Dark Elements (Tom 1). Ognisty pocałunek - Jennifer L. Armentrout


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
W McDonaldzie siedział demon.
Miał wielki apetyt na Big Maki.
Normalnie uwielbiałam moje pozaszkolne zajęcie. Oznaczanie tych bez duszy i potępionych zazwyczaj dostarczało mi sporo satysfakcji. Z nudów nadałam sobie nawet przydział, jednak dzisiaj było inaczej.
Miałam do napisania zadanie z literatury.
- Będziesz jadła te frytki? - zapytał Sam, chwytając ich garść z mojej tacy. Brązowe, kręcone włosy opadły mu na okulary w drucianych oprawkach. - Dzięki.
- Tylko nie wypij jej herbaty. - Stacey klepnęła Sama w rękę i kilka frytek poleciało na podłogę. - Odgryzie ci ramię.
Przestałam stukać stopą, jednak nie spuszczałam wzroku z intruza. Nie wiedziałam, co takiego przyciągało demony pod dach tej restauracji, ale rany, uwielbiały tu przychodzić.
- Bardzo śmieszne.
- Na kogo się gapisz, Laylo? - Stacey obróciła się w boksie i rozejrzała po zatłoczonym pomieszczeniu. - Na tego przystojniaka? Jeśli tak, to lepiej... Och. Wow. Kto w takich ciuchach wychodzi między ludzi?
- Co? - Sam również się odwrócił. - Stacey, daj spokój. Kogo to obchodzi? Nie każdy nosi podróbki Prady, jak ty.
Dla nich demon wyglądał jak niegroźna kobieta w średnim wieku, bez gustu, jeśli chodziło o modę. Brązowe włosy upięła jedną z tych starych spinek w kształcie motyla. Miała na sobie zielone, welurowe spodnie ze sznurkiem i do tego różowe tenisówki, jednak to jej sweter był najohydniejszy. Ktoś wydziergał z przodu basseta, a jego wielkie, smutne oczy wykonane były z brązowej włóczki.
Pomimo przeciętnego wyglądu kobieta nie była człowiekiem.
Nie żebym sama nim była.
Była demonem infernalem. Jej ogromny apetyt stał się znakiem rozpoznawczym tej rasy. Infernale potrafiły za jednym posiedzeniem zjeść tyle, co mała armia.
Być może wyglądały i zachowywały się jak ludzie, jednak wiedziałam, że ten konkretny z łatwością mógł urwać głowę siedzącej nieopodal osobie. Chociaż to nie jego nadludzka siła stanowiła zagrożenie. To ich zęby i ślina były naprawdę niebezpieczne.
Infernale gryzły.
Jedno małe skubnięcie i na człowieka przenosiła się demoniczna wersja wścieklizny. Całkowicie nieuleczalna, więc w ciągu trzech dni gryzak infernala przypominał zombie, wliczając w to skłonności kanibalistyczne.
Oczywiście to infernal był prawdziwym zagrożeniem, no chyba, żeby uznać apokalipsę zombie za dużo fajniejszą sprawę. Jedyną dobrą rzeczą było to, że infernale rzadko się pojawiały i z każdym ugryzieniem ich żywot się skracał. Zazwyczaj mogły ugryźć siedem razy, po czym wyparowywały. Były niczym żądlące pszczoły, tylko trochę głupsze.
Infernale mogły wyglądać, jak chciały. Nie wiedziałam, dlaczego ten wyglądał jak włóczęga.
Stacey się skrzywiła, a demon wgryzł się w trzeciego burgera. Nie był świadomy tego, że mu się przyglądamy. Infernale nie były rozgarnięte i spostrzegawcze, zwłaszcza gdy pochłaniały swoje łakocie z tajemniczym sosem.
- Ohyda. - Stacey wróciła na miejsce.
- Według mnie sweter jest sexy. - Sam uśmiechnął się z ustami pełnymi frytek. - Hej, Layla, myślisz, że Zayne udzieliłby mi wywiadu do zadania domowego?
Uniosłam brwi.
- Dlaczego chcesz przeprowadzić z nim wywiad?
Posłał mi znaczące spojrzenie.
- By zapytać, jak to jest być strażnikiem w Waszyngtonie, polować na tych złych, wymierzać sprawiedliwość i takie tam.
Stacey zachichotała.
- W twoich ustach strażnicy wydają się być superbohaterami.
Sam wzruszył kościstymi ramionami.
- Trochę nimi są. No weź, widziałaś ich.
- Nie są superbohaterami - powiedziałam, lecąc standardową gadką, którą częstowałam wszystkich, odkąd dziesięć lat temu strażnicy wyszli z cienia. Po tym, jak gwałtownie wzrosła przestępczość, co nie miało nic wspólnego z zapaścią gospodarczą na świecie, a raczej było sygnałem piekła, że nie ma zamiaru dalej grać według reguł, alfy poleciły strażnikom się ujawnić. Dla ludzi strażnicy powychodzili z kamiennych skorup. W końcu gargulce, zdobiące wiele kościołów i kamienic, były rzeźbami przedstawiającymi strażników w prawdziwej postaci. Tak jakby.
Zbyt wiele demonów włóczyło się po ziemi, by strażnicy nadal działali w ukryciu.
- Są ludźmi. Takimi jak i wy, tylko...
- Wiem. - Sam uniósł ręce. - Słuchaj, przecież wiesz, że nie jestem jednym z tych fanatyków, którzy twierdzą, że są źli czy coś równie głupiego. Uważam tylko, że to fajne i moja praca wyglądałaby świetnie, gdybym to opisał. To jak ci się wydaje? Zayne się zgodzi?
Poruszyłam się nerwowo. Mieszkanie ze strażnikami czyniło mnie często jedną z dwóch rzeczy: tylną furtką ku nim lub dziwadłem. Każdy, łącznie z dwojgiem moich najbliższych przyjaciół, uważał, że jestem człowiekiem.
- Nie wiem, Sam. Nie sądzę, by podobała im się jakakolwiek forma nacisku.
Posmutniał.
- Zapytasz go przynajmniej?
- Jasne. - Bawiłam się słomką. - Ale nie licz na wiele.
Zadowolony Sam oparł się o ściankę boksu.
- Zgadnij co?
- Co? - Stacey westchnęła, wymieniając ze mną smętne spojrzenie. - Jaki losowo wybrany kawałek wiedzy nam przedstawisz?
- Wiecie, że można zamrozić banana do takiego stopnia, by był twardy jak młotek?
Odstawiłam herbatę.
- Skąd ty to wszystko wiesz?
Sam dokończył moje frytki.
- Po prostu wiem.
- Całe życie spędza przy komputerze. - Stacey odsunęła gęstą, czarną grzywkę z twarzy. Nie wiedziałam, dlaczego jej nie przytnie. Zawsze jej przeszkadzała. - Zapewne szuka losowych bzdur dla zabawy.
- Właśnie to robię, kiedy jestem w domu. - Sam złożył serwetkę. - Szukam krótkich informacji. Taki jestem fajny. - Rzucił serwetkę w twarz Stacey.
- Odważę się nie zgodzić - powiedziała z pewnością w głosie. - Całe noce spędzasz na szukaniu pornoli.
Policzki Sama stały się jasnoczerwone, po czym chłopak poprawił okulary.
- Nieważne. Jesteście gotowe? Mamy zadanie z literatury do zrobienia.
Stacey jęknęła.
- Szkoda, że pan Leto nie pozwolił pisać wypracowania z klasyki o Zmierzchu. Przecież to też klasyka.
Wybuchnęłam śmiechem, natychmiast zapominając, że miałam robotę.
- Stacey, Zmierzch nie jest klasyką.
- Według mnie Edward jest. - Wyciągnęła z kieszeni gumkę, by związać sięgające ramion włosy. - I Zmierzch jest dużo bardziej interesujący niż Na zachodzie bez zmian.
Sam pokręcił głową.
- Nie wierzę, że użyłaś tytułów Zmierzch i Na zachodzie bez zmian w tym samym zdaniu.
Ignorując go, spojrzała na moją tacę.
- Layla, nawet nie tknęłaś kanapki.
Może instynktownie wyczuwałam, że będę potrzebowała powodu, by zostać. Westchnęłam.
- Idźcie. Dołączę do was za kilka minut.
- Poważnie? - Sam wstał.
- Tak. - Uniosłam burgera. - Zjem i zaraz przyjdę.
Stacey przyjrzała mi się podejrzliwie.
- Nie chcesz się nas pozbyć jak zawsze, co?
Zarumieniłam się z powodu wyrzutów sumienia. Straciłam rachubę, ile razy już musiałam się ich pozbywać.
- Nie, serio. Zjem i zaraz do was dołączę.
- Chodźmy. - Sam zarzucił Stacey rękę na ramiona, kierując ją w stronę śmietnika. - Layla już dawno by zjadła, gdybyś cały czas do niej nie gadała.
- Och, najlepiej zrzucić winę na mnie. - Stacey pozbyła się śmieci, pomachała mi i wyszli.
Odłożyłam kanapkę i zaczęłam niecierpliwie przyglądać się infernalowi wyglądającemu jak kobieta. Kawałki pokarmu wypadały mu z ust, lądując na tacy. W ciągu kilku sekund skutecznie straciłam apetyt. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ludzkie jedzenie jedynie łagodziło ból trawiący moje wnętrzności, nigdy go w pełni nie powstrzymując.
Infernal dokończył ucztę, a ja wzięłam plecak i ruszyłam za nim. Demoniczna kobieta potrąciła starszego mężczyznę, przewracając go, gdy ten chciał wejść. Wow. Była naprawdę urocza.
Jej śmiech dało się usłyszeć w zatłoczonej restauracji, choć brzmiał dość słabo. Na szczęście jakiś koleś pomógł wstać mężczyźnie, który pogroził pięścią oddalającemu się demonowi.
Westchnęłam, wyrzuciłam jedzenie i wyszłam za nim na późnowrześniowy wietrzyk.
Wszędzie znajdowały się różne odcienie dusz, unosząc się wokół ciał niczym pole elektryczne. Nad parą idącą pod rękę krążyły jasnoróżowe i turkusowoniebieskie. Ich dusze były niewinne - lecz nie należały do czystych.
Wszyscy ludzie mieli duszę - esencję - dobrą lub złą, demony jednak nie mogły się czymś takim pochwalić. Na pierwszy rzut oka większość demonów przebywających na ziemi wyglądała jak ludzie, jednak brak duszy sprawiał, że miałam ułatwione zadanie przy ich znakowaniu. Poza tym jedyną różnicą między nimi a ludźmi były dziwne źrenice, reagujące na światło jak u kota.
Demoniczna kobieta przeszła ulicę, lekko utykając. W świetle dnia nie wyglądała za dobrze. Zapewne ugryzła już kilku ludzi, co wskazywało, że jak najszybciej powinna zostać oznaczona i unieszkodliwiona.
Ulotka przyklejona na zielonej latarni zwróciła moją uwagę. Skrzywiłam się, gdy poczułam potrzebę ochrony, czytając to ostrzeżenie. STRAŻNICY NIE SĄ DZIEĆMI BOGA. NAWRÓĆCIE SIĘ. KONIEC JEST BLISKI.
Pod tymi słowami znajdował się prymitywnie wykonany obrazek czegoś, co wydawało się być mieszanką wściekłego kojota i chupacabry.
- Sponsorowane przez Kościół Dzieci Bożych - mruknęłam i przewróciłam oczami.
Milutko. Nie znosiłam fanatyków.
Cała przednia szyba restauracji na końcu ulicy była zalepiona tymi ulotkami, a na drzwiach wisiała informacja, że nie obsługują strażników.
Gniew rozszedł się po moim ciele niczym niekontrolowana błyskawica. Ci idioci nie mieli pojęcia, ile strażnicy dla nich poświęcali. Wzięłam głęboki wdech, po czym wolno wypuściłam powietrze. Musiałam skupić się na infernalu, zamiast stawać na wyimaginowanej mównicy.
Demoniczna kobieta skręciła za róg i obejrzała się przez ramię. Jej szkliste spojrzenie otaksowało moją sylwetkę, ale mnie zignorowała. Demon w niej nie dostrzegł we mnie nic nienormalnego.
Demonowi wewnątrz mnie spieszyło się, by to zakończyć.
Zwłaszcza gdy zaczęła dzwonić moja komórka, wibrując na udzie. Prawdopodobnie Stacey zastanawiała się, gdzie się, u licha, podziałam. Chciałam mieć to już za sobą i na resztę wieczoru wrócić do bycia normalną. Mimowolnie sięgnęłam do wisiorka, który miałam na szyi. Stary pierścień zawieszony na srebrnym łańcuszku wydawał się w mojej dłoni ciężki i gorący.
Minęłam grupkę dzieciaków, mniej więcej w moim wieku, które popatrzyły na mnie, zatrzymały się, po czym obróciły. Oczywiście, że się gapiły. Jak wszyscy.
Moje włosy były długie. Nic wielkiego, były jednak tak jasne, że wyglądały niemal na białe. Nie cierpiałam, gdy się na mnie patrzyli. Czułam się jak albinos. Chociaż tak naprawdę ludzką uwagę zwracały moje oczy. Były jasnoszare, a ich tęczówki niemal pozbawione barwnika.
Zayne mówił, że wyglądam jak siostra jednego z elfów z Władcy Pierścieni. To spore doładowanie dla mojej pewności siebie. Ech.
Robiło się już ciemno, gdy przemierzałam Rhode Island Avenue i nagle się zatrzymałam. Wszystko dookoła mnie zniknęło. W ciepłym świetle ulicznych latarni zobaczyłam duszę.
Wyglądała, jakby ktoś zanurzył pędzel w czerwonej farbie, po czym przeciągnął nim po miękkim, czarnym płótnie. Dusza faceta była zła. Nie był pod wpływem demona, po prostu sam z siebie był zły. Powrócił tępy ból w moim brzuchu. Ludzie przepychali się obok mnie, posyłając mi spojrzenia pełne irytacji. Kilku z nich nawet coś powiedziało. Miałam to gdzieś. Nie obchodziły mnie ich różowe duszyczki, bo ten kolor zazwyczaj oznaczał coś ładnego.
W końcu udało mi się skupić na właścicielu duszy - mężczyźnie w średnim wieku, ubranym w kosztowny garnitur i krawat, z aktówką ściskaną w dużej dłoni. Nic, przed czym trzeba by uciekać, nic, czego należałoby się bać. A jednak widziałam różnicę.
Zgrzeszył. Wielokrotnie.
Poruszałam nogami do przodu, nawet jeśli mój umysł wrzeszczał, bym się zatrzymała, zawróciła, zadzwoniła do Zayne'a. Zatrzymałabym się na sam dźwięk jego głosu. Powstrzymałby mnie przed tym, czego pragnęła każda komórka mojego ciała - co było dla mnie prawie naturalne.
Mężczyzna obrócił się lekko, spojrzał mi w twarz, po czym ocenił sylwetkę. Jego dusza niesłychanie szybko wirowała, stając się jeszcze bardziej czerwoną, a po chwili wręcz czarną. Był na tyle dojrzały, że mógł być moim ojcem, a to było ohydne, naprawdę ohydne.
Uśmiechnął się do mnie uśmiechem, który powinien sprawić, że pobiegłabym w przeciwnym kierunku. I powinnam się tam udać, ponieważ, bez względu na to, jak zły był ten człowiek - bez względu na to, ile dziewczynek podziękowałoby mi za jego usunięcie - Abbot wychował mnie tak, bym zaprzeczała wewnętrznemu demonowi. Wychował mnie na strażniczkę, bym zachowywała się jak strażniczka.
Jednak Abbota tutaj nie było.
Popatrzyłam mężczyźnie prosto w oczy i się uśmiechnęłam. Serce waliło mi jak młotem, skóra mrowiła i się zaczerwieniła. Chciałam jego duszy - tak bardzo, że skóra mało nie odpadła mi od kości. Odczuwałam to jako pragnienie pocałunku, kiedy wargi znajdują się na milimetr od ust kochanka, kiedy czeka się bez tchu. Chociaż nigdy wcześniej nie byłam całowana.
Mogłam mieć jedynie to.
Dusza tego mężczyzny przywoływała mnie syrenim śpiewem. Czułam mdłości, ponieważ tkwiące w niej zło tak bardzo mnie kusiło, jednak mroczna dusza była tak samo smaczna, jak i ta czysta.
Uśmiechnął się, patrząc na mnie i zacisnął palce wokół trzymanej aktówki. Ten uśmiech kazał mi się zastanowić nad wszystkimi strasznymi rzeczami, które mógł zrobić, by wypełnić wirującą wokół niego pustkę.
W plecy wbił mi się jakiś łokieć. Niewielki ból był niczym w porównaniu do ekscytacji oczekiwania. Kilka kroków i jego dusza znalazłaby się tak blisko - tuż przede mną. Wiedziałam, że pierwsze skubnięcie roznieci słodki, niewyobrażalny ogień - upojenie nieporównywalne do niczego. Nie będzie trwało długo, jednak krótkie chwile czystej ekstazy posiadały nieodparty urok.
Nie musiałam nawet dotykać jego ust. Wystarczył centymetr lub coś koło tego, bym posmakowała jego duszy - nie biorąc jej w całości. Odebranie mu jej zabiłoby go i byłoby złe, a ja taka nie byłam...
To on był zły.
Odsunęłam się, zrywając kontakt wzrokowy. Ból wybuchł w moim brzuchu i poraził kończyny. Odejście od tego mężczyzny było jak odmowa płucom tlenu. Moja skóra paliła, gardło bolało, gdy zmuszałam nogi do ruchu. Walczyłam, by odejść, nie myśleć o mężczyźnie i odnaleźć infernala, a gdy go w końcu dopadłam, wypuściłam wstrzymywane w płucach powietrze. Skupienie się na demonie służyło jako odwrócenie uwagi.
Weszłam za demoniczną kobietą do ciemnej uliczki, pomiędzy sklep z tanimi rzeczami a agencję bankową. Wystarczyło, bym jej dotknęła, co powinnam zrobić już w McDonaldzie. Przystanęłam w połowie, rozejrzałam się i zaklęłam.
Uliczka była pusta.
Czarne worki na śmieci stały rządkiem pod ceglaną ścianą. Śmietniki były przepełnione, a na żwirze coś się ruszało. Wzdrygnęłam się, spoglądając nieufnie na worki. Najprawdopodobniej były to szczury, jednak mogły być to też inne rzeczy ukryte w cieniu - rzeczy dużo gorsze niż szczury.
I w cholerę straszniejsze.
Weszłam głębiej w uliczkę, rozglądając się uważniej, nieświadomie obracając wisiorek w palcach. Szkoda, że nie byłam przewidująca i nie miałam w plecaku latarki, ale to nie miałoby wielkiego sensu. Zamiast niej miałam nowy błyszczyk i paczkę ciasteczek, które kupiłam rano. Naprawdę przydatne rzeczy.
Poczułam nagły dreszcz. Puściłam pierścień, pozwalając mu zawisnąć na łańcuszku pod koszulką. Coś tu było nie tak. Wsunęłam rękę do przedniej kieszeni jeansów, wyciągnęłam moją lekko sfatygowaną komórkę i się odwróciłam.
Infernal stał kilka metrów przede mną. Kiedy kobieta się uśmiechnęła, zmarszczki na jej twarzy stały się pęknięciami w skórze. Z żółtych zębów zwisały cienkie pasma sałaty. Wzięłam głęboki wdech, czego od razu pożałowałam. Śmierdziało siarką i zepsutym mięsem.
Infernal przekrzywił głowę i zmrużył oczy. Żaden demon nie potrafił mnie wyczuć, ponieważ nie miałam w sobie wystarczającej ilości demonicznej krwi, by na nie działała, jednak stworzenie patrzyło, jakby wiedziało, co tak naprawdę kryło moje wnętrze.
Kobieta opuściła spojrzenie na moją pierś, po czym znów popatrzyła mi w oczy. Zaskoczona, z trudem łapałam powietrze. Jej spłowiałe niebieskie tęczówki zaczęły wirować wokół źrenic, które stały się cieniutkie.
Niech to szlag. Ta paniusia nie była infernalem.
Jej postać skręciła się i pomarszczyła niczym obraz wyświetlany przez telewizor, który gubił sygnał. Siwe włosy i spinka zniknęły. Popękana skóra wygładziła się i przybrała kolor wosku. Ciało rozciągnęło się wzdłuż i wszerz. Dres oraz paskudny sweter zniknęły, zastąpione skórzanymi spodniami i szeroką, muskularną piersią. Oczy stały się okrągłe, a ich tęczówki były niczym spienione morze - nie miały źrenic. Nos stał się płaski, zaledwie dwie dziurki w twarzy nad szerokimi, wyglądającymi na okrutne, ustami.
Niech to szlag jasny trafi i krew nagła zaleje.
Był to demon tropiciel. Widziałam takiego jedynie w starej książce Abbota. Tropiciele były niczym demoniczna wersja Indiany Jonesa, mająca na celu zlokalizowanie i dostarczenie wszystkiego, po co zostały wysłane. Chociaż w przeciwieństwie do Indy'ego, były złośliwe i agresywne.
Tropiciel uśmiechnął się, ukazując usta pełne ostrych zębisk.
- No i mam.
Mam? Co? Mnie?
Skoczył ku mnie, a ja rzuciłam się w bok. Strach ogarnął mnie tak szybko, jak szybko spociły się moje dłonie, kiedy dotknęłam jego ramienia. Wybuchło jasne światło i zalśniło wokół jego ciała, przez co stał się jedynie różową plamą. Nie widział, że go oznaczyłam. Demony nigdy tego nie widziały. Jedynie Strażnicy byli w stanie dostrzec moje znaki.
Tropiciel złapał mnie za włosy, szarpiąc moją głowę w bok, po czym chwycił za przód mojej koszulki. Komórka wyślizgnęła mi się z dłoni i rozbiła na ziemi. Na szyi i na ramionach poczułam ukłucia bólu.
Wybuchła we mnie panika, ale instynkt popchnął mnie do działania. To po to we wszystkie wieczory trenowałam z Zaynem. Oznaczanie demonów czasami mogło być niebezpieczne i, choć nie posiadałam umiejętności ninja, nie było mowy, bym poddała się bez walki.
Odchyliłam się do tyłu, uniosłam nogę i kopnęłam we właściwe miejsce. Dzięki Bogu, demon był anatomicznie poprawny. Tropiciel jęknął i się odsunął, wyrywając mi kilka pasm włosów. Zabolała mnie skóra głowy.
W przeciwieństwie do strażników, nie mogłam zrzucić ludzkiej skóry, a ciągnięcie za włosy wkurzało mnie jak nic innego.
Poczułam ból w knykciach, gdy głowa tropiciela odskoczyła na bok, kiedy moja pięść spotkała się z jego szczęką. To nie było babskie uderzenie. Zayne byłby dumny.
Demon powoli obrócił ku mnie twarz.
- Podobało mi się. Zrób tak raz jeszcze.
Wytrzeszczyłam oczy.
Demon rzucił się na mnie, więc wiedziałam, że umrę. Zostanę rozerwana przez demona lub, co gorsza, przeciągnięta przez jeden z portali rozsianych po mieście i zabrana na dół. Kiedy ludzie znikali w tajemniczych okolicznościach, działo się tak dlatego, że nagle otrzymywali nowy kod pocztowy. Taki jak 666, a śmierć w porównaniu do tego była błogosławieństwem. Przygotowałam się na uderzenie.
- Dosyć.
Oboje zamarliśmy, słysząc głęboki, nieznany, władczy głos. Tropiciel poruszył się pierwszy, odsunął się w bok. Odwróciłam się i zobaczyłam właściciela głosu.
Nowo przybyły mierzył ponad metr osiemdziesiąt i był wyższy od strażników. Miał ciemne włosy koloru obsydianu, w słabym oświetleniu połyskujące granatem. Ich pasma opadały mu na czoło i zwijały się tuż za uszami. Miał łukowato wygięte brwi ponad złotymi oczami, a kości policzkowe szerokie i wystające. Był przystojny. Bardzo przystojny. Właściwie porażająco piękny, jednak jego sardoniczny uśmieszek nieco kontrastował z tym pięknem. Czarna koszulka opinała jego silny tors i płaski brzuch. Na ramieniu znajdował się potężny tatuaż przedstawiający węża, którego ogon znikał pod rękawkiem, a głowa w kształcie diamentu oparta była na dłoni chłopaka.
Wyglądał, jakby był w moim wieku. Mogłabym się w nim zakochać - gdyby nie to, że nie miał duszy.
Zrobiłam krok w tył. Co mogło być gorsze od demona?
Oczywiście dwa demony.
Kolana drżały mi tak bardzo, iż myślałam, że zaryję nosem w asfalt. Oznaczanie nigdy wcześniej nie poszło tak ekstremalnie źle. Miałam przerąbane i to wcale nie było śmieszne.
- Nie powinieneś w to ingerować - powiedział tropiciel, zaciskając ręce w pięści.
Nowy poruszał się bezszelestnie.
- A ty powinieneś pocałować mnie w dupę. Co ty na to?
Eee...?
Tropiciel nie wykonał żadnego ruchu, jedynie ciężko oddychał. Napięcie wypełniało całą uliczkę. Odsunęłam się o kolejny krok, mając nadzieję na ucieczkę. Ci dwaj najwyraźniej niezbyt się lubili, a ja nie zamierzałam znaleźć się pośrodku. Kiedy walczyły dwa demony, mogły polec całe budynki. Złe fundamenty czy wadliwy dach? Akurat. Raczej gigantyczna walka demonów.
Jeszcze dwa kroki w prawo i mogłabym...
Chłopak popatrzył na mnie. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, porażona intensywnością jego spojrzenia. Wypuściłam z palców szelkę plecaka. Demon popatrzył w ślad za nim, wachlarz gęstych rzęs nakrył mu policzki, a niewielki uśmieszek zagościł na ustach. Kiedy się odezwał, jego głos był miękki, choć głęboki i potężny:
- Wpakowałaś się w kłopoty.
Nie wiedziałam, jakim był demonem, jednak jego postawa wyrażała siłę, więc nie przypuszczałam, by był z tych niższych jak infernal czy tropiciel. O nie, był raczej demonem wyższej kasty - markiz albo piekielny gestor. Radzili sobie z nimi jedynie strażnicy, co i tak zazwyczaj kończyło się krwawą jatką.
Serce obijało mi się o żebra. Musiałam stąd spieprzać i to szybko. Nie było mowy, bym stanęła oko w oko z demonem wyższej kasty. Moje nędzne umiejętności nie ochroniłyby mnie przed skopaniem tyłka. No i tropiciel robił się coraz bardziej wkurzony. Zaciskał niespokojnie wielkie pięści. Sprawy mogły pójść w bardzo złym kierunku.
Podniosłam plecak i przytrzymałam przed sobą niczym najgorszą w historii tarczę. Chociaż i tak na świecie prócz strażników nie istniało nic, co mogłoby zatrzymać demona wyższej kasty.
- Czekaj - powiedział. - Nie uciekaj jeszcze.
- Nawet nie myśl o zbliżeniu się do mnie - ostrzegłam.
- Nie pomyślałbym o zrobieniu czegokolwiek, czego byś nie chciała.
Ignorując cokolwiek miał na myśli, przesuwałam się obok tropiciela w kierunku wyjścia z uliczki, które wydawało się być niesłychanie daleko.
- Uciekasz. - Demon wyższej kasty westchnął. - Nawet po tym, jak prosiłem, żebyś tego nie robiła, a wydaje mi się, że byłem przy tym miły. - Zerknął na tropiciela i się skrzywił. - Byłem miły?
Tropiciel warknął:
- Nie obraź się, ale w dupie mam, jak bardzo byłeś miły. Przeszkadzasz mi w robocie, ciołku.
Potknęłam się, słysząc tę zniewagę. Poza tym, że tropiciel mówił tak do demona wyższej kasty, było to takie... ludzkie.
- Ty to wiesz, co powiedzieć - odparł chłopak. - Koci, koci, łapci, i tak cię zniszczę.
Pieprzyć to. Gdybym wróciła na główną ulicę, mogłabym ich zgubić. Nie mogli atakować na widoku ludzi - zasady i takie tam. Cóż, jeśli ci dwaj chcieli przestrzegać zasad, chociaż jakoś w to wątpiłam. Obróciłam się i rzuciłam w kierunku wyjścia uliczki.
Nie zabrnęłam za daleko.
Tropiciel wpadł na mnie niczym zawodowy hokeista, wbijając mnie w śmietnik. Ciemność pojawiła mi się przed oczami. Coś futrzanego i piszczącego wskoczyło mi na głowę. Wrzeszcząc niczym banshee, wyciągnęłam rękę i złapałam stworzenie. Małe łapki wczepiły mi się we włosy. Dwie sekundy przed omdleniem wyszarpałam szczura z czupryny i rzuciłam nim w worki na śmieci. Pisnął, gdy upadł, po czym uciekł do dziury w ścianie.
Warcząc cicho, demon wyższej kasty pojawił się za tropicielem i złapał go za gardło. Sekundę później trzymał go kilkanaście centymetrów nad ziemią.
- To z kolei nie było miłe - powiedział cichym, złowieszczym głosem.
Odwrócił się i rzucił tropicielem jak workiem. Demon rozbił się na ścianie i opadł na kolana. Demon wyższej kasty uniósł rękę... i tatuaż węża poruszył się na jego skórze, zmieniając się w milion czarnych kropek. Wystrzeliły w przestrzeń między nim a tropicielem, zastygły na chwilę w powietrzu, po czym spadły na ziemię, gdzie scaliły się, tworząc czarną masę.
Nie, nie masę, tylko ogromnego węża, długiego przynajmniej na trzy metry i szerokiego jak ja. Poderwałam się na nogi, zupełnie ignorując zawroty głowy.
Stworzenie obróciło się w moją stronę i się uniosło. Jego oczy płonęły czerwienią.
Krzyk uwiązł mi w gardle.
- Nie bój się Bambi - powiedział demon. - Jest tylko ciekawa i może troszkę głodna.
To coś miało na imię Bambi?
O Boże, to coś patrzy na mnie jakby chciało mnie pożreć.
Jednak gigantyczny wąż postanowił nie robić sobie ze mnie przekąski. Kiedy obrócił się w stronę tropiciela, niemal przewróciłam się z ulgi. Wtedy jednak stworzenie rzuciło się, pokonując niewielką odległość i uniosło potworną głowę ponad skamieniałym ze strachu demonem. Wąż otworzył paszczę, wysunął dwa kły wielkości mojej dłoni, za którymi ziała ciemność.
- No dobra - mruknął chłopak, uśmiechając się. - Może jest trochę głodna.
Potraktowałam to jako wskazówkę, by zbierać się z uliczki.
- Czekaj! - krzyknął za mną demon, a kiedy zamiast się zatrzymać, przyspieszyłam ile sił w nogach, usłyszałam echo jego przekleństwa.
Przecięłam ulicę graniczącą z Dupont Circle i minęłam lokal, w którym planowałam spotkać się z Samem i Stacey. Dopiero kiedy dotarłam do miejsca, z którego Morris, nasz kierowca, spełniający milion innych funkcji, miał mnie odebrać, zatrzymałam się, by złapać oddech.
Otaczały mnie same delikatne dusze, jednak nie zwracałam na nie uwagi. Odrętwiała usiadłam na ławce. Czułam się źle. Co, u diabła, się właśnie wydarzyło? Chciałam jedynie napisać zadanie z Na zachodzie bez zmian, a niemal pożarłam duszę, prawie zostałam zabita, poznałam pierwszego w życiu demona wyższej kasty i widziałam, jak tatuaż zmienia się w anakondę.
Spojrzałam na swoje puste ręce.
I zgubiłam telefon.
Cholera.