Darkness and Roses - Magdalena Mileszko

Kup ebooka

57.90 zł
48.06 zł (57,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOGMężczyzna w czarnym płaszczu

Zgubiłam portfel. Albo ktoś mi go ukradł. Trudno powiedzieć. Telefon też chyba przepadł, bo nie mam go przy sobie.

Pochylam się nad torebką i zaczynam w niej grzebać. Na blat lądują kolejno: tampon, chusteczki i słuchawki.

Podnoszę wzrok na barmana, który obserwuje mnie z wyczekującą miną. Uśmiecham się do niego, trochę bezradnie, trochę z rozbawieniem.

- Okradli mnie - oznajmiam.

Unosi brwi.

- Nie mam portfela ani telefonu.

To nie powinno mnie bawić, a jednak bawi.

- Trzymasz telefon w ręce - zauważa.

Zerkam w dół. Rzeczywiście. Telefon jest w mojej dłoni. Wybucham śmiechem, głośniejszym, niż planowałam. Cały czas go trzymałam. Podnoszę drugą rękę, z nadzieją, że portfel magicznie się w niej pojawi. Jest pusta.

No trudno.

- Płacę telefonem - mówię.

Barman przysuwa terminal. Transakcja przechodzi bez problemu. Czyli złodziej mojego portfela nie zdążył jeszcze wyczyścić konta.

- Może powinnaś zadzwonić do banku i zastrzec kartę - rzuca.

Unoszę wzrok i na moment zawieszam się w jego spojrzeniu. Ma ładne oczy. Tego samego koloru co oczy mojego narzeczonego.

Ha, już byłego narzeczonego.

- Mój ojciec stawia - odpowiadam. - Przynajmniej dopóki nie zorientuje się, że z jego konta znikają pieniądze.

Barman wzrusza ramionami i wraca do pracy.

W portfelu miałam tylko dwie karty: swoją i duplikat karty taty. Na wszelki wypadek - jak to ujął.

Jestem niewdzięczna.

Powinnam do niego zadzwonić.

Wybieram numer i gdy tylko po trzech sygnałach słyszę w słuchawce jego przejęty, pełen troski głos, wyrzucam z siebie informację o skradzionym portfelu i jego karcie. Mój ton brzmi dziwnie, trochę zbyt wesoło, ale nie daję mu dojść do słowa. Zanim zmartwiony zdąży dopytać, gdzie jestem, ucinam jego pytania krótkim "przepraszam" i rozłączam się. Nie mogę mu powiedzieć, bo przyjedzie i zabierze mnie do domu, a to ostatnie miejsce, w którym chcę dziś być.

Zanim chowam telefon do torebki, widzę na ekranie przychodzące połączenie od taty. Ignoruję je bez wyrzutów sumienia.

Dopijam drinka, co pewnie jest złym pomysłem, zważywszy na mój obecny stan. Zeskakuję ze stołka i zaczynam zbierać swoje rzeczy z blatu. Grawitacja najwyraźniej nie jest dziś po mojej stronie. A może to ja nie jestem po jej. Czy tak się w ogóle mówi? Jest ze mną naprawdę źle.

Siedząc, nie czułam, ile w siebie wlałam. Teraz czuję wszystko. Muszę oprzeć się o bar, żeby nie zaliczyć spotkania z podłogą.

Przede mną bojowe zadanie.

Zakładam płaszcz, chwytam torebkę i ruszam w stronę wyjścia najpewniejszym krokiem, na jaki w tym stanie mogę sobie pozwolić

Głowa prosto. Nie potknij się. To nie jest trudne - powtarzam sobie w myślach.

Popycham szklane drzwi i wychodzę na zewnątrz. Odchodzę kawałek dalej od baru i zatrzymuję się, nie bardzo wiedząc, co dalej. Do domu wracać nie chcę. W barze zostać nie mogę. Może powinnam zadzwonić do jednej z dziewczyn? Pewnie są wściekłe, że im uciekłam.

Chciałam tylko pobyć sama i przespać ten nieszczęsny dzień, ale one się uparły, że zostaną ze mną, więc wymknęłam się z domu, znalazłam pierwszy lepszy bar i oto jestem: zalana w trzy dupy, okradziona i zmarznięta.

Wyciągam telefon z torebki. Już mam wybrać numer, kiedy przede mną wyrasta sylwetka mężczyzny. A nie, błąd. Dwie sylwetki.

Podnoszę wzrok i patrzę na ich twarze.

- Cześć - mówi jeden z nich.

- Cześć?

- Co robisz?

Wow. Gratulacje. Pytanie roku.

Uśmiechają się. Tylko że w tych uśmiechach nie ma ani grama szczerości. Jeden z nich ma krzywe zęby. Bardzo krzywe.

- Stoję - odpowiadam.

Chcę się odwrócić i wycofać w stronę baru, ale wtedy obca dłoń zaciska się na moim ramieniu.

- Nie masz ochoty napić się z nami?

Zerkam na dłoń trzymającą moje ramię. Potem na jego twarz. Coś we mnie nieprzyjemnie się napina.

Jestem pijana, ale nie jestem głupia.

- Nie, dziękuję - odpowiadam spokojnie i czekam, aż zabierze rękę.

Nie zabiera.

- Puść mnie.

- No co ty, będzie fajnie - wtrąca się ten z krzywymi zębami, podchodząc bliżej. Zdecydowanie za blisko. - To tylko jeden drink.

Moja przestrzeń osobista właśnie przestała istnieć. Odwracam głowę, szukając kogoś, kogokolwiek. Ulica jest pusta. Bar za mną wydaje się nagle bardzo daleko.

- Puść mnie - powtarzam. Tym razem głośniej i ostrzej. Tak, żeby nawet jego pusty łeb zarejestrował słowa.

- Nie ma co się od razu spinać. - Nachyla się nade mną, a z jego ust bucha ciężki, obrzydliwy alkoholowy oddech. Skręca mnie w żołądku. - Zaproponowaliśmy ci tylko drinka. Za darmo. - Puszcza do mnie oko.

Chyba zaraz zwymiotuję.

- Odmówiłam - mówię przez zaciśnięte zęby. - A teraz mnie puść.

Zaczynam się wyrywać. Jego uścisk jest mocny. W głowie zapala mi się czerwona lampka.

- Jesteś nieuprzejma - stwierdza.

- Możemy iść gdzieś indziej, jeśli ten bar ci nie odpowiada - dorzuca drugi, jakby właśnie zaproponował zmianę stolika, a nie wyciąganie mnie gdzieś w ciemność.

- Puść mnie, bo zacznę krzyczeć - ostrzegam.

Zamiast puścić, ściska mocniej. Krzywe zęby znajdują się teraz niebezpiecznie blisko mojej twarzy.

- Czy ty masz nas za jakichś jebanych gwałcicieli? - warczy.

Zanim zdążę odpowiedzieć, za jego plecami wyrasta kolejna sylwetka.

Serce podchodzi mi do gardła.

Jeśli to ich kolega, to mam przerąbane.

- Wszystko w porządku? - pyta nowo przybyły.

Jest wysoki. Dużo wyższy od tamtych dwóch. Patrzy prosto na mnie.

Kręcę głową.

- A ty czego tu szukasz, koleś? - Krzywe zęby odwracają się w jego stronę.

Nie znają się. Dzięki Bogu.

- Nie znam ich - mówię szybko. - A ten nie chce mnie puścić.

- Słyszałeś panią. - Mężczyzna w czarnym płaszczu podchodzi bliżej. - Rób, co ci każe.

- Za kogo ty się masz, co?! - prycha mój napastnik, a jego uścisk słabnie. Jeszcze mnie trzyma, ale już się waha.

- Za kogoś, kto każe ci ją puścić i się, kurwa, od niej odsunąć - mówi, a dreszcz przebiega mi po plecach. - Obaj do tyłu - dodaje ostrzej.

Jeden z napastników zaczyna się śmiać, a kumpel mu wtóruje. Ich śmiech brzmi nerwowo i urywa się od razu, gdy zauważają dwie kolejne osoby zmierzające w naszym kierunku.

Jakby tych psycholi było mało.

- Co się dzieje, stary? - pyta mężczyzna o jasnych włosach, stając obok faceta w płaszczu.

- Jeszcze nic - odpowiada tamten spokojnie. - Ale zacznie się dziać, jeśli się od niej nie odsuną.

Blondyn gwiżdże cicho.

- Słyszeliście mojego przyjaciela - mówi. - Już was tu nie ma.

Zaczyna się cichy pojedynek na spojrzenia. Ja mogę jedynie stać, wpatrując się gdzieś przed siebie, ze łzami zbierającymi się pod powiekami. Nie wiem nawet, kiedy się tam pojawiły.

Facet, który jeszcze przed chwilą ściskał moje ramię, w końcu je puszcza. Obaj cofają się o krok, potem o następny. Odchodzą, rzucając pod nosem przekleństwa.

Ulga ogarnia mnie nagle i bez ostrzeżenia. Tak silna, że aż robi mi się słabo. Przewaga liczebna robi swoje.

- Dziękuję - wyduszam, nie patrząc na nich.

- Wszystko w porządku? - pyta ten, który wyciągnął mnie z opresji.

- Tak, ja tylko... - Głos mi się łamie, a nogi uginają się pode mną. - Muszę usiąść.

Świat zaczyna wirować. Zdecydowanie nie powinnam była pić. A już na pewno nie sama. Podchodzę do ławki i opadam na nią ciężko.

Jestem tak cholernie zmęczona.

- Może zamówimy pani taksówkę? - odzywa się milczący do tej pory mężczyzna. - Nie powinna pani zostać tu sama.

Podnoszę głowę. Cała trójka stoi przede mną. Wszyscy są wysocy. Wszyscy obcy.

- Zadzwonię po przyjaciółki - mówię szybko. Nie mam czym zapłacić taksówkarzowi.

Wyciągam telefon i próbuję go odblokować. Palce trzęsą mi się tak bardzo, że ledwo trafiam w ekran.

- Może ja to zrobię? - proponuje blondyn, widząc moje męczarnie.

Kręcę głową.

- Nie, poradzę sobie - rzucam cicho.

W końcu udaje mi się wybrać numer Aurory. Odbiera niemal natychmiast, wyraźnie wściekła, że zniknęłam, ale szybko przerywam jej potok słów. Pośpiesznie, szukając wzrokiem szyldu pobliskiego baru, tłumaczę jej, co się stało i dokąd dokładnie musi po mnie przyjechać. Kiedy rzuca w słuchawkę, że już jedzie, rozłączam się i chowam telefon.

- Moja przyjaciółka zaraz tu będzie - oznajmiam cicho, zapatrzona w swoje trzęsące się dłonie.

Marzę o tym, by rozpłynąć się w powietrzu. Chciałabym, żeby już poszli, żeby nie patrzyli na mnie w tym stanie. A z drugiej strony... potwornie boję się zostać sama. Z nimi czuję się bezpieczniej niż jeszcze parę minut temu. Gdyby nie oni, mogłoby dojść do najgorszego.

Czuję ich przytłaczającą obecność, ale za nic w świecie nie podnoszę na nich wzroku. Jest mi potwornie wstyd. Alkohol wciąż mąci mi w głowie, od razu widać i czuć, w jakim jestem stanie, a do tego zaraz pęknę i się rozpłaczę.

- Jest pani zimno? - Niski głos sprawia, że gwałtownie podskakuję.

- Po prostu się zdenerwowałam - ucinam krótko, nie unosząc głowy.

Nie odpowiada. Żaden z nich nic więcej nie mówi. Po chwili czuję na ramionach ciężar czarnego płaszcza.

- Dziękuję - szepczę przez łzy.

Oni zaczynają rozmawiać między sobą półgłosem, a ja ocieram policzek z pierwszych łez. Oddycham trochę spokojniej.

Nie wiem, ile czasu mija, zanim podjeżdża samochód dziewczyn.

- Blair! - słyszę i po chwili moje przyjaciółki są już przy mnie.

- Martwiłyśmy się o ciebie - szepcze Reece, obejmując mnie mocno. - Dasz radę wstać?

Potakuję i podnoszę się powoli.

- Dziś cię nie zabiję - odzywa się Jennie, stając po mojej lewej stronie. - Ale jutro już poważnie to rozważę.

Znów kiwam głową.

- Dziękuję za pomoc - mówi Aurora, zwracając się do mężczyzn.

Odwracam się i zdejmuję płaszcz, który wciąż mam na sobie. Oddaję go właścicielowi.

- Jeszcze raz dziękuję - rzucam cicho.

Chwilę później opadam na siedzenie w samochodzie. Opieram głowę o zagłówek i zamykam oczy. Ciepło panujące wewnątrz auta miesza się ze zmęczeniem, które dopada mnie nagle.

To nie może tak dalej wyglądać. Moje życie nie może tak wyglądać.

- To było strasznie nieodpowiedzialne z twojej strony - słyszę jeszcze głos Aurory.

I to jest ostatnie, co do mnie dociera, zanim zapadam w sen.

ROZDZIAŁ 1Szczęśliwego pierwszego dnia

Blair

Przykładam identyfikator i z ulgą obserwuję, jak bramka otwiera się przede mną.

Przyszłam do kancelarii wcześniej niż reszta pracowników z kilku powodów. Po pierwsze, mój tata na pewno już siedzi za biurkiem w swoim gabinecie, a to z nim muszę porozmawiać w pierwszej kolejności. Po drugie, nie chcę spotkać nikogo znajomego. Wiem, że ludzie będą gadać - wolę, żeby zaczęli wtedy, gdy będą mnie już od nich oddzielać ściany mojego gabinetu. Po trzecie, denerwuję się i kurczowo trzymam się myśli, że im wcześniej zacznę ten dzień, tym szybciej będę miała go za sobą.

Po zdradzie Jasona porzuciłam nie tylko pracę u ojca, ale też klientów. Kancelaria na tym nie ucierpiała - tata z pewnością od razu przydzielił moje sprawy komuś innemu. Były to moje pierwsze w pełni samodzielne zlecenia, które dostałam zaraz po zdobyciu licencji. Tata wierzył we mnie. W to, że wygraną mam we krwi.

Zresztą moja droga do tego miejsca wcale nie zaczęła się po odebraniu dyplomu. W zasadzie całe studia spędziłam w murach jego firmy. W każde wakacje harowałam na praktykach letnich, a w trakcie roku łączyłam zajęcia z pracą na pół etatu jako asystentka. Zarwałam setki nocy, a do tego musiałam jeszcze wyrobić te obowiązkowe pięćdziesiąt godzin pro bono w darmowej klinice prawnej, pomagając ludziom, których nie było stać na adwokata.

Gdy zaraz po studiach zdałam ten cholerny egzamin adwokacki i oficjalnie dołączyłam do zespołu, miałam start, o jakim inni mogli tylko pomarzyć. I doskonale o tym wiedziałam. Widziałam zazdrość, a czasem wręcz czystą nienawiść w oczach innych młodych prawników. Nie winiłam ich. Dla nich byłam po prostu córeczką szefa, która dostała wszystko na tacy.

A jednak bywały momenty, gdy sama w siebie wątpiłam - chociaż wcale nie powinnam.

Przecież tak jak oni ślęczałam nocami nad książkami, zdawałam te same mordercze egzaminy i przechodziłam przez to samo piekło. Jestem z siebie dumna. Przetrwałam studia i zdobyłam licencję adwokacką w stanie Nowy Jork. Może i nosiłam nazwisko właściciela kancelarii, ale ten tytuł wywalczyłam sobie sama. Ciężką pracą.

Wybieram przycisk z numerem dwadzieścia osiem. Drzwi windy zaczynają się zamykać, gdy nagle ktoś wkłada między nie rękę. Rozsuwają się ponownie. Do środka wchodzi wysoki, ciemnowłosy mężczyzna w czarnym garniturze. Bez słowa odwraca się w stronę panelu z guzikami, ale ostatecznie nie naciska żadnego. Najwyraźniej jedziemy na to samo piętro.

Na dwudziestym ósmym piętrze mieszczą się siedem gabinetów i trzy sale konferencyjne. Jeden z dwóch największych należy do mojego taty. Drugi zajmował niegdyś Marc Walker - przyjaciel taty z czasów studiów i współzałożyciel kancelarii - który zmarł kilka miesięcy temu. Pozostałe gabinety zajmują członkowie zarządu.

Winda dojeżdża na miejsce. Gdy drzwi się otwierają i naszym oczom ukazuje się hol, mężczyzna odsuwa się na bok, robiąc mi przejście.

- Dziękuję - mówię.

Nasze spojrzenia spotykają się zaledwie na sekundę. Jego ciemne oczy zatrzymują się na mnie z intensywnością nieadekwatną do tej przelotnej chwili.

Odwracam wzrok i ruszam w prawo, w stronę gabinetu taty. Zanim jednak zdążę postawić kolejny krok, zatrzymuje mnie kobiecy głos.

- Przepraszam, proszę pani. - Kobieta, na którą wcześniej nawet nie zwróciłam uwagi, podnosi się zza biurka. - Mogę w czymś pomóc?

Facet z windy mija mnie, nie poświęcając mi nawet spojrzenia. Przez moment śledzę go wzrokiem, po czym odwracam się do kobiety. Już wiem, że to nie ta sama recepcjonistka, którą pamiętam sprzed roku.

- Nie, dziękuję - odpowiadam i odwracam się, ale ona odzywa się ponownie.

- Przepraszam, ale nie może tu pani przebywać. Nie widzę w terminarzu żadnych umówionych spotkań na tę godzinę. - Zamykam oczy. Liczę w myślach do trzech, po czym otwieram je z westchnieniem. - Mogę zobaczyć pani identyfikator?

- Nazywam się Blair Woods. Jestem córką twojego szefa - mówię spokojnie i nie czekając na jej reakcję, ruszam w stronę gabinetu taty.

Zatrzymuję się przy szerokich, czarnych drzwiach i pukam. Po chwili słyszę zaproszenie. Pcham drewniane skrzydło i wchodzę do środka.

Gabinet wypełniają ciche dźwięki Big in Japan.

- Dzień dobry, tato - witam się, idąc w jego stronę.

Nic się tu nie zmieniło. Duże, masywne biurko stoi na końcu pomieszczenia. Za ogromnymi oknami rozciąga się widok na centrum miasta. Ciemne regały, sięgające od podłogi aż po sufit, wypełnione są książkami w czarnych, twardych oprawach. Między nimi wciąż stoi stary gramofon - prezent od mamy na ich piętnastą rocznicę ślubu.

Uśmiecham się lekko na jego widok.

- Witaj, kochanie. - Tata wstaje zza biurka i po chwili mnie obejmuje. - Jak się czujesz?

Wraca na swoje miejsce, a ja zajmuję krzesło naprzeciwko.

- W porządku.

Przygląda mi się uważnie. Po chwili na jego ustach pojawia się delikatny uśmiech.

- Cieszę się, że postanowiłaś wrócić.

- Najwyższa pora - odpowiadam.

Kiwa głową. Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o rzeczach niezwiązanych z pracą, aż przechodzi do konkretów.

- Kiedy wyjechałaś, twoje sprawy przejęli inni. Każdą doprowadzili do końca i każdą wygrali. Ale nie oszukujmy się - to znaczy po prostu, że od początku były świetnie poprowadzone. Przez ciebie.

- Cieszę się - odpowiadam, a w moim głosie po raz pierwszy od dawna słychać cień dawnej pewności siebie.

Tata splata dłonie i opiera je o blat masywnego, orzechowego biurka.

- Jestem z ciebie cholernie dumny, Blair. Z tego, że zdobyłaś tę licencję, i z tego, że mimo wszystko... nie schowałaś się w cieniu. Praca u cioci w jej małej kancelarii to była dobra decyzja. Przewietrzyłaś głowę, poprowadziłaś własne sprawy bez mojego nazwiska w tle.

Waha się, a jego wzrok łagodnieje. Na sekundę przestaje być założycielem jednej z największych kancelarii w Nowym Jorku, a staje się po prostu moim rodzicem.

- Cieszę się, że wróciłaś. Naprawdę - mówi cicho. - I wiem, że dasz sobie radę. Gdybym w to nie wierzył, ta rozmowa w ogóle by się nie odbyła. Ale nie chcę wrzucać cię od razu na głęboką wodę. Nie dlatego, że wątpię w twoje umiejętności. Tylko dlatego, że byłaś daleko, dużo przeżyłaś... a ja mam prawo się o ciebie martwić.

- Wiem, tato. Daję radę - obiecuję, choć serce bije mi nieco szybciej.

Kiwa głową, przyswajając moje słowa, po czym ponownie przyjmuje swoją typową profesjonalną, stanowczą postawę.

- Muszę wiedzieć jedno: czy jesteś gotowa na to, co czeka cię za tymi drzwiami? Bo ja w to nie wątpię i niczego nie musisz mi udowadniać. Ale reszcie? Zarządowi, pracownikom, Hudsonowi? Ludziom widzącym w tobie tylko córeczkę szefa i nazwisko na papierze firmowym? Im będziesz musiała pokazać, że miejsce przy tym stole po prostu ci się należy.

Tata patrzy mi prosto w oczy.

- Nie jesteś już tą samą dziewczyną, która wychodziła stąd rok temu. Jesteś prawniczką, biorącą na siebie pełną odpowiedzialność. Wiem, że to udźwigniesz, ale musisz też wiedzieć, że od teraz nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Nie dlatego, że ktoś cię popycha. Tylko dlatego, że sama tego chcesz. - Zawiesza na moment głos. - Nie będzie dwóch dróg ucieczki. Właściwie... nie będzie żadnej. Jeśli chcesz kiedyś zająć moje miejsce, musisz to pokazać. Teraz, bo później nie będzie łatwiej. Będzie tylko trudniej.

Przez chwilę patrzę na niego w milczeniu. Czuję coś, co jest jednocześnie ciężarem i ulgą.

- Wiem - mówię w końcu.

- Rozmawiałem z Hudsonem - dodaje. - Jako syn Marca automatycznie po jego śmierci został partnerem zarządzającym. Rozmawialiśmy o twoim powrocie i uznaliśmy, że przez jakiś czas będziesz pomagać innym prawnikom przy ich sprawach. Tylko na początek. Żebyś mogła się odnaleźć i zobaczyć, jak teraz wszystko funkcjonuje.

Marszczę lekko brwi.

- Pomagać - powtarzam.

- Tak.

- Kiedy mówiłam, że nie wiem jeszcze, czego oczekuję po powrocie... - zaczynam - nie chodziło mi o to, że chcę zaczynać od zera. Nie wracam jako stażystka. I nie chcę znów być tą, co siedzi obok i notuje cudze decyzje. Ostatniego roku nie spędziłam przed telewizorem. Pracowałam i prowadziłam sprawy. Tylko nie w tej kancelarii. To, że byłam u cioci, nie znaczy, że dawałam z siebie mniej.

Ojciec kiwa głową.

- Wiem. I rozumiem to - mówi szczerze. - Naprawdę. Ale to nie jest decyzja, jaką podejmuję sam. Muszę brać pod uwagę zdanie Hudsona. I całego zarządu.

- A gdybym wzięła sprawę pro bono? - pytam nagle.

Waha się.

- Wiesz, że nie prowadzimy takich spraw. Są zbyt wymagające i ryzykowne - odpowiada spokojnie.

- Wiem - przyznaję. - Ale pytam o jedną. Taką niewiążącą się z ryzykiem. One zazwyczaj nie są skomplikowane. - Nachylam się lekko w jego stronę. - To byłaby szansa, żebym pokazała, na co mnie stać. Nie tobie, bo ty we mnie wierzysz, ale im. Hudsonowi, zarządowi, całej reszcie.

Zapada cisza. Tata opiera się o biurko, krzyżuje ramiona. Przez dłuższą chwilę nic nie mówi.

- Przemyślę to - decyduje w końcu. - Ale niczego nie obiecuję.

Kiwam głową.

- To wystarczy. Dziękuję.

Uśmiecha się lekko.

- Do tego czasu pomożesz Chase'owi przy jego sprawach. Nie jako stażystka, tylko jako prawniczka, która wraca do gry i działa ramię w ramię z partnerem.

Znów grzecznie potakuję. Cieszę się, że padło akurat na niego. Chase okazał mi wiele życzliwości, gdy zaczynałam staż w kancelarii.

- Twoje biurko oczywiście wciąż należy do ciebie. - Tata wstaje, więc robię to samo. - Idę na lunch o pierwszej. Chciałbym, żebyś zjadła go ze mną. - Przytakuję. - Hudson też będzie. Zje z nami.

Spotkałam go tylko raz, gdy chodziłam jeszcze do liceum, a on już pracował w kancelarii. To było krótkie spotkanie - przedstawiliśmy się sobie i na tym się skończyło. Później już go nie widziałam. Nie było mnie na pogrzebie jego ojca.

- Będę czekać na dole - informuję.

- Świetnie. - Tata zabiera rzeczy z biurka.

Wychodzimy razem z gabinetu, po czym każde z nas skręca w swoją stronę. Ja kieruję się do holu. Zrezygnowana naciskam przywołanie windy. Gdy przyjeżdża, wchodzę do środka. Zanim drzwi się zamykają, łapię jeszcze spojrzenie recepcjonistki, która mierzy mnie wzrokiem bez cienia skrępowania.

Szczęśliwego pierwszego dnia, Blair.

Wchodzę do swojego gabinetu. Najwyraźniej przez cały ten czas stał pusty, bo zdjęcia, które poustawiałam na biurku rok temu, wciąż tu są. Dwie rośliny na białej szafce z dokumentami nie zmieniły miejsca i żyją chyba wyłącznie dzięki paniom od sprzątania, zajmującymi się nimi pod moją nieobecność.

Ściągam płaszcz i podchodzę do biurka.

Daję sobie moment, nim sięgam po jedną z ramek. Na zdjęciu jestem ja i Jason.

Niech go chuj strzeli.

Biorę zamach, ale w ostatniej chwili powstrzymuję się przed walnięciem ramką o blat. Szkoda mebla na tego popaprańca. Wyciągam zdjęcie ze środka i sięgam po nożyczki. Ucinam żmii głowę, a potem tnę ją na kawałki. Wolno i dokładnie.

Dobrze mi z tym.

Chwytam kubek i wychodzę zaparzyć herbatę w pokoju socjalnym. Jest chwilę po ósmej, ludzie zaczęli się schodzić. Do czasu, aż pojawi się Chase, i tak nie mam co robić. Czekam w nieskończoność, aż czajnik w końcu oznajmia, że woda jest gotowa.

Wracając do gabinetu, czuję na sobie ukradkowe spojrzenia. Niektórzy witają się ze mną po imieniu - odpowiadam jedynie uprzejmym skinieniem głowy. Dziś z pewnością będę wyjątkowo interesującym tematem do rozmów.

Zamykam za sobą drzwi i zanim zdążę usiąść, słyszę pukanie. A właściwie... nie. Drzwi otwierają się od razu.

- Dzień dobry, słońce.

Szczery uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy.

Czas do pierwszej minął zaskakująco szybko. Przez pół godziny Chase wprowadzał mnie w swoje sprawy, a resztę czasu spędziliśmy, rozmawiając o wszystkim, tylko nie o pracy. Dobrze było go zobaczyć po tak długim czasie.

Zabieram płaszcz z wieszaka i już mam wyjść, żeby poczekać na tatę w holu, gdy on staje w drzwiach mojego gabinetu.

- Gotowa?

Wchodzi do pomieszczenia, które w porównaniu z jego gabinetem jest naprawdę niewielkie.

- Przyszedłeś po mnie, żebym nie mogła się wymigać, co? - pytam.

- Przyszedłem zabrać córkę na lunch - odpowiada z uśmiechem.

Odwzajemniam go, gdy wychodzimy z gabinetu.

- Hudson już pewnie tam jest. Lubi być przed czasem.

- Lubisz z nim pracować? - pytam.

To zaskakujące, że wszyscy są teraz bardzo zajęci czytaniem papierów albo wpatrywaniem się w ekrany. Nikt nie podnosi głowy. Nikt nie szepcze, gdy mijamy ich biurka.

- Patrzyłem, jak dorastał - mówi tata. - Marco był z niego dumny. Dla mnie to jak praca z synem.

Zaciskam usta i nie odpowiadam.

Czas lepiej poznać Hudsona Walkera.

ROZDZIAŁ 2Nie prowadzimy spraw pro bono

Blair

W restauracji od razu podchodzi do nas hostessa i prowadzi do stolika zajętego już przez jednego mężczyznę.

Tego samego, którego spotkałam dziś rano w windzie. Na moment na mojej twarzy pojawia się grymas, ale szybko maskuję go uprzejmym uśmiechem, gdy Hudson podnosi wzrok i zatrzymuje go na mnie.

Wstaje i wita się z moim tatą.

- Chyba trzeba was sobie przedstawić od nowa - mówi tata. - Blair, poznaj Hudsona Walkera, syna mojego drogiego przyjaciela. - Odwraca się do niego. - Hudson, to moja córka, Blair.

Patrzę w jego ciemne oczy. Nie dostrzegam w nich nawet cienia radości z tego spotkania.

Jako pierwsza wyciągam rękę.

- Miło mi - mówię.

- Wzajemnie - odpowiada, ściskając moją dłoń krótko i zdecydowanie.

Zajmujemy miejsca przy okrągłym stole. Ojciec zaczyna niezobowiązującą rozmowę, próbując połączyć naszą trójkę czymś neutralnym. Ja jednak czuję na sobie spojrzenie Hudsona - uważne, chłodne i oceniające.

- Chase wdrożył cię już w swoje sprawy? - pyta.

- Tak - odpowiadam spokojnie.

- To już nieaktualne - wtrąca ojciec, oboje z Hudsonem patrzymy na niego jednocześnie. - Blair zajmie się sprawami pro bono.

- Naprawdę? - pytam, nie kryjąc zaskoczenia.

- Nie prowadzimy spraw pro bono - wtrąca Hudson, nie odrywając wzroku od mojego ojca.

- Zgadza się. - Ten upija łyk ze swojej szklanki. - Jednak zrobimy wyjątek.

Hudson pochyla się lekko nad stołem. Wyraźnie mu się to nie podoba.

- Richardzie... - zaczyna powoli. - Wiesz, że nasza kancelaria trzyma bardzo wysoki poziom, a takie sprawy...

- Hudsonie - przerywa mu ojciec. Jego ton jest spokojny, ale nie pozostawia miejsca na sprzeciw. - Ta decyzja nie podlega dyskusji. Wstrzymaj się od prób odciągnięcia mnie od tego pomysłu. Moja córka zajmie się sprawami pro bono przez pewien czas. Z pełnym poparciem kancelarii.

Hudson odchrząkuje i opiera dłonie na blacie stołu.

- Rozumiem - mówi. - Ale wiesz, że to rzuca cień...

- To tylko jedna sprawa, nie wpłynie to na resztę biura - wtrącam.

- Takie sprawy rzucają cień na kancelarię. - Mierzy mnie spojrzeniem.

- Co masz przez to na myśli? - pyta tata.

Hudson wzdycha, jakby liczył w myślach do trzech.

- Mamy klientów, płacących bardzo duże pieniądze za to, żeby być priorytetem. Płacą nie tylko za wiedzę. Płacą za wizerunek. Za to, że reprezentuje ich kancelaria, która nie rozprasza się sprawami z urzędu.

Prostuję się na krześle.

- To tylko jedna sprawa - wtrącam znów. - I nie wpłynie na obsługę klientów...

Walker unosi dłoń, przerywając mi.

- To jest biznes. Są klienci, którzy nie chcą być kojarzeni z kancelarią, broniącą ludzi z urzędu. Nawet jeśli to tylko jeden przypadek.

- Od kiedy bronienie kogoś bez honorarium obniża poziom kancelarii? - pyta go tata.

Hudson zaciska usta.

- Od kiedy wizerunek stał się równie ważny jak wynik finansowy. Nasza marka opiera się na selektywności. Nie bierzemy wszystkiego. To jest część tego, za co nam płacą.

- I za co jeszcze nam płacą?

- Za skuteczność, za dyskrecję i za brak chaosu.

- A etyka?

Hudson unosi brew.

- Etyka nie jest tym samym co filantropia.

Zapada krótka cisza.

- Pro bono nie oznacza chaosu - odzywam się. - Oznacza wybór. Jednej sprawy, która będzie w pełni kontrolowana.

- Kontrolowana do momentu, w którym przestanie taka być. Wiesz, jak to działa. Jedna sprawa przyciąga kolejne. Media lubią takie historie.

Tata patrzy na niego uważnie.

- Nie prowadzimy kancelarii pod dyktando mediów.

- Ale prowadzimy ją pod dyktando klientów - odpowiada Hudson bez wahania. - A niektórzy z nich jasno dają do zrozumienia, że nie chcą dzielić szyldu z obroną z urzędu.

- To są ci sami klienci, którzy oczekują, że prawnicy będą walczyć o sprawiedliwość - dowodzi ojciec. - Albo przynajmniej udawać, że w nią wierzą.

Hudson patrzy na niego ostro.

- Wierzyć można prywatnie. Publicznie trzeba być konsekwentnym.

Biorę głęboki wdech.

- To nie będzie akcja wizerunkowa - mówię. - Nie będzie konferencji prasowych. Nie padną nazwiska w gazetach. Jedna sprawa.

Tata kiwa głową.

- Dokładnie. - Znów spogląda na Hudsona. - I dlatego ta decyzja nie podlega dalszej dyskusji.

Hudson odchyla się na krześle. Przez moment wygląda, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu tylko zaciska usta.

- Rozumiem twoje stanowisko - mówi chłodno. - Choć się z nim nie zgadzam.

- Nie musisz się zgadzać - odpowiada. - Wystarczy, że je uszanujesz.

- Skoro tak postanowiłeś... - rzuca krótko. - Nie będę tego podważał.

Tata spogląda na mnie.

- Masz nasze poparcie - mówi spokojnie. - Teraz pokaż, że było warto.

Hudson zaciska usta, ale nie dodaje ani słowa.

I szczerze? Nie obchodzi mnie jego zdanie. Nadal nie mogę uwierzyć, że tata naprawdę się zgodził. Jeśli przez to zyskałam w Hudsonie wroga - trudno.

Odwracam od niego wzrok i uśmiecham się lekko. Może ten dzień jednak nie będzie najgorszy.

Wracam do kancelarii razem z tatą. Hudson po lunchu od razu pojechał do sądu.

Gdy drzwi windy się otwierają, żegnamy się i zanim pójdę do swojego gabinetu, zaglądam do Chase'a. Informuję go, że nie będę już pomagać przy jego sprawach, bo dostałam zgodę na prowadzenie własnych pro bono. Przyjmuje to dokładnie tak, jak się spodziewałam - z uśmiechem i bez cienia żalu. Widzę w jego reakcji coś więcej niż uprzejmość. Autentyczną radość.

Zamykam za sobą drzwi gabinetu i wreszcie mogę usiąść. Otwieram laptop i od razu dzwonię do działu organizacyjnego. Informuję o swojej decyzji i proszę o przygotowanie listy spraw pro bono, bym mogła z niej wybrać jedną, dzięki której się wykażę. Na koniec zgłaszam potrzebę przydzielenia mi asystenta. Słyszę zapewnienie, że zajmą się tym jeszcze dziś.

Odkładam telefon i rozpieram się wygodniej w fotelu. Czuję dumę. Tata uwierzył we mnie, nie stawiając żadnych warunków. Teraz moja kolej, żeby pokazać, że się na mnie nie zawiedzie.

Zamykam laptop dopiero wieczorem. Jestem zmęczona i głodna. Od lunchu nic nie jadłam, a zbliża się ósma. Biuro jest już niemal puste - zostały tylko sprzątaczki, zaczynające swoje nocne zmiany.

Czekając na windę, zapinam ostatnie guziki czarnego płaszcza. Gdy metalowe drzwi się rozsuwają, moim oczom ukazuje się Walker.

Podnosi wzrok znad telefonu dokładnie w tym samym momencie, w którym ja go zauważam. Wchodzę do środka bez słowa. On też nic nie mówi. Cisza jest gęsta i niewygodna. Czuję jego spojrzenie, choć nawet na niego nie patrzę. Liczę piętra w myślach, byle szybciej.

Gdy drzwi windy otwierają się na poziomie parkingu, niemal wyskakuję na zewnątrz. Przebywanie z nim w ciasnym pomieszczeniu po dzisiejszym lunchu przyprawia mnie o ciarki. Idę szybkim krokiem do samochodu. Gdy w końcu siadam za kierownicą, napięcie powoli ze mnie schodzi. Biorę głęboki wdech.

Wtedy czarne Maserati przejeżdża zdecydowanie za szybko jak na podziemny parking tuż przed maską mojego auta.

Zaciskam szczęki.

Powiedz mi, że jesteś bogatym, wyniosłym i najwyraźniej obrażalskim dupkiem, nie mówiąc mi, że jesteś bogatym, wyniosłym i najwyraźniej obrażalskim dupkiem.

Ja zacznę: Hudson Walker.

ROZDZIAŁ 3Świat jest cholernie mały

Hudson

Świat jest cholernie mały.

Bo kto mógłby się spodziewać, że nawalona blondynka sprzed baru - ta sama, którą osaczyli jebani zboczeńcy i którą musiałem wyciągnąć z sytuacji, zanim zrobiło się naprawdę źle - okaże się córką Richarda Woodsa?

Przez kilkanaście miesięcy tkwiłem w Londynie, reprezentując jednego z naszych kluczowych klientów w potężnym sporze handlowym. Stawki były gigantyczne, w grę wchodziły miliardowe umowy, a mnie nieustannie towarzyszyła presja. To był dosłownie rok wyjęty z życiorysu. Tamten krótki przyjazd do Nowego Jorku miał być tylko tygodniową przerwą na zresetowanie głowy, a potem planowałem od razu wracać do Anglii. I wróciłem, ale kilka miesięcy później zmarł mój ojciec. Musiałem rzucić wszystko, oddać londyńską sprawę komuś innemu i natychmiast wracać do Stanów, żeby przejąć jego stołek w kancelarii.

Tamtej nocy wyszedłem z chłopakami na miasto, bo po prostu musiałem odetchnąć. Bez konkretnego celu. Bar za barem, alkohol, śmiech, gadanie o niczym. I wtedy ją zobaczyłem. Stała kawałek dalej, chwiejąc się na nogach, za blisko tych dwóch typów. Nie wyglądała jak ktoś, kto ma kontrolę nad sytuacją, ale wyglądała jak ktoś, kto zdaje sobie sprawę, że coś jest bardzo nie tak.

Nie przyszło mi nawet do głowy, kim jest. I nie miało to wtedy żadnego znaczenia. Pomogłem jej, bo tak należało. Zrobiłbym to jeszcze raz. Bez wahania. Ale że z całej pieprzonej masy ludzi w tym mieście... trafiło akurat na nią?

Rozpinam guziki czarnej marynarki i rzucam ją na sofę. Sprawdzam zegarek. Dziesięć po dziewiątej.

Miała być tu dziesięć minut temu.

Jak na zawołanie, dokładnie w tej chwili słyszę dźwięk otwieranych drzwi. Nie odwracam się. Patrzę przez okno na światła miasta, jakbym oczekiwał jakiegoś sygnału. Ale one migają obojętnie, pozostawiając mnie sam na sam z moimi problemami.

Słyszę obcasy uderzające o drewnianą podłogę.

- Czy tutaj zawsze musi być tak ciemno? - pyta.

- Spóźniłaś się - odpowiadam chłodno.

- Wybacz, za późno wyjechałam. - Dłonie Emmy od razu zaczynają wędrówkę po moim ciele. - Zaraz ci to wynagrodzę.

Odwracam się gwałtownie. Łapię ją za tył głowy i przyciągam do siebie, zderzając nasze usta. To powinno wystarczyć, zawsze wystarczało. Emma wie, co robić. Ściąga ze mnie koszulę, a ja chwytam ją za biodra i podnoszę. Oplata mnie nogami, dokładnie tak, jak setki razy wcześniej. Podchodzę do sofy i kładę ją na niej.

Rozpina bluzkę, patrząc mi prosto w oczy. Pozbywa się jej i zostaje w koronkowym staniku.

Patrzę i nie czuję nic. Zero napięcia, zero impulsu. Moment, kiedy ciało powinno zareagować samo, zanim zdążę pomyśleć, nie następuje. Instynkt pozostaje uśpiony.

Dla mnie to zawsze był tylko seks. Dla niej też. Prosta wymiana, bez obietnic, bez emocji. Dotąd działała bez zarzutu, ale od kilku dni wszystko się sypie.

Ja pierdolę.

Przeczesuję włosy dłonią i odwracam wzrok, przymykając oczy. Liczę do trzech. Do pięciu. Do dziesięciu.

- Nie dzisiaj - mówię w końcu.

Zapada cisza i słyszę, jak Emma przestaje rozpinać spódnicę.

- Żartujesz sobie ze mnie? - Jej głos jest ostry i wkurzony.

- Miałem ciężki dzień. - Otwieram oczy.

Siada i posyła mi spojrzenie pełne pogardy.

- Jechałam tu godzinę.

- Wybacz. - Odsuwam się. - Trafisz do wyjścia.

Mijam sofę i idę w stronę łazienki.

- Jesteś dupkiem! - krzyczy za mną. - Jeśli teraz odsyłasz mnie z kwitkiem, nie dzwoń więcej!

Zatrzaskuje za sobą drzwi.

Tak. Jestem chujem. Wiem o tym. Ale coś jest nie tak, skoro chęć na seks znika w momencie, gdy nasze usta się stykają. To jest znak, że trzeba to zakończyć.

Rozbieram się i wchodzę pod prysznic. Gorąca woda spływa po karku i plecach, ale nie zmywa myśli. Opieram dłonie o kafelki i zamykam oczy. W głowie wraca dzisiejszy dzień. I twarz długowłosej blondynki, która nie przepracowała dobrze ani jednego dnia, a już zaszła mi za skórę.

Kurwa.

- Żartujesz, prawda? - Dante parska śmiechem, a ja przez ułamek sekundy naprawdę rozważam, czy nie przywalić mu w twarz.

- A wyglądam, jakbym żartował? - odpowiadam sucho.

To tylko go zachęca. Zaczyna śmiać się głośniej, aż kilka osób przy sąsiednich stolikach zerka w naszą stronę.

- Stary... - Kyle kręci głową. - Jak mogłeś jej wtedy nie poznać?

Unoszę szklankę ze szkocką i upijam łyk, zanim odpowiem.

- Widziałem ją może raz, kilka lat temu. Nawet nie pamiętam kiedy. Ile mogła mieć lat? Piętnaście? - Wzruszam ramionami. - Była wtedy dzieciakiem, a nie... tym.

- Tym? - Dante uśmiecha się szeroko. - Dorosłą kobietą?

- Córką Woodsa - poprawiam lodowato.

Spotkaliśmy się z chłopakami na lunch, a ja mimochodem wspomniałem o "małej niespodziance", na którą natknąłem się w kancelarii. O dziewczynie spod baru sprzed roku. O tym, że okazała się Blair Woods. Reakcje chłopaków były dokładnie takie, jakich się spodziewałem.

Śmiech, niedowierzanie i zero współczucia.

A dziś rano znów stanęliśmy obok siebie w holu, czekając na windę. Za blisko. Wciąż czuję na sobie jej perfumy. Nie znoszę tego. I jeszcze ta jej postawa - wyprostowana, z głową uniesioną wysoko, jakby cały budynek należał do niej. To dopiero drugi dzień, a już swoimi zachciankami wywróciła pracę kancelarii do góry nogami.

- Musicie pracować razem? - Kyle wyrywa mnie z zamyślenia.

- Nie - odpowiadam od razu i biorę kolejny łyk alkoholu.

- To w czym problem?

Odstawiam szklankę na blat.

- W niej - stwierdzam krótko. - Przyjęła sprawy, których brać nie powinna.

- Sprawy pro bono?

- Dokładnie te.

- Czyli... - Dante przechyla głowę. - Wkurwia cię, bo jest niezłą laską.

- Nie - odpowiadam w tej samej chwili, w której on kończy zdanie.

- Jest niezłą laską i to cię wkurwia - powtarza z triumfem.

Rzucam mu spojrzenie, jakie w normalnych warunkach kończyłoby temat. On tylko śmieje się jeszcze głośniej.

- Brałeś coś dziś, czy jak? - pytam lodowato.

- Tak działają na mnie nowe inwestycje. - Dante mruga porozumiewawczo do Kyle'a.

Mam dość.

Wstaję, zgarniając ze stołu dokumenty.

- Przejrzę papiery i dam wam znać - rzucam, nie czekając na odpowiedź.

Żegnam się krótko i wychodzę na mroźną ulicę. Zimne powietrze uderza mnie w twarz, ale nie przynosi ulgi. Bo prawda jest taka, że to nie perfumy, nie sukienki i nie sprawy pro bono są problemem. Problemem jest to, że ilekroć o niej myślę, mam wrażenie, że coś mi się wymyka.

A ja, kurwa, nie toleruję sytuacji, w których tracę kontrolę.

Wjeżdżam windą na piętro, gdzie rzadko bywam. To terytorium stażystów i młodych prawników, ludzi, którzy jeszcze wierzą, że talent wystarczy, żeby przetrwać w tym świecie. Gdy drzwi się otwierają, gwar rozmów, stukot klawiatur i dzwonki telefonów uderzają we mnie natychmiast. Tak ma być. To kancelaria, nie biblioteka.

Idę przed siebie, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia pracowników. Kilka osób prostuje się automatycznie, jak tylko mnie rozpoznają.

Dobrze. Tak właśnie powinno to działać.

Zatrzymuję się przed szklanymi drzwiami z jej nazwiskiem. Blair Woods. Pukam dwa razy i czekam.

- Proszę - pada po chwili.

Wchodzę do niewielkiego biura. Jest schludne, uporządkowane aż do przesady. Ona siedzi za biurkiem, skupiona, z długopisem w dłoni. Unosi wzrok i uśmiecha się uprzejmie.

- Mógłbym zająć ci chwilę? - pytam, zamykając za sobą drzwi.

- Oczywiście - odpowiada przyjaźnie i wskazuje krzesło przed biurkiem.

Nie siadam.

- To nie zajmie długo - mówię spokojnie. - Zostaję twoim zwierzchnikiem.

Zapada cisza.

Blair odkłada długopis bardzo powoli, jakby musiała najpierw upewnić się, że dobrze usłyszała.

- Słucham?

- Zostaję twoim... - ponawiam, ale urywam, gdy mi przerywa.

- To było ironiczne pytanie - mówi chłodno. - Słyszałam za pierwszym razem. - Wstaje zza biurka. - Dlaczego niby masz zostać moim zwierzchnikiem? Nikogo takiego nie potrzebuję.

- Nie b... - Próbuję wejść jej w słowo, ale nie daje mi szans.

- Och, daruj sobie. - Macha ręką. - Od początku nie podobało ci się, że tata przyznał mi sprawy pro bono, więc teraz chcesz namieszać, żebym z tego zrezygnowała. Nie potrzebuję nadzoru. Wykonuję swoją pracę dobrze.

Obchodzi biurko i staje przede mną.

- Porozmawiam o tym z ta...

- Omówiłem to z nim - przerywam jej bez wahania.

Zatrzymuje się.

- Zanim cokolwiek zdecydujesz w związku ze swoimi sprawami, przychodzisz z tym do mnie - mówię dalej. - Jutro o ósmej omówimy wszystko, co do tej pory zrobiłaś.

- Na pewno nie. - Krzyżuje ręce na piersi.

Materiał jej szarej sukienki napina się niebezpiecznie na biuście, ale ignoruję to. Nie mam zamiaru się na nią gapić.

- Jestem głównym...

- Mój ojciec też - wchodzi mi w słowo. - I bądź pewny, że z nim o tym porozmawiam.

- Przestań mi, kurwa, ciągle przerywać - rzucam ostro.

Wzdryga się. Dosłownie. Pochylam się ku niej, celowo skracając dystans.

- Kartą córki tatusia dużo tutaj nie ugrasz - mówię niskim, twardym głosem. - Jestem twoim szefem w dokładnie takim samym stopniu jak on. Będziesz słuchać moich poleceń i je wykonasz.

Jej spojrzenie jest harde i uparte. Jak u dziecka, które pierwszy raz słyszy odmowę.

- A jeśli nie - dodaję spokojniej, ale groźniej - zacznij się pakować i wracaj tam, gdzie byłaś przez ostatni rok.

Milczy.

- Jutro o ósmej - przypominam i odwracam się. Wychodzę, nie oglądając się za siebie.

Myślałem o tym, jakie podjąć kroki, przez kilka dni od wspólnego obiadu. Dziś rano wysłałem maila do Richarda, informując go o swojej decyzji. Nie zaprotestował z wiadomych przyczyn. Moje słowo jest tutaj traktowane na równi z jego. Jeśli ja idę na ustępstwa, on musi zrobić to samo.

Nasza kancelaria od lat nie przegrała ani jednej sprawy. Mamy nienaganną reputację. Jesteśmy numerem jeden. Nie pozwolę, by rozkapryszona blondynka - niezależnie od tego, czy jest jego córką, czy nie - zniszczyła coś, na co mój ojciec pracował całe życie.

Będę nadzorował każdą jej sprawę, weryfikował każdy dokument i śledził każdy jej ruch. Dopóki nie uznam, że jest wystarczająco kompetentna, by pracować z prawdziwymi klientami, a nie bawić się w ratowanie świata cudzym kosztem.

ROZDZIAŁ 4NIENAWIDZĘ GO, DZIEWCZYNY!

Blair

Kipię ze złości.

Co za arogancki palant.

Gdy tylko drzwi zamykają się za nim z cichym kliknięciem, chwytam mój ulubiony długopis i ciskam nim w ich stronę. Plastik uderza o drewno i spada na podłogę, a ja przez krótką chwilę wyobrażam sobie, że on nadal tam stoi, dokładnie w tym samym miejscu, i że trafiam idealnie.

Oddycham ciężko.

Wychodzę z biura niemal od razu, wsiadam do windy i odruchowo wybieram przycisk prowadzący na piętro taty. Dopiero w połowie drogi dociera do mnie, co właściwie robię. Palec zastyga nad panelem.

Zaciskam szczęki.

Hudson ma rację.

Cholera, tak bardzo nie znoszę tego uczucia, ale tak jest. Nie mogę załatwiać wszystkiego kartą córki tatusia. Nie w tej kancelarii. Jedna skarga, druga, trzecia... i już nie jestem prawniczką, tylko "córeczką Richarda Woodsa", która nie potrafi sama rozwiązać konfliktu. Dusigroszkiem tatusia, ciągniętym za rękę po korytarzach.

Nie po to wróciłam. Nie po to walczyłam o te sprawy.

Winda zatrzymuje się, ale nie wysiadam. Zmieniam piętro i wracam do siebie.

Gdy znów zamykam się w gabinecie, opieram dłonie o blat i pochylam głowę. Jestem wściekła. Nie pójdę do ojca, ale to nie znaczy, że zamierzam się ugiąć.

Biorę telefon w ręce i piszę na grupie:

B.Woods:

NIENAWIDZĘ GO, DZIEWCZYNY!

Rosenfeld Aurora:

Kogo?

B.Woods:

Hudsona Walkera.

Jennie Rose Jung:

Kto to w ogóle jest?

Reece:

Jej nowy szef. Słuchasz nas czasami?

B.Woods:

Przyszedł do mojego biura i ogłosił, że zostaje moim zwierzchnikiem!

Jennie Rose Jung odpisała na wiadomość Reece:

To zależy.

Rosenfeld Aurora:

Rozwiń temat, Blair. Co znaczy, że został twoim zwierzchnikiem? Będzie cię pilnował w twojej pracy?

B.Woods:

Dokładnie tak! Teraz nie mogę zrobić nic bez jego zgody. Jutro mam pierwsze spotkanie z klientką. Nie wypadnę profesjonalnie, jeśli on będzie stał nade mną, obserwując wszystko, co robię.

Reece odpisała na wiadomość Jennie Rose Jung:

Co masz przez to na myśli, Rose?

Rosenfeld Aurora:

Przykro mi, Blair :(

Jennie Rose Jung odpisała na wiadomość Reece:

To, co napisałam. Słucham was, gdy mówicie o czymś, co mnie interesuje. I nie nazywaj mnie drugim imieniem.

Rosenfeld Aurora:

Mimo wszystko wierzymy w ciebie!

Reece odpisała na wiadomość Jennie Rose Jung:

Jesteś okropna, ROSE!

Rosenfeld Aurora:

Dziewczyny!

B.Woods:

Jennie, serio?

Jennie Rose Jung odpisała na wiadomość Reece:

JENNIE - tak mam na imię.

Jennie Rose Jung odpisała na wiadomość B.Woods:

Oczywiście, że nie. Po prostu ominęłam wczorajszą rozmowę o twoim nowym szefie.

Rosenfeld Aurora:

Spotykamy się dziś w 21?

Reece:

Wpadnę na chwilę po treningu.

Jennie Rose Jung:

Będę.

B.Woods:

Jeśli nie zostanę dziś zatrzymana za morderstwo, to też będę.

Rosenfeld Aurora:

Nie żartuj tak.

Jennie Rose Jung:

Wpłacę kaucję.

Reece:

Pomogę ci zakopać zwłoki. Przy okazji zakopiemy Austen. Żywcem.

Jennie Rose Jung:

Co ta suka znowu zrobiła?

Reece:

Opowiem wam później, bo właśnie wiedźma weszła na boisko. Do później!

B.Woods:

Idę na lunch. Do zobaczenia.

Rosenfeld Aurora:

Pa!

ROZDZIAŁ 5Jaki masz ze mną problem?

Blair

Kolejny raz spotykamy się w windzie i zaczynam podejrzewać, że to stanie się naszą chorą tradycją.

Jak na dupka przystało, Hudson Walker stoi z głową uniesioną wysoko, wzrok wbija w punkt przed sobą, jakby reszta świata - w tym ja - była jedynie nieistotnym tłem. Wchodzę do środka i nie witam się. On zresztą też nie zadaje sobie tego trudu.

Odwracam się do niego plecami. Dokładnie tak jak wczoraj. I dokładnie tak samo czuję na karku jego spojrzenie. Ignoruję impulsywną chęć odwrócenia się i przyłapania go na gapieniu się. Typ ewidentnie ma ze mną problem. I najwyraźniej nie zamierza tego ukrywać.

Wysiadam, gdy winda zatrzymuje się na moim piętrze. Zostaje mi piętnaście minut do naszego spotkania. Odkładam torebkę i teczkę na biurko, po czym idę do pokoju socjalnego. Potrzebuję kawy, najlepiej podwójnej.

Za pięć ósma ruszam na górę.

- Pan Walker czeka na panią w trzeciej sali konferencyjnej - informuje mnie asystentka, gdy wychodzę z windy na dwudziestym ósmym piętrze.

- Oczywiście, że tam czeka - mruczę pod nosem.

- Słucham?

- Nic. Dziękuję.

Z teczkami pod pachą i kawą w ręce ruszam we wskazanym kierunku. Drzwi do sali są lekko uchylone, więc wchodzę bez pukania. Hudson siedzi na krześle ustawionym centralnie przy stole. To mnie zaskakuje, bo byłam niemal pewna, że jego ego nie pozwoli mu zająć żadnego innego miejsca niż u szczytu.

Siadam naprzeciwko niego i bez słowa przesuwam akta w jego stronę.

- Mam cztery sprawy. - Unoszę na niego wzrok. - Wszystkie pro bono - dodaję z wyraźnym naciskiem, licząc na jakąkolwiek reakcję.

Nie drga mu nawet powieka.

- Zacznijmy od pierwszej - mówi spokojnie, otwierając folder. - Opowiedz mi o tej sprawie. I o tym, jak chcesz ją poprowadzić.

- Nie wiem, co chcesz tym udowodnić - prycham, bo wciąż jestem wkurzona. Na niego. Na tę sytuację. Na fakt, że w ogóle tu siedzę.

- O dziewiątej mam kolejne spotkanie. - Zerka na zegarek. - Więc lepiej zacznij. Albo będziesz tu siedzieć i czekać, aż skończę.

Mam na końcu języka całą listę uszczypliwych odpowiedzi, ale zaciskam usta.

- Pierwsza dotyczy zatrzymania na prywatnej posesji - zaczynam. - Chłopak ma siedemnaście lat. Sprawa prawdopodobnie nigdy nie trafiłaby do sądu, gdyby nie fakt, że właścicielem terenu jest jakiś wpływowy mężczyzna, który uparł się, żeby go ukarać.

Chwytam gorący kubek, próbując ogrzać dłonie. W sali jest lodowato.

- Chłopak nie przyznaje się do wejścia do domu ani do potencjalnej kradzieży, o którą mógłby zostać oskarżony.

- Potencjalnej?

- Właściciel sugeruje próbę kradzieży auta - wyjaśniam sucho. - Twierdzi, że chłopak kręcił się przy garażu.

- A oskarżony?

- Zaprzecza. Powiedział, że tylko patrzył. Żadnych narzędzi, żadnego mienia wyniesionego, żadnej szkody.

- Był na posesji, a to już jest przestępstwo - mówi, nie podnosząc wzroku znad akt.

- Nie znam całej historii - odpowiadam. - Mam z nim spotkanie o dziesiątej.

- A dowody? - pyta, wciąż na mnie nie patrząc.

- Na ten moment brak dowodów, że wszedł do domu.

- Na ten moment - powtarza.

- Tak.

- W porządku. - Jego głos jest chłodny. - Ale zakładaj, że one się pojawią.

- Zakładam różne scenariusze.

- Mam nadzieję - mówi cicho - że zakładasz też ten, w którym twój klient nie mówi ci całej prawdy.

- Moim zadaniem jest go bronić. Nie zakładać z góry, że kłamie.

- Twoim zadaniem jest nie dać się wprowadzić w błąd - odpowiada bez emocji. - To różnica.

Sięga po kolejne papiery.

- Co dalej?

- Sprawa molestowania w pracy. - Upijam łyk kawy. - Dziś też mam spotkanie z klientką. Właściwie wszystkie spotkania mam poumawiane na dziś albo na jutro, więc nie powiem ci więcej, niż możesz wyczytać z akt.

- Jaka jest trzecia sprawa? - pyta, jakby w ogóle nie słyszał poprzedniego zdania.

Zaciskam zęby z frustracji. Przez kolejne trzydzieści minut omawiam dwie następne sprawy. Hudson słucha, notuje, zadaje pytania krótkie, konkretne i pozbawione emocji. Gdy kończę, wstaje, prostując marynarkę.

- Informuj mnie na bieżąco o postępach - mówi. - Pozwoliliśmy ci prowadzić więcej niż jedną sprawę, więc chcę wiedzieć, co dzieje się w każdej z nich.

Jeśli myśli, że będę biegać do niego z każdą nową informacją, to jest w wielkim błędzie. Wszystko dostanie w mailach.

Składa akta w równą kupkę i przesuwa je w moją stronę. Zabieram dokumenty pod pachę, pusty kubek do drugiej ręki i wychodzę. On rusza zaraz za mną.

- O co ci tak właściwie chodzi? - Zatrzymuję się w progu i odwracam w jego stronę.

- Słucham? - Patrzy na mnie spod długich rzęs.

- Jaki masz ze mną problem? - pytam wprost. - Od początku coś ci nie pasuje. A kiedy mój tata przyklepał sprawy pro bono, dosłownie się w środku zagotowałeś.

- Zagotowałem? - Unosi brew. Ze wszystkiego, co powiedziałam, zapamiętał tylko to jedno słowo.

- Jaki masz problem? - powtarzam, tym razem ostrzej.

- Moim problemem w tej chwili jesteś ty. - Zerka na zegarek na nadgarstku. - Jeśli nie zejdziesz mi z drogi, spóźnię się na spotkanie. - Nachyla się tak blisko, że niemal czuję jego oddech. Nasze czoła dzielą zaledwie cale. - A ja się nigdy nie spóźniam - dodaje cicho.

W jego oczach nie ma nic poza chłodem i pogardą. Cofam się o krok, kompletnie zbita z tropu. Nie wiem, co takiego zrobiłam, że zasłużyłam na taki wzrok.

Szkoda mi nerwów. Wycofuję się ponownie, odwracam i ruszam dalej. Oczywiście idzie za mną.

- Juliette, wpuść do mnie Prestona, jeśli pojawi się wcześniej - rzuca do recepcjonistki, gdy wchodzimy do holu.

- Oczywiście, proszę pana - odpowiada kobieta przesadnie słodko.

Przewracam oczami.

Skoro już jestem na górze, idę do taty. W jego gabinecie, jak zawsze, gra cicho jego ulubiona muzyka, a on siedzi przy biurku, na którym dokumenty leżą poukładane tak równo, jakby ktoś odmierzał odległość linijką. Pyta o sprawy. Przeprasza, że nie uprzedził mnie o pomyśle Hudsona, by zostać moim przełożonym. Udaję, że wszystko jest w porządku, a po kilku minutach wychodzę, bo nie mogę się spóźnić na pierwsze spotkanie z klientem.

Tyler Percy i jego mama czekają już razem z Kienem - moim asystentem - w jednej z sal konferencyjnych na tym piętrze. Po wymianie uprzejmości zajmujemy miejsca.

- Opowiedz, jak było - proszę chłopaka, patrząc na niego uważnie.

- No normalnie. Szliśmy z ziomkiem ulicą. Późno było. Nuda straszna.

- Kim jest "ziomek"? - wtrąca Kien.

- Kolega. Taki... nieważne. I tak go nie macie.

- Idziecie ulicą - powtarzam. - Co dalej?

- No i była ta brama. Wielka, wypasiona, wie pani. Już się zamykała, ale nie domknęła się do końca. To weszliśmy dla beki, nic wielkiego.

- Weszliście na posesję.

- No. Na posesję. Nie do domu - podkreśla od razu. - Tylko na zewnątrz. O to mi chodzi.

- Dlaczego weszliście?

- Bo czemu nie? - parska krótkim śmiechem.

- Tyler - upomina go matka ostrym tonem.

Tyler zerka na nią. Jej spojrzenie wbija go w fotel.

- Co robiliście na posesji? - pytam.

- No... - przeciąga. - Stały tam auta. Drogie, jak z Instagrama. To podeszliśmy, popatrzyliśmy i tyle.

- Dotykaliście czegokolwiek?

- Nie.

- Podeszliście do domu?

Kręci głową.

- Nie weszliśmy do domu. Nawet drzwi nie dotknąłem. Byliśmy na zewnątrz.

- I co było dalej?

- No i jak już mieliśmy się zwijać, to nagle typ wraca. Wyskakuje, drze się, jakbyśmy mu pół domu wynieśli, i dzwoni na policję.

- Co robiłeś w tym momencie?

- Nic. Tłumaczyliśmy, ale oni już wiedzieli swoje.

- Policja?

- No. - Wzrusza ramionami. - Nawet nie chcieli słuchać. Bo wie pani, jestem czarny i byłem na posesji białego typa. To już wystarczyło.

- Wiesz, że nie powinieneś tam wchodzić - mówi spokojnie Kien.

- No wiem. Głupie to było, ale to było dla jaj. Nie ukradliśmy niczego. Nawet nie planowaliśmy.

Przeglądam dokumenty. Brak wcześniejszych konfliktów z prawem.

- Spróbujemy zawnioskować o kuratora i po roku usunąć sprawę z akt - mówię. - To najbezpieczniejsze rozwiązanie.

- Będzie notowany przez rok? - pyta matka, wyraźnie zaniepokojona.

- Sprawdzę, czy da się coś jeszcze zrobić, ale realnie... to najlepsza opcja.

Kobieta kiwa głową, w jej oczach pojawia się smutek, ale też ulga.

- Musisz mi tylko powiedzieć jedno - dodaję, spokojnie, ale stanowczo. - Czy jest cokolwiek, absolutnie cokolwiek, o czym jeszcze nie wiem?

- Nie - odpowiada bez wahania. - To wszystko.

Kiwam głową.

- Wstępne posiedzenie jutro o trzeciej. Proszę być pół godziny wcześniej, żebyśmy wszystko omówili.

- I to już? - Tyler wygląda na zaskoczonego.

- Chcesz coś jeszcze dodać?

- Nie... - Wstaje, rozglądając się po sali. - Ale to naprawdę za free?

- Słucham?

- No... czy pani na pewno prowadzi tę sprawę za darmo? - mówi. - Bo nas nie stać, by płacić kupę siana za pani czas, a w takich miejscach to się właśnie dzieje.

- Za darmo - odpowiadam, posyłając uspokajający uśmiech jego mamie.

Po ich wyjściu Kien proponuje, żebyśmy wypili herbatę przed kolejnym spotkaniem. Kiwnięciem głowy przyjmuję propozycję. Siadam przy biurku i wysyłam maila do Hudsona, podczas gdy on wychodzi po napoje. Krótko i rzeczowo opisuję przebieg rozmowy i wstępny plan.

Gdy kończę, na skrzynkę wpada nowa wiadomość.

Jutro o trzeciej jestem wolny. Pojadę z tobą.

Zamykam laptop zbyt mocno, w myślach wyklinając Hudsona Walkera - za kontrolę, za brak zaufania i za to, że najwyraźniej nie zamierza dać mi nawet odrobiny przestrzeni.

ROZDZIAŁ 6Się wie, pani prawnik

Blair

Założyłam dziś mój ulubiony biały komplet od Chanel - białą spódnicę i pasujący do niej żakiet. Wyglądam profesjonalnie i czuję się bardzo pewnie. Przed posiedzeniem wstępnym mam jeszcze jedno spotkanie, a po nim papierkową robotę do wykonania.

W podziemnym parkingu zostawiam samochód na miejscu przeznaczonym dla mojego taty, ale on i tak z niego nie korzysta. Gdy odpinam pasy, z lewej strony podjeżdża czarne Maserati.

A zapowiadał się taki dobry dzień...

Zbieram swoje rzeczy z miejsca pasażera i wychodzę z auta. Nawet nie zerkam w jego stronę, kieruję się prosto do drzwi. Przykładam kartę do czytnika, a bramka się otwiera. Krokiem szybszym niż zwykle idę do windy. Wciskam guzik i czekam. O tej godzinie działają tylko dwie windy, reszta uruchamiana jest po ósmej. I jak na złość te dwie działające znajdują się właśnie na poziomach wyżej. Rozpinam guziki jasnego płaszcza i czekam. W końcu przyjeżdża jedna z wind. Wchodzę do środka i, jak wariatka, wciskam natarczywie guzik zamykających się drzwi, jakby to mogło cokolwiek przyśpieszyć. Drzwi prawie się domykają... ale Hudson wślizguje się w ostatniej chwili.

- Dzień dobry - mówi na powitanie, czym mnie zaskakuje.

- Dzień dobry. - Moja odpowiedź brzmi bardziej jak pytanie.

- Jesteś gotowa na dziś?

- To tylko rozprawa wstępna.

- Ale jednak wciąż rozprawa.

- Jestem gotowa - potwierdzam niechętnie.

Nie mówimy już nic więcej. Wychodzę czym prędzej z windy, zostawiając go za sobą.

Po dziesiątej udajemy się z Kienem do sali konferencyjnej na pierwsze spotkanie z klientem, które mamy zaplanowane na dzisiaj. Sale na naszym piętrze są mniejsze, co tworzy przyjemną atmosferę. Ściany wyłożono jasnym drewnem, a duże okna wpuszczają do środka naturalne światło. Układam tacę na stole, a Kien stawia na niej nasze kubki z kawą, przez co powietrze wypełnia delikatny aromat palonych ziaren. Ruszamy z kolejnym spotkaniem, a gdy kończymy, informuję Hudsona o jego przebiegu w mailu.

Korytarz sądu jest zimny i nieprzyjemny, a dźwięk moich kroków odbija się echem od gładkich, białych ścian.

Dostrzegam Tylera oraz jego matkę. Zwykle przyjazny uśmiech na mojej twarzy zamienia się w grymas, gdy zauważam też Hudsona. Z teczką w ręku zbliżam się do nich. Moje kroki stają się pewniejsze, a spojrzenie twardnieje, im bliżej do nich podchodzę.

- Dzień dobry - zwracam się do klientów z uśmiechem. - Jak się państwo mają? Gotowi? - Unikam kontaktu wzrokowego z Walkerem.

- Się wie, pani prawnik - odpowiada Tyler, na co lekko się krzywię.

- Dzień dobry - wita się spokojnie jego mama. - Bardziej gotowi nie będziemy - uznaje, mierząc syna spojrzeniem.

- W porządku. - Rozpinam teczkę, by wyjąć akta. - Przejrzyjmy jeszcze...

- Muszę skoczyć do kibla, wracam za chwilę - przerywa mi chłopak i nie czekając na odpowiedź, odchodzi.

Posyłam jego mamie zdezorientowane spojrzenie. Tu nie chodzi o kradzież cukierka i krótkie upomnienie, ale o kuratora i wpis w aktach, który może się za nim ciągnąć latami.

- Bardzo przepraszam - mówi kobieta. - Zupełnie nie wiem, co w niego wstąpiło - dodaje i rusza za synem.

Spoglądam za nimi, a chwilę potem zwracam wzrok ku Hudsonowi, czując, jak narasta we mnie złość.

- Dlaczego nie poczekałeś na mnie? - pytam oskarżycielsko. - Zawsze będziesz mi wszystko utrudniać?

Walker unosi brwi, udając zdziwienie.

- Byłem w sądzie wcześniej. Gdy wracałem od prokuratora, natknąłem się na twoich klientów - odpowiada takim tonem, jakby miał mnie za wariatkę.

Nie wierzę mu.

- Przejrzałaś wszystkie dokumenty dotyczące tej sprawy? - pyta.

- Oczywiście.

- Wierzysz chłopakowi?

Spoglądam na niego, a potem na korytarz, gdzie znikł Tyler.

- Nie ma powodu, by kłamać. Tutaj chodzi o jego przyszłość.

Hudson tylko mi się przygląda, nie mówi nic więcej. Jednak, gdy wchodzi na salę, widzę, jak kręci głową z rezygnacją.

Sędzia siedzi wysoko, z twarzą bez wyrazu. Wstaję powoli, zapinam marynarkę i podchodzę krok bliżej.

- Oficerze - zaczynam spokojnie - proszę powiedzieć sądowi, na jakiej podstawie zatrzymał pan mojego klienta.

Policjant się prostuje.

- O godzinie siódmej czterdzieści pięć otrzymaliśmy zgłoszenie o włamaniu na prywatną posesję.

- Zgłoszenie o włamaniu - powtarzam. - Proszę doprecyzować.

- Zgłoszenie dotyczyło nieuprawnionego wejścia na posesję oraz do domu.

- Kiedy przyjechał pan na miejsce, gdzie znajdował się mój klient?

- Na terenie posesji.

- Na zewnątrz czy wewnątrz budynku?

- Na terenie posesji, w pobliżu garażu.

- Czy w momencie zatrzymania mój klient znajdował się w środku budynku mieszkalnego?

- Nie.

- Na jakiej więc podstawie twierdzi pan, że mój klient "chodził po domu"?

Policjant zerka w notatki.

- Na podstawie relacji właściciela posesji.

- Czyli - mówię spokojnie - opiera się pan wyłącznie na zeznaniu osoby trzeciej?

- Tak.

- Dziękuję. Nie mam więcej pytań.

Wracam na swoje miejsce, czując znajome napięcie w karku.

Sędzia kiwa głową.

- Proszę wezwać kolejnego świadka.

Właściciel posesji wchodzi pewnym krokiem. W oczy od razu rzucają się drogi garnitur oraz zegarek, który może kosztować więcej niż czyjeś mieszkanie. Siada, zanim jeszcze całkiem zapadnie cisza.

- Proszę opisać, co pan zobaczył po powrocie do domu - zaczynam.

- Zobaczyłem dwóch intruzów. - Jego głos jest twardy. - Byli w moim domu.

- Proszę mówić precyzyjnie. Gdzie dokładnie?

- W garażu.

Unosi wzrok.

- Garaż jest częścią domu?

- Oczywiście.

- Co robili?

- Dotykali samochodów. - Jego głos się podnosi. - Otwierali drzwi, siedzieli za kierownicą. To są auta warte miliony dolarów.

- Czy którykolwiek z samochodów opuścił posesję?

- Nie, bo ich przyłapałem.

- Czy cokolwiek zostało skradzione?

- Nie, ale pewnie do tego by doszło. To samo...

- Dziękuję - wchodzę mu w słowo spokojnie. - W takim razie mamy do czynienia z sytuacją, w której pan twierdzi jedno, a mój klient twierdzi drugie. - Odwracam się lekko w stronę sędziego. - Słowo przeciwko słowu.

Właściciel uśmiecha się dyskretnie. To nie jest miły uśmiech.

- Nie do końca.

Zatrzymuję się.

- Słucham?

- Są przecież nagrania.

Serce uderza mi raz, mocniej.

- Jakie nagrania? - pytam, zanim zdążę się powstrzymać.

- Monitoring. - Właściciel oświadcza z satysfakcją. - Przekazałem je prokuraturze. Widać na nich, jak obaj chłopcy są w garażu. Jak dotykają aut. Jak siedzą w jednym z nich. Jak otwierają bagażniki i szuflady.

Czuję, że zalewa mnie gniew.

Co za szczeniak!

- Wysoki sądzie - mówię szybko, odwracając się - obrona nie otrzymała żadnej informacji o materiałach wideo.

Pani prokurator podnosi się powoli z miejsca.

- Nagrania zostały dostarczone wraz z materiałem dowodowym - odpowiada spokojnie. - Informacja znajduje się w aktach sprawy.

- Nigdy nie zostały nam udostępnione.

- Wystarczyło dokładnie zapoznać się z dokumentacją - mówi beznamiętnie. - Wszystko jest wyszczególnione.

- Wysoki sądzie - mówię już ostrożniej - wnoszę o krótką przerwę. Muszę omówić nowe okoliczności z moim klientem.

Sędzia patrzy na mnie chwilę i w końcu decyduje:

- Ma pani dwadzieścia minut. Ani minuty więcej.

Wracam na swoją stronę. Pani prokurator posyła mi uśmiech pełen satysfakcji.

- Co to miało być?! - zwracam się do chłopaka, pełna złości. - Dlaczego mnie okłamałeś?

- No co? Przecież to był garaż pełen fur - odpowiada chłopak, jakby to miało wystarczyć jako usprawiedliwienie.

Patrzę na niego z niedowierzaniem.

- Okłamałeś mnie.

- Myślałem, że to się nie wyda.

- Myślałeś?! - Głos łamie mi się z wściekłości. - Oparłam całą linię obrony na twoich słowach.

- No ale serio, proszę pani - krzywi się. - Jak widzisz coś takiego, to co masz zrobić? Przejść obojętnie?

- Żartujesz sobie ze mnie?

- Nie. - Po raz kolejny wzrusza ramionami.

- Co jeszcze zrobiłeś? - pytam ostro. - Co jeszcze mam dziś usłyszeć? Porysowałeś któryś z tych samochodów? Odpaliłeś silnik?

- Nie. - Kręci głową. - Posiedziałem tylko, podotykałem i otworzyłem kilka szuflad. Nic się nie stało.

- Nic się nie stało?! - podnoszę głos. - Siedziałeś w cudzym domu, w cudzych samochodach, a teraz grozi ci zarzut włamania!

- Pani nie rozumie - rzuca z irytacją. - To było... no wiesz. Coś.

- Coś - powtarzam zimno. - Coś, za co możesz pójść siedzieć.

Odwracam od niego wzrok, bo w tej chwili najchętniej bym go udusiła. A złośliwy uśmiech pani prokurator siedzącej po drugiej stronie sali uderza mnie jak cios pod żebra.

Nie wiem, jak wybronić tego małego dupka. Mam pustkę w głowie. Nie jestem na to przygotowana. To miała być łatwa sprawa.

Czuję, jak robi mi się gorąco.

Może pójdę w stronę ubóstwa? Wezmę ich na litość?

Spoglądam na widownię. Hudson siedzi nieruchomo, z kamiennym wyrazem twarzy, obserwuje mnie uważnie. Bez cienia wsparcia. Nie wykonuje ani jednego gestu, który dałby mi poczucie, że stoimy po tej samej stronie. W ułamku sekundy dociera do mnie brutalna myśl - bez niego nie jestem w stanie tego obrócić na naszą korzyść.

Nienawidzę się za to.

Muszę coś zrobić. Cokolwiek. Znaleźć wyjście z tej sytuacji, ale w głowie mam chaos. Każda myśl urywa się w połowie, a frustracja ściska mi klatkę piersiową.

Jak ja to wytłumaczę tacie? Jak przyznam, że zawaliłam?

Rozkładam ręce, przyjmując porażkę. Widzę, że Hudson to zauważa. Wstaje, poprawia czarny garnitur i podchodzi do nas, jakby od początku wiedział, że to on będzie musiał posprzątać ten bałagan.

Matka chłopaka też się zbliża. Nie patrzy mi w oczy. I wtedy dociera do mnie, że ona wiedziała. Wiedziała, że jej syn mnie okłamał.

Czy oni wszyscy są niepoważni?

- Przyznajesz się do kradzieży. - Hudson zwraca się do Tylera niskim, twardym głosem. - W ramach kary dostajesz pół roku pod opieką kuratora, usunięcie wyroku z akt po ośmiu miesiącach i pięćdziesiąt godzin prac społecznych. Zgadzasz się?

Tyler otwiera usta, ale zamyka je natychmiast, gdy tylko Walker rzuca mu spojrzenie.

- Mniej nie dostaniesz - ciągnie Hudson bez emocji. - A jeśli nie przyjmiesz tego teraz, trafisz do ośrodka poprawczego i będziesz tam gnił do osiemnastki. Potem dwa lata kuratora i wpis w aktach, który zostanie z tobą na zawsze. Chcesz tego?

Chłopak kręci głową. Jest blady jak ściana.

Hudson nachyla się ku niemu.

- Ostatni raz korzystasz z usług mojej kancelarii.

Każde jego słowo wbija się we mnie jak kolejne ostrze. Poczucie porażki przytłacza mnie, niemal dusi. Nie tak to miało wyglądać. Nie tak.

Hudson się prostuje, posyła mi ostre spojrzenie i odwraca do nas plecami. Przechodzi na drugą stronę sali, do prokuratorki.

Uśmiechy, które wymieniają, są zbyt intymne, zbyt znajome.

On wiedział o nagraniach od samego początku.

"Byłem w sądzie wcześniej. Wracając od prokuratora, natknąłem się na twoich klientów".

Rozumiem znaczenie tych słów z opóźnieniem.

Co za gnida.

Prokuratorka kładzie dłoń na jego ramieniu i mówi coś cicho. Hudson tylko kiwa głową. Gniew pulsuje we mnie tak mocno, że przed oczami pojawiają się ciemne plamy.

Gdy wraca na swoje miejsce, nawet na mnie nie patrzy.

Sędzia wraca na salę. Przyznajemy się do winy. Przedstawiamy warunki ugody. Prokuratura i poszkodowany je akceptują. Kiedy sędzia ogłasza przyjęcie porozumienia, czuję, jak coś we mnie pęka. Wstaję i wychodzę bez słowa.

Nie patrzę na Tylera. Nie patrzę na jego matkę. Nie patrzę na Hudsona.

Wychodzę z budynku sądu wściekła, z goryczą w gardle i ciężarem w piersi. Dobrze znam to uczucie. Aż za dobrze.

Czuję się zdradzona - uciekam od tego od roku.

ROZDZIAŁ 7Tak długo, jak tylko się da

Blair

Dni mijają szybko, co do minuty wypełnione spotkaniami, telefonami i mailami. Wygrywam dwie z trzech pierwszych spraw pro bono. Trzecia wisi, ale idzie w dobrą stronę. Przyjmuję kolejne. Pracuję dłużej, wychodzę później, uczę się na bieżąco nowego układu kancelarii, nazwisk, zasad, które zmieniły się podczas mojej nieobecności.

A przez cały ten czas Hudson jest obecny. Nie fizycznie, na to zwyczajnie nie ma czasu. Jako główny wspólnik ma kalendarz wypełniony po brzegi, ale i tak mnie nadzoruje metodycznie i upierdliwie.

Każdy dzień kończy się tak samo. Jeśli do piątej nie wyślę mu raportu, wieczorem w skrzynce czeka mail. Zawsze uprzejmy, zawsze chłodny i zawsze przypominający.

Czekam na podsumowanie dnia.

Albo:

Nie otrzymałem raportu.

Lub dla odmiany:

Proszę o aktualizację.

To absurdalne. Oboje wiemy, że nie czyta tego wszystkiego szczegółowo, nie ma na to czasu. A mimo to konsekwentnie domaga się relacji.

Jestem pewna, że robi to specjalnie.

A do tego dochodzi winda.

To jakieś przekleństwo.

Codziennie, bez wyjątku spotykam go w windzie. Nieważne, czy przychodzę za wcześnie, za późno, idealnie na czas. Jeśli nie rano - to po południu. Jeśli nie po południu - to na koniec dnia. Ale przynajmniej raz dziennie, czasem dwa, stoimy razem w tej cholernej metalowej puszce. Najczęściej rano. Wchodzę, a on już tam jest. Albo wchodzi sekundę po mnie. Jakby wyczuwał właściwy moment. Stoi wyprostowany, z tym swoim opanowaniem, doprowadzającym mnie do szału. Zawsze milczymy. Nie wymieniamy żadnych uprzejmości, żadnych spojrzeń, a jednak czuję jego obecność za każdym razem.

Przez te wszystkie dni zagryzam zęby. Nie skarżę się, nie idę do taty. Zapewniam go, że dobrze się odnajduję, że praca idzie gładko, że Hudson jest profesjonalny.

Bo jest. I właśnie dlatego go nienawidzę.

Mijają trzy tygodnie, odkąd wróciłam do kancelarii.

Trzy tygodnie, odkąd pracuję na pełnych obrotach.

Trzy tygodnie, odkąd nienawidzę Hudsona Walkera.

I trzy tygodnie, odkąd Hudson Walker nienawidzi mnie.

Ustawiamy z Kienem wszystko w sali konferencyjnej, czekając na naszą nową klientkę. Po kilku minutach sekretarka wprowadza ją do pomieszczenia. Kobieta próbuje się uśmiechnąć, ale jej oczy zdradzają niepokój.

- Dzień dobry. - Wstaję i wyciągam rękę w jej stronę. - Blair Woods.

- Dzień dobry. Tiana Perry. - Wymieniamy uścisk dłoni. - Dziękuję, że się spotkałyśmy - mówi, witając się z Kienem.

- Proszę usiąść. - Wskazuję jej krzesło naprzeciwko. - Napije się pani czegoś?

- Nie, dziękuję - odpowiada, ściągając płaszcz. Jej ciemna karnacja kontrastuje z białą koszulą, jaką ma na sobie.

- Jak mogę pani pomóc? - Otwieram notatnik.

Tiana poprawia się na krześle, wyraźnie widać, że niekomfortowo się czuje ze sprawą, z którą przyszła.

- Mój brat... Mój brat Chris pięć lat temu został skazany na dożywocie za morderstwo - mówi, patrząc mi prosto w oczy.

Moja twarz to maska, nie pokazuję żadnych emocji, tylko słucham.

- Dostałam do pani kontakt od przyjaciółki - dodaje po chwili milczenia. - Powiedziała, że jest pani dobra. Że jeśli ktoś może mi pomóc... to właśnie pani. - W jej oczach pojawiają się łzy. - Szukałam pomocy wszędzie. Naprawdę wszędzie. I nikt nie chce się podjąć tej sprawy.

Oddycha głęboko.

- On jest niewinny, pani Woods. Wiem, że wszyscy tak mówią - kontynuuje. - Że ich bliski jest niewinny. Wiem, jak to brzmi. Ale mój brat naprawdę jest niewinny. Trudno uwierzyć, że ktoś, kogo skazano za zabójstwo, mógłby tego nie zrobić - mówi dalej. - Ale on kochał tę kobietę. Kochał Suzanne. Została zamordowana, a on... on nigdy by jej nie skrzywdził.

Sięga do torebki. Wyciąga plik dokumentów. Gruby, nierówny, wyglądający na wielokrotnie przeglądany.

- Od pięciu lat zbieram wszystko, co może pomóc w udowodnieniu jego niewinności - mówi. - To są akta jego sprawy. I rzeczy, które nigdy nie trafiły do sądu. - Przesuwa dokumenty w moją stronę. - Jest pani ósmym prawnikiem - dodaje. - Ósmym, do którego przyszłam. Wszyscy mówią, że to przeklęta sprawa i lepiej tego nie ruszać. - Podnosi na mnie wzrok. - Ale proszę... On jest niewinny. Proszę go nie skreślać, zanim nie przeczyta pani wszystkiego, co udało mi się zebrać.

- Rozumiem, co pani czuje - zaczynam. - Wiem, jak trudne...

- Nie - przerywa mi natychmiast. - Nie rozumie pani. To jest mój brat. Został wrobiony w morderstwo. Zabrano mu całe życie. A ja patrzę na to od pięciu lat i nie mogę nic zrobić.

Milczę.

- Prowadziła pani sprawę mojej przyjaciółki. O molestowanie w pracy. Nikt jej nie wierzył. Wszyscy mówili, że przesadza, że źle odczytała intencje, że to niemożliwe. - Łzy w końcu spływają jej po policzkach. - A pani ją wysłuchała. I wygrała.

Patrzy na mnie błagalnie.

- Więc proszę... - Tiana wyjmuje chusteczkę i ociera policzki. - Proszę dać mojemu bratu taką samą szansę. Taką, jaką dała pani mojej przyjaciółce.

Cisza ciągnie się dłużej, niż powinna. W końcu sięgam po dokumenty. Otwieram teczkę i przerzucam pierwszą stronę.

- Dobrze - mówię spokojnie. - Proszę mi opowiedzieć wszystko. Od początku.

Pani Perry kontynuuje, opowiadając o dramatycznych okolicznościach, doprowadzających do skazania jej brata. Uspokaja się nieco, gdy mówi o jego niewinności, przekonując nas, że mężczyzna nie popełnił zbrodni, za którą został osądzony.

Wymieniam spojrzenia z Kienem, a w moim umyśle pojawiają się wątpliwości. W końcu po chwili namysłu biorę głęboki wdech.

- Proszę mnie zrozumieć. Nie obiecuję, że przyjmę tę sprawę, ale na pewno się jej przyjrzę. Do końca dnia powiadomię panią, czy będę mogła pomóc.

Kiwa głową, z ulgą poprawiając się na krześle.

- O nic więcej teraz nie proszę - odpowiada.

Biorę dokumenty, czując ich ciężar w dłoniach. Wstaję, a kobieta idzie za moim przykładem. Żegnamy się, a ona wychodzi z pokoju z delikatnym uśmiechem, w którym drży coś na kształt ulgi.

Gdy drzwi się zamykają, spoglądam na Kiena.

- Boję się, że dałam jej nadzieję - mówię, przygryzając wargę.

- Nie odesłałaś jej z kwitkiem, a to dla niej dużo znaczy.

- Musimy przejrzeć te papiery. - Podaję mu jedną teczkę. - Ale nie możemy informować Hudsona. Chcę najpierw sama podjąć decyzję. Wiem, że on na pewno odmówi, jak tylko usłyszy słowo "dożywocie". - Patrzę Kienowi prosto w oczy. - Mogę cię prosić, byś nic mu o tym spotkaniu nie mówił?

- Tak. - Kiwa głową, jakby już wiedział, że ta sprawa będzie dla nas nie tylko zawodowym wyzwaniem, ale również dylematem moralnym.

- Możemy zacząć już teraz.

Ponownie siadamy przy stole i zaczynamy przeglądać dokumenty.

Następnego dnia od rana myślę o dokumentach schowanych w mojej teczce. Wczoraj nie mogliśmy za długo przeglądać ich w sali konferencyjnej, a dziś od świtu przebywam w sądzie, więc nie miałam jeszcze czasu do nich usiąść. A tutaj... tutaj boję się rozłożyć je na biurku, bo mam wrażenie, że Hudson zaraz wpadnie do mojego gabinetu i przyłapie mnie na kłamstwie.

Co zrobi tata, gdy się dowie, że nie posłuchałam poleceń Hudsona? I co zrobi Hudson, kiedy odkryje, że zataiłam przed nim sprawę?

Wjeżdżam windą na piętro taty, by powiadomić go, że chcę dziś popracować w domu do końca dnia.

- Cześć, tato - witam się, gdy zamykam za sobą drzwi jego gabinetu.

- Cześć, kochanie. - Nie podnosi wzroku znad kartek. - Przychodzisz do mnie z czymś pilnym? Mam zaraz spotkanie.

- Nie. Chciałam cię tylko poinformować, że chcę wrócić do domu i tam popracować - wyjaśniam, mając nadzieję, że nie zapyta o szczegóły. Nie chcę go okłamywać.

- Coś ci dolega? - pyta, patrząc na mnie z troską.

Kurczę...

- To te dni w miesiącu - mówię, naciągając prawdę.

- Jasne. Pracuj w spokoju - odpowiada, od razu wracając wzrokiem do papierów. - Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebowała z powodu... twojego samopoczucia.

- Oczywiście - śmieję się lekko. Całuję go w policzek i odchodzę od biurka. - Do zobaczenia.

Wracam do swojego gabinetu po wszystkie potrzebne dokumenty. Przed wyjściem zachodzę do boksu Kiena i informuję, że będziemy w kontakcie telefonicznym.

Czekam na windę, myśląc o nadchodzących wyzwaniach. Gdy drzwi się otwierają na moim piętrze, przenikliwy wzrok Hudsona mierzy mnie od góry do dołu.

- Dokąd się wybierasz? - pyta.

Gdzieś, gdzie nie ma ciebie.

Staram się zachować spokój i wchodzę do środka.

- Do domu - mówię specjalnie cicho.

- Dlaczego? - dopytuje.

- Powiadomiłam już tatę - informuję go, nie dodając nic więcej.

- Jak poszła rozmowa z nową klientką? - pyta nagle. - Nie dostałem od ciebie maila w tej sprawie.

Za żadne skarby nie powiem mu, czego sprawa dotyczy i czego dowiedzieliśmy się z dokumentów.

- Spotkanie się nie odbyło, zostało odwołane w ostatniej chwili. Więc nie ma o czym rozmawiać - kłamię jak z nut, a w moim głosie słychać jedynie chłód.

Walker mierzy mnie morderczym spojrzeniem, ale milczy. Razem udajemy się do garażu podziemnego. Nasze samochody są zaparkowane obok siebie. Otwieram swój pilotem i podchodzę do drzwi pasażera, by wrzucić na siedzenie akta spraw. Gdy zamykam drzwi, Hudson rusza z piskiem opon. Podnoszę rękę i unoszę środkowy palec w jego stronę.

Nienawidzę go.

Siedzę na kanapie w swoim mieszkaniu, otoczona teczkami i luźnymi kartkami. Na kolanach trzymam akta Chrisa Perry'ego.

Czytam zeznania jeszcze raz. Linijka po linijce. Daty, godziny, nazwiska. Relacje świadków, którzy "coś widzieli", ale każdy widział coś innego. Szczegóły, które się rozjeżdżają. Opisy, które nie pasują do siebie. Jedna wersja wydarzeń przeczy drugiej, a mimo to sąd uznał jedną z nich za jedyną prawdziwą.

Odkładam dokumenty i odchylam głowę na oparcie kanapy, wpatruję się w sufit. Sissi wdrapuje się na moje kolana.

Chris nie jest winny. Wiem to.

Głaszczę białe futerko, a kotka przeciąga się i mruczy.

Wiem, że ta sprawa śmierdzi na milę. Zbyt wiele zbiegów okoliczności, zbyt potężne nazwisko przewijające się w tle.

Sięgam po kolejną kartkę i znów czuję to znajome ukłucie w żołądku. Gniew miesza się z determinacją i ze strachem. Bo jeśli się za to wezmę na poważnie, Hudson nie będzie zachwycony. Wręcz przeciwnie. Będzie wściekły. Oznajmi, że to zły pomysł, że ryzykuję reputacją kancelarii, że porywam się na coś, co jest poza moim zasięgiem.

Ale ja i tak chcę to zrobić. Chcę walczyć o Chrisa, o jego wolność, o prawdę, która została zakopana pod politycznymi interesami i cudzym strachem. Nawet jeśli oznacza to wejście na minę. Nawet jeśli oznacza konflikt z Hudsonem.

Przez moment mam wyrzuty sumienia. Wiem, że to nieprofesjonalne. Wiem, że powinnam go poinformować, że powinnam grać według zasad, których sama pilnuję u innych, ale równie dobrze wiem, że jeśli mu powiem teraz, zamknie mi tę sprawę szybciej, niż zdążę cokolwiek udowodnić. Dlatego będę milczeć. Tak długo, jak tylko się da.

ROZDZIAŁ 8Wierzę w niewinność twojego brata

Blair

Następnego dnia również nie pojawiam się w pracy. Tata nie ma nic przeciwko - naprawdę uwierzył w historię o miesiączce. Hudson wysłał mi już cztery maile. Wszystkie brzmią niemal identycznie. Odpisałam na dwa pierwsze, resztę bez wahania przeniosłam do kosza.

Właśnie wychodzę na spotkanie z Tianą Perry. Umówiłyśmy się w kawiarni. Wie już, że przyjęłam sprawę jej brata, teraz musimy ustalić szczegóły.

Niewielka kafejka w centrum miasta jest cicha i przytulna. Siadam przy oknie i czekam.

Kiedy Tiana wchodzi do środka, wstaję, by się przywitać. Uśmiecha się do mnie serdecznie, ale w jej oczach wciąż czai się niepokój.

- Dziękuję, że się spotkałyśmy - zaczyna. - To dla mnie naprawdę ważne, że zajęła się pani sprawą Chrisa. - Jej głos lekko drży.

- Wierzę w niewinność twojego brata - odpowiadam bez wahania. - Napijesz się czegoś? - Podaję jej menu.

- Zwykłe cappuccino.

Kiwam głową i idę do kasy zamówić dwie kawy.

Po powrocie siadam naprzeciwko niej i przesuwam w jej stronę otwarte akta.

- Zauważyłam kilka nieścisłości w zeznaniach świadków - mówię spokojnie, wskazując konkretne fragmenty. - Jest jeden kluczowy świadek, który twierdzi, że widział twojego brata uciekającego z miejsca zdarzenia z bronią w ręku. Tymczasem Chris zeznał, że tamtej nocy w ogóle nie było go w tej lokalizacji i nie widział tej kobiety.

Barista stawia przed nami filiżanki, więc robię krótką przerwę.

- Inny świadek mówił, że widział uciekającego czarnoskórego mężczyznę, ale bez broni. Dodał też, że miał on na sobie bluzę z kapturem. Gdy zapytano sąsiadkę ofiary, tę samą kobietę, której sąd uwierzył najbardziej, stwierdziła, że mężczyzna miał zwykłą czarną koszulkę. - Unoszę wzrok i patrzę jej prosto w oczy. - Dziwi mnie, że nikt tego nie podważył. Zeznania wyraźnie się nie pokrywają, a mimo to sąd przyjął jej wersję bez twardych dowodów.

- Mój brat miał obrońcę z urzędu - mówi cicho. Pociera dłońmi o dżinsy. - Próbowałam zebrać pieniądze na prywatnego prawnika, ale nikt nie chciał się podjąć tej sprawy. Jakby wszyscy z góry go skreślili.

- Albo ktoś zadbał o to, by Chris dostał wyłącznie adwokata z urzędu - dopowiadam. - Mój asystent już ustala adres kobiety, która zeznawała przeciwko niemu.

Przerzucam kartkę w aktach.

- Zakładam, że nazwisko senatora Sandersona jest ci znane.

Tiana kiwa głową. W jej oczach zbierają się łzy.

- Tak. Kiedy mój brat został skazany na dożywocie, Sanderson nie był jeszcze senatorem. Był właścicielem wielu nieruchomości w Nowym Jorku. Suzanne mieszkała w jednym z jego budynków.

Na moment zawiesza głos.

- Ich związek był świeży i spotkałam ją zaledwie dwa razy. Pamiętam jednak, jak Chris opowiadał, że w jej kamienicy działy się dziwne rzeczy. Właściciel przysyłał lokatorom listy z pogróżkami i domagał się natychmiastowej wyprowadzki. Większość mieszkańców stanowiły osoby na emeryturze albo zarabiające najniższą krajową, więc nikt nie miał pieniędzy na zmianę mieszkania, ale Sanderson nie odpuszczał. - Upija łyk kawy. - Raz rozmawiałam z Chrisem przez telefon. Musiał nagle kończyć, bo do jego mieszkania przyszła Suzanne. Chciała wziąć prysznic u niego, bo Sanderson odciął wodę w całym budynku. To wszystko, co wiem.

- To bardzo ważne informacje - mówię, zapisując wszystko w notatniku. Podnoszę wzrok. - Postaram się umówić spotkanie z twoim bratem w więzieniu.

Jej oczy natychmiast zachodzą łzami.

- Nie widziałam go od czterech lat - mówi drżącym głosem. - Więzienie nie pozwala na widzenia, a kontakt telefoniczny jest prawie niemożliwy... - urywa, po czym zaczyna płakać. - Przepraszam. To po prostu... strasznie trudne.

- Obiecuję, że przekażę mu, że nigdy nie przestałaś o niego walczyć - zapewniam ją cicho, kładąc dłoń na jej ręce.

- Dziękuję - szepcze, ocierając łzy.

Opowiadam jej jeszcze, co udało mi się ustalić i jakie kierunki możemy obrać. Gdy kończymy, żegnamy się i wychodzimy z kawiarni.

W drodze do samochodu dzwoni mój telefon.

- Co tam, Kien? - odbieram i pytam.

- Znalazłem adres kobiety, która zeznawała przeciwko Chrisowi. Nadal tam mieszka.

Marszczę brwi.

- Prześlij mi namiary i sprawdź, czym się zajmuje - proszę i się rozłączam.

Po chwili na ekranie pojawia się wiadomość. Wsiadam do auta i ruszam pod wskazaną lokalizację. Kiedy docieram na miejsce, zamieram.

Budynek ze zdjęć w aktach nie ma nic wspólnego z tym, który stoi przede mną. Zamiast zwykłego, szarego bloku wznosi się przede mną nowoczesny apartamentowiec. Miejsce warte miliony.

Czuję, jak w piersi narasta mi pewność. Chris nie popełnił tego przestępstwa. To miejsce, jego nowy wygląd, cała ta historia, wszystko krzyczy, że coś tu się nie zgadza. A ja zamierzam dowiedzieć się, co dokładnie.

Napięcie rośnie we mnie z każdą milą, aż ściska klatkę piersiową. Dziś spotykam się z Chrisem Perrym. Człowiekiem, który od lat siedzi w więzieniu za coś, czego - coraz bardziej jestem tego pewna - nie zrobił. To nie jest zwykłe spotkanie z klientem. To moment, który może przesądzić o wszystkim.

Na parkingu zauważam Kiena opierającego się o samochód. Na mój widok prostuje się i posyła mi krótki, wspierający uśmiech. Odwzajemniam go odruchowo. Dobrze wiedzieć, że nie jestem w tym sama.

Przechodzimy przez kontrolę. Metalowe wykrywacze, zimne spojrzenia strażników, plastikowe pojemniki na rzeczy osobiste. Po kilku minutach czekania strażnik prowadzi nas długim, wąskim korytarzem do małego pokoju. Rozglądam się: betonowe ściany, stół przykręcony do podłogi, trzy krzesła.

Kien i ja przeglądamy jeszcze notatki.

- Mamy kilka poważnych nieścisłości w zeznaniach świadków - mówię cicho. - Jeśli Chris będzie spójny i szczery, możemy to wykorzystać.

- I Sanderson - dodaje Kien. - Bez niego ta sprawa się nie klei.

Kiwam głową.

Drzwi otwierają się z głośnym skrzypnięciem. Strażnik wprowadza mężczyznę ze skutymi nadgarstkami, w pomarańczowym więziennym uniformie. Chris Perry ma zmęczoną twarz, ale spojrzenie czujne. Nie wygląda na złamanego, raczej na kogoś, kto dawno temu przestał wierzyć komukolwiek na słowo.

Strażnik sadza go na krześle i już ma wyjść, gdy wskazuję na kajdanki.

- Czy to konieczne? - pytam chłodno.

Wzrusza ramionami, ale po chwili podchodzi i zdejmuje metal z rąk więźnia. Chris rozciera nadgarstki, nie spuszczając ze mnie wzroku. Drzwi zamykają się za funkcjonariuszem z głuchym trzaskiem.

Wyciągam rękę.

- Blair Woods.

Przez sekundę się waha, po czym ściska moją dłoń.

- Chris Perry.

Po wymianie uprzejmości siadamy z Kienem.

- Zwróciła się do mnie twoja siostra - zaczynam wprost, obserwując go uważnie.

Coś pęka w jego spojrzeniu. Smutek, tęsknota, żal. Chowa to jednak szybko za maską obojętności.

- Nie powinna tracić na mnie pieniędzy - mówi szorstko.

- Pracuję za darmo. Przejrzałam wszystkie akta - ciągnę dalej. - I wierzę w twoją niewinność.

Fragment

Dedykacja

Prolog. Mężczyzna w czarnym płaszczu

Rozdział 1. Szczęśliwego pierwszego dnia

Rozdział 2. Nie prowadzimy spraw pro bono

Rozdział 3. Świat jest cholernie mały

Rozdział 4. NIENAWIDZĘ GO, DZIEWCZYNY!

Rozdział 5. Jaki masz ze mną problem?

Rozdział 6. Się wie, pani prawnik

Rozdział 7. Tak długo, jak tylko się da

Rozdział 8. Wierzę w niewinność twojego brata

Rozdział 9. Co ty, do cholery, zrobiłaś?

Rozdział 10. Zrezygnujesz z tej sprawy

Rozdział 11. Tak się kończy niekompetencja

Rozdział 12. To ja ustalam zasady, Blair

Rozdział 13. Kamień, papier, nożyce!

Rozdział 14. Nie jesteśmy przyjaciółmi

Rozdział 15. My już się spotkaliśmy

Rozdział 16. To żaden kłopot

Rozdział 17. Bycie kobietą w naszym świecie ma swoje duże plusy

Rozdział 18. Dobrej nocy, Blair

Rozdział 19. To polecenie służbowe

Rozdział 20. Trwa to o wiele dłużej niż powinno

Rozdział 21. Blair Woods jest przepiękna

Rozdział 22. Granice profesjonalizmu i czysto zawodowej relacji

Rozdział 23. Desperackie czasy wymagają desperackich kroków

Rozdział 24. Skąd ta zazdrość?

Rozdział 25. Jebany pan detektyw

Rozdział 26. Pieprzony Walker

Rozdział 27. Babcia mojej babci

Rozdział 28. Czuj się tutaj swobodnie

Rozdział 29. Po raz setny nie jestem pewna, czy w to wierzę

Rozdział 30. Nie jestem twoim psem na posyłki

Rozdział 31. Mamy zacząć, czy tobie oddać tę przyjemność?

Rozdział 32. Twoja strata

Rozdział 33. Wszystko gra

Rozdział 34. Tak działa ten świat

Rozdział 35. Nawet się nie waż teraz przerwać

Rozdział 36. Jak sobie życzysz

Rozdział 37. Ironia losu

Rozdział 38. Nie dodawaj do tego niepotrzebnej historii

Rozdział 39. Nie na chwilę, nie ukradkiem

Rozdział 40. Tej nocy nie ma miejsca na pośpiech

Rozdział 41. Dziś jest dobrze. I nie chcę tego psuć

Rozdział 42. Dwie minuty i ani sekundy dłużej

Rozdział 43. Podoba mi się ten widok

Rozdział 44. Tak zostanie, jak długo to będzie trwało

Rozdział 45. Jak stare szpilki z przeceny

Rozdział 46. Może naprawdę nie ma idealnego momentu

Rozdział 47. Znajdziesz we mnie wroga, którego nie chcesz mieć

Rozdział 48. Jeśli ktoś ma stanąć przed sądem, niech to będę ja

Rozdział 49. Od tego mamy siebie

Rozdział 50. Nieustannie od kilku miesięcy

Rozdział 51. Co ma być, to będzie

Rozdział 52. Po prostu razem. W pełnym świetle

Rozdział 53. Elle Woods po godzinach

Rozdział 54. Gotowa walczyć. Gotowa wygrać

Rozdział 55. Uznajemy oskarżonego za...

Rozdział 56. Nawet na chwilę

Rozdział 57. Po prostu chcę, żebyś był

Rozdział 58. Hudsonie Walkerze, całe życie przed nami

Rozdział 59. Nie mogłam sobie wymarzyć niczego piękniejszego

Epilog. Jesteś moim życiem, Blair

PLAYLISTA

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.