Orgonowa, Dyndalska, Aniela.(siedzą w rzędzie po prawej. Po lewej stronie na przeciwko,
stoją:)Major, Rotmistrz, Kapelan;(w głębi)Zofia, Porucznik.
Major.
Witam, witam Panie siostry w moim domu i bardzo przepraszam
kota, za niegościnność Piskli i niecnoty Zagraja.
Orgonowa.
Patrz, Panie bracie, moja córka.
(Zofia się zbliża i kłania) Owa Zosiunia mała... Anibyś ją
poznał pewnie... wyrosła, wyładniała, nieprawdaż? Za jej wychowanie
nie powstydzę się także. W pierwszej stolicy świata mogłaby
bezpiecznie rozmawiać, i to nie jednym językiem:
Kapelan
(na stronie).
Nie jednym! okropnie!
Orgonowa.
Miała i guwernantkę; Madam znakomitą, i na wyższych naukach w
mieście pół roku strawiła.
Aniela.
Talenta gdy rozwinie...
Dyndalska.
Ach, Anielko luba, co też nie wygadujesz! Już je rozwinęła:
czyliż nie śpiewa całego Rossyniego, tak, że każdy słuchać musi?
Czyż nie tańcuje, tak, że nigdy taktu nie chybi? Czyż nie maluje,
tak, że jej kwiatek wszystkich zwodził, i że Pan Sędzia chcąc
powąchać, nosem go zmazał?
Aniela.
To Pan Referendarz.
Dyndalska.
Ależ Pan Sędzia, mój aniołku!
Orgonowa.
Cicho, cicho Dyndalsiu; nie trzeba jej w oczy chwalić, ona sama
pokaże, co umie.
Aniela
(do Majora).
Jakże ci się podoba?
Dyndalska(szturchając ją łokciem).
Cożto za pytanie!
Aniela.
Nie dasz mi mówić, kochana siostruniu.
Dyndalska.
Bo mówisz bez sensu, moja duszko.
Orgonowa.
Cicho, cicho siostruniu.
(do Majora) Któż są ci Panowie?
Major.
Rotmistrz Sławomir. W szkołach jeszcze przyjaźń nas złączyła;
razem wdzieliśmy mundur, razem go nosili i razem może w jednej
złożym go mogile. - Nasz poczciwy Kapelan, także dawny towarzysz,
prawdziwy przyjaciel ludzi; wiele robi, mało mówi, naśladować go
należy. - To, mój Edmund, już wam po części znany z mojego listu. W
jednej nieszczęsnej utarczce, kiedy każdy o sobie tylko myślał a ja
raniony pod ubitym leżałem koniem, on mnie szukał, postrzegł,
zebrał kilku walecznych, natarł na nieprzyjaciół i osłonił własnemi
piersiami; cofał się, nacierał, znowu się cofał i znowu nacierał,
aż póki naszych wzrastająca liczba zwycięztwa nam nie wróciła.
Tamto mnie, mnie broniąc, odebrał tę krésę przez skronie, która
więcej warta niż dziesięć wieńców.
(ściska go z rozczuleniem).
Zofia
(mimowolnie).
Ach, to pięknie być odważnym!
(spuszcza oczy na bystre spojrzenie matki i ciotek).
Orgonowa.
Dobrze, dość tego, teraz do interesu. Chcę pomówić z tobą,
Panie bracie, zatem pozwolą Panowie...
(Oficerowie odchodzą, i Zofia do swego pokoju na znak
Orgonowej).