Prolog
Prolog
Flynn Purdom stał przy zlewie w kuchni, płukał kubek po kawie i patrzył,
jak płatki śniegu spadają z mrocznego nieba i osadzają się na szybie. Za
pomocą krótkofalówki dostroił się wcześniej do częstotliwości fal
radiowych narodowego systemu pogodowego i zyskał informację o nadchodzącej burzy śnieżnej. Parę zamieci przeszło już koło jego chaty,
ale przyniosły tylko niewielki spadek temperatury i kilka centymetrów
śniegu. Z tego, co widział, gdy sprawdzał pułapki zastawione w lesie,
prawdziwa zawierucha szalała w wyższych partiach gór.
Rozwścieczona natura potrafiła być prawdziwą suką, ale wolał mierzyć się
z nią niż ze złem przenikającym kręgi władzy Stanów Zjednoczonych. Jego
rodzina stwierdziła, że oszalał, gdy zamieszkał w dziczy zupełnie sam,
ale nie zamierzał się przejmować cudzymi opiniami. Jego zdaniem to oni
byli idiotami. Pewnie nawet nie zauważą, gdy rząd zacznie robić na nich
obławę; będą zbyt zajęci czytaniem najnowszych ploteczek z Hollywood
albo śledzeniem na portalach społecznościowych, co jakiś koleś, którego
ledwie znali w gimnazjum, zjadł tego dnia na kolację. Durne owce
wiedzione prosto na rzeź. Ale nie on. Nigdy w życiu! Ciekawe, czy dalej
będą uważać, że jest szalony, gdy przyjdzie co do czego.
Ziewnął, wytarł kubek do sucha i postawił na blacie obok talerza i sztućców, które umył przed wieloma godzinami. Było jeszcze wcześnie, ale
wstawał bladym świtem i łóżko już go wzywało.
Właśnie odwracał się od zlewu, gdy jego wzrok przykuło mignięcie
jaskrawoniebieskiej plamy za oknem. Wyjrzał na zewnątrz, ale to coś
zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Hm... Pewnie skrzydło błękitnika
górskiego. Zerknął w stronę drewutni. A niech to. Jeśli burza śnieżna
uderzy jutro, nie będzie mu się chciało wychodzić po opał. W sumie każdy
wolałby wtedy siedzieć w cieple chaty. Westchnął, podszedł do drzwi i założył kurtkę oraz buty.
Zimowy krajobraz skąpany był w szarościach, a nad głową Flynna właśnie
pojawiły się pierwsze gwiazdy. Wziął naręcze drwa z szopy i ruszył z powrotem w stronę domu akurat w chwili, gdy ci ludzie wyłonili się
spomiędzy drzew. Zamarł. Co, do...? Chrząknął zaskoczony, a jedno z polan
spadło ze sterty i wylądowało u jego stóp.
Zobaczył mężczyznę, który rozglądał się wokół rozbieganym wzrokiem.
Skórę miał zarumienioną i lśniącą od potu. W ramionach trzymał kobietę,
która najwyraźniej już nie żyła - była biała jak śnieg i zesztywniała.
Podczas gdy zaszokowany Flynn obserwował tę scenę, nieznajomy jęknął
rozdzierająco i padł na kolana, wciąż przyciskając do piersi ciało
towarzyszki.
Flynn rzucił drewno na ziemię i pobiegł po krótkofalówkę.
Rozdział 1. Audra
Rozdział 1
Audra
Skręciłam za róg i zobaczyłam góry w oddali. Ich majestat wciąż budził
we mnie zachwyt i to uczucie przenikało mnie do szpiku kości. Były
wspaniałe. Niewzruszone. Wiedziałam, że zawsze mogę na nie liczyć. W świecie, w którym nie ma nic pewnego, było to rzadkością.
O dziewiątej rano na parkingu stało tylko kilka samochodów należących do
ludzi, którym wynajmowałam powierzchnie biurowe w moim budynku. Ceglany
magazyn już wkrótce miał się stać galerią handlową skupiającą
profesjonalistów z branży weselnej.
Zaparkowałam, wysiadłam z auta, otworzyłam bagażnik i wyjęłam z niego
kwiaty i gałęzie, które kupiłam tego ranka na targu kwiatowym.
Przymknęłam oczy, wdychając słodki, uderzający do głowy zapach lilii.
Zamknęłam bagażnik wolną ręką i ruszyłam w stronę wejścia do budynku.
Siedem lat temu sprzedałam tych kilka cennych rzeczy, jakie posiadałam -
obrączkę ślubną babci, kilka antyków ze strychu - i otworzyłam studio
florystyczne pod nazwą Thistles and Thatch. Na początku ledwo byłam w stanie opłacać rachunki za prąd, ale budynek należał do mnie. Do tego po
śmierci ojca odziedziczyłam jego dom, więc nie musiałam się martwić
kredytem mieszkaniowym. Jakoś wiązałam koniec z końcem i czekałam
cierpliwie, aż mój raczkujący biznes się rozwinie, a tymczasem
doskonaliłam umiejętności i szukałam własnego stylu.
Początkowo nie miałam pieniędzy na materiały, więc musiałam się
wykazywać kreatywnością. Do ozdabiania używałam sznurków oraz worków
jutowych i reklamowałam ten styl jako "prosto z farmy". Tworzyłam
unikalne kompozycje, łącząc sumak z eukaliptusem, dodawałam do bukietów
nawet gałęzie obładowane owocami. Wykorzystywałam rośliny, które inne
florystki uważały za chwasty, moim zdaniem jednak w połączeniu z tradycyjnymi kwiatami wyglądały interesująco i fantazyjnie. Poza tym
odręcznie wypisywałam bileciki, co stanowiło wyjątkowy i osobisty
akcent. Moje prace zyskały na popularności dzięki poczcie pantoflowej i biznes zaczął się rozwijać. Spędzałam poranki w studiu na układaniu
bukietów, a popołudniami i wieczorami gotowe rozwoziłam. Gdy dostałam
zlecenie na przygotowanie oprawy florystycznej kilku przyjęć, zdałam
sobie sprawę, że to właśnie na weselach i rozmaitych innych ważnych
wydarzeniach można zarobić najwięcej. To wtedy zaczęłam inwestować
większość zysków w reklamy publikowane w magazynach ślubnych i czasopismach przeznaczonych dla lokalnej śmietanki towarzyskiej.
Gdy panny młode regularnie zaczęły prosić mnie o polecenie im innych
dostawców usług związanych z branżą weselną, pomyślałam, że mogłabym
wykorzystać dodatkową przestrzeń w budynku na urządzenie centrum
ślubnego, tak by osoby zainteresowane mogły załatwiać wszystkie sprawy w jednym miejscu. Magazyn znajdował się na peryferiach Laurelton w stanie
Kolorado i normalnie nie było tu dużego ruchu, ale gdyby klienci mogli w jednej lokalizacji zaspokoić wszystkie swoje potrzeby, to byłoby idealne
rozwiązanie dla każdej ze stron, przynajmniej taką miałam nadzieję.
Postawiłam na to - dosłownie.
Wynajęłam jedyną nadającą się do użytku przestrzeń fotografowi, a czynsz
wykorzystałam do przerabiania kolejnych części magazynu na nowe biura i studia. W centrum ślubnym mieli teraz swoją siedzibę: fotograf,
operatorka kamery oraz projektantka papeterii ślubnej i dekoracji
weselnych. Działał tu również sklep z sukniami ślubnymi, a wkrótce miała
się otworzyć cukiernia Pastries by Baptiste - przestrzeń wyposażona w profesjonalną kuchnię, potrzebną do realizacji tego przedsięwzięcia,
była już prawie gotowa.
Przez ostatnie dwa lata żywiłam się kanapkami z masłem orzechowym, nie
kupiłam sobie ani jednego nowego ciucha i inwestowałam wszystkie zyski w ten projekt. Gdy teraz przekroczyłam próg budynku, poczułam, jak serce
rośnie mi z dumy.
Z uśmiechem rozejrzałam się po foyer, wdychając zapach kwiatów i świeżej
farby. Połączenie współczesnego wystroju z elementami vintage dało
efekt, jaki sobie wymarzyłam. Podłoga z ciemnego twardego drewna była
jednocześnie elegancka i rustykalna, a ceglane ściany stanowiły idealny
kontrast dla wielkiego kryształowego żyrandola zamontowanego na wysokim
suficie. Powierzchnie biurowe ciągnęły się zarówno po prawej, jak i po
lewej stronie hallu, a naprzeciwko wejścia znajdowały się szerokie
schody wiodące na otwarte piętro z antresolą zabezpieczoną stalowymi,
sztucznie postarzanymi barierkami. Ciche, kojące dźwięki muzyki
klasycznej płynęły z systemu głośników rozmieszczonych w całym budynku.
Nieopodal wejścia stał okrągły zabytkowy stolik, który znalazłam na
pchlim targu. Eksponowałam na nim ogromne kompozycje kwiatowe, które
zmieniałam raz na tydzień. Aktualny bukiet składał się z róż w odcieniu
lawendy, tawułki, naparstnicy, ostu, ligustru i eukaliptusa. Przesunęłam
palcem po łodydze pełnej owoców, by ocenić świeżość kompozycji, i uznałam, że wytrzyma jeszcze kilka dni.
Uśmiechnęłam się znowu, obejmując wzrokiem całą przestrzeń. Gdy już
spłacę pożyczkę, którą zaciągnęłam na budowę centrum usług weselnych,
zacznę przeznaczać więcej pieniędzy na reklamę.
- Piękny poranek, prawda?
Odwróciłam się i zobaczyłam Victora stojącego w progu swojego studia.
- Owszem. Podobno w tym tygodniu ma wreszcie spaść śnieg. Już czuję jego
zapach w powietrzu.
Podeszłam do niego, a on pochylił się lekko, by powąchać lilie, które
trzymałam w ramionach. Westchnął.
- Lilie i pierwszy śnieg. Powinni zrobić z tego perfumy.
Zaśmiałam się.
- Bez wątpienia już wymyślili taki odświeżacz powietrza, ale jestem
pewna, że jego zapach w niczym nie przypomina oryginału.
Weszliśmy do studia Victora.
- Pewnie masz rację. Doskonałości natury podrobić się nie da, ale to nie
powstrzymuje firm takich jak Glade. Tych produkujących irygatory
dopochwowe też nie, jeśli już o to chodzi.
Prychnęłam śmiechem.
- To niesmaczne.
- Ale prawdziwe. - Victor wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Chodź, pokażę
ci sesję ze ślubu Bell z Larkinem. Nowożeńcy przyjadą dopiero za pół
godziny.
Odłożyłam kwiaty na jego biurko i podeszłam do ogromnego stołu, na
którym leżały czarno-białe zdjęcia i księga przygotowana dla klientów.
Uwielbiałam styl Victora. Z jednej strony robił przewidywalne fotki,
których życzyła sobie każda panna młoda - uwieczniał moment krojenia
tortu, pierwszy taniec, rzucanie bukietu - ale z drugiej strony potrafił
uchwycić momenty magiczne. Właśnie te niepozowane zdjęcia lubiłam
najbardziej. Podczas gdy je przeglądałam, mój wzrok przykuła leżąca z boku fotografia. Zdjęcie przedstawiało pana młodego czekającego przy
ołtarzu. Panna młoda właśnie zaczęła iść nawą w jego stronę. Było
oczywiste, że w tym momencie mężczyzna zobaczył swoją wybrankę po raz
pierwszy. Był młody i przystojny, miał ciemne włosy i jasne oczy. Widać
było, że często i łatwo się śmieje. Prychnęłam w duchu. "Przecież nawet
go nie znasz". A jednak nie mogłam oderwać od niego wzroku. Szacunek i uwielbienie malujące się na jego twarzy... Ten widok szarpał moje
wnętrzności, poczułam ból starej rany.
Spojrzałam na Victora z uśmiechem chyba przesadnie pogodnym, usta
odrobinę mi drżały.
Przyglądał mi się przez chwilę, po czym skinął głową, zerkając na
zdjęcie.
- Właśnie o to chodzi, prawda? - zapytał cicho. - Dbamy o oprawę ślubu i wesela, ale wszystko sprowadza się do tego, czyż nie? Do tego jednego
spojrzenia.
Przytaknęłam, zanim odwróciłam wzrok.
- Tak. W każdym razie... powinno. - Uśmiechnęłam się znowu. - To
przepiękna sesja, Victorze. Jestem pewna, że młodzi będą zachwyceni. -
Odwróciłam się i sięgnęłam po kwiaty. - Wstawię je do wody. O dziewiątej
trzydzieści mam spotkanie z panną młodą, która może się okazać ważną
klientką, więc... muszę się przygotować.
- Jestem pewien, że zrobisz na niej piorunujące wrażenie. Powodzenia.
- Dzięki! - zawołałam, wychodząc z jego studia. - Przyda mi się.
Wspięłam się po schodach do mojego studia. Zostawiłam sobie jedną z większych przestrzeni z przestronnym zapleczem, gdzie mogłam wstawić
kilka chłodziarek i stołów warsztatowych o przyzwoitych rozmiarach. Tak
się złożyło, że miałam tam windę prowadzącą do bocznego wyjścia na
parterze, gdy więc przychodził czas dostawy, mogłam z łatwością
przenosić kompozycje kwiatowe do auta. Przede wszystkim jednak zależało
mi na widoku na góry. One... jakoś mnie zakotwiczały.
Przygryzłam wargę, czując nadciągającą melancholię. Tamto zdjęcie mnie
rozstroiło, przywołało smutek, który powinien już ulecieć, przywiodło na
myśl mgliste wspomnienie, które kiedyś uniemożliwiało mi oddychanie. Ale
to było dawno, dlaczego więc znowu czułam ucisk w piersi?
Gdy usłyszałam dobiegające ze studia głosy, ściągnęłam brwi i zwolniłam
kroku. Wiedziałam, że Jay, mój asystent, siedzi tam już od ósmej rano.
Ale moje spotkanie z Felicity McMaster, panną młodą, o której
wspomniałam Victorowi, miało się rozpocząć dopiero za dwadzieścia pięć
minut. Ogarnęło mnie zdenerwowanie i poczułam mrowienie na skórze. "Och,
błagam, nie mówcie mi, że przyszła wcześniej", pomyślałam. Nie byłam
jeszcze gotowa. Zawsze najbardziej mnie stresowało przedstawianie
klientkom mojej wizji. Uwielbiałam projektować kompozycje kwiatowe,
byłam wtedy w swoim żywiole. Cała reszta to było zło konieczne. Ale
musiałam wziąć się w garść.
Cholerny Victor... Czułam się wytrącona z równowagi, chociaż nie
wiedziałam do końca z jakiego powodu. Zupełnie jakbym przechodziła przez
znane mi pole i nagle mina wybuchła mi pod stopami. Coś takiego nie
wydarzyło się od dawna. Od bardzo dawna. "Opanuj się, Audra".
Przystanęłam i wzięłam głęboki wdech. Zebrałam się na odwagę, po czym
przekroczyłam próg studia.
- Dzień dobry - przywitał mnie Jay, gdy tylko weszłam. Zerwał się z krzesła i spojrzał na mnie porozumiewawczo, wybałuszając lekko oczy.
Najwyraźniej był równie zaskoczony jak ja, że nasze klientki pojawiły
się wcześniej. Wskazał dwie kobiety siedzące przy okrągłym stoliku. - To
Felicity McMaster i jej matka Alice.
Ruszyłam w ich stronę z uśmiechem i przełożyłam kwiaty na lewe ramię,
żeby wyciągnąć do nich prawą dłoń. Felicity była szczupłą blondynką o zadartym nosku i wielkich niebieskich oczach. Na palcu miała pierścionek
z diamentem wielkości Skały Gibraltarskiej. Z kolei Alice była jej
starszą wersją. Oczywiście już wcześniej widziałam ich zdjęcia w lokalnej gazecie, gdy rodzina podała do wiadomości publicznej informację
o zaręczynach.
- Miło mi was poznać. Czyżbym źle zanotowała godzinę naszego spotkania?
Wybaczcie, jeśli kazałam wam czekać!
- Nie, nie - odparła Alice, machając dłonią. - Po prostu mamy dziś
milion spraw do załatwienia i musimy stąd wyjść najpóźniej za piętnaście
dziesiąta. Pomyślałyśmy, że nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli
przyjdziemy wcześniej.
- Nie, oczywiście, że nie - skłamałam.
Oddałam kwiaty Jayowi, a on zniknął na zapleczu, posyłając mi jeszcze
przez ramię dodający otuchy uśmiech. Zdjęłam płaszcz, przewiesiłam go
przez oparcie krzesła, odstawiłam torebkę na ziemię, po czym usiadłam
obok Felicity.
- Planowanie wesela dla pięciuset gości w dwa miesiące to nie lada
wyzwanie - zwróciła się do mnie matka panny młodej. - Potrzebujemy
najlepszych dostawców, żeby to się udało.
Uśmiechnęłam się.
- Tak, oczywiście.
To było ogromne zlecenie. Rozmawiałyśmy już wstępnie o uroczystości
podczas rozmowy telefonicznej. Relacja z wesela miała się pojawić w lokalnym czasopiśmie w specjalnym numerze na temat "zimowego ślubu". Od
razu zaczęłam rozmyślać nad projektami. Przy budżecie, o jakim myśleli
McMasterowie, miałabym szansę stworzyć coś wyjątkowego i naprawdę
niesamowitego, a jednocześnie zyskać rozgłos i szansę na darmową
reklamę. A potrzebowałam teraz wszystkiego, co darmowe.
- Jestem zaszczycona, że się ze mną skontaktowałyście. Mogę zapytać, jak
się o mnie dowiedziałaś? - zwróciłam się do Felicity. Byłam zdumiona,
gdy zadzwoniły, żeby się ze mną umówić. Miałam świadomość, jak niewiele
jeszcze znaczyłam w tej branży. To zlecenie byłoby dobrodziejstwem dla
grubej ryby, nie mówiąc już o takiej płotce jak ja.
- Kilka miesięcy temu zobaczyłyśmy twoje piękne kompozycje na aukcji
dzieł sztuki. Byłyśmy zaskoczone, gdy się dowiedziałyśmy, że
zaprojektowała je zupełnie nieznana florystka. Mimo wszystko
postanowiłyśmy się z tobą spotkać.
"Zupełnie nieznana florystka..." "Mimo wszystko postanowiłyśmy..."
Uśmiechnęłam się blado z lekkim zażenowaniem.
- Cóż, dziękuję. Doceniam to, że dałyście mi szansę.
Miałam szczęście, że w ogóle dostałam tamto zlecenie w domu aukcyjnym,
bo dzięki niemu nawiązałam współpracę z kilkoma innymi ważnymi
organizacjami charytatywnymi. Te nieoczekiwane projekty pozwoliły mi
spłacić znaczną część kredytu, który zaciągnęłam na rozbudowę centrum
ślubnego.
Przyciągnęłam do siebie leżące na stoliku szkicownik i długopis, po czym
u góry kartki zapisałam imię Felicity.
- Może opowiesz mi na początek, jaką ty masz wizję, jeśli chodzi o kwiaty?
Felicity zerknęła na matkę:
- Peonie, róże i tulipany.
Wiosenne kwiaty na zimowy ślub? Skrzywiłam się w duchu. Tylko bogaci i sławni wierzyli, że mogą nagiąć naturę do własnej woli.
- Wiem, że trzeba będzie je sprowadzić ze szklarni - dodała jej matka z cichym śmiechem - ale właśnie tego życzy sobie Felicity. - Posłała córce
pobłażliwy uśmiech, jakby była dumna z tego, że jej pociecha ma
upodobanie do podejmowania trudnych i kosztownych decyzji. - Pozostałe
pięć firm, z którymi się spotkałyśmy, obiecało, że to nie będzie
problem.
Serce mi zamarło. Pięć? Pokiwałam głową.
- Och, rozumiem. Tak, mogłybyśmy pójść tą drogą - powiedziałam powoli -
albo... mogłybyśmy przygotować coś bardziej... unikalnego. Coś, co nie tylko
będzie świadczyło o twoim znakomitym guście, lecz także opowie historię
twojej miłości.
Felicity ściągnęła brwi, a na twarzy jej matki odmalował się lekki szok,
jakby po raz pierwszy wzięła pod uwagę, że w przypadku ślubu córki w grę
wchodzą uczucia.
- Historię... mojej miłości? - zapytała Felicity.
Serce zabiło mi szybciej.
- Cóż... - Odchrząknęłam. - Kwiaty mogą opowiedzieć historię nie tylko
swoim pięknem, lecz także znaczeniem. - Pochyliłam głowę nad
szkicownikiem i zaczęłam rysować bukiet. Gładkie pociągnięcia długopisu
działały na mnie uspokajająco. - Ponadczasowe ogrodowe róże - mruknęłam
- zmysłowe sukulenty, czułe narcyzy i słodkie zawilce, których środki
mówią o sekretnych sprawach znanych tylko dwojgu ludziom. - Posłałam jej
porozumiewawczy uśmiech.
Felicity spojrzała na mnie z zaskoczeniem, ale po chwili skinęła głową i uśmiechnęła się kącikiem ust. Ta reakcja dodała mi odwagi, więc
szkicowałam dalej kolejne kwiaty, opowiadając o nich. Błądziłam myślami,
a moja dłoń poruszała się samoistnie, wiedziona kreatywnością.
- A co to za kwiat? - zapytała nagle Felicity, wskazując roślinę, którą
właśnie narysowałam.
Zamrugałam zaskoczona, że w ogóle włączyłam ją do bukietu. Może to z powodu nienazwanych emocji, które pojawiły się po obejrzeniu zdjęcia
Victora, a może dlatego, że rozmawiałyśmy o prawdziwej miłości.
- To jest ciemiernik, czasami nazywany zimową różą... - Zamilkłam na
chwilę. - Czy chciałybyście usłyszeć lokalną legendę na temat tego
kwiatu?
Obie jednocześnie pokiwały głowami, wodząc wzrokiem za moim długopisem,
podczas gdy dodawałam do bukietu zielone akcenty, jarmuż i żyworódki, by
był bogaty i lśniący.
- Według starej indiańskiej legendy pewien wódz rozpaczliwie zakochał
się w pięknej kobiecie imieniem Aiyana, która ponoć każdego dnia
wdychała wschód słońca, a wydychała zachód. Nie należała do jego
plemienia, ale jej dusza go przyzywała, więc pojął ją za żonę. Żyli w szczęściu i harmonii przez wiele lat. Gdy nagle utonęła, jej tragiczna
śmierć sprawiła, że serce wodza pękło, a jego życie stało się puste.
Kilka dni po jej pogrzebie z zaskoczeniem zobaczył małe kwiatki
przebijające się przez stwardniałą od mrozu ziemię, rosnące nad miejscem
jej spoczynku. Delikatne ciemierniki kierowały płatki ku górom i niebu,
wdychając wschód słońca i wydychając zachód... - Zerknęłam na Felicity i Alice. Słuchały mnie z uwagą, jak urzeczone. - Ale wkrótce
niespodziewanie nadeszła burza śnieżna. Wódz bał się, że zniszczy
delikatne kwiaty, które jego zdaniem umożliwiały żonie spoglądanie w niebo, i odbierze jej wieczne szczęście. Pochylił się więc nad grobem i osłonił je swoim ciałem. W tej pozycji zamarzł na śmierć. Bóg nieba
rozpoznał wielką miłość i poświęcenie wodza, w nagrodę zamienił go w drzewo. Po dziś dzień jeśli zobaczycie drzewo, którego gałęzie pochylają
się nad kępą ciemiernika, możecie mieć pewność, że to indiański wódz
otaczający obronnym gestem ukochaną, by spędzić z nią wieczność. Dlatego
ciemierniki symbolizują prawdziwą nieskończoną miłość. - Dodałam kilka
gałązek i zakończyłam szkic zawijasem ze wstążki. Podniosłam wzrok na
Felicity. Serce biło mi mocno w piersi i czułam ucisk w gardle.
Dziewczyna westchnęła z rozmarzeniem, a matka ścisnęła jej dłoń
spoczywającą na stoliku.
- David patrzy na ciebie właśnie w taki sposób, Felicity. Jakbyś
wdychała wschód słońca.
Felicity zrobiła wielkie oczy.
- Naprawdę?
- O tak - zapewniła Alice, po czym przeniosła wzrok na mnie. Potrząsnęła
głową i zaśmiała się cicho, zerkając na rysunek. Nawet ja musiałam
przyznać, że jak na pierwszy szkic wyglądał pięknie. - No dobrze... To
jest... wspaniałe. Wyjątkowe. I z pewnością zrobiłoby wrażenie na
wszystkich. - Zerknęła na córkę, a ta wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Najwyraźniej podjęły decyzję, bo Alice popatrzyła na mnie i powiedziała:
- Będziemy potrzebowały pasujących do wiązanki ślubnej bukietów na
pięćdziesiąt stołów, do tego kwiaty na ołtarz i tak dalej. Przyślij mi
wycenę, a mój mąż wpłaci zaliczkę.
Zrobiłam wielkie oczy i serce skoczyło mi do gardła.
- Ja... przygotuję wycenę do jutrzejszego popołudnia. Dziękuję. Bardzo
dziękuję.
- Wspaniale - podsumowała matka.
Obie kobiety wstały i uścisnęły mi dłoń na pożegnanie.
Posłałam im uśmiech, wciąż lekko oszołomiona. Już ruszyły w stronę
drzwi, gdy Felicity nagle odwróciła się do mnie, zrobiła to tak
gwałtownie, że aż się wzdrygnęłam.
- Czy mogłabym to sobie wziąć? - Wskazała szkic leżący na stoliku. - Ten
rysunek jest piękny. Nie masz nic przeciwko?
Zamrugałam.
- Och, nie... Oczywiście, jasne. - Wyrwałam stronę ze szkicownika i jej
podałam.
Felicity posłała mi ostatni uśmiech i wyszła za matką ze studia. Gdy
drzwi zamknęły się za nimi, opadłam z powrotem na krzesło.
Jay, który w pewnym momencie musiał wrócić z zaplecza, choć tego nie
zauważyłam, podbiegł do mnie, przysunął sobie krzesło i złapał mnie za
ramiona.
- Jesteś genialna - wyszeptał, z trudem tłumiąc okrzyk radości.
Przyłożyłam dłoń do czoła.
- Ale czy ja dam radę? Wesele na pięćset osób i rozkładówka w czasopiśmie...
- Pewnie, że dasz radę. - Ściągnął brwi, przyglądając mi się uważnie. -
Nie cieszysz się?
Chyba się cieszę. Powinnam być szczęśliwa. Po prostu czułam się...
nieswojo. Wciąż byłam wytrącona z równowagi.
- Tak. Oczywiście. To wielka sprawa. Chyba jestem w szoku -
odpowiedziałam ze śmiechem.
- No to się otrząśnij, bo mamy robotę do wykonania. - Jay uniósł dłoń, a ja przybiłam mu piątkę, znowu się zaśmiałam i pokręciłam głową, próbując
dojść do siebie. Opowiedzenie tej legendy dziwnie na mnie podziałało,
ciężar słów wciąż leżał mi na sercu.
- A tak swoją drogą, gdzie usłyszałaś tę historię? - zapytał Jay, jakby
czytał mi w myślach.
- Och, ja... nie pamiętam. - Pokręciłam głową.
Zmrużył oczy, świadom mojej nieszczerości, ale nie naciskał.
- Hm... W porządku. Nie wiedziałem, że masz duszę romantyczki. Z pewnością
nie robisz z tego użytku... - Uniósł brew, nawiązując do mojego
nieistniejącego życia miłosnego. - Ale na wypadek gdybyś miała więcej
takich legend w zanadrzu, ta podziałała. Zaparzę następny dzbanek kawy.
Mamy ślub Spellmanów do przygotowania, a sama wycena wesela McMasterów
może nam zająć cały dzień.
Uśmiechnęłam się, zebrałam swoje rzeczy i przeniosłam je na biurko
stojące w innej części pomieszczenia. Jay wyszedł, żeby zaparzyć kawę w małej kuchni dla pracowników, mieszczącej się na końcu korytarza, a ja
przez jakiś czas po prostu stałam przy oknie i spoglądałam na góry.
Myślałam o przystojnym wodzu i kobiecie, którą ten kochał tak bardzo, że
gotów był chronić ją na wieki. Wezbrał we mnie smutek, gdy pomyślałam,
że taka miłość nie była mi pisana.
Rozdział 2. Wtedy
Rozdział 2
Wtedy
Audra powoli przesunęła pędzlem po płótnie, raz jeszcze poprawiając
linię, którą przed chwilą namalowała. Właśnie skończyła i była
zadowolona z rezultatu, ale modelka dalej trzymała pozę, podczas gdy
pozostali studenci skupiali się intensywnie, próbując oddać
podobieństwo.
Jakiś ruch za oknem przykuł jej uwagę. Na widok brata Dalili Townsend,
który właśnie usiadł na ławce w niewielkim parku przed budynkiem,
wstrzymała oddech. Ściągnęła brew zdziwiona i zerknęła na puste miejsce,
które zazwyczaj zajmowała Dalila. Czyżby brat nie zdawał sobie sprawy,
że dziś jej tu nie było?
Odbierał Dalilę po zajęciach - w każdy wtorek i czwartek o siedemnastej
- od kiedy zaczęły naukę miesiąc wcześniej. Początkowo Audra myślała, że
to chłopak Dalili, ale pewnego dnia dziewczyna wyjrzała przez okno i zawołała: "Och, mój brat już tu jest. Muszę iść", po czym wybiegła na
zewnątrz. Audra nie wiedziała dlaczego, ale poczuła, jakby coś wzbiło
się do lotu w jej piersi. To przecież nie mogła być ulga. Niby dlaczego
dziewczyna taka jak ona miałaby poczuć zadowolenie, że chłopak taki jak
brat Dalili nie jest zajęty? A w każdym razie nie jest związany z Dalilą. Przecież Audra nie mogła liczyć na to, że kiedykolwiek zostanie
jego dziewczyną. Była niewidzialna, mogła tylko obserwować chłopców
takich jak on z oddali.
- Jesteś żałosna - wymamrotała pod nosem, prostując ramiona.
Wiedziała, że powinna odwrócić wzrok od okna. Wiedziała, że to trochę
dziwne - okej, może nawet bardzo dziwne - że tak mu się przygląda, ale
nie potrafiła nic na to poradzić. Ciągnęło ją do niego. I nie chodziło
tylko o jego wygląd, lecz także o gesty, miny i dobroć, jaka z niego
promieniowała.
Dziś siedział z łokciami wspartymi na kolanach i jadł kanapkę. Nagle
zerknął w lewo, a gdy Audra podążyła wzrokiem w tę samą stronę,
zobaczyła bezpańskiego psa, który siedział nieopodal. Zwierzę
obserwowało brata Dalili równie uważnie jak ona.
Chłopak zamarł z kanapką w połowie drogi do ust i wbił wzrok w psa.
Audra przechyliła głowę i uśmiechnęła się kącikiem ust, obserwując tę
interakcję. Chłopak wahał się chwilę, jakby rozważał sytuację, a pies
dalej wpatrywał się w niego smutnym błagalnym wzrokiem. Wreszcie chłopak
uniósł ramiona, jakby westchnął, i wyciągnął kanapkę w stronę
zwierzęcia. Pies podszedł do niego nieśmiało, jednak z nadzieją, złapał
kanapkę w pysk i natychmiast pożarł. Chłopak powiedział coś do niego i niepewnie wyciągnął rękę. Zwierzak zbliżył się jeszcze o krok i szturchnął jego dłoń nosem, za co został nagrodzony drapaniem pod
pyskiem i za uszami. Trwało to jakiś czas, aż w końcu klakson samochodu
wystraszył kundla i zmusił go do ucieczki.
Audra otworzyła leżący na kolanach szkicownik i szybko, bez wysiłku,
narysowała kredkami ołówkowymi scenkę między chłopcem a psem. Kątem oka
dostrzegła jakiś ruch w pobliżu i pospiesznie zamknęła szkicownik, zanim
podszedł do niej nauczyciel.
- Piękne - mruknął prowadzący zajęcia, patrząc na stojący na sztalugach
ukończony obraz. - Światłocień jest absolutnie zachwycający. To
wspaniała praca, Audro.
Poczuła przyjemność, gdy usłyszała ten komplement. Nauczyciel patrzył na
nią z autentycznym szacunkiem.
- Ale zawsze malujesz w czerni i bieli - kontynuował. - Czy nigdy nie
czujesz potrzeby dodania koloru do swoich prac?
Audra uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Nie była pewna, jak
odpowiedzieć na to pytanie. Mężczyzna poklepał ją po ramieniu, zaśmiał
się cicho i podszedł do następnego ucznia. Zerknęła na swój obraz.
Właściwie dlaczego zawsze malowała w czerni i bieli? Czy dlatego, że w taki sposób postrzegała świat? Jako pozbawiony kolorów? "Tak",
wyszeptało jej serce. "Tak". Pomyślała o swoim domu i melancholii
przenikającej jego ściany, o tym, że zawsze czuła, jakby żyła wśród
cieni, choć potajemnie w głębi serca pragnęła złotego, ciepłego blasku
słońca.
Spuściła wzrok na szkicownik, wciąż leżący jej na kolanach, i otworzyła
go na rysunku przedstawiającym chłopca i psa. Chociaż czuła, że jej
świat jest czarno-biały, pełen odcieni ponurej szarości, o dziwo - tego
chłopaka narysowała w kolorze.
***
- Halo?! - zawołał Dane, wchodząc do opustoszałego pomieszczenia, w którym została już tylko jedna dziewczyna.
Odwróciła się gwałtownie od zlewu, a krople wody pociekły z pędzli,
które trzymała w dłoni. Na jego widok szeroko otworzyła oczy w wyrazie
zaskoczenia.
- Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć - powiedział, podchodząc do
niej. - Ja... eee... szukam siostry.
Przez moment tylko się na niego gapiła, mocno zaciskając palce na
trzymanych w garści pędzlach, z ustami ułożonymi w kształt litery O. W końcu zamrugała i lekko pokręciła głową. Odwróciła się, by zakręcić
wodę, po czym znowu spojrzała na niego.
- Jesteś bratem Dalili Townsend, zgadza się? - zapytała cicho.
Podszedł bliżej i skinął głową.
- Tak. Zazwyczaj odbieram ją po zajęciach. - Ściągnął brwi, rozglądając
się po pustej sali, a potem znowu spojrzał na dziewczynę.
- Dalila wspomniała w zeszłym tygodniu, że nie będzie jej dziś na
zajęciach... Mówiła, że ma wizytę u okulisty.
Dane skrzywił się i potarł kark dłonią.
- Cholera. Racja. Zupełnie zapomniałem. - Zerknął z powrotem na
dziewczynę.
Wbiła wzrok w swoje buty, ciemny warkocz opadł jej na ramię; wyślizgnęło
się już z niego tyle włosów, że niemal się rozplótł. Dane przyjrzał się
jej uważniej i niespodziewanie poczuł, jak krew zawrzała mu w żyłach.
Dziewczyna była drobna i delikatna - ładna w niezwykły, egzotyczny
sposób. Coś w kształcie jej kości policzkowych i krzywiźnie czoła
sugerowało, że miała wśród przodków rdzennych mieszkańców Ameryki.
Zapatrzył się na jej spiczasty podbródek i mały nosek, ale to wielkie
oczy okolone gęstymi rzęsami urzekły go i na moment zniewoliły. A jej
usta... były tak pełne i idealnie różowe. Przełknął z trudem.
- Jesteś nauczycielką? - zapytał zdezorientowany, bo wyglądała, jakby
była w jego wieku, może nawet młodsza. A może była asystentką?
Zrobił jeszcze krok, tak że dzieliło ich już tylko pół metra. Z bliska
jej skóra była czysta i gładka, a policzki zarumienione.
Zamrugała, a potem pokręciła głową.
- Nie. Ja... jestem studentką. Dostałam zniżkę na udział w kursie w zamian
za sprzątanie sali po zajęciach. - Zerknęła na zlew.
Dane zauważył, że o ścianę obok oparta jest miotła z szufelką
przyczepioną do rączki. Gdy z powrotem spojrzał na dziewczynę, zauważył,
że jej rumieńce się pogłębiły. Pożałował swojego pytania. Cholera,
zawstydził ją. Chciał jak najszybciej zmienić temat, więc spojrzał na
sztalugi po swojej prawej i wybałuszył oczy na widok obrazu.
Zerknął na dziewczynę, a ona przeniosła wzrok na te same sztalugi, a potem znowu na niego.
- Pozowała nam dziś modelka - wyjaśniła. - Była... jak widać... topless.
Dane zmrużył oczy, znowu patrząc na rysunek.
- Rozumiem.
Dziewczyna stanęła obok niego, spojrzała na obraz, przygryzła pełną
dolną wargę i przechyliła głowę na bok.
- Nie jestem ekspertem - przyznał - ale nie sądzę, by normalnie były...
zaostrzone.
Usta jej drgnęły i zacisnęła wargi, tłumiąc uśmiech. Może nie chciała
obrazić autora tego dzieła.
- Cóż, każdy widzi świat inaczej. On ewidentnie postrzega kobiece ciało
jako... - Ściągnęła brwi, szukając właściwych słów.
- Zaawansowaną broń bojową? - podsunął.
Prychnęła śmiechem, a jej twarz rozświetliła się przy tym w taki sposób,
że Dane poczuł, jak żołądek skręca mu się w supeł. Zauważył zaskoczenie
w jej szeroko otwartych oczach, w których teraz gościło rozbawienie.
Najwyraźniej nie spodziewała się, że mógłby ją rozśmieszyć. Świadomość,
że mu się to udało, sprawiła, że przeszył go dreszcz satysfakcji.
Zrobił kilka kroków i stanął przed następnymi sztalugami. Wsparł
podbródek na dłoni, by popatrzeć na wizję kobiecości kolejnego artysty.
Skrzywił się na widok piersi, które wyglądały jak zgniłe owoce.
- Błagam, powiedz mi, że ona w rzeczywistości tak nie wyglądała.
Dziewczyna pokręciła głową.
- Nie - zaprzeczyła cicho. - Gdyby tak było, zasugerowałabym jej, by
zgłosiła się po pomoc lekarską.
Teraz to on prychnął śmiechem.
Uśmiechnęła się do niego z poczuciem winy, jednocześnie ściągając brwi.
Była tak cholernie ładna. Te oczy, te usta, ten podbródek. Oderwał od
niej wzrok i podszedł do okna, by stanąć przed ostatnimi sztalugami w tym rzędzie. Jego mina spoważniała, gdy popatrzył na obraz. Twarz
kobiety była przesłonięta włosami, które opadały jej kaskadą wokół
krągłych piersi, sutki były widoczne między pasmami włosów. To było...
hipnotyzujące. Wyglądało tak realistycznie, że Dane mógłby uwierzyć, że
to czarno-biała fotografia, gdyby zmrużył oczy.
- O rany - wyszeptał, czując ciepło dziewczyny u swego boku. - Ten jest
wspaniały. - Zerknął na nią i zobaczył, że rumieńce wróciły jej na
policzki, a na jej twarzy malowały się przyjemność pomieszana z nieśmiałością. Odwrócił się w jej stronę. - To twój?
Pokiwała głową i jakaś ulotna energia przepłynęła między nimi. Wydawała
się ciepła i dobra i Dane zapragnął jakoś ją zebrać i zatrzymać.
Patrzył przez chwilę na dziewczynę, po czym przeniósł wzrok na obraz.
- Jesteś... niesamowita.
Zaśmiała się cicho, wciąż onieśmielona.
- Dziękuję.
- Nazywam się Dane.
Uśmiechnęła się miękko, umknęła wzrokiem, dopiero po chwili znowu
spojrzała mu w oczy.
- Audra.
Audra. Dane odwzajemnił jej uśmiech. Gdy zrobił krok w jej stronę,
potrącił krzesło stojące przed sztalugą. Sterta szkicowników spadła na
podłogę.
- Do licha... przepraszam - powiedział i pochylił się, żeby je podnieść.
Audra gwałtownie wciągnęła powietrze w płuca i padła na kolana.
- Nie ma sprawy. Ja je pozbieram! - zawołała w popłochu.
- Nie, to moja wina. - Dane sięgnął po szkicownik i położył go z powrotem na krawędzi krzesła.
Gdy to zrobił, wypadły z niego luźne kartki i posypały się jak deszcz na
ich ręce. Oboje próbowali je złapać. Zamarli, gdy jeden z rysunków
spoczął na knykciach prawej dłoni Dane'a. Szkic przedstawiał jego -
karmiącego kanapką bezpańskiego psa. Pies patrzył na niego z takim
wygłodniałym pragnieniem w oczach, że Dane nie mógł się oprzeć i podzielił się z nim kanapką, chociaż jak zawsze umierał z głodu po
treningu pływackim, który dopiero co zakończył.
Zerknął dziewczynie w oczy. Wyglądała na przerażoną, z trudem przełknęła
ślinę.
- Ja...
Spuścił wzrok i zauważył więcej szkiców, które go przedstawiały - na
jednym był pogrążony w myślach, na innym uśmiechnięty, gdy odrzucał
piłkę grupie dzieciaków bawiących się w parku. Sięgnął po jeden z rysunków - siedział na tej samej ławce co dziś z dłońmi w kieszeniach
kurtki i zamyślony spoglądał w dal ze spokojną miną. Pamiętał tamten
dzień, pamiętał koszulę, którą miał na sobie. To była trzecia rocznica
śmierci taty, a on rozmyślał o nim, obserwując rodzinę cieszącą się
piknikiem w parku. Jednocześnie zatęsknił za ojcem i poczuł wdzięczność,
że chociaż go stracił, to miał tak wiele miłych wspomnień związanych z tym dobrym człowiekiem. Gdy zdał sobie z tego sprawę, poczuł spokój w sercu. A ta dziewczyna uchwyciła ten moment. Zobaczyła w nim coś, co
skłoniło ją do narysowania go w takiej chwili.
Popatrzył na nią, a ona pokręciła głową. Usta jej drżały.
- Zawsze kończę wcześniej niż inni. Siedzę tuż przy oknie... ale nie
chciałam naruszać twojej prywatności... - wyszeptała. Minę wciąż miała
czujną, wystraszoną, rumieńce pokrywały plamami jej szyję i policzki.
Była czerwona jak burak, oddychała ciężko i przyglądała mu się uważnie.
Najwyraźniej bała się jego reakcji.
Poczuł ucisk w piersi i uśmiechnął się, żeby ją uspokoić. Zamrugała
kilka razy, a jej różowe usta rozchyliły się, gdy odetchnęła z ulgą.
Popatrzył znowu na szkice, oglądając siebie jej oczami. Ta dziewczyna...
ona naprawdę go widziała. Nie tylko jego twarz, bogactwo, wysportowane
ciało czy popularność - wszystkie te rzeczy, poprzez które inni go
definiowali. Poprzez które nawet on sam się definiował. Nie, ona
widziała w nim to, co miał nadzieję, że w nim tkwi - wartości, które
miały dla niego znaczenie. A gdy popatrzył jej w oczy, zdał sobie
sprawę, że on też chce zobaczyć to, co kryje się w niej.
Rozdział 3. Audra
Rozdział 3
Audra
Harowałam jak wół, żeby przygotować wycenę dla McMasterów oraz kwiaty na
ślub, który miał się odbyć następnego ranka - dzień minął mi
błyskawicznie. Byłam wdzięczna za to, że mogę się skupić na robocie, i umysł w końcu mi się wyciszył, podczas gdy tworzyłam jeden bukiet za
drugim.
Zmusiłam Jaya, żeby wyszedł o osiemnastej trzydzieści, ale sama zostałam
dłużej i wyłączyłam komputer, ziewając, dopiero koło dziewiątej
wieczorem.
Grube, puszyste płatki śniegu sypały z nieba, gdy jechałam do domu, ale
nie czułam, by było bardzo zimno. Śnieg pewnie zniknie do rana i dzień
ślubu Triny Spellman będzie rześki, ale piękny, z niebieskim niebem i powietrzem pachnącym soplami lodu z domieszką dymu.
Weszłam do ponurego, podniszczonego domu z dwuspadowym dachem, w którym
mieszkałam większość życia, i powiesiłam kurtkę na wieszaku stojącym
przy drzwiach. Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w znoszone dresy,
a potem stałam przed mikrofalówką, czekając, aż podgrzeje się danie z makaronem. Kolejny ekscytujący piątkowy wieczór. Ale nie przeszkadzało
mi to. Zazwyczaj. Lubiłam tę spokojną rutynę. Cieszyłam się ciszą i przewidywalnością mojego życia. Na ogół pod koniec dnia byłam na tyle
wyczerpana, że i tak praktycznie padałam nieprzytomna na łóżko. Wracałam
do tego domu tylko po to, by jeść i spać. Nawet w zimowe weekendy
zajmowały mnie jakieś wydarzenia, nad którymi pracowałam.
Dlaczego zatem dziś wieczorem odczuwałam dziwny smutek? Dlaczego cisza
panująca w moim domu nie kojarzyła mi się ze spokojem, tylko z...
samotnością. Ogromną samotnością. Postukałam widelcem o blat, obserwując
kolację obracającą się w mikrofalówce. To przez to zdjęcie i tę legendę.
Jedno i drugie wydobyło na powierzchnię wspomnienia, o których nie
chciałam myśleć.
Gdy mój posiłek wreszcie się podgrzał, zabrałam parującą tackę z makaronem oraz kieliszek wina do salonu, postawiłam na stoliku kawowym,
a sama usiadłam na kanapie. Włączyłam telewizor i zaczęłam jeść,
oglądając lokalne wiadomości. Zerknęłam na stary rozkładany fotel taty i wyobraziłam sobie, że siedzi tam tak jak kiedyś - z ponurą miną,
zapatrzony w przestrzeń. Fizycznie obecny, ale emocjonalnie niedostępny.
Ogarnęło mnie dobrze znane poczucie winy, które zawsze mi tu dokuczało.
Powinnam się przeprowadzić. Z tym domem wiązało się wprawdzie kilka
dobrych wspomnień, ale z punku widzenia estetyki w ogóle mi się nie
podobał. Nie było tu niczego, co mogłabym nazwać naprawdę własnym. Meble
były stare, zniszczone, nie w moim stylu. To budynek, w którym
pracowałam, świadczył o moich gustach i o tym, co kocham, ale tam nie
mogłam mieszkać. Owszem, powinnam była się pozbyć tego domu już dawno,
musiałabym jednak dokonać wielu napraw, nim mogłabym go wystawić na
sprzedaż, a w tej chwili nie miałam pieniędzy na choćby jedną zmianę.
Gdy skończyłam jeść i dopiłam wino, pooglądałam jeszcze przez chwilę
wiadomości, umyłam zęby i położyłam się do łóżka, podciągając kołdrę pod
brodę. Zamknęłam oczy i zaczęłam odpływać w sen. Nagle usłyszałam jakieś
wycie dochodzące z głębi mojego ciała. Zacisnęłam dłonie na kocu,
otworzyłam oczy i zrobiłam gwałtowny wydech, po czym zdałam sobie
sprawę, że to tylko wiatr. Tak, tylko wiatr.
Prawda?
Śniło mi się, że byłam pod ziemią. "Żyj! Oddychaj!" Serce mi galopowało,
a płuca paliły, gdy przedzierałam się przez twardą glebę. Nagle
przebiłam się na powierzchnię i zobaczyłam oślepiający strumień
migoczącej bieli. Śnieg. To był śnieg. Przełamałam ostatnią twardą
pokrywę lodu i wyprostowałam się, czując, jak zmrożone kryształki topią
się na mojej skórze. Spojrzałam w górę na słońce, które stało nad
górami, zalewając świat kolorem. Ta nagła wolność sprawiła, że poczułam
przypływ szczęścia, miałam ochotę krzyczeć z radości. W tym momencie
odwróciłam się i zobaczyłam jego twarz. Pochylał się nade mną z tą samą
czcią, jaką pamiętałam. Ale wraz ze szczęściem przyszło do mnie
cierpienie.
- Nie chroniłeś mnie - powiedziałam. - Dlaczego?
On też posmutniał.
- Bo mi nie pozwoliłaś.
Obudziłam się gwałtownie, słysząc dźwięk budzika, i poczułam pieczenie
łez pod powiekami.
"Bo mi nie pozwoliłaś".
***
Poniedziałkowy poranek był bezchmurny i zimny. Czułam się już lepiej,
odżyłam. Miałam przed sobą cały kolejny tydzień, szansę, by zacząć od
nowa, no i działo się tak wiele ekscytujących rzeczy! W sobotę
dostarczyłam do kościoła kwiaty dla Spellmanów, a potem udekorowałam
stoły na sali weselnej stroikami złożonymi ze złotych dalii, kremowych i bladoróżowych róż ogrodowych, pomarańczowych jaskrów, storczyków
cymbidium oraz ziół i paproci. Nawet ja musiałam przyznać, że bukiety
wyglądały oszałamiająco, więc zrobiłam trochę zdjęć do swojego
portfolio. Po powrocie do domu wysłałam McMasterom wycenę, zamykając się
w sumie, która przyprawiła mnie o lekkie mdłości. Jeszcze nigdy nie
prosiłam nikogo o tak wysoką kwotę, ale to było duże zlecenie i uważałam, że moje stawki są adekwatne, wzięłam więc głęboki wdech i wysłałam wiadomość. W niedzielny poranek otrzymałam odpowiedź z informacją, że wszystko wygląda dobrze i w poniedziałek otrzymam
zaliczkę. Całe szczęście, że byłam sama i nikt nie usłyszał
podekscytowanego pisku, którego nie byłam w stanie powstrzymać.
A teraz wróciłam do pracy, gotowa, by chwytać dzień, chociaż najpierw
musiałam wlać w siebie trochę kawy. Włączyłam ekspres i podczas gdy
maszyna syczała i bulgotała, ogarnęłam kuchnię, rozkoszując się
wspaniałym aromatem, który wypełnił pomieszczenie.
Z filiżanką w dłoni ruszyłam ostrożnie do mojego studia. Sączyłam po
drodze gorącą boskość, starając się uniknąć rozlania napoju.
Rzuciłam torebkę oraz klucze na biurko, usiadłam i zalogowałam się do
komputera. Posiedziałam przy nim trochę, dopijając pierwszą filiżankę
kawy, ale generalnie nie miałam zaległości, bo przez większość weekendu
i tak pracowałam z domu.
- Dzień dobry - wymamrotał Jay, przekraczając próg.
Uniosłam brew na widok jego podkrążonych oczu i powolnego kroku, którym
pokonał dystans dzielący go od biurka.
- Miałeś ciężki weekend? - zapytałam, gdy opadł na krzesło.
- Nie. Właśnie tak wyglądają wspaniałe weekendy.
Zaśmiałam się.
- Patrząc na ciebie, stwierdzam, że to naprawdę kusząca perspektywa.
Wsparł łokieć na blacie biurka, położył policzek na dłoni i wykrzywił
się zabawnie.
- Powinnaś była pójść ze mną potańczyć w sobotę. Ominęła cię epicka noc.
- Właśnie widzę.
Jay westchnął z cierpieniem i uniósł głowę.
- Powiedz mi, że zaparzyłaś już kawę.
- Zaparzyłam. Nalej sobie do kubka termicznego, wypijesz po drodze.
Musimy wybrać podłogę do kuchni cukiernika. Trzeba ją położyć jak
najszybciej, żeby Baptiste mógł zainstalować wszystko przed pierwszym.
Potrzebuję pieniędzy z jego czynszu.
- Ech... Okej.
Zaśmiałam się. Jay lubił imprezować i w poniedziałki z trudem docierał
do pracy, ale był wspaniałym asystentem. Wiedziałam, że zawsze mogę na
niego liczyć, bo potrafił ciężko harować, był sumienny, a przede
wszystkim miał złote serce. Jego jedyną wadą było to, że próbował mnie
zmusić do prowadzenia życia towarzyskiego, czego ja po prostu... nie
chciałam. Lubiłam moją cichą przewidywalną egzystencję, i tyle. Nie
potrzebowałam więcej. Nie chciałam więcej.
Jay przeprowadził się do Kolorado na studia trzy i pół roku wcześniej,
mniej więcej w czasie, gdy w końcu uznałam, że stać mnie na zatrudnienie
asystenta na część etatu. Okazał się dla mnie darem niebios. Pracował
dwa poranki w tygodniu i jedno popołudnie między zajęciami, żebym mogła
poświęcić więcej czasu na zarządzanie rozbudową centrum ślubnego. Ale
już w czerwcu miał skończyć studia z projektowania graficznego, a ja nie
mogłam sobie pozwolić na to, by zaoferować mu pracę na cały etat - o ile
moja sytuacja finansowa nie zmieni się w ciągu najbliższego półrocza -
przede wszystkim jednak uważałam, że powinien poszukać pracy w swojej
branży, chociaż miałam za nim tęsknić zarówno na poziomie zawodowym, jak
i osobistym. Oczywiście mogłam zatrudnić kolejnego asystenta na część
etatu, ale wiedziałam, że nie znajdę nikogo tak uzdolnionego, jeśli
chodzi o projektowanie efektownych broszurek, pocztówek i grafik na
stronę internetową. Nikogo, przy kim czułabym się tak swobodnie. Nie
chciałam nawet o tym myśleć. Nienawidziłam zmian. Zawsze mnie
rozstrajały. Nic dziwnego, że ostatnio nieustannie błądziłam myślami.
Jay wrócił do studia z kubkiem termicznym pełnym kawy, a ja zdjęłam
kurtkę z oparcia krzesła i zaczęłam ją zakładać.
- Och! - zawołał, podnosząc stertę kopert z blatu swojego biurka. -
Zaczekaj, to przyszło w piątek, gdy przygotowywaliśmy zamówienie dla
Spellmanów. Zapomniałem ci przekazać.
- Dzięki. Przejrzę wszystko, gdy wrócę. - Wzięłam od niego koperty i już
miałam je odłożyć na swoje biurko, gdy dostrzegłam adres jednego z nadawców.
Ściągnęłam brwi. Kancelaria prawna Rutherford, Dunning & Ross. Krew
ścięła mi się w żyłach, a serce podeszło do gardła. Znałam tę
kancelarię. Osobiście znałam tych prawników. Niestety.
Drżącymi dłońmi odrzuciłam resztę poczty na biurko i rozerwałam kopertę.
Czego to, do licha, mogło dotyczyć?
- Wszystko w porządku? - zapytał Jay.
Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Rozłożyłam kartkę i zaczęłam czytać.
Straciłam dech i oblał mnie zimny pot. Co takiego?! Przebiegłam tekst
wzrokiem, próbując pojąć prawniczy żargon i zrozumieć, jak to wszystko,
do cholery, jest możliwe.
- Audra? - Głos Jaya rozległ się bliżej. - Zrobiłaś się biała jak
prześcieradło. Co się stało?
W końcu na niego zerknęłam, otworzyłam usta, a potem znowu je zamknęłam.
Potrząsnęłam głową, jakbym próbowała obudzić się ze snu... Z koszmaru.
- Oni mówią, że zabierają mi ten budynek.
- Oni? Jacy oni?
Znowu potrząsnęłam głową i oparłam się o krawędź biurka. Kartka wypadła
mi z dłoni, a nogi się pode mną ugięły. Nie, nie, to musiało być jakieś
nieporozumienie. Na pewno. To niemożliwe! Spojrzałam na Jaya, wciąż
opierając się o drewniany blat, i zmusiłam się do głębokiego wdechu. Mój
asystent już podniósł pismo z ziemi i studiował je ze ściągniętymi
brwiami. Przerwał i zerknął na mnie ze zdziwieniem.
- Kim jest Luella Townsend?
- To stara kurwa, która ma zdecydowanie za dużo pieniędzy i lodowate
czarne serce.
- A niech mnie. Przeklęłaś chyba po raz pierwszy, od kiedy cię znam.
- Ona na to zasłużyła.
Jay przeniósł wzrok z powrotem na pismo.
- Na to wygląda... - mruknął i przeczytał jeszcze kilka linijek. - A kim
jest Dane Townsend?
Wypuściłam powietrze z płuc i ramiona mi opadły. Poczułam ucisk w sercu
i przygryzłam wargę, nim w końcu odpowiedziałam.
- To mój były mąż.
Rozdział 4. Audra
Rozdział 4
Audra
Golf & Country Club Crosswinds był najstarszym i najbardziej
prestiżowym klubem zrzeszającym śmietankę towarzyską Kolorado. Gdyby tak
nie było, Luella Townsend oczywiście by do niego nie należała. Nie
miałam pewności, że ją tam zastanę, ale był poniedziałek i jeśli wciąż
była niewolnicą własnych przyzwyczajeń, jak siedem lat temu, wiedziałam,
że będzie jadła lunch z innymi snobistycznymi starymi plotkarami przy
stoliku przy oknie. Będą zadzierać nosy, zajadać się kanapeczkami i kruchymi ciasteczkami oraz obgadywać wszystkich ludzi niegodnych ich
towarzystwa. Takich jak ja.
- W czym mogę pani pomóc? - Starszy dżentelmen w bladoszarym garniturze
pojawił się znikąd i zastąpił mi drogę.
- Dziękuję, zmierzam do jadalni.
Obrzucił wzrokiem mój strój - ciemne dżinsy i turkusowy sweter - i choć
wyraz jego twarzy nie zmienił się ani trochę, jakimś cudem zrobił
niezadowoloną minę. Zastanawiałam się, w jaki sposób doprowadził ten
talent do poziomu mistrzostwa. Musiał chyba spędzić sporo godzin z kijem
w dupie. Może nawet całe dekady. Skrzywiłam się w duchu i zbeształam za
tę podłą myśl. Byłam zdenerwowana i miałam zły humor, ale nie powinnam
pozwolić, by Luella Townsend wydobywała ze mnie to, co najgorsze.
Mężczyzna cicho pociągnął nosem.
- Proszę wybaczyć, ale w jadalni obowiązuje dress code.
Zdołałam się uśmiechnąć, ale czułam, że jest to uśmiech napięty i wymuszony.
- Zdaję sobie z tego sprawę, przepraszam, ale to nagła sytuacja.
- Jakiego rodzaju nagła sytuacja?
- To sprawa natury osobistej. Nie jestem upoważniona, by rozmawiać o szczegółach z osobami postronnymi.
Znowu cicho pociągnął nosem.
- Rozumiem...
- Pani Townsend z pewnością nie chciałaby, żebym poruszała ten temat z kimkolwiek poza nią samą. Z pewnością pan wie, jak skrytą jest osobą.
Mężczyzna wyprostował się odrobinę i chyba dostrzegłam błysk nerwowości
w jego oczach. A więc on też znał Luellę. Szybko zerknął przez ramię w stronę jadalni, potwierdzając moje podejrzenie, że ona tam jest.
- Pani Townsend - powtórzył mężczyzna.
Pokiwałam głową.
- Luella Townsend. Będzie bardzo niezadowolona, jeśli się dowie, że tu
byłam i zostałam odprawiona - skłamałam.
Rozciągnął usta w fałszywym uśmiechu, ale w jego oczach nadal było widać
powściągliwość.
- Oczywiście. - Zawahał się. - Powiadomię panią Townsend, że pani tu
jest.
Cholera. Najwyraźniej będę musiałam się pogodzić z tym, że dalej nie
wejdę. Modliłam się tylko, żeby Luella nie kazała mnie wyrzucić siłą. Z pewnością będzie wiedziała, po co tu przyszłam.
- Dziękuję.
- Pani godność?
- Audra Kelley.
Mężczyzna zamarł, jakby moje imię wydało mu się znajome. Byłam w tym
klubie wiele lat temu, ale nigdy go nie spotkałam. Jeśli wiedział, kim
jestem, to nie miałam pojęcia skąd. Skinął mi głową i ruszył w stronę
jadalni.
Serce waliło mi w piersi, kiedy czekałam w pustym holu na jego powrót.
Słyszałam cichy szmer rozmów i szczęk sztućców uderzających o naczynia.
Klasyczna muzyka płynęła z zamaskowanych głośników, a ja wciągnęłam w płuca zapachy tego miejsca: pasta do drewna i suszone kwiaty. Duży
bukiet stojący na stole po mojej prawej wydawał się świeży, więc nie
rozumiałam, skąd ta woń. Może to właśnie była cecha tego miejsca -
wysysało esencję ze wszystkiego, co żywe, pozostawiając tylko kruche
puste skorupy.
- Przestań tak dramatyzować, Audra - mruknęłam pod nosem, ale nie mogłam
się otrząsnąć z tego wrażenia. Zawsze, gdy tu przychodziłam, czułam się
właśnie tak: krucha i pusta.
Odgłos kroków tłumionych przez wykładzinę sprawił, że oddech uwiązł mi w gardle. Luella zmierzała w moją stronę. Postarzała się przez te lata,
ale wciąż była atrakcyjną kobietą. Miała na sobie coś beżowego i pełnego
marszczeń, bez wątpienia był to najnowszy krzyk mody, ale szumiało mi w uszach i byłam za bardzo skupiona na jej twarzy, by zwracać uwagę na
szczegóły stroju. Platynowe blond włosy związała w kok, była
skrupulatnie umalowana, a minę miała równie lodowatą, jak pamiętałam.
- Audra...
W jej ustach moje imię zabrzmiało jak nazwa choroby zakaźnej. Mimowolnie
skuliłam się pod jej osądzającym spojrzeniem i znowu poczułam się jak
siedemnastolatka w sukience z lumpeksu.
"Nie jesteś tamtą dziewczyną. Jesteś kobietą, masz własne życie i prowadzisz własny biznes", przypomniałam samej sobie. Na myśl o firmie
poczułam przypływ sił. Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam plecy.
- Pani Townsend, dziękuję, że przerwała pani lunch, by się ze mną
zobaczyć.
Rozejrzała się, po czym ruszyła w stronę drzwi w głębi korytarza.
Najwyraźniej oczekiwała, że pójdę za nią, więc to zrobiłam. Zaprowadziła
mnie do eleganckiego saloniku urządzonego w odcieniach kremowym i śliwkowym, z mnóstwem ciemnego drewna i lśniących tkanin.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki