1
Poprawiam długie niesforne, diabelsko plączące się włosy, które są jeszcze mokre. Cholera, że też akurat dzisiaj musiałam zaspać! Od rana wszystko idzie nie po mojej myśli. Najpierw budzik, który nie zadzwonił, później zepsuty kran, a teraz jeszcze autobus, który się spóźnił. Trzeba mieć naprawdę okropnego pecha. Mam dość dzisiejszego dnia, a wiem, że to dopiero początek. Za pięć minut zaczynam zmianę w biurze rachunkowości, a mój szef, totalna szowinistyczna świnia, myśli, że może wszystko, bo zasiada na stołku prezesa. Przysięgam, jeśli jeszcze raz klepnie mnie w tyłek, to wyleję gorącą kawę wprost na jego krocze, modląc się przy okazji, aby do końca życia nie chciał mu stanąć. A jeszcze chętniej bym go wykastrowała, w dodatku z uśmiechem na ustach. Nie jestem sadystką, ale on naprawdę na to zasługuje. Wchodzę do budynku, a recepcjonistka, z którą się nie lubimy, posyła w moją stronę krzywy uśmiech. Jędza. Sypia z szefem i czuje się zagrożona, bo myśli, że ja również to robię. Dobre sobie.
Wychodzę z windy i już czuję ciężar na żołądku. To będzie długi dzień.
- Hayley, do mojego gabinetu! - Słyszę, gdy na mnie wrzeszczy.
Super.
Przewracam oczami i od razu się tam kieruję, zapewne chce kawę. Poprawiam golf, aby się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu, biorę głęboki wdech i wchodzę.
- Dzień dobry, szefie. Wzywał mnie pan?
- Tak, przynieś mi kawę. I może kanapkę? - Przewracam oczami, kiwam głową i chcę odejść, lecz zatrzymuje mnie. - Jeszcze jedno, zacznij ubierać się trochę bardziej profesjonalnie, a nie jak zakonnica.
Zaciskam zęby. Nie mogę nic powiedzieć, potrzebuję tej pracy, nie mogę jej stracić. Nie teraz, gdy matka jest chora. Zresztą, kogo ja oszukuję, ona cały czas będzie chora. To się nigdy nie zmieni, gdyby tak było, to już dawno wzięłaby się w garść. Nawet w klubie, gdzie pracuję wieczorami i nocami, nie ma takich obleśnych starców jak mój szef tutaj. Tam ochroniarze pilnują, aby żaden klient nie dotknął kelnerki w niewłaściwy sposób. Jasne, jakieś głupie teksty, żałosne próby podrywu, czy innego typu rzeczy się zdarzają, ale zbyt namolni faceci zaraz są wypraszani z lokalu, więc jest spokój. A ta świnia tutaj pozwala sobie na zdecydowanie zbyt wiele.
Gdy tylko będę mogła stąd odejść, na pewno zrobię to bez wahania. A teraz idę przygotować dla niego tę kawę, pokusa dosypania mu czegoś jest ogromna, lecz nie mogę. Wszystkie podejrzenia od razu padną na mnie. Nowy Jork jest wielki, jest mnóstwo miejsc pracy, a jednak strasznie trudno było mi znaleźć tę posadę. Niestety, nie udało mi się skończyć żadnych studiów. Zaraz po ukończeniu liceum musiałam zaopiekować się mamą. Przerwałam naukę i już od pięciu lat haruję na dwa etaty, aby jakoś powiązać koniec z końcem, ale jest mi naprawdę cholernie ciężko. A matka? Kobieta, która powinna się o mnie zatroszczyć? Tylko wiecznie robi mi awantury o pieniądze, twierdząc, że za mało zarabiam i to nie pozwala jej kupić wszystkich niezbędnych leków. Cholerna, pierdolona egoistka. Mam zaledwie dwadzieścia cztery lata, a czuję się, jakbym miała dobrych pięćdziesiąt.
Wszystko przez nią. Odarła mnie z najlepszych lat mojego życia. Kocham ją, jasne, że tak, ale żywię do niej ogromną pretensję. Nie jest poważnie, po prostu cierpi na chroniczny brak pieniędzy. Gdy skończyłam liceum, mój ojciec postanowił się z nią rozwieść, bo zdradzała go z jakimś bogatym i na dodatek żonatym pacanem, który szybko się nią znudził. Nic dziwnego. Dowiedziałam się później, że robiła to tacie od lat. W trakcie rozwodu okazało się również, że nie jestem jego biologiczną córką, tak więc wyrzekł się mnie równie łatwo jak mamy. Czuję do niego ogromny żal, ale po tych pięciu latach prawie zapominam, jak brzmiał jego głos. Mam jedno, jedyne zdjęcie, które udało mi się schować, zanim matka spaliła wszystkie jego rzeczy, a na dodatek nasze mieszkanie, w którym dorastałam. Przez jej głupotę byłyśmy bezdomne, a teraz mieszkamy w kawalerce, w której nie ma ogrzewania, ale tylko na takie coś stać mnie w tej chwili. Nic innego nie wchodzi w grę przy moim obecnym budżecie.
Podaję kawę i kanapkę szefowi, do której być może naplułam i odwracam się, chcąc wyjść, gdy jego dłoń z głuchym plaśnięciem zderza się z moim pośladkiem. Wzdrygam się, ale nie robię nic. Nie mogę. Pozwalam mu na to. Czuję wstręt do samej siebie, że się na to godzę, bo nie mam wyjścia. Nie, jeśli chcę zachować tę pracę. Liczę na to, że kiedyś, gdy będzie szedł do biura, potrąci go jakiś autobus. Cóż, marzenia pomagają akceptować to podłe życie.
Przez następnych siedem godzin znoszę to jego wredne zachowanie. Wzywa mnie non stop do swojego gabinetu, tylko po to, żebym pomogła mu coś znaleźć. Dupek wykorzystuje każdą chwilę, żeby mnie obmacywać. Czuję za każdym razem łzy zbierające się pod powiekami. Nie ulegnę. Mogłabym zgłosić na policję molestowanie, ale to na nic by się zdało, bo jak sam twierdzi, policjanci jedzą mu z ręki, więc wolę nie ryzykować utraty pracy. Po zakończonej zmianie czuję się jak wrak człowieka, ale to jeszcze nie koniec na dziś.
Biegnę szybko do domu, nie stać mnie chwilowo na autobus, rano wykorzystałam ostatni bilet, jaki miałam, teraz czekam na wypłatę. Moje ostatnie pieniądze ukradła mi matka, twierdząc, że potrzebowała koniecznie nowego swetra, bo wszystkie, które ma w szafie są do niczego i marznie. Cóż, ja noszę cały czas te same ubrania, mam zaledwie trzy ciepłe swetry, akurat odpowiednie na zimę, która zbliża się nieubłaganie. Do pracy mam dwa golfy, dwie koszule i dwie długie spódnice, które nadają się do biura. Nie stać mnie na więcej, nie wspominając już o tym, że potrzebuję kurtki na zimę, bo ta, którą mam już od pięciu lat, nie jest ciepła, a na dodatek zrobiła mi się w niej dziura, której już nie da rady zszyć.
Jestem głodna, strasznie głodna. W domu w szafce została ostatnia paczka makaronu, mam nadzieję, że zdążę go sobie ugotować, zanim będę musiała biec na zmianę do klubu. Wchodzę spocona do domu, zastaję mamę w tym samym miejscu, gdzie była rano - leży na kanapie i czyta gazetę.
- Przeglądałaś dzisiaj oferty pracy? - pytam, idąc do "kuchni".
Oczywiście już znam odpowiedź na pytanie.
- Dobrze wiesz, że w moim stanie zdrowia nie znajdę żadnej pracy.
- Słyszę to codziennie - mówię, przewracając przy tym oczami.
Mam już tego naprawdę dość. Jeśli dalej tak będzie, to umrę z przepracowania w wieku trzydziestu lat.
- Słyszysz to codziennie, bo to przez ciebie mój stan zdrowia się nie poprawia. Nie pozwalasz mi kupować leków.
- Kupowanie ubrań nazywasz lekami?
- Tak! To jest moja terapia! - krzyczy. Standardowy przebieg rozmowy.
- Nieważne. Gdzie jest makaron, który był w szafie? - Otwieram każdą szafkę po kolei, ale w żadnej nie widzę tego, czego szukam.
- Zjadłam na śniadanie. - Wzrusza ramionami. Chce mi się wyć. - Przy okazji, musisz zrobić zakupy, bo nie mamy nic do jedzenia - dodaje.
Przywalę jej zaraz. Mój żołądek skręca się z głodu, nie jadłam nic od wczoraj. A pieniądze będę miała dopiero w poniedziałek w przyszłym tygodniu. Nie wiem, jak do tego czasu przeżyję. Do tego wszystkiego zalegam już dwa tygodnie z czynszem.
Szybko się obmywam, żeby jakoś wyglądać w pracy i wychodzę. Nie mogę w tej chwili patrzeć na tę kobietę, boję się, że coś bym jej zrobiła. Nigdy nie pojmę, jak można być aż tak bardzo zapatrzonym w siebie i widzieć tylko czubek własnego nosa.
Chyba będę zmuszona dziś zostać kilka godzin dłużej, żeby zebrać trochę napiwków, za które będę mogła kupić nieco jedzenia. Zmianę mam do drugiej w nocy, może zostanę do zamknięcia, wtedy nazbieram i napiwki, i nadgodziny. Jutro sobota, a to oznacza, że mam wolne w biurze, ale czeka mnie niemal całodobowy maraton w klubie.
Kciukiem dyskretnie ocieram łzy bezradności. Nie żegnając się z matką, wychodzę z domu. Głodna, rozczarowana i zmęczona. Nie wiem, jak długo będę jeszcze w stanie tak funkcjonować.
Ledwie docieram na czas, nie przewidziałam tego, że zrobi mi się słabo po drodze. To pewnie z głodu. Całe szczęście, że w pracy dostajemy zawsze jeden posiłek. Gdyby nie to, byłoby ze mną kiepsko. Te obiady mnie ratują i dzięki temu jestem w stanie zaoszczędzić trochę pieniędzy, no cóż. Byłam w stanie oszczędzić, ale matka wszystko zabrała.
- Cześć, Steve! - Macham do ochroniarza, wchodząc do środka.
Nie pracuję w pierwszym lepszym podrzędnym klubie, pracuję w jednym z bardziej dochodowych w Nowym Jorku. Usytuowany jest na Manhattanie, przychodzą tu sami nadęci bogacze, ale i ludzie, którzy chociaż przez moment chcą się poczuć jak oni. Sama wynajmuję mieszkanie na Bronksie, więc dla mnie to miejsce jest niczym z innego świata. To mi tylko przypomina, że nigdy nie osiągnę tego, co ci ludzie. Do końca życia zapewne będę mieszkała w małej klitce bez ogrzewania, w najgorszej dzielnicy miasta.
Biuro rachunkowe jest na Brooklynie, więc tam również mam daleko. Nogi to mi chyba odpadną po tylu kilometrach, które przeszłam. Bardzo dzisiaj zaryzykowałam, ponieważ poprosiłam nieznajomego o podwiezienie, ale w zasadzie nie miałam wyboru. Albo to, albo bym się spóźniła do pracy, przez co mogłabym zostać zwolniona, a więc wybór był oczywisty. Bez wahania wsiadłam do auta. Jestem wdzięczna, że trafiłam na życzliwego mężczyznę, który był całkowicie zakochany w swojej żonie. Dużo o niej opowiadał przez pół godziny jazdy, a oczy mu się świeciły na każde wspomnienie o niej. Chciałabym kiedyś znaleźć osobę, która mówiłaby o mnie z takim samym błyskiem. Uświadomiłam sobie podczas rozmowy z nim, że jestem strasznie samotna. Ostatniego chłopaka miałam w liceum, zanim całe moje życie legło w gruzach, gdy niemal z dnia na dzień musiałam stać się dorosła, by utrzymywać siebie i matkę. Czyli od przeszło pięciu lat nikogo nie miałam, z nikim się nie spotykałam. Niestety, ale najzwyczajniej brakuje mi na to czasu. Gdy wracam do mieszkania, niemalże od razu padam wykończona na łóżko. Życie kręci się wokół roboty i zamartwiania się, czy przeżyję do przyszłego miesiąca.
Moją jedyną koleżanką jest Ashley, z którą pracuję. Tylko ona zna moją sytuację, niestety spotykamy się jedynie w knajpie, bo nie mam czasu, żeby wyjść gdziekolwiek, no i pieniędzy, żeby sobie na to pozwolić.
Gdy wchodzę do lokalu, czuję się bardziej przygnębiona niż zazwyczaj, a to wszystko za sprawą mojej cudownej matki. Mam jej serdecznie dość. Brad, nasz kucharz, przyrządza dla mnie obiad, a mnie już cieknie ślinka na samą myśl o jedzeniu, w końcu to będzie pierwszy i jedyny posiłek dzisiaj.
W międzyczasie już obsługuję stoliki, gdy wracam na kuchnię, robi mi się słabo. To na pewno z głodu, zapewne jak coś zjem, będzie lepiej. Niestety, przez najbliższą godzinę nie mam co marzyć o przerwie, bo zrobił się nieoczekiwany ruch i po prostu nie ma na to czasu. Zaciskam zęby. Jakoś dam radę, nie zemdleję. Nie mogę, bo stracę tę pracę.
Trafia mi się stolik pełen napuszonych idiotów, którzy są bogaci i myślą, że wszystko im wolno, bo gdy przechodzę obok, łapa jednego ląduje na moim pośladku. Wzdrygam się, ale nie reaguję, bo dają dobre napiwki. Nie wzywam też ochroniarza, właśnie z tego samego powodu. Smutne, ale prawdziwe.
- Ej, laluniu - odzywa się któryś z oblechów.
Wypuszczam głośno powietrze, ale kieruję na nich swoją uwagę.
- Czy ty także tu tańczysz? Jeśli tak, to zrobisz dla nas mały pokaz? Dobrze płacimy.
Chcę odpowiedzieć, że nie. Chcę, ale propozycja wiąże się z zarobieniem sporej kasy, a tego mi teraz trzeba. Powinnam się zgodzić. Przecież to tylko striptiz, co może być w tym trudnego?
Zastanawiam się tylko, dlaczego chcą mnie, przecież jestem wychudzona, a moja twarz jest co najmniej przeciętna. Nie powiem, że jestem brzydka, bo są brzydsze ode mnie, ale nie uważam się za cud świata.
- Ile zapłacicie? - pytam zainteresowana.
Wiem, że będę tego żałować, ale muszę jakoś przeżyć. Teraz nie ma dla mnie znaczenia moja godność, ale nie umrę z głodu. Nie chcę.
- Dziesięć tysięcy, jeśli zrobisz to za godzinę - odpowiada mi ten, który to zaproponował.
Otwieram szeroko oczy, nigdy w życiu nie widziałam takiej gotówki. Naprawdę chcą mi tyle zapłacić? To zbyt piękne, żeby było prawdziwe, na pewno w tym wszystkim tkwi jakiś haczyk. W życiu nic nie przychodzi łatwo, a już zwłaszcza w moim, chociaż może to jest ten mały promyczek nadziei, którego potrzebuję. Może okaże się, że to nie jest nic strasznego, a ja będę mogła przestać się martwić o to, czy będę miała jutro co jeść.
- Zgoda - mówię po chwili milczenia.
Widzę, jak się do siebie przebiegle uśmiechają, przebiegają mnie dreszcze, bo to nie wróży nic dobrego, ale skoro się już zgodziłam, to nie mogę odmówić.
Idę na przerwę, bo muszę w końcu zjeść. Podczas posiłku opowiadam o wszystkim Ashley, a ona jest równie zaciekawiona co ja, tyle że nie ma złego przeczucia, a ja tak. Informuję również moją szefową, a raczej kierowniczkę, że dwie godziny przed końcem mojej zmiany zniknę, bo będę tańczyć. Nie chce się na to zgodzić, chyba że oddam jej połowę pieniędzy. Nie mam wyjścia, zgadzam się, bo muszę opłacić rachunki. Pięć tysięcy to i tak jest mnóstwo gotówki, więc i tak mi wystarczy.
Nadchodzi godzina zero, ręce ze stresu coraz bardziej mi się pocą. A ja nerwowo zerkam co chwilę na zegarek, niedobrze mi. Źle się czuję z tym, że się zgodziłam.
Przełykam ślinę, biorę głęboki oddech i wchodzę do sali.
Raz kozie śmierć.