Prolog
Nina nie spuszczała z oczu piłki. Gdy tylko któraś z dziewczyn na chwilę
się zagapiła, przejmowała piłkę i natychmiast rzucała do kosza. Była tak
skoncentrowana, że udawało jej się trafić nawet ze sporej odległości.
Już dawno nie miała tak dobrego dnia.
Zazwyczaj grała dość szybko, ale przeciętnie. Koszykówka jakoś nigdy
nadmiernie jej nie pociągała, dwutaktu do tej pory nie opanowała jak
należy, ale tego dnia była zwyczajnie wściekła i właśnie dlatego aż tak
dobrze jej się grało.
Mama Niny jak zwykle wstała dziesięć minut przed wyjściem dzieci do
szkoły. Dolała wrzątku do zimnych fusów po wczorajszej kawie i pijąc
drobnymi łyczkami, zahaczyła wzrokiem o kuchenny blat.
- Naczynia się wstawia do zmywarki.
Ta bezosobowość zawsze Ninę irytowała, ale nigdy nawet słówkiem nie
pisnęła, co sądzi o zwrotach: "wstawia się", "układa się", "zmywa się".
Trudno, matki się nie wybiera.
- To Bogdana - powiedziała zgodnie z prawdą.
Tłuste ślady po jajkach sadzonych, skórki od chleba, których nigdy nie
jadał. Gołym okiem było widać, że to talerz jej brata. Każdy by to
zobaczył. Poza mamą.
- Jak ty się nie wstydzisz być takim niechlujem? Na oczy czegoś takiego
nie widziałam. Nie tak cię wychowałam.
Nina mogła powtórzyć, że Bogdan zrobił ten bałagan, tylko że to by nic
nie dało. Kiedy mama miała nastrój na awanturę, to zawsze umiała znaleźć
pretekst.
- Na kogo ty wyrośniesz? I one się później dziwią, że nikt ich nie chce.
Kuchnia świadczy o kobiecie.
- Właśnie - burknęła pod nosem Nina.
Od razu wiedziała, że to wielki błąd. Jeśli chciała szybko wyjść do
szkoły, powinna z pokorą wysłuchać codziennych utyskiwań. Najlepiej było
nie reagować, udawać, że się nie słyszy, i brać mamy humory na
przeczekanie. Niestety, tylko w teorii było to łatwe. Czasem, tak jak
tego dnia, Ninie po prostu puszczały nerwy.
- Co to niby miało znaczyć, moja panno?
"Moja panno" oznaczało, że mama szybko jej już z domu nie wypuści.
Pierwszy był WF. Nina chciała przyjść do szkoły trochę wcześniej i jeszcze przed lekcjami porównać, jak innym wyszło zadanie z matmy. Już
dwa razy miała źle zrobioną pracę domową, a trzeci minus oznaczał
jedynkę. Koniecznie chciała sprawdzić zadanie, ale odebrała sobie tę
szansę. Teraz będzie musiała stać ze skruszoną miną i słuchać o tym, ile
mama dla nich wszystkich robi, jak by ten dom bez niej wyglądał, co oni
sobie myślą, ona żąda szacunku, a docenią ją wtedy, jak wreszcie umrze.
Udało jej się wyjść dopiero pięć po ósmej. Spóźniła się na WF, zadania
nie sprawdziła, a Margerita zajęła jej wieszak. Na dodatek okazało się,
że to dziś jest test z historii.
Czternaście razy trafiła do kosza. Dziewczyny z zespołu wiwatowały na
jej cześć, a Kasia Paprota zeszła z boiska, udając, że boli ją kolano.
*
Nie wiadomo skąd wziął się taki zwyczaj, że zawsze na dużej przerwie
wszyscy szli na słoneczną stronę szkoły, czyli na murek od ulicy
Mickiewicza. Zajęcie dobrych miejsc nie było wcale łatwe. Inne klasy też
lubiły tu przychodzić i trzeba było tuż po dzwonku lecieć na złamanie
karku, żeby znaleźć kawałek wolnego murku. To było znakomite miejsce.
Trochę na słońcu, a trochę w cieniu, osłonięte od wiatru i z dobrym
widokiem na wyboisty placyk, gdzie chłopcy z upodobaniem grali w piłkę.
Mimo że Zespół Szkół Nr 3 w Augustowie miał nowoczesne boisko do gry w piłkę nożną, uczniowie uwielbiali na przerwach grać właśnie na tym
małym, pełnym wyrw placyku.
Nina, Ewa, Kasia, Margerita i inne dziewczyny z klasy jadły kanapki i gadały o tym, jaka matematyczka jest głupia, jak Wrońska ich ciśnie i że
to skandal aż tyle im zadawać. Oprócz tego zerkały na chłopców. Michał
grał, jedząc kanapkę, i bardzo śmiesznie to wyglądało. Dominik co chwila
podciągał spodnie, co też było zabawne.
Kamil za mocno wybił piłkę, która potoczyła się w ich kierunku. Kasia
błyskawicznie po nią sięgnęła. Mogła rzucić w stronę chłopaków, ale tego
nie zrobiła. Trzymając piłkę, prowokująco się do nich uśmiechnęła.
- Dzięki. - Kamil wyjął piłkę z jej rąk. - Ale grałaś. Super -
powiedział, patrząc na swoje buty, po czym kopnął piłkę i odbiegł.
- Nie wiem, czemu to powiedział. Wcale dobrze nie grałam. - Kasia
wzruszyła ramionami. - Ostatnio chłopcy nachalnie się do mnie zalecają.
Ja bym go i na bezludnej wyspie nie chciała.
Nina zagotowała się ze złości. Najczęściej udawała, że Kaśka w ogóle jej
nie obchodzi. Odkąd przestały się przyjaźnić, starała się całkowicie
ignorować jej głupie gadanie, ale teraz nie zdołała się powstrzymać.
- To było do mnie - mruknęła do Oli, ale na tyle głośno, żeby Kaśka
usłyszała.
- Pomarzyć miła rzecz - powiedziała Kasia słodko.
Nina przez chwilę sądziła, że się przesłyszała. Kasia z reguły unikała
wchodzenia w otwarty konflikt. Lubiła tak pokierować rozmową, żeby
wszyscy mieli wrażenie, że ona nie jest niczemu winna. Teraz
najwyraźniej zmieniła strategię.
Nina gorączkowo szukała w głowie jakiejś jadowitej riposty, gdy
zobaczyła Basińską, ich szkolną pedagożkę. Czarne obcisłe spodnie, biała
koszulowa bluzka, do tego pomarańczowy blezer i zielona torebka. Zdążyła
już wszystkich przyzwyczaić, że jest kolorowa jak papużka.
Dziewczyny jak na komendę odwróciły głowy. Basińska przyjechała na
motorze, a raczej została przywieziona przez wysokiego mężczyznę w skórzanym kombinezonie. Zdjęła wielki lustrzany kask, zarzuciła długimi
włosami, nastroszyła grzywkę, z uśmiechem rzuciła im "dzień dobry" i weszła do szkoły, nie oglądając się na swojego adoratora. Chodziły
plotki, że jest żonaty, że jest rozwodnikiem, że jest homoseksualistą,
że jest milionerem, że jest bankrutem oraz że nie jest Polakiem. Prawdę
mówiąc, o Basińskiej zawsze się w szkole gadało. Chwilę o niej
rozmawiały, ale nic pewnego nie mogły powiedzieć, bo nikt nigdy nic
pewnego o niej nie wiedział.
- Słyszałam, że jedzenie mięsa sprzyja agresji - rzuciła Kasia, patrząc
znacząco na wystający z kanapki Margerity kawałek polędwicy sopockiej.
Żadna z dziewczyn się nie odezwała. Wiadomo było, dlaczego Kasia jest
taką entuzjastką dżemu, ale Nina litościwie pomyślała, że nie będzie jej
upokarzać. Kaśka często rzucała jakąś uwagę, z której wynikało, jak
świadomie ona jedna z nich wszystkich żyje. Kupowanie markowych rzeczy
to, według niej, popieranie wyzysku dzieci w Chinach, malowanie paznokci
to szczyt próżności i tandety. Tylko wypożyczanie książek ma sens, ale
ich kupowanie jest już świadomym niszczeniem naturalnych zasobów
planety. Trzymanie w domu zwierząt rasowych to skrajny egoizm, właściwy
ludziom pozbawionym empatii, a wyjeżdżanie na wakacje za granicę to brak
patriotyzmu. Chodzenie do kina to tandetna rozrywka, a kupowanie coli,
fanty czy 7UP świadczy o braku świadomości konsumenckiej.
Kasia wypowiadała bezkompromisowe opinie, ale brzmiały one fałszywie.
Prawda wyglądała tak, że Kasia była biedna. Nie było jej na nic stać i dlatego w jej ustach nawet słuszne skądinąd opinie wydawały się po
prostu śmieszne. Nina nie znosiła tego udawania, że nie chodzi o biedę,
tylko o to, jaka Kasia jest świadoma, i nieraz korciło ją, żeby wyśmiać
jej butelkę z herbatą i bezmięsne kanapki. Zawsze jednak robiło jej się
koleżanki żal i odpuszczała. Tym razem też zagryzła wargi i postanowiła
zwyczajnie przeczekać, ale ledwie tak zdecydowała, usta same jej się
otworzyły.
- A jak twoje kolano? Bardzo boli?
- O co ci chodzi? - Kasi ze złości zwęziły się oczy.
- Jakoś nie zauważyłam, żebyś utykała, gdy tu biegłaś.
Nina była pewna, że Kasia zeszła z boiska, udając, że utyka, bo była
gorsza od niej. Nie potrafiła jednak teraz tego udowodnić. Kasia nic nie
powiedziała, a Margerita zmieniła temat.
- Wiecie co, czytałam, że w Polsce jedna na sześć piętnastolatek ma już
za sobą jakiś poważny związek. Jedna na sześć, czyli u nas powinny być
dwie.
- Za mało nas, żeby coś statystycznie zbadać - wtrąciła Ewa. - Potrzebna
jest grupa reprezentatywna. Na takiej próbie...
- Przestań wydziwiać. - Kasia aż cmoknęła z irytacji. - To weźmiemy
jeszcze dziewczyny z pierwszej.
Nina pomyślała, że Kasia znów stosuje swój ograny numer pod tytułem:
"Ile osób z naszej klasy...", z którego zawsze ma wynikać, że ona jest
wśród tych pozytywnych.
- Kasiu - odezwała się słodko - rozumiemy, jak bardzo chcesz nam
przypomnieć o Łukaszu, ale wszystkie znamy już na pamięć twoje
wynurzenia.
- Zrozumiałe, że tak to interpretujesz. Ty, dziecinko, nie masz nic do
powiedzenia na ten temat.
- Co to niby ma znaczyć? - Nina poczuła kolejną falę złości.
Ona litościwie nie komentowała, dlaczego to niby Kasia jest
wegetarianką, ale jak widać, niepotrzebnie, bo Kasia nie umiała tego
docenić. Nina nie znosiła wiecznego rządzenia się Kaśki, tych jej
mądrości, tego wmawiania im rzeczy, które jej były akurat na rękę. Kaśce
zdecydowanie za dużo spraw uchodziło na sucho tylko dlatego, że miała
kłopoty w domu. Tym razem koniec z litością.
- Rozumiem, że nie możesz się pochwalić niczym innym... - zaczęła Nina,
ale Margerita szybko zareagowała.
- Po co znów zaczynacie? Wiecie, że moja klacz będzie się źrebić...
Margerita, o czym wszyscy wiedzieli, cierpiała na przesadną
odpowiedzialność za miłą atmosferę. Jak emocjonalny sejsmograf
nieomylnie wyczuwała nadciągającą burzę i szybko skupiała uwagę na
sobie. Zmieniała temat, obracała problemy w żart, zaczynała opowiadać,
co śmiesznego lub głupiego ostatnio zrobiła. W ten sposób udawało jej
się zażegnać nawet poważne konflikty. Nie tym jednak razem. Kasia i Nina
za bardzo się już rozgrzały.
- O klaczy powiesz nam kiedy indziej. Ja się wcale z nią nie kłócę.
Nienawidzę konfliktów - powiedziała Kasia wolno i spokojnie. - Po prostu
wiadomo - zwróciła się do Niny - że jeszcze nikogo nie miałaś. Nie masz
powodzenia i taka jest prawda.
Czerwona ze złości Nina wzięła głęboki haust powietrza i wyzywająco
spojrzała na Kasię.
- Przyjmij więc do wiadomości, że według twojego idiotycznego kryterium
jestem jedną na sześć - warknęła.
Kasia wciąż robiła miny. Gdy podnosiła brwi i jednocześnie wykrzywiała
kącik ust, wyglądała szczególnie głupio.
- Chcesz nam wmówić, że już z kimś chodziłaś?
- Nie mogę w to uwierzyć. Czy my jesteśmy w przedszkolu? - Ewa się
roześmiała, ale ani Nina, ani Kasia nie zwróciły na nią najmniejszej
uwagi.
- Niczego nie chcę wam wmówić - odrzekła z naciskiem Nina. - I nie
chodziłam, tylko chodzę. To, że ty o czymś nie wiesz, nie znaczy
jeszcze, że to nie istnieje. Musisz się pogodzić z tym, że ludzie mają
swoje sekrety i mimo twojego wścibstwa nie o wszystkim wiesz. Owszem,
mam chłopaka.
- Akurat! Niedawno mówiłaś, że kompletnie cię to nie interesuje -
przypomniała Kasia, przedrzeźniając głos Niny.
- O rany, jak w kinie familijnym - wtrąciła Ewa, ale tylko Margerita
pokiwała głową.
- Ten, kto nie zmienia poglądów, zarzucił myślenie. - Nina powtórzyła
zasłyszane od Bogdana zdanie.
Nie wiedziała, po co wchodzi w tę rozgrywkę, ale już nie umiała się
wycofać. Chciała zniszczyć Kaśkę, pognębić ją, udowodnić jej, że jest
zerem.
- Kto to taki? - zapytała Kasia z szyderczym uśmiechem, ostentacyjnie
oglądając sobie paznokcie.
- Może go nawet znasz - rzuciła Nina takim samym tonem.
Z satysfakcją pomyślała, że prowadzi w tej rozgrywce. Wyjęła z torby
Kamienie na szaniec i demonstracyjnie otworzyła na pierwszej stronie,
jakby chciała się pogrążyć w lekturze, ale ze zdenerwowania nie mogła
przeczytać nawet słowa. Przez chwilę miała ochotę zabrać torbę i odejść,
ale wtedy zaczęłyby ją obgadywać i Kaśka na pewno by je przekonała, że
Nina kłamie. Nie, teraz nie mogła odejść. Trzeba było załatwić tę sprawę
do końca.
- Jeśli mogę ci przerwać lekturę - odezwała się Kaśka słodziutkim głosem
- to jak ten twój wybranek ma na imię? Chyba możesz nam zdradzić? Może
Alek Dawidowski1, co?
Kasia umiała mówić z taką ironią, że człowiek aż gotował się w środku.
Nina poczuła nagle pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziała, jak na to
proste pytanie odpowiedzieć, ale postanowiła nie dać się sprowokować.
Żeby zyskać na czasie, uśmiechnęła się i odetchnęła głęboko. Usiłowała
wyglądać na rozmarzoną.
- Paweł - powiedziała i z wdziękiem się przeciągnęła.
W ich klasie nie było żadnego Pawła, w równoległych klasach też nie. W ogóle żaden Paweł nie przychodził jej do głowy. Nie znała żadnego Pawła.
I o to właśnie chodziło! Kaśka będzie miała zerowe pole do dociekań. To
było superbezpieczne imię.
- A może policzymy, jedna na ile piętnastolatek była kiedykolwiek za
granicą - zaproponowała Nina z miną niewiniątka.
Dobrze wiedziała, że poza szkolnymi wycieczkami, które refundował jej
komitet rodzicielski, Kasia nigdy poza Augustów nie wyjeżdżała.
Nina uśmiechnęła się z zadowoleniem i kolejno zaczęła pytać dziewczyny,
która gdzie była. Margerita odwiedziła tyle krajów, że z trudem mogłaby
wszystkie wymienić, zresztą wcale nie zamierzała się tym chwalić. Ewa
była u wujka w Hanowerze i w Tatrach Słowackich z tatą...
- Dziewczyny, a która z was korzystała kiedykolwiek z pomocy społecznej?
- zapytała niewinnym tonem Nina.
Kasia chwyciła torbę i bez słowa ruszyła w kierunku szkoły.
Nina poczuła, że wygrała tę rundę.
Rozdział pierwszy
Drzwi otworzyła im ciotka. Jak zawsze była w spodniach od dresu, ale
włosy miała wysoko natapirowane, co wyglądało żałośnie. Zza jej pleców
buchnął zapach barszczu. Nina siłą się powstrzymała, by nie zatkać
palcami nosa.
Siostra mamy mieszkała przy ulicy Mickiewicza w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Blok stał naprzeciwko gimnazjum, do którego chodziła
Nina. Na szczęście okna wychodziły nie na boisko, ale na osiedle. Za to
jedno Nina była losowi wdzięczna - że przynajmniej kuzynka nie może
ukradkiem śledzić jej zza firanek.
Od piętnastu lat Nina przychodziła w niedziele do wujostwa, jadła u nich
obiad, oglądała telewizję. Spędziła tu wiele godzin, za każdym jednak
razem, gdy już wychodziła, a ojciec otwierał drzwi na klatkę schodową,
by przepuścić mamę, Nina uświadamiała sobie, jak bardzo nie znosi tego
miejsca. Jeśli marzyła czasem o tym, że pójdzie na studia do Warszawy
albo do Gdańska i po ich ukończeniu na pewno już do Augustowa nie wróci,
to między innymi z powodu tych wizyt.
- Ojej, jak ty wyglądasz. Ale wystają ci te kości policzkowe -
powiedziała ciotka na widok Niny, a potem serdecznie ją uściskała i nie
czekając na jakąkolwiek reakcję siostrzenicy, odwróciła się na pięcie i poszła z mamą do kuchni.
Mama i ciotka były siostrami i kiedy się na nie patrzyło, nie było co do
tego wątpliwości. Korzystały z usług tego samego salonu piękności na
Mostowej, obie robiły zakupy w lidlu, obie gotowały rzadko, ale za to
bardzo dużo, regularnie odwiedzały centrum taniej odzieży na rogu
Nadrzecznej i Mostowej, a ponadto obie uwielbiały zrzędzić i narzekać.
Zrzędzenie przejęły po swojej matce, której, nawiasem mówiąc, właśnie za
to nie znosiły. Obie zawsze podawały za zimne potrawy i wymieniały się
tymi samymi beznadziejnymi przepisami, lubowały się w łatwych
krzyżówkach, nosiły kolorowe buty i przepadały za lekarzami. Nina czasem
miała wrażenie, że jej mama i ciocia to jedna i ta sama osoba.
- Zupa za pięć minut! Powiedz Justynie - rzuciła mama i bez pukania po
prostu otworzyła na oścież drzwi do pokoju kuzynki, po czym ponownie
znikła w kuchni.
Nina przełknęła ślinę. Wszystko by zniosła - za zimną zupę (wątroba nie
lubi gorącego), stary chleb (bo zdrowszy), gotowane rano ziemniaki (żeby
potem już tylko przygrzać). Zniosłaby nawet uwagi na temat tego, że jest
leniwa (bo zrezygnowała z zajęć plastyki), niezgrabna (bo taki wiek),
podobna do ojca (to już prawdziwy dramat). Zniosłaby i uwagi w stylu:
"pryszcze są normalne w tym wieku" i "głupota to natura młodości". To
wszystko nic, bo prawdziwym powodem, dla którego nie lubiła tych
niedzielnych odwiedzin u wujostwa, była Justyna.
Nina w każdą niedzielę czuła ogromne wyrzuty sumienia. Uważała siebie za
przyzwoitego człowieka, a jednak dla Justyny nie robiła niczego. Zawsze
obiecywała sobie, że w następnym tygodniu ją odwiedzi, bo tak trzeba,
ale potem nigdy nie wystarczało jej sił, żeby to zrobić. Justyna ją
przerażała.
Ostrożnie zajrzała do pokoju kuzynki.
- Hej - powitała ją, starając się zachowywać naturalnie.
Wersalka, stolik, drugi stolik, na którym stał zakurzony ogromny
monitor, na ścianach kilka tandetnych obrazków kupionych na dole w kwiaciarni. Łóżko było przykryte narzutą zrobioną z resztek różnych
włóczek. Na parapecie leżała wygnieciona poduszka, obok szydełko wbite w śnieżnobiały kordonek, a z koszyka wylewała się koronkowa serweta.
Justyna jak zwykle siedziała przodem do okna i czytała.
Podniosła głowę i odpowiedziała na powitanie. Potem zapadła cisza.
Nina nie miała pojęcia, o czym mogłaby z Justyną rozmawiać. Każdy temat
wydawał się jej zbyt drażliwy. Przecież nie zapyta, co u niej słychać,
bo u niej nic nie słychać; nie zapyta, co czytała, bo ona tyle czyta, że
gdyby chciała jej opowiedzieć, trwałoby to bez końca; nie zapyta, co
oglądała, bo ona ogląda jakieś seriale, których z kolei Nina nie ogląda,
więc to też nie będzie wspólny temat; kto ją odwiedził - także odpadało,
bo Justyny nikt nie odwiedzał.
Justyna zawsze miała na sobie spodnie od dresu i luźną koszulową bluzkę.
Była szara, jakby trochę brudna, wręcz zapyziała. I taka wiecznie
skrzywiona, jakby obrażona na Ninę. Nina starała się więc mieć z kuzynką
jak najmniej do czynienia. Justyna była od niej o dziewięć lat starsza,
ale Ninie czasem się wydawało, że kuzynka przekroczyła siedemdziesiątkę.
Bardzo jej współczuła, ale to nie zmieniało faktu, że po prostu jej nie
lubiła. Właśnie nerwowo przełykając ślinę, gorączkowo szukała tematu do
rozmowy, gdy z kuchni dobiegły głosy mamy i ciotki:
- ...nie wiem ...szkoła powinna czasem kogoś przysłać. Ludzie są okropni...
Ninie zrobiło się bardzo nieswojo, bo ona też nigdy Justyny nie
odwiedzała (w końcu te obowiązkowe obiadki trudno było nazwać
odwiedzinami).
Do pokoju zajrzał Bogdan.
- Wiesz, czym się różni gołąb od zwłaszczy? - zapytał i zaraz sam sobie
odpowiedział: - Gołąb lubi siedzieć na oknie, a zwłaszcza na parapecie.
Oboje zaczęli się śmiać. Nina też uniosła kąciki ust. Zazdrościła
Bogdanowi, że umie tak swobodnie się zachowywać, ale z nim było inaczej:
on pamiętał czasy, kiedy Justyna chodziła, a Nina znała ją tylko jako
osobę z niepełnosprawnością, i w dodatku bardzo konfliktową. Co tydzień
przy stole powstawał jakiś problem, i to zawsze z powodu Justyny. Tym
razem poszło o zjadanie wszystkiego, co się ma na talerzu.
- Czemu ty jesteś taka uparta, córuniu? Dwie łyżki. Tylko dwie,
Justynko. Nie możesz zjeść do końca?
- Ciociu, może ona już nie chce? - wtrącił się Bogdan.
Mama go zgromiła spojrzeniem, ojciec powiedział, żeby był cicho, wujek
coś mruknął - i jak co tydzień zaczęła się awantura.
Nina z ulgą wyszła z Mickiewicza. Nie przeszkadzało jej nawet to, że
przez całą drogę powrotną mama przyciszonym głosem, żeby czasem nikt ich
nie usłyszał, robiła Bogdanowi wymówki, że znów się nie uczy i tylko
szwenda z tą bandą obiboków, a ten cały Szałas to jakiś zakazany typ i Bogdan przez niego jeszcze trafi do kryminału.
Wszystko było jednak lepsze niż przebywanie w domu ciotki.
*
Nina nie cierpiała, kiedy mama kłóciła się z Bogdanem. Miała mu za złe,
że specjalnie denerwuje mamę i tym wszczyna awantury, a co najmniej je
podsyca. Czasami Nina go wręcz nienawidziła, ale ich układy nie były
jednoznacznie złe.
Któregoś razu mama wróciła wściekła z zebrania rodziców w klasie
Bogdana. Okazało się, że wychowawczyni złapała kilku uczniów na paleniu
papierosów w toalecie. Był wśród nich Bogdan. Mama się oburzyła, że w ogóle można go podejrzewać, ale wracając, najwidoczniej przemyślała to i owo. Gdy tylko weszła do domu, bez słowa zaczęła rewizję. Bogdan często
pachniał papierosami, ale mama była zbyt mocno wyperfumowana, by
cokolwiek poczuć, a ojciec już wtedy bywał w domu tylko w weekendy. Mama
wezwała Ninę i podsunęła jej do powąchania bluzę Bogdana, ale Nina
wyłgała się katarem.
To, że mama odkryła prawdę o Bogdanie dopiero teraz, zaskoczyło Ninę.
Trzeba było być ślepym i pozbawionym powonienia, żeby nie poczuć, że
Bogdan pali. Nina wiedziała również, że brat trzyma papierosy w miękkim
piórniku w wojskowy wzór.
Gdy mama się miotała, sprawdzając kolejno wszystkie półki i szuflady,
Nina usiadła przy biurku brata, a potem wolno nakryła piórnik książką.
Kiedy mama huknęła na nią, żeby się nie gapiła, bo to nie
przedstawienie, Nina wzięła piórnik i wyszła.
Gdy po bezskutecznych poszukiwaniach dowodów rzeczowych mama brała
prysznic, Nina wróciła do pokoju brata. Bogdan siedział przy biurku i chyba pisał wypracowanie, bo wyglądał na niemiłosiernie zmęczonego.
- Od tego dostaje się raka - powiedziała cicho, kładąc przed nim
piórnik.
- Na coś trzeba umrzeć - burknął Bogdan, nie podnosząc na siostrę
wzroku.
Kiedy zamykała za sobą drzwi, rzucił jeszcze:
- Dzięki.
Żadne z nich nigdy potem nie wróciło do tego incydentu. Żyli obok siebie
ani specjalnie się nie przyjaźniąc, ani nie zwalczając.
*
Petrykowscy mieszkali w nowym bloku przy Księdza Skorupki na ostatnim,
trzecim piętrze. Od ciotki do nich było kilka minut drogi, ale mama
nigdy nie wracała od razu do domu. Co niedziela przeciągała rodzinę
jeszcze wokół rynku i kazała Bogdanowi, by robił jej zdjęcia z tatą na
tle fontanny na środku parku. Nina rozumiała, że matka chce się pokazać
ludziom w mieście; chce wszystkim uwodnić, że mąż, owszem, pracuje w Warszawie, ale są wzorowym małżeństwem. Jeszcze jakiś czas temu Nina
współczuła mamie, że tak rozpaczliwie walczy o pozytywny wizerunek
rodziny, lecz dziś te zabiegi tylko ją irytowały. Oczywiście niczego po
sobie nie dawała poznać. Pozwoliła się ojcu przytulić i uśmiechnęła się,
kiedy Bogdan robił zdjęcia, ale z ulgą wracała do domu.
- Chodź tu.
Nina jeszcze dobrze nie weszła do mieszkania, gdy poczuła, że mama łapie
ją za ramię. Oczywiście posłusznie za nią poszła. Przez dwa dni, kiedy
ojciec był w domu, mama lubiła się popisywać i pokazywała, ile ma spraw
na głowie i ile kłopotów z dziećmi. Nina była do tego przyzwyczajona.
- Wyszczerz się. Po kim ty masz takie okropne zęby? Ten to już całkiem
na sztorc stoi. To po ojcu... W mojej rodzinie wszyscy mieli piękne,
proste, białe zęby.
- Ty też masz trochę krzywe - powiedział Bogdan z komórką przy uchu.
- Ja? Ja mam idealne zęby. Piękne.
- Jasne... nie... na przykład... - Bogdan otaksował mamę uważnym spojrzeniem.
- Złapawszy córkę za twarz, obrzuciła ją obelgami - powiedział do
telefonu. - No! Ten uprzedni to potęga. - Bogdan przygotowywał na polski
jakiś referat z imiesłowów. - No, super, też dobre... ja mam takie:
Zabiwszy matkę, sam się powiesił.
- Zwariuję tu z nimi - jęknęła mama. - Nie tak miało wyglądać moje
życie.
Bogdan nie przepuścił żadnej okazji, żeby ją zdenerwować, a Nina starała
się schodzić jej z drogi. Teraz też chciała przeczekać i iść do swojego
pokoju. Krzywe zęby miała zawsze. Nie rozumiała, dlaczego nagle pojawił
się ten temat.
- Ale o co chodzi? - rzucił ojciec.
Nie był zainteresowany. Dochodziła osiemnasta, więc krążył po domu, jak
zwykle o tej porze pakując walizkę. Widać było, że myślami jest już
gdzie indziej. Mama jednak walczyła o jego uwagę.
- Zęby ma krzywe! Trzeba iść do ortodonty... Jak jej mówiłam "gryź
marchewkę", to wybrzydzała i teraz ma. Żebym ja od obcych ludzi musiała
słuchać, że moje dziecko ma zły zgryz!
- Załóż jej aparat - rzucił ojciec, przechodząc przez pokój z szamponem
przeciw wypadaniu włosów.
Mama zostawiła Ninę i skupiła się na ojcu, tłumacząc mu, że już są
umówione, tylko że w Suwałkach, bo tam teraz Płońska ma gabinet, że
drogi ten aparat, że ona nie będzie się wszystkim zajmować, że jego nic
nie obchodzi.
Ojciec zachowywał kamienną twarz. Wrzucił resztę swoich rzeczy, po czym
zapiął walizkę i wyszedł.
- To nie ty będziesz musiał dzień w dzień latać z nią, wystawać w kolejkach, czekać i nerwy tracić... Gdzie jest ojciec?
Mama stanęła jak wryta. Dopiero po chwili dotarło do niej, że wyjechał
już do Warszawy.
- Olawszy swoją rodzinę, wyszedł. - Bogdan się zaśmiał.
- Co on mówi? - Mama bezradnie spojrzała na Ninę; na policzki wystąpiły
jej ostre rumieńce.
- Tatuś już poszedł - powiedziała Nina cichutko.
- Aha. - Mamie zrzedła mina. - I bardzo dobrze, trochę spokoju będzie. -
Usiłowała pokryć zmieszanie. - Umówiłam cię na jutro na jedenastą.
- Jutro? Nie mogę, mam sprawdzian z Moliera!
- Zwolnisz się. Tobie się nigdy nic nie podoba. Potem będzie gadanie, że
rodzice nie dopilnowali, że nie zadbali w porę!
- Ale to z polskiego.
- I bardzo dobrze. Zaliczysz później. Odkurzyć trzeba.
Nina zerknęła na kalendarz.
Za dziewięć tygodni mama wyjeżdża do sanatorium. Dokładnie za
sześćdziesiąt pięć dni. Niemiłosiernie długo.
*
To nie był dla Niny przełomowy rok. Nie była w pierwszej klasie, żeby
się wszystkim przejmować, nie była też w trzeciej, więc nie czekał jej
żaden egzamin. Matma jak zawsze jakoś tam jej szła, biologia też jako
tako, tylko z polskim wiecznie miała problemy. Wrońska, ich polonistka,
była najbardziej wymagającą nauczycielką z całej szkoły. Słynęła z surowości i trzymania poziomu w klasach, które uczyła. Nadmiernie
ambitni rodzice czynili niemałe starania, żeby ich dziecko uczyła
właśnie Wrońska. Na przykład Margerita z tego powodu przeniosła się z cieplarnianych warunków w szkole społecznej na Zarzeczu. Uczniowie bali
się Wrońskiej, a tacy jak Nina, którzy mieli kłopot z ortografią, słabo
pisali i nie lubili czytać lektur, bali się jej panicznie. Polski był
pięć razy w tygodniu i Nina zawsze dzieliła dzień na dwie części: do
polskiego i po nim. To były dwie zupełnie różne części dnia.
W Zespole Szkół im. Pierwszego Pułku Ułanów Krechowieckich Nina chodziła
też do podstawówki, ale w podstawówce nie uczyła ich Wrońska, i Nina,
mimo swojej ortografii, miała zawsze piątkę. Teraz, w drugiej klasie
gimnazjum, na pierwszy semestr miała dwójkę, a na koniec roku groziła
jej jedynka. Nina bardzo się tym martwiła, bo wiedziała, że gadania
będzie w domu do połowy sierpnia. Wrońska uczyła też Bogdana, który z powodu polskiego nie zdał i musiał się przenieść do "jedynki". Ale wtedy
Nina była jeszcze mała, miała same piątki i była pewna, że to wszystko
wina brata, bo jest chłopcem. A chłopcy oczywiście są leniwi,
niegrzeczni i mają zawsze kłopoty w szkole. Teraz już rozumiała, że
Bogdan po prostu nie poradził sobie z Wrońską. Gdyby tak marne oceny
miała z jakiegokolwiek innego przedmiotu, wcale by się tym nie
przejmowała. Wiadomo, jak to jest - można cały rok nic nie robić, a na
koniec zaliczyć ostatni sprawdzian i dostać nawet trójkę, bo nauczyciele
też nie chcą mieć kłopotów. Tak to wyglądało u każdego z nich. Poza
Wrońską. Z nią jedną nie było żartów. W ogóle nie uznawała czegoś
takiego jak poprawianie się w ostatniej chwili. Nina wiedziała, że stąpa
po cienkim lodzie, że od jutra ostatecznie musi się wziąć do roboty, ale
tak straszliwie jej się nie chciało. Sam widok podręcznika mierził ją i odrzucał. Na siłę wyszukiwała sobie różne prace, żeby tylko nie mieć
czasu zająć się polskim. Wciąż obiecywała sobie, że od jutra. Nawet na
Our Society zapisała się do grupy "Cierpię na odjutronizm". Teraz też
powinna przysiąść i nauczyć się wreszcie na blachę o tej oboczności, ale
wprost niewyobrażalnie jej się nie chciało.
Za to bardzo jej się chciało spokojnie wziąć kąpiel. Podkradła się pod
drzwi pokoju rodziców. Mama rozwiązywała krzyżówkę, czyli zapowiadał się
cichy wieczór. Nina nalała do wanny płynu jabłkowo-cynamonowego, który
dostała na Gwiazdkę, ale miała go nadal, bo używała bardzo oszczędnie,
zaparzyła sobie miętę i wzięła ciasteczka owsiane z chili, po czym
chwyciła Kamienie na szaniec, ale aż ją odrzuciło od lektury. Sięgnęła
więc po "Victora Gimnazjalistę" i postanowiła oddać się relaksowi.
Zanurzyła się we wspaniałej, pachnącej świętami pianie, wygodnie ułożyła
głowę na brzegu wanny i zaczęła czytać. To pismo trochę Ninę
denerwowało, bo wciąż pisali w nim o przyjaźni. Niny ten temat już nie
interesował. Wyrosła z takich dziecinnych bzdur. Kilka razy dała się
nabrać fałszywym koleżankom i zawsze kończyło się tak samo: któraś z nich zachorowała, któraś usiadła w ławce z inną dziewczyną i po dwóch
dniach się okazywało, że z całej tej przyjaźni nie ma czego zbierać.
Pierwszy raz, jeszcze w podstawówce, serce złamała jej Beata Ważka. Gdy
Nina wróciła do szkoły po chorobie, naiwnie myślała, że tylko jej się
wydaje, że to przecież niemożliwe. Nie mogła uwierzyć, że w czasie kiedy
ona walczyła z ropną anginą, Beata zdążyła się zaprzyjaźnić z Ulką. Z mściwą satysfakcją obserwowała, jak po dwóch miesiącach dziewczyny się
pokłóciły o głupie siedzenie przy oknie. Mimo że Beata od razu
przyleciała wyżalić się na Ulkę, Nina ją odtrąciła. Nie chciała mieć nic
wspólnego z kimś tak zmiennym. Potem tak samo było z Pauliną. Historia
się powtórzyła, i to ze wszystkimi szczegółami. Choroba, nieobecność,
powrót, zaskoczenie, rozgoryczenie, śmierć nadziei i koniec przyjaźni.
A później, już w gimnazjum, to Nina rozbiła przyjaźń. Na początku
pierwszej klasy polubiły się z Kasią Paprotą. Ta znajomość napotkała
trochę technicznych problemów, bo mama Niny była jej stanowczo
przeciwna, więc Nina wolała nie przyprowadzać Kasi do domu, a o przesiadywaniu w domu Kasi w ogóle nie było mowy. Kiedyś Kasia, grając
po lekcjach w hokeja na trawie, złamała nogę. Nie było jej w szkole
sześć tygodni. W tym czasie Nina po prostu usiadła z Ewą w ławce. Dobrze
im się gadało, a poza tym do Ewy można było zawsze przyjść. Jej rodzice
byli zamożni, w domu zawsze były cytrusy, cola, ciasteczka, czyli to
wszystko, co Nina uwielbiała. Regularnie dzwoniła do Kasi, ale nigdy jej
o Ewie nie wspominała. Gdy Kasia wróciła, jeszcze przez trzy tygodnie
spotykały się potajemnie i miały sporo radości, śmiejąc się z tego, że
Kaśka nic nie wie. A potem nagle się dowiedziała, że Kasia jedzie na
parafialną wycieczkę do Lichenia i Ewa też się wybiera z tą grupą. Nie
było ich raptem dwa dni. Nina się pocieszała, że przecież się nie lubią,
że będzie tam mnóstwo innych osób, że nic się nie stanie. Miała jednak
złe przeczucia i jak się okazało, słusznie. Kiedy wróciły, Ewa była już
najserdeczniejszą przyjaciółką Kasi. Jadły na spółkę Kasine kanapki z dżemem i razem biegały do portu, żeby obserwować kilwater. Ewa poprosiła
Ninę o rozmowę i bardzo spokojnie jej wytłumaczyła, że jest jej bardzo
przykro, ale to, co robiły, było okropne i ona nie chce mieć nic
wspólnego z kimś tak zakłamanym jak Nina. Nina nawet o Ewkę nie
walczyła. Znała Kaśkę i wiedziała, że już jej ze swoich szponów nie
wypuści. Zresztą Kasia w czasie wakacji zaczęła chodzić z Łukaszem z liceum Piramowicza i szybko się z Ewą pokłóciły. Od tej pory między nimi
trzema było spore napięcie. Nina przestała lubić i Ewę, i Kasię i nie
wierzyła już w przyjaźń. Unikała zawierania bliższych znajomości z kimkolwiek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki