Coto są dane elementarne? Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, towszystko, czego chce ode mnie policja, urząd finansowy, zakład pracy.To są dane elementarne.
Aledane elementarne prawdopodobnie nie istnieją, tak przynajmniejtwierdzi współczesna fizyka, o czym też ostatnio czytałem, i co mniezdumiało, choć dzisiaj właściwie nic człowieka zdumiewać nie powinno,czas bowiem - jeśli istnieje czas, ale to kwestia osobna -nadszedł taki, iż żadne twierdzenie nie może zaskoczyć, żadna nowaidea nie powinna porywać, gdyż wszystko już było, a jeśli wszystkojuż było, to tak naprawdę nie było nic, i zawsze to, co istnieje,musi się stwarzać od początku, musi tak czynić nieustannie wwiecznych, a zatem wyjętych z czasu ponowieniach, w dążeniu do pełnii jedni będących też danymi elementarnymi, skazanymi więc nanieistnienie, wtrąconymi w przepaść niebytu, który jest warunkiem ichpowołania do życia, do tego zatem, co trwa ku śmierci i czego trwaniejest czymś równie nieokreślonym oraz niepochwytnym, jak ono samo wswym wiecznym migotaniu między pewnością i niepewnością tego, czymjest, czym się staje, czym być powinno w niewyczerpalnym podejmowaniuwyzwania, w ciągłym wypełnianiu zadania, jakim jest istnienie kuśmierci po to, by ją przekroczyć, i w kolejnych przemianachpodejmować trud i przyjemność stwarzania się na nowo, przetwarzania,dopełniania.
+ + +
Przeglądamte zapiski sprzed kilku lat i z trudem przypominam sobieokoliczności, w jakich je poczyniłem. Tak, myślę, samo funkcjonowaniepamięci potwierdza tezę o tym, że dane elementarne prawdopodobnie nieistnieją. Żyjemy w smudze bytu, w napięciu wytwarzanym międzybiegunowymi stanami energetycznymi. Między prawdą i kłamstwem, międzydobrem i złem, między pięknem i... No właśnie. Jakie jestprzeciwieństwo piękna? Bo przecież nie brzydota. Brzydota nie przeczypięknu, jest tylko jego brakiem.
Alezostawmy to, bo przecież i tak nie mam wyjścia, od czegoś muszęzacząć, choć każdy początek, nawet początek opowiadania, uwikłanyjest w sprzeczność, gdyż każda historia nim się zacznie, ma swojąprehistorię, która też jest historią.
Dobrzezatem, nie będę już tego odwlekał i spróbuję jakoś uporządkować to,co dzieje się z moją pamięcią w mojej pamięci. Rzecz w tym jednak, iżchyba sam siebie próbuję zwodzić, oszukiwać. Próbuję się wykręcić odtego opowiadania jak każdy, kto wie, że ma nieczyste sumienie, żepopełnił coś, o czym nie tylko wolałby nie mówić, ale nawet chciałbynie pamiętać. Chciałby to zepchnąć w niebyt, w czarną dziuręniepamięci, w ciemny kosmos ciszy poprzedzającej wszelkie istnienie.Gdy jednak trzeba już o tym powiedzieć, wówczas zaczyna się tokręcenie, obchodzenie naokoło, żonglerka słowami, jakieś stylistycznewybiegi, dygresje, ogólne rozważania o bycie, o wszystkim więc, cooddala od istoty rzeczy, ale co i tak, z czego człowiek sobie jeszczenie zdaje sprawy, do istoty rzeczy przybliża, gdyż opowieść już siętoczy, i musi być doprowadzona do końca, cokolwiek to znaczy. Nawetwtedy, gdy jest urwana w pół sło
+ + +
Nazywamsię Olgierd Kleinas, urodziłem się w 1947 roku w Szczecinie. Gdybymsię urodził w roku 1945 albo nawet jeszcze w 1946, wówczasprzyszedłbym na świat w Wilnie. Tymczasem z Wilna miałem w domuwiszący na ścianie kiepski obrazek przedstawiający Ostrą Bramę, atakże woreczek ziemi, który przywiózł dziadek. Tę ziemię wsypaliśmymu do grobu, co miało miejsce dokładnie 5 marca 1953 roku. Rokpóźniej zacząłem chodzić do szkoły.
Zarazpotem wokół mnie zaczęły się dziać rzeczy, których nie rozumiałem i októrych później przyszło mi zapomnieć, choć przecież jakoś tam w nichuczestniczyłem. Wyjechał Ewald, a Ewald był naszym sąsiadem, z którymrodzice się zaprzyjaźnili i z którym mówili po niemiecku. Po jakimśczasie zauważyłem, że w ogóle już nigdzie nie słyszę niemieckiego,choć jeszcze niedawno nie było to rzadkością. Ale teraz niemieckizniknął. W miejsce Ewalda zamieszkała obok nas pani Beata, o którejojciec na początku mówił, że jest zza Buga, i która co prawda mówiłapo polsku, ale tak jakoś śpiewnie, co mnie wtedy bardzo śmieszyło.
Córkapani Beaty zaczęła chodzić do mojej klasy. I nie tylko ona była u nasnowa. Obok Kaśki w ławce siedziała Ania, która wszystkim wydawała sięniesamowita i która mówiła z jakimś dziwnym akcentem.
- Onażydłaczy - powiedział kiedyś Sławek.
- Coto jest?
Sławeknie wiedział, spytałem więc ojca, który mi wszystko wyjaśnił, i w tensposób dowiedziałem się o istnieniu Żydów.
Znałemjuż wtedy Polaków, Niemców i Żydów. I Rosjan. Rosjanie, a właściwieRuscy, byli żołnierzami, którzy stacjonowali w mieście. Ruskich iwszystkich innych, poza Polakami oczywiście, nienawidziliśmy. Niemcówi Ruskich za to, że byli naszymi wrogami. Kiedy z chłopakami graliśmyw wojnę, nikt nie chciał być ani Niemcem, ani Ruskim. Wszyscy chcielibyć Amerykanami albo Anglikami. A Żydów nienawidziliśmy za to, żebyli Żydami, i choć nasza nienawiść nie była krwiożercza, to przecieżbyła mocna, tworzyła silną więź. Baliśmy się i Niemców, i Ruskich,nas z kolei mieli bać się Żydzi.
+ + +
Tojeszcze nie wszystkie dane elementarne dotyczące mego życia,opisujące czy sygnalizujące okoliczności, w których zaczęło siękształtować, by wreszcie rozmyć się w tym, co spisuję obecnie. Tworzęnową wersję swego istnienia, tak samo prawdziwą, jak pozostałewersje, te spisane i niespisane, pomyślane i niepomyślane, nawet niedo pomyślenia, choć przecież wszystko można pomyśleć. I choć nicpomyśleć się nie da.
Właśnie:nic. Nic stanowi centrum mojego doświadczenia, mojej egzystencji.Jest wyrazem mej wiedzy i mej niewiedzy. Nic: otwarta rana bytu,wygłos wieczności. Początek i koniec. I nowy początek. Nic, spełnianei wypełniane. Myśl wymyślona. Nic.
Wiem,że się w tym unicestwiam, że to mnie nicuje. Wiem, że moje życieprzestaje do mnie należeć, że przestaję być sobą. Znikam wprzestrzeni, która też znika. Czas nieruchomieje. Nie mam czasu.Tworzę opowieść, która mnie tworzy, stwarza, kształtuje, która jestmną, choć ja nią nie jestem.
Budzęsię we śnie, w którym budzę się we śnie. Lustro odbijające lustro,ginące w ciszy echo milczenia: słowo.
Dajęsłowo.
+ + +
Wtedy,w połowie lat pięćdziesiątych, wszystko się kłębiło. Niewiele z tegomogłem wówczas zrozumieć, rejestrowałem jedynie zdarzenia, nie znającich przyczyn i konsekwencji.
Aniazniknęła równie nagle, jak się pojawiła. Podobnie było z innymiprzybyszami ze Wschodu. Dopiero po latach dowiedziałem się o tym, żewydobyci z łagrów na chwilę tylko zatrzymali się u nas, by zarazpodjąć kolejną podróż, w większości do Izraela. Ten epizod, wtedyledwo w mej skali odczuwalny, później okazał się ważny. Bo jednak niewszyscy wyjeżdżali, część powoli zakorzeniała się w nowej Polsce. Alepotem to wszystko zrymowało się z wydarzeniami, jakie nastąpiłydziesięć lat później. Póki co, działo się życie, które nie miało dlamnie wówczas ani przeszłości, ani przyszłości. Ania przyjechała iAnia wyjechała. I zaraz o niej zapomniałem. Dziś pojawia się znowu:małomówna, jakby wystraszona, zlękniona, zahukana, trzymająca się nauboczu. I znów słyszę, jak mówi:
- Olgierd,czy ty wiesz, co to są dinozaury?
Niewiedziałem. Pierwszy raz usłyszałem wtedy to słowo.
- Chodź- powiedziała. - Pokażę ci.
Pokazałami książkę o tym, co się działo na Ziemi miliardy lat temu. Naokładce, utrzymanej w zielonej tonacji, wymalowany był olbrzymi,zanurzony w wodzie, stwór wystawiający na powierzchnię niewielkągłowę osadzoną na niewyobrażalnie długiej szyi. To był dinozaur.
Popowrocie do domu wycyganiłem od ojca pieniądze, pomknąłem doksięgarni przy Wojska Polskiego i kupiłem tę książkę, pierwszą w moimżyciu. Czytałem z wypiekami na policzkach. I wtedy postanowiłem, żezostanę archeologiem.
+ + +
Cośsię zatem zaczęło, nie muszę już kluczyć w opowiadaniu, nie muszęposzukiwać punktu wyjścia. Dziś, gdy to zapisuję, księgarnia nadalistnieje. Po lewej stronie, gdy jedzie się w kierunku Głębokiego, wrzędzie parterowych, jeszcze przedwojennych pawilonów, zaraz zaskrzyżowaniem z ulicą Gorkiego. Choć minęło już pół stulecia, okolicasię niemal nie zmieniła. Można sprawdzić.
Tojuż, oczywiście, nie taka sama księgarnia. Wtedy wyglądała zupełnieinaczej, dziś sprawia wrażenie ubogiej, niemal pustej. Wtedy półkiwypełnione były książkami. Ale to może tylko złudzenie pamięci.Wydaje mi się jednak, że była bajecznie bogato zaopatrzona. Kupowałemtu później tanie powieści, po dwa złote czterdzieści groszy za tom.Tę cenę pamiętam bardzo dobrze, tytuły i treści książek dawnowywietrzały mi z głowy.
Czytałemdużo, nawet bardzo dużo. Nie było wtedy telewizji, radio zaś w pokojuojca, ze szmaragdowym oczkiem i dużymi brązowymi pokrętłami, było dlamnie niedostępne. Zwłaszcza po tym, jak pewnego wieczora, gdy rodzicewyszli w odwiedziny do znajomych, postanowiłem sprawdzić, co jest ztyłu. Wyobrażałem sobie, że w pudle ukryte są małe ludziki.Odłączyłem więc od obudowy dziurkowane tekturowe plecy i uważnieprzyglądałem się wypełnionemu rozżarzonymi lampami wnętrzu, po czymwsunąłem tam rękę. Rozległ się huk, wywaliło bezpieczniki, a mnieodrzuciło na drugi koniec pokoju, w którym, sparaliżowany strachem ibólem, przeleżałem do powrotu rodziców.
Natym skończyły się moje eksperymenty związane z wszelkimi sprzętamimechanicznymi. Do dziś mój kontakt z nimi naznaczony jest lękiem iobawą, że coś zepsuję, sknocę czy pokręcę. Boję się nawet megokomputera i pokornie uczę się nim posługiwać pod kontrolnym okiemmojej żony, dla której, jak mi się zdaje, ten tajemniczy mechanizmżadnych sekretów nie skrywa. No tak, ale ona od dzieciństwarozkładała wszystko na czynniki pierwsze - od długopisupoczynając.
+ + +
- Kleinas,do tablicy!
Opowiadałemo książętach piastowskich władających Pomorzem. To był dowódodwiecznej przynależności Szczecina do Polski. I to był dowód,dodawała pani od historii, na sprawiedliwość dziejową, na jejistnienie, na jej niepowstrzymany marsz przez kraje, kontynenty icałą kulę ziemską.
- ZeZwiązkiem Radzieckim na czele - kończyła zawsze.
Wszystkobyło ze Związkiem Radzieckim na czele. To była wciąż powtarzana,wbijana nam do głów magiczna formuła. I nie była zabawna, o nie.Wtedy była poważna, nawet śmiertelnie poważna. Powracała w różnychsytuacjach, podczas rozmaitych lekcji i zajęć. W szczególności zaśpowracała w czasie lekcji historii. Ale nie tylko. Bo przecieżmieliśmy się dowiedzieć, że w każdej absolutnie dziedzinie, wcześniejniż gdzie indziej na świecie, triumfy święcili celowo zapomniani, ateraz właśnie powoływani z powrotem do życia, uczeni rosyjscy. Niesowieccy, właśnie rosyjscy, na ogół zresztą wywodzący się z ludu.Wtedy z tego sobie nie zdawałem sprawy, lecz przecież, pozaspełnianiem funkcji ideologicznych, rewelacje te dowodziły potwornegocywilizacyjnego kompleksu Rosjan.
Wielurzeczy mogliśmy się wówczas dowiedzieć. I tego, że fizyka kwantowa toburżuazyjna pseudonauka służąca zniewoleniu klasy robotniczej, itego, że Albert Einstein to idealistyczny filozof wiodący myślczłowieczą na manowce, a również i tego, że akademik Łysenkowyhodował szczep winogron zdolny do owocowania na dalekiej Syberii,która to Syberia kojarzyła się nam z czym innym zgoła niż uprawawinorośli.
KaśceSyberia kojarzyła się z łagrem pod Archangielskiem, w którym przezkilka lat jej ojciec zajęty był wyrębem lasu. Opowiedziała mi o tymkiedyś w tajemnicy, błagając, bym jej sekretu nie zdradził nikomu.Mieliśmy wiele takich sekretów i każde z nas, dzieci przecież,wiedziało doskonale o tym, że musi się nauczyć życia w dwóchświatach. Pierwszym był świat naszych tajnych historii domowych,drugim był świat historii nieprawdziwej, sfałszowanej, w którym naszedomowe historie były zakazane. Większość z nas zdawała sobie sprawę ztego, że życie naszych rodzin, które przywędrowały tu ze Wschodu, maudowadniać prawdę kłamstwa. To kłamstwo miało swoje imię:repatrianci.
Byliśmyrepatriantami, tymi więc, którzy po wiekach wygnania powracali doutraconej ojczyzny i zasiedlali na nowo zagarnięte niegdyś przezgermański żywioł prasłowiańskie obszary. Stawaliśmy się w ten sposóbpotomkami piastowskich książąt.
+ + +
Zaczęłasię historia, której nie ma. Jest tylko smuga tajemnych opowieści, naktórej zapisana została skłamana historia powojennej władzy. Tokłamstwo jednak, myślę po latach, było prawdą, gdyż zmierzało doprzemienienia naszych dusz, a zatem i naszego milczenia, wzaprzeczenie naszych własnych prawd. Nie chodziło o opowieściposzczególnych osób, chodziło o ukształtowanie wielkiej narracji onowym świecie, którego historia musiała być w zasadniczy sposóbodmienna od historii świata starego. Nie musiała być prawdziwa, gdyżnie chodziło o prawdę. Stalin zmieniał bieg rzek, zmieniał też biegdziejów, zmieniał przeszłość, bo bez tej zmiany jego teraźniejszośćnie byłaby możliwa, byłaby kłamstwem.
Pośmierci Stalina płakałem. Tak, naprawdę płakałem, szlochałem nawet.Płakałem z przerażenia. Pani w przedszkolu zwołała wszystkie dzieci ipowiedziała, że teraz będzie wojna.
- Będziewojna, będzie wojna - powtarzałem, łkając. - Będziewojna.
Tesłowa powtarzałem w drodze do domu jak mantrę.
- Będziewojna - oznajmiłem mamie i znów się rozpłakałem.
- Niebędzie żadnej wojny - odparła. - Uspokój się, nie mapowodu do płaczu.
Umilkłana chwilę.
- Przeciwnie- dodała. - Ale jest powód do smutku. Umarł dziadek.
Takwłaśnie nasze milczenie zagłuszyło wielką narrację.
+ + +
Todziało się jeszcze przed wyjazdem Ewalda i przed przyjazdem paniBeaty, przed przyjazdem Kaśki, w której się z miejsca zakochałem. Akiedy zakochałem się w Kaśce, historia się zatrzymała, a raczej poprostu zniknęła. Były tylko te chwile, w których mogłem być z mojąukochaną. Czekałem na nią przed jej domem w drodze do szkoły, późniejpani Beata zapraszała mnie do domu, i podczas gdy Kaśka pakowałatornister, poiła mnie bawarką, której nienawidziłem, ale pełensamozaparcia wypijałem, ciesząc się z tego, że zaraz będę wędrował zmoją narzeczoną.
Kaśkabuzię miała okrągłą, piegowatą, oczy zielone i jasne, z lekka rudawewłosy zaplecione w gruby warkocz. Była jak aniołek. Szliśmy do szkołyprzez park, często nosiłem jej tornister, który jednak jej oddawałem,gdy dochodziliśmy do Jagiellońskiej. Mimo tych ostrożnościusłyszeliśmy kiedyś chóralne:
- Pannaz kawalerem pod szóstym numerem, panna się upiła, kawalera zbiła,kawaler się upił, pannę ukatrupił!
Niewielesię zastanawiając, zakręciłem workiem z kapciami - nosiliśmykapcie szkolne w specjalnych, zaciąganych sznurkiem woreczkach, dotego ręcznik i mydło - i uderzyłem nim w głowę pierwszego zbrzegu chłopaka. Zaczęła się bijatyka, której z oczywistych przyczynwygrać nie mogłem, ale w jej wyniku pozyskałem nie tylko miłośćKaśki, która troskliwie przykładała mi chusteczkę do krwawiącegonosa, ale także przyjaciela, tego właśnie, który pierwszy ode mnieoberwał.
+ + +
Nigdynie można być niczego pewnym, dlatego dość jestem daleki odtwierdzenia, że tamto uderzenie workiem sprawiło obudzenie talentówmatematycznych Sławka, wykluczyć tego wszakże niepodobna, gdyż taknaprawdę zdarzenia w życiu ludzkim zawsze są jakoś ze sobą powiązane,a zatem i owa bijatyka w parku mogła się okazać decydująca dlaintelektualnego rozwoju mego przyjaciela, który dziś jestmieszkającym w Stanach jednym z najwybitniejszych w swej dyscypliniefizyków, uczonym o światowej sławie, jeżdżącym z konferencji nakonferencję, zapraszanym przez najbardziej prestiżowe uniwersytety,czy to w Japonii, czy w Europie, i jednocześnie moim doradcą wkwestiach związanych ze sposobem istnienia danych elementarnych, jegozaś niezwykła intuicja, którą się zawsze w swoich badaniach kieruje,także dla mnie stanowi wartość nieocenioną, pozwala bowiem odnaleźćwspólny język między zagubionym na humanistycznym oceanie wędrowcem apewnie poruszającym się po ziemi przyrodnikiem, dzięki czemu zarównoon rozumie moje wątpliwości, jak i ja jestem od biedy w stanie pojąćskomplikowany dla mnie świat matematycznych formuł i teoretycznychmodeli wszechświatów, wielu wszechświatów, gdyż, jak to wielokrotniemój przyjaciel podkreśla, żyjemy w jednej z mnóstwa oferowanych namrzeczywistości, z których pozostałe, równie realne jak nasza i równiejak nasza nierealne, istnieją obok siebie, choć niektóre z nich, jakmawia z niepozbawionym łobuzerskiego błysku w oku uśmiechem, istniejąpoza czasem, są czasu pozbawione, ich egzystencja zatem nie da sięopisać za pomocą nieprecyzyjnych i skażonych doraźnością pojęć,takich jak trwanie, lecz za to da się wyrazić w serii równań iwzorów, w tym zatem języku, w którym prawda zdania nie jestuwarunkowana czymś wobec jego konstrukcji zewnętrznym, lecz po prostujego zbornością, poprawnością budowy i brakiem wewnętrznejsprzeczności, w efekcie czego można tu orzekać o prawdzie zdańwypowiadanych w trybie warunkowym lub pytającym, co sprawia, iż samopytanie, które zadajemy, bez względu na udzieloną na nie odpowiedź,jest nie tylko badaniem, lecz też ustalaniem tego, jak się rzeczymają.
Dlatego zdania, myślę po jego zapisaniu, warto było zakochać się w Kaścei walnąć Sławka w łeb workiem z kapciami i mydłem. I choć wydarzyłosię to dawno temu, to być może dlatego w ostatnim mejlu, jaki mójprzyjaciel do mnie napisał, przeczytałem: "Według najnowszychbadań dane elementarne prawdopodobnie nie istnieją".
+ + +
Niedługopo bijatyce ze Sławkiem przyszedłem do Kasi, z którą od tego czasurazem odrabialiśmy lekcje, dowiedzieć się, co było w szkole, gdyż odkilku dni chorowałem. Miałem jeszcze temperaturę, rodzice jednakpozwolili mi wyjść, dzień był pogodny i nie było obawy, że sięprzeziębię, tym bardziej iż do przejścia miałem ledwie kilkanaściemetrów, nasze domy bowiem sąsiadowały ze sobą.
RodzicówKasi nie było. Pozostawieni sami w domu trochę się uczyliśmy, trochębawiliśmy, wreszcie poszliśmy buszować na strychu zapełnionym starymimeblami oraz masą rupieci, w których można było przebierać bez końca.W pewnej chwili natknęliśmy się na poszarzały wiklinowy kufer pełenpapierów, czasopism, książek i Bóg wie jeszcze czego. Tam teżodkryliśmy bardzo stary album z dawnymi zdjęciami utrzymanymi wbarwie sepii.
Tobyły makabryczne fotografie. Każda z nich opatrzona była szczegółowymopisem dokonanym w nieznanym nam alfabecie. Jakaś straszliwa rzeź,porozrzucane na drodze trupy nagich mężczyzn, pozabijane dzieci,rozstawione w trójnogi słupy obciążone ciałami wisielców. Nierozumieliśmy o co chodzi, wiedzieliśmy jednak, że nie były to zdjęciaz ostatniej wojny, były dużo starsze, a wojskowi, którzy stali nastraży trójnogich szubienic, nosili nieznane nam mundury.Wpatrywaliśmy się w te obrazy przerażeni, przytłoczeni mrocznąatmosferą strychu, niemal sparaliżowani. Nie śmieliśmy się odezwać,baliśmy się ruszyć.
Niewiem, jak długo to trwało. Wypłoszyły nas odgłosy z dołu. Wieko kufrazatrzasnęło się, kiedy, przepychając się wzajemnie, zbiegliśmy poschodach. W pokoju Kasi nasze dziecięce głowy zastygły nadrozłożonymi zeszytami. Mówienie o tym nie było potrzebne. Zostaliśmyzwiązani jako niemi wspólnicy straszną tajemnicą.
Dwadni później ukradłem ten album.
+ + +
Aniedługo później połączyła nas kolejna tajemnica. Znów zakradliśmysię na strych, by w półmroku grzebać w starych szpargałach.Znaleźliśmy się w kłębowisku ciemnych, duszących zapachów, którewypełzały z wysuszonej wikliny, lekko spróchniałych desek, podartychubrań, wyleniałego futra i gryzącego kurzu unoszącego się przyprzekładaniu nawarstwionych papierów. W tym kłębowisku wyczuwalnabyła smuga zapachu jasnego, ciepłego, mleczna chmurka otulającaKasię. Czułem ją tuż przy sobie, lekko słodkawą, nagrzaną. Czułem teżwibracje, które we mnie wywoływała, delikatne lecz niepokojące,budzące jakieś tęskne i zarazem niepochwytne, niezrozumiałe emocje.
Wpewnej chwili umilkliśmy. Stanęliśmy zmieszani, lecz przecież niewiedzieliśmy, co się dzieje. I nagle Kasia zbliżyła swą twarz domojej, i miękko przytknęła usta do ust. Właściwie wycisnęła swe wargina moich jak pieczątkę.
Zamarłem.Oboje byliśmy zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Staliśmy naprzeciwsiebie milczący i spłoszeni. Zrobiliśmy coś, o czym wiedzieliśmy, żejest grzechem, ale jednocześnie odczułem, że chcę, by to trwało. Czassię zatrzymał, chwila trwała. I trwa do dzisiaj.
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
TadeuszZubiński"Rzymska wojna"