Rozdział 1.
1.
W dniu 12 marca 1847 roku na ścianie domu w Paryżu przy ulicy Laffitte pojawił się ogromny żółty afisz, informujący
o sprzedaży mebli i innych przedmiotów, należących do pewnej zmarłej
kobiety. Wprawdzie afisz ten nie wymieniał jej nazwiska, ale podawał
miejsce i termin wyprzedaży: miała ona nastąpić w dniu 16 marca między
południem a godz. 17.00 przy ulicy d'Antin nr 9. Ponadto z ogłoszenia
wynikało, że istnieje możliwość oglądania rzeczy będących przedmiotem
licytacji w dniach 13-14 marca.
Ponieważ zawsze interesowały mnie antyki i ładne przedmioty,
postanowiłem odwiedzić miejsce wyprzedaży - jeśli nie dla kupna
czegokolwiek, to przynajmniej dla zobaczenia, co sprzedający mają do
zaoferowania. Z takim nastawieniem udałem się w oznaczonym terminie pod
wskazany adres.
Mimo że pora dnia była jeszcze dość wczesna, w mieszkaniu znajdowało się
już wiele ludzi obojga płci; przeważały jednak kobiety z bogatych domów,
na które na ulicy czekały eleganckie pojazdy. Jednakże zbytek, jaki
roztoczył się przed ich, a także moimi oczami, przeszedł najśmielsze
oczekiwania.
Przechadzając się pomiędzy rzeczonymi kobietami i mimo woli słuchając
ich rozmów, zorientowałem się, że mieszkanie należało do zmarłej
kurtyzany. Majestat śmierci, a zapewne także ciekawość - spowodowały, że
przybyłe tu damy odrzuciły na chwilę swe purytańskie zasady i przybyły
do tego gorszącego miejsca - zapewne nie dla kupna czegokolwiek, ale w nadziei usłyszenia pikantnych szczegółów z życia tej zalotnicy, która
była na ustach całego Paryża. Niestety jednak, tajemnice życia tej
zmarłej bogini umarły wraz z nią i zawiedzione damy znalazły tu tylko
to, co znaleźć mogły - a więc wystawione do sprzedaży przedmioty, a nie
to, co ich właścicielka oferowała za życia.
Ale także te przedmioty mogły przyprawić o zawrót głowy swą
wspaniałością. Meble z różanego drzewa, wazy z serwskiej i chińskiej
porcelany, statuetki z saskiej, jedwabie, zasłony, adamaszki - to tylko
niektóre z rzeczy tu wystawionych.
Oglądając te wszystkie przedmioty zbytku, mimo woli przyglądałem się
także spacerującym tu damom. Właśnie dwie takie panie weszły do obitego
perską makatą buduaru i prawie natychmiast stamtąd wyszły ze wstydliwie
spuszczonymi oczyma. Zaciekawiony, wszedłem również do tego pokoju,
wypełnionego przedmiotami nierozerwalnie kojarzącymi się ze śmiercią. Na
stojącym pod ścianą wielkim stole świeciły rozpustnym blaskiem
przepyszne kolekcje precjozów od Aucoca i Odiota, wykonane ze złota i srebra. Po ich charakterze widać było, że zbiór ten był systematycznie
powiększany, zapewne za sprawą niejednej płatnej miłości. Mimo woli
nasunęła mi się myśl, że Bóg był jednak bardzo łaskawy wobec ich
właścicielki, pozwalając jej umrzeć wśród tych wszystkich misternie
cyzelowanych drobiazgów i nie dopuszczając do nadejścia starości - tej
pierwszej zalotnicy śmierci. Bo cóż jest smutniejszego i bardziej
upokarzającego od widoku występku odartego z wdzięku i powabu młodości?
Mimo woli budzi on wiekuisty wyrzut - nie tego, że dopuszczająca się go
kobieta szła złą drogą, ale że dała się omamić magii pieniądza.
Pozwól, drogi Czytelniku, że ten swój sąd poprę następującym przykładem.
Znałem kiedyś pewną starą kobietę, która za młodu była prostytutką. Z przeszłości pozostała jej na starość jedynie córka - dziewczyna równie
ładna, co jej matka w młodości, jeśli wierzyć osobom to pamiętającym. Do
tej dziewczyny matka nigdy nie powiedziała "moja córko", za to za rzecz
naturalną uważała, że ta powinna ją utrzymywać. Dziewczyna, która miała
na imię Ludwika, posłuszna była zaleceniom matki, uprawiając wynikający
z tradycji rodzinnej najstarszy zawód świata. Czyniła to tak, jakby
wykonywała nieunikniony wyrok losu - spokojnie, bez przyjemności, bez
nadziei...
Ale pewnego dnia nieprzenikniona dotąd twarz Ludwiki rozjaśniła się
pełnym szczęścia uśmiechem - oto powzięła pewność, że zostanie matką, i wszystko, co w niej było czystego, zadrżało z radości. Ludwika pobiegła
do matki, by poinformować ją o swym szczęściu - aliści ta powiedziała
córce, że dla nich obu nie wystarcza na utrzymanie, a cóż dopiero dla
trojga... Nazajutrz przyszła do Ludwiki lekarka, przyjaciółka matki. Po
tej wizycie dziewczyna przeleżała kilka dni w łóżku, a gdy z niego
wstała, była blada i słaniała się na nogach. Z każdym dniem jej wygląd
pogarszał się, aż wreszcie po trzech miesiącach zaczęto ją leczyć. Było
już jednak za późno i wkrótce potem Ludwika zmarła. Jej matka zaś ciągle
jeszcze żyje. Jak? Bóg jeden wie!
W zamyśleniu podszedłem do człowieka, który w imieniu spadkobierców
zmarłej prowadził wyprzedaż.
- Czy mógłby mi pan zdradzić nazwisko kobiety, która tu mieszkała? -
zapytałem.
- Osoba ta nazywała się Małgorzata Gautier.
- Jak to? - zawołałem, bo nazwisko to nie było mi obce. - Więc pani
Gautier nie żyje?
- W rzeczy samej, proszę pana.
- A kiedy zmarła?
- Około trzech tygodni temu.
- A dlaczego pozwala się oglądać jej mieszkanie?
- Pod presją wierzycieli, którzy w ten sposób spodziewają się podnieść
cenę sprzedawanych rzeczy. Oglądanie zachęca do kupna, pan rozumie...
- Pani Gautier miała długi?
- Oho, jeszcze jakie!
- Ale mam nadzieję, że licytacja jej majątku w pełni je zaspokoi?
- Ba, nawet je przewyższy!
- A kto weźmie nadwyżkę?
- Zapewne jej rodzina.
- Miała rodzinę?
- Zdaje się, że tak.
Podziękowałem mojemu rozmówcy, który grzecznie mi się skłonił, ja zaś
wkrótce potem wyszedłem, myśląc o tym, że Małgorzata Gautier zapewne
zmarła w samotności, jako że przyjaciół mamy zawsze tylko wtedy, gdy
towarzyszy nam powodzenie, nie zaś w chwilach nieszczęścia czy choroby.
Nie wiem dlaczego, ale żal mi było zmarłej. Pamiętam, jak pewnego razu
widziałem na ulicy następującą scenę. Oto dwóch żandarmów prowadziło
dziewczynę, niosącą na rękach dziecko. Nie wiem, jakie ona popełniła
przestępstwo, ale do dziś dźwięczy mi w uszach jej przeraźliwy płacz,
gdy żandarm wydzierał jej maleństwo. Od tej chwili nie potrafię gardzić
żadną kobietą - nawet tą najgorzej się prowadzącą...
Rozdział 2.
2.
Tak już wspomniałem uprzednio, licytację
wyznaczono na 16 marca. Między oglądaniem mieszkania a licytacją
zrobiono dzień przerwy - a to dla zdjęcia firanek, zasłon itp. -
czynności przygotowujących lokal do licytacji.
Nie miałem pretensji do rodziny Małgorzaty, że nie powiadomiła mnie o jej zgonie. Cóż, nawet najbardziej głośne życie kończy się cichą
śmiercią. Są słońca, które zachodzą podobnie jak wschodzą - bez blasku.
Jedynie kochankowie takich kobiet - jako że wszyscy ich kochankowie się
znają i żyją w przyjaźni - wymienią pomiędzy sobą kilka wspomnień, po
czym życie płynie dalej, a po zmarłej nie padnie ani jedna łza. Dzisiaj,
szczególnie w młodym wieku, nie płacze się nad byle czym - chyba że
czynią to krewni, którzy płacą za łzy.
Przypomniałem sobie, że w przeszłości często spotykałem Małgorzatę na
Polach Elizejskich, gdzie prawie co dzień jeździła swym niebieskim
coupé zaprzężonym w parę przepysznych koni. Przeważnie była w towarzystwie, ale że żaden mężczyzna nie lubi afiszować się publicznie
ze swą kochanką, stąd też zawsze towarzyszyła jej jakaś kobieta - z tych
nieposiadających własnego powozu lub należących do starych elegantek,
które zawsze chętnie udzielą informacji o towarzyszącej im kobiecie.
Małgorzata również nie afiszowała się - w zimie otulona kaszmirowym
szalem, a w lecie ubrana w letnią sukienkę - przemykała swym powozem
przez Pola Elizejskie, zmierzając do Lasku Bulońskiego, gdzie spędzała
zwykle około godziny na spacerze. Potem, wsiadłszy ponownie do swojego
coupé, wracała szybko do domu.
Dobrze pamiętam jej postać - drobną, ale wysoką, ubraną w ogoniastą,
jedwabną suknię, z elegancką mufką, której frędzle ułożone były z wyszukanym smakiem. Na kształtnej głowie hebanowoczarne włosy ułożone
były w dwa kształtne zwoje. W uszach tkwiły kolczyki z brylantami,
każdym po pięć tysięcy franków. Czarne oczy przykryte były powiekami tak
czystego rysunku, że zdawały się być dziełem artysty. Długie rzęsy
ocieniały policzki. Nos prosty, o szlachetnych, nieco rozwartych
nozdrzach stwarzał wyobrażenie o gorącym, zmysłowym życiu jego
posiadaczki. Całość uzupełniały usta, których wargi lekko odsłaniały
białe jak mleko zęby. Ta śliczna twarz sprawiała wrażenie dziewiczości,
a nawet dziecinności.
Wszystkie te cechy jej wyglądu odtwarzam tak dokładnie również dlatego,
że po śmierci Małgorzaty przez kilka dni dysponowałem jej portretem,
wykonanym przez Vidala - jedynego człowieka, który był w stanie
odtworzyć wszystkie szczegóły tej niesamowitej urody.
Małgorzata bywała na wszystkich balach i przedstawieniach teatralnych.
Gdy na deski teatru wchodziła nowa sztuka, można było być pewnym, że w loży ujrzy się Małgorzatę wraz z zawsze towarzyszącymi jej rekwizytami
- lornetką teatralną, pudełkiem cukierków i bukietem kamelii. Przez
pierwsze dwadzieścia pięć dni miesiąca kamelie te były białe, a przez
pięć ostatnich - czerwone. Przyczyny tej niezmiennej stałości barw nikt
nie znał, ale wszyscy ją dostrzegali.
Nie widziano u Małgorzaty innych kwiatów niż kamelie. Kupowała je
niezmiennie wciąż u tej samej kwiaciarki - pani Barion. Zarówno
kwiaciarka, jak też jej klienci nazywali Małgorzatę Damą Kameliową.
Od blisko trzech lat panną Gautier opiekował się pewien cudzoziemski
książę, nadzwyczaj bogaty. Znajomość ta datowała się od czasu wyjazdu
Małgorzaty do uzdrowiska w Bagneres, gdzie lekarze zalecili jej pobyt z przyczyn zdrowotnych. Wśród pensjonariuszy tego uzdrowiska znajdowała
się ciężko chora na gruźlicę córka księcia, tak niesamowicie podobna do
Małgorzaty, że brano ją za jej siostrę. Niestety, młoda księżniczka była
tak bardzo chora, że wkrótce potem umarła. Jej zrozpaczony ojciec
pozostał w uzdrowisku, błądząc po jego alejkach śladami zmarłej. Pewnego
razu na jednej z alej spotkał Małgorzatę. Zdawało mu się, że oto jego
córka zmartwychwstała. Jak zaczarowany podszedł do spotkanej kobiety,
wziął ją za rękę i nie pytając, kim jest, ze łzami w oczach zapytał, czy
pozwoli się kochać i być traktowaną jak córka. Wzruszona Małgorzata
zgodziła się i tak rozpoczął się ten dziwny związek.
W Bagneres znajdowali się ludzie, którzy znali Małgorzatę i wiedzieli o jej dotychczasowej profesji. Ci ostrzegli księcia, dla którego był to
prawdziwy cios, bowiem w tym miejscu kończyło się podobieństwo pomiędzy
jego córką a nowo poznaną dziewczyną. Było już jednak za późno, bowiem
młoda kobieta zdążyła podbić serce starca - zresztą nie tylko jako
zastępczyni córki - i stała się dla niego jedynym sensem życia. Nie
czynił jej żadnych wyrzutów, bo nie miał do tego prawa, ale zapytał ją,
czy byłaby skłonna odmienić swe życie, gdyby zapewnił jej utrzymanie.
Małgorzata przyrzekła nawrócenie, wierząc w jego głęboki sens. Wydawało
jej się, że główną przyczyną jej choroby jest właśnie naganna
przeszłość, za którą karze ją Bóg. Pewien rodzaj przesądu i młodzieńcza
ufność kazały jej sądzić, że z chwilą nawrócenia Bóg w zamian za nie i za pokutę przywróci jej zdrowie i zapewni urodę przez długie lata.
Bieg rzeczy jakby potwierdzał jej mniemanie - oto pod wpływem klimatu,
odpoczynku, snu zdrowie zdawało się powracać. Po zakończeniu pobytu w sanatorium książę odwiózł Małgorzatę do Paryża, gdzie odwiedzał ją
niemal codziennie, podobnie jak czynił to w Bagneres. Jego znajomi ze
zdumieniem stwierdzili, że stary arystokrata zrobił się nagle
niesłychanie rozrzutny i przyczyny tego stanu rzeczy upatrywali, zresztą
nie bez racji, w znajomości z Małgorzatą. Nie znając prawdziwych
przyczyn tego związku, upatrywali ich początkowo w rozpuście, jakże
częstej wśród starych ludzi. A przecież uczucia tego nowego ojca
Małgorzaty były tak czyste, że wszelki związek niebędący ojcowskim
wydawałby mu się zbrodnią i nigdy nawet nie wyrzekł słowa, którego nie
mogłaby słyszeć jego prawdziwa córka.
Nie jest moim celem przemilczanie czegokolwiek ani idealizowanie
bohaterki książki. Dlatego powiem, że póki Małgorzata była w Bagneres,
dotrzymywanie danej księciu obietnicy przychodziło jej stosunkowo łatwo.
Jednakże teraz, w Paryżu, tej dziewczynie, przywykłej do intensywnego,
gorączkowego życia, do balów, wizyt, przedstawień - samotność,
przerywana tylko wizytami starego księcia, zaczęła coraz bardziej
doskwierać, a palący oddech dawnego życia ciążył na jej głowie i piersi
coraz bardziej. Dodajmy, że Małgorzata, wypoczęta i znacznie zdrowsza,
wróciła ze swego wyjazdu jeszcze piękniejsza niż była, że miała dopiero
20 lat, a uśpiona, bo przecież nie zwyciężona choroba płuc sprzyjała -
co jest rzeczą powszechnie znaną wśród lekarzy i znawców przedmiotu -
wyzwoleniu się nowych żądz. Tak więc książę po pewnym czasie dowiedział
się od swych przyjaciół, szpiegujących postępowanie kobiety, że
przyjmuje ona wizyty mężczyzn i że wizyty te niejednokrotnie przeciągają
się aż do rana. Zapytana, Małgorzata przyznała się do wszystkiego i powiedziała księciu, że nie czuje się na siłach dłużej dotrzymywać
przyrzeczenia, a nie chce oszukiwać człowieka, od którego doznała tylu
dobrodziejstw.
Był to dla księcia drugi cios po śmierci córki. Przez osiem dni nie
pokazał się u Małgorzaty - ale to było wszystko, co mógł zrobić. Po
ośmiu dniach powrócił, błagając, by Małgorzata przyjęła go na powrót, i przysiągł, że odtąd nie będzie czynił jej żadnych wyrzutów.
Tak oto miały się rzeczy w trzy miesiące po powrocie Małgorzaty z uzdrowiska, to jest w listopadzie czy grudniu 1842 roku.
Rozdział 3.
3.
Jak już wspomniałem na wstępie, dnia 16
marca, około trzeciej po południu, wybrałem się do domu przy ulicy
d'Antin nr 9. Już w bramie usłyszałem głos woźnego, a w mieszkaniu
zastałem mnóstwo ludzi. Były tutaj wszystkie znakomitości Paryża, które
przybyły pod pretekstem zainteresowania kupnem, a w rzeczywistości po
to, aby z bliska zobaczyć kobiety wytwornego występku, z którymi nigdy
na co dzień się nie spotykały i którym w duchu być może zazdrościły
łatwych przyjemnostek.
Tak więc spotkać tu można było samą księżnę de F., nieomal ocierającą
się o pannę A. - najsmutniejszy okaz nowoczesnej kurtyzany; pani markiza
de E. wahała się, czy ma kupić jakiś mebel, który licytowała pani D. -
kurtyzana najnowocześniejsza i najbardziej znana w naszej epoce,
natomiast książę o'Y. - który jeździ do Madrytu, by się zrujnować w Paryżu, i do Paryża, by się zrujnować w Madrycie - rozmawiał z panną M.,
jedną z naszych najzdolniejszych pisarek, która od czasu do czasu
pisywała o tym, o czym zwykle mówiła - a teraz patrzyła znacząco na
pannę N., tę piękną kobietę, która... Była tu jeszcze panna R., która
dzięki swojemu talentowi zyskała pięć razy tyle, ile kobiety mają ze
swych posagów, i prawie tyle, ile mają ze swej miłości.
Mógłbym tutaj przytoczyć jeszcze wiele szczegółów z życia ludzi
zgromadzonych w tym salonie, gdyby nie obawa zanudzenia mych
Czytelników.
W salonie głośno rozmawiano, tu i ówdzie słychać było śmiech, a woźni na
przemian z kupcami nawoływali do spokoju, w którym łatwiej jest
prowadzić dobre interesy. Wcisnąłem się pokornie w sam środek tej wrzawy
- smutny, bo pamiętający o tym, że znajduję się tuż obok pokoju, w którym wyzionęła ducha ta biedna istota, której meble sprzedawano teraz
dla pokrycia jej długów. Przyszedłszy bardziej dla obserwowania niż dla
kupna, spoglądałem teraz na kupca, którego twarz przybierała radosny
wyraz, gdy cena jakiegoś przedmiotu szybowała wyżej niż się spodziewał.
Uczciwi ludzie, spekulujący na prostytucji tej kobiety, zyskiwali na
niej wielokrotnie, a ścigali ją ostemplowanym papierem aż do ostatniego
momentu jej życia; teraz zaś przyszli tu po jej śmierci, aby zbierać
zasłużone owoce tej spekulacji. Mieli słuszność starożytni, że
ustanowili tego samego boga dla kupców i złodziei!1
Suknie, kaszmiry i klejnoty sprzedawały się niezwykle szybko, ale mnie
nic z tych rzeczy nie interesowało. Nagle usłyszałem: "Książka
przepysznie oprawna, złocona na brzegach, zatytułowana Manon Lescaut,
z odręcznym napisem na pierwszej stronie - dziesięć franków!".
- Dwanaście - odezwał się ktoś po chwili milczenia.
- Piętnaście - zaryzykowałem. Dlaczego? - sam nie wiem; prawdopodobnie
chciałem zobaczyć, co tam było napisane na pierwszej stronie.
- Piętnaście - powtórzył jak echo woźny.
- Trzydzieści - zawołał pierwszy licytant pewnym siebie głosem, z którego biło niezłomne przekonanie, że jest to cena ostateczna.
- Trzydzieści pięć - wykrzyknąłem tym samym tonem.
- Czterdzieści!
- Pięćdziesiąt!
- Sześćdziesiąt!
- Sto!
Przyznaję, że tą ostatnią ceną chciałem wywołać efekt i osiągnąłem go,
ponieważ po jej wywołaniu zapanowała cisza i wszyscy spojrzeli na mnie z ciekawością, zapewne zastanawiając się, kim jest ten ktoś, kto płaci tak
niedorzecznie wysoką cenę za książkę wartą najwyżej dziesięć franków.
Zdaje się, że efekt ten ostatecznie przekonał mego konkurenta, bowiem
ten grzecznie się kłaniając, powiedział: "Ustępuję panu". Tak więc
książka stała się moją własnością.
Nie ufając sobie i lękając się napadu nowego szaleństwa, jakże
szkodliwego dla mojej kieszeni, kazałem zapisać moje nazwisko i pozostawiwszy książkę, wyszedłem. W godzinę później wysłałem po nią
posłańca.
Pierwszą czynnością, jaką wykonałem po uzyskaniu książki, było
zobaczenie, co znajduje się na jej pierwszej stronie. Widniała tam
ozdobnie napisana dedykacja:
Manon dla Małgorzaty
"Pokora"
Podpisano: Armand Duval
Co mogło oznaczać tu słowo "pokora"? Czy miało sens negatywny, czy
pozytywny? Inaczej mówiąc: czy wypomniało występek i zalecało w związku
z tym pokorę i ekspiację, czy odwrotnie - było śladem miłości i przywiązania? Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że chyba
to drugie, bowiem wypominanie osobie obdarowanej występku byłoby jawną
impertynencją, której Małgorzata niewątpliwie by nie zniosła. Z taką
konkluzją odłożyłem całą sprawę do wieczora, kiedy to, leżąc już w łóżku, ponownie zacząłem nad nią rozmyślać.
Bez wątpienia Manon Lescaut jest powieścią rzewną i ckliwą, ale
jednocześnie budzi moją sympatię, gdy ją otwieram i wraz z wybranką
księdza Prevosta oddaję się marzeniom. Jednocześnie bohaterka książki ma
w sobie tyle cech psychologicznej prawdy, że wydaje mi się, jakbym ją
znał za życia. Dodatkowo dodaje jej uroku widoczny związek z Małgorzatą,
wzmagający moją litość i prawie miłość do biednej (oczywiście nie
materialnie) dziewczyny, której winien byłem tę książkę. Wprawdzie Manon
umarła w gorszych okolicznościach, bo na pustyni, ale za to w objęciach
kochającego ją mężczyzny, który własnymi rękami ją pochował, zlał mogiłę
łzami i złożył w niej wraz ze zmarłą swoje serce - podczas gdy
Małgorzata, także grzesznica, ale być może także nawrócona, umarła
wprawdzie we własnym łóżku, ale przez wszystkich opuszczona, w pustyni
serca bardziej suchej i bardziej bezlitosnej niż pustynia Manon.
Moja myśl pobiegła w kierunku wszystkich dziewcząt pokroju Manon i Małgorzaty. Biedne istoty! Jeżeli miłość do nich jest czymś
niestosownym, miejmy przynajmniej dla nich litość! Litujemy się nad
ślepym, który nie widzi słońca, nad głuchym, o którego ucho nie obił się
nigdy dźwięk życia, nad niemym, który nigdy nie wyda głosu swojej duszy
- a okrutnie milczymy nad ślepotą, głuchotą i ciszą serca, które nigdy
nie pozwala dojrzeć dobra, nigdy nie dopuści do siebie głosu Boga i języka miłości i wiary.
Wiktor Hugo napisał Marion Delorme, Albert Musset - Frederica i Bernerette, a Aleksander Dumas, mój ojciec - Fernandę; ci oraz inni
pisarze i poeci nieśli tym biednym istotom iskry miłosierdzia i nieraz
zdarzało się, że jakiś wielki człowiek rehabilitował je swoją miłością,
a nawet imieniem. Podkreślam ten fakt z obawy, że wielu czytelników może
odrzucić moją książkę, traktując ją jako apologię występku i grzechu, co
najwyżej usprawiedliwioną młodym wiekiem jej autora. Jednakże jestem
przekonany, że tym, których życie nie nauczyło wiele dobrego, Bóg
otwiera swoje ścieżki poprzez boleść i miłość. Kobiety te po drodze do
Niego krwawią swe stopy, ranią ręce, lecz pozostawiają na niej przepych
zbytku i przybywają do celu ubrane tylko w swą nagość, której nikt się
nie wstydzi w obliczu Pana. Ci, którzy spotykają na drodze życia te
wędrujące istoty, winni je wesprzeć i powiedzieć wszystkim, że je tam
spotkali - bo dobro nie polega na tym, aby przy bramie życia postawić
dwa naczynia z napisami: "droga dobra" i "droga zła" i mówić do
przechodzących: "wybierajcie" - ale trzeba, podobnie jak Chrystus,
wskazywać ścieżki wiodące od zła do dobra, a nade wszystko na ścieżkach
tych nie ustawiać niemożliwych do przebycia przeszkód.
W swej cudownej przypowieści o synu marnotrawnym chrystianizm zaleca nam
wyrozumiałość i przebaczanie. Jezus gorąco kochał dusze zranione
namiętnościami, gdy mówił do Magdaleny: "Będzie ci wiele przebaczone,
boś wiele miłowała". Dlaczego mielibyśmy być surowszymi od Niego?
Dlaczego mielibyśmy odrzucać pokrwawione, poranione dusze, z których
wypływa - podobnie jak u chorego zła krew - zło ich przeszłości i które
czekają na przyjazną rękę, mogącą pomóc w wyleczeniu ich serc?
Mówię to do ludzi mego pokolenia - do tych wszystkich, którzy na
szczęście uwolnili się już od cynizmu Voltaire'a, bowiem mniej więcej od
piętnastu lat ludzkość weszła, na szczęście, w epokę wiary. Wiedza na
temat dobra i zła staje się powszechną własnością, odradza się wiara,
przywraca się poszanowanie rzeczy świętych - i świat, jeśli nie jest
jeszcze zupełnie dobrym, to przynajmniej staje się lepszym. Zło jest
tylko próżnością; miejmy dumę dobrego, a przede wszystkim nie
rozpaczajmy! Nie gardźmy kobietą, która nie jest matką ani żoną; nie
ograniczajmy swego szacunku tylko do tradycyjnej rodziny, wyrozumiałości
tylko do egoizmu, ponieważ wiara naucza nas, że Niebo bardziej się
cieszy z nawrócenia jednego grzesznika niż ze stu sprawiedliwych.
Zostawiajmy na naszej drodze ofiarę przebaczenia dla tych wszystkich,
których zgubiły ziemskie żądze, lecz być może wybawi Boża nadzieja, i -
jak mówią stare, mądre kobiety, radzące zażycia jakiegoś domowego
lekarstwa - jeśli nawet ono nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi.
Byłoby z mojej strony zuchwalstwem mniemać, że wszystkie pożądane
rezultaty będą owocem tej skromnej powieści - lecz należę do tych,
którzy wierzą, że wszystko, co wielkie, znajduje swój początek w małym.
Dziecko jest małe, a przecież niesie w sobie nadzieję wielkości; mózg
jest ciasny, a przecież zawiera wielkie myśli; oko jest tylko
punkcikiem, a ogarnia przestrzenie...
Rozdział 4.
4.
Dwa dni później licytacja zakończyła się
całkowicie. Przyniosła dochód 150 tys. franków - z czego wierzyciele
zabrali dwie trzecie, a rodzinie, złożonej z siostry zmarłej i jej
małego syna, przypadła reszta. Siostra była zachwycona tak wielką
fortuną, bowiem od sześciu czy siedmiu lat nic nie wiedziała o Małgorzacie, która pewnego dnia zniknęła jej z oczu. Tak więc
dziedziczka 50 tys. franków, która okazała się być zdrową, wiejską
kobieta, przybyła pospiesznie do Paryża, aby odebrać spadek.
Odziedziczony majątek zabezpieczał całkowicie przyszłość jej i syna.
Odebrawszy odziedziczone pieniądze, kobieta ta wróciła na swoją wieś,
unosząc ze sobą wielki smutek po zmarłej.
Te wszystkie plotki powtarzano w Paryżu, mieście skandalów, wkrótce
jednak zaczęto o nich zapominać. Zapewne zapomniałbym i ja, gdyby pewien
wypadek nie pozwolił mi poznać nowych szczegółów z życia Małgorzaty,
które spowodowały ostatecznie podjęcie decyzji o napisaniu tej powieści.
Pewnego poranka ktoś zadzwonił do moich drzwi. Służący, a raczej
pełniący obowiązki służącego stróż, poszedł otworzyć i wrócił z biletem
wizytowym i informacją, że właściciel biletu prosi mnie o rozmowę. Gdy
rzuciłem wzrokiem na bilet, zobaczyłem nazwisko znane mi z dedykacji na
książce: Armand Duval. Czego chce ode mnie ten człowiek? Kazałem go
niezwłocznie poprosić.
Ujrzałem młodego, wysokiego blondyna w stroju podróżnym, którego
najwyraźniej nie zmieniał od kilku dni, a nawet nie czyścił, bo cały
pokryty był kurzem. Najwidoczniej jednak jego właściciel nie był w stanie tego zrobić, o czym świadczył jego stan emocjonalny - mężczyzna
ten cały drżał z podniecenia i nawet nie próbował ukryć swego stanu.
- Proszę mi wybaczyć to najście - powiedział. - Przybywam prosto z podróży, bowiem chciałem się z panem niezwłocznie zobaczyć, w związku z czym nawet jeszcze nie poszedłem do hotelu, dokąd wysłałem swoje rzeczy.
Przybywam z samego rana z obawy, że później mógłbym pana nie zastać.
- Proszę mówić, jestem na pana rozkazy - odpowiedziałem grzecznie.
- Pan brał udział w licytacji rzeczy pozostałych po zmarłej pani
Małgorzacie Gautier - bardziej stwierdził, niż zapytał przybyły.
- Tak, rzeczywiście - odpowiedziałem.
- Pewnie wydam się panu śmieszny, ale jestem panu bardzo wdzięczny za
sposób, w jaki mnie pan przyjmuje.
- Proszę pana - powiedziałem - jeśli moja przysługa, której pan
najwyraźniej ode mnie oczekuje, mogłaby w jakiś sposób usunąć przyczynę
zmartwienia, jakie pan niewątpliwie przeżywa, to proszę mi ją
natychmiast wyjawić, a ja z przyjemnością panu pomogę, jeśli tylko będę
mógł.
- Pan coś kupił na licytacji?
- Tak, kupiłem książkę.
- Ta książka to Manon Lescaut?
- Tak, rzeczywiście.
- Czy pan ją jeszcze ma?
- Jest w mojej sypialni.
Pytający odetchnął z widoczną ulgą; najwyraźniej sama ta informacja była
dla niego bardzo pomyślna. Podziękował mi, jak gdybym już wyrządził mu
przysługę, o którą przyszedł poprosić. Wstałem więc z miejsca, poszedłem
do sypialni i przyniosłem książkę, którą podałem Armandowi. Ten wziął ją
do ręki, otworzył na pierwszej stronie i ze wzruszeniem popatrzył na
dedykację.
- Ta sama - powiedział cicho, a dwie łzy z jego oczu spadły na papier. -
Proszę pana - zapytał - czy panu bardzo zależy na tej książce?
- Dlaczego pan pyta?
- Bo chciałbym pana bardzo prosić, by mi pan ją odstąpił. Bardzo mi na
niej zależy.
- Proszę mi wybaczyć - powiedziałem. - To pan ofiarował ją Małgorzacie
Gautier?
- Tak, to ja.
- A więc książka należy do pana - powiedziałem. - Jestem szczęśliwy, że
mogę ją panu zwrócić.
Na jego twarzy odbiło się zakłopotanie.
- Ale przecież pan za nią zapłacił... i to, o ile wiem, aż sto franków.
- Skąd pan o tym wie? Bardzo chciałem przybyć do Paryża na czas
licytacji, aby zdobyć tam przynajmniej jakąś rzecz po Małgorzacie, która
by mi ją przypominała. Pobiegłem więc do komornika i poprosiłem, aby
udostępnił mi listę rzeczy będących przedmiotem licytacji, a także
nazwiska osób, które je kupiły. W ten sposób dowiedziałem się, że
książkę tę kupił właśnie pan i przyszedłem prosić, aby pan mi ją
odstąpił.
- Znałem panią Gautier tylko z widzenia - powiedziałem, pragnąc go
pocieszyć - ale jej śmierć zrobiła na mnie duże wrażenie, jakie zwykle
śmierć pięknej, młodej kobiety robi na młodym mężczyźnie. Chciałem
cokolwiek kupić na licytacji i zapędziłem się bardzo wysoko, licytując
przeciwko pewnemu panu, który pewnie miał podobne zamiary. Powtarzam
więc: książka należy do pana i proszę ją przyjąć nie tak, jak przyjmuje
się od komornika, ale jako prezent od przyjaciela, którym mam nadzieje
się stać.
- Dziękuję - powiedział wzruszony Armad. - Będę panu wdzięczny do końca
życia.
Miałem wielką ochotę zapytać go o jego związek z Małgorzatą, który
najwyraźniej istniał, o czym świadczyła zarówno dedykacja, jak i wzruszenie Armanda, ale obawiałem się, że potraktuje on mój prezent jako
pretekst do wtrącania się w jego osobiste sprawy. Tak więc powstrzymałem
swą ciekawość, ale mój rozmówca ją odgadł.
- Czy pan czytał tę książkę? - zapytał.
- Owszem.
- Co pan sądzi o mojej dedykacji?
- Przypuszczam, że ta biedna dziewczyna, której pan tę książkę
dedykował, była dla pana kimś bardzo ważnym.
- Ma pan słuszność. Ta dziewczyna była aniołem. Proszę przeczytać ten
list - to mówiąc, podał mi złożony w czworo arkusik papieru. Otworzyłem
go i czytałem:
Mój drogi Armandzie,
otrzymałam Twój list; jesteś dla mnie dobry i dziękuję ci za to. Tak,
mój drogi przyjacielu, jestem chora i to chora nie na żarty, lecz twoje
zajęcie się mną, jakie okazujesz, znacznie zmniejsza moje cierpienia. Ja
bez wątpienia nie będę żyła tak długo, bym miała szczęście uściśnięcia
ręki, która napisała ten list. Bez wątpienia człowiek byłby mnie na
pewno wyleczył, gdyby to w ogóle było możliwe. Nie zobaczę Cię już, bo
dzielą nas setki mil, a ja jestem bardzo bliska śmierci. Mój biedny
przyjacielu! Twoja dawna Małgorzata już nie istnieje, a obecna wygląda
tak, że lepiej jest, iż jej teraz nie oglądasz. Pytasz mnie, czy ci
przebaczam? O tak, przebaczam Ci z całego serca, mój drogi, gdyż zło,
jakie mi wyrządziłeś, wynikało z miłości. Już miesiąc mija, jak leżę w łóżku, i tak bardzo zależy mi na Twoim szacunku, że mimo trudności
spisuję ciągle dziennik mojego życia, abyś mógł dokładnie je zrozumieć.
Będę go pisała, dopóki tylko starczy mi sił. Jeżeli, Armandzie, istotnie
Cię ono interesuje, to pójdź, proszę, do Julii Duprat, która ci odda ten
zapis. Znajdziesz tu wytłumaczenie tego wszystkiego, co zaszło między
nami. Julia jest dla mnie bardzo dobra i często z nią rozmawiam o Tobie.
Była przy mnie wtedy, gdy nadszedł ten list; płacząc, czytałyśmy go
obie. Gdybyś jednak z jakichś powodów nie mógł o sobie dać znać,
zobowiązałam ją do oddania Ci tych papierów po Twoim powrocie do
Francji. Nie bądź mi wdzięczny - to jedyny sposób przywołania tych
czasów, gdy oboje byliśmy tacy szczęśliwi i jest dla mnie prawdziwą
rozkoszą - tym bardziej, że ciągle myślę, iż Ty w czytaniu tego
dziennika znajdziesz uzasadnienie mojego postępku i to sprawia mi wielką
ulgę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki