Dar. Księga I Pellinoru - Alison Croggon

-
Proszę czekać

KILKA UWAG O TEKŚCIE

Niniejszy tom to pierwsze pełne tłumaczenie Naraudh Lar-Chanë (czyli Zagadki Drzewnej Pieśni), jednej z najważniejszych legend zaginionej cywilizacji Edil-Amarandhu. Moim zdaniem to klasyczne arcydzieło literatury annaryjskiej zasługuje na to, by trafić do znacznie szerszego grona czytelników niż uczeni akademiccy, których dotąd interesowało.

Ta książka jest zatem adresowana do zwykłego czytelnika, nie naukowca specjalisty. Do tej pory Naraudh Lar-Chanë ceniono przede wszystkim jako bogate źródło informacji, rzucające światło na kulturę Edil-Amarandhu, mnie jednak podczas pierwszej lektury uderzyły jego walory jako romansu. Wówczas to w mojej głowie zrodził się plan jednocześnie skromniejszy i bardziej ambitny niż pierwotny zamiar napisania rozprawy na temat społeczeństwa Annaru: zapragnęłam oddać ten barwny dramat i wyjątkową magię we współczesnej angielszczyźnie. Jeśli dzięki wytężonej pracy udało mi się uchwycić choćby dziesiątą część uroku oryginału, będę szczęśliwa.

Aby to osiągnąć, zrezygnowałam z przypisów, które zakłócałyby rozwój akcji. Zamiast tego dla zainteresowanych czytelników przygotowałam podstawowe informacje na temat społeczeństwa i historii Edil-Amarandhu, a także wskazówki co do wymowy annaryjskich nazw i imion. Znajdziecie je Państwo w dodatkach na końcu książki. Mam jednak nadzieję, że opowieść obroni się nawet bez tych uzupełnień, a czytelnika zainteresowanego przede wszystkim czystą przygodą zadowoli sama historia.

Wiele napisano na temat sensacyjnego odkrycia Pism annaryjskich w jaskini odsłoniętej podczas trzęsienia ziemi w centralnym Maroku w 1991 roku. Od owego wydarzenia sporo mówiło się o alarmujących implikacjach tego odkrycia dla całej współczesnej archeologii, o zagadkach datowania, które dotąd opierają się wszelkim próbom wyjaśnienia, i o mozolnej, niekończącej się pracy lingwistów i tłumaczy. Dla zainteresowanych najbardziej użytecznymi źródłami podstawowej wiedzy o Naraudh Lar-ChanëWiedza bez kategorii: trzy sztuki Gwiezdnych Ludzi Claudii J. Armstrong i niezastąpiona L'Histoire de l'Arbre-chant d'Annar Christiane Armongath.

Na Dar składają się dwie pierwsze księgi Naraudh Lar-Chanë. Pierwotny tekst, który przetrwał w jednym egzemplarzu, napisano po annaryjsku, w najpowszechniej używanym języku Annaru. Przekładając oryginał, przede wszystkim starałam się zachować żywość tekstu. Jeśli zmusiło mnie to do podjęcia pewnych nienaukowych czy wręcz kontrowersyjnych decyzji, mogę na swoje usprawiedliwienie przytoczyć klasyczną wymówkę tłumacza: czasami nie da się dochować wierności zarówno literze, jak i duchowi obcego języka. Gdy natrafiałam na nierozwiązywalny problem, zazwyczaj decydowałam się na zachowanie ducha. Zapewne wiele przyjętych przeze mnie rozwiązań wymagałoby wyjaśnienia, ale ze względu na ograniczenia miejsca postanowiłam przedstawić jedynie najważniejsze: wybór słowa bard.

Posłużyłam się nim do przetłumaczenia występującego w Mowie pojęcia Dhillarearë. Dosłownie oznacza ono "Gwiezdnych Ludzi". Ze względu na swój rezonans artystyczny i duchowy, nie ma odpowiednika w naszym języku. Uwzględniłam także fakt, że w annaryjskim słowo dhillë to czasownik oznaczający śpiewanie bądź nucenie, i owa dwuznaczność sprawiła, iż Dhillarearë powszechnie nazywano "pieśniarzami Daru". Słowo "bard" wydało mi się najbardziej przejrzyste i stosowne do oddania statusu politycznego, społecznego i kulturowego określanych nim ludzi.

Wiele osób zauważyło, że zastosowanie tego akurat wyrazu wywoła nieuniknione i niebezpieczne skojarzenia z tradycją irlandzką i walijską. Bardowie w Edil-Amarandzie cieszyli się zupełnie inną pozycją polityczną i autorytetem niż ich imiennicy w owych późniejszych społecznościach, jednakże w książce można znaleźć intrygującą zapowiedź tego, jak w przyszłości miał wyglądać zdegenerowany status barda: kronikarza i pochlebcy, podobnego do zatrudnionego przez Gilmana barda Mirlada, wspomnianego na początku opowieści. W społeczeństwie annaryjskim zajęcie to uważano by za poniżej godności Dhillarearë, a dzisiejszy spadek prestiżu poetów, których wszak uznajemy za współczesnych potomków bardów, byłby czymś nie do pomyślenia.

Wielu osobom jestem winna podziękowania, choć mogę tu wspomnieć zaledwie kilka. Nicholas, Vernon, Jan, Richard i Celeste Croggon czytali rękopis na wstępnym etapie pracy i ich wspaniała reakcja niezwykle mnie zachęciła. Podziękowania należą się także Danowi Spielmanowi, z entuzjazmem wspierającemu projekt, i Sopie Levy z Corpus Christi College w Cambridge, za to, że podczas wielu fascynujących dyskusji zdołała rzucić światło na liczne mniej znane aspekty społecznego życia bardów. Jestem także wdzięczna Alphon se'owi Calorge z Wydziału Literaturoznawstwa Porównawczego Uniwersytetu Paryskiego - Sorbony, za nieocenione wskazówki dotyczące niuansów translatorskich, oraz Davidowi Bircumshawowi za porady co do prozodii wierszy, często niezwykle trudnych do oddania w języku angielskim. I w końcu chciałabym też podziękować mojemu mężowi, Danielowi Keene, za niezłomne wsparcie, celne uwagi na temat pewnych osobliwości annaryjskiej składni i korektę rękopisu, a także mojej redaktorce Suzanne Wilson za doskonałe, bardzo drobiazgowe porady co do wszelkich aspektów tej książki. Wszelkie pozostałe w niej błędy i pomyłki to naturalnie wyłącznie moja wina.

Alison Croggon Melbourne, Australia, 2002

I UCIECZKA

Odkąd Maerad sięgała pamięcią, tkwiła uwięziona za murami. Była niewolnicą w Gilmanowym Siole, co oznaczało nędzne, żałosne życie, niekończący się błędny krąg morderczej harówki, zmęczenia i tępego strachu.

Gilmanowe Sioło było niewielką górską wioską, leżącą poza granicami rozległych krain Wewnętrznego Królestwa Annaru. Przycupnęło u wylotu ponurej doliny po wschodniej stronie gór Annova, w miejscu gdzie górskie pasmo rozszczepiało się na dwoje i niczym skalne szpony okalało północny kraniec doliny. W opinii tana Gilmana główną zaletę sioła stanowiło jego odosobnienie: tu mógł rządzić niczym tyran, nie obawiając się niczyjej władzy. Choć nikt nigdy nie atakował jego dworu, był on doskonale bronioną fortecą. Na tyłach sioła znajdowało się kamienne urwisko Muru Zewnętrznego, opadającego tysiąc stóp od zbocza Landrostu, najwyższego szczytu tej części łańcucha. Samo sioło otaczały mury z grubo ciosanego kamienia, wznoszące się na wysokość trzydziestu stóp z podstawy szerokiej na dwadzieścia. U szczytu zwężały się do zaledwie czterech stóp szerokości, nadal jednak dwaj zbrojni mogli maszerować tam obok siebie. Dostępu do środka broniła solidna drewniana brama, dość szeroka, by przepuścić ośmiu mężów bądź wóz z koniem. Nocą i przez większość dnia pozostawała zamknięta; wyjątek stanowiły okresy polowań oraz dni, gdy mieszkańcy wzgórz przybywali na swych wielkich wozach, by wymieniać solone mięso, sery i suszone jabłka na miecze, strzały, cebry i gwoździe.

W siole mieszkało sto pięćdziesiąt dusz: tan Gilman wraz z żoną, z której po urodzeniu dwanaściorga dzieci pozostał jedynie cień (z owej dwunastki przeżyła zaledwie piątka), jego wojowie, ich kobiety i bękarty. Resztę stanowili niewolnicy tacy jak Maerad, schwytani podczas młodzieńczych wypadów Gilmana, kupieni od przybyszów bądź po prostu urodzeni w niewoli. Mieszkali w barakach, długich chatach stojących w cieniu murów. Same budynki były stare, starsze nawet, niż przypuszczał Gilman: wznieśli je w zapomnianych czasach ponurzy ludzie północy, aby chronić się przed wilkami i jeszcze gorszymi stworami. Za czasów Gilmana mury służyły głównie więzieniu ludzi w siole. Niewolnicy orali i zbierali plony z niewielkich poletek w obrębie twierdzy; ich pracy zawdzięczał swe stoły, ubrania, sery i kwaśne trunki i nie życzył sobie, by mu uciekli. Liczni strażnicy umacniali jego tyranię i tym samym podnosili i tak wysokie mniemanie, jakie miał o sobie. Podobnie jak wielu władcom rządzącym znacznie większymi ziemiami, Gilmanowi nie było obce małostkowe poczucie próżności.

Jeśli nawet ktokolwiek uciekał, tak naprawdę nie miał się dokąd udać: najpewniej padał ofiarą dzikich bestii żyjących w puszczy, która ciągnęła się u podnóża gór. Nawet do odosobnionego sioła docierały czasem nowinki ze świata zewnętrznego: szepty o bezimiennych cieniach krążących w leśnym mroku, o zapomnianym złu, które przebudziło się z długiego snu i śmiało wędruje pod słońcem. I choć życie w Gilmanowym Siole było ciężkie i ponure, owe opowieści o nieznanej grozie działały równie dobrze jak mury, powstrzymując niewolników przed ucieczką.

Maerad była wciąż zbyt młoda, by porzucić nadzieję na wolność, choć gdy osiągnęła wiek dorosły i zaczęła lepiej pojmować własne ograniczenia, zrozumiała, że to jedynie dziecinne mrzonki. Wolność była fantazją, którą w nielicznych wolnych chwilach przeżuwała obsesyjnie niczym starą kość z zaledwie mikroskopijną resztką mięsa i która jak wszystkie złudzenia jedynie podsycała głód, sprawiając, że dziewczyna jeszcze wyraźniej czuła, jak jej dusza powoli kona, a nieużywane skrzydła zanikają w rozpaczy.

Wiosenne święto rozpoczęło się jak każde inne w życiu Maerad: od żelaznego głosu porannego dzwonu, który wyrwał ją ze snu i wyrzucił na brzeg świadomości ociężałą, obolałą i ślepą. Jej sny odpłynęły w mrok umysłu, jakby nigdy nie istniały.

Ziewając, wyłoniła się z baraku niewolników i powędrowała do studni na dziedzińcu, czując mrowienie skóry w zetknięciu z lodowatym powietrzem. Szczelniej opatuliła się płaszczem i nie zwracając uwagi na mroczne sylwetki budynków dokoła, napełniła naczynie wodą i wylała ją sobie na głowę. Łapiąc głośno powietrze, strząsnęła krople z gęstych włosów; oddech białymi pióropuszami ulatywał jej z nozdrzy i spomiędzy szczękających zębów. Ręce i nogi wciąż miała ciężkie jak ołów, twarz zdrętwiałą niczym cegła, ale przynajmniej już się obudziła.

Właśnie wycierała się płaszczem, gdy usłyszała za plecami ciężkie kroki. Obróciła się szybko niczym dziki pies, od razu zjeżona, okazało się jednak, że to tylko Lothar, rosły i tępy osiłek zawiadujący mleczarnią.

- Późno się położyłaś, co? - rzucił drwiąco.

Maerad z pogardą odwróciła się do niego plecami.

- Panowie hałasowali aż do kurów - dodał. - A któż to wziął sobie ciebie zeszłej nocy?

- Zamknij wstrętną gębę, półgłówku - warknęła krótko - albo potraktuję cię złym okiem.

Obróciła się ku niemu, patrząc wściekle, i uniosła ręce. Lothar zbladł jak ściana i skrzyżował dłonie przed oczami.

- A kysz! A kysz! - krzyknął. - Nie miałem nic złego na myśli, Maerad!

- W takim razie nie powtarzaj paskudnych plotek - syknęła. - Idź stąd! Już!

Lothar odszedł pośpiesznie i Maerad pozwoliła sobie na ponury uśmiech, napawając się cenną chwilą samotności. Sioło dopiero zaczynało budzić się do życia; kur jeszcze nie zapiał i miała chwilę, póki nie zabrzmi dzwon przywołania. Większość niewolników nadal kuliła się na ogrzanych pryczach, żegnając się z nimi dopiero w ostatniej chwili.

Maerad uniosła głowę i odetchnęła głęboko, wpatrując się w odległe gwiazdy, maleńkie punkciki lodowatego ognia wysoko nad górami. Jak zawsze poszukała wzrokiem gwiazdy zarannej, Ilionu, płonącej jasno nad wschodnim horyzontem, i powęszyła w rześkim powietrzu. Zaczyna się wiosna - pomyślała. Mimo znużenia poczuła nagłą radość. Potem spojrzała na pokryte odciskami dłonie i westchnęła. - Ale nie dla mnie, ja już zaczynam więdnąć. Co ze mną będzie?

Z tępą nienawiścią wpatrywała się w otaczające ją nędzne zabudowania. Pomijając siedzibę tana i pański dwór, utrzymany lepiej niż reszta, na sioło składały się nędzne budynki z klepiskami, pokryte gnijącym gontem. Wiele waliło się ze starości; niewolnicy łatali szczeliny okładami z gliny i słomy, przez co baraki nabrały osobliwie chorobliwego wyglądu. Cuchnęły gnijącym łajnem i ludzkim potem. Słyszała dobiegający ze środka słaby, piskliwy płacz chorego dziecka. Ktoś inny krzyknął gniewnie, odpowiedziało mu głuche szlochanie kobiety. Co ze mną będzie? - powtórzyła bezradnie, a potem z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonu. Otrząsnęła się, pomaszerowała do wspólnej sali na skąpe śniadanie, złożone z cienkiej szarej owsianki, i czekała na przydział dzisiejszych zajęć.

Tego ranka posłano ją do mleczarni, do sekcji Lothara. Skrzywiła się, myśląc, jaki to pech. Po porannej utarczce będzie musiała stykać się z nim cały dzień, a dziś była wyjątkowo zmęczona. Zeszłej nocy w pańskim dworze odbyła się jedna z libacji tana Gilmana, specjalne przyjęcie z okazji pierwszych wiosennych łowów. Jego ludzie wrócili z nich głodni, rozczochrani, zbryzgani krwią i rozdrażnieni, głośno domagając się piwa, woki, pieczystego i muzyki. Dla Gilmana dzień ten był jednym z najważniejszych świąt w roku, toteż wszystkich niewolników zagoniono do wytężonej pracy. Maerad odsłużyła dodatkową zmianę w kuchni, obracając i polewając sosem truchła jeleni na żelaznych rożnach. A potem, ponieważ w całym siole tylko ona znała się na muzyce, całą noc siedziała w pańskim dworze, grając ballady, które śmiertelnie ją nudziły - opowieści o zabijanych jeleniach, odwadze mężów i ogarów - a potem pieśni pijackie i rubaszne przyśpiewki, których nie znosiła najbardziej.

Pański dwór to było górnolotne określenie budowli bardziej przypominającej wielką stodołę, o belkowanym stropie, z poczerniałą dziurą w dachu wypuszczającą dym z wielkiego paleniska na środku podłogi. Maerad przycupnęła w kącie ze swą lirą, pod obojętną miną ukrywając wzgardę, a tymczasem dwudziestu mężczyzn zasiadło przy długim, ledwo heblowanym drewnianym stole pod ścianą i gołymi rękami odrywało mięso od kości, i piło do nieprzytomności wokę - ostry, palący trunek z rzepy i brukwi, od którego do oczu napływały łzy. Nawet się nie umyli i ich ostry odór w połączeniu ze smrodem dymu sprawiał, że piekły ją oczy. Ku wielkiej uldze Maerad nikt nie próbował jej obmacywać, lecz mimo wszystko poczuła się brudna pod ostrzałem lubieżnych spojrzeń. Z czasem we dworze robiło się coraz goręcej i duszniej i Maerad kręciło się w głowie od smrodu i zmęczenia. Grała źle, co w takich okolicznościach zdarzało się jej rzadko, lecz i tak nikt tego nie zauważył.

Libacja zakończyła się niedługo przed świtem, gdy ostatni pijany osiłek osunął się na stół i zachrapał pośród reszty śliniącej się we śnie bądź leżącej w kałużach rzygowin. Wówczas, dygocząc ze zmęczenia, Maerad zabrała lirę i potykając się, szła między śpiącymi psami, rozrzuconymi kośćmi i śmieciami, rozlaną woką i chrapiącymi biesiadnikami, by w końcu odetchnąć słodkim nocnym powietrzem. Śmierdziała, ale była tak zmęczona, że ruszyła prosto do baraku kobiet i padła na cienki siennik, aby choć na godzinę się zdrzemnąć.

W oborze oparła czoło o ciepły bok ciemnookiej krowy, która stała cierpliwie, przeżuwając, podczas gdy Maerad rytmicznie uciskała pełne wymiona. Mleko tryskało miarowo do cebrzyka. Maerad prawie zasnęła, gdy nagle krowa, wierzgnąwszy, o mało jej nie kopnęła. Wyrwana z otępienia ledwie ocaliła cebrzyk - rozlane mleko oznaczało chłostę - i usiłowała uspokoić zwierzę. Zazwyczaj wystarczało jedno słowo, lecz dziś krowa sapała i tupała głośno, szarpiąc łańcuchy przypięte do tylnej nogi i głowy, jakby coś zdenerwowało ją lub spłoszyło.

Maerad poczuła, jak jeżą się jej włosy na głowie. Odniosła dziwne wrażenie, jakby zbliżała się burza i powietrze trzeszczało elektrycznością. Rozejrzała się po oborze.

Zaledwie dziesięć stóp od niej stał mężczyzna, obcy, którego nigdy wcześniej nie widziała. Wstrząśnięta, straciła na chwilę oddech. Był wysoki; surowa twarz kryła się w cieniu ciemnego kaptura z szorstkiej wełny. W słabym świetle sączącym się z otwartych drzwi dostrzegła zarys orlego nosa i błysk oczu. Wstała i sięgnęła po trzcinową pochodnię, niepewna, czy powinna wzywać pomocy.

- Kim jesteś? - rzuciła ostro.

Mężczyzna milczał.

Maerad poczuła, jak ogarnia ją strach.

- Kim jesteś? - powtórzyła. Czy był to łak z gór? Upiór? - Odstąp, mroczny duchu!

- Nie - rzekł w końcu. - Nie jestem duchem. Ani łakiem w ludzkiej skórze. Nie. Wybacz mi. - Westchnął ciężko. - Jestem zmęczony i ranny. Nie jestem w pełni sobą.

Uśmiechnął się, lecz bardziej przypominało to grymas i gdy światło pochodni wniknęło pod kaptur, oświetlając rysy przybysza, Maerad przekonała się, że poszarzał z wyczerpania. Jego twarz przyciągała wzrok: wydawała się ni to młoda, ni to stara; na oko była to twarz najwyżej trzydziestopięciolatka, lecz odznaczał się w niej autorytet starca. Mężczyzna miał wystające kości policzkowe, stanowcze usta i duże, głęboko osadzone oczy. Przygwoździł ją wzrokiem.

- A kim ty jesteś, młoda czarodziejko? Trzeba bystrych oczu, by wypatrzyć takich jak ja, choć być może zawiodła mnie sztuka. Podaj swoje imię!

- Kim jesteś, by mnie o nie pytać? - rzuciła wojowniczo Maerad.

W nagłym zdumieniu zauważyła, że się nie boi, choć, jak pomyślała przez ułamek sekundy, może powinna.

Mężczyzna przyglądał się jej uważnie, wbijając w nią wzrok. Zachwiał się lekko i natychmiast zesztywniał, po czym znów uśmiechnął się przepraszająco.

- Jestem Cadvan ze Szkoły Lirigonu - oznajmił. - A teraz waćpanna powiedz, jak cię zowią.

- Maerad - odparła niemal szeptem.

Nagle poczuła się kompletnie zagubiona, oszołomiona jego uprzejmością.

- Maerad z Gór? - spytał nieznajomy z cierpkim uśmiechem.

- Ze... ze stanicy Gilmana - odparła, zająkując się, a potem dodała pośpiesznie: - Jestem tu niewolnicą.

- Niewolnicą?

Na zewnątrz zabrzmiały kroki; potężna sylwetka Lothara przesłoniła światło.

- Gdzie jest mleko? Co ty wyprawiasz, straciłaś rozum? Stęskniłaś się za batem? Jeśli masło nie wyjdzie, będę wiedział, czyja to wina.

Po porannej utarczce nie traktował jej przyjaźnie. Maerad znów straciła na moment oddech ze zdumienia: choć nieznajomy stał na środku obory, Lothar zdawał się patrzeć wprost przez niego.

- Ja... przepraszam - wyjąkała. - Bydło się płoszy.

Usiadła na stołku i ponownie pochyliła się przy krowie, teraz stojącej spokojnie. Lothar przyglądał się, jak doi. W myślach prosiła, by sobie poszedł. Po jakimś czasie usłyszała oddalające się kroki i odprężyła się nieco. Doiła dalej, bo potrzebowała czasu, żeby pozbierać myśli. Nieznajomy przyglądał się jej w milczeniu.

- Maerad - rzekł w końcu cicho - nie mam wobec ciebie złych zamiarów. Jestem zmęczony i muszę się przespać. Dlatego tu przyszedłem.

Przetarł dłonią czoło i oparł się o ścianę obory.

- On cię nie widział - oznajmiła głucho, wciąż dojąc miarowo, aby ukryć zdumienie.

- Nie. To drobiazg... - odrzekł z roztargnieniem. - Zwykły drobny urok. Znacznie ciekawsze jest to, że ty mnie zobaczyłaś.

Znów omiotło ją to samo przenikliwe, niepokojące spojrzenie. Maerad ogarnęło nagłe onieśmielenie, jakby była naga. Odwróciła twarz. Czuła jego wzrok na sobie, a potem ulgę, gdy się odwrócił. Mimowolnie wzdrygnęła się: usłyszała, jak mężczyzna porusza się i siada.

- Gdybym tylko nie był taki zmęczony... - rzekł w końcu, po czym spytał: - Nie zawsze byłaś niewolnicą, prawda?

- Moja matka nie była niewolnicą - Maerad mówiła niechętnie, jakby wbrew woli. - Gilman ją kupił i sprowadził tutaj, kiedy byłam bardzo mała. Myślę, że liczył na okup, ale nikt się nie zjawił... - Urwała, po czym dodała beznamiętnie: - A potem umarła. - W nagłym przebłysku gniewu obróciła się ku niemu. - Co cię to w ogóle obchodzi? - rzuciła ostro. - Kim jesteś, żeby mnie o to pytać?

Nieznajomy nie zareagował, spokojnie patrząc jej w oczy.

- Jak nazywała się twoja matka?

- Milana. Milana z Pellinoru, Pieśniarka Daru, Córa Pierwszego Kręgu. Mój ojciec... - przerwała dojenie, unosząc w zdumieniu ręce do ust. - Och!

- Istotnie, och - odparł Cadvan.

- Chciałam powiedzieć, że matka miała na imię Milana, to wszystko, co pamiętam... - Maerad urwała oszołomiona. - Ona... umarła, kiedy miałam siedem lat... Nic nie wiem o... o tej reszcie. Czy to ty kazałeś mi to powiedzieć?

- Kazałem? Nie, niczego nie mogę ci kazać. Zadałem pytanie i drzwi twego umysłu otwarły się. W tej skarbnicy kryje się więcej, niż podejrzewa większość ludzi. Szkoła Pellinoru - mruknął jakby do siebie - została splądrowana wiele lat temu. Sądzono, że wszyscy zginęli.

Umilkł. Maerad, wstrząśnięta, doiła nadal. O czym on mówił? Czyżby mieszał jej w głowie, jak to mają w zwyczaju niesforne duchy, oszałamiając zmysły, a potem porywając ludzi? Nie wydawał się jednak zły.

- Jakim prawem przychodzisz tu i mówisz... mówisz takie rzeczy? Mogłabym wezwać ludzi tana - zająknęła się i umilkła.

W jakiś sposób wiedziała, że nie zawoła strażników.

Nieznajomy oparł twarz na rękach i nie odpowiedział. Maerad zerknęła na niego gniewnie. Skończyła doić, odwiązała krowę i przyprowadziła następną. Cadvan nadal siedział nieruchomo w tej samej pozycji.

- Jeśli jesteś z Pellinoru, nie możesz tu zostać - oznajmił w końcu.

Spojrzała na niego z nagłą szaleńczą nadzieją. Czyżby znał jakiś sposób, by ją uwolnić? Ale nikt nie mógł uciec z sioła...

Spojrzał na nią.

- Czy mogłabyś poczęstować mnie mlekiem?

Bez słowa podała mu cebrzyk. Pociągnął kilka długich łyków, a potem otarł usta i uśmiechnął się.

- Bądź błogosławiona, ty i twój dom.

Maerad niecierpliwie kiwnęła głową, lekceważąc uprzejme słowa.

- Czy przyjdziesz jeszcze do obory? - spytał. - To znaczy dzisiaj.

Przyjrzała mu się podejrzliwie.

- Tak, przydzielono mnie dziś tutaj do pracy - rzekła w końcu. - Przyjdę wieczorem na dojenie krów. Dlaczego pytasz?

- To świetnie - przeciągnął się i ziewnął. - Teraz się prześpię. Pomówimy później, kiedy będę mniej zmęczony.

Rzucił się na siano i niemal natychmiast zasnął. Maerad patrzyła na niego z góry, zastanawiając się, czy obudzić przybysza kopniakiem i zmusić, by odpowiedział na jej pytania, czy może wezwać strażników. Lecz z przyczyn, których nie umiała określić, nie zrobiła niczego takiego. Skończyła dojenie i zostawiła go tam.

Zarobiła chłostę za brakujące mleko.

Tego dnia Maerad była tak roztargniona, że tylko cudem uniknęła drugiej chłosty. Krzątając się w mleczarni, ubijając masło i rozlewając mleko do mis, by skwaśniało, nie myślała o tym, co robi. Z początku nie wiedziała, co sądzić o nieznajomym w oborze. Jej umysł, wyćwiczony w unikach niezbędnych do przeżycia, odmawiał skupienia się na przybyszu, jakby nie mogła o nim myśleć. Lecz momentami przed jej oczami pojawiał się obraz ciemnej twarzy, a wraz z nim niepokojące doznanie, którego nie umiała nazwać: budzące dreszcz przeczucie, nie do końca nieprzyjemne, ale też nie miłe. Gdyby była dzieckiem przywykłym do świętowania dnia imienin, mogłaby je porównać do wyczekiwania na prezent, nie znała jednak podobnych zwyczajów. Jednocześnie tępa, obojętna maska, pod którą się skrywała, nagle jakby zniknęła, pozostawiając ją odsłoniętą i nieco przerażoną. Zupełnie jakby nieznajomy otworzył długo zamknięte drzwi w jej umyśle, wpuszczając do środka zimny, świeży wiatr, który przebudził ją z odrętwienia. Zastanawiała się, kim jest, i to sprawiało jej ból.

Przywykła do własnej odmienności. Często stanowiła ona nie tylko przekleństwo, ale też i ochronę. Z powodu jej niebieskich oczu i czarnych włosów jasnowłosi ludzie północy nazywali ją wiedźmą, a Maerad od wczesnego dzieciństwa nauczyła się odgrywać tę rolę, wykorzystując cechy, które ją odróżniały. Rzeczywiście dysponowała mocą przeklinania: jeśli spojrzała na kogoś gniewnie, potykał się i wywracał bez powodu, z półki spadał dzbanek, rozbijając mu się na głowie, a kiedyś na trzy dni oślepiła pewnego człowieka. Znakomicie też radziła sobie ze zwierzętami, co stanowiło kolejną cechę czarownicy; te, których doglądała, szybko przybierały na wadze i dawały dwakroć więcej mleka niż inne. Większość niewolników bała się jej i unikała, a ludzie Gilmana... No cóż, wojowie tana także nauczyli się, że lepiej zostawić ją w spokoju.

Gilman był człowiekiem głęboko przesądnym i, podobnie jak większość brutali, w swej istocie pozostawał tchórzem. Wierzył, że gdyby Maerad zamordowano, jej duch doprowadziłby go do paskudnej śmierci: być może wzbudziłby w nim obłęd, zmuszając do skoku w środek stada wilków, albo przeszywał powoli niewidzialnymi, ognistymi ostrzami. Maerad unikała więc najgorszych zajęć, co budziło wśród niewolników zawiść i głęboką niechęć. Niedawno niechęć owa przemieniła się w otwartą wrogość: miesiąc wcześniej sześć kobiet rzuciło się na nią i próbowało utopić w kaczym stawie. Prawie się im udało, lecz Gilman, poczerwieniały z paniki, wypadł z dworu i wyciągnął ją z wody. Choć Maerad też się dostało za wywołane kłopoty, jej prześladowczynie wychłostano i przez trzy dni głodzono. Ocalona przez Gilmana! Na tę ironię uśmiechnęła się bez cienia rozbawienia. Na razie interwencja tana powstrzymała dalsze ataki, teraz jednak nikt z nią nie rozmawiał, oprócz idiotów takich jak Lothar.

Gdyby nie muzyka, mogłaby się zabić albo pozwolić demonom w głowie doprowadzić się do szaleństwa. Albo też mogłaby zamienić się w kamień i upodobnić do reszty, tak odrętwiałej, że pozbawionej wszelkich uczuć. Cały jej majątek stanowiła lira, jedyna rzecz, którą odziedziczyła po matce. Niewielka, pasowała do jej objęć niczym dziecko - prosty drewniany instrument bez ozdób, prócz nieczytelnych rzeźb, ton jednak miała wyraźny i czysty. Jednym z najwcześniejszych wspomnień Maerad była matka grająca na lirze, trącająca struny i śpiewająca; zgadywała, że musiała być wtedy bardzo mała, bo na twarzy matki nie widziała jeszcze smutku.

Maerad umiała grać jak prawdziwy minstrel: miała świetne ucho i wystarczyło, że raz usłyszała melodię, by ją powtórzyć. Po śmierci matki jej talent odkrył Mirlad, bard Gilmana. Miała wówczas zaledwie siedem lat i Mirladowi w jakiś sposób udało się przekonać władcę, by zwolnił ją z porannych obowiązków, żeby on mógł ją uczyć. Był jej szorstkim, ponurym, czasem okrutnie surowym nauczycielem, do czasu kiedy skończyła trzynaście lat. Wówczas Gilman zażądał, by znów zaczęła pracować w polu. Maerad pamiętała, jak nieszczęśliwa czuła się wtedy, pamiętała też osobliwą wypowiedź Mirlada.

- Nauczyłem cię wszystkiego, co wiem o muzyce - rzekł, obojętnie wzruszając ramionami. - Pewne nauki tylko by się tu zmarnowały. Zresztą możesz grywać wieczorami.

Talent muzyczny podsycał jeszcze jej samotność, stanowił jednak kolejny powód, dla którego Gilman ją tolerował: Mirlad zmarł dwa lata wcześniej - jedynie Maerad opłakiwała jego odejście - i teraz tylko ona w całym siole umiała grać na libacjach. Gdy mogła, grywała też dla siebie i owe wykradzione chwile stanowiły jedyną pociechę w jej poniżającym życiu.

Milana. Moja matka. Od jak dawna o tobie nie myślałam? Co wieczór zaplatałaś mi włosy, nawet gdy twoje ręce trzęsły się ze zmęczenia. A kiedy czułam się smutna albo ktoś mnie pobił, grałaś mi piękne melodie i całowałaś tu, w czoło...

Myśli Maerad zmroziły się na wspomnienie śmierci matki, jej choroby, trawiącej ją gorączki, bólu i żalu. Umarła, to wszystko, i od tej chwili Maerad została sama.

Odkąd pamiętała, śniła o ucieczce z Gilmanowego Sioła. Lecz lata mijały, przynosząc z sobą jedynie świadomość, że ucieczka jest niemożliwa. Nadzieja umierała powoli i Maerad wiedziała, że w końcu jej twarz przybierze ten sam wyraz smutku, który zapamiętała na pięknym obliczu matki. A teraz ten Cadvan - wymówiła bezdźwięcznie jego imię - zjawił się znikąd, jakby mury, strażnicy i psy nie istnieli.

W miarę jak upływał dzień, z coraz większą niecierpliwością raz po raz odtwarzała w myślach poranną rozmowę. Czasami wmawiała sobie, że tylko wyobraziła sobie przybysza, że był złudzeniem wynikającym ze zmęczenia, mroczną projekcją trawiącej ją tęsknoty. Sądziła, że nadzieja w niej już umarła, teraz jednak uświadomiła sobie, że jedynie zapadła w sen, niczym szare popioły, w których wciąż kryje się ogniste serce, i wystarczy jedynie lekki podmuch, by znów przebudzić płomień.

Godziny wlokły się niemiłosiernie, w końcu jednak nastał wieczór. Nim jednak Maerad wróciła do obory, wiedziona nagłym impulsem wśliznęła się do swego baraku i zabrała lirę, ukrytą do tej chwili pod siennikiem i owiniętą w parciany worek.

Cadvan wciąż tam był; leżał w oborze na wznak z rękami splecionymi za głową. Sprawiał wrażenie, że uważnie przygląda się sufitowi. Jego twarz straciła nieco szary odcień, choć pod oczami wciąż pozostawały czarne sińce. Kiedy Maerad weszła, uśmiechnął się do niej, ale na widok świeżych śladów po chłoście na jej nogach jego uśmiech zniknął. Popatrzyła na niego bez wyrazu, czekając, aż się odezwie. Westchnął i wstał.

- No cóż, Maerad, miałem nieco czasu do namysłu - oznajmił. - To ohydne, odrażające miejsce, zwierzęta traktuje się tu lepiej niż ludzi. Nie znacie tu sprawiedliwości... - Zamilkł na chwilę. - Chcesz odejść?

Maerad o mało się nie roześmiała. Strażnicy strzegli sioła dzień i noc i zawsze byli czujni. Czasami zdarzało się, że niewolnik próbował uciec, lecz nigdy nie słyszała, by komuś się udało, za to widziała wiele morderczych chłost, a także mężczyznę rozszarpanego na kawałki przez sforę psów Gilmana. To wspomnienie wystarczyło, by ją zniechęcić.

- Odejść stąd?

- Mówię poważnie, Maerad.

- Od wielu lat nie marzę o niczym innym. Ale to niemożliwe. Jak sądzisz, dlaczego wciąż tu jestem?

- A zatem chcesz odejść? - Cadvan umilkł i wbił wzrok w ziemię. - Właściwie nie powinno mnie to dziwić. Teraz mam więc drobny dylemat i muszę zdecydować, co robić dalej. Bardzo niemądrze byłoby zabrać cię z sobą. Uciekam z niebezpieczeństwa w niebezpieczeństwo i zaczyna mi brakować sił.

Maerad, zawiedziona, spuściła głowę. Mimo swego sceptycyzmu nie zdawała sobie sprawy, jak uparta jest jej nadzieja. Ale Cadvan jeszcze nie skończył.

- Lecz jeśli w istocie jesteś córką Milany i rzeczywiście pragniesz odejść, nie mogę cię tu zostawić. Może wróciłbym po odzyskaniu sił, ale mam obowiązki, których nie wolno mi porzucić, a zajmą mi one najbliższe miesiące. A serce mówi mi... - Znów umilkł, wbijając wzrok w ziemię, jakby rozważał w duchu ważką decyzję. - Muszę odejść już teraz. Jeśli chcesz pójść ze mną, to proszę. Odejście nie będzie trudne. Inne rzeczy - owszem. Ale na razie nie ma się co martwić.

Maerad nagle zabrakło tchu, głos uwiązł jej w gardle.

- Zatem tak? - spytał nieznajomy. - Czy nie?

- Dlaczego zadajesz mi te pytania? To niemożliwe! Chcesz mnie oszukać?

Cadvan spojrzał na nią bez słowa. Wpatrywała się w niego z uporem, nie odwracając oczu.

- W życiu człowieka rzadko zdarzają się chwile, gdy ma przed sobą jasny wybór - powiedział w końcu Cadvan. - Różnica między ludźmi polega na tym, jak do niego podchodzą. - Po krótkiej chwili milczenia niecierpliwie machnął ręką. - Nie mam czasu. Złożyłem ci propozycję, możesz zostać lub odejść, wedle woli. Pytam tylko, czego pragniesz. Jeśli sama nie wiesz, to już nie moja sprawa.

Strzepnął z płaszcza źdźbło słomy i odwrócił się do wyjścia.

Maerad poczuła nagle coś bliskiego panice. Przez sekundę miała wrażenie, że znów tonie, tyle że tym razem niczyja ręka nie wyciągnie jej na brzeg.

- Zaczekaj! - zawołała. - Zaczekaj.

Cadvan odwrócił się ku niej.

- Pójdę z tobą - oznajmiła.

Spojrzał na jej owiniętą lirę.

- Czy jest jeszcze coś, co musisz z sobą zabrać? - Maerad pokręciła głową. - Doskonale. Zatem ruszymy już teraz.

- Teraz? A co z krowami?

Rzeczywiście, muczały cicho, domagając się, by ulżyła przepełnionym wymionom.

- Ktoś inny wydoi je dziś wieczór - odparł Cadvan. - Nie sądzę, by Gilman pozwolił swym zwierzętom cierpieć: są na to zbyt cenne. A teraz szybko. Chodź tutaj.

Maerad podeszła do niego ostrożnie, a on kazał jej stanąć naprzeciwko. Położył dłonie na jej ramionach i przemówił. Jego słowa wzbudziły w Maerad dreszcz, zupełnie jakby zanurzyła się w zimnej świeżej wodzie ze źródła bijącego o poranku świata.

Larnea il oseanna, lembel Maerad inasfrea! Mniej więcej oznacza to: "Odwróć spojrzenia ludzi od Maerad, by mogła wędrować niewidziana" - wyjaśnił, opuszczając ręce. - Teraz nikt cię nie zobaczy, nawet jeśli będziesz stać o piędź od jego nosa. Urok nie zadziała na przedmioty, jeśli je upuścisz. Trzymaj zatem swój tobołek przy sobie! A teraz musimy wspiąć się na mury.

Podniósł sakwę, której Maerad wcześniej nie zauważyła, i ruszył w stronę niskich drzwi. Gdy to uczynił, ponownie ogarnęła ją panika. W pewien sposób czuła, że nie może już zmienić swojej decyzji, choć sama nie wiedziała, na co właściwie się zgodziła. Dlaczego miałaby zaufać temu człowiekowi? Nie znała go przecież. Lecz wątpliwości przegrały z palącą tęsknotą, jakby pragnienie wolności, przez tyle lat tłamszone poczuciem beznadziei, powróciło nagle wielką wszechogarniającą falą. Nigdzie nie może być gorzej niż tutaj, bo tu z pewnością umrę. A tam, na zewnątrz - kto wie? Odetchnęła głęboko i w ślad za Cadvanem wyszła z obory.

- Musimy się śpieszyć - rzekł. - Nic nie mów. Nie mogę sprawić, by nas również nie słyszeli.

Zostawiając za sobą oborę, skierowali się w stronę południowego muru. Z trudem przychodziło jej nie kulić się na otwartych placach, na których wojowie tana stali oparci o ściany, zabawiając się bronią. Nie mogła uwierzyć w swą niewidzialność, czuła się przecież tak bardzo widoczna!

Po drodze minęli pański dwór. Psy na łańcuchach uniosły głowy i zaczęły węszyć, gdy je mijali, lecz ludzie spoglądali przez nich na przestrzał.

Trzymała się tuż za Cadvanem, mimo woli skradając się na palcach. W końcu dotarli do najmniej strzeżonej części zewnętrznych fortyfikacji. Sama wspinaczka okazała się całkiem łatwa. Maerad już wcześniej często zastanawiała się, jak to zrobić, lecz pod czujnym okiem strażników, którzy widzieli każdy cal muru i doskonale rozumieli, że gdyby komuś udało się uciec, zapłaciliby życiem, było to zadanie niewykonalne. Cadvan postawił stopę na murze, a Maerad bezradnie pokazała mu owiniętą w worek lirę, której nie mogła zarzucić na plecy. Zatrzymał się, chwilę pomyślał, wziął ją i schował do swej sakwy. Potem znów ruszyli. Gdy dotarli na szczyt, Cadvan przystanął, rozglądając się na obie strony w poszukiwaniu patrolujących strażników. Starannie wybierając moment, chwycił Maerad za rękę i pchnął na drugą stronę wąskiej ścieżki; potem razem zsunęli się na ziemię. Nie dotarli jeszcze na dół, gdy Maerad usłyszała dzwon: zadźwięczał raz, drugi, trzeci, a potem zaczął dzwonić nagląco. Był to sygnał, że ktoś uciekł. Zadrżała, czuła, że jest zupełnie odsłonięta. Lothar musiał już odkryć jej nieobecność - stało się to bardzo szybko: bez wątpienia chciał się zemścić za jej poranne słowa i sprowadzić na nią chłostę za niepotrzebne zamieszanie. W siole nastało poruszenie. Maerad na wpół zsunęła się, na wpół spadła z muru, wyprzedzając Cadvana.

- Teraz się śpieszysz! - rzekł ze śmiechem. - Sądziłem już, że nigdy cię stamtąd nie wyciągnę.

- Poślą za nami psy! - wyszeptała, dysząc ze strachu. - Ogarom Gilmana nie można uciec. Potrafią tropić jelenia przez tydzień i w minutę rozszarpać rosłego męża!

- Z psami łatwo sobie poradzić - odparł Cadvan. - Nie bój się, Maerad. Jeśli psy są najgorszym, z czym przyjdzie nam się zmierzyć, to mamy szczęście. Ale teraz musimy ruszać. Widzisz koniec doliny? Nim nastanie świt, chcę go mieć za sobą. Obawiam się, że dziś wieczór czeka nas długi marsz. Potem odpoczniemy.

Maerad spojrzała na dolinę, w której tkwiła uwięziona przez większą część swego krótkiego życia. Ziemia przed nią opadała równomiernie, zbocze zaściełały głazy i odłamki skalne porośnięte rzadką, niską trawą, pośród której gdzieniegdzie sterczało karłowate drzewo, pokrzywione przez potężne wichury z gór Osidh Annova, wschodniej granicy Wewnętrznego Królestwa. Środkiem doliny biegł ubity trakt, tu i tam zasłany kamieniami pozostawionymi przez lawinę.

Nagle poczuła się bardzo mała i przerażona. Spojrzała na stojącego obok mężczyznę i przełknęła ślinę. Twarz miał mroczną i skrytą; wielkie psy, które dręczyły ją w sennych koszmarach, ogary o donośnych głosach i szybkich łapach, dla niego były zaledwie drobnostką. Bez wątpienia zetknął się z gorszymi rzeczami. Teraz sprawiał wrażenie niedostępnego, przepełnionego ukrytą mocą, którą zaledwie wyczuwała. Nie chciała wydać się niemądra komuś takiemu. Wyprostowała się i odetchnęła głęboko.

- A zatem ruszajmy - rzekła, odwracając się w stronę niewyraźnej ścieżki.

Za jej plecami i za siołem wznosił się Landrost; zachodzące słońce zabarwiło jego wierzchołek szkarłatem. Skalny masyw rzucał cień na całą dolinę.

II LANDROST

Nie przeszli nawet pół mili, gdy Maerad usłyszała przeciągły jęk myśliwskiego rogu i ujadanie ogarów Gilmana. Serce ścisnęło się jej w piersi. Wkrótce brama sioła otwarła się na oścież i wyłoniło się z niej trzech ludzi tana dosiadających pośpiesznie osiodłanych koni. Za nimi zjawiły się psy, biegnące szybko w dogasającym świetle dnia. Z nosami przy ziemi szukały tropu, w ich oczach płonęła żądza krwi. Maerad walczyła z narastającym strachem i nieświadomie przysunęła się do Cadvana, kuląc ramiona. Zerknął na nią szybko.

- Maerad, nic nam się nie stanie - rzekł cicho. - Ci ludzie nas nie widzą.

Przytaknęła i dreptała dalej, starając się opanować. Nagle ujadanie zabrzmiało głośniej: ogary odnalazły trop i puściły się biegiem. Jeźdźcy pomknęli za nimi, spinając ostrogami wierzchowce. Cadvan nadal maszerował spokojnie.

- Ale przecież psy nas widzą - wyszeptała ochryple Maerad. - Psy nas widzą i...

- Nie zrobią nam krzywdy - uciął Cadvan. - To dzikie i groźne bestie, ale niewinne. Nie służą mrocznym celom. Więcej wiary.

Ogary doganiały ich bardzo szybko. Gdy się zbliżyły, Cadvan przystanął i obrócił się na pięcie. Uniósł rękę; Maerad wydało się nagle, że wokół lub wewnątrz niego zapłonęło światło, choć nie dostrzegła jego źródła.

Lemmach! - rzucił.

Biegnący na czele ogar zatrzymał się, tak że następny wpadł na niego. Sfora zamarła niepewnie.

Lemmach ni ardrost!

Pies przewodnik podszedł do Cadvana i otarł mu się o łydki. Cadvan pogłaskał go po pysku.

Ni ardrost - powtórzył łagodnie.

Psy obwąchały go kolejno, a potem, zupełnie jakby przybiegły tylko po to, by napić się wody ze stawu, lekkim truchtem wróciły do jeźdźców.

Maerad wciąż stała nieruchomo z twarzą wykrzywioną zdumieniem.

- Co im zrobiłeś?

- Powiedziałem, żeby się zatrzymały, i poprosiłem, by wróciły do domu - wyjaśnił Cadvan. - A że to przyjazne stworzenia, chętnie posłuchały. Nie będą już na nas polować, nieważne, co zrobią im panowie. Są posłuszne starszym prawom.

Maerad słyszała za sobą przeklinających jeźdźców i skowyt bitych psów. Nagle uświadomiła sobie, że dygocze. Ogarnęła ją fala obezwładniającego zmęczenia. Potknęła się. Cadvan z zatroskaną miną złapał ją za łokieć.

- Przepraszam, że tak cię poganiam, Maerad, lecz nie możemy tu odpocząć dziś w nocy - oznajmił. - Ogary Gilmana nam nie zagrażają, ale inne istoty owszem. To nieprzyjazne miejsce. A zmrok już zapada.

Maerad odtrąciła rękę swego towarzysza. Inne istoty? - powtórzyła w myślach. Jakie inne istoty? Nagle przypomniała sobie niedawne pogłoski o łakach i innych stworach nocy i zadrżała.

- Nic mi nie jest - oznajmiła nadąsanym tonem.

- Bezpieczniej będzie, jeśli ruszymy w drogę - odparł Cadvan.

Noc przyniosła z sobą chłód, lecz ze względu na wczesną porę było jeszcze całkiem jasno i przyjemnie. Jakiś czas maszerowali w milczeniu, a kiedy Maerad pokonała pierwszą falę zmęczenia, zaczęli rozmawiać. Maerad spytała Cadvana, co robił w Gilmanowym Siole, on jednak uniknął odpowiedzi, wypytując o jej życie i o to, czy ma jakieś dawne wspomnienia z Pellinoru. Na ten temat nie miała zbyt wiele do powiedzenia.

- Tylko fragmenty - rzekła. - Pamiętam mężczyznę; chyba to był mój ojciec: przystojny, wysoki i roześmiany, o długich czarnych włosach. Pięknie rzeźbione krzesło, na które padało dziwne kolorowe światło z wysokiego okna. Parę urywków muzyki. Sądziłam, że to wszystko tylko mi się przyśniło.

- To nie był sen. Szkoły to siedliska wiedzy i piękna - rzekł ze smutkiem Cadvan, jakby mówił o czymś, co kochał i utracił. - Strzegą mądrości, a na wszystkich ich mieszkańców pada Światło. Teraz jednak ich moc słabnie, ciemność wnika do Annaru.

- Czym są te szkoły? - Maerad czuła się jak ignorantka. - Czy to tam nauczyłeś się zaklęć?

Zerknął na nią i ku jej zdumieniu wybuchnął śmiechem.

- Maerad, przepraszam, ale to takie dziwne, że ktoś dysponujący Darem zupełnie nic nie wie o szkołach.

- Darem? - powtórzyła Maerad.

Spojrzała w dół na dolinę i rozciągającą się przed nimi daleką drogę, w miejsce gdzie między skalnymi ostrogami widać było migoczące gwiazdy. Tam właśnie otwierało się wyjście na szeroki świat, o którym nie miała pojęcia. Nagle poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek przedtem, nigdy też jeszcze nie odczuwała podobnego zmęczenia. Gardło ścisnęło się jej z żalu, nie mogła wykrztusić ani słowa.

- Proszę, wybacz mi, Maerad - powiedział Cadvan. - Nie chciałem drwić z twojej niewiedzy. Może gdybyś odebrała więcej nauk, już byś nie żyła, a brak szkolenia ochronił cię przed wzrokiem tych, którzy w przeciwnym razie zrobiliby ci krzywdę. - Uśmiechnął się do niej i Maerad, nie do końca rozumiejąc, odpowiedziała słabym uśmiechem. - Może na jakiś czas powinienem stać się Piewcą Mądrości? - zaproponował. - Już dziś moglibyśmy odbyć pierwszą wstępną lekcję. To nam pomoże zabić czas.

- No dobrze. - Maerad spojrzała na mroczną sylwetkę mężczyzny maszerującego obok. - Opowiedz mi o Darze.

Czekała ich długa wędrówka, lecz szli całkiem szybko mimo głazów i skalnych odłamków nieustannie grożących skręceniem kostki. Ostatnie światło dnia zniknęło sponad gór, wokół nich zapadła ciemność przed wschodem księżyca. Nogi Maerad miała ciężkie i obolałe ze zmęczenia, lecz rozmowa pozwalała zająć myśli.

- Od czego tu zacząć? - rzekł Cadvan. - Czym jest Dar? Jak na to odpowiedzieć, skoro tak naprawdę nikt nie wie?... - Zamilkł, jakby chciał zebrać myśli. - No cóż, ludzie obdarzeni Darem są jak Piewcy Mądrości z Afinilu. Wszyscy bardowie mają Dar, co oznacza, że dysponują pewnymi mocami i zdolnościami. Najważniejsza z nich jest Mowa... - Urwał. - Bardowie nie uczą się Mowy, przychodzą na świat z jej znajomością żyjącą w umyśle. W ustach ludzi obdarzonych Darem Mowa ma własną wewnętrzną moc; to źródło naszej wiedzy i w znacznym stopniu potęgi. Obdarzeni Darem żyją także trzykroć dłużej niż zwykli ludzie. Wedle normalnej miary jestem już starcem, choć ty zapewne tak nie sądzisz.

- Starcem? - Maerad spojrzała na Cadvana z powątpiewaniem.

Wcale nie wydawał się jej stary; na oko oceniła, że ma najwyżej trzydzieści pięć lat. Rozważała przez chwilę, czy sobie tego nie wymyślił, ale potem przypomniała sobie, jak uczynił ją niewidzialną.

- Nie stary wedle miary bardów - odparł Cadvan z uśmiechem - lecz dostatecznie stary. Wierz mi, długie życie ma swoje wady. Są też inne znaki: bard rozpoznaje innych bardów, dlatego właśnie poznałem ciebie. Dziś rano przez sekundę sądziłem, że moce całkowicie mnie zawiodły, kiedy stawiłaś mi czoło. - Teatralnym gestem przycisnął dłoń do piersi. - Serce mi zamarło! Ale potem ujrzałem twoje oczy...

Maerad spojrzała na niego, znów niepewna, co ma na myśli i czy powinna się roześmiać. Zauważyła, że nawet podczas rozmowy Cadvan jest stale czujny, lecz w dziwny, nieznany sposób. Ani razu nie oglądał się za siebie, za to wydawał się nasłuchiwać czegoś, czego nie słyszała, jakby wewnątrz niego rozbrzmiewała ciągła muzyka, która czasami domagała się pełnej uwagi. Wyglądało to trochę dziwnie, zupełnie jakby był z nią jedynie połowicznie.

- Musisz dowiedzieć się wielu rzeczy o bardach i Świetle. Posiadanie Daru bez wiedzy, co on oznacza, może być rzeczą straszliwą.

Teraz przemawiał dziwnie uroczystym tonem, niemal z zaśpiewem. Z początku omal się nie uśmiechnęła. Przed jej oczami pojawiła się nagła wizja kamiennej sali o wysokich oknach i wielu ludzi siedzących w kręgu, skłaniających w skupieniu głowy. Potem wizja zniknęła i Maerad znów ujrzała mroczną pustkę i cienie górskiego zbocza. Lecz głos Cadvana nadal jednostajnie rozbrzmiewał w ciemności.

- Wiedz tedy, Maerad, że w Annarze i Siedmiu Królestwach bardom powierzono pieczę nad Światłem. Szkoły to ośrodki wiedzy, lecz nie zawsze tak było. Wiele pokoleń temu ośrodek mądrości mieścił się w Afinilu, w Cytadeli Pieśni wzniesionej, gdy pierwsi Piewcy Mądrości przybyli do Annaru. Niektórzy mówią, że straszliwe mrozy przegnały ich z domu, inni twierdzą, że przyżeglowali wielkimi statkami z zatopionej krainy. Jeszcze inni uważają, że zjawili się tu po prostu pośród ludzi. Tak czy inaczej, nasze pochodzenie skrywa legenda. Bardowie zatem zjawili się w Annarze, przywożąc z sobą pozostałości pradawnej wiedzy z samego zarania świata: Dar Mowy, Czytanie, Tworzenie i Opiekę. Umiejętności i wiedzę, zwane Sztukami Światła. I tu wznieśli wielkie miasto Afinil, w starożytnych czasach stanowiące ośrodek wiedzy.

Wiele pieśni śpiewano o niezrównanej urodzie Afinilu, nieokolonych murami wieżach wznoszących się niczym lilie nad jeziorem, ponad przeczystą taflą błogosławionej wody. A wewnątrz tej cytadeli mieszkali Piewcy Mądrości, ci, którzy kochali i strzegli piękna tego świata. Wszyscy przemawiali do siebie w Mowie i wszyscy się rozumieli.

Słowa Cadvana nabrały kadencji pieśni. Serce Maerad zabiło szybciej: nie pamiętała, kiedy ostatnio usłyszała nową pieśń. Mimo radosnego zaskoczenia tkwiący w niej muzyk zauważył chłodno, że Cadvan ma bardzo piękny baryton.

Zepchnięty w ciemność, w otchłań rozpaczy,

Opłakiwany wszema głosami,

W mowie drzew, zwierza, ludzi i bardów

Opłakiwany owoc poranka.

Kwiat lodu, który czaruje słońce,

Księżyca promień zaklęty w marmur,

gardziel dnia, w której łączą się głosy,

O Afinilu, dziś w murach twych

Umilkły pieśni, umknęły sny,

Gdzie wieże - dzika róża się płoży

I zgasły gwiazdy w mrocznym jeziorze.

- Tak właśnie zapamiętano go w pieśni: jako ból, wspomnienie czegoś cudownego, obecnie utraconego na zawsze. Historia o jego upadku to szkarad na opowieść, musisz ją jednak poznać, jeśli masz zrozumieć bardów. Niestety, Dary Światła stały się bowiem jego zgubą.

Maerad znów się potknęła; tym razem upadła, lecz natychmiast podniosła się z ziemi. Cadvan przystanął.

- Nic ci nie jest? - spytał.

- Nie - warknęła zawstydzona, zaciskając otarte o kamienie dłonie.

Cadvan spojrzał na nią ostro.

- Nie odpoczęłaś ani chwili, i to bez wątpienia po dniu ciężkiej pracy - zauważył. - Musimy iść naprzód, może jednak zróbmy krótki postój, by później maszerować szybciej. - Usiadł na ziemi w miejscu, gdzie stał; Maerad z wdzięcznością opadła obok niego. Nogi jej dygotały. Cadvan otworzył sakwę i wyciągnął z niego flaszkę. - To pomaga zwalczyć znużenie - oznajmił.

Pociągnął łyk i podał Maerad. Napój smakował jak woda, tyle że z lekkim posmakiem ziół. Po całym jej ciele przebiegło gorące mrowienie i zmęczenie wyraźnie zelżało. Dolina wokół wydawała się przytłaczająco cicha i Maerad drgnęła, gdy Cadvan znów przemówił.

- Jak już wspomniałem, Afinil upadł, po części z powodu własnej szczodrości. Pewien władca z południa obawiał się śmierci zwyczajnych ludzi i łaknął życia bez końca, wyrwania się z nieuchronnego kręgu świata. Zazdrościł bardom mocy Światła i pragnął ją zdobyć dla własnych celów. Skrywając swe zamiary, zwrócił się do łagodnych bardów z Afinilu, prosząc o naukę, a oni, pozbawieni podejrzliwości, z chęcią mu jej udzielili. Okazał się bystrym uczniem i z czasem stał się potężniejszy w swej znajomości Mowy, subtelniejszy we władaniu Mądrością, zręczniejszy w sztuce tworzenia i unicestwiania niż ktokolwiek przed nim. Kiedy uznał, że nauczył się dosyć, powrócił do własnej krainy na południu, królestwa Dén Raven. Znajomość Światła ma służyć czynieniu dobra i piękna, wzrostowi, utrzymywaniu uświęconej Równowagi, lecz ów król nagiął tę wiedzę do własnych celów. Jego pierwszym złym uczynkiem było odrzucenie imienia.

- Jak można odrzucić własne imię? - zdziwiła się Maerad, zupełnie zaskoczona. - W takim razie jak go nazywali?

Cadvan roześmiał się.

- Ów czarownik nadal ma formalne imię, choć rzadko się je wymienia. Zazwyczaj nazywają go Bezimienny. Każdy bard ma też tajne imię - dodał. - Nie znasz mego imienia. Nie znasz nawet własnego. Imię barda zostaje nadane podczas powołania, kiedy w pełni uzyskuje on swoje moce. Można rzec, że to twoje prawdziwe imię w Mowie. Określa, kim jesteś. Odrzucić je to jak odrzucić samego siebie.

- Ale to przecież niemożliwe! - zaprotestowała Maerad. - Jak można nie być tym, kim się jest?

- Niestety, wcale nie niemożliwe - odrzekł Cadvan. - Król odrzucił swoje imię, bo tym samym mógł odrzucić śmierć. Lecz wraz z darem śmierci odrzucił też wiedzę tych, którzy umierają, i odkrył, że serce ma puste i czuje ból ostrzejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie należał bowiem do grona nieśmiertelnych i nie miał prawa do wiecznego życia. Spojrzał na świat i oczy miał mroczne. Zapragnął wówczas władzy nad całą ziemią, zniszczenia wszystkich, którzy sprzeciwiali mu się jej pięknem. Rzucił wyzwanie Prawu Równowagi i złamał je. A potem z ogromną armią, wspierany przez Mrocznych Magów - zdeprawowanych bardów, których nazywamy Próżnymi - pomaszerował na cudowną cytadelę Afinilu, obalił jasne wieże i zmącił jezioro, tak że księżyc już się w nim nie kąpał, a gwiazdy umknęły z pozbawionej życia tafli. Tak właśnie zaczęła się Wielka Cisza, kiedy w rozległych krainach Annaru nie słyszano już pieśni. Nie było to całe zło, które uczynił, lecz jedno z najgorszych. Wówczas utraciliśmy wiele rzeczy, których nie udało się odzyskać.

Cadvan westchnął. Maerad słuchała w milczeniu, oszołomiona i zadziwiona nie tylko opowieścią, lecz słodkim napięciem, jakie zaczęły budzić w niej wymieniane nazwy: Afinil, Piewca Mądrości, Światło. Przywoływały zapach i dźwięk głosu matki, jej śpiew, kiedy trącała struny liry, ciemny wodospad włosów, gdy ją całowała, i inne wspomnienia, których nie potrafiła określić. Ona także westchnęła i rozejrzała się dokoła. Pokonali już ponad połowę drogi w głąb doliny; nad nimi płonęły gwiazdy otaczające jasnym pierścieniem księżyc bliski pełni. Wypatrzyła Pięć Cór w Klejnotach, wiszących wysoko nad nimi i zastygłych w beztroskim tańcu. Ilion skrył się już za horyzontem.

Cadvan wstał.

- Powinniśmy ruszać - rzekł.

Maerad dźwignęła się ciężko z ziemi i ponownie podjęli wolny marsz w głąb doliny. Poczuła, jak jej zmęczenie wraca, zmusiła się jednak do dalszej wędrówki. Cadvan zaś powrócił do lekcji.

- Historia upadku Bezimiennego jest długa, mroczna i pełna rozpaczy, wiele jej fragmentów pochłonęła ciemność - podjął. - Wystarczy rzec, że w końcu został pokonany. Po jego klęsce bardowie założyli szkoły, które przechowują wiedzę o Świetle i nauczają jej w całym Annarze i Siedmiu Królestwach. Ośrodkiem najwyższej wiedzy jest teraz Norloch, piękne miasto pełne ogrodów, wspaniałych dworów i nauki. Lecz pod jednym względem różni się od Afinilu: Norloch otaczają mury, a bezpieczeństwa miasta strzeże liczny garnizon, tak by niewinność stanowiąca zgubę Afinilu nie stała się teraz jego słabością. I to być może największa strata spowodowana przez Bezimiennego, choć niektórzy twierdzą inaczej i mówią, że w swej wielkości Norloch przerasta nawet pradawną cytadelę.

- Byłeś tam? - spytała Maerad, kiedy umilkł.

- Tak - odparł Cadvan - wiele razy. Nie należę już bowiem do żadnej szkoły i wedle potrzeby podróżuję między nimi. Światłu ponownie grozi niebezpieczeństwo, a bardów wysyła się na niebezpieczne tajne misje, by szpiegowali posunięcia Mroku, miast śpiewać na dawną modłę o wiosennych liściach i wciągać w płuca woń kadzideł.

- Czy to dlatego znalazłeś się w pobliżu Gilmanowego Sioła?

Po twarzy Cadvana przemknął cień bólu.

- Jesteśmy jeszcze za blisko, by o tym mówić - uciął, po czym milczał bardzo długo.

W ciszy Maerad ponownie poczuła ciężar otaczającej ją doliny. Od zachodu słońca minęły już trzy godziny; promienie księżyca oświetlały ostre krawędzie górskich szczytów, pokrywając je białą rosą i pogrążając przepaście w nieprzeniknionym mroku. Wydało się jej, że w oddali słyszy słabe wycia i wrzaski. Miała też wrażenie, że na twarzy Cadvana dostrzega ślady wielkiego napięcia, choć jego głos nie zdradzał niczego. Przypomniała sobie, jak bardzo był znużony jeszcze tego ranka; wspominał też, że jest ranny. Nie zauważyła jednak ani śladu rany.

W końcu odważyła się zadać pytanie.

- Sądzisz, że mogłabym zostać bardem?

- Nie słuchałaś tego, co mówiłem? - odparł krótko Cadvan.

Maerad posłała mu nieprzychylne spojrzenie. Jej stopy pulsowały bólem; maszerowała w milczeniu, zastanawiając się, czy kiedykolwiek opuszczą przeklętą dolinę. Nagle Cadvan zatrzymał się i sapnął głośno; dostrzegła perlące się na jego czole krople potu.

- Maerad - rzucił - muszę cię prosić o cierpliwość. Zmagam się z wolą duchów tego miejsca, które nie chcą pozwolić nam odejść. To mnie przytłacza, a im bardziej się oddalamy, tym większy staje się nacisk.

Po krótkiej chwili znów ruszył naprzód, lecz tym razem wolniej, jakby brodził w głębokiej wodzie. Maerad z niepokojem odkryła, że wciąż jeszcze czeka ich długa droga, nim dotrą do wylotu doliny. Sama nie czuła niczego prócz narastającej grozy. Nie ważyła się odezwać. Szli z trudem, bo musieli stawiać stopy pośród potrzaskanych głazów i stosów kamieni zsuwających się z górskich zboczy; czasami ścieżka niemal zupełnie znikała. Maerad całkiem zniszczyła buty, stopy miała posiniaczone i obolałe i po raz pierwszy tej nocy zaczął doskwierać jej chłód. Zdawał się przenikać ją do szpiku kości, tworząc w stawach kryształy, które utrudniały każdy ruch. Powoli pogrążała się w tępym koszmarze wyczerpania i w końcu myślała tylko o tym, by unosić na zmianę stopy i stawiać je przed sobą. Wylot doliny zbliżał się i zbliżał, lecz chłód także narastał i Cadvan zwolnił kroku.

W końcu zatrzymał się zupełnie. Teraz pot ściekał mu strużkami po twarzy, kąciki ust drżały.

- Maerad - powiedział ochryple - muszę chwilę odpocząć.

Miała wrażenie, że powoli osuwa się na ziemię. Odruchowo sięgnęła ku niemu i chwyciła go za rękę. I wtedy ją poczuła: zimną, okrutną wolę, miażdżącą umysł niczym imadło. Wypuściła dłoń Cadvana, jakby jej dotyk ją oparzył.

- Co to? - wyszeptała.

Towarzysz spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Czujesz to? - spytał.

- Coś - skrzywiła się. - Coś okropnego.

- Weź mnie za rękę - polecił.

Maerad spojrzała na niego z lękiem i wzdrygnęła się. Kiedy dotknęła Cadvana, miała wrażenie, że w jej umysł wtargnęła obca, złowieszcza świadomość, niezłomna i przerażająca. Cadvan głośno wypuścił powietrze, po czym zaczerpnął go z trudem, niczym człowiek cierpiący nieznośny ból. Ponownie wyciągnął ku niej dłoń.

- Maerad - rzekł powoli - w tej chwili powstrzymuję całą górę przed zawaleniem się na nasze głowy. Może zdołasz mi pomóc. Weź mnie za rękę.

Maerad niechętnie chwyciła znów jego dłoń. Palce miał zimne jak lód. Uczucie powróciło, tym razem jeszcze gorsze. Cadvan ścisnął ją mocno, jakby tonął.

- Odepchnij to - rzekł. - Każ mu się cofnąć.

Maerad spojrzała na niego oszołomiona. O co mu chodziło?

Odepchnij to!

Tym razem polecenie zabrzmiało jedynie wewnątrz jej głowy. To był głos Cadvana. I w owej wrogiej ciemności, która spowiła jej umysł, jego głos wydał się światłem, małym białym płomieniem...

Odwróciła się ku niemu, walcząc z ogarniającą ją grozą. Skupiła myśli. Odejdź! - krzyknęła; nie wiedziała, czy wymówiła to głośno. - Precz stąd!

Miażdżąca, złowieszcza groza nagle osłabła. Cadvan westchnął głośno.

- Na Światło, Maerad, niezwykły masz Dar. Teraz może uda nam się odejść.

Wstał powoli, ściskając jej dłoń tak mocno, iż miała wrażenie, że pękają jej kości.

Szli wolno dalej, pochyleni jak pod ciężkim brzemieniem. Maerad miała kłopoty z jednoczesnym skupieniem się na marszu i osłanianiu umysłu. Raz skręciła kostkę na kamieniu i niemal upadła, krzycząc z bólu, lecz Cadvan nie wypuścił jej ręki i kuśtykając, ruszyła dalej. Wylot doliny zbliżał się morderczo wolno.

W końcu gdy góry zaczęły szarzeć, srebrzyć się i różowić w łunie nadchodzącego świtu, dotarli do wylotu. Gdy zostawili za sobą ostatnie wzniesienie, Maerad poczuła, jak obca wola zatrzaskuje się za nią niczym wrota. Nagle znów mogła iść swobodnie. Roześmiała się z ulgą.

- Wyszliśmy! - zawołała, po raz pierwszy odwracając się ku Cadvanowi ze szczerym uśmiechem.

Towarzysz zerknął na nią z powagą.

- Ale nadal musimy iść! Nawet poza doliną Landrost wciąż ma władzę.

Jakby na podkreślenie tych słów zza jego pleców dobiegł niski grzmot i wielka lawina głazów i kamieni stoczyła się z górskiego zbocza, lądując w pyle na dole. Maerad odwróciła się, po raz ostatni patrząc na dolinę. To dziwne - pomyślała; niczego nie czuła, ani radości, ani żalu. Niczego.

A potem się odwróciła.

Przed sobą ujrzała karłowate górskie drzewa schodzące ku gęstej puszczy przesłoniętej mgłą, która powoli wznosiła się ku niebu. Nad zielonymi wzgórzami wschodziło słońce: jasne światło padło na jej twarz.

III WNIKANIE

Maerad kuśtykała naprzód; nogi ciążyły jej niemiłosiernie, ciało łaknęło snu. Godzinę po wschodzie słońca, gdy wylot doliny zniknął już pośród górskiego łańcucha, lecz nim dotarli na skraj lasu, Cadvan zatrzymał się obok niewielkiego zagajnika drzew o białej korze. Maerad przekonała się, że są bardzo stare, mają szerokie, pokryte szramami pnie i rosną blisko siebie w ciasnym kręgu.

- Brzoza to drzewo wielce szlachetne - oznajmił Cadvan. - Nawet tu możemy spać w spokoju. To krąg zasadzony w dawnych czasach przez bardów z północy. Nazwali go Irihel, Lodowy Dom; zatrzymują się tu podróżujący bardowie. Doskonały dla nas!

Przeszli pomiędzy gęsto rosnącymi pniami i Maerad przekonała się, że trawa wewnątrz kręgu jest krótka, gęsta i tworzy miękką, pachnącą wyściółkę ziemi opadającej ku środkowi niczym misa. Nad ich głowami splatały się gałęzie, a światło przenikające przez młode liście nabierało zielonozłocistej barwy. Cadvan usiadł, rzucił sakwę na ziemię i wyprostował nogi.

- Nie wolno nam palić tu ognia - oświadczył. - Wielka szkoda. Przemarzłem do kości.

Maerad ostrożnie usiadła obok niego. Brutalne życie w siole nauczyło ją wystrzegać się mężczyzn: potrzebowała całego swego sprytu i umiejętnego wzbudzania lęku czarami, by uniknąć zakusów osiłków Gilmana. Widziała, co robili z innymi, słabszymi od niej. Nagle z pełną mocą uświadomiła sobie, że jest zupełnie sama w głuszy, całkowicie zdana na łaskę tego Cadvana. On jednak nie przypominał znanych jej do tej pory mężczyzn, nawet Mirlada, ponurego i oschłego pieśniarza z sioła.

Cadvan przyjrzał się jej ze współczuciem.

- Jeśli chcesz się umyć, w pobliżu płynie ruczaj - rzekł. - Pokażę ci i zostawię cię tam samą na chwilę. Będziesz w zasięgu głosu, na wypadek gdybyś mnie potrzebowała. Jeśli nie zdołasz zawołać, wykrzyknij moje imię w myśli. Usłyszę cię.

Maerad pokiwała głową i pozwoliła się poprowadzić do zimnej, czystej strugi spływającej z gór. Za wysokimi krzakami jeżyn i kolcolistu ujrzała wąskie trawiaste nabrzeże wznoszące się nad niewielkim rozlewiskiem, idealnym do kąpieli. Cadvan zostawił ją i Maerad umyła się po raz pierwszy od poprzedniego dnia, chwytając głośno powietrze, gdy czuła na skórze dotyk lodowatej wody. Wymoczyła spuchniętą w kostce nogę. Zwichnięcie nie było zbyt dokuczliwe, za parę dni przejdzie.

Potem wróciła na polanę, gdzie Cadvan wyciągnął z sakwy koc i jej lirę, nadal owiniętą w stary worek. Przygotował także posiłek: suszone owoce i mięso oraz twardy suchar.

- Jedz - polecił - ja wrócę za chwilkę.

Maerad podniosła lirę, zrzuciła z niej okrycie i przytuliła ją do siebie, była jednak zbyt zmęczona, żeby trącać struny. Gdy dziesięć minut później Cadvan wrócił, spała już głęboko, okryta kocem, przyciskając do siebie lirę niczym dziecko. Nawet nie tknęła jedzenia. Bard uśmiechnął się cierpko, zjadł kawałek suchara, a potem owinął się płaszczem i także zasnął.

Maerad obudził kurczący się z głodu żołądek. Słońce zniżało się na niebie. Cadvan siedział zwrócony do niej plecami; gdy się poruszyła, obrócił się. Właśnie jadł i poczęstował ją obiadem. Spożyli go w milczeniu. Proste jedzenie, przyprawione jedynie głodem, rozpływało się na jej języku niczym wolność. Maerad miała wrażenie, że całe jej ciało jaśnieje smakiem słońca, wiatru wiejącego na wyżynach i drzew wyciągających ciężkie ramiona ku bezkresnemu niebu.

Kiedy skończyli posiłek, Cadvan niemal pedantycznym ruchem strzepnął z płaszcza okruchy.

- A teraz, Maerad - rzekł, nie patrząc na nią - musimy przemyśleć nasze plany. Czeka mnie wieleset mil podróży przez niebezpieczne krainy, bardzo szybkiej podróży. A mam towarzyszkę i za mały zapas prowiantu. Zauważyłem też, że nie masz koca ani żadnej strawy, ani nawet zapasowych ubrań - jedynie lirę, jak prawdziwa bardka. Co zatem zrobimy?

Maerad spojrzała na niego, nakazując twarzy, by niczego nie wyrażała.

- Skąd mam wiedzieć? To ty prosiłeś, żebym z tobą poszła.

Nagle jednak ogarnął ją strach. Rzeczywiście, co ma teraz zrobić? Nie znała niczego i nikogo. Wiedziała, że cała jej rodzina nie żyje. Nie miała domu. Dla tego człowieka, który ją uwolnił, mimo że jemu samemu groziło niebezpieczeństwo, mogła być tylko ciężarem. Czy ją porzuci?

Cadvan odezwał się szybko, zupełnie jakby czytał w jej myślach:

- Oczywiście, że cię tu nie zostawię. Ale musimy zastanowić się, dokąd się udać. Moja ścieżka wiedzie do Norlochu, tam muszę złożyć meldunek przed Kręgiem. Mogę cię zabrać albo do najbliższej szkoły, gdzie odpoczniesz i wyzdrowiejesz, albo do Norlochu.

- Nie chciałam być przeszkodą - rzekła z lekkim sarkazmem.

- Maerad, bardowie wiedzą, że to, co ich spotyka, rzadko jest kwestią przypadku. Nieczęsto spotyka się ludzi błogosławionych Darem, zatem to niezwykłe, że zetknęliśmy się w oborze w tak dziwnych okolicznościach. Wątpię też, czy wydostałbym się z doliny bez twojej pomocy. To dla mnie jasne. Zdumiewa mnie także odnalezienie podobnej mocy całkowicie surowej i niewyszkolonej. Gdybym sam tego nie przeżył, nie uwierzyłbym. Jest dużo spraw, o których powinienem ci powiedzieć, musisz poznać tak wiele. Podobny Dar to obosieczne ostrze: użyty niewłaściwie może ci zaszkodzić. Jesteś zagadką.

Uśmiechnął się do niej, Maerad jednak siedziała nadąsana i nie odpowiedziała uśmiechem. Zapadła krótka cisza.

- Mógłbym obejrzeć twoją lirę? - spytał w końcu. - Zaintrygowała mnie.

Maerad podniosła instrument, nieświadomie gładząc go palcami, i podała mu. Cadvan wziął lirę i obejrzał uważnie z rosnącym zainteresowaniem; jego długie smukłe dłonie badały jej ciężar i wyważenie. Przesunął ręką po strunach, wygrywając cichy akord. Dźwięki zabrzmiały słodko i zawisły w powietrzu. Cadvan zagwizdał pod nosem.

- Czy ta lira - zapytał - należała do twojej matki?

Maerad przytaknęła. Jej towarzysz siedział zamyślony, obracając instrument w dłoniach, przesuwając palcami po rzeźbionym napisie.

- Czy kiedykolwiek musiałaś ją stroić? Przypuszczam, że nigdy nie wymieniałaś strun.

- Nie - rzekła. - A powinnam? Nie wiedziałam... Mirlad nigdy nie wspominał...

Zdumiała się, słysząc śmiech Cadvana.

- Och, Maerad - rzekł, gdy w końcu odzyskał oddech. - Czy powinnaś zmienić struny? - Zaśmiał się ponownie, cicho, z wyraźnym zadziwieniem. - To przedmiot cenniejszy niż królewski okup. Co by uczynił Gilman, gdyby wiedział, że w jego siole kryje się podobny skarb? Jest warta dziesięć, nie: tysiąc tysięcy razy więcej niż wszystko w jego dworze. Takich lir nie robiono od wielu długich lat, od czasów Afinilu. Wyrzeźbił ją wielki artysta. Nie znam tego pisma, a poznałem wiele dziś zapomnianych; bez wątpienia podaje imię tego, kto ją zrobił. Podobne instrumenty nazywamy dhyllicką robotą; ich tworzeniu towarzyszyła wielka moc. Umiejętność wytwarzania podobnych strun już dawno zaginęła. Czytałem o tych instrumentach, ale nigdy żadnego nie oglądałem. Uważa się, że wszystkie zaginęły. Och, jakąż jesteś zagadką!

Spojrzał na nią, wciąż szeroko uśmiechnięty.

Maerad nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Była oszołomiona. Jej skromna lira instrumentem z legendy! Nagle jednak Cadvan spoważniał i poklepał ją po dłoni.

- Skoro mamy razem podróżować, musimy zostać przyjaciółmi - rzekł. - I musimy sobie ufać. Nie przejmuj się moimi docinkami. Jednak wciąż trzeba zadecydować, co robić.

Maerad spojrzała niepewnie na swe ręce; milczała. Nie wiedziała, co odpowiedzieć temu człowiekowi: czy miał wobec niej złe zamiary? Skąd miała wiedzieć?

- Tak czy inaczej, dzisiejszą noc spędzimy tutaj - podjął Cadvan. - Przyznaję szczerze, że wciąż jestem bardzo zmęczony. I muszę pomyśleć. Tu chwilowo będziemy bezpieczni. Odpoczynek żadnemu z nas nie zaszkodzi. A niezależnie od decyzji czeka nas długa droga.

Otworzył sakwę i wyjął z niej lirę.

- Ma mniej szlachetne pochodzenie niż twoja, lecz wystarczające, by dotrzymać jej towarzystwa - orzekł. - Nadal brzmi pięknie i pozostaje mą pierwszą miłością.

Zagrał kilka akordów, dostrajając lirę, a potem wypuścił w powietrze kaskadę dźwięków, które przeszyły serce Maerad. Dobrze znała tę pieśń, początek tragicznej historii Andomiana i Beruldh; Mirlad nauczył ją jej wiele lat wcześniej. Cadvan czystym, pięknym głosem zaczął śpiewać rolę Andomiana.

Przemówże, dziewczyno!

I nie odchodź stąd,

Och, jakiż to smutek z oczu twoich spłynął

Tą żałobną łzą?

Umilkł, trącając struny, i Maerad zrozumiała, że czeka na jej odpowiedź. Trzymała w dłoni swą lirę, toteż zaczęła grać antyfonę, wyśpiewując w odpowiedzi następną zwrotkę. Nie grała w duecie od śmierci Mirlada. Dalej śpiewali na zmianę starożytną pieśń: baryton Cadvana i kontralt Maerad wypełniały zagajnik muzyką. Maerad miała dziwne wrażenie, że drzewa ich słuchają, pochylają się ku nim, by lepiej chłonąć melodię.

Matka w ziemi leży

Ciemny ojca dwór

Dziś wilki i wrony straż pełnią przy wieży

Pod powałą chmur.

Zostań, ulecz duszę

Złóż ciążącą skroń

Od dzisiaj swe serce, wciąż skrywane, muszę

Złożyć w twoją dłoń.

Karak przeklął mnie i

Braci więzi mych

Porzucam więc radość, ruszam bez nadziei

W kleszcze murów złych...

Nagle urwała, zająkując się lekko. Cadvan przestał grać i gdy muzyka ucichła, nastała przejmująca cisza.

- I tak Andomian i Beruldh spotkali się i dotarli wśród znojów do lochów Bezimiennego, a tam zginęli, pozbawieni nadziei i pomocy Światła - powiedział. - Lecz żadna z legend nie wspomina o jego żalu. - Nagle zagrał ostry, niecierpliwy akord. - Masz rację, Maerad, to nieodpowiednia pieśń do takiego miejsca w ciemności, gdy w dali wyją łaki. Dobrze grasz, widać wyraźnie, że odebrałaś solidną naukę, choć zdarzają ci się osobliwe wariacje... Teraz widzę w tobie więcej, niż pokazujesz światu. Powinienem był się tego spodziewać. Porozmawiamy o tym później.

Odłożył lirę i jakiś czas milczał; jego czoło zmarszczyło się i zachmurzyło. Maerad siedziała niepocieszona, zastanawiając się, czy nie okazała się źle wychowana bądź niegrzeczna. Ten mężczyzna przewyższał wszystkich, których znała: wydawał się patrzeć na nią z tolerancyjnym rozbawieniem, a potem nagle zmieniał mu się nastrój i stawał się zamknięty w sobie, milczący. Zupełnie nie przypominał mężczyzn z Gilmanowego Sioła, którymi kierowały prymitywne, gwałtowne odruchy, ani Mirlada, szorstkiego, lecz pod drażliwą maską kryjącego niezwykle dobre serce. Instynkt podpowiadał Maerad, że Mirlad był głęboko nieszczęśliwy, wybaczała mu zatem jego cynizm i dziwaczne nastroje. Nigdy nie wspominał jej o historii Annaru, Mądrości bądź Mowie, choć nauczył ją wielu pieśni, mówiąc lekceważąco, że pozwalają zabić czas. Powróciwszy myślami w przeszłość, odgadła, że podobnie jak ona Mirlad nie wierzył w ucieczkę z sioła, starał się zatem chronić ją przed marzeniami o innym życiu, które być może i jego nawiedzały. O życiu, w którym pieśni i bardów traktuje się z szacunkiem i nie zajmują się oni jedynie zapewnianiem rozrywki na prymitywnych zabawach.

A potem tam umarł. Odkryła, że na myśl o upokorzeniu, upadku Mirlada i jego samotnej śmierci narasta w niej nowe współczucie.

Cadvan jednak wydawał się zupełnie inny, zdecydowanie trudniej było go wyczuć. Był bardziej zmienny, jak płynne srebro: twarz miał ruchliwą, a myśli przepływały po niej niczym odbicia słońca na pomarszczonej wodzie. Paradoksalnie jednak sprawiał wrażenie bardziej skrytego, pełnego sekretów głębszych nawet niż te, o których oględnie wspominał. Może - pomyślała Maerad - wszyscy prawdziwi bardowie tacy właśnie są, jednocześnie obecni i odlegli. No i w końcu pomógł jej wydostać się z sioła; nie miała jednak pojęcia, co z sobą począć, chyba że pójdzie za Cadvanem. Sam wspominał, że to niebezpieczny kraj, a ona nie znała dotąd żadnych zagrożeń oprócz chłosty i nadmiernego zainteresowania ludzi tana. Byłaby bezbronna niczym króliczy osesek.

Oparła się o jedną z brzóz, patrząc w górę przez gałęzie, które splatały się na tle ciemnego wieczornego nieba. Przez liście przeświecało kilka wczesnych gwiazd, białych klejnotów uwięzionych w misternej siatce. Nie rozumiem tego wzoru - pomyślała Maerad ze zmęczeniem. Lecz przynajmniej gwiazdy pozostawały niezmienne.

W końcu Cadvan rzekł szorstko, że powinna odpocząć, toteż skuliła się na ziemi owinięta kocem. Wkrótce zasnęła mimo nieuporządkowanych myśli.

Maerad obudziła się nagle; na moment zapomniała, gdzie jest, i zastanawiała się, czemu nie słyszy dzwonu, a potem promień światła przeszywający barierę gałęzi zaświecił jej w oczy i gdy zamrugała, wydarzenia ostatnich dwóch dni powróciły gwałtowną falą. Usiadła, przecierając twarz dłońmi, i przekonała się, że Cadvan przygotował już śniadanie. Umył się też w strumieniu: mokre ciemne włosy lepiły mu się do czoła.

- Dzień dobry - przywitał ją z ukłonem. - Pani tego domu musi mi wybaczyć to jadło, takie samo jak zeszłej nocy, lecz mimo swej monotonii zdrowe. Czy moja pani chce najpierw się ubrać, czy też zjeść śniadanie?

Maerad roześmiała się.

- Chyba najpierw śniadanie. Jest lepsze niż to, do czego przywykłam!

Zjedli w przyjaznej ciszy. Potem Cadvan spakował ich rzeczy. Maerad owinęła lirę w worek i pozwoliła, by ją schował.

- Musimy dziś ruszyć w drogę - rzekł Cadvan. - Postanowiłem nieco zmienić marszrutę i odwiedzić znane mi miejsce około sześćdziesięciu mil stąd. W dobrym tempie, jeśli dopisze nam szczęście, dotrzemy tam w ciągu tygodnia. Potrzebujemy zapasów, a ty także ubrań. W dzisiejszych czasach nie wszędzie chętnie witają bardów i będziemy musieli się przebrać. Sądzę jednak, że nie odmówią wędrowcom w potrzebie!... - Zamilkł, jakby nie do końca pewny tego, co mówi. - Chciałbym cię prosić o przysługę. Maerad, jesteś dla mnie nierozwikłaną zagadką, a zważywszy na wagę mojej misji... Chciałbym cię prosić, byś pozwoliła mi w siebie wniknąć.

- Wniknąć? - powtórzyła Maerad. - Co to właściwie znaczy?

- Jeśli nie wiesz, trudno to wyjaśnić. Ale muszę uprzedzić, że jeżeli odmówisz, uszanuję twoją decyzję i nie będę przykładał do niej wagi. Wnikanie to trudna sprawa, żaden bard nie podejmuje się go lekkomyślnie. Oznacza, że chcę wejrzeć w ciebie i przekonać się, kim jesteś naprawdę.

- Och. - Maerad wciąż nie miała pojęcia, o czym mówił. - Czy to boli? - spytała z powątpiewaniem.

- No cóż. Owszem, w pewien sposób tak. To trochę jakbym poprosił, żebyś zdjęła ubranie i stanęła przede mną, żebym mógł cię oglądać przez szkło widzenia.

Maerad przyglądała mu się pełna sceptycyzmu. Oczy miał szeroko otwarte i szczere; wyglądało na to, że jego prośba nie kryje w sobie żadnych podtekstów. Mimo to Maerad miała wątpliwości.

- Brzmi to tak, jakbyś chciał mnie zaczarować - rzekła podejrzliwie. - Nie ufasz mi? O to chodzi?

Roześmiał się.

- To nie czar, nie całkiem. A poza tym niczego bym ci nie zrobił, jedynie spojrzał.

Maerad milczała.

- Nie lubię prosić - dodał. - Wyprowadziłem cię stamtąd w dobrej wierze i nie wspominałbym o tym, gdyby niebezpieczeństwo groziło tylko mnie.

- A jeśli się nie zgodzę?

- Wówczas tego nie zrobię - odrzekł. - I podejmiemy przerwaną podróż.

Nagle jego twarz stała się nieprzenikniona, pochylił się nad sakwą.

- Jak to wygląda?

Cadvan zastygł bez ruchu.

- Patrzę ci w oczy. Zaglądam w umysł. To wszystko.

- To wszystko? - Maerad zastanawiała się krótką chwilę. Wiedziała, że Cadvan uważa to za ważne. Nie wierzyła też, by mógł jej zrobić krzywdę: gdyby o to mu chodziło, miał już wiele lepszych okazji. - No dobrze. - Wzruszyła ramionami. - Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej... Co musisz zrobić?

- Jesteś pewna?

- Chcesz to zrobić czy nie?

Cadvan znów upuścił sakwę.

- W takim razie stań przede mną dokładnie tak, jak wtedy w oborze. I połóż mi dłonie na ramionach.

Posłuchała; on także powtórzył jej gest. Stali naprzeciw siebie, Cadvan patrzył jej w oczy. Maerad ogarnęło nagle przemożne rozbawienie.

- Nie śmiej się, Maerad - rzekł Cadvan cicho. - Opróżnij umysł.

Zaczął przemawiać w Mowie, tak szybko, że nie dosłyszała poszczególnych słów. Wydało się jej, że otaczające ich światło przygasa; widziała tylko oczy Cadvana. Były ciemnoniebieskie i płonęły wewnętrznym ogniem, który z początku wydawał się zimny, potem jednak odkryła, że w jego wnętrzu kryje się gorąco dość mocne, by sparzyć. I skąd w nich ten smutek? Głęboki smutek, rana. Ukochana twarz, niemal ją widziała... I coś jeszcze, ciemność, niczym blizna... Wtedy jednak nagle porwał ją prąd wspomnień z własnego życia: wspomnień, które zapomniała albo zepchnęła w najdalsze zakamarki umysłu. Teraz napłynęły gwałtownie, nieuporządkowane, zupełnie jakby całe jej życie rozgrywało się ponownie w ciągu jednej sekundy. Niektóre jednak wyróżniały się spośród innych.

Kolejne wspomnienia z Gilmanowego Sioła, otępiające zmęczenie, nuda i ból, poniżenie libacji i chłost, lekcje gry z Mirladem, kiedy była mała i słuchała jego ponurych nauk... Jej matka i stara kobieta o błękitnych oczach, tuląca ją w ogrodzie pełnym słodko pachnących kwiatów... Śpiew, muzyka i śmiech we wspaniałej sali pełnej mężczyzn, kobiet i dzieci w pańskich strojach, oświetlonej wielkimi świecznikami... Matka przyciskająca ją do siebie w przerażeniu, grozie i rozpaczy, na darmo próbująca uciec... Mały stolik, na którym piętrzyły się owoce... Matka tuląca małe dziecko, jej brata Caia, gaworzącego i sięgającego po czerwone kwiaty... Rozpacz i śmierć matki. Twarz matki, wychudzona i pożółkła, jej ciało leżące na pryczy, popękane, owrzodzone wargi, głos, ledwie szept, dłoń odgarniająca jej włosy i słowa: "Maerad, bądź silna. Bądź silna"..., i ostatnie tchnienie. Wrony kołujące na ciemnym niebie, krzyki mężczyzn i straszliwe wrzaski... Człowiek, w którym rozpoznała ojca, powalony ciosem maczugi, jego ciało leżące pośród wielu... Wysoka wieża płonąca w mroku nocy i krzyk, gdy zawalił się dach, posyłając w niebo długi jęzor ognia...

Nagle Maerad ogarnęła nieznośna rozpacz, przewyższająca nawet tę, którą poczuła po śmierci matki: zupełnie jakby cały ból, którego kiedykolwiek doświadczyła, zebrał się w jednym, rozżarzonym do białości punkcie w samym centrum jej umysłu. A potem owa kula gorąca zaczęła się rozszerzać i rozszerzać, ogarniając swym ogniem całe jej jestestwo, aż w końcu Maerad nie mogła już tego znieść. Zupełnie nieświadomie krzyknęła: "Nie!" i wybuchnęła szaleńczym, palącym płaczem.

Przez jakiś czas nie zdawała sobie sprawy z niczego innego. Po dłuższej chwili zorientowała się, że leży na ziemi i płacze na ramieniu Cadvana, a on gładzi jej włosy. W końcu opanowała szloch i usiadła, odpychając swego towarzysza i ocierając twarz grzbietem dłoni.

Cadvan był blady i wyraźnie poruszony.

- Maerad, naprawdę mi przykro - rzekł. - Bardzo, bardzo przykro.

Nie była pewna, czy przeprasza za wnikanie, czy za to, co ono ujawniło. Czuła się ociężała, w głębi czaszki pojawiło się pierwsze pulsowanie bólu. Ukryła twarz w dłoniach.

- To naprawdę bolało - rzekła stłumionym głosem.

- Nie powinienem był cię prosić - powiedział Cadvan po chwili ciszy. - Mimo całej swej mocy jesteś wciąż niemal dzieckiem, a nawet najzdolniejszym trudno jest znieść wnikanie. Obawiałem się jednak, że jesteś duchem Mroku przysłanym, by mnie zwieść.

- Ja miałabym cię zwieść? - spojrzała na niego zaskoczona.

Cadvan posłał jej krzywy uśmiech.

- Może pocieszy cię to, że zapłaciłem za swą chwilę zwątpienia. Twój krzyk odrzucił mnie aż do tamtych drzew. Mam szczęście, że nie skręciłem karku!

- Ja to zrobiłam?

Gapiła się na niego z otwartymi ze zdumienia ustami.

- W istocie. Ale to nie twoja wina - skrzywił się, pocierając głowę, i Maerad dostrzegła ślad na jego czole. - Musisz się nauczyć panować nad swą mocą.

- Będziesz miał guza - zauważyła.

- Owszem, będę.

- Czyli wyszło dobrze?

- Co?

- No, wiesz, czy to wyszło dobrze?

- O tak - odrzekł niemal z roztargnieniem. - Nie ma w tobie Mroku, jeśli o to pytasz. Wiem to, choć nie mogłem dokończyć wnikania. Gdyby tam był, natknąłbym się na inne mury i inne środki obrony. - Popatrzył na nią osobliwie, niemal nieśmiało. - Wnikanie to niezwykła rzecz, rzadko to robię. Musisz jednak wiedzieć, Maerad, że nie wniknąłem jeszcze w nikogo, kto kryłby w sobie tak wiele rozpaczy. Nieprędko to powtórzę, a ty prawie wniknęłaś we mnie!

Pokręcił głową; przez jakiś czas oboje siedzieli w milczeniu. Ból głowy Maerad ustał. Czuła się pusta, oszołomiona, lecz uczuciu temu towarzyszyła dziwna ulga, jakby ktoś przeciął w końcu nabrzmiały wrzód.

Nagle Cadvan wstał i otrzepał się. Wyglądał, jakby odnalazł w sobie nową stanowczość i odrzucił dręczące go wcześniej wątpliwości.

- Musimy ruszać - oznajmił. - Słońce wzeszło już wysoko, a czeka nas daleka droga.

Maerad przyjrzała mu się, mrużąc oczy.

- Dokąd właściwie idziemy?

- Myślę, że powinienem cię zabrać do Norlochu, ale to daleko stąd. Najpierw musimy znaleźć strawę i może konie.

Stanął pośrodku polany i skłonił się drzewom, gestem nakazując Maerad uczynić to samo. Dźwignęła się z ziemi.

- Musimy podziękować drzewom za gościnę - oznajmił. - Były dla nas dobre.

Podniósł sakwę i wyszedł z kręgu.

Maerad zwlekała chwilę, nim opuściła brzozowe schronienie, by raz jeszcze spojrzeć na poranne słońce przenikające przez wiosenne liście. Pomyślała, że ów zagajnik to najpiękniejsze miejsce, jakie w życiu oglądała. Światło padało na ziemię, tworząc na niej srebrzyste i złociste cętki, a misternie splecione cienie gałęzi tańczyły pośród nich w miękkiej trawie, która falowała łagodnie w powiewach lekkiego wiatru. Dziękuję - rzekła w myślach i skłoniła się; gest ów wydał jej się dziwnie stosowny, bo brzozy sprawiały wrażenie bardziej żywych niż większość drzew. Przez moment sądziła niemal, że zaraz do niej przemówią - zaszeleściły z lekkim smutkiem niczym przyjaciele na pożegnanie.