Damy srebrnego wieku - Kamil Janicki

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (27,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
.

ARIA URO­DZI­ŁA SIĘ, BY RZĄDZIĆ. Pro­blem w tym, że mia­ła rządzić Gre­ka­mi, a na świat przy­szła w środ­ko­wej Fran­cji. Pierw­szy dzień jej ży­cia przy­pa­dł 18 sierp­nia 1611 roku. Była czwar­tym z łącz­nie sze­ścior­ga dzie­ci swych ro­dzi­ców, ale pier­wo­rod­ną cór­ką. W epo­ce roz­mi­ło­wa­nej w prze­po­wied­niach i śle­po wie­rzącej w praw­dę za­pi­sa­ną w gwiaz­dach rzecz ja­sna na­tych­miast za­częto wró­żyć, co spo­tka nie­mow­lę w przy­szło­ści, i sta­wiać dla nie­go po­noć na­uko­we ho­ro­sko­py. We­dług jed­ne­go z pierw­szych Ma­ria mia­ła przy­wdziać ko­ro­nę i pod­po­rząd­ko­wać so­bie Gre­ków. Do­kład­nie ta­kiej wi­zji ocze­ki­wał prze­cież jej oj­ciec.

Dziew­czyn­ka na­le­ża­ła do jed­nej z naj­le­piej sko­li­ga­co­nych, naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych i naj­po­tężniej­szych ro­dzin we Fran­cji. Spo­śród wszyst­kich jej przod­ków do szó­ste­go po­ko­le­nia włącz­nie nie­mal jed­na trze­cia była sta­nu kró­lew­skie­go lub na­wet ce­sar­skie­go. Po­dob­na licz­ba ty­tu­ło­wa­ła się ksi­ążęta­mi. Ród, któ­ry mo­żna bez wa­ha­nia na­zwać też dy­na­stią, no­sił wło­skie na­zwi­sko Gon­za­ga. Od XIV stu­le­cia rządził po­ło­żo­ną na pó­łno­cy Ita­lii Man­tuą, a od XVI ta­kże Mont­fer­ra­tem, nie­mal gra­ni­czącym z Fran­cją. Dzi­ęki świet­nym ma­łże­ństwom przod­ków Ma­ria po­cho­dzi­ła od de­spo­tów Ser­bii, ba­nów Bo­śni, a na­wet - choć za po­śred­nic­twem bar­dzo od­le­głych an­te­na­tów - od Pa­le­olo­gów rządzących nie­gdyś im­pe­rium bi­zan­ty­ńskim.

Nad Se­kwa­nę ród Gon­za­gów zo­stał spro­wa­dzo­ny przez dziad­ka dziew­czyn­ki, Lu­dwi­ka Gon­za­gę. Młod­szy po­to­mek diu­ka Man­tui, nie­wi­dzący dla sie­bie przy­szło­ści w oj­czy­źnie, w 1565 roku po­ślu­bił dzie­dzicz­kę dwóch ty­tu­łów ksi­ążęcych - de Ne­vers oraz de Re­thel. Na miej­scu zro­bił osza­ła­mia­jącą ka­rie­rę. Nie tyl­ko do­łączył do gro­na pa­rów Fran­cji - nie­licz­nej, ary­sto­kra­tycz­nej śmie­tan­ki kra­ju - ale zo­stał też bli­skim do­rad­cą re­gent­ki Ka­ta­rzy­ny Me­dy­cej­skiej. Wi­ęk­szo­ść cza­su spędzał w Pa­ry­żu lub w pod­ró­żach od­by­wa­nych w in­te­re­sie dwo­ru. Jego ofi­cjal­na sie­dzi­ba znaj­do­wa­ła się jed­nak w bur­gundz­kim Ne­vers, sto­li­cy ksi­ęstwa Ni­ver­na­is, mie­ście sły­nącym z pi­ęk­nej por­ce­la­ny oraz z wiel­kiej licz­by ko­ścio­łów. Tam też re­zy­do­wa­ła po­ło­wi­ca ksi­ęcia, Hen­riet­ta de Cl?ves: wy­bit­na za­rząd­czy­ni, wręcz biz­ne­swo­man epo­ki re­ne­san­su, tak do­brze za­wia­du­jąca ma­jąt­kiem, że sta­ła się głów­ną kre­dy­tor­ką ro­dzi­ny kró­lew­skiej.

Nie­ma­łe am­bi­cje Lu­dwi­ka oraz Hen­riet­ty prze­jął i po­mno­żył ich syn, Ka­rol Gon­za­ga. Za­ło­żył we Fran­cji nowe ksi­ęstwo d'Ar­ches. Pró­bo­wał utwo­rzyć wła­sny za­kon ry­cer­ski. Włączył się też w re­be­lię prze­ciw­ko ko­lej­nej re­gent­ce, Ma­rii Me­dy­cej­skiej. Jego naj­wi­ęk­szym ma­rze­niem była jed­nak od­no­wa Bi­zan­cjum. Wie­rzył, że wła­sne ta­len­ty, cha­ry­zma i mgli­ste ko­li­ga­cje wy­star­czą mu, by usu­nąć Tur­ków znad Bos­fo­ru i za­si­ąść na kon­stan­ty­no­po­li­ta­ńskim tro­nie. Nie tyl­ko trak­to­wał swój cel zu­pe­łnie se­rio, ale wręcz uczy­nił z nie­go ży­cio­wą ob­se­sję. Oso­bi­ście bił się z Tur­ka­mi na Węgrzech, gdzie od­nió­sł po­wa­żne rany. Za swo­je pie­ni­ądze najął też pięć okrętów i opła­cił pięć ty­si­ęcy żo­łnie­rzy z my­ślą o wiel­kiej kru­cja­cie, jaką zdo­ła wy­wo­łać. Tur­cy nie ba­ga­te­li­zo­wa­li jego sta­rań, na­wet je­śli mie­li do czy­nie­nia tyl­ko z ksi­ęciem, czy­imś wa­sa­lem. Gdy grec­cy re­be­lian­ci za­częli ko­re­spon­do­wać z Ka­ro­lem Gon­za­gą, a ta­kże ty­tu­ło­wać go "kró­lem Pa­le­olo­giem", Kon­stan­ty­no­pol wy­słał prze­ciw nim dwa­dzie­ścia ty­si­ęcy zbroj­nych.

Po raz pierw­szy Ka­rol otwar­cie zgło­sił swe pre­ten­sje do pur­pu­ry w roku 1612: nie­dłu­go po na­ro­dzi­nach cór­ki i po tym, jak prze­po­wie­dzia­no jej świe­tla­ną przy­szło­ść na dru­gim kra­ńcu Mo­rza Śró­dziem­ne­go. Pod­czas gdy ksi­ążę wcie­lał się w no­wo­żyt­ne­go krzy­żow­ca, opie­kę nad dziew­czyn­ką spra­wo­wa­ła mat­ka. Rów­nież ona była oso­bi­sto­ścią nie­po­spo­li­tą. Ka­ta­rzy­nę de May­en­ne z uzna­niem okre­śla­no jako fem­me de t?te, ko­bie­tę z gło­wą. Była od­wa­żna, in­te­li­gent­na, ucho­dzi­ła też za jed­ną z naj­pi­ęk­niej­szych dam we Fran­cji. Jej uro­ko­wi nie był w sta­nie się oprzeć na­wet król Hen­ryk IV Bur­bon. Ad­o­ro­wał Ka­ta­rzy­nę tak upar­cie i nie­ustępli­wie, że para ksi­ążęca de Ne­vers, Re­thel i d'Ar­ches była zmu­szo­na na dłu­ższy czas usu­nąć się z Pa­ry­ża na pro­win­cję.

Głów­nym ry­sem cha­rak­te­ru Ka­ta­rzy­ny była jed­nak wy­jąt­ko­wa po­bo­żno­ść. Zda­niem wspó­łcze­sne­go ko­men­ta­to­ra ufun­do­wa­ła "bar­dzo wie­le świ­ątyń i klasz­to­rów w ró­żnych za­kąt­kach swych ziem". Wspie­ra­ła też ko­le­gia je­zu­ic­kie, szpi­ta­le, przy­tu­łki. Przede wszyst­kim zaś po­sta­no­wi­ła od­dać dwie z trzech có­rek Ko­ścio­ło­wi. Be­ne­dyk­ta (uro­dzo­na w 1614 roku) i Anna (1616) mia­ły spędzić ży­cie w klasz­to­rach, chwa­ląc Boga. Tyl­ko naj­star­sza Ma­ria po­zo­sta­ła w sta­nie świec­kim. Jej prze­cież wró­żo­no wiel­ką przy­szło­ść.

Sama ksi­ężna nie mia­ła szan­sy prze­ko­nać się o tym, jak uło­ży­ły się losy któ­rej­kol­wiek z la­to­ro­śli. Zimą 1618 roku zna­na do­ma­tor­ka, od daw­na zra­żo­na do dwo­ru kró­lew­skie­go, dała się prze­ko­nać do udzia­łu w wiel­kim balu w Luw­rze. Wy­gląda­ła po­noć osza­ła­mia­jąco. Za­zi­ębi­ła się jed­nak i już nie zdo­ła­ła po­wró­cić do zdro­wia. Zma­rła 8 mar­ca w wie­ku za­le­d­wie trzy­dzie­stu trzech lat.

Ka­rol Gon­za­ga, do resz­ty opa­no­wa­ny swą idée fixe, od­dał dzie­ci pod opie­kę tu­to­rów oraz re­zy­du­jącej w Pa­ry­żu ciot­ki, ksi­ężnej Ka­ta­rzy­ny de Lon­gu­evil­le. Mali Gon­za­go­wie nie mu­sie­li miesz­kać kątem u krew­nych czy zna­jo­mych ksi­ęcia. Ta­kże w sto­li­cy byli u sie­bie. W re­pre­zen­ta­cyj­nym cen­trum mia­sta, nad samą Se­kwa­ną, wzno­sił się im­po­nu­jący ro­dzin­ny pa­łac - hôtel de Ne­vers. Dzia­łkę w ide­al­nym miej­scu, na le­wym brze­gu rze­ki, ku­pił już Lu­dwik Gon­za­ga, zresz­tą od sa­me­go kró­la. I choć ni­g­dy nie wsta­wio­no wszyst­kich prze­wi­dzia­nych skrzy­deł, po­sia­dło­ść im­po­no­wa­ła za­rów­no for­mą, jak i ska­lą. Strze­li­stą ce­gla­no-ka­mien­ną kon­struk­cję w naj­no­wo­cze­śniej­szym sty­lu zwie­ńczo­no stro­mym da­chem z ko­mi­na­mi tak wiel­ki­mi, że mu­sia­ły przy­wo­dzić na myśl wie­życz­ki daw­nych za­mczysk. Gó­ro­wa­ła ona wy­ra­źnie nad całą oko­li­cą, a pro­por­cje głów­ne­go pa­wi­lo­nu sta­no­wi­ły swo­iste od­bi­cie jed­ne­go z naj­pi­ęk­niej­szych skrzy­deł Luw­ru, Pa­vil­lon du Roi. Na ty­łach hôtel de Ne­vers znaj­do­wał się roz­le­gły ogród, we wnętrzu zaś wspa­nia­łe skle­pie­nia za­pro­jek­to­wa­ne przez wło­skich ar­chi­tek­tów i sta­no­wi­ące ab­so­lut­ną no­win­kę w Pa­ry­żu. Je­den z dwo­rzan Gon­za­gów, oby­ty w świe­cie i roz­mi­ło­wa­ny w sztu­ce Bla­ise de Vi­ge­n?re, za­pew­niał, że z re­pre­zen­ta­cyj­ny­mi kom­na­ta­mi jego mo­co­daw­ców nie mo­gły się rów­nać na­wet an­tycz­ne ła­źnie Ka­ra­kal­li, naj­praw­dziw­szy cud Wiecz­ne­go Mia­sta.

Bry­łę pa­ła­cu po­dzi­wiał ka­żdy, komu przy­szło go­ścić we fran­cu­skiej sto­li­cy. Dom Gon­za­gów znaj­do­wał się nie­mal do­kład­nie na­prze­ciw­ko zam­ku kró­lew­skie­go. Od Luw­ru dzie­li­ło go dzie­si­ęć mi­nut pie­cho­tą, od ka­te­dry No­tre Dame nie­mal tyle samo. Po­tężny hôtel de Ne­vers, od­bi­ja­jący wszel­kie am­bi­cje i pre­ten­sje wiel­kich wła­ści­cie­li, do­mi­nu­je na dzie­si­ąt­kach daw­nych ry­cin i ma­lo­wi­deł uka­zu­jących Pont-Neuf - w cza­sach Ma­rii naj­now­szy most Pa­ry­ża, obec­nie zaś naj­star­szy za­cho­wa­ny. Pi­ęk­na prze­pra­wa, spi­na­jąca dwa brze­gi Se­kwa­ny oraz Île de la Cité, wy­spę, na któ­rej prze­szło dwa ty­si­ące lat temu za­częło się ro­dzić przy­szłe Mia­sto Świa­teł, na­dal zdo­bi fran­cu­ską sto­li­cę i ści­ąga mi­lio­ny tu­ry­stów, ob­ser­wu­jących stam­tąd pa­no­ra­mę za­byt­ko­wej me­tro­po­lii. Na miej­scu hôtel de Ne­vers dzi­siaj stoi jed­nak kwar­tał dzie­wi­ęt­na­sto­wiecz­nych do­mów. O daw­nej, zbu­rzo­nej po­sia­dło­ści Gon­za­gów przy­po­mi­na tyl­ko wąska śle­pa ulicz­ka bio­rąca od niej na­zwę - rue de Ne­vers.

Mali ksi­ążęta i ksi­ężnicz­ki do­ra­sta­li w do­stat­ku, a nie­obec­ny oj­ciec do­kła­dał sta­rań, by ich edu­ka­cja prze­bie­ga­ła we wła­ści­wym po­rząd­ku. Ka­ro­la Gon­za­gę in­te­re­so­wał przede wszyst­kim roz­wój sy­nów. Dla Fran­cisz­ka (uro­dzo­ne­go w 1606 roku), Ka­ro­la (1609) i Fer­dy­nan­da (1610) za­trud­nio­no całą gru­pę pre­cep­to­rów. Świet­ni spe­cja­li­ści za­po­zna­wa­li ich z re­to­ry­ką, li­te­ra­tu­rą, języ­ka­mi wło­skim i nie­miec­kim, ale też z ma­te­ma­ty­ką, ry­sun­kiem, ta­ńcem, jaz­dą kon­ną, ma­lar­stwem czy fech­tun­kiem. Cho­dzi­ło o wy­kre­owa­nie lu­dzi zdol­nych w przy­szło­ści za­rządzać ro­dzin­ny­mi wło­ścia­mi, bez po­tkni­ęć ob­ra­cać się na najświet­niej­szych dwo­rach, a ta­kże... dźwi­gać wy­ma­rzo­ną ko­ro­nę.

Pa­ry­ski hôtel de Ne­vers - sto­łecz­na re­zy­den­cja ro­dzi­ny Gon­za­gów. Ry­ci­na ze schy­łku XVI wie­ku.

Nie­za­le­żnie od świet­nych ho­ro­sko­pów do edu­ka­cji pierw­szej cór­ki ksi­ążę nie przy­wi­ązy­wał rów­nie wiel­kiej wagi. Nie­mniej Ma­ria, obec­na w kom­na­tach tego sa­me­go pa­ła­cu, gdzie od­by­wa­ły się lek­cje star­sze­go ro­dze­ństwa, nie­raz to­wa­rzy­szy­ła bra­ciom pod­czas na­uki. Chy­ba szcze­gól­nie przy­pa­dły jej do gu­stu pry­wat­ne warsz­ta­ty ma­lar­skie pro­wa­dzo­ne przez Da­nie­la Ra­be­la. Był to, jak wy­ja­śnia znaw­czy­ni fran­cu­skiej kul­tu­ry Ka­ro­li­na Tar­gosz, "szty­charz z upodo­ba­niem utrwa­la­jący kwia­ty i owa­dy, zręcz­ny ka­ry­ka­tu­rzy­sta". Nie wy­da­je się, by Gon­za­gów­na po­sia­dła za jego spra­wą umie­jęt­no­ść szki­co­wa­nia żar­to­bli­wych syl­we­tek, świet­nie za to ry­so­wa­ła przed­mio­ty, zwłasz­cza ko­ściel­ne sprzęty i pa­ra­men­ty li­tur­gicz­ne. Bli­scy lu­dzie będą w przy­szło­ści chwa­lić ta­kże jej za­in­te­re­so­wa­nie na­uką o per­spek­ty­wie i zręcz­ne ręce.

Na roz­wój dziew­czyn­ki znacz­nie wi­ęk­szy wpływ od Ra­be­la wy­wa­rł czło­wiek, któ­re­go wpraw­dzie trud­no by­ło­by na­zwać pe­łno­praw­nym tu­to­rem, ale któ­ry miał w so­bie o wie­le wi­ęcej pa­sji i za­an­ga­żo­wa­nia niż ja­ki­kol­wiek na­uczy­ciel. W hôtel de Ne­vers poza dwo­rza­na­mi i słu­żbą miesz­kał też syn gu­wer­ne­ra ksi­ążęcych sy­nów. Mi­chel de Ma­rol­les do­pie­ro nie­daw­no prze­kro­czył dwu­dzie­sty rok ży­cia, już był jed­nak po­li­glo­tą, wiel­kim mi­ło­śni­kiem kla­sycz­nej li­te­ra­tu­ry, ab­sol­wen­tem je­zu­ic­kie­go ko­le­gium. Gdy Ma­ria li­czy­ła so­bie je­de­na­ście lat, po­sta­no­wio­no od­dać ją pod opie­kę tego obie­cu­jące­go mło­dzie­ńca.

Mi­chel ogrom­nie prze­jął się nową rolą. Nie tyl­ko dla ksi­ężnicz­ki, lecz ta­kże dla jej ro­dze­ństwa pi­sał wier­sze i ko­me­die, or­ga­ni­zo­wał przed­sta­wie­nia, do­kła­dał sta­rań, by w edu­ka­cję włączać ele­ment za­ba­wy. Za jego spra­wą mała Ma­ria po­sze­rza­ła ho­ry­zon­ty, po­chła­nia­ła je­den po dru­gim prze­kła­dy dzieł wiel­kich rzym­skich i grec­kich li­te­ra­tów. Z nie­zna­nych i trud­nych do wy­ja­śnie­nia po­wo­dów Ma­rol­les nie wpo­ił jej za to żad­ne­go języ­ka ob­ce­go, choć sam zaj­mo­wał się już w tym cza­sie tłu­ma­cze­nia­mi, ta­kże na zle­ce­nie Ka­ro­la Gon­za­gi. Ma­ria nie na­uczy­ła się sza­le­nie po­pu­lar­ne­go na dwo­rach Eu­ro­py nie­miec­kie­go ani mowy swo­ich wło­skich przod­ków. Mo­gła znać co naj­wy­żej ja­kieś pod­sta­wy ła­ci­ny. Ani jej, ani resz­ty ro­dze­ństwa nie uczo­no na­to­miast gre­ki - cho­ćby w ele­men­tar­nym za­kre­sie. I to mimo że ksi­ążę de Ne­vers roił so­bie, że wkrót­ce prze­nie­sie się do Kon­stan­ty­no­po­la.

Mło­dy Ma­rol­les nie tyl­ko uczył, ale też no­to­wał wszyst­ko, co go ota­cza­ło. Pro­wa­dził szcze­gó­ło­wy pa­mi­ęt­nik, któ­ry na­wet wy­dał dru­kiem. Jest to bez­cen­ne źró­dło wie­dzy o dwo­rze Gon­za­gów i o sa­mej Ma­rii. Na te­mat na­sto­let­niej ksi­ężnicz­ki po­cząt­ku­jący pre­cep­tor stwier­dził, że "do­sko­na­ło­ść przy­mio­tów umy­sło­wych, po­tęgu­jących się z dnia na dzień" łączy­ła się u niej z wy­jąt­ko­wą uro­dą. Pierw­szą po­chwa­łę ła­two zwe­ry­fi­ko­wać. Pa­sje roz­bu­dzo­ne przez Mi­che­la już sta­le będą to­wa­rzy­szyć Gon­za­gów­nie, czy­ni­ąc z niej w przy­szło­ści me­ce­na­skę sztu­ki, kul­tu­ry oraz ro­dzącej się w bó­lach no­wo­cze­snej na­uki. Skądi­nąd wia­do­mo, że ksi­ężnicz­ka zna­ła i ro­zu­mia­ła prze­ło­mo­wą teo­rię Mi­ko­ła­ja Ko­per­ni­ka. Mia­ła się też od­zna­czać, jak stwier­dził pe­wien dwo­rza­nin, "wy­na­laz­czym umy­słem".

Kwe­stia wy­glądu na­stręcza wi­ęcej trud­no­ści. Na świet­nym dwo­rze Gon­za­gów nie bra­ko­wa­ło ma­la­rzy, a do­ra­sta­jąca Ma­ria nie­raz mu­sia­ła po­zo­wać im do por­tre­tów. Ża­den z tych wi­ze­run­ków się jed­nak nie za­cho­wał. Dys­po­nu­je­my ob­ra­za­mi i ry­ci­na­mi do­pie­ro z cza­sów, gdy ksi­ężnicz­ka była doj­rza­łą, prze­szło trzy­dzie­sto­let­nią ko­bie­tą. W wy­pad­ku nie­któ­rych por­tre­tów mo­żna co naj­wy­żej po­dej­rze­wać, że opie­ra­ły się na wcze­śniej­szych wzo­rach - twarz i syl­wet­ka ary­sto­krat­ki wy­gląda­ją bo­wiem wy­jąt­ko­wo mło­dzie­ńczo.

Ma­ria Gon­za­ga na mie­dzio­ry­cie z 1645 roku. Por­tret jest zna­ny w wie­lu zbli­żo­nych do sie­bie wa­rian­tach, zwy­kle nie­zbyt uda­nych.

Ze­sta­wia­jąc kon­ter­fek­ty z re­la­cja­mi lu­dzi zna­jących Ma­rię, ła­two do­jść do prze­ko­na­nia, że Ma­rol­les nie był w swych opi­niach od­osob­nio­ny. Gon­za­gów­nę po­wszech­nie uwa­ża­no za pan­nę pi­ęk­ną. Była wy­so­ka, zgrab­nie zbu­do­wa­na. Mia­ła, co bar­dzo ce­nio­no w tej epo­ce, re­gu­lar­ne rysy, a ta­kże zdro­we i bia­łe zęby (rzad­ko­ść na dwo­rach XVII stu­le­cia), ide­al­nie pro­sty nos oraz znie­wa­la­jący uśmiech. Jej cera była ja­sna, co ucho­dzi­ło za ozna­kę do­sto­je­ństwa i do­bre­go uro­dze­nia. Zda­niem części ko­men­ta­to­rów była ciem­ną blon­dyn­ką, inni uwa­ża­li, że mia­ła wło­sy kru­czo­czar­ne. Często wspo­mi­na­no jej pi­ęk­ne czar­ne oczy, na por­tre­tach za­wsze wy­ra­źnie uwy­dat­nio­ne i świ­dru­jące swym spoj­rze­niem.

Je­śli czy­mś Ma­ria nie mo­gła się po­chwa­lić, to zdro­wiem. W 1626 roku, gdy mia­ła pi­ęt­na­ście lat i wra­ca­ła z pod­ró­ży do Szam­pa­nii, bar­dzo po­wa­żnie się roz­cho­ro­wa­ła. Cha­rak­ter do­le­gli­wo­ści nie jest bli­żej zna­ny, symp­to­my były jed­nak tak nie­po­ko­jące, że już spo­dzie­wa­no się ry­chłej śmier­ci. Le­ka­rze wdro­ży­li wszel­kie mo­żli­we, na­wet naj­bar­dziej in­wa­zyj­ne te­ra­pie. Za­pew­ne tyl­ko spo­tęgo­wa­li pro­blem. Po­tem zaś to so­bie przy­pi­sa­li nie­ocze­ki­wa­ny suk­ces. Ma­ria z tru­dem i po­wo­li od­zy­ska­ła kon­dy­cję, choć osła­bie­nie i oba­wy o na­wrót cho­ro­by głębo­ko od­ci­snęły się na jej dal­szym ży­ciu. "Nie mo­gła od­da­wać się za­jęciom i roz­ryw­kom zbyt męczącym" - wy­ja­śnia hi­sto­rycz­ka Wan­da Wi­ęc­kow­ska-Mit­zner. - "Nie na­le­ża­ła więc do ko­biet często w owych cza­sach spo­ty­ka­nych, któ­re na rów­ni z mężczy­zna­mi lu­bi­ły po­lo­wa­nia i do­brze wła­da­ły bro­nią". Za­miast ło­wów i wy­cie­czek na pro­win­cję po­chło­nęło ją ży­cie sa­lo­no­we. Czy też, by po­zo­stać w zgo­dzie z języ­kiem epo­ki, "ga­bi­ne­to­we".

Od wiel­kich ary­sto­kra­tek XVII wie­ku ocze­ki­wa­no, że będą or­ga­ni­zo­wać uczo­ne dys­pu­ty, spra­szać inne wy­so­ko uro­dzo­ne pa­nie, opła­cać po­etów, pi­sa­rzy i tłu­ma­czy. Te skrom­nie okre­śla­ne "kó­łka", czy też "ga­bi­ne­ty", sta­no­wi­ły kul­mi­na­cję in­te­lek­tu­al­ne­go i kul­tu­ral­ne­go ży­cia Pa­ry­ża. Do najświet­niej­szych z nich mo­gli się do­stać tyl­ko wy­bra­ńcy, a by­wa­nie w szcze­gól­nie ce­nio­nym ga­bi­ne­cie sta­no­wi­ło wy­ró­żnie­nia na­wet dla diu­ków czy człon­ków ro­dzi­ny kró­lew­skiej. Z ko­lei mło­dym dziew­czętom wła­śnie te spo­tka­nia, ara­nżo­wa­ne i pro­wa­dzo­ne przez damy będące wzo­ra­mi kla­sy i to­wa­rzy­skie­go wy­ro­bie­nia, da­wa­ły klu­czo­wą oka­zję do po­sze­rza­nia edu­ka­cji.

Je­den z wie­lu sto­łecz­nych ga­bi­ne­tów pro­wa­dzi­ła ciot­ka i opie­kun­ka Ma­rii, ksi­ężna de Lon­gu­evil­le. Nie było to kó­łko naj­bar­dziej ce­nio­ne czy wpły­wo­we, ale też nie po­mi­ja­no jego ist­nie­nia mil­cze­niem. Na ar­ty­stycz­nych wie­czor­kach u diu­sze­sy by­wał brat sa­me­go kró­la, ksi­ążę Or­le­anu Ga­ston - nie tyl­ko przed­sta­wi­ciel domu pa­nu­jące­go, lecz ta­kże na­stęp­ca tro­nu, jako że mo­nar­cha wci­ąż nie miał żad­ne­go po­tom­ka.

Ga­ston w 1627 roku li­czył so­bie dzie­wi­ęt­na­ście lat. Był emo­cjo­nal­ny, ko­chli­wy, nie­prze­wi­dy­wal­ny... i świe­żo owdo­wia­ły. W re­zy­den­cji ksi­ężnej de Lon­gu­evil­le ze­tknął się zaś z pi­ęk­ną i tyl­ko o dwa lata młod­szą Ma­rią Gon­za­gą. W pry­wat­nym pa­mi­ęt­ni­ku opie­wał uro­dę dziew­czy­ny, a ta­kże pod­kre­ślał, że była "cno­tli­wa i bar­dzo udu­cho­wio­na". Tra­fio­ny strza­łą Amo­ra pi­sał dla niej so­ne­ty, ubie­gał się o jej względy. Wresz­cie po­sta­no­wił, że ją po­ślu­bi. I to bez py­ta­nia ko­go­kol­wiek o zda­nie.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki