Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
E. Erikson, Identity: Youth and crisis, W.W. Norton, New York 1968, s. 138-139. [wróć]
K. Horney, Nerwica a rozwój człowieka. Trudna droga do samorealizacji, tłum. Z. Doroszowa, Dom Wydawniczy "Rebis", Poznań 1997. [wróć]
Molier, Mieszczanin szlachcicem, w: Dzieła, t. V, tłum. T. Boy-Żeleński, Książka i Wiedza, Warszawa 1952, s. 342. [wróć]
C.P. Rosenbaum, w rozmowie, 2001. [wróć]
A. Malraux, Antypamiętniki, tłum. J. Guze, Czytelnik, Warszawa 1993, s. 11. [wróć]
A. Schopenhauer, Metafizyka życia i śmierci, tłum. J. Marzęcki, ETHOS, Warszawa 1995, s. 62. [wróć]
Tamże, s. 53. [wróć]
H. Hesse, Gra szklanych paciorków: próba opisu życia magistra ludi Józefa Knechta wraz z jego spuścizną pisarską, tłum. M. Kurecka, PIW, Warszawa 1999. [wróć]
R.M. Rilke, Listy do młodego poety, tłum. J. Nowotniak, Świat Literacki, Izabelin 1996, s. 28. [wróć]
Ram Dass, w rozmowie, 1988. [wróć]
C. Rogers, The necessary and sufficient conditions of psychotherapeutic personality change, "Journal of Consulting Psychology" 1957, 21, s. 95-103. [wróć]
Wprowadzenie
Jest ciemno. Przychodzę do pańskiego gabinetu, ale nie mogę pana
znaleźć. Nikogo tam nie ma. Wchodzę i się rozglądam. Wisi tylko pana
kapelusz, panama, pełen pajęczyn.
Sny moich pacjentów się zmieniły. Pajęczyny wypełniają mój kapelusz; w moim gabinecie jest ciemno i nie ma tam nikogo; nie można mnie znaleźć.
Moi pacjenci martwią się o moje zdrowie: czy zdołam im towarzyszyć w długiej drodze terapii? Gdy wyjeżdżam na wakacje, boją się, że już nie
wrócę. Wyobrażają sobie, że uczestniczą w moim pogrzebie lub odwiedzają
mój grób.
Moi pacjenci nie pozwalają mi zapomnieć, że się starzeję. Ale przecież
robią tylko to, co do nich należy: czyż sam nie prosiłem, by wyrażali
wszelkie swoje uczucia, dzielili się ze mną wszystkimi myślami i opowiadali wszystkie sny? Nawet ci, którzy dopiero zamierzają zostać
moimi pacjentami, dołączają do tego chóru i nigdy nie zapominają
rozpocząć rozmowy od pytania, czy jeszcze praktykuję.
Jednym z naszych ulubionych sposobów zaprzeczania śmierci jest wiara w osobistą wyjątkowość, przekonanie, że właśnie my jesteśmy zwolnieni z biologicznej konieczności i życie nie obejdzie się z nami tak surowo jak
ze wszystkimi innymi. Pamiętam, jak przed laty, kiedy zaczął mi się psuć
wzrok, odwiedziłem optyka. Zapytał, ile mam lat, a potem skomentował:
"Czterdzieści osiem, co? No tak, dokładnie zgodnie z planem!".
Wiedziałem, rzecz jasna, że ma absolutną rację, ale gdzieś z głębin
mojej duszy wydobył się krzyk: "Jakim planem? Czyim planem? Może to
jest pana plan i wszystkich innych, ale na pewno nie mój!".
Przykro stwierdzić: wchodzę w jesień życia. Moje cele, zainteresowania i ambicje zmieniają się zgodnie z przewidywaniami. Erik Erikson w swoich
badaniach nad cyklem życiowym opisał to późne stadium życia jako fazę
generatywną - erę postnarcystyczną, gdy uwaga z poszerzania własnych
granic i możliwości przenosi się na troskę o przyszłe
pokolenia1. Dziś, gdy doszedłem do siedemdziesiątki, potrafię
docenić jasność Eriksonowskiej wizji. Dobrze mi brzmi pojęcie
generatywności. Pragnę przekazać innym to, czego się nauczyłem. I to
możliwie jak najszybciej.
Jednakże oferowanie przewodnictwa i inspiracji kolejnemu pokoleniu
psychoterapeutów jest dziś sprawą szalenie problematyczną, dziedzinę
naszą bowiem ogarnął kryzys. Sterowany względami ekonomicznymi system
opieki zdrowotnej wprowadza radykalne zmiany do leczenia
psychologicznego; psychoterapia musi zostać usprawniona -?to znaczy ma
być nade wszystko tania i, siłą rzeczy, krótka, powierzchowna,
nieistotna.
Nie wiem, gdzie będzie zdobywać szlify następne pokolenie skutecznych
psychoterapeutów. Nie w ramach programów dla stażystów. Psychiatria jest
bliska całkowitego porzucenia dziedziny psychoterapii. Młodzi
psychiatrzy są zmuszeni specjalizować się w psychofarmakologii,
instytucje ubezpieczeniowe bowiem zwracają koszty psychoterapii jedynie
wtedy, gdy psychoterapeuci są tani (innymi słowy -?najsłabiej
wyszkoleni). Obecne pokolenie psychiatrów klinicystów -?obeznane zarówno
z terapią psychodynamiczną, jak i z leczeniem farmakologicznym -?jest na
pewno gatunkiem zagrożonym.
Co wobec tego z programami szkoleń w dziedzinie psychologii klinicznej?
Wydaje się, że to właśnie one powinny wypełnić lukę. Niestety,
psychologowie kliniczni doświadczają tych samych nacisków rynku i w efekcie większość szkół wyższych uczy terapii zorientowanej na objaw,
krótkoterminowej -?a więc takiej, której koszty zwraca ubezpieczenie.
Martwię się więc o psychoterapię -?o to, jak ją zniekształcą naciski
ekonomiczne i zubożą radykalnie skrócone programy szkoleniowe. Jestem
wszakże przekonany, iż w przyszłości kohorta terapeutów rodem z najrozmaitszych dyscyplin (psychologii, poradnictwa, pomocy społecznej,
doradztwa kościelnego, filozofii klinicznej) będzie nadal podejmować
rygorystyczne studia podyplomowe i nawet w ciasnej rzeczywistości opieki
zdrowotnej znajdzie pacjentów, którzy -?chcąc się rozwijać i zmieniać -
zdecydują się na terapię bez określonych ram czasowych. To właśnie dla
tych terapeutów i dla tych pacjentów piszę swoją książkę.
NA TYCH STRONACH doradzam studentom, by
wystrzegali się sekciarstwa, i sugeruję pluralizm terapeutyczny:
sięgajcie po skuteczne interwencje do różnych szkół. Mnie samemu jednak
najbliższe jest podejście interpersonalne i egzystencjalne, dlatego
większość zawartych tu porad pochodzi z jednego z tych systemów
terapeutycznych.
Od kiedy zacząłem się zajmować psychoterapią, zawsze interesowały mnie
dwie dziedziny: terapia grupowa i terapia egzystencjalna. Są to
zainteresowania równoległe, ale odrębne: nie uprawiam "egzystencjalnej
terapii grupowej" -?w istocie nie wiem nawet, co by to mogło być. Te dwa
sposoby pracy różnią się nie tylko formatem (sześć do dziewięciu osób w grupie w odróżnieniu od dwóch tylko w sytuacji terapii egzystencjalnej),
lecz zasadniczym układem odniesienia. Podczas terapii grupowej pracuję
z perspektywy interpersonalnej i zakładam, że pacjenci popadli w rozpacz, ponieważ nie potrafili zbudować i podtrzymać
satysfakcjonujących relacji interpersonalnych.
Kiedy jednak działam w egzystencjalnym układzie odniesienia, czynię
założenie całkiem odmienne: przyjmuję, że pacjenci popadają w rozpacz na
skutek konfrontacji z twardymi faktami kondycji ludzkiej -?"danymi"
naszego istnienia. A ponieważ liczne zawarte w tej książce propozycje
odwołują się właśnie do nieznanej wielu czytelnikom postawy
egzystencjalnej, nie od rzeczy będzie pewne wprowadzenie.
Definicja terapii egzystencjalnej: psychoterapia egzystencjalna jest
dynamicznym podejściem terapeutycznym skoncentrowanym na zagadnieniach
zakorzenionych w naszym istnieniu.
Chciałbym rozszerzyć tę definicję, wyjaśniając wyrażenie "podejście
dynamiczne". Termin "dynamiczny" ma dwa znaczenia: potoczne i techniczne. W znaczeniu potocznym "dynamiczny" (od greckiego rdzenia
dynasthai - mieć moc albo siłę) implikuje siłę bądź witalność (mówimy
na przykład o dynamicznym piłkarzu lub polityku); nie o to, rzecz jasna,
nam tu chodzi. Gdyby jednak zastosować to znaczenie do naszego zawodu,
to gdzież jest terapeuta, który twierdziłby, że nie jest dynamiczny? Że
-?innymi słowy -?jest niemrawy i bierny?
Nie, ja używam terminu "dynamiczny" w sensie technicznym, który
również oznacza siłę, jest jednak zakorzeniony w modelu freudowskim,
opartym na założeniu, iż w umyśle człowieka działają pewne siły
mentalne, a konflikt między tymi siłami generuje myśli, uczucia i zachowania. Ponadto -?i to jest sprawa najważniejsza -?te pozostające w konflikcie siły działają na różnych poziomach świadomości, a niektóre z nich w istocie są całkiem nieuświadamiane.
Psychoterapia egzystencjalna jest zatem terapią dynamiczną, podobnie jak
liczne terapie psychoanalityczne, opartą na założeniu, że nieświadome
siły wpływają na świadome działania. Wystarczy jednak postawić kolejne
pytanie -?o naturę tych skonfliktowanych sił wewnętrznych -?by podejście
egzystencjalne wzięło rozbrat z rozmaitymi ideologiami
psychoanalitycznymi.
Zgodnie z podejściem egzystencjalnym nękający nas konflikt wewnętrzny
wynika nie tylko z naszej walki ze stłumionymi popędami czy ze
zinternalizowanymi ważnymi dorosłymi z naszego dzieciństwa bądź z zapomnianymi traumatycznymi przeżyciami, lecz również z naszej
konfrontacji z "danymi" naszego istnienia.
Czymże są te "dane" istnienia? Jeśli pozwolimy sobie odrzucić lub ująć w nawias nasze codzienne sprawy i troski i gruntownie się zastanowimy nad
naszą sytuacją w świecie, nieuchronnie dotrzemy do głębokich struktur
istnienia ("trosk ostatecznych", by użyć teologicznego wyrażenia,
pochodzącego od Paula Tillicha). Cztery najistotniejsze dla
psychoterapii troski ostateczne to -?moim zdaniem -?śmierć, izolacja,
sens życia i wolność (każdą z nich zdefiniuję i omówię w odpowiednim
miejscu niniejszej książki).
Studenci często mnie pytali, dlaczego nie popieram programów
szkoleniowych w dziedzinie terapii egzystencjalnej. Powód jest taki, że
dla mnie psychoterapia egzystencjalna nie była nigdy odrębną,
niezależną szkołą. Zamiast rozwijać programy nauczania terapii
egzystencjalnej, wolę uzupełniać edukację dobrze wyszkolonych terapeutów
dynamicznych, zwiększając ich wrażliwość na kwestie egzystencjalne.
Proces i treść. Jak w praktyce wygląda terapia
egzystencjalna? By odpowiedzieć na to pytanie, musimy się zająć dwoma
ważnymi aspektami dyskursu terapeutycznego: "treścią" i "procesem".
"Treścią" jest to, o czym mowa: wypowiedziane słowa, konkretne
zagadnienia, do których się te słowa odnoszą. "Proces" dotyczy zupełnie
innego i niesłychanie ważnego wymiaru: relacji interpersonalnej między
pacjentem a terapeutą. Kiedy pytamy o proces, chodzi nam o to, co słowa
(oraz zachowania niewerbalne) mówią nam o naturze relacji między osobami
zaangażowanymi w interakcję.
Potencjalny obserwator moich sesji terapeutycznych często daremnie
szukałby długich dyskusji na temat śmierci, wolności, sensu życia czy
izolacji egzystencjalnej. Tego rodzaju egzystencjalna treść może mieć
znaczenie jedynie dla niektórych (lecz nie wszystkich) pacjentów, na
pewnych (lecz nie wszystkich) etapach terapii. W istocie skuteczny
terapeuta nigdy nie powinien skupiać się na żadnym obszarze treściowym:
w terapii nie należy się kierować teorią, lecz relacją.
Gdyby jednak ten sam potencjalny obserwator poszukiwał w mojej sesji
pewnego charakterystycznego procesu, wynikającego z mej
egzystencjalnej orientacji -?a, to zupełnie co innego. Podwyższona
wrażliwość na kwestie egzystencjalne wywiera głęboki wpływ na naturę
relacji między terapeutą a pacjentem i odciska się na każdej sesji
terapeutycznej.
Sam jestem zdziwiony formą, jaką przybrała ta książka. Nigdy się nie
spodziewałem, że napiszę poradnik dla terapeutów. Kiedy jednak patrzę
wstecz, wiem dokładnie, jak do tego doszło. Dwa lata temu, zwiedzając
japońskie ogrody Huntingtona w Pasadenie, zauważyłem, że w Bibliotece
Huntingtona jest wystawa renesansowych bestsellerów z Wielkiej Brytanii.
Trzy z dziesięciu wystawionych woluminów były poradnikami -?z dziedziny
hodowli zwierząt, szycia i ogrodnictwa. Uderzyło mnie, że nawet wówczas,
setki lat temu, tuż po wynalezieniu prasy drukarskiej, poradniki
przyciągały powszechną uwagę.
Dawno temu leczyłem pisarkę, która opadłszy z sił po napisaniu po kolei
dwóch powieści, postanowiła nie brać się do kolejnej książki, dopóki
jakaś "nie uszczypnie jej w tyłek". Zachichotałem na tę uwagę, ale tak
naprawdę zrozumiałem ją dopiero w Bibliotece Huntingtona, kiedy i mnie
"uszczypnął w tyłek" pomysł poradnika. Natychmiast postanowiłem odłożyć
na bok inne projekty pisarskie, przeszukać wszystkie swoje kliniczne
notatki i pisma i zasiąść do listu otwartego do początkujących
terapeutów.
Duch Rainera Marii Rilkego unosił się nad tym tomem. Na krótko przed
wydarzeniem w Bibliotece Huntingtona przeczytałem ponownie Listy do
młodego poety i świadomie próbowałem wznieść się do tego standardu
uczciwości, pełni i hojności ducha.
Rady zawarte w niniejszej książce czerpałem z 45 lat praktyki
klinicznej. Powstał szczególny melanż pomysłów i technik, które
przydawały mi się w pracy. Owe pomysły są tak osobiste, sformułowane z taką pewnością siebie, a czasami tak oryginalne, że nie sądzę, by
czytelnik mógł natrafić na nie gdziekolwiek indziej. Tom niniejszy pod
żadnym względem nie ma być zatem systematycznym podręcznikiem; pomyślany
jest raczej jako suplement do całościowego programu szkoleniowego.
Losowo, wiedziony bardziej własnym zapałem niż jakimkolwiek konkretnym
porządkiem lub systemem, wybrałem 85 kategorii. Zacząłem od listy ponad
200 porad, by ostatecznie odrzucić te, które nie budziły we mnie
dostatecznego entuzjazmu.
Pewien czynnik wywarł istotny wpływ na mój wybór. W swoich ostatnich
powieściach i opowiadaniach umieściłem wiele opisów procedur
terapeutycznych, które przydawały mi się w pracy klinicznej; ponieważ
jednak moje utwory beletrystyczne mają często wydźwięk komiczny, a nawet
burleskowy, czytelnikom może być trudno zgadnąć, kiedy mówię serio, a kiedy żartuję. W Darze terapii mogę sprawę postawić jasno.
Książka jest użytecznym zbiorem moich ulubionych interwencji albo
stwierdzeń, dużo więc w niej techniki, a mało teorii. Czytelników
poszukujących szerszego tła teoretycznego odsyłam do książek matek:
Psychoterapia egzystencjalna i Psychoterapia grupowa: teoria i praktyka.
Studiowałem medycynę i psychiatrię, przywykłem zatem do terminu
"pacjent" (z łacińskiego patiens - ktoś, kto cierpi bądź znosi
cierpienie), ale używam też jako synonimu terminu "klient", powszechnego
w psychologii i tradycji poradnictwa. Określenie "pacjent" dla
niektórych wiąże się z dystansem, brakiem zainteresowania i zaangażowania i z autorytarną postawą terapeuty. Proszę jednak nie
porzucać lektury! Ja chcę zachęcić do relacji terapeutycznej opartej na
zaangażowaniu, otwartości i równości.
Wiele książek -?wśród nich i moje -?zawiera ograniczoną liczbę istotnych
kwestii oraz obszerny "wypełniacz", który ma te kwestie zgrabnie
powiązać. Tutaj umieściłem bardzo dużo ważnych sugestii, często zupełnie
oderwanych myśli, a pominąłem większość "wypełniacza" oraz przejść,
tekst więc składa się z licznych niepowiązanych ze sobą wątków.
"Hasła" do mojego poradnika wybierałem na chybił trafił i spodziewam
się, że wielu czytelników zapozna się z nimi wyrywkowo, zgodnie z własnym zainteresowaniem. Na koniec wszakże spróbowałem pogrupować je
tak, by cała struktura stała się bardziej przyjazna czytelnikowi.
Część pierwsza (rozdz. 1-40) dotyczy natury relacji między terapeutą a pacjentem, ze szczególnym naciskiem na "tu i teraz" -?na to, jak
terapeuta używa siebie i swojej otwartości.
Potem (rozdz. 41-51) przechodzę od procesu do treści i proponuję
metody badania spraw ostatecznych: śmierci, sensu życia, wolności (wraz
z problemami odpowiedzialności i podejmowania decyzji).
W części trzeciej (rozdz. 52-76) omawiam rozmaite sprawy związane z codzienną praktyką terapeutyczną.
W czwartej (rozdz. 77-83) zajmuję się snami w terapii.
W ostatniej części (rozdz. 84-85) omawiam zagrożenia i przywileje
związane z zawodem terapeuty.
Tekst jest usiany wieloma moimi ulubionymi, specyficznymi wyrażeniami i interwencjami. Jednocześnie zachęcam do spontaniczności i twórczości.
Proszę zatem nie traktować interwencji, które są charakterystyczne dla
mnie -?dla mojego sposobu patrzenia na świat, moich prób sięgnięcia do
własnego wnętrza, poszukiwania własnego stylu i głosu -?jak recepty
proceduralnej. Wielu studentów stwierdzi, że bardziej im odpowiadają
inne stanowiska teoretyczne i inne style. Rady tu zawarte pochodzą z mojej praktyki klinicznej -?pracy ze średnio bądź dobrze funkcjonującymi
pacjentami (w odróżnieniu od pacjentów psychotycznych lub znacznie
zaburzonych), z którymi przez okres od kilku miesięcy do dwóch-trzech
lat spotykałem się raz, a rzadziej dwa razy w tygodniu. W terapii
stawiam sobie cele ambitne: oprócz usunięcia objawów i ulżenia w bólu
dążę do ułatwienia rozwoju i do podstawowych zmian charakteru. Zdaję
sobie sprawę, że sytuacja kliniczna wielu czytelników jest zupełnie inna
-?odmienna organizacja pracy, inna populacja pacjentów i krótki czas
trwania terapii. Mam wszakże nadzieję, że ci, którzy sięgną po tę
książkę, znajdą własną, twórczą drogę do zaadaptowania i zastosowania w swojej pracy tego, czego ja się nauczyłem.
ROZDZIAŁ 1
Usuwaj przeszkody z drogi rozwoju
Gdy ucząc się psychoterapii, szukałem własnej drogi, największą pomocą
stanowiła dla mnie książka Karen Horney Nerwica a rozwój
człowieka2, w niej zaś największe wrażenie wywarł na mnie
pogląd, zgodnie z którym człowiek ma wrodzoną skłonność do
samorealizacji. Horney wierzyła, że jeśli usunie się przeszkody, istota
ludzka rozwinie się w dojrzałego, pod każdym względem spełnionego
dorosłego, tak jak żołądź rozwija się w dąb.
Po prostu tak, jak "żołądź wyrasta na drzewo dębowe...". Cóż za
wspaniały, wyzwalający i rozjaśniający obraz! Na zawsze zmienił moje
podejście do psychoterapii, pozwolił inaczej spojrzeć na moją pracę.
Odtąd moim zadaniem będzie usuwanie przeszkód z drogi pacjenta! Nie
muszę wykonywać całej roboty; nie muszę zaszczepiać pacjentowi
pragnienia rozwoju, uczyć go ciekawości, woli, radości życia, troski,
lojalności ani żadnej z mnóstwa tych cech, które czynią nas w pełni
ludźmi. Nie; muszę tylko rozpoznać i usunąć przeszkody. Reszta przyjdzie
potem sama dzięki działającym w pacjencie siłom samorealizacji.
Pamiętam młodą wdowę, której serce -?jak powiadała -?zbankrutowało: nie
potrafiła już kochać. Ta niezdolność do miłości mnie onieśmielała. Nie
wiedziałem, jak się do niej zabrać. Ale zająć się zidentyfikowaniem i wykorzenieniem licznych bloków, które przeszkadzały jej kochać? Tyle
mogłem przecież zrobić!
Szybko się zorientowałem, że miłość wydawała się jej zdradą. Miłość do
kogoś równała się zdradzie wobec zmarłego męża; była ostatnim gwoździem
do jego trumny. Gdyby kogoś innego pokochała tak głęboko, jak kochała
męża (a nie zgodziłaby się na żadne słabsze uczucie), znaczyłoby to, że
jej miłość do męża była w jakiś sposób niedostateczna lub niedoskonała.
Miłość do kogoś innego byłaby samozniszczeniem, pacjentka bowiem
nieuchronnie odczułaby wówczas stratę i związany z nią piekący ból.
Nieodpowiedzialnie byłoby kochać kogoś innego: była zła i przeklęta, a jej pocałunki były pocałunkami śmierci.
Wiele miesięcy ciężko pracowaliśmy nad zidentyfikowaniem wszystkiego, co
jej przeszkadzało kochać innego mężczyznę. Całe miesiące zmagaliśmy się
z każdą po kolei przeszkodą. Kiedy jednak mieliśmy to już za sobą, górę
wziął proces wewnętrzny: pacjentka spotkała mężczyznę, zakochała się w nim i ponownie wyszła za mąż. Nie musiałem jej uczyć, jak szukać, jak
dawać, troszczyć się i kochać -?nie wiedziałbym, jak to zrobić.
Parę słów o Karen Horney: młodzi terapeuci nie znają tego nazwiska. W naszej dziedzinie prace wybitnych teoretyków niedługo pozostają na
półkach i dlatego ja, w swojej książce, od czasu do czasu oddam się
wspomnieniom -?nie po to tylko, by złożyć należny hołd luminarzom, lecz
by podkreślić, że mieliśmy wielu wybitnie uzdolnionych ludzi, którzy
wnieśli do naszej dziedziny ważny wkład i położyli solidne fundamenty
pod dzisiejszą praktykę terapeutyczną.
Specyficznie amerykańskim przyczynkiem do teorii psychodynamicznej jest
ruch neofreudowski.
Freud koncentrował się na teorii popędów i uważał, że to od ujawnienia i wyrażenia wrodzonych popędów zależy rozwój jednostki. Neofreudyści
natomiast -?zarówno klinicyści, jak i teoretycy -?podkreślali, że trzeba
uwzględnić znaczny wpływ środowiska interpersonalnego, które rozwija
jednostkę i, w ciągu całego jej życia, kształtuje strukturę charakteru.
Prace najbardziej znanych teoretyków relacji interpersonalnych -
Harry'ego Stacka Sullivana, Ericha Fromma i Karen Horney -?miały tak
głęboki wpływ na nasz język terapeutyczny i praktykę, że wszyscy, nawet
o tym nie wiedząc, jesteśmy neofreudystami. Przypomina się tu pan
Jourdain z Molierowskiej komedii Mieszczanin szlachcicem, który
zapoznawszy się z definicją prozy, oświadcza ze zdumieniem: "Daję słowo,
zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą nie mając o tym
żywnego pojęcia!"3.
ROZDZIAŁ 2
Unikaj diagnozy
(chyba że dla agencji ubezpieczeniowych)
W dzisiejszych szkoleniach z zakresu psychoterapii kładzie się zbyt duży
-?moim zdaniem -?nacisk na umiejętność stawiania diagnozy.
Administratorzy służby zdrowia wymagają od terapeutów szybkiej i precyzyjnej diagnozy, a następnie krótkiej, dopasowanej do niej terapii.
Brzmi to dobrze. Brzmi logicznie i racjonalnie. Ma jednak niewiele
wspólnego z rzeczywistością. Jest natomiast wyrazem iluzorycznej próby
ustanowienia naukowej precyzji tam, gdzie nie jest to ani możliwe, ani
pożądane.
Postawienie diagnozy ma niewątpliwie zasadnicze znaczenie w leczeniu
wielu poważnych schorzeń uwarunkowanych biologicznie (na przykład
schizofrenii, zaburzeń dwubiegunowych, poważnych zaburzeń afektywnych,
padaczki skroniowej, zatrucia lekami, organicznych zaburzeń ośrodkowego
układu nerwowego spowodowanych zatruciem, zmianami zwyrodnieniowymi lub
zakażeniem), przynosi jednak efekt przeciwny do zamierzonego w przypadku zwykłej psychoterapii pacjentów znacznie mniej zaburzonych.
Dlaczego? Po pierwsze, psychoterapia to stopniowo przebiegający proces,
podczas którego terapeuta próbuje możliwie najpełniej poznać pacjenta.
Diagnoza ogranicza pole widzenia; zmniejsza zdolność traktowania innego
człowieka jako osoby. Kiedy już postawimy diagnozę, mamy tendencję do
selektywnego pomijania tych aspektów pacjenta, które do tej konkretnej
diagnozy nie pasują i, odpowiednio, przywiązywania nadmiernej wagi do
tych subtelnych cech, które zdają się pierwotną diagnozę potwierdzać.
Ponadto diagnoza może działać jako samospełniająca się przepowiednia.
Odnosząc się do pacjenta jak do osoby "z pogranicza" albo
"histerycznej", możemy stymulować i podtrzymywać cechy, które by o tego
typu zaburzeniach świadczyły. I rzeczywiście -?długa jest historia
jatrogennego wpływu medycyny na kształt jednostek klinicznych, aż po
obecną kontrowersję na temat osobowości wielorakiej oraz wypartych
wspomnień dotyczących molestowania seksualnego w dzieciństwie. A trzeba
też pamiętać o niskiej rzetelności wymienianej w DSM kategorii
"zaburzenia osobowości" (a właśnie tego typu pacjenci często podejmują
psychoterapię długoterminową).
Wszyscy też wiemy, o ile łatwiej postawić diagnozę zgodnie z aktualną
wersją DSM po pierwszym wywiadzie niż znacznie później, powiedzmy po
dziesiątej sesji, kiedy już dużo lepiej znamy daną osobę. Czyż to nie
dziwny rodzaj nauki? Mój kolega4 zwraca na ten fakt uwagę
młodych psychiatrów odbywających staż pod jego opieką, pytając: "Jeśli
uczestniczysz teraz w terapii albo się zastanawiasz nad jej podjęciem,
to jak myślisz, jak twój terapeuta zdiagnozowałby zgodnie z DSM-IV kogoś
tak skomplikowanego jak ty?".
Podejmując się terapii, musimy być obiektywni, ale nie zanadto; jeśli
zbyt poważnie potraktujemy system diagnostyczny DSM, jeśli uwierzymy, że
nasz podział odpowiada jakiejś obiektywnej rzeczywistości, możemy
narazić na niebezpieczeństwo ludzką, spontaniczną, twórczą i niepewną
naturę terapeutycznej przygody. Pamiętajmy, że klinicyści, którzy
formułowali poprzednie, dziś zarzucone systemy diagnostyczne, byli
kompetentni, dumni ze swego dzieła i tak samo przekonani o swojej
słuszności jak obecni członkowie komisji opracowujących DSM. Przyjdzie
bez wątpienia taki czas, gdy chińskie menu DSM-IV wyda się specjalistom
od zdrowia psychicznego czymś całkowicie niedorzecznym.
ROZDZIAŁ 3
Wspólna podróż terapeuty i pacjenta
Francuski pisarz André Malraux opisał wiejskiego księdza, który
dziesiątki lat wysłuchiwał spowiedzi, by na koniec tak podsumować to,
czego się dowiedział o naturze ludzkiej: "Przede wszystkim ludzie są
znacznie bardziej nieszczęśliwi niż się myśli [...] Poza tym, w gruncie rzeczy, nie ma ludzi dorosłych"5. Przeznaczeniem
każdego -?zarówno terapeuty, jak i pacjenta -?jest doświadczanie nie
tylko rozkoszy życia, lecz również jego nieuchronnych ciemnych stron:
rozczarowań, starzenia się, chorób, izolacji, utraty, braku sensu,
bolesnych wyborów i śmierci.
Nikt nie ujął tego brutalniej i bardziej ponuro niż niemiecki filozof
Arthur Schopenhauer:
We wczesnej młodości stoimy przed całym naszym dalszym biegiem życia
niczym dzieci przed kurtyną teatralną, w radosnym i niecierpliwym
oczekiwaniu rzeczy, które mają nadejść. To wielkie szczęście, że nie
wiemy, co rzeczywiście nadejdzie. Kto bowiem by wiedział, temu dzieci
jawiłyby się czasami jako niewinni winowajcy, którzy zostali wprawdzie
skazani nie na śmierć, lecz na życie, jednak nie usłyszeli jeszcze
sentencji swojego wyroku6.
Albo znów:
Jesteśmy podobni do jagniąt, igrających na łące, podczas gdy rzeźnik
wybiera już wzrokiem to czy tamto z nich; nie wiemy bowiem -?w swych
dobrych dniach -?jakie nieszczęście już nam los gotuje: chorobę,
prześladowanie, zubożenie, okaleczenie, oślepnięcie, obłąkanie, śmierć
etc.7
Spojrzenie Schopenhauera jest mocno zabarwione jego własnym
nieszczęściem, trudno jednak przeczyć rozpaczy wbudowanej w życie każdej
samoświadomej jednostki. Od czasu do czasu wyobrażamy sobie z żoną, że
planujemy przyjęcie dla grupy ludzi o podobnych skłonnościach, na
przykład dla naszych znajomych monopolistów, płomiennych narcyzów albo
mistrzów biernej agresji, czy też -?dla odmiany -?przyjęcie
"szczęśliwe", na które zapraszamy tylko ludzi naprawdę szczęśliwych.
Nigdy nie mieliśmy żadnych trudności z zapełnieniem miejsc przy
najdziwniejszych stołach, ani razu natomiast nie udało nam się
zgromadzić kompletu na przyjęcie dla "szczęśliwych". Za każdym razem,
kiedy już, już mamy kilka osób o pogodnych charakterach i wciągamy je na
listę w oczekiwaniu, aż się zbierze komplet, stwierdzamy, że tego bądź
owego z naszych szczęśliwych gości dosięgło w końcu jakieś wielkie
nieszczęście -?zazwyczaj jego samego lub kogoś z jego bliskich dopada
poważna choroba.
To tragiczne, lecz realistyczne spojrzenie na życie od dawna wywiera
wpływ na moje stosunki z ludźmi poszukującymi mojej pomocy. Istnieje
wiele określeń relacji terapeutycznej (pacjent -?terapeuta, klient -
konsultant, analizowany -?analityk, klient -?pomocnik, a ostatnio, jak
dotychczas najbardziej odrażające, użytkownik -?dostawca), żadne jednak
z nich nie oddaje trafnie mojego rozumienia relacji terapeutycznej. Wolę
myśleć, że ja i moi pacjenci jesteśmy towarzyszami podróży; termin ten
znosi rozróżnienie między "nimi" (dotkniętymi chorobą) a "nami"
(uzdrowicielami). Podczas własnego treningu terapeutycznego często
spotykałem się z pojęciem terapeuty w pełni przeanalizowanego. W miarę
wszakże jak szedłem przez życie -?wchodziłem w bliskie związki z wieloma
moimi kolegami po fachu, spotykałem największe autorytety w tej
dziedzinie, byłem proszony o udzielenie pomocy moim byłym terapeutom i nauczycielom i sam zostałem nauczycielem i seniorem -?coraz lepiej
zdawałem sobie sprawę z mitycznej natury tego pojęcia. Tkwimy w tym
wszyscy razem i nie ma terapeuty, nie ma człowieka całkowicie
zabezpieczonego przed immanentnymi tragediami istnienia.
Jedna z moich ulubionych opowieści o uzdrawianiu pochodzi z książki
Hermanna Hessego Gra szklanych paciorków8. Oto w czasach
biblijnych żyło dwóch znanych uzdrowicieli, Josephus i Dion. Obydwaj
byli niezwykle skuteczni, pracowali jednak zupełnie odmiennymi metodami.
Młodszy, Josephus, leczył spokojnym, natchnionym słuchaniem. Pielgrzymi
mu ufali. Cierpienie i lęk wsiąkały w jego uszy jak woda w piasek
pustyni, a penitenci odchodzili oczyszczeni i spokojni. Starszy, Dion,
aktywnie konfrontował się z tymi, którzy szukali jego pomocy. Odkrywał
ich niewyznane grzechy. Był wielkim sędzią, udzielał ostrej nagany,
rugał, naprostowywał i czynnie interweniował. Traktował penitentów jak
dzieci, radził, karał pokutą, nakazywał pielgrzymki i małżeństwa,
zmuszał wrogów do zgody.
Nigdy się nie spotkali i rywalizowali ze sobą wiele lat, aż kiedyś
Josephus zachorzał duchowo, popadł w czarną rozpacz i ogarnęły go myśli
o samozniszczeniu. Nie mogąc uleczyć się własnymi metodami, wyruszył w podróż na południe, by szukać pomocy u Diona.
Pewnego popołudnia, odpoczywając w oazie, wdał się w rozmowę ze starszym
podróżnikiem. Gdy opisał cel i przeznaczenie swej pielgrzymki, podróżnik
zaofiarował mu się jako przewodnik i towarzysz w poszukiwaniach.
Później, podczas długiej wspólnej wędrówki, ujawnił, kim jest. Mirabile
dictu: oto Dion we własnej osobie -?ten właśnie człowiek, którego
Josephus szukał.
Dion bez wahania zaprosił swego młodszego, zrozpaczonego rywala do domu,
gdzie przez lata żyli i pracowali razem. Najpierw Josephus był jego
służącym. Później awansował na ucznia, a w końcu -?na pełnoprawnego
partnera. Wiele lat później Dion zachorował i, już na łożu śmierci,
poprosił młodszego kolegę, by ten wysłuchał jego spowiedzi. Mówił o tym,
jak kiedyś Josephus straszliwie chorował, jak się wybrał w podróż do
starego Diona, by u niego szukać pomocy. Mówił, jakim cudem dla
Josephusa było to, że jego współtowarzysz podróży i przewodnik okazał
się samym Dionem.
Teraz, w godzinie śmierci -?rzekł Dion Josephusowi -?nadeszła pora, by
złamać milczenie otaczające ten cud. Wówczas -?wyznał -?jemu samemu
zdawało się to cudem, ponieważ on także popadł w rozpacz. On również
czuł się pusty i martwy duchowo i nie umiejąc sobie pomóc, wybrał się w podróż w poszukiwaniu pomocy. Tej nocy, gdy się spotkali w oazie,
pielgrzymował do słynnego uzdrowiciela zwanego Josephusem.
OPOWIEŚĆ HESSEGO ZAWSZE mnie nadzwyczajnie
poruszała. Uderza mnie płynący z niej głęboko pouczający przekaz na
temat dawania i otrzymywania pomocy, uczciwości i obłudy, relacji między
uzdrowicielem a pacjentem. Obydwaj mężczyźni uzyskali wielką pomoc, ale
każdy z nich -?inaczej. Młodszy uzdrowiciel otrzymał pokarm, opiekę,
nauki, znalazł mistrza i rodzica. Starszemu pomogło to, że służył komuś
innemu, zyskał ucznia, który go obdarzył synowską miłością, szacunkiem,
i wybawił od izolacji.
Dziś jednak, gdy powracam do tej historii, zastanawiam się, czy ci dwaj
zranieni uzdrowiciele nie mogli sobie jeszcze lepiej pomóc. Być może
ominęła ich możliwość czegoś głębszego, bardziej autentycznego,
przynoszącego potężniejszą zmianę. Być może prawdziwe uleczenie
nastąpiło dopiero podczas sceny śmierci, gdy odnaleźli uczciwość w ujawnieniu, że byli współtowarzyszami podróży -?obaj tylko ludźmi, aż
zbyt ludzkimi ludźmi. Obydwaj znaleźli pomoc, ale dwudziestoletni sekret
mógł stanąć na drodze głębszemu rodzajowi pomocy i taką głębszą pomoc
uniemożliwić. Co by się stało, gdyby Dion uczynił swoje wyznanie 20 lat
wcześniej, gdyby uzdrowiciel i poszukujący pomocy wspólnie stawili czoło
pytaniom, na które nie ma odpowiedzi?
We wszystkim tym pobrzmiewa echo rady Rilkego: "...chcę Pana, mój drogi,
prosić, tak bardzo, jak tylko potrafię, by był Pan cierpliwy wobec
wszystkiego, czego jeszcze nie potrafi rozwiązać Pańskie serce, i by
spróbował Pan polubić same pytania"9. Dodałbym do tego:
próbuj też pokochać tych, co pytają.
ROZDZIAŁ 5
Wspieraj
Jedną z największych wartości terapii indywidualnej jest to, że można na
sobie doświadczyć, jak ważne jest wsparcie. Pytanie: co pamiętają
pacjenci, gdy po latach wspominają terapię? Odpowiedź: nie wgląd, nie
interwencje terapeutyczne. Najczęściej zachowują w pamięci wspierające
wypowiedzi terapeuty.
Dbam o to, by regularnie wyrażać swoje pozytywne opinie i uczucia wobec
pacjentów i ich najrozmaitszych cech; doceniam ich umiejętności
towarzyskie, intelektualną wnikliwość, ciepło, lojalność wobec
przyjaciół, jasne wysławianie się, odwagę w stawianiu czoła wewnętrznym
demonom, zaangażowanie w pracę nad zmianą, otwartość, czułość wobec
dzieci, stanowcze próby przerwania cyklu nadużyć oraz decyzję, by nie
przerzucać gorącego ziemniaka w ręce następnego pokolenia. Nie skąp
pacjentom takich komunikatów -?nie warto. Wszystko przemawia za
wyrażaniem własnych spostrzeżeń i tego, co czujesz. I strzeż się pustych
komplementów -?niech twoje wsparcie będzie równie celne, jak twoje
informacje zwrotne i interpretacje. Pamiętaj o potędze terapeuty -
potędze, która po części bierze się z tego, że zostaliśmy dopuszczeni do
najintymniejszych zdarzeń, myśli i fantazji w życiu naszych pacjentów.
Akceptacja i wsparcie ze strony kogoś, kto cię tak dobrze zna, to
nadzwyczajne potwierdzenie twojej wartości.
Jeśli pacjent robi ważny i śmiały krok terapeutyczny -?pochwal go. Jeśli
byłem głęboko zaangażowany przez całą godzinę i żałuję, że sesja już się
kończy, mówię, iż jestem bardzo niezadowolony, że musimy przerwać. I (wyznaję: każdy terapeuta ma własny skład niewielkich, sekretnych
wykroczeń) nie waham się wyrazić tego niewerbalnie, przedłużając naszą
godzinę o parę minut.
Terapeuta jest często jedynym widzem, który ma okazję obejrzeć wielkie
dramaty czy akty odwagi. Tego rodzaju przywilej wymaga reakcji. Być może
pacjent zwierza się też innym osobom, żadna z nich jednak nie potrafi
tak jak terapeuta docenić w pełni niektórych doniosłych czynów. Wiele
lat temu, na przykład, jeden z moich pacjentów, Michael, pisarz,
poinformował mnie pewnego dnia, że właśnie zlikwidował swoją sekretną
skrytkę pocztową. Przez lata skrytka ta służyła mu jako potajemna
skrzynka kontaktowa w jego licznych pozamałżeńskich romansach. Jej
zamknięcie było więc aktem doniosłym i uważałem, że powinienem docenić
jego wielką odwagę oraz wyrazić swój podziw.
Parę miesięcy później nadal dręczyły go powracające obrazy i tęsknota za
ostatnią kochanką. Zaoferowałem wsparcie.
-?Wiesz, Michael, ten rodzaj namiętności nigdy nie znika szybko. To
jasne, że tęsknota będzie powracać. To nieuchronne, to należy do naszego
człowieczeństwa.
-?Masz na myśli, do mojej słabości. Chciałbym być człowiekiem z żelaza i na zawsze wymazać ją z pamięci.
-?Wiemy, jak się nazywają tacy ludzie z żelaza: roboty. A ty, dzięki
Bogu, nie jesteś robotem. Często mówiliśmy o twojej wrażliwości i zdolnościach twórczych -?to twoje najmocniejsze strony. Właśnie dlatego
to, co piszesz, ma taką moc i dlatego ludzie do ciebie ciągną. Ale te
same cechy mają swoją ciemną stronę -?lęk -?i dlatego nie możesz przejść
przez coś takiego obojętnie.
Pięknym przykładem zmieniającego konotację komentarza, który sprawił, że
się poczułem znacznie lepiej, była wypowiedź mojego przyjaciela,
Williama Blatty'ego, autora Egzorcysty, któremu jakiś czas temu
poskarżyłem się na kiepską recenzję jednej z moich książek. Zareagował
niezwykle wspierająco i od razu uleczył moje rany: "No pewnie, że się
martwisz recenzją. I dzięki Bogu! Gdybyś nie był tak wrażliwy, nie
byłbyś tak dobrym pisarzem".
Każdy terapeuta odkrywa własny sposób udzielania wsparcia pacjentom.
Zawsze będę pamiętał opowieść Rama Dassa o jego rozstaniu z guru, u którego przez wiele lat pobierał nauki w aśramie w Indiach. Gdy Ram Dass
lamentował, że nie jest gotów do odejścia, że ciągle ma wiele wad i niedoskonałości, guru się podniósł i powoli obszedł go wkoło,
przyglądając mu się z wielką uwagą, by na koniec oświadczyć: "Nie widzę
żadnych niedoskonałości"10. Nigdy nie obchodziłem
pacjentów wkoło, by ich obejrzeć, i nigdy nie uważałem, że proces
rozwoju kiedyś się kończy, często jednak kierowałem się tym obrazem,
komentując to i owo.
Wsparciem mogą być uwagi na temat wyglądu: ubrania, wypoczętej, opalonej
twarzy, nowej fryzury. Jeśli pacjent ma obsesję na punkcie swojej
nieatrakcyjności, uważam za rzecz czysto ludzką powiedzieć mu (jeśli
naprawdę tak sądzisz), że dla ciebie jest atrakcyjny i że się
zastanawiasz, skąd pochodzi mit o jego brzydocie.
W jednym z opowiadań o psychoterapii w zbiorze Mama i sens życia
bohater, doktor Ernest Lash, zostaje przyparty do muru przez szalenie
atrakcyjną pacjentkę, która bezpardonowo pyta go wprost: "Czy jestem
pociągająca dla mężczyzn? A dla ciebie? Czy gdybyś nie był moim
terapeutą, reagowałbyś na mnie seksualnie?".
To najkoszmarniejsze z pytań -?zmora, której najbardziej się obawiają
terapeuci. To właśnie strach przed pytaniami tego rodzaju sprawia, że
wielu terapeutów zbyt mało daje z siebie. Moim zdaniem jednak jest to
strach nieuzasadniony. Jeśli uważasz, że będzie to w najlepszym
interesie pacjenta, dlaczego -?jak bohater mojego opowiadania -?nie
powiesz po prostu: "Gdyby wszystko było inaczej, gdybyśmy się spotkali w innym świecie, gdybym był samotny i nie był twoim terapeutą, to wówczas,
owszem, uważałbym, że jesteś bardzo atrakcyjna, i z pewnością
postarałbym się poznać cię lepiej".
Co za ryzyko? Sądzę, iż tego rodzaju szczerość sprawi tylko, że
pacjentka będzie bardziej ufać i tobie, i procesowi terapii. To,
oczywiście, nie wyklucza innych dociekań i pytań dotyczących, na
przykład, motywacji pacjenta lub momentu (standardowe "Dlaczego teraz?")
albo nadmiernego zainteresowania fizycznością czy uwiedzeniem, za
którymi mogą się kryć sprawy jeszcze ważniejsze.
ROZDZIAŁ 6
Empatia: widok z okna pacjenta
Dziwne, jak pewne zdania lub wydarzenia pozostają na stałe w umyśle
człowieka i zawsze służą jako wskazówka albo pocieszenie. Kilkadziesiąt
lat temu miałem pacjentkę z rakiem piersi. Kobieta ta w okresie
dojrzewania wiodła długą, gorzką i beznadziejną walkę ze swym
negatywistycznym ojcem. Spragniona jakiejś formy pojednania, rozpoczęcia
ich relacji od nowa, na świeżo, z nadzieją czekała na wyjazd do
college'u: ojciec będzie ją wiózł samochodem i kilka godzin spędzą tylko
we dwójkę!
Jednakże ta długo wyczekiwana podróż okazała się katastrofą. Ojciec
zachowywał się dokładnie tak jak zawsze i cały czas psioczył na brzydki,
zaśmiecony potok płynący wzdłuż drogi. Ona zaś nie widziała żadnych
śmieci w pięknym czyściutkim strumyczku. Nie wiedziała, jak zareagować,
i w efekcie resztę podróży spędzili w milczeniu, każde odwrócone w swoją
stronę.
Jakiś czas później jechała tą drogą sama. Ku swojemu wielkiemu zdumieniu
spostrzegła wówczas dwa strumienie -?po jednym z każdej strony drogi.
"Tym razem prowadziłam" -?opowiadała ze smutkiem. "Strumień, który
widziałam przez swoje okno po stronie kierowcy, był dokładnie tak
brzydki i zaśmiecony, jak go opisywał mój ojciec". Wtedy jednak -?gdy
się nauczyła wyglądać przez okno ojca -?było za późno; ojciec już nie
żył.
Ta opowieść na zawsze pozostała w mojej pamięci i przy wielu okazjach
przypominam ją sobie i swoim studentom: "Patrz przez okno innego
człowieka. Próbuj widzieć świat tak, jak go widzi twój pacjent". Kobieta
zmarła niedługo później na raka, a ja żałuję, że nie mogę jej
powiedzieć, jak historia, którą od niej usłyszałem, służyła wiele lat
mnie, moim studentom i wielu pacjentom.
Pięćdziesiąt lat temu Carl Rogers zidentyfikował "trafną empatię" jako
jedną z trzech podstawowych cech (wraz z "bezwarunkowym szacunkiem" i "autentycznością") skutecznego terapeuty i otworzył nowy obszar badań w dziedzinie psychoterapii, które dostarczyły ostatecznych, znaczących
dowodów na rzecz skuteczności empatii11.
Terapia idzie znacznie lepiej, gdy terapeuta potrafi wejść w świat
pacjenta. Pacjenci niebywale zyskują dzięki samemu tylko doświadczeniu,
że ktoś widzi ich w całości i w pełni rozumie. Dlatego powinniśmy
doceniać sposób, w jaki pacjent doświadcza przeszłości, teraźniejszości
i przyszłości. Dbam o to, by raz po raz sprawdzać własne założenia. Na
przykład:
-?Bob, powiem ci, jak rozumiem twoją relację z Mary. Mówisz, że jesteś
przekonany, że nie pasujecie do siebie, że bardzo chcesz się z nią
rozstać, że się nudzisz w jej towarzystwie i unikasz spędzania z nią
całych wieczorów. Ale teraz, kiedy zrobiła to, czego chciałeś, i się
odsunęła, znowu za nią tęsknisz. Wydaje mi się, że mówisz, iż nie chcesz
z nią być, a zarazem nie potrafisz znieść myśli, że może być
niedostępna, kiedy jej potrzebujesz. Mam rację?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki