Darujmy sobie te święta - John Grisham

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ter­mi­nal pę­kał w szwach od znu­żo­nych po­dróż­nych. Więk­szość sta­ła stło­czo­na pod ścia­na­mi, bo nie­licz­ne pla­sti­ko­we krze­sła już daw­no zo­sta­ły za­ję­te. Każ­dy przy­la­tu­ją­cy i od­la­tu­ją­cy sa­mo­lot prze­wo­ził co naj­mniej osiem­dzie­się­ciu pa­sa­że­rów, a tu było za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt miejsc sie­dzą­cych.

Na lot do Mia­mi o dzie­więt­na­stej cze­ka­ło chy­ba z ty­siąc osób. Cie­pło oku­ta­ni, ob­ła­do­wa­ni, po tru­dach prze­bi­ja­nia się przez kor­ki, od­pra­wę i ścisk na lot­ni­sku ro­bi­li wra­że­nie przy­ga­szo­nych. Była nie­dzie­la po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, je­den z tych dni w roku, w któ­rych ruch na lot­ni­skach jest naj­więk­szy, i kie­dy tak prze­py­cha­li się i po­trą­ca­ni zbli­ża­li do bram­ki, wie­lu - nie po raz pierw­szy - za­da­wa­ło so­bie py­ta­nie, cze­mu wy­bra­li na po­dróż wła­śnie ten dzień.

Po­wo­dy były róż­ne i w tej chwi­li bez zna­cze­nia. Nie­któ­rzy pró­bo­wa­li zno­sić nie­wy­go­dy z hu­mo­rem. Inni sta­ra­li się czy­tać, co w tym roz­gar­dia­szu nie było ła­twe. Jesz­cze inni ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę po pro­stu cze­ka­li. Sto­ją­cy obok chu­der­la­wy czar­no­skó­ry Świę­ty Mi­ko­łaj po­trzą­sał draż­nią­cym uszy dzwo­necz­kiem i mam­ro­tał ży­cze­nia świą­tecz­ne.

Po­de­szli ro­dzi­ce z cór­ką. Na wi­dok nu­me­ru bram­ki i kłę­bią­ce­go się tłu­mu przy­sta­nę­li. Cór­ka była mło­da i ład­na. Mia­ła na imię Bla­ir i to ona od­la­ty­wa­ła. Ro­dzi­ce nie. Spo­glą­da­jąc na tę masę lu­dzi, cała trój­ka jak inni za­da­wa­ła so­bie te­raz w du­chu py­ta­nie, dla­cze­go wy­bra­li aku­rat ten dzień.

Łzy już wy­schły. No, pra­wie. Bla­ir mia­ła dwa­dzie­ścia trzy lata, wła­śnie skoń­czy­ła stu­dia z przy­zwo­itym wy­ni­kiem, ale nie była jesz­cze go­to­wa pod­jąć pra­cy. Jej przy­ja­ciół­ka z uczel­ni po­je­cha­ła w ra­mach wo­lon­ta­ria­tu do Afry­ki, co za­in­spi­ro­wa­ło Bla­ir, żeby na­stęp­ne dwa lata po­świę­cić po­ma­ga­niu in­nym.

Skie­ro­wa­no ją do Peru, gdzie w jed­nym ze wschod­nich re­gio­nów mia­ła uczyć czy­ta­nia dzie­ci tu­byl­ców i miesz­kać w chat­ce bez wy­gód, elek­trycz­no­ści i te­le­fo­nu. Nie mo­gła się już do­cze­kać tej po­dró­ży.

Le­cia­ła do Mia­mi, stam­tąd do Limy, a po­tem po trzech dniach prze­pra­wy au­to­bu­sem przez góry mia­ła się zna­leźć w in­nym stu­le­ciu. Po raz pierw­szy w swo­im mło­dym ży­ciu cho­wa­na do­tąd pod klo­szem dziew­czy­na spę­dzi świę­ta z dala od domu. Mat­ka ści­ska­ła jej dłoń i sta­ra­ła się być dziel­na.

Już się ze sobą po­że­gna­li.

- Je­steś pew­na, że tego chcesz? - pa­dło po raz set­ny py­ta­nie.

Lu­ther, oj­ciec Bla­ir, kry­tycz­nie lu­stro­wał tłum. Ist­ne sza­leń­stwo, my­ślał. Zo­sta­wił żonę z cór­ką przed wej­ściem, a po­tem prze­je­chał spo­ro ki­lo­me­trów, nim wresz­cie zna­lazł wol­ne miej­sce na jed­nym z bar­dziej od­le­głych par­kin­gów. Prze­peł­nio­ny, kur­su­ją­cy wa­ha­dło­wo bus do­wiózł go z po­wro­tem do hali od­lo­tów i da­lej już ra­zem to­ro­wa­li so­bie dro­gę. Smut­no mu było, że Bla­ir wy­jeż­dża, i do sza­łu do­pro­wa­dza­ły go te na­pie­ra­ją­ce hor­dy. Był w fa­tal­nym na­stro­ju. A mia­ło być jesz­cze go­rzej.

Na­gle przy bram­ce zro­bił się ruch i po­dróż­ni po­su­nę­li się ciut na­przód. Pierw­szy ko­mu­ni­kat za­pra­szał pa­sa­że­rów wy­ma­ga­ją­cych dłuż­szej ob­słu­gi i tych z pierw­szej kla­sy. Prze­py­chan­ka osią­gnę­ła wyż­szy sto­pień na­si­le­nia.

- Są­dzę, że po­win­ni­śmy iść - po­wie­dział Lu­ther do cór­ki, swo­je­go je­dy­ne­go dziec­ka.

Jesz­cze raz się uści­ska­li, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy. Bla­ir się uśmiech­nę­ła.

- Rok szyb­ko zle­ci - za­pew­ni­ła. - Na przy­szłe świę­ta będę w domu.

Nora, jej mat­ka, przy­gry­zła war­gę, ski­nę­ła gło­wą i jesz­cze raz uca­ło­wa­ła cór­kę.

- Uwa­żaj na sie­bie, pro­szę - rzu­ci­ła, bo nie mo­gła się po­ha­mo­wać przed po­wta­rza­niem tego na okrą­gło.

- Dam so­bie radę.

Wy­pu­ści­li ją z ob­jęć i bez­rad­nie pa­trzy­li, jak do­łą­cza do dłu­giej ko­lej­ki i kro­czek po krocz­ku od­da­la się od nich, od domu, bez­pie­czeń­stwa i ca­łe­go zna­ne­go jej świa­ta. Kie­dy po­da­wa­ła swo­ją kar­tę po­kła­do­wą, obej­rza­ła się i uśmiech­nę­ła do nich po raz ostat­ni.

- No do­bra - wes­tchnął Lu­ther. - Dość tego. Da so­bie radę.

No­rze nie przy­szło do gło­wy nic mą­dre­go, co mo­gła­by po­wie­dzieć, gdy tak pa­trzy­ła na od­cho­dzą­cą cór­kę. Od­wró­ci­li się i wmie­sza­li w tłum, brnąc do wyj­ścia, zo­sta­wia­jąc za sobą Świę­te­go Mi­ko­ła­ja z jego brzę­kli­wym dzwo­necz­kiem i skle­pi­ki peł­ne lu­dzi.

Kie­dy wy­szli z hali od­lo­tów i sta­nę­li w ko­lej­ce do busa krą­żą­ce­go mię­dzy lot­ni­skiem a par­kin­giem, pa­da­ło, a za­nim bus, roz­bry­zgu­jąc ka­łu­że, do­wiózł ich na miej­sce, a po­tem wy­sa­dził ja­kieś dwie­ście me­trów od auta, deszcz za­mie­nił się w praw­dzi­wą ule­wę. Lu­ther mu­siał za­pła­cić pa­zer­ne­mu za­rzą­do­wi lot­ni­ska okup w wy­so­ko­ści sied­miu do­la­rów.

Ru­szy­li w kie­run­ku mia­sta.

- Da so­bie radę? - prze­rwa­ła wresz­cie mil­cze­nie Nora.

Tyle razy sły­szał to py­ta­nie, że jego od­po­wiedź była au­to­ma­tycz­na.

- No pew­nie - mruk­nął.

- Na­praw­dę tak my­ślisz?

- No pew­nie.

Czy w to wie­rzył, czy nie, ja­kie to mia­ło te­raz zna­cze­nie? Po­le­cia­ła. Nie mo­gli już jej za­trzy­mać.

Za­ci­snął ręce na kie­row­ni­cy i prze­kli­nał w du­chu wlo­ką­ce się przed nim auta. Nie wie­dział, czy żona pła­cze, czy nie. Chciał tyl­ko do­trzeć do domu, wy­su­szyć się, siąść przy ko­min­ku i po­czy­tać ga­ze­ty.

Byli ja­kieś trzy ki­lo­me­try od domu, gdy Nora oznaj­mi­ła:

- Po­trze­bu­ję kil­ku rze­czy ze skle­pu.

- Pada - burk­nął.

- Mimo to mu­szę coś ku­pić.

- Czy to ta­kie pil­ne?

- Jak chcesz, zo­stań w au­cie. To po­trwa tyl­ko chwi­lę. Pod­jedź pod Chi­pa. Jest dziś otwar­ty.

Ru­szył więc do Chi­pa, któ­re­go nie zno­sił nie tyl­ko ze wzglę­du na hor­ren­dal­ne ceny i na­dę­tą ob­słu­gę, ale tak­że z po­wo­du idio­tycz­nej lo­ka­li­za­cji. Oczy­wi­ście nadal pa­da­ło, a ona nie mo­gła wy­brać Kro­ge­ra, gdzie da się za­par­ko­wać i od razu śmi­gnąć do środ­ka. Nie, upar­ła się na Chi­pa, gdzie jak się za­par­ku­je, to trze­ba dra­ło­wać nie­zły ka­wał do wej­ścia.

Tyle że cza­sem wca­le nie da się za­par­ko­wać. Wszyst­kie miej­sca były za­ję­te. Na­wet dro­gi dla stra­ży po­żar­nej były za­sta­wio­ne. Na próż­no krą­żył przez dzie­sięć mi­nut, nim znie­cier­pli­wio­na Nora po­wie­dzia­ła:

- Wy­sadź mnie przy kra­węż­ni­ku.

Pod­je­chał pod bar z ham­bur­ge­ra­mi.

- Daj li­stę - wark­nął.

- Ja pój­dę - po­wie­dzia­ła, ale je­dy­nie dla za­cho­wa­nia po­zo­rów.

To Lu­ther miał po­wę­dro­wać przez deszcz, obo­je do­brze o tym wie­dzie­li.

- Daj li­stę.

- Tyl­ko bia­ła cze­ko­la­da i pół kilo pi­sta­cji - rzu­ci­ła z wy­raź­ną ulgą.

- To wszyst­ko?

- Tak, tyl­ko upew­nij się, że to cze­ko­la­da Lo­ga­na, blok pół­ki­lo­gra­mo­wy, a pi­sta­cje Lan­ce Bro­thers.

- I to nie mo­gło po­cze­kać?

- Nie, nie mo­gło. Ro­bię de­ser na ju­trzej­szy lunch. Jak nie chcesz iść, to nie ma­rudź, ja pój­dę.

Trza­snął drzwia­mi. Zro­bił trzy kro­ki i tra­fił w płyt­ką ka­łu­żę. Zim­na woda chlap­nę­ła na pra­wą kost­kę i szyb­ko ście­kła do buta. Za­trzy­mał się na chwi­lę, wziął wdech i ru­szył da­lej na pal­cach, sta­ra­jąc się omi­jać ka­łu­że i ja­dą­ce auta.

Chip wy­zna­wał za­sa­dę: wy­so­kie ceny, ni­ski czynsz. Mie­ścił się w bocz­nej ulicz­ce, wła­ści­wie zni­kąd nie­wi­docz­ny. Obok był sklep z wi­na­mi pro­wa­dzo­ny przez ja­kie­goś Eu­ro­pej­czy­ka, któ­ry twier­dził, że jest Fran­cu­zem, ale krą­ży­ły po­gło­ski, że to Wę­gier. Po an­giel­sku mó­wił fa­tal­nie, za to zna­ko­mi­cie opa­no­wał sztu­kę win­do­wa­nia cen. Pew­nie na­uczył się tego od są­sia­da, Chi­pa. Zresz­tą wszyst­kie skle­py w tej dziel­ni­cy sły­nę­ły z eks­klu­zyw­nych za­pę­dów.

I we wszyst­kich był ruch. Pod skle­pem z se­ra­mi ko­lej­ny Mi­ko­łaj po­brzę­ki­wał dzwo­necz­kiem. Pio­sen­ka o Ru­dol­fie, czer­wo­no­no­sym re­ni­fe­rze, le­cia­ła z gło­śni­ka ukry­te­go przed wej­ściem do Mat­ki Zie­mi, gdzie ci hi­pi­si na pew­no na­wet w taki ziąb no­szą san­da­ły. Lu­ther nie cier­piał tego skle­pu i po­przy­siągł, że jego noga tam nie po­sta­nie. Nora ku­po­wa­ła tu zio­ła or­ga­nicz­ne, nie wie­dział wła­ści­wie po co. Sta­ry Mek­sy­ka­nin, wła­ści­ciel skle­pu z cy­ga­ra­mi, z faj­ką w zę­bach i uno­szą­cą się z niej smuż­ką dymu, wy­raź­nie rad z sie­bie roz­wie­szał świa­teł­ka na wy­sta­wie. Sztucz­ny śnieg na sztucz­nej cho­in­ce był już roz­py­lo­ny.

Za­no­si­ło się na to, że tego wie­czo­ru po­pa­da i praw­dzi­wy śnieg. Ku­pu­ją­cy nie tra­ci­li więc cza­su, go­rącz­ko­wo uwi­ja­jąc się mię­dzy skle­pa­mi. Skar­pet­ka na pra­wej no­dze Lu­the­ra przy­mar­z­ła mu już do kost­ki.

W Chi­pie przy ka­sach nie było ko­szy­ków. Zły znak. Lu­ther nie po­trze­bo­wał ko­szy­ka, ale od razu zo­rien­to­wał się, że w skle­pie jest tłum. Alej­ki były wą­skie, a to­war roz­ło­żo­ny kom­plet­nie bez sen­su. Nie­za­leż­nie od tego, co by się chcia­ło ku­pić, trze­ba było dłu­go krą­żyć, żeby to zna­leźć.

Ma­ga­zy­nier z mo­zo­łem usta­wiał eks­po­zy­cję świą­tecz­nych cze­ko­lad. Na­pis przy mię­sie wzy­wał wszyst­kich dro­gich klien­tów do na­tych­mia­sto­we­go za­mó­wie­nia świą­tecz­nych in­dy­ków. Nowe wina na świę­ta już w sprze­da­ży! I świą­tecz­ne szyn­ki!

Co za mar­no­traw­stwo, po­my­ślał Lu­ther. Cze­mu jemy tak dużo i tak dużo pi­je­my, świę­tu­jąc na­ro­dzi­ny Chry­stu­sa? Zna­lazł pi­sta­cje przy chle­bie. Dziw­na lo­gi­ka rzą­dzi tym skle­pem. Bia­łej cze­ko­la­dy nie było na pół­kach z do­dat­ka­mi do wy­pie­ków, więc Lu­ther za­klął pod no­sem i prze­ci­skał się przez alej­ki, roz­glą­da­jąc na boki. Ktoś wal­nął go wóz­kiem na za­ku­py. Żad­ne­go "prze­pra­szam", nikt nie za­uwa­żył, że w ogó­le coś się sta­ło. Z gło­śni­ków pły­nę­ła ko­lę­da o tym, że nad­cho­dzi czas życz­li­wo­ści dla wszyst­kich, jak­by to mo­gło uko­ić Lu­the­ra. Był w ta­kim na­stro­ju, że chy­ba wo­lał­by pio­sen­kę o bał­wa­nach.

Dwie alej­ki da­lej, obok ryżu z ca­łe­go świa­ta, wy­tro­pił re­gał z cze­ko­la­da­mi do ciast i de­se­rów. Pod­cho­dząc bli­żej, do­strzegł pół­ki­lo­gra­mo­wy blok Lo­ga­na. Już miał po nie­go się­gnąć, gdy na­gle blok znikł. Po­chwy­ci­ła go, nie zwa­ża­jąc na Lu­the­ra, ja­kaś sro­go wy­glą­da­ją­ca dama. Skrom­na prze­strzeń za­re­zer­wo­wa­na dla mar­ki Lo­gan zia­ła pust­ką. Lu­ther roz­pacz­li­wie spe­ne­tro­wał wszyst­kie pół­ki, nie wy­pa­trzył jed­nak ani śla­du bia­łej cze­ko­la­dy. Mnó­stwo ciem­nej, pół­gorz­kiej, ale żad­nej bia­łej.

Eks­pre­so­wa ko­lej­ka po­su­wa­ła się, jak­że­by in­a­czej, wol­niej niż dwie po­zo­sta­łe. Ban­dyc­kie ceny w Chi­pie zmu­sza­ły klien­tów do ku­po­wa­nia ma­łych ilo­ści, ale nie mia­ło to wpły­wu na prze­pu­sto­wość. Każ­dy ar­ty­kuł był pod­no­szo­ny, spraw­dza­ny, a jego cena ręcz­nie wbi­ja­na przez nie­sym­pa­tycz­ną ka­sjer­kę. Pa­ko­wa­li za­ku­py byle jak, choć bli­żej świąt przy­mil­nie uśmiech­nię­ta ob­słu­ga prze­ja­wia­ła wiel­ką gor­li­wość i szo­ku­ją­cą pa­mięć do imion klien­tów. To czas na­piw­ków, jesz­cze je­den ha­nieb­ny aspekt świąt, któ­re­go Lu­ther nie zno­sił.

Po­nad sześć do­lców za pół kilo pi­sta­cji. Po­wstrzy­mał ge­stem za­ku­sy mło­de­go pa­ko­wa­cza i przez mo­ment my­ślał, że bę­dzie mu­siał się z nim bić, by uchro­nić swo­je cen­ne pi­sta­cje od ko­lej­nej tor­by. We­pchnął je do kie­sze­ni pal­ta i szyb­ko wy­szedł.

Spo­ro lu­dzi za­trzy­ma­ło się, żeby po­pa­trzeć, jak sta­ry Mek­sy­ka­nin de­ko­ru­je wy­sta­wę swo­je­go skle­pu. Usta­wiał małe ro­bo­ci­ki, któ­re brnę­ły przez sztucz­ny śnieg, co wpra­wia­ło ga­piów w bez­gra­nicz­ny za­chwyt. Lu­ther mu­siał zejść z chod­ni­ka i za­miast w pra­wo zro­bił krok w lewo. Lewa sto­pa wy­lą­do­wa­ła w głę­bo­kiej na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów zim­nej brei. Na mo­ment za­stygł w bez­ru­chu, wcią­ga­jąc głę­bo­ko w płu­ca mroź­ne po­wie­trze, a po­tem za­czął prze­kli­nać sta­re­go Mek­sy­ka­ni­na z ro­bo­ci­ka­mi, jego fa­nów i cho­ler­ne pi­sta­cje. Po­de­rwał w górę nogę, ochla­pał bło­tem spodnie i - sto­jąc tak z dwie­ma zlo­do­wa­cia­ły­mi sto­pa­mi przy wtó­rze po­brzę­ku­ją­ce­go dzwo­necz­ka i za­po­wie­dzi na­dej­ścia Świę­te­go Mi­ko­ła­ja są­czą­cych się do uszu zgro­ma­dzo­nych na chod­ni­ku ura­do­wa­nych lu­dzi - Lu­ther znie­na­wi­dził świę­ta.

Za­nim do­tarł do auta, woda w bu­tach za­wę­dro­wa­ła mu już do pal­ców.

- Nie ma bia­łej cze­ko­la­dy - syk­nął do Nory, sa­do­wiąc się za kie­row­ni­cą.

Ocie­ra­ła oczy.

- Co zno­wu? - spy­tał.

- Roz­ma­wia­łam wła­śnie z Bla­ir.

- Co? Jak? Coś się sta­ło?

- Dzwo­ni­ła z sa­mo­lo­tu. Wszyst­ko do­brze.

Nora przy­gry­zła war­gę, sta­ra­jąc się opa­no­wać.

Ile to kosz­tu­je, te­le­fon z wy­so­ko­ści dzie­wię­ciu ty­się­cy me­trów? - za­sta­na­wiał się Lu­ther. Wi­dział te­le­fo­ny w sa­mo­lo­tach. Wy­star­czy byle jaka kar­ta kre­dy­to­wa. Bla­ir mia­ła kar­tę, któ­rą jej dał, taką, z któ­rej ra­chun­ki wy­sy­ła się do mamy i taty. Roz­mo­wa z te­le­fo­nu w gó­rze z ko­mór­ką na dole to pew­nie bę­dzie z dzie­sięć do­la­rów.

I za co? "Wszyst­ko w po­rząd­ku, mamo. Nie wi­dzia­ły­śmy się już od pra­wie go­dzi­ny. Ko­cham was. Będę za wami tę­sk­nić. Mu­szę koń­czyć, mamo".

Sil­nik pra­co­wał, choć Lu­ther nie pa­mię­tał, kie­dy go uru­cho­mił.

- Za­po­mnia­łeś o bia­łej cze­ko­la­dzie? - spy­ta­ła już cał­kiem przy­tom­nie Nora.

- Nie. Nie za­po­mnia­łem. Nie mie­li bia­łej cze­ko­la­dy.

- A py­ta­łeś Rexa?

- A kto to jest Rex?

- Rzeź­nik.

- Nie, Noro, ja­koś nie wpa­dłem na to, żeby py­tać, czy mają może bia­łą cze­ko­la­dę scho­wa­ną gdzieś mię­dzy ko­tle­ta­mi a wą­trób­ką.

Szarp­nę­ła klam­kę, wy­ła­do­wu­jąc na niej całą fru­stra­cję.

- Mu­szę ją mieć. Wiel­kie dzię­ki za fa­ty­gę.

I zni­kła.

- Obyś wdep­nę­ła w lo­do­wa­tą ka­łu­żę - burk­nął pod no­sem Lu­ther. Wku­rzo­ny mam­ro­tał nie­zbyt miłe rze­czy. Prze­łą­czył na­wiew ogrze­wa­nia na swo­je zmar­z­nię­te nogi, a po­tem ob­ser­wo­wał gru­ba­sów wcho­dzą­cych do baru z ham­bur­ge­ra­mi i wy­cho­dzą­cych z nie­go. Uli­ce wo­kół były za­kor­ko­wa­ne.

Jak cud­nie by­ło­by da­ro­wać so­bie te świę­ta, du­mał. Pstryk­nąć pal­ca­mi i spra­wić, żeby był już dru­gi stycz­nia. Żad­nych cho­inek, za­ku­pów, bez­sen­sow­nych pre­zen­tów, na­piw­ków, ba­ła­ga­nu i ko­lo­ro­wych opa­ko­wań, kor­ków na mie­ście i tłu­mów, żad­nych kek­sów, al­ko­ho­li i szy­nek, któ­rych ni­ko­mu nie po­trze­ba do szczę­ścia, żad­nych re­ni­fe­rów i bał­wan­ków, gwiazd­ko­wych ce­le­bra­cji w pra­cy, wy­rzu­ca­nia pie­nię­dzy w bło­to. Li­sta była dłu­ga. Oparł się o kie­row­ni­cę, te­raz już uśmiech­nię­ty, grze­jąc się od dołu i snu­jąc słod­kie ma­rze­nia o uciecz­ce od świą­tecz­ne­go za­mie­sza­nia.

Nora wró­ci­ła z małą brą­zo­wą pa­pie­ro­wą tor­bą. Po­ło­ży­ła ją obok nie­go. Ostroż­nie, by nie po­ła­mać cze­ko­la­dy, ale jed­no­cze­śnie de­mon­stra­cyj­nie, by zo­ba­czył, że zna­la­zła to, cze­go jemu się nie uda­ło ku­pić.

- Każ­dy głu­pi wie, że trze­ba py­tać - po­wie­dzia­ła su­ro­wo, sza­mo­cząc się z pa­sa­mi.

- Oso­bli­wy chwyt mar­ke­tin­go­wy - od­pa­ro­wał w za­my­śle­niu Lu­ther. - Scho­wać coś przy mię­sie, ogra­ni­czyć za­pa­sy, a lu­dzie będą się o to bić. Je­stem pe­wien, że pod­no­szą cenę, jak coś jest do­brze scho­wa­ne.

- Oj, prze­stań.

- Prze­mo­czy­łaś nogi?

- Nie. A ty?

- Nie.

- To cze­mu py­tasz?

- Mar­twi­łem się.

- My­ślisz, że nic jej nie gro­zi?

- Jest w sa­mo­lo­cie. Wła­śnie z nią roz­ma­wia­łaś.

- Mam na my­śli dżun­glę.

- Prze­stań się za­mar­twiać, do­brze? Wo­lon­ta­riu­szy nie po­sy­ła­ją tam, gdzie jest nie­bez­piecz­nie.

- Wszyst­ko bę­dzie ta­kie inne.

- Co?

- Świę­ta.

Lu­the­ro­wi omal się nie wy­rwa­ło: Na pew­no. Cie­ka­we, że te­raz, prze­bi­ja­jąc się przez uli­ce peł­ne aut, miał uśmiech na twa­rzy.