Danse Macabre - Bartosz Marcinów

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zdmuchnięte świece

Górnik z kopalni

Wraca zmęczony,

W taniec wpędzony...

Morderca zbrodnie

Zimne popełnia,

W taniec wpędzony...

Nędzarz pod mostem

Leżąc wpółżywy,

W taniec wpędzony...

Magnat obfity,

W luksusach tonie,

W taniec wpędzony...

Dureń bystrością

Olśnioną błyszczy,

W taniec wpędzony...

Naukowiec światły

Dzieło wynalazł,

W taniec wpędzony...

I wszyscy w korowodzie

Jakby jedna rodzina,

Piękna, trochę upiorna,

Wielka, lecz wspólną zjednał

Ich ideą ktoś większy,

Silniejszy...

Sprawniejszy...

Mocniejszy...

Tak jak im zagrała, tak

I stan wszelaki tańczył:

Zdziwiony...

Zdębiały...

Nijaki...

Żałobnym marszem,

W taniec wpędzony...

Czerwony las

Sljedjuszy! - krzyknął oficer.

Z komnaty pchany, kopany

Mąż polski z raną na czole,

Przez braci swoich sądzony,

Bez prawdy, prawa, godności.

Kompania zaś znając los swój

Przykry, bez nadziei czeka,

Sami wiedzą na co, przecież

Wyrok ich przed tygodniami

Znany był wszystkim bez reszty.

Wtem huk ogromny w komnacie,

Jedni do modlitwy smętnej

Uklęknęli, jeszcze inni

Przeklinają rzeczywistość

Ciemną, w jakiej się znaleźli.

Strzał czaszkę i mózg na wylot

Przedziurawił, kości rozbił,

Z rany ciecz krwista pociekła,

Ciało bezwolne pod masą

Załamało się i padło.

Nie-wieczny wyścig

Za końcem nadążyć...

Kłębek nici toczy

Się przez kuchnię, wśród

Krzeseł i stolika,

Pędzi pospiesznie

Jak pionierski, świeży

Samolot szturmowy,

Autopilotem w bój

Samobójczy słany.

Wnet i do sypialni

Bez przeszkód dotarła

Większych, na ogródek

Też trafiła w końcu,

Gdzie cudem przecięcia

Uniknęła, biegnąc

Wprost pod kosy ostrza,

Furtką wydostała

Się do miasta ślizgiem.

A kocur za nią

Mknął jakże szalenie,

I błazeńsko w pogoń

Wyruszył po świecie

Jakże rozszalałym,

Nitka przez spokojną

Jezdnię przechodząc - wprost

Pod koła powozu

Wpadła, za nią zaś zwierz,

Życie swe pauzując

Nagle, bezpowrotnie.

Audiencja u Bolesława, zwanego Wielkim

W swym jakże pięknym, dorodnym

Stroju, książę znamienity,

Z królem jaśnie oświeconym

Spotkać się chce natarczywie

I uparcie; w dłoniach jego

nie widziano jednak listu,

Stąd pan swą łaskę uzyskać

U ludzi poczciwych pragnie,

W kaplicy, grodzie, domostwie,

O środki pytał błagalnie.

Jako iż swym stanem trwogi,

Alboż szacunku nie wzmagał

Ani trochę, aby notę

Z inwitacją wypracować,

Cwaniak swój majątek sprzedać

Calusieńki postanowił,

Dorobek jego obfity

Zaś nie był wcale, wszak książkę

W szacie poszarpanej co dzień,

Jakby na dionizje kroczył.

Tułał się beztrosko, chwiejnie

Aż cel swój osiągnął pierwszy,

List z zaproszeniem prędko

W spotkanie z monarchą mężnym

Obrócił i nad osobą

Jego zaczął się rozwodzić:

Persona o wielkim sercu,

Wierna, łaskawa, oddana,

Wąsik dorodny pod nosem

Swym chowa, lśniąca korona.

Jak w transie, komplementami

Książę królowi rozpylał

Łaskawie, w końcu na spacer

Mniejszy większego zaprosił

I na przechadzkę prywatną

Obaj radośnie ruszyli,

Rzemieślników jak i kupców

Często mijali, zbiorowo

Jakże pracą uwiązani,

Książę z obrzydzeniem patrzył.

I do karczmy poszli chłopcy,

Tam trunkowych na ławeczkach

Dopatrzyli, ku zdziwieniu

Bolka - książę do rozmowy

Z prostakami lgnie uparcie,

Gdy filozoficznych myśli

Magia ustała, do środka

Weszli, królewicz monarchę

Na ladę rzucił i ze swym

Napitkiem do bandy ruszył.