I
CZWARTY PAŹDZIERNIKA 1957. ZAPROSZENIE DO TAŃCA
1
Dla mnie osobiście groza - prawdziwa groza, w odróżnieniu od uczucia, jakie budzą demony i upiory przyczajone w ludzkim umyśle - rozpoczęła się pewnego popołudnia w październiku 1957 roku. Właśnie skończyłem dziesięć lat i, jakże stosownie, siedziałem w kinie Stratford Theater w centrum Stratfordu w stanie Connecticut.
Film wyświetlany tego dnia był - i jest nadal - jednym z moich najulubieńszych dzieł wszech czasów. Fakt zaś, że wyświetlano właśnie ten obraz zamiast westernu z Randolphem Scottem czy filmu wojennego z Johnem Wayne'em, okazał się także niezwykle stosowny. Na tym sobotnim seansie, w dniu, w którym rozpoczęła się prawdziwa groza, pokazywano "Latające talerze" (oryg. Ziemia kontra latające talerze). Występował w nim Hugh Marlowe, w owych czasach najbardziej chyba znany ze swej roli porzuconego, szaleńczo ksenofobicznego narzeczonego Patricii Neal w filmie "Dzień, w którym Ziemia zamarła", nieco starszym i bez wątpienia znacznie bardziej racjonalnym dziele science fiction.
W "Dniu, w którym Ziemia zamarła" obcy imieniem Klaatu (Michael Rennie w oślepiająco białym międzygalaktycznym popołudniowym garniturze) ląduje na trawniku przed Białym Domem latającym spodkiem (który, gdy działają silniki, świeci się jak jeden z owych plastikowych Jezusów wręczanych uczniom w wakacyjnych szkółkach biblijnych za to, że wykuli na pamięć fragmenty Pisma). Klaatu schodzi po trapie i przystaje, śledzony przez przerażone oczy ludzi i lufy kilkuset karabinów. Jest to chwila pamiętnego napięcia, chwila, która w pamięci nabiera nieoczekiwanej słodyczy. Właśnie dzięki takim momentom ludzie stają się miłośnikami kina na całe życie. Klaatu wyjmuje jakieś dziwne urządzenie - z tego co pamiętam, wyglądało ono jak rodzaj przenośnej kosiarki - i jakiś zapalczywy żołnierz natychmiast ładuje mu kulkę w ramię. Oczywiście okazuje się, że urządzenie było podarunkiem dla prezydenta. Żaden promień śmierci, po prostu zwykłe międzygwiezdne lekarstwo na raka.
To było w 1951 roku. Sześć lat później, tamtego sobotniego popołudnia w Connecticut, ludzie z latających talerzy wyglądali i działali zdecydowanie mniej przyjaźnie. W odróżnieniu od szlachetnego i dość smutnego przystojniaka Michaela Rennie w roli Klaatu przybysze z kosmosu w filmie "Latające talerze" przypominali stare, przesiąknięte złem drzewa o powykręcanych, zasuszonych ciałach i szyderczo wykrzywionych starych twarzach.
Zamiast przywieźć prezydentowi lekarstwo na raka, jak każdy szanujący się ambasador, podkreślający w ten sposób uznanie, jakie jego państwo żywi dla Stanów Zjednoczonych, pasażerowie latających spodków przywożą ze sobą promienie śmierci i powszechną wojnę. Wszystko to, szczególnie zniszczenie Waszyngtonu, zostało oddane wręcz niezwykle realistycznie dzięki efektom specjalnym, będącym dziełem Raya Harryhausena, gościa, który jako dziecko chadzał do kina razem z kumplem Rayem Bradburym.
Klaatu przybywa, aby przekazać nam posłanie przyjaźni i braterstwa. Oferuje Ziemianom członkostwo w czymś w rodzaju międzygwiezdnej Organizacji Narodów Zjednoczonych, oczywiście pod warunkiem że zrezygnujemy z naszego nieszczęsnego zwyczaju zabijania się całymi milionami. Przybysze z "Latających talerzy" zjawiają się tylko po to, aby nas podbić - jako ostatnia flota ginącego świata, istoty stare i zachłanne, szukające niepokoju, lecz zdobyczy.
"Dzień, w którym Ziemia zamarła" należy do wybranej garstki prawdziwych filmów science fiction. Starożytni przybysze z "Latających talerzy" są emisariuszami znacznie częściej spotykanego gatunku filmów - horrorów. Żadnych bzdur w rodzaju: "Miał to być dar dla waszego prezydenta". Ci faceci zjawiają się po prostu w centrum operacyjnym Hugh Marlowe'a na przylądku Canaveral i zaczynają walić w co popadnie.
I sądzę, że właśnie w przepaści, jaka dzieli te dwie filozofie, znalazło się miejsce dla prawdziwych zalążków grozy. Jeśli istnieje granica pomiędzy tak kontrastowymi ideami, groza z pewnością wyrasta właśnie z niej.
Ponieważ dokładnie w chwili, gdy spodki na dobre rozpoczęły atak na stolicę naszego państwa (w ostatniej części filmu), wszystko po prostu się zatrzymało. Nagle ujrzeliśmy przed sobą pusty ekran. Kino wypełnił tłum dzieciaków, lecz hałas wokół był zdumiewająco niewielki. Jeśli wrócicie pamięcią do sobotnich seansów za czasów swej zmarnowanej młodości, z pewnością przypomnicie sobie, że gromada dzieciaków w kinie potrafi na różne sposoby wyrazić swoje niezadowolenie z powodu przerwania filmu albo opóźniania się seansu. Rytmiczne oklaski, skandowanie: "Dawać film! Dawać film! Dawać film!", pudełka po cukierkach lecące w stronę ekranu, opakowania popcornu, na których trąbi się jak na trąbkach. Jeśli ktoś miał przypadkiem w kieszeni korki, które pozostały mu jeszcze od ostatniego czwartego lipca, z pewnością wykorzystałby tę sposobność, aby je wyjąć, z dumą zademonstrować wszystkim przyjaciołom, którzy okazaliby stosowny podziw, a następnie podpalić... i zrzucić z balkonu.
Tego październikowego dnia nie stało się nic podobnego. Taśma nie zerwała się, po prostu wyłączono projektor. A potem światła sali zaczęły się zapalać. Rzecz niemająca precedensu. Siedzieliśmy tam, rozglądając się wokół i mrugając oczami niczym zaskoczone światłem krety.
Na środek sceny wyszedł kierownik kina, całkiem niepotrzebnie unosząc ręce, abyśmy umilkli. Sześć lat później, w 1963 roku, wspomniałem ten moment, kiedy pewnego piątkowego popołudnia w listopadzie gość odwożący nas do domu ze szkoły powiedział nam, że w Dallas zastrzelono prezydenta.
2
Jeśli danse macabre zawiera w sobie jakąkolwiek prawdę czy wartość, to wiąże się z nią prosty fakt, że powieści, filmy, programy telewizyjne i radiowe, nawet komiksy z dziedziny horroru zawsze spełniają swe zadanie na dwóch poziomach.
Warstwę wierzchnią stanowi poziom "obrzydliwości" - kiedy Regan wymiotuje w twarz księdzu albo masturbuje się krucyfiksem w "Egzorcyście", lub też kiedy paskudny, straszliwy potwór bez skóry w filmie "Przepowiednia" Johna Frankenheimera rozgryza głowę pilota helikoptera niczym dziecko lizak. Obrzydliwość można realizować z różnym stopniem wrażliwości artystycznej, ale jej obecność jest nieodzowna.
Natomiast na drugim, znacznie istotniejszym poziomie, każdy horror przypomina taniec - ruchome, rytmiczne poszukiwania. Ich obiektem jest miejsce, gdzie wy, czytelnicy czy też widzowie, reagujecie na bardziej prymitywnym poziomie. Horroru nie interesuje cywilizacyjne umeblowanie naszego życia. Takie dzieło tańczy przez wszystkie pomieszczenia naszej duszy, które umeblowaliśmy kawałek po kawałku, a każdy element ich wystroju podkreśla - przynajmniej taką mamy nadzieję! - nasz powszechnie akceptowany, sympatyczny i oświecony charakter. Danse macabre poszukuje innego miejsca, pomieszczenia, które może przypominać sekretną garsonierę wiktoriańskiego dżentelmena, czasami izbę tortur hiszpańskiej inkwizycji - lecz zapewne najczęściej i najbardziej prostą, prymitywną, brzydką grotę jaskiniowca z epoki kamienia łupanego.
Czy horror jest sztuką? Na owym drugim poziomie nie można go określić inaczej. Osiąga wyżyny sztuki choćby dlatego, że poszukuje czegoś, co wykracza poza nią, czegoś, co jest wcześniejsze niż jakakolwiek sztuka. Osobiście nazwałbym to czułymi punktami, wrażliwymi na różnorakie fobie. Dobra opowieść grozy, wirując w tańcu, dotrze do jądra waszego życia i odkryje sekretne drzwi do pomieszczenia, o którym myśleliście, że pozostaje tylko waszą tajemnicą. Zarówno Albert Camus, jak i Billy Joel zauważyli, że Obcy sprawia, iż stajemy się nerwowi... lecz w sekrecie chętnie przymierzamy jego maskę.
Czy przerażają was pająki? W porządku, mamy pająki, jak w "Tarantuli", "Człowieku, który nieprawdopodobnie się zmniejszał" i Kingdom of the Spiders [Królestwie pająków]. Co powiecie na szczury? W powieści Jamesa Herberta o tym samym tytule wręcz czuje się, jak pełzają po człowieku i pożerają go żywcem. A może węże? Lęk przed zamknięciem? Lub... cokolwiek by to było.
Ponieważ książki i filmy należą do rodziny mass mediów, przez ostatnie trzydzieści lat horrorowi często udawało się dotrzeć do czegoś jeszcze lepszego niż osobiste lęki. W tym okresie (a także w nieco mniejszym stopniu w ciągu poprzedzających go siedemdziesięciu lat) dzieła należące do tego gatunku potrafiły często odszukać czułe miejsca całego narodu, a książki oraz filmy, które odniosły największy sukces, niemal zawsze zdają się opisywać i wyrażać lęki wspólne dla szerszego grona ludzi. Owe lęki, często raczej polityczne, ekonomiczne i psychiczne niż dotyczące zjawisk nadnaturalnych, dodają najlepszym dziełom gatunku przyjemną otoczkę alegorii - tego rodzaju, za którym przepada większość filmowców. Może dlatego, że wiedzą, iż kiedy za głęboko wpadną w gówno, zawsze mogą wywołać z mroku kolejnego potwora.
Za chwilę wrócimy do Stratfordu w 1957 roku, zanim jednak to uczynimy, pozwolę sobie zasugerować, że jednym ze zrealizowanych w ostatnich trzydziestu latach filmów, które znakomicie zdołały odnaleźć narodowe czułe miejsca, była "Inwazja porywaczy ciał" Dona Siegela. Nieco dalej omówimy powieść, na podstawie której powstał ten film, oddamy także głos jej autorowi Jackowi Finneyowi. Na razie jednak przyjrzyjmy się pobieżnie samemu dziełu filmowemu.
W Siegelowskiej wersji "Inwazji porywaczy ciał" tak naprawdę nie ma nic obrzydliwego czy straszliwego2; żadnych złych, monstrualnych przybyszów z gwiazd, pomarszczonych, zmutowanych postaci, kryjących się za fasadą normalności. Ludzie-rośliny są po prostu nieco inni, to wszystko. Odrobinę niedookreśleni. Troszeczkę bałaganiarscy. Choć Finney nigdy nie dopowiada tego w swej książce, bez wątpienia jednak sugeruje, że najstraszniejszą "ich" cechą jest to, iż brak im nawet najbardziej pospolitego poczucia estetyki. Nieważne, mówi Finney, że owi uzurpatorzy z kosmosu nie potrafią docenić "Traviaty" czy "Moby Dicka", a nawet świetnej okładki Normana Rockwella do "Saturday Evening Post". To już wystarczająco źle, ale - mój Boże! - ci obcy nie strzygą swoich trawników, nie wymieniają szyby w oknie swego garażu, nawet gdy dzieciak z sąsiedniej ulicy ciśnie w nie piłką baseballową. Nie odmalowują swoich domów, kiedy zaczyna schodzić z nich farba. Drogi prowadzące do Santa Mira, jak czytamy, są tak pełne dziur i pęknięć, że komiwojażerowie obsługujący miasto - którzy, można by rzec, dostarczają jego handlowym płucom ożywczego powietrza kapitalizmu - wkrótce przestaną się zjawiać.
Poziom obrzydliwości to jedno, lecz dopiero na drugim poziomie grozy doświadczamy często cichego niepokoju, który nazywamy dreszczykiem. Przez lata "Inwazja porywaczy ciał" sprawiała, że wielu ludzi doświadczyło gęsiej skórki, a filmowej wersji Siegela przypisywano wiele wydumanych idei. Dostrzegano w niej manifest antymaccartyzmu, póki ktoś nie zauważył, że polityczne poglądy Siegela trudno nazwać lewicowymi. Następnie ludzie zaczęli widzieć w "Inwazji" ideę "lepsza śmierć niż komunizm". Sądzę, że z owych dwóch poglądów drugi bliższy jest filmowi Siegela, kończącemu się sceną, w której Kevin McCarthy stojący na środku autostrady krzyczy: "Oni już tu są! Wy będziecie następni!" do samochodów mijających go w mroku. W głębi serca jednak nie wierzę, aby Siegel chciał nakręcić polityczną alegorię (a jak zobaczycie później, Jack Finney także w to nie wierzył). Sądzę, że świetnie się bawił, a owe podteksty pojawiły się same.
Nie przeczy to zresztą koncepcji, że w "Inwazji porywaczy ciał" naprawdę pojawiają się elementy alegorii. Chcę po prostu powiedzieć, że czasami owe czułe miejsca i źródła lęku są skryte tak głęboko, a jednocześnie tak silne, iż możemy czerpać z nich niczym ze studni artezyjskich - mówiąc jedną rzecz głośno, podczas gdy inną wyrażamy szeptem. Wersja Philipa Kaufmana jest także świetną zabawą, choć, prawdę mówiąc, nie tak świetną jak Siegela, lecz ów szept zmienił się w coś zupełnie innego. Wymowa filmu Kaufmana sprawia wrażenie satyry na cały, jakże charakterystyczny dla samolubnych lat siedemdziesiątych ruch "Ja jestem w porządku - ty jesteś w porządku - więc wskakujmy do wanny, aby dopieścić naszą bezcenną świadomość", co mogłoby sugerować, że choć niepokoje i lęki masowej podświadomości z dekady na dekadę ulegają zmianom, droga prowadząca do źródła koszmarnych snów pozostaje wciąż ta sama.
Podejrzewam, że to właśnie jest prawdziwy danse macabre. Owe godne uwagi chwile, gdy twórcom opowieści grozy udaje się połączyć świadomość i podświadomość w jednej potężnej wizji. Uważam, że lepiej udało się to Siegelowi w jego wersji "Inwazji porywaczy ciał", lecz oczywiście zarówno Siegel, jak i Kaufman zdołali tego dokonać dzięki Jackowi Finneyowi, który pierwszy dokopał się do pierwotnego źródła.
I to, jak sądzę, doprowadza nas z powrotem do kina w Stratfordzie w ciepłe, jesienne popołudnie 1957 roku.
3
Siedzieliśmy oniemiali w fotelach, wpatrując się w kierownika. Sprawiał wrażenie, jakby był zdenerwowany i blady - a może była to tylko wina świateł na sali. Milczeliśmy, zastanawiając się, jaka katastrofa sprawiła, że przerwał film właśnie w chwili, gdy akcja osiągała ową kulminację wszystkich letnich projekcji, "najlepszy kawałek". A sposób, w jaki drżał mu głos, gdy przemówił, również nie dodał nam otuchy.
- Chcę wam powiedzieć - rzekł tym drżącym głosem - że Rosjanie umieścili na orbicie okołoziemskiej sztucznego satelitę. Nazwali go... Sputnik.
Informacja ta została przyjęta w grobowej ciszy. Siedzieliśmy w bezruchu, sala pełna typowych dzieciaków z lat pięćdziesiątych, ostrzyżonych na jeża, z plerezami, końskimi ogonami, kaczymi kuprami, krynolinami, w ciuchach z demobilu, w dżinsach z mankietami, z pierścieniami Kapitana Midnighta; dzieciaków, które właśnie odkryły Chucka Berry'ego i Little Richarda w jedynej nowojorskiej stacji radiowej nadającej czarny rhytm and blues, którą odbieraliśmy nocami, przy czym jej głos słabł i narastał niczym przekaz nadawany w nieznanym języku z odległej planety. Byliśmy dziećmi, które wychowały się na Kapitanie Video i Terry and the Pirates. Byliśmy dziećmi, które oglądały, jak Combat Casey wybija kopniakami zęby niezliczonym żółtkom z Korei Północnej w kolejnych numerach komiksu. Byliśmy dziećmi, które śledziły przygody Richarda Carlsona, chwytającego tysiące paskudnych, komunistycznych szpiegów w I Led Three Lives [Prowadziłem potrójne życie]. Byliśmy dziećmi, które wysupłały dwadzieścia pięć centów od głowy, by obejrzeć Hugh Marlowe'a w filmie "Latające talerze", i w ramach niezbyt satysfakcjonującej premii usłyszały właśnie ową niepokojącą wiadomość. Pamiętam to bardzo dokładnie. Wśród owej strasznej, martwej ciszy rozległ się nagle ostry głos. Nie mam pojęcia, czy należał do chłopaka, czy do dziewczyny. Głos pełen łez, lecz jednocześnie drżący od przerażającego gniewu:
- Och, daj spokój i puść dalej film, ty kłamco!
Kierownik nie spojrzał nawet w miejsce, z którego dobiegał ów głos, i to w pewnym sensie było dla nas najgorsze. W jakiś sposób dowodziło, że to, co powiedział, było prawdą. Rosjanie pokonali nas w wyścigu w kosmos. Dziś nad naszymi głowami, triumfalnie popiskując, krążyła elektroniczna kula skonstruowana i wystrzelona za żelazną kurtyną. Ani Kapitan Midnight, ani Richard Carlson (który występował również w filmie Riders to the Stars [Lot ku gwiazdom]; o rany, jak gorzko ironiczny wydawał się w owej chwili ten tytuł) nie zdołali temu zapobiec. Krążyła gdzieś po niebie... a oni nazwali ją Sputnik. Kierownik stał jeszcze przez chwilę, spoglądając na nas jakby z żalem. Widać było, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale nie wie, co by to mogło być. Wreszcie odszedł i wkrótce film ponownie się rozpoczął.
4
Oto zatem pytanie. Pamiętacie, gdzie byliście, kiedy został zamordowany prezydent Kennedy. Pamiętacie, gdzie byliście, kiedy usłyszeliście, że senator Robert Kennedy wyzionął ducha w jakiejś hotelowej kuchni, ginąc z ręki kolejnego szaleńca. Być może pamiętacie również, gdzie byliście w czasie kryzysu kubańskiego.
Czy pamiętacie, gdzie byliście, kiedy Rosjanie wystrzelili pierwszego sputnika?
Groza - to, co Hunter Thompson nazywa "strachem i obrzydzeniem" - często powstaje w wyniku uczucia powszechnej dezintegracji, wrażenia, że rzeczywistość wokół zaczyna się rozpadać. Jeśli to poczucie rozpadu jest nagłe i dotyczy nas osobiście - innymi słowy, jeśli rani nas prosto w serce - wtedy wszystkie towarzyszące temu wydarzenia zapadają głęboko w pamięć. Fakt, iż prawie każdy pamięta, gdzie był, gdy dowiedział się o zabójstwie Kennedy'ego, jest według mnie niemal równie niepojęty jak to, że jeden głupiec z bronią kupioną na zamówienie pocztowe był w stanie zmienić bieg ziemskiej historii w ciągu mniej więcej czternastu sekund. Owa chwila zrozumienia i następujący po niej trzydniowy szok - to zapewne w dziejach ludzkości okres, kiedy byliśmy najbliżsi wspólnej świadomości i powszechnej empatii, a także - patrząc z dzisiejszej perspektywy - wspólnej pamięci. Dwieście milionów ludzi znalazło się w stanie psychicznego paraliżu. Najwyraźniej miłość nie potrafi osiągnąć podobnego wszechogarniającego efektu. A szkoda.
Nie sugeruję wcale, że wiadomość o sputniku wywarła na psychikę Amerykanów wpływ choćby w części porównywalny z zabójstwem Kennedy'ego (choć sam fakt nie przeszedł bez echa; porównajcie chociażby niezwykle zabawną relację Toma Wolfe'a z wydarzeń, które nastąpiły bezpośrednio po wystrzeleniu satelity, w jego znakomitej książce o naszym programie kosmicznym "S-kadra"), lecz przypuszczam, że wiele dzieciaków - dzieci wojny, jak nas nazywano - pamięta ów dzień tak samo dobrze jak ja.
My, dzieci wojny, stanowiliśmy żyzny grunt dla nasion grozy. Wychowywaliśmy się w dziwacznej cyrkowej atmosferze paranoi, patriotyzmu i ogólnonarodowej pychy. Powtarzano nam, że jesteśmy najpotężniejszym narodem świata i że każdy bandzior zza żelaznej kurtyny, który ośmieliłby się nas zaczepić w wielkim saloonie międzynarodowej polityki, przekona się, kto jest najszybszym rewolwerowcem na Zachodzie (jak w pouczającej powieści Pata Franka Alas, Babylon [Niestety, Babilon], napisanej w tym właśnie okresie). Jednocześnie jednak pouczano nas, co dokładnie należy przechowywać w schronach przeciwatomowych i jak długo mamy w nich zostać po tym, gdy już wygramy wojnę. Mieliśmy więcej jedzenia niż jakikolwiek kraj w historii, lecz jednocześnie w naszym mleku wykrywano ślady strontu-90, pozostałości po próbach jądrowych.
Byliśmy dziećmi mężczyzn i kobiet, którzy wygrali, wedle słów Duke'a Wayne'a, "największą z wojen", a kiedy opadł kurz, Ameryka znalazła się na szczycie. Zastąpiliśmy Anglię w roli kolosa stojącego na straży świata. Podczas gdy nasi żołnierze wrócili do domu, by spłodzić miliony dzieciaków, a wśród nich i mnie, Londyn leżał w gruzach po ciężkich nalotach, nad Imperium Brytyjskim zachodziło słońce, a Rosja wykrwawiła się niemal na śmierć w wojnie z hitlerowcami: podczas oblężenia Stalingradu rosyjscy żołnierze posuwali się do tego, że zjadali własnych towarzyszy3. Lecz na Nowy Jork nie spadła nawet jedna bomba, Ameryka zaś miała najmniejszy procent ofiar ze wszystkich ważniejszych państw uczestniczących w wojnie.
Co więcej, mogliśmy czerpać garściami ze wspaniałej historii (wszystkie krótkie historie automatycznie są wspaniałe), szczególnie w kwestiach wynalazczości i innowacji. Każdy nauczyciel szkoły podstawowej stawiał swoim uczniom za wzór dwa słowa - dwa magiczne słowa, lśniące niczym cudowny neon; dwa słowa o niemal nieskończonej mocy i blasku. A słowa te brzmiały: PIONIERSKI DUCH. Wraz z moimi rówieśnikami wzrastałem w przekonaniu o potędze PIONIERSKIEGO DUCHA Ameryki - potędze, którą najlepiej opisywała litania nazwisk wykutych na pamięć w szkole. Eli Whitney, Samuel Morse, Alexander Graham Bell, Henry Ford, Robert Goddard, Wilbur i Orville Wright, Robert Oppenheimer. Wszyscy ci ludzie, panie i panowie, mieli jedną wspólną cechę. Byli Amerykanami przesiąkniętymi PIONIERSKIM DUCHEM. Zgodnie z barwnym amerykańskim sformułowaniem, zawsze byliśmy najsuperszybsi i najsuperlepsi - we wszystkim.
I pomyślcie tylko, jaki świat otwierał się przed nami! Opisywały go opowiadania Roberta A. Heinleina, Lestera Del Reya, Alfreda Bestera, Stanleya Weinbauma i dziesiątków innych! Owe marzenia pojawiały się w groszowych magazynach science fiction, które w październiku 1957 roku wydawały swoje ostatnie tchnienie... lecz sama fantastyka naukowa nigdy nie miała się lepiej. Kosmos zostanie nie tylko zdobyty, przekonywali nas ci pisarze, zostanie... zostanie... SPIONIEROWANY! Najpierw srebrzyste igły przecinające pustkę, za nimi rzygające płomieniami kadłuby potężnych statków kosmicznych opuszczających się na powierzchnię obcych światów, wreszcie hardzi kolonizatorzy, twarde kobiety i twardzi mężczyźni (amerykańskie kobiety i mężczyźni, dodajmy), do cna przesiąknięci PIONIERSKIM DUCHEM. Mars stanie się naszym podwórkiem, następna gorączka złota (czy może nawet gorączka rodu) wybuchnie w pasie asteroid... aż w końcu, rzecz jasna, zdobędziemy nawet najdalsze gwiazdy. Cóż za wspaniała przyszłość! Turyści fotografujący swymi kodakami sześć księżyców Procjona IV, linia montażowa odrzutowych chevroletów na Syriuszu III... Sama Ziemia zostanie przekształcona w rajską utopię. Można się o tym przekonać, spoglądając na jakąkolwiek okładkę "Fantasy and Science Fiction", "Amazing Stories", "Galaxy" czy "Astounding Science Fiction" z lat pięćdziesiątych.
Przyszłość pełna PIONIERSKIEGO DUCHA - jeszcze lepiej, AMERYKAŃSKIEGO PIONIERSKIEGO DUCHA. Popatrzmy choćby na okładkę pierwszego bantamowskiego wydania "Kronik marsjańskich" Raya Bradbury'ego w miękkiej oprawie. W tej wizji artysty - skądinąd niemającej nic wspólnego z samą książką Bradbury'ego, która stanowi klasyczne połączenie science fiction i fantasy i jest pozbawiona poczucia wyższości rasowej i bezkompromisowej głupoty, jakie widać na rysunku - astronauci przypominają zupełnie marines lądujących na plaży Saipanu czy Tarawy. To prawda, w tle zamiast helikopterów widzimy rakietę, ale już twardy, wymachujący bronią dowódca o wysuniętej szczęce mógłby spokojnie wyjść z każdego filmu z Johnem Wayne'em. "Ruszcie tyłki, chłopcy, myślicie, że będziecie żyć wiecznie? Gdzie się podział wasz PIONIERSKI DUCH?".
Tak wyglądała kołyska teorii politycznych i marzeń o technologicznej potędze, w której wraz z innymi wojennymi dziećmi drzemałem rozkosznie aż do owego październikowego dnia, kiedy to nagle wywrócono ją do góry dnem i wszyscy znaleźliśmy się na podłodze. Dla mnie oznaczało to koniec słodkich snów... i początek koszmaru.
Dzieci pojęły znaczenie tego, czego dokonali Rosjanie, równie szybko, jak ktokolwiek inny - a już z pewnością politycy, którzy desperacko próbowali zarobić choćby parę punktów na tej paskudnej niespodziance. Wielkie bombowce, które zniszczyły Berlin i Hamburg, już wtedy, w 1957 roku, stawały się pieśnią przeszłości. Do podstawowego słownika grozy trafiło nowe pojęcie: międzykontynentalne rakiety balistyczne. Z tego, co wiedzieliśmy, międzykontynentalne rakiety balistyczne stanowiły kolejny krok na drodze przetartej przez niemieckie pociski V1 i V2. Każda z nich niosła ze sobą ogromną porcję nuklearnej śmierci i zniszczenia, a jeśli Ruscy spróbowaliby się stawiać, po prostu zdmuchnęlibyśmy ich z powierzchni ziemi. Uważaj, Moskwo! Oto nadlatuje solidna, gorąca porcja PIONIERSKIEGO DUCHA! Smacznego, palanty!
Tyle że - niewiarygodne! - Rosjanie sami wyglądali całkiem nieźle w dziedzinie pocisków balistycznych. Ostatecznie to nic więcej, jak tylko wielkie rakiety, a komuchy z pewnością nie umieściły sputnika na orbicie za pomocą maszynki do mielenia mięsa.
Tym właśnie torem biegły nasze myśli, kiedy w kinie w Stratfordzie na nowo rozpoczął się film i w całej sali zabrzmiało złowieszcze echo świergotliwych głosów obcych:
- Obserwujcie wasze niebo... z nieba nadejdzie ostrzeżenie... obserwujcie wasze niebo...
5
Książka niniejsza została pomyślana jako nieformalny przegląd tego, co wydarzyło się w dziedzinie horroru w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a nie jako autobiografia niżej podpisanego. Autobiografia ojca, pisarza i eksnauczyciela w liceum byłaby bez wątpienia lekturą śmiertelnie nudną. Jestem zawodowym pisarzem, co oznacza, że najbardziej interesujące rzeczy, które mnie spotkały, przydarzyły mi się w marzeniach.
Ale ponieważ jestem autorem powieści grozy, a także dzieckiem swoich czasów i ponieważ wierzę, że horror nie przeraża, dopóki czytelnik nie zostanie osobiście poruszony, odnajdziecie w tej książce stale pojawiające się wstawki autobiograficzne. Groza w prawdziwym życiu jest uczuciem, z którym walczymy - podobnie jak ja zmagałem się ze świadomością, że Rosjanie zwyciężyli nas w kosmosie - zawsze sami. To walka toczona w tajemnych zakamarkach serca.
Wierzę, że wszyscy jesteśmy samotni i że każdy głęboki i trwały ludzki kontakt to nic więcej niż konieczne złudzenie, ale mimo wszystko uczucia, które uważamy za "pozytywne" i "konstruktywne", stanowią próbę nawiązania kontaktu i porozumienia. Miłość i życzliwość, zdolność do opieki i współczucia - to jedyne, co znamy z jasnej strony życia. To one łączą nas i zbliżają do siebie, jeśli nawet nie w rzeczywistości, to w ułudzie dającej nam nadzieję i sprawiającej, że łatwiej nam znieść brzemię śmiertelności.
Groza, przerażenie, strach, panika - te uczucia wbijają między nas klin, wyobcowują z tłumu i czynią samotnymi. Fakt, że uczucia i emocje, które wiążemy z instynktem stadnym, miałyby nas rozdzielać, istotnie stanowi paradoks, ale w końcu nie bez kozery powiada się, że tłum to miejsce, gdzie jest się samotnym, bo nie ma tam miłości. Melodie opowieści grozy są proste i ograne, to melodie wyobcowania i rozpadu... ale innym paradoksem jest, że rytualne ujście tych uczuć przywraca porządek rzeczy, umożliwia powrót do stanu bardziej stabilnego i konstruktywnego. Spytajcie jakiegokolwiek psychiatrę, co chce osiągnąć jego pacjent, leżąc na kozetce i opowiadając o wszystkim, co nie pozwala mu zasnąć i co nawiedza jego sny. "Co widzisz, kiedy już ciemność zapada?" - pytali Beatlesi. Ich odpowiedź brzmiała: "To tylko moje, nie chcę o tym gadać".
Gatunek, o którym mówimy, niezależnie od tego, czy mamy na myśli książki, filmy czy programy telewizyjne, jest w istocie tylko jednym: pełnym grozy zmyśleniem. A jedno z najczęściej pojawiających się pytań, zadawanych przez ludzi, którzy dostrzegli istnienie tego paradoksu (choć być może nie wyartykułowali go w pełni w swych umysłach), brzmi: po co wymyślać nowe upiory, skoro i tak nasz świat pełen jest strachu?
Można na to odpowiedzieć następująco: wymyślamy nowe strachy po to, by pomogły nam rozprawić się z prawdziwymi zagrożeniami. Postawieni w obliczu nieskończonej ludzkiej wynalazczości, staramy się wyłapać z niej najważniejsze, najbardziej destrukcyjne elementy i przetworzyć je w narzędzia, które zwrócimy przeciw nim samym. Termin katharsis jest równie stary, jak grecki dramat, i często bywał nadużywany przez osoby zajmujące się moją dziedziną jako usprawiedliwienie tego, co robią, wciąż jednak ma tu swoje, choć niewątpliwie ograniczone, zastosowanie. Ułuda strachu sama w sobie daje ujście lękom, jest niczym przecięcie nabrzmiałego wrzodu... i możliwe, że kiedy owa ułuda pojawia się w mass mediach, staje się czasami dla całego narodu odpowiednikiem kozetki psychoanalityka.
Zanim na dobre zaczniemy, po raz ostatni powróćmy do października 1957 roku. Nagle, mimo że na pierwszy rzut oka mogłoby się to wydać absurdalne, film "Latające talerze" nabrał symbolicznego znaczenia politycznego. Spod przykrywki banalnej opowieści o inwazji z kosmosu wyjrzała wizja ostatecznej, totalnej wojny. Nienasycone, monstrualne potwory kierujące latającymi spodkami stały się Rosjanami; zniszczenie pomnika Waszyngtona, kopuły Kapitolu i gmachu Sądu Najwyższego - niezwykle naturalistycznie oddane dzięki poklatkowej animacji Harryhausena - ukazało nam zupełnie prawdopodobne efekty ewentualnego ataku jądrowego.
I wreszcie nastąpił koniec filmu. Tajna broń Hugh Marlowe'a - naddźwiękowe działo, zakłócające napęd elektromagnetyczny obcych statków, czy inna podobnie sympatyczna głupota - zestrzeliło ostatni latający talerz i z głośników na każdej ulicy Waszyngtonu (takie przynajmniej można było odnieść wrażenie) zagrzmiały słowa: "Obecne zagrożenie... dobiegło końca. Obecne zagrożenie... dobiegło końca. Obecne zagrożenie dobiegło końca". Kamera pokazuje czyste niebo. Starożytne potwory o złowrogo wykrzywionych zdrewniałych twarzach zostały pokonane. Cięcie. Przenosimy się na kalifornijską plażę, jakimś cudem pustą, poza Marlowe'em i jego nową żoną (będącą, rzecz jasna, córką Szorstkiego Starego Żołnierza, który Zginął za Ojczyznę). Właśnie zaczął się ich miesiąc miodowy.
- Russ - pyta kobieta - czy oni wrócą?
Marlowe z powagą spogląda w niebo, po czym przenosi wzrok na żonę.
- Nie takiego pięknego dnia - mówi pocieszająco. - I nie do tak pięknego świata.
Trzymając się za ręce, biegną w stronę morza - i pojawiają się napisy końcowe.
Przez moment - bardzo krótki moment - ów zaskakująco prosty trik działa. Pochwyciliśmy w dłonie istotę horroru i w ten sposób zdołaliśmy go zniszczyć - sztuczka porównywalna do wydobycia się z bagna za własne sznurowadła. Przez chwilę głębszy strach - rzeczywistość rosyjskiego sputnika i wszystkiego, co on oznacza - zostaje okiełznany. Oczywiście odrodzi się, ale dopiero po jakimś czasie. W tej chwili stawiliśmy czoło najgorszemu i wcale nie okazało się to takie straszne. Końcówce filmu towarzyszyło cudowne uczucie powrotu do normalności i bezpieczeństwa, jak wtedy, gdy kolejka górska w lunaparku zatrzymuje się, a ty wysiadasz ze swą dziewczyną, oboje cali i zdrowi.
Osobiście uważam, że właśnie owo poczucie powrotu do normalności, wywoływane przez gatunek specjalizujący się w strachu, śmierci i potwornościach, sprawia, iż danse macabre daje nam taką satysfakcję i wrażenie czarodziejskiej swobody. Poczucie powrotu do normalności i niewyczerpana zdolność ludzkiego umysłu do tworzenia tysięcy nieistniejących światów, które mogą żyć własnym życiem. Znakomita poetka Anne Sexton mogła wykorzystać tę zdolność, by "pisząc, odzyskać zdrowe zmysły". Jej wiersze, opisujące krok po kroku proces zapadania się autorki w otchłań szaleństwa, umożliwiły jej wreszcie pogodzenie się ze światem, przynajmniej na jakiś czas. Możliwe, że zdołają też otworzyć tę drogę przed innymi. Nie chcę przez to powiedzieć, że istnienie literatury musi być usprawiedliwione użytecznością danego dzieła. Sprawienie przyjemności czytelnikowi powinno wystarczyć. Nieprawdaż?
W takim właśnie świecie żyłem z własnego wyboru od wczesnego dzieciństwa. Trafiłem do niego na długo przed Stratford Theater i sputnikiem. Oczywiście, nie twierdzę, że Rosjanie wstrząsnęli mną do tego stopnia, by obudzić we mnie zainteresowanie horrorem. Pragnę tylko wskazać moment, w którym po raz pierwszy ujrzałem sens łączenia krainy fantazji i czegoś, co "My Weekly Reader" nazywał Sprawami Bieżącymi. Ta książka stanowi opis mej wędrówki przez ów świat, przez wszystkie światy grozy i fantazji, które przerażały mnie i zachwycały. Ponieważ zaś wyprawa ta odbyła się bez przewodnika i szczegółowego planu, czasem w trakcie lektury może stanąć wam przed oczami kiepski pies myśliwski, wędrujący bez celu, podążający za każdym ciekawszym tropem, jaki przyciągnie jego uwagę. Jeśli o mnie chodzi, nie będę miał pretensji.
Pamiętajcie jednak, że to nie łowy. To taniec. A czasami w sali balowej gasną nagle wszystkie światła.
Ale i tak zatańczymy, wy i ja. Nawet w ciemności. Zwłaszcza w ciemności.
Czy mogę prosić...?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
PRZEDMOWA
WSTĘP DO DRUGIEGO WYDANIA
I. CZWARTY PAŹDZIERNIKA 1957. ZAPROSZENIE DO TAŃCA
II. OPOWIEŚCI O HAKU
III. OPOWIEŚCI TAROTA
IV. IRYTUJĄCA PRZERWA AUTOBIOGRAFICZNA
V. RADIO I OBRAZ RZECZYWISTOŚCI
VI. WSPÓŁCZESNY AMERYKAŃSKI FILM GROZY - TEKST I PODTEKST
VII. FILM GROZY JAKO GUMA DLA OCZU
VIII. SZKLANY CYCEK ALBO TEN POTWÓR SPONSOROWANY JEST PRZEZ FIRMĘ GAINESBURGER
IX. LITERATURA GROZY
X. OSTATNI WALC - HORROR I MORALNOŚĆ, HORROR I MAGIA
POSŁOWIE
Dodatek I. FILMY
Dodatek II. KSIĄŻKI
2 Natomiast remake Philipa Kaufmana [w Polsce rozpowszechniany na kasetach wideo pt. "Inwazja" - przyp. tłum.] to już zupełnie inna sprawa. W owym filmie pojawia się scena, która jest wręcz odstręczająco obrzydliwa - kiedy Donald Sutherland miażdży grabiami twarz nowo uformowanej istoty. Twarz pęka z budzącą mdłości łatwością, niczym zgniły owoc, i wokół rozpryskuje się najbardziej realistyczna fontanna krwi, jaką widziałem w kolorowym filmie. Gdy nastąpił ów moment, skrzywiłem się, przycisnąłem dłoń do ust i zdumiałem się, w jaki sposób film ten został uznany za nadający się do rozpowszechniania bez ograniczeń wieku.
3 Autor myli tu być może bitwę stalingradzką z blokadą i oblężeniem Leningradu (dziś Sankt Petersburga), w którym panował wówczas straszliwy głód - przyp. red.