Das Album - Piotr Strzałkowski

Reflow text when sidebars are open.
PODLASIE
Podlasie. Nie urodziłem się tu, ale to jest moje miejsce. Stąd jest moja rodzina, stąd wspomnienia dziecięcych wakacji i to tu przyjeżdżam czasem, by spotkać pozostałych tu krewnych, postawić lampkę na grobach i odnaleźć często już zatarte ślady moich przodków. To ciągle nieodkryta ziemia, która mnie fascynuje i na której - wśród bocianów, drewnianej zabudowy, zaciągających po tutejszemu ludzi, piaszczystych dróg - ciągle jeszcze odnajduję spokój. Tych, co pamiętają dawne czasy, ubywa z roku na rok. Znajdują się jednak i tacy, którzy próbują - w ostatniej chwili - ocalić od zapomnienia ich losy i pamięć. Zbiegiem okoliczności to na Podlasie kieruje mnie też niemiecki album, który został tu odnaleziony. Nasze drogi więc skrzyżowały się. Moje osobiste historie rodzinne i losy rzuconego tu przez wojnę Niemca. A jeśli nie jego, to w każdym razie jego albumu. Spróbuję jednak zacząć od niego. Jeśli tu był, to co mógłby tu robić? Może zapamiętali go tutejsi ludzie?
Wizyta u Mariana
Najpierw zapytałem o Niemca mojego kuzyna. Ma on ponad osiemdziesiąt lat i w czasie okupacji, będąc w konspiracji, współpracował z wywiadem AK w okolicach, w których znaleziono album. Znał wielu Niemców, ale mojego nie przypomina sobie.
Biorę więc zdjęcie i jadę do Mariana. Trochę młodszy od mojego kuzyna, był wtedy chłopcem, synem właściciela restauracji. Dlatego spotykał przychodzących tam Niemców, jeden z nich uczył go nawet niemieckiego (każąc mu czytać "Der Stürmer"), gdy zauważył, że Marian, ze względu na bliskość społeczności żydowskiej wtrąca słówka z jidysz. W zamian Niemiec doskonalił swój angielski - po kryjomu, aby nikt się nie dowiedział - z ojcem Mariana, który przemieszkał kilkanaście lat w Ameryce.
Marian przygląda się świątecznym zdjęciom, ale mojego Niemca nie rozpoznaje. "Może był w landracie, opiekował się okolicznymi majątkami? Kim mógł być? Stacjonował u nas sztab Armii "Środek", ale jego tam chyba nie było... Była specjalna wojskowa jednostka radiowa Funkstelle, chyba prowadzili nasłuch. Nigdy mnie tam nie wpuścili, chociaż próbowałem. Raz tylko widziałem leżące słuchawki i nie było nadajników. Pracowało tam dwóch Niemców bez odznak formacji, może dla kamuflażu. Na wieży kościoła była sygnalizacja obrotowa, chyba dla samolotów. Jeden z żołnierzy był po studiach we Wrocławiu i mówił bardzo dobrze po polsku, ukraińsku i rosyjsku. Mój ojciec, który uczył się jeszcze w szkole rosyjskiej, mówił, że Niemiec po rosyjsku mówił lepiej niż on".
"Pamiętam też kilku Niemców, którzy zachowywali się normalnie, po ludzku, w miarę przyzwoicie - kontynuuje Marian rozmowę. - Jednego z nich spotkałem po wojnie w Berlinie, pracował tam w Volkshalle. Oberwachmeister Schulz. Ktoś mi powiedział, że tam pracuje. Było to w latach sześćdziesiątych. Poszedłem i mówię, że przyjaciel z Polski. "Z Polski?" Trochę odczekałem, wyszedł. Ten sam, te same kabłąkowate nogi. Nie poznaje mnie. "No to ja, Marian, syn restauratora z Janowa". "A, wiem". No przecież przychodził tam pić wódkę. Niepewny: "Po co przyjechałeś?". Może się bał. On nie bił ludzi, ale słyszałem jak się na nich wydzierał.
Byli też inni...
Na przykład Kurt Gude z Berlina, próbowałem go znaleźć po wojnie, ale nie udało się. Kiedyś znalazł w piecu "Biuletyn Informacyjny" AK.
- Co to jest?
- To stara gazeta na podpałkę.
- Nie opowiadaj, nasz oficer wychowawczy nam to pokazywał.
- No to ja nie wiem, skąd to się tu wzięło, trzeba spalić.
- Nie! Możesz to trzymać, ale pod warunkiem, że będziesz mi tłumaczył, co tam jest napisane.
W Białej było głównie lotnisko i jego obsługa. Była też cała kompania junaków tam pracująca, moi koledzy, których Niemcy wzięli do pracy".
Marian dzięki swoim kontaktom był bardzo użyteczny dla podziemia. Regularnie informował o wszystkim, co widział i słyszał. Raz udało mu się wykraść mapę z zaznaczonymi pozycjami partyzantów przeznaczoną na spalenie. Później aktywnie działał w grupie młodych konspiratorów, których działalność rozciągała się na okres powojenny; pisać i mówić o tym może dopiero teraz. Zresztą i o nim samym krążą rozmaite opowieści.
"Przez długi czas po wojnie - mówi - kiedy z racji moich obowiązków w firmie współpracowałem z Niemcami, nie mogłem uwierzyć, że chociaż płacą, są uprzejmi i przyjacielscy, że to wszystko jest prawdziwe i szczere, że nic nie kombinują. Potem zaprzyjaźniłem się z niektórymi, ale to przyszło później".
Roman
W bibliotece publicznej w Białej Podlaskiej wypożyczam książki o okupacji i martyrologii. Interesuje mnie głównie sama Biała oraz Janów, gdzie stacjonowały między innymi sztaby niemieckie. Chcę wiedzieć, jak była zorganizowana administracja w czasie okupacji, kto pracował w gestapo, kto popełniał zbrodnie. Może się uda odnaleźć zdjęcia sprawców i wykluczyć, że to był mój Niemiec. Bo przecież to chyba nie on...
O Romanie dowiedziałem się przy okazji pytania o rodzinę i grzebania w historii Podlasia. Szukałem śladów moich krewnych i nagle ktoś mi powiedział, że Roman, tutejszy fotograf, "chodzi po ludziach i zbiera stare zdjęcia". Dość prędko go odnalazłem i spotkaliśmy się. Okazało się, że Roman zebrał już ponad tysiąc zdjęć z Janowa Podlaskiego i okolicy i ma zamiar zamieścić je w książce, którą wydaje. Pokazałem mu swój zbiór rodzinny, a on mi część swoich odbitek. Obaj doświadczyliśmy tego samego: o wielu zdjęciach nikt nie może już nic powiedzieć, bo ci, co pamiętali, już odeszli. To jednak niesamowite: na fotografiach zebranych przez Romana rozpoznałem swoją matkę, ojca, stryja, dziadka. Jakby nagle wrócili z przeszłości jeszcze jedną utrwaloną chwilą. Wzruszające, bo poza stryjem wszyscy już dawno zmarli...
Pytam, czy ma zdjęcia Niemców. Są: oto żołnierze niemieccy idący chyba na przepustkę ulicą Wygodzką, przy której stał dom moich dziadków. Idą środkiem ulicy, kilku bokiem po chodnikach. Zwycięzcy, ale chyba nie do końca pewni siebie. Z boku obserwują ich bawiące się dzieci. Ulica prowadziła do znanej na cały świat stadniny koni na Wygodzie, części Janowa Podlaskiego. Na jednym ze zdjęć widać nieistniejący już drewniany dworek, w którym mieścił się zarząd stadniny. Na wietrze łopocze hitlerowska flaga. Inna fotografia przedstawia dziwną parę. Roman komentuje: "Czekali na Rosjan i nudzili się. Z nudów zaczęli się przebierać". Rzeczywiście - żołnierz obejmuje kolegę przebranego za kobietę. Jeszcze jedno zdjęcie, podobno zrobione w 1944 roku. Na tle umocnień pozuje żołnierz niemiecki w pełnym rynsztunku, w hełmie, z granatem za pasem. Pewna siebie mina, też czeka na przyjście Rosjan. Przyszli. Moja babcia mówiła: "walili Niemcy na wschód, na Rosję, cała armia. A potem uciekali. I przyszli Rosjanie: wygłodzeni, z karabinami na sznurkach". Ktoś zrobił zdjęcie z wnętrza domu, zza firanki. Ulicą maszerują czwórkami Rosjanie, nie widać ich dobrze, jeden ma zrolowany koc przez ramię. Nie sądziłem, że takie zdjęcie istnieje. Istnieje. Ma je Roman. Na Wygodzie podobno pod stajnią zegarową (jest na niej zainstalowany zegar) pochowano siedmiu Niemców.
Pierwsza wojna to co innego. Okrutna, ale przecież bardziej ucywilizowana. Pamiętam stare zdjęcie Kertésza, znanego fotografa węgierskiego, które mi się z tym kojarzy: żołnierz przybyły z obcą armią i miejscowa dziewczyna w polu. Gdy przyszli Niemcy, nie było tak źle, szczególnie gdy się wie, co przyniosły późniejsze czasy. Do mojej babci, ładnej, młodej dziewczyny przychodził niemiecki żołnierz. "Sofija" - powtarzała nam babcia, naśladując sposób, w jaki się do niej zwracał. Chyba miał poważne zamiary, w każdym razie na jego wspomnienie w oczach babci pojawiała się mgiełka melancholii. Wydaje się, że panował wtedy stan koegzystencji, przynajmniej na tym terenie - Roman ma zdjęcia przedstawiające oficerów niemieckich w towarzystwie miejscowych dam. Ja też mam dwa zdjęcia, oba z 1916 roku. Na jednym widać podwodę: wóz, na którym siedzi mój dziadek z synem Jankiem, moim wujem, wtedy kilkuletnim chłopcem. Z tyłu żołnierz niemiecki z karabinem. I drugie: grupa drwali i żołnierzy. Jednym z tych, których Niemcy-Prusacy wzięli do wyrębu w Puszczy Białowieskiej, jest mój drugi dziadek. Stoi z siekierą na ramieniu, z czymś w rodzaju beretu na głowie, czym wyróżnia się od pozostałych.
Potem przez Janów przetoczyła się wojna z bolszewikami, później przyszła druga wojna. Nowe zdjęcie: dorosły Janek z wozu, nauczyciel, zmobilizowany oficer rezerwy stoi wraz z żoną i malutką córką w wózku. W mundurze, zaraz odejdzie na front. Zginie we wrześniu, do tej pory nie mogę odnaleźć jego grobu. Przyjdą Niemcy, za Bugiem znajdą się Rosjanie. W Janowie powstanie getto, zlikwidowane wywózkami do Bełżca i Białej Podlaskiej. Moja babcia, wierna czytelniczka "Rycerza Niepokalanej", wspominając los Żydów, będzie płakać. Jej synowie zaczną konspirować, mój ojciec pójdzie do partyzantki, drugi wywieziony na roboty wróci i także znajdzie się w AK. Mojego dziadka, drwala ze zdjęcia z Puszczy Białowieskiej, w ostatnich miesiącach wojny pobiją Niemcy - kto wie, czy nie ci sami, którzy z nudów przebierali się za kobiety - tak, że nie dożyje jej końca. Ostatecznie - ulicą Bialską będą maszerować czwórkami głodni Rosjanie, niektórzy przepasani kocami, obserwowani zza firanek przez mieszkańców Janowa.
Wieczorem w Janowie cykają świerszcze. Spokój. A jednak i tu, gdy próbujesz dotrzeć głębiej do wspomnień tutejszych ludzi, budzą się upiory: dawne spory o miedzę, wątpliwości - kto był katem, a kto ofiarą w rozrachunkach wojennych i powojennych, nierozliczone winy. Po kilka wersji tych samych historii. Tajemnice skrywane od lat. Teraz, gdy wolno o tym mówić, ubywa świadków i ciągle trudno dojść do prawdy. Ta refleksja ciągle mi towarzyszy. Ale to nie ma nic wspólnego z naszym Niemcem. Uczy jednak, jak kruche bywają osądy i pamięć. Ciekawe, co w końcu znajdę o nim samym.
Niemiecka administracja i kaci
Gdy Niemcy i Sowieci podzielili Polskę w 1939 roku, część terytoriów polskich została wcielona do Rzeszy, a z reszty ziem zagarniętych przez hitlerowców utworzono Generalną Gubernię ze stolicą w Krakowie. Generalna Gubernia dzieliła się na okręgi, czyli dystrykty. Podlasie południowe wraz z Białą Podlaską i Janowem Podlaskim znalazło się w dystrykcie lubelskim. Gubernator dystryktu kierował całą administracją okręgu i podlegali mu bezpośrednio szef urzędu gubernatora oraz dowódca SS i policji. W okręgu Lublin zarząd wojskowy przekazał formalnie władzę hitlerowskiej administracji cywilnej 1 listopada 1939 roku, ale wciąż zachował uprawnienia i przywileje należne armii okupacyjnej. Gubernatorem dystryktu lubelskiego był do lutego 1940 roku Schmidt, po nim funkcję tę objął dr Ernst Zoerner. Odszedł z Lublina wiosną 1943 roku, a na jego miejsce przyszedł latem 1943 roku Reinhardt Wendler.
Dystrykty podzielone były na powiaty. W okręgu lubelskim ich granice oraz granice należących do nich gmin były zmienione w stosunku do tych sprzed wojny. Jednym z powiatów był bialskopodlaski, do którego wchodziła także gmina Janów Podlaski. Władzę administracyjną w nim pełnił starosta (Kreishauptmann) mianowany przez gubernatora. Starostami powiatowymi w Białej Podlaskiej w czasie okupacji byli kolejno: Eberhard Godau (październik i listopad 1939 roku), Hubert Kühl (od grudnia 1939 roku do listopada 1942), Max Weiser (od listopada 1942 do czerwca 1943 roku), oraz Fritz Saurmann (od lipca 1943 roku do końca okupacji, to jest do 26 lipca 1944 roku). Komisarzem wiejskim (Landkomissar) w Wisznicach (ekspozytura starostwa utworzona ze względu na duży obszar powiatu) był przez cały czas okupacji Klemmer...
Na chwilę odsuwam notatki z książek bibliotecznych. Kühl. Co było napisane na nagrobku sfotografowanym przez mojego Niemca? Kahl, ale Kahl to bardzo podobne do Kühl. Sprawdzam zdjęcie z albumu. Nie, nie ma pomyłki, widać wyraźnie - Kahl. To dobrze, bo Kühl nie mógłby być bohaterem pozytywnym. Rezydował w Styrzyńcu pod Białą Podlaską, gdzie organizowano narady dotyczące eksterminacji ludności Podlasia. Jak pisze nieżyjący już Jerzy Sroka, z którego publikacji przepisuję większość danych, były one często połączone z pijackimi orgiami. W listopadzie 1940 roku Hubert Kühl zginął w zasadzce pod Worońcem dokonanej przez oddział Straży Chłopskiej, zalążka Batalionów Chłopskich. Oddziałem, który zlikwidował Kühla, dowodził porucznik Artur (Sobolewski), nauczyciel z rzeszowskiego, któremu hitlerowcy wymordowali całą rodzinę.
Wracam do lektury dokumentów. Skąd wyłowić nazwiska, gdzie mógłby być mój Niemiec. Gdzie szukać? Najpierw mam rozbudowaną administrację oraz aparat policyjny, z gestapo włącznie. Następnie wojsko, szczególnie to stacjonujące w Białej Podlaskiej, także lotnisko i jego ochrona, różnego rodzaju jednostki inżynieryjne i pomocnicze. Ale też oddziały przemieszczające się na wschód i z powrotem, szczególnie sztab armii "Środek", który przeszedł przez Janów Podlaski. Wreszcie duża grupa niemieckich urzędników średniego i niższego szczebla, na przykład pracowników kolei. Trzeba znaleźć nazwiska i zdjęcia oraz porównać ze zdjęciami mojego Niemca. To trudne, bo w dokumentach, które na razie przeglądam, są głównie fotografie ofiar, osób zamęczonych lub rozstrzelanych na tym terenie przez okupantów. Jest jeszcze jedna możliwość: w opracowaniach wyszukuję trochę adresów, pod którymi znajdowały się urzędy niemieckie oraz nawet niektórych miejsc, gdzie Niemcy mieszkali. Co prawda nie mam z czym tego porównać, bo jak na razie nie wygląda na to, żebym się dowiedział, gdzie został odnaleziony album. W opisach Jerzego Sroki znajduję interesującą informację. Wszyscy Niemcy w powiecie Biała Podlaska tworzyli "gminę niemiecką", czyli Deutsche Gemeinschaft. Członkowie NSDAP należeli do powiatowej organizacji NSDAP. Dobrze byłoby dotrzeć do dokumentacji tych instytucji. Tylko, znowu - z czym porównywać? Muszę mieć zdjęcia!
Na razie trzeba zrobić listę tych Niemców, którzy się tu "wyróżnili". Starostów już mam. Może teraz gestapo, bo dobrze byłoby wiedzieć, że mój Niemiec tam nie pracował.
Jednym z pierwszych komendantów SIPO i SD w dystrykcie Lublin był SS-Standartenführer Walter Huppenkothen, który objął to stanowisko w lutym 1940 roku i pełnił je do lipca 1941 roku. Po nim przyszedł na nie SS-Sturmbannführer Muhler i był do października 1943 roku. Po Muhlerze funkcję tę przejął i pełnił aż do lipca 1944 roku dr Karl Putz, z zawodu prawnik. Zastępcą komendanta policji bezpieczeństwa, a jednocześnie szefem gestapo od stycznia 1942 roku do lipca 1944 był Walter Hans Liska.
W dniu 14 listopada 1939 roku przybył do Białej Podlaskiej SS-Hauptsturmführer Karl Hildemann z zadaniem utworzenia placówki granicznej SIPO i gestapo. Kierownik SIPO w Lublinie, dr Haselberg skierował pod rozkazy Hildemanna 15 funkcjonariuszy gestapo. Przybyli wtedy do Białej Podlaskiej między innymi dwaj gestapowcy: Helmuth Peissker i Maks Wiese. Ci dwaj, szczególnie okrutni i bezwzględni, mieszkali przez cały czas okupacji w Białej Podlaskiej. Graniczna placówka SIPO i gestapo w Białej Podlaskiej była nazwana, częściowo dla kamuflażu, Grenzpolizeiposten lub Grenzpolizeikommisariaten i dzieliła się na trzy referaty. Tu mamy trochę nazwisk: w referacie IIIA pracowali Helmuth Peissker, Weber, Schtenberg. W referacie IIIB: Maks Wiese, Waksmund, Hamenstein, Schleicher. Referat IIIC: kierownikiem był początkowo SS-Sturmbannführer Ustus von Dollen (w maju 1941 roku skierowany do Biłgoraja na szefa tamtejszej placówki gestapo) a potem SS-Sturmbannführer Purcall. Inni pracownicy tego referatu to Guddal, Wolsich i Rack. Kierownikiem nadzorowanej placówki w Terespolu był gestapowiec Stromann, a sekretarzem kryminalnym w tym mieście był Schmidt. Od maja 1940 roku była jeszcze placówka SIPO na ulicy Piłsudskiego 19, w której urzędowali esesmani Urmonait i Oberscharführer Glett.
Karl Hildemann, który organizował placówkę, był człowiekiem wykształconym, prawnikiem. Był osobiście odpowiedzialny za wiele morderstw i rozkazów wykonania śmierci. Osobiście aresztował podejrzanych, polecał wykonywanie egzekucji w lesie Grabarka na kobietach - mieszkankach Białej Podlaskiej oraz w sierpniu 1941 roku na 12 byłych oficerach rezerwy Wojska Polskiego. To on stworzył specjalny gabinet tortur. Podczas egzekucji dokonywanych przez hitlerowców, gdy Polacy ginąc wykrzykiwali: "Jeszcze Polska nie zginęła", Hildemann zwracał się do gestapowców i schutzmanów: "Patrzcie i bierzcie z tych ludzi przykład! Wy, gdy będziecie ginąć za naszego führera, musicie również zachować taką postawę".
Kierował placówką gestapo od listopada 1939 roku do 10 września 1941 roku, kiedy to został skierowany na Ukrainę i Łotwę. Po wojnie został osądzony w Polsce w 1948 roku i skazany na karę śmierci, wyrok wykonano w Białej Podlaskiej. To samo spotkało zresztą Peisskera.
Po Hildemannie kierownictwo placówki objął Ustus von Dollen, a wkrótce potem Purcall (zastrzelony w czasie okupacji na innym terenie), a następnie aż do maja 1943 roku Obersturmführer Stillhamer. W maju 1943 roku przybył do Białej Podlaskiej odkomenderowany z Chełma Lubelskiego SS-Obersturmführer Maks Kubin. Jak stwierdza historyk - "chyba najbardziej okrutny i krwiożerczy kat i oprawca w mundurze", także osobiście uczestniczący w aresztowaniach, katowaniu i egzekucjach.
W strukturze organizacyjnej Okregu Wojskowego Generalnego Gubernatorstwa - czytam znów u Jerzego Sroki - dystrykt lubelski stanowił jedną z pięciu istniejących w GG Głównych Komendantur Polowych. Głównej Komendanturze Polowej (Oberfeld Komendantur, w skrócie OKF) oznaczonej numerem 372 podlegały jednostki wojskowe, składy, magazyny rozmieszczone w jej granicach, z wyjątkiem jednakże jednostek frontowych, szczególnie licznych na Lubelszczyźnie latem 1941 roku i wiosną 1944 roku. Dowódcy OKF 372 w Lublinie podlegały również jednostki i bazy lotnicze oraz 174. Rezerwowa Dywizja Piechoty, której większość oddziałów stacjonowała na Lubelszczyźnie w latach 1942-1944. Dywizja ta oprócz zadań szkoleniowych spełniała również funkcje okupacyjne, wystawiając między innymi tak zwane Schutzpunkty (w styczniu 1944 roku wystawiła ich 17 głównie dla ochrony większych majątków) oraz uczestnicząc w wielu akcjach pacyfikacyjnych. W Białej Podlaskiej znajdowała się podległa OKF komenda garnizonu.
Dowódcą OKF 372 był generał major Hajmar Mosser. W Białej Podlaskiej stacjonował jeden z podległych mu batalionów o numerze 688...
Może wystarczy chwilowo tej lektury i tych nazwisk. W Białej Podlaskiej hitlerowcy dopuścili się wielu zbrodni, likwidując getta, mordując w obozach jenieckich (w okolicy były obozy jeńców polskich, rosyjskich, włoskich i francuskich), rozstrzeliwując w pobliskich lasach podejrzanych o udział w konspiracji, Żydów oraz ludność cywilną. W opisach dotyczących przesłuchań w piwnicach gestapo przy ulicy Dreszera - przewinęło się tam ponad 6000 osób - widać, jakimi sadystami byli niektórzy z działających tam funkcjonariuszy. Im więcej o tym czytam, tym bardziej wydaje mi się bezcelowe posuwanie się tym tropem. Ale może osiągnąłem już częściowo swój cel: znam nazwiska najgorszych katów na tym terenie. Trzeba tylko znaleźć ich zdjęcia. I zdjęcia innych - oficerów Wehrmachtu, może ludzi z administracji. Popytać starsze osoby z Białej Podlaskiej...
Tymczasem jednak moja uwaga zaczyna się kierować gdzieś indziej.
NA ŚLĄSKU
- Czy czytał pan książkę Wańka? - pyta mnie ktoś, do kogo skierowano mnie jako do znawcy historii Dolnego Śląska. - On znalazł zdjęcia jakiegoś Niemca i poszedł jego śladami.
- Słucham??? Pamięta pan, jakie to były zdjęcia? Z Dolnego Śląska czy też skądinąd?
- Tylko ze Śląska.
- A jaki jest tytuł tej książki?
- Finis Silesiae.
Przecież oglądałem tę książkę. Jakim cudem nie zauważyłem, że jest napisana według takiego pomysłu? Wiem, że nawet dostała nagrodę Fundacji Kultury! Biegnę do księgarni - jest! Pospiesznie przeglądam. Tak, są zdjęcia. Pierwsze, na pierwszej stronie: "Blick auf Bad Aldheide" - widok na Polanicę-Zdrój. Dokładnie to, o co mi chodziło, o czym pomyślałem, dowiadując się o tym pomyśle! Ta sama okolica. Nie wiem jednak, czy ma to związek z moimi poszukiwaniami, ba, czy może nawet chodzi o tę samą osobę. Ale inaczej, niż się spodziewałem, w książce jest fabuła. Uważnie oglądam zdjęcia. Nie, to nie mój Niemiec. Ale ten sam region, nazwy, miejsca, świetnie. Może nawet będzie o NIM? Czytam posłowie, bo tam jest to najważniejsze. Prawdziwe nazwisko fotografa, który w sfabularyzowanej książce figuruje jako Paul Scholz: Karl Franz Klose. Kartkuję książkę, a potem zaczynam czytać porządnie, od początku. Lekki zawód, bo akcja dzieje się głównie na Górnym Śląsku, w Bytomiu i Gliwicach. Natrafiam jednak na ciekawe informacje: trochę o ówczesnych pismach, nazewnictwo górskie. Może dzięki temu lepiej będę identyfikował podpisy w albumie i wiedział, gdzie szukać informacji sprzed wojny. Oprócz tego to pobudza wyobraźnię, jak wyglądało tu kiedyś życie. Paul zwiedza też z dziewczyną Kamieniec Ząbkowicki, utrwalony przez mojego Niemca. Zamek ożywa, widzę wycieczki i przewodnika.
Próbuję się dowiedzieć czegoś więcej o prawdziwym fotografie z książki w Internecie i odnajduję dwa zdjęcia Klosego. Kwiaciarki sprzedające bazie wielkanocne w jednym z miast Górnego Śląska, oraz orka na tle wałbrzyskiej kopalni. W zaprzęgu koń i krowa, oracz chyba zdenerwowany - orka nie idzie dobrze, w tle zamglony, szary kształt kopalni. Klose żył po wojnie w Münster, zmarł w 1984 roku. Jak pisze Henryk Waniek, był wstrzemięźliwy w sądach i starał się trzymać z dala od polityki.
Czytam wzmiankę o nim w witrynie Biura Wystaw Artystycznych w Jeleniej Górze:
Ur. 1897 r. w Kłodzku.
Fotograf.
Uczęszczał do szkoły plastycznej we Wrocławiu.
W latach 1940-1944 pracował w Archiwum Dokumentacji Fotograficznej we Wrocławiu. Zamierzał wydać dziesięciotomową serię albumów z własnymi fotografiami. Jedynie tom I Krajobrazy Śląska ukazał się w dwóch wydaniach. Wydrukowano także tom II Beskidy. Z kolejnego tomu Zamki Śląska zachowały się przypadkowe odbitki. Prace m.in. w zbiorach Muzeum Śląskiego w Görlitz.
Mogę zobaczyć jeszcze jedno jego zdjęcie, w witrynie podpisane "Widok na Śnieżkę z Wielkim Stawem i schroniskiem Księcia Henryka, fotografia, sepia". Kilka planów, w najdalszym wyłania się Śnieżka. W dole przed nami widać fragment stawu i zbocze. Dobrze zrobione zdjęcie. Trochę niepodobne do tych z albumu mojego Niemca, które są mniej przemyślane, choć często dobrze uchwycone i skomponowane. "Moje" pokazują też trochę inne góry pozbawione dramatyzmu raptownych uskoków; są to raczej dalekie doliny sfotografowane z wyższych punktów widokowych czy wzgórza w ujęciu "na wprost".
I jeszcze jedno zdjęcie Klosego, zamek Świny z Muzeum w Görlitz, zamieszczone na jednej z wrocławskich stron. Bardzo ciekawe, z zacięciem podobnym do tego z fotografii z orką w Wałbrzychu, na pierwszym planie pole, czas żniw, przerwa w pracy. Dwa łaciate woły z kosiarką stoją i czekają, aż ludzie - widać trzy siedzące postacie: dwóch mężczyzn i młoda kobieta - posilą się i odpoczną. Na zboczu część zboża już zżęta, dalej łan dojrzałych kłosów. W tle, na wzgórzu, spośród drzew wyłania się zamek górujący nad całą tą sceną.
Historia Paula Scholza-Klosego i jego dziewczyny opowiedziana przez Henryka Wańka jest smutna i ten smutek unosi się nad kartami książki od początku. Tak ją odbieram, takie mam wrażenie, gdy o niej myślę. To nie jest historia mojego fotografa. Ale to tam, na Śląsk, prowadzi mnie mój album. Może już pora pojechać. Jest lipiec, trzeba wziąć parę dni urlopu. Jadę.
KAMIENIEC ZĄBKOWICKI
Zamek
Krople deszczu spadają na samochodową szybę. Z prawej strony obrośniętej drzewami drogi pojawiają się w mokrej zieleni wieże pałacu. Najpierw widoczne z daleka, w miarę jazdy coraz bliżej. Trudno nie rozpoznać, gdzie jestem. "Skręci pan i stamtąd już będzie widać zamek" - powiedział mi Włodzimierz, gdy dzień wcześniej zadzwoniłem do niego z pytaniem o miejsce w zamkowym hotelu. Od momentu, gdy zobaczyłem zdjęcia mojego Niemca i dowiedziałem się, że to pałac na Dolnym Śląsku, wiedziałem, że tu będę. I oto jestem, i właśnie spełnia się sen. Za kilka chwil jestem już w swoim pokoju, a raczej w dwóch połączonych pokojach, jak poradziła mi dziewczyna, która otworzyła bramę i przeprowadziła przez sforę biegających wokół zamku psów. Przez okno z małym witrażem widzę wśród zarośli ceglasto-kamienne łuki wychodzące na tył pałacu. Jestem.
Włodzimierz, cokolwiek by to znaczyło, jest tutaj panem: zainwestował cały swój majątek w remont pałacu. Jest dzierżawcą w sytuacji patowej. Prace rozpoczął przy innych założeniach i ze wspólnikiem, który zmarł, a którego rodzina wycofała się z inwestycji. To wycofanie nastąpiło między innymi z powodów prawnych - do tej pory nieustalone jest prawo własności, opóźnia to gmina, która wycofuje się z wcześniejszych uzgodnień dotyczących dzierżawy. Włodzimierz boryka się z poważnymi problemami finansowymi, nie mogąc brać kredytów. Zrobił już wiele i ma swoje marzenia. Z jednego z nich, o stworzeniu wielkiej sali średniowiecznej, w której jadałoby się jak w dawnych czasach, zwierza mi się podczas spaceru wokół zamku. Pieniędzy potrzeba mnóstwo. Widzę to, patrząc na część zdewastowanych górnych pięter oraz zarośnięty tył pałacu. Robiąc zdjęcia, odkrywam, dokąd sięgają granice dzierżawy - fragment terenu jest oddzielony od reszty drogą leśną. Murki graniczne mają zabetonowane szkła z rozbitych butelek, aby nikt nieproszony tędy nie wchodził. Wycieczki szkolne, które nie chcą płacić za zwiedzanie, podchodzą od drogi, "Patrzcie dzieci, jaki piękny pałac", i odchodzą z powrotem. Po drugiej stronie drogi, niżej, na skarpie nad rzeczką - gęstwa krzaków i zarośli.
Zostaję tu tylko na jedną noc, chcę więc wykorzystać ten czas i obchodzę wszystkie kąty. Pałac jest imponujący i ma swój urok, również w swoim zniszczeniu. Część frontowa z dwiema basztami na bokach wydaje się kompletna, chociaż tak nie jest. Już niedługo zawiśnie na niej raz jeszcze wykuty na nowo herb Hohenzollernów, zrzucony niegdyś przez rosyjskich żołnierzy w taki sposób, że przebił dach tarasu. Sam taras też nie wygląda dobrze. Pokryty papą czeka na dalsze prace. W wewnętrznym podwórcu w podcieniach są wystawy o zamku i jego architekcie Schinklu. W głównym wejściu niespodziewanie malowidło: kopia Hołdu pruskiego Matejki, pozostałość filmu kręconego tutaj jakiś czas temu. Pomalowane są także niektóre tynki - z tego samego powodu, jako filmowa sceneria.
Próbuję znaleźć miejsca fotografowane przez Niemca. Porównuję tarasy i fontanny w części frontowej z tym, co tu teraz się znajduje. Największa z nich znajdowała się na samym dole za leśną drogą - to właśnie te krzaki za murkiem z zabetonowanym szkłem. Gdy się tam przedarłem, odkryłem resztki kręgów oraz barierek na wzmocnionej skarpie nad niższą drogą wzdłuż rzeczki. Wyżej, u Włodzimierza, widać miejsca po fontannach bocznych wśród altanek i kwiatów. Fontanna przed budynkiem jest w najlepszym stanie, ale wciąż nieczynna czeka na remont. Cały pałac miał skomplikowany system wodny, nic dziwnego, że fontanny wzbudzały powszechny podziw i tak często występują na fotografiach.
Kilka razy rozmawiam z moim gospodarzem o zdjęciach i o zamku.
- O, to jest bardzo dobre, widać jak był przymocowany herb, to mi ułatwi jego zawieszenie. Nie wiedziałem, że te drzwi były ażurowe - pokazuję właśnie fotografię zrobioną od środka. - A to było robione z drugiej strony zamku. Na tym widać kościół pocysterski na dole.
- A proszę spojrzeć na te zdjęcia ze szklarnią - pokazuję wydrukowaną kopię, na której widać Fridę oprowadzaną przez dwie osoby - gdzie były te szklarnie?
- Pewnie przy gospodarstwie przed oborami, tam - pokazuje ręką. - Muszą być zniszczone, nie widziałem takich.
- A osoby na zdjęciu?
- Nie rozpoznaję, niech pan spyta przewodnika, on się tym mocno interesuje.
Przewodnikiem po zamku jest Staszek, także przewodnik sudecki. Spieszy się, więc prędko oglądamy moje fotografie, ale jest nimi bardzo zainteresowany.
- Tak, z tyłu zamku był duży taras z basenem, w którym czasem się kąpano; oprócz tego słuchano tam koncertów, muzycy stali zwykle o tu! Nie, nie wiem, kto to jest. Kto tu był wtedy: książę Waldemar, Kaliksta? Może zarządca von Willich? Ale ta pani - przecież ja ją gdzieś widziałem, na którejś ze starych fotografii. Była w fartuszku?
- W fartuszku? Ona nie wygląda na służącą ani pokojową!
- Muszę znaleźć zdjęcie. Proszę, bądźmy w kontakcie, zależy mi na wszystkich materiałach, chciałbym coś napisać o zamku i okolicach. Prześlę panu odbitkę zdjęcia z kobietą w fartuszku, może coś się wyjaśni.
Wymieniamy adresy i telefony. Następnego dnia ma mnie po zamku oprowadzać ktoś inny, bo Staszek wyjeżdża.
Robię jeszcze wycieczkę "na dół" - do kościoła i gospodarstwa, a potem kotłowni i dawnych zabudowań służby. Kościoły są dwa: jeden zbudowany jednocześnie z zamkiem nie wzbudził zainteresowania mojego Niemca. Natomiast drugi, stary, w którym znajduje się podobno największy drewniany ołtarz w Europie (ciekawe dlaczego - widziałem na zdjęciach w przewodnikach wielki ołtarz w Toledo, chyba też drewniany, był na pewno większy) - tak, i znajduję miejsca, z których kolejno robił zdjęcia: droga przyzamkowa widziana z mostku przez rzeczkę - za mostkiem już kościół. Kilku drzew na podwórcu nie ma, za to są odsłonięte jakieś fundamenty. Wokół nich mała dziewczynka jeździ na hulajnodze. Wchodzę do kościoła i oglądam ołtarz - Niemcowi trochę przechylił się aparat przy robieniu zdjęcia. Próbuję znaleźć miejsce wśród ławek, skąd było robione. Potem na zewnątrz przechodzę koło obór (Niemiec zrobił tu kilka zdjęć bydła i koni), znów przez mostek i drogą do kotłowni. Zabudowania są częściowo zniszczone, na rozlewisku obok nie widzę śladu po największej fontannie, która się tu znajdowała.
Tył zamku z tarasem z basenem (wyżej był zbiornik, do którego pompowano wodę) i miejscem do słuchania koncertów jest trudny do rozpoznania. Spośród krzaków i drzew jest jednak widoczna płaszczyzna tarasu, a obok schody donikąd i jeszcze zachowane kolumny z łukami. Zza drzew widać zamek i baszty. Wszystko tonie w gąszczu krzewów i drzew, i w zrujnowanych resztkach murów oraz posadzek wystających czasem z zieleni.
Schinkel
Wieczorem siedzę do późna z Schinklem. Włodzimierz pożyczył mi do jutra duży niemiecki album Reisen nach Italien o wyjazdach architekta do Włoch. Są tam jego listy, opisy podróży i rysunki. Niespodziewanie lektura albumu bardzo mnie pochłania. Młody architekt odbył dwie podróże do Włoch: pierwszą w latach 1803-1805, drugą dużo później, w 1824 roku. Ta pierwsza była zapewne ważna i wywarła wpływ na jego późniejsze dzieła, ciekawe, że odbywała się podczas wojen napoleońskich i, na ile udało mi się zrozumieć przeglądany tekst, nie ma to większego znaczenia dla podróży. Moją uwagę przykuwają rysunki wyglądające dziwnie znajomo: oto Neapol i widok na zamek czy Amalfi od strony zatoki Salerno. Uwaga o Taorminie, którą Schinkel odwiedził w maju 1804 roku i od którego dowiaduję się - dopiero teraz! - że niegdyś nazywała się Taurominium, co nabiera sensu. A także rysunek: teatr grecki z wybrzeżem kalabryjskim/lealdyjskim i Etną! Ten rysunek wygląda dokładnie jak fotografia Niemca, robiona z tej samej strony. Ja już to widzę, wiem, bo sam tę fotografię powtarzałem! Na innym rysunku ("Taormina i wysokie wybrzeże") rozpoznaję na skale miasteczko Castelmola. I jeszcze jedna rzecz, którą muszę sprawdzić: Czy Etna ma inną nazwę, Monte Gibello? Tak mi się kojarzy z podpisów pod rysunkami. Rzeczywiście, ze znalezionego później XIX-wiecznego wyjaśnienia sir Richarda Burtona wynika, że Etna to właśnie Monte Gibello, nazwa używana we Włoszech, czasem przyjmująca brzmienie Mongibello lub Mongibel (to podobno w poezji). Pochodzi od arabskiego słowa "jebel" oznaczającego górę, po egipsku - "gebel".
Oczywiście, Schinkel odwiedził nie tylko te strony. Na Sycylii także Syrakuzy, Agrigento, Palermo i Cefalu. Z innych miejsc - także Wenecję, Rzym, Mediolan, Triest i okolice. W drugiej podróży Genuę, Rzym, ponownie Neapol - gdzie zrobił znów rysunek Wezuwiusza, dokładnie jak na zdjęciu Niemca z 1935 roku - Paestum, Amalfi, Pompeje, Sorrento i Capri, okolice znane mi z podróży mojego fotografa przed drugą wojną światową, a także takie, gdzie ja też bym chciał się znaleźć. Szczególnie Paestum, odkąd przeczytałem eseje Herberta o tym miejscu, ale tam zdaje się mój Niemiec nie zawitał, w każdym razie nie ma stamtąd jego fotografii. W książce znajduję też dobry rysunek - kopia dzieła Rafaela Grablegung. I inne miejsca odwiedzone tym razem przez Schinkla: Siena, Florencja, Wenecja, Vicenza, Werona, Mantua... Musiała to być intensywna podróż. Czy dziwić się potem, że w dziełach Schinkla odnaleźć można mozaikę stylów? Że nawet w Kamieńcu, określanym jako "mieszanka późnego gotyku angielskiego, z wpływami architektury krzyżackiej i sycylijskiej", są właśnie elementy włoskie? Przygoda z podróżami Schinkla, którą zawdzięczam Włodzimierzowi, wywarła na mnie nieoczekiwanie duże wrażenie. Zasypiając, myślę o dziwnych powiązaniach: mój Niemiec - Taormina - Kamieniec - Schinkel i o tym, że któregoś dnia pojadę do Berlina, ale także Poznania, aby obejrzeć jeszcze inne jego budowle.
Anita
Następnego dnia idę na wyznaczone miejsce, gdzie zbiera się grupa do zwiedzania. Niespodzianka. Na ławce siedzi bardzo ładna dziewczyna - przewodniczka i nikogo więcej nie ma. Przez przypadek jestem jednoosobową wycieczką. I to właśnie Anita, przewodniczka, wprowadza mnie w szczegóły romansu księżniczki Marianny. O romansie tym piszą wszystkie przewodniki. Także na zamku widać, że księżniczkę pamięta się z sympatią, na ścianach wiszą jej portrety, a jej imieniem nazywa się nawet salkę restauracyjną. Kamieniec nie został wybudowany przez Hohenzollernów, ale przez Mariannę Orańską. To stanowi różnicę, gdyż Marianna, choć poślubiona Albrechtowi IV Hohenzollernowi, była księżniczką holenderską, a potem historia jej miłości rozdzieliła ją z mężem. Jeszcze w trakcie budowy pałacu romans księżniczki z koniuszym wyszedł na jaw i nastąpił rozwód; po procesie sądowym Marianna otrzymała warunkowe prawo przebywania tylko w określonych miejscach pałacu. Anita pokazuje mi wieżę i okna Marianny - to tam. Marianna i koniuszy mieli dziecko i mieszkali razem, przynajmniej jakiś czas. A jednak do końca życia koniuszy pozostał w innym związku i nie rozwiódł się z żoną.
Marianna dla gości pałacu pozostała jego symbolem. Innych gospodarzy raczej się pomija. Rodzina Hohenzollernów nie jest w Polsce zbyt popularna, Hołd pruski w bramie jest trochę jak kpina.
Anita prowadzi mnie jeszcze do dawnej stajni, to tutaj konie miały marmurowe żłoby i kryształowe lustra. Po co? - Koń czuł się wtedy lepiej, nie sam. Obecnie żłoby są w katedrze w Katowicach, a po lustrach nie ma śladu. Ale dopiero na górnych piętrach można dostrzec skalę zniszczenia: gołe, postrzelane przez żołnierzy sowieckich mury, zniszczone podłogi. Zamek był przez Rosjan ograbiony i podpalony dwukrotnie. Za pierwszym razem pozwolono miejscowej ludności gasić ogień, za drugim strzelano, gdy próbowała to robić. Grabieżą kierował wykształcony kapitan Szyszkin, o którym jest anegdota, że ponoć uratował obraz van Dycka, którym żołnierze wycierali sobie buty. W zamku była między innymi galeria malarstwa niderlandzkiego. Kiedy się słyszy i czyta, co tu, na Dolnym Śląsku zrobili Rosjanie, ma się rzeczywiście wrażenie, że przeszła tu jakaś barbarzyńska nawałnica. A przecież niedawno słyszałem historię o Łańcucie, który uratował się tylko dlatego, że Rosjanom zagrodzili drogę Polacy, mówiąc, że to własność polskiego ludu pracującego. Tu jednak sprawa się komplikuje, gdyż, tak jak wyczytałem wcześniej w Internecie, po Rosjanach to Polacy właśnie zaczęli masowy rabunek cegły, marmurów i wyposażenia do odbudowywanych obiektów Warszawy, na Pałac Kultury i Nauki, URM, do kościołów. Widać resztki marmurów wyrwanych z posadzek, po pomnikach nie ma śladu. Część rzeczy rozszabrowano, ale szaber w różnych miejscach wyglądał różnie (zdarzało się, że mieszkańcy ukrywali i ratowali wyposażenie, a potem je zwracali). Nasilił się w latach pięćdziesiątych. Anita ocenia rabunek w proporcjach 90% Rosjanie, 10% Polacy, ale, jak dodaje, trzeba pamiętać, że Niemcy także grabili. Tu bowiem dochodzimy do jeszcze jednego wątku w tej całej sprawie. Kamieniec był jedną z 80 składnic dzieł sztuki, zorganizowanych przez Niemców. Akcją tą kierował profesor Günther Grundmann. Były tu dzieła zarówno zagrabione (mówi się nawet o wagonach z zabytkami z Wawelu), jak i te, które Niemcy próbowali ratować z Dolnego Śląska - zabytki z Wrocławia i okolicznych zamków. Być może część z tych skarbów jest do tej pory w ukryciu, część udało się odzyskać, część rozgrabiono. Ale to grabienie (czasem już zagrabionego), o którym mówi Anita, zaczęło się jeszcze przed przyjściem Rosjan, a "prywatnymi" grabieżcami byli także sami Niemcy.
Poszukiwacze skarbów szukają ich na całym Dolnym Śląsku. Legend o tych skarbach jest mnóstwo. W Kamieńcu były także podziemne przejścia do regulacji systemu fontann oraz przejścia między zamkiem a domem zarządcy. Szukali tu Rosjanie, podobno też jacyś Niemcy, Polacy. Pytam - z myślą o rozpoznaniu postaci na fotografiach - o autochtona Lenza, który pojawił się w kilku publikacjach jako świadek rabunku przez Rosjan mauzoleum kamienieckiego. "Zabili go" - mówi Włodzimierz. "Dlaczego?". "Szukali skarbów i pytali gdzie są". Zamyśliłem się, nawet nie spytałem, kto go zamordował.
Zwiedzanie z Anitą kończymy na dachu tarasu, tam gdzie kiedyś spadający herb przebił mury. Rozciąga się stąd piękny widok w kierunku kościoła.
DUSZNIKI-ZDRÓJ
Zdjęcia
Instynktownie czułem, że to Duszniki są moim właściwym celem, ale dopiero przygotowując zdjęcia do wyjazdu na Dolny Śląsk, zrozumiałem, że mój Niemiec musiał tutaj mieszkać. Wybrałem je, próbując zebrać z różnych klisz te z nich, które mogłyby odnosić się do tego regionu. Ponadto starałem się odnaleźć te, które pomogłyby dostarczyć informacji o domu, w którym mieszkał, i jego okolicy. Okazało się, że większość zdjęć z Dolnego Śląska, oprócz tych z Jeleniej Góry, Wrocławia czy Opola, jest z okolic Dusznik. Rozpoznawałem je przede wszystkim po charakterystycznym kościele, czy też po papierni, którą zwiedzałem przed laty (co prawda z trudem ją rozpoznałem na starym zdjęciu). O innych wiedziałem już wcześniej: Polanica-Zdrój, Międzylesie, Lewin Kłodzki. Pozostało jednak wiele zdjęć nieumiejscowionych, lub których lokalizacji tylko się domyślałem. Właściwie po raz pierwszy spojrzałem na wybrane fotografie pod tym kątem, bardziej systematycznie.
Osobną kategorię stanowiły zdjęcia "domowe". Do tej pory nie miałem do nich żadnego klucza. Zacząłem od tych, które w sposób oczywisty były robione w mieszkaniu: stół z krzesłem, piec kaflowy, wyposażenie domowego laboratorium fotograficznego, zdjęcia ze służącą i przy choince. Co dalej? Jeżeli się robi zdjęcia ostrzyżonego Chikiego, to prawdopodobnie w domu. Ale widać, że pies stoi na stołku na balkonie, a więc był balkon. Jeśli więc Frida stoi na balkonie, to bardzo możliwe, że to było jej mieszkanie. Stąd (widać fragmenty doniczek) zostały zrobione zdjęcia jakiejś pani, może kogoś z rodziny Körnicków. W tym miejscu ulica jest brukowana i szeroka. Więc był to dom w mieście, z balkonem, chyba na wysokości pierwszego piętra, skąd widać było szeroką brukowaną ulicę lub placyk. Za Fridą widać też zarysy jakiegoś domu, dość wysokiego. Jest też kilka zdjęć, gdy Frida wychodzi z Chikim na spacer. Otwarte do środka drzwi wejściowe, fotograf stał wyżej, może na schodach i zdjęcie jest nieco z góry. Za drzwiami wyjście wprost na chodnik i ulicę bez żadnych stopni. Zdjęcie jest ładne, w rozświetlonym prostokącie otwartych drzwi wyraźnie widać dobrze ustawionego Chikiego. Same drzwi są chyba jednoskrzydłowe, drewniane. Podzielone na cztery części: w trzech dolnych są zarysy drewnianych kwadratów, w czwartej, górnej, jest zakratowane okienko. Takie drzwi można zobaczyć w różnych miejscach, ale może one pomogą mi zlokalizować dom. Nie pamiętam, jak wyglądają Duszniki, ale taki dom mógł stać w ich centrum.
Szukam dalej zdjęć z okolicy domu i znajduję kilka ujęć prawdopodobnie tego samego podwórka. Chiki bawi się z innym psem i to pewnie w trakcie swojego spaceru. Widać drewniany pleciony płotek, za nim jakieś zabudowania. I to samo podwórko - poznaję po betonowych słupkach, chyba do trzepania dywanów lub rozwieszania prania - wiosną. Kwitną drzewa, może jabłonki, wśród traw i mleczy pozuje do zdjęcia jedna z panien Körnick. Jestem tego niemal pewien, bo poznaję uśmiech - to chyba ona uczestniczyła w wycieczce samochodowej, ten sam uśmiech widziałem też w odjeżdżającym pociągu, w wagonie trzeciej klasy (wyraźnie widać napis pod oknem). Tym razem to jest to właśnie podwórko, pewnie koło domu, gdzie wychodziło się na spacer z Chikim. Wycieczka samochodowa. Skoro mój Niemiec miał samochód, to może był w jakimś automobilklubie. Skoro fotografował - może był w jakimś stowarzyszeniu fotograficznym. Może gdzieś przetrwały jakieś listy, a nawet zdjęcia członków, można by go tam rozpoznać.
Wśród wybranych zdjęć są także te ze Święta Wiosny - ciągle przecież nie wiem, w jakim mieście się ono odbywało. A także te z wizyty u rodziny - starszych państwa - nie wiem czemu czuję, że to stryjostwo mojego Niemca. Musieli mieszkać chyba też na Dolnym Śląsku, widać góry, wśród nich jedną dość charakterystyczną, ze ściętym czubem. Ich dom był może częścią większej posiadłości, widać alejki i przystrzyżone trawniki. Na domu wisiała tablica z nazwą kończącą się na "...en", może "...ben". Przejrzałem wszystkie niemieckie nazwy miejscowości w okolicy, ale jakoś nic nie pasowało. Zabawne, dzięki temu napisowi w pierwszej chwili wziąłem ten budynek za stację kolejową, przy której rodzina się fotografowała. Jakaż to jednak stacja, gdzie torów nie widać, a przed domem stoją stoliki i leżaki. Tu także, przy stoliku, kilka zdjęć rodzinnych; można rozpoznać, kiedy robił Niemiec, a kiedy Frida, niestety była gorszą fotografką i poobcinała postacie.
Oglądam jeszcze wszystkie widoczki górskie z różnych pór roku. Niektóre nic nie powiedzą, bo oto śnieżna droga w lesie ze śladami nart - to może być wszędzie. Ale czasem widać jakieś budowle: kościółek, chata, być może można je będzie rozpoznać. A gdzie odbywały się zawody hokejowe? Gdzie znajdowały się baseny, do których Niemiec jeździł? Naliczyłem ich, oprócz tego w Jeleniej Górze - co najmniej dwa. Także skocznia, te fotografie jak u Breughla, gdzie dopiero po chwili można zauważyć wtopioną w zarys drzew postać lecącego na nartach skoczka. Ciekawe, gdzie taka skocznia mogła być? Wśród widzów stojących na platformie widać też starszego pana z siwą brodą. Czy to miejscowy oryginał, czy też może Żyd? Ale czy to możliwe, aby pojawili się tu Żydzi, w czasach, gdy niektóre śląskie (i nie tylko śląskie) miejscowości stawiały u rogatek tablice zabraniające im wjazdu lub informujące: "tu nie ma już żadnego Żyda"?
Oprócz wybierania zdjęć, czytam też przewodniki i historię Dusznik, sprawdzam mapę i zastanawiam się, dokąd pojechać po wizycie w Kamieńcu - wiedziałem już wcześniej, że tam będę najpierw. Oczywiście, po odwiedzeniu pałacu muszę być w samych Dusznikach, potem zobaczy się, trochę improwizacji, zależnie od tego, co tam spotkam. Może Lewin Kłodzki - jest bardzo blisko, może Polanica-Zdrój, Międzylesie? Może "autostrada sudecka" zbudowana przez Niemców przed wojną, nigdy niedokończona, z możliwym przejazdem do Czech - są takie trasy proponowane turystom. Z autostrady można zobaczyć piękne widoki. Z pewnością część zdjęć mój Niemiec musiał robić stamtąd, na przykład podczas wspólnych wypadów z Körnickami. U Joanny Lamparskiej i w innych przewodnikach znajduję kilka ciekawostek o samych Dusznikach, głównie o pobycie w nich Chopina, Mendelssohna, Zamenhofa, o Czerwonym Baronie - asie niemieckiego lotnictwa z pierwszej wojny światowej, który swoimi akrobacjami zadziwiał miejscowe panny. O papierni i zdroju. Próbuję sprawdzić, czy rzeczywiście w 1945 roku po wybuchu amunicji wyleciało w powietrze pół uzdrowiska; wydaje się, że ucierpiały głównie trzy budynki, więc może nie było tak źle.
Miasto
Tak przygotowany i już po wizycie w Kamieńcu dojeżdżam do Dusznik. Hotel wybrałem wcześniej, chciałem być blisko centrum, więc jest to "Sonata". Później dowiedziałem się, że to stary, znany przedwojenny hotel "Pod Czarnym Rumakiem", obecnie odnowiony i całkiem przyjazny. Tak jak chciałem, położony tuż przy Rynku. Wystarczy wyjść i po kilku krokach już tam jestem.
Rynek w Dusznikach jest brukowany, skośny. Ratusz nie jest osobnym budynkiem na jego środku, ale częścią pierzei od wyższej strony. Remontowana i zdemontowana obecnie figura świętych też nie jest położona w centralnej części rynku, ale z boku. W środku, owszem, był kiedyś browar. Na jednej z kamieniczek widzę napis po niemiecku: w tym domu przebywał kiedyś polski król Jan Kazimierz. Pierwsza myśl: - Oczywiście - to na Śląsku chronił się przed Szwedami, stąd jechał z Babiniczem-Kmicicem - nie wiedziałem jednak, że akurat w Bad Reinerz. Błąd! Zaraz potem dowiem się, że to nie było wtedy, ale wówczas, gdy jechał po abdykacji do Francji, w 1669 roku. Idę na pierwszy spacer. Dokąd najpierw? Oczywiście do kościoła, mojego głównego przewodnika po zdjęciach dusznickich, tam się rozejrzę. Nie jest on daleko od rynku. Poznaję łuki frontonu, zaglądam do środka - jest tam słynna ambona w kształcie wieloryba, ksiądz wygłasza kazania jak Jonasz z jego wnętrza. Teraz wszystko jest w półmroku. Obchodzę kościół i niespodzianka: natykam się na dwa stare nagrobki z polskimi napisami. Pierwszy na murze otaczającym kościół:
Ludwik Kijeński
Podpułkownik Woysk
Polskich
Krzyża Woyskowego Kawaler
Umarł dnia 2. Września 1821
oraz drugi na kamieniu w formie małego obelisku, na którego trzech ścianach wyrzeźbiono:
Teofil Stamirowski z Tymińca, Województwa Kaliskiego, Major Woysk Polskich, Kawaler Krzyża woyskowego straciwszy zdrowie w usługach Oyczyzny umarł w Reinerz dn: 7.Sierp: 1818 Ru w 28 wieku życia swego. Obecni Rodacy grzebiąc zwłoki zasłużonego swej Oyczyźnie Męża, tę położyli położyli pamiątkę
Potem dowiem się, że Ludwik Kijeński zmarł w wieku 33 lat, brał udział w wojnie polsko-rosyjskiej w 1792 roku i insurekcji kościuszkowskiej, a Teofil Stamirowski był żołnierzem napoleońskim. Obaj bardzo młodzi, leczyli się w Dusznikach. Jakoś bardzo ludzka jest pomyłka na grobie Stawirowskiego, powtórzenie "położyli". Obok groby niemieckie, ale nieliczne: jeden wyglądający na bardzo stary okaże się nagrobkiem Georga Zwinera von Hutberga z XVII wieku, zasłużonego dla cesarza w wojnie trzydziestoletniej, inne to Josepha Breithera urodzonego w Landeck, czyli pobliskim Lądku-Zdroju i zmarłego w Reinerz w 1851 roku notariusza i inspektora szkolnego oraz doktora Johanna Kunzego, zmarłego w 1863 roku "ernster brunnerarzt in Reinerz", czyli pierwszego lekarza uzdrowiskowego w Dusznikach.
Zatrzymałem się trochę przy tych grobach, bo to pierwsze tutaj moje spotkanie z historią i ludźmi, którzy tu kiedyś żyli. Ale ja przecież szukam czegoś bardziej bliskiego w czasie. Obchodzę więc kościół od strony szosy, aby odnaleźć miejsce, które - wiem dobrze - fotografował mój Niemiec. Poniżej kościoła płynie strumień, zimą tworzył prawdziwe meandry wśród śniegu, co dawało ciekawe wrażenie warte uwiecznienia na kilku jego zdjęciach. Tak, znajduję strumień, to z pewnością tutaj. Ale nie ma mowy o żadnych meandrach. Woda płynie prostym, uregulowanym korytem, być może utworzonym przy budowie szosy. Idę jeszcze do drugiego kościoła, obecnie polsko-katolickiego i zamkniętego na głucho, obok kilka starych nagrobków i biblioteka umieszczona w jakimś starym budynku. Schodzę jeszcze dalej w kierunku stacji benzynowej i widzę pierwsze drzewa kasztanowe. Niemiec gdzieś tu fotografował takie drzewa, czy te właśnie? Tymczasem kończę mój pierwszy spacer, patrzę jednak jeszcze na domy - kiedy znajdę coś podobnego do tego, co sobie wyobraziłem ze zdjęć? To chyba powinno być centrum, gdzieś tutaj!
W ciągu kilku następnych spacerów próbuję odnaleźć "duszę" i układ miasta. Centrum wraz z Rynkiem i dwoma kościołami oraz sławną papiernią położone jest blisko głównej szosy prowadzącej do Kudowy. Potem dolina idąca wzdłuż rzeki na południowy zachód i kończąca się dwoma ramionami: jedno idzie na Porębę - drugie to Dolina Strążyska, gdzie dawniej była huta prowadzona przez kogoś z rodziny kompozytora Feliksa Mendelssohna. Przed rozwidleniem jest Zdrój, ośrodki sanatoryjne, pijalnie wód. Centrum łączy ze Zdrojem aleja kasztanowa, wyraźnie widoczna na starych widokówkach i zdjęciach, teraz nieco przytłumiona nową zabudową, ale wciąż wyróżniająca się i będąca nieodzownym elementem oraz spacerową arterią miasta. Tu muszę skorygować pierwsze wrażenie: mój Niemiec zdjęcia "Kastanien" musiał robić tu, przy tej alei. Wzdłuż doliny stoją domy wypoczynkowe i sanatoryjne, wiele z nich pamięta stare czasy. Teraz, gdy rozumiem ten układ, pora na bardziej systematyczne poszukiwania.
Dwaj przewodnicy
Zacząć jednak może trzeba od czegoś innego. W hotelu i w informacji turystycznej przy Rynku pytam, kto może coś wiedzieć o ludziach mieszkających tu przed wojną i w obu miejscach otrzymuję to samo nazwisko: pan Ryszard Grzelakowski. To pierwszy ważny kontakt.
Przy dolnej pierzei Rynku, naprzeciw ratusza, jest księgarnia. Zaszedłem tu w poszukiwaniu informacji o Dusznikach, licząc na lokalne wydawnictwa. Pytam panie sprzedające, kto mógłby mi pomóc w odnalezieniu osoby mieszkającej tu przed wojną. Popatrzyły na siebie. "Chyba Piotrek. Ale on jest chory, nie wiadomo, czy będzie mógł się spotkać". Piotr okazuje się malarzem, jego żona prowadzi sklep mniej więcej naprzeciw księgarni. Jej rysy można odnaleźć w niektórych wystawionych na sprzedaż obrazach męża, obok innych, z sentencjami po niemiecku wymalowanymi na deskach, z pewnością dla turystów. Okazuje się, że kontakt z Piotrem nie jest problemem i wkrótce umawiam się z nim telefonicznie na spotkanie w hotelu. Od tej pory mam dwóch przewodników po Dusznikach: Ryszarda i Piotra. Spotykam się z nimi niezależnie, ale każde spotkanie coś wnosi do poszukiwań.
Ryszard przybył do Dusznik po wojnie, pracował w służbie zdrowia i był miejscowym działaczem. Obecnie na emeryturze, jego pasją jest historia okolicy. Jest prezesem Towarzystwa Przyjaciół Dusznik. Spędzamy długie godziny na opowieściach zarówno o tych dawnych, jak i o nowszych czasach. "Wie pan, ta historia o Czerwonym Baronie zaczęła się od kilku zdjęć, na których zobaczyłem samoloty z tego okresu, a potem zaczęliśmy kojarzyć fakty. A w tym domu mieszkał przed wojną młody lekarz, członek NSDAP. Tamten dom wyglądał kiedyś zupełnie inaczej..."
Piotr jest z rodziny, która na Dolnym Śląsku jest od wieków, sam przeniósł się do Dusznik z Polanicy-Zdroju. Zna dobrze miejscowy dialekt niemiecki i ma bliskie kontakty z przyjeżdżającymi tu Niemcami. Jego informacje są bardzo konkretne i wartościowe. Działa także w Towarzystwie Przyjaciół Dusznik i chciałby, aby różne pomysły realizowały się prędzej.
Przeglądam zdjęcia z Ryszardem, również te górskie. Miałem rację, są to w większości okolice Dusznik, zapisuję na marginesach: Podgórze, Homole, Wzgórze Marianny, Zieleniec. Ryszard nigdy nie widział na zdjęciach mojego Niemca ani jego rodziny. Ale sporo wie o dolnośląskich fotografach. Przypomina sobie jednego, Clingstroma, którego syn, generał Bundeswehry odwiedził go kiedyś. Później podaje mi całą listę i namawia do odwiedzenia Kłodzka, gdzie można obejrzeć ich zdjęcia. Fritz Boden, Marx, Kleiner, Huebner, Rette, Clingstrom. Sam pamiętam też Wańkowego Klosego. Wkrótce nasza rozmowa zamienia się w gawędę o okolicy.
Po południu wyjdę jeszcze na cmentarz położony na zboczu po drugiej stronie szosy. Szukam starych nagrobków, jest ich trochę, wymieszanych z nowymi, które dominują tak, że cmentarz rozrasta się, wypełzając na kolejne tarasy zbocza. Nawet na nowych nagrobkach jest kilka niemieckobrzmiących nazwisk. Wynotowuję je sobie, może się przydadzą: Baer, Kaestler, Neumann, Gutfreund. Ze zbocza widać świetnie tyły kościoła Świętych Piotra i Pawła. To stąd mój Niemiec zrobił kilka zdjęć.
Wracam i oglądam mecz. Przecież trwa Mundial, do którego przygotowywała się katedra we Frankfurcie. Dziś końcówka: Francja gra z Włochami. Zidane za obrazę uderza głową w pierś Materazziego i dostaje czerwoną kartkę, wygrywają Włosi.
Tego samego dnia spotykam się z Piotrem. Jest rzeczywiście blady i wymęczony leczeniem, ale chętnie rozmawia. Podczas przeglądania zdjęć mówię, że z nazwisk pamiętam "Körnick", pewnie przyjaciół, ale nie wiem czy stąd. "Körnick? A może Körnich, bo tacy tutaj byli". Dlaczego nie? Przecież to "ck" wziąłem z ręcznych opisów Niemca. "k" pisze się podobnie jak "h". Pokazuję zdjęcie na podwórku. "Wie pan, tak, to pewnie córka Körnicha. Uśmiecha się identycznie jak ojciec. Osoby z tej rodziny żyją, nawet około roku temu ktoś tu przyjeżdżał. Gdyby chodziło o Körnichów, to posiadali oni kilka budynków przy kasztanowej alei". Piotr rysuje mi ich układ: części już nie ma, główny z nich nazywał się "Promenadenhof". To było koło obecnego domu "Etiuda". Owszem, mieszkał tam fotograf, nawet miał sklep, nazywał się Kleiner.
Czyli mamy go? To Kleiner? Piotr obiecuje sprawdzić jeszcze inne materiały. Na zdjęciach pokazuje mi też kilka ciekawych rzeczy. Pytam, czy starszy człowiek z białą brodą przy skoczni mógł być Żydem. "Tak, tu byli Żydzi, prześladowania zaczęły się później. A na tym zdjęciu widać miejsce, gdzie był cmentarz żydowski. Został zniszczony po wojnie. O, a tam - Dom Strzelecki, strzelectwo było tu bardzo popularne".
Wybieram się na kolejną wycieczkę. Dochodzę do "Etiudy", którą obfotografowuję. Już wcześniej byłem na wzgórzach po północnej stronie doliny - tam był rodzaj alejek, po których być może Niemiec jeździł na rowerze, stamtąd też zrobił zdjęcie kościoła Franciszkanów. Teraz te miejsca są zarośnięte drzewami i z trudem można zrobić podobne ujęcie. Byłem też z drugiej strony, na Wzgórzu Rozalii i dalej, szlakiem po górach do schroniska "Pod Muflonem", dziś z jakiegoś powodu zamkniętego na głucho. Po drodze robię sporo zdjęć, odkrywam kilka pięknych widoków Dusznik i zbocze, z którego Niemiec (Kleiner?) robił zdjęcia podczas spacerów z Fridą i Chikim. Usiłuję odgadnąć, gdzie wtedy stali, zależnie od tego, co widzę i porównując z fotografiami Niemca. Na przykład: tu już widać szpital, a na tym jeszcze nie.
Idąc aleją kasztanową, umiejscawiam dwa kolejne zdjęcia z albumu: jedno z wycieczki na nartach, gdzie widać miejscową rzeczkę Bystrzycę i domy za nią, drugie, gdzie kiedyś rozbito namiot cyrkowy, a obok stanął wóz z małpką. Myślałem kiedyś, że to gdzieś na peryferiach miasta, teraz widzę dokładnie, że logiczne było ustawić się przy drodze między miastem a Zdrojem. Teraz mniej więcej w tym samym miejscu jest paskudny parking.
"Etiuda" - dość ciekawy budynek, obok dobudowuje się nową część. Na dole jadłodajnia, dwa rzędy okien na górze. Zauważam, że w pobliżu jest placyk i droga prowadząca w górę do Franciszkanów, zaraz dalej zaczyna się właściwy Zdrój. Ten placyk mógłby być potencjalnie tym, na którym została sfotografowana znajoma Niemca, więc blisko jego domu. Tak, ale nigdzie nie ma tu balkonów, ani domu podobnego do tego widocznego z tego balkonu. Nie ma go także w mieście. Kilka razy obchodziłem plac Warszawy, coś jest w nim z nastroju na fotografii, ale reszta szczegółów także nie pasuje. Będę więc szukał dalej.
W hotelu, gdzie mieszkam, są także Niemcy, starsi państwo. Przy śniadaniu pozdrawiamy się. Ośmielony pytam, co tu robią. Niestety mówią wyłącznie po niemiecku, więc rozmowa nie jest łatwa. Są emerytami, przyjeżdżają tu często. Pani urodziła się w Bad Reinerz, ale wyjechała stąd, mając dwanaście lat. Przynoszę zdjęcia, nie, nie rozpoznaje Niemca. Pytam o zagadkowy kościółek z fotografii, jakoś nie mogę go znaleźć. "Jak to? - mówi - to kościół na cmentarzu". "Niemożliwe - dziwię się - byłem na cmentarzu, tam kościoła nie ma. Oprócz tego - tyle kościołów w mieście, to byłby jeszcze jeden?". Patrzy na mnie i milknie. Jeszcze tego samego dnia wracam, aby powiedzieć: "Miała pani rację! Na cmentarzu był rzeczywiście kościół Świętego Krzyża, został rozebrany w latach sześćdziesiątych. Był z XVI wieku".
Dobrze, a gdzie odbywały się mecze hokejowe? "Na Czarnym Stawie, po drodze do Podgórza" - mówią moi przewodnicy. Wybieram się wobec tego w tamtą stronę. Mijam Zdrój i idę wznoszącą się doliną z prawej strony w górę. Na początku napotykam tablicę informującą, że odbywają się tu prace związane z rekultywacją terenu po powodzi 1998 roku, częściowo pokrywane z funduszy europejskich. Rzeczywiście, niżej wzdłuż szosy widać ślady tych prac, pracujące ciągniki. Błotnistą drogą dochodzę do stawu, w dużej mierze już uporządkowanego. Staw ma kształt serca obróconego w kierunku miasta. Wyciągam zdjęcia i próbuję się zorientować, jak mogły być robione. Od strony Dusznik stał mały budyneczek, na niektórych fotografiach widać zbocze i drogę. Więc mogłoby to być od strony przeciwległego zbocza - wtedy wszystko się zgadza. Co więcej, zauważam, że również te zdjęcia, na których widać tańczących łyżwiarzy, mogły być tu robione. Na jednym z nich widać nawet granicę wyznaczoną na lodowisku między tańczącymi a hokeistami. To znaczy, że mój Niemiec, w czasie Bożego Narodzenia w 1936 roku zrobił zdjęcia pod choinką, a potem, któregoś z następnych dni, poszedł do Czarnego Stawu, aby pooglądać łyżwiarzy. Mecz Bytom - Nachod odbył się kiedy indziej, pewnie w jakichś starych rocznikach można by to było sprawdzić. Przypomniały mi się też inne zdjęcia, które kiedyś brałem omyłkowo za zrobione w Kamieńcu. Całe sekwencje zdjęć stawu - tak, to był Czarny Staw, a fotograf musiał znajdować się w jednym ze zdrojowych jeszcze budynków. Barak, który widać na zdjęciach - to ten budyneczek widoczny w innych ujęciach, mógł tam być jakiś sprzęt wodny.
Idę dalej do Podgórza. Co dom, to zdjęcie. Rozpoznaję kilka budynków z albumu Niemca robionych zimą. Dochodzę na miejsce. Na chwilę fascynuje mnie częściowo zrujnowany dom z resztką niemieckiego napisu, ale szukam dalej restauracji "Margarita". Powinna być po lewej stronie. Odnajduję ją, ale nie ma nikogo. Strzałka zachęca do skorzystania z kawiarni, ale wszystkie drzwi zamknięte na głucho. A przecież jest sezon! Dalej znajduję budynek, w którym widać odpoczywających młodych ludzi, na parapetach leży sportowe obuwie. On podobno też należy do "Margarity". Pytam, czy wiedzą, gdzie tu była skocznia - widzę tylko fragment wyciągu. Nie, nie słyszeli. Ponieważ mam wątpliwości, na które wzgórze mam się wspinać, wracam do innego domu, gdzie widzę ludzi na leżakach. "Skocznia? Była tu, tam dalej. Ojciec tu mieszkał od 1939 roku, dużo wiedział, ale już nie żyje. Resztki skoczni jeszcze niedawno można było znaleźć w lesie. Niech pan idzie od drugiej strony przecinką". Przekraczam jakieś bajoro i idę wobec tego zarośniętą chaszczami, wskazaną mi drogą. U szczytu napotykam leżące wśród drzew deski. Czy to ze skoczni? Ale ona powinna być dalej, na zboczu za wyciągiem. Tu z kolei wszystko jest zarośnięte, nigdzie nie ma takiego widoku jak na zdjęciu Niemca, drzewa przeszkadzają. W jednym miejscu widzę budynki na dole - może to było gdzieś tu, ustawienie podobne jak na fotografii. Ale z kolei nie widzę desek, a kilka belek w krzakach - czy to skocznia? Czy może z budowy wyciągu? Powoli schodzę wzdłuż zbocza. Na dole widzę samochód i opalających się ludzi. Machają mi przyjaźnie - to moi emeryci z hotelu! Pokazuję im zdjęcia i miejsce, gdzie była skocznia. Patrzą na siebie, mężczyzna patrzy na mnie z niedowierzaniem i pyta żonę: "Czy on jest Polakiem?". Potem zwraca się do mnie: "Jest pan Polakiem? Naprawdę?". "Tak - odpowiadam - jestem i zawsze byłem, urodziłem się w Warszawie". Żegnamy się i wracam do Dusznik.
Po południu spotykam się z Ryszardem. "Wie pan, sądziłem, że osoba, którą stać było na wycieczkę nad Morze Śródziemne, mogła być raczej burmistrzem albo lekarzem, nie fotografem. W takim wypadku myślałem o burmistrzu Goeblu, który był po Paulu Denglerze. Albo o lekarzu Pohlu, członku zarządu miasta. Dietmarze Pohlu. Wnuk jeszcze żyje, jest wydawcą gazety, napisał też historię parafii".
Raz jeszcze oglądamy zdjęcia. "Gdzie mogły być baseny?" "Były w Polanicy-Zdroju, były też w Nowej Rudzie". "A to sprzęt fotograficzny w domu, więc chyba jednak interesował się fotografią". "Proszę pana, ależ to nie jest sprzęt fotograficzny! To jest wibrator i diaterma krótkofalowa. Niech pan popatrzy: tu są pokrętła, tu się reguluje natężenie prądu. Wiem, bo sam takie urządzenie obsługiwałem!"
Sprzęt medyczny. To dużo zmienia. To rzeczywiście mógł być lekarz!
Oglądamy jeszcze zdjęcia podwórek. Wśród dmuchawców stoi Körnichówna. "Niech pan spojrzy, tam w głębi jest mostek i domek. Może to było od strony elżbietanek?" Ruszamy w poszukiwaniu tego podwórka, po drodze Ryszard opowiada mi o dawnych czasach zaraz po wojnie, o miejscowym księdzu i o mieszkającym tu rezydencie peerelowskiego kontrwywiadu. "Wie pan, po wojnie, mimo wszystkich różnic było tu poczucie wspólnoty, nie tylko wśród mieszkających tu Polaków, lecz także Niemców".
- To mógł być ten domek ze zdjęcia. Kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej.
- Ależ on jest zupełnie różny!
- Tak, bo tak został odbudowany po pożarze.
FRANKFURT
Kiedy pierwszy raz zobaczyłem te zdjęcia, poczułem się jak w starym filmie o dzwonniku z Notre-Dame według Wiktora Hugo. Szarzyzny starych, stłoczonych ciasno domów, zarys i cienie ścian, zaułki, morze dachów widzianych z wysoka i widok gotyckiej wieży kościelnej na pierwszym planie. Dalej, z lewej strony rzeka i mosty. Bardzo malarska kompozycja. Trochę bajkowa, mogłaby być w filmie Disneya o Paryżu. Czyżby to Paryż? Porównuję mosty, rzekę, patrzę na domy... Nie, to niemożliwe, to nie to miasto. Jeśli jednak nie, to czy takie bajkowe miasto w ogóle istnieje? Patrzę na opis i znajduję: Frankfurt. Nie, Frankfurt to przecież "Mainhattan", wysokie, nowoczesne drapacze chmur, odpowiednik amerykańskich cities. Na pocztówkach i w przewodnikach raczej zimny, trochę obcy. Może kiedyś, przed wojną wyglądał zupełnie inaczej?
W Internecie prędko natykam się na świetnie zredagowane strony o starym Frankfurcie, AltFrankfurt. Informację tak zorganizowano, że mogę przemieszczać się z ulicy na ulicę, oglądać stare widoki - bardzo dużo starych pocztówek, map i zdjęć. Mogę wybrać to, co mnie interesuje, również wędrować w czasie. Opisane są nawet spotkania z Hitlerem, z dystansem i rzeczowo. Potem bombardowania i ruiny. Próbuję znaleźć kościoły wyglądające na te, z których mój Niemiec robił zdjęcia, ale nie mogę ich dopasować. Nie widzę też podobnych fotografii.
Pokazuję te zdjęcia moim niemieckim kolegom, ale nie umieją nic powiedzieć. A przecież współpracujemy tam z niemiecką filią, mamy w tym miejscu nasze biuro. Pytam kogoś, kto tam bywał, patrzy uważnie, mówi: "Może i to jest fragment Starego Miasta". Tego samego dnia w poczcie elektronicznej odnajduję adres AltFranfurtu i dwa zdjęcia: katedry i widoku, jaki się z niej roztacza - jest! To to samo ujęcie, te same trzy mosty, tyle, że nie widać gotyckiej wieżyczki. Jak mogłem tego sam nie zauważyć, gdy wędrowałem wcześniej po Internecie? Teraz już wiem, skąd można zrobić zdjęcia zaczarowanych średniowiecznych budynków. Muszę tylko sprawdzić, czy katedra jeszcze istnieje.
Okazuje się, że okazja takiego sprawdzenia nadarza się całkiem niedługo. Nadchodzi Wielkanoc, jest kilka dni wolnych i decyduję się wziąć urlop i wyruszyć śladem mojego niemieckiego fotografa. Droga wiedzie przez Frankfurt, ale wizyta będzie bardzo krótka.
"Tak myślałam, że to widok z katedry" - mimo Wielkiej Soboty Miriam znalazła chwilę, żeby się z nami spotkać, ze mną i moją przyjaciółką Jolą. Spotkać na chwilę przed świątecznym wyjazdem do rodziny. Jesteśmy na lotnisku we Frankfurcie i zastanawiamy się, co można zrobić przez kilka godzin naszego pobytu. Miriam tutaj mieszka i pracuje, znamy się z kontaktów firmowych. Ogląda odbitki zdjęć i zabiera nas do centrum. Parkujemy niedaleko opery i przechodzimy do Starego Miasta, do Römerbergu i katedry Świętego Bartłomieja.
Niestety, wieża jest zamknięta, właśnie odbywa się remont. Niedługo w Niemczech odbywać się będą mistrzostwa świata w piłce nożnej i miasto musi się na nie przygotować. Miriam upewnia się, czy są otwarte jakieś inne punkty widokowe, ale okazuje się, że nie. Może z wyjątkiem nowoczesnego 54-piętrowego budynku radia heskiego Helaba.
Zdjęcia mojego Niemca zrobione w Frankfurcie to głównie widoki starego miasta i Menu z wieży katedry cesarskiej (koronowano w niej cesarzy, stąd nazwa), ale nie tylko. Są dwie migawki z ulic i jedno bardzo piękne zdjęcie bawiących się dzieci. Fotograf stał w głębi, w bramie budynku, zrobił zdjęcie w kierunku ulicy. Troje zajętych sobą dzieci na tle rozświetlonej słońcem kostki brukowej, dalej odchodząca w głąb inna staromiejska uliczka. Kiedy miałem rozstrzygnąć, czy to przypadkiem nie Francja, widoczna nazwa ulicy zawieszona na budynku naprzeciwko upewniła mnie, że nie. Saalgasse. Z planu miasta wynika, że jest tuż koło katedry. Rzeczywiście, napis przy niej informuje, jak ją obejść i, mimo remontu, trafić do Saalgasse! Żegnamy się z Miriam - w końcu to Wielkanoc, więc nie możemy jej już dłużej zatrzymywać - i ruszamy w kierunku uliczki. Jest. Z niedowierzaniem, a nawet pewnym wzruszeniem szukam bramy. Naprawdę jesteśmy na tropach Niemca, on tu był, stąpał, szedł sam, a może z kimś, może z Friedel, szedł do katedry, gdy zatrzymał go widok rozmawiających dzieci. Piękny widok, wart uwiecznienia. Na Saalgasse są tylko dwie bramy. Naprzeciw żadnej z nich nie ma innej uliczki. W ogóle nie ma uliczki odchodzącej w tę stronę. Saalgasse jest nieduża, prowadzi od katedry do placu Römerberg. Wszystkie domy po jednej stronie próbują utrzymać charakter kameralnego przejścia, ale są to domy nowe. Nie ma śladu po dawnym szpitalu, który tu kiedyś był, ani po placyku z fontanną Świętego Ducha. Po drugiej stronie, za restauracją "Pod Bocianem" jest dom, który mógł być stary lub zawierać starsze, ale już odnowione elementy, z dwiema bramami, dalej już wszystko jest inne. Więc może któraś z tych bram. W pierwszej są drzwi, podobnie jak na fotografii, w drugiej żadnych drzwi nie ma. Wybieram pierwszą. Pośrodku słupek uniemożliwiający wjazd, w głębi nowe domy. Naprzeciw salon kosmetyczny. A jednak jest w tej bramie coś z nastroju zdjęcia mojego Niemca, choć to nie to samo. Robię zdjęcia, ustawiam Jolę tam, gdzie stały dzieci. Stara mapa, którą znajduję niedaleko w witrynie, pokazuje, że mieliśmy rację.
Na Römerbergu, centralnym placyku Starego Miasta, stoisko z pocztówkami. Kupuję kilka z nich. "Frankfurt/Main 1927" - Rynek Starego Miasta, kościoły. "Frankfurt am Main" - "Blick zum Römer" - 1947. I jeszcze "Frankfurt am Main - 1945" i zestawiające: "Frankfurt - Gestern und Heute" - wczoraj i dziś. Na zdjęciach z lat 1945-1947 Frankfurt to kupa gruzów, nad którymi wznosi się wciąż wieża katedry. Saalgasse to wypalone szkielety budynków.
Kilka lat temu oprowadzałem cudzoziemców, którzy przyjechali po raz pierwszy do Warszawy, jeden z nich był Belgiem. U wejścia na Rynek Starego Miasta stoją fotografie przedstawiające jak ono wyglądało w 1945 roku. Belg obejrzał je i prychnął lekceważąco: "Po wojnie każde niemieckie miasto tak wyglądało". Poczułem się do głębi dotknięty, wspomniałem o przyczynach i skutkach, przeżuwałem obrazę. Teraz mam okazję dowiedzieć się czegoś więcej o Frankfurcie.
"Tak, tu wszystko było zniszczone" - powiedziała wcześniej Miriam po tym, jak wyszliśmy z katedry. Na starych zdjęciach widzę morze ruin, zerwane mosty. Co ja właściwie czuję? Rozumiem, oczywiście. Żal mi, że Saalgasse jest inna, nie wiadomo, co stało się z dziećmi z bramy. Jednocześnie czuję, mam w sobie zakodowane coś, co powoduje, że nie mogę jednoznacznie odczuć żalu za utraconym miastem. Powodują to drobiazgi, ale takie, które nabierają niespodziewanego znaczenia. Słyszę skargę pocztówek pokazujących zniszczenie, ale jednocześnie na planie miasta zauważam po drugiej stronie rzeki Sachsenhausen, gdzieś wśród napisów widzę I.G. Farben.
Szukamy dalej. Uliczki wyprowadzają nas nad Men. Po drugiej stronie od razu dostrzegamy strzelistą wieżę kościoła Trzech Króli, dokładnie jak na zdjęciu Niemca. I najbardziej charakterystyczny z mostów widocznych na jego fotografiach - pieszy most Eiserner Steg, o przęsłach zwisających bezsilnie po bombardowaniu przedstawionych na innych zdjęciach z pocztówek, a teraz pełen turystów i z greckim napisem, z którego rozumiem jedynie słowo "ponton". Szukam jeszcze Starego Mostu (Alte Brücke), uwiecznionego z katedralnej wieży. Nie tak łatwo go znaleźć, bo się nieco zmienił, szczególnie prosta obecnie środkowa część - rozpoznaję go po długiej wysepce ciągnącej się wzdłuż drugiego brzegu.
Szukam innych ulic, które sfotografował Niemiec. To chyba była ta sama, jedna, szeroka aleja, którą jeździły tramwaje i wzdłuż której rosły drzewa. Na ulicy trochę przechodniów, na jednym ze zdjęć widać sklep fotograficzny i oferta: trzy sztuki czegoś (nie widać całego napisu) kosztują 50 fenigów. Może to koszt zrobienia odbitek? Jest też napis: "Haben Sie Ihre Rollfilm für den Sonntag?" - "Czy już kupiłeś kliszę na niedzielę?". Kto wie, może to tu mój Niemiec skorzystał z zaproszenia i kupił kilka filmów, które pocięte spoczywają teraz w albumie. Za sklepem fotograficznym inny szyld z napisem "Theater" i dużą literą G - być może to kino? Dalej zwisa duża flaga ze swastyką. Pewnie jest to gdzieś blisko Teatru Schumanna, do którego fotograf udawał się na przedstawienie. Z klisz wiem, że czasem po drodze na występy robił zdjęcia. Byłoby to dość prawdopodobne. Teatr ten znajdował się naprzeciw Dworca Głównego, więc tam idziemy. Wybieramy Münchener Strasse, bo tamtędy jeżdżą tramwaje. Coś się jednak nie zgadza - zbyt wąska. Rozglądamy się przy placu dworcowym, ale nie można dostrzec odpowiadającego zdjęciom miejsca. Po Teatrze Schumanna ani śladu, a przecież był bardzo charakterystyczny, po jego bokach widniały dwie jakby wieże. Nic takiego, nawet zaadaptowanych resztek budynku teraz tu nie ma. Naprzeciw dworca szeroka aleja, która nawet nazywa się odpowiednio: Kaiserstrasse, Cesarska, więc wybieramy ją, aby wrócić do centrum. Wcale nie jestem pewien, czy to ta fotografowana przez Niemca - owszem, drzewa nawet są, ale tramwaje tędy nie jeżdżą, a i perspektywa ulicy jest inna. Tu jej wylot na wprost nas zamyka dworzec, na zdjęciach raczej tak nie jest. Na razie uznaję, że to jednak Kaiserstrasse lub fragment zmienionego placu dworcowego.
Na koniec idziemy do Helaby. Udaje się nam - otwarta. Wjeżdżamy na samą górę i teraz widzimy cały Frankfurt oraz wszystko daleko wokół. Stąd dopiero widać, co się stało ze Starym Miastem sprzed lat - większość domów jest rzeczywiście inna, i nawet w innym układzie niż na starych fotografiach. Obok wielkie wysokościowce, Men przecinający całe miasto, mosty, wzgórza na horyzoncie, o których rozmawiałem kiedyś z Marcusem, kolegą niemieckim podczas oglądania zdjęć. Wielki węzeł kolejowy. Słońce walczy z nadchodzącymi ciemnymi chmurami, obok całuje się jakaś para... Czuję się jak turysta - przecież nim jestem - ale przeniesiony w czasie, mam wrażenie, że jednocześnie jestem w obu momentach i miejscach. Kiedyś mój Niemiec oglądał miasto z katedry, bo wtedy to był główny punkt widokowy. Dziś takim punktem jest Helaba. Boże, wybacz tanie porównanie, czy to nie współczesna katedra?
Dlaczego Niemiec był we Frankfurcie? Pojechał tam na przedstawienie. Właśnie do Teatru Schumanna przyjechała trupa wysokiej klasy aktorów cyrkowych, a przewodził im Rivel. Na jednym ze zdjęć, na którym pod sufitem szybują akrobaci, widać napis we wnętrzu sali: "Gastspiel: Charlie Rivels". W albumie na kilku stronach znaleźć można opis: "3 Rivels", co może sugerować, że Niemiec był aż na trzech przedstawieniach Rivela. Potwierdza to kolejność zdjęć: przedstawienie, ulice, potem znów występy, robione z nieco innych ujęć. Fotografie utrwaliły przede wszystkim gimnastyków, sztukmistrzów, pokazy na koniu, ale główną atrakcją spektaklu były występy klownów, bardzo śmieszne, no wytrzymać ze śmiechu nie można, kiedy któremuś z nich spadły spodnie, co także uchwycił nasz Niemiec. Albo przebieranki panów za panie! Jednym z klownów jest Rivel. Rzeczywiście bardzo znana wtedy postać, znajduję jego zdjęcia w przebraniu klowna na internetowych duńskich i szwedzkich stronach. Pamięć o nim jest wciąż żywa, jak się przekonuję, śledząc te materiały, choć oczywiście nie znam języków skandynawskich.
Przedstawienia chyba były łączone: nie tylko cyrk, lecz także coś więcej, taniec, może jakieś śpiewy. Na niektórych klatkach tańczy ucharakteryzowana para, taniec wygląda na ambitny: mimów, a może egzotycznych gości. Kilka tańców było na pewno rosyjskich, dekoracje, dziewczyny w przysiadach kozaka, gołe nogi, ale czapeczki rosyjskie, tak, to musiało porywać widownię. I piękne gimnastyczki, jedna w majteczkach w gwiazdki, przewrócona na plecy wytrzymuje na swoich nogach ciężar dwóch rosłych mężczyzn.
Teatr Schumanna był idealnym miejscem dla takich występów, specjalizował się w tego typu przedstawieniach. Zbudowany w stylu art nouveau w 1905 roku, jak informuje AltFrankfurt, miał 18-metrową kopułę i 5000 miejsc siedzących. Z dwóch stron wieże, "Zirkus Schumann" (używano onu nazw: teatr i cyrk) stojący obok hotelu "Carlton", wyróżniał się wśród innych budynków na placu przed Dworcem Głównym. Dlaczego nie mogliśmy go tam odnaleźć? Przecież przetrwał wojnę, nieco uszkodzony, ale na zdjęciach z końca lat czterdziestych można zobaczyć mieszczący się tam amerykański klub Czerwonego Krzyża, jeszcze około roku 1950 nazywany "Schumann Club". Dopiero na stronie internetowej przedstawiającej europejskie budynki cyrkowe znajduję odpowiedź: na miejscu cyrku stanęła nowoczesna, przeszklona bryła. Teraz wiem. Widziałem ją tam, za innym takim budynkiem. Jest dla mnie nijaka, większy Cedet warszawski, ale bez wdzięku. Szkoda. Ze starych pocztówek dowiaduję się jednak, że pobliską Kaiserstrasse jeździły tramwaje. Więc chyba dobrze wybraliśmy trasę.
Jeszcze chwilę. Ten Rivel. Czy był Skandynawem? To by tłumaczyło fascynację duńskich i szwedzkich internautów. Nie lubię cyrku, przebieranek, gimnastycznych popisów, tresury i głupich dowcipów. Jednakże w miarę odnajdywania coraz to nowych materiałów o Rivelu, czytam je z coraz większą uwagą. Choć Deutsche Fotothek z Drezna podaje, że był Francuzem, był bez wątpienia Katalończykiem. Urodził się 23 kwietnia 1896 roku w Cubellas, zmarł 26 lipca 1983 roku w Barcelonie, naprawdę nazywał się Josep Andreu i. Lasserre, był synem artystów cyrkowych Pedro Andreu i Marie-Louise Lasserre i miał czterech braci. W 1907 roku wstąpił do cyrku Lambert w Paryżu i odtąd zaczęła się jego długa kariera. Około 1934 roku utworzył trupę "The Rivels", to z nią musiał być we Frankfurcie. W 1943 występował w Norymberdze, podczas gdy miasto było bombardowane. W wielu publikacjach nazywany jest "wielkim", znalazł się na liście najsławniejszych Katalończyków, jego fani istnieją wszędzie na świecie, organizuje się festiwale Rivela. Sprzedaje się kartki pocztowe z jego podobizną. To on występował w filmie Klowni Felliniego w 1970 roku. To on miał wnuka Benny'ego Schumanna, też znanego cyrkowca, określanego jako Duńczyk (więc mamy tu i Schumanna, i Skandynawów). Pisze się o nim referaty. Polska broszura Interhome'u zachwala jeden z domów w Cubelles: "Basen z podnośnikiem dla osób niepełnosprawnych. Dom przystosowany jest dla osób niepełnosprawnych. W mieście urodził się Charlie Rivel. Droga lokalna [...]". No tak, każdy wie, kto to był Charlie Rivel, tylko nie ja.
Teraz już wiem. Charlie poznał kiedyś, w 1910 roku, Charliego Chaplina. Ten zainspirował go, podobno w przedstawieniach z tym samym liryzmem przedstawiał miejskiego trampa, był, jak to ktoś określił, Charliem Chaplinem cyrku. Cytuje się jego powiedzenia: "Aby zrozumieć klowna, trzeba być dobrym człowiekiem" i "Każdy jest klownem, ale tylko niewielu ma odwagę to okazać". Nie lubię cyrku. Ale może warto było pójść trzy razy do Teatru Schumanna? Może teraz warto obejrzeć Klownów Felliniego? Spróbuję.
Tymczasem wyruszamy z Jolą w dalszą część wielkanocnej podróży. Z Frankfurtu lecimy na Sycylię.
TAORMINA
Na kilkunastu stronach w formacie A4 wydrukowałem zdjęcia pochodzące z Sycylii. Wiedziałem, że mój Niemiec tam był, gdyż w opisach znalazłem słowa: "Taornina" (tak pisze się czasem w Niemczech o Taorminie: "Taornina - Abenteuerurlaub"), a także "Aetna". Po porównaniu zdjęć z przewodników Etnę znalazłem w albumie stosunkowo łatwo. Trudniej było z Katanią, dokąd przypłynęła "Monte Rosa" - dopiero strzelając trochę na chybił trafił: Palermo, Messyna, Katania, odkryłem na stronie internetowej Katanii charakterystyczny most. Z klisz udało mi się ułożyć sekwencję przedstawiającą przybycie i pobyt na wyspie. Rozpoczyna ją Etna widoczna od strony morza - wielka ośnieżona góra. Na kolejnych zdjęciach trwają przygotowania do lądowania. Pasażerowie wsiadają do łodzi, które dopływają do portu w Katanii. Widać most przez długość całego portu i limuzyny czekające na przybyłych. Lina w ręku marynarza na łodzi, potem już widok na port z mola. I od razu zmiana: następna klatka pokazuje wspinającą się w górę ścieżkę ze stopniami z kamieni, obok murki z donicami, dalej miasto i wulkan. Przy ścieżce kaktusy, na ścieżce grudki oślich odchodów. Kolejne ujęcia coraz wyżej, wreszcie ruiny, wiem z przewodników, że to położone nad miastem resztki teatru greckiego. Kilka kolejnych zdjęć zrobionych w teatrze. Musiał zrobić na fotografie wrażenie, zresztą widok jest dość niezwykły, bo w tle widać wciąż ośnieżoną górę. Potem nagle ulica, którą jadą wozy ciągnięte przez osiołki i widoki jakichś ruin oraz kamiennych kościołów.
Jest kwiecień 2006 roku i ja też widzę Etnę. Pilot zapowiada, że wkrótce zobaczymy Sycylię, i rzeczywiście najpierw pojawia się brzeg, a niedługo potem wyłania się wielki zaśnieżony szczyt. Przeżywam wzruszenie podobne temu, które zapewne ogarnęło podróżnych "Monte Rosy" siedemdziesiąt lat temu. Lądujemy na lotnisku w Katanii, potem autobus biura podróży zabiera nas do Taorminy, gdzie mam wraz z Jolą spędzić Wielkanoc i kilka dni po niej. Nietrudno zgadnąć, dlaczego właśnie tu! W dodatku po wizycie we Frankfurcie i poszukiwaniach Saalgasse, katedry i mostów.
Pogoda jest świetna. Jeszcze tego samego dnia idziemy do miasta, jak piszą przewodniki, bardzo modnego, eleganckiego i zatłoczonego w sezonie. Już teraz widać sporo ludzi, część z nich to Włosi, którzy tu przyjechali na święta, ale jest już dużo obcokrajowców, a wśród nich najwięcej jest Niemców. Tłum przelewa się między Bramą Mesyńską a Bramą Katańską, głównym deptakiem miasta, Corso Umberto. Co ciekawe jednak, jakoś nie czuć atmosfery świąt. Większość tradycyjnych procesji i pochodów odbywa się przed Wielkanocą, same święta są spokojne i pozbawione znanej u nas symboliki. W kilku kościołach wystawiono przed ołtarzami donice z zieloną trawką i to wszystko. Niedługo po wejściu na Corso Umberto zauważamy drogowskaz do teatru greckiego. Sądząc z treści przewodnika, powinien on się znajdować nieco poza miastem. Liczyłem się nawet z dłuższą wycieczką pieszą, ale ku naszej radości, jest on tuż tuż, jakieś dwieście, trzysta metrów od głównej ulicy, brama, opłata za wejście - i już! Szaleję. Biegam z aparatem i robię masę zdjęć. Widok jest wspaniały, kolumny teatru, widownia, w oddali Etna, poniżej morze. Samo miasto jest na wzgórzu, a teatr jest pięknie położony. Grecy lubili budować teatry w odpowiedniej scenerii. Mam przy sobie zdjęcia Niemca. Wszystko się zgadza, te same fragmenty ruin, te same widoki. Pokazujemy sobie miejsca, z których fotografował - o tam, to wybrzeże w kierunku Mesyny, tu na dole, ten sam budynek, teraz jest w nim hotel, przybyło trochę drzew. Jednego zdjęcia nie możemy zrobić, bo wejście na platformę jest zamknięte, podobno po jakimś trzęsieniu ziemi. Siedemdziesiąt lat temu na murku przy tej platformie siedziały turystki z "Monte Rosy". Obok skała przykryta jest siatką i obsadzona drzewami oraz kaktusami. Kiedyś tam była ścieżka, teraz jest nieco przesunięta. Na mięsistych, kolistych fragmentach kaktusów, tak jak kiedyś, ludzie wydrapują swoje imiona, serduszka i daty.
Poniżej teatru nie można łatwo zejść, są tam hotele i własność prywatna. "Entrato Vietato" czy coś podobnego, w każdym razie przejście zabronione. Więc znajdujemy tylko podobne dróżki do tej, którą wspinali się Niemcy w 1935 roku.
Podczas obiadu w cieniu drzew pomarańczowych pytam kelnera, gdzie może być miejsce przedstawione na fotografii z wozami ciągniętymi przez osiołki. Powinno być łatwe do identyfikacji, bo za wozem widać drogowskaz do Castelmola oraz do pobliskiego kościoła. Na zdjęciu można dostrzec, że dla niemieckich turystów widok osiołków i wozów musiał być dużą atrakcją - z boku, za drzewem czai się z aparatem kolejny fotograf. Kelner patrzy przez chwilę na zdjęcie i wskazuje kierunek: to jest ulica powyżej Corso Umberto, równoległa do niej. Po czym w ogóle nie wydaje reszty, ale mu daruję. W końcu dowiedziałem się, czego chciałem. Po posiłku od razu idziemy na poszukiwanie osiołków. Nie, oczywiście nie znajdujemy żadnego, za to sporo samochodów i motocykli. Miejsce z fotografii znajdujemy łatwo. Są i drogowskazy kierujące na ścieżkę w górę, trochę zmienione. Mówią tym razem o drodze krzyżowej, ale to to samo przejście. A nawet wydaje się, że drzewo, za którym chował się fotograf, trochę się rozrosło, ale stoi w tym samym miejscu! Wchodzimy na ścieżkę i zaraz odkrycie: Niemiec też tędy szedł - to stąd zrobił kilka innych zdjęć. Możemy rozpoznać miejsca. Ścieżka musiała trochę zmienić bieg i nawet widać którędy szła dawniej; ja takiego zdjęcia zrobić nie mogę, robię za to podobne. Rozpoznaję wieżę kościoła. Ciekawe, kiedyś na wieży był krzyż, a teraz go nie ma. Nie mogę także znaleźć budynku przed kościołem, Następnego dnia pytam o to w restauracji, której ściany właściciel obwiesił starymi fotografiami, a także w recepcji naszego hoteliku. Krzyża nie ma od czasów wojny. W 1943 roku Amerykanie zdobyli Sycylię, toczyły się walki, były bombardowania. Plebania za kościołem została zniszczona, krzyża na wieży nie ma do tej pory - specjalnie - jak wyjaśnia właściciel restauracji, którego twarz nagle twardnieje.
Tymczasem wchodzimy coraz wyżej, prawie na szczyt. Dochodzimy do kościółka pod wezwaniem Matki Boskiej della Rocca, obecnie zamkniętego. Obok stoi duży krzyż widoczny daleko. Jeszcze wyżej ruiny zamku Saracenów, ale wstępu nie ma, furtka zamknięta, a furtian mieszkający w pobliżu chyba w nienajlepszym nastroju nie wpuszcza do środka ani nas, ani jakiejś pary z plecakami, ani dwojga Japończyków. Robimy więc zdjęcia i schodzimy niżej do tawerny "Pod Saracenem", gdzie pijemy zasłużony kieliszek wina. Z tego miejsca jest piękny widok na kilka stron świata, i widać daleko morze, wzgórza, Etnę, a bliżej miasteczko ciasno przycupnięte na wyniosłej skale: Castelmola. Będziemy tam później, innego dnia. To tam prowadził drogowskaz na dole. Rzeczywiście, nazwa nie kłamie, są tam też ruiny zamku.
To niesamowite, że właściwie wszystkie miejsca sfotografowane przez Niemca udało się nam znaleźć w ciągu jednego dnia. Kiedy o tym myślę, czegoś mi jednak brakuje. ON zrobił te zdjęcia, ale dlaczego nie zrobił innych, na przykład takich, które ja cykałem idąc pod górę. Tam aż się prosiło o kilka klatek więcej. Może zrobił?... Odpowiedź znajduję dopiero po powrocie, gdy mogę to sprawdzić. Tak! Mam dziewięć zdjęć więcej! Wcześniej nie wiedziałem, że to Sycylia, podejrzewałem okolice Neapolu. Teraz widzę chłopca z parasolem (to pewnie Guenther i musiało być deszczowo), jak zbiera kwiaty na zboczu poniżej kościółka Matki Boskiej. I sam kościółek, teraz go rozpoznaję. A ten młody mężczyzna robiący zdjęcia ze skały, to pewnie z ruin zamku Saracenów, widocznie wtedy wpuszczano tam turystów. Potem posiłek - spaghetti - ciekawe gdzie, może nawet tam, gdzie piliśmy wino. Rozpoznaję też widoki i skały...
Następne dni pochłonęły inne wycieczki, także na Etnę, z której sączyły się wulkaniczne opary i do której kraterów można dziś dojechać jeepami. Ale potem mamy jeszcze jedną rzecz do załatwienia - Katanię. Jedziemy do niej zwykłym autobusem. Wrażenie niezbyt przyjemne - gwarne, zatłoczone, hałaśliwe i zaniedbane miasto, chociaż ciekawe, z wieloma zabytkami i placem, przy którym stoi katedra Świętej Agaty. To jej kopułę uchwycił na zdjęciu mój Niemiec. Opodal, przy szkole, koło zabytkowych ruin leżą zużyte strzykawki. Na ulicach trochę turystów, największa wycieczka, którą spotykamy to Polskiej Misji Katolickiej z Niemiec. Pozdrawiamy rodaków i ruszamy dalej.
W porcie bałagan i niezbyt pięknie. Wielkie promy i statki, do których trudno dojść, bo dostęp blokują ciężarówki i tereny wojskowe. Próbuję dojść do mola, aby zrobić zdjęcie mostu, koło którego przybiła szalupa z "Monte Rosy" i od razu zdaję sobie sprawę, co się stało. Most jest. Jest to most kolejowy, po którym jeżdżą pociągi. Ale pod nim nie ma wody. Ziemia, ciężarówki. Woda kilkaset metrów dalej w kierunku morza. Ktoś nam wyjaśnia - tak, Amerykanie przesunęli kiedyś port. A pod mostem teraz odbywają się targi rybne.
Ostatniego dnia pobytu wybieramy się na spacer, aby obejrzeć Isola Bella - piękną wyspę niedaleko naszego hotelu. Przechodzimy przez inny hotel, dalej przejście jest zagrodzone. Stajemy niezdecydowani przy barze na wolnym powietrzu, przy którym nikogo nie ma, gdy nagle siedzący przy stoliku mężczyzna w garniturze zaczyna wołać obsługę: "Państwo czekają!". Zamawiamy kawę i wywiązuje się rozmowa. Giovanni okazuje się właścicielem tego hotelu, a także dwóch innych w okolicy. Na wieść o tym, że jesteśmy z Polski, przynosi rachunek z hotelu "Regina" na Nowym Mieście w Warszawie i zaczyna wspominać swój pobyt w Polsce. Niełatwo co prawda się z nim porozumieć, bo nie mówi po angielsku ani francusku. Mam przy sobie zdjęcia Niemca, pokazuję mu je.
- Ja wiem, kto te zdjęcia zrobił! Niemiec, oczywiście - patrzy na fotografię wozów z osiołkami - tak, to typowe. To baron von Gloeden!
- No nie - mówię - to chyba nie on.
Już zauważyłem w mieście kilka zdjęć barona. Był on fotografem i homoseksualistą, który osiedlił się w Taorminie przed pierwszą wojną światową. Zasłynął zdjęciami nagich chłopców, których pozował na faunów i bożków, erotycznymi fotografiami, które potem Mussolini kazał zniszczyć. Zostały tylko te, które były w zbiorach prywatnych. Baron przyczynił się do popularności miasta. Nawet cesarz gościł tam częściowo w wyniku jego rekomendacji. Zmarł jednak na długo przed 1935 rokiem, nie ma mowy, żeby mój Niemiec był baronem, choćby z tego powodu. Ale nasz gospodarz powtarza "Von Gloeden!", więc dalej się nie kłócę. Zresztą Giovanni jest bardzo miły, wymieniamy wizytówki i wpuszcza nas na plażę przy Isola Bella. Żegnamy się serdecznie.
Próbowałem sobie wyobrazić mojego Niemca wśród gości hotelu. Miałem kłopot, bo na zdjęciach zwykle jest w garniturze i ma staromodne okulary. Więc jak to by było: oto on wchodzi z Fridą na kolację, siadają przy stoliku obok, na przykład tam, gdzie siedzi inna rodzina niemiecka, albo dalej, tam gdzie nieco starszy pan z żoną, także Niemiec, robiący do mnie czasem porozumiewawcze oko. Nie, nie pasuje. Pewnego dnia pojawił się jednak ktoś bardzo do mojego Niemca fizycznie podobny. Już wiem, tak mogłoby być. Takim ON mógłby być. Ten dzisiejszy Niemiec nie był jednak sympatyczny, był chłodny i izolujący się. Ten mój, wierzę, byłby chyba inny.
NA KSIĘŻYCU
Barcelona
"Monte Rosa" dopływa do portu. Pasażerowie jeszcze siedzą na leżakach i rozmawiają w grupach. Nagle poruszenie - pojawia się samolot, a może wodnopłat, leci nisko, przelatując tuż obok statku. I już pojawia się port - stojące przy nabrzeżach statki, towarowe, pasażerskie. Wysiadamy: zdjęcie pokazuje burtę "Monte Rosy" i kobiecą sylwetkę za powiązanymi łodziami pomiędzy statkiem a brzegiem. W tle góra z jakąś budowlą. Teraz zdjęcia z wysoka: port, żaglówki, jakaś dziwna konstrukcja z cebulowym dachem i zdjęcia "Monte Rosy": pokład, szalupy, świetne zdjęcia. Frida patrząca na górę widoczną wcześniej. Wreszcie miasto. Wystarczy jeden rzut oka, abym je rozpoznał. To Barcelona - widzę pomnik Kolumba, ciemniejsze Las Ramblas wijące się w kierunku morza, wieże kościołów. Kiedyś już tu byłem. Wiem. Góra, na którą patrzyła Friedel, to Montju?c. Szukam dalszych zdjęć. Przy burcie "Monte Rosy" stoją limuzyny zapełnione ludźmi. Teraz wiem, że to wycieczka. Podczas skanowania, patrząc na to zdjęcie, miałem wrażenie, że może uczestniczę w jakiejś fecie: eleganckie, otwarte auta, przechodzący obok ludzie - może ochrona? - może to coś oficjalnego, może to Włochy, to może gdzieś tu ten Mussolini. Teraz okazuje się, że nie. Zdjęcia układają się logicznie. Przyjazd do Barcelony, a teraz wyjazd do miasta. Dokąd? Następne zdjęcie to dwie figury świętych z księgami - pewnie ewangeliści. Styl wygląda na gotycki, ale zdjęcie jakby przypadkowe. No, chyba że są dalsze; tu jednak klisza się kończy.
Szukam innych zdjęć. Skoro to Barcelona, to może to skrzyżowanie jest właśnie tutaj? A ta sala, w której odbywa się właśnie jakieś przedstawienie, gdzie nad kurtyną zawieszono napisy w języku hiszpańskim? A hotel "Colón" - czy ja przypadkiem nie widziałem takiego hotelu w tym mieście? Już wcześniej, podczas skanowania, zwróciłem na niego uwagę. Zdjęcie zrobiono w ogródku kawiarnianym przed hotelem. Na markizach od tej strony nazwę hotelu widać odwrotnie. Przypominam sobie, że musiałem wtedy sprawdzić, czy klisza nie jest odwrócona.
I jeszcze jedno. Jeśli to Barcelona, to to wyjaśnia księżycowe obrazy. Sekwencję zdjęć pokazujących skały i niesamowity widok w dół. Daleki horyzont, gdzieś nisko poskręcane formy właśnie jak na księżycu. Najpierw myślałem, że to może któryś z wulkanów we Włoszech, ale obłe skały coś mi przypominały. Tak, to Montserrat. Kilka lat temu byłem tam przez parę godzin na krótkiej wycieczce. Robiliśmy zdjęcia, odnajduję je i wiem - to na pewno tam. Fakt, że niemieckie zdjęcia są w sepii, pogłębił wrażenie niezwykłości. Mogę teraz połączyć film z Barcelony z filmem z Montserrat. Widzę kolejne ujęcie. Wycieczka limuzynami przejeżdża przez miasteczka, uliczki, ludzie zgromadzeni przed jakimś sklepem, w dali widok gór. Potem już w górach, na jednym ze zdjęć rozpoznaję klasztor, skały, dzielna Frida w sukience i kapeluszu maszerująca górską ścieżką. Wagonik kolejki linowej. Jest jeszcze jedno zdjęcie, które można powiązać z Barceloną: budynek, nad wejściem napis "Museu d'Art..." - resztę zasłania palma. Nad oknami malowane dekoracje.
Pod koniec maja 2006 roku nie mogę uwierzyć we własne szczęście: wyjeżdżam służbowo do miejscowości koło Barcelony. Rozszerzam pobyt na prywatnie opłacone dwa dni weekendu, tak jak przy poprzednich wyjazdach drukuję zdjęcia Niemca z obu sekwencji w formacie A4 i jadę. Chcę sprawdzić kilka miejsc: port, skrzyżowanie, hotel "Colón", muzeum ("Museo d'Art..."), może się uda nawet pojechać znów do Montserrat... Właśnie, jeśli tak, to dobrze byłoby znaleźć miasteczko, w którym kolumna limuzyn zatrzymała się na chwilę. Gdzie to mogło być? Biorę mapę i włączam Internet. Sprawdzam wszystkie miejscowości po drodze wzdłuż starszej drogi (przecież nie będę sprawdzał autostrady!) między Barceloną a Montserrat i porównuję ze zdjęciami, które znajduję w Internecie. Tarragona? - nie, za daleko. Na jednym ze zdjęć Niemca rozpoznaję przejazd kolejowy, więc musieli przejechać przez tory. Znajduję dwa takie miejsca, co lepiej lokalizuje szukane miasteczko. Może Olesa de Montserrat? Ale nie, stąd masyw widać pod kątem, inaczej niż na zdjęciu. A może Esparreguera? Serce bije mocniej - tak, to tu. Na fotografii Niemca jest fragment kościoła, murek i Montserrat w całej okazałości. Na internetowej stronie Esparreguery odnajduję kościół w całości, ten sam, i masyw właśnie z tej perspektywy. Już wiem: może nie dojadę do samych gór, ale do tego miasteczka na pewno.
Do Barcelony dotarłem w sobotę po południu. Wysiadłem z metra na Passeig de Gracia z taką myślą, aby idąc w dół w kierunku Ramblas i morza, patrzeć na skrzyżowania i hotele. Barcelona ma bardzo regularny układ ulic, geometryczne prostokąty przecina na skos Diagonale, czyli Aleja Przekątna, która rzeczywiście jest taką przekątną w tej drogowej sieci. Na starej fotografii widać skrzyżowanie dwóch dużych alei, więc powinienem brać pod uwagę wielkie, szerokie ulice w rodzaju Rambla de Catalunya, Passeig de Gracia, Gran Via, Diagonale. Gdy dochodzę do fontanny przy Gran Via, z daleka widzę tył pomnika. Podobnie jak na zdjęciu sprzed siedemdziesięciu lat, jednak podstawa wygląda na węższą. Idę sprawdzić, porównuję z odbitką. Duży dom z lewej strony wygląda na dokładnie taki sam. Dom z prawej strony, półkolisty od strony skrzyżowania i z napisem "Comedia" mógłby być tym sprzed lat zasłoniętym płotem i z dużymi afiszami. Pomnik mniej więcej w dobrym miejscu, ale proporcje nie te, może zmieniony? Sprawdzam, kogo wyobraża - Barcelona a Güell y Ferrer. Juan Güell y Ferrer był katalońskim przemysłowcem, zmarł w 1872 roku, pomnik mógł tu stać już od dawna. Dalej po prawej stronie była wieżyczka, teraz jej już nie ma. Może jednak nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ w tym miejscu stoi nowszy dom. Uznaję, że to chyba mimo wszystko moje skrzyżowanie. Sprawdzam dokładniej: róg Gran Via i Rambla de Catalunya, robię zdjęcia. Z tym też mam kłopot, bardzo trudno uchwycić perspektywę taką, jak na fotografii Niemca, ale nie mogę dostać się na środek ruchliwego skrzyżowania. Piesi nie mają tam wstępu.
Ruszam dalej, w dół Ramblą, w kierunku pomnika Kolumba. To tu kiedyś witał go król Hiszpanii po powrocie z wyprawy do Ameryki. Rozglądam się wkoło, i nagle napotykam strzałkę kierującą do Muzeum Sztuki Współczesnej - "Museo d'Art Co...". Dobrze, sprawdzę. Skręcam w prawo i trochę kręcąc dochodzę do placyku niedaleko Uniwersytetu. Muzeum to nowoczesny budynek, ale obok jest też inny, starszy. Wchodzę na podwórko, gdzie właśnie robotnicy montują estradę na występy i nad oknami dostrzegam malowane dekoracje podobne do tych ze zdjęcia. Ale oprócz tego nic się nie zgadza. Idę więc do sklepiku z książkami i pokazuję młodej sprzedawczyni zdjęcie. "Nie, to nie tu! Musisz pojechać na Diagonale, to jest Muzeum Sztuk Zdobniczych". Museo de las Arts Decorativas - tak, ten napis pasuje, teraz dziwię się, czemu wcześniej o tym nie pomyślałem - na moim zdjęciu zza pnia palmy widać jego końcówkę: "ivas". Sprawdzam tylko na mapie, dokąd mam się udać. To daleko. Decyduję się: najpierw poszukiwania w porcie, potem pojadę do muzeum.
W promieniach chylącego się ku zachodowi słońca patrzę na port. Niemiec zrobił tu dużo zdjęć, mnie interesują przede wszystkim te z wysoka. Wiem, skąd je zrobił. "Funicular". Z okazji wystawy światowej zbudowano kolejkę linową prowadzącą z portu na Montju?c - wzgórze, na które patrzyła Frida. W porcie są dwie wieże tej kolejki, pierwsza i początkowa to wieża Świętego Sebastiana, druga to wieża Jaume I. Kiedyś oglądałem wagoniki kursujące pomiędzy nimi i wzgórzem, ale nigdy tam nie byłem. Nie wiem, skąd należy zacząć.
Esparreguera
Między Barceloną a masywem Montserrat leży wyśledzone przeze mnie w Internecie miasteczko Esparreguera. W skwarne niedzielne przedpołudnie nie jest łatwo się tam dostać. Tylko niektóre pociągi podmiejskie jeżdżą do Olesa de Montserrat, skąd jest już blisko, ale to nie koniec drogi: jeszcze trzeba wsiąść do wagonika kolejki linowej, który przewiezie mnie na drugą stronę doliny, wyżej, gdzie już widać zabudowania i dalej wieżę znajomego ze zdjęć kościoła. Przed stacyjką kolejki pusto. Dziewczyna, z którą jechałem wagonikiem, znika zaraz na którejś z uliczek z domkami jednorodzinnymi prowadzącymi do centrum. Zostaję sam i powoli ruszam w kierunku, gdzie widziałem wieżę. Żar duży, słońce świeci mocno. Idę, starając się pozostawać w cieniu drzew rosnących wzdłuż ulicy. Po jakimś czasie dochodzę do skrzyżowania i dalej widzę boczną uliczkę prowadzącą do kościoła. To musi być ta ze zdjęcia, szukam murku i widoku na Montserrat. Czuję, że jestem blisko. Jest tu nieco podobny, ale dużo porządniejszy murek. Za chwilę zobaczę tył kościoła - tak, już wiem, co się stało. Ta część zbocza została zabudowana. Nie ma widoku na górę. Zasłaniają ją domy. Z trudem lawirując, można dopiero zobaczyć jej szczyt za jakimiś dachami i antenami telewizyjnymi. Ale to na pewno tu. Nie myliłem się. Co teraz? Gdzie uliczka sfotografowana przez Niemca, gdzie placyk i sklep, przed którym stoją zgromadzeni ludzie? W kościele trwa niedzielne nabożeństwo. Wchodzę do pobliskiej kawiarni i proszę o kawę. Dziewczyna za ladą nie rozumie i chce mi dać piwo. Jak tu rozmawiać? Pojawia się młody chłopak, chyba szef. Wyciągam moje zdjęcia i pokazuję. Szef mówi po francusku, więc nie jest źle. Ogląda ze mną fotografie, słucha o Niemcu, wreszcie pokazuje dziewczynie - "Wychodzę!" - i prowadzi mnie do piekarni. Po drodze spotyka kolegę z dzieckiem, rozmawiają ożywieni. W piekarni jest kilka starszych osób. Co chwila ktoś dochodzi, nic nie rozumiem. Cała rozmowa o moich zdjęciach toczy się po katalońsku. Słyszę tylko "apteka, apteka", pokazują kierunek. Patrzą na ludzi na fotografii, zastanawiają się nad dwiema osobami: dziewczyną w okularach i mężczyzną w swetrze z lewej strony zdjęcia. Wreszcie mój przewodnik mówi: idziemy do apteki. Dochodzimy do piętrowego budynku i stukamy w ciężkie drzwi. Obok rzeczywiście napis "Apteka". Drzwi otwierają się i pojawia się w nich starsza pani. Ogląda zdjęcia, pyta, po co ja to wszystko robię, wreszcie też pokazuje ten sam kierunek, co inni. Idziemy tam i wszystko jasne: jest! Oto tuż przy nowym budynku merostwa sfotografowana przez Niemca uliczka. Na jej rogu znów apteka i to jest właśnie ten róg, przy którym stała grupka ludzi w 1935 roku. Tego sklepu już nie ma. Ale sama uliczka niewiele się zmieniła, rozpoznaję te same kraty w oknach, te same balkony. Drobne zmiany - o, tutaj balkon zniknął. Na placyku, na ławkach siedzą ludzie, leniwe południe. Szef z kawiarni żegna się, musi iść do pracy. Podchodzi dwóch mężczyzn z piekarni. "I co? To tu!" "Tak - odpowiadam i pokazuję fotografie - proszę spojrzeć". Panowie z satysfakcją kiwają głowami. Podchodzi starsza pani z apteki. Przyszła specjalnie, żeby mi pokazać to miejsce, jakoś z trudem ją rozumiem: "To tędy kiedyś wiódł szlak z Barcelony do klasztoru w Montserrat. O, proszę spojrzeć - z tamtego końca ulicy" - pokazuje kraniec uliczki ze zdjęcia Niemca, tędy i dalej w kierunku gór. Dziękuję jej serdecznie. Robię zdjęcia i powoli ruszam szlakiem w odwrotną stronę - chcę jeszcze dziś być w Montserrat, muszę więc wrócić wagonikiem w dół.
Montserrat
Znów niemal pusty rozgrzany peron w Olesa i długie czekanie na pociąg. Tym razem jadę do Monistrol, a stamtąd w górę inną kolejką do klasztoru. Już w momencie, gdy dojeżdżam do stacji Monistrol-Central, a potem wsiadam do "Cremallera de Montserrat", wiem, że jestem we właściwym miejscu. Domy miasteczka - kilkupiętrowe o wąskich oknach - i wznoszące się skały przypominają dokładnie te, które sfotografował Niemiec. Kolejka ma trochę zmienioną trasę, wybudowano nowe wiadukty, no i ona sama jest inna. Na zdjęciach widać skraj otwartego wagonika, mój pociąg jest nowoczesny. Cel jednak ten sam: klasztor z Czarną Madonną i góry. I jestem. Do klasztoru nie wchodzę. Już tu kiedyś byłem. Wyciągam zdjęcia i idę do informacji turystycznej.
Jest pięć tras turystycznych. Pierwsza to pętla: z klasztoru na północny zachód do Degotalls i z powrotem do klasztoru. Są tam pomniki wykonane przez różnych artystów, wota i ciekawostki botaniczne. Druga - do świętej jaskini, w której mieściła się kiedyś rzeźba Madonny, i z powrotem - bardziej na południe. Trzecia - to także pętla - na najwyższy szczyt Montserrat, Sant Jeroni i nieco inną drogą powrót do klasztoru. Czwarta - ścieżka La Serra Llarga i do świętej jaskini - inną drogą niż trasa numer dwa. I piąta - ścieżką La Font Seca i Les Bateries - z powrotem do klasztoru. Nazwy mi wiele nie mówią, ale dziewczyna w biurze radzi, abym poszedł trasą trzecią, najdłuższą i najambitniejszą - tam zobaczę widoki z moich zdjęć. "O, jak wjedziesz kolejką "Sant Joan" na górę, gdzie rozpoczyna się większość szlaków, zobaczysz klasztor dokładnie jak na tym zdjęciu" - mówi. Wagonik Funicular de Sant Joan wspina się prawie pionowo, turystów jest sporo, robię zdjęcia. Obok Japonka filmuje oddalający się wśród zieleni budynek klasztoru. I już jesteśmy na górze. Ale to nieprawda, że stąd zobaczę widok jak na moim zdjęciu z albumu. Na klasztor patrzę pod innym kątem, muszę pójść dużo dalej, aby go zobaczyć tak jak na mojej fotografii.
Jestem na trasie. Według opisu ma ona 7,5 kilometra, trochę ostrych wejść, czas: 2 godziny 5 minut. Droga wiedzie łukiem, skrajem wzniesienia nad wąską dolinką prowadzącą z góry do klasztoru. Pogoda dobra, w ręku trzymam kopie zdjęć. Przepełnia mnie radość: naprawdę udało się tu przyjechać i iść drogą mojego Niemca. Jestem przekonany, że idę tak jak on i Frida. Co chwila sprawdzam, czy widać klasztor i pod jakim kątem. Jeszcze nie, jeszcze nie... Jest! To tu! Euforia! Dokładnie z tego miejsca zrobione było zdjęcie, z tej drogi. Szaleję, robię sześć ujęć raz po razie, aby niczego nie uronić i utrwalić tę chwilę. I dalej. Nad szlakiem wznoszą się wapienne skały o zaokrąglonych, dziwacznych kształtach. Niesamowite widoki. Szukam skał o znanych mi z fotografii formach. Droga dokładnie taka, jaką szła Friedel. Im wyżej, tym lepiej widać okolicę, szeroki pejzaż doliny rzeki Llobregat, prawie cały kraj, daleko na południu - morze. Figury skalne jak u nas koło Szczelińca, ale dużo, dużo wyżej. Tak się przynajmniej wydaje, patrząc ze wzniesienia Montserrat. Co pewien czas, ciągle coraz niżej, pokazuje się klasztor, dopiero później znika za zakrętem. Nagle ukazuje mi się "jajo" - trochę kanciasty jajowaty kształt na skalnej podstawie. Wyłania się tak, jak pojawił się mojemu Niemcowi: na przedłużeniu ścieżki, w jej perspektywie, pomiędzy ścianami, między którymi szlak schodzi tutaj nieco niżej. Tylko że prześwit zarósł przez te siedemdziesiąt lat, drzewa i krzewy przesłoniły widok. Jedynie powyżej i nieco dalej da się zrobić podobne zdjęcie. Na małej mapce, którą dostałem w biurze, nie ma "jaja" i nie wiem, jak się naprawdę nazywa. Niemniej jednak oto pokazują się dalsze kształty, dalsze grupy skalnych postaci. Wśród nich rozpoznaję jakby schodzącą w dół grupę San Salvador i jej skrajną górę wyglądającą jak mnisi kaptur. Daleko, wysoko na niej widać malutkie postacie wspinających się. To tę górę utrwalił mój Niemiec. Ustawiam się jak on i robię takie samo zdjęcie. Dalej w perspektywie widzę cały skalny las. Oglądam się w tył i widzę kolejną kamienną grupę ze zdjęć z albumu - być może to "Els Pollegons" i "la Gorra Frigia" z mapy. Ścieżka doprowadza do kapliczki Świętego Hieronima. Za nią ze skał widzę "księżycowy" widok jak na zdjęciach Niemca: szerokie spojrzenie na zielone, tarasowate wzgórza i dalej na cały kraj od strony północnej. W dole nagły uskok, przepaść. Wyżej na wzgórzu widzę anteny i budynek stacji, niżej - druty niekursującej kolejki linowej. "Tędy zjechali moi Niemcy" - myślę. Ale sam idę dalej na szczyt Sant Jeroni, czyli Świętego Hieronima. Wiodą do niego ścieżka i schodki skalne, a nawet betonowe. Tabliczka na górze podaje wysokość 1236 metrów nad poziomem morza. Niewielki tarasik z barierką i kamiennym walcowatym stołem z informacją. Robię zdjęcia na wszystkie strony, widok jest rzeczywiście zapierający dech w piersi. Jestem najwyżej, z góry patrzę na budynki z antenami, wokół widać chyba pół Katalonii. Widoczność jest dobra, świeci słońce, horyzont jest trochę zamglony. Daleko na wschód wznoszą się góry, na południe rozciąga się pas morza. W dole - miejscowości, drogi, tak, to ten księżyc z albumu. Jest silny wiatr. Powoli schodzę i nagle czuję wielkie zmęczenie. Przebiegłem tu bardzo prędko, muszę trochę odpocząć. Idę, nie ma tu nikogo, tylko raz spotkałem chłopaka z plecakiem z czarną chustą na głowie, machnęliśmy do siebie ręką na powitanie. Inni zostali niżej. Dochodzę do rozwidlenia szlaków i skręcam w lewo. Teraz będę szedł lewą stroną doliny, wracając w kierunku klasztoru. Po jakimś czasie gdzieś w pobliżu usłyszałem niemiecki. Dwie dziewczyny. Pokazuję im zdjęcia. "Ze Śląska - mówię. - Nie wiem, kto je zrobił. Ale ta kobieta ma na imię Friedel" - wskazuję na fotografię. Dziewczyny patrzą uważnie. Żegnamy się i jedna krzyczy na pożegnanie: "Moja babcia była ze Śląska i miała na imię Friedel!" - śmieje się i znika za zakrętem.
Jeszcze raz oglądam te zdjęcia. Moi Niemcy chyba nie doszli do kaplicy Świętego Hieronima, w każdym razie nie dalej. Wrócili pewnie tą samą drogą co ja, wcześniej skręcając i obchodząc dolinkę. Za to później musieli pójść jeszcze na południowy skraj urwiska, skąd widać było Monistrol. To tam Friedel podziwiała krajobraz i stamtąd pewnie zjechali kolejką linową. Tak wynika z sekwencji zdjęć. Ja już nie miałem czasu, by pójść dalej. Za to byłem na samym szczycie.
Znowu Rivel
Victor, mój kataloński kolega z firmy, spotyka mnie na korytarzu z nowiną: "Miałeś rację! Na Montju?c jest pomnik Rivela. Wysłałem ci nawet Internetem jego zdjęcie. Ale Rivel urodził się dwie stacje stąd, w Cubelles. Tam jest jego muzeum, możemy się dowiedzieć, kiedy jest czynne! Chcesz tam jechać?".
Oczywiście, że chcę. Wynajduję czas pomiędzy służbowymi spotkaniami, Victor sprawdza, że wizyty w muzeum trzeba umówić, dzwonimy i przesyłamy z hotelu faks. Jadę sam, inni nie są zainteresowani.
"Cubelles" wymawia się po katalońsku "kubeljas". Nieduże muzeum Rivela znajduje się blisko kościoła przy centrum turystycznym, w czymś w rodzaju zamku. Przewodniczka, młoda dziewczyna, już na mnie czeka. Porozumiewamy się łamanym angielskim z dorzucanymi słowami francuskimi i hiszpańskimi. Na wstępie przeprasza, że muzeum nie jest duże i wprowadza mnie do kilku połączonych salek właściwie tworzących jedno pomieszczenie, w którym zgromadzono zdjęcia, stroje, odznaczenia i dyplomy Rivela i różne przedmioty, których używał w czasie występów. Dziewczyna pokazuje mi czerwoną suknię, w którą się przebierał (więc ona była czerwona!), nakładaną łysinę i wyrzeźbioną w drewnie głowę klowna. - Naciśnij - mówi, pokazując guzik koło głowy. Robię to i słyszę: "Auuuu!" - jakby krótkie wilcze wycie. "On zawsze zaczynał i kończył tym występ". Naciskam raz i drugi: "Auuuu! Auuuu!".
"Teraz pokażę ci dwa filmy" - wprowadza DVD do odtwarzacza i zostawia mnie samego. Filmy są po angielsku, mówią o życiu Rivela i jego występach. Większość rzeczy już wiem, ale moją uwagę przykuwa informacja, że Rivel występował z braćmi. Dwoma braćmi, a więc mówiono, że występuje "3 Rivels". To wyjaśnia uwagę mojego Niemca. Nie chodziło mu o trzy przedstawienia, ale o trzech braci! Swoją drogą, przecież musiał być na kilku występach, świadczy o tym kolejność zdjęć. Słyszę też, że najlepszy numer Rivela był z krzesłem i gitarą. Ale na filmach go nie ma. Są za to parodie Marii Callas, nuty trzymane do góry nogami, opadające piersi pod czerwoną suknią. Są też fragmenty starszych filmów, jeden z nich, niemiecki, z przedwojennych występów w Berlinie. Komentator mówi o drugiej wojnie i występach Rivela w Niemczech, gdzie kontynuował kontrakty. "Niezależnie od tego, co on sam o tym myślał, świadomie czy nie, popierał ówczesny reżim hitlerowski" - mówi lektor. Po wojnie Rivel wpadł w depresję, przerwał występy i wrócił do Hiszpanii. W latach pięćdziesiątych występował ponownie, wciąż ciesząc się wielką popularnością, szczególnie w Katalonii i rodzinnym Cubelles, gdzie mieszkał. Tam też zmarł.
Nie mogę kupić DVD, gdyż jak mówi moja przewodniczka, rodzina Rivela nie pozwala na kopiowanie. Daje mi za to torbę z informatorami turystycznymi i kalendarz z Rivelem. Wyjaśnia, jak dojść do cmentarza i do pomnika. Ale dziś nie mogę tu pozostać dłużej. Już jestem spóźniony na spotkanie... Przewodniczka pokazuje mi zdjęcia i próbuje wyjaśnić koneksje rodzinne. Nie jestem pewien, czy wszystko dokładnie zrozumiałem. W każdym razie poprzednie wiadomości się dopełniają. Wiem, że córka Rivela była świetną amazonką ("najlepszą na świecie"!) i wyszła za mąż za Alberta Schumanna, zapewne właściciela Schumann Theater we Frankfurcie. Ich syn Benny Schumann jest także światowej sławy cyrkowcem. Schumannowie przenieśli się do Danii, co - jak już wcześniej zauważyłem - wyjaśnia skandynawską fascynację nimi (mój kolega Duńczyk twierdzi potem, że to Duńczycy, ja mówię - to katalońsko-niemiecka para).
W domu oglądam wreszcie Klownów Felliniego. Wersja po włosku z od czasu do czasu francuskimi dialogami, bo rzecz dzieje się we Włoszech i Francji. Są napisy, ale... chińskie. To nic, nie tak łatwo jest znaleźć ten film. Jakoś jest mało popularny, nie jest to najlepsze dzieło Felliniego. Coś jednak z jego geniuszu zostało i tu. Konstrukcja jest następująca: po kilku scenach z chłopięcych wspomnień dawnego cyrku, reżyser ze swoją ekipą, w której wyróżnia się, ale i trochę nuży czytanymi tekstami Anita Ekberg, odwiedza dawnych mistrzów sztuki cyrkowej. Na końcu ukoronowanie: długa scena parodii pogrzebu, w której gra kilkudziesięciu klownów - dużo błazenady, ale i klasycznej sztuki.
Podczas odwiedzin u starych mistrzów nagle gości nas w swoim domu Rivel. Być może miał tu swoje słowo i Fellini - nad barkiem wisi wielka głowa byka, obok hiszpańskie plakaty z korridy i tym podobne, scenografia jest więc odpowiednia. Charlie rozpoczyna od rozmowy z kukiełką wyobrażającą jego samego w stroju klowna, opowiada nieco o sobie i cyrku hiszpańskim. Potem częstuje wszystkich winem, czy też szampanem, wszyscy wznoszą toast: "A la santé!", ale Charliemu wyrywa się: "Prosit!"; na to ekipa Felliniego odpowiada - "Saluto!".
Ale to nie koniec. Rivel pojawia się zza barku w swojej łysinie i z czerwonym nosem, bierze do ręki gitarę, siada na krześle - patrzę pełen napięcia, czekając na jego popisowy numer - robi znane mi już "Auuuu!". Gra przez chwilę na gitarze, ale zaraz kończy. "Auuuu!" - i przenosimy się gdzie indziej.
Nad statkami
W dole widać port. Za centrum kongresowym przy cienkiej linii wychodzących w morze nabrzeży stoi kilka statków. Port jachtowy jest bliżej brzegu, na wschód od miejsca, gdzie jestem. Równe rzędy żaglówek oczekują, aż ktoś nimi wypłynie. Nieco dalej, tuż przy nabrzeżu zacumowany jest zgrabny trójmasztowy jacht - nie mogę dostrzec go stąd dobrze, ale ja wiem. To polska "Pogoria". Wygięty pomost prowadzi do wybudowanego na wodzie centrum handlowego. Najpiękniejszy jest jednak widok na miasto. Widać je stąd wyraźnie w słońcu: wzrok wędruje od pomnika Kolumba wzwyż, wzdłuż schodzącej ku morzu zielonej od drzew alei Ramblas, aż do wzgórz przesłaniających horyzont, napotykając po drodze wieżowce i wieże kościołów. Jestem na Torre de Jaume I i czekam na czerwony wagonik z pierwszej wieży Funicular San Sebastian, który mnie przewiezie do obrzeża parku Montju?c. Z plikiem zdjęć sprzed siedemdziesięciu lat porównuję, co się zmieniło. Zniknęły magazyny za kapitanatem, kiedyś oczywiście nie było ani centrum kongresowego, ani centrum handlowego. W ich miejscu były urządzenia portowe i dziwny okrągły budynek z kopułką oraz niewielką latarnią morską na szczycie. Układ portu pozostał jednak mniej więcej ten sam. Tam gdzie cumowała "Monte Rosa", jest w tej chwili przystań promowa i budynek odpraw, ale za nim rozpoznaję inny budynek, który w 1935 roku był świeżo wybudowany. Na zachód w głąb lądu wznosi się Montju?c. Na starym zdjęciu Friedel właśnie patrzy na niego z miejsca na platformie, które jest blisko mnie, ale ja tam chwilowo nie mogę podejść - dostępu broni szyba i drzwi. Wieża trochę też się zmieniła. Stalowa konstrukcja jest wspaniała. Pokryte nitami elementy, metalowe schodki, elegancja z początku zeszłego wieku, robi na mnie wrażenie. Znów ogarnia mnie radość: to piękne miejsce, szeroki, wspaniały widok. Udało mi się tu dostać, teraz wszystko rozumiem. Ustawiam niemieckie zdjęcia według kolejności i jest już dla mnie jasne. Fotograf, tak jak ja, wszedł na platformę wieży. Z niej - tak jak ja teraz, zrobił zdjęcia portu, potem wsiadł do wagonika i stamtąd z góry sfotografował "Monte Rosę" - unikatowe zdjęcia! Najpierw widać statek od strony morza, z góry, ale jeszcze z boku, dwa kominy, rzędy łodzi ratunkowych, okienka kajut. Po drugiej stronie dźwigi, co najmniej sześć. Dalej na brzegu wielkie skrzynie czekają na załadunek. Drugie zdjęcie - już bliżej dziobu i całego statku. Trzecie - pokazuje tylko skrawek pokładu, ale obok "Monte Rosy" pojawiła się motorówka, pozostawiająca wyraźny ślad na wodzie. Kompozycja zdjęcia jest dobra: statek i motorówka ciekawie ze sobą współgrają. Kolejne dwie fotografie są zrobione już nad środkową częścią statku. Na pokładzie nie ma nikogo. Można zobaczyć naciągnięty jasny materiał przykrywający ściśle łodzie ratunkowe, można zajrzeć do kominów. We wnętrzu górnej części przedniego komina na krzyżowej konstrukcji jest pomost. Na brzegu wzdłuż statku stoją dorożki i widać przechodzących ludzi. Z następnego zdjęcia wynika, że w tylnym kominie nie było pomostu. I już statek jest od drugiej strony, wyraźnie zarysowuje się śródokręcie, fragment dźwigu i kilka osób stojących na brzegu. Potem dalej - część z pierwszym kominem, a zza "Monte Rosy" wyłania się sylwetka innego statku, handlowego, stojącego prostopadle do niej. Bliżej, tuż przy dźwigu, znajduje się trap prowadzący wzdłuż burty na brzeg. Już nie ma statku, widać tylko jakiś mur. Kolejka dowiozła fotografa na wzgórze, ale on wrócił nią później w to samo miejsce, być może urzekła go możliwość szybowania nad statkiem, a być może spieszył się. W drodze powrotnej zrobił kolejne zdjęcia. Tym razem udało mu się uwiecznić wypełnione ludźmi limuzyny stojące przy tylnej części "Monte Rosy", które wyraźnie zaraz odjadą na wycieczki, i być może stąd potrzeba prędkiego powrotu. Te właśnie zdjęcia przeglądałem dokładniej wcześniej. Znów wnętrza kominów i widoczny teraz wyraźnie statek handlowy, przy którym stoją trzy wypełnione towarami pękate łodzie. I wreszcie wieża, na której widać napis "Bar Mirador". To do niej trzeba powrócić.
Teraz ja także wsiadam do czerwonego wagonika, który już dotarł od pierwszej wieży. Poniżej nie ma oczywiście "Monte Rosy", ale obok stoi duży prom z basenami na pokładzie i ustawionymi na nim stolikami. Fotografuję go z góry, przepełniony zapewne podobną radością, jak kiedyś mój Niemiec. Wagonik rusza, wszystko się zmienia, jak kiedyś, nagle widzę w dole po drugiej stronie ulicy ten sam dziwny fragment muru przy ulicy, o którym nie wiedziałem, czym jest - teraz wiem na pewno: to część schodów prowadzących na górę. Po siedemdziesięciu latach wyglądają niezmienione. Kolejka staje. Wysiadam. Znów odkrycie. Zdjęcie przedstawiające urządzenie podobne do grilla z przyrządzanym właśnie kurczakiem, przy którym zatrzymał się współtowarzysz fotografa, zrobione zostało na platformie, przy restauracji. Teraz widać to z całą pewnością, dostrzegam nawet czubek wieży, który wcześniej nie zwrócił mojej uwagi.
Ja jednak nie wrócę tą samą drogą. Spróbuję odnaleźć jeszcze pomnik Rivela, o którym mówił Victor, a potem dokonam kolejnych, ostatnich już w czasie tego pobytu prób dotarcia do innych miejsc ze zdjęć.
Nie, o pomniku nikt nie słyszał. Obszedłem park, schodząc w dół, ale znajomej postaci nie zobaczyłem. Dalej także miałem pecha: odnalazłem co prawda gotyckie rzeźby dwóch apostołów na zewnętrznej ścianie starej katedry, ale zakryte, w remoncie. Z pewnością to jednak one, te same! Robię im zdjęcie - figury z trudem można rozpoznać pod przykrywającą je siatką. Naprzeciw katedry jest hotel "Colón". Robię mu zdjęcia ze wszystkich stron, szukam podobnych markiz. Czy to ten hotel? Nazwę ma tę samą. Robi się późno. Dalej. Do Muzeum Sztuki Dekoracyjnej dotarłem w momencie zamykania.
Pech? Nie. Nie zapomnę przejazdu Funicular nad wyimaginowaną "Monte Rosą" i z widokiem na port oraz całe miasto. Nie zapomnę Esparreguery i księżycowych widoków Montserrat. Nie zapomnę "Auuu" Rivela w muzeum w Cubelles.
POCZĄTEK. GRUDZIEŃ 2005
Leży przede mną album. Ma 48 kart z woskowanego papieru. Każda dzieli się na cztery części, tworząc miejsca do przechowywania klisz fotograficznych. Małoobrazkowe klisze cięto na fragmenty do dziewięciu klatek. Na karcie mogło się więc ich zmieścić 36. W całym albumie 48 razy tyle, czyli 1728 klatek. Pod warunkiem, że cięło się równo i wypełniało wszystkie miejsca. W moim albumie większość "linii", jak je nazywam, jest wypełniona, ale niektóre są puste, a w jeszcze innych są fragmenty kliszy zawierające tylko dwie, trzy, sześć klatek. Jest tu jednak około 1500 zdjęć, czyli niemal komplet. Na pewno ponad 1000. Filmy to biało-czarne negatywy. Ponad tysiąc biało-czarnych zdjęć.
Album ma tekturowe okładki i grzbiet. Na dole po stronie wewnętrznej widać kroplę zaschniętego kleju. Na dole od zewnątrz w dwóch miejscach ktoś dla pewności okleił grzbiet taśmą. Na ciemnej, w kolorze burej szarości okładce można przeczytać z wytartych złotych liter: "Kleinbild Filmstreifen Album" i poniżej: "bis 40 mm breite Sreifen". Jeszcze niżej - jak się domyślam - nazwa i znak producenta "D.A.-G.M". Album jest niemiecki.
Nie znam niemieckiego, tylko podstawy gramatyki i trochę słówek. Nie wiem, czy w zapisie jest błąd - w moim słowniku nie znajduję "Sreifen". To jednak nieważne. Gorzej, bo w środku niektóre z linii kart są opisane - piórem, kredką lub specjalnym ołówkiem - także po niemiecku. Delikatnie rozchylam strony: na samej górze pierwszej karty zapisana jest data: 19/20 II 35. To co mam przed sobą, to niemiecki album sprzed siedemdziesięciu lat. Jego właścicielem był Niemiec, który nie mógł przypuszczać, że kiedyś, po takim czasie - wtedy pewnie niewyobrażalnym - jego album wpadnie w ręce Polaka z Warszawy. Moje.
Ten album nie jest mój. Pochodzi ze wschodniej Polski, skąd wywodzi się moja rodzina, jednak to nie od niej go otrzymałem. Pożyczył mi go kolega, który dostał go od miejscowego gospodarza przy wykonywaniu jakichś prac. Nic nie wiem o tym gospodarzu, album, skoro pożyczony, to pewnie tylko na jakiś czas. Trzeba się spieszyć, najlepiej jak najprędzej zeskanować zdjęcia i zapamiętać je w formie umożliwiającej dalszą obróbkę. 1500 klatek to dużo. Na szczęście mam w domu skaner.
Gospodarz podobno nic nie wiedział o tym Niemcu. Album był w posiadaniu jego ojca, który już nie żyje. Kolega natomiast sugeruje, że na zdjęciach jest między innymi Mussolini. Nie wiem, czemu natychmiast uznaję, że Niemiec był oficerem. W czasie wojny na tych terenach stacjonowały różne sztaby, wojsko maszerowało na wschód i zachód. Niedawno usłyszałem kilka interesujących opowieści o tych czasach, więc wyobraźnia podsuwa natychmiast gotowy schemat.
Album. Część czyjegoś życia. Tajemnica. Szeleszczą pożółkłe, powoskowane strony. Wiem, że wejdę między nie, wejdę w świat stworzony przez anonimowego fotografa. Klisze mógł ktoś oglądać, ale pozytywy zobaczę pewnie po raz pierwszy od czasu wojny. Już teraz podejmuję decyzję. Spróbuję zidentyfikować ich autora.
PRÓBY I WCZYTYWANIE. STYCZEŃ 2006
Dokumentacja i pierwsze obrazy
Taka liczba zdjęć wymaga systematycznego podejścia. Zaczynam od dokumentacji. Fotografuję okładki, a następnie kartę po karcie. Okazuje się to bardzo prędko przydatne, gdy po przypadkowym zamknięciu się stron próbuję odnaleźć miejsce, do którego ma wrócić wcześniej wyjęty film.
Każda klatka musi być jednoznacznie zidentyfikowana. Najłatwiej jest to zrobić przez podanie numeru strony, numeru linii i numeru w kolejności na fragmencie taśmy (od strony lewej). Na przykład P03L1N02 oznacza drugie zdjęcie w pierwszej linii na stronie trzeciej.
Opisy są tylko na niektórych stronach. Pierwsze z nich są wykonane piórem, część ołówkiem, wreszcie - i te widać najlepiej (co z tego, kiedy dopiero pod koniec) - kredką lub specjalnym ołówkiem pozostawiającym niebieski ślad. Te ślady czasem giną: wyglądają jakby wytarły się same od ocierania o sąsiednią stronę. Potem odkrywam również takie, jakby właściciel zmienił zdanie i sam starał się je wytrzeć, może czymś mokrym, po to, aby przegrupować klisze. Widać tylko pojedyncze litery albo zamazane fragmenty słów. Część - być może - z poprzedniego ułożenia.
Patrzę na pierwszą stronę. Oprócz daty w górnych liniach widzę wyraźne odnośniki do Hamburga: "Hamburger Hafen", "Hamburger Hauser", ale też "Nordsee Wellen" i "Winterlige? Wald in Rain...". Wszystko pisane piórem, oprócz "fala Morza Północnego", które zostały dopisane kredką.
Razem z kolegą robimy próbę - wczytujemy pierwszy odcinek filmu. Na kilku klatkach dostrzegamy wyraźnie port i stojące w nim statki. Zdjęcia są dobrze skomponowane i ciekawe - widać duże liniowce, z tyłu jakiś żaglowiec. Na kilku klatkach sosnowy las w zimie. Teraz robimy kolejną próbę - próbujemy wczytać tę kliszę przy różnych ustawieniach parametrów skanera. Ostatecznie decydujemy się na jeden z wariantów. Teraz mogę już wczytywać!
Daty pojawiające się w opisach dotyczą lat 1934-1938. Czasy sprzed drugiej wojny światowej, która przeorała życie milionów ludzi, życie mojej rodziny, zapewne życie autora tych zdjęć. Jak to się stało, że znalazł się na polskim Podlasiu? Jaki szlak przeszedł wcześniej? Czy przeżył?
Patrzę na otwarte strony. Gdyby wpadł mi w ręce podobny album jakiejś polskiej rodziny z Kielc, czy pochłonął by mnie tak dalece, jak ten? Czy z równą ciekawością bym go oglądał? Ten album jest niemiecki. To jest dużo bardziej intrygujące. Znam setki losów polskich, naczytałem się też historii o polskich Żydach. Ale tu? To jest album wroga. Nie wykluczam, że dosłownie, bo pewnie w czasie, gdy on - oficer? - przebywał na Podlasiu, mój ojciec - być może kilkanaście kilometrów obok - znajdował się w oddziale partyzanckim, mogli nawet strzelać do siebie. Kto zaręczy, że "mój Niemiec" nie był zbrodniarzem wojennym? Kolega mówi o zdjęciach z Mussolinim, kim więc on był?
Przyglądam się opisom. Przepisuję je bez zastanowienia, wiem, że robię błędy, ale staram się, aby dokładnie zapisać to, co widzę. Wielu słów nie rozumiem, często odnajduję tylko ich słabo czytelne fragmenty. "Hagenback". Pusta strona. "Lissabon", "Gibraltar", "Pferderennen", "Ceuta", "Yacht vor V span Kuste". Pusto, zatarte i wytarte słowa. Prawie nic przez ponad pół albumu. Pod koniec napisy pojawiają się znowu: "3 Rivels", "Schumann Theater", "Ilmenau", "Sonnenberg", "Ball d Nationen", "Metropol Theater", "Onkel Hugo", "B. v N.", "Scala russ. Ballet". "Susi Nov 35", "Frievel", "Winter 35/36". "Circus Busch Febr 36", "Oppeln Marz 36", "Ziegen in Breslau", "Breslau", "Ratschenberg", "Frievel", "Ausflug mit Kornicks". "Luftbar Altheive", "Tennisplatz", "Trachten zum Zug", "Donau", "Feher es Fekete", "Budapest bei Nacht", "Elisabeth Brucke u Donau", "Revue in Budapest", "Ball der Nationen", "Rotwild auf i Lonyhohe", "Passau April 38", "Millelualve", "Passau", "Schwarzenbach", ostatnia linia to "Mergentheim".
Chyba dużo jeździł. Lizbona, Gibraltar, Ceuta (gdzie jest Ceuta? A, kolonia hiszpańska w Maroku), Budapeszt. Passau. Po polsku Pasawa, w Bawarii. Był dyplomatą? Próbuję zobaczyć, gdzie brakuje klisz i zaznaczam to innym kolorem w mojej tabeli. Głównie brakuje w "Ball d. Nationen", jest też pusta linia, na której napisano "Wehrmacht". Czy to były najciekawsze zdjęcia i dlatego ktoś je zabrał lub przełożył gdzieś indziej? "Ball" to bal, "Bal narodów" to pewnie jakiś rodzaj balu sylwestrowego - w albumie pojawia się w kilku miejscach, więc może odbywał się kilka razy? Oficjele, może ważni goście: Hitler, Mussolini. Akurat wielu tych linii brakuje. A "Wehrmacht"? Kto te klisze wyjął? Sam autor, czy może ktoś później?
Skąd pochodził? W takim albumie powinny znaleźć się zdjęcia z domu, okolic. Pasawa? Znajduję jednak też Wrocław, a nawet Opole. I nazwy, których w ogóle nie znam: Ratschenberg, Schwarzenbach. Co to znaczy "3 Rivels"? Rewie, wyścigi konne. Kiedyś jeździłem dużo na Węgry, więc nawet rozumiem "Fehér és Fekete": białe i czarne. Może on mówił po węgiersku? A "Białe i czarne" to może nazwa jakiegoś kabaretu?
Przy okazji odkrywam, że w oznaczeniach stron jest pomyłka. On także próbował je numerować, ale moja numeracja różni się. Na mojej stronie dwudziestej drugiej pojawia się u niego numer 23. Na dwudziestej i dwudziestej pierwszej u niego nie mogę znaleźć numerów, na dziewiętnastej numery zgadzają się. Uważnie sprawdzam album, ale nie widać, aby brakowało kartek, żadnych śladów zniszczenia. Więc chyba to on się pomylił. Ostatnia ponumerowana przez niego strona ma numer 38 (moja 37), nie można więc sprawdzić, czy album z założenia miał 48 czy 50 kartek.
Do tej pory, dzięki pierwszym obejrzanym zdjęciom z kliszy, wprowadzeniem do jego świata był dla mnie Hamburg. Trochę zniszczone, wczytane jako kolorowe klatki z pierwszej linii w brązach i sepii pobudziły moją wyobraźnię i ciekawość. Daleki i wielki Hamburg, z dymiącymi kominami, wielkimi liniowcami przy nabrzeżu, holownikami uwijającymi się między statkami. Piękne zdjęcia, co będzie dalej?
Na początek, opracowując metodę wczytywania fragmentów dziewięcioklatkowych, na jakie podzielony został film (wtedy klisze były na ogół 45-klatkowe), wczytuję krótsze filmy, do sześciu klatek. Od razu widzę: to będzie układanka, bo klisze są poprzekładane i nie pasują do opisów. Tak, są strony, na których chyba wszystko jest jak należy, ale na innych, tam gdzie miały być egzotyczne kraje, odkrywam swojsko wyglądające zimowe krajobrazy.
W miarę wczytywania napotykam skoki tematyczne i geograficzne: starożytne ruiny, potem nagle rozpoznaję katedrę kawalerów maltańskich z La Valetty. Następnie kobieta z psem i brzoza w nieopisanej linii albumu. Potem miasto z placem pośrodku. Potem hotel, ale z nazwą wypisaną odwrotnie, długo sprawdzam, czy klisza była dobrze ułożona (przy skanowaniu musi być częścią matową do góry). Dobrze, tylko zdjęcie zostało zrobione od strony hotelu na zewnątrz kawiarni - dlatego daszek z napisem "Hotel Colón" widać z odwrotnej strony. Hotel "Colón" - pamiętam taki w Barcelonie, więc to Hiszpania? A może Włochy? Opis tego nie wyjaśnia, z trudem odczytuję "Nizza" i "Rex". Na kolejnej klatce przedstawienie: na scenie ustawieni w rzędach ludzie, nad nimi na kotarze reklamy. Rex - to król? Który król, hiszpański? Nizza to Nicea, ale napisy są po hiszpańsku, więc się nie zgadza. (Swoją drogą to ciekawe, reklamy na kurtynie, podwieszone nad sceną w trakcie przedstawienia!). Może to gala dla króla hiszpańskiego? Ale jakiego króla - jesteśmy właśnie w okresie republiki, przed wojną. Na kolejnych zdjęciach pojawiają się zaśnieżone ścieżki, postacie idące drogą, zamek. Nie ma żadnych oficjeli - tylko na jednym ze zdjęć odkrywam kawalkadę samochodów limuzyn. Wypatruję flag, jakichś znaków, ale nie widzę nic.
Wczytuję co najmniej jedną kartę dziennie. Odbywa się to raczej wieczorem, bo przecież pracuję i mam inne zajęcia. W pracy zaczynam być śpiący, mimo tego, co tam się dzieje, a jest to dla firmy ważna część roku i trwają gorączkowe podsumowania i planowanie. Co wieczór odkrywam coś nowego i żyję tym, co będzie dalej.
Zauważam, że jeśli wyjmie się kliszę do skanowania, to czasem można odczytać lepiej tekst opisu na linii; niektóre litery i słowa na woskowanym papierze dopiero wtedy stają się widoczne. Być może, opisują dawne ustawienie fragmentów filmu, ale i tak dają jakąś informację. Oglądam karty na nowo, oświetlam je na kilka sposobów i zapisuję odczytane z trudem skrawki słów. Obraz trochę się dopełnia. Również dlatego, że zaczynam się przyzwyczajać do pisowni i lepiej interpretuję różne znaki. Na przykład "v" to nie "v", ale tak pisane "d". Teraz nabiera sensu zmiana "Frievel" na "Friedel", Friedel to jest imię żeńskie. Podobnie "B.v N." to "B.d N" i skrót od "Ball der Nationen". Friedel brzmi znajomo, jak Frida.
Powoli z chaosu wyłania się porządek. Nazwy śródziemnomorskie odnoszą się do wycieczki. Widać towarzystwo na pokładzie statku, leżaki, rozmowy, zabawy. Fale. Porty, nadmorskie miasta, zabytki, ulice. Na ulicach ludzie, korowody, celebruje się jakieś święta. Na jednej z klisz Arabowie, na pozostałych pewnie to, co zapowiada opis: Lizbona, Gibraltar, Malta. Później odczytane, a wcześniej niewidoczne nazwy: Cagliari, Amalfi - Włochy. Na pewno Barcelona - na jednym ze zdjęć rozpoznaję panoramę miasta i pomnik Kolumba, w głębi Ramblas.
Przedstawienia, teatry, variétés. Znajduję zadziwiająco dużo zdjęć z takich imprez. Chyba nie jest to sztuka wysokiego lotu: klowni, tańczące panienki, raczej czysta rozrywka. Jak on robił te zdjęcia w czasie występów, przecież to musiało przeszkadzać? Może nie tak bardzo, jeśli stosował czułe filmy, a nie ówczesne lampy błyskowe.
Dużo krajobrazów górskich lub podgórskich, wiosennych, letnich i zimowych. Wśród nich bardzo często pojawia się Frida, najczęściej w towarzystwie Chiki, swojego psa. Tak często, że prędko dochodzę do wniosku, że to żona autora zdjęć. Oto Frida i Chiki przy drodze, a oto na brzegu łąki, z której rozpościera się widok na góry i miejscowość w głębi. Jaką?
Rozpytuję o przeczytane wcześniej, a także teraz odczytywane przy innym oświetleniu nowe nazwy, szukam też ich w Internecie. Mama mojej przyjaciółki Joli pochodzi ze Śląska. - Ratschenberg? Czy to może od Raciborza? A Kaltwasser to pewnie Zimna Wódka, była taka niedaleko.
Nie, Racibórz nazywał się przed wojną Ratibor, Zimna Wódka (nazwa mogła właściwie być tak przetłumaczona) istnieje, ale miejscowości Zimna Woda, o przedwojennej nazwie Kaltwasser jest kilka, wszystkie w południowo-zachodniej Polsce. Więc Sudety, Dolny Śląsk? Krajobrazy to potwierdzają, zdjęcia z Wrocławia i Opola też o tym świadczą. Docieram do starych nazw dolnośląskich, źle wcześniej przeczytane "Altheive" można teraz zrozumieć jako Altheide, a raczej Bad Altheide - to Polanica-Zdrój.
Już wiem na pewno, że klisze są przemieszane, z jeszcze jednego powodu. Opisy na niektórych stronach sugerują logiczną chronologiczną całość, więc klisza powinna zostać pocięta i włożona do "linii" po kolei. Ale tak nie jest. W moich tabelach, które powoli się zapełniają, zapisuję nie tylko zawartość każdej linii i klatki, lecz także rodzaj filmu oraz numery klatek. Na brzegach wywołanych klisz zapisane są nazwy i cyfry. Większość nazw to: Kodak Panchro, Kodak Panchromatic, Kodak Panatomic, Kodak Eastman Nitrate Film Panchromatic. Czytając opisy, spodziewam się kolejnych fragmentów tej samej kliszy. A tu - nie. Po Kodaku pojawia się nagle Agfa i to z czymś zupełnie innym.
Czekam, co przyniesie kolejna ramka, do której włożyłem nowe cztery klisze. Najpierw widzę mały obrazek wszystkich klatek po wstępnym wczytaniu. Potem, aby przygotować każde ze zdjęć do skanowania i określić jego granice, powiększam je; widzę więc każde z nich. Czasem są to kolejne widoki Sudetów, czasem coś innego. Niecierpliwię się. Gdzie ten Mussolini, dokąd znów wybrał się fotograf? Mussoliniego nie ma, ale zdarzają się niespodzianki.
Hitlerowiec
Noc, na stole świeci się lampka, szumi komputer. Gdy przechodzę do strony szóstej albumu, nagle znajduję się w jakimś miasteczku. Jest - jak podejrzewam - rok 1935, może 1936. Wynika to z dat w opisie, zdjęcia z tej strony wyglądają na dość wczesne. Na pierwszej klatce widzę starszych państwa, dwie pary stojące na trawie pod drzewem - dalej widać parter domu i fragment pierwszego piętra. Obie pary ubrane odświętnie, należą chyba do lepszego towarzystwa. Kolejne klatki przenoszą mnie na Rynek miasteczka, w sam środek święta. W bryczce powożonej przez stangreta w cylindrze siedzą trzy starsze damy, każda z wachlarzem, pewne siebie spojrzenia. Obok biegną chłopcy, co znamienitsi obywatele pozdrawiają panie, a te łaskawie odpowiadają. Najważniejsza jest kobieta siedząca na przedzie, to do niej też skierowane są hołdy. Bryczka jest udekorowana liśćmi dębowymi i chorągiewkami ze swastyką. Za bryczką widać spoglądających w jej stronę ludzi - przebrane na ludowo dziewczęta, ulicznych gapiów. Miasto przybrane jest hitlerowskimi flagami i transparentami, których treści nie mogę odczytać mimo wielokrotnego powiększania. Jeden z nich przedstawia karykatury, też nie widać dobrze czyje. Część napisów jest zawieszona przy otwartych sklepach i stoiskach, te - niektóre z nich mogę odczytać - zachwalają towary, np. piwo lub kuchenki gazowe. Dalej widać sam Rynek z góry, fotograf stanął wyżej. Wzdłuż podcieni ustawiono drewniane stoły, przy których siedzą już ludzie. Z prawej sam brzeg dużego budynku, pewnie ratusza. Cały plac wypełniony jest odświętnym tłumem, jest chyba wiosna, ludzie w koszulach, garniturach. Coś się ma stać, a może już się stało, ale ludzie wciąż leniwie zostali jeszcze, stojąc i siedząc przy stołach. Są tu całe rodziny, niektórzy przyjechali na rowerach. Z okien zwieszają się flagi, trójkolorowe i te ze swastykami. Nagle wzrok mój kieruję na udekorowany balkon - tam wisi najwięcej flag hitlerowskich - i zamieram. Z balkonu patrzy na mnie hitlerowiec w koszuli i krawacie. Tak, mam wrażenie jak ze złego snu: jestem tam w środku, a on patrzy na mnie. Przesuwam następną klatkę - podobne ujęcie, ale teraz ze środka piwiarni na świeżym powietrzu urządzonej na wysokości pierwszego piętra, widać stojące kufle i pijących ludzi, obserwują, co się dzieje niżej. Balkon jest pusty - hitlerowiec zniknął. Obok balkonu, w oknie, jak na poprzedniej fotografii, siedzi kobieta. Spokojne, leniwe święto. Ostatnia klatka: kobieta w białej sukni stojąca pod drzewem, chyba lipą, na schodkach - może piwiarni? - tyłem do fotografa, w kapelusiku, patrzy na tłum. Tę sylwetkę już rozpoznaję, to Frida. Koniec czwartej linii szóstej strony. Następna to kolejne widoczki pagórków.
Kim był?
Jak on wyglądał? Na kliszach przewija się kilka osób. Skoro byli razem, na pewno robili sobie wzajemnie zdjęcia. Stosunkowo młody człowiek, lekko podcięta fryzura z tyłu. Często z aparatem. A może trochę starszy, który na zdjęciu z jakimś Arabem - może Marokańczykiem, bo w fezie - słucha, co tamten mówi, z lekkim uśmiechem, jakby pobłażania - no tak, mów sobie, mów... Albo okularnik na śniegu. A może mężczyzna na leżaku na statku, lekko zacięte usta, krótkie spojrzenie za burtę - wygląda jakby właśnie pokłócił się z kobietą stojącą obok; ta patrzy niepewnie na niego: co będzie dalej? Tak, ale to inna kobieta, nie Frida. Na jednej z taśm trafiam nagle na scenę z basenu na wolnym powietrzu: mężczyzna skacze w koszuli, krawacie, spodniach i butach z trampoliny do wody. Dwa takie zdjęcia. Potem pod prysznicem: najpierw kobieta, potem mężczyzna - czy to przypadkiem nie ten "młodszy" ze statku? Ha - widzę go tu całego i zdjęć z nim jest chyba pięć, tyle tylko, że twarz lekko przysłonięta strugami wody z prysznica. Oprócz tego nawet mięśnie widać dobrze. Więc to pewnie ON - a kobieta - może to Frida, chociaż trudno ją rozpoznać, gdyż czepek kąpielowy przykrywa włosy, a twarz jest zbyt daleko.
Któregoś dnia zaprosiłem do siebie kilkoro przyjaciół, wśród nich Witka i Elę zajmujących się profesjonalnie fotografią. Witek jest jednym z najlepszych polskich fotografów. Opowiedziałem im, co robię i przeszliśmy do komputera. Po obejrzeniu wyników mej pracy, Witek spytał: "Ile jest tych zdjęć? Myślę, że spośród nich wszystkich sześćdziesiąt dobrych mógłbyś wybrać. Dobrych w sensie dobrych artystycznie". Ela dodała: "To był amator. Zdjęcia są jednak ciekawe i widać, że można badać różne historie z nimi związane". Witek nawet zaproponował nawiązanie kontaktów z osobami, które interesują się podobną tematyką. Spytał jeszcze, jak wczytuję klisze i zasugerował zmiany: "Potraktuj je jako czarno-białe i z taką ilością bitów, żeby wystarczyło do drukowania". Widząc moją minę po tym, jak wspomniał o biało-czarnym wczytywaniu, dodał: "W sepii wszystko wydaje się piękniejsze, ale nie ma co trzymać takich wielkich plików - to nic nie daje".
Ciągle nie analizuję jeszcze zdjęć, staram się wczytać je wszystkie. Sudety wciąż mieszają się z krajami śródziemnomorskimi, sceny rodzinne, dość rzadkie, z występami rewiowymi. Polityki nie widać, czasem tylko gdzieś na słupie czy statku dostrzegam flagę ze swastyką. To zawsze mnie elektryzuje. Dlaczego mnie to dziwi, to flaga państwowa, w takim miejscu, w takiej sytuacji, to przecież normalne, że ktoś ją zawiesił. To zdjęcie jednak nie jest już dla mnie neutralne. Swastyka ma w sobie zbyt wiele treści.
Któregoś dnia odkrywam zdjęcie cmentarza. Zatrzymuję się przy nim. Jest szansa, że dowiem się czegoś o moim fotografie. Nad grobem figura, niżej kamienne wstęgi, na których wypisano nazwiska i epitafia, widać kilka grobów obok. Powiększam klatkę i na samym szczycie napisów odczytuję: Hans Gottfried Kahl. Daty z XIX wieku. Sprawdzam w Internecie - była taka osoba: Hans Gottfried Kahl urodził się na jednej z wysp na Bałtyku, był właścicielem ziemskim. Dlaczego mój Niemiec zrobił to zdjęcie, czy dlatego, że grób był malowniczy, czy był z tą osobą spokrewniony? Żadnych Kahlów w Sudetach na razie nie znajduję, w Internecie nie ma też nic więcej ciekawego na ten temat. Nie ma nawet śladu, że Hans Gottfried zmarł w tych okolicach; bo gdzie właściwie zostało zrobione to zdjęcie: w Sudetach, czy gdzieś indziej? Jest tylko jedno takie, inne groby nie zostały sfotografowane.
Kamieniec
Inne odkrycie to Kamieniec. Jeszcze z Witkiem zastanawialiśmy się nad tym, jaki zamek, czy może raczej pałac występuje na niektórych zdjęciach. Wyglądał oryginalnie i dość elegancko. Styl neogotycki, wieżyczki może nieco dziwnie zaprojektowane - jakby ustawić walec mniejszy na większym. Ażurowe, z prześwitami, sprawiające wrażenie leciutkich, bramy i podwórzec. Całość miała swój wdzięk i urok. Wokół stały fontanny, sfotografowane dwa razy: raz, kiedy nie działały i drugi, kiedy tryskała z nich woda. Z pałacu widać było zalesione wzgórza, a dalej domki. Odnosi się wrażenie, jakby fotograf był tam gościem: ludzi nie ma, tylko raz widać przechodzącą postać. Brakuje zdjęć ze środka, są tylko robione od strony krużganków na zewnątrz. Nikt z nas nie widział takiego pałacu.
Notując nazwy widoczne wśród opisów natknąłem się na "Kamenz". Internet wskazał mi kilka możliwości, jedną w Saksonii, niezbyt nawet daleko, a drugą w Polsce, właśnie w Sudetach: Kamieniec Ząbkowicki. Wszedłem na strony gminy i nagle na jednym ze zdjęć - widzę mój pałac! On istnieje i to w Polsce. Czytam gorączkowo: Kamieniec był własnością Marianny Orańskiej, córki Wilhelma I Orańskiego i Fryderyki Luizy Pruskiej, żony syna króla Fryderyka Wilhelma III, księcia Fryderyka Albrechta Pruskiego. Zlecenie budowy pałacu uzyskał w 1838 roku Karl Friedrich Schinkel, znany architekt, którego muzeum istnieje obecnie w Berlinie. Nie doczekał on końca budowy, zmarł w 1841 roku, trzy lata przed jej finałem - dzieło kończył Ferdynand Martius. Do roku 1940 pałac pozostawał własnością potomków księcia Albrechta, a więc gdy "mój" Niemiec robił tam zdjęcia, to oni jeszcze w nim mieszkali. Dnia 8 maja 1945 roku obiekt zajęli Rosjanie, którzy go rozgrabili, a 10 lutego 1946 roku pałac podpalono. Dopiero niedawno znalazł się prywatny inwestor, który rozpoczął odbudowę i umieścił tam hotel. Na zdjęciach budowla wygląda dość dobrze, chociaż daleko jej do stanu ze zdjęć z albumu. Na niemieckich stronach (z trudem próbuję je czytać) pisze się o rosyjskich i polskich grabieżcach; polscy przenieśli podobno marmury, między innymi do Warszawy. Ciekawe. Przecież mogę tam pojechać i nawet przenocować w hotelu. A te marmury w Warszawie to gdzie? Dzwonię do Witka - "Znalazłem zamek!".
Jelenia Góra
Wciąż skanuję album, nie doszedłem jeszcze do końca, choć zostało już niewiele filmów. Wczytuję kolejne strony. Dość ciekawe, ale bez rewelacji. Mussoliniego chyba nie będzie. A to co? Strona czterdziesta: "R.G. Woche in Hirschberg". Hirschberg to Jelenia Góra, Woche to tydzień. Wielki Tydzień w Jeleniej Górze? To niemożliwe, jest tu i data - Juli 36. Wielki Tydzień nie odbywa się w lipcu. Na zdjęciach rzeczywiście święto - parada na ulicach, ludowe stroje. Myślę, co może oznaczać skrót "R.G.". Już wiem: Riesengebirge to Karkonosze. Więc to "Tydzień Karkonoszy" w Jeleniej Górze! Na rynku ustawione stoły, mnóstwo ludzi w ludowych strojach - fotograf specjalnie ich wypatrywał. Kobiety w czepkach, panowie w śmiesznych kapeluszach, ubiory niezbyt przypominają stroje, które widziałem do tej pory na podobnych imprezach u nas. Widać orkiestry, odbywa się przemarsz, różne grupy defilują po rynku, idą także wzdłuż torów linii tramwajowej - więc przed wojną po Jeleniej Górze jeździły tramwaje! Znów w różnych miejscach powiewają flagi ze swastyką. Nie odczuwam tu jednak napięcia. Po prostu atmosfera święta. Oto chłopiec z lodami biegnie w stronę fotografa. Pod szyldem sklepowym z napisem HERMANN znajduję wśród gapiów dwie sympatyczne, uśmiechnięte w naszą stronę twarze mężczyzny i kobiety. Oto starszy mężczyzna ubrany w strój myśliwski posila się wraz z żoną, kilka zdjęć po kolei. Sprawdzam zapis na liniach: "Trachten um Zug", "Lisa", "Inge", "Guenther", "Ob bayr", "Trachten i. Hirschberg". Nie wszystko dobrze widoczne i zrozumiałe. "Trachten um Zug" dotyczy pochodu, ale imiona? Kto jest Lisą, a kto Inge? "Ob bayr"? Może to dotyczy myśliwego, może odnosi się to do jego funkcji albo zwyczajowej roli? Na przykład może to król kurkowy, tradycyjnie wybierany mistrz w strzelaniu, jest obwieszony różnymi odznakami. "Bayr" kojarzy mi się z Bawarią lub gospodarzem, ale co by tu miała robić Bawaria?
Końcowe opisy raczej zgadzają się z zawartością klisz. Strona 42 i 43 to Budapeszt. Bardzo dużo zdjęć mostu Elżbiety, parlament, widok miasta. Znów jakieś występy. Szybowce, wyścigi kłusaków. Dalej trafiam na wreszcie wypełniony kliszą fragment opisany jako "Bal Narodów". Rozczarowanie. To nie jest żadna uroczystość z oficjelami, to znów występ czy rewia. Nie będzie nic z polityki. Już tylko kilka stron do końca.
Święta i ON. Otwarte okno
Na kliszach znów widać pagórki. Zima, ślizgawka. I nagle niespodziewana nagroda: bożonarodzeniowa choinka, a przy niej rodzina. Kilka zdjęć jedno po drugim. Frida, druga kobieta, którą chyba widziałem gdzieś wcześniej. I ON. Tylko że to nie ten ze statku i z podróży z aparatem, o którym myślałem wcześniej, że jest autorem zdjęć. Nie - to Okularnik, teraz elegancko ubrany. Szczupły, łysiejący, około czterdziestki. Na kolejnych fotografiach do Fridy dołącza młody chłopak. Więc to ich syn. Dlaczego nie widziałem go wcześniej? Chłopak czyta książkę, rozmawiają. Ze zdjęć emanuje spokój i ciepło rodzinne. Na skrawku innej kliszy odnajduję jeszcze dwie klatki z choinką, tym razem nieostre, chyba robił je ich syn. Nie wiem, skąd kojarzę jego imię z chłopcem biegnącym z lodami w kierunku fotografa w Jeleniej Górze: Guenther. Może to on, ale młodszy? To chyba niemożliwe - w opisie czytam: "Weihnachten 36" - Boże Narodzenie 36, więc to ten sam rok. Na dwóch nieostrych klatkach widać JEGO i Fridę, uśmiechniętych, zajętych rozmową. W tle rozpakowane już prezenty, chyba koszule, na pewno coś jeszcze wśród świątecznych papierów.
Więc go mam. Wiem, jak wygląda. Wiem, że prędzej czy później go znajdę, będę wiedział, kim był i co robił. Strona czterdziesta szósta. Pozostały jeszcze dwie, ale nawet jeśli tam nic nie znajdę, tylko widoczki pagórków, to jednak coś już uzyskałem, punkt, z którego mogę ruszyć dalej.
Na ostatnich stronach już wcześniej znalazłem nazwy "Passau", "Schwarzenbach", "Mergenheim", "Millelwalde". Passau to Pasawa w Dolnej Bawarii niedaleko Austrii, sprawdzałem już wcześniej, innych miejsc na razie nie szukam. Kolega z Niemiec oglądając ze mną skany z filmów powiedział: "Pasawa - to miasto trzech rzek". Rzeczywiście, tak wszędzie opisuje się Pasawę: przepływa tu Dunaj, Inn i Ilz. Na zdjęciach widać wzgórza, rzeki, mosty i dużo kościołów z prostymi mierzącymi w niebo wieżami lub charakterystycznymi, cebulowato zaokrąglonymi dachami. Wąskie uliczki, na których bawią się dzieci, pościel wietrzona w otwartych oknach. W Internecie i przewodnikach znajduję potwierdzenie: to na pewno Pasawa, ciekawe i malownicze miasto. Wśród zdjęć jest kilka, na których są ludzie. Oto młody człowiek na drewnianej wieży, z której wraz z fotografem obserwują miasto. Widać go z bliska, w jasnym płaszczu i czapce, oświetlony promieniami słońca wpadającymi od tej strony do wieży. W dole poniżej płynie rzeka. Czy to ta sama osoba, którą było widać na zdjęciach z Bożego Narodzenia? Chyba nie. Przyglądam się profilowi twarzy, czapka skrywa włosy; jeśli to on, to nieco starszy i trochę zmieniony. I jeszcze zdjęcia przedstawiające trzy kobiety idące wiejską ulicą. A może to nie wieś, tylko przedmieście Pasawy. Wzdłuż drewnianych płotów i żywopłotów, z lewej strony wyczuwa się obecność rzeki, droga powoli się wznosi. Na pierwszym widać tylko dwie z kobiet, daleko z tyłu dwie inne, ale przypadkowe. Na kolejnych dwóch zdjęciach widać już trzy panie - może siostry? Z rodziny fotografa, czy może stare znajome? Chyba nie są dokładnie w tym samym wieku. Ubrane dość ciepło, w palta i kurtki, nakrycia głowy, spódnice do pół łydki. Śmieją się do naszego Niemca, który, aby zrobić te fotografie z marszu, musiał iść tyłem, pewnie żartowali. "Uśmiech poproszę!". I rzeka, szeroko rozlana, może to Dunaj. Czasem widać jakąś łódź. Jedziemy dalej...
Na kliszach występują stare drewniane budynki z podcieniami, bardzo ciekawa architektura. Te zdjęcia są ładne. Pod podcieniami bawią się dzieci. Dalej - roztopy - przez wieś wśród kałuż idzie mężczyzna z rowerem. Wieża kościoła nad rzeką. Kobieta w białej bluzce w groszki.
Wśród ostatnich zdjęć obraz zrobiony z wnętrza mieszkania. Otwarty balkon, zasłane łóżko wystawione częściowo na zewnątrz. Za oknem rzeka i wieże, chyba jakiegoś kościoła. Czuć obecność fotografa. To on śpi na tym łóżku, teraz pustym. Widok na świat - jego świat. Jestem z nim i w nim, będę go dalej szukał. Już wiem, co jest na zdjęciach, może to mało, może dużo. Muszę się im przyjrzeć, powiązać ze sobą. Życie Niemca w połowie roku 1938, bo zdjęcia z Pasawy są z kwietnia tego roku, taka jest ostatnia data. Monachium, Austria, niedługo wojna. Dokąd go zaniosła i w jakim charakterze? Na razie odczuwam do niego sympatię, jego wrażliwość jest podobna do mojej, poznaję to po tym, co i jak fotografował, poprzez wybór, jakim się kierował. Więc idę dalej w jego świat za oknem i w świat, który nosił w sobie.
UKŁADANKA
Już wiem, że na zdjęciach nie ma wielkiej polityki. Nie ma Mussoliniego, Hitlera, wojska. Co jest? Wczytałem 1424 klatki, włącznie z tymi w złym stanie i tymi, które uznałem za "rozbiegówki" na początku lub końcu kliszy. Teraz mogę podsumować raz jeszcze, już ze świadomością tego, co znalazłem na tych wszystkich klatkach na czterdziestu ośmiu stronach albumu.
Przede wszystkim podróż śródziemnomorska odbyta w 1935 roku, rozpoczęta w Hamburgu na statku pasażerskim. To chyba jedna czwarta - jedna trzecia wszystkich zdjęć. Są różne miasta, głównie niemieckie, ale jest też Budapeszt. Może też jedna czwarta. Są również okolice, gdzie mieszkał: Dolny Śląsk, Sudety, Jelenia Góra, Wrocław, Opole. Mniej więcej jedna trzecia albumu. Wiele zdjęć z rewii, variétés, nawet cyrku z różnych miejsc. Dużo pejzaży, zdjęć drzew, cieni na śniegu. Pomieszane fotografie, teraz trzeba to wszystko uporządkować.
Na zdjęciach nie ma jego pracy. Nie wiadomo, co robi. Brakuje jego syna - pojawia się bardzo rzadko - z okazji Świąt. Może gdzieś studiuje i mieszka poza rodzinną okolicą? Nie widać jego domu. Ciągle nie wiem, czy mieszka w mieście czy na wsi. Jest na pewno dobrze sytuowany, nie każdego stać na dalekie wycieczki i tyle wyjazdów (może to wyjazdy służbowe?). Bywał w pałacu kamienieckim, może był arystokratą, albo spokrewnionym z kimś ważnym, a może miał ważne stanowisko? Z drugiej strony nie wszyscy krewni, o ile to są krewni, wyglądają bogato, często widać, że są to zapracowani ludzie. Patrzę na twarze, ubrania, otoczenie. Czasem, ale rzadko, mignie gdzieś samochód. Nikt nie występuje w mundurze, oprócz jednego przypadku, zapewne leśnika z okolic Opola. Nigdzie nie występuje ksiądz ani pastor, brak jest uroczystości religijnych, choć widać różne kościoły. Mało jest zdjęć pozowanych, nie ma takich, które można by pokazać z dumą: no proszę - to jest moje, taki mam dom, takie auto, takie mam stanowisko. Ci ludzie to na ogół klasa średnia, może urzędnicza, może miejscowa inteligencja. Jakoś przestałem wierzyć, że jest oficerem. Jeżeli tak, to na przykład Abwehry, może potem został zmobilizowany, ale chyba nie jest żołnierzem zawodowym. Gestapo? Może... Za ciepłem rodzinnym i zwyczajnością mogą się kryć różne rzeczy.
Wracając do zdjęć: czy ja często fotografuję swoją pracę? Dom, w którym mieszkam, też nie wydaje mi się zbyt interesujący, więc jego zdjęć mam mało. Zdarza się, że czasem fotografuję sam siebie - tu takich zdjęć nie spotkałem.
Często widać Fridę, zazwyczaj razem z psem Chikim, nieodłącznym na spacerach. W albumie jest nawet cała klisza jego zdjęć po tym, jak został ostrzyżony.
Przy dokumentowaniu taśm w tabelkach wpisywałem producenta kliszy i numery, które się na niej pojawiały. Teraz może się to przydać i będę mógł, kierując się tą informacją oraz tematyką fotografii, poukładać fragmenty kliszy w sekwencje. Jednocześnie da mi to pogląd na chronologię zdjęć, czas ich robienia i określenie, jak wyglądało życie mojego Niemca w latach 1934-1938. Będę też mógł przy okazji poszukać czegoś więcej o miejscach, w których bywał. To będzie początek bardziej systematycznych poszukiwań.
To niezwykły czas. Żyję w wolnej Polsce, gdzie granice są otwarte, również ta z Niemcami. Mam do dyspozycji Internet dostarczający w każdej chwili tysięcy informacji i mam przyjaciół rozsianych po świecie. Pracuję w międzynarodowej firmie, co ułatwia kontakty i daje możliwości podróży. Przeżyłem już dość, by zrozumieć niektóre ludzkie wybory. Album znaleziony na Podlasiu jest niezwykły. Zawiera klucze do wielu spraw, wystarczy podążyć za zdjęciami i pobudzić wyobraźnię.
Jedna trzecia zdjęć w albumie dotyczy podróży nad Morze Śródziemne. Z zachowanych opisów na kartach wiem, że odbyła się ona prawie dokładnie 71 lat temu, na początku 1935 roku. Jeśli pójdę śladem fotografii z tego rejsu, będę mógł uporządkować część klisz, być może łatwiej zidentyfikuję miejsca. Przecież chcę o nich wiedzieć wszystko, nawet jeśli dotyczą wędrówek autora.
Wszystko zaczyna się od Hamburga, który tak mnie zachwycił, gdy rozpoczynałem skanowanie. Teraz, myśląc o tym mieście, wyobrażam sobie port i statki z albumu - duże transatlantyki, statki towarowe, małe holowniki. Próbuję odczytywać ich nazwy na zdjęciach, a potem szukam o nich informacji w Internecie i książkach. Jest wielu entuzjastów dawnych podróży przez Atlantyk i, umiejętnie zadając pytania wyszukiwarce, można uzyskać mnóstwo wiadomości, łącznie z trasami statków i listami pasażerów sprzedawanymi na aukcjach jako prawdziwa rzadkość. W krótkim czasie na moim biurku i w teczkach, które założyłem do tego celu, rośnie stos notatek, tekstów i zdjęć.
On - mój fotograf - przybył do Hamburga z głębi Niemiec, spośród zimy i pagórków, które widać na zdjęciach sąsiadujących z widokami portu. Zaokrętował się, ale też obejrzał miasto. Udało mu się wejść gdzieś wysoko, skąd mógł widzieć rzekę, wieże kościołów, dachy domów, ulice, kominy fabryczne. Krajobraz wielkiego miasta sprawiającego wrażenie dudniącego, zajętego sobą organizmu, z dymami unoszącymi się nad budynkami i statkami sunącymi po rzece. Wrażenie to potęgowane jest przez kliszę, która - w tym miejscu na skutek starości, a może sposobu zrobienia zdjęć pod światło - daje efekt przybrudzenia i przyciemnienia. Tak zapamiętuję Hamburg i ja, zanim wraz z moim nieznanym Niemcem nie zejdziemy niżej, na wąskie uliczki Starego Miasta z wiekowymi, drewnianymi i szachulcowymi budynkami hotelików z napisami "Gastwirtschaft", z których okien wychylają się starsze, lustrujące przechodniów kobiety. Towarzyszę mu jeszcze w wycieczce do zoo, by podziwiać przez chwilę flamingi i pelikany, a potem wracam do portu, do statków i bijących się o pożywienie mew. Oto gromadka zakotwiczonych holowników gotowa do wykonania swych zadań. Na burcie jednego z nich widnieje nazwa "Matador". W głębi urządzenia portowe i statki towarowe. Wzdłuż nabrzeża, na którym widać budynek z napisem "J. ... MUELLER ... N A.G.", obrócony do mnie skosem stoi duży statek handlowy z dźwigami na pokładzie (to one częściowo zasłaniają napis). Jego bandery ani nazwy nie można dojrzeć, tylko ostatnią literę "A". Dalej zakotwiczone są duże statki pasażerskie. Przybliżam obraz.
STATKI
"Europa"
Pierwszy to transatlantyk widziany częściowo od rufy. Pod napisem z nazwą statku podany jest port macierzysty "Bremen". Litery są dobrze widoczne, więc nie ma wątpliwości: to "Europa". Kilka pokładów, rząd okienek, podwieszone szalupy; z tyłu, od strony brzegu pochylają się nad statkiem dźwigi. Na pokładzie od strony morza nie widać nikogo. Zwodowana w sierpniu 1928 roku "Europa" ma w tym momencie - a jesteśmy na początku roku 1935 - sześć i pół roku.
Transatlantyki. Historie wyścigów o Błękitną Wstęgę Atlantyku polegających na rywalizacji, kto przepłynie ocean w krótszym czasie. Jednocześnie luksusy pierwszej klasy, a na niższych pokładach, oferujących wspólną przestrzeń do mieszkania i spania, tłumy emigrantów - biedoty podróżującej w poszukiwaniu nowego, lepszego życia. Powiew morskiej bryzy, dalekie oceany i lądy, przygoda, elegancja i legenda wielkich parowców, potem statków z napędem spalinowym. Teraz patrzę właśnie na jeden z nich, świadka i bohatera tamtych lat.
Po pierwszej wojnie światowej, w latach dwudziestych Niemcy, chcąc odrobić straty, przygotowali do wodowania prawie jednocześnie dwa nowe, szybkie statki: "Europę" i "Bremen". Pierwsza miała być "Europa", zbudowana w Hamburgu w stoczni Blohm + Voss, druga - "Bremen", wodowana w Bremie. Wodowania odbyły się w 1928 roku w tej właśnie kolejności, ale w przeddzień oddania "Europy" armatorowi, 26 marca 1929 roku wybuchł na niej pożar, co spowodowało dalsze dziesięciomiesięczne naprawy. "Brema" była więc jednak pierwsza. Po wejściu "Europy" do eksploatacji w 1930 roku, rozpoczęła się konkurencja między siostrzanymi statkami. Już w pierwszej podróży w 1930 roku "Europa" pobiła rekord "Bremy" w przepłynięciu Atlantyku, osiągając czas 4 dni, 17 godzin i 6 minut i uzyskując "Błękitną Wstęgę". Wcześniejszy rekord to 4 dni 17 godzin i 42 minuty - z dziewiczej podróży "Bremy" z 1929 roku. "Brema" odebrała znów pierwszeństwo "Europie" w 1933 roku, ale nie na długo - pojawili się bowiem wtedy nowi konkurenci. Obie - zarówno "Europa", jak i "Brema" - miały tę samą, zwartą konstrukcję, po dwa kominy oraz, jak ktoś to określił, "muskularny wygląd". Można go podziwiać, nieco od tyłu, na zdjęciu z odnalezionego niemieckiego albumu.
W opisach są informacje o dalszych losach statku. Wybiegam więc w przyszłość, poza czas z fotografii mojego Niemca, ale przecież to fascynujące - wiem, co było później, o czym on jeszcze nie wiedział. W sierpniu 1939 roku "Europa" po raz ostatni przepłynęła Atlantyk i zacumowała w Bremie, gdzie po wybuchu wojny stała się statkiem zaopatrzeniowym marynarki wojennej. Dwa opracowane dla niej plany ostatecznie zarzucono: jeden z nich miał polegać na przewiezieniu oddziałów niemieckich z Norwegii do południowej Anglii w ramach operacji "Lew Morski", czyli inwazji na ten kraj, która ostatecznie się nie odbyła. Drugi zakładał przeróbkę "Europy" na lotniskowiec, częsty w tym okresie pomysł w stosunku do dużych, wytrzymałych jednostek.
W maju 1945 roku statek został skonfiskowany przez Stany Zjednoczone i przemalowany na szaro, z zamiarem użycia do przewożenia oddziałów wojskowych. W następnym roku, w marcu, USS "Europa" została przekazana Francji w zamian za zniszczoną pożarem w 1942 roku w Nowym Jorku "Normandie" (jeden z najpiękniejszych statków swej epoki, który Amerykanie postanowili przebudować na wojskowy transportowiec ze zmienioną nazwą "Lafayette"). Francuzi mieli ochrzcić dawny liniowiec "Lorraine", czyli "Lotaryngia", ale zmienili zdanie i ostatecznie nazwali go dość patetycznie "Liberté" - "Wolność". Niestety, podczas przeróbek nastąpiło kilka wypadków: w Hawrze statek urwał się podczas sztormu i zderzył z wrakiem zatopionego w 1939 roku "Paryża". Aby uniknąć większych uszkodzeń, celowo go zatopiono, a potem wyciągnięto do naprawy, tym razem w St Nazaire. W 1949 roku nowe urządzenia dla pasażerów strawił pożar, "Wolność" weszła do eksploatacji dopiero w sierpniu 1950 roku. Była już znacznie zmieniona w stosunku do dawnej "Europy". W 1962 roku we francuskiej flocie wymieniła ją "France". W marcu tego samego roku "Liberté" poszła na złom w La Spezia we Włoszech. W okresie swej świetności mogła rozwinąć prędkość 27 węzłów i zabierać na pokład ponad 2 tysiące pasażerów (lub, jako USS "Europa", ponad 4300 żołnierzy i 900 osób załogi).
Istnieje obraz Waltera Zeedena przedstawiający "Europę" w pełnej krasie: na spokojnym morzu, zapewne już blisko brzegu, przepływa dostojnie, pozdrawiana przez załogę żaglówki ciągnącej za sobą ponton. Ma jasne, żółte kominy. Na zdjęciu "mojego" Niemca kolorów nie widać, ale taki był kolor armatora - północnoniemieckiego Lloyda. Niemiecki fotograf-podróżnik pewnie wiedział o osiągnięciach statków, "Europa" była wtedy bardzo znana. Zobaczenie jej przy brzegu na pewno było atrakcją. Kto mógł przypuszczać, że patrzy na późniejszą "Liberté".
"Albert Ballin"
W pierwszej chwili nazwę statku niełatwo jest dostrzec. Jest co prawda widoczna, ale trudno czytelna. Ma dwa człony i wygląda na nazwisko. Imię to pewnie "Albert", widać po powiększeniu. Ale dalej? Tallin, Ballon, Fillin, Billin? Sprawę rozstrzyga Internet: pełna nazwa to "Albert Ballin".
Statek cumuje przy nabrzeżu, wzdłuż którego ustawiono dźwigi. Ich ramiona w pobliżu statku są obrócone, pewnie w trakcie ładowania lub już po nim. Jeden spośród dwóch kominów pomalowanych na końcu trójkolorowo (domyślam się po odcieniach sepii, że to kolory narodowe: czerń, biel i czerwień) dymi, zapewne "Albert Ballin" przygotowuje się do podróży. Zdjęcie zrobione jest od strony wody, statek obrócony jest do patrzącego lewą burtą, przy której uwijają się holowniki i motorówki. Duży, pasażerski. Dokąd ma wypłynąć?
Albert Ballin. Kto to był? Nigdy takiego nazwiska nie słyszałem. Sprawdzam w Internecie. Jest. Patrzy na mnie z fotografii, którą tam ktoś zamieścił. Dość miła powierzchowność, spory nos. Mężczyzna koło czterdziestki, łysiejący od czoła, staromodny sztywny kołnierzyk. Wąsy. Usta rozchylone - być może w uśmiechu, choć w zestawieniu z uważnym spojrzeniem nie jest to jasne. Ten człowiek może być ostry. I pewnie był. To dyrektor zarządzający linią Hamburg-Ameryka, przed pierwszą wojną światową posiadającą największą flotę handlową na świecie - 175 jednostek, w tym wielkie statki: "Imperator", "Vaterland" i "Bismarck". Nacjonalista budujący potęgę morską Niemiec i wierzący w jej przyszłość. Po klęsce pierwszej wojny z rozpaczy popełnił samobójstwo. Jego imię otrzymywały potem nabrzeża i statki. Także pierwszy z nowej serii transatlantyków budowanych przez odtwarzającą swój potencjał w zmienionych warunkach Hamburg-Amerika Linie, statków o zgrabnej wysmukłej sylwetce, mniejszych i wydajniejszych niż poprzednie kolosy, lecz jak one wygodnych "jeśli nie luksusowych" - jak czytam - z kortami tenisowymi i przystosowanych do gry w kręgle na pokładzie, czy raczej sześciu pokładach pierwszej klasy. Wyposażone były w urządzenia stabilizujące kołysanie. Zbudowano cztery takie liniowce. Pierwszy to właśnie s/s "Albert Ballin" zwodowany w 1922 roku w Hamburgu przez stocznię Blohm + Voss. Pozostałe, wprowadzone później do służby, to "Deutschland", "Hamburg" i "New York". Ten pierwszy, przerabiany i doskonalony, wypłynął w swą dziewiczą podróż do Nowego Jorku 5 lipca 1923 roku. Na zdjęciu z albumu mojego Niemca ma więc już za sobą 12 lat służby na morzu. W tym momencie wygląda nieco inaczej niż na jej początku, między innymi ma wyższe kominy. Jest też dłuższy i szybszy - rozwija prędkość do 21 i pół węzła w porównaniu z wcześniejszą 19 węzłów.
Jeszcze jedna ciekawa rzecz. Gdy mój Niemiec zrobił to zdjęcie w marcu 1935 roku, jest to niemal ostatni moment przed zmianą nazwy statku. Niemiecki nacjonalista o uważnym spojrzeniu i dobrodusznym, nieco mięsistym i zadartym nosie, miał - jak się okazało - żydowskie pochodzenie. A to, mimo jego zasług w tworzeniu morskiej potęgi Niemiec, mocno przeszkadzało rządzącym już od dwóch lat hitlerowcom. Na skutek ich nacisków i pomimo oporu linii, ostatecznie w październiku 1935 roku statek otrzymał nową nazwę: "Hansa".
Co dalej działo się z "Hansą"? W 1939 roku skończyły się rejsy atlantyckie i statek był używany do szkoleń oraz zaopatrywania niemieckiej marynarki wojennej. Na początku 1945 roku zabrał z Gdyni uchodźców, ale na płytkich wodach Warnemünde wpadł 6 marca na minę i zatonął. Inaczej niż w przypadku innych zatonięć w tym regionie wszystkich udało się ewakuować. Cztery lata po wojnie wrak wyciągnęli Rosjanie i odholowali do Antwerpii. Statek został przebudowany i, mimo długiego okresu remontu (w 1954 wybuchł na nim pożar), przywrócony do służby, tym razem jako "Sovietskij Sojuz". Cóż, wielki statek, nazwa też odpowiednia. Jego bazą stał się Władywostok, gdzie używano go, jak się wspomina w Internecie ("The Classic Liners of Long Ago"), "do celów rządowych", pływał wzdłuż wybrzeży Dalekiej Azji. W 1980 roku nie był już taki reprezentacyjny, więc skrócono mu nazwę na po prostu "Sojuz", a w roku następnym poszedł "na żyletki".
Jeszcze jeden rzut oka na zdjęcie wykonane przez mojego nieznanego fotografa w Hamburgu. Zgrabna sylwetka statku, który pewnie zaraz wyruszy w kolejną podróż do Nowego Jorku. Próbowałem sprawdzić, czy znajdę ją w starych rozkładach jazdy, ale w dokumentach dostępnych w Internecie tego okresu, niestety, nie ma. (Wynotowuję tylko nazwisko kapitana z 1933 roku: Fuhr). Na starej pocztówce transatlantyk właśnie odpływa, jeszcze jako "Albert Ballin", żegnany przez machających chusteczkami odprowadzających i gapiów stojących na pokrytym deskami nabrzeżu. Na pokładach tłum ludzi. Na rufie trójkolorowa flaga, kolory jak na dymiących teraz kominach: czarny, biały, czerwony.
"Monte Rosa"
Na jakim statku popłynął na wycieczkę śródziemnomorską mój fotograf? Ten statek widać na zdjęciach w porcie. Zrobione z nabrzeża, a także z pokładu, jeszcze pustego, pewnie w czasie zaokrętowania. Potem występują te zrobione w podróży. Można zobaczyć ponumerowane szalupy, okrągłe okienka, załogę, ale nigdzie nazwy. Na jednej z fotografii na łodzi ratunkowej widać wyraźnie fragment nazwy portu macierzystego: Hamburg. Dopiero po jakimś czasie przyszło rozwiązanie. Krok po kroku... jakaś opaska z napisem "MONTE...". Powiększenia zdjęć, gdy statek cumuje. "... ROSA".
M/s "Monte Rosa".
Dwa maszty, dwa kominy, dwie śruby, wyporność 13 882, wymiary 152,49 m × 20,02 m × 12,8 m, prędkość 14 i ? węzła, silniki dieslowskie. Statek mógł zabrać 2408 pasażerów (w trzech klasach: kajutach 2- i 4-łóżkowych - 1216, w "wielkich" kajutach - 156 i 1036 na tak zwanym pokładzie mieszkalnym będącym salą sypialną) i miał 253-272 osoby załogi. Zbudowany w Hamburgu przez wspomnianą już stocznię Blohm + Voss dla Hamburg Südamerikanische Dampfschifffahrts Gesellschaft (w skrócie HSDG), linii przewozów pasażerskich Hamburg - Ameryka Południowa. Wodowany 4 grudnia 1930 roku, wypłynął w dziewiczą podróż do La Plata 21 marca 1931 roku. Pływał nie tylko na trasach transatlantyckich, lecz także na krótszych: często wraz z bliźniaczym statkiem "Monte Pascoal" wyruszał na rejsy po Morzu Śródziemnym oraz na północ Europy. Statków tak zwanej klasy "Monte", posiadanych przez HSDG, było zresztą więcej: "Monte Sarmiento" (zwodowany w 1924 roku), "Monte Olivia" z 1925 roku, "Monte Cervantes" z 1928 roku i wreszcie obydwa: "Monte Pascoal" i "Monte Rosa" zbudowane w 1931 roku o numerach stoczni 491 i 492 ("Monte Rosa" miała numer 492).
"Monte" - oczywiście to są nazwy górskie. Po wpisaniu w wyszukiwarce internetowej "Monte Rosa" natychmiast góry się zgłoszą - i będą to Alpy. A oto co pisze o "Monte Rosie" Polski Związek Alpejski:
Monte Rosa
oślepiająca i zniewalająca ogromem jest najpotężniejszym masywem alpejskim znajdującym się w Alpach Pienińskich. Chociaż Mont Blanc przewyższa ją, Monte Rosa zajmuje znacznie większy obszar i jest najwyższym "masywem" w Europie Zachodniej. Po szwajcarskiej stronie jest ona "festiwalowo przybrana" w nabrzmiałe fale lodu z lodowców, które zaczynają się zaraz tuż pod grzbietem szczytu. Kontrastowo, włoska strona masywu prezentuje fasadę groźnych przepaści, przekraczającą granice ludzkiego pojmowania.
Zespół Monte Rosy to gniazdo dziesięciu czterotysięczników o średniej wysokości 4389 m. Najwyższym z nich jest Dufourspitze (4634 m), który po raz pierwszy został zdobyty 1 sierpnia 1855 roku. Następny szczyt Monte Rosy to Nordend (4609 m), znajdujący się na północnym skraju masywu. Jego położenie sprawia, że jest to najrzadziej osiągany wierzchołek w tym rejonie. Kolejne szczyty tego masywu to leżące obok siebie: Zumsteinspitze (4563 m) Signalkuppe (4556 m). Dalej mamy: Parrotspitze (4436 m), Ludwigshöhe (4341 m) i Corno Nero (4322 m). Pierwszy z nich, z ośnieżonymi szczytami od strony szwajcarskiej oraz stromą mikstową ścianą od strony włoskiej znajduje się dokładnie na linii granicznej. Kolejny z nich usytuowany jest na grani, która opada ze szczytu na północny zachód do Lisjach. Corno Nero znajduje się jedynie 215 m od Ludwigshöhe, przedziela je przełęcz Zurbriggenjoch. I wreszcie trzy ostatnie szczyty: Balmenhorn (4167 m), Piramide Vincent (4215 m) i Punta Giordani (4046 m). Wierzchołek Balmenhornu to spiętrzenie północnej krawędzi lodowca Lis. Tutaj ukryty w skałach szczytowych, pochodzący z czasów pierwszej wojny światowej znajduje się schron Capanne Balmenhorn. Piramide Vincent jest najdalej położonym na południe czterotysięcznym szczytem tego masywu, zaś Punta Giordani jest odgałęzieniem południowo-wschodniej grani Monte Rosa.
Bardzo pięknie:
"Monte Rosa oślepiająca i zniewalająca ogromem, "festiwalowo przybrana" w nabrzmiałe fale lodu z lodowców, prezentuje fasadę groźnych przepaści, przekraczającą granice ludzkiego pojmowania".
Góra jest odpowiednia.
W lutym 1935 roku pływająca "Monte Rosa" odbyła podróż do Ameryki Południowej. Porty, które wymienia się na jej trasie, to Hamburg, Brema, Boulogne-sur-Mer, Dover, Southampton, La Coru?a, Villagarcia, Vigo, Leix?es, Lizbona, Madeira (wyspa), Las Palmas, Pernambuco, Bahia, Rio de Janeiro, Santos, S?o Francisco do Sul, Rio Grande, Montevideo, Buenos Aires.
Teraz jest marzec i mój fotograf przybył do Hamburga, aby się zaokrętować na wycieczkę śródziemnomorską. Zapewne "Monte Rosa" przybyła właśnie z lutowego rejsu do Ameryki i teraz, po przeglądzie, uzupełnieniu paliwa i zaopatrzenia, zaczyna przyjmować pasażerów. Zanim z nimi wyruszy w rejs, można wybiec w przyszłość i prześledzić, co się z nią dalej działo.
Między rokiem 1935 a 1939 dalej pełniła swą służbę na morzach, na podobnych trasach jak poprzednio. Wrzesień 1939 roku i wybuch wojny zastał ją w Hamburgu, co nie było takie dziwne, gdyż Niemcy starali się nie ryzykować i nie wysyłali w tym momencie floty zbyt daleko; widać to było także na przykładach "Europy" i "Hansy". Dnia 11 stycznia 1940 roku można ją spotkać w Szczecinie, gdzie, podobnie jak inne statki pasażerskie, jest statkiem zaopatrzeniowym marynarki wojennej. W 1942 roku przewozi oddziały pomiędzy Niemcami a Danią i Norwegią. W październiku 1943 roku, wspomaga reperację uszkodzonego pancernika "Tirpitz" w Altenfjord w Norwegii. W marcu 1944 roku zostaje przebudowana na wojskowy statek transportowy, ale wpada na minę i w następstwie kolejnych zmian zmienia charakter na statek szpitalny. Odbywa dwa rejsy, ewakuując około 7000 osób z Pilawy. W dniu 16 lutego 1945 roku znów wpada na minę, tym razem koło Helu, i zostaje odciągnięta do Gdyni. Po naprawie zabiera na pokład 5600 uciekinierów i zostaje z nimi odholowana przez lodołamacz "Eisvogel" do Kopenhagi. Koniec wojny zastaje ją w Kilonii, 18 listopada 1945 roku przejęta przez Brytyjczyków, zostaje odremontowana i przebudowana w South Shields. W 1946 roku zaczyna nowe życie jako statek brytyjski o nazwie "Empire Windrush", kolejna przebudowa w 1950 roku zwiększa jej tonaż do 14 651 BRT.
21 września 1949 roku pojawiła się w "Hamburger Abendblatt" notatka pod tytułem "Wydobycie z dna "Hansy"?": "Odnośnie do doniesień z Kopenhagi, że pomiędzy Gjedser i Warnemünde Rosjanie podjęli próbę wydobycia z dna "Monte Rosy" (wcześniej statku Hamburg-Süd), dowiadujemy się, że "Monte Rosa" nie zatonęła, ale pływa pomiędzy Anglią i Nową Zelandią pod nazwą "Empire Windrush". Natomiast w tym miejscu na dnie leży dawny parowiec Hapagu "Hansa" (21 131 BRT), który do roku 1933 nosił nazwę "Albert Ballin". Rosjanie już wcześniej przeprowadzili tu długotrwałe próby wydobycia statku. Możliwe, że obecnie je ponowili. Podobno wrak ma być wyremontowany. Nurkowie próbują uszczelnić kadłub". Tak, to już wiadomo. Za chwilę "Hansa" (a nie "Monte Rosa") zostanie "Sovietskim Sojuzem".
28 marca 1954 roku w czasie rejsu z Jokohamy do Wielkiej Brytanii, w pobliżu przylądka Cap Caxine w pomieszczeniach maszynowni "Empire Windrush" następuje wybuch, w którym ginie czterech członków załogi. Niszczycielowi HMS "Santes" nie udaje się odholować statku do Gibraltaru i następnego dnia, 29 marca 1954 roku dawna "Monte Rosa" tonie na Morzu Śródziemnym na pozycji 37°00' N, 02°11' E, około 45 mil morskich na północny zachód od Algieru.
Statki są jak ludzie. Pogmatwane życiorysy, wzloty i upadki, zmieniane nazwy, wypadki, śmierć w oceanie, albo bardziej "cywilizowany" koniec, emerytura po pracowitym życiu. Część z nich stała się symbolami, wiele doświadczyło zaskakujących odmian losu, pozostało w pamięci setek i tysięcy osób. Poranione i uszkodzone w wypadkach i podczas walk oraz ataków wracały do doków remontowych. Spośród "Monte", "Monte Sarmiento" został zbombardowany i zatonął w 1942 roku w Kilonii. "Monte Olivię" spotkał ten sam los w tym samym miejscu w 1945 roku. "Monte Cervantes" zatonął wcześniej przy Ziemi Ognistej w 1930 roku. "Monte Pascoal" uległ zniszczeniu w czasie nalotów w 1944 roku w Wilhelmshaven. Wojnę przeżyła jedynie "Monte Rosa".
Jeszcze parę szczegółów. Choć to drobne informacje, lubię je, one powodują, że historia staje się namacalna, rzeczywista, statek zaczynają zaludniać postacie z krwi i kości. Nie jest dla mnie jasne, kto był kapitanem w okresie przedwojennym. Ale wiem, że w momencie gdy "Monte Rosa" kursowała pomiędzy Aarhus i Kopenhagą, dowodził nią kapitan Bertram. Mam też listę lekarzy na "Monte Rosie" wtedy, gdy był to lazaret marynarki wojennej: we wrześniu i październiku 1944 roku głównym lekarzem na statku był urodzony 13 stycznia 1900 roku w Bad Mergentheim dr Hellmut Heim. Od października 1944 roku do stycznia 1945 roku dr Hans-Jochen Witte (urodzony 13 listopada 1903 roku w Bahn). W marcu i kwietniu 1945 roku funkcję tę pełnił urodzony 11 kwietnia 1909 roku w Sankt Petersburgu dr Paul Bergstraesser, a w okresie kwietnia i maja 1945 roku jego następcą był urodzony 28 lutego 1899 roku w Kieg-Gaarden lekarz marynarki wojennej ("Flottenarzt") dr Friedrich Grunske. Po nim z kolei, od kwietnia 1945 roku aż do końca slużby wojennej statku, dwóch lekarzy: dr Kurt Adler, urodzony 12 lipca 1895 roku w Adlershorst oraz wspomniany już dr Hans-Jochen Witte. Później znajduję jeszcze jedną osobę: ktoś w Internecie szuka krewnych Waltera lub Wernera Schories, kapitana Luftwaffe, który zmarł w lazerecie na "Monte Rosie" w Kopenhadze w kwietniu 1945 roku. Akurat w kwietniu mogli go leczyć zarówno Bergstraesser, jak i Grunske, Adler i Witte.
Na razie niewiele. Siedem nazwisk, siedem osób, i to dość szczególnych, jeden kapitan, pięciu lekarzy marynarki wojennej i jeden pacjent. Może znajdzie się coś więcej.
Życie jak życie. Transatlantyk nie jest niczemu winny, po prostu przedmiot, rzecz, choć może z duszą, wciągnięta w tryby historii. W pamięci mam odzyskane z klisz obrazy, jego pokłady z podróżnymi, miłą, gawędzącą załogą, zdjęcia z egzotycznych podróży. A jednak jest jeszcze kilka spraw, o których muszę wspomnieć, które wyczytałem w Internecie. Niektóre nieco burzą ten obraz, albo też dodają mu nowych odcieni. To te wspomniane wyżej tryby...
Najpierw cofam się do roku 1933. Po pierwszej wojnie światowej był zwyczaj czczenia wielkich bitew, także bitew morskich, w miejscach gdzie się one toczyły. Ich bohaterów i ofiary. W tym właśnie roku grupy partii nazistowskiej z Hamburga wyczarterowały "Monte Rosę" na specjalny rejs w rejony dawnych walk, zabierając na pokład rodziny, towarzyszy i przyjaciół nieżyjących uczestników bitew. Zorganizowano te obchody razem z gazetą "Hamburger Tageblatt", a po fakcie wydano specjalne znaczki i pocztówki. Być może pozostał na pokładzie jakiś ślad tego rejsu, ale o tym nie wiem, mój fotograf go nie uwiecznił. Może nic specjalnego, ale wyobraźmy sobie SA-manów na pokładzie... Jak zwiastun tego, co nadciąga.
Kolejne epizody z życia "Monte Rosy" wiążą się ze Skandynawią. Nie chodzi tylko o wspomniane już rejsy w tamte rejony, mające na celu na przykład transportowanie oddziałów między Aarhus a Kopenhagą, czy remont "Tirpitza". Było coś jeszcze:
Pytanie: - Czy wziął coś ze sobą, gdy tego dnia, 2 września, poszedł do gestapo, jakieś rzeczy, ubrania?
Świadek: - Mój mąż poszedł w ubraniu, jakie miał w tym momencie na sobie, bez pożegnania się ze mną i z dziećmi, gdyż wierzyliśmy, że wróci, tak jak się to wcześniej zdarzało.
- Ile dzieci pani ma?
- Mam troje dzieci.
- Kiedy dowiedziała się pani po raz pierwszy, że męża nie ma już w Norwegii?
- 21 listopada odwiedziła mnie Inge...
- Kim jest Inge?
- Inge była naszą sąsiadką w domu, w którym mieszkaliśmy. Była w kierownictwie podziemia. Ale nie miałam o tym pojęcia, ponieważ norweski ruch oporu działał tak ostrożnie, że nikt nie wiedział, kto w nim był.
- Jakie jest pełne nazwisko Inge?
- Ingebjorg Sletten Fosstvet. [...]
- Jakie były kary dla Norwegów, którzy pomagali Żydom?
- Jakakolwiek pomoc, istotna czy ograniczona, była karana śmiercią.
- I czego się pani dowiedziała o swoim mężu?
- Igne przyszła i powiedziała: ostatniej nocy twój mąż został deportowany do Niemiec. Walczyłam ze sobą, czy cię nie zawołać. Gdyż pewnie to był ostatni raz, kiedy mogłabyś go zobaczyć.
- Czy wie pani, także, jak pani mąż został zabrany do Niemiec?
- Mój mąż został deportowany 20 listopada 1942 roku na "Monte Rosie", razem z innymi osiemnastoma żydowskimi mieszkańcami Grini...
20 listopada 1942 roku na "Monte Rosie"!
- Pani Samuel, powiedziała pani, że pani mąż został aresztowany 2 września, razem z innymi, z dwunastoma osobami, które wcześniej były w Nersnes. Kiedy zostali aresztowani inni mężczyźni żydowscy w Norwegii?
- 26 października 1942 roku wszyscy żydowscy mężczyźni zostali aresztowani w czasie błyskawicznej operacji.
Sędzia przewodniczący: - Wszyscy żydowscy mężczyźni w całej Norwegii?
Świadek Samuel: - Operacja miała mieć miejsce w całej Norwegii w zastosowaniu do wszystkich mężczyzn. Jednakże dzięki norweskiemu ruchowi oporu, niektórym udało się ukryć.
Prokurator Bach: - Kto dokonał aresztowań żydowskich mężczyzn w Norwegii w obu przypadkach?
Świadek Samuel: - Operacja została przeprowadzona przez policję norweską, której towarzyszyli Niemcy.
- Czy przyszli także do pani domu, aby aresztować pani męża, chociaż już go tam nie było?
- Przyszli i pytali o rabbiego Juliusa Samuela. Chcieli go aresztować. Nie wiedzieli, że był on już w Grini.
- Czy wie pani, kiedy i na jakim statku zostali deportowani żydowscy mężczyźni, którzy byli aresztowani w październiku?
- Ci mężczyźni zostali zabrani razem z dziećmi i kobietami, które zostały aresztowane 26 listopada 1942 roku i były zabrane prosto na statek "Donau" - razem z mężczyznami z obozu w Berk, których aresztowano 26 października.
Sędzia przewodniczący: - Które kobiety i dzieci zostały aresztowane? Nic o tym jeszcze nie słyszeliśmy.
Świadek Samuel: - 26 listopada o godzinie piątej rano przeprowadzono w Oslo nagłą operację, podobną do tej przeciw mężczyznom.
- I potem kobiety i dzieci zostały aresztowane?
- W tej operacji aresztowania dotyczyły głównie kobiet i dzieci.
- Jak wielu Żydów deportowano w sumie z Norwegii?
- Połowa Żydów z Oslo, około 750 zostało zabrane do Auschwitz. Przeżyło z nich dwanaścioro.
[Fragment stenogramu z procesu Eichmanna]
Czyli: Niemcy przeprowadzili dwie operacje w Norwegii: pierwszą 26 października 1942 roku polegającą na zatrzymaniu żydowskich mężczyzn, drugą 26 listopada tego samego roku obejmującą żydowskie kobiety i dzieci. Po to, by przewieźć ich przez pół Europy do Auschwitz i zabić. Około ośmiuset-dziewięciuset osób, w tym panią Samuel i jej dzieci uratował norweski ruch oporu, ukrywając ich i przerzucając do Szwecji. Aby przetransportować Żydów z Norwegii, Niemcy użyli statków: "Donau" (26 listopada 1942 roku), "Monte Rosa" (tego samego dnia) i "Gotenburg" (w lutym 1943 roku). "Donau" zabrał największą grupę, "co najmniej" 530 Żydów, w zamierzeniu miał zabrać wszystkich. 30 listopada statek przypłynął do Szczecina, kobiety i mężczyźni zostali rozdzieleni i załadowani na Breslauer Bahnhof do różnych pociągów i samochodów (60 osób) i przetransportowani do Auschwitz. Podróż ze Szczecina do Auschwitz trwała 28 godzin. Wszyscy ją przeżyli. Na miejscu 186 osób osadzono w Birkenau, a 345 wysłano od razu do komór gazowych. Źródła podają, że na "Monte Rosie" przetransportowano 26 Żydów, którzy dotarli do obozu w Generalnej Guberni 9 grudnia 1942 roku. Statek dowiózł ich nie do Szczecina, ale do Hamburga, stamtąd jechali pociągiem. Z tego, co mówiła pani Samuel, wynika, że jej mąż był przewieziony na "Donau". Być może na "Monte Rosie" był na przykład Kai Feinberg, jedna z dwunastu osób, które przeżyły Oświęcim. Patrzył na zgrabną sylwetkę statku, zaciskał ręce, myśląc o swoim losie, czy już wiedział?... A co myślała załoga, patrząc na zatrzymanych? A co myślała wcześniej, gdy "Monte Rosa" zapoczątkowała całą operację, przewożąc 19 listopada 223 więźniów, spośród których 21 było Żydami?
"Monte Rosa" wpadła na minę w 1944 roku, już po przebudowaniu jej na statek transportowy. Wypadek miał miejsce w Norwegii, w czerwcu, przebudowa odbyła się w marcu. Uszkodzona, wkrótce potem została przekształcona w lazaret.
To nie była jednak zwyczajna "mina". Podłożył ją norweski bohater narodowy Max Manus, członek ruchu oporu i jego specjalnej, dywersyjno-sabotażowej jednostki "Lingekompaniet", oficjalnie nazywanej Pierwszą Samodzielną Kompanią Norweską, dowodzonej przez Gunnara S?nsteby. Max walczył wcześniej przeciw Sowietom jako ochotnik na froncie fińskim w 1939 i 1940 roku. Później uczestniczył w budowaniu i akcjach norweskiego ruchu oporu. Po aresztowaniu przez gestapo i ucieczce ze szpitala zbiegł do Anglii (przez Szwecję, Rosję, Turcję, Stany Zjednoczone i Kanadę), przeszedł kurs dywersyjny i wrócił, by przeprowadzać akcje przeciw niemieckim okrętom oraz statkom. Kilka źródeł podaje, że zatopił "Monte Rosę". Wiem, że to nieprawda, statek został tylko uszkodzony. Zatopił natomiast 16 stycznia 1945 roku "Donau", który mniej więc dwa lata wcześniej wiózł męża pani Samuel do Szczecina. W akcji przeciw "Monte Rosie" brał udział inny członek norweskiego ruchu oporu, zabity później 13 listopada 1944 roku w zasadzce przez gestapo, Gregers Gram (w akcji na "Donau" brał też udział Milorgs Roy). Sam Max przeżył wojnę i zmarł w Hiszpanii w 1996 roku. Manus to skrócone nazwisko ojca, właściwe to Magnussen.
Przypadkowo znaleziony album, czyjaś historia... Europa. Dotkniesz czegoś, cofniesz się o życie jednego pokolenia, a już dopada cię cierpienie, śmierć, bohaterstwo.
Na razie może wystarczy wybiegania w przyszłość. Choć to niełatwe, wracam do Hamburga i do roku 1935, gdy pewien fotograf amator zaokrętował się właśnie na "Monte Rosę", aby odbyć piękną wycieczkę śródziemnomorską. Zdążył jeszcze obejrzeć miasto i port, sfotografować statki - wielkie transatlantyki, transportowce i małe pracowite holowniki, kłęby pary wydobywające się z kominów oraz ludzi karmiących z drewnianych pomostów mewy. Wreszcie nadszedł ten moment. Na nabrzeżu w czyichś rękach znalazły się chusteczki, w czyichś oczach pokazały się łzy, statek zaczął się powoli oddalać. Za rufą malejący port, ptaki nad pokładem, a wreszcie morze i fale. Pod zdjęciem mój fotograf napisze kiedyś "fale Morza Północnego".
PODRÓŻ
Dołączam do fotografa. Jesteśmy razem i razem płyniemy. Patrzymy na morze, statek, na pokład i współpasażerów.
Pożegnaliśmy Hamburg i Morze Północne. Przed nami ekscytująca, długa, ale wypełniona atrakcjami podróż, tyle miejsc do zobaczenia! Na razie jednak trzeba dopłynąć na Morze Śródziemne, a także wypełnić czymś czas pomiędzy kolejnymi wizytami w portach. Mamy miejsce w kajucie, ale jej nie fotografujemy, każdy wie jak wygląda kajuta. Jemy posiłki, ale to także niezbyt interesujące. Lubimy popatrzeć na morze, fale, czasem pojawi się ptak, zresztą nie płyniemy zbyt daleko od brzegu. Bezkres wód. Kiedyś podróżni, docierając do najbardziej zachodnich wybrzeży Europy, nazywali te miejsca "Finis Terra" - kraniec ziemi. Dalej była już tylko woda i to nieodgadnione, tajemnica. Fale, mgły, sztormy. Co dalej? Teraz jest jednak rok 1935, liniowce - takie jak nasz - przemierzają Atlantyk w obie strony, w jedną stronę zajmuje im to mniej więcej pięć-siedem dni, pojawiają się samoloty i sterowce. Czujemy się bezpiecznie i wiemy, co jest dalej. Ale dopiero wobec bezkresu oceanu wiemy też, jak mali jesteśmy. Bo tajemnica pozostała. I fale po horyzont.
Naszą uwagę kierujemy na współtowarzyszy podróży i to, co dzieje się na statku. W kalendarzu marzec, więc dość chłodno, ale słonecznie. Na pokładzie rozstawiono leżaki, można wystawić twarz na słońce, porozmawiać z innymi, poczytać książki. Jest na tyle ciepło, że czasem można zdjąć płaszcz czy marynarkę. Im dalej na południe, tym częściej można pozostać nawet w koszuli z krótkim rękawem lub letniej sukience. Leżaki wystawione są na wszystkich pokładach. Załoga statku jest dobrze przygotowana, ma specjalnych oficerów, którzy zajmują się gośćmi, często z nimi rozmawiają. Aby rozproszyć nudę podróży można przecież zorganizować na pokładzie gry i zabawy. Szczególnie w jej pierwszym etapie, kiedy po przepłynięciu kanału La Manche trzeba opływać część Francji i Półwysep Iberyjski.
Pewnego dnia na jednym z pokładów wzdłuż relingów przy dwóch dużych rurach wentylatorów wydzielono pas, wokół którego postawiono ławki i rozkładane krzesła. Jeden z oficerów, ten z lornetką na szyi i z notatnikiem w ręku, przedstawiał się jakoś, jak miał na imię? - Hans czy Uwe?, oraz ten drugi - "kulturalno-oświatowy" bez munduru zapraszają do zajęcia miejsc i wzięcia udziału w zabawie. Stajemy trochę wyżej, aby móc fotografować, zresztą nie tylko my tak zrobiliśmy, jest jeszcze kilku innych panów z aparatami oraz gapiów, którzy chcieliby lepiej widzieć. Krzesełka są już zajęte, nie ma ani jednego wolnego. Dziś dzień nieco chłodny, większość osób w paltach i z nakryciami głowy. Jeden z mężczyzn ma dziwną czapkę z daszkiem i białym wierzchem (przez chwilę wydaje mi się, że to rogatywka, ale na innych zdjęciach widać, że nie), jego sąsiad ma jasną obcisłą czapkę wełnianą, oprócz tego królują zwykłe czapki z daszkami i berety. Nie ma kapeluszy, ale one nie pasują być może na taką okazję. Jeden z mężczyzn ubrał się w biały strój sportowy, pewnie elegant. Czasem na twarzy pojawiają się okrągłe okulary. Większość kobiet okutana w palta i w kapelusikach rozmaitego rodzaju. Przeważają panie w średnim wieku, choć może to być mylące, w końcu ocena często jest zdominowana przez ubiór i sposób noszenia się. Dzieci na pokładzie nie widać. Być może są tu nie tylko Niemcy, lecz także obcokrajowcy: Skandynawowie, Austriacy, Szwajcarzy, Czesi, Polacy. Ciekawe byłoby spojrzeć na listę pasażerów. Tymczasem oficerowie rozpoczynają już zabawę. Na stoliku mają ustawione różne przedmioty, jakieś dzbanuszki, pudełka, z których wyciągają to, co im do zabawy jest potrzebne. Najpierw zaprasza się trzy czy cztery panie-zawodniczki, które siadają obok siebie na specjalnie ustawionych krzesełkach, tak że przed nimi tworzy się dość duża przestrzeń, na której rozciągnięte są wzdłuż pokładu sznurki czy linki. Niestety dobrze nie widzimy, co się dzieje, ale gra prawdopodobnie polega na tym, kto pierwszy ściągnie lub nawinie swój sznurek. O już skończone, ale kto wygrał? To było na rozgrzewkę, bo teraz mamy już nową grę, bardzo śmieszną. "Zapraszamy cztery panie. Tak, bardzo proszę panią w chusteczce w grochy, może pani w czapeczce, tak, proszę tu usiąść, jeszcze pani w sukience w paski, bardzo proszę, jeszcze jedna - może pani w sweterku? No niech się pani nie wstydzi, to przecież zabawa. O! Brawo za odwagę! Panie dostają do ręki igły - proszę się przygotować! Teraz potrzebujemy czterech odważnych panów. Tak, pan, pan, dziękuję - pan i jeszcze pan w golfie. Panie już czekają w napięciu z igłami w ręku, panowie dostają nitki - tak! Trzeba trafić paniom w dziurkę, kto pierwszy! Proszę o doping! Prędko! Ale uważnie! Już? Pani i pan wygrali! Brawo! Teraz trochę odpoczynku".
U wybrzeży hiszpańskich przepływamy obok jachtu. Doganiamy go i przeganiamy, jacht jest całkiem spory, trzymasztowy, wszystkie żagle ma postawione, na rufie nazwa, ale nie można jej odczytać. Na pokładzie sylwetki ludzkie. Na pewno ktoś pomachał w ich kierunku. Zostawiamy łódź po naszej prawej burcie i płyniemy dalej.
Ale oto nowa atrakcja. Na jednym z górnych pokładów rozstawiono mini tor wyścigowy. Kto będzie się ścigał? Konie! To wyścigi konne, tyle że sylwetki zwierząt i jeźdźców wycięto z dykty i ustawiono na podstawkach. Tor podzielony jest jak w dziecięcych grach na sześć pasów, każdy koń posuwa się, po wjeździe przez specjalnie zbudowaną bramę, po swoim torze. Oczywiście konie mają swoje numery, przesuwa je specjalny obsługujący ubrany jak prawdziwy dżokej. Na poziomie toru - stolik, przy którym komisja złożona z jednej pani i dwóch panów nadzoruje zapewne ruch jeźdźców. Wyposażeni są w dzwonek z rączką, niedaleko stoi też tuba do ogłaszania komunikatów. Zasada poruszania się koni nie jest jasna, zapewne jest w tym coś z losowania: rzuty kostką lub inny wybór numerów. Być może stawia się na poszczególnych jeźdźców, a stawki są znaczne. Widać duże zainteresowanie publiczności, która skupiła się wokół, zajmując wszystkie krzesła i ławy, a także miejsca stojące na mostkach, schodkach i innych częściach pokładu; widać sporo osób z załogi gawędzących z podróżnymi. Nieco dalej ustawiono stół, za którym siedzi główna komisja: pięć pań. Jest on udekorowany proporczykami, na nim znajduje się także maszcik z czterema flagami. Największa jest flaga SDG, czyli armatora: Südamerikanische Dampfschifffahrts-Geselschaft. Poniżej niemiecka ze swastyką (ta, która pierwsza wpadła mi w oczy podczas skanowania), trzecia, trójbarwna - zapewne także Niemiec bądź może marynarki niemieckiej, i ostatnia, najsłabiej widoczna jest być może flagą Hamburga, widać zarysy herbu. Można się bawić, wyszukując widziane już osoby spośród publiczności, na przykład ów pan w czapce z daszkiem i białą górą (o której wcześniej sądziłem, że to rogatywka) jest tu znowu, ale dziś ubrał się w garnitur. Dużo uśmiechniętych twarzy, zabawa jest dobra, nastrój pogodny. Co potem? - Tak jak poprzednio: leżaki i morze.
PRZEWODNIKI, PLAKAT I KSIĄŻKA
Którędy i dokąd płynie ten statek? Jak rozpoznać budowle, porty i kraje? Mój warsztat to głównie komputer i Internet. Wszystko i nic: najważniejsza jest umiejętność zadania właściwego pytania wyszukiwarce, aby odsiać tysiące śmieci i nieinteresujących informacji. Ale te interesujące ukryte są czasem w zdjęciu, które jakiś turysta wprowadzi na swoją stronę, aby zapamiętać wspaniałe wakacje czy po prostu chwilową wizytę podczas drogi z rodziną za granicę. Albo też w galerii starych zdjęć, które inny pasjonat kolekcjonuje i umieszcza na swojej stronie. Albo w przedmiotach z internetowej aukcji. W reklamie, którą gminy czy miasta umieszczają na swoich stronach. To kwestia pomysłu. Są jeszcze książki. Skoro wiem, że mój Niemiec podróżował po Morzu Śródziemnym, żeby zidentyfikować jakąś budowlę, trzeba czasem spojrzeć w przewodnik, najlepiej ilustrowany, taki jak z serii "Wiedzy i Życia". Wobec tego inwestuję i na moim stole przy komputerze pojawia się góra książek ze zdjęciami z Portugalii, Hiszpanii, Francji, Włoch i Maroka, ale także z Niemiec. Gdy widzę charakterystyczną budowlę, próbuję ją odnaleźć nie tylko posługując się wyszukiwarką, lecz także przeglądając przewodniki. A również - pytając ludzi. Nie robię tajemnicy z moich poszukiwań, patrzę jak zagadnięte osoby reagują i słucham, co mówią. Na ogół zaciekawiają się i próbują pomóc. Staram się jednak nie rozdawać fotografii ani nie umieszczam ich w Internecie. W końcu jest to sprawa praw autorskich. Jest jeszcze jedna metoda i wiem, że ją będę stosował: udać się na miejsce śladem któregoś ze zdjęć i poszukać tego, co pokazują inne, sąsiadujące z nim w albumie. To może być przygoda! A każde odnalezione miejsce okazuje się moim małym zwycięstwem, którym cieszę się wraz z bliskimi i znajomymi. I prawie zawsze dowiaduję się czegoś nowego.
Na przykład to zdjęcie. Powinno być łatwe w identyfikacji, ale dla mnie wcale łatwe nie było. Bardzo charakterystyczny zamek stojący tuż na nad brzegiem morza. W tle wzgórze z pałacami czy innymi ważnymi budowlami, obok szeroki plac czy część bulwaru, zakrzywione w tym miejscu nabrzeże. I sam zamek, który widać od strony morza: wysoki, z basztą z lewej strony i wyróżniającą się podstawą uwypuklonego w tym miejscu okrągłego narożnika murów z prawej. Podstawa jest częścią ostrosłupa, rozszerza się promieniście ku ziemi. Duży zamek w dużym mieście na wybrzeżu śródziemnomorskim. Francja? Chyba nie. Włochy? Hiszpania? Wertuję zdjęcia w przewodnikach, pytam znajomych: nie, nie wiedzą. Zwiedzam nadmorskie miasta w Internecie. Nigdzie takiego zdjęcia nie ma. Próbuję szukać tam, dokąd prowadzą mnie fragmentaryczne zapiski mojego fotografa. Po wielu dniach poszukiwań znajduję: to zamek Andegawenów w Neapolu. Kiedy już wiadomo, że to on, wszystko wydaje się łatwe. Wcześniej widziałem ten zamek, ale zwykle fotografowany od drugiej strony, od lądu. Teraz dopiero widać, że wszystko się zgadza. Aha, więc ON był w Neapolu. Więc wąskie uliczki z suszącą się bielizną i miny miejscowych łobuziaków na następnych klatkach to także to miasto. A port ze stojącą "Monte Rosą" i wielką górą w tle? Sprawdzam: oczywiście, góra to Wezuwiusz, w Internecie znajduję zdjęcie zrobione dokładnie z tego samego miejsca. Teraz trzeba jeszcze sprawdzić antyczne ruiny, może to Pompeje...
A ten plac. W albumie pojawia się na osobnym, odciętym od kliszy zdjęciu, pewnie jest to końcówka któregoś z filmów. To środek miasta, nieco dalej rysuje się wzgórze z kościołami. Fotograf stał gdzieś wysoko, plac ujął z góry i z lekkiego oddalenia, można dostrzec tyły rusztowań, na których umocowane są reklamy na dachach, może był w jakimś bardzo wysokim budynku. Plac jest prostokątny, otoczony mniej więcej trzypiętrowymi budynkami, naprzeciw znajduje się duża budowla, można by ją nazwać pałacem, w środkowej części widać neoklasyczną kolumnadę, z trójkątnym zwieńczeniem i kilkoma rzeźbami. Przed pałacem fontanna i wysoki pomnik ze słabo stąd widoczną postacią na szczycie. Wokół placu jeżdżą tramwaje. Wzdłuż ulic stoją rzędem samochody, sporo przechodniów. Gdzie to jest? Może także Włochy? Nie znam Włoch, może to północna ich część? W przewodnikach i Internecie nic nie znajduję. Mija czas. Wracam często do tego zdjęcia, intryguje mnie. Powiększam różne jego fragmenty. Na przykład, co to za reklama na budynku z prawej strony? Powiększam znowu: "Porto Borges"! Porto Borges produkowane w Douro, jesteśmy zapewne w Portugalii! To trochę zmienia sytuację. Szukam teraz głównie w Lizbonie. I rzeczywiście, jest podobne zdjęcie: to plac Rosso w tym właśnie mieście. Studiuję przewodnik po Portugalii. I mam coś więcej: zdjęcia z albumu pokazujące koronkowe, nieco egzotyczne krużganki pałacu czy kościoła okazują się fragmentem klasztoru Hieronimitów w Lizbonie. A dziwny zamek, czy pałac jak z filmów Disneya, to zamek w Sintrze, niezbyt daleko od Lizbony.
Podczas przeglądania przewodnika po Włoszech gdzieś mignęło mi znajome zdjęcie - ja widziałem tę budowlę w albumie! Szukam i znajduję: zamek w Rapallo, miejscowości znanej z podpisanego tam układu. Na zdjęciu budowla wygląda na trochę zaniedbaną, ale może to wina sepii. W każdym razie teraz, na współczesnych kolorowych zdjęciach prezentuje się lepiej.
A nadmorski korowód z roześmianymi dziewczynami? Wieńce, naręcza kwiatów, czy to może powitanie wiosny? Co to za miasto? Nicea, Monako? Monako! Na słupach co prawda wiszą nie tylko dwubarwne, lecz także trójbarwne flagi (kolorów przecież nie można rozpoznać na biało-czarnych zdjęciach), ale rozwieszone herby z charakterystyczną szachowniczką w romby wyjaśniają, jakie to miejsce.
Całkiem przypadkiem kupiłem album o polskich pałacach. Skoro kupiłem, to trzeba obejrzeć. Pałac Biskupów Krakowskich w Kielcach - nigdy tam nie byłem. A co to za obraz wisi na ścianie? Gierymski - katedra w Amalfi! Wysoki kościół, pasiaste ściany, szerokie schody prowadzące w dół od głównego wejścia. Nie, nie mogę się mylić - jedno ze zdjęć mojego Niemca pokazuje dokładnie ten sam widok i z tej samej perspektywy, gdzie stał Gierymski.
Od czasu do czasu wpisuję do wyszukiwarki hasła, których już wcześniej szukałem, np. "Monte Rosa". Zdarza się, że wyszukiwarki podają odnośniki w innej kolejności, albo dochodzą nowe informacje. No właśnie, co to jest? Ktoś oferuje do sprzedania kolorowy plakat reklamujący "tanie podróże" nad Morze Śródziemne i na północ Europy - do Islandii, Norwegii, Grenlandii. Podróże statkami "Monte Rosa" i "Monte Pascoal"! Na miniaturze plakatu widać, że przedstawia on mapę rejsów. A przecież szukam informacji o trasie "Monte Rosy"! Niesamowite, ja ten plakat muszę mieć! Piszę wobec tego do oferenta. To nie jest aukcja, nie jest też jasne, kto jest sprzedawcą, mam tylko adres internetowy. Ale na moje zapytanie przychodzi odpowiedź i już wiem: to International Poster Gallery w Bostonie w USA. Plakat jest w bardzo dobrym stanie. Cena rzędu 1000 dolarów. Nie. Ja nie jestem kolekcjonerem plakatów, ja potrzebuję informacji. Mam adres galerii, mam też bardzo dobrych przyjaciół w Bostonie. Piszę do nich, i oto przychodzi odpowiedź. Pani Tricia Pinto pracująca w sklepie zgadza się na przesłanie mi skanu plakatu rozsądnej wielkości, abym mógł odczytać trasę. Mam już skan w moim komputerze!
Pochylam się teraz nad mapą. Plakat nie jest z 1935 roku, ale dwa lata wcześniejszy, wydany w Bawarii przez Biuro Podróży Carla Bierschenka z Monachium mieszczące się przy Briennerstraße 53, "naprzeciw Cafe Luitpold (główne wejście)". Trasy nie odpowiadają zdjęciom mojego Niemca. Ale warto popatrzeć. Centralnym punktem dla wycieczek (tanich, bo pozasezonowych, ale ceny na plakacie nie ma) jest Hamburg. Z niego wychodzą dwie linie w kierunku Morza Śródziemnego, dwa warianty wycieczek: czerwona i szaroniebieska. Na Morzu Śródziemnym pojawiają się jeszcze dwie: biała i żółta. Linia czerwona prowadzi z Hamburga przez Maderę do Kadyksu (z możliwością zobaczenia Sewilli), dalej do Malagi (z możliwością zobaczenia Granady), Ceuty (z zaznaczonym Tetuanem), Las Palmas, Barcelony i Genui. Tam się kończy. Trasa szaro-niebieska jest nieco inna: Hamburg - Lizbona - Kadyks - Malaga - Ceuta - Las Palmas, Palermo - Neapol - Genua. Stamtąd właśnie, z Genui wychodzą linie biała i żółta. Zapewne jest to optymalne wykorzystanie statków dające jednocześnie więcej możliwości wyboru podróżującym. Linia biała prowadzi z Genui przez Neapol do Tunisu, na Maltę do Konstantynopola, Aten, Korfu, Cattaro i Wenecji, linia żółta - z Genui i Neapolu do Bejrutu, Hajfy, Port Saidu, Korfu, Cattaro i Wenecji (Cattaro? Co to jest? Wikipedia podaje: "Kotor, czarnogórski Котор, wł. Cattaro, miasto portowe i gmina miejska w południowo-zachodniej części Czarnogóry. Położone malowniczo nad Zatoką Kotorską [Boka Kotorska] na wybrzeżu Adriatyku, u podnóża masywu Lovćen, otoczony z trzech stron górami. Jest to region wyjątkowego przyrodniczego piękna, gdzie strome zbocza gór opadają ku morzu. Zatoka posiada cechy norweskich fiordów i jest niekiedy określana jako najdalej położony na południe fiord Europy"). Piękne wycieczki. Z oglądanych zdjęć wynika, że w przypadku mojego Niemca trasy biała i żółta nie wchodzą w grę. Trasa czerwona chyba też odpada, bo w albumie jest odnośnik do Lizbony. Więc szaro-niebieska? Ale ona z kolei nie prowadzi przez Barcelonę. Trudno. Trasa w 1935 roku była inna i trzeba ją samemu dalej odtworzyć. Plakat jest jednak piękny. Drukuję go i wieszam w pracy nad biurkiem.
Dalej sprawdzam hasła, szukam w Internecie. Próbuję znowu i piszę: "Monte Rosa". Widoczek, pocztówka, a to? To trzeba przeczytać dokładniej: "Kellersberger, Armin, Athen. Skizzen aus einer Mittelmeerfahrt des M.S. "Monte Rosa" im Frühling 1931, Bern, Francke, 1931. Szkice z podróży "Monte Rosą" do Aten w 1931 roku! Ktoś płynął tym statkiem i to opisał! Książkę oferuje antykwariat "Viarius" z Frauenfeldu w Szwajcarii. Ile kosztuje? Nie, tym razem to nie 1000 dolarów, tylko 45 franków szwajcarskich. Plus koszt przesyłki. Zamawiam! Po jakimś czasie, w maju 2006 roku, dostaję paczkę. Reklamówkę antykwariatu: zdjęcie sklepu, dostojne regały z książkami, spis usług i mapkę, aby wiedzieć, jak do nich trafić, oraz książkę. Przeglądam ją z zaciekawieniem. Po niemiecku, oczywiście, i pisana gotykiem, dla mnie to trochę za trudne. Bardziej domyślam się niż rozumiem, o co chodzi. Oto zapewne szwajcarski profesor wraz ze swymi studentami wybrali się na wycieczkę do Aten. Wielkie przeżycie, gdyż profesor specjalizował się w antyku. Był też systematyczny, w związku z tym książka zaopatrzona jest w zdjęcia i rysunki Akropolu oraz innych miejsc, głównie w Atenach. Porządna dokumentacja wycieczki. O samej podróży mało, wyłapuję pojedyncze zdania. Profesor zapewne wypłynął z Hamburga i dotarł do Aten, to musiała być łączona trasa: czerwona lub szaro-niebieska z białą. Chociaż nie mówi się nic o Konstantynopolu, więc może trasy ustalało się inne w każdym roku? Chwilowo odkładam książkę. Wrócę do niej jeszcze.
GIBRALTAR
"Monte Rosa" opuszcza Lizbonę i płynie na południe. Po drodze spotyka jakiś nieduży statek handlowy, ale to jedyne urozmaicenie podróży. Na pokładzie rozstawiono leżaki, część z nich stoi pusta, na niektórych widać rozmawiające panie. Morze za burtą to Atlantyk. Bezmiar oceanu. Fale zmierzające gdzieś w nieskończoność. Pstryk. Teraz przez szalupę, na której namalowany jest wyraźnie napis "Hamburg". Szalupa na pierwszym planie, dalej morze. Pstryk. Nagle coś się zmienia. Ląd. Na niebie chmury, przez które przebijają promienie słoneczne oświetlając wielką skałę. Poniżej, chroniąc do niej dostępu, stoją okręty wojenne. Nie widać ich dobrze, z daleka połyskują zarysy dział. "Monte Rosa" podpływa bliżej. To Gibraltar i okręty brytyjskie. W przedzierającym się przez chmury świetle wyglądają niebezpiecznie i groźnie. Oto jeden z nich, z trzema kominami, bateriami dział na pokładzie. Jesteśmy coraz bliżej, widać nawet zarysy samolotu ustawionego przy katapulcie. Nie można odczytać żadnych napisów, ale to musi być brytyjski krążownik i w powietrzu czuć narastające napięcie. "Monte Rosa" płynie jednak dalej, okręt maleje, także skała zmienia się, widoczna teraz z innej perspektywy. Odpłynęliśmy.
Patrzymy z Mariuszem na zdjęcie brytyjskiego krążownika. Kolega liczy wieże: dwie z przodu po dwa działa, dwie z tyłu, też po dwa działa. Trzy kominy, samolot. Za chwilę podsyła mi pocztą elektroniczną: "Norfolk?"
Rzeczywiście. Były tylko dwa krążowniki klasy "Norfolk" zbudowane przed wojną: HMS "Devonshire" i HMS "Norfolk". Sądząc z dat, to raczej "Norfolk" mógł być w tym momencie koło Gibraltaru. A "Norfolk" - ja przecież znam ten okręt! Przypominają mi się dawne "Miniatury morskie" i książki Pertka opowiadające o drugiej wojnie światowej. To przecież "Norfolk" brał udział w pościgu za "Bismarckiem", w pościgu, w którym uczestniczył również nasz niszczyciel "Piorun". Zgadza się. Z opisu przysłanego przez Mariusza wynika, że oba bliźniacze okręty - zarówno "Devonshire", jak i "Norfolk" - uczestniczyły w tej bitwie, "Devonshire" był nawet bardziej aktywny, wystrzelił więcej amunicji i torped. Ale "Devonshire" nie przeżył wojny. W 1942 roku zatopili go Japończycy. "Norfolk" dotrwał do końca, dopiero w 1950 roku pocięto go na żyletki. Na razie jednak strzeże Gibraltaru. A "Monte Rosa" płynie dalej, zapewne do widocznej na drugim brzegu Ceuty. Patrząc na jej położenie w stosunku do gibraltarskiej skały, musiała zrobić łuk od wschodu - być może specjalnie.
MAROKO
To najbardziej egzotyczny fragment podróży. Statek stoi w porcie, turyści już zeszli na nabrzeże i tłoczą się wokół Araba czy Berbera w marynarce i walcowatej czapce. Skojarzenie - ta czapka i napis w albumie "Ceuta" - pewnie to hiszpańska część Maroka. Arab coś pokazuje, tłumaczy, wokół pasażerowie, starsza pani ma nawet opaskę z flagą armatora i napisem "MONTE ..." - dalszej części napisu nie można rozpoznać, ale to z pewnością "Monte Rosa". Nie jest chyba zbyt ciepło, podróżni są w paltach i czapkach. W następnym ujęciu na tle statku widać innego Araba w czapce jeszcze bardziej typowej - walec ma postać bardziej stożkową i wisiorek z kitką. To fez. Stoi do nas nieco tyłem, w jasnym długim i dość grubym "płaszczu" i w butach podobnych do obecnych drewniaków włożonych na gołe nogi. Za chwilę wda się w rozmowę z turystą z kamerą, scena wygląda jakby specjalnie sprowokowana po to, aby zrobić wspólne zdjęcie. Przez długi czas sądziłem, że z Marokańczykiem rozmawia autor fotografii, który chwilę wcześniej powiedział żonie: "Frido, proszę zrób mi zdjęcie z tym panem". Ale teraz już wiem, że to nie on. Więc może współtowarzysz podróży, albo także ktoś z rodziny. Na kolejnym zdjęciu wyplatacz koszyków siedzący czy klęczący na nabrzeżu, z tyłu ułożone szyny kolejowe i deski, jakieś liche bagaże, wytarta i zużyta walizka. Wyplatacz jest miejscowy, ubrany w gruby, ciemny płaszcz z kapturem, obok gotowe koszyki, w ręku kolejny. On - skupiony nad pracą. Dobre zdjęcie. Koniec filmu.
I jeszcze cała klisza z Marokiem. Małe, wąskie uliczki, w których kłębią się egzotyczni przechodnie w turbanach i fezach, objuczone osły, biegają dzieci, wzdłuż domów siedzą sprzedawcy i rzemieślnicy. Niektórzy mężczyźni noszą kaptury, co upodabnia ich do postaci z Władcy pierścieni, to pewnie Berberowie. Kobiety zakrywają twarze, ale łatwo im to przychodzi, bo na głowach mają duże słomkowe, a może z trzciny zrobione kapelusze. Inne ubrane są w długie chusty. Zabudowa nie jest wysoka, czasem spotyka się bramę w hiszpańsko-arabskim stylu, na jednej wisi trudno czytelny afisz o jakimś wydarzeniu sportowym, można przeczytać "ATHLETIC CLUB" - więc po angielsku? Te zdjęcia są w sepii, wydobywają ruch, egzotykę, bałagan uliczny. Nazwałem tę kliszę "kłębowisko", bo tak wygląda, ale kłębowisko barwne, dobrze uchwycone. Czy to Ceuta?
Jeszcze dwa zdjęcia. W uliczce widać miejscowych wojskowych w burnusach, kilku żołnierzy o ciemnej karnacji trzyma karabiny, z głębi nadchodzi młody marokański oficer pogrążony w rozmowie z kimś drugim. Ten jest chyba cywilem, obaj w płaszczach, wojskowy ma na nogach oficerki. Ulica jest w tym miejscu wąska i wybrukowana, mury raczej zniszczone, ale znajduje się tu coś ważnego, może jakiś urząd czy pałac, bo przed bramą stoi wartownik z karabinem i bagnetem. Teraz pojawia się na innym zdjęciu, na wprost, twarzą do aparatu, można zobaczyć go dokładnie: biały turban, ciemna cera, wojskowy płaszcz z kapturem, na piersiach znak: no właśnie, ten znak to gwiazda Dawida z literami w środku, trudno je odczytać, może stylizowane "tau" oraz "i". Gdzie ja jestem i co to za jednostka?
Traf chce, że na szkoleniu przebywa u nas w firmie właśnie Marokanka. Pokazuję jej te zdjęcia. Nie może powiedzieć, co to za miasto, ale mówi: "Tak, to z pewnością północne Maroko. Poznaję po tych kapeluszach kobiet, to bardzo charakterystyczne. Może to Tanger?". Pokazuję jej wartownika. Milknie zaskoczona, takie przynajmniej sprawia wrażenie. "Nie, nie wiem, co to jest, ale zapytam i dam ci znać".
Próbuję iść za jej wskazówkami i przeglądam zdjęcia z Tangeru. Nie, to nie tu. Szukam Ceuty. Nie można znaleźć zbyt wielu zdjęć, te, które znajduję, są raczej z daleka. Czytam relacje turystów i fragmenty artykułów o próbach przedarcia się do Ceuty Marokańczyków, dla których ta hiszpańska enklawa to przecież część Unii Europejskiej. Jeden z nich mówi: "Będziemy próbować tak długo, jak się da, niech strzelają gumowymi kulami, niech nawet będą ofiary".
Dopiero po dłuższym poszukiwaniu odnajduję stare zdjęcia Ceuty z lat pięćdziesiątych. Przy nabrzeżu statki, między innymi prom "Virgen de Africa" z Algeciras. To chyba to nabrzeże z kilku pierwszych klatek. To tam przycumowała w 1935 roku "Monte Rosa".
Teraz trzeba sprawdzić, co to za zadziwiający znak miał wartownik. Pokazuję go kilku znajomym i któregoś dnia dzwoni komórka. Mój przyjaciel Jarek złapał mnie o dziewiątej wieczór w domu towarowym "Arkadia": "Wiem co to za znak! Mój brat przypomniał sobie, że widział taki na znaczkach Sidi Ifni, możesz łatwo sprawdzić w katalogu".
Ifni! Każdy chłopiec, który zbierał znaczki, pamięta je: egzotyczne zwierzęta i rośliny, znaczki utrzymane w jednym kolorze, ale ładnie cieniowane, dalekie i tajemnicze, a tę tajemnicę potęgowała nazwa "Ifni", brzmiąca jak magiczne zaklęcie. Tak, wiedziałem, to gdzieś w Afryce, niedaleko Sahary Hiszpańskiej, której znaczki sąsiadowały w moim klaserze z tymi z Ifni. Coś małego, może wyspa? Kiedy zbierałem znaczki, to i Hiszpania Franco była daleko za murem berlińskim, ona sama była także egzotyczna.
Sidi Ifni mogłoby się zgadzać. Stylizowane "tau" to może być zawijas oznaczający "S", a "i" to Ifni. Ale ta gwiazda? Szukam w moich klaserach, które wciąż trzymam. Znajduję kilka znaczków, ale nie ma tam żadnych symboli. Szukam w niemieckim katalogu europejskim, tam mam hiszpańską pocztę w Maroku i proszę bardzo, jest gwiazda Dawida, jeśli nie na znaczkach, to na całostkach, jako oznaczenie pomiędzy znaczkami. Mój kuzyn podsyła mi zestaw flag z hiszpańskiej Afryki, w Internecie są całe strony dokumentujące znaki, flagi i ich historię. W Maroku gwiazda sześcioramienna przeplata się z pięcioramienną, te symbole istnieją równolegle. Na niektórych stronach próbuje się zaprzeczać, że to gwiazda Dawida i wyprowadza się jej znaczenie skądinąd, ale nie bardzo wierzę. Przecież, jak znajduję w słowniku symboli, gwiazda Dawida miała znaczenie połączenia ziemi i wody, była symbolem używanym w judaizmie, chrześcijaństwie, a także islamie. Kiedyś mogło to być naturalne, dopiero w XX wieku nabrało nowego znaczenia. Nic więc dziwnego, że dawna flaga Maroka hiszpańskiego miała w sobie ten symbol: umieszczony w zielonym prostokącie na czerwonym tle z lewej górnej strony flagi. W Ceucie lub Tetuanie, dawnej stolicy Maroka hiszpańskiego, którą także mógł odwiedzić mój Niemiec - tak wynika z plakatu o trasie "Monte Rosy" - bo przecież chyba nie było to samo Ifni, jakiś oddział z Ifni trzymał wartę. Na starych zdjęciach Tetuan wygląda podobnie do miasta z "moich" fotografii.
Mój kuzyn przesyła mi dalsze znaleziska z Internetu, tym razem odznaki wojskowe, a głównie jedną: gwiazda Dawida i litery C, E i M. Próbuję zrozumieć tekst hiszpański - to odznaka utworzonego w 1937 roku Korpusu Marokańskiego biorącego udział w bitwie nad Ebro, po stronie Franco oczywiście, który wyruszył do walki przeciw republice właśnie z hiszpańskich kolonii w Afryce. Historia potrafi zadziwić: oto oczyma wyobraźni można zobaczyć Berberów z naszywkami z gwiazdą Dawida walczących ramię w ramię z pomagającymi im hitlerowskimi ochotnikami przeciw wojskom republiki. I samo hiszpańskie Maroko z dużym odsetkiem ludności żydowskiej będące bazą rewolty Franco.
Na razie jest jednak rok 1935. Wojna jeszcze nie wybuchła, choć nie wiadomo, o czym rozmawia właśnie idący ulicą marokański oficer i co myśli mój Niemiec, fotografując gwiazdę Dawida na mundurze wartownika.
"REX"
Nie, tego statku nie było na zdjęciach z Hamburga. Jego nazwa pojawiła się w opisach i w pierwszej chwili trudno było ją do czegoś dopasować. Trudno - dla niewtajemniczonych, którzy nic nie wiedzą o transatlantykach. I trudno do momentu, kiedy wśród fotografii z albumu znalazło się na dwóch kawałkach taśmy sześć zdjęć, na których pojawił się On: "Rex", duma Włoch.
Jak to się stało, że nasz Niemiec sfotografował "Rexa"? "Monte Rosa" zbliżała się do brzegu, a może już stała na redzie, gdy nagle po jej prawej burcie pojawiła się sylwetka płynącego ze znaczną prędkością dużego statku pasażerskiego. Trzy zdjęcia jedno po drugim: nadpływający od rufy liniowiec - widoczny pełny kształt, dwa maszty, dwa kominy, z drugiego unosi się lekki dymek. Statek zrównuje się z "Monte Rosą", drugie zdjęcie pokazuje jego przednią część, stosunkowo blisko, można dostrzec stojących na pokładzie ludzi. Jest duży, teraz widać tylko jego przednią część z jednym kominem. Na przednim pokładzie dźwig, dalej maszt, lekko pochylony, dodaje dynamiki całej sylwetce. Zdjęcie trzecie: znów cały statek, ale tym razem już od rufy. Na tylnym maszcie powiewa włoska flaga. W tle niedalekie wybrzeże. Piękny statek. I sławny - jego widok musiał być na "Monte Rosie" sensacją, być może załoga wcześniej uprzedziła pasażerów, że się pojawi. Mój Niemiec wykazał się dobrym refleksem, gdy zrobił te trzy zdjęcia.
Ale to nie koniec fotografii "Rexa". Kolejne pojawiają się, gdy "Monte Rosa", tym razem chyba naprawdę na redzie, zacumowała niedaleko Włocha. Na brzeg trzeba się dostać łodziami. Mój fotograf zrobił trzy kolejne zdjęcia właśnie z łodzi. Widać na nich "Rexa" obróconego rufą i burtę, a potem, w miarę oddalania się od niej, całą sylwetkę "Monte Rosy". Na dwóch fotografiach są też fragmenty łodzi, marynarzy z niemieckiego statku i towarzyszy podróży, kilkoro pań i panów przeglądających jakieś dokumenty, otrzymane pewnie na wycieczkę do portu.
"Rex" powstał w stoczni Ansaldo w Genui niecałe cztery lata przed zrobieniem tych zdjęć, dla Navigazione Generale Italiana, czyli NGI, przy poparciu i dofinansowaniu włoskiego rządu, dla którego statek miał stać się symbolem narodowej potęgi. Wodowany 1 sierpnia 1931 roku z udziałem królewskiej pary: króla Wiktora Emanuela III i królowej Eleny; jego nazwę wybrał Mussolini, który był wtedy premierem, czyniąc tym gest w kierunku obozu rojalistycznego. W styczniu 1932 roku trzy włoskie linie, w tym NGI połączone zostały w jedną, "Italia" (używano też nazwy "Italian Line"), w związku z czym kominy "Rexa" zostały przemalowane na biało, z czerwoną częścią końcową i zielonym paskiem poniżej. Zdjęcia z albumu nie są kolorowe, ale wygląd kominów odpowiada temu opisowi. Statek miał długość 268,2 metra, szerokość maksymalną 29,9 metra, głębokość zanurzenia 10,1 metra. Tonaż brutto 51 062, netto 30 623, turbiny parowe o mocy 127 tysięcy koni, cztery śruby, prędkość 27 węzłów (maksymalnie do 33 węzłów), mógł zabrać na pokład ponad 2 tysiące pasażerów i 870 osób załogi. W dziewiczą podróż wyruszył z Genui do Nowego Jorku 27 sierpnia 1932 roku. Nie była ona dla niego szczęśliwa, nękany był awariami silnika i w porcie docelowym musiał czekać na części zamienne z Włoch. Później jednak poszło lepiej. W sierpniu 1933 roku "Rex" odebrał Błękitną Wstęgę Atlantyku "Bremen", siostrze "Europy", przepływając ocean ze średnią prędkością 28,92 węzła. Rekord ten utrzymał do maja 1935 roku, kiedy pobiła go francuska "Normandie". Oznacza to jednak, że gdy oglądamy zdjęcia "Rexa" stojącego przy "Monte Rosie", był to najszybszy liniowiec świata.
Ciekawe jest, że w pierwszą podróż do Nowego Jorku w 1932 roku wybrało się "Rexem" wiele ważnych osobistości, w tym burmistrz tego miasta, Jimmy Walker. Gdy jednak statek doznał awarii i musiał stać trzy dni w Gibraltarze, wielu pasażerów pierwszej klasy, w tym Walker, przeniosło się w Cherbourgu na inny statek. Tym statkiem była... "Europa", którą można było podziwiać przed wypłynięciem z Hamburga.
Po wybuchu wojny "Rex" dalej pływał, ale tylko do wiosny 1940 roku, gdy Włochy włączyły się do niej po stronie Niemiec. Wtedy statek został skierowany do Bari, a następnie do Triestu. Podobno były plany przebudowy "Rexa" na lotniskowiec, jak wspominają niektóre źródła, ale nawet jeśli były, nie zostały zrealizowane. W 1944 roku Niemcy chcieli nim zablokować port. Dnia 8 września brytyjskie bombowce zatopiły statek. Jeden z lotników tak miał to wspominać: "On wciąż wyglądał na duży i piękny, i to było smutne, że musiało się tego rodzaju obiekt zatopić. Ale jednocześnie - to była wojna, wojna, która już trwała pięć lat. A podczas wojny nie możesz kwestionować celu i mówić, że statek jest zbyt piękny, by go zatopić... więc skoro kazano nam go zatopić, musieliśmy dokonać wszystkiego co w naszej mocy, aby rozkaz wykonać". Rozkaz więc wykonano. Trafiony stu dwudziestoma trzema pociskami, statek zapalił się, przewrócił i zatonął. Po wojnie nie opłacało się go reperować.
Włochy miały jeszcze inne transatlantyki, najważniejsze z nich to bliźniacze i zbudowane wcześniej "Roma" i "Augustus", oraz bardzo podobny do "Rexa", ale nieco krótszy i nieco mniej sławny (nie udało mu się nigdy zdobyć Wstęgi Atlantyku) choć także piękny i nawet bardziej luksusowy "Conte di Savoia". Wszystkie zostały zniszczone w czasie wojny. "Conte di Savoia" zatopiono 11 września 1943 roku w pobliżu Wenecji (są różne wersje, kto go zatopił, ale wydaje się, że alianci). "Roma" została przekonstruowana na lotniskowiec i zmieniła nazwę na "Aquila" ("Orzeł"), ale zaraz po tej zmianie wpadła w ręce Niemców, którzy w 1943 roku przejęli wiele statków i okrętów włoskich. W 1945 roku poważnie uszkodzili ją i zatopili włoscy komandosi. "Augustus" został zatopiony przez Niemców 25 września 1944 roku, aby zablokować port w Genui.
Małą mieścinę Rimini ogarnęło podniecenie: będzie płynął! Wszyscy rzucają swoje zajęcia i ruszają w kierunku morza, miasteczko pustoszeje. Wsiadają do łodzi i wypływają w morze. Zapada zmrok, nic się nie dzieje, łodzie kołyszą się, ludzie śpią. Nagle mały chłopiec woła: "Jest! Jest!". Z mgieł wyłania się olbrzymi, rozświetlony światłami statek, jak góra na morzu. To on. "Rex". Duma Italii. Tak zapamiętał te chwile w Amarcordzie Fellini. Ten fragment pojawia się mniej więcej po godzinie i dwudziestu dwu minutach filmu, zaraz po scenie sprowadzenia wujka Teo z drzewa. Oto zachwyty i uwagi włoskich prowincjuszy:
- Jest wysoki na trzydzieści pięter i ma szesnaście kominów.
- Tylko pomyśl, co pirat mógłby zdziałać z takim statkiem!
- Panie mecenasie, ile on może ważyć?
- Mniej więcej dwa i pół razy tyle, co Grand Hotel.
- Plus Łuk Augusta!
- Może i się spóźnia, ale przecież płynie z Ameryki.
- Oto jest! - Tato, tato!
- Rex! Rex!
- Niech żyje Rex! Najwspanialsza rzecz, jaką stworzył reżim!
- Niech żyją Włochy!
"Tato, tato - płynie" - krzyczy chłopiec, gdy wszyscy na łodziach się pospali a statek wyłonił się z mroku bucząc syreną: wielki, rozświetlony, z dwoma kominami, wzbudzający entuzjazm. Zadziwieni jego ogromem, kobiety płaczą ze wzruszenia, mężczyźni wiwatują lub patrzą oniemiali, niewidomy grajek pyta: "Jaki on jest?".
Ja też wiem, jaki on jest. Ze zdjęć mojego Niemca.
GDAŃSK
Gdańsk na trasie śródziemnomorskiej wycieczki? Oczywiście, że nie, ale przerywam rejs, gdyż dowiaduję się czegoś nowego i niespodziewanego. Do podróży będę wracał, gdyż trzeba ją przecież odtworzyć i poznać całą trasę.
Podczas skanowania znalazłem kilka fotografii, które mnie zaskoczyły. Starsza kobieta z dziewczynką w domku, gdzieś na podmiejskich peryferiach i Długi Targ, Neptun, dobrze znane miejsca. Przez chwilę miałem wrażenie, że to zdjęcia z lat sześćdziesiątych, podobne do tych, które robiłem w tych samych miejscach. Wrażenie potęgował fakt, że sfotografowani na rynku ludzie ubrani byli także według mody z lat sześćdziesiątych, szczególnie dziewczyna we wzorzystej sukience powyżej kolan wyglądała dziwnie znajomo.
O tę modę zapytałem kogoś, kto pamiętał czasy przedwojenne.
- Ależ tak, był okres, kiedy nosiło się spódnice powyżej kolan, ale do tego były żakiety.
Kiedy pokazałem te zdjęcia przyjaciołom, dyskusja wybuchła na nowo.
- Piotrek, no nie, to SĄ lata sześćdziesiąte, nie wmówisz mi. Patrz, ci ludzie noszą peerelowskie siatki! To PRL!
Niestety, na zdjęciach nie widać napisów, tylko na jednym fragment "LOTERI", może być zarówno po polsku, jak i po niemiecku. Dobrze, jest kilka metod sprawdzenia. Najpierw klisza. Potem porównanie zdjęć sprzed i po wojnie. Oprócz tego: czy te zdjęcia różnią się od innych sposobem ujęć, stylem?
Tak, zdjęcia się różnią. Ucięta wieża kościoła, gorsza kompozycja i odległości, nie ma też tej "iskry" w chwytaniu sytuacji na ulicy. Zdjęcia bardziej amatorskie niż inne, ale w końcu to tylko sześć klatek! Klisza - ależ tak, to ORWO. Jedyne zdjęcia na takim filmie. ORWO to NRD, ale może firma istniała wcześniej? Szukam w Internecie. To NRD. Znacjonalizowana część Agfa Wolfen, znak firmowy pojawił się około 1962 roku.
Więc to jest film powojenny. Ktoś włożył go do albumu później. Nie ma innych, podobnych klisz, więc jest jedyny. Reszta jest zwarta tematycznie i logicznie i zgodna z opisami. Kim była osoba, która włożyła swoje zdjęcia - być może przez pomyłkę - do albumu "mojego Niemca"?
BUDAPESZT
Kolejna przerwa w podróży i wizyta zupełnie gdzie indziej. Budapeszt. Bywałem tu kilkakrotnie w latach siedemdziesiątych. Już dawno... Dobrze się czułem w tym mieście, ale trochę mnie przygniatało dziewiętnastowieczną masywną zabudową, wolałem Pragę. Przestrzeń czuło się przy rzece i na wzgórzach Budy po drugiej stronie... Jakieś przyjaźnie... "Lengyel, Magyar..."
Przenoszę się w czasie: oto październik 1936 roku. Czterdzieści lat przed moimi podróżami i siedemdziesiąt przed odkryciem przeze mnie albumu. Niemiecki fotograf trochę inaczej zwiedzał to miasto i w innych miejscach bywał.
Uwielbiał most Elżbiety. Zrobił w Budapeszcie 128 zdjęć. Z tego na 28 uwieczniony jest ten most. Klisza zaczyna się od niego. Na zdjęciu zrobionym na lewym brzegu Dunaju, od strony Pesztu (fotograf stał na samym moście, na chodniku z lewej strony) widać tramwaj, nadjeżdża rowerzysta, chodnikiem idą przechodnie. Najbliżej, elegancko ubrana młoda kobieta, zasłania twarz przed fotografem dłonią w białej rękawiczce. Na drugim zdjęciu już jej nie ma, przejechał także rowerzysta, za to pojawił się drugi tramwaj i motocykl. Teraz fotograf cofnął się i kolejne zdjęcie zrobił nieco z góry, obejmując cały most wraz z jego "forpocztami": dwiema masywnymi kamiennymi wieżami z herbami u jego początku. Obok schody prowadzące w dół, na samym moście samochód i trochę przechodniów. Dalsze zdjęcia zrobione są już z nabrzeża, most ujęty jest "z profilu", na rzekę patrzy Frida w ciemnym kapeluszu, ubrana w krótkie paltko w kratkę, ciemną spódnicę, buty. Jedno ujęcie w bok - przypomina mi parczek, który kiedyś tam widziałem. Teraz dwa ujęcia parlamentu zrobione pod światło i nisko przy rzece: bezmiar wód Dunaju i ciemna, neogotycka bryła budynku z wystającymi z niego kopułą i wieżyczkami.
Nagle znajduję się razem z fotografem w pokoju hotelowym. Przez okna wpada światło i rozświetla dywan na podłodze. Spokój. Stolik, kanapa, w kącie w narożniku lustro, naprzeciw którego na krześle siedzi Frida i czyta książkę. Nie, nie wiem jaką, siedzi za daleko. Odbija się w lustrze, ładna scena, trzeba ukradkiem zrobić zdjęcie. A potem drugie, gdy Frida odłoży książkę i przez chwilę patrzy na swoje odbicie. I trzecie, gdy zaczyna robić toaletę. Trzeba utrwalić ten obraz. Hm... Kiedyś, gdy malarz tworzył swoje dzieło, czasem chciał zostawić jakiś ślad po sobie. Więc filuternie domalowywał swoje odbicie w lustrze, albo samego siebie stojącego z boku sceny. W pokoju hotelowym jest jeszcze jedno boczne lustro. Mój fotograf chyba jednak nieświadomie utrwalił także fragment siebie. Jeśli się dobrze przyjrzeć w kącie lustra można zauważyć jego zaaferowaną twarz, zwróconą w kierunku aparatu. Łysina, okulary, to on...
Ale dokąd to szykuje się Frida? Do kabaretu! Cała seria zdjęć pokazuje występy na niewielkim kolistym drewnianym parkiecie. Tańczące, roześmiane dziewczyny z gołymi nogami lub też w długich sukniach. Czasem jednak te suknie unoszą w ognistym kankanie. Są też pary mieszane, a także damsko-damskie; niektóre panie mają bardzo wydłużony dekolt. Wesoło tam musi być. "Tam", czyli gdzie? Akurat tu jest opis. To "Moulin Rouge". "Moulin Rouge" w Budapeszcie? Przecież on jest w Paryżu! No, ale nie tylko, w Budapeszcie, okazuje się, także. Co więcej, ten kabaret dalej istnieje, i to pod tym samym adresem: Nagymező utca 17.
Dalej zwiedzam Budapeszt. Zmiana warty na zamku, jakiś jednopiętrowy dom z balkonem, widoki Dunaju z góry, zdjęcia kolumn muzeum po deszczu, jak z klasycznych fotografii: zrobione od strony budynku, kolumny odbijają się w kałużach, dalej widać fragment ulicy z przejeżdżającymi autobusami.
I kolejne przedstawienie, wygląda na coś w rodzaju operetki lub wodewilu: znów tancerki, śpiewające panie i panowie we frakach. Atmosfera zabawy, jakieś być może skecze, ale też fabuła. Ta atmosfera udzieliła się fotografowi, zaraz po powrocie zrobił kilka zdjęć nocnych, pewnie z pokoju hotelowego, albo z innego miejsca z góry. Widać na nich rzekę, zamazaną sylwetkę mostu Elżbiety i tańczące światła. Albo to śmiały eksperyment fotograficzny, albo też ręka - a może i całe ciało fotografa - falowała jeszcze w rytm zasłyszanych tego wieczoru melodii.
Teraz mam dość dziwne zdjęcie, być może fotografowana osoba odwróciła się nagle. Wygląda na to, że znajduje się ona w restauracji, może hotelowej, oto krzesło i fragmenty dwóch stołów z zastawą, zapewne obiadową, obiad chyba już został zjedzony. Na przeciwległej ścianie jest duże okno z prześwitującą zasłoną w kropki. Między stołami, zwrócony w kierunku okna, więc tyłem do fotografa, stoi mężczyzna, trzymający w ręku gazetę z drewnianym uchwytem. W swobodnym garniturze, palto przewieszone przez krzesło, może zaraz gdzieś trzeba będzie pójść. Czy to mój fotograf, uwieczniony przez Fridę, która złapała aparat, aby pstryknąć niespodziewane zdjęcie? A może ktoś interesujący, ale nie wiadomo kto, bo nie widać twarzy... I nagle kilka zdjęć z toru wyścigowego, na którym rywalizują kłusaki. Zdjęcia są z kilku gonitw różnego rodzaju: wózki są dwukołowe z jednym powożącym i jednym koniem lub czterokołowe z dwoma woźnicami i parą koni. Może fotograf stawiał na tych wyścigach? Potem jednak scena się zmienia, pojawiają się wzgórza, nieco dalej od miasta, może na wycieczce. Wzgórza są zalesione, wśród nich stoi kościółek i małe domki. Teraz znów powrót do centrum: park, który wygląda znajomo, potem piękne widoki z góry na Dunaj, mosty, parlament, zamek. Znów łańcuchowy most Elżbiety w różnych ujęciach. Tak, to prawdziwa fascynacja. Kolejna rozrywka - pokazy szybowców, czy też czegoś pomiędzy lotnią a szybowcem, widać sylwetki pilotów podczepione pod skrzydłami. Frida, w chusteczce na głowie i palcie w kratę.
Znów pojedyncze, tajemnicze zdjęcie. To podobno to, na którym miał być Mussolini, jak wspominał mój kolega. W hotelowej kawiarni, przy stoliku pod oknem mężczyzna rozmawia ze stojącym przy nim kelnerem. W ogóle nie jest podobny do Mussoliniego. Szczupła twarz, zakola łysiny na głowie, długi, prosty nos. Twarzy dobrze nie widać, ale mógł to być ktoś znany, może z Niemiec, kto zwrócił uwagę fotografa. Chyba że miała to być podpatrzona scenka rodzajowa.
I dalej "Budapest bei Nacht", jak napisał Niemiec. Najpierw kolejne występy, tym razem w klubie "Arizona", kilka scenek, dziewczyny w krótkich spódniczkach lub z gołymi plecami, wreszcie nocne fotografie robione na ulicy po wyjściu z klubu. Mokry bruk, po deszczu, dużo odbijających się w nim świateł, wciąż spory ruch, samochody, tramwaje i przechodnie. Dużo kobiet, może właśnie idą do któregoś z lokali w okolicy, może to aktorki lub tancerki? Z obu stron ulicy można rozpoznać kina czy teatry, widać napis "Színház", z jednej strony "Radius", z drugiej "Művész". Po prawej stronie przez gałęzie drzew przebija neon "Moulin Rouge". Po lewej, i z lewej strony kina wybija się wyraźnie napis "Arizona", "Dancing", "Night Club". Ulica rozrywek, którą już częściowo zwiedziłem wraz z fotografem. Jak ona się nazywała? Nagymező? Szukam więcej na jej temat w Internecie. No tak. "Moulin Rouge" to strona prawa, nieparzysta, numer 17, klub jest tam do tej pory. Jest tam także Operetka, pod numerem 17 i 19. Pod numerem 15, czyli obok "Moulin Rouge" z drugiej strony, ale już na skrzyżowaniu z ulicą Andrássy znajduje się niespodziewanie Instytut Polski.
Po stronie parzystej, pod numerem 20 jest "Galeria Ducha Naszych Czasów", jak z francuska ("la Maison Farfadet de Nos Jours") określa się w Internecie "Dom Węgierskiej Fotografii", obecnie nazywany też "MAI MANÓ HOUSE". Ośmiopiętrowy budynek zbudowany w roku 1894, w którym "znajdowały się najbardziej znane nocne kluby Budapesztu", na przykład "na kilku piętrach klub "Arizona"". Właściciele "zostali z niego wywleczeni w 1944 roku przez "strzałokrzyżowców"", Później budynek stał się szkołą, halą wystawową, znów szkołą i siedzibą Węgierskiego Automobilklubu, wreszcie "Domem Węgierskiej Fotografii".
Pod numerami 22-24 był teatr "Thália", otwarty w 1913 roku, nazwany wtedy "Ogrodem Zimowym", później nazwa teatru zmieniała się co najmniej 10 razy. Obecnie dalej funkcjonuje tam teatr, a właściwie dwa: "Thália" i "Mikroszkóp Színház". Pewnie tam, gdzie był "Radius" w 1936 roku. W opisach ulicy wszędzie pisze się "ulica teatralna" albo "budapeszteński Broadway".
Pod numerem 14 funkcjonuje "Két Szerecsen Coffee House and Bistro", specjalizujące się w kuchni "międzynarodowej z silnym akcentem śródziemnomorskim".
Co jeszcze? Numer 11 to teatr "Radnóti Miklós Színház". Na skrzyżowaniu z Király utca stoi kościół Świętej Teresy. A na rogu z ulicą Ó (co oznacza ulicę Starą), jest ciekawie urządzona knajpa "Instant". Nocne kluby - "B7 Club", numery 46-48 (to już dalej), "Soho London Club" - numer 31.
Jeszcze jedno zdjęcie ulicy Nagymező, które przedstawia w Internecie jakiś miłośnik trolejbusów. Z prawej strony ulicy widzimy taki pojazd z dużą gwiazdą na przodzie, przed nim rozkopane tory tramwajowe. W głębi - sylwetka czołgu.
Zdjęcia z Budapesztu oglądam razem z Laszlem, amerykańskim Węgrem mieszkającym obecnie w Polsce, ale weekendy spędzającym na Węgrzech. "O, to jest Wyspa Świętej Małgorzaty - mówi Laszlo, pokazując zdjęcie parku, który wydał mi się znajomy. - Most! Ciekawe, wiesz, most został zbombardowany w 1945 roku, ta część, którą sfotografował twój Niemiec, już nie istnieje". Laszlo pokazuje przyczółki od strony Pesztu. "Kłusaki! Wiesz, że mój dziadek hodował kłusaki przed wojną?" No proszę, być może oglądamy konie dziadka Laszla! "Ten dom, to pałac Sándora, mieszka w nim prezydent (to ten niewysoki dom z balkonikiem). A to, przecież to Kálmán Latabár" - mój kolega pokazuje zdjęcie z wodewilu czy operetki, zrobione już po wizycie fotografa w "Moulin Rouge", a jeszcze przed "Arizoną". To była znana postać, występował w radiu i w filmach. Sprawdzam: urodził się w rodzinie artystów cyrkowych i operetkowych w 1902 roku w Kecskemét; zmarł w Budapeszcie w 1970 roku. Wystąpił w czterdziestu filmach, pierwszy był z 1935 roku, ostatni z 1968. Można go obejrzeć we fragmentach starych filmów, na ogół komediowych, na YouTube. Znany był ponoć z powiedzenia: "A lanyok, a lanyok, a lanyok angyalok. A férfiakkal csak komédiáznak" ("Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny, one wszystkie są aniołami, które tylko dokuczają facetom"). Na zdjęciu wygląda nieco poważnie jak na swój wiek. Stoi obok pięknej blondynki: "A lanyok, a lanyok...".
Jeszcze raz przeglądam zdjęcia z Budapesztu. Mosty, "Moulin Rouge", tańczące dziewczyny. Zbliżają się właśnie do orkiestry... Co tam jest napisane? Pewnie nazwa zespołu. "Hutola"? "Busola"? Początek to może raczej "Hu...", może od Hungarii? Ale coś nie pasuje. Tam są chyba dwa "T". "Huttola"? "Buttola"? Sprawdźmy. Wyszukiwarka podaje: "Radiola Jazz Orchestra Buttola Ede and Len Hughes and his Band: Twilight in Turkey" i za chwilę na YouTube słyszę przedwojenny węgierski jazz. Stał się cud. Zostałem przeniesiony w czasie. Jestem w Budapeszcie, jest jesień 1936 roku, w "Moulin Rouge" tańczą roześmiane dziewczyny, przygrywa jazzowy band Ede Buttoli vel Eddy'ego Butlera. Widzę i słyszę. To prawdziwy rejs w czasie.