sa­no "We­hr­macht". Czy to były naj­cie­kaw­sze zdję­cia i dla­te­go ktoś je za­brał lub prze­ło­żył gdzieś in­dziej? "Ball" to bal, "Bal na­ro­dów" to pew­nie ja­kiś ro­dzaj balu syl­we­stro­we­go - w al­bu­mie po­ja­wia się w kil­ku miej­scach, więc może od­by­wał się kil­ka razy? Ofi­cje­le, może waż­ni go­ście: Hi­tler, Mus­so­li­ni. Aku­rat wie­lu tych li­nii bra­ku­je. A "We­hr­macht"? Kto te kli­sze wy­jął? Sam au­tor, czy może ktoś póź­niej?

Skąd po­cho­dził? W ta­kim al­bu­mie po­win­ny zna­leźć się zdję­cia z domu, oko­lic. Pa­sa­wa? Znaj­du­ję jed­nak też Wro­cław, a na­wet Opo­le. I na­zwy, któ­rych w ogó­le nie znam: Rat­schen­berg, Schwa­rzen­bach. Co to zna­czy "3 Ri­vels"? Re­wie, wy­ści­gi kon­ne. Kie­dyś jeź­dzi­łem dużo na Wę­gry, więc na­wet ro­zu­miem "Fe­hér és Fe­ke­te": bia­łe i czar­ne. Może on mó­wił po wę­gier­sku? A "Bia­łe i czar­ne" to może na­zwa ja­kie­goś ka­ba­re­tu?

Przy oka­zji od­kry­wam, że w ozna­cze­niach stron jest po­mył­ka. On tak­że pró­bo­wał je nu­me­ro­wać, ale moja nu­me­ra­cja róż­ni się. Na mo­jej stro­nie dwu­dzie­stej dru­giej po­ja­wia się u nie­go nu­mer 23. Na dwu­dzie­stej i dwu­dzie­stej pierw­szej u nie­go nie mogę zna­leźć nu­me­rów, na dzie­więt­na­stej nu­me­ry zga­dza­ją się. Uważ­nie spraw­dzam al­bum, ale nie wi­dać, aby bra­ko­wa­ło kar­tek, żad­nych śla­dów znisz­cze­nia. Więc chy­ba to on się po­my­lił. Ostat­nia po­nu­me­ro­wa­na przez nie­go stro­na ma nu­mer 38 (moja 37), nie moż­na więc spraw­dzić, czy al­bum z za­ło­że­nia miał 48 czy 50 kar­tek.

Do tej pory, dzię­ki pierw­szym obej­rza­nym zdję­ciom z kli­szy, wpro­wa­dze­niem do jego świa­ta był dla mnie Ham­burg. Tro­chę znisz­czo­ne, wczy­ta­ne jako ko­lo­ro­we klat­ki z pierw­szej li­nii w brą­zach i se­pii po­bu­dzi­ły moją wy­obraź­nię i cie­ka­wość. Da­le­ki i wiel­ki Ham­burg, z dy­mią­cy­mi ko­mi­na­mi, wiel­ki­mi li­niow­ca­mi przy na­brze­żu, ho­low­ni­ka­mi uwi­ja­ją­cy­mi się mię­dzy stat­ka­mi. Pięk­ne zdję­cia, co bę­dzie da­lej?

Na po­czą­tek, opra­co­wu­jąc me­to­dę wczy­ty­wa­nia frag­men­tów dzie­wię­cio­klat­ko­wych, na ja­kie po­dzie­lo­ny zo­stał film (wte­dy kli­sze były na ogół 45-klat­ko­we), wczy­tu­ję krót­sze fil­my, do sze­ściu kla­tek. Od razu wi­dzę: to bę­dzie ukła­dan­ka, bo kli­sze są po­prze­kła­da­ne i nie pa­su­ją do opi­sów. Tak, są stro­ny, na któ­rych chy­ba wszyst­ko jest jak na­le­ży, ale na in­nych, tam gdzie mia­ły być eg­zo­tycz­ne kra­je, od­kry­wam swoj­sko wy­glą­da­ją­ce zi­mo­we kra­jo­bra­zy.

W mia­rę wczy­ty­wa­nia na­po­ty­kam sko­ki te­ma­tycz­ne i geo­gra­ficz­ne: sta­ro­żyt­ne ru­iny, po­tem na­gle roz­po­zna­ję ka­te­drę ka­wa­le­rów mal­tań­skich z La Va­let­ty. Na­stęp­nie ko­bie­ta z psem i brzo­za w nie­opi­sa­nej li­nii al­bu­mu. Po­tem mia­sto z pla­cem po­środ­ku. Po­tem ho­tel, ale z na­zwą wy­pi­sa­ną od­wrot­nie, dłu­go spraw­dzam, czy kli­sza była do­brze uło­żo­na (przy ska­no­wa­niu musi być czę­ścią ma­to­wą do góry). Do­brze, tyl­ko zdję­cie zo­sta­ło zro­bio­ne od stro­ny ho­te­lu na ze­wnątrz ka­wiar­ni - dla­te­go da­szek z na­pi­sem "Ho­tel Co­lón" wi­dać z od­wrot­nej stro­ny. Ho­tel "Co­lón" - pa­mię­tam taki w Bar­ce­lo­nie, więc to Hisz­pa­nia? A może Wło­chy? Opis tego nie wy­ja­śnia, z tru­dem od­czy­tu­ję "Niz­za" i "Rex". Na ko­lej­nej klat­ce przed­sta­wie­nie: na sce­nie usta­wie­ni w rzę­dach lu­dzie, nad nimi na ko­ta­rze re­kla­my. Rex - to król? Któ­ry król, hisz­pań­ski? Niz­za to Ni­cea, ale na­pi­sy są po hisz­pań­sku, więc się nie zga­dza. (Swo­ją dro­gą to cie­ka­we, re­kla­my na kur­ty­nie, pod­wie­szo­ne nad sce­ną w trak­cie przed­sta­wie­nia!). Może to gala dla kró­la hisz­pań­skie­go? Ale ja­kie­go kró­la - je­ste­śmy wła­śnie w okre­sie re­pu­bli­ki, przed woj­ną. Na ko­lej­nych zdję­ciach po­ja­wia­ją się za­śnie­żo­ne ścież­ki, po­sta­cie idą­ce dro­gą, za­mek. Nie ma żad­nych ofi­cje­li - tyl­ko na jed­nym ze zdjęć od­kry­wam ka­wal­ka­dę sa­mo­cho­dów li­mu­zyn. Wy­pa­tru­ję flag, ja­kichś zna­ków, ale nie wi­dzę nic.

Wczy­tu­ję co naj­mniej jed­ną kar­tę dzien­nie. Od­by­wa się to ra­czej wie­czo­rem, bo prze­cież pra­cu­ję i mam inne za­ję­cia. W pra­cy za­czy­nam być śpią­cy, mimo tego, co tam się dzie­je, a jest to dla fir­my waż­na część roku i trwa­ją go­rącz­ko­we pod­su­mo­wa­nia i pla­no­wa­nie. Co wie­czór od­kry­wam coś no­we­go i żyję tym, co bę­dzie da­lej.

Za­uwa­żam, że je­śli wyj­mie się kli­szę do ska­no­wa­nia, to cza­sem moż­na od­czy­tać le­piej tekst opi­su na li­nii; nie­któ­re li­te­ry i sło­wa na wo­sko­wa­nym pa­pie­rze do­pie­ro wte­dy sta­ją się wi­docz­ne. Być może, opi­su­ją daw­ne usta­wie­nie frag­men­tów fil­mu, ale i tak dają ja­kąś in­for­ma­cję. Oglą­dam kar­ty na nowo, oświe­tlam je na kil­ka spo­so­bów i za­pi­su­ję od­czy­ta­ne z tru­dem skraw­ki słów. Ob­raz tro­chę się do­peł­nia. Rów­nież dla­te­go, że za­czy­nam się przy­zwy­cza­jać do pi­sow­ni i le­piej in­ter­pre­tu­ję róż­ne zna­ki. Na przy­kład "v" to nie "v", ale tak pi­sa­ne "d". Te­raz na­bie­ra sen­su zmia­na "Frie­vel" na "Frie­del", Frie­del to jest imię żeń­skie. Po­dob­nie "B.v N." to "B.d N" i skrót od "Ball der Na­tio­nen". Frie­del brzmi zna­jo­mo, jak Fri­da.

Po­wo­li z cha­osu wy­ła­nia się po­rzą­dek. Na­zwy śród­ziem­no­mor­skie od­no­szą się do wy­ciecz­ki. Wi­dać to­wa­rzy­stwo na po­kła­dzie stat­ku, le­ża­ki, roz­mo­wy, za­ba­wy. Fale. Por­ty, nad­mor­skie mia­sta, za­byt­ki, uli­ce. Na uli­cach lu­dzie, ko­ro­wo­dy, ce­le­bru­je się ja­kieś świę­ta. Na jed­nej z klisz Ara­bo­wie, na po­zo­sta­łych pew­nie to, co za­po­wia­da opis: Li­zbo­na, Gi­bral­tar, Mal­ta. Póź­niej od­czy­ta­ne, a wcze­śniej nie­wi­docz­ne na­zwy: Ca­glia­ri, Amal­fi - Wło­chy. Na pew­no Bar­ce­lo­na - na jed­nym ze zdjęć roz­po­zna­ję pa­no­ra­mę mia­sta i po­mnik Ko­lum­ba, w głę­bi Ram­blas.

Przed­sta­wie­nia, te­atry, va­ri­étés. Znaj­du­ję za­dzi­wia­ją­co dużo zdjęć z ta­kich im­prez. Chy­ba nie jest to sztu­ka wy­so­kie­go lotu: klow­ni, tań­czą­ce pa­nien­ki, ra­czej czy­sta roz­ryw­ka. Jak on ro­bił te zdję­cia w cza­sie wy­stę­pów, prze­cież to mu­sia­ło prze­szka­dzać? Może nie tak bar­dzo, je­śli sto­so­wał czu­łe fil­my, a nie ów­cze­sne lam­py bły­sko­we.

Dużo kra­jo­bra­zów gór­skich lub pod­gór­skich, wio­sen­nych, let­nich i zi­mo­wych. Wśród nich bar­dzo czę­sto po­ja­wia się Fri­da, naj­czę­ściej w to­wa­rzy­stwie Chi­ki, swo­je­go psa. Tak czę­sto, że pręd­ko do­cho­dzę do wnio­sku, że to żona au­to­ra zdjęć. Oto Fri­da i Chi­ki przy dro­dze, a oto na brze­gu łąki, z któ­rej roz­po­ście­ra się wi­dok na góry i miej­sco­wość w głę­bi. Jaką?

Roz­py­tu­ję o prze­czy­ta­ne wcze­śniej, a tak­że te­raz od­czy­ty­wa­ne przy in­nym oświe­tle­niu nowe na­zwy, szu­kam też ich w In­ter­ne­cie. Mama mo­jej przy­ja­ciół­ki Joli po­cho­dzi ze Ślą­ska. - Rat­schen­berg? Czy to może od Ra­ci­bo­rza? A Kal­twas­ser to pew­nie Zim­na Wód­ka, była taka nie­da­le­ko.

Nie, Ra­ci­bórz na­zy­wał się przed woj­ną Ra­ti­bor, Zim­na Wód­ka (na­zwa mo­gła wła­ści­wie być tak prze­tłu­ma­czo­na) ist­nie­je, ale miej­sco­wo­ści Zim­na Woda, o przed­wo­jen­nej na­zwie Kal­twas­ser jest kil­ka, wszyst­kie w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Pol­sce. Więc Su­de­ty, Dol­ny Śląsk? Kra­jo­bra­zy to po­twier­dza­ją, zdję­cia z Wro­cła­wia i Opo­la też o tym świad­czą. Do­cie­ram do sta­rych nazw dol­no­ślą­skich, źle wcze­śniej prze­czy­ta­ne "Al­the­ive" moż­na te­raz zro­zu­mieć jako Al­the­ide, a ra­czej Bad Al­the­ide - to Po­la­ni­ca-Zdrój.

Już wiem na pew­no, że kli­sze są prze­mie­sza­ne, z jesz­cze jed­ne­go po­wo­du. Opi­sy na nie­któ­rych stro­nach su­ge­ru­ją lo­gicz­ną chro­no­lo­gicz­ną ca­łość, więc kli­sza po­win­na zo­stać po­cię­ta i wło­żo­na do "li­nii" po ko­lei. Ale tak nie jest. W mo­ich ta­be­lach, któ­re po­wo­li się za­peł­nia­ją, za­pi­su­ję nie tyl­ko za­war­tość każ­dej li­nii i klat­ki, lecz tak­że ro­dzaj fil­mu oraz nu­me­ry kla­tek. Na brze­gach wy­wo­ła­nych klisz za­pi­sa­ne są na­zwy i cy­fry. Więk­szość nazw to: Ko­dak Pan­chro, Ko­dak Pan­chro­ma­tic, Ko­dak Pa­na­to­mic, Ko­dak East­man Ni­tra­te Film Pan­chro­ma­tic. Czy­ta­jąc opi­sy, spo­dzie­wam się ko­lej­nych frag­men­tów tej sa­mej kli­szy. A tu - nie. Po Ko­da­ku po­ja­wia się na­gle Agfa i to z czymś zu­peł­nie in­nym.

Cze­kam, co przy­nie­sie ko­lej­na ram­ka, do któ­rej wło­ży­łem nowe czte­ry kli­sze. Naj­pierw wi­dzę mały ob­ra­zek wszyst­kich kla­tek po wstęp­nym wczy­ta­niu. Po­tem, aby przy­go­to­wać każ­de ze zdjęć do ska­no­wa­nia i okre­ślić jego gra­ni­ce, po­więk­szam je; wi­dzę więc każ­de z nich. Cza­sem są to ko­lej­ne wi­do­ki Su­de­tów, cza­sem coś in­ne­go. Nie­cier­pli­wię się. Gdzie ten Mus­so­li­ni, do­kąd znów wy­brał się fo­to­graf? Mus­so­li­nie­go nie ma, ale zda­rza­ją się nie­spo­dzian­ki.

Hi­tle­ro­wiec

Noc, na sto­le świe­ci się lamp­ka, szu­mi kom­pu­ter. Gdy prze­cho­dzę do stro­ny szó­stej al­bu­mu, na­gle znaj­du­ję się w ja­kimś mia­stecz­ku. Jest - jak po­dej­rze­wam - rok 1935, może 1936. Wy­ni­ka to z dat w opi­sie, zdję­cia z tej stro­ny wy­glą­da­ją na dość wcze­sne. Na pierw­szej klat­ce wi­dzę star­szych pań­stwa, dwie pary sto­ją­ce na tra­wie pod drze­wem - da­lej wi­dać par­ter domu i frag­ment pierw­sze­go pię­tra. Obie pary ubra­ne od­święt­nie, na­le­żą chy­ba do lep­sze­go to­wa­rzy­stwa. Ko­lej­ne klat­ki prze­no­szą mnie na Ry­nek mia­stecz­ka, w sam śro­dek świę­ta. W brycz­ce po­wo­żo­nej przez stan­gre­ta w cy­lin­drze sie­dzą trzy star­sze damy, każ­da z wa­chla­rzem, pew­ne sie­bie spoj­rze­nia. Obok bie­gną chłop­cy, co zna­mie­nit­si oby­wa­te­le po­zdra­wia­ją pa­nie, a te ła­ska­wie od­po­wia­da­ją. Naj­waż­niej­sza jest ko­bie­ta sie­dzą­ca na prze­dzie, to do niej też skie­ro­wa­ne są hoł­dy. Brycz­ka jest ude­ko­ro­wa­na li­ść­mi dę­bo­wy­mi i cho­rą­giew­ka­mi ze swa­sty­ką. Za brycz­ką wi­dać spo­glą­da­ją­cych w jej stro­nę lu­dzi - prze­bra­ne na lu­do­wo dziew­czę­ta, ulicz­nych ga­piów. Mia­sto przy­bra­ne jest hi­tle­row­ski­mi fla­ga­mi i trans­pa­ren­ta­mi, któ­rych tre­ści nie mogę od­czy­tać mimo wie­lo­krot­ne­go po­więk­sza­nia. Je­den z nich przed­sta­wia ka­ry­ka­tu­ry, też nie wi­dać do­brze czy­je. Część na­pi­sów jest za­wie­szo­na przy otwar­tych skle­pach i sto­iskach, te - nie­któ­re z nich mogę od­czy­tać - za­chwa­la­ją to­wa­ry, np. piwo lub ku­chen­ki ga­zo­we. Da­lej wi­dać sam Ry­nek z góry, fo­to­graf sta­nął wy­żej. Wzdłuż pod­cie­ni usta­wio­no drew­nia­ne sto­ły, przy któ­rych sie­dzą już lu­dzie. Z pra­wej sam brzeg du­że­go bu­dyn­ku, pew­nie ra­tu­sza. Cały plac wy­peł­nio­ny jest od­święt­nym tłu­mem, jest chy­ba wio­sna, lu­dzie w ko­szu­lach, gar­ni­tu­rach. Coś się ma stać, a może już się sta­ło, ale lu­dzie wciąż le­ni­wie zo­sta­li jesz­cze, sto­jąc i sie­dząc przy sto­łach. Są tu całe ro­dzi­ny, nie­któ­rzy przy­je­cha­li na ro­we­rach. Z okien zwie­sza­ją się fla­gi, trój­ko­lo­ro­we i te ze swa­sty­ka­mi. Na­gle wzrok mój kie­ru­ję na ude­ko­ro­wa­ny bal­kon - tam wisi naj­wię­cej flag hi­tle­row­skich - i za­mie­ram. Z bal­ko­nu pa­trzy na mnie hi­tle­ro­wiec w ko­szu­li i kra­wa­cie. Tak, mam wra­że­nie jak ze złe­go snu: je­stem tam w środ­ku, a on pa­trzy na mnie. Prze­su­wam na­stęp­ną klat­kę - po­dob­ne uję­cie, ale te­raz ze środ­ka pi­wiar­ni na świe­żym po­wie­trzu urzą­dzo­nej na wy­so­ko­ści pierw­sze­go pię­tra, wi­dać sto­ją­ce ku­fle i pi­ją­cych lu­dzi, ob­ser­wu­ją, co się dzie­je ni­żej. Bal­kon jest pu­sty - hi­tle­ro­wiec znik­nął. Obok bal­ko­nu, w oknie, jak na po­przed­niej fo­to­gra­fii, sie­dzi ko­bie­ta. Spo­koj­ne, le­ni­we świę­to. Ostat­nia klat­ka: ko­bie­ta w bia­łej suk­ni sto­ją­ca pod drze­wem, chy­ba lipą, na schod­kach - może pi­wiar­ni? - ty­łem do fo­to­gra­fa, w ka­pe­lu­si­ku, pa­trzy na tłum. Tę syl­wet­kę już roz­po­zna­ję, to Fri­da. Ko­niec czwar­tej li­nii szó­stej stro­ny. Na­stęp­na to ko­lej­ne wi­docz­ki pa­gór­ków.

Kim był?

Jak on wy­glą­dał? Na kli­szach prze­wi­ja się kil­ka osób. Sko­ro byli ra­zem, na pew­no ro­bi­li so­bie wza­jem­nie zdję­cia. Sto­sun­ko­wo mło­dy czło­wiek, lek­ko pod­cię­ta fry­zu­ra z tyłu. Czę­sto z apa­ra­tem. A może tro­chę star­szy, któ­ry na zdję­ciu z ja­kimś Ara­bem - może Ma­ro­kań­czy­kiem, bo w fe­zie - słu­cha, co tam­ten mówi, z lek­kim uśmie­chem, jak­by po­bła­ża­nia - no tak, mów so­bie, mów... Albo oku­lar­nik na śnie­gu. A może męż­czy­zna na le­ża­ku na stat­ku, lek­ko za­cię­te usta, krót­kie spoj­rze­nie za bur­tę - wy­glą­da jak­by wła­śnie po­kłó­cił się z ko­bie­tą sto­ją­cą obok; ta pa­trzy nie­pew­nie na nie­go: co bę­dzie da­lej? Tak, ale to inna ko­bie­ta, nie Fri­da. Na jed­nej z taśm tra­fiam na­gle na sce­nę z ba­se­nu na wol­nym po­wie­trzu: męż­czy­zna ska­cze w ko­szu­li, kra­wa­cie, spodniach i bu­tach z tram­po­li­ny do wody. Dwa ta­kie zdję­cia. Po­tem pod prysz­ni­cem: naj­pierw ko­bie­ta, po­tem męż­czy­zna - czy to przy­pad­kiem nie ten "młod­szy" ze stat­ku? Ha - wi­dzę go tu ca­łe­go i zdjęć z nim jest chy­ba pięć, tyle tyl­ko, że twarz lek­ko przy­sło­nię­ta stru­ga­mi wody z prysz­ni­ca. Oprócz tego na­wet mię­śnie wi­dać do­brze. Więc to pew­nie ON - a ko­bie­ta - może to Fri­da, cho­ciaż trud­no ją roz­po­znać, gdyż cze­pek ką­pie­lo­wy przy­kry­wa wło­sy, a twarz jest zbyt da­le­ko.

Któ­re­goś dnia za­pro­si­łem do sie­bie kil­ko­ro przy­ja­ciół, wśród nich Wit­ka i Elę zaj­mu­ją­cych się pro­fe­sjo­nal­nie fo­to­gra­fią. Wi­tek jest jed­nym z naj­lep­szych pol­skich fo­to­gra­fów. Opo­wie­dzia­łem im, co ro­bię i prze­szli­śmy do kom­pu­te­ra. Po obej­rze­niu wy­ni­ków mej pra­cy, Wi­tek spy­tał: "Ile jest tych zdjęć? My­ślę, że spo­śród nich wszyst­kich sześć­dzie­siąt do­brych mógł­byś wy­brać. Do­brych w sen­sie do­brych ar­ty­stycz­nie". Ela do­da­ła: "To był ama­tor. Zdję­cia są jed­nak cie­ka­we i wi­dać, że moż­na ba­dać róż­ne hi­sto­rie z nimi zwią­za­ne". Wi­tek na­wet za­pro­po­no­wał na­wią­za­nie kon­tak­tów z oso­ba­mi, któ­re in­te­re­su­ją się po­dob­ną te­ma­ty­ką. Spy­tał jesz­cze, jak wczy­tu­ję kli­sze i za­su­ge­ro­wał zmia­ny: "Po­trak­tuj je jako czar­no-bia­łe i z taką ilo­ścią bi­tów, żeby wy­star­czy­ło do dru­ko­wa­nia". Wi­dząc moją minę po tym, jak wspo­mniał o bia­ło-czar­nym wczy­ty­wa­niu, do­dał: "W se­pii wszyst­ko wy­da­je się pięk­niej­sze, ale nie ma co trzy­mać ta­kich wiel­kich pli­ków - to nic nie daje".

Cią­gle nie ana­li­zu­ję jesz­cze zdjęć, sta­ram się wczy­tać je wszyst­kie. Su­de­ty wciąż mie­sza­ją się z kra­ja­mi śród­ziem­no­mor­ski­mi, sce­ny ro­dzin­ne, dość rzad­kie, z wy­stę­pa­mi re­wio­wy­mi. Po­li­ty­ki nie wi­dać, cza­sem tyl­ko gdzieś na słu­pie czy stat­ku do­strze­gam fla­gę ze swa­sty­ką. To za­wsze mnie elek­try­zu­je. Dla­cze­go mnie to dzi­wi, to fla­ga pań­stwo­wa, w ta­kim miej­scu, w ta­kiej sy­tu­acji, to prze­cież nor­mal­ne, że ktoś ją za­wie­sił. To zdję­cie jed­nak nie jest już dla mnie neu­tral­ne. Swa­sty­ka ma w so­bie zbyt wie­le tre­ści.

Któ­re­goś dnia od­kry­wam zdję­cie cmen­ta­rza. Za­trzy­mu­ję się przy nim. Jest szan­sa, że do­wiem się cze­goś o moim fo­to­gra­fie. Nad gro­bem fi­gu­ra, ni­żej ka­mien­ne wstę­gi, na któ­rych wy­pi­sa­no na­zwi­ska i epi­ta­fia, wi­dać kil­ka gro­bów obok. Po­więk­szam klat­kę i na sa­mym szczy­cie na­pi­sów od­czy­tu­ję: Hans Got­t­fried Kahl. Daty z XIX wie­ku. Spraw­dzam w In­ter­ne­cie - była taka oso­ba: Hans Got­t­fried Kahl uro­dził się na jed­nej z wysp na Bał­ty­ku, był wła­ści­cie­lem ziem­skim. Dla­cze­go mój Nie­miec zro­bił to zdję­cie, czy dla­te­go, że grób był ma­low­ni­czy, czy był z tą oso­bą spo­krew­nio­ny? Żad­nych Kah­lów w Su­de­tach na ra­zie nie znaj­du­ję, w In­ter­ne­cie nie ma też nic wię­cej cie­ka­we­go na ten te­mat. Nie ma na­wet śla­du, że Hans Got­t­fried zmarł w tych oko­li­cach; bo gdzie wła­ści­wie zo­sta­ło zro­bio­ne to zdję­cie: w Su­de­tach, czy gdzieś in­dziej? Jest tyl­ko jed­no ta­kie, inne gro­by nie zo­sta­ły sfo­to­gra­fo­wa­ne.

Ka­mie­niec

Inne od­kry­cie to Ka­mie­niec. Jesz­cze z Wit­kiem za­sta­na­wia­li­śmy się nad tym, jaki za­mek, czy może ra­czej pa­łac wy­stę­pu­je na nie­któ­rych zdję­ciach. Wy­glą­dał ory­gi­nal­nie i dość ele­ganc­ko. Styl neo­go­tyc­ki, wie­życz­ki może nie­co dziw­nie za­pro­jek­to­wa­ne - jak­by usta­wić wa­lec mniej­szy na więk­szym. Ażu­ro­we, z prze­świ­ta­mi, spra­wia­ją­ce wra­że­nie le­ciut­kich, bra­my i po­dwó­rzec. Ca­łość mia­ła swój wdzięk i urok. Wo­kół sta­ły fon­tan­ny, sfo­to­gra­fo­wa­ne dwa razy: raz, kie­dy nie dzia­ła­ły i dru­gi, kie­dy try­ska­ła z nich woda. Z pa­ła­cu wi­dać było za­le­sio­ne wzgó­rza, a da­lej dom­ki. Od­no­si się wra­że­nie, jak­by fo­to­graf był tam go­ściem: lu­dzi nie ma, tyl­ko raz wi­dać prze­cho­dzą­cą po­stać. Bra­ku­je zdjęć ze środ­ka, są tyl­ko ro­bio­ne od stro­ny kruż­gan­ków na ze­wnątrz. Nikt z nas nie wi­dział ta­kie­go pa­ła­cu.

No­tu­jąc na­zwy wi­docz­ne wśród opi­sów na­tkną­łem się na "Ka­menz". In­ter­net wska­zał mi kil­ka moż­li­wo­ści, jed­ną w Sak­so­nii, nie­zbyt na­wet da­le­ko, a dru­gą w Pol­sce, wła­śnie w Su­de­tach: Ka­mie­niec Ząb­ko­wic­ki. Wsze­dłem na stro­ny gmi­ny i na­gle na jed­nym ze zdjęć - wi­dzę mój pa­łac! On ist­nie­je i to w Pol­sce. Czy­tam go­rącz­ko­wo: Ka­mie­niec był wła­sno­ścią Ma­rian­ny Orań­skiej, cór­ki Wil­hel­ma I Orań­skie­go i Fry­de­ry­ki Lu­izy Pru­skiej, żony syna kró­la Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma III, księ­cia Fry­de­ry­ka Al­brech­ta Pru­skie­go. Zle­ce­nie bu­do­wy pa­ła­cu uzy­skał w 1838 roku Karl Frie­drich Schin­kel, zna­ny ar­chi­tekt, któ­re­go mu­zeum ist­nie­je obec­nie w Ber­li­nie. Nie do­cze­kał on koń­ca bu­do­wy, zmarł w 1841 roku, trzy lata przed jej fi­na­łem - dzie­ło koń­czył Fer­dy­nand Mar­tius. Do roku 1940 pa­łac po­zo­sta­wał wła­sno­ścią po­tom­ków księ­cia Al­brech­ta, a więc gdy "mój" Nie­miec ro­bił tam zdję­cia, to oni jesz­cze w nim miesz­ka­li. Dnia 8 maja 1945 roku obiekt za­ję­li Ro­sja­nie, któ­rzy go roz­gra­bi­li, a 10 lu­te­go 1946 roku pa­łac pod­pa­lo­no. Do­pie­ro nie­daw­no zna­lazł się pry­wat­ny in­we­stor, któ­ry roz­po­czął od­bu­do­wę i umie­ścił tam ho­tel. Na zdję­ciach bu­dow­la wy­glą­da dość do­brze, cho­ciaż da­le­ko jej do sta­nu ze zdjęć z al­bu­mu. Na nie­miec­kich stro­nach (z tru­dem pró­bu­ję je czy­tać) pi­sze się o ro­syj­skich i pol­skich gra­bież­cach; pol­scy prze­nie­śli po­dob­no mar­mu­ry, mię­dzy in­ny­mi do War­sza­wy. Cie­ka­we. Prze­cież mogę tam po­je­chać i na­wet prze­no­co­wać w ho­te­lu. A te mar­mu­ry w War­sza­wie to gdzie? Dzwo­nię do Wit­ka - "Zna­la­złem za­mek!".

Je­le­nia Góra

Wciąż ska­nu­ję al­bum, nie do­sze­dłem jesz­cze do koń­ca, choć zo­sta­ło już nie­wie­le fil­mów. Wczy­tu­ję ko­lej­ne stro­ny. Dość cie­ka­we, ale bez re­we­la­cji. Mus­so­li­nie­go chy­ba nie bę­dzie. A to co? Stro­na czter­dzie­sta: "R.G. Wo­che in Hir­sch­berg". Hir­sch­berg to Je­le­nia Góra, Wo­che to ty­dzień. Wiel­ki Ty­dzień w Je­le­niej Gó­rze? To nie­moż­li­we, jest tu i data - Juli 36. Wiel­ki Ty­dzień nie od­by­wa się w lip­cu. Na zdję­ciach rze­czy­wi­ście świę­to - pa­ra­da na uli­cach, lu­do­we stro­je. My­ślę, co może ozna­czać skrót "R.G.". Już wiem: Rie­sen­ge­bir­ge to Kar­ko­no­sze. Więc to "Ty­dzień Kar­ko­no­szy" w Je­le­niej Gó­rze! Na ryn­ku usta­wio­ne sto­ły, mnó­stwo lu­dzi w lu­do­wych stro­jach - fo­to­graf spe­cjal­nie ich wy­pa­try­wał. Ko­bie­ty w czep­kach, pa­no­wie w śmiesz­nych ka­pe­lu­szach, ubio­ry nie­zbyt przy­po­mi­na­ją stro­je, któ­re wi­dzia­łem do tej pory na po­dob­nych im­pre­zach u nas. Wi­dać or­kie­stry, od­by­wa się prze­marsz, róż­ne gru­py de­fi­lu­ją po ryn­ku, idą tak­że wzdłuż to­rów li­nii tram­wa­jo­wej - więc przed woj­ną po Je­le­niej Gó­rze jeź­dzi­ły tram­wa­je! Znów w róż­nych miej­scach po­wie­wa­ją fla­gi ze swa­sty­ką. Nie od­czu­wam tu jed­nak na­pię­cia. Po pro­stu at­mos­fe­ra świę­ta. Oto chło­piec z lo­da­mi bie­gnie w stro­nę fo­to­gra­fa. Pod szyl­dem skle­po­wym z na­pi­sem HER­MANN znaj­du­ję wśród ga­piów dwie sym­pa­tycz­ne, uśmiech­nię­te w na­szą stro­nę twa­rze męż­czy­zny i ko­bie­ty. Oto star­szy męż­czy­zna ubra­ny w strój my­śliw­ski po­si­la się wraz z żoną, kil­ka zdjęć po ko­lei. Spraw­dzam za­pis na li­niach: "Trach­ten um Zug", "Lisa", "Inge", "Gu­en­ther", "Ob bayr", "Trach­ten i. Hir­sch­berg". Nie wszyst­ko do­brze wi­docz­ne i zro­zu­mia­łe. "Trach­ten um Zug" do­ty­czy po­cho­du, ale imio­na? Kto jest Lisą, a kto Inge? "Ob bayr"? Może to do­ty­czy my­śli­we­go, może od­no­si się to do jego funk­cji albo zwy­cza­jo­wej roli? Na przy­kład może to król kur­ko­wy, tra­dy­cyj­nie wy­bie­ra­ny mistrz w strze­la­niu, jest ob­wie­szo­ny róż­ny­mi od­zna­ka­mi. "Bayr" ko­ja­rzy mi się z Ba­wa­rią lub go­spo­da­rzem, ale co by tu mia­ła ro­bić Ba­wa­ria?

Koń­co­we opi­sy ra­czej zga­dza­ją się z za­war­to­ścią klisz. Stro­na 42 i 43 to Bu­da­peszt. Bar­dzo dużo zdjęć mo­stu Elż­bie­ty, par­la­ment, wi­dok mia­sta. Znów ja­kieś wy­stę­py. Szy­bow­ce, wy­ści­gi kłu­sa­ków. Da­lej tra­fiam na wresz­cie wy­peł­nio­ny kli­szą frag­ment opi­sa­ny jako "Bal Na­ro­dów". Roz­cza­ro­wa­nie. To nie jest żad­na uro­czy­stość z ofi­cje­la­mi, to znów wy­stęp czy re­wia. Nie bę­dzie nic z po­li­ty­ki. Już tyl­ko kil­ka stron do koń­ca.

Świę­ta i ON. Otwar­te okno

Na kli­szach znów wi­dać pa­gór­ki. Zima, śli­zgaw­ka. I na­gle nie­spo­dzie­wa­na na­gro­da: bo­żo­na­ro­dze­nio­wa cho­in­ka, a przy niej ro­dzi­na. Kil­ka zdjęć jed­no po dru­gim. Fri­da, dru­ga ko­bie­ta, któ­rą chy­ba wi­dzia­łem gdzieś wcze­śniej. I ON. Tyl­ko że to nie ten ze stat­ku i z po­dró­ży z apa­ra­tem, o któ­rym my­śla­łem wcze­śniej, że jest au­to­rem zdjęć. Nie - to Oku­lar­nik, te­raz ele­ganc­ko ubra­ny. Szczu­pły, ły­sie­ją­cy, oko­ło czter­dziest­ki. Na ko­lej­nych fo­to­gra­fiach do Fri­dy do­łą­cza mło­dy chło­pak. Więc to ich syn. Dla­cze­go nie wi­dzia­łem go wcze­śniej? Chło­pak czy­ta książ­kę, roz­ma­wia­ją. Ze zdjęć ema­nu­je spo­kój i cie­pło ro­dzin­ne. Na skraw­ku in­nej kli­szy od­naj­du­ję jesz­cze dwie klat­ki z cho­in­ką, tym ra­zem nie­ostre, chy­ba ro­bił je ich syn. Nie wiem, skąd ko­ja­rzę jego imię z chłop­cem bie­gną­cym z lo­da­mi w kie­run­ku fo­to­gra­fa w Je­le­niej Gó­rze: Gu­en­ther. Może to on, ale młod­szy? To chy­ba nie­moż­li­we - w opi­sie czy­tam: "We­ih­nach­ten 36" - Boże Na­ro­dze­nie 36, więc to ten sam rok. Na dwóch nie­ostrych klat­kach wi­dać JEGO i Fri­dę, uśmiech­nię­tych, za­ję­tych roz­mo­wą. W tle roz­pa­ko­wa­ne już pre­zen­ty, chy­ba ko­szu­le, na pew­no coś jesz­cze wśród świą­tecz­nych pa­pie­rów.

Więc go mam. Wiem, jak wy­glą­da. Wiem, że prę­dzej czy póź­niej go znaj­dę, będę wie­dział, kim był i co ro­bił. Stro­na czter­dzie­sta szó­sta. Po­zo­sta­ły jesz­cze dwie, ale na­wet je­śli tam nic nie znaj­dę, tyl­ko wi­docz­ki pa­gór­ków, to jed­nak coś już uzy­ska­łem, punkt, z któ­re­go mogę ru­szyć da­lej.

Na ostat­nich stro­nach już wcze­śniej zna­la­złem na­zwy "Pas­sau", "Schwa­rzen­bach", "Mer­gen­he­im", "Mil­lel­wal­de". Pas­sau to Pa­sa­wa w Dol­nej Ba­wa­rii nie­da­le­ko Au­strii, spraw­dza­łem już wcze­śniej, in­nych miejsc na ra­zie nie szu­kam. Ko­le­ga z Nie­miec oglą­da­jąc ze mną ska­ny z fil­mów po­wie­dział: "Pa­sa­wa - to mia­sto trzech rzek". Rze­czy­wi­ście, tak wszę­dzie opi­su­je się Pa­sa­wę: prze­pły­wa tu Du­naj, Inn i Ilz. Na zdję­ciach wi­dać wzgó­rza, rze­ki, mo­sty i dużo ko­ścio­łów z pro­sty­mi mie­rzą­cy­mi w nie­bo wie­ża­mi lub cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi, ce­bu­lo­wa­to za­okrą­glo­ny­mi da­cha­mi. Wą­skie ulicz­ki, na któ­rych ba­wią się dzie­ci, po­ściel wie­trzo­na w otwar­tych oknach. W In­ter­ne­cie i prze­wod­ni­kach znaj­du­ję po­twier­dze­nie: to na pew­no Pa­sa­wa, cie­ka­we i ma­low­ni­cze mia­sto. Wśród zdjęć jest kil­ka, na któ­rych są lu­dzie. Oto mło­dy czło­wiek na drew­nia­nej wie­ży, z któ­rej wraz z fo­to­gra­fem ob­ser­wu­ją mia­sto. Wi­dać go z bli­ska, w ja­snym płasz­czu i czap­ce, oświe­tlo­ny pro­mie­nia­mi słoń­ca wpa­da­ją­cy­mi od tej stro­ny do wie­ży. W dole po­ni­żej pły­nie rze­ka. Czy to ta sama oso­ba, któ­rą było wi­dać na zdję­ciach z Bo­że­go Na­ro­dze­nia? Chy­ba nie. Przy­glą­dam się pro­fi­lo­wi twa­rzy, czap­ka skry­wa wło­sy; je­śli to on, to nie­co star­szy i tro­chę zmie­nio­ny. I jesz­cze zdję­cia przed­sta­wia­ją­ce trzy ko­bie­ty idą­ce wiej­ską uli­cą. A może to nie wieś, tyl­ko przed­mie­ście Pa­sa­wy. Wzdłuż drew­nia­nych pło­tów i ży­wo­pło­tów, z le­wej stro­ny wy­czu­wa się obec­ność rze­ki, dro­ga po­wo­li się wzno­si. Na pierw­szym wi­dać tyl­ko dwie z ko­biet, da­le­ko z tyłu dwie inne, ale przy­pad­ko­we. Na ko­lej­nych dwóch zdję­ciach wi­dać już trzy pa­nie - może sio­stry? Z ro­dzi­ny fo­to­gra­fa, czy może sta­re zna­jo­me? Chy­ba nie są do­kład­nie w tym sa­mym wie­ku. Ubra­ne dość cie­pło, w pal­ta i kurt­ki, na­kry­cia gło­wy, spód­ni­ce do pół łyd­ki. Śmie­ją się do na­sze­go Niem­ca, któ­ry, aby zro­bić te fo­to­gra­fie z mar­szu, mu­siał iść ty­łem, pew­nie żar­to­wa­li. "Uśmiech po­pro­szę!". I rze­ka, sze­ro­ko roz­la­na, może to Du­naj. Cza­sem wi­dać ja­kąś łódź. Je­dzie­my da­lej...

Na kli­szach wy­stę­pu­ją sta­re drew­nia­ne bu­dyn­ki z pod­cie­nia­mi, bar­dzo cie­ka­wa ar­chi­tek­tu­ra. Te zdję­cia są ład­ne. Pod pod­cie­nia­mi ba­wią się dzie­ci. Da­lej - roz­to­py - przez wieś wśród ka­łuż idzie męż­czy­zna z ro­we­rem. Wie­ża ko­ścio­ła nad rze­ką. Ko­bie­ta w bia­łej bluz­ce w grosz­ki.

Wśród ostat­nich zdjęć ob­raz zro­bio­ny z wnę­trza miesz­ka­nia. Otwar­ty bal­kon, za­sła­ne łóż­ko wy­sta­wio­ne czę­ścio­wo na ze­wnątrz. Za oknem rze­ka i wie­że, chy­ba ja­kie­goś ko­ścio­ła. Czuć obec­ność fo­to­gra­fa. To on śpi na tym łóż­ku, te­raz pu­stym. Wi­dok na świat - jego świat. Je­stem z nim i w nim, będę go da­lej szu­kał. Już wiem, co jest na zdję­ciach, może to mało, może dużo. Mu­szę się im przyj­rzeć, po­wią­zać ze sobą. Ży­cie Niem­ca w po­ło­wie roku 1938, bo zdję­cia z Pa­sa­wy są z kwiet­nia tego roku, taka jest ostat­nia data. Mo­na­chium, Au­stria, nie­dłu­go woj­na. Do­kąd go za­nio­sła i w ja­kim cha­rak­te­rze? Na ra­zie od­czu­wam do nie­go sym­pa­tię, jego wraż­li­wość jest po­dob­na do mo­jej, po­zna­ję to po tym, co i jak fo­to­gra­fo­wał, po­przez wy­bór, ja­kim się kie­ro­wał. Więc idę da­lej w jego świat za oknem i w świat, któ­ry no­sił w so­bie.

UKŁA­DAN­KA

Już wiem, że na zdję­ciach nie ma wiel­kiej po­li­ty­ki. Nie ma Mus­so­li­nie­go, Hi­tle­ra, woj­ska. Co jest? Wczy­ta­łem 1424 klat­ki, włącz­nie z tymi w złym sta­nie i tymi, któ­re uzna­łem za "roz­bie­gów­ki" na po­cząt­ku lub koń­cu kli­szy. Te­raz mogę pod­su­mo­wać raz jesz­cze, już ze świa­do­mo­ścią tego, co zna­la­złem na tych wszyst­kich klat­kach na czter­dzie­stu ośmiu stro­nach al­bu­mu.

Przede wszyst­kim po­dróż śród­ziem­no­mor­ska od­by­ta w 1935 roku, roz­po­czę­ta w Ham­bur­gu na stat­ku pa­sa­żer­skim. To chy­ba jed­na czwar­ta - jed­na trze­cia wszyst­kich zdjęć. Są róż­ne mia­sta, głów­nie nie­miec­kie, ale jest też Bu­da­peszt. Może też jed­na czwar­ta. Są rów­nież oko­li­ce, gdzie miesz­kał: Dol­ny Śląsk, Su­de­ty, Je­le­nia Góra, Wro­cław, Opo­le. Mniej wię­cej jed­na trze­cia al­bu­mu. Wie­le zdjęć z re­wii, va­ri­étés, na­wet cyr­ku z róż­nych miejsc. Dużo pej­za­ży, zdjęć drzew, cie­ni na śnie­gu. Po­mie­sza­ne fo­to­gra­fie, te­raz trze­ba to wszyst­ko upo­rząd­ko­wać.

Na zdję­ciach nie ma jego pra­cy. Nie wia­do­mo, co robi. Bra­ku­je jego syna - po­ja­wia się bar­dzo rzad­ko - z oka­zji Świąt. Może gdzieś stu­diu­je i miesz­ka poza ro­dzin­ną oko­li­cą? Nie wi­dać jego domu. Cią­gle nie wiem, czy miesz­ka w mie­ście czy na wsi. Jest na pew­no do­brze sy­tu­owa­ny, nie każ­de­go stać na da­le­kie wy­ciecz­ki i tyle wy­jaz­dów (może to wy­jaz­dy służ­bo­we?). By­wał w pa­ła­cu ka­mie­niec­kim, może był ary­sto­kra­tą, albo spo­krew­nio­nym z kimś waż­nym, a może miał waż­ne sta­no­wi­sko? Z dru­giej stro­ny nie wszy­scy krew­ni, o ile to są krew­ni, wy­glą­da­ją bo­ga­to, czę­sto wi­dać, że są to za­pra­co­wa­ni lu­dzie. Pa­trzę na twa­rze, ubra­nia, oto­cze­nie. Cza­sem, ale rzad­ko, mi­gnie gdzieś sa­mo­chód. Nikt nie wy­stę­pu­je w mun­du­rze, oprócz jed­ne­go przy­pad­ku, za­pew­ne le­śni­ka z oko­lic Opo­la. Nig­dzie nie wy­stę­pu­je ksiądz ani pa­stor, brak jest uro­czy­sto­ści re­li­gij­nych, choć wi­dać róż­ne ko­ścio­ły. Mało jest zdjęć po­zo­wa­nych, nie ma ta­kich, któ­re moż­na by po­ka­zać z dumą: no pro­szę - to jest moje, taki mam dom, ta­kie auto, ta­kie mam sta­no­wi­sko. Ci lu­dzie to na ogół kla­sa śred­nia, może urzęd­ni­cza, może miej­sco­wa in­te­li­gen­cja. Ja­koś prze­sta­łem wie­rzyć, że jest ofi­ce­rem. Je­że­li tak, to na przy­kład Abweh­ry, może po­tem zo­stał zmo­bi­li­zo­wa­ny, ale chy­ba nie jest żoł­nie­rzem za­wo­do­wym. Ge­sta­po? Może... Za cie­płem ro­dzin­nym i zwy­czaj­no­ścią mogą się kryć róż­ne rze­czy.

Wra­ca­jąc do zdjęć: czy ja czę­sto fo­to­gra­fu­ję swo­ją pra­cę? Dom, w któ­rym miesz­kam, też nie wy­da­je mi się zbyt in­te­re­su­ją­cy, więc jego zdjęć mam mało. Zda­rza się, że cza­sem fo­to­gra­fu­ję sam sie­bie - tu ta­kich zdjęć nie spo­tka­łem.

Czę­sto wi­dać Fri­dę, za­zwy­czaj ra­zem z psem Chi­kim, nie­od­łącz­nym na spa­ce­rach. W al­bu­mie jest na­wet cała kli­sza jego zdjęć po tym, jak zo­stał ostrzy­żo­ny.

Przy do­ku­men­to­wa­niu taśm w ta­bel­kach wpi­sy­wa­łem pro­du­cen­ta kli­szy i nu­me­ry, któ­re się na niej po­ja­wia­ły. Te­raz może się to przy­dać i będę mógł, kie­ru­jąc się tą in­for­ma­cją oraz te­ma­ty­ką fo­to­gra­fii, po­ukła­dać frag­men­ty kli­szy w se­kwen­cje. Jed­no­cze­śnie da mi to po­gląd na chro­no­lo­gię zdjęć, czas ich ro­bie­nia i okre­śle­nie, jak wy­glą­da­ło ży­cie mo­je­go Niem­ca w la­tach 1934-1938. Będę też mógł przy oka­zji po­szu­kać cze­goś wię­cej o miej­scach, w któ­rych by­wał. To bę­dzie po­czą­tek bar­dziej sys­te­ma­tycz­nych po­szu­ki­wań.

To nie­zwy­kły czas. Żyję w wol­nej Pol­sce, gdzie gra­ni­ce są otwar­te, rów­nież ta z Niem­ca­mi. Mam do dys­po­zy­cji In­ter­net do­star­cza­ją­cy w każ­dej chwi­li ty­się­cy in­for­ma­cji i mam przy­ja­ciół roz­sia­nych po świe­cie. Pra­cu­ję w mię­dzy­na­ro­do­wej fir­mie, co uła­twia kon­tak­ty i daje moż­li­wo­ści po­dró­ży. Prze­ży­łem już dość, by zro­zu­mieć nie­któ­re ludz­kie wy­bo­ry. Al­bum zna­le­zio­ny na Pod­la­siu jest nie­zwy­kły. Za­wie­ra klu­cze do wie­lu spraw, wy­star­czy po­dą­żyć za zdję­cia­mi i po­bu­dzić wy­obraź­nię.

Rozdział 2

Jed­na trze­cia zdjęć w al­bu­mie do­ty­czy po­dró­ży nad Mo­rze Śród­ziem­ne. Z za­cho­wa­nych opi­sów na kar­tach wiem, że od­by­ła się ona pra­wie do­kład­nie 71 lat temu, na po­cząt­ku 1935 roku. Je­śli pój­dę śla­dem fo­to­gra­fii z tego rej­su, będę mógł upo­rząd­ko­wać część klisz, być może ła­twiej zi­den­ty­fi­ku­ję miej­sca. Prze­cież chcę o nich wie­dzieć wszyst­ko, na­wet je­śli do­ty­czą wę­dró­wek au­to­ra.

Wszyst­ko za­czy­na się od Ham­bur­ga, któ­ry tak mnie za­chwy­cił, gdy roz­po­czy­na­łem ska­no­wa­nie. Te­raz, my­śląc o tym mie­ście, wy­obra­żam so­bie port i stat­ki z al­bu­mu - duże trans­atlan­ty­ki, stat­ki to­wa­ro­we, małe ho­low­ni­ki. Pró­bu­ję od­czy­ty­wać ich na­zwy na zdję­ciach, a po­tem szu­kam o nich in­for­ma­cji w In­ter­ne­cie i książ­kach. Jest wie­lu en­tu­zja­stów daw­nych po­dró­ży przez Atlan­tyk i, umie­jęt­nie za­da­jąc py­ta­nia wy­szu­ki­war­ce, moż­na uzy­skać mnó­stwo wia­do­mo­ści, łącz­nie z tra­sa­mi stat­ków i li­sta­mi pa­sa­że­rów sprze­da­wa­ny­mi na au­kcjach jako praw­dzi­wa rzad­kość. W krót­kim cza­sie na moim biur­ku i w tecz­kach, któ­re za­ło­ży­łem do tego celu, ro­śnie stos no­ta­tek, tek­stów i zdjęć.

On - mój fo­to­graf - przy­był do Ham­bur­ga z głę­bi Nie­miec, spo­śród zimy i pa­gór­ków, któ­re wi­dać na zdję­ciach są­sia­du­ją­cych z wi­do­ka­mi por­tu. Za­okrę­to­wał się, ale też obej­rzał mia­sto. Uda­ło mu się wejść gdzieś wy­so­ko, skąd mógł wi­dzieć rze­kę, wie­że ko­ścio­łów, da­chy do­mów, uli­ce, ko­mi­ny fa­brycz­ne. Kra­jo­braz wiel­kie­go mia­sta spra­wia­ją­ce­go wra­że­nie dud­nią­ce­go, za­ję­te­go sobą or­ga­ni­zmu, z dy­ma­mi uno­szą­cy­mi się nad bu­dyn­ka­mi i stat­ka­mi su­ną­cy­mi po rze­ce. Wra­że­nie to po­tę­go­wa­ne jest przez kli­szę, któ­ra - w tym miej­scu na sku­tek sta­ro­ści, a może spo­so­bu zro­bie­nia zdjęć pod świa­tło - daje efekt przy­bru­dze­nia i przy­ciem­nie­nia. Tak za­pa­mię­tu­ję Ham­burg i ja, za­nim wraz z moim nie­zna­nym Niem­cem nie zej­dzie­my ni­żej, na wą­skie ulicz­ki Sta­re­go Mia­sta z wie­ko­wy­mi, drew­nia­ny­mi i sza­chul­co­wy­mi bu­dyn­ka­mi ho­te­li­ków z na­pi­sa­mi "Ga­stwirt­schaft", z któ­rych okien wy­chy­la­ją się star­sze, lu­stru­ją­ce prze­chod­niów ko­bie­ty. To­wa­rzy­szę mu jesz­cze w wy­ciecz­ce do zoo, by po­dzi­wiać przez chwi­lę fla­min­gi i pe­li­ka­ny, a po­tem wra­cam do por­tu, do stat­ków i bi­ją­cych się o po­ży­wie­nie mew. Oto gro­mad­ka za­ko­twi­czo­nych ho­low­ni­ków go­to­wa do wy­ko­na­nia swych za­dań. Na bur­cie jed­ne­go z nich wid­nie­je na­zwa "Ma­ta­dor". W głę­bi urzą­dze­nia por­to­we i stat­ki to­wa­ro­we. Wzdłuż na­brze­ża, na któ­rym wi­dać bu­dy­nek z na­pi­sem "J. ... MU­EL­LER ... N A.G.", ob­ró­co­ny do mnie sko­sem stoi duży sta­tek han­dlo­wy z dźwi­ga­mi na po­kła­dzie (to one czę­ścio­wo za­sła­nia­ją na­pis). Jego ban­de­ry ani na­zwy nie moż­na doj­rzeć, tyl­ko ostat­nią li­te­rę "A". Da­lej za­ko­twi­czo­ne są duże stat­ki pa­sa­żer­skie. Przy­bli­żam ob­raz.

STAT­KI

"Eu­ro­pa"

Pierw­szy to trans­atlan­tyk wi­dzia­ny czę­ścio­wo od rufy. Pod na­pi­sem z na­zwą stat­ku po­da­ny jest port ma­cie­rzy­sty "Bre­men". Li­te­ry są do­brze wi­docz­ne, więc nie ma wąt­pli­wo­ści: to "Eu­ro­pa". Kil­ka po­kła­dów, rząd okie­nek, pod­wie­szo­ne sza­lu­py; z tyłu, od stro­ny brze­gu po­chy­la­ją się nad stat­kiem dźwi­gi. Na po­kła­dzie od stro­ny mo­rza nie wi­dać ni­ko­go. Zwo­do­wa­na w sierp­niu 1928 roku "Eu­ro­pa" ma w tym mo­men­cie - a je­ste­śmy na po­cząt­ku roku 1935 - sześć i pół roku.

Trans­atlan­ty­ki. Hi­sto­rie wy­ści­gów o Błę­kit­ną Wstę­gę Atlan­ty­ku po­le­ga­ją­cych na ry­wa­li­za­cji, kto prze­pły­nie oce­an w krót­szym cza­sie. Jed­no­cze­śnie luk­su­sy pierw­szej kla­sy, a na niż­szych po­kła­dach, ofe­ru­ją­cych wspól­ną prze­strzeń do miesz­ka­nia i spa­nia, tłu­my emi­gran­tów - bie­do­ty po­dró­żu­ją­cej w po­szu­ki­wa­niu no­we­go, lep­sze­go ży­cia. Po­wiew mor­skiej bry­zy, da­le­kie oce­any i lądy, przy­go­da, ele­gan­cja i le­gen­da wiel­kich pa­row­ców, po­tem stat­ków z na­pę­dem spa­li­no­wym. Te­raz pa­trzę wła­śnie na je­den z nich, świad­ka i bo­ha­te­ra tam­tych lat.

Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej, w la­tach dwu­dzie­stych Niem­cy, chcąc od­ro­bić stra­ty, przy­go­to­wa­li do wo­do­wa­nia pra­wie jed­no­cze­śnie dwa nowe, szyb­kie stat­ki: "Eu­ro­pę" i "Bre­men". Pierw­sza mia­ła być "Eu­ro­pa", zbu­do­wa­na w Ham­bur­gu w stocz­ni Blohm + Voss, dru­ga - "Bre­men", wo­do­wa­na w Bre­mie. Wo­do­wa­nia od­by­ły się w 1928 roku w tej wła­śnie ko­lej­no­ści, ale w przed­dzień od­da­nia "Eu­ro­py" ar­ma­to­ro­wi, 26 mar­ca 1929 roku wy­buchł na niej po­żar, co spo­wo­do­wa­ło dal­sze dzie­się­cio­mie­sięcz­ne na­pra­wy. "Bre­ma" była więc jed­nak pierw­sza. Po wej­ściu "Eu­ro­py" do eks­plo­ata­cji w 1930 roku, roz­po­czę­ła się kon­ku­ren­cja mię­dzy sio­strza­ny­mi stat­ka­mi. Już w pierw­szej po­dró­ży w 1930 roku "Eu­ro­pa" po­bi­ła re­kord "Bre­my" w prze­pły­nię­ciu Atlan­ty­ku, osią­ga­jąc czas 4 dni, 17 go­dzin i 6 mi­nut i uzy­sku­jąc "Błę­kit­ną Wstę­gę". Wcze­śniej­szy re­kord to 4 dni 17 go­dzin i 42 mi­nu­ty - z dzie­wi­czej po­dró­ży "Bre­my" z 1929 roku. "Bre­ma" ode­bra­ła znów pierw­szeń­stwo "Eu­ro­pie" w 1933 roku, ale nie na dłu­go - po­ja­wi­li się bo­wiem wte­dy nowi kon­ku­ren­ci. Obie - za­rów­no "Eu­ro­pa", jak i "Bre­ma" - mia­ły tę samą, zwar­tą kon­struk­cję, po dwa ko­mi­ny oraz, jak ktoś to okre­ślił, "mu­sku­lar­ny wy­gląd". Moż­na go po­dzi­wiać, nie­co od tyłu, na zdję­ciu z od­na­le­zio­ne­go nie­miec­kie­go al­bu­mu.

W opi­sach są in­for­ma­cje o dal­szych lo­sach stat­ku. Wy­bie­gam więc w przy­szłość, poza czas z fo­to­gra­fii mo­je­go Niem­ca, ale prze­cież to fa­scy­nu­ją­ce - wiem, co było póź­niej, o czym on jesz­cze nie wie­dział. W sierp­niu 1939 roku "Eu­ro­pa" po raz ostat­ni prze­pły­nę­ła Atlan­tyk i za­cu­mo­wa­ła w Bre­mie, gdzie po wy­bu­chu woj­ny sta­ła się stat­kiem za­opa­trze­nio­wym ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. Dwa opra­co­wa­ne dla niej pla­ny osta­tecz­nie za­rzu­co­no: je­den z nich miał po­le­gać na prze­wie­zie­niu od­dzia­łów nie­miec­kich z Nor­we­gii do po­łu­dnio­wej An­glii w ra­mach ope­ra­cji "Lew Mor­ski", czy­li in­wa­zji na ten kraj, któ­ra osta­tecz­nie się nie od­by­ła. Dru­gi za­kła­dał prze­rób­kę "Eu­ro­py" na lot­ni­sko­wiec, czę­sty w tym okre­sie po­mysł w sto­sun­ku do du­żych, wy­trzy­ma­łych jed­no­stek.

W maju 1945 roku sta­tek zo­stał skon­fi­sko­wa­ny przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne i prze­ma­lo­wa­ny na sza­ro, z za­mia­rem uży­cia do prze­wo­że­nia od­dzia­łów woj­sko­wych. W na­stęp­nym roku, w mar­cu, USS "Eu­ro­pa" zo­sta­ła prze­ka­za­na Fran­cji w za­mian za znisz­czo­ną po­ża­rem w 1942 roku w No­wym Jor­ku "Nor­man­die" (je­den z naj­pięk­niej­szych stat­ków swej epo­ki, któ­ry Ame­ry­ka­nie po­sta­no­wi­li prze­bu­do­wać na woj­sko­wy trans­por­to­wiec ze zmie­nio­ną na­zwą "La­fay­et­te"). Fran­cu­zi mie­li ochrzcić daw­ny li­nio­wiec "Lor­ra­ine", czy­li "Lo­ta­ryn­gia", ale zmie­ni­li zda­nie i osta­tecz­nie na­zwa­li go dość pa­te­tycz­nie "Li­ber­té" - "Wol­ność". Nie­ste­ty, pod­czas prze­ró­bek na­stą­pi­ło kil­ka wy­pad­ków: w Haw­rze sta­tek urwał się pod­czas sztor­mu i zde­rzył z wra­kiem za­to­pio­ne­go w 1939 roku "Pa­ry­ża". Aby unik­nąć więk­szych uszko­dzeń, ce­lo­wo go za­to­pio­no, a po­tem wy­cią­gnię­to do na­pra­wy, tym ra­zem w St Na­za­ire. W 1949 roku nowe urzą­dze­nia dla pa­sa­że­rów stra­wił po­żar, "Wol­ność" we­szła do eks­plo­ata­cji do­pie­ro w sierp­niu 1950 roku. Była już znacz­nie zmie­nio­na w sto­sun­ku do daw­nej "Eu­ro­py". W 1962 roku we fran­cu­skiej flo­cie wy­mie­ni­ła ją "Fran­ce". W mar­cu tego sa­me­go roku "Li­ber­té" po­szła na złom w La Spe­zia we Wło­szech. W okre­sie swej świet­no­ści mo­gła roz­wi­nąć pręd­kość 27 wę­złów i za­bie­rać na po­kład po­nad 2 ty­sią­ce pa­sa­że­rów (lub, jako USS "Eu­ro­pa", po­nad 4300 żoł­nie­rzy i 900 osób za­ło­gi).

Ist­nie­je ob­raz Wal­te­ra Ze­ede­na przed­sta­wia­ją­cy "Eu­ro­pę" w peł­nej kra­sie: na spo­koj­nym mo­rzu, za­pew­ne już bli­sko brze­gu, prze­pły­wa do­stoj­nie, po­zdra­wia­na przez za­ło­gę ża­glów­ki cią­gną­cej za sobą pon­ton. Ma ja­sne, żół­te ko­mi­ny. Na zdję­ciu "mo­je­go" Niem­ca ko­lo­rów nie wi­dać, ale taki był ko­lor ar­ma­to­ra - pół­noc­no­nie­miec­kie­go Lloy­da. Nie­miec­ki fo­to­graf-po­dróż­nik pew­nie wie­dział o osią­gnię­ciach stat­ków, "Eu­ro­pa" była wte­dy bar­dzo zna­na. Zo­ba­cze­nie jej przy brze­gu na pew­no było atrak­cją. Kto mógł przy­pusz­czać, że pa­trzy na póź­niej­szą "Li­ber­té".

"Al­bert Bal­lin"

W pierw­szej chwi­li na­zwę stat­ku nie­ła­two jest do­strzec. Jest co praw­da wi­docz­na, ale trud­no czy­tel­na. Ma dwa czło­ny i wy­glą­da na na­zwi­sko. Imię to pew­nie "Al­bert", wi­dać po po­więk­sze­niu. Ale da­lej? Tal­lin, Bal­lon, Fil­lin, Bil­lin? Spra­wę roz­strzy­ga In­ter­net: peł­na na­zwa to "Al­bert Bal­lin".

Sta­tek cu­mu­je przy na­brze­żu, wzdłuż któ­re­go usta­wio­no dźwi­gi. Ich ra­mio­na w po­bli­żu stat­ku są ob­ró­co­ne, pew­nie w trak­cie ła­do­wa­nia lub już po nim. Je­den spo­śród dwóch ko­mi­nów po­ma­lo­wa­nych na koń­cu trój­ko­lo­ro­wo (do­my­ślam się po od­cie­niach se­pii, że to ko­lo­ry na­ro­do­we: czerń, biel i czer­wień) dymi, za­pew­ne "Al­bert Bal­lin" przy­go­to­wu­je się do po­dró­ży. Zdję­cie zro­bio­ne jest od stro­ny wody, sta­tek ob­ró­co­ny jest do pa­trzą­ce­go lewą bur­tą, przy któ­rej uwi­ja­ją się ho­low­ni­ki i mo­to­rów­ki. Duży, pa­sa­żer­ski. Do­kąd ma wy­pły­nąć?

Al­bert Bal­lin. Kto to był? Nig­dy ta­kie­go na­zwi­ska nie sły­sza­łem. Spraw­dzam w In­ter­ne­cie. Jest. Pa­trzy na mnie z fo­to­gra­fii, któ­rą tam ktoś za­mie­ścił. Dość miła po­wierz­chow­ność, spo­ry nos. Męż­czy­zna koło czter­dziest­ki, ły­sie­ją­cy od czo­ła, sta­ro­mod­ny sztyw­ny koł­nie­rzyk. Wąsy. Usta roz­chy­lo­ne - być może w uśmie­chu, choć w ze­sta­wie­niu z uważ­nym spoj­rze­niem nie jest to ja­sne. Ten czło­wiek może być ostry. I pew­nie był. To dy­rek­tor za­rzą­dza­ją­cy li­nią Ham­burg-Ame­ry­ka, przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą po­sia­da­ją­cą naj­więk­szą flo­tę han­dlo­wą na świe­cie - 175 jed­no­stek, w tym wiel­kie stat­ki: "Im­pe­ra­tor", "Va­ter­land" i "Bi­smarck". Na­cjo­na­li­sta bu­du­ją­cy po­tę­gę mor­ską Nie­miec i wie­rzą­cy w jej przy­szłość. Po klę­sce pierw­szej woj­ny z roz­pa­czy po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Jego imię otrzy­my­wa­ły po­tem na­brze­ża i stat­ki. Tak­że pierw­szy z no­wej se­rii trans­atlan­ty­ków bu­do­wa­nych przez od­twa­rza­ją­cą swój po­ten­cjał w zmie­nio­nych wa­run­kach Ham­burg-Ame­ri­ka Li­nie, stat­ków o zgrab­nej wy­smu­kłej syl­wet­ce, mniej­szych i wy­daj­niej­szych niż po­przed­nie ko­lo­sy, lecz jak one wy­god­nych "je­śli nie luk­su­so­wych" - jak czy­tam - z kor­ta­mi te­ni­so­wy­mi i przy­sto­so­wa­nych do gry w krę­gle na po­kła­dzie, czy ra­czej sze­ściu po­kła­dach pierw­szej kla­sy. Wy­po­sa­żo­ne były w urzą­dze­nia sta­bi­li­zu­ją­ce ko­ły­sa­nie. Zbu­do­wa­no czte­ry ta­kie li­niow­ce. Pierw­szy to wła­śnie s/s "Al­bert Bal­lin" zwo­do­wa­ny w 1922 roku w Ham­bur­gu przez stocz­nię Blohm + Voss. Po­zo­sta­łe, wpro­wa­dzo­ne póź­niej do służ­by, to "Deutsch­land", "Ham­burg" i "New York". Ten pierw­szy, prze­ra­bia­ny i do­sko­na­lo­ny, wy­pły­nął w swą dzie­wi­czą po­dróż do No­we­go Jor­ku 5 lip­ca 1923 roku. Na zdję­ciu z al­bu­mu mo­je­go Niem­ca ma więc już za sobą 12 lat służ­by na mo­rzu. W tym mo­men­cie wy­glą­da nie­co in­a­czej niż na jej po­cząt­ku, mię­dzy in­ny­mi ma wyż­sze ko­mi­ny. Jest też dłuż­szy i szyb­szy - roz­wi­ja pręd­kość do 21 i pół wę­zła w po­rów­na­niu z wcze­śniej­szą 19 wę­złów.

Jesz­cze jed­na cie­ka­wa rzecz. Gdy mój Nie­miec zro­bił to zdję­cie w mar­cu 1935 roku, jest to nie­mal ostat­ni mo­ment przed zmia­ną na­zwy stat­ku. Nie­miec­ki na­cjo­na­li­sta o uważ­nym spoj­rze­niu i do­bro­dusz­nym, nie­co mię­si­stym i za­dar­tym no­sie, miał - jak się oka­za­ło - ży­dow­skie po­cho­dze­nie. A to, mimo jego za­sług w two­rze­niu mor­skiej po­tę­gi Nie­miec, moc­no prze­szka­dza­ło rzą­dzą­cym już od dwóch lat hi­tle­row­com. Na sku­tek ich na­ci­sków i po­mi­mo opo­ru li­nii, osta­tecz­nie w paź­dzier­ni­ku 1935 roku sta­tek otrzy­mał nową na­zwę: "Han­sa".

Co da­lej dzia­ło się z "Han­są"? W 1939 roku skoń­czy­ły się rej­sy atlan­tyc­kie i sta­tek był uży­wa­ny do szko­leń oraz za­opa­try­wa­nia nie­miec­kiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. Na po­cząt­ku 1945 roku za­brał z Gdy­ni uchodź­ców, ale na płyt­kich wo­dach War­ne­mün­de wpadł 6 mar­ca na minę i za­to­nął. In­a­czej niż w przy­pad­ku in­nych za­to­nięć w tym re­gio­nie wszyst­kich uda­ło się ewa­ku­ować. Czte­ry lata po woj­nie wrak wy­cią­gnę­li Ro­sja­nie i od­ho­lo­wa­li do An­twer­pii. Sta­tek zo­stał prze­bu­do­wa­ny i, mimo dłu­gie­go okre­su re­mon­tu (w 1954 wy­buchł na nim po­żar), przy­wró­co­ny do służ­by, tym ra­zem jako "So­viet­skij So­juz". Cóż, wiel­ki sta­tek, na­zwa też od­po­wied­nia. Jego bazą stał się Wła­dy­wo­stok, gdzie uży­wa­no go, jak się wspo­mi­na w In­ter­ne­cie ("The Clas­sic Li­ners of Long Ago"), "do ce­lów rzą­do­wych", pły­wał wzdłuż wy­brze­ży Da­le­kiej Azji. W 1980 roku nie był już taki re­pre­zen­ta­cyj­ny, więc skró­co­no mu na­zwę na po pro­stu "So­juz", a w roku na­stęp­nym po­szedł "na ży­let­ki".

Jesz­cze je­den rzut oka na zdję­cie wy­ko­na­ne przez mo­je­go nie­zna­ne­go fo­to­gra­fa w Ham­bur­gu. Zgrab­na syl­wet­ka stat­ku, któ­ry pew­nie za­raz wy­ru­szy w ko­lej­ną po­dróż do No­we­go Jor­ku. Pró­bo­wa­łem spraw­dzić, czy znaj­dę ją w sta­rych roz­kła­dach jaz­dy, ale w do­ku­men­tach do­stęp­nych w In­ter­ne­cie tego okre­su, nie­ste­ty, nie ma. (Wy­no­to­wu­ję tyl­ko na­zwi­sko ka­pi­ta­na z 1933 roku: Fuhr). Na sta­rej pocz­tów­ce trans­atlan­tyk wła­śnie od­pły­wa, jesz­cze jako "Al­bert Bal­lin", że­gna­ny przez ma­cha­ją­cych chu­s­tecz­ka­mi od­pro­wa­dza­ją­cych i ga­piów sto­ją­cych na po­kry­tym de­ska­mi na­brze­żu. Na po­kła­dach tłum lu­dzi. Na ru­fie trój­ko­lo­ro­wa fla­ga, ko­lo­ry jak na dy­mią­cych te­raz ko­mi­nach: czar­ny, bia­ły, czer­wo­ny.

"Mon­te Rosa"

Na ja­kim stat­ku po­pły­nął na wy­ciecz­kę śród­ziem­no­mor­ską mój fo­to­graf? Ten sta­tek wi­dać na zdję­ciach w por­cie. Zro­bio­ne z na­brze­ża, a tak­że z po­kła­du, jesz­cze pu­ste­go, pew­nie w cza­sie za­okrę­to­wa­nia. Po­tem wy­stę­pu­ją te zro­bio­ne w po­dró­ży. Moż­na zo­ba­czyć po­nu­me­ro­wa­ne sza­lu­py, okrą­głe okien­ka, za­ło­gę, ale nig­dzie na­zwy. Na jed­nej z fo­to­gra­fii na ło­dzi ra­tun­ko­wej wi­dać wy­raź­nie frag­ment na­zwy por­tu ma­cie­rzy­ste­go: Ham­burg. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie przy­szło roz­wią­za­nie. Krok po kro­ku... ja­kaś opa­ska z na­pi­sem "MON­TE...". Po­więk­sze­nia zdjęć, gdy sta­tek cu­mu­je. "... ROSA".

M/s "Mon­te Rosa".

Dwa masz­ty, dwa ko­mi­ny, dwie śru­by, wy­por­ność 13 882, wy­mia­ry 152,49 m × 20,02 m × 12,8 m, pręd­kość 14 i ? wę­zła, sil­ni­ki die­slow­skie. Sta­tek mógł za­brać 2408 pa­sa­że­rów (w trzech kla­sach: ka­ju­tach 2- i 4-łóż­ko­wych - 1216, w "wiel­kich" ka­ju­tach - 156 i 1036 na tak zwa­nym po­kła­dzie miesz­kal­nym bę­dą­cym salą sy­pial­ną) i miał 253-272 oso­by za­ło­gi. Zbu­do­wa­ny w Ham­bur­gu przez wspo­mnia­ną już stocz­nię Blohm + Voss dla Ham­burg Süda­me­ri­ka­ni­sche Damp­fschiff­fahrts Ge­sel­l­schaft (w skró­cie HSDG), li­nii prze­wo­zów pa­sa­żer­skich Ham­burg - Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa. Wo­do­wa­ny 4 grud­nia 1930 roku, wy­pły­nął w dzie­wi­czą po­dróż do La Pla­ta 21 mar­ca 1931 roku. Pły­wał nie tyl­ko na tra­sach trans­atlan­tyc­kich, lecz tak­że na krót­szych: czę­sto wraz z bliź­nia­czym stat­kiem "Mon­te Pa­sco­al" wy­ru­szał na rej­sy po Mo­rzu Śród­ziem­nym oraz na pół­noc Eu­ro­py. Stat­ków tak zwa­nej kla­sy "Mon­te", po­sia­da­nych przez HSDG, było zresz­tą wię­cej: "Mon­te Sar­mien­to" (zwo­do­wa­ny w 1924 roku), "Mon­te Oli­via" z 1925 roku, "Mon­te Ce­rvan­tes" z 1928 roku i wresz­cie oby­dwa: "Mon­te Pa­sco­al" i "Mon­te Rosa" zbu­do­wa­ne w 1931 roku o nu­me­rach stocz­ni 491 i 492 ("Mon­te Rosa" mia­ła nu­mer 492).

"Mon­te" - oczy­wi­ście to są na­zwy gór­skie. Po wpi­sa­niu w wy­szu­ki­war­ce in­ter­ne­to­wej "Mon­te Rosa" na­tych­miast góry się zgło­szą - i będą to Alpy. A  oto co pi­sze o "Mon­te Ro­sie" Pol­ski Zwią­zek Al­pej­ski:

Mon­te Rosa

ośle­pia­ją­ca i znie­wa­la­ją­ca ogro­mem jest naj­po­tęż­niej­szym ma­sy­wem al­pej­skim znaj­du­ją­cym się w Al­pach Pie­niń­skich. Cho­ciaż Mont Blanc prze­wyż­sza ją, Mon­te Rosa zaj­mu­je znacz­nie więk­szy ob­szar i jest naj­wyż­szym "ma­sy­wem" w Eu­ro­pie Za­chod­niej. Po szwaj­car­skiej stro­nie jest ona "fe­sti­wa­lo­wo przy­bra­na" w na­brzmia­łe fale lodu z lo­dow­ców, któ­re za­czy­na­ją się za­raz tuż pod grzbie­tem szczy­tu. Kon­tra­sto­wo, wło­ska stro­na ma­sy­wu pre­zen­tu­je fa­sa­dę groź­nych prze­pa­ści, prze­kra­cza­ją­cą gra­ni­ce ludz­kie­go poj­mo­wa­nia.

Ze­spół Mon­te Rosy to gniaz­do dzie­się­ciu czte­ro­ty­sięcz­ni­ków o śred­niej wy­so­ko­ści 4389 m. Naj­wyż­szym z nich jest Du­fo­ur­spit­ze (4634 m), któ­ry po raz pierw­szy zo­stał zdo­by­ty 1 sierp­nia 1855 roku. Na­stęp­ny szczyt Mon­te Rosy to Nor­dend (4609 m), znaj­du­ją­cy się na pół­noc­nym skra­ju ma­sy­wu. Jego po­ło­że­nie spra­wia, że jest to naj­rza­dziej osią­ga­ny wierz­cho­łek w tym re­jo­nie. Ko­lej­ne szczy­ty tego ma­sy­wu to le­żą­ce obok sie­bie: Zum­ste­in­spit­ze (4563 m) Si­gnal­kup­pe (4556 m). Da­lej mamy: Par­rot­spit­ze (4436 m), Lu­dwig­shöhe (4341 m) i Cor­no Nero (4322 m). Pierw­szy z nich, z ośnie­żo­ny­mi szczy­ta­mi od stro­ny szwaj­car­skiej oraz stro­mą mik­sto­wą ścia­ną od stro­ny wło­skiej znaj­du­je się do­kład­nie na li­nii gra­nicz­nej. Ko­lej­ny z nich usy­tu­owa­ny jest na gra­ni, któ­ra opa­da ze szczy­tu na pół­noc­ny za­chód do Li­sjach. Cor­no Nero znaj­du­je się je­dy­nie 215 m od Lu­dwig­shöhe, prze­dzie­la je prze­łęcz Zur­brig­gen­joch. I wresz­cie trzy ostat­nie szczy­ty: Bal­men­horn (4167 m), Pi­ra­mi­de Vin­cent (4215 m) i Pun­ta Gior­da­ni (4046 m). Wierz­cho­łek Bal­men­hor­nu to spię­trze­nie pół­noc­nej kra­wę­dzi lo­dow­ca Lis. Tu­taj ukry­ty w ska­łach szczy­to­wych, po­cho­dzą­cy z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej znaj­du­je się schron Ca­pan­ne Bal­men­horn. Pi­ra­mi­de Vin­cent jest naj­da­lej po­ło­żo­nym na po­łu­dnie czte­ro­ty­sięcz­nym szczy­tem tego ma­sy­wu, zaś Pun­ta Gior­da­ni jest od­ga­łę­zie­niem po­łu­dnio­wo-wschod­niej gra­ni Mon­te Rosa.

Bar­dzo pięk­nie:

"Mon­te Rosa ośle­pia­ją­ca i znie­wa­la­ją­ca ogro­mem, "fe­sti­wa­lo­wo przy­bra­na" w na­brzmia­łe fale lodu z lo­dow­ców, pre­zen­tu­je fa­sa­dę groź­nych prze­pa­ści, prze­kra­cza­ją­cą gra­ni­ce ludz­kie­go poj­mo­wa­nia".

Góra jest od­po­wied­nia.

W lu­tym 1935 roku pły­wa­ją­ca "Mon­te Rosa" od­by­ła po­dróż do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej. Por­ty, któ­re wy­mie­nia się na jej tra­sie, to Ham­burg, Bre­ma, Bo­ulo­gne-sur-Mer, Do­ver, So­uthamp­ton, La Co­ru­?a, Vil­la­gar­cia, Vigo, Le­ix?es, Li­zbo­na, Ma­de­ira (wy­spa), Las Pal­mas, Per­nam­bu­co, Ba­hia, Rio de Ja­ne­iro, San­tos, S?o Fran­ci­sco do Sul, Rio Gran­de, Mon­te­vi­deo, Bu­enos Aires.

Te­raz jest ma­rzec i mój fo­to­graf przy­był do Ham­bur­ga, aby się za­okrę­to­wać na wy­ciecz­kę śród­ziem­no­mor­ską. Za­pew­ne "Mon­te Rosa" przy­by­ła wła­śnie z lu­to­we­go rej­su do Ame­ry­ki i te­raz, po prze­glą­dzie, uzu­peł­nie­niu pa­li­wa i za­opa­trze­nia, za­czy­na przyj­mo­wać pa­sa­że­rów. Za­nim z nimi wy­ru­szy w rejs, moż­na wy­biec w przy­szłość i prze­śle­dzić, co się z nią da­lej dzia­ło.

Mię­dzy ro­kiem 1935 a 1939 da­lej peł­ni­ła swą służ­bę na mo­rzach, na po­dob­nych tra­sach jak po­przed­nio. Wrze­sień 1939 roku i wy­buch woj­ny za­stał ją w Ham­bur­gu, co nie było ta­kie dziw­ne, gdyż Niem­cy sta­ra­li się nie ry­zy­ko­wać i nie wy­sy­ła­li w tym mo­men­cie flo­ty zbyt da­le­ko; wi­dać to było tak­że na przy­kła­dach "Eu­ro­py" i "Han­sy". Dnia 11 stycz­nia 1940 roku moż­na ją spo­tkać w Szcze­ci­nie, gdzie, po­dob­nie jak inne stat­ki pa­sa­żer­skie, jest stat­kiem za­opa­trze­nio­wym ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. W 1942 roku prze­wo­zi od­dzia­ły po­mię­dzy Niem­ca­mi a Da­nią i Nor­we­gią. W paź­dzier­ni­ku 1943 roku, wspo­ma­ga re­pe­ra­cję uszko­dzo­ne­go pan­cer­ni­ka "Tir­pitz" w Al­ten­fjord w Nor­we­gii. W mar­cu 1944 roku zo­sta­je prze­bu­do­wa­na na woj­sko­wy sta­tek trans­por­to­wy, ale wpa­da na minę i w na­stęp­stwie ko­lej­nych zmian zmie­nia cha­rak­ter na sta­tek szpi­tal­ny. Od­by­wa dwa rej­sy, ewa­ku­ując oko­ło 7000 osób z Pi­la­wy. W dniu 16 lu­te­go 1945 roku znów wpa­da na minę, tym ra­zem koło Helu, i zo­sta­je od­cią­gnię­ta do Gdy­ni. Po na­pra­wie za­bie­ra na po­kład 5600 ucie­ki­nie­rów i zo­sta­je z nimi od­ho­lo­wa­na przez lo­do­ła­macz "Eisvo­gel" do Ko­pen­ha­gi. Ko­niec woj­ny za­sta­je ją w Ki­lo­nii, 18 li­sto­pa­da 1945 roku prze­ję­ta przez Bry­tyj­czy­ków, zo­sta­je od­re­mon­to­wa­na i prze­bu­do­wa­na w So­uth Shields. W 1946 roku za­czy­na nowe ży­cie jako sta­tek bry­tyj­ski o na­zwie "Em­pi­re Win­drush", ko­lej­na prze­bu­do­wa w 1950 roku zwięk­sza jej to­naż do 14 651 BRT.

21 wrze­śnia 1949 roku po­ja­wi­ła się w "Ham­bur­ger Abend­blatt" no­tat­ka pod ty­tu­łem "Wy­do­by­cie z dna "Han­sy"?": "Od­no­śnie do do­nie­sień z Ko­pen­ha­gi, że po­mię­dzy Gjed­ser i War­ne­mün­de Ro­sja­nie pod­ję­li pró­bę wy­do­by­cia z dna "Mon­te Rosy" (wcze­śniej stat­ku Ham­burg-Süd), do­wia­du­je­my się, że "Mon­te Rosa" nie za­to­nę­ła, ale pły­wa po­mię­dzy An­glią i Nową Ze­lan­dią pod na­zwą "Em­pi­re Win­drush". Na­to­miast w tym miej­scu na dnie leży daw­ny pa­ro­wiec Ha­pa­gu "Han­sa" (21 131 BRT), któ­ry do roku 1933 no­sił na­zwę "Al­bert Bal­lin". Ro­sja­nie już wcze­śniej prze­pro­wa­dzi­li tu dłu­go­trwa­łe pró­by wy­do­by­cia stat­ku. Moż­li­we, że obec­nie je po­no­wi­li. Po­dob­no wrak ma być wy­re­mon­to­wa­ny. Nur­ko­wie pró­bu­ją uszczel­nić ka­dłub". Tak, to już wia­do­mo. Za chwi­lę "Han­sa" (a nie "Mon­te Rosa") zo­sta­nie "So­viet­skim So­ju­zem".

28 mar­ca 1954 roku w cza­sie rej­su z Jo­ko­ha­my do Wiel­kiej Bry­ta­nii, w po­bli­żu przy­ląd­ka Cap Ca­xi­ne w po­miesz­cze­niach ma­szy­now­ni "Em­pi­re Win­drush" na­stę­pu­je wy­buch, w któ­rym gi­nie czte­rech człon­ków za­ło­gi. Nisz­czy­cie­lo­wi HMS "San­tes" nie uda­je się od­ho­lo­wać stat­ku do Gi­bral­ta­ru i na­stęp­ne­go dnia, 29 mar­ca 1954 roku daw­na "Mon­te Rosa" to­nie na Mo­rzu Śród­ziem­nym na po­zy­cji 37°00' N, 02°11' E, oko­ło 45 mil mor­skich na pół­noc­ny za­chód od Al­gie­ru.

Stat­ki są jak lu­dzie. Po­gma­twa­ne ży­cio­ry­sy, wzlo­ty i upad­ki, zmie­nia­ne na­zwy, wy­pad­ki, śmierć w oce­anie, albo bar­dziej "cy­wi­li­zo­wa­ny" ko­niec, eme­ry­tu­ra po pra­co­wi­tym ży­ciu. Część z nich sta­ła się sym­bo­la­mi, wie­le do­świad­czy­ło za­ska­ku­ją­cych od­mian losu, po­zo­sta­ło w pa­mię­ci se­tek i ty­się­cy osób. Po­ra­nio­ne i uszko­dzo­ne w wy­pad­kach i pod­czas walk oraz ata­ków wra­ca­ły do do­ków re­mon­to­wych. Spo­śród "Mon­te", "Mon­te Sar­mien­to" zo­stał zbom­bar­do­wa­ny i za­to­nął w 1942 roku w Ki­lo­nii. "Mon­te Oli­vię" spo­tkał ten sam los w tym sa­mym miej­scu w 1945 roku. "Mon­te Ce­rvan­tes" za­to­nął wcze­śniej przy Zie­mi Ogni­stej w 1930 roku. "Mon­te Pa­sco­al" uległ znisz­cze­niu w cza­sie na­lo­tów w 1944 roku w Wil­helm­sha­ven. Woj­nę prze­ży­ła je­dy­nie "Mon­te Rosa".

Jesz­cze parę szcze­gó­łów. Choć to drob­ne in­for­ma­cje, lu­bię je, one po­wo­du­ją, że hi­sto­ria sta­je się na­ma­cal­na, rze­czy­wi­sta, sta­tek za­czy­na­ją za­lud­niać po­sta­cie z krwi i ko­ści. Nie jest dla mnie ja­sne, kto był ka­pi­ta­nem w okre­sie przed­wo­jen­nym. Ale wiem, że w mo­men­cie gdy "Mon­te Rosa" kur­so­wa­ła po­mię­dzy Aar­hus i Ko­pen­ha­gą, do­wo­dził nią ka­pi­tan Ber­tram. Mam też li­stę le­ka­rzy na "Mon­te Ro­sie" wte­dy, gdy był to la­za­ret ma­ry­nar­ki wo­jen­nej: we wrze­śniu i paź­dzier­ni­ku 1944 roku głów­nym le­ka­rzem na stat­ku był uro­dzo­ny 13 stycz­nia 1900 roku w Bad Mer­gen­the­im dr Hel­l­mut Heim. Od paź­dzier­ni­ka 1944 roku do stycz­nia 1945 roku dr Hans-Jo­chen Wit­te (uro­dzo­ny 13 li­sto­pa­da 1903 roku w Bahn). W mar­cu i kwiet­niu 1945 roku funk­cję tę peł­nił uro­dzo­ny 11 kwiet­nia 1909 roku w Sankt Pe­ters­bur­gu dr Paul Berg­stra­es­ser, a w okre­sie kwiet­nia i maja 1945 roku jego na­stęp­cą był uro­dzo­ny 28 lu­te­go 1899 roku w Kieg-Ga­ar­den le­karz ma­ry­nar­ki wo­jen­nej ("Flot­te­narzt") dr Frie­drich Grun­ske. Po nim z ko­lei, od kwiet­nia 1945 roku aż do koń­ca sluż­by wo­jen­nej stat­ku, dwóch le­ka­rzy: dr Kurt Ad­ler, uro­dzo­ny 12 lip­ca 1895 roku w Ad­ler­shorst oraz wspo­mnia­ny już dr Hans-Jo­chen Wit­te. Póź­niej znaj­du­ję jesz­cze jed­ną oso­bę: ktoś w In­ter­ne­cie szu­ka krew­nych Wal­te­ra lub Wer­ne­ra Scho­ries, ka­pi­ta­na Luft­waf­fe, któ­ry zmarł w la­ze­re­cie na "Mon­te Ro­sie" w Ko­pen­ha­dze w kwiet­niu 1945 roku. Aku­rat w kwiet­niu mo­gli go le­czyć za­rów­no Berg­stra­es­ser, jak i Grun­ske, Ad­ler i Wit­te.

Na ra­zie nie­wie­le. Sie­dem na­zwisk, sie­dem osób, i to dość szcze­gól­nych, je­den ka­pi­tan, pię­ciu le­ka­rzy ma­ry­nar­ki wo­jen­nej i je­den pa­cjent. Może znaj­dzie się coś wię­cej.

Ży­cie jak ży­cie. Trans­atlan­tyk nie jest ni­cze­mu win­ny, po pro­stu przed­miot, rzecz, choć może z du­szą, wcią­gnię­ta w try­by hi­sto­rii. W pa­mię­ci mam od­zy­ska­ne z klisz ob­ra­zy, jego po­kła­dy z po­dróż­ny­mi, miłą, ga­wę­dzą­cą za­ło­gą, zdję­cia z eg­zo­tycz­nych po­dró­ży. A jed­nak jest jesz­cze kil­ka spraw, o któ­rych mu­szę wspo­mnieć, któ­re wy­czy­ta­łem w In­ter­ne­cie. Nie­któ­re nie­co bu­rzą ten ob­raz, albo też do­da­ją mu no­wych od­cie­ni. To te wspo­mnia­ne wy­żej try­by...

Naj­pierw co­fam się do roku 1933. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej był zwy­czaj czcze­nia wiel­kich bi­tew, tak­że bi­tew mor­skich, w miej­scach gdzie się one to­czy­ły. Ich bo­ha­te­rów i ofia­ry. W tym wła­śnie roku gru­py par­tii na­zi­stow­skiej z Ham­bur­ga wy­czar­te­ro­wa­ły "Mon­te Rosę" na spe­cjal­ny rejs w re­jo­ny daw­nych walk, za­bie­ra­jąc na po­kład ro­dzi­ny, to­wa­rzy­szy i przy­ja­ciół nie­ży­ją­cych uczest­ni­ków bi­tew. Zor­ga­ni­zo­wa­no te ob­cho­dy ra­zem z ga­ze­tą "Ham­bur­ger Ta­ge­blatt", a po fak­cie wy­da­no spe­cjal­ne znacz­ki i pocz­tów­ki. Być może po­zo­stał na po­kła­dzie ja­kiś ślad tego rej­su, ale o tym nie wiem, mój fo­to­graf go nie uwiecz­nił. Może nic spe­cjal­ne­go, ale wy­obraź­my so­bie SA-ma­nów na po­kła­dzie... Jak zwia­stun tego, co nad­cią­ga.

Ko­lej­ne epi­zo­dy z ży­cia "Mon­te Rosy" wią­żą się ze Skan­dy­na­wią. Nie cho­dzi tyl­ko o wspo­mnia­ne już rej­sy w tam­te re­jo­ny, ma­ją­ce na celu na przy­kład trans­por­to­wa­nie od­dzia­łów mię­dzy Aar­hus a Ko­pen­ha­gą, czy re­mont "Tir­pit­za". Było coś jesz­cze:

Py­ta­nie: - Czy wziął coś ze sobą, gdy tego dnia, 2 wrze­śnia, po­szedł do ge­sta­po, ja­kieś rze­czy, ubra­nia?

Świa­dek: - Mój mąż po­szedł w ubra­niu, ja­kie miał w tym mo­men­cie na so­bie, bez po­że­gna­nia się ze mną i z dzieć­mi, gdyż wie­rzy­li­śmy, że wró­ci, tak jak się to wcze­śniej zda­rza­ło.

- Ile dzie­ci pani ma?

- Mam tro­je dzie­ci.

- Kie­dy do­wie­dzia­ła się pani po raz pierw­szy, że męża nie ma już w Nor­we­gii?

- 21 li­sto­pa­da od­wie­dzi­ła mnie Inge...

- Kim jest Inge?

- Inge była na­szą są­siad­ką w domu, w któ­rym miesz­ka­li­śmy. Była w kie­row­nic­twie pod­zie­mia. Ale nie mia­łam o tym po­ję­cia, po­nie­waż nor­we­ski ruch opo­ru dzia­łał tak ostroż­nie, że nikt nie wie­dział, kto w nim był.

- Ja­kie jest peł­ne na­zwi­sko Inge?

- In­ge­bjorg Slet­ten Fos­stvet. [...]

- Ja­kie były kary dla Nor­we­gów, któ­rzy po­ma­ga­li Ży­dom?

- Ja­ka­kol­wiek po­moc, istot­na czy ogra­ni­czo­na, była ka­ra­na śmier­cią.

- I cze­go się pani do­wie­dzia­ła o swo­im mężu?

- Igne przy­szła i po­wie­dzia­ła: ostat­niej nocy twój mąż zo­stał de­por­to­wa­ny do Nie­miec. Wal­czy­łam ze sobą, czy cię nie za­wo­łać. Gdyż pew­nie to był ostat­ni raz, kie­dy mo­gła­byś go zo­ba­czyć.

- Czy wie pani, tak­że, jak pani mąż zo­stał za­bra­ny do Nie­miec?

- Mój mąż zo­stał de­por­to­wa­ny 20 li­sto­pa­da 1942 roku na "Mon­te Ro­sie", ra­zem z in­ny­mi osiem­na­sto­ma ży­dow­ski­mi miesz­kań­ca­mi Gri­ni...

20 li­sto­pa­da 1942 roku na "Mon­te Ro­sie"!

- Pani Sa­mu­el, po­wie­dzia­ła pani, że pani mąż zo­stał aresz­to­wa­ny 2 wrze­śnia, ra­zem z in­ny­mi, z dwu­na­sto­ma oso­ba­mi, któ­re wcze­śniej były w Ner­snes. Kie­dy zo­sta­li aresz­to­wa­ni inni męż­czyź­ni ży­dow­scy w Nor­we­gii?

- 26 paź­dzier­ni­ka 1942 roku wszy­scy ży­dow­scy męż­czyź­ni zo­sta­li aresz­to­wa­ni w cza­sie bły­ska­wicz­nej ope­ra­cji.

Sę­dzia prze­wod­ni­czą­cy: - Wszy­scy ży­dow­scy męż­czyź­ni w ca­łej Nor­we­gii?

Świa­dek Sa­mu­el: - Ope­ra­cja mia­ła mieć miej­sce w ca­łej Nor­we­gii w za­sto­so­wa­niu do wszyst­kich męż­czyzn. Jed­nak­że dzię­ki nor­we­skie­mu ru­cho­wi opo­ru, nie­któ­rym uda­ło się ukryć.

Pro­ku­ra­tor Bach: - Kto do­ko­nał aresz­to­wań ży­dow­skich męż­czyzn w Nor­we­gii w obu przy­pad­kach?

Świa­dek Sa­mu­el: - Ope­ra­cja zo­sta­ła prze­pro­wa­dzo­na przez po­li­cję nor­we­ską, któ­rej to­wa­rzy­szy­li Niem­cy.

- Czy przy­szli tak­że do pani domu, aby aresz­to­wać pani męża, cho­ciaż już go tam nie było?

- Przy­szli i py­ta­li o rab­bie­go Ju­liu­sa Sa­mu­ela. Chcie­li go aresz­to­wać. Nie wie­dzie­li, że był on już w Gri­ni.

- Czy wie pani, kie­dy i na ja­kim stat­ku zo­sta­li de­por­to­wa­ni ży­dow­scy męż­czyź­ni, któ­rzy byli aresz­to­wa­ni w paź­dzier­ni­ku?

- Ci męż­czyź­ni zo­sta­li za­bra­ni ra­zem z dzieć­mi i ko­bie­ta­mi, któ­re zo­sta­ły aresz­to­wa­ne 26 li­sto­pa­da 1942 roku i były za­bra­ne pro­sto na sta­tek "Do­nau" - ra­zem z męż­czy­zna­mi z obo­zu w Berk, któ­rych aresz­to­wa­no 26 paź­dzier­ni­ka.

Sę­dzia prze­wod­ni­czą­cy: - Któ­re ko­bie­ty i dzie­ci zo­sta­ły aresz­to­wa­ne? Nic o tym jesz­cze nie sły­sze­li­śmy.

Świa­dek Sa­mu­el: - 26 li­sto­pa­da o go­dzi­nie pią­tej rano prze­pro­wa­dzo­no w Oslo na­głą ope­ra­cję, po­dob­ną do tej prze­ciw męż­czy­znom.

- I po­tem ko­bie­ty i dzie­ci zo­sta­ły aresz­to­wa­ne?

- W tej ope­ra­cji aresz­to­wa­nia do­ty­czy­ły głów­nie ko­biet i dzie­ci.

- Jak wie­lu Ży­dów de­por­to­wa­no w su­mie z Nor­we­gii?

- Po­ło­wa Ży­dów z Oslo, oko­ło 750 zo­sta­ło za­bra­ne do Au­schwitz. Prze­ży­ło z nich dwa­na­ścio­ro.

[Frag­ment ste­no­gra­mu z pro­ce­su Eich­man­na]

Czy­li: Niem­cy prze­pro­wa­dzi­li dwie ope­ra­cje w Nor­we­gii: pierw­szą 26 paź­dzier­ni­ka 1942 roku po­le­ga­ją­cą na za­trzy­ma­niu ży­dow­skich męż­czyzn, dru­gą 26 li­sto­pa­da tego sa­me­go roku obej­mu­ją­cą ży­dow­skie ko­bie­ty i dzie­ci. Po to, by prze­wieźć ich przez pół Eu­ro­py do Au­schwitz i za­bić. Oko­ło ośmiu­set-dzie­wię­ciu­set osób, w tym pa­nią Sa­mu­el i jej dzie­ci ura­to­wał nor­we­ski ruch opo­ru, ukry­wa­jąc ich i prze­rzu­ca­jąc do Szwe­cji. Aby prze­trans­por­to­wać Ży­dów z Nor­we­gii, Niem­cy uży­li stat­ków: "Do­nau" (26 li­sto­pa­da 1942 roku), "Mon­te Rosa" (tego sa­me­go dnia) i "Go­ten­burg" (w lu­tym 1943 roku). "Do­nau" za­brał naj­więk­szą gru­pę, "co naj­mniej" 530 Ży­dów, w za­mie­rze­niu miał za­brać wszyst­kich. 30 li­sto­pa­da sta­tek przy­pły­nął do Szcze­ci­na, ko­bie­ty i męż­czyź­ni zo­sta­li roz­dzie­le­ni i za­ła­do­wa­ni na Bre­slau­er Bahn­hof do róż­nych po­cią­gów i sa­mo­cho­dów (60 osób) i prze­trans­por­to­wa­ni do Au­schwitz. Po­dróż ze Szcze­ci­na do Au­schwitz trwa­ła 28 go­dzin. Wszy­scy ją prze­ży­li. Na miej­scu 186 osób osa­dzo­no w Bir­ke­nau, a 345 wy­sła­no od razu do ko­mór ga­zo­wych. Źró­dła po­da­ją, że na "Mon­te Ro­sie" prze­trans­por­to­wa­no 26 Ży­dów, któ­rzy do­tar­li do obo­zu w Ge­ne­ral­nej Gu­ber­ni 9 grud­nia 1942 roku. Sta­tek do­wiózł ich nie do Szcze­ci­na, ale do Ham­bur­ga, stam­tąd je­cha­li po­cią­giem. Z tego, co mó­wi­ła pani Sa­mu­el, wy­ni­ka, że jej mąż był prze­wie­zio­ny na "Do­nau". Być może na "Mon­te Ro­sie" był na przy­kład Kai Fe­in­berg, jed­na z dwu­na­stu osób, któ­re prze­ży­ły Oświę­cim. Pa­trzył na zgrab­ną syl­wet­kę stat­ku, za­ci­skał ręce, my­śląc o swo­im lo­sie, czy już wie­dział?... A co my­śla­ła za­ło­ga, pa­trząc na za­trzy­ma­nych? A co my­śla­ła wcze­śniej, gdy "Mon­te Rosa" za­po­cząt­ko­wa­ła całą ope­ra­cję, prze­wo­żąc 19 li­sto­pa­da 223 więź­niów, spo­śród któ­rych 21 było Ży­da­mi?

"Mon­te Rosa" wpa­dła na minę w 1944 roku, już po prze­bu­do­wa­niu jej na sta­tek trans­por­to­wy. Wy­pa­dek miał miej­sce w Nor­we­gii, w czerw­cu, prze­bu­do­wa od­by­ła się w mar­cu. Uszko­dzo­na, wkrót­ce po­tem zo­sta­ła prze­kształ­co­na w la­za­ret.

To nie była jed­nak zwy­czaj­na "mina". Pod­ło­żył ją nor­we­ski bo­ha­ter na­ro­do­wy Max Ma­nus, czło­nek ru­chu opo­ru i jego spe­cjal­nej, dy­wer­syj­no-sa­bo­ta­żo­wej jed­nost­ki "Lin­ge­kom­pa­niet", ofi­cjal­nie na­zy­wa­nej Pierw­szą Sa­mo­dziel­ną Kom­pa­nią Nor­we­ską, do­wo­dzo­nej przez Gun­na­ra S?n­ste­by. Max wal­czył wcze­śniej prze­ciw So­wie­tom jako ochot­nik na fron­cie fiń­skim w 1939 i 1940 roku. Póź­niej uczest­ni­czył w bu­do­wa­niu i ak­cjach nor­we­skie­go ru­chu opo­ru. Po aresz­to­wa­niu przez ge­sta­po i uciecz­ce ze szpi­ta­la zbiegł do An­glii (przez Szwe­cję, Ro­sję, Tur­cję, Sta­ny Zjed­no­czo­ne i Ka­na­dę), prze­szedł kurs dy­wer­syj­ny i wró­cił, by prze­pro­wa­dzać ak­cje prze­ciw nie­miec­kim okrę­tom oraz stat­kom. Kil­ka źró­deł po­da­je, że za­to­pił "Mon­te Rosę". Wiem, że to nie­praw­da, sta­tek zo­stał tyl­ko uszko­dzo­ny. Za­to­pił na­to­miast 16 stycz­nia 1945 roku "Do­nau", któ­ry mniej więc dwa lata wcze­śniej wiózł męża pani Sa­mu­el do Szcze­ci­na. W ak­cji prze­ciw "Mon­te Ro­sie" brał udział inny czło­nek nor­we­skie­go ru­chu opo­ru, za­bi­ty póź­niej 13 li­sto­pa­da 1944 roku w za­sadz­ce przez ge­sta­po, Gre­gers Gram (w ak­cji na "Do­nau" brał też udział Mi­lorgs Roy). Sam Max prze­żył woj­nę i zmarł w Hisz­pa­nii w 1996 roku. Ma­nus to skró­co­ne na­zwi­sko ojca, wła­ści­we to Ma­gnus­sen.

Przy­pad­ko­wo zna­le­zio­ny al­bum, czy­jaś hi­sto­ria... Eu­ro­pa. Do­tkniesz cze­goś, cof­niesz się o ży­cie jed­ne­go po­ko­le­nia, a już do­pa­da cię cier­pie­nie, śmierć, bo­ha­ter­stwo.

Na ra­zie może wy­star­czy wy­bie­ga­nia w przy­szłość. Choć to nie­ła­twe, wra­cam do Ham­bur­ga i do roku 1935, gdy pe­wien fo­to­graf ama­tor za­okrę­to­wał się wła­śnie na "Mon­te Rosę", aby od­być pięk­ną wy­ciecz­kę śród­ziem­no­mor­ską. Zdą­żył jesz­cze obej­rzeć mia­sto i port, sfo­to­gra­fo­wać stat­ki - wiel­kie trans­atlan­ty­ki, trans­por­tow­ce i małe pra­co­wi­te ho­low­ni­ki, kłę­by pary wy­do­by­wa­ją­ce się z ko­mi­nów oraz lu­dzi kar­mią­cych z drew­nia­nych po­mo­stów mewy. Wresz­cie nad­szedł ten mo­ment. Na na­brze­żu w czy­ichś rę­kach zna­la­zły się chu­s­tecz­ki, w czy­ichś oczach po­ka­za­ły się łzy, sta­tek za­czął się po­wo­li od­da­lać. Za rufą ma­le­ją­cy port, pta­ki nad po­kła­dem, a wresz­cie mo­rze i fale. Pod zdję­ciem mój fo­to­graf na­pi­sze kie­dyś "fale Mo­rza Pół­noc­ne­go".

PO­DRÓŻ

Do­łą­czam do fo­to­gra­fa. Je­ste­śmy ra­zem i ra­zem pły­nie­my. Pa­trzy­my na mo­rze, sta­tek, na po­kład i współ­pa­sa­że­rów.

Po­że­gna­li­śmy Ham­burg i Mo­rze Pół­noc­ne. Przed nami eks­cy­tu­ją­ca, dłu­ga, ale wy­peł­nio­na atrak­cja­mi po­dróż, tyle miejsc do zo­ba­cze­nia! Na ra­zie jed­nak trze­ba do­pły­nąć na Mo­rze Śród­ziem­ne, a tak­że wy­peł­nić czymś czas po­mię­dzy ko­lej­ny­mi wi­zy­ta­mi w por­tach. Mamy miej­sce w ka­ju­cie, ale jej nie fo­to­gra­fu­je­my, każ­dy wie jak wy­glą­da ka­ju­ta. Jemy po­sił­ki, ale to tak­że nie­zbyt in­te­re­su­ją­ce. Lu­bi­my po­pa­trzeć na mo­rze, fale, cza­sem po­ja­wi się ptak, zresz­tą nie pły­nie­my zbyt da­le­ko od brze­gu. Bez­kres wód. Kie­dyś po­dróż­ni, do­cie­ra­jąc do naj­bar­dziej za­chod­nich wy­brze­ży Eu­ro­py, na­zy­wa­li te miej­sca "Fi­nis Ter­ra" - kra­niec zie­mi. Da­lej była już tyl­ko woda i to nie­od­gad­nio­ne, ta­jem­ni­ca. Fale, mgły, sztor­my. Co da­lej? Te­raz jest jed­nak rok 1935, li­niow­ce - ta­kie jak nasz - prze­mie­rza­ją Atlan­tyk w obie stro­ny, w jed­ną stro­nę zaj­mu­je im to mniej wię­cej pięć-sie­dem dni, po­ja­wia­ją się sa­mo­lo­ty i ste­row­ce. Czu­je­my się bez­piecz­nie i wie­my, co jest da­lej. Ale do­pie­ro wo­bec bez­kre­su oce­anu wie­my też, jak mali je­ste­śmy. Bo ta­jem­ni­ca po­zo­sta­ła. I fale po ho­ry­zont.

Na­szą uwa­gę kie­ru­je­my na współ­to­wa­rzy­szy po­dró­ży i to, co dzie­je się na stat­ku. W ka­len­da­rzu ma­rzec, więc dość chłod­no, ale sło­necz­nie. Na po­kła­dzie roz­sta­wio­no le­ża­ki, moż­na wy­sta­wić twarz na słoń­ce, po­roz­ma­wiać z in­ny­mi, po­czy­tać książ­ki. Jest na tyle cie­pło, że cza­sem moż­na zdjąć płaszcz czy ma­ry­nar­kę. Im da­lej na po­łu­dnie, tym czę­ściej moż­na po­zo­stać na­wet w ko­szu­li z krót­kim rę­ka­wem lub let­niej su­kien­ce. Le­ża­ki wy­sta­wio­ne są na wszyst­kich po­kła­dach. Za­ło­ga stat­ku jest do­brze przy­go­to­wa­na, ma spe­cjal­nych ofi­ce­rów, któ­rzy zaj­mu­ją się go­ść­mi, czę­sto z nimi roz­ma­wia­ją. Aby roz­pro­szyć nudę po­dró­ży moż­na prze­cież zor­ga­ni­zo­wać na po­kła­dzie gry i za­ba­wy. Szcze­gól­nie w jej pierw­szym eta­pie, kie­dy po prze­pły­nię­ciu ka­na­łu La Man­che trze­ba opły­wać część Fran­cji i Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski.

Pew­ne­go dnia na jed­nym z po­kła­dów wzdłuż re­lin­gów przy dwóch du­żych ru­rach wen­ty­la­to­rów wy­dzie­lo­no pas, wo­kół któ­re­go po­sta­wio­no ław­ki i roz­kła­da­ne krze­sła. Je­den z ofi­ce­rów, ten z lor­net­ką na szyi i z no­tat­ni­kiem w ręku, przed­sta­wiał się ja­koś, jak miał na imię? - Hans czy Uwe?, oraz ten dru­gi - "kul­tu­ral­no-oświa­to­wy" bez mun­du­ru za­pra­sza­ją do za­ję­cia miejsc i wzię­cia udzia­łu w za­ba­wie. Sta­je­my tro­chę wy­żej, aby móc fo­to­gra­fo­wać, zresz­tą nie tyl­ko my tak zro­bi­li­śmy, jest jesz­cze kil­ku in­nych pa­nów z apa­ra­ta­mi oraz ga­piów, któ­rzy chcie­li­by le­piej wi­dzieć. Krze­seł­ka są już za­ję­te, nie ma ani jed­ne­go wol­ne­go. Dziś dzień nie­co chłod­ny, więk­szość osób w pal­tach i z na­kry­cia­mi gło­wy. Je­den z męż­czyzn ma dziw­ną czap­kę z dasz­kiem i bia­łym wierz­chem (przez chwi­lę wy­da­je mi się, że to ro­ga­tyw­ka, ale na in­nych zdję­ciach wi­dać, że nie), jego są­siad ma ja­sną ob­ci­słą czap­kę weł­nia­ną, oprócz tego kró­lu­ją zwy­kłe czap­ki z dasz­ka­mi i be­re­ty. Nie ma ka­pe­lu­szy, ale one nie pa­su­ją być może na taką oka­zję. Je­den z męż­czyzn ubrał się w bia­ły strój spor­to­wy, pew­nie ele­gant. Cza­sem na twa­rzy po­ja­wia­ją się okrą­głe oku­la­ry. Więk­szość ko­biet oku­ta­na w pal­ta i w ka­pe­lu­si­kach roz­ma­ite­go ro­dza­ju. Prze­wa­ża­ją pa­nie w śred­nim wie­ku, choć może to być my­lą­ce, w koń­cu oce­na czę­sto jest zdo­mi­no­wa­na przez ubiór i spo­sób no­sze­nia się. Dzie­ci na po­kła­dzie nie wi­dać. Być może są tu nie tyl­ko Niem­cy, lecz tak­że ob­co­kra­jow­cy: Skan­dy­na­wo­wie, Au­stria­cy, Szwaj­ca­rzy, Cze­si, Po­la­cy. Cie­ka­we by­ło­by spoj­rzeć na li­stę pa­sa­że­rów. Tym­cza­sem ofi­ce­ro­wie roz­po­czy­na­ją już za­ba­wę. Na sto­li­ku mają usta­wio­ne róż­ne przed­mio­ty, ja­kieś dzba­nusz­ki, pu­deł­ka, z któ­rych wy­cią­ga­ją to, co im do za­ba­wy jest po­trzeb­ne. Naj­pierw za­pra­sza się trzy czy czte­ry pa­nie-za­wod­nicz­ki, któ­re sia­da­ją obok sie­bie na spe­cjal­nie usta­wio­nych krze­seł­kach, tak że przed nimi two­rzy się dość duża prze­strzeń, na któ­rej roz­cią­gnię­te są wzdłuż po­kła­du sznur­ki czy lin­ki. Nie­ste­ty do­brze nie wi­dzi­my, co się dzie­je, ale gra praw­do­po­dob­nie po­le­ga na tym, kto pierw­szy ścią­gnie lub na­wi­nie swój sznu­rek. O już skoń­czo­ne, ale kto wy­grał? To było na roz­grzew­kę, bo te­raz mamy już nową grę, bar­dzo śmiesz­ną. "Za­pra­sza­my czte­ry pa­nie. Tak, bar­dzo pro­szę pa­nią w chu­s­tecz­ce w gro­chy, może pani w cza­pecz­ce, tak, pro­szę tu usiąść, jesz­cze pani w su­kien­ce w pa­ski, bar­dzo pro­szę, jesz­cze jed­na - może pani w swe­ter­ku? No niech się pani nie wsty­dzi, to prze­cież za­ba­wa. O! Bra­wo za od­wa­gę! Pa­nie do­sta­ją do ręki igły - pro­szę się przy­go­to­wać! Te­raz po­trze­bu­je­my czte­rech od­waż­nych pa­nów. Tak, pan, pan, dzię­ku­ję - pan i jesz­cze pan w gol­fie. Pa­nie już cze­ka­ją w na­pię­ciu z igła­mi w ręku, pa­no­wie do­sta­ją nit­ki - tak! Trze­ba tra­fić pa­niom w dziur­kę, kto pierw­szy! Pro­szę o do­ping! Pręd­ko! Ale uważ­nie! Już? Pani i pan wy­gra­li! Bra­wo! Te­raz tro­chę od­po­czyn­ku".

U wy­brze­ży hisz­pań­skich prze­pły­wa­my obok jach­tu. Do­ga­nia­my go i prze­ga­nia­my, jacht jest cał­kiem spo­ry, trzy­masz­to­wy, wszyst­kie ża­gle ma po­sta­wio­ne, na ru­fie na­zwa, ale nie moż­na jej od­czy­tać. Na po­kła­dzie syl­wet­ki ludz­kie. Na pew­no ktoś po­ma­chał w ich kie­run­ku. Zo­sta­wia­my łódź po na­szej pra­wej bur­cie i pły­nie­my da­lej.

Ale oto nowa atrak­cja. Na jed­nym z gór­nych po­kła­dów roz­sta­wio­no mini tor wy­ści­go­wy. Kto bę­dzie się ści­gał? Ko­nie! To wy­ści­gi kon­ne, tyle że syl­wet­ki zwie­rząt i jeźdź­ców wy­cię­to z dyk­ty i usta­wio­no na pod­staw­kach. Tor po­dzie­lo­ny jest jak w dzie­cię­cych grach na sześć pa­sów, każ­dy koń po­su­wa się, po wjeź­dzie przez spe­cjal­nie zbu­do­wa­ną bra­mę, po swo­im to­rze. Oczy­wi­ście ko­nie mają swo­je nu­me­ry, prze­su­wa je spe­cjal­ny ob­słu­gu­ją­cy ubra­ny jak praw­dzi­wy dżo­kej. Na po­zio­mie toru - sto­lik, przy któ­rym ko­mi­sja zło­żo­na z jed­nej pani i dwóch pa­nów nad­zo­ru­je za­pew­ne ruch jeźdź­ców. Wy­po­sa­że­ni są w dzwo­nek z rącz­ką, nie­da­le­ko stoi też tuba do ogła­sza­nia ko­mu­ni­ka­tów. Za­sa­da po­ru­sza­nia się koni nie jest ja­sna, za­pew­ne jest w tym coś z lo­so­wa­nia: rzu­ty kost­ką lub inny wy­bór nu­me­rów. Być może sta­wia się na po­szcze­gól­nych jeźdź­ców, a staw­ki są znacz­ne. Wi­dać duże za­in­te­re­so­wa­nie pu­blicz­no­ści, któ­ra sku­pi­ła się wo­kół, zaj­mu­jąc wszyst­kie krze­sła i ławy, a tak­że miej­sca sto­ją­ce na most­kach, schod­kach i in­nych czę­ściach po­kła­du; wi­dać spo­ro osób z za­ło­gi ga­wę­dzą­cych z po­dróż­ny­mi. Nie­co da­lej usta­wio­no stół, za któ­rym sie­dzi głów­na ko­mi­sja: pięć pań. Jest on ude­ko­ro­wa­ny pro­por­czy­ka­mi, na nim znaj­du­je się tak­że masz­cik z czte­re­ma fla­ga­mi. Naj­więk­sza jest fla­ga SDG, czy­li ar­ma­to­ra: Süda­me­ri­ka­ni­sche Damp­fschiff­fahrts-Ge­sel­schaft. Po­ni­żej nie­miec­ka ze swa­sty­ką (ta, któ­ra pierw­sza wpa­dła mi w oczy pod­czas ska­no­wa­nia), trze­cia, trój­barw­na - za­pew­ne tak­że Nie­miec bądź może ma­ry­nar­ki nie­miec­kiej, i ostat­nia, naj­sła­biej wi­docz­na jest być może fla­gą Ham­bur­ga, wi­dać za­ry­sy her­bu. Moż­na się ba­wić, wy­szu­ku­jąc wi­dzia­ne już oso­by spo­śród pu­blicz­no­ści, na przy­kład ów pan w czap­ce z dasz­kiem i bia­łą górą (o któ­rej wcze­śniej są­dzi­łem, że to ro­ga­tyw­ka) jest tu zno­wu, ale dziś ubrał się w gar­ni­tur. Dużo uśmiech­nię­tych twa­rzy, za­ba­wa jest do­bra, na­strój po­god­ny. Co po­tem? - Tak jak po­przed­nio: le­ża­ki i mo­rze.

PRZE­WOD­NI­KI, PLA­KAT I KSIĄŻ­KA

Któ­rę­dy i do­kąd pły­nie ten sta­tek? Jak roz­po­znać bu­dow­le, por­ty i kra­je? Mój warsz­tat to głów­nie kom­pu­ter i In­ter­net. Wszyst­ko i nic: naj­waż­niej­sza jest umie­jęt­ność za­da­nia wła­ści­we­go py­ta­nia wy­szu­ki­war­ce, aby od­siać ty­sią­ce śmie­ci i nie­in­te­re­su­ją­cych in­for­ma­cji. Ale te in­te­re­su­ją­ce ukry­te są cza­sem w zdję­ciu, któ­re ja­kiś tu­ry­sta wpro­wa­dzi na swo­ją stro­nę, aby za­pa­mię­tać wspa­nia­łe wa­ka­cje czy po pro­stu chwi­lo­wą wi­zy­tę pod­czas dro­gi z ro­dzi­ną za gra­ni­cę. Albo też w ga­le­rii sta­rych zdjęć, któ­re inny pa­sjo­nat ko­lek­cjo­nu­je i umiesz­cza na swo­jej stro­nie. Albo w przed­mio­tach z in­ter­ne­to­wej au­kcji. W re­kla­mie, któ­rą gmi­ny czy mia­sta umiesz­cza­ją na swo­ich stro­nach. To kwe­stia po­my­słu. Są jesz­cze książ­ki. Sko­ro wiem, że mój Nie­miec po­dró­żo­wał po Mo­rzu Śród­ziem­nym, żeby zi­den­ty­fi­ko­wać ja­kąś bu­dow­lę, trze­ba cza­sem spoj­rzeć w prze­wod­nik, naj­le­piej ilu­stro­wa­ny, taki jak z se­rii "Wie­dzy i Ży­cia". Wo­bec tego in­we­stu­ję i na moim sto­le przy kom­pu­te­rze po­ja­wia się góra ksią­żek ze zdję­cia­mi z Por­tu­ga­lii, Hisz­pa­nii, Fran­cji, Włoch i Ma­ro­ka, ale tak­że z Nie­miec. Gdy wi­dzę cha­rak­te­ry­stycz­ną bu­dow­lę, pró­bu­ję ją od­na­leźć nie tyl­ko po­słu­gu­jąc się wy­szu­ki­war­ką, lecz tak­że prze­glą­da­jąc prze­wod­ni­ki. A rów­nież - py­ta­jąc lu­dzi. Nie ro­bię ta­jem­ni­cy z mo­ich po­szu­ki­wań, pa­trzę jak za­gad­nię­te oso­by re­agu­ją i słu­cham, co mó­wią. Na ogół za­cie­ka­wia­ją się i pró­bu­ją po­móc. Sta­ram się jed­nak nie roz­da­wać fo­to­gra­fii ani nie umiesz­czam ich w In­ter­ne­cie. W koń­cu jest to spra­wa praw au­tor­skich. Jest jesz­cze jed­na me­to­da i wiem, że ją będę sto­so­wał: udać się na miej­sce śla­dem któ­re­goś ze zdjęć i po­szu­kać tego, co po­ka­zu­ją inne, są­sia­du­ją­ce z nim w al­bu­mie. To może być przy­go­da! A każ­de od­na­le­zio­ne miej­sce oka­zu­je się moim ma­łym zwy­cię­stwem, któ­rym cie­szę się wraz z bli­ski­mi i zna­jo­my­mi. I pra­wie za­wsze do­wia­du­ję się cze­goś no­we­go.

Na przy­kład to zdję­cie. Po­win­no być ła­twe w iden­ty­fi­ka­cji, ale dla mnie wca­le ła­twe nie było. Bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny za­mek sto­ją­cy tuż na nad brze­giem mo­rza. W tle wzgó­rze z pa­ła­ca­mi czy in­ny­mi waż­ny­mi bu­dow­la­mi, obok sze­ro­ki plac czy część bul­wa­ru, za­krzy­wio­ne w tym miej­scu na­brze­że. I sam za­mek, któ­ry wi­dać od stro­ny mo­rza: wy­so­ki, z basz­tą z le­wej stro­ny i wy­róż­nia­ją­cą się pod­sta­wą uwy­pu­klo­ne­go w tym miej­scu okrą­głe­go na­roż­ni­ka mu­rów z pra­wej. Pod­sta­wa jest czę­ścią ostro­słu­pa, roz­sze­rza się pro­mie­ni­ście ku zie­mi. Duży za­mek w du­żym mie­ście na wy­brze­żu śród­ziem­no­mor­skim. Fran­cja? Chy­ba nie. Wło­chy? Hisz­pa­nia? Wer­tu­ję zdję­cia w prze­wod­ni­kach, py­tam zna­jo­mych: nie, nie wie­dzą. Zwie­dzam nad­mor­skie mia­sta w In­ter­ne­cie. Nig­dzie ta­kie­go zdję­cia nie ma. Pró­bu­ję szu­kać tam, do­kąd pro­wa­dzą mnie frag­men­ta­rycz­ne za­pi­ski mo­je­go fo­to­gra­fa. Po wie­lu dniach po­szu­ki­wań znaj­du­ję: to za­mek An­de­ga­we­nów w Ne­apo­lu. Kie­dy już wia­do­mo, że to on, wszyst­ko wy­da­je się ła­twe. Wcze­śniej wi­dzia­łem ten za­mek, ale zwy­kle fo­to­gra­fo­wa­ny od dru­giej stro­ny, od lądu. Te­raz do­pie­ro wi­dać, że wszyst­ko się zga­dza. Aha, więc ON był w Ne­apo­lu. Więc wą­skie ulicz­ki z su­szą­cą się bie­li­zną i miny miej­sco­wych ło­bu­zia­ków na na­stęp­nych klat­kach to tak­że to mia­sto. A port ze sto­ją­cą "Mon­te Rosą" i wiel­ką górą w tle? Spraw­dzam: oczy­wi­ście, góra to We­zu­wiusz, w In­ter­ne­cie znaj­du­ję zdję­cie zro­bio­ne do­kład­nie z tego sa­me­go miej­sca. Te­raz trze­ba jesz­cze spraw­dzić an­tycz­ne ru­iny, może to Pom­pe­je...

A ten plac. W al­bu­mie po­ja­wia się na osob­nym, od­cię­tym od kli­szy zdję­ciu, pew­nie jest to koń­ców­ka któ­re­goś z fil­mów. To śro­dek mia­sta, nie­co da­lej ry­su­je się wzgó­rze z ko­ścio­ła­mi. Fo­to­graf stał gdzieś wy­so­ko, plac ujął z góry i z lek­kie­go od­da­le­nia, moż­na do­strzec tyły rusz­to­wań, na któ­rych umo­co­wa­ne są re­kla­my na da­chach, może był w ja­kimś bar­dzo wy­so­kim bu­dyn­ku. Plac jest pro­sto­kąt­ny, oto­czo­ny mniej wię­cej trzy­pię­tro­wy­mi bu­dyn­ka­mi, na­prze­ciw znaj­du­je się duża bu­dow­la, moż­na by ją na­zwać pa­ła­cem, w środ­ko­wej czę­ści wi­dać neo­kla­sycz­ną ko­lum­na­dę, z trój­kąt­nym zwień­cze­niem i kil­ko­ma rzeź­ba­mi. Przed pa­ła­cem fon­tan­na i wy­so­ki po­mnik ze sła­bo stąd wi­docz­ną po­sta­cią na szczy­cie. Wo­kół pla­cu jeż­dżą tram­wa­je. Wzdłuż ulic sto­ją rzę­dem sa­mo­cho­dy, spo­ro prze­chod­niów. Gdzie to jest? Może tak­że Wło­chy? Nie znam Włoch, może to pół­noc­na ich część? W prze­wod­ni­kach i In­ter­ne­cie nic nie znaj­du­ję. Mija czas. Wra­cam czę­sto do tego zdję­cia, in­try­gu­je mnie. Po­więk­szam róż­ne jego frag­men­ty. Na przy­kład, co to za re­kla­ma na bu­dyn­ku z pra­wej stro­ny? Po­więk­szam zno­wu: "Por­to Bor­ges"! Por­to Bor­ges pro­du­ko­wa­ne w Do­uro, je­ste­śmy za­pew­ne w Por­tu­ga­lii! To tro­chę zmie­nia sy­tu­ację. Szu­kam te­raz głów­nie w Li­zbo­nie. I rze­czy­wi­ście, jest po­dob­ne zdję­cie: to plac Ros­so w tym wła­śnie mie­ście. Stu­diu­ję prze­wod­nik po Por­tu­ga­lii. I mam coś wię­cej: zdję­cia z al­bu­mu po­ka­zu­ją­ce ko­ron­ko­we, nie­co eg­zo­tycz­ne kruż­gan­ki pa­ła­cu czy ko­ścio­ła oka­zu­ją się frag­men­tem klasz­to­ru Hie­ro­ni­mi­tów w Li­zbo­nie. A dziw­ny za­mek, czy pa­łac jak z fil­mów Di­sneya, to za­mek w Sin­trze, nie­zbyt da­le­ko od Li­zbo­ny.

Pod­czas prze­glą­da­nia prze­wod­ni­ka po Wło­szech gdzieś mi­gnę­ło mi zna­jo­me zdję­cie - ja wi­dzia­łem tę bu­dow­lę w al­bu­mie! Szu­kam i znaj­du­ję: za­mek w Ra­pal­lo, miej­sco­wo­ści zna­nej z pod­pi­sa­ne­go tam ukła­du. Na zdję­ciu bu­dow­la wy­glą­da na tro­chę za­nie­dba­ną, ale może to wina se­pii. W każ­dym ra­zie te­raz, na współ­cze­snych ko­lo­ro­wych zdję­ciach pre­zen­tu­je się le­piej.

A nad­mor­ski ko­ro­wód z ro­ze­śmia­ny­mi dziew­czy­na­mi? Wień­ce, na­rę­cza kwia­tów, czy to może po­wi­ta­nie wio­sny? Co to za mia­sto? Ni­cea, Mo­na­ko? Mo­na­ko! Na słu­pach co praw­da wi­szą nie tyl­ko dwu­barw­ne, lecz tak­że trój­barw­ne fla­gi (ko­lo­rów prze­cież nie moż­na roz­po­znać na bia­ło-czar­nych zdję­ciach), ale roz­wie­szo­ne her­by z cha­rak­te­ry­stycz­ną sza­chow­nicz­ką w rom­by wy­ja­śnia­ją, ja­kie to miej­sce.

Cał­kiem przy­pad­kiem ku­pi­łem al­bum o pol­skich pa­ła­cach. Sko­ro ku­pi­łem, to trze­ba obej­rzeć. Pa­łac Bi­sku­pów Kra­kow­skich w Kiel­cach - nig­dy tam nie by­łem. A co to za ob­raz wisi na ścia­nie? Gie­rym­ski - ka­te­dra w Amal­fi! Wy­so­ki ko­ściół, pa­sia­ste ścia­ny, sze­ro­kie scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół od głów­ne­go wej­ścia. Nie, nie mogę się my­lić - jed­no ze zdjęć mo­je­go Niem­ca po­ka­zu­je do­kład­nie ten sam wi­dok i z tej sa­mej per­spek­ty­wy, gdzie stał Gie­rym­ski.

Od cza­su do cza­su wpi­su­ję do wy­szu­ki­war­ki ha­sła, któ­rych już wcze­śniej szu­ka­łem, np. "Mon­te Rosa". Zda­rza się, że wy­szu­ki­war­ki po­da­ją od­no­śni­ki w in­nej ko­lej­no­ści, albo do­cho­dzą nowe in­for­ma­cje. No wła­śnie, co to jest? Ktoś ofe­ru­je do sprze­da­nia ko­lo­ro­wy pla­kat re­kla­mu­ją­cy "ta­nie po­dró­że" nad Mo­rze Śród­ziem­ne i na pół­noc Eu­ro­py - do Is­lan­dii, Nor­we­gii, Gren­lan­dii. Po­dró­że stat­ka­mi "Mon­te Rosa" i "Mon­te Pa­sco­al"! Na mi­nia­tu­rze pla­ka­tu wi­dać, że przed­sta­wia on mapę rej­sów. A prze­cież szu­kam in­for­ma­cji o tra­sie "Mon­te Rosy"! Nie­sa­mo­wi­te, ja ten pla­kat mu­szę mieć! Pi­szę wo­bec tego do ofe­ren­ta. To nie jest au­kcja, nie jest też ja­sne, kto jest sprze­daw­cą, mam tyl­ko ad­res in­ter­ne­to­wy. Ale na moje za­py­ta­nie przy­cho­dzi od­po­wiedź i już wiem: to In­ter­na­tio­nal Po­ster Gal­le­ry w Bo­sto­nie w USA. Pla­kat jest w bar­dzo do­brym sta­nie. Cena rzę­du 1000 do­la­rów. Nie. Ja nie je­stem ko­lek­cjo­ne­rem pla­ka­tów, ja po­trze­bu­ję in­for­ma­cji. Mam ad­res ga­le­rii, mam też bar­dzo do­brych przy­ja­ciół w Bo­sto­nie. Pi­szę do nich, i oto przy­cho­dzi od­po­wiedź. Pani Tri­cia Pin­to pra­cu­ją­ca w skle­pie zga­dza się na prze­sła­nie mi ska­nu pla­ka­tu roz­sąd­nej wiel­ko­ści, abym mógł od­czy­tać tra­sę. Mam już skan w moim kom­pu­te­rze!

Po­chy­lam się te­raz nad mapą. Pla­kat nie jest z 1935 roku, ale dwa lata wcze­śniej­szy, wy­da­ny w Ba­wa­rii przez Biu­ro Po­dró­ży Car­la Bier­schen­ka z Mo­na­chium miesz­czą­ce się przy Brien­ner­stra­ße 53, "na­prze­ciw Cafe Lu­it­pold (głów­ne wej­ście)". Tra­sy nie od­po­wia­da­ją zdję­ciom mo­je­go Niem­ca. Ale war­to po­pa­trzeć. Cen­tral­nym punk­tem dla wy­cie­czek (ta­nich, bo po­za­se­zo­no­wych, ale ceny na pla­ka­cie nie ma) jest Ham­burg. Z nie­go wy­cho­dzą dwie li­nie w kie­run­ku Mo­rza Śród­ziem­ne­go, dwa wa­rian­ty wy­cie­czek: czer­wo­na i sza­ro­nie­bie­ska. Na Mo­rzu Śród­ziem­nym po­ja­wia­ją się jesz­cze dwie: bia­ła i żół­ta. Li­nia czer­wo­na pro­wa­dzi z Ham­bur­ga przez Ma­de­rę do Ka­dyk­su (z moż­li­wo­ścią zo­ba­cze­nia Se­wil­li), da­lej do Ma­la­gi (z moż­li­wo­ścią zo­ba­cze­nia Gra­na­dy), Ceu­ty (z za­zna­czo­nym Te­tu­anem), Las Pal­mas, Bar­ce­lo­ny i Ge­nui. Tam się koń­czy. Tra­sa sza­ro-nie­bie­ska jest nie­co inna: Ham­burg - Li­zbo­na - Ka­dyks - Ma­la­ga - Ceu­ta - Las Pal­mas, Pa­ler­mo - Ne­apol - Ge­nua. Stam­tąd wła­śnie, z Ge­nui wy­cho­dzą li­nie bia­ła i żół­ta. Za­pew­ne jest to opty­mal­ne wy­ko­rzy­sta­nie stat­ków da­ją­ce jed­no­cze­śnie wię­cej moż­li­wo­ści wy­bo­ru po­dró­żu­ją­cym. Li­nia bia­ła pro­wa­dzi z Ge­nui przez Ne­apol do Tu­ni­su, na Mal­tę do Kon­stan­ty­no­po­la, Aten, Kor­fu, Cat­ta­ro i We­ne­cji, li­nia żół­ta - z Ge­nui i Ne­apo­lu do Bej­ru­tu, Haj­fy, Port Sa­idu, Kor­fu, Cat­ta­ro i We­ne­cji (Cat­ta­ro? Co to jest? Wi­ki­pe­dia po­da­je: "Ko­tor, czar­no­gór­ski Котор, wł. Cat­ta­ro, mia­sto por­to­we i gmi­na miej­ska w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści Czar­no­gó­ry. Po­ło­żo­ne ma­low­ni­czo nad Za­to­ką Ko­tor­ską [Boka Ko­tor­ska] na wy­brze­żu Ad­ria­ty­ku, u pod­nó­ża ma­sy­wu Lo­vćen, oto­czo­ny z trzech stron gó­ra­mi. Jest to re­gion wy­jąt­ko­we­go przy­rod­ni­cze­go pięk­na, gdzie stro­me zbo­cza gór opa­da­ją ku mo­rzu. Za­to­ka po­sia­da ce­chy nor­we­skich fior­dów i jest nie­kie­dy okre­śla­na jako naj­da­lej po­ło­żo­ny na po­łu­dnie fiord Eu­ro­py"). Pięk­ne wy­ciecz­ki. Z oglą­da­nych zdjęć wy­ni­ka, że w przy­pad­ku mo­je­go Niem­ca tra­sy bia­ła i żół­ta nie wcho­dzą w grę. Tra­sa czer­wo­na chy­ba też od­pa­da, bo w al­bu­mie jest od­no­śnik do Li­zbo­ny. Więc sza­ro-nie­bie­ska? Ale ona z ko­lei nie pro­wa­dzi przez Bar­ce­lo­nę. Trud­no. Tra­sa w 1935 roku była inna i trze­ba ją sa­me­mu da­lej od­two­rzyć. Pla­kat jest jed­nak pięk­ny. Dru­ku­ję go i wie­szam w pra­cy nad biur­kiem.

Da­lej spraw­dzam ha­sła, szu­kam w In­ter­ne­cie. Pró­bu­ję zno­wu i pi­szę: "Mon­te Rosa". Wi­do­czek, pocz­tów­ka, a to? To trze­ba prze­czy­tać do­kład­niej: "Kel­lers­ber­ger, Ar­min, Athen. Skiz­zen aus einer Mit­tel­me­er­fahrt des M.S. "Mon­te Rosa" im Früh­ling 1931, Bern, Franc­ke, 1931. Szki­ce z po­dró­ży "Mon­te Rosą" do Aten w 1931 roku! Ktoś pły­nął tym stat­kiem i to opi­sał! Książ­kę ofe­ru­je an­ty­kwa­riat "Via­rius" z Frau­en­fel­du w Szwaj­ca­rii. Ile kosz­tu­je? Nie, tym ra­zem to nie 1000 do­la­rów, tyl­ko 45 fran­ków szwaj­car­skich. Plus koszt prze­sył­ki. Za­ma­wiam! Po ja­kimś cza­sie, w maju 2006 roku, do­sta­ję pacz­kę. Re­kla­mów­kę an­ty­kwa­ria­tu: zdję­cie skle­pu, do­stoj­ne re­ga­ły z książ­ka­mi, spis usług i map­kę, aby wie­dzieć, jak do nich tra­fić, oraz książ­kę. Prze­glą­dam ją z za­cie­ka­wie­niem. Po nie­miec­ku, oczy­wi­ście, i pi­sa­na go­ty­kiem, dla mnie to tro­chę za trud­ne. Bar­dziej do­my­ślam się niż ro­zu­miem, o co cho­dzi. Oto za­pew­ne szwaj­car­ski pro­fe­sor wraz ze swy­mi stu­den­ta­mi wy­bra­li się na wy­ciecz­kę do Aten. Wiel­kie prze­ży­cie, gdyż pro­fe­sor spe­cja­li­zo­wał się w an­ty­ku. Był też sys­te­ma­tycz­ny, w związ­ku z tym książ­ka za­opa­trzo­na jest w zdję­cia i ry­sun­ki Akro­po­lu oraz in­nych miejsc, głów­nie w Ate­nach. Po­rząd­na do­ku­men­ta­cja wy­ciecz­ki. O sa­mej po­dró­ży mało, wy­ła­pu­ję po­je­dyn­cze zda­nia. Pro­fe­sor za­pew­ne wy­pły­nął z Ham­bur­ga i do­tarł do Aten, to mu­sia­ła być łą­czo­na tra­sa: czer­wo­na lub sza­ro-nie­bie­ska z bia­łą. Cho­ciaż nie mówi się nic o Kon­stan­ty­no­po­lu, więc może tra­sy usta­la­ło się inne w każ­dym roku? Chwi­lo­wo od­kła­dam książ­kę. Wró­cę do niej jesz­cze.

GI­BRAL­TAR

"Mon­te Rosa" opusz­cza Li­zbo­nę i pły­nie na po­łu­dnie. Po dro­dze spo­ty­ka ja­kiś nie­du­ży sta­tek han­dlo­wy, ale to je­dy­ne uroz­ma­ice­nie po­dró­ży. Na po­kła­dzie roz­sta­wio­no le­ża­ki, część z nich stoi pu­sta, na nie­któ­rych wi­dać roz­ma­wia­ją­ce pa­nie. Mo­rze za bur­tą to Atlan­tyk. Bez­miar oce­anu. Fale zmie­rza­ją­ce gdzieś w nie­skoń­czo­ność. Pstryk. Te­raz przez sza­lu­pę, na któ­rej na­ma­lo­wa­ny jest wy­raź­nie na­pis "Ham­burg". Sza­lu­pa na pierw­szym pla­nie, da­lej mo­rze. Pstryk. Na­gle coś się zmie­nia. Ląd. Na nie­bie chmu­ry, przez któ­re prze­bi­ja­ją pro­mie­nie sło­necz­ne oświe­tla­jąc wiel­ką ska­łę. Po­ni­żej, chro­niąc do niej do­stę­pu, sto­ją okrę­ty wo­jen­ne. Nie wi­dać ich do­brze, z da­le­ka po­ły­sku­ją za­ry­sy dział. "Mon­te Rosa" pod­pły­wa bli­żej. To Gi­bral­tar i okrę­ty bry­tyj­skie. W prze­dzie­ra­ją­cym się przez chmu­ry świe­tle wy­glą­da­ją nie­bez­piecz­nie i groź­nie. Oto je­den z nich, z trze­ma ko­mi­na­mi, ba­te­ria­mi dział na po­kła­dzie. Je­ste­śmy co­raz bli­żej, wi­dać na­wet za­ry­sy sa­mo­lo­tu usta­wio­ne­go przy ka­ta­pul­cie. Nie moż­na od­czy­tać żad­nych na­pi­sów, ale to musi być bry­tyj­ski krą­żow­nik i w po­wie­trzu czuć na­ra­sta­ją­ce na­pię­cie. "Mon­te Rosa" pły­nie jed­nak da­lej, okręt ma­le­je, tak­że ska­ła zmie­nia się, wi­docz­na te­raz z in­nej per­spek­ty­wy. Od­pły­nę­li­śmy.

Pa­trzy­my z Ma­riu­szem na zdję­cie bry­tyj­skie­go krą­żow­ni­ka. Ko­le­ga li­czy wie­że: dwie z przo­du po dwa dzia­ła, dwie z tyłu, też po dwa dzia­ła. Trzy ko­mi­ny, sa­mo­lot. Za chwi­lę pod­sy­ła mi pocz­tą elek­tro­nicz­ną: "Nor­folk?"

Rze­czy­wi­ście. Były tyl­ko dwa krą­żow­ni­ki kla­sy "Nor­folk" zbu­do­wa­ne przed woj­ną: HMS "De­von­shi­re" i HMS "Nor­folk". Są­dząc z dat, to ra­czej "Nor­folk" mógł być w tym mo­men­cie koło Gi­bral­ta­ru. A "Nor­folk" - ja prze­cież znam ten okręt! Przy­po­mi­na­ją mi się daw­ne "Mi­nia­tu­ry mor­skie" i książ­ki Per­t­ka opo­wia­da­ją­ce o dru­giej woj­nie świa­to­wej. To prze­cież "Nor­folk" brał udział w po­ści­gu za "Bi­smarc­kiem", w po­ści­gu, w któ­rym uczest­ni­czył rów­nież nasz nisz­czy­ciel "Pio­run". Zga­dza się. Z opi­su przy­sła­ne­go przez Ma­riu­sza wy­ni­ka, że oba bliź­nia­cze okrę­ty - za­rów­no "De­von­shi­re", jak i "Nor­folk" - uczest­ni­czy­ły w tej bi­twie, "De­von­shi­re" był na­wet bar­dziej ak­tyw­ny, wy­strze­lił wię­cej amu­ni­cji i tor­ped. Ale "De­von­shi­re" nie prze­żył woj­ny. W 1942 roku za­to­pi­li go Ja­poń­czy­cy. "Nor­folk" do­trwał do koń­ca, do­pie­ro w 1950 roku po­cię­to go na ży­let­ki. Na ra­zie jed­nak strze­że Gi­bral­ta­ru. A "Mon­te Rosa" pły­nie da­lej, za­pew­ne do wi­docz­nej na dru­gim brze­gu Ceu­ty. Pa­trząc na jej po­ło­że­nie w sto­sun­ku do gi­bral­tar­skiej ska­ły, mu­sia­ła zro­bić łuk od wscho­du - być może spe­cjal­nie.

MA­RO­KO

To naj­bar­dziej eg­zo­tycz­ny frag­ment po­dró­ży. Sta­tek stoi w por­cie, tu­ry­ści już ze­szli na na­brze­że i tło­czą się wo­kół Ara­ba czy Ber­be­ra w ma­ry­nar­ce i wal­co­wa­tej czap­ce. Sko­ja­rze­nie - ta czap­ka i na­pis w al­bu­mie "Ceu­ta" - pew­nie to hisz­pań­ska część Ma­ro­ka. Arab coś po­ka­zu­je, tłu­ma­czy, wo­kół pa­sa­że­ro­wie, star­sza pani ma na­wet opa­skę z fla­gą ar­ma­to­ra i na­pi­sem "MON­TE ..." - dal­szej czę­ści na­pi­su nie moż­na roz­po­znać, ale to z pew­no­ścią "Mon­te Rosa". Nie jest chy­ba zbyt cie­pło, po­dróż­ni są w pal­tach i czap­kach. W na­stęp­nym uję­ciu na tle stat­ku wi­dać in­ne­go Ara­ba w czap­ce jesz­cze bar­dziej ty­po­wej - wa­lec ma po­stać bar­dziej stoż­ko­wą i wi­sio­rek z kit­ką. To fez. Stoi do nas nie­co ty­łem, w ja­snym dłu­gim i dość gru­bym "płasz­czu" i w bu­tach po­dob­nych do obec­nych drew­nia­ków wło­żo­nych na gołe nogi. Za chwi­lę wda się w roz­mo­wę z tu­ry­stą z ka­me­rą, sce­na wy­glą­da jak­by spe­cjal­nie spro­wo­ko­wa­na po to, aby zro­bić wspól­ne zdję­cie. Przez dłu­gi czas są­dzi­łem, że z Ma­ro­kań­czy­kiem roz­ma­wia au­tor fo­to­gra­fii, któ­ry chwi­lę wcze­śniej po­wie­dział żo­nie: "Fri­do, pro­szę zrób mi zdję­cie z tym pa­nem". Ale te­raz już wiem, że to nie on. Więc może współ­to­wa­rzysz po­dró­ży, albo tak­że ktoś z ro­dzi­ny. Na ko­lej­nym zdję­ciu wy­pla­tacz ko­szy­ków sie­dzą­cy czy klę­czą­cy na na­brze­żu, z tyłu uło­żo­ne szy­ny ko­le­jo­we i de­ski, ja­kieś li­che ba­ga­że, wy­tar­ta i zu­ży­ta wa­liz­ka. Wy­pla­tacz jest miej­sco­wy, ubra­ny w gru­by, ciem­ny płaszcz z kap­tu­rem, obok go­to­we ko­szy­ki, w ręku ko­lej­ny. On - sku­pio­ny nad pra­cą. Do­bre zdję­cie. Ko­niec fil­mu.

I jesz­cze cała kli­sza z Ma­ro­kiem. Małe, wą­skie ulicz­ki, w któ­rych kłę­bią się eg­zo­tycz­ni prze­chod­nie w tur­ba­nach i fe­zach, ob­ju­czo­ne osły, bie­ga­ją dzie­ci, wzdłuż do­mów sie­dzą sprze­daw­cy i rze­mieśl­ni­cy. Nie­któ­rzy męż­czyź­ni no­szą kap­tu­ry, co upo­dab­nia ich do po­sta­ci z Wład­cy pier­ście­ni, to pew­nie Ber­be­ro­wie. Ko­bie­ty za­kry­wa­ją twa­rze, ale ła­two im to przy­cho­dzi, bo na gło­wach mają duże słom­ko­we, a może z trzci­ny zro­bio­ne ka­pe­lu­sze. Inne ubra­ne są w dłu­gie chu­s­ty. Za­bu­do­wa nie jest wy­so­ka, cza­sem spo­ty­ka się bra­mę w hisz­pań­sko-arab­skim sty­lu, na jed­nej wisi trud­no czy­tel­ny afisz o ja­kimś wy­da­rze­niu spor­to­wym, moż­na prze­czy­tać "ATH­LE­TIC CLUB" - więc po an­giel­sku? Te zdję­cia są w se­pii, wy­do­by­wa­ją ruch, eg­zo­ty­kę, ba­ła­gan ulicz­ny. Na­zwa­łem tę kli­szę "kłę­bo­wi­sko", bo tak wy­glą­da, ale kłę­bo­wi­sko barw­ne, do­brze uchwy­co­ne. Czy to Ceu­ta?

Jesz­cze dwa zdję­cia. W ulicz­ce wi­dać miej­sco­wych woj­sko­wych w bur­nu­sach, kil­ku żoł­nie­rzy o ciem­nej kar­na­cji trzy­ma ka­ra­bi­ny, z głę­bi nad­cho­dzi mło­dy ma­ro­kań­ski ofi­cer po­grą­żo­ny w roz­mo­wie z kimś dru­gim. Ten jest chy­ba cy­wi­lem, obaj w płasz­czach, woj­sko­wy ma na no­gach ofi­cer­ki. Uli­ca jest w tym miej­scu wą­ska i wy­bru­ko­wa­na, mury ra­czej znisz­czo­ne, ale znaj­du­je się tu coś waż­ne­go, może ja­kiś urząd czy pa­łac, bo przed bra­mą stoi war­tow­nik z ka­ra­bi­nem i ba­gne­tem. Te­raz po­ja­wia się na in­nym zdję­ciu, na wprost, twa­rzą do apa­ra­tu, moż­na zo­ba­czyć go do­kład­nie: bia­ły tur­ban, ciem­na cera, woj­sko­wy płaszcz z kap­tu­rem, na pier­siach znak: no wła­śnie, ten znak to gwiaz­da Da­wi­da z li­te­ra­mi w środ­ku, trud­no je od­czy­tać, może sty­li­zo­wa­ne "tau" oraz "i". Gdzie ja je­stem i co to za jed­nost­ka?

Traf chce, że na szko­le­niu prze­by­wa u nas w fir­mie wła­śnie Ma­ro­kan­ka. Po­ka­zu­ję jej te zdję­cia. Nie może po­wie­dzieć, co to za mia­sto, ale mówi: "Tak, to z pew­no­ścią pół­noc­ne Ma­ro­ko. Po­zna­ję po tych ka­pe­lu­szach ko­biet, to bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne. Może to Tan­ger?". Po­ka­zu­ję jej war­tow­ni­ka. Milk­nie za­sko­czo­na, ta­kie przy­najm­niej spra­wia wra­że­nie. "Nie, nie wiem, co to jest, ale za­py­tam i dam ci znać".

Pró­bu­ję iść za jej wska­zów­ka­mi i prze­glą­dam zdję­cia z Tan­ge­ru. Nie, to nie tu. Szu­kam Ceu­ty. Nie moż­na zna­leźć zbyt wie­lu zdjęć, te, któ­re znaj­du­ję, są ra­czej z da­le­ka. Czy­tam re­la­cje tu­ry­stów i frag­men­ty ar­ty­ku­łów o pró­bach przedar­cia się do Ceu­ty Ma­ro­kań­czy­ków, dla któ­rych ta hisz­pań­ska en­kla­wa to prze­cież część Unii Eu­ro­pej­skiej. Je­den z nich mówi: "Bę­dzie­my pró­bo­wać tak dłu­go, jak się da, niech strze­la­ją gu­mo­wy­mi ku­la­mi, niech na­wet będą ofia­ry".

Do­pie­ro po dłuż­szym po­szu­ki­wa­niu od­naj­du­ję sta­re zdję­cia Ceu­ty z lat pięć­dzie­sią­tych. Przy na­brze­żu stat­ki, mię­dzy in­ny­mi prom "Vir­gen de Afri­ca" z Al­ge­ci­ras. To chy­ba to na­brze­że z kil­ku pierw­szych kla­tek. To tam przy­cu­mo­wa­ła w 1935 roku "Mon­te Rosa".

Te­raz trze­ba spraw­dzić, co to za za­dzi­wia­ją­cy znak miał war­tow­nik. Po­ka­zu­ję go kil­ku zna­jo­mym i któ­re­goś dnia dzwo­ni ko­mór­ka. Mój przy­ja­ciel Ja­rek zła­pał mnie o dzie­wią­tej wie­czór w domu to­wa­ro­wym "Ar­ka­dia": "Wiem co to za znak! Mój brat przy­po­mniał so­bie, że wi­dział taki na znacz­kach Sidi Ifni, mo­żesz ła­two spraw­dzić w ka­ta­lo­gu".

Ifni! Każ­dy chło­piec, któ­ry zbie­rał znacz­ki, pa­mię­ta je: eg­zo­tycz­ne zwie­rzę­ta i ro­śli­ny, znacz­ki utrzy­ma­ne w jed­nym ko­lo­rze, ale ład­nie cie­nio­wa­ne, da­le­kie i ta­jem­ni­cze, a tę ta­jem­ni­cę po­tę­go­wa­ła na­zwa "Ifni", brzmią­ca jak ma­gicz­ne za­klę­cie. Tak, wie­dzia­łem, to gdzieś w Afry­ce, nie­da­le­ko Sa­ha­ry Hisz­pań­skiej, któ­rej znacz­ki są­sia­do­wa­ły w moim kla­se­rze z tymi z Ifni. Coś ma­łe­go, może wy­spa? Kie­dy zbie­ra­łem znacz­ki, to i Hisz­pa­nia Fran­co była da­le­ko za mu­rem ber­liń­skim, ona sama była tak­że eg­zo­tycz­na.

Sidi Ifni mo­gło­by się zga­dzać. Sty­li­zo­wa­ne "tau" to może być za­wi­jas ozna­cza­ją­cy "S", a "i" to Ifni. Ale ta gwiaz­da? Szu­kam w mo­ich kla­se­rach, któ­re wciąż trzy­mam. Znaj­du­ję kil­ka znacz­ków, ale nie ma tam żad­nych sym­bo­li. Szu­kam w nie­miec­kim ka­ta­lo­gu eu­ro­pej­skim, tam mam hisz­pań­ską pocz­tę w Ma­ro­ku i pro­szę bar­dzo, jest gwiaz­da Da­wi­da, je­śli nie na znacz­kach, to na ca­łost­kach, jako ozna­cze­nie po­mię­dzy znacz­ka­mi. Mój ku­zyn pod­sy­ła mi ze­staw flag z hisz­pań­skiej Afry­ki, w In­ter­ne­cie są całe stro­ny do­ku­men­tu­ją­ce zna­ki, fla­gi i ich hi­sto­rię. W Ma­ro­ku gwiaz­da sze­ścio­ra­mien­na prze­pla­ta się z pię­cio­ra­mien­ną, te sym­bo­le ist­nie­ją rów­no­le­gle. Na nie­któ­rych stro­nach pró­bu­je się za­prze­czać, że to gwiaz­da Da­wi­da i wy­pro­wa­dza się jej zna­cze­nie ską­di­nąd, ale nie bar­dzo wie­rzę. Prze­cież, jak znaj­du­ję w słow­ni­ku sym­bo­li, gwiaz­da Da­wi­da mia­ła zna­cze­nie po­łą­cze­nia zie­mi i wody, była sym­bo­lem uży­wa­nym w ju­da­izmie, chrze­ści­jań­stwie, a tak­że is­la­mie. Kie­dyś mo­gło to być na­tu­ral­ne, do­pie­ro w XX wie­ku na­bra­ło no­we­go zna­cze­nia. Nic więc dziw­ne­go, że daw­na fla­ga Ma­ro­ka hisz­pań­skie­go mia­ła w so­bie ten sym­bol: umiesz­czo­ny w zie­lo­nym pro­sto­ką­cie na czer­wo­nym tle z le­wej gór­nej stro­ny fla­gi. W Ceu­cie lub Te­tu­anie, daw­nej sto­li­cy Ma­ro­ka hisz­pań­skie­go, któ­rą tak­że mógł od­wie­dzić mój Nie­miec - tak wy­ni­ka z pla­ka­tu o tra­sie "Mon­te Rosy" - bo prze­cież chy­ba nie było to samo Ifni, ja­kiś od­dział z Ifni trzy­mał war­tę. Na sta­rych zdję­ciach Te­tu­an wy­glą­da po­dob­nie do mia­sta z "mo­ich" fo­to­gra­fii.

Mój ku­zyn prze­sy­ła mi dal­sze zna­le­zi­ska z In­ter­ne­tu, tym ra­zem od­zna­ki woj­sko­we, a głów­nie jed­ną: gwiaz­da Da­wi­da i li­te­ry C, E i M. Pró­bu­ję zro­zu­mieć tekst hisz­pań­ski - to od­zna­ka utwo­rzo­ne­go w 1937 roku Kor­pu­su Ma­ro­kań­skie­go bio­rą­ce­go udział w bi­twie nad Ebro, po stro­nie Fran­co oczy­wi­ście, któ­ry wy­ru­szył do wal­ki prze­ciw re­pu­bli­ce wła­śnie z hisz­pań­skich ko­lo­nii w Afry­ce. Hi­sto­ria po­tra­fi za­dzi­wić: oto oczy­ma wy­obraź­ni moż­na zo­ba­czyć Ber­be­rów z na­szyw­ka­mi z gwiaz­dą Da­wi­da wal­czą­cych ra­mię w ra­mię z po­ma­ga­ją­cy­mi im hi­tle­row­ski­mi ochot­ni­ka­mi prze­ciw woj­skom re­pu­bli­ki. I samo hisz­pań­skie Ma­ro­ko z du­żym od­set­kiem lud­no­ści ży­dow­skiej bę­dą­ce bazą re­wol­ty Fran­co.

Na ra­zie jest jed­nak rok 1935. Woj­na jesz­cze nie wy­bu­chła, choć nie wia­do­mo, o czym roz­ma­wia wła­śnie idą­cy uli­cą ma­ro­kań­ski ofi­cer i co my­śli mój Nie­miec, fo­to­gra­fu­jąc gwiaz­dę Da­wi­da na mun­du­rze war­tow­ni­ka.

"REX"

Nie, tego stat­ku nie było na zdję­ciach z Ham­bur­ga. Jego na­zwa po­ja­wi­ła się w opi­sach i w pierw­szej chwi­li trud­no było ją do cze­goś do­pa­so­wać. Trud­no - dla nie­wta­jem­ni­czo­nych, któ­rzy nic nie wie­dzą o trans­atlan­ty­kach. I trud­no do mo­men­tu, kie­dy wśród fo­to­gra­fii z al­bu­mu zna­la­zło się na dwóch ka­wał­kach ta­śmy sześć zdjęć, na któ­rych po­ja­wił się On: "Rex", duma Włoch.

Jak to się sta­ło, że nasz Nie­miec sfo­to­gra­fo­wał "Rexa"? "Mon­te Rosa" zbli­ża­ła się do brze­gu, a może już sta­ła na re­dzie, gdy na­gle po jej pra­wej bur­cie po­ja­wi­ła się syl­wet­ka pły­ną­ce­go ze znacz­ną pręd­ko­ścią du­że­go stat­ku pa­sa­żer­skie­go. Trzy zdję­cia jed­no po dru­gim: nad­pły­wa­ją­cy od rufy li­nio­wiec - wi­docz­ny peł­ny kształt, dwa masz­ty, dwa ko­mi­ny, z dru­gie­go uno­si się lek­ki dy­mek. Sta­tek zrów­nu­je się z "Mon­te Rosą", dru­gie zdję­cie po­ka­zu­je jego przed­nią część, sto­sun­ko­wo bli­sko, moż­na do­strzec sto­ją­cych na po­kła­dzie lu­dzi. Jest duży, te­raz wi­dać tyl­ko jego przed­nią część z jed­nym ko­mi­nem. Na przed­nim po­kła­dzie dźwig, da­lej maszt, lek­ko po­chy­lo­ny, do­da­je dy­na­mi­ki ca­łej syl­wet­ce. Zdję­cie trze­cie: znów cały sta­tek, ale tym ra­zem już od rufy. Na tyl­nym masz­cie po­wie­wa wło­ska fla­ga. W tle nie­da­le­kie wy­brze­że. Pięk­ny sta­tek. I sław­ny - jego wi­dok mu­siał być na "Mon­te Ro­sie" sen­sa­cją, być może za­ło­ga wcze­śniej uprze­dzi­ła pa­sa­że­rów, że się po­ja­wi. Mój Nie­miec wy­ka­zał się do­brym re­flek­sem, gdy zro­bił te trzy zdję­cia.

Ale to nie ko­niec fo­to­gra­fii "Rexa". Ko­lej­ne po­ja­wia­ją się, gdy "Mon­te Rosa", tym ra­zem chy­ba na­praw­dę na re­dzie, za­cu­mo­wa­ła nie­da­le­ko Wło­cha. Na brzeg trze­ba się do­stać ło­dzia­mi. Mój fo­to­graf zro­bił trzy ko­lej­ne zdję­cia wła­śnie z ło­dzi. Wi­dać na nich "Rexa" ob­ró­co­ne­go rufą i bur­tę, a po­tem, w mia­rę od­da­la­nia się od niej, całą syl­wet­kę "Mon­te Rosy". Na dwóch fo­to­gra­fiach są też frag­men­ty ło­dzi, ma­ry­na­rzy z nie­miec­kie­go stat­ku i to­wa­rzy­szy po­dró­ży, kil­ko­ro pań i pa­nów prze­glą­da­ją­cych ja­kieś do­ku­men­ty, otrzy­ma­ne pew­nie na wy­ciecz­kę do por­tu.

"Rex" po­wstał w stocz­ni An­sal­do w Ge­nui nie­ca­łe czte­ry lata przed zro­bie­niem tych zdjęć, dla Na­vi­ga­zio­ne Ge­ne­ra­le Ita­lia­na, czy­li NGI, przy po­par­ciu i do­fi­nan­so­wa­niu wło­skie­go rzą­du, dla któ­re­go sta­tek miał stać się sym­bo­lem na­ro­do­wej po­tę­gi. Wo­do­wa­ny 1 sierp­nia 1931 roku z udzia­łem kró­lew­skiej pary: kró­la Wik­to­ra Ema­nu­ela III i kró­lo­wej Ele­ny; jego na­zwę wy­brał Mus­so­li­ni, któ­ry był wte­dy pre­mie­rem, czy­niąc tym gest w kie­run­ku obo­zu ro­ja­li­stycz­ne­go. W stycz­niu 1932 roku trzy wło­skie li­nie, w tym NGI po­łą­czo­ne zo­sta­ły w jed­ną, "Ita­lia" (uży­wa­no też na­zwy "Ita­lian Line"), w związ­ku z czym ko­mi­ny "Rexa" zo­sta­ły prze­ma­lo­wa­ne na bia­ło, z czer­wo­ną czę­ścią koń­co­wą i zie­lo­nym pa­skiem po­ni­żej. Zdję­cia z al­bu­mu nie są ko­lo­ro­we, ale wy­gląd ko­mi­nów od­po­wia­da temu opi­so­wi. Sta­tek miał dłu­gość 268,2 me­tra, sze­ro­kość mak­sy­mal­ną 29,9 me­tra, głę­bo­kość za­nu­rze­nia 10,1 me­tra. To­naż brut­to 51 062, net­to 30 623, tur­bi­ny pa­ro­we o mocy 127 ty­się­cy koni, czte­ry śru­by, pręd­kość 27 wę­złów (mak­sy­mal­nie do 33 wę­złów), mógł za­brać na po­kład po­nad 2 ty­sią­ce pa­sa­że­rów i 870 osób za­ło­gi. W dzie­wi­czą po­dróż wy­ru­szył z Ge­nui do No­we­go Jor­ku 27 sierp­nia 1932 roku. Nie była ona dla nie­go szczę­śli­wa, nę­ka­ny był awa­ria­mi sil­ni­ka i w por­cie do­ce­lo­wym mu­siał cze­kać na czę­ści za­mien­ne z Włoch. Póź­niej jed­nak po­szło le­piej. W sierp­niu 1933 roku "Rex" ode­brał Błę­kit­ną Wstę­gę Atlan­ty­ku "Bre­men", sio­strze "Eu­ro­py", prze­pły­wa­jąc oce­an ze śred­nią pręd­ko­ścią 28,92 wę­zła. Re­kord ten utrzy­mał do maja 1935 roku, kie­dy po­bi­ła go fran­cu­ska "Nor­man­die". Ozna­cza to jed­nak, że gdy oglą­da­my zdję­cia "Rexa" sto­ją­ce­go przy "Mon­te Ro­sie", był to naj­szyb­szy li­nio­wiec świa­ta.

Cie­ka­we jest, że w pierw­szą po­dróż do No­we­go Jor­ku w 1932 roku wy­bra­ło się "Re­xem" wie­le waż­nych oso­bi­sto­ści, w tym bur­mistrz tego mia­sta, Jim­my Wal­ker. Gdy jed­nak sta­tek do­znał awa­rii i mu­siał stać trzy dni w Gi­bral­ta­rze, wie­lu pa­sa­że­rów pierw­szej kla­sy, w tym Wal­ker, prze­nio­sło się w Cher­bo­ur­gu na inny sta­tek. Tym stat­kiem była... "Eu­ro­pa", któ­rą moż­na było po­dzi­wiać przed wy­pły­nię­ciem z Ham­bur­ga.

Po wy­bu­chu woj­ny "Rex" da­lej pły­wał, ale tyl­ko do wio­sny 1940 roku, gdy Wło­chy włą­czy­ły się do niej po stro­nie Nie­miec. Wte­dy sta­tek zo­stał skie­ro­wa­ny do Bari, a na­stęp­nie do Trie­stu. Po­dob­no były pla­ny prze­bu­do­wy "Rexa" na lot­ni­sko­wiec, jak wspo­mi­na­ją nie­któ­re źró­dła, ale na­wet je­śli były, nie zo­sta­ły zre­ali­zo­wa­ne. W 1944 roku Niem­cy chcie­li nim za­blo­ko­wać port. Dnia 8 wrze­śnia bry­tyj­skie bom­bow­ce za­to­pi­ły sta­tek. Je­den z lot­ni­ków tak miał to wspo­mi­nać: "On wciąż wy­glą­dał na duży i pięk­ny, i to było smut­ne, że mu­sia­ło się tego ro­dza­ju obiekt za­to­pić. Ale jed­no­cze­śnie - to była woj­na, woj­na, któ­ra już trwa­ła pięć lat. A pod­czas woj­ny nie mo­żesz kwe­stio­no­wać celu i mó­wić, że sta­tek jest zbyt pięk­ny, by go za­to­pić... więc sko­ro ka­za­no nam go za­to­pić, mu­sie­li­śmy do­ko­nać wszyst­kie­go co w na­szej mocy, aby roz­kaz wy­ko­nać". Roz­kaz więc wy­ko­na­no. Tra­fio­ny stu dwu­dzie­sto­ma trze­ma po­ci­ska­mi, sta­tek za­pa­lił się, prze­wró­cił i za­to­nął. Po woj­nie nie opła­ca­ło się go re­pe­ro­wać.

Wło­chy mia­ły jesz­cze inne trans­atlan­ty­ki, naj­waż­niej­sze z nich to bliź­nia­cze i zbu­do­wa­ne wcze­śniej "Roma" i "Au­gu­stus", oraz bar­dzo po­dob­ny do "Rexa", ale nie­co krót­szy i nie­co mniej sław­ny (nie uda­ło mu się nig­dy zdo­być Wstę­gi Atlan­ty­ku) choć tak­że pięk­ny i na­wet bar­dziej luk­su­so­wy "Con­te di Sa­vo­ia". Wszyst­kie zo­sta­ły znisz­czo­ne w cza­sie woj­ny. "Con­te di Sa­vo­ia" za­to­pio­no 11 wrze­śnia 1943 roku w po­bli­żu We­ne­cji (są róż­ne wer­sje, kto go za­to­pił, ale wy­da­je się, że alian­ci). "Roma" zo­sta­ła prze­kon­stru­owa­na na lot­ni­sko­wiec i zmie­ni­ła na­zwę na "Aqu­ila" ("Orzeł"), ale za­raz po tej zmia­nie wpa­dła w ręce Niem­ców, któ­rzy w 1943 roku prze­ję­li wie­le stat­ków i okrę­tów wło­skich. W 1945 roku po­waż­nie uszko­dzi­li ją i za­to­pi­li wło­scy ko­man­do­si. "Au­gu­stus" zo­stał za­to­pio­ny przez Niem­ców 25 wrze­śnia 1944 roku, aby za­blo­ko­wać port w Ge­nui.

Małą mie­ści­nę Ri­mi­ni ogar­nę­ło pod­nie­ce­nie: bę­dzie pły­nął! Wszy­scy rzu­ca­ją swo­je za­ję­cia i ru­sza­ją w kie­run­ku mo­rza, mia­stecz­ko pu­sto­sze­je. Wsia­da­ją do ło­dzi i wy­pły­wa­ją w mo­rze. Za­pa­da zmrok, nic się nie dzie­je, ło­dzie ko­ły­szą się, lu­dzie śpią. Na­gle mały chło­piec woła: "Jest! Jest!". Z mgieł wy­ła­nia się ol­brzy­mi, roz­świe­tlo­ny świa­tła­mi sta­tek, jak góra na mo­rzu. To on. "Rex". Duma Ita­lii. Tak za­pa­mię­tał te chwi­le w Amar­cor­dzie Fel­li­ni. Ten frag­ment po­ja­wia się mniej wię­cej po go­dzi­nie i dwu­dzie­stu dwu mi­nu­tach fil­mu, za­raz po sce­nie spro­wa­dze­nia wuj­ka Teo z drze­wa. Oto za­chwy­ty i uwa­gi wło­skich pro­win­cju­szy:

- Jest wy­so­ki na trzy­dzie­ści pię­ter i ma szes­na­ście ko­mi­nów.

- Tyl­ko po­myśl, co pi­rat mógł­by zdzia­łać z ta­kim stat­kiem!

- Pa­nie me­ce­na­sie, ile on może wa­żyć?

- Mniej wię­cej dwa i pół razy tyle, co Grand Ho­tel.

- Plus Łuk Au­gu­sta!

- Może i się spóź­nia, ale prze­cież pły­nie z Ame­ry­ki.

- Oto jest! - Tato, tato!

- Rex! Rex!

- Niech żyje Rex! Naj­wspa­nial­sza rzecz, jaką stwo­rzył re­żim!

- Niech żyją Wło­chy!

"Tato, tato - pły­nie" - krzy­czy chło­piec, gdy wszy­scy na ło­dziach się po­spa­li a sta­tek wy­ło­nił się z mro­ku bu­cząc sy­re­ną: wiel­ki, roz­świe­tlo­ny, z dwo­ma ko­mi­na­mi, wzbu­dza­ją­cy en­tu­zjazm. Za­dzi­wie­ni jego ogro­mem, ko­bie­ty pła­czą ze wzru­sze­nia, męż­czyź­ni wi­wa­tu­ją lub pa­trzą onie­mia­li, nie­wi­do­my gra­jek pyta: "Jaki on jest?".

Ja też wiem, jaki on jest. Ze zdjęć mo­je­go Niem­ca.

GDAŃSK

Gdańsk na tra­sie śród­ziem­no­mor­skiej wy­ciecz­ki? Oczy­wi­ście, że nie, ale prze­ry­wam rejs, gdyż do­wia­du­ję się cze­goś no­we­go i nie­spo­dzie­wa­ne­go. Do po­dró­ży będę wra­cał, gdyż trze­ba ją prze­cież od­two­rzyć i po­znać całą tra­sę.

Pod­czas ska­no­wa­nia zna­la­złem kil­ka fo­to­gra­fii, któ­re mnie za­sko­czy­ły. Star­sza ko­bie­ta z dziew­czyn­ką w dom­ku, gdzieś na pod­miej­skich pe­ry­fe­riach i Dłu­gi Targ, Nep­tun, do­brze zna­ne miej­sca. Przez chwi­lę mia­łem wra­że­nie, że to zdję­cia z lat sześć­dzie­sią­tych, po­dob­ne do tych, któ­re ro­bi­łem w tych sa­mych miej­scach. Wra­że­nie po­tę­go­wał fakt, że sfo­to­gra­fo­wa­ni na ryn­ku lu­dzie ubra­ni byli tak­że we­dług mody z lat sześć­dzie­sią­tych, szcze­gól­nie dziew­czy­na we wzo­rzy­stej su­kien­ce po­wy­żej ko­lan wy­glą­da­ła dziw­nie zna­jo­mo.

O tę modę za­py­ta­łem ko­goś, kto pa­mię­tał cza­sy przed­wo­jen­ne.

- Ależ tak, był okres, kie­dy no­si­ło się spód­ni­ce po­wy­żej ko­lan, ale do tego były ża­kie­ty.

Kie­dy po­ka­za­łem te zdję­cia przy­ja­cio­łom, dys­ku­sja wy­bu­chła na nowo.

- Pio­trek, no nie, to SĄ lata sześć­dzie­sią­te, nie wmó­wisz mi. Patrz, ci lu­dzie no­szą pe­ere­low­skie siat­ki! To PRL!

Nie­ste­ty, na zdję­ciach nie wi­dać na­pi­sów, tyl­ko na jed­nym frag­ment "LO­TE­RI", może być za­rów­no po pol­sku, jak i po nie­miec­ku. Do­brze, jest kil­ka me­tod spraw­dze­nia. Naj­pierw kli­sza. Po­tem po­rów­na­nie zdjęć sprzed i po woj­nie. Oprócz tego: czy te zdję­cia róż­nią się od in­nych spo­so­bem ujęć, sty­lem?

Tak, zdję­cia się róż­nią. Ucię­ta wie­ża ko­ścio­ła, gor­sza kom­po­zy­cja i od­le­gło­ści, nie ma też tej "iskry" w chwy­ta­niu sy­tu­acji na uli­cy. Zdję­cia bar­dziej ama­tor­skie niż inne, ale w koń­cu to tyl­ko sześć kla­tek! Kli­sza - ależ tak, to ORWO. Je­dy­ne zdję­cia na ta­kim fil­mie. ORWO to NRD, ale może fir­ma ist­nia­ła wcze­śniej? Szu­kam w In­ter­ne­cie. To NRD. Zna­cjo­na­li­zo­wa­na część Agfa Wol­fen, znak fir­mo­wy po­ja­wił się oko­ło 1962 roku.

Więc to jest film po­wo­jen­ny. Ktoś wło­żył go do al­bu­mu póź­niej. Nie ma in­nych, po­dob­nych klisz, więc jest je­dy­ny. Resz­ta jest zwar­ta te­ma­tycz­nie i lo­gicz­nie i zgod­na z opi­sa­mi. Kim była oso­ba, któ­ra wło­ży­ła swo­je zdję­cia - być może przez po­mył­kę - do al­bu­mu "mo­je­go Niem­ca"?

BU­DA­PESZT

Ko­lej­na prze­rwa w po­dró­ży i wi­zy­ta zu­peł­nie gdzie in­dziej. Bu­da­peszt. By­wa­łem tu kil­ka­krot­nie w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych. Już daw­no... Do­brze się czu­łem w tym mie­ście, ale tro­chę mnie przy­gnia­ta­ło dzie­więt­na­sto­wiecz­ną ma­syw­ną za­bu­do­wą, wo­la­łem Pra­gę. Prze­strzeń czu­ło się przy rze­ce i na wzgó­rzach Budy po dru­giej stro­nie... Ja­kieś przy­jaź­nie... "Len­gy­el, Ma­gy­ar..."

Prze­no­szę się w cza­sie: oto paź­dzier­nik 1936 roku. Czter­dzie­ści lat przed mo­imi po­dró­ża­mi i sie­dem­dzie­siąt przed od­kry­ciem prze­ze mnie al­bu­mu. Nie­miec­ki fo­to­graf tro­chę in­a­czej zwie­dzał to mia­sto i w in­nych miej­scach by­wał.

Uwiel­biał most Elż­bie­ty. Zro­bił w Bu­da­pesz­cie 128 zdjęć. Z tego na 28 uwiecz­nio­ny jest ten most. Kli­sza za­czy­na się od nie­go. Na zdję­ciu zro­bio­nym na le­wym brze­gu Du­na­ju, od stro­ny Pesz­tu (fo­to­graf stał na sa­mym mo­ście, na chod­ni­ku z le­wej stro­ny) wi­dać tram­waj, nad­jeż­dża ro­we­rzy­sta, chod­ni­kiem idą prze­chod­nie. Naj­bli­żej, ele­ganc­ko ubra­na mło­da ko­bie­ta, za­sła­nia twarz przed fo­to­gra­fem dło­nią w bia­łej rę­ka­wicz­ce. Na dru­gim zdję­ciu już jej nie ma, prze­je­chał tak­że ro­we­rzy­sta, za to po­ja­wił się dru­gi tram­waj i mo­to­cykl. Te­raz fo­to­graf cof­nął się i ko­lej­ne zdję­cie zro­bił nie­co z góry, obej­mu­jąc cały most wraz z jego "for­pocz­ta­mi": dwie­ma ma­syw­ny­mi ka­mien­ny­mi wie­ża­mi z her­ba­mi u jego po­cząt­ku. Obok scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół, na sa­mym mo­ście sa­mo­chód i tro­chę prze­chod­niów. Dal­sze zdję­cia zro­bio­ne są już z na­brze­ża, most uję­ty jest "z pro­fi­lu", na rze­kę pa­trzy Fri­da w ciem­nym ka­pe­lu­szu, ubra­na w krót­kie palt­ko w krat­kę, ciem­ną spód­ni­cę, buty. Jed­no uję­cie w bok - przy­po­mi­na mi par­czek, któ­ry kie­dyś tam wi­dzia­łem. Te­raz dwa uję­cia par­la­men­tu zro­bio­ne pod świa­tło i ni­sko przy rze­ce: bez­miar wód Du­na­ju i ciem­na, neo­go­tyc­ka bry­ła bu­dyn­ku z wy­sta­ją­cy­mi z nie­go ko­pu­łą i wie­życz­ka­mi.

Na­gle znaj­du­ję się ra­zem z fo­to­gra­fem w po­ko­ju ho­te­lo­wym. Przez okna wpa­da świa­tło i roz­świe­tla dy­wan na pod­ło­dze. Spo­kój. Sto­lik, ka­na­pa, w ką­cie w na­roż­ni­ku lu­stro, na­prze­ciw któ­re­go na krze­śle sie­dzi Fri­da i czy­ta książ­kę. Nie, nie wiem jaką, sie­dzi za da­le­ko. Od­bi­ja się w lu­strze, ład­na sce­na, trze­ba ukrad­kiem zro­bić zdję­cie. A po­tem dru­gie, gdy Fri­da odło­ży książ­kę i przez chwi­lę pa­trzy na swo­je od­bi­cie. I trze­cie, gdy za­czy­na ro­bić to­a­le­tę. Trze­ba utrwa­lić ten ob­raz. Hm... Kie­dyś, gdy ma­larz two­rzył swo­je dzie­ło, cza­sem chciał zo­sta­wić ja­kiś ślad po so­bie. Więc fi­lu­ter­nie do­ma­lo­wy­wał swo­je od­bi­cie w lu­strze, albo sa­me­go sie­bie sto­ją­ce­go z boku sce­ny. W po­ko­ju ho­te­lo­wym jest jesz­cze jed­no bocz­ne lu­stro. Mój fo­to­graf chy­ba jed­nak nie­świa­do­mie utrwa­lił tak­że frag­ment sie­bie. Je­śli się do­brze przyj­rzeć w ką­cie lu­stra moż­na za­uwa­żyć jego za­afe­ro­wa­ną twarz, zwró­co­ną w kie­run­ku apa­ra­tu. Ły­si­na, oku­la­ry, to on...

Ale do­kąd to szy­ku­je się Fri­da? Do ka­ba­re­tu! Cała se­ria zdjęć po­ka­zu­je wy­stę­py na nie­wiel­kim ko­li­stym drew­nia­nym par­kie­cie. Tań­czą­ce, ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny z go­ły­mi no­ga­mi lub też w dłu­gich suk­niach. Cza­sem jed­nak te suk­nie uno­szą w ogni­stym kan­ka­nie. Są też pary mie­sza­ne, a tak­że dam­sko-dam­skie; nie­któ­re pa­nie mają bar­dzo wy­dłu­żo­ny de­kolt. We­so­ło tam musi być. "Tam", czy­li gdzie? Aku­rat tu jest opis. To "Mo­ulin Ro­uge". "Mo­ulin Ro­uge" w Bu­da­pesz­cie? Prze­cież on jest w Pa­ry­żu! No, ale nie tyl­ko, w Bu­da­pesz­cie, oka­zu­je się, tak­że. Co wię­cej, ten ka­ba­ret da­lej ist­nie­je, i to pod tym sa­mym ad­re­sem: Na­gy­me­ző utca 17.

Da­lej zwie­dzam Bu­da­peszt. Zmia­na war­ty na zam­ku, ja­kiś jed­no­pię­tro­wy dom z bal­ko­nem, wi­do­ki Du­na­ju z góry, zdję­cia ko­lumn mu­zeum po desz­czu, jak z kla­sycz­nych fo­to­gra­fii: zro­bio­ne od stro­ny bu­dyn­ku, ko­lum­ny od­bi­ja­ją się w ka­łu­żach, da­lej wi­dać frag­ment uli­cy z prze­jeż­dża­ją­cy­mi au­to­bu­sa­mi.

I ko­lej­ne przed­sta­wie­nie, wy­glą­da na coś w ro­dza­ju ope­ret­ki lub wo­de­wi­lu: znów tan­cer­ki, śpie­wa­ją­ce pa­nie i pa­no­wie we fra­kach. At­mos­fe­ra za­ba­wy, ja­kieś być może ske­cze, ale też fa­bu­ła. Ta at­mos­fe­ra udzie­li­ła się fo­to­gra­fo­wi, za­raz po po­wro­cie zro­bił kil­ka zdjęć noc­nych, pew­nie z po­ko­ju ho­te­lo­we­go, albo z in­ne­go miej­sca z góry. Wi­dać na nich rze­kę, za­ma­za­ną syl­wet­kę mo­stu Elż­bie­ty i tań­czą­ce świa­tła. Albo to śmia­ły eks­pe­ry­ment fo­to­gra­ficz­ny, albo też ręka - a może i całe cia­ło fo­to­gra­fa - fa­lo­wa­ła jesz­cze w rytm za­sły­sza­nych tego wie­czo­ru me­lo­dii.

Te­raz mam dość dziw­ne zdję­cie, być może fo­to­gra­fo­wa­na oso­ba od­wró­ci­ła się na­gle. Wy­glą­da na to, że znaj­du­je się ona w re­stau­ra­cji, może ho­te­lo­wej, oto krze­sło i frag­men­ty dwóch sto­łów z za­sta­wą, za­pew­ne obia­do­wą, obiad chy­ba już zo­stał zje­dzo­ny. Na prze­ciw­le­głej ścia­nie jest duże okno z prze­świ­tu­ją­cą za­sło­ną w krop­ki. Mię­dzy sto­ła­mi, zwró­co­ny w kie­run­ku okna, więc ty­łem do fo­to­gra­fa, stoi męż­czy­zna, trzy­ma­ją­cy w ręku ga­ze­tę z drew­nia­nym uchwy­tem. W swo­bod­nym gar­ni­tu­rze, pal­to prze­wie­szo­ne przez krze­sło, może za­raz gdzieś trze­ba bę­dzie pójść. Czy to mój fo­to­graf, uwiecz­nio­ny przez Fri­dę, któ­ra zła­pa­ła apa­rat, aby pstryk­nąć nie­spo­dzie­wa­ne zdję­cie? A może ktoś in­te­re­su­ją­cy, ale nie wia­do­mo kto, bo nie wi­dać twa­rzy... I na­gle kil­ka zdjęć z toru wy­ści­go­we­go, na któ­rym ry­wa­li­zu­ją kłu­sa­ki. Zdję­cia są z kil­ku go­nitw róż­ne­go ro­dza­ju: wóz­ki są dwu­ko­ło­we z jed­nym po­wo­żą­cym i jed­nym ko­niem lub czte­ro­ko­ło­we z dwo­ma woź­ni­ca­mi i parą koni. Może fo­to­graf sta­wiał na tych wy­ści­gach? Po­tem jed­nak sce­na się zmie­nia, po­ja­wia­ją się wzgó­rza, nie­co da­lej od mia­sta, może na wy­ciecz­ce. Wzgó­rza są za­le­sio­ne, wśród nich stoi ko­śció­łek i małe dom­ki. Te­raz znów po­wrót do cen­trum: park, któ­ry wy­glą­da zna­jo­mo, po­tem pięk­ne wi­do­ki z góry na Du­naj, mo­sty, par­la­ment, za­mek. Znów łań­cu­cho­wy most Elż­bie­ty w róż­nych uję­ciach. Tak, to praw­dzi­wa fa­scy­na­cja. Ko­lej­na roz­ryw­ka - po­ka­zy szy­bow­ców, czy też cze­goś po­mię­dzy lot­nią a szy­bow­cem, wi­dać syl­wet­ki pi­lo­tów pod­cze­pio­ne pod skrzy­dła­mi. Fri­da, w chu­s­tecz­ce na gło­wie i pal­cie w kra­tę.

Znów po­je­dyn­cze, ta­jem­ni­cze zdję­cie. To po­dob­no to, na któ­rym miał być Mus­so­li­ni, jak wspo­mi­nał mój ko­le­ga. W ho­te­lo­wej ka­wiar­ni, przy sto­li­ku pod oknem męż­czy­zna roz­ma­wia ze sto­ją­cym przy nim kel­ne­rem. W ogó­le nie jest po­dob­ny do Mus­so­li­nie­go. Szczu­pła twarz, za­ko­la ły­si­ny na gło­wie, dłu­gi, pro­sty nos. Twa­rzy do­brze nie wi­dać, ale mógł to być ktoś zna­ny, może z Nie­miec, kto zwró­cił uwa­gę fo­to­gra­fa. Chy­ba że mia­ła to być pod­pa­trzo­na scen­ka ro­dza­jo­wa.

I da­lej "Bu­da­pest bei Na­cht", jak na­pi­sał Nie­miec. Naj­pierw ko­lej­ne wy­stę­py, tym ra­zem w klu­bie "Ari­zo­na", kil­ka sce­nek, dziew­czy­ny w krót­kich spód­nicz­kach lub z go­ły­mi ple­ca­mi, wresz­cie noc­ne fo­to­gra­fie ro­bio­ne na uli­cy po wyj­ściu z klu­bu. Mo­kry bruk, po desz­czu, dużo od­bi­ja­ją­cych się w nim świa­teł, wciąż spo­ry ruch, sa­mo­cho­dy, tram­wa­je i prze­chod­nie. Dużo ko­biet, może wła­śnie idą do któ­re­goś z lo­ka­li w oko­li­cy, może to ak­tor­ki lub tan­cer­ki? Z obu stron uli­cy moż­na roz­po­znać kina czy te­atry, wi­dać na­pis "Szín­ház", z jed­nej stro­ny "Ra­dius", z dru­giej "Művész". Po pra­wej stro­nie przez ga­łę­zie drzew prze­bi­ja neon "Mo­ulin Ro­uge". Po le­wej, i z le­wej stro­ny kina wy­bi­ja się wy­raź­nie na­pis "Ari­zo­na", "Dan­cing", "Ni­ght Club". Uli­ca roz­ry­wek, któ­rą już czę­ścio­wo zwie­dzi­łem wraz z fo­to­gra­fem. Jak ona się na­zy­wa­ła? Na­gy­me­ző? Szu­kam wię­cej na jej te­mat w In­ter­ne­cie. No tak. "Mo­ulin Ro­uge" to stro­na pra­wa, nie­pa­rzy­sta, nu­mer 17, klub jest tam do tej pory. Jest tam tak­że Ope­ret­ka, pod nu­me­rem 17 i 19. Pod nu­me­rem 15, czy­li obok "Mo­ulin Ro­uge" z dru­giej stro­ny, ale już na skrzy­żo­wa­niu z uli­cą An­drás­sy znaj­du­je się nie­spo­dzie­wa­nie In­sty­tut Pol­ski.

Po stro­nie pa­rzy­stej, pod nu­me­rem 20 jest "Ga­le­ria Du­cha Na­szych Cza­sów", jak z fran­cu­ska ("la Ma­ison Far­fa­det de Nos Jo­urs") okre­śla się w In­ter­ne­cie "Dom Wę­gier­skiej Fo­to­gra­fii", obec­nie na­zy­wa­ny też "MAI MANÓ HO­USE". Ośmio­pię­tro­wy bu­dy­nek zbu­do­wa­ny w roku 1894, w któ­rym "znaj­do­wa­ły się naj­bar­dziej zna­ne noc­ne klu­by Bu­da­pesz­tu", na przy­kład "na kil­ku pię­trach klub "Ari­zo­na"". Wła­ści­cie­le "zo­sta­li z nie­go wy­wle­cze­ni w 1944 roku przez "strza­ło­krzy­żow­ców"", Póź­niej bu­dy­nek stał się szko­łą, halą wy­sta­wo­wą, znów szko­łą i sie­dzi­bą Wę­gier­skie­go Au­to­mo­bil­klu­bu, wresz­cie "Do­mem Wę­gier­skiej Fo­to­gra­fii".

Pod nu­me­ra­mi 22-24 był te­atr "Thália", otwar­ty w 1913 roku, na­zwa­ny wte­dy "Ogro­dem Zi­mo­wym", póź­niej na­zwa te­atru zmie­nia­ła się co naj­mniej 10 razy. Obec­nie da­lej funk­cjo­nu­je tam te­atr, a wła­ści­wie dwa: "Thália" i "Mi­krosz­kóp Szín­ház". Pew­nie tam, gdzie był "Ra­dius" w 1936 roku. W opi­sach uli­cy wszę­dzie pi­sze się "uli­ca te­atral­na" albo "bu­da­pesz­teń­ski Broad­way".

Pod nu­me­rem 14 funk­cjo­nu­je "Két Sze­rec­sen Cof­fee Ho­use and Bi­stro", spe­cja­li­zu­ją­ce się w kuch­ni "mię­dzy­na­ro­do­wej z sil­nym ak­cen­tem śród­ziem­no­mor­skim".

Co jesz­cze? Nu­mer 11 to te­atr "Rad­nó­ti Mi­klós Szín­ház". Na skrzy­żo­wa­niu z Ki­rály utca stoi ko­ściół Świę­tej Te­re­sy. A na rogu z uli­cą Ó (co ozna­cza uli­cę Sta­rą), jest cie­ka­wie urzą­dzo­na knaj­pa "In­stant". Noc­ne klu­by - "B7 Club", nu­me­ry 46-48 (to już da­lej), "Soho Lon­don Club" - nu­mer 31.

Jesz­cze jed­no zdję­cie uli­cy Na­gy­me­ző, któ­re przed­sta­wia w In­ter­ne­cie ja­kiś mi­ło­śnik tro­lej­bu­sów. Z pra­wej stro­ny uli­cy wi­dzi­my taki po­jazd z dużą gwiaz­dą na przo­dzie, przed nim roz­ko­pa­ne tory tram­wa­jo­we. W głę­bi - syl­wet­ka czoł­gu.

Zdję­cia z Bu­da­pesz­tu oglą­dam ra­zem z Lasz­lem, ame­ry­kań­skim Wę­grem miesz­ka­ją­cym obec­nie w Pol­sce, ale week­en­dy spę­dza­ją­cym na Wę­grzech. "O, to jest Wy­spa Świę­tej Mał­go­rza­ty - mówi Lasz­lo, po­ka­zu­jąc zdję­cie par­ku, któ­ry wy­dał mi się zna­jo­my. - Most! Cie­ka­we, wiesz, most zo­stał zbom­bar­do­wa­ny w 1945 roku, ta część, któ­rą sfo­to­gra­fo­wał twój Nie­miec, już nie ist­nie­je". Lasz­lo po­ka­zu­je przy­czół­ki od stro­ny Pesz­tu. "Kłu­sa­ki! Wiesz, że mój dzia­dek ho­do­wał kłu­sa­ki przed woj­ną?" No pro­szę, być może oglą­da­my ko­nie dziad­ka Lasz­la! "Ten dom, to pa­łac Sán­do­ra, miesz­ka w nim pre­zy­dent (to ten nie­wy­so­ki dom z bal­ko­ni­kiem). A to, prze­cież to Kál­mán La­ta­bár" - mój ko­le­ga po­ka­zu­je zdję­cie z wo­de­wi­lu czy ope­ret­ki, zro­bio­ne już po wi­zy­cie fo­to­gra­fa w "Mo­ulin Ro­uge", a jesz­cze przed "Ari­zo­ną". To była zna­na po­stać, wy­stę­po­wał w ra­diu i w fil­mach. Spraw­dzam: uro­dził się w ro­dzi­nie ar­ty­stów cyr­ko­wych i ope­ret­ko­wych w 1902 roku w Kec­ske­mét; zmarł w Bu­da­pesz­cie w 1970 roku. Wy­stą­pił w czter­dzie­stu fil­mach, pierw­szy był z 1935 roku, ostat­ni z 1968. Moż­na go obej­rzeć we frag­men­tach sta­rych fil­mów, na ogół ko­me­dio­wych, na YouTu­be. Zna­ny był po­noć z po­wie­dze­nia: "A la­ny­ok, a la­ny­ok, a la­ny­ok an­gy­alok. A fér­fiak­kal csak ko­médi­áznak" ("Dziew­czy­ny, dziew­czy­ny, dziew­czy­ny, one wszyst­kie są anio­ła­mi, któ­re tyl­ko do­ku­cza­ją fa­ce­tom"). Na zdję­ciu wy­glą­da nie­co po­waż­nie jak na swój wiek. Stoi obok pięk­nej blon­dyn­ki: "A la­ny­ok, a la­ny­ok...".

Jesz­cze raz prze­glą­dam zdję­cia z Bu­da­pesz­tu. Mo­sty, "Mo­ulin Ro­uge", tań­czą­ce dziew­czy­ny. Zbli­ża­ją się wła­śnie do or­kie­stry... Co tam jest na­pi­sa­ne? Pew­nie na­zwa ze­spo­łu. "Hu­to­la"? "Bu­so­la"? Po­czą­tek to może ra­czej "Hu...", może od Hun­ga­rii? Ale coś nie pa­su­je. Tam są chy­ba dwa "T". "Hut­to­la"? "But­to­la"? Sprawdź­my. Wy­szu­ki­war­ka po­da­je: "Ra­dio­la Jazz Or­che­stra But­to­la Ede and Len Hu­ghes and his Band: Twi­li­ght in Tur­key" i za chwi­lę na YouTu­be sły­szę przed­wo­jen­ny wę­gier­ski jazz. Stał się cud. Zo­sta­łem prze­nie­sio­ny w cza­sie. Je­stem w Bu­da­pesz­cie, jest je­sień 1936 roku, w "Mo­ulin Ro­uge" tań­czą ro­ze­śmia­ne dziew­czy­ny, przy­gry­wa jaz­zo­wy band Ede But­to­li vel Eddy'ego Bu­tle­ra. Wi­dzę i sły­szę. To praw­dzi­wy rejs w cza­sie.