- 1 -
Spomiędzy darów wychyla się jasna główka
Plac w Wiosce Astromagów rozbrzmiewał wyjątkową wrzawą. Pierwszy dzień Nowego Roku Astrologicznego zawsze był ekscytujący. Przebrani w fikuśne kostiumy uczniowie oglądali spektakle teatralne, występy magików i brali udział w konkursach z nagrodami. Stoły zastawione były słodkościami, w dużych słojach musowały lemoniady, a wieczorem spodziewano się pokazu fajerwerków i potańcówki.
Przy stoisku z watą cukrową krzątał się niewysoki chłopiec o imieniu Nim. Miał oczy i włosy w kolorze kasztanów. Ciemne kosmyki zazwyczaj sterczały zawadiacko we wszystkich kierunkach, ale teraz trudno było je dostrzec pod włochatym kapturem z paszczą lwa. Długo mruczał i wzdychał, zanim wreszcie wskazał palcem słoik z rysunkiem wesołych jagódek.
Sprzedawca odmierzył dwie łyżki ciemnoniebieskich kryształków, wsypał je do stojącej obok maszyny, a potem nacisnął stopą czarny pedał. Mechanizm zawirował przy wtórze pisków i zgrzytów, a ze środka buchnęła słodka para. Granatowe pasma wiły się i sklejały w powietrzu, aż utworzyły sporą puchatą kulę na długim patyczku.
- Mmm, dobrze wybrałem - wymruczał Nim z zadowoleniem, gdy oblizywał palce po pierwszym oderwanym kęsie.
- Cynamonowa też niebo w gębie - kusił sprzedawca, który nawijał już na kolejny patyczek pasma w kolorze starego złota.
Nim przez chwilę zastanawiał się, ile pieniędzy zostało mu w kieszeni i czy warto wydać wszystkie na słodycze, gdy zegar na Wieży Astromagów zaczął wybijać południe.
- Uch, muszę lecieć! - zawołał chłopiec i ruszył przez tłum. Cenny patyczek trzymał wysoko nad głową.
W wyznaczonym miejscu przy murku tłoczyła się już grupa pierwszaków. Wszystkie były poprzebierane w wymyślne, kudłate, pstrokate lub połyskliwe kostiumy - poza Ikerem, który miał na sobie piżamę. Zaaferowane dzieciaki przepychały się i wyciągały szyje, by cokolwiek zobaczyć. Na oczach Nima Irys, jak zwykle śmiała i beztroska, wdrapała się na murek, przechyliła i zawisła głową w dół, wpatrzona w rozciągającą się poniżej Księżycową Dolinę.
- Kosmo?! - zawołał Nim. Na próżno wypatrywał w zbiegowisku przyjaciela, aż wreszcie spostrzegł go siedzącego z nadąsaną miną pod drzewem. Pod rękawami miał przywiązane sporych rozmiarów szczypce.
- No nareszcie - powiedział Kosmo z wyrzutem. - Gdzie byłeś? Przecież umówiliśmy się na pokazie Komicznych Iluzji. Kręciłem się i wierciłem, żeby cię wypatrzyć, aż w końcu mag Iluzjusz kazał mi wejść na scenę i wyciągać długaśne chustki z jego rękawów. I to wcale nie było magiczne ani komiczne, tylko nudne. Szczypce mi się plątały i przydepnąłem sobie odwłok, i wszyscy się na mnie gapili... Ten kostium jest beznadziejny. "Jesteś Rakiem, przebierz się za raka", mówili. O, watę sobie kupiłeś - dodał nieco pogodniejszym tonem, gdy przyjaciel wyciągnął w jego stronę klejący się patyczek.
- Możemy mieć na spółkę, niech stracę - zaproponował Nim, myśląc jednocześnie, jak to dobrze, że jest Lwem, a nie żadnym skorupiakiem.
Nagle marcowe słońce przesłonił potężny kształt w swetrze w paski, który pchał przed sobą wielką taczkę. To był Oz, od lat pełniący w Wiosce i Wieży Astromagów zaszczytną rolę złotej rączki i tragarza.
- Odsuwać mi się tu - mamrotał. - Kołowrót nie ruszać. Nie wychylać się przez murka, niedobra dziewczynka.
Bez ostrzeżenia capnął Irys za kostium i postawił na ziemi jak wierzgającego kociaka. Aż poczerwieniała z gniewu, ale nie powiedziała ani słowa, tylko otrzepała przybrudzone futerko i poprawiła opaskę z zakręconymi rogami. Nawet ona czuła się nieswojo w towarzystwie potężnego Oza. Starsi uczniowie twierdzili zgodnie, że pochodzi on od pradawnych wielkoludów, i lubili opowiadać o nim niestworzone historie.
Masywne dłonie chwyciły korbę żelaznego kołowrotu, a pod pasiastymi rękawami swetra zarysowały się mięśnie ogromne jak bochny chleba. Po chwili mechanizm już zgrzytał i popiskiwał, a napięte liny trzeszczały, gdy winda towarowa powoli pięła się na Górę Astromagów z opasającego jej podnóże miasteczka zwanego Zaczątkiem.
Nim i Kosmo czym prędzej podeszli do reszty uczniów.
Tradycja nakazywała, by pierwszego dnia Nowego Roku Astrologicznego w samo południe mieszkańcy Księżycowej Doliny złożyli dary swoim dobroczyńcom z Wieży Astromagów. O tych darach również krążyło po szkole wiele niestworzonych historii.
- Podobno rok temu w windzie był ogromniasty lew, cały odlany z czekolady! - ekscytował się Nim. - W środku miał sto czekoladowych jaj, a w nich siedziały cukrowe skorpiony!
Stojąca obok Aria spojrzała na niego z politowaniem.
- Kto tak twierdzi? - prychnęła. - Pewnie te mądrale z trzeciego roku.
- Ja słyszałam o słoju gwiezdnego płynu do baniek - wymamrotała rozmarzonym głosem Gabi. Jej srebrny strój połyskiwał w świetle słońca. - I te bańki mieniły się na tęczowo. A gdy pękały, obsypywały wszystkich brokatem.
- W to też nie wierzę - mruknęła Aria. - Ani w cukrowe gwizdki grające pieśni gwiazd, ani w marcepanowe bomby strzelające jadalnym konfetti, ani w...
- To po co tu przyszłaś? - przerwał jej Nim, skubiący resztki waty.
- Właśnie, panno ważniacka - prychnął Iker.
- Bo muszę wiedzieć! - wycedziła Aria. Gdy założyła ręce na piersi, na jej dłoni zalśnił zawijas, który przypominał literkę "n" z fantazyjną pętelką. To właśnie te lśniące symbole znaków zodiaku decydowały, kto z Księżycowej Doliny i okolic w wieku ośmiu lat wyruszy na nauki do Szkoły Astromagów.
Nim przewrócił oczami i już miał rzucić uwagę na temat upartych Koziorożców, które zawsze muszą wszystko wiedzieć, gdy żelazny kołowrót zazgrzytał tak przeraźliwie, że wszyscy się skrzywili.
- Już zaraz będzie widać, już zaraziuczko! - zapiszczała Irys.
- Niech to będzie lew z czekolady, proszę, proooszę - powtarzał pod nosem Nim, który podgryzał koniec pustego już patyczka.
- Mało ci cukru? - burknęła Aria. - Masz go nawet na twarzy. O, tu masz brudne i tutaj.
- Ale to byłby lew! Lew wielki i czekoladowy! - wrzasnął jej do ucha Nim.
Spojrzała na niego z niechęcią.
- A ja wierzę w te cudowne dary - stwierdziła Una - choć, tak po prawdzie, to mogło być kiedyś...
- Ojoj - jęknął ostrzegawczo Kosmo, ale Una i tak dokończyła:
- ...w lepszych czasach, no wiecie...
Aria, Nim i Kosmo rozejrzeli się przezornie, ale na szczęście w pobliżu nie było żadnych astromagów poza Ozem, który był zbyt skupiony na obracaniu kołowrotu.
- Z takiego paplania nic dobrego nie wynika - syknęła Aria. - Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
Mieszkańcy Księżycowej Doliny lubili rozpowiadać wszem wobec o tym, jak to magia w Wieży rzekomo gaśnie z każdym rokiem, ale astromagowie nie pozwalali uczniom powtarzać tych plotek. Uznawali je za szkodliwe.
Platforma dotarła na górę. Oz wciągnął ją ze stęknięciem, a następnie zaczął wynosić z niej paczki i pakunki. Próbował się przy tym opędzić od ciekawskich uczniów.
- Iść mi stąd! Nie zaglądać w torba! - mruczał. - Nie niuchać!
- Ciasto karmelowe! Księżycowe chlebki! Gąsiorki soku malinowego! - wyliczały tymczasem głośno pierwszaki, które zerkały do koszy i obmacywały szczelnie owinięte pakunki. - Dzikie jabłuszka! Sezamowe paluchy! Marchewkowe krakersy!
- No i co? - rzuciła zadowolona Aria. - Miałam rację, że nie wierzyłam w bzdurne opowieści trzeciaków. Dary, owszem, smakowite, ale sami przyznajcie, że nie ma w nich nic nadzwyczajnego.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej