Dar losu - Michał Dąbrowski

Kup ebooka

16.66 zł
13.83 zł (14,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Jesień 2008 roku.

Pewne niezbyt duże miasto skąpane było w rzęsistym deszczu. Popołudnie zapowiadało się ponure. Wracający z pracy czy szkoły starali się jak najszybciej dostać się do swoich domów, osuszyć i odpocząć.

W sali jednego z budynków w centrum miasta przy dwóch sąsiadujących biurkach siedziały dwie kobiety. Jedna z nich, Anna Nowak, była trzydziestopięcioletnią blondynką o miłej twarzy. Jej koleżanka, Barbara Rudnicka, miała sześć lat więcej. Jej ciemne, długie włosy opadały na duży biust. Miała lekką nadwagę, przez którą nie czuła się zbyt atrakcyjnie.

Obie wertowały stosy dokumentów. Anna z niecierpliwością spojrzała na zegar wiszący na ścianie i odetchnęła z ulgą.

- Piętnasta! Kończymy! - stwierdziła wesoło.

- Pewnie, mam już po dziurki w nosie tej roboty.

Uporządkowały papiery, schowały je do szafek, potem podeszły do wieszaka, by zdjąć płaszcze, i mogły w końcu wyjść i oderwać się od codziennej rutyny.

- Masz ochotę pochodzić po sklepach z ciuchami? - spytała Barbara.

- Wybacz, ale nie mogę. Obiecałam Jakubowi, że pomogę mu w lekcjach. Całe szczęście, że możemy z Witkiem liczyć na pomoc mamy, jeśli chodzi o odbieranie dzieci ze szkoły i robienie im obiadów. Gdyby nie ona, nie wiem, co zrobilibyśmy z dziećmi.

Kiedy obie się ubrały, Anna spojrzała na ekran komórki i powiedziała:

- Muszę lecieć. Dzieciaki są już pewnie w domu. To pa!

Wyszła szybko z pomieszczenia.

Barbara stała chwilę w smutnym zamyśleniu. W domu nie czekał na nią nikt.

- Nawet nie wiesz, jak cholernie ci zazdroszczę...

5

Sobotni poranek przekreślił częściowo plany Witolda.

Anna siedziała przy łóżku Roberta. Trzymając w jednej dłoni termometr, drugą dłoń położyła na czole syna. Było rozpalone.

- Jesteś chory. Nie możesz dziś jechać z tatą i Jakubem na ryby - orzekła kategorycznym tonem i zabrała dłoń.

- Ale ja chcę! - w głosie Roberta zabrzmiała rozpacz.

- Nie możesz, masz gorączkę. Ta wyprawa może się dla ciebie skończyć bardzo źle.

Chłopiec spuścił wzrok i przykrył się mocniej kołdrą.

Do pokoju wszedł Witold.

- No i jak z nim?

- Trzydzieści osiem i trzy. Nie pojedzie z wami. Zaraz pójdę do apteki.

Witold spojrzał na Roberta ze smutkiem.

- Ajajaj, kolego. Słuchaj mamy. Wyzdrowiejesz i wtedy się z nami zabierzesz.

- Szkoda... Tato, a nakręcisz chociaż jakiś film z wyprawy?

- Oczywiście! - ojciec uśmiechnął się do syna.

- No, jedźcie już. Im szybciej pojedziecie, tym szybciej wrócicie i Robert zobaczy ten film - poradziła Anna.

- Dostaniesz dziś lekarstwa od mamy i film ode mnie. Umowa stoi?

Robert uśmiechnął się lekko i powiedział:

- Stoi!

6

Pomimo choroby Roberta i niezbyt ładnej pogody Witold i Jakub jechali na ryby w dobrych humorach. W sobotę o tej porze na drodze nie było dużego ruchu. Jakub od kilku dni mocno ekscytował się wyprawą.

- Żałujesz, że Robert nie jedzie z nami? - spytał go nagle Witold.

- Niezbyt.

Witold spojrzał na niego zdziwiony.

- Niezbyt?

- Gdyby z nami był, to pewnie robiłby mnóstwo hałasu.

- Nie przesadzaj, powiedziałbym mu, żeby był cicho.

- Dostał bluzkę od mamy. Ja na wyjazd na ryby musiałem zasłużyć, a wystarczyło, że cię tylko poprosił, a już się zgodziłeś.

- Jakub, nie przesadzaj. Nie bądź o niego zazdrosny. Ja i mama kochamy was tak samo.

Jechali w milczeniu. Witold dostrzegł jadący z naprzeciwka z dużą prędkością żółty samochód, poruszający się wężykiem.

- Co on robi, do cholery!? - mruknął do siebie Witold.

Zbliżający się szybko samochód zaczął niebezpiecznie zjeżdżać na ich pas.

Jakub spojrzał przerażony na ojca i krzyknął:

- Tato, zjedź na pobocze!

Witold wpadł w panikę. Samochód z naprzeciwka z impetem uderzył w ich samochód...

Po wielkim huku nastała cisza...

Po chwili do obu pojazdów podbiegło kilku zaaferowanych kierowców. Przednie szyby obu pojazdów były potłuczone w drobny mak. Witold i Robert leżeli nieruchomo z zakrwawionymi twarzami. Kierowca drugiego auta również.

Jeden z mężczyzn krzyknął do zebranej grupki:

- To ten z żółtego samochodu w nich rąbnął!

Podbiegł do samochodu i pochylił się nad kierowcą. Wyczuł jednoznaczny zapach.

- Kurwa mać, pijak jebany!

7

Na ceremonii pogrzebowej Witolda i Jakuba Anna cierpiała po raz drugi. Wiadomość o śmierci męża i syna ścięła ją z nóg i zniszczyła dotychczasowy porządek w jej spokojnym życiu.

Mogła liczyć na wsparcie swojej matki, Barbary i sąsiadów, jednak sama musiała być wsparciem dla swojego zapłakanego młodszego syna, który miał już nigdy nigdzie nie pojechać z ojcem i bratem.

Kilka dni po pogrzebie odwiedziła ją Barbara. Jako najbliższa przyjaciółka czuła, że poza samą obecnością na pogrzebie musi dodać otuchy zrozpaczonej Annie. Były same w domu i siedziały przy herbacie.

- Dziękuję ci, że byłaś na pogrzebie... To miał być pierwszy wyjazd Jakuba na ryby... - Anna mówiła z trudem.

- Jestem przy tobie. Masz moje pełne wsparcie.

- Gdyby Robert był zdrowy, to... - Anna wybuchła szlochem.

- Ale został w domu - Barbara położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki.

- Sprawca wypadku też zginął. I dobrze, bo rozszarpałabym go na strzępy! Wyobraź sobie, że był pijany!

- Gdzie jest Robert i twoja mama?

- Poszli na spacer. Dobrze, że mama zabiera go na spacery, bo widziałby mnie ciągle płaczącą. Stracił ojca i brata.

- Masz przy sobie bliskich. Ja nie mam w ogóle rodziny. Jesteś najbliższą mi osobą. Nie zostawię cię bez pomocy.

Anna przytuliła się do Barbary.

- Dziękuję ci. Jestem na silnych lekach uspokajających. Teraz wszystko się zmieniło.

8

Miesiąc później Anna i Robert odwiedzili grób Witolda i Jakuba. Rana po ich stracie wciąż się nie zagoiła i nie mogli powstrzymać łez.

- Tęsknię za tatą i Jakubem. I dziękuję losowi, że byłeś wtedy chory - powiedziała Anna, ocierając łzy.

- Mamo, ja naprawdę kochałem Jakuba, chociaż kłóciłem się z nim często. Nie pojadę już ani z nim, ani z tatą na ryby...

Zaczął szlochać. Anna wyciągnęła z kieszeni kurtki chusteczkę i podała synowi. Robert otarł oczy.

- Życie jest przewrotne - okrutne w najmniej oczekiwanych momentach. Teraz zostaliśmy tylko ja, ty i babcia. Ale tata i Jakub będą w nas żyć, dopóki będziemy o nich myśleć i pamiętać. Nie wolno ci o nich zapomnieć.

- Ale ja nie chcę o nich zapomnieć... chcę ich mieć przy sobie.

- I będą zawsze przy tobie. Dopóki będziesz o nich pamiętać. Musimy sobie z tym poradzić. Chcę, żebyśmy ze sobą rozmawiali. O wszystkim, nawet o najmniejszych bzdurach. Życie jest kruche. Dowiedziałeś się o tym stanowczo za wcześnie. Dlatego trzeba je cenić, szanować każdy dzień życia, jakby był ostatni...

- Przeraża mnie to życie.

- Życie nie jest straszne samo w sobie. Jest w nim wiele piękna, chociaż brzydoty również. Ale póki żyjesz, zawsze możesz coś zrobić. Doświadczyć czegoś nowego, spotkać ciekawych ludzi.

- Ale w każdej chwili może się skończyć... - powiedział Robert z przygnębieniem.

Anna pochyliła się i mocno przytuliła syna.

- Nie myśl tak. Gdyby wszyscy bali się życia, to ten świat byłby straszny. Nikt nie chciałby żyć. Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć. Tata nie mógł przewidzieć, że tak szybko odejdzie z Jakubem, ale mimo to żył normalnie. Ryzyko śmierci jest wpisane w nasze życie. A teraz obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. Jesteś dla mnie bardzo ważny.

- Obiecuję. Ty też na siebie uważaj.

Anna uśmiechnęła się delikatnie.

9

Nastał styczeń.

Po smutnym sylwestrze Anna i jej matka siedziały rano w kuchni. Przez okno widziały grubą pokrywę śnieżną na podwórku. Pół godziny wcześniej Anna odśnieżyła chodnik, jednak padający ciągle śnieg zdążył już zniweczyć jej pracę.

- Mam nadzieję, że ten nowy rok będzie dla nas wszystkich łaskawy - odezwała się matka Anny, starsza kobieta o łagodnej, smutnej twarzy.

- Ja również. Dziękuję ci jeszcze raz za twoją pomoc.

- Aniu, przecież jesteśmy rodziną. Teraz musimy się trzymać jeszcze bardziej razem.

Anna westchnęła.

- Ja nie wiem, co teraz będzie ze mną i z Robertem. Od czasu tego wypadku strasznie się o niego boję. Wpadłam chyba w jakąś paranoję. Nie umiem się uspokoić.

- Mówiłaś mu o tym?

- Chyba żartujesz? Z Basią o tym rozmawiałam, ale stwierdziła, że przesadzam. Nie mogę stresować Roberta. Za dużo przeszedł. Ma tylko osiem lat. W tym roku dziewięć. Zadzwonię do niego.

Wyciągnęła komórkę i wybrała jego numer. Po chwili odebrał.

- Cześć, Robert. Babcia jest w domu. A ty długo będziesz u Mariusza?

- Nie, zaraz wracam.

- Uważaj na siebie.

- Mamo, ciągle na siebie uważam. Nie musisz mi o tym przypominać.

- Wiem, kochanie, ale po prostu się martwię.

- Zaraz będę. Nie martw się.

- To pa!

- Pa!

Rozłączyła się i spojrzała smutno na matkę.

- On sam zauważył, że panicznie się o niego boję.

13

Wstawiła wodę na herbatę, podczas gdy Józef siedział na krześle i przyglądał się jej uważnie.

- Widziałem przed chwilą, że wróciłaś do domu. Wszystko w porządku? - zaczął radośnie.

- Dlatego mnie wypuścili - odpowiedziała podobnie Anna.

- Jak się wtedy przewróciłaś, to myślałem, że będzie gorzej. A teraz widzę, że został tylko krwiak.

Usiadła koło Józefa.

- Panie Józefie, dobrze, że to się tylko tak skończyło. Jutro wracam do pracy.

- To świetnie.

Przez chwilę milczeli, patrząc na siebie. Nagle na twarzy Anny pojawił się strach. Wyglądała, jakby ogarnął ją paraliż. Józef przestraszył się.

- Czy wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?

- Taaak... Trochę mnie głowa rozbolała, ale to nic poważnego. Zaraz przejdzie.

- Gdyby coś było nie tak...

- Wszystko już w porządku - przerwała jego wypowiedź ze sztucznym uśmiechem.

Czajnik wyłączył się. Anna wstała, zalała herbatę, po czym postawiła szklankę przed Józefem.

- Słodzi pan?

- Nie. Od dziecka nie słodzę i nie będę słodził aż do śmierci.

Anna usiadła powoli na krześle z przestraszonym wyrazem twarzy.

16

Minęły trzy miesiące. Dla Anny trzy najdziwniejsze w jej życiu. Jej wizje stały się coraz częstsze i zawsze się sprawdzały, jednak nikomu o nich nie mówiła.

Poza wizjami przyszłości pojawiały się czasem także obrazy przeszłości. Patrząc na matkę czy Roberta, Anna nagle przypominała sobie rzeczy, które dawno wypadły jej z pamięci.

Po początkowym szoku próbowała sobie zracjonalizować swą obecną sytuację. Niepokój mijał z wolna, ustępując miejsca na rozważenie istotnej zmiany w życiu Anny. Postanowiła, że zrobi użytek ze swojego nowego daru. Wkrótce powie matce i Robertowi, dlaczego.

Siedziała właśnie naprzeciwko swojego dyrektora w jego gabinecie. Patrzyła na niego bardzo poważnie. Dyrektor, dojrzały, przystojny mężczyzna, przyglądał się jej z wielkim zdziwieniem.

- Pani Anno, jak mam to rozumieć?

- Panie dyrektorze, zastanawiałam się długo nad tym, ale podjęłam ostateczną decyzję.

- Czy dostaje pani za małe wynagrodzenie? Jest pani moją wieloletnią pracowniczką i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków. Jeśli to kwestia pieniędzy, to jestem otwarty.

Anna poruszyła się nerwowo.

- Tu nie chodzi o pieniądze. Po prostu... od czasu tego wstrząśnienia mózgu trzy miesiące temu coś się zmieniło. Nie chcę o tym mówić. Chcę zmienić swoje życie, póki nie jest za późno.

Dyrektor spojrzał na nią badawczo.

- Czy ma pani jakieś problemy ze zdrowiem?

- Trudno powiedzieć. Jeśli powiem panu prawdę, to wyjdę na wariatkę. A nie jestem nią. Nic mnie nie boli i nie mam żadnych dolegliwości, ale... panie dyrektorze, ta praca czasem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Po wyjściu ze szpitala uświadomiłam sobie, że za długo tu jestem. No i odkryłam w sobie coś niecodziennego, dzięki czemu mogę postawić na samodzielną działalność. Proszę mnie nie pytać, co to jest, bo nie powiem. Wiem, że pewnie stawia to pana w kłopotliwej sytuacji, ale moja decyzja jest ostateczna.

Dyrektor wstał, a zaraz po nim zrobiła to Anna. Podszedł do niej.

- Pani Anno. Skoro jest pani zdecydowana na zmianę miejsca pracy, to co mogę zrobić? Ze swojej strony dziękuję za dotychczasową pani pracę i mam nadzieję, że w nowej pracy osiągnie pani sukces.

Uśmiechnął się do niej i podał jej rękę.

17

Anna miała już pięćdziesiąt lat i od czasu zwolnienia się z biura prowadziła własny gabinet wróżbiarski w swoim mieszkaniu. Cieszył się dużą renomą. Podczas wizyt klientów dla pozorów wróżyła im z kuli, która tak naprawdę do niczego nie była jej potrzebna.

Nikomu poza matką, Robertem i Barbarą nie powiedziała o swym darze. Nie chciała być męczona ciągłymi prośbami o przepowiedzenie najbliższej przyszłości. I tak jednak informacje o sprawdzalności jej wróżb trafiły do miejscowej policji, która czasem prosiła ją o pomoc. Robiła to niezbyt chętnie z uwagi na drastyczność niektórych spraw.

Było lato. Anna siedziała naprzeciwko swojej nowej klientki, zadbanej i bogatej, prawie czterdziestoletniej kobiety o ostrych rysach twarzy, na której obecnie gościł grymas złości.

- Proszę absolutnie odwołać tę wycieczkę. Absolutnie! - rzekła do niej zaaferowana Anna.

- O co pani chodzi!? Zazdrości mi pani pieniędzy, czy co!?

- Proszę pani, mam dość gruby portfel. Zresztą proszę sprawdzić opinie o mnie w internecie. Jestem bardzo dobrą wróżką, a moje wróżby zawsze się sprawdzają.

- Żałosne... nie wiem, po co tu przyszłam!

- Przyszła pani po to, by dowiedzieć się, czy w Tunezji pozna pani miłość swojego życia, a ja pani powiedziałam, że prywatny samolot, którym pani poleci, rozbije się na lotnisku. Chciała pani prawdy, to ją pani ma.

Kobieta wstała, po czym rzuciła zmięty banknot na stół.

- "Wróżka Lukrecja", dobre sobie! Niech sobie pani wybierze pseudonim "Wróżka Podpucha" - bardziej do pani pasuje! A do Tunezji i tak polecę!

Wyszła z ostentacyjną urazą z mieszkania.

Po chwili do pokoju wszedł Robert. Miał już dwadzieścia trzy lata i średniej długości brodę. Mocno przypominał Witolda.