DAR RZEKI FLY
(Baśń z Nowej Gwinei)
W dawnych, bardzo dawnych czasach, tak dawnych, że ich nie pamiętają nawet najstarsi ludzie - w tych czasach, kiedy wielka wspaniała Rzeka* przywracała młodość starcom - żyła na Nowej Gwinei dziewczyna, na którą wołano: Dandai.
Była to najpiękniejsza ze wszystkich dziewcząt, jakie tańczyły podczas uroczystych świąt wokół trzaskającego wesoło ogniska.
Wszyscy patrzyli z zachwytem na Dandai, gdy w spódniczce z zielonych traw, z kwiatami wpiętymi w czarne loki kołysała się rytmicznie w kręgu młodych jak ona dziewcząt. Piękny naszyjnik z zębów kangura i złote bransolety na rękach i nogach pobrzękiwały w takt śpiewanej pieśni i głuchego dźwięku tam-tamów.
Ohoooo!
jak smukła palma kołysze się na wietrze,
tak lekko tańczy dziewczyna...
Ohoooo!
Lśniła w blasku ogniska ciemna, jedwabista skóra Dandai, połyskiwały jej białe zęby, gdy śmiała się wesoło. Szczęśliwa była wtedy Dandai.
Któregoś wieczoru, gdy zmęczona tańcem przysiadła z dala od koła dziewcząt, podeszła do niej stara Bluinoch.
Wszyscy się bali starej Bluinoch - podobno znała mowę zwierząt i umiała rozmawiać z wiatrem i wodą...
- Śmiejesz się teraz, Dandai - pokiwała głową starucha - śmiejesz się, jesteś młoda i piękna. Ale nie zawsze będziesz tak wyglądać. O, nie! Pomyśl, że kiedy miną lata - staniesz się stara. Twoje czarne włosy posiwieją, twoje czarne oczy stracą blask, a twoją gładką twarz przetną zmarszczki. O, będziesz taka jak ja, tak samo pomarszczona i brzydka...
Ale Dandai zaśmiała się.
- Przecież wspaniała i dobra Rzeka Fly ma moc przywracania młodości. Przecież ty też odzyskałaś młodość...
-Tak, tak - mruknęła starucha - przeżyłam już i drugą młodość, ale już trzeci raz Rzeka mi jej nie wróciła. I już zostanę stara do końca moich dni... Pamiętaj i ty, Dandai, że nie zawsze i nie wszystkich obdarowuje Rzeka młodością. A jeśli Rzeka Fly nie wysłucha twojej prośby? Spójrz na mnie! Widzisz moje siwe, zmierzwione włosy? A skóra moja - zgrubiała i pomarszczona jak skóra żółwia...
Dziewczyna zasmuciła się.
- To prawda, Rzeka nie zawsze wysłuchuje błagań ludzkich. Ale będę starała się zasłużyć na jej łaskę...
Wtem od strony ogniska rozległo się wołanie:
- Dandai! Ohoooo! Dandai!
To wołał najdzielniejszy chłopiec na wyspie, odważny żeglarz Maikassi.
Wkrótce po wielkim święcie ognia i młodości Dandai została żoną Maikassi. Teraz już nie tańczyła i nie śpiewała w kole dziewcząt. Nie miała też czasu na zdobienie kwiatami swych czarnych, gęstych włosów. Mieszkała razem z mężem w trzcinowej chatce, razem z nim pracowała ciężko w polu, aby starczyło im plonów na wyżywienie siebie i dzieci.
A miała ich Dandai sześcioro. Rodziły się śliczne i zdrowe, ale ledwo które podrosło - zabierała je nieubłagana śmierć.
Jedno z nich - najstarsze - zmarło na straszną chorobę beri-beri, drugie zginęło od ukąszenia jadowitego węża, trzecie porwały wzburzone fale rzeki, czwarte zabłądziło w dżungli i nigdy już nie powróciło, piąte zginęło w czasie pożaru lasu.
I został Dandai tylko jeden synek, najmłodszy - Leituuk. Dandai bardzo go kochała. Kiedy był jeszcze bardzo maleńki, idąc w pole do roboty nosiła go na plecach i śpiewała mu najpiękniejsze bajki i przynosiła do zabawy najpiękniejsze kwiaty.
Pewnego smutnego dnia pień walącej się palmy przygniótł dobrego Maikassi. Odtąd Dandai musiała sama podołać całej robocie w polu i przy gospodarstwie. Pracowała bardzo ciężko od świtu do ciemnej nocy.
Te lata ciężkiej pracy szybko zniszczyły urodę Dandai - najpiękniejszej niegdyś dziewczyny na wyspie. Kiedy któregoś dnia przypadkiem przejrzała się w strumyku, zobaczyła w nim odbicie starej i zniszczonej kobiety. Czarne jej włosy były prawie zupełnie siwe, a skóra na twarzy pomarszczona. Przypomniała sobie słowa starej Bluinoch i zasmuciła się. Tak, starucha miała rację - Dandai stała się do niej podobna, a gdy minie jeszcze parę lat, będzie jeszcze brzydsza... Tak, tak, wkrótce skóra Dandai, dawniej tak jedwabista i gładka, stanie się podobna do skóry żółwia...
- Ale przecież będę mogła pójść do dobrej, wspaniałomyślnej Rzeki Fly i błagać ją o przywrócenie mi młodości - pocieszyła się zaraz Dandai. - Powiem jej, jak bardzo pragnę być znów taka jak dawniej, kiedy z dziewczętami tańczyłam przy ognisku. Chcę, aby mnie właśnie taką zobaczył mój synek. Na pewno będzie się cieszył i będzie dumny, że ma młodą i piękną matkę.
Gdy Dandai stała tak nad wodą pogrążona w myślach, z pobliskich zarośli wypełzła stara Bluinoch.
- He, he - zaskrzeczała - przypatrujesz się sobie, co? Oho, wcale już nie jesteś podobna do dawnej, pięknej Dandai. Twoje czarne włosy posiwiały, twoja gładka niegdyś twarz jest pełna zmarszczek. A nawet nie jesteś jeszcze taka stara, jesteś dużo, dużo młodsza ode mnie. O całe sto lat. Ale to nic. Będę pytała wody, wiatru i ognia, kiedy nadejdzie pora, abyś mogła pójść nad Rzekę Fly. Przychodź, Dandai, do mnie co roku, gdy wypada pierwszy nów księżyca - powiem ci, czy już jest pora.
Dandai w milczeniu pochyliła głowę. Myślała o tym, jak długo jeszcze będzie musiała czekać na tę upragnioną chwilę, i myślała, jak bardzo będzie się cieszył z jej urody Leituuk, syneczek ukochany. Jak będzie śmiał się ślicznie.
"Ale nic mu o tym nie powiem - postanowiła - to będzie dla niego niespodzianka".
Trzy lata minęły od tego dnia.
Przez te długie trzy lata Dandai pracowała bardzo ciężko i przybyło jej jeszcze więcej siwych włosów i coraz więcej zmarszczek przecinało jej gładką niegdyś twarz. Plecy Dandai stały się przygarbione od ciągłego schylania się w polu, a czarne, błyszczące niegdyś oczy utraciły swój blask.
Ale im bardziej była zmęczona, tym usilniej myślała o tym, że wkrótce już może odzyska w łaskawych falach Rzeki Fly dawne siły i urodę. Co roku też, o pierwszym nowiu księżyca, biegła Dandai do starej Bluinoch, aby dowiedzieć się, czy może już wyruszyć nad życiodajną Rzekę. Ale starucha skrzeczała już z daleka na jej widok:
- Jeszcze nie, jeszcze nie nadszedł czas, Dandai!
Aż wreszcie, w czwartym roku, wtedy kiedy Leituuk skończył sześć lat, Bluinoch powiedziała:
- Oto zbliża się czas, abyś poszła nad wielką, wspaniałą Rzekę Fly i zanurzyła się w jej falach. Błagaj ją o dar młodości. Może cię wysłucha. Życie twoje pełne było trudu i trosk i może dobra Rzeka zechce wynagrodzić ci te ciężkie lata. A nie zapomnij, zanim ogarną cię fale, zanucić pieśń, którą śpiewałaś razem z dziewczętami przy ognisku. Pamiętasz tę pieśń?
Dandai w milczeniu skinęła głową. Zbyt była wzruszona, aby mówić cokolwiek w tej chwili. Słuchała więc tylko rad, które skrzypiącym głosem dawała jej Bluinoch. Myślała także przy tym o synku - więc to już blisko jest ta chwila szczęśliwa! Co powie Leituuk, gdy zobaczy matkę tak odmienioną?
Podziękowała Dandai starej Bluinoch i szybko pobiegła do chaty. Zaraz też zaczęła się szykować do drogi. Rzeka Fly płynie daleko, w głębi wyspy.
W ciemnej chacie, pod matami, na wpół zakopana w ziemi leżała stara skorupa orzecha kokosowego. W niej przechowywała Dandai pamiątki swej młodości - piękny naszyjnik z zębów kangura i złote bransolety, które nosiła na rękach i na nogach.
Tak, to trzeba zabrać ze sobą - i bransolety, i naszyjnik - tak mówiła stara Bluinoch. Trzeba by też jeszcze mieć duży kij, dość mocny, aby można było podpierać się nim w dalekiej wędrówce.
Z sękatym kijem w jednej ręce, ze skorupą orzecha kokosowego w drugiej stanęła Dandai przed swoim synkiem. Chłopiec patrzył na matkę zdziwiony.
- Idziesz w drogę, mamo? A nie możesz mnie z sobą zabrać?
Dandai wzruszona wyszeptała:
- Nie mogę. Ale powrócę szybko. Bardzo szybko, nim księżyc dwa razy powróci na niebo, będę już przy tobie. A potem nigdy się już nie rozstaniemy. Dobrze, synku?
Leituuk zgodnie skinął czarną, kędzierzawą główką.
- Będę czekał na ciebie, mamo. Tu, przy chacie, pod palmą.
Trudna i daleka była droga do Rzeki Fly. Najpierw wiodła przez okolice pustynne. Suche osty kaleczyły zmęczone stopy Dandai, a wielkie kaktusy chwytały ją swymi kolczastymi dłońmi, raniąc boleśnie. Ale Dandai nie zważała na to, tylko ciągle szła naprzód i myślała o tym, czy Rzeka wysłucha jej prośby. Myślała też o Leituuku.
Gdy przebyła pustynne przestrzenie, weszła w ciemną dżunglę. Przedzierała się przez gęste zarośla, szukając ścieżek, którymi w stronę Rzeki chodziły zwierzęta. Papugi na jej widok skrzeczały do siebie:
- Oto idzie Dandai! Dandai, widzicie, to Dan-da-i, która chce być piękna i młoda!
Małpki skakały z gałęzi na gałąź lub kołysały się zawieszone na ogonach i drażniły się z nią.
- Patrzcie - piszczały - jaka jest brzydka! Patrzcie, oto idzie stara i brzydka Dandai, Dandaiii! Dandaiii! Hi?! Hihihi! Podobna do starego szympansa, który mieszka w naszej dżungli. Dandai, śmieszna Dandai! Myśli, że znów będzie piękna i młoda. A co będzie, jeśli Rzeka nie wysłucha jej prośby?
Biednej Dandai ściskało się serce, kiedy słyszała to małpie jazgotanie. "Tak, co będzie - myślała - jeśli Rzeka odmówi mej prośbie?" Serce jej przestało bić, gdy o tym myślała. Ale nie, to chyba się nie stanie. Tak bardzo będzie prosić dobrą i potężną Rzekę Fly!
Rajski ptak, przelatując nad nią i powiewając cudnymi piórami, zakwilił:
- Będziesz piękna jak ja, będziesz piękna! Ciesz się, Dandai!
I znów nadzieja wstępowała w jej serce i na małpie drwiny odpowiadała pogardliwym milczeniem. Nie, po prostu nie warto odzywać się do tych małych, złośliwych stworzonek.
A tymczasem kolorowe papugi, jaskrawoczerwone ary, podchwytywały te prześmiewania się małpie i powtarzały ich wrzaski.
- Starrrra, starra-arra-ara - powtarzały uparcie.
- Jesteście niedobre ptaszyska - odrzekła im rozżalona Dandai i dzielnie szła dalej.
- Brrrrrzydka, brrrrrzydka - skrzeczały w odpowiedzi papugi.
Odwracała więc głowę i wtedy wzrok jej padał na dziwaczne i piękne kwiaty dżungli. Kwiaty pochylały ku niej swe kielichy i szeptały:
- Podziwiaj naszą urodę! Ty też niegdyś byłaś piękna. Może dobra Rzeka przywróci ci młodość? Proś ją o to, abyś znów była jak kwiat. Chcesz być kwiatem, Dandai?
- Chcę - wyszeptała. Ale w tej chwili wstrętny ptak przedrzeźniacz zaczął się obrzydliwie śmiać i powtarzać odpowiedź Dandai. Pochyliła więc głowę, aby ukryć łzy, i szybko przedzierała się przez dżunglę.
Nad brzegiem małego jeziorka, które jak zwierciadełko połyskiwało w głębi dżungli, Dandai przysiadła na chwilę, aby odpocząć. Po jeziorku pływały najpiękniejsze dzikie łabędzie, jakie kiedykolwiek Dandai widziała. Trzepotały skrzydłami i syczały złośliwie:
- Patrzcie, jaka brzydula! Patrzcie, jaka brzydula!
- Brzydula! Brzydula! - powtarzał znów ptak przedrzeźniacz.
Ale kiedy Dandai, zbyt już zmęczona, aby otrzeć łzy spływające po jej policzkach, zbierała się do dalszej drogi, nagle wśród łabędzi zjawił się jeszcze jeden - cudownie biały. Ten popłynął najpierw ku środkowi jeziora, gdzie rosły białe kwiaty lotosu. Purpurowym swym dziobem zerwał najpiękniejszy kwiat i zaczął płynąć z nim ku brzegowi. Dandai patrzyła na ptaka z zachwytem - tak był piękny, tak wspaniały! Tymczasem łabędź, wyciągając szyję, podał Dandai zerwany kwiat.
- Weź go - zasyczał - weź! To kwiat przeznaczony dla najpiękniejszej kobiety na wyspie. Weź - ty go będziesz nosiła, gdy Rzeka przywróci ci dawną urodę. Ty, Dandai, najpiękniejsza dziewczyna z naszej wyspy!
Dandai wyciągnęła po kwiat swą ciemną, zniszczoną rękę. Ta chuda i żylasta dłoń podobna była do szponów drapieżnego ptaka.
"Jeśli Rzeka będzie dla mnie łaskawa, to wszystko się zmieni - pomyślała Dandai - znów będę miała ręce piękne i gładkie".
Tymczasem łabędź syczał:
- Weź kwiat, Dandai!
Dandai ostrożnie ujęła biały kielich lotosu. Mimo woli przyłożyła go do włosów - w tafli jeziora zobaczyła odbicie starej kobiety z kwiatem wpiętym w siwe, zmierzwione kosmyki.
Ale piękny łabędź szybko zmącił ten smutny obraz.
- Idź dalej, idź, Dandai - rozkazał.
Teraz Dandai szybko biegła ścieżką, którą wydeptały zwierzęta idące do rzeki, aby gasić pragnienie.
Wreszcie zmęczona, kulejąca, na obolałych nogach dobiegła do brzegu wielkiej Rzeki Fly. Dysząc ciężko i przyciskając dłonią bijące serce, patrzyła na ciemne fale.
- Rzeko Fly - szepnęła - przyszłam do ciebie. Przyszłam.
Szybko odwiązała ze swych szczupłych bioder spódniczkę ze starych, pożółkłych traw i położyła na brzegu skorupę orzecha kokosowego, w której był naszyjnik i bransolety. Położyła też ostrożnie na trawie biały kwiat lotosu, podarowany jej przez łabędzia.
Dandai stała nad Rzeką z podniesionymi błagalnie rękami. Blade słońce świtu oświetlało jej szczupłą postać, a wiatr rozwiewał siwe włosy. Przypomniała sobie rady starej Bluinoch - trzeba zaśpiewać tę samą pieśń, którą przed laty nuciła razem z dziewczętami przy ognisku.
Ohoooo!
jak smukła palma kołysze się na wietrze,
tak lekko tańczy dziewczyna...
Ohoooo!
Echo podjęło okrzyk i niosło go daleko. - Ohoooo! - Dandai powoli zanurzała się w zielonkawej wodzie. Teraz błagała Rzekę:
O Rzeko Fly, bezmiernie łaskawa,
policz wszystkie moje smutki,
policz wszystkie łzy wypłakane,
policz wszystkie moje siwe włosy -
o Rzeko! Obdaruj mnie młodością!
Ohoooo, Rzeko Fly!
Pociemniała woda Rzeki Fly, zaszumiały zielone fale i wzniosły się wysoko, wysoko, zakrywając Dandai.
A gdy opadły - z wody wynurzyły się lśniące, hebanowe włosy i piękna, roześmiana twarzyczka dawnej, młodej Dandai. Gładkie, silne ramiona rozgarnęły wodę i oto na brzeg wyszła dziewczyna najpiękniejsza na całej wyspie.
Przez chwilę stała nieruchomo. Nie wierzyła szczęściu - a potem podniosła ręce ku niebu i dziękowała Rzece:
- Dzięki, Rzeko o zielonych wodach!
Stojąc na brzegu, Dandai szybko wiązała na biodrach spódniczkę ze świeżych traw, założyła swój piękny naszyjnik z zębów kangura, a na rękach jej i na nogach błysnęły w słońcu złote bransolety. Biały, podarowany przez łabędzia kwiat wpięła Dandai w swe czarne loki.
- Ohoooooo! Ohooooooooo! - rozległ się dźwięczny, radosny, triumfalny okrzyk Dandai. Nie podjęła już sękatego kija, na którym opierała się, idąc nad Rzekę, lecz lekko jak gazela poczęła biec w stronę rodzinnej wioski. Nie zauważyła nawet, że zarośla dżungli rozstępują się przed nią, nie słyszała zachwyconego, pochwalnego skrzeku papug:
- Dandai! Dandai! Piękna, piękna! Najpiękniejsza!
Nie patrzyła też Dandai na małpki, które kołysząc się na lianach, wyciągały swe małe, czarne rączki, aby z zachwytem dotknąć lśniącej, jedwabistej skóry dziewczyny. Nie obchodziło ją również i to, że gdy biegła przez pustynne przestrzenie, kolące kaktusy rozstępowały się przed nią, a pożółkłe, ostre trawy słały się miękko pod stopy.
Wreszcie dojrzała z oddali swą chatę - a przed chatą w cieniu palmy bawił się jej synek. Leituuk!
- Syneczku!
Chłopiec odwrócił się szybko.
-Mama!
Ale gdy Dandai podbiegła do niego - ciemna buzia dziecka posmutniała.
- Myślałem, że to mama - szepnął zawiedziony. - A ty nie jesteś moją mamą!
Dandai uklękła przy chłopcu.
- Ależ to ja, ja jestem twoją mamą! Nie poznajesz mnie, syneczku?
- Nie znam cię - odepchnął ją chłopczyk. - Nie znam! Gdzie moja mama? Jesteś obcą dziewczyną!
- Przypatrz mi się, syneczku! - błagała z rozpaczą Dandai. - Jestem przecież ta sama, tylko o wiele lat młodsza. Synku, to dobra Rzeka Fly wróciła mi młodość i urodę. Czy nie chcesz mieć młodej, pięknej matki?
Ale Leituuk powtarzał, płacząc:
- Idź sobie, idź! Nie znam cię! Moja mama była najpiękniejsza na świecie. Miała siwe włosy i pomarszczoną twarz. Moja droga mama! Wróć, mamo, do mnie, wróć!
Dandai pochyliła głowę. Serce pękało jej z żalu. Przecież to dla niego, dla swojego ukochanego syneczka chciała być piękna i młoda. Myślała, że będzie dumny z jej urody, że będzie ją jeszcze bardziej kochał. A tymczasem? Leituuk odwraca się od niej i tęskni za dawną, brzydką i starą Dandai!
Co począć? Co począć?
Biały kwiat wypadł z loków Dandai i leżał w pyle przydrożnym. A tymczasem już w całej wiosce rozeszła się wieść o powrocie Dandai. To na jej cześć zapłonie wieczorem ognisko, z daleka już dobiegały dźwięki tam-tamów i Dandai miała znów, jak przed laty, tańczyć w kole dziewcząt.
Co począć?
Głos tam-tamów stawał się coraz silniejszy i mieszał się z żałosnym płaczem małego Leituuka.
Wreszcie Dandai podniosła się z klęczek. Pogłaskała główkę synka i poczęła iść w stronę, gdzie wiodła droga nad Rzekę Fly. Szła, nie oglądając się za siebie. Tylko na małą chwilę zatrzymała się, jakby nasłuchując tam-tamów, a potem już zaczęła biec coraz szybciej. Mijała pustynne przestrzenie i przedzierała się przez ciemną dżunglę. Nie zważała na przymilne zaczepki małpek i krzyki ptaków. Biegła zwinnie i lekko. Nad jeziorem, po którym pływały łabędzie - zatrzymała się przez chwilę. Stała, patrząc na swoje odbicie, a potem przyklęknęła i dotknęła dłonią wody, jakby chciała swój śliczny obraz zatrzymać na wodzie. Najpiękniejszy z łabędzi i tym razem trzymał w dziobie kwiat lotosu.
- Zastanów się - syczał - wracaj! Jesteś najpiękniejsza!
Ale Dandai potrząsnęła tylko głową i biegła dalej. Wreszcie zdyszana stanęła znów nad brzegiem Rzeki Fly. Spiesznie zsunęła z bioder spódniczkę z traw i zanurzyła się w chłodnych, zielonkawych falach. Kiedy woda sięgała jej już do ramion, Dandai zaczęła prosić Rzekę:
Ja, czarna Dandai, dziękuję ci z całego serca
za twój bezcenny dar młodości
i przynoszę ci go z powrotem.
Bo zrozum, wielka Rzeko -
że droższa niż piękność, niż młodość
jest dla mnie miłość mego dziecka...
O Rzeko Fly!
Fale Rzeki pociemniały, zaszumiały i wzniosły się wysoko, wysoko ponad głową Dandai.
A kiedy po chwili opadły - pośrodku Rzeki, w spokojnej, płynącej wodzie stała stara, siwa, o pomarszczonej twarzy kobieta - w naszyjniku z zębów kangura i w złotych bransoletach na rękach i na nogach.
Stała przez chwilę nieruchomo, wreszcie wyszeptała:
- Dziękuję ci, Rzeko.
A potem, wrzucając do wody swój naszyjnik z zębów kangura i złote bransolety, powiedziała jeszcze:
- Zabierz to razem z moją urodą, Rzeko Fly!
Na brzegu stara, siwa kobieta szybko zawiązała swą spódniczkę z traw i schyliła się po sękaty kij, który zostawiła tu, gdy była po raz pierwszy. Spojrzała jeszcze raz na zielonkawe fale i ruszyła w drogę.
Gdy przybiegła przed chatę, mały Leituuk powitał ją okrzykiem radości:
- Mamo!
- Synku - szepnęła Dandai - synku mój!
Taka jest baśń o Dandai, która wybrała miłość swego dziecka.
Ale od tego czasu obrażona Rzeka Fly już nigdy nikomu nie przywróciła młodości.
* Objaśnienia wyrazów oznaczonych gwiazdkami znajdują się na końcu książki.