Czerwony las
Sljedjuszy! - krzyknął oficer.
Z komnaty pchany, kopany
Mąż polski z raną na czole,
Przez braci swoich sądzony,
Bez prawdy, prawa, godności.
Kompania zaś znając los swój
Przykry, bez nadziei czeka,
Sami wiedzą na co, przecież
Wyrok ich przed tygodniami
Znany był wszystkim bez reszty.
Wtem huk ogromny w komnacie,
Jedni do modlitwy smętnej
Uklęknęli, jeszcze inni
Przeklinają rzeczywistość
Ciemną, w jakiej się znaleźli.
Strzał czaszkę i mózg na wylot
Przedziurawił, kości rozbił,
Z rany ciecz krwista pociekła,
Ciało bezwolne pod masą
Załamało się i padło.
Audiencja u Bolesława, zwanego Wielkim
W swym jakże pięknym, dorodnym
Stroju, książę znamienity,
Z królem jaśnie oświeconym
Spotkać się chce natarczywie
I uparcie; w dłoniach jego
nie widziano jednak listu,
Stąd pan swą łaskę uzyskać
U ludzi poczciwych pragnie,
W kaplicy, grodzie, domostwie,
O środki pytał błagalnie.
Jako iż swym stanem trwogi,
Alboż szacunku nie wzmagał
Ani trochę, aby notę
Z inwitacją wypracować,
Cwaniak swój majątek sprzedać
Calusieńki postanowił,
Dorobek jego obfity
Zaś nie był wcale, wszak książkę
W szacie poszarpanej co dzień,
Jakby na dionizje kroczył.
Tułał się beztrosko, chwiejnie
Aż cel swój osiągnął pierwszy,
List z zaproszeniem prędko
W spotkanie z monarchą mężnym
Obrócił i nad osobą
Jego zaczął się rozwodzić:
Persona o wielkim sercu,
Wierna, łaskawa, oddana,
Wąsik dorodny pod nosem
Swym chowa, lśniąca korona.
Jak w transie, komplementami
Książę królowi rozpylał
Łaskawie, w końcu na spacer
Mniejszy większego zaprosił
I na przechadzkę prywatną
Obaj radośnie ruszyli,
Rzemieślników jak i kupców
Często mijali, zbiorowo
Jakże pracą uwiązani,
Książę z obrzydzeniem patrzył.
I do karczmy poszli chłopcy,
Tam trunkowych na ławeczkach
Dopatrzyli, ku zdziwieniu
Bolka - książę do rozmowy
Z prostakami lgnie uparcie,
Gdy filozoficznych myśli
Magia ustała, do środka
Weszli, królewicz monarchę
Na ladę rzucił i ze swym
Napitkiem do bandy ruszył.