ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Czarne chmury
14 LUTEGO 1943 R.
Darsky szedł rowem z pochyloną głową. W ręce niedbale trzymał karabin. Niemiecki konwój był niewielki - jedynie trzy pojazdy: wóz opancerzony z przodu, jasnoszara ciężarówka Mercedesa z zakrytą plandeką i powiewającymi nazistowskimi chorągiewkami oraz otwarta ciężarówka z żołnierzami dla ochrony. Odgłos silników rozbrzmiewał w dolinie. Na linii drzew powietrze było jednak nieruchome i dało się słyszeć śpiew ptaków.
Za jego plecami Zwiadu odchrząknął i splunął.
- Widzisz mojego mausera, Ian? - wycharczał, ciężko dysząc i próbując dotrzymać mu kroku. - Mogę trafić człowieka z pięciuset metrów. Moglibyśmy nawsadzać w tych skurwieli kupę ołowiu, a oni gówno by na to poradzili.
- Nie chcemy ich wystraszyć - odparł Darsky. - Droga poprowadzi ich dokładnie obok naszych pozycji. Pogadamy z Rudym i zobaczymy, co on na to.
Zwiadu chrząknął coś w odpowiedzi. Niedobitki 6 Armii wracały spod Stalingradu rozbite i zdemoralizowane, a - pechowo dla Niemców - trzy lata wojny partyzanckiej wcale nie zmniejszyły chęci zemsty, jaką pałali Zwiadu i inni. Zemsty za okupację, mordy i upokorzenie. Ale prawdą było, że wyeliminowanie kilku przypadkowych wojskowych niewiele by dało - a tym bardziej nie wtedy, gdy przy uważnym planowaniu w ich ręce mógł wpaść cały konwój.
Ian przelazł przez zarośla i zobaczył Rudego obok radiostacji stojącej na ziemi. Ten zamachał do Darsky'ego.
- Co tam mamy? - zapytał.
- Konwój, ale dziwnie mały - Darsky podał mu zmięty skrawek papieru, na którym wypisał szczegóły. - I coś mi nie pasuje w kierunku, z którego nadjeżdżają.
- Byli tak blisko - rzucił Zwiadu, sięgając po manierkę. - Mogłem zdjąć przynajmniej kilku z ciężarówki.
- Nie pierdol, Zwiadu. Teraz mamy ich od chuja do odstrzału - mruknął Rudy. - Damy radę zdjąć wszystkich, jeśli warto i jeśli dobrze to rozegramy.
Nałożył słuchawki i dostroił częstotliwość. Rzucił okiem na papier, a potem spojrzał na Darsky'ego.
- Kierują się w stronę lasu?
Ian skinął głową, zapalając papierosa.
- Wóz opancerzony i niewielki oddział w ciężarówce. Bułka z masłem, co, Rudy?
- Zawsze może być ciężko. Nie wiadomo, ilu jest pod plandeką mercedesa - mruknął ten w odpowiedzi. Odwrócił się do radiostacji i zaczął nadawać morsem. - Poinformuję dowództwo. Niech wiedzą, że będzie ruch.
Kwatera główna Armii Krajowej znajdowała się w Warszawie, zaledwie pięćdziesiąt kilometrów dalej. Darsky i reszta oddziału spędzili poprzednią dobę w stolicy. Dostarczyli najnowsze raporty wywiadowcze i cieszyli się miejskim ciepłem i komfortem, póki mogli. Jak zawsze przekazane informacje zostały dokładnie sprawdzone pod kątem kompletności przez centralę wywiadu. W tym momencie były już w drodze do Londynu. Darsky nie mógł wyjść z podziwu, jak dobrze zorganizowany był teraz ruch oporu. Nabierał nadziei, że naprawdę kiedyś będą w stanie odbić Warszawę i resztę kraju z rąk okupanta.
- Myślisz, że damy radę ich wszystkich zdjąć? - spytał Zwiadu, podając Ianowi manierkę.
Darsky wziął ją, przekazując mu papierosa.
- Nie będą się spodziewać, a poza tym my mamy lepszą motywację.
Bimber pędzony na szybko palił go w gardło tak, że aż się skrzywił. Za nic nie mógł przyzwyczaić się do tej paskudnej berbeluchy i tęsknił, za czymś, co można pić normalnie - w szklance i na lodzie.
Zwiadu wziął manierkę z powrotem i oddał Darsky'emu papierosa.
- Moglibyśmy zastawić na nich zasadzkę w lesie - stwierdził, patrząc na zmianę to na Darsky'ego, to na Rudego. - Nie będą wiedzieć, ilu nas jest.
- Jest nas raptem pięciu - odparł Rudy ze wzrokiem wbitym w radiostację. - Jakbyśmy mieli jeszcze z dziesięciu, to może...
Potrząsnął głową i skupił się na odbieranej wiadomości.
Rudy był z natury podejrzliwy i ostrożny - może właśnie dlatego pozostał wśród żywych - jednak Ian bardzo chciał się dowiedzieć, co takiego przewożono w ciężarówce. Pewnie sprzęt, być może jechali tam jacyś oficerowie, ale dlaczego towarzyszyły im aż dwa samochody eskorty? Miał przeczucie, że konwój chronił coś bardziej wartościowego. Głęboko zaciągnął się dunhillem, patrząc na płynące nad głową białe chmury.
Rudy skończył meldunek i zarzucił ciężką radiostację na plecy.
- Dostaliśmy rozkazy. Zgodnie z planem wracamy do Darnowa.
Ponownie ruszyli wzdłuż rowu, aby w końcu wyjść na łąkę. Zwiadu z mauserem w rękach wyszedł na szpicę, a Darsky zwolnił kroku, by zrównać się z Rudym.
- Konwój będzie nas mijał. Zasadzka, kilka granatów i możemy go zdobyć.
- Żeby zabić kilku niemieckich żołnierzy? - Rudy potrząsnął głową. - Za duże ryzyko.
- Pomyśl tylko. Dwa samochody eskorty dla jednej ciężarówki? Założę się o flaszkę, że wiozą tam coś wartościowego.
- Jak chodzi o wódkę, to nie jestem tak wybredny jak ty, Ian. Tylko panowie szlachta mogą sobie pozwolić na trunki od Baczewskich w tych ich śmiesznych butelkach. Moim skromnym zdaniem ta niskoprocentowa lura smakuje jak woda. A poza tym hazardu nie uprawiam.
- Ryzykujemy za każdym razem, gdy idziemy na akcję - odparł Ian. - I za każdym razem, gdy decydujemy się odpuścić.
Rudy patrzył gdzieś w dal, a po chwili odparł:
- Zobaczymy, ale niczego nie obiecuję, Angolu.
W zaroślach trzasnęła gałązka i Darsky wymierzył z karabinu, zanim jeszcze ustalił, co było przyczyną hałasu. Z chaszczy wygramolił się Roman.
- Robicie masę hałasu - powiedział. - Chodźcie. Cygan i Artur czekają przy samochodzie.
Ruszyli za nim i wkrótce dotarli do nierzucającej się w oczy małej ciężarówki. Artur siedział na siedzeniu kierowcy, paląc. Pryszczata twarz i rzadki zarost - uroki młodości. Cygan ostrzył nóż, siedząc na błotniku.
- Będzie nas mijał konwój - powiedział Rudy, zerkając na Darsky'ego. - Poczekamy i zobaczymy, czy nadarzy się okazja.
- Niemcy? - spytał podekscytowany Cygan, chowając nóż do pochwy i przeładowując swojego lee-enfielda. - Ilu?
Rudy podał mu kartkę, którą dostał od Darsky'ego.
- Może być dwudziestu, może trzydziestu uzbrojonych - odparł Rudy, ładując radiostację na pakę ciężarówki. - I wóz opancerzony. Na razie tylko patrzymy.
- Za ile tu będą? - spytał Artur.
- Szybciej, niżbyśmy chcieli - odparł Zwiadu. - Musimy się pospieszyć, żeby nie spostrzegli, jak ustawiamy się na pozycjach.
Ruszyli szybko. Darsky siedział w szoferce, jedną ręką opierając się o deskę rozdzielczą, a w drugiej trzymając karabin trzęsący się na nierównej drodze. Dyskretnie przyglądał się Rudemu, który pewnie prowadził, jadąc po piasku i kamieniach wypłukanych przez deszcz. Leśny dukt był wąski i auto ledwo się na nim mieściło. Mknęli jak burza pomiędzy drzewami i wkrótce dotarli do głównej drogi, którą miał jechać niemiecki konwój.
Zwolnili. Darsky rzucił plecak na podłogę. Wyciągnął z niego wszystkie granaty i całą amunicję, którą mógł znaleźć. Sprawdził webleya, a potem upewnił się, że karabin jest naładowany.
- Powiedziałem, że tylko obserwujemy - przypomniał Rudy. - Wyluzuj, dobra?
Zatrzymał samochód w głębi lasu, tak by nie było go widać z drogi. Wszyscy wysiedli i ruszyli w stronę pobliskiego zakrętu. Po obu stronach rosły wysokie i rozłożyste drzewa, a w rowach było widać dość gęste krzaki. Z oddali dobiegał już cichy szmer silników.
- Muszą tu zwolnić - rzucił szybko Zwiadu. - A w tych krzakach będziemy dobrze ukryci...
- Nikt nie strzela bez rozkazu - przerwał mu Rudy. - Jeśli nas zauważą, wracamy biegiem do auta i jedziemy w kierunku, z którego nadjechali. Nie dogonią nas. Jeśli ruszymy w porę, nie zawrócą tak łatwo konwoju.
Każdy ruszył tam, gdzie pnie drzew i zarośla mogły zapewnić mu osłonę, a jednocześnie widok na drogę był wystarczająco dobry. Robili to już dziesiątki razy, wszystko odbyło się zatem bez zbędnych słów. Darsky znalazł sobie miejsce na ziemi i położył się, z karabinem przewieszonym przez ramię i czterema granatami wiszącymi u pasa. Powietrze stało nieruchomo i przez to można było odnieść wrażenie, że zapanowała prawie zupełna cisza - jedyne dźwięki wydawały ptaki i ukrywający się w zaroślach partyzanci. Wkrótce jednak daleki szmer przemienił się w miarowy pomruk, a potem w coraz bliższy warkot.
- Spokój! - rozkazał Rudy.
Darsky wcale nie zamierzał jednak siedzieć spokojnie. Instynkt podpowiadał mu, że tego konwoju nie może puścić wolno - i nie była to tylko czysta ciekawość. Odpiął jeden granat i wyciągnął webleya z kabury. Położył je na ziemi w zasięgu ręki. Znał reguły takiej walki. Od pierwszego strzału będą mieli tylko minutę, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę - dopóki ich największą przewagą będzie zaskoczenie.
Odgłos silników narastał z każdą chwilą. Niebawem w polu widzenia partyzantów pojawiła się sylwetka wozu opancerzonego. Na dachu znajdował się ciężki karabin maszynowy, a przy nim żołnierz w charakterystycznym, znienawidzonym hełmie.
- Spokojnie, chłopaki - mruknął Rudy. - Jeśli nas zoba...
Jego słowa zagłuszył wystrzał z karabinu Darsky'ego. Spod hełmu polała się krew. Darsky nie dał przeciwnikom czasu na przegrupowanie. Wyskoczył na drogę. Karabin zostawił w krzakach, w lewej dłoni trzymał webleya, a w prawej granat. Rzucił się biegiem w stronę wozu opancerzonego, który zwolnił przed zakrętem, i wrzucił granat przez właz, z którego bezwładnie zwisało teraz ciało strzelca. Usłyszał stłumiony wybuch, a na karku poczuł gorący powiew. Pojazd zatrzymał się i zatarasował drogę. Kierowca jadącego za nim mercedesa musiał dać ostro po hamulcach, a jego oczy były szeroko otwarte z przerażenia. Darsky posłał mu kulkę w czoło, gdy podoficer zajmujący siedzenie pasażera próbował dobyć pistoletu.
Mercedes zatrzymał się gwałtownie, a silnik zgasł. Rudy klął na czym świat stoi, ale Darsky go zignorował. Dobiegł do samochodu i usłyszał, jak z paki dobiegają wyszczekiwane po niemiecku rozkazy. Zaryzykował i spojrzał za siebie. Z włazu wozu opancerzonego snuł się gęsty ciemny dym, a ciało strzelca było rozerwane na strzępy. To samo musiało spotkać załogę.
Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. To ten, który siedział koło kierowcy. Darsky wychylił się i trafił go z webleya. Przeskoczył zwłoki i w ułamku sekundy zastrzelił kolejnego, który dosłownie przed chwilą musiał wyskoczyć z paki mercedesa. Teraz padł w fontannie krwi. Darsky schylił się po schmeissera wciąż ściskanego przez dłoń trupa. Podniósł wzrok i zobaczył szybko nadjeżdżającą ciężarówkę z eskortującymi konwój. Wywalił cały magazynek w szoferkę i uskoczył. Przednia szyba zamieniła się w pajęczynę pęknięć zachlapaną od wewnątrz krwią Niemców, przez którą nie było już nic widać.
Darsky słyszał wściekłe wrzaski Niemców z mercedesa, które umilkły, gdy ciężarówka wioząca żołnierzy z impetem uderzyła w tył pojazdu. Uderzenie było na tyle silne, że odrzuciło od siebie oba auta. Darsky upuścił dymiący pistolet maszynowy i ruszył dalej, wyciągając zawleczkę z kolejnego granatu. Gdy ciskał go między siedzących na pace ciężarówki, poczuł zapach benzyny. Zbiornik musiał nie wytrzymać zderzenia.
Rzucił się do przydrożnego rowu, zatykając uszy dłońmi. Huk był znacznie głośniejszy niż wybuch opancerzonego samochodu, a gdy eksplodował zbiornik paliwa, zalała go fala gorąca. Musiał potrząsnąć głową, by pozbyć się powidoków i dzwonienia w uszach.
- Pojebany Angolu! - Poczuł, jak Rudy podnosi go z ziemi. - Kazałem ci siedzieć, kurwa, spokojnie! - ryknął mu w twarz.
Darsky złapał Rudego za ramiona i rzucił się z powrotem do rowu w chwili, gdy pociski pistoletu maszynowego rozdarły ziemię tuż nad ich głowami. Ian podniósł webleya. Najwyraźniej kilku Niemców zdążyło zeskoczyć z ciężarówki przed zderzeniem i teraz ukrywali się po drugiej stronie drogi.
Rudy był już w pełnej gotowości. Zapomniawszy o swojej furii, za wszelką cenę starał się przesunąć na wysokość płonącej ciężarówki, by nie ułatwiać Niemcom strzału. Darsky ruszył za nim. Po kilku sekundach zatrzymali się, ogień i cierniste krzaki rosnące w rowie odgradzały ich od nieprzyjaciela. Ian wyrzucił puste łuski webleya i za pomocą zmyślnego podajnika załadował kolejnych sześć kul wyjętych z kieszeni kurtki.
Rudy trzymał w dłoniach nowiutkiego stena.
- I co teraz? - wycharczał, próbując wygrzebać się z czepiających się płaszcza cierni.
Darsky zgrzytnął zębami. Załatwił większość konwoju praktycznie sam; teraz z całą pewnością mieli przewagę, nawet biorąc pod uwagę cholernych niedobitków po drugiej stronie.
- Osłaniaj mnie - odparł, kończąc przeładowywanie webleya. - Zajmę się mercedesem.
Wstał, uwalniając się z ciernistych chaszczy, po czym ruszył rowem w kierunku mercedesa. Nagle dokładnie na wprost, po drugiej stronie drogi, dostrzegł lufę schmeissera wystającą zza drzewa i rzucił się na ziemię. Usłyszał serię ze stena i lufa zniknęła. Wyskoczył na drogę i podbiegł do mercedesa, wykorzystując go jako osłonę. Słyszał jęki i krzyki rannych Niemców znajdujących się pod plandeką. Darsky wychylił się i zastrzelił żołnierza w rowie po drugiej stronie. Po chwili wyjrzał ponownie i zobaczył jeszcze dwóch, którzy uciekali w przeciwnym kierunku. Tam czekali już Artur i Rudy. Krótkie serie ze stenów położyły Niemców pokotem. Po chwili wili się w konwulsjach, wzniecając tumany kurzu.
Trzymając webleya wymierzonego w mercedesa, Darsky ruszył w stronę pojazdu. Zobaczył, jak plandeka rozsuwa się szeroko, a zza niej wyłania się mężczyzna w przekrzywionej, lamowanej srebrem czapce SS ze złamaną ręką wygiętą pod nienaturalnym kątem; zdawało się, że miał też złamanych kilka żeber. Drugą rękę trzymał za plecami.
- Nie strzelaj - powiedział po polsku z ciężkim akcentem. - Jestem ranny.
Darsky zerknął za niego: był tam cywil w prochowcu, który trzymał dłonie kurczowo zaciśnięte na siedzeniu, a krew ciekła mu po twarzy. Ktoś jeszcze leżał na podłodze. Oficer wykonał gwałtowny ruch i... Darsky strzelił mu prosto w gardło, praktycznie nie myśląc. Zobaczył, jak z dłoni dławiącego się własną krwią Niemca wypada luger, a jego ciało ląduje na drodze. Dla pewności Ian strzelił w głowę żołnierzowi leżącemu na podłodze mercedesa i końcem lufy pokazał cywilowi, że ma podnieść ręce.
Darsky spojrzał w kierunku zarośli, gdzie chwilę wcześniej chowali się z Rudym, i odetchnął. Cygan z Romanem sprawdzali okolicę, upewniając się, że nikt nie pozostał przy życiu, a Artur zajął się dobijaniem Niemców leżących na drodze.
- No masz ty, kurwa, szczęście! - rzucił Rudy, podchodząc, wciąż ze stenem w rękach i chmurnym wyrazem twarzy. - Szczęście, że sam cię jeszcze nie zastrzeliłem.
Darsky uśmiechnął się, ale krew wciąż w nim wrzała. Szczęście? Nie, był po prostu cholernie dobry. Usłyszał jęk i odwrócił się w stronę mercedesa. Mężczyzna w prochowcu wyglądał żałośnie. Próbował wstać i wygrzebać się z samochodu z podniesionymi rękoma, ale najwyraźniej sprawiało mu to trudność. Darsky wskoczył do mercedesa i za kołnierz wyciągnął go z pojazdu. Tamten zawył z bólu, ale jego wzrok nagle nabrał ostrości, gdy spojrzał na Darsky'ego z rozpaczą.
- Proszę! Błagam, nie zabijajcie mnie!
- Co macie tam z tyłu? - spytał go Ian, patrząc w stronę ciężarówki.
- Nie wiem! - zaszlochał mężczyzna, bez powodzenia starając się zatamować krew spływającą mu na oczy.
Darsky westchnął, rozpoznając mężczyznę. To był Grob, człowiek, który do niedawna wykorzystywał Ratorskiego. Człowiek, który był sprawcą śmierci wielu niewinnych.
- To na co nam się przydasz?
Odepchnął Niemca od siebie, po czym wyciągnął broń i strzelił mu prosto w twarz. Przez ułamek sekundy zamiast twarzy zabitego widział twarz Olszakowa, a wspomnienia z Katynia zaczęły niebezpiecznie przelewać się przez tamę, którą postawił w swoim umyśle. Ian potrząsnął głową i zwrócił się do Zwiada, który właśnie stanął obok.
- To gość z Gestapo. Przeszukaj go.
Sam wskoczył na pakę mercedesa. Wnętrze było puste - z wyjątkiem ciała zabitego wcześniej żołnierza i stojącej na końcu metalowej skrzyni zamkniętej na kłódkę. Przestrzelił ją i kopniakiem otworzył skrzynię.
- Co tam jest? - spytał Rudy. - Warte, żeby ryzykować?
Darsky spojrzał na sztabki złota leżące równo w skrzyni. Każda z nich była ozdobiona swastyką. Podniósł jedną z nich i zamknął wieko, zauważając jeszcze kilka płaskich pakunków opartych o krawędź skrzyni. Zerwał brezentowy pokrowiec z pierwszego z nich, odsłaniając portret oprawiony w ramę. Uśmiechnął się półgębkiem, po czym zawołał Rudego na górę.
- Patrz! - Podsunął sztabkę złota pod nos włażącego na pakę Rudego. - Brak tego nieco utrudni Niemcom dalsze finansowanie wojny, nie? Chodź, zobaczmy, czego jeszcze zabraknie w berlińskiej kolekcji dzieł sztuki.
Rudy oderwał wzrok od sztabki złota i pomógł Ianowi rozpakować obrazy. Spojrzał na pierwszy przedstawiający matkę z dzieckiem.
- Co to? - spytał
- Madonna Głogowska. Ma ponad czterysta lat. Lukas Cranach Starszy. Ten tu to, jak sądzę, Canaletto, a tu, o tak, oto polski Józef Brandt.
Darsky dostrzegł zmieszanie i brak zrozumienia Rudego, ale nie ostudziło to jego entuzjazmu.
- Jechali do Berlina. Poznaję te obrazy, widziałem je w muzeum w Warszawie. To polskie dziedzictwo narodowe. Musimy je zawieźć do Józefa. U niego póki co będą bezpieczne. No a poza tym wiesz... będziesz miał okazję spotkać się z piękną Julią.
Rudy nic nie odpowiedział. Darsky wiedział, że nie znosi, kiedy ktoś się z nim drażni.
- No a złoto? - spytał w końcu Rudy, ledwo poruszając ustami.
- Lepiej nadaj meldunek.
Zeskoczyli z mercedesa i podeszli do wraku płonącej ciężarówki. Wokół jak wyrzucone przez morze kłody drewna leżały ciała zabitych, a w niebo bił gęsty czarny dym, plamiąc chmury. Darsky poczuł potrzebę oderwania się od tego widoku. Zwrócił się do Rudego:
- Nie wiesz może, gdzie mógłbym znaleźć fortepian?
20 MARCA 1943 R.
Bauman pchał swój wózek między pustymi łóżkami i pustymi szafkami ambulatorium, aż dotarł do szafy stojącej na tyłach pokoju. Właściwie to nie było ambulatorium - większość ludzi trafiała tu tylko z jednego powodu. Budynek był zimny i czuć w nim było zapach środków odkażających. W ciągu ostatniego roku zabrano stąd prawie wszystko, jednak Bauman, jak inni Hofjuden, "nadworni Żydzi pana naczelnika", miał swoje obowiązki i zadania do wykonania.
Otworzył kredens i zaczął pakować metalowe baseny na wózek. Naliczył ich cały tuzin, gdy wózek był pełen. Pchnął go z powrotem do drzwi. Stojący tam strażnik rzucił mu krótkie:
- Nie gap się, Żydzie.
Bauman spuścił wzrok i wytoczył wózek na zewnątrz. Blaszane baseny dzwoniły na wyboistej ścieżce, a ich dźwięk był jakby echem brzęku łańcuchów ludzi wychodzących ze wschodniego baraku. Wbił wzrok w wózek, póki go nie minęli. Nikt nie powiedział ani słowa, ale czuł, jak na niego patrzą. Spojrzał na wielki ceglany gmach stojący naprzeciwko budynku z prysznicami. Gdy szedł do ambulatorium, słyszał dobiegające stamtąd hałasy. To, co zwykle: wrzaski, jęki, stłumione szlochy... ale teraz, chwała Bogu, panowała tam cisza. Czy jednak na pewno? Przez moment zdawało mu się, że słyszy dobiegający stamtąd śmiech dzieci. Czy to Leia albo Ester? Szybko zerknął na drzwi wejściowe. Oczywiście nikogo tam nie zobaczył. Nie było ich tu. Były gdzie indziej, bezpieczne.
Doszedł do małej szopy służącej mu za laboratorium i popatrzył na białe ściany domu naczelnika po drugiej stronie placu. Nie dostrzegał już mężczyzn ani kobiet. Cierpliwie czekał, aż strażnik otworzy drzwi, zastanawiając się, od ilu dni jest na Majdanku. Myślał o godzinach spędzonych w maleńkim laboratorium, pracy nad bakteriami i pleśniami, gdy próbował powtórzyć proces syntezy, nad którym pracował jeszcze w Krakowie, zanim został pojmany. Pomyślał o Higginsie, dobrym człowieku, który dał mu nadzieję i powód, żeby iść do przodu, niezależnie od niekończących się potworności, których był świadkiem każdego dnia. Strażnik w końcu uporał się z zamkiem i Izaak wepchnął swój wózek do środka, po czym rzucił baseny na stół. Miały posłużyć jako pojemniki na kultury grzybów i bakterii, gdy już znajdzie odpowiedni substrat. Choć dotychczas nie miał szczęścia, a naczelnik Schwarz żądał częstych raportów.
Za plecami usłyszał kroki.
- Naczelnik cię wzywa.
Bauman chrząknął i przesunął jeden z basenów. W ocynkowanej blasze dostrzegł przez moment odbicie swoich córek. Zwalczył pokusę, aby się obejrzeć.
- Teraz, Żydzie - znów rozległ się głos. - Te eksperymenty mogą poczekać.
Przez trawnik przeszedł ze spuszczoną głową, słuchając skrzypienia skórzanych butów oficera idącego tuż za nim. Nienawidził tego. Nienawidził wizyt w domu naczelnika Schwarza. Musiał wtedy minąć zagrody. Mężczyźni na wschodzie, kobiety na zachodzie. Słyszał ich, czuł ich, ale nie patrzył, nie potrafił.
Dotarli do domu i Bauman wszedł do środka. Zdjął czapkę. W holu siedział esesman i palił papierosa. Jego mundur był nieskazitelny, a blond włosy zaczesane do tyłu i przylizane. Bauman nagle poczuł się niezręcznie w swoim podartym pasiaku, z brudem za paznokciami i nieogoloną twarzą. Chwilę potem zdał sobie sprawę, jak niedorzeczne były jego myśli.
- Ruszaj się!
Popchnięto go korytarzem w stronę gabinetu naczelnika. Oficer, który go prowadził, zatrzymał się przy drzwiach i dwukrotnie zapukał.
- Chwileczkę! - Zza drzwi dobiegła stłumiona odpowiedź Schwarza.
Bauman słyszał odgłos przesuwanego krzesła, potem śmiech i w końcu w drzwiach stanął młody zarumieniony człowiek z dystynkcjami podporucznika na ramionach. Minął ich, a Baumana owionął mocny zapach wody kolońskiej. Wepchnięto go do gabinetu, gdzie ujrzał naczelnika Schwarza, szeroko uśmiechającego się zza biurka i trzymającego w rękach gazetę. Zauważywszy nowo przybyłych, Schwarz rzucił gazetę na biurko i wstał.
- Dobrze pana widzieć, doktorze Bauman.
Izaak skrzywił się, słysząc swój tytuł naukowy. Nie lubił go już. Przypominał mu o przeszłości, o tym wszystkim, co stracił.
- Przynieś nam herbaty, Hans. A, i jeszcze herbatniki. Proszę siadać, doktorze, proszę siadać!
Baumana posadzono na fotelu, a po chwili na biurku pojawiła się taca z czajniczkiem, dzbankiem mleka i herbatnikami.
- Jak postępy? - spytał Schwarz, nalewając herbatę do filiżanek.
- Testowałem wiele różnych pożywek, ale najpierw muszę zidentyfikować stosowny substrat, który pozwoli na hodowlę odpowiedniego szczepu - odparł doktor pozbawionym emocji głosem. - Próbowałem już wielu rzeczy, ale trudno pracować bez odpowiedniego sprzętu, odczynników...
- Doktorze, trwa wojna - przerwał mu Schwarz, nalewając sobie mleka. - Nasze zasoby są ograniczone, ci cholerni partyzanci przejmują nasze zaopatrzenie. Ale efekt pana prac uratuje wiele istnień, wzmocni wysiłek wojenny. Pański wysiłek pozwoli na szybsze osiągnięcie pokoju.
Niemiec poczęstował Baumana herbatą, a ten ją przyjął. Upił łyk, nie czując smaku ani zapachu. Schwarz spojrzał na doktora z wyczekiwaniem.
- Zaczynamy testy na kolejnej partii - powiedział Bauman ze wzrokiem wbitym w filiżankę.
- Cóż, proszę mnie na bieżąco informować - odparł Schwarz. Po chwili odchrząknął i mówił dalej: - A jak idzie nasz drugi projekt? Ten, który jest naprawdę ważny, doktorze?
Bauman wzdrygnął się.
- Napotykam te same problemy, podobnie jak w przypadku szczepionki. Potrzeba więcej czasu, więcej odczynników, ale już wkrótce będzie można rozpocząć produkcję. Jestem pewien.
- Może powinien pan się bardziej skupić na bakterii - powiedział Schwarz. - Nasi sponsorzy się niecierpliwią.
Kimkolwiek byli sponsorzy, utrzymywali Baumana przy życiu, by mógł kontynuować badania. Sprawy musiały iść naprawdę źle, skoro Schwarz był skłonny podjąć ryzyko i przeznaczyć czas Baumana głównie na projekt inny niż oficjalna przykrywka. Komu jednak mieliby poskarżyć się jego koledzy naukowcy?
Schwarz spojrzał na zegarek.
- Może pan już iść - powiedział z uśmiechem. - Spodziewam się gości.
Bauman dopił herbatę i poniósł się, by wyjść.
- Jeszcze jedna sprawa, doktorze - rzucił Schwarz. - Obawiam się, że będzie potrzebna pańska pomoc przy sprzątaniu. No wie pan, o czym mówię. Staram się ograniczać pańską obecność w komorach do minimum, ale jak pan wie, jest pan niezwykle zręczny i uważny. Prawdziwy z pana chirurg, prawda?
Schwarz zachichotał.
Bauman mimo wypitej herbaty poczuł zimno w żołądku. Schwarz miał na myśli to, że dobrze radził sobie z obcęgami.
- Oczywiście im szybciej skończy pan swoją pracę, tym szybciej będę mógł wydostać pana z tej przeklętej dziury.
Bauman oczyma wyobraźni widział sterty trupów, bezzębne dziąsła i puste oczy. Poczuł suchość w ustach, zerkając na zdjęcie ustawione na biurku naczelnika.
- To moja żona - powiedział Schwarz, widząc zainteresowanie Izaaka. - Gretchen.
Bauman patrzył na pełne usta, pofalowane włosy, szeroko otwarte, kochające oczy. Mógłby przysiąc, że na zdjęciu była Hana, ale najwyraźniej jego psychika znów płatała mu figle.
- Proszę - powiedział Schwarz. - Proszę wziąć sobie ciasteczko na drogę.
Bauman pracował szybko. Jego dłonie sprawdzały zawartość kieszeni, odrywały metalowe guziki, szukały drobnych, biżuterii, a nawet złotych plomb. Szybko sięgnął po obcęgi i wyrwał złoty ząb. Nie było krwi. Ząb powędrował do torby z resztą nazistowskich łupów. Pracował, ignorując ludzi wrzucających na taczki zwłoki przeznaczone do krematorium. Zabrał się za kolejne ciało. Przynajmniej miał pewność, że wśród nich nie będzie nikogo z jego rodziny. Rodzina była wszystkim, co mu pozostało.
8 KWIETNIA 1943 R.
Darsky patrzył na linię drzew. Księżyc krył się za chmurami. Słyszał jedynie szum kropel i szelest liści na wietrze, a ciągła mżawka już dawno przemoczyła go do suchej nitki. Coś innego jednak wciąż nie dawało mu spokoju, coś zimniejszego niż nocne powietrze. Nie mógł się powstrzymać, by nie zerkać na ludzi siedzących przy murze majątku pod rozpiętą pałatką. Warta. Śmiali się i widział czerwony blask palonych przez nich papierosów.
- Artur - wysyczał. - Idź tam i powiedz im, żeby do cholery byli cicho.
Przez moment Artur wyglądał, jakby chciał się sprzeciwić - w końcu Darsky nie był jego przełożonym - wzruszył jednak ramionami i ruszył przez wysoką trawę w stronę pałatki. Ian nie mógł nic poradzić na to, że był oschły. Czuł niepokój, a już dawno temu nauczył się ufać swoim instynktom - czy to na scenie, czy na tyłach linii wroga. Czuł zmianę w powietrzu. Jakby wiedział, że należy spodziewać się rozlewu krwi.
- Ian. - To był Piła. - Wejdźże do środka. Ta jebana pogoda raczej się nie poprawi.
Za plecami mieli niewielki dworek, centralny punkt majątku, zupełnie zaciemniony z wyjątkiem słabego blasku świec sączącego się przez ciężkie zasłony. Należał do pewnego ziemianina, który dawno temu wyjechał z kraju. Teraz dworek dawał schronienie blisko pięćdziesięciu ludziom z plutonu Piły. Dalej lśniącą obsydianowo wstęgą wił się Wieprz ciemniejszy niż noc. Rzeka zdawała się nieruchoma, ale Darsky wiedział, że pod powierzchnią rwie nurt, gwałtowny i zimny jak rosyjska ofensywa.
- Ludzie są zbyt beztroscy - powiedział Darsky, patrząc na Piłę. - Nie podoba mi się tu. Powinniśmy ruszać, póki pogoda jest zła.
- Przy takiej pogodzie nawet te pojebane szkopy zostawią nas w spokoju - odparł kapitan.
Ian dostrzegł twarz Piły w błysku pioruna, a jego słowa zaakcentował huk gromu. Deszcz wzmógł się jeszcze.
- Widzisz? Poza tym mają teraz inne sprawy na głowie. Dziś w nocy się nie ruszą.
Poprawił kołnierz kurtki i ruszył w stronę dworku.
Darsky westchnął. Prawdą było to, że Niemcy się wycofywali, ale wiedział, że nie wolno ich lekceważyć. Choć byli w odwrocie, zmęczeni wojną i zdemoralizowani, nie można było ich nazwać niekompetentnymi. Gdyby wiedzieli, że Armia Krajowa stacjonuje właśnie tutaj, a ludzie poczuli się zbyt bezpiecznie, mogło wydarzyć się coś okropnego.
- Rzeka wzbiera - powiedział Rudy.
Właśnie wrócił znad brzegu. Ciężki od wody płaszcz wisiał mu na ramionach, a niedopałek papierosa przylepiony w kąciku ust nawet nie udawał, że jeszcze się pali.
- Tyły zabezpieczone. - Popatrzył Darsky'emu w oczy. - Co z przednią linią?
- Póki co cisza.
- Myślisz, że coś się może zdarzyć?
- Coś się zawsze zdarza.
Darsky spojrzał na ludzi pod pałatką. Artur wciąż z nimi rozmawiał, ale teraz byli znacznie ciszej.
- Wejdźmy do środka - rzucił Rudy. - Nawet ty nie próbowałbyś niczego wykręcić w taką pogodę.
Nie zgadzał się z nim. To była idealna pogoda do ataku.
- Powinniśmy iść do lasu - odpowiedział, ruszając za Rudym i Piłą. - Po drugiej stronie jest wieś. Zbyt wielu ludzi o nas wie, jeśli ktoś zacznie mówić...
- Polscy chłopi nienawidzą Niemców tak samo jak ty, Ian - skomentował Rudy.
- Ale w Polsce jest wiele narodowości i nie wszyscy są lojalni tak jak...
- Tak jak Anglicy? - spytał Rudy, wypluwając w końcu niedopałek papierosa. Nagle się zatrzymał. - Co jest? Kto tam idzie?!
Darsky podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Czyżby dostrzegł jakiś ruch? Złapał latarkę i skierował jej promień na lewy róg dworku. W słabym świetle dostrzegł bladą twarz i blond warkocze.
- Dziewczyna - rzucił krótko.
Rudy trzymał swój MG 34 w gotowości. Błyskawica oświetliła na moment opiętą czarnym płaszczem sylwetkę znikającą w gęstwinie.
- O żesz kurwa. To musi być jedna z kucharek.
- Dawaj tu Piłę, szybko!
Darsky poczuł, jak robi mu się jeszcze zimniej.
Ledwo zdążył to powiedzieć, gdy rozległ się okrzyk alarmu, a powietrze rozdarł pojedynczy dźwięk karabinu. Zaraz potem rozległ się grzmot wielu wystrzałów. Słyszał wykrzykiwane rozkazy, odgłosy paniki, krzyki bólu. Zygzak błyskawicy rozciął niebo i przez moment Darsky widział wszystko otulone świetlistą aureolą deszczu. Od strony lasu zbliżały się postaci w czarnych mundurach, na czarnych czapkach w świetle błyskawic błyszczały trupie czaszki, a karabiny maszynowe w ich rękach niosły śmierć. Usłyszał, jak Rudy klnie, a zaraz potem ryk MG 34 niemal go ogłuszył.
Darsky dostrzegł Piłę.
- Pozycje obronne! - krzyczał tamten.
Łoskot karabinu maszynowego ucichł, gdy Rudy pobiegł do dworku, taśmy z amunicją obijały się o łoże potężnej broni w jego rękach. Darsky był tuż za nim, niezwykle wyraźnie czując krople deszczu na czole i w każdej chwili spodziewając się czegoś znacznie gorszego między łopatkami. Piła był na ganku, ostrzeliwując wschodnią flankę z pistoletu maszynowego. Za jego plecami pojawiało się coraz więcej przestrzelin, a w powietrzu wirowały pył i odpryski farby. Darsky przypadł do ziemi, unikając huraganowego ognia. Rudy potknął się na schodku, ale Ian złapał go za ramię i wciągnął za dość marną osłonę, jaką stanowiła barierka.
- Weź ludzi za Wieprz! - krzyknął Piła do Rudego. - Będziemy ich powstrzymywać tak długo, jak się da!
Seria z karabinu maszynowego rozbiła w drzazgi barierkę, ale jakimś cudem żaden z nich nie został nawet draśnięty.
- Idź w dół rzeki po drugiej stronie. Potem dawaj do lasu! - rozkazał Piła.
- A co z resztą? - spytał Darsky. - Tam są ze dwa tuziny ludzi!
Kapitan spojrzał na niego, a jego drapieżne rysy twarzy na moment jakby zmiękły. Darsky już widział ten wyraz twarzy - u Grzegorza, na chwilę przed tym, zanim ten zginął. Wyraz spokoju podszyty ponurą determinacją.
- Miałeś rację, Ian - powiedział Piła. - Idź, uciekaj stąd, kurwa, jak najszybciej! - Zmienił magazynek, krople deszczu zasyczały na rozgrzanym metalu broni. - Ja ich zatrzymam.
Darsky chciał go powstrzymać, ale Piła już ruszył w dół zbocza.
- Ian! - krzyknął Rudy, podając mu MG 34. - Osłaniaj go!
Wyciągnął pistolet i ruszył biegiem w stronę rzeki.
Sylwetka Piły była rozmazana w deszczu, rozjarzona ogniem karabinów i światłem błyskawic, które waliły teraz niemal bez przerwy. Kilkunastu partyzantów dołączyło do desperackiej szarży dowódcy, gdy mijał ich pozycje, ale wielu z nich padało, gdy tylko wyszli zza osłony. Darsky widział sylwetki Niemców na tle lasu. Oparł karabin maszynowy na tym, co pozostało z barierki, a kolbę przycisnął do ramienia. Nacisnął spust i pociągnął serią pocisków 7,92 mm od lewej do prawej. Widział padających Niemców, widział, jak ściana ołowiu trafiała w ich linie, gruchocząc kości, rozłupując czaszki, zamieniając organy wewnętrzne w krwawy gulasz. Ale to nie wystarczało. Zwłaszcza że zza tyraliery niemieckich żołnierzy z lasu wytoczyły się dwa czołgi. Nic wielkiego, chyba jakieś wycofane z frontu zdobyczne francuskie maszyny z 1940 roku - ale i tak nie do ugryzienia dla pozbawionych jakiejkolwiek broni przeciwpancernej partyzantów.
Piła był w połowie drogi, gdy padł. Wyglądało to niemal, jakby się potknął - ale już się nie podniósł. Ludzie w lesie nie żyli, a reszta wycofywała się w stronę rzeki. Darsky słyszał Rudego starającego się przegrupować resztki oddziału, jednak ogień nieprzyjaciela zaczynał się na nich skupiać. Czas się kończył. Czołgi na skraju lasu wyjechały na pozycję i z dystansu niszczyły wszelkie punkty oporu w ścianach dworku. Pociski dział przerabiały ciało, drewno i tynk na wielobarwną miazgę.
Darsky podniósł karabin i ruszył biegiem, trzymając głowę nisko. Jeśli nie dołączy do pozostałych, to wkrótce dołączy do martwych. Za rogiem budynku wpadł prosto na Niemca, którego trafił lufą karabinu w brzuch. Tamten runął na ziemię, a Darsky uniósł karabin pionowo i świetle błyskawicy dostrzegł młodego człowieka o blond włosach, z oczami rozszerzonymi przerażeniem. Z impetem opuścił kolbę na jego twarz, gruchocąc mu szczękę. Uderzył jeszcze dwa razy, rozłupując czaszkę. Dla pewności.
Podniósł wzrok i dostrzegł sylwetkę żołnierza składającego się do strzału, biorącego na cel ludzi w rzece. Darsky skosił go krótką mierzoną serią, a następnie rzucił się w dół zbocza, uważając, by ciężki karabin maszynowy go nie przeważył. Gdyby tak się stało, poleciałby prosto na kamienisty brzeg.
Rudy kierował ludzi w stronę rzeki, jednocześnie strzelając ze swojego visa do przeciwników, których Darsky w ogóle nie widział. Ian potknął się o coś miękkiego, spojrzał w dół i zobaczył Szefa leżącego na plecach. Jego świdrujące zielone oczy świeciły jasno na dziobatej twarzy, której brakowało dolnej połowy, a na klatkę piersiową zwisało coś, co zdaniem Darsky'ego mogło być językiem. Szef zasalutował pistoletem, który wciąż trzymał w dłoni, i spojrzał na wschód. Broń miał w gotowości. Darsky zasalutował w odpowiedzi i znów ruszył w stronę rzeki. Szef nie da się wziąć Szwabom żywcem.
- Ian! - zawołał Rudy. - Od północy nadchodzi większa grupa!
Darsky strzelał krótkimi seriami w noc, bez przerwy przeklinając. Ktoś musiał donieść. Przewidział to. Po tym wszystkim, przez co przeszli, byli teraz metodycznie unicestwiani. Odwrócił się i zobaczył, jak Rudy pomaga dotrzeć rannemu Zwiadowi do brzegu Wieprza. W rwącym nurcie już roiło się od ludzi, którzy płynęli, by za wszelką cenę ratować życie. W dole rzeki też widział unoszące się kształty. Wkrótce Niemcy tam dotrą i woda nie zapewni im już żadnej ochrony. Przyspieszył, choć ciężar karabinu sprawiał, że jego mięśnie płonęły.
Rudy stał przy brzegu koło Zwiada, po kolana w wodzie, gdy seria z ciężkiego karabinu maszynowego niemal przecięła Zwiada na pół, wywołując fontannę krwi zmieszanej z brudną wodą. Darsky rzucił się do rzeki, wypuszczając karabin dopiero wtedy, gdy dotarł na tyle daleko w jej nurt, by być pewny, że Niemcy nie wydobędą cennej broni. Zanim zdążył dotrzeć do Rudego, Zwiadu leżał już twarzą w błocie, a sam Rudy patrzył w niebo rozciągnięty na plecach z nogami w wodzie, obiema dłońmi ściskając ranę poniżej mostka. Niebo rozświetliła błyskawica i Darsky dostrzegł krew przesączającą się między palcami mężczyzny.
Nie było czasu na ocenę, jak ciężkie obrażenia odniósł jego towarzysz. Ian pociągnął Rudego na głębszą wodę, czując, jak porywa ich lodowaty prąd. Poruszali się szybko. Darsky kopał spienioną wodę, jak mógł najmocniej, starając się dotrzeć jak najdalej od Niemców, nim ktokolwiek ich spostrzeże.
- Zostaw mnie, Ian - wyrzęził Rudy. - Dostałem. Zostaw mnie do kurwy nędzy!
Darsky go zignorował. Starał się tylko utrzymać na powierzchni, walcząc z ciężarem własnym, Rudego i nasiąkniętych ubrań ich obydwu. Usłyszał nawoływania Niemców i ujrzał ich na brzegu. Ktoś w przybrzeżnym błocie błagał o życie. Odpowiedzią na jego prośby była seria z automatu.
- Mówię poważnie - ciągnął Rudy, szczękając zębami. Darsky zdał sobie sprawę, że też trzęsie się z zimna. - Ratuj się! Już po mnie.
- Jeszcze nie po nas - odparł Ian tak cicho, jak potrafił. - Przegrupujemy się razem z innymi.
- Już po mnie, ty tępy angielski chuju!
- Wal się! Jestem w połowie Polakiem - wysyczał Ian w odpowiedzi. - Wiem, że zawsze to podejrzewałeś. Mam na nazwisko Darsky, a majątek w Darnowie należy do mojej rodziny. Walczę za Polskę tak samo jak ty!
- Pierdolisz!
Darsky zatkał dłonią usta Rudego, ale było za późno. Kula rozchlapała wodę tuż obok nich i szybko dołączyły do niej kolejne. Darsky wciągnął towarzysza pod wodę i płynął z całych sił. Gdy się wynurzyli, Rudy gwałtownie zakasłał. Na brzegu widział sylwetki, które starały się za nimi nadążyć.
- Jeszcze raz krzykniesz, idioto, to też będę martwy - powiedział. - Nie kłamię ani nie zamierzam cię zostawić.
- Jesteś uparty jak cap - wymamrotał Rudy. - To faktycznie musi być polska krew, sukinsynu.
Płynęli coraz szybciej, a Darsky widział już przed sobą gęstwinę tataraku i wierzby płaczące. Gdyby tam dotarli, mieliby jakąś osłonę. Z brzegu, który przed chwilą opuścili, dobiegł ich rozpaczliwy krzyk:
- Ian! Rudy! Na miłość...!
Krzyk ucięła seria z karabinu. To mógł być Cygan, a może Roman. W deszczu trudno było to jednoznacznie ocenić. A Darsky całą uwagę poświęcał temu, by płynąć. Rudy coś po cichu mamrotał, ale Ian nie rozróżniał słów. Zastanawiał się, czy zrobiłoby jakąkolwiek różnicę, gdyby Piła go posłuchał, ale uznał, że teraz nie ma to znaczenia. Dowódca i tak zapłacił najwyższą cenę.
Pod stopami Darsky poczuł grunt, ale dno było zbyt miękkie, a silny nurt porwał go dalej. W dole rzeki zobaczył grubą gałąź sterczącą znad brzegu.
- Spokojnie, Rudy - powiedział. - Spróbuj się nie ruszać.
- Na imię mam Wiktor.
Rudy wciąż coś mamrotał, ale uspokoił się nieco. Darsky sięgnął do gałęzi. Była pokryta mchem i mokra od deszczu. Poczuł, jak wyślizguje mu się z palców. Aż krzyknął z frustracji, lecz Rudy wyrzucił w górę rękę i złapał konar. Ian znów poczuł dno pod stopami i z całych sił zaparł się o nie, jeszcze raz desperacko próbując schwycić gałąź. Tym razem jego dłoń nie ześlizgnęła się. Poczuł jak gałąź się ugina, przez moment myślał, że się złamie, ale wytrzymała. Delikatnie pomógł Rudemu wpełznąć w trzciny, a kiedy poczuł, że ten jest bezpieczny, sam runął całym ciężarem ciała w gęstwinę tataraku, poza główny nurt.
- No i dobra, Ian - powiedział Rudy. - Jesteśmy bezpieczni, a teraz bardzo cię proszę, spierdalaj.
Darsky dyszał zbyt ciężko, by odpowiedzieć. Wciąż słyszał Niemców. Regularnie rozlegały się wystrzały - dobijali rannych. Co jakiś czas z nurtem rzeki dobiegał ich czyjś krzyk. Nagle ciemności nocy rozświetlił pomarańczowy blask. Niemcy podpalili to, co zostało z dworku.
Wciąż czekali w wodzie, a deszcz powoli przestawał padać. Widoczność się poprawiła, więc Darsky ściągnął więcej trzcin, aby lepiej ich ukryć. Widział upiorne sylwetki Niemców rozmawiających i śmiejących się po drugiej stronie rzeki. Rudy był poważnie ranny. Powinni uciekać, ale jeszcze nie mogli się ruszyć.
Czas najpierw zamarzł, żeby za chwilę rozpaść się na tysiące niepołączonych ze sobą okruchów wypełnionych grozą. W pewnej chwili Darsky poczuł, że zasypia, gdy nagle Rudy chwycił mocno jego dłoń. Oprzytomniał. Na drugim brzegu pojawili się ludzie z łopatami. Okoliczni chłopi chowali zabitych. Odgłos kopania dał się wyraźnie słyszeć w ciszy przedświtu i Ian wiedział, że nie mogą czekać ani chwili dłużej.
- Będą pewnie okradać ciała - rzucił Rudy.
Jego głos brzmiał jeszcze bardziej obojętnie i beznamiętnie niż zazwyczaj.
Darsky wyciągnął Rudego na brzeg. Wargi rannego były sine, oczy przymknięte, a pistolet vis wciąż kurczowo zaciśnięty w dłoni. Ian wziął pistolet i sprawdził puls Rudego - był słaby. Spojrzał na łąkę rozciągającą się po tej stronie rzeki i sięgającą aż do lasu w oddali. Gdyby udało im się dotrzeć do drzew, byliby bezpieczni. Tyle że Rudy natychmiast potrzebował lekarza, a i to nie gwarantowało, że przeżyje. Darsky ściągnął kurtkę Rudego, a potem własną. Słońce ogrzewało ich ciepłymi promieniami, ale przemoczone ubrania wciąż mogły doprowadzić do wyziębienia. W świetle poranka zobaczył ranę postrzałową na plecach Rudego i wylotową z lewej strony brzucha.
- Kazałem ci... mnie... zostawić - powiedział z trudem mężczyzna.
- Jesteś twardym sukinsynem, Rudy - odparł Darsky. - Jeszcze nie przyszła na ciebie pora.
Przekleństwo Rudego stłumił nagły atak kaszlu. Darsky złapał go za ręce i podciągnął kawałek, by w końcu oprzeć plecami o pniak.
- Odpocznij chwilę.
Rudy wciągnął głośno powietrze i słabo pokiwał głową. Darsky ściągnął koszulę i wyżął ją najlepiej, jak potrafił. Wciąż miał swojego webleya, jednak amunicja do niczego się nie nadawała. Las był może dwa kilometry od nich, ale mniej więcej w połowie drogi Darsky dostrzegł słup białego dymu bijący w niebo. Komin.
- Zagroda - powiedział.
Rudy spojrzał na niego i zamrugał oczami. Jego spojrzenie było zadziwiająco przytomne. Wciąż żył, ale Darsky wiedział, że nie mogą się zatrzymać ani na chwilę.
- Znajdziemy tam jakiś wóz - stwierdził Darsky. - Pojedziemy do Darnowa, do Julii Bobik. Sprowadzimy do ciebie doktora.
Rudy skrzywił twarz w uśmiechu, który prawie natychmiast przerodził się w grymas bólu.
- Zbyt niebezpiecznie... dla niej.
- Bzdura - odparł Ian. - Będzie cię chciała zobaczyć.
Rudy potrząsnął głową, ale Darsky zignorował to i najdelikatniej, jak mógł, postawił go na nogi.
- Pozwolimy jej samej ocenić. Jeśli cię wyrzuci, to obiecuję, że osobiście cię pochowam.
Ruszyli powoli przed siebie. Darsky podtrzymywał Rudego, który mógł stawiać tylko malutkie kroczki, powłócząc lewą nogą i ciężko dysząc przez zęby. Ian wiedział, że towarzysz musi bardzo cierpieć. Wiedział też, że - mimo iż domagał się, by go zostawić - Rudy wcale nie zamierzał się poddać. To nie leżało w jego naturze.
Łąka rozmiękła od deszczu, który spadł poprzedniej nocy, i szło się ciężko, lecz w końcu dowlekli się do solidnego drewnianego parkanu i zobaczyli otwartą bramę, która wiodła do małego obejścia. Kilka koni skubało trawę, a ich właściciel, starszy posiwiały chłop, zbierał drewno obok stajni, we wnętrzu której Darsky dostrzegł stojący wóz. Chłop jeszcze ich nie zobaczył, ale Ian nie wątpił, że będzie wystraszony ich widokiem - szczególnie jeśli nocą słyszał odgłosy walki i widział łunę płonącego dworu. Zostawił więc Rudego opartego o płot, a sam ruszył ścieżką w stronę gospodarza.
Starszy mężczyzna widząc Darsky'ego, zrobił kilka kroków w stronę drzwi do stodoły.
- Potrzebujemy pomocy! - zawołał Darsky nienaganną polszczyzną. - Mój towarzysz jest ranny.
Staruch nie słuchał, tylko sięgnął do stodoły i chwycił karabin. Mierzył w pośpiechu, więc nie trafił. Ian wyjął webleya i ruszył biegiem, krzycząc do gospodarza, by się zatrzymał, gdy ten chwiejnym krokiem zaczął włazić do stodoły.
- Potrzebujemy pomocy!
Pociągnął za spust, żeby oddać strzał ostrzegawczy, ale kurek tylko kliknął. No tak, zamoczona amunicja.
Chłop zamknął za sobą drzwi i Darsky usłyszał, jak stara się czymś je zastawić. Nie dał mu na to czasu i kopnął drzwi z taką siłą, że starszy mężczyzna wywrócił się na plecy. Szybko wykopał mu karabin z rąk i wymierzył webleya prosto w głowę przerażonego chłopa. Po chwili schował broń do kabury i wyciągnął rękę do leżącego.
- Mój przyjaciel jest ciężko ranny. Jesteśmy żołnierzami Armii Krajowej i potrzebujemy transportu do Darnowa.
- Nie wyglądacie na żołnierzy - wychrypiał zaskoczony chłop.
- Nie wyglądamy też, kurwa, na turystów - odparł Darsky, siląc się na spokój. - A mój przyjaciel potrzebuje pomocy.
Chłop chwycił dłoń Darsky'ego i niepewnie stanął o własnych siłach. Ręce mu się trzęsły, ale wyglądało na to, że zdołał się opanować.
- Zaprzęgnę konie - powiedział. - Mam też koce. Wyglądasz, jakbyś wylazł prosto z rzeki.
Darsky wrócił do Rudego i pomógł mu przejść przez bramę.
- Zawiozą nas na skraj Darnowa. Tam możesz sobie umrzeć, jeśli chcesz, ale nie wcześniej.
- Oni wszyscy nie żyją, prawda? - spytał Rudy nieco silniejszym głosem. Odrobina odpoczynku wyraźnie mu pomogła. - Piła, Zwiadu, Szef, bracia. Wszyscy nie żyją.
- Najprawdopodobniej. - Darsky skinął głową. - Ale niektórym mogło się udać wyrwać.
- Powinieneś był mnie zostawić. Przynajmniej zabrałbym paru szkopów ze sobą. Teraz jestem, kurwa, śmieciem. Na co komu jestem potrzebny, skoro nie mogę walczyć?
- Może Julii na coś się przydasz - odparł Darsky. - Może na coś się przydasz temu krajowi. Dzielnie za niego walczyłeś.
Zerknął na Rudego. Wiedział, że musi dodawać mu otuchy, ale ten zdawał się pogrążony we własnych myślach.
Teraz, gdy chłop nabrał pewności, że nic mu nie grozi, kazał żonie przynieść z domu wrzątek, czyste ubrania i koce, po czym pomógł Rudemu wleźć na wóz. Na podłogę wozu wysypał trociny, żeby nie było na niej widać śladów krwi.
- Pojedziemy przez las - powiedział. - Całkiem często jeżdżę do Darnowa. Dotrzemy tam skrótem, chyba że zalało drogę.
Darsky podziękował mu i usadowił się obok Rudego. Póki co szło nieźle, a zalana droga byłaby najmniejszym z ich problemów.
Chłop wdrapał się na kozioł, w dłoń chwycił bat, a na głowę założył kapelusz. Spojrzał na Rudego, batem wykonał znak krzyża i zawołał:
- Wioo!
Darsky poczuł, jak wóz rusza z miejsca - najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Gdy jechali po wyboistej drodze do lasu, Rudym rzucało po całym wozie jak szmacianą lalką. Jęczał cicho i Ian starał się utrzymać go w miejscu na tyle, na ile było to możliwe.
Chłop na zmianę modlił się i przeklinał, a strzały z bicza zdawały się zastępować tradycyjne "Amen". Darsky poczuł, jak wóz zwalnia.
- No, tośmy są w lesie, Bogu dzięki! - oświadczył chłop. - W Darnowie będziemy za jakieś dwie godziny.
Na leśnej drodze ryzyko wjechania na korzeń czy zalegający konar było na tyle duże, że musieli zwolnić, ale dzięki temu Rudy mógł leżeć spokojnie i bez ruchu. Zasnął, a chłop ucichł. Dalsza droga jakimś cudem przebiegła bez niespodzianek.
Darsky rozpoznał rosochate drzewo, na które wspinał się, kiedy był jeszcze dzieckiem, a na polu za nim szopę, w której Alina zrobiła z niego mężczyznę... tyle lat temu.
Rudy szczękał zębami, więc Darsky szczelniej owinął go kocem.
- Już prawie jesteśmy na miejscu, bracie - powiedział, dając mu się napić z manierki. - Zaraz trafisz do łóżka i wszyscy będą dookoła ciebie chodzić na paluszkach.
Rudy przełknął kilka łyków i znowu zapadł w sen. Darsky usiadł wygodniej. Był wycieńczony, ale w porównaniu z Rudym czuł się świetnie. Zamknął na moment oczy i ujrzał Szefa z brakującą połową twarzy, Zwiada leżącego w błocie. Usłyszał krzyki i grzmot.
- Tośmy są na miejscu - poinformował go z kozła chłop.
Przez moment Rudy zastanawiał się, czy wciąż żyje, jednak gdy do jego uszu dobiegł głos Iana, uznał, że to raczej nie piekło. Gdyby jakiś jebany Angol zarządzał tym interesem, było więcej niż pewne, że Polacy nie zostaliby zaproszeni. Nie czuł absolutnie nic. Otworzywszy oczy, zobaczył biały sufit i kątem oka pęknięte lustro.
- Przeżyje? - spytał kobiecy głos.
- Dałem mu zastrzyk przeciwtężcowy. Kula przeszła na wylot, ale...
Rudy czuł się słaby i obojętny. Spróbował podnieść się na łóżku, ale straszliwy ból w całym ciele mu to uniemożliwił. Zdawało mu się, że krzyczy, ale w izbie nie rozległ się żaden dźwięk. Po chwili w jego polu widzenia pojawił się mężczyzna w okularach i z gęstą czarną brodą.
- Spokojnie - powiedział.
Uniósł nadgarstek Rudego i zmierzył mu puls, trzymając zegarek w drugiej dłoni.
Rudy popatrzył ponad ramieniem lekarza na otwarte drzwi. Tapeta na ścianie wyglądała znajomo i zdał sobie sprawę, że już kiedyś ją widział. Potem w polu widzenia pojawiła się piegowata twarz okolona ciemnoblond włosami i jasnoniebieskie oczy pełne łez. Julia.
- Wiktor... - Zaszlochała. - Wszystko będzie dobrze - powiedziała, zerkając na lekarza.
- Mocno boli? - spytał doktor, patrząc na Rudego badawczym wzrokiem.
Po przykrym doświadczeniu, jakim okazała się próba poruszenia się, Rudy czuł się jeszcze słabszy niż wcześniej. Chciał coś powiedzieć, chciał powiedzieć, że wszystko jest dobrze, ale słowa zamarły mu na wargach i powróciło dokuczliwe kłucie.
- Proszę się nie ruszać i spróbować odpocząć - poinstruował go lekarz.
Rudy zamknął oczy. Słyszał, jak wychodzą, głosy z przedpokoju dobiegały do niego jak przez watę.
- Zrobię mu jutro lewatywę, jak nieco odpocznie. Jeśli będzie w niej krew, to znaczy, że zostały uszkodzone jelita, i już nic się nie da zrobić. Jeśli nie, to może jeszcze być jakaś szansa...
Inny kobiecy głos, być może matki Julii, powiedział:
- Zamknijcie drzwi, przecież może was słyszeć.
Rudego dobiegł szczęk klamki. Został sam. Patrząc w biały sufit, pomyślał, że było to dokładnie to, czego nie chciał i czego zawsze się bał: umrzeć w łóżku jako brzemię dla innych, jako bezużyteczny pasożyt. Ian powinien był zostawić go w rzece.
Usłyszał dźwięk gromu i ciężkie krople deszczu bębniące o dach. Jutro miał poznać swoje przeznaczenie - czy dane mu będzie żyć, czy w ciągu kilku najbliższych dni zabije go gangrena. Poczuł, że powieki mu ciążą. Zasypiając, pomyślał, że chciałby, żeby woda była jednak czerwona.
Czerwone, póki co, były jego sny. Czuł chłód, znajdował się pod wodą, tak jakby próbował porwać go mocny prąd, podczas gdy jakaś siła trzymała go w miejscu. Usłyszał głosy i zdał sobie nagle sprawę, że już nie śpi. Otworzył oczy. Ujrzał Iana i jakiegoś mężczyznę, którego nie znał. Nad głową miał niebo, a powietrze było rześkie i czyste. Nieśli go na prowizorycznych noszach.
- Nie rzucaj nim tak - powiedział cicho Ian, a po chwili, zdając sobie sprawę, że Rudy nie śpi, dodał: - Musimy cię przenieść. Szpicle są w okolicy i nie możemy ryzykować, że znajdą cię w domu.
Ian, dlaczego żeś mnie nie zostawił w rzece?
Kiedy po raz kolejny otworzył oczy, niebo zniknęło i otulała go ciemność pachnąca ziemniakami i starym sianem. W kącie paliła się lampa. Stał tam Ian, ładując kolejne naboje do swojego przerośniętego rewolweru, który wyglądał jak ręczna wersja armaty przeciwpancernej.
- Ian - wyszeptał Rudy.
Darsky przykucnął.
- Będzie dobrze. Lekarz cię zbadał i twoje bebechy są w porządku.
Rudy dostrzegł w jego oczach, że to nie wszystko. Powoli znów odpływał w ciemność, czując, że wyszeptanie choćby dwóch sylab pytania byłoby wysiłkiem, który pozbawiłby go przytomności.
- Śpij dobrze, bracie - powiedział Darsky. - Będę cię pilnował z domu.
Rudego obudził dźwięk gromu. Lampa rzucała rozedrgane cienie na ściany, w jego myślach wirował korowód wszystkich tych, których zabił, i wszystkich tych, którzy zginęli, walcząc z nim ramię w ramię. Julia siedziała obok, ściskając jego dłoń w swoich rękach. Spała, ale opuchnięte oczy wyraźnie wskazywały na to, że wcześniej płakała. Rudy nigdy nie był blisko z żadną kobietą... w ogóle z nikim. Cena, jaką przychodziło zapłacić za miłość, była zbyt wysoka, ból straty zbyt dojmujący. Ale do Julii czuł coś wyjątkowego - i nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. W milczeniu przeklął świat za to, co mu zrobił, i oblizał spierzchnięte wargi. Na zewnątrz wciąż lało. Słyszał, jak krople deszczu bębnią o dach, słyszał też inne dźwięki, coś jakby chroboczące myszy, a może szczury...
Błyskawica rozdarła ciemności nawet tutaj, jej światło dało się dostrzec przez szpary w ścianach.
Musiał znowu odpłynąć, bo teraz Julia stała nad nim z zupą.
- To ci pomoże odzyskać siły - powiedziała.
Rudy przełknął, czując smak kapusty. Rozkasłał się, ale zdołał wydusić:
- Nie czuję nogi.
Julia skupiła się na talerzu. Powoli nabrała kolejną łyżkę. Po chwili powiedziała:
- Kula... przeszła bardzo blisko kręgosłupa.
Nawet nie czuł smaku.
- To była paskudna rana. Doktor mówi, że lewa strona twojego ciała może być przez chwilę sparaliżowana.
Rudy zobaczył, że łzy kapią na jego rękę, a po chwili zdał sobie sprawę, że wcale ich nie poczuł. Chciał ruszyć ręką, ale nie mógł. Po prostu leżała na posłaniu martwa i bezużyteczna, podobnie jak jego noga. Delikatnie dotknął tyłu głowy Julii zdrową, prawą ręką, zastanawiając się równocześnie, ile prawdy o jego stanie ujawnił jej lekarz. Zacisnął powieki.
Kolejnej nocy Julia spała w domu. Rudy leżał na posłaniu, dużo silniejszy niż parę dni wcześniej. Wiedział już, że przeżyje, ale zastanawiał się, czy wytrzyma tego rodzaju życie. Julia stała się mu bliska, ale aby mieli szansę być razem, on musiał odzyskać pełną sprawność. Nie chciał być dla niej ciężarem.
Tej nocy deszcz był silniejszy niż poprzednio, a przeszywające niebo błyskawice przypominały ból, który czuł - były ostre i nieustające. Szczury biegały po belkach stropowych, a nawet po wezgłowiu jego łóżka. Z wysiłkiem podniósł prawą ręką stojącą przy łóżku lampę i patrzył, jak światło przenika mrok nocy. Poczuł coś na piersi i zobaczył szczególnie odważnego szczura, który wlazł aż tutaj. Spojrzał na swoje nogi i zobaczył sylwetki szczurów pod prześcieradłem, którym był przykryty. Z okrzykiem bólu i furii złapał szczura siedzącego mu na piersi i cisnął nim o ścianę, na której ten pozostawił krwawy ślad. Gwałtowny ruch spłoszył resztę z nich. Rudy usiadł na łóżku i odrzucił prześcieradło. Każdy ruch powodował straszliwy ból, ale ten ból był dla niego wybawieniem, więc ledwo jęknąwszy, podniósł się z materaca i głośno zawołał.
- Julia!
Udało mu się wydostać na zewnątrz i w jednej chwili był cały przemoknięty. Jego lewa noga wciąż pozostawała bezwładna, ale udało mu się przebrnąć przez błoto na skraj domostwa Julii.
Pośród burzliwej nocy usłyszał pianino. Przypomniał sobie, jak matka grywała tę samą melodię, gdy był jeszcze dzieckiem. Zapukał w okno, wykrzykując ponownie imię Julii. Dźwięk pianina ucichł. Rudy usłyszał głosy dobiegające zza drzwi, aż w końcu otworzył mu wyszczerzony w uśmiechu Darsky. Rudy odpowiedział niemrawym uśmiechem. Julia przepchnęła się koło Darsky'ego, miotając wszelkie możliwe gromy na głowę Rudego, a później z wielką czułością pomogła mu dostać się do środka.
Rudy wiedział, że jego dni walki z nazistami, komunistami i szmalcownikami były skończone. Teraz przyszedł czas na nową walkę, walkę, której nie mógł przegrać. Musiał skoncentrować na niej całą swoją wolę. Musiał odzyskać pełnię sił i pokazać Julii, że jest zdolny do miłości - pomimo wszystkich koszmarów, przez które przeszedł. Kiedy krzątała się wokół niego, owijając go kocami, był pewien, że mu się to uda. Był także pewien, że ten tajemniczy pół brytyjski, a pół polski arystokrata pomści wszystkie ich krzywdy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki