Dane wrażliwe. Tom 12 - Ewa Nowak

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Nina nie spusz­czała z oczu piłki. Gdy tylko któ­raś z dziew­czyn na chwilę się zaga­piła, przej­mo­wała piłkę i natych­miast rzu­cała do kosza. Była tak skon­cen­tro­wana, że uda­wało jej się tra­fić nawet ze spo­rej odle­gło­ści. Już dawno nie miała tak dobrego dnia.

Zazwy­czaj grała dość szybko, ale prze­cięt­nie. Koszy­kówka jakoś ni­gdy nad­mier­nie jej nie pocią­gała, dwu­taktu do tej pory nie opa­no­wała jak należy, ale tego dnia była zwy­czaj­nie wście­kła i wła­śnie dla­tego aż tak dobrze jej się grało.

Mama Niny jak zwy­kle wstała dzie­sięć minut przed wyj­ściem dzieci do szkoły. Dolała wrzątku do zim­nych fusów po wczo­raj­szej kawie i pijąc drob­nymi łycz­kami, zaha­czyła wzro­kiem o kuchenny blat.

- Naczy­nia się wsta­wia do zmy­warki.

Ta bez­oso­bo­wość zawsze Ninę iry­to­wała, ale ni­gdy nawet słów­kiem nie pisnęła, co sądzi o zwro­tach: "wsta­wia się", "układa się", "zmywa się". Trudno, matki się nie wybiera.

- To Bog­dana - powie­działa zgod­nie z prawdą.

Tłu­ste ślady po jaj­kach sadzo­nych, skórki od chleba, któ­rych ni­gdy nie jadał. Gołym okiem było widać, że to talerz jej brata. Każdy by to zoba­czył. Poza mamą.

- Jak ty się nie wsty­dzisz być takim nie­chlu­jem? Na oczy cze­goś takiego nie widzia­łam. Nie tak cię wycho­wa­łam.

Nina mogła powtó­rzyć, że Bog­dan zro­bił ten bała­gan, tylko że to by nic nie dało. Kiedy mama miała nastrój na awan­turę, to zawsze umiała zna­leźć pre­tekst.

- Na kogo ty wyro­śniesz? I one się póź­niej dzi­wią, że nikt ich nie chce. Kuch­nia świad­czy o kobie­cie.

- Wła­śnie - burk­nęła pod nosem Nina.

Od razu wie­działa, że to wielki błąd. Jeśli chciała szybko wyjść do szkoły, powinna z pokorą wysłu­chać codzien­nych uty­ski­wań. Naj­le­piej było nie reago­wać, uda­wać, że się nie sły­szy, i brać mamy humory na prze­cze­ka­nie. Nie­stety, tylko w teo­rii było to łatwe. Cza­sem, tak jak tego dnia, Ninie po pro­stu pusz­czały nerwy.

- Co to niby miało zna­czyć, moja panno?

"Moja panno" ozna­czało, że mama szybko jej już z domu nie wypu­ści.

Pierw­szy był WF. Nina chciała przyjść do szkoły tro­chę wcze­śniej i jesz­cze przed lek­cjami porów­nać, jak innym wyszło zada­nie z matmy. Już dwa razy miała źle zro­bioną pracę domową, a trzeci minus ozna­czał jedynkę. Koniecz­nie chciała spraw­dzić zada­nie, ale ode­brała sobie tę szansę. Teraz będzie musiała stać ze skru­szoną miną i słu­chać o tym, ile mama dla nich wszyst­kich robi, jak by ten dom bez niej wyglą­dał, co oni sobie myślą, ona żąda sza­cunku, a doce­nią ją wtedy, jak wresz­cie umrze.

Udało jej się wyjść dopiero pięć po ósmej. Spóź­niła się na WF, zada­nia nie spraw­dziła, a Mar­ge­rita zajęła jej wie­szak. Na doda­tek oka­zało się, że to dziś jest test z histo­rii.

Czter­na­ście razy tra­fiła do kosza. Dziew­czyny z zespołu wiwa­to­wały na jej cześć, a Kasia Paprota zeszła z boiska, uda­jąc, że boli ją kolano.

*

Nie wia­domo skąd wziął się taki zwy­czaj, że zawsze na dużej prze­rwie wszy­scy szli na sło­neczną stronę szkoły, czyli na murek od ulicy Mic­kie­wi­cza. Zaję­cie dobrych miejsc nie było wcale łatwe. Inne klasy też lubiły tu przy­cho­dzić i trzeba było tuż po dzwonku lecieć na zła­ma­nie karku, żeby zna­leźć kawa­łek wol­nego murku. To było zna­ko­mite miej­sce. Tro­chę na słońcu, a tro­chę w cie­niu, osło­nięte od wia­tru i z dobrym wido­kiem na wybo­isty pla­cyk, gdzie chłopcy z upodo­ba­niem grali w piłkę. Mimo że Zespół Szkół Nr 3 w Augu­sto­wie miał nowo­cze­sne boisko do gry w piłkę nożną, ucznio­wie uwiel­biali na prze­rwach grać wła­śnie na tym małym, peł­nym wyrw pla­cyku.

Nina, Ewa, Kasia, Mar­ge­rita i inne dziew­czyny z klasy jadły kanapki i gadały o tym, jaka mate­ma­tyczka jest głu­pia, jak Wroń­ska ich ciśnie i że to skan­dal aż tyle im zada­wać. Oprócz tego zer­kały na chłop­ców. Michał grał, jedząc kanapkę, i bar­dzo śmiesz­nie to wyglą­dało. Domi­nik co chwila pod­cią­gał spodnie, co też było zabawne.

Kamil za mocno wybił piłkę, która poto­czyła się w ich kie­runku. Kasia bły­ska­wicz­nie po nią się­gnęła. Mogła rzu­cić w stronę chło­pa­ków, ale tego nie zro­biła. Trzy­ma­jąc piłkę, pro­wo­ku­jąco się do nich uśmiech­nęła.

- Dzięki. - Kamil wyjął piłkę z jej rąk. - Ale gra­łaś. Super - powie­dział, patrząc na swoje buty, po czym kop­nął piłkę i odbiegł.

- Nie wiem, czemu to powie­dział. Wcale dobrze nie gra­łam. - Kasia wzru­szyła ramio­nami. - Ostat­nio chłopcy nachal­nie się do mnie zale­cają. Ja bym go i na bez­lud­nej wyspie nie chciała.

Nina zago­to­wała się ze zło­ści. Naj­czę­ściej uda­wała, że Kaśka w ogóle jej nie obcho­dzi. Odkąd prze­stały się przy­jaź­nić, sta­rała się cał­ko­wi­cie igno­ro­wać jej głu­pie gada­nie, ale teraz nie zdo­łała się powstrzy­mać.

- To było do mnie - mruk­nęła do Oli, ale na tyle gło­śno, żeby Kaśka usły­szała.

- Poma­rzyć miła rzecz - powie­działa Kasia słodko.

Nina przez chwilę sądziła, że się prze­sły­szała. Kasia z reguły uni­kała wcho­dze­nia w otwarty kon­flikt. Lubiła tak pokie­ro­wać roz­mową, żeby wszy­scy mieli wra­że­nie, że ona nie jest niczemu winna. Teraz naj­wy­raź­niej zmie­niła stra­te­gię.

Nina gorącz­kowo szu­kała w gło­wie jakiejś jado­wi­tej ripo­sty, gdy zoba­czyła Basiń­ską, ich szkolną peda­gożkę. Czarne obci­słe spodnie, biała koszu­lowa bluzka, do tego poma­rań­czowy ble­zer i zie­lona torebka. Zdą­żyła już wszyst­kich przy­zwy­czaić, że jest kolo­rowa jak papużka.

Dziew­czyny jak na komendę odwró­ciły głowy. Basiń­ska przy­je­chała na moto­rze, a raczej została przy­wie­ziona przez wyso­kiego męż­czy­znę w skó­rza­nym kom­bi­ne­zo­nie. Zdjęła wielki lustrzany kask, zarzu­ciła dłu­gimi wło­sami, nastro­szyła grzywkę, z uśmie­chem rzu­ciła im "dzień dobry" i weszła do szkoły, nie oglą­da­jąc się na swo­jego ado­ra­tora. Cho­dziły plotki, że jest żonaty, że jest roz­wod­ni­kiem, że jest homo­sek­su­ali­stą, że jest milio­ne­rem, że jest ban­kru­tem oraz że nie jest Pola­kiem. Prawdę mówiąc, o Basiń­skiej zawsze się w szkole gadało. Chwilę o niej roz­ma­wiały, ale nic pew­nego nie mogły powie­dzieć, bo nikt ni­gdy nic pew­nego o niej nie wie­dział.

- Sły­sza­łam, że jedze­nie mięsa sprzyja agre­sji - rzu­ciła Kasia, patrząc zna­cząco na wysta­jący z kanapki Mar­ge­rity kawa­łek polę­dwicy sopoc­kiej.

Żadna z dziew­czyn się nie ode­zwała. Wia­domo było, dla­czego Kasia jest taką entu­zjastką dżemu, ale Nina lito­ści­wie pomy­ślała, że nie będzie jej upo­ka­rzać. Kaśka czę­sto rzu­cała jakąś uwagę, z któ­rej wyni­kało, jak świa­do­mie ona jedna z nich wszyst­kich żyje. Kupo­wa­nie mar­ko­wych rze­czy to, według niej, popie­ra­nie wyzy­sku dzieci w Chi­nach, malo­wa­nie paznokci to szczyt próż­no­ści i tan­dety. Tylko wypo­ży­cza­nie ksią­żek ma sens, ale ich kupo­wa­nie jest już świa­do­mym nisz­cze­niem natu­ral­nych zaso­bów pla­nety. Trzy­ma­nie w domu zwie­rząt raso­wych to skrajny ego­izm, wła­ściwy ludziom pozba­wio­nym empa­tii, a wyjeż­dża­nie na waka­cje za gra­nicę to brak patrio­ty­zmu. Cho­dze­nie do kina to tan­detna roz­rywka, a kupo­wa­nie coli, fanty czy 7UP świad­czy o braku świa­do­mo­ści kon­su­menc­kiej.

Kasia wypo­wia­dała bez­kom­pro­mi­sowe opi­nie, ale brzmiały one fał­szy­wie. Prawda wyglą­dała tak, że Kasia była biedna. Nie było jej na nic stać i dla­tego w jej ustach nawet słuszne skąd­inąd opi­nie wyda­wały się po pro­stu śmieszne. Nina nie zno­siła tego uda­wa­nia, że nie cho­dzi o biedę, tylko o to, jaka Kasia jest świa­doma, i nie­raz kor­ciło ją, żeby wyśmiać jej butelkę z her­batą i bez­mię­sne kanapki. Zawsze jed­nak robiło jej się kole­żanki żal i odpusz­czała. Tym razem też zagry­zła wargi i posta­no­wiła zwy­czaj­nie prze­cze­kać, ale led­wie tak zde­cy­do­wała, usta same jej się otwo­rzyły.

- A jak twoje kolano? Bar­dzo boli?

- O co ci cho­dzi? - Kasi ze zło­ści zwę­ziły się oczy.

- Jakoś nie zauwa­ży­łam, żebyś uty­kała, gdy tu bie­głaś.

Nina była pewna, że Kasia zeszła z boiska, uda­jąc, że utyka, bo była gor­sza od niej. Nie potra­fiła jed­nak teraz tego udo­wod­nić. Kasia nic nie powie­działa, a Mar­ge­rita zmie­niła temat.

- Wie­cie co, czy­ta­łam, że w Pol­sce jedna na sześć pięt­na­sto­la­tek ma już za sobą jakiś poważny zwią­zek. Jedna na sześć, czyli u nas powinny być dwie.

- Za mało nas, żeby coś sta­ty­stycz­nie zba­dać - wtrą­ciła Ewa. - Potrzebna jest grupa repre­zen­ta­tywna. Na takiej pró­bie...

- Prze­stań wydzi­wiać. - Kasia aż cmok­nęła z iry­ta­cji. - To weź­miemy jesz­cze dziew­czyny z pierw­szej.

Nina pomy­ślała, że Kasia znów sto­suje swój ograny numer pod tytu­łem: "Ile osób z naszej klasy...", z któ­rego zawsze ma wyni­kać, że ona jest wśród tych pozy­tyw­nych.

- Kasiu - ode­zwała się słodko - rozu­miemy, jak bar­dzo chcesz nam przy­po­mnieć o Łuka­szu, ale wszyst­kie znamy już na pamięć twoje wynu­rze­nia.

- Zro­zu­miałe, że tak to inter­pre­tu­jesz. Ty, dzie­cinko, nie masz nic do powie­dze­nia na ten temat.

- Co to niby ma zna­czyć? - Nina poczuła kolejną falę zło­ści.

Ona lito­ści­wie nie komen­to­wała, dla­czego to niby Kasia jest wege­ta­rianką, ale jak widać, nie­po­trzeb­nie, bo Kasia nie umiała tego doce­nić. Nina nie zno­siła wiecz­nego rzą­dze­nia się Kaśki, tych jej mądro­ści, tego wma­wia­nia im rze­czy, które jej były aku­rat na rękę. Kaśce zde­cy­do­wa­nie za dużo spraw ucho­dziło na sucho tylko dla­tego, że miała kło­poty w domu. Tym razem koniec z lito­ścią.

- Rozu­miem, że nie możesz się pochwa­lić niczym innym... - zaczęła Nina, ale Mar­ge­rita szybko zare­ago­wała.

- Po co znów zaczy­na­cie? Wie­cie, że moja klacz będzie się źre­bić...

Mar­ge­rita, o czym wszy­scy wie­dzieli, cier­piała na prze­sadną odpo­wie­dzial­ność za miłą atmos­ferę. Jak emo­cjo­nalny sej­smo­graf nie­omyl­nie wyczu­wała nad­cią­ga­jącą burzę i szybko sku­piała uwagę na sobie. Zmie­niała temat, obra­cała pro­blemy w żart, zaczy­nała opo­wia­dać, co śmiesz­nego lub głu­piego ostat­nio zro­biła. W ten spo­sób uda­wało jej się zaże­gnać nawet poważne kon­flikty. Nie tym jed­nak razem. Kasia i Nina za bar­dzo się już roz­grzały.

- O kla­czy powiesz nam kiedy indziej. Ja się wcale z nią nie kłócę. Nie­na­wi­dzę kon­flik­tów - powie­działa Kasia wolno i spo­koj­nie. - Po pro­stu wia­domo - zwró­ciła się do Niny - że jesz­cze nikogo nie mia­łaś. Nie masz powo­dze­nia i taka jest prawda.

Czer­wona ze zło­ści Nina wzięła głę­boki haust powie­trza i wyzy­wa­jąco spoj­rzała na Kasię.

- Przyj­mij więc do wia­do­mo­ści, że według two­jego idio­tycz­nego kry­te­rium jestem jedną na sześć - wark­nęła.

Kasia wciąż robiła miny. Gdy pod­no­siła brwi i jed­no­cze­śnie wykrzy­wiała kącik ust, wyglą­dała szcze­gól­nie głu­pio.

- Chcesz nam wmó­wić, że już z kimś cho­dzi­łaś?

- Nie mogę w to uwie­rzyć. Czy my jeste­śmy w przed­szkolu? - Ewa się roze­śmiała, ale ani Nina, ani Kasia nie zwró­ciły na nią naj­mniej­szej uwagi.

- Niczego nie chcę wam wmó­wić - odrze­kła z naci­skiem Nina. - I nie cho­dzi­łam, tylko cho­dzę. To, że ty o czymś nie wiesz, nie zna­czy jesz­cze, że to nie ist­nieje. Musisz się pogo­dzić z tym, że ludzie mają swoje sekrety i mimo two­jego wścib­stwa nie o wszyst­kim wiesz. Ow­szem, mam chło­paka.

- Aku­rat! Nie­dawno mówi­łaś, że kom­plet­nie cię to nie inte­re­suje - przy­po­mniała Kasia, prze­drzeź­nia­jąc głos Niny.

- O rany, jak w kinie fami­lij­nym - wtrą­ciła Ewa, ale tylko Mar­ge­rita poki­wała głową.

- Ten, kto nie zmie­nia poglą­dów, zarzu­cił myśle­nie. - Nina powtó­rzyła zasły­szane od Bog­dana zda­nie.

Nie wie­działa, po co wcho­dzi w tę roz­grywkę, ale już nie umiała się wyco­fać. Chciała znisz­czyć Kaśkę, pognę­bić ją, udo­wod­nić jej, że jest zerem.

- Kto to taki? - zapy­tała Kasia z szy­der­czym uśmie­chem, osten­ta­cyj­nie oglą­da­jąc sobie paznok­cie.

- Może go nawet znasz - rzu­ciła Nina takim samym tonem.

Z satys­fak­cją pomy­ślała, że pro­wa­dzi w tej roz­grywce. Wyjęła z torby Kamie­nie na sza­niec i demon­stra­cyj­nie otwo­rzyła na pierw­szej stro­nie, jakby chciała się pogrą­żyć w lek­tu­rze, ale ze zde­ner­wo­wa­nia nie mogła prze­czy­tać nawet słowa. Przez chwilę miała ochotę zabrać torbę i odejść, ale wtedy zaczę­łyby ją obga­dy­wać i Kaśka na pewno by je prze­ko­nała, że Nina kła­mie. Nie, teraz nie mogła odejść. Trzeba było zała­twić tę sprawę do końca.

- Jeśli mogę ci prze­rwać lek­turę - ode­zwała się Kaśka sło­dziut­kim gło­sem - to jak ten twój wybra­nek ma na imię? Chyba możesz nam zdra­dzić? Może Alek Dawi­dow­ski1, co?

Kasia umiała mówić z taką iro­nią, że czło­wiek aż goto­wał się w środku.

Nina poczuła nagle pustkę w gło­wie. Zupeł­nie nie wie­działa, jak na to pro­ste pyta­nie odpo­wie­dzieć, ale posta­no­wiła nie dać się spro­wo­ko­wać. Żeby zyskać na cza­sie, uśmiech­nęła się i ode­tchnęła głę­boko. Usi­ło­wała wyglą­dać na roz­ma­rzoną.

- Paweł - powie­działa i z wdzię­kiem się prze­cią­gnęła.

W ich kla­sie nie było żad­nego Pawła, w rów­no­le­głych kla­sach też nie. W ogóle żaden Paweł nie przy­cho­dził jej do głowy. Nie znała żad­nego Pawła. I o to wła­śnie cho­dziło! Kaśka będzie miała zerowe pole do docie­kań. To było super­bez­pieczne imię.

- A może poli­czymy, jedna na ile pięt­na­sto­la­tek była kie­dy­kol­wiek za gra­nicą - zapro­po­no­wała Nina z miną nie­wi­niątka.

Dobrze wie­działa, że poza szkol­nymi wyciecz­kami, które refun­do­wał jej komi­tet rodzi­ciel­ski, Kasia ni­gdy poza Augu­stów nie wyjeż­dżała.

Nina uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem i kolejno zaczęła pytać dziew­czyny, która gdzie była. Mar­ge­rita odwie­dziła tyle kra­jów, że z tru­dem mogłaby wszyst­kie wymie­nić, zresztą wcale nie zamie­rzała się tym chwa­lić. Ewa była u wujka w Hano­we­rze i w Tatrach Sło­wac­kich z tatą...

- Dziew­czyny, a która z was korzy­stała kie­dy­kol­wiek z pomocy spo­łecz­nej? - zapy­tała nie­win­nym tonem Nina.

Kasia chwy­ciła torbę i bez słowa ruszyła w kie­runku szkoły.

Nina poczuła, że wygrała tę rundę.

Rozdział pierwszy

Drzwi otwo­rzyła im ciotka. Jak zawsze była w spodniach od dresu, ale włosy miała wysoko nata­pi­ro­wane, co wyglą­dało żało­śnie. Zza jej ple­ców buch­nął zapach barsz­czu. Nina siłą się powstrzy­mała, by nie zatkać pal­cami nosa.

Sio­stra mamy miesz­kała przy ulicy Mic­kie­wi­cza w czte­ro­pię­tro­wym bloku z wiel­kiej płyty. Blok stał naprze­ciwko gim­na­zjum, do któ­rego cho­dziła Nina. Na szczę­ście okna wycho­dziły nie na boisko, ale na osie­dle. Za to jedno Nina była losowi wdzięczna - że przy­naj­mniej kuzynka nie może ukrad­kiem śle­dzić jej zza fira­nek.

Od pięt­na­stu lat Nina przy­cho­dziła w nie­dziele do wujo­stwa, jadła u nich obiad, oglą­dała tele­wi­zję. Spę­dziła tu wiele godzin, za każ­dym jed­nak razem, gdy już wycho­dziła, a ojciec otwie­rał drzwi na klatkę scho­dową, by prze­pu­ścić mamę, Nina uświa­da­miała sobie, jak bar­dzo nie znosi tego miej­sca. Jeśli marzyła cza­sem o tym, że pój­dzie na stu­dia do War­szawy albo do Gdań­ska i po ich ukoń­cze­niu na pewno już do Augu­stowa nie wróci, to mię­dzy innymi z powodu tych wizyt.

- Ojej, jak ty wyglą­dasz. Ale wystają ci te kości policz­kowe - powie­działa ciotka na widok Niny, a potem ser­decz­nie ją uści­skała i nie cze­ka­jąc na jaką­kol­wiek reak­cję sio­strze­nicy, odwró­ciła się na pię­cie i poszła z mamą do kuchni.

Mama i ciotka były sio­strami i kiedy się na nie patrzyło, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Korzy­stały z usług tego samego salonu pięk­no­ści na Mosto­wej, obie robiły zakupy w lidlu, obie goto­wały rzadko, ale za to bar­dzo dużo, regu­lar­nie odwie­dzały cen­trum taniej odzieży na rogu Nad­rzecz­nej i Mosto­wej, a ponadto obie uwiel­biały zrzę­dzić i narze­kać. Zrzę­dze­nie prze­jęły po swo­jej matce, któ­rej, nawia­sem mówiąc, wła­śnie za to nie zno­siły. Obie zawsze poda­wały za zimne potrawy i wymie­niały się tymi samymi bez­na­dziej­nymi prze­pi­sami, lubo­wały się w łatwych krzy­żów­kach, nosiły kolo­rowe buty i prze­pa­dały za leka­rzami. Nina cza­sem miała wra­że­nie, że jej mama i cio­cia to jedna i ta sama osoba.

- Zupa za pięć minut! Powiedz Justy­nie - rzu­ciła mama i bez puka­nia po pro­stu otwo­rzyła na oścież drzwi do pokoju kuzynki, po czym ponow­nie zni­kła w kuchni.

Nina prze­łknęła ślinę. Wszystko by znio­sła - za zimną zupę (wątroba nie lubi gorą­cego), stary chleb (bo zdrow­szy), goto­wane rano ziem­niaki (żeby potem już tylko przy­grzać). Znio­słaby nawet uwagi na temat tego, że jest leniwa (bo zre­zy­gno­wała z zajęć pla­styki), nie­zgrabna (bo taki wiek), podobna do ojca (to już praw­dziwy dra­mat). Znio­słaby i uwagi w stylu: "prysz­cze są nor­malne w tym wieku" i "głu­pota to natura mło­do­ści". To wszystko nic, bo praw­dziwym powo­dem, dla któ­rego nie lubiła tych nie­dziel­nych odwie­dzin u wujo­stwa, była Justyna.

Nina w każdą nie­dzielę czuła ogromne wyrzuty sumie­nia. Uwa­żała sie­bie za przy­zwo­itego czło­wieka, a jed­nak dla Justyny nie robiła niczego. Zawsze obie­cy­wała sobie, że w następ­nym tygo­dniu ją odwie­dzi, bo tak trzeba, ale potem ni­gdy nie wystar­czało jej sił, żeby to zro­bić. Justyna ją prze­ra­żała.

Ostroż­nie zaj­rzała do pokoju kuzynki.

- Hej - powi­tała ją, sta­ra­jąc się zacho­wy­wać natu­ral­nie.

Wer­salka, sto­lik, drugi sto­lik, na któ­rym stał zaku­rzony ogromny moni­tor, na ścia­nach kilka tan­det­nych obraz­ków kupio­nych na dole w kwia­ciarni. Łóżko było przy­kryte narzutą zro­bioną z resz­tek róż­nych włó­czek. Na para­pe­cie leżała wygnie­ciona poduszka, obok szy­dełko wbite w śnież­no­biały kor­do­nek, a z koszyka wyle­wała się koron­kowa ser­weta. Justyna jak zwy­kle sie­działa przo­dem do okna i czy­tała.

Pod­nio­sła głowę i odpo­wie­działa na powi­ta­nie. Potem zapa­dła cisza.

Nina nie miała poję­cia, o czym mogłaby z Justyną roz­ma­wiać. Każdy temat wyda­wał się jej zbyt draż­liwy. Prze­cież nie zapyta, co u niej sły­chać, bo u niej nic nie sły­chać; nie zapyta, co czy­tała, bo ona tyle czyta, że gdyby chciała jej opo­wie­dzieć, trwa­łoby to bez końca; nie zapyta, co oglą­dała, bo ona ogląda jakieś seriale, któ­rych z kolei Nina nie ogląda, więc to też nie będzie wspólny temat; kto ją odwie­dził - także odpa­dało, bo Justyny nikt nie odwie­dzał.

Justyna zawsze miała na sobie spodnie od dresu i luźną koszu­lową bluzkę. Była szara, jakby tro­chę brudna, wręcz zapy­ziała. I taka wiecz­nie skrzy­wiona, jakby obra­żona na Ninę. Nina sta­rała się więc mieć z kuzynką jak naj­mniej do czy­nie­nia. Justyna była od niej o dzie­więć lat star­sza, ale Ninie cza­sem się wyda­wało, że kuzynka prze­kro­czyła sie­dem­dzie­siątkę. Bar­dzo jej współ­czuła, ale to nie zmie­niało faktu, że po pro­stu jej nie lubiła. Wła­śnie ner­wowo prze­ły­ka­jąc ślinę, gorącz­kowo szu­kała tematu do roz­mowy, gdy z kuchni dobie­gły głosy mamy i ciotki:

- ...nie wiem ...szkoła powinna cza­sem kogoś przy­słać. Ludzie są okropni...

Ninie zro­biło się bar­dzo nie­swojo, bo ona też ni­gdy Justyny nie odwie­dzała (w końcu te obo­wiąz­kowe obiadki trudno było nazwać odwie­dzi­nami).

Do pokoju zaj­rzał Bog­dan.

- Wiesz, czym się różni gołąb od zwłasz­czy? - zapy­tał i zaraz sam sobie odpo­wie­dział: - Gołąb lubi sie­dzieć na oknie, a zwłasz­cza na para­pe­cie.

Oboje zaczęli się śmiać. Nina też unio­sła kąciki ust. Zazdro­ściła Bog­da­nowi, że umie tak swo­bod­nie się zacho­wy­wać, ale z nim było ina­czej: on pamię­tał czasy, kiedy Justyna cho­dziła, a Nina znała ją tylko jako osobę z nie­peł­no­spraw­no­ścią, i w dodatku bar­dzo kon­flik­tową. Co tydzień przy stole powsta­wał jakiś pro­blem, i to zawsze z powodu Justyny. Tym razem poszło o zja­da­nie wszyst­kiego, co się ma na tale­rzu.

- Czemu ty jesteś taka uparta, córu­niu? Dwie łyżki. Tylko dwie, Justynko. Nie możesz zjeść do końca?

- Cio­ciu, może ona już nie chce? - wtrą­cił się Bog­dan.

Mama go zgro­miła spoj­rze­niem, ojciec powie­dział, żeby był cicho, wujek coś mruk­nął - i jak co tydzień zaczęła się awan­tura.

Nina z ulgą wyszła z Mic­kie­wi­cza. Nie prze­szka­dzało jej nawet to, że przez całą drogę powrotną mama przy­ci­szo­nym gło­sem, żeby cza­sem nikt ich nie usły­szał, robiła Bog­da­nowi wymówki, że znów się nie uczy i tylko szwenda z tą bandą obi­bo­ków, a ten cały Sza­łas to jakiś zaka­zany typ i Bog­dan przez niego jesz­cze trafi do kry­mi­nału.

Wszystko było jed­nak lep­sze niż prze­by­wa­nie w domu ciotki.

*

Nina nie cier­piała, kiedy mama kłó­ciła się z Bog­da­nem. Miała mu za złe, że spe­cjal­nie dener­wuje mamę i tym wsz­czyna awan­tury, a co naj­mniej je pod­syca. Cza­sami Nina go wręcz nie­na­wi­dziła, ale ich układy nie były jed­no­znacz­nie złe.

Któ­re­goś razu mama wró­ciła wście­kła z zebra­nia rodzi­ców w kla­sie Bog­dana. Oka­zało się, że wycho­waw­czyni zła­pała kilku uczniów na pale­niu papie­ro­sów w toa­le­cie. Był wśród nich Bog­dan. Mama się obu­rzyła, że w ogóle można go podej­rze­wać, ale wra­ca­jąc, naj­wi­docz­niej prze­my­ślała to i owo. Gdy tylko weszła do domu, bez słowa zaczęła rewi­zję. Bog­dan czę­sto pach­niał papie­ro­sami, ale mama była zbyt mocno wyper­fu­mo­wana, by cokol­wiek poczuć, a ojciec już wtedy bywał w domu tylko w week­endy. Mama wezwała Ninę i pod­su­nęła jej do pową­cha­nia bluzę Bog­dana, ale Nina wyłgała się kata­rem.

To, że mama odkryła prawdę o Bog­da­nie dopiero teraz, zasko­czyło Ninę. Trzeba było być śle­pym i pozba­wio­nym powo­nie­nia, żeby nie poczuć, że Bog­dan pali. Nina wie­działa rów­nież, że brat trzyma papie­rosy w mięk­kim piór­niku w woj­skowy wzór.

Gdy mama się mio­tała, spraw­dza­jąc kolejno wszyst­kie półki i szu­flady, Nina usia­dła przy biurku brata, a potem wolno nakryła piór­nik książką. Kiedy mama huk­nęła na nią, żeby się nie gapiła, bo to nie przed­sta­wie­nie, Nina wzięła piór­nik i wyszła.

Gdy po bez­sku­tecz­nych poszu­ki­wa­niach dowo­dów rze­czo­wych mama brała prysz­nic, Nina wró­ciła do pokoju brata. Bog­dan sie­dział przy biurku i chyba pisał wypra­co­wa­nie, bo wyglą­dał na nie­mi­ło­sier­nie zmę­czo­nego.

- Od tego dostaje się raka - powie­działa cicho, kła­dąc przed nim piór­nik.

- Na coś trzeba umrzeć - burk­nął Bog­dan, nie pod­no­sząc na sio­strę wzroku.

Kiedy zamy­kała za sobą drzwi, rzu­cił jesz­cze:

- Dzięki.

Żadne z nich ni­gdy potem nie wró­ciło do tego incy­dentu. Żyli obok sie­bie ani spe­cjal­nie się nie przy­jaź­niąc, ani nie zwal­cza­jąc.

*

Petry­kow­scy miesz­kali w nowym bloku przy Księ­dza Sko­rupki na ostat­nim, trze­cim pię­trze. Od ciotki do nich było kilka minut drogi, ale mama ni­gdy nie wra­cała od razu do domu. Co nie­dziela prze­cią­gała rodzinę jesz­cze wokół rynku i kazała Bog­da­nowi, by robił jej zdję­cia z tatą na tle fon­tanny na środku parku. Nina rozu­miała, że matka chce się poka­zać ludziom w mie­ście; chce wszyst­kim uwod­nić, że mąż, ow­szem, pra­cuje w War­sza­wie, ale są wzo­ro­wym mał­żeń­stwem. Jesz­cze jakiś czas temu Nina współ­czuła mamie, że tak roz­pacz­li­wie wal­czy o pozy­tywny wize­ru­nek rodziny, lecz dziś te zabiegi tylko ją iry­to­wały. Oczy­wi­ście niczego po sobie nie dawała poznać. Pozwo­liła się ojcu przy­tu­lić i uśmiech­nęła się, kiedy Bog­dan robił zdję­cia, ale z ulgą wra­cała do domu.

- Chodź tu.

Nina jesz­cze dobrze nie weszła do miesz­ka­nia, gdy poczuła, że mama łapie ją za ramię. Oczy­wi­ście posłusz­nie za nią poszła. Przez dwa dni, kiedy ojciec był w domu, mama lubiła się popi­sy­wać i poka­zy­wała, ile ma spraw na gło­wie i ile kło­po­tów z dziećmi. Nina była do tego przy­zwy­cza­jona.

- Wyszczerz się. Po kim ty masz takie okropne zęby? Ten to już cał­kiem na sztorc stoi. To po ojcu... W mojej rodzi­nie wszy­scy mieli piękne, pro­ste, białe zęby.

- Ty też masz tro­chę krzywe - powie­dział Bog­dan z komórką przy uchu.

- Ja? Ja mam ide­alne zęby. Piękne.

- Jasne... nie... na przy­kład... - Bog­dan otak­so­wał mamę uważ­nym spoj­rze­niem. - Zła­paw­szy córkę za twarz, obrzu­ciła ją obe­lgami - powie­dział do tele­fonu. - No! Ten uprzedni to potęga. - Bog­dan przy­go­to­wy­wał na pol­ski jakiś refe­rat z imie­sło­wów. - No, super, też dobre... ja mam takie: Zabiw­szy matkę, sam się powie­sił.

- Zwa­riuję tu z nimi - jęk­nęła mama. - Nie tak miało wyglą­dać moje życie.

Bog­dan nie prze­pu­ścił żad­nej oka­zji, żeby ją zde­ner­wo­wać, a Nina sta­rała się scho­dzić jej z drogi. Teraz też chciała prze­cze­kać i iść do swo­jego pokoju. Krzywe zęby miała zawsze. Nie rozu­miała, dla­czego nagle poja­wił się ten temat.

- Ale o co cho­dzi? - rzu­cił ojciec.

Nie był zain­te­re­so­wany. Docho­dziła osiem­na­sta, więc krą­żył po domu, jak zwy­kle o tej porze paku­jąc walizkę. Widać było, że myślami jest już gdzie indziej. Mama jed­nak wal­czyła o jego uwagę.

- Zęby ma krzywe! Trzeba iść do orto­donty... Jak jej mówi­łam "gryź mar­chewkę", to wybrzy­dzała i teraz ma. Żebym ja od obcych ludzi musiała słu­chać, że moje dziecko ma zły zgryz!

- Załóż jej apa­rat - rzu­cił ojciec, prze­cho­dząc przez pokój z szam­po­nem prze­ciw wypa­da­niu wło­sów.

Mama zosta­wiła Ninę i sku­piła się na ojcu, tłu­ma­cząc mu, że już są umó­wione, tylko że w Suwał­kach, bo tam teraz Płoń­ska ma gabi­net, że drogi ten apa­rat, że ona nie będzie się wszyst­kim zaj­mo­wać, że jego nic nie obcho­dzi.

Ojciec zacho­wy­wał kamienną twarz. Wrzu­cił resztę swo­ich rze­czy, po czym zapiął walizkę i wyszedł.

- To nie ty będziesz musiał dzień w dzień latać z nią, wysta­wać w kolej­kach, cze­kać i nerwy tra­cić... Gdzie jest ojciec?

Mama sta­nęła jak wryta. Dopiero po chwili dotarło do niej, że wyje­chał już do War­szawy.

- Olaw­szy swoją rodzinę, wyszedł. - Bog­dan się zaśmiał.

- Co on mówi? - Mama bez­rad­nie spoj­rzała na Ninę; na policzki wystą­piły jej ostre rumieńce.

- Tatuś już poszedł - powie­działa Nina cichutko.

- Aha. - Mamie zrze­dła mina. - I bar­dzo dobrze, tro­chę spo­koju będzie. - Usi­ło­wała pokryć zmie­sza­nie. - Umó­wi­łam cię na jutro na jede­na­stą.

- Jutro? Nie mogę, mam spraw­dzian z Moliera!

- Zwol­nisz się. Tobie się ni­gdy nic nie podoba. Potem będzie gada­nie, że rodzice nie dopil­no­wali, że nie zadbali w porę!

- Ale to z pol­skiego.

- I bar­dzo dobrze. Zali­czysz póź­niej. Odku­rzyć trzeba.

Nina zer­k­nęła na kalen­darz.

Za dzie­więć tygo­dni mama wyjeż­dża do sana­to­rium. Dokład­nie za sześć­dzie­siąt pięć dni. Nie­mi­ło­sier­nie długo.

*

To nie był dla Niny prze­ło­mowy rok. Nie była w pierw­szej kla­sie, żeby się wszyst­kim przej­mo­wać, nie była też w trze­ciej, więc nie cze­kał jej żaden egza­min. Matma jak zawsze jakoś tam jej szła, bio­lo­gia też jako tako, tylko z pol­skim wiecz­nie miała pro­blemy. Wroń­ska, ich polo­nistka, była naj­bar­dziej wyma­ga­jącą nauczy­cielką z całej szkoły. Sły­nęła z suro­wo­ści i trzy­ma­nia poziomu w kla­sach, które uczyła. Nad­mier­nie ambitni rodzice czy­nili nie­małe sta­ra­nia, żeby ich dziecko uczyła wła­śnie Wroń­ska. Na przy­kład Mar­ge­rita z tego powodu prze­nio­sła się z cie­plar­nia­nych warun­ków w szkole spo­łecz­nej na Zarze­czu. Ucznio­wie bali się Wroń­skiej, a tacy jak Nina, któ­rzy mieli kło­pot z orto­gra­fią, słabo pisali i nie lubili czy­tać lek­tur, bali się jej panicz­nie. Pol­ski był pięć razy w tygo­dniu i Nina zawsze dzie­liła dzień na dwie czę­ści: do pol­skiego i po nim. To były dwie zupeł­nie różne czę­ści dnia.

W Zespole Szkół im. Pierw­szego Pułku Uła­nów Kre­cho­wiec­kich Nina cho­dziła też do pod­sta­wówki, ale w pod­sta­wówce nie uczyła ich Wroń­ska, i Nina, mimo swo­jej orto­gra­fii, miała zawsze piątkę. Teraz, w dru­giej kla­sie gim­na­zjum, na pierw­szy semestr miała dwójkę, a na koniec roku gro­ziła jej jedynka. Nina bar­dzo się tym mar­twiła, bo wie­działa, że gada­nia będzie w domu do połowy sierp­nia. Wroń­ska uczyła też Bog­dana, który z powodu pol­skiego nie zdał i musiał się prze­nieść do "jedynki". Ale wtedy Nina była jesz­cze mała, miała same piątki i była pewna, że to wszystko wina brata, bo jest chłop­cem. A chłopcy oczy­wi­ście są leniwi, nie­grzeczni i mają zawsze kło­poty w szkole. Teraz już rozu­miała, że Bog­dan po pro­stu nie pora­dził sobie z Wroń­ską. Gdyby tak marne oceny miała z jakie­go­kol­wiek innego przed­miotu, wcale by się tym nie przej­mo­wała. Wia­domo, jak to jest - można cały rok nic nie robić, a na koniec zali­czyć ostatni spraw­dzian i dostać nawet trójkę, bo nauczy­ciele też nie chcą mieć kło­po­tów. Tak to wyglą­dało u każ­dego z nich. Poza Wroń­ską. Z nią jedną nie było żar­tów. W ogóle nie uzna­wała cze­goś takiego jak popra­wia­nie się w ostat­niej chwili. Nina wie­działa, że stąpa po cien­kim lodzie, że od jutra osta­tecz­nie musi się wziąć do roboty, ale tak strasz­li­wie jej się nie chciało. Sam widok pod­ręcz­nika mier­ził ją i odrzu­cał. Na siłę wyszu­ki­wała sobie różne prace, żeby tylko nie mieć czasu zająć się pol­skim. Wciąż obie­cy­wała sobie, że od jutra. Nawet na Our Society zapi­sała się do grupy "Cier­pię na odju­tro­nizm". Teraz też powinna przy­siąść i nauczyć się wresz­cie na bla­chę o tej obocz­no­ści, ale wprost nie­wy­obra­żal­nie jej się nie chciało.

Za to bar­dzo jej się chciało spo­koj­nie wziąć kąpiel. Pod­kra­dła się pod drzwi pokoju rodzi­ców. Mama roz­wią­zy­wała krzy­żówkę, czyli zapo­wia­dał się cichy wie­czór. Nina nalała do wanny płynu jabł­kowo-cyna­mo­no­wego, który dostała na Gwiazdkę, ale miała go na­dal, bo uży­wała bar­dzo oszczęd­nie, zapa­rzyła sobie miętę i wzięła cia­steczka owsiane z chili, po czym chwy­ciła Kamie­nie na sza­niec, ale aż ją odrzu­ciło od lek­tury. Się­gnęła więc po "Vic­tora Gim­na­zja­li­stę" i posta­no­wiła oddać się relak­sowi.

Zanu­rzyła się we wspa­nia­łej, pach­ną­cej świę­tami pia­nie, wygod­nie uło­żyła głowę na brzegu wanny i zaczęła czy­tać. To pismo tro­chę Ninę dener­wo­wało, bo wciąż pisali w nim o przy­jaźni. Niny ten temat już nie inte­re­so­wał. Wyro­sła z takich dzie­cin­nych bzdur. Kilka razy dała się nabrać fał­szy­wym kole­żan­kom i zawsze koń­czyło się tak samo: któ­raś z nich zacho­ro­wała, któ­raś usia­dła w ławce z inną dziew­czyną i po dwóch dniach się oka­zy­wało, że z całej tej przy­jaźni nie ma czego zbie­rać.

Pierw­szy raz, jesz­cze w pod­sta­wówce, serce zła­mała jej Beata Ważka. Gdy Nina wró­ciła do szkoły po cho­ro­bie, naiw­nie myślała, że tylko jej się wydaje, że to prze­cież nie­moż­liwe. Nie mogła uwie­rzyć, że w cza­sie kiedy ona wal­czyła z ropną anginą, Beata zdą­żyła się zaprzy­jaź­nić z Ulką. Z mściwą satys­fak­cją obser­wo­wała, jak po dwóch mie­sią­cach dziew­czyny się pokłó­ciły o głu­pie sie­dze­nie przy oknie. Mimo że Beata od razu przy­le­ciała wyża­lić się na Ulkę, Nina ją odtrą­ciła. Nie chciała mieć nic wspól­nego z kimś tak zmien­nym. Potem tak samo było z Pau­liną. Histo­ria się powtó­rzyła, i to ze wszyst­kimi szcze­gó­łami. Cho­roba, nie­obec­ność, powrót, zasko­cze­nie, roz­go­ry­cze­nie, śmierć nadziei i koniec przy­jaźni.

A póź­niej, już w gim­na­zjum, to Nina roz­biła przy­jaźń. Na początku pierw­szej klasy polu­biły się z Kasią Paprotą. Ta zna­jo­mość napo­tkała tro­chę tech­nicz­nych pro­ble­mów, bo mama Niny była jej sta­now­czo prze­ciwna, więc Nina wolała nie przy­pro­wa­dzać Kasi do domu, a o prze­sia­dy­wa­niu w domu Kasi w ogóle nie było mowy. Kie­dyś Kasia, gra­jąc po lek­cjach w hokeja na tra­wie, zła­mała nogę. Nie było jej w szkole sześć tygo­dni. W tym cza­sie Nina po pro­stu usia­dła z Ewą w ławce. Dobrze im się gadało, a poza tym do Ewy można było zawsze przyjść. Jej rodzice byli zamożni, w domu zawsze były cytrusy, cola, cia­steczka, czyli to wszystko, co Nina uwiel­biała. Regu­lar­nie dzwo­niła do Kasi, ale ni­gdy jej o Ewie nie wspo­mi­nała. Gdy Kasia wró­ciła, jesz­cze przez trzy tygo­dnie spo­ty­kały się pota­jem­nie i miały sporo rado­ści, śmie­jąc się z tego, że Kaśka nic nie wie. A potem nagle się dowie­działa, że Kasia jedzie na para­fialną wycieczkę do Liche­nia i Ewa też się wybiera z tą grupą. Nie było ich rap­tem dwa dni. Nina się pocie­szała, że prze­cież się nie lubią, że będzie tam mnó­stwo innych osób, że nic się nie sta­nie. Miała jed­nak złe prze­czu­cia i jak się oka­zało, słusz­nie. Kiedy wró­ciły, Ewa była już naj­ser­decz­niej­szą przy­ja­ciółką Kasi. Jadły na spółkę Kasine kanapki z dże­mem i razem bie­gały do portu, żeby obser­wo­wać kil­wa­ter. Ewa popro­siła Ninę o roz­mowę i bar­dzo spo­koj­nie jej wytłu­ma­czyła, że jest jej bar­dzo przy­kro, ale to, co robiły, było okropne i ona nie chce mieć nic wspól­nego z kimś tak zakła­ma­nym jak Nina. Nina nawet o Ewkę nie wal­czyła. Znała Kaśkę i wie­działa, że już jej ze swo­ich szpo­nów nie wypu­ści. Zresztą Kasia w cza­sie waka­cji zaczęła cho­dzić z Łuka­szem z liceum Pira­mo­wi­cza i szybko się z Ewą pokłó­ciły. Od tej pory mię­dzy nimi trzema było spore napię­cie. Nina prze­stała lubić i Ewę, i Kasię i nie wie­rzyła już w przy­jaźń. Uni­kała zawie­ra­nia bliż­szych zna­jo­mo­ści z kim­kol­wiek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki