Dam radę, a jak nie, to się rozjadę - Gabriela Gargaś

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 5

Piz­do­kraci i piz­de­usze

Każdy na swo­jej dro­dze spo­tkał piz­de­usza. Ta­kiego typa, który jest jak wrzód na tyłku: boli, prze­szka­dza, a jak się go po­zbę­dziesz, to masz ochotę urzą­dzić im­prezę z tej oka­zji. Piz­de­usz nie pyta, czy może wejść w twoje ży­cie. On wcho­dzi z bu­cio­rami i czuje się, jakby był na sa­lo­nach. I wiesz, co jest naj­gor­sze? Że cza­sem my sami dla ko­goś mo­żemy być ta­kim osob­ni­kiem. Ale dziś nie o nas. Dziś o nim.

Mam ta­kiego ko­legę. Na­zwijmy go Mi­chał. Mi­chał to piz­de­usz w czy­stej po­staci. Cho­ciaż nie, on jest kró­lem piz­do­kra­tów. Kiedy po­ja­wia się na ho­ry­zon­cie, wiesz, że szy­kuje się dzień pe­łen wes­tchnień, prze­wra­ca­nia oczami i za­kli­na­nia rze­czy­wi­sto­ści, żeby nie wy­buch­nąć.

Spo­tka­li­śmy się ja­kiś czas temu na pew­nym bran­żo­wym even­cie. Przy­szedł do mnie jak zwy­kle z tym swoim "życz­li­wym" uśmie­chem.

- Gabi, wi­dzia­łem twoje ostat­nie pod­ca­sty. No cóż, nie­źle... - za­czął, prze­cią­ga­jąc sy­laby.

- Dzięki, Mi­chał. To miłe - od­po­wie­dzia­łam, choć we­wnątrz czu­łam na­ra­sta­jący nie­po­kój, że za­raz coś rzuci.

- Ale wiesz... No, bra­kuje ci tro­chę... - Za­wie­sił głos, jakby szu­kał od­po­wied­niego słowa. - Tro­chę kunsztu dzien­ni­kar­skiego.

Oho, już się za­czyna.

- Kunsztu? - za­py­ta­łam z uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Tak, wiesz, ta­kich głęb­szych ana­liz, moc­nych py­tań. No i twój śmiech... Jest taki... gło­śny.

- Mi­chał, ale moje pod­ca­sty mają mi­lio­nowe od­słu­chy - po­wie­dzia­łam i sta­ra­łam się nie wy­buch­nąć śmie­chem.

- No tak, ale wiesz, po­pu­lar­ność nie ozna­cza ja­ko­ści - rzu­cił z wyż­szo­ścią.

- Okej, Mi­chał, a jak tam twoje pod­ca­sty? - za­py­ta­łam, choć zna­łam od­po­wiedź.

- No jesz­cze nie ru­szy­łem, ale pra­cuję nad kon­cep­cją. Wiesz, ja nie chcę ro­bić cze­goś, co jest tylko dla mas. Ja ce­luję w wy­ra­fi­no­waną pu­blicz­ność.

Nie mo­głam po­wstrzy­mać uśmie­chu. Mi­chał mówi o swoim "pro­jek­cie" od dwóch lat. Jak do­tąd je­dyną rze­czą, którą stwo­rzył, były teo­rie, dla­czego jesz­cze ni­czego nie stwo­rzył.

- Cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc za­brzmieć szcze­rze.

- Wiesz, Gabi, gdy­bym ja ro­bił pod­ca­sty, to by­łyby na zu­peł­nie in­nym po­zio­mie. Głę­bo­kie, in­te­lek­tu­alne, bez tego... wiej­skiego luzu, który ty pre­zen­tu­jesz.

- Mi­chał, ja ten "wiej­ski luz" na­zy­wam au­ten­tycz­no­ścią - rzu­ci­łam i uśmiech­nę­łam się sze­roko.

- Au­ten­tycz­ność... No cóż, to też ważne - od­po­wie­dział, jakby ła­ska­wie przy­zna­wał mi ra­cję.

Nie wiem, skąd tacy lu­dzie jak Mi­chał biorą tę wiarę w swoje nie­zre­ali­zo­wane wi­zje i prze­ko­na­nie, że mogą oce­niać in­nych, kiedy sami ni­czego nie stwo­rzyli. Ale wiesz co? Piz­de­usze za­wsze będą w twoim ży­ciu. Ich kry­tyka nie jest o to­bie, tylko o nich. Więc je­śli masz ta­kiego Mi­chała w swoim oto­cze­niu, pa­mię­taj: to, co on mówi, mówi wię­cej o nim niż o to­bie. A ja? Ja z moim "wiej­skim lu­zem" wła­śnie biję ko­lejny re­kord od­słu­chań. A Mi­chał... cóż, Mi­chał wciąż "pra­cuje nad kon­cep­cją".

Piz­de­usze mają tę cu­downą ce­chę, że naj­pierw pró­bują cię znisz­czyć, a po­tem, kiedy od­no­sisz suk­ces, chcą się pod­piąć pod twoją chwałę. Jakby ich wcze­śniej­sze słowa ni­gdy nie pa­dły, jakby całe to wbi­ja­nie szpi­le­czek było ja­kąś prze­dziwną formą mo­ty­wa­cji, którą mieli dla cie­bie w za­na­drzu.

Przy­kład? Mi­chał. Ten sam Mi­chał, który jesz­cze dwa mie­siące wcze­śniej, na bran­żo­wym even­cie, roz­ta­czał swoją teo­rię o moim "braku kunsztu dzien­ni­kar­skiego".

Kiedy pa­trzył na moje współ­prace, na­grody, ko­lejne re­kordy od­słu­chań i gra­tu­la­cje, które pły­nęły ze­wsząd, na­gle zmie­nił front. Za­dzwo­nił. Po dwóch mie­sią­cach mil­cze­nia Mi­chał, z któ­rym nie roz­ma­wia­łam od na­szego ostat­niego spo­tka­nia, po­sta­no­wił, że jed­nak mamy o czym po­ga­dać.

- Gabi, kró­lowo! - usły­sza­łam w słu­chawce jego prze­sad­nie en­tu­zja­styczny głos.

- Mi­chał? - od­po­wie­dzia­łam ostroż­nie, bo prze­cież do kró­lo­wej było mi ostat­nio w jego oczach bar­dzo da­leko.

- Gabi, ty je­steś wielka! Nor­mal­nie biję po­kłony! Twój ostatni pod­cast... No, klasa świa­towa! - cią­gnął, a ja le­dwo po­wstrzy­my­wa­łam się od par­sk­nię­cia śmie­chem.

- Dzięki, Mi­chał. To miłe - rzu­ci­łam, cze­ka­jąc, aż przej­dzie do sedna.

- Słu­chaj, ja tak so­bie po­my­śla­łem... Może by­śmy coś ra­zem zro­bili? Wiesz, taki wspólny pro­jekt, twoje za­sięgi, moja kre­atyw­ność... Suk­ces mu­ro­wany!

Ach, oto jest. Plan. Mi­chał chciał się pod­piąć.

- Mi­chał, ale prze­cież jesz­cze nie­dawno mó­wi­łeś, że bra­kuje mi kunsztu dzien­ni­kar­skiego. Pa­mię­tasz? - za­py­ta­łam z nutką sar­ka­zmu w gło­sie.

- No tak, ale wiesz... Ja wtedy nie do końca zro­zu­mia­łem twój styl. Te­raz wi­dzę, że to ge­nialne! Au­ten­tycz­ność! Tak, to jest to, czego po­trze­buję, żeby mój pro­jekt na­brał ru­mień­ców - od­po­wie­dział, zu­peł­nie nie­zra­żony moim to­nem.

- A twój pod­cast? Prze­cież mó­wi­łeś, że pra­cu­jesz nad kon­cep­cją. - Nie mo­głam so­bie od­mó­wić tej szpilki.

- Tak, tak, wiesz... Ale my­ślę, że ra­zem by­śmy to le­piej po­cią­gnęli. Ty masz za­sięgi, ja mam po­mysł.

Mi­chał pró­bo­wał grać na mo­jej próż­no­ści, ale cóż, nie­zbyt uda­nie.

- Mi­chał, wiesz co? My­ślę, że po­wi­nie­neś trzy­mać się tej swo­jej kon­cep­cji. W końcu taka wy­ra­fi­no­wana pu­blicz­ność na pewno na cie­bie czeka - od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem.

W słu­chawce za­pa­dła nie­zręczna ci­sza.

- Gabi, ja tylko chcia­łem...

- Wiem, Mi­chał. Dzięki za te­le­fon. Mi­łego dnia! - prze­rwa­łam mu i za­nim zdą­żył po­wie­dzieć coś jesz­cze, roz­łą­czy­łam się.

Piz­de­usze są jak pi­jawki, kiedy wy­czu­wają suk­ces, pró­bują się pod­piąć. Ale wiesz co? Je­śli po­zwo­lisz, żeby tacy lu­dzie wró­cili do two­jego ży­cia tylko wtedy, kiedy mają z tego ko­rzyść, tra­cisz wię­cej, niż my­ślisz. Więc cza­sem naj­le­piej po pro­stu uprzej­mie się uśmiech­nąć, po­wie­dzieć: "Dzięki" i iść da­lej swoją drogą. Mi­chał na pewno znaj­dzie inny spo­sób, by roz­wi­nąć swoją "kon­cep­cję". A ja? Ja wciąż ro­bię swoje.

Są też kró­lo­wie piz­de­uszy, czyli piz­do­kraci. Na­czelni tego stada. Piz­do­kraci mają tę szcze­gólną umie­jęt­ność: po­tra­fią po la­tach wy­ło­nić się jak du­chy prze­szło­ści, z "Hej, co sły­chać?", które ma niby otwo­rzyć wszyst­kie za­mknięte drzwi.

Kie­dyś, dwa­dzie­ścia lat temu, ten czło­wiek był moją wielką mi­ło­ścią. Taką, od któ­rej serce wali jak mło­tem, a świat wy­daje się krę­cić tylko wo­kół niego. A po­tem, cóż, zła­mał mi serce i zro­bił z niego sieczkę. Taką ide­alną na ta­tara. I na­gle, po la­tach, wy­ska­kuje z "Hej".

Igno­ro­wa­łam to "Hej". Dwa dni póź­niej ko­lejne. Znów: "Hej". Jakby te trzy li­tery miały cu­downą moc od­wra­ca­nia czasu i na­pra­wia­nia wszyst­kich wy­rzą­dzo­nych krzywd. Wes­tchnę­łam i od­pi­sa­łam: "No co tam?".

Mi­nutę póź­niej mia­łam już od­po­wiedź. O, jaki był wy­lewny! Że tę­sk­nił, że my­ślał o mnie, że wi­dział moje suk­cesy i nie spo­dzie­wał się, że tak się roz­winę.

"Gra­tu­luję, na­prawdę!", na­pi­sał, jakby to jedno zda­nie miało zma­zać dwa­dzie­ścia lat mil­cze­nia.

Prze­czy­ta­łam to i odło­ży­łam te­le­fon. Nie wie­dzia­łam, czy śmiać się, czy pła­kać. A może oba na­raz.

Po kilku go­dzi­nach znowu na­pi­sał: "Halo, je­steś tam?".

No to od­pi­sa­łam: "Dzięki, mam ro­dzinę, ży­cie, wszystko się układa".

Mia­łam na­dzieję, że to wy­star­czy, żeby dał mi spo­kój, jed­nak wtedy na­stą­pił fi­na­łowy akt sztuki piz­do­kra­te­so­wej: "No tak, wi­dzę. Ale po­sta­rza­łaś się".

Po­sta­rza­łam się? Ja się po­sta­rza­łam? Ten, który przez dwa­dzie­ścia lat był głu­chy na moje ist­nie­nie, te­raz wy­jeż­dża mi z taką uwagą? Za­trzy­ma­łam się na mo­ment i pró­bo­wa­łam za­pa­no­wać nad na­ra­sta­jącą iry­ta­cją. Ale za­miast dać się wcią­gnąć w ten ża­ło­sny spek­takl, od­pi­sa­łam krótko: "Wiesz co, sta­rze­nie się jest przy­wi­le­jem, któ­rego nie każdy do­żywa. Dzięki za przy­po­mnie­nie, jak bar­dzo je­stem wdzięczna za swoje ży­cie. Trzy­maj się".

Już nie od­pi­sał. Pew­nie po­szedł szu­kać ko­lej­nej ofiary swo­jego "Hej".

Piz­do­kraci mają ten dar - my­ślą, że ich słowa są zło­tem, a ich obec­ność jest bło­go­sła­wień­stwem. Ale wiesz co? Naj­lep­sze, co mo­żesz zro­bić, to uświa­do­mić im, że ich je­ste­stwo nie ma już wła­dzy nad twoim świa­tem. A twoje serce, dawno po­skle­jane, bije te­raz dla ko­goś, kto na­prawdę na nie za­słu­żył.

Wy­cho­dzi­łam ze stu­dia ra­dio­wego z We­ro­niką, jesz­cze pełna emo­cji po roz­mo­wie z ko­lej­nym sa­mo­zwań­czym kró­lem opi­nii, który oczy­wi­ście wie­dział wszystko le­piej ode mnie. Roz­ma­wia­li­śmy o mo­ich pod­ca­stach, a ten typ, któ­rego wi­dzia­łam może ze dwa razy w ży­ciu, po­czuł się eks­per­tem od wszyst­kiego, co ro­bię.

- Ale mnie ten typ wku­rza! - rzu­ci­łam do We­ro­niki. - To taki piz­de­usz. Naj­gorsi są piz­de­usze, wiesz? Ci, co kry­ty­kują wszystko i wszyst­kich, ale jak przyj­dzie co do czego, to sami nie mają nic do po­ka­za­nia.

- O matko, Gabi, uspo­kój się, za­raz ko­goś trzep­niesz tą to­rebką. - We­ro­nika pró­bo­wała mnie ogar­nąć, ale by­łam już w swoim mo­no­logu.

- Nie, se­rio! Piz­de­usze to naj­więk­sza plaga ludz­ko­ści. Nic nie ro­bią, tylko kry­ty­kują, a jak wi­dzą, że ktoś od­nosi suk­ces, to za­raz chcą się pod­piąć. Ta­kich lu­dzi trzeba uni­kać jak ognia.

I wtedy mój wzrok utknął w Ma­te­uszu Ba­na­siuku. Tak, tym Ba­na­siuku. Stał oparty o fu­trynę w ko­ry­ta­rzu stu­dia i cze­kał na swoją ko­lej, żeby wejść do stu­dia na wy­wiad. Na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że sły­szał każde słowo. Jego cha­rak­te­ry­styczny uśmiech, tro­chę ło­bu­zer­ski, tro­chę za­in­try­go­wany, roz­ja­śnił mu twarz.

- Prze­pra­szam pana... - za­jąk­nę­łam się, czu­jąc, jak za­czy­nają mnie pa­lić ru­mieńce na po­licz­kach. - Ja... Nie o panu mó­wi­łam. To nie o panu, na­prawdę...

- Spo­koj­nie - od­parł i uniósł lekko rękę, jakby chciał mnie uspo­koić. - Po­wie­dzia­łaś prawdę. Są i piz­de­usze na tym świe­cie.

Za­mu­ro­wało mnie. Nie dla­tego, że zgo­dził się ze mną, ale dla­tego, że po­wie­dział to tak, jakby wcale nie był ak­to­rem, który wła­śnie wcho­dził z suk­ce­sami na szczyt, tylko kum­plem z są­siedz­twa, z któ­rym można by usiąść i po­na­rze­kać na świat.

- No tak - po­wie­dzia­łam jesz­cze, pró­bu­jąc od­zy­skać grunt pod no­gami.

- Se­rio. Za­wsze będą lu­dzie, któ­rzy pró­bują zga­sić in­nych, bo sami są zbyt mali, żeby błysz­czeć. Trzeba ich trak­to­wać jak ko­mary. - Mach­nął ręką, jakby od­ga­niał nie­wi­dzialną mu­chę. - Są uciąż­liwi, ale jak ich igno­ru­jesz, to prze­stają ką­sać.

We­ro­nika stała obok z sze­roko otwar­tymi oczami i miną "czy ja na­prawdę wi­dzę, co wi­dzę?". Ba­na­siuk uśmiech­nął się, rzu­cił "mi­łego dnia" i wszedł do stu­dia.

- No pro­szę, Gabi. Ba­na­siuk daje ci lek­cje ży­cia, a ty? - We­ro­nika szturch­nęła mnie w ra­mię, kiedy wciąż sta­łam tam jak wryta.

- Ja? Chyba wła­śnie prze­ży­łam swoje dzie­sięć se­kund z ży­cio­wym sen­se­iem - mruk­nę­łam, ale w du­chu już wie­dzia­łam, że to jedno zda­nie Ba­na­siuka, rzu­cone od nie­chce­nia, zo­sta­nie ze mną na długo: "Za­wsze będą piz­de­usze. Ważne, żeby nie po­zwo­lić im ze­psuć two­jego świa­tła".

I wtedy wszystko wy­da­wało się prost­sze. Może i są piz­de­usze, ale są też lu­dzie, któ­rzy po­tra­fią jed­nym zda­niem pod­nieść cię na du­chu. A tacy lu­dzie to praw­dziwe złoto.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Roz­dział 1

Nie daj so­bie wmó­wić, że gdzieś nie pa­su­jesz albo że jest coś z tobą nie tak

Nawet nie wiesz, ile razy mia­łam ta­kie wra­że­nie, że nie pa­suję. Że nie ten świat, nie ta prze­strzeń, nie te za­sady. Jak­bym pró­bo­wała wci­snąć się w ramy, które nie są dla mnie, a ja z na­tury je­stem za bar­dzo... hmm, za bar­dzo sobą, żeby się do­pa­so­wać.

Przez kil­ka­na­ście lat miesz­ka­łam w Szko­cji. Piękny kraj, lu­dzie uśmiech­nięci, otwarci, życz­liwi. Tam, gdy tań­czysz w środku dnia na ulicy, to nie pa­trzą na cie­bie jak na wa­riatkę. Pa­trzą, jakby chcieli do­łą­czyć. Je­śli sa­mo­chód ze­psuje ci się na środku drogi, nikt na cie­bie nie trąbi i nie rzuca wy­zwi­skami, po pro­stu lu­dzie się za­trzy­mują i ci po­ma­gają. A po­tem wró­ci­łam do Pol­ski. I co? Tu ta­kie wieczne spię­cie zada. Se­rio, jak­by­śmy wszy­scy mieli ki­jek wmon­to­wany fa­brycz­nie i za nic nie dało się go wy­jąć.

Chcemy być tacy "pro", ta­kie szmery ba­jery, że niby tacy no­wo­cze­śni, świa­towi, otwarci. Jed­nak prawda jest ta-ka, że czę­sto je­ste­śmy więź­niami swo­ich prze­ko­nań. A to "nie wy­pada", a to "Co lu­dzie po­wie­dzą?", a to "Ko­bieta w twoim wieku po­winna...".

Po­winna co? Pro­szę bar­dzo, wskaż­cie mi ten prze­pis na ży­cie, to z cie­ka­wo­ści prze­czy­tam. Na­prawdę, daj­cie mi ten pod­ręcz­nik, w któ­rym jest na­pi­sane, co ko­bieta w moim wieku "po­winna". A naj­le­piej od razu z ta­belką i po­dzia­łem na de­kady, że­by­śmy nie mieli wąt­pli­wo­ści, co ro­bić w wieku dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu, czter­dzie­stu czy sześć­dzie­się­ciu lat.

Ostat­nio zna­joma po­wie­działa mi:

- W twoim wieku po­win­naś się uspo­koić.

Prze­krzy­wi­łam głowę i spoj­rza­łam na nią.

- Uspo­koić? Co masz na my­śli?

- No wiesz... nie szy­bo­wać w chmu­rach. - Na­wią­zała w ten spo­sób do mo­jego ostat­niego lotu na pa­ra­lotni. - Nie my­śla­łaś o tym, że mo­głaś spaść?

Za­śmia­łam się.

- Mo­głam. Jed­nak rów­nie do­brze może mnie po­trą­cić sa­mo­chód. Mogę się za­krztu­sić jabł­kiem. A nie daj Boże kostką lodu.

Jej mina mó­wiła wszystko. Nie ro­zu­miała mnie, ale ja już dawno prze­sta­łam ocze­ki­wać, że ktoś mnie zro­zu­mie.

Bo wi­dzisz, ko­bieta w moim wieku nie musi się "uspo­ka­jać". Nie musi prze­stać ma­rzyć, pró­bo­wać, do­świad­czać. Nie mu­szę wy­bie­rać mię­dzy spo­koj­nym ży­ciem a tym, co spra­wia, że serce bije szyb­ciej.

Bo to jest wła­śnie to. Ży­cie jest kru­che, nie­prze­wi­dy­walne. Mo­żesz przez nie przejść, sie­dząc ci­cho w ką­cie i trzy­mać się tego, co bez­pieczne, co "wy­pada", ale czy wtedy ży­jesz?

Kiedy lecę na pa­ra­lotni, czuję, że żyję. Kiedy tań­czę na ulicy, czuję, że żyję. Kiedy ro­bię coś, co inni uwa­żają za sza­lone, wiem, że je­stem sobą.

Więc nie, nie uspo­koję się. Nie prze­stanę ma­rzyć. Nie prze­stanę pró­bo­wać. Bo ko­bieta w moim wieku po­winna ro­bić to, co ją uszczę­śli­wia. Nie­ważne, co lu­dzie po­wie­dzą.

Bo na końcu dnia, kiedy słońce za­cho­dzi, a ty zo­sta­jesz sama ze sobą, nie li­czy się to, co wy­pa­dało, co "po­win­naś". Li­czy się to, czy mo­żesz spoj­rzeć w lu­stro i po­wie­dzieć: "Dzi­siaj ży­łam".

A ja żyję. I za­mie­rzam żyć da­lej, szy­bu­jąc w chmu­rach - do­słow­nie i w prze­no­śni.

Je­stem doj­rzałą ko­bietą. To fakt, ale wiesz co? Ko­cham żyć. Po pro­stu. Ko­cham ży­cie ta­kim, ja­kie jest, z jego wszyst­kimi dzi­wac­twami i ab­sur­dami. Kiedy mam ochotę za­tań­czyć, to tań­czę. Gdy chcę na­grać fil­mik, to na­gry­wam. Żyję tak, jak chcę, bo wiem, że je­dyne, co na­prawdę mamy, to ten mo­ment tu i te­raz.

I po­tem wrzu­cam fil­mik na moje so­cial me­dia, na przy­kład jak tań­czę z ja­kimś fa­ce­tem, i za­czyna się wiel­kie la­rum: "Ale jak to? Za­tań­czy­łaś "z ob­cym chło­pem"". Do­sta­łam ta­kie za­py­ta­nie, a ja za­sta­na­wiam się, jaki był jego cel. Za­tań­czy­łam z ob­cym, bo mój nie chciał. Za­tań­czy­łam, bo lu­bię tań­czyć, więc od­po­wie­dzia­łam: "Za­tań­czy­łam, no i co?".

Za­wsze ktoś musi sko­men­to­wać. Że "to nie wy­pada", że "w tym wieku", że "to nie pa­suje". A ja mó­wię: "Nie pa­suje? Ale komu?". Bo je­śli mia­ła­bym pa­so­wać do świata, w któ­rym wszystko jest ta­kie sztywne i po­ważne, to ja dzię­kuję. Wolę nie pa­so­wać.

Pa­mię­tam, jak kie­dyś zna­joma za­py­tała:

- Ga­bry­sia, ty się nie bo­isz zro­bić z sie­bie głupka?

A ja jej na to:

- Ko­chana, ja już tyle razy w ży­ciu zro­bi­łam z sie­bie głupka, że te­raz to mam na to wy­je­bongo. Ba, ja na­wet wszyst­kim po­wta­rzam: "Miej wy­je­bongo na ich pier­do­longo".

I nie cho­dzi o to, żeby wszystko zle­wać, ale o to "pier­do­longo". Lu­dzie będą pier­dzie­lić, co oni by zro­bili na twoim miej­scu, ale he­loł, umówmy się, oni nie są na twoim miej­scu.

Bo wiesz co? Jak ży­jesz dla in­nych, to prze­sta­jesz żyć dla sie­bie. A ja już nie mam czasu na uda­wa­nie. Na co dzień spo­ty­kam lu­dzi, któ­rzy są tak spięci, że aż mi ich szkoda. Boją się zro­bić coś, co wy­cho­dzi poza ramy, bo boją się oceny in­nych. Tych in­nych, któ­rych na­wet nie znają albo któ­rych mają gdzieś. I to jest smutne.

Więc tak, może nie pa­suję, ale czy mu­szę? Ja już dawno wy­bra­łam, że wolę być sobą, na­wet je­śli ktoś uzna to za dziwne, niż wpa­so­wy­wać się w ob­ra­zek, który nie ma nic wspól­nego z tym, kim je­stem. I wiesz co? Tego wła­śnie wszyst­kim ży­czę. Żeby prze­stali się bać "nie pa­so­wać". Bo w tej "nie­pa­su­ją­cej" prze­strzeni dzieje się naj­wię­cej pięk­nych rze­czy.

Po­wiem ci jesz­cze jedną rzecz, żeby nie wyjść na hi­po­krytkę.

Nie będę mó­wiła wszem wo­bec, że mnie nic nie ru­sza. Bo cza­sem mam słab­szy dzień i ru­sza. Słowa, spoj­rze­nia, te pół­u­śmieszki, które mó­wią wię­cej niż ty­siąc słów. Cza­sem wy­daje mi się, że mam skórę grubą jak u no­so­rożca, a in­nym ra­zem wy­star­czy jedno zda­nie, żeby mnie zła­mać. Wiesz, jak to jest, prawda? Na­wet je­śli po­wta­rzasz so­bie, że "miej wy­je­bongo", to cza­sem to "pier­do­longo" po pro­stu tra­fia w punkt.

"Mo­gła­byś spo­waż­nieć" - rzu­ciła kie­dyś zna­joma na im­pre­zie, kiedy pró­bo­wa­łam roz­luź­nić at­mos­ferę swoim żar­tem. Wiesz, co wtedy zro­bi­łam? Uśmiech­nę­łam się, wznio­słam to­ast i po­szłam da­lej. A w środku? W środku przez chwilę czu­łam, jak­bym do­stała w brzuch. Bo co to zna­czy "spo­waż­nieć"? Prze­stać być sobą? Do­pa­so­wać się do cu­dzych ocze­ki­wań?

Jed­nak po­tem przy­po­mnia­łam so­bie swoją man­trę - "Miej wy­je­bongo na ich pier­do­longo". I na­gle wszystko stało się prost­sze.

Bo wiesz, co jest naj­lep­sze? To, że ci, któ­rzy naj­bar­dziej kry­ty­kują, za­zwy­czaj sami nie mają od­wagi żyć tak, jak by chcieli. Za­miast iść swoją drogą, pró­bują cię wcią­gnąć w ich świat, gdzie wszystko jest "na se­rio", gdzie nie ma miej­sca na błędy, gdzie każde twoje za­cho­wa­nie jest oce­niane. W ta­kich sy­tu­acjach mam na to jedną od­po­wiedź: "Dzięki, ale nie. To nie mój styl".

Wiem, że cie­bie też cza­sem coś ru­sza. Każ­dego ru­sza. To ludz­kie. Jed­nak wiesz, co jest waż­niej­sze? Nie po­zwo­lić, żeby te wszyst­kie "pier­do­longo" in­nych lu­dzi za­wład­nęły twoim ży­ciem. Bo ich słowa to tylko słowa. To, co na­prawdę się li­czy, to to, co ty my­ślisz o so­bie.

Więc je­śli ktoś mówi ci: "nie wy­pada", "nie mo­żesz", "za dużo", "za mało" - pa­mię­taj: to ich pro­blem, nie twój. Żyj tak, jak chcesz. Śmiej się gło­śno, tańcz w desz­czu, po­peł­niaj błędy, pró­buj no­wych rze­czy. Bo wiesz co? Ży­cie jest za krót­kie, żeby mar­twić się o "pier­do­longo".

Wiele razy sły­sza­łam: "Znajdź so­bie nor­malną pracę, na etat. Ta­kie kle­pa­nie w kla­wia­turę, to co to za za­ję­cie? Co z twoją eme­ry­turą?". Za­wsze wtedy chce mi się śmiać. Nie dla­tego, że to py­ta­nie jest śmieszne, ale dla­tego, że lu­dzie na­prawdę my­ślą, że pi­sa­nie to ła­twy chleb.

Bo co ja ro­bię? Sie­dzę so­bie, piję kawkę, coś tam stu­kam w kla­wia­turę, a książki same się pi­szą. Zero wy­siłku. Tylko że nikt nie wi­dzi tych go­dzin spę­dzo­nych na szu­ka­niu od­po­wied­nich słów, na two­rze­niu po­staci, które żyją w mo­jej gło­wie bar­dziej in­ten­syw­nie niż lu­dzie na ulicy. Nikt nie wi­dzi tych nocy, kiedy leżę i roz­my­ślam, jak roz­wią­zać wą­tek albo jak wpleść dia­log, który ma zna­cze­nie.

Nikt nie wi­dzi tego stra­chu, który to­wa­rzy­szy każ­dej no­wej książce. Bo co, je­śli tym ra­zem nie tra­fię? Co, je­śli tym ra­zem się nie spodoba? Co, je­śli to bę­dzie ta ostat­nia moja książka, którą ktoś prze­czyta?

I tak, uwiel­biam to, co ro­bię. Ko­cham to, że mogę pi­sać, że mogę opo­wia­dać hi­sto­rie, które po­ru­szają lu­dzi. Ale nie oszu­kujmy się - to nie jest ła­twy chleb. To jest chleb, który cza­sem sma­kuje cu­dow­nie, a cza­sem ma po­smak spa­lo­nego cia­sta.

"A co z twoją eme­ry­turą?" - py­tają, a ja od­po­wia­dam: "A co z twoim szczę­ściem? Co z twoją pa­sją? Co z twoim ży­ciem, które mija, kiedy mar­twisz się, czy zdą­żysz do biura?".

Bo ja wy­bie­ram ży­cie ta­kie, ja­kie chcę. Może nie bę­dzie mi ła­two na sta­rość, może będę miała mniej niż ci, któ­rzy żyli "bez­piecz­nie", ale wiem, że prze­ży­wam każdy dzień na wła­snych za­sa­dach.

Bo ży­cie to nie tylko eme­ry­tura, nie tylko plany na przy­szłość. Ży­cie jest tu i te­raz. Więc je­śli ktoś mówi ci: "nie wy­pada", "nie mo­żesz", "za dużo", "za mało" - pa­mię­taj: to ich pro­blem, nie twój.

Żyj tak, jak chcesz. Pisz, tańcz, ma­luj, pra­cuj na eta­cie albo pro­wadź wła­sną firmę. Bo tylko ty wiesz, co cię uszczę­śli­wia.

A ja? Ja już wiem, że cza­sem się przejmę, bo je­stem czło­wie­kiem. Ale kiedy tylko to po­czuję, po­wiem so­bie: "Miej wy­je­bongo". I pójdę da­lej. I tego sa­mego ży­czę to­bie.

Są­siadka Gie­niu­sia, lat sie­dem­dzie­siąt dwa, wdowa z są­sied­niego bloku, to była ko­bieta pełna wi­goru i ener­gii. Nie to, że wy­po­mi­nam ko­muś wiek, ale Gie­niu­sia miała w so­bie wię­cej ży­cia niż nie­je­den na­sto­la­tek. U niej za­wsze coś się działo. A to kot na dach wlazł i trzeba było straż wzy­wać, a to in­sta­la­cja się prze­pa­liła, bo "zro­biła so­bie kawę w czaj­niku elek­trycz­nym i pod­łą­czyła go do prze­dłu­ża­cza z lampką nocną". Ge­niu­sia była po pro­stu znana z tego, że gdzie Gie­niu­sia, tam za­mie­sza­nie.

Pew­nego dnia za­pro­siła do sie­bie elek­tryka, bo było ja­kieś prze­pię­cie. Elek­tryk ro­botę zro­bił. Na­stała świa­tłość, ale oka­zało się, że nie może wyjść z miesz­ka­nia Ge­niusi. Za­cięły się drzwi wej­ściowe - i to tak fest, że ani otwo­rzyć, ani wy­wa­żyć. A że elek­tryk był chło­pem po­staw­nym, to - za­miast mę­czyć się z zam­kiem - po­sta­no­wił, że wyj­dzie przez okno i klu­czem otwo­rzy drzwi od ze­wnątrz.

Wi­dok był nie­ziem­ski. Elek­tryk wspiął się na pa­ra­pet i szy­ko­wał do skoku. Gie­niu­sia go in­stru­owała:

- Nie na­dep­nij mi na pe­lar­go­nie, bo są­siadka spod trójki znowu bę­dzie ga­dać, że "wszystko psuję"!

Chło­pina wy­lazł przez to okno, otwo­rzył drzwi od ze­wnątrz i roz­wią­zał pro­blem, a Gie­niu­sia była mu bar­dzo wdzięczna. Nie­stety w tym sa­mym mo­men­cie pani He­lena z czwar­tego pię­tra, spo­łecz­niara osie­dlowa, wra­cała z za­ku­pów i na wła­sne oczy zo­ba­czyła męż­czy­znę wy­ska­ku­ją­cego przez okno.

Do wie­czora całe osie­dle hu­czało: "Sły­sze­li­ście, co u Ge­niusi? Chłopy jej oknami ucie­kają, żeby ich mąż nie za­stał!".

Gie­niu­sia, do­wie­dziaw­szy się o plot­kach, tylko wzru­szyła ra­mio­nami. "Niech ga­dają, co chcą. Ważne, że prąd mam, a pe­lar­go­nie całe" - skwi­to­wała z uśmie­chem, otwie­ra­jąc ko­lejną bu­te­leczkę na­lewki do wie­czor­nej her­batki.

Od tam­tej pory na osie­dlu żar­to­wano, że Gie­niu­sia ma se­kretne przej­ścia i tajne wyj­ścia awa­ryjne dla ka­wa­le­rów. A ona? Ona tylko przy­mru­żała oczy i z fi­glar­nym uśmie­chem od­po­wia­dała: "A co, za­zdro­śni? Moje okno, moja sprawa!".

Kie­dyś na­pi­sa­łam: "Mam gdzieś nie­pro­szone opi­nie in­nych lu­dzi". I to zda­nie po­zwo­liło mi prze­stać się szar­pać z roz­k­mi­nia­niem, "co au­tor miał na my­śli", bo cza­sami po­wie­dział coś tylko po to, by mi do­piec. Cza­sem jesz­cze mnie coś ru­szy, ale kiedy nie­zna­jomy typ bądź ty­piara po pro­stu chcą mi spra­wić przy­krość, co mnie to ob­cho­dzi.

Je­stem w faj­nym miej­scu w ży­ciu. Na pewne sprawy mam wy­wa­lone. Nie tracę czasu na bez­sen­sowne zna­jo­mo­ści. Wiem, czego już nie chcę i o czym ma­rzę. Biorę roz­bieg (no, może jesz­cze nie te­raz, bo wciąż le­czę nogę), ale do przodu. Nie oglą­dam się za sie­bie, bo i tak ni­czego nie zmie­nię. Cza­sem mam do­syć ta­kich ga­dek, że mogę wszystko. Bo już pew­nych rze­czy nie mogę i nie chcę. I cie­szę się, że po­tra­fię się cie­szyć z kubka ka­kao w nie­dzielny po­ra­nek.

Roz­dział 2

Nie spły­nie, nie skap­nie

Zna­cie te wszyst­kie piękne co­achin­gowe rady, prawda? Typu: "Wy­star­czy chcieć", "Wi­zu­ali­zuj swój suk­ces", "Wszech­świat działa dla cie­bie". No to ja wam coś po­wiem: gówno prawda.

Wszech­świat działa dla sie­bie. Żadna manna z nieba wam nie spły­nie. Nic. Ani kro­pli. Mo­że­cie się na­pi­nać, mo­że­cie ro­bić afir­ma­cje, mo­że­cie się tak na­krę­cić, że wam żyłka w dupce pęk­nie - i co? I nic. Bo ży­cie to ży­cie. I cza­sem ostro się spier­dzieli i żadne na­wo­ły­wa­nie z roz­ło­żo­nymi łap­kami do gwiazd ni­czego wam nie przy­nie­sie.

Cza­sem się po pro­stu nie da i już. Cza­sem wsta­jesz z łóżka i już wiesz, że to bę­dzie chu­jowy dzień. Dzi­siaj wła­śnie mam taki dzień. Taki, że każdy od­dech drażni, każda wia­do­mość wy­pro­wa­dza z rów­no­wagi, a mo­ty­wa­cyjne gadki o "nie­wy­czer­pa­nym po­ten­cjale" spra­wiają, że chce mi się rzu­cać czymś w ścianę. I wie­cie co? To jest w po­rządku.

Każdy ma prawo do ta­kich dni. Dni, kiedy chcesz po­wie­dzieć światu: "Daj­cie mi święty spo­kój, bo za­raz eks­plo­duję". Dni, kiedy za­miast wi­zu­ali­zo­wać suk­ces, wi­zu­ali­zu­jesz, jak rzu­casz wszystko i wy­jeż­dżasz w Biesz­czady. A na­wet nie lu­bisz Biesz­czad. Ba! Twoja kon­dy­cja po sie­dze­niu na du­pie tak mocno sia­dła, że już so­bie wy­obra­żasz, jak zdo­by­wasz szczyty, sa­piąc, dy­sząc i wy­da­jąc z sie­bie ko­na­jące tchnie­nia: "Ola­boga...".

Nie każ­demu się udaje. To jest fakt. Ży­cie to nie bajka. Mo­żesz ha­ro­wać jak wół, a na końcu i tak do­sta­niesz po łbie, bo sys­tem jest, jaki jest. I nie, nie po­może ci po­zy­tywne my­śle­nie. Ani joga, ani mat­cha latte za dwa­dzie­ścia zło­tych. I wma­wia­nie so­bie, że ta mat­cha jest taka zdrowa, bo trend na pi­cie sprosz­ko­wa­nej mat­chy przy­szedł do nas z Za­chodu, a tam za wielką wodą wszystko lep­sze, pięk­niej­sze... Cza­sem trzeba po pro­stu usiąść, przy­znać, że jest chu­jowo i tyle.

Bo ży­cie to nie tylko wy­grana i suk­cesy, ale też po­rażki, fru­stra­cje i te dni, kiedy chcesz się scho­wać pod ko­cem i uda­wać, że cię nie ma. I to jest zdrowe. Każdy su­per­bo­ha­ter cza­sem leży na ka­na­pie i żre chipsy, za­miast ra­to­wać świat. Więc dla­czego my mamy być inni?

Nie chcę was zmo­ty­wo­wać do dzia­ła­nia. Chcę tylko po­wie­dzieć: "Nie je­steś sam. Chu­jowe dni zda­rzają się każ­demu". I wiesz co? Nie mu­sisz z nich ni­czego wy­no­sić. Nie mu­sisz z każ­dego dnia brać wszyst­kiego, co naj­lep­sze. Bo cza­sem do "naj­lep­szo­ści" nam da­leko. Mo­żesz po pro­stu sta­rać się ja­koś prze­trzy­mać zły czas, by się nie roz­wa­lić do końca. Mu­sisz prze­bo­leć, prze­cier­pieć, wy­mem­łać. Na złość wszyst­kim guru od po­zy­tyw­nego my­śle­nia.

Więc zrób so­bie kawę, wrzuć coś na Net­flixa, prze­stań uda­wać, że wszystko musi mieć głę­boki sens. Bo cza­sami i w bez­sen­sie jest ja­kaś siła.

Chcia­łam, wiele razy chcia­łam i się wy... wy­pier­dzie­li­łam. Nie za­wsze chcieć to móc.

Opo­wiem wam pewną hi­sto­rię.

By­łam pewna, że mam ta­lent. No bo jak to ina­czej wy­tłu­ma­czyć? Kiedy by­łam małą dziew­czynką, wcho­dzi­łam na ławę, bra­łam do ręki ska­kankę, którą trak­to­wa­łam jak mi­kro­fon, i wy­śpie­wy­wa­łam Fe­li­cita Ala Bano i Ro­miny Po­wer. Cho­ciaż nie zna­łam wło­skiego, te słowa ja­koś wy­cho­dziły mi z trzewi. Nie do końca może coś zna­czyły, ale brzmiały po wło­sku. Na mu­zyce w szkole wy­gry­wa­łam me­lo­dyjki na cym­bał­kach, wszy­scy kla­skali, a na­uczy­cielka ki­wała głową z uzna­niem.

- Ta­lent. Dziew­czynka ma ta­lent - mó­wiła z dumą.

A po­tem przy­szły zjazdy ro­dzinne, gdzie za­wsze by­łam gwiazdą. Wuj­ko­wie i ciotki śmiali się i bili brawo, kiedy śpie­wa­łam Dumkę na dwa serca na całe gar­dło, tak że są­sie­dzi mu­sieli za­my­kać okna. Na­wet w ko­ściele psalmy śpie­wa­łam. Gło­śno, z prze­ko­na­niem, że je­stem w tym do­bra. Mój tato, który jest mu­zy­kiem, sta­rał się mnie de­li­kat­nie na­kie­ro­wać na inne tory, ale ja upar­cie wy­bie­ra­łam ka­rierę mu­zyczną.

"Ga­bry­siu, śpie­wasz jak anioł" - mó­wiły star­sze pa­nie, choć cza­sem mia­łam wra­że­nie, że bar­dziej z grzecz­no­ści. Ale ja wie­rzy­łam. Wie­rzy­łam, że śpiew to moja droga. W końcu po­sta­no­wi­łam się roz­wi­jać w tym kie­runku.

- Idę na lek­cje śpiewu - oznaj­mi­łam mo­jej przy­ja­ciółce z pod­sta­wówki, Mo­nice.

- Na lek­cje śpiewu? - za­py­tała zdzi­wiona. - Se­rio?

- No tak. Zo­ba­czysz, jesz­cze zo­stanę drugą Ma­rylą Ro­do­wicz.

Mo­nia par­sk­nęła śmie­chem.

I po­szłam. Wy­na­la­złam na­uczy­cielkę w oko­licy, pa­nią He­lenę, która po­dobno miała ucho do wy­ła­py­wa­nia ta­len­tów. By­łam pewna, że po pierw­szej lek­cji wyjdę z jej domu z po­czu­ciem, że mam przed sobą wielką ka­rierę.

- Pro­szę za­śpie­wać coś pro­stego - po­wie­działa na po­wi­ta­nie i uśmiech­nęła się za­chę­ca­jąco.

Oczy­wi­ście wy­bra­łam Fe­li­cita, bo to była moja wi­zy­tówka. Wzię­łam głę­boki od­dech i za­czę­łam:

- Fe­li­ci­taaa! ? te­nersi per mano, an­dare lon­tano, la fe­li­cita...[1] - śpie­wa­łam na całe gar­dło, ge­sty­ku­lu­jąc jak praw­dziwa gwiazda.

Pani He­lena przez chwilę pa­trzyła na mnie, a po­tem pod­nio­sła rękę, jakby chciała mnie za­trzy­mać.

- Do­brze, do­brze, wy­star­czy - po­wie­działa.

- Jak po­szło? - za­py­ta­łam z uśmie­chem, choć w jej oczach wi­dzia­łam coś, co za­czy­nało mnie mar­twić.

Pani He­lena wzięła głę­boki od­dech.

- Jak by to po­wie­dzieć... - za­częła ostroż­nie. - Moje dziecko, masz... ener­gię. Dużo ener­gii.

- Dzię­kuję! - wtrą­ci­łam en­tu­zja­stycz­nie.

- Ale... - do­dała, a moje serce za­częło bić szyb­ciej. - Nie­stety słu­chu to ty za grosz nie masz.

Za­mar­łam.

- Nie mam słu­chu? - za­py­ta­łam, jak­bym nie wie­rzyła w to, co sły­szę.

- Nie­stety, nie. Po­wie­dzia­ła­bym na­wet, że słoń na­dep­nął ci na ucho - do­dała z de­li­kat­nym uśmie­chem, jakby chciała zła­go­dzić cios.

Nie wie­dzia­łam, czy się śmiać, czy pła­kać.

- Ale prze­cież ja śpie­wam od dziecka. Na cym­bał­kach wy­gry­wa­łam me­lo­dyjki! W ko­ściele psalmy wy­śpie­wuję - pro­te­sto­wa­łam.

Pani He­lena po­krę­ciła głową.

- To prawda, ale śpie­wać pięk­nie a śpie­wać gło­śno to dwie różne rze­czy.

- Czy można ja­koś do­szko­lić śpie­wa­nie bez słu­chu? - za­py­ta­łam, pró­bu­jąc zna­leźć w tej roz­mo­wie choćby iskierkę na­dziei.

Pani He­lena spoj­rzała na mnie z wy­ra­zem twa­rzy, który wy­raź­nie mó­wił: "biedne dziecko". Po chwili jed­nak uśmiech­nęła się, jakby zna­la­zła spo­sób, by zła­go­dzić cios.

- Wiesz, dziew­czyno, w dzi­siej­szych cza­sach wszystko można. Są tu­ningi, pro­gramy kom­pu­te­rowe, cuda-wianki. Można tak pod­krę­cić głos, że na­wet koza za­cznie brzmieć jak Edyta Gór­niak. Ale... - Zro­biła pauzę, spoj­rzała na mnie, wes­tchnęła i za­py­tała: - Po co ci to?

Za­mar­łam.

- Jak to po co? - za­py­ta­łam za­sko­czona. - Chcę śpie­wać. Chcę speł­niać ma­rze­nia.

Pani He­lena po­ki­wała głową, ale jej uśmiech zdra­dzał, że za­raz usły­szę coś, co zmieni per­spek­tywę.

- Do­brze, ale czy mu­sisz to ro­bić na sce­nie? - za­py­tała spo­koj­nie. - Śpie­wać mo­żesz wszę­dzie. Pod prysz­ni­cem, w sa­mo­cho­dzie, na­wet na zjaz­dach ro­dzin­nych. Ale na sce­nie... tam trzeba mieć coś wię­cej niż en­tu­zjazm.

Spoj­rza­łam na nią z lek­kim obu­rze­niem.

- Ale prze­cież lu­dzie lu­bią, kiedy śpie­wam. Wszy­scy kla­skali na zjaz­dach ro­dzin­nych.

Pani He­lena za­śmiała się de­li­kat­nie, jakby wspo­mi­nała coś po­dob­nego.

- Wiesz, co po­wie­dział mi kie­dyś mój mistrz? - za­py­tała, a ja za­prze­czy­łam głową. - Że kla­ska­nie to nie za­wsze znak uzna­nia. Cza­sem lu­dzie klasz­czą, bo się cie­szą, że już skoń­czy­łaś.

Przez chwilę za­nie­mó­wi­łam, ale za­raz po­tem obie wy­buch­nę­ły­śmy śmie­chem.

- Nie chcę cię znie­chę­cać - kon­ty­nu­owała, kiedy tro­chę ochło­nę­ły­śmy. - Ale cza­sem warto so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie: "dla­czego to ro­bię?". Dla sie­bie czy dla in­nych? Bo je­śli dla sie­bie, to rób to da­lej. Śpie­waj wszę­dzie. Śpie­waj tak, że lu­dzie będą za­my­kać okna, a ty bę­dziesz szczę­śliwa. Ale je­śli my­ślisz o wiel­kiej ka­rie­rze... - Za­wa­hała się na mo­ment. - To może le­piej znajdź coś, w czym na­prawdę bę­dziesz błysz­czeć.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Te słowa były jak ku­beł zim­nej wody, ale w dziwny spo­sób miały sens.

- Czyli mam prze­stać śpie­wać? - za­py­ta­łam ci­cho.

Pani He­lena spoj­rzała na mnie z cie­płym uśmie­chem.

- Ależ nie. Śpie­waj. Śpie­waj tak gło­śno, jak tylko chcesz. Ale nie po to, żeby coś ko­muś udo­wod­nić. Śpie­waj, bo ci to spra­wia ra­dość. To jest praw­dziwy ta­lent, umieć ro­bić coś dla sa­mej ra­do­ści, nie dla braw.

Wy­szłam z jej domu z mie­sza­nymi uczu­ciami, ale coś się we mnie zmie­niło.

I tu­taj jest całe clou tego, co chcia­łam wam prze­ka­zać. Nie, nie wszystko można. Pew­nych rze­czy się nie prze­sko­czy. Można pró­bo­wać, można wal­czyć, ale są gra­nice, które są po pro­stu nie­prze­kra­czalne.

Oczy­wi­ście w dzi­siej­szych cza­sach można śpie­wać, nie ma­jąc słu­chu, wszystko można stu­nin­go­wać, pod­ra­so­wać. Ka­riera? Robi się ją z ni­czego, z od­po­wied­nią pro­mo­cją i fil­trem na zdję­ciach. Tylko trzeba się za­trzy­mać na chwilę i za­py­tać sie­bie: "Po co mi to? Czy to moje ma­rze­nie, czy tylko pre­sja, żeby być kimś, bo tego ocze­kują ode mnie inni?".

Nie­któ­rych wy­da­rzeń nie za­wró­cisz. Na nie­które rze­czy jest po pro­stu za późno. I to nie jest pe­sy­mizm, to rze­czy­wi­stość. Choćby w pew­nym wieku ko­bieta nie zaj­dzie w ciążę - cho­ciaż me­dy­cyna po­szła tak da­leko, że w su­mie... może. Ale wie­cie, o co mi cho­dzi? Są mo­menty, kiedy trzeba so­bie po­wie­dzieć: "Nie wszystko jest moż­liwe. Ale to nie zna­czy, że ży­cie prze­staje mieć sens".

To wła­śnie zro­zu­mia­łam, kiedy wy­cho­dzi­łam z tej lek­cji śpiewu. Że nie mu­szę być we wszyst­kim naj­lep­sza. Że mogę ro­bić rze­czy dla sa­mej ra­do­ści, na­wet je­śli ni­gdy nie zdo­będę braw czy na­gród. I że ży­cie to nie kon­kurs.

Cza­sem trzeba od­pu­ścić. Po­wie­dzieć so­bie: "Okej, tego nie prze­sko­czę. Ale znajdę coś in­nego, co mnie uszczę­śliwi". Bo tak na­prawdę nie cho­dzi o to, żeby być ide­al­nym, ale żeby być sobą.

Może ni­gdy nie za­śpie­wam na wiel­kiej sce­nie. Może nie usły­szę braw pu­blicz­no­ści. Ale wie­cie co? Kiedy stoję pod prysz­ni­cem i wy­śpie­wuję Fe­li­cita na cały głos, czuję, że żyję. I to wy­star­cza.

Roz­dział 3

Bo nikt cię nie ze­chce...

Bo nikt cię nie ze­chce - ile razy to sły­sza­łaś? Może wprost, może mię­dzy wier­szami, może gdzieś w gło­wie ten twój zna­jomy gło­sik ci to pod­po­wia­dał. A wiesz co? Pie­przyć to. Bo je­steś wiele warta. A je­śli ja­kiś ko­leś z roz­bu­ja­nym ego albo przy­dep­taną sa­mo­oceną po­wie­dział ci, że je­steś "za mało" tego czy tam­tego? No pro­szę cię. Se­rio? Jego ocena ma być twoim punk­tem od­nie­sie­nia?

Ko­chana moja, je­steś warta wszyst­kich wscho­dów i za­cho­dów słońca. Każ­dego od­lotu, każ­dego przy­lotu, zdar­tego na­skórka i chwil, które ła­pią za gar­dło. Je­steś warta naj­lep­szych rze­czy w ży­ciu. I wiesz co? Ży­cie to nie au­dy­cja w ra­diu pod ty­tu­łem "Za­do­wa­laj in­nych". Nie je­steś pi­lo­tem ob­słu­gu­ją­cym cu­dze kom­pleksy.

On? Niech się buja. Na czym­kol­wiek, na czym mu wy­god­nie. Niech spada na drzewo wraz z tym wszyst­kim, co po­siada albo czego mu za mało. A są ta­kie rze­czy - mniej­sze, niż mu się wy­daje. Jego hi­sto­ria nie jest twoją hi­sto­rią. Jak ktoś nie wi­dzi two­jej war­to­ści, to pro­blem leży w nim.

I tak, będą dni, kiedy bę­dziesz się za­sta­na­wiać, czy może jed­nak coś z tobą jest nie tak. No to po­zwól mi od­po­wie­dzieć z miej­sca: nie, nie jest. Masz prawo być nie­do­sko­nała, masz prawo mieć swoje dzi­wac­twa, swoje hu­mory, swoje dni, kiedy chcesz rzu­cić ta­le­rzem o ścianę. I to wszystko na­dal nie od­biera ci prawa do mi­ło­ści, sza­cunku i cho­lera wie czego jesz­cze.

Mi­łość, ko­chana, to nie jest ja­kieś tro­feum, które trzeba wy­wal­czyć. To nie jest kon­kurs na naj­bar­dziej wy­gła­dzoną i do­pa­so­waną wer­sję sie­bie. Je­śli ktoś tego nie kuma, to na­prawdę nie ma co z nim ga­dać. Bo wiesz co? Nie je­steś puz­zlem, który ktoś ma do­pa­so­wać do swo­jego ży­cia. Je­steś ca­ło­ścią. Piękną, cha­otyczną, może cza­sem sza­loną, ale ca­ło­ścią.

Więc pro­szę, prze­stań my­śleć, że mu­sisz coś udo­wad­niać. Je­steś warta wszyst­kiego, co do­bre. I je­śli ktoś tego nie wi­dzi, to niech spada. Jak to się mówi: "le­piej być sa­mej niż w złym to­wa­rzy­stwie". A już na pewno le­piej być sa­mej niż w to­wa­rzy­stwie ko­goś, kto każe ci my­śleć, że mu­sisz się zmie­niać, żeby za­słu­żyć na to, co już i tak jest twoje.

Opi­szę ci pewną hi­sto­rię mo­jej zna­jo­mej.

On, bo­żysz­cze ko­biet. Czy był przy­stojny? Trudno po­wie­dzieć. Na pewno miał w so­bie to coś. A może to tylko jego prze­ko­na­nie o tym, że to ma, spra­wiało, że inni też w to wie­rzyli. Znany? Też nie prze­sa­dzajmy. Grał ja­kieś drugo- i trze­cio­pla­nowe role w se­ria­lach, co spra­wiało, że od czasu do czasu ktoś za­cze­piał go w skle­pie. Miał fi­remkę, drogi sa­mo­chód w le­asingu, żonę i trójkę dzieci. Wy­glą­dało na to, że ma wszystko.

Aż pew­nego dnia Ro­bert, nasz an­ty­bo­ha­ter, wró­cił do domu, spoj­rzał na swoją żonę Kaśkę i oznaj­mił z całą po­wagą:

- Kaśka, od­cho­dzę.

Kaśka za­marła. Ona dla niego wszystko. Za­wsze była. Go­to­wała, wspie­rała, no­siła dzieci na rę­kach i jego ego na ple­cach. On był jej świa­tem, jej mi­ło­ścią, jej... wszyst­kim. Jak to od­cho­dzi? Skąd? Do­kąd? Co tu się wła­ści­wie dzieje?

- Jak to, Ro­bert? - wy­du­kała, le­dwo mo­gąc zła­pać od­dech.

On, jakby re­cy­to­wał kwe­stię z jed­nej ze swo­ich ról, od­po­wie­dział:

- Za­ko­cha­łem się.

I tyle. Jakby po­wie­dział: "Idę do sklepu po chleb". Tak, lu­dzie się za­ko­chują. I to nie raz w ży­ciu. Ale czy na­prawdę warto sta­wiać wszystko na jedną kartę, kiedy w grę wcho­dzą mał­żeń­stwo, dzieci, wspólne ży­cie? Ro­bert był pe­wien, że warto. Bo prze­cież on był wy­jąt­kowy. Jemu się na­le­żało.

Kaśka pró­bo­wała to prze­tra­wić. Nie po­tra­fiła. Łzy pły­nęły jej po po­licz­kach. A on? On pa­trzył na nią jak na­uczy­ciel na ucznia, który nie ro­zu­mie pro­stego za­da­nia. I wtedy do­dał coś, co spra­wiło, że jej świat się na­prawdę za­wa­lił:

- Przy­kro mi. Wiem, że jest ci trudno. Ale... ni­kogo nie znaj­dziesz. W twoim wieku...

- Że co?! - Za­krztu­siła się swo­imi łzami.

- No spójrz na sie­bie, Kaśka - po­wie­dział z chło­dem, któ­rego ni­gdy wcze­śniej u niego nie wi­działa.

"Spójrz na sie­bie" - jakby to miało być pod­su­mo­wa­nie jej ca­ło­kształtu. Jakby wszyst­kie lata wspól­nego ży­cia, mi­łość, dom, dzieci, wszystko, co zbu­do­wali ra­zem, miało zo­stać zre­du­ko­wane do tego jed­nego zda­nia. "Spójrz na sie­bie".

Bo Ro­bert był bo­żysz­czem. Bo­żysz­czem ko­biet. I w tym świe­cie bo­żyszcz nie mie­ściły się żony z oczami opuch­nię­tymi od pła­czu. W tym świe­cie li­czyły się nowe mi­ło­ści, nowe emo­cje, nowe pod­boje. A Kaśka? Dla niego była tylko roz­dzia­łem, który można za­mknąć. Dla sie­bie była wszyst­kim, co te­raz mu­siała od­bu­do­wać.

I choć te słowa zra­niły ją bar­dziej, niż chciała przed sobą przy­znać, coś w niej za­częło się bu­dzić. Bo może, tak jak Ro­bert uwie­rzył, że jest bo­żysz­czem, tak ona uwie­rzyła, że jej war­tość za­leży od niego. A to naj­więk­sza bzdura na świe­cie.

Ro­bert ze swoją nową mi­ło­ścią wpadł w wir im­prez. Re­stau­ra­cje, kluby, wy­jazdy nad mo­rze i w góry: z po­zoru był kró­lem ży­cia. Tylko czy czter­dzie­sto­letni fa­cet na­prawdę jest w sta­nie do­trzy­mać kroku dzie­więt­na­sto­latce? Na po­czątku pró­bo­wał. Po­ży­czył pie­nią­dze, by ku­pić swo­jej dziew­czy­nie to­rebkę z lo­giem marki, któ­rej na­zwy na­wet nie po­tra­fił wy­mó­wić, i uda­wał, że sza­leń­stwa do pią­tej rano to jego ży­wioł. Ale or­ga­nizm, choćby nie wiem, jak się sta­rał, nie za­po­mi­nał, ile ma lat. Kac sta­wał się mor­der­czy, a zmarszczki w lu­strze co­raz bar­dziej wy­raźne.

Kaśka w tym cza­sie brała się w garść. Było jej cho­ler­nie ciężko. Były dni, kiedy le­żała na gle­bie, do­słow­nie i w prze­no­śni, za­smar­kana i przy­gnie­ciona cię­ża­rem smutku. Ża­ło­wała, że kie­dy­kol­wiek uwie­rzyła, że jej świat bez Ro­berta się nie utrzyma. Jed­nak po każ­dej nocy, kiedy ry­czała w po­duszkę, wsta­wał dzień. A któ­re­goś ranka coś w niej pę­kło. Nie serce, ono już było zła­mane. To było coś in­nego, ja­kiś prze­łom.

- A wie­cie co? - po­wie­działa sama do sie­bie, wsta­jąc z łóżka. - Mam go gdzieś.

Za­częła od ma­łych rze­czy. Bie­gała. Na po­czątku były to krót­kie dy­stanse, ale z każ­dym ty­go­dniem po­ko­ny­wała co­raz wię­cej ki­lo­me­trów. Po­szła na kurs wło­skiego, o któ­rym ma­rzyła od lat. I wró­ciła do pracy, bo prze­cież była do­bra w tym, co ro­biła. Za­wsze była.

A wtedy los, jak to los, po­sta­no­wił jej po­ka­zać, że ży­cie po­trafi za­ska­ki­wać. Na kur­sie tańca po­znała jego - fa­ceta jej ma­rzeń. Za­je­bi­stego fa­ceta. Nie bo­żysz­cza, nie ja­kie­goś go­ścia z le­asin­go­wym blich­trem, tylko praw­dzi­wego, z pa­sją w oczach i sze­ro­kim uśmie­chem. Na po­czątku bała się za­an­ga­żo­wać. Ale z cza­sem zro­zu­miała, że ten fa­cet nie chciał jej zmie­niać ani oce­niać. Po pro­stu lu­bił ją taką, jaka była.

A Ro­bert? Cóż, jego ży­cie za­częło przy­po­mi­nać rów­nię po­chyłą. Wir im­prez prze­stał być za­bawny, gdy pie­nią­dze się skoń­czyły, a dzie­więt­na­sto­latka zna­la­zła so­bie ko­goś bar­dziej... dy­na­micz­nego. Wró­cił do fi­remki, która już le­dwo zi­pała. Kie­dyś ucho­dził za bo­żysz­cze ko­biet, a te­raz wi­dziano go głów­nie z brzu­chem na ka­na­pie, oglą­da­ją­cego te same se­riale, w któ­rych grał małe role.

Kaśka za to trium­fo­wała. Nie dla­tego, że chciała coś ko­muś udo­wod­nić. Po pro­stu od­na­la­zła sie­bie. Kie­dyś bu­do­wała swoje ży­cie wo­kół Ro­berta, ale te­raz stała się cen­trum wła­snego wszech­świata. Szła przez ży­cie z pod­nie­sioną głową, pewna sie­bie jak ni­gdy. A kiedy ktoś py­tał, czy to wszystko przez roz­sta­nie, tylko się uśmie­chała. Bo wcale nie cho­dziło o Ro­berta. Cho­dziło o nią.

Swo­jego czasu w moim pod­ca­ście "Pie­kiel­nie Szczere" prze­pro­wa­dzi­łam roz­mowę z psy­cho­lożką Ba­sią Strój­wąs o roz­sta­niach.

- Roz­sta­nia są czę­ścią na­szego ży­cia. I w więk­szo­ści wy­pad­ków tam są jesz­cze emo­cje, bo jedna ze stron chce, a druga nie chce - po­wie­działa.

- Czyli nie można się kul­tu­ral­nie roz­stać? - za­py­ta­łam.

- Kul­tu­ral­nie? - po­wtó­rzyła. - Można pró­bo­wać, ale tam, gdzie są emo­cje, jest rzeź.

- Czyli za­wsze wy­bija szambo? - do­py­ta­łam, bo prze­cież to aż nie­moż­liwe, żeby każda re­la­cja koń­czyła się ka­ta­strofą.

Ba­sia wes­tchnęła i spoj­rzała na mnie z tym swoim psy­cho­lo­gicz­nym spo­ko­jem, który rów­no­cze­śnie wku­rza i daje na­dzieję.

- Z re­guły tak - po­wie­działa wprost. - Bo roz­sta­nia to nie tylko za­koń­cze­nie re­la­cji. To zde­rze­nie dwóch wi­zji. Jedna osoba wi­dzi przy­szłość, w któ­rej dru­giej nie ma, a druga nie po­trafi tej przy­szło­ści zo­ba­czyć. Emo­cje są nie­rów­no­mierne. Ktoś chce się uwol­nić, a ktoś inny czuje, że go zo­sta­wiają.

- I co wtedy? - za­py­ta­łam. - Jak to ogar­nąć?

- Po pierw­sze, nie oszu­ki­wać sie­bie - po­wie­działa. - Czę­sto wcho­dzimy w tryb: "może ja­koś się do­ga­damy", "może damy so­bie czas". Jed­nak to tylko prze­dłu­ża­nie bólu. Roz­sta­nie to roz­cię­cie. Im szyb­ciej to zro­bisz, tym ła­twiej się za­goi.

- Ale co z sza­cun­kiem? Z by­ciem fair? - pró­bo­wa­łam zna­leźć ja­kąś ja­sną stronę tej ciem­nej rze­czy­wi­sto­ści.

- Sza­cu­nek jest ważny, ale trzeba pa­mię­tać, że tam, gdzie są emo­cje, czę­sto nie ma miej­sca na lo­gikę - od­po­wie­działa Ba­sia. - Lu­dzie pod­czas roz­sta­nia czę­sto nie są w sta­nie my­śleć ra­cjo­nal­nie. I dla­tego, jak to uję­łaś, wy­bija szambo. Bo po­ja­wiają się wy­rzuty, złość, żal. Cza­sem na­wet chęć ze­msty.

- To co ro­bić? - do­py­ta­łam, bo prze­cież nie można tego zo­sta­wić w ta­kim sta­nie.

- Przede wszyst­kim dać so­bie czas - po­wie­działa. - I po­zwo­lić so­bie na te emo­cje. Na złość, na smu­tek, na łzy. A po­tem... po­tem zro­zu­mieć, że roz­sta­nie to nie po­rażka. To po pro­stu ko­niec jed­nej hi­sto­rii i po­czą­tek ko­lej­nej.

- Ła­two po­wie­dzieć - rzu­ci­łam.

- Wiem, Gabi. - Uśmiech­nęła się. - Ale le­piej zro­bić to raz a po­rząd­nie, niż cią­gnąć coś, co już dawno umarło. Roz­sta­nia to rzeź, ale cza­sem to rzeź, która daje miej­sce na nowy po­czą­tek.

Pa­trzy­łam na nią przez chwilę i pró­bo­wa­łam prze­tra­wić jej słowa. Może miała ra­cję. Może roz­sta­nia to nie ko­niec świata. Ale na pewno ko­niec jed­nego świata. A to za­wsze boli.

- Wiesz, co jest ważne? - za­częła Ba­sia, na­dal pa­trząc na mnie z tym swoim spo­ko­jem, który aż ku­sił, żeby się go cze­pić. - Żeby nie brać do serca słów, które zo­stały rzu­cone w na­szą stronę w gnie­wie, zło­ści czy fru­stra­cji. One czę­sto mó­wią wię­cej o tej oso­bie niż o nas.

- Ła­two po­wie­dzieć - rzu­ci­łam, bo prze­cież słowa bolą, szcze­gól­nie te wy­po­wie­dziane przez ko­goś, na kim nam za­le­żało.

- Wiem - przy­znała. - Ale mu­sisz so­bie uświa­do­mić, że nie je­steś bez­na­dziejna dla ca­łego świata. Może tej kon­kret­nej oso­bie, która cię już nie chce, która cię od­rzu­ciła, tak się wy­daje. Ale to nie jest prawda o to­bie.

- A co, je­śli te słowa w kimś zo­stały? - za­py­ta­łam, a w po­wie­trzu czu­łam cię­żar daw­nych ran. - Co, je­śli ja­kaś ko­bieta cią­gle sły­szy je w gło­wie?

Ba­sia spoj­rzała na mnie ła­god­nie, ale z tą psy­cho­lo­giczną sta­now­czo­ścią, która mówi: "Nie dam ci uciec przed prawdą".

- To wtedy czas na­uczyć się no­wego dia­logu we­wnętrz­nego. Po­wie­dzieć so­bie: "To tylko opi­nia. To, co ktoś o mnie my­śli, nie de­fi­niuje mo­jej war­to­ści". Mu­simy być swo­imi wła­snymi ad­wo­ka­tami. Je­śli sami nie sta­niemy w swo­jej obro­nie, to kto?

- Brzmi jak ciężka ro­bota - mruk­nę­łam.

- Bo jest. - Uśmiech­nęła się. - Ale to ro­bota, która daje wol­ność. Wol­ność od po­czu­cia, że ktoś inny trzyma nas w gar­ści. Roz­sta­nie to mo­ment, kiedy mu­simy za­cząć pi­sać wła­sną hi­sto­rię, bez udziału tej dru­giej osoby. A te słowa, które ktoś w zło­ści rzu­cił w na­szą stronę? One nie są na­szą rze­czy­wi­sto­ścią. Są tylko echem czy­je­goś gniewu, fru­stra­cji, może stra­chu.

- Czyli co? - za­py­ta­łam z na­dzieją, że usły­szę ja­kąś ja­sną pu­entę.

- Czyli na­leży pa­mię­tać, że jedna osoba może prze­stać nas chcieć, ale to nie ozna­cza, że je­ste­śmy nie­warci mi­ło­ści. Może ta kon­kretna osoba nie wi­działa na­szej war­to­ści, ale świat jest duży. A my wciąż mamy mu wiele do za­ofe­ro­wa­nia. Nie każda po­rażka to ko­niec. Cza­sem to tylko zmiana kie­runku.

Roz­dział 4

Zro­bić z sie­bie głupka, kurwa mać, i ja cię prze­pra­szam

Zro­bi­łam z sie­bie głupka sek­sty­liard razy. I wiesz co? Ty też. Każdy z nas zro­bił. Ale to jest ży­cie - raz idziesz jak kró­lowa z unie­sioną głową, a raz po­ty­kasz się o wła­sną god­ność i lą­du­jesz twa­rzą w bło­cie. A po­tem wsta­jesz, wy­cie­rasz błoto i idziesz da­lej z resztką dumy, któ­rej na­wet naj­lep­szy pro­szek do pra­nia nie wy­bieli.

Pa­mię­tam, jak pro­wa­dzi­łam wy­wiad z jed­nym z to­po­wych ak­to­rów. Gość na czer­wo­nym dy­wa­nie wy­gląda jak mi­lion do­la­rów, a ja taka dumna, przy­go­to­wana, py­ta­nia mam w no­te­siku, mi­kro­fon przede mną stoi, nor­mal­nie pro­fe­sjo­na­listka pełną gębą. No i on mówi coś o sce­nach w fil­mie, że kłóci się z part­nerką trzy­na­sto­zgło­skow­cem. Ja, za­miast ogar­nąć, że cho­dzi o sce­na­riusz, za­czy­nam drą­żyć, jakby to była kwe­stia ży­cia i śmierci:

- Ale jak to trzy­na­sto­zgło­skow­cem? Tak nor­mal­nie w domu? Kto za­czyna? Ty czy ona?

On pa­trzy na mnie ze zdzi­wie­niem, jak­bym mu za­pro­po­no­wała wspólne wyj­ście na po­lo­wa­nie na jed­no­rożce. Ja nie od­pusz­czam, wkrę­cam się co­raz bar­dziej:

- Nie jest wam trudno tak się kłó­cić? Czy to ja­koś roz­wija ko­mu­ni­ka­cję w związku?

On w końcu nie wy­trzy­mał. Par­sk­nął śmie­chem i mówi:

- Ale to jest sztuka te­atralna, nie moje ży­cie pry­watne. Nie kłócę się wier­szem.

I wiesz co? W tam­tym mo­men­cie chcia­łam, żeby zie­mia mnie wcią­gnęła. Ale nie, ktoś u góry so­bie po­my­ślał: "A nie, nie. Niech so­bie sama po­ra­dzi".

Więc sie­dzia­łam tam jak ta idiotka, chcąc ukryć swoje za­że­no­wa­nie..

A naj­lep­sze? To nie był je­dyny raz. Raz po­szłam na za­kupy, wło­ży­łam leg­ginsy. Wszystko faj­nie, czuję się świet­nie, tylko że... za­ło­ży­łam je na lewą stronę. Świe­ci­łam metką na środku tyłka. Metka! Ide­al­nie wy­eks­po­no­wana. Szłam dumna, głowa do góry, jak­bym wła­śnie pod­pi­sała kon­trakt w Hol­ly­wood. Lu­dzie pa­trzyli, a ja my­śla­łam: "Pew­nie za­zdrosz­czą sty­lówki".

Do­piero przy ka­sie pani po­wie­działa mi szep­tem "Prze­pra­szam, ale ma pani metkę na wi­doku... na, hm... no... wie pani gdzie".

Nie wie­dzia­łam gdzie, bo za­pa­dłam się w od­męty za­że­no­wa­nia. Chcia­łam po­wie­dzieć coś bły­sko­tli­wego, ale tylko wy­ję­cza­łam: "Kurwa mać, se­rio?" i ucie­kłam do przy­mie­rzalni, jakby mnie go­nił rój os.

I wiesz co? To jest ży­cie. Ro­bisz z sie­bie głupka. Raz po raz. I ja­koś się z tym żyje. Bo czy to na­prawdę ta­kie straszne? Le­piej się po­śmiać z sie­bie, niż sie­dzieć w ką­cie i uda­wać, że je­steś ide­alna. Głupka z sie­bie robi każdy, ale nie każdy po­trafi to ob­ró­cić na swoją ko­rzyść. Więc bądź kró­lową, na­wet w leg­gin­sach za­ło­żo­nych na lewą stronę. I do przodu!

In­nym ra­zem po­szłam z bab­cią do ko­ścioła.

Była nie­dziela, tłum lu­dzi, za­pach ka­dzi­dła i kwia­tów, a at­mos­fera jak za­wsze do­stojna. Bab­cia sia­dła w ławce z tą swoją god­no­ścią kró­lo­wej pro­win­cji, cho­ciaż na co dzień, kiedy obie­rała ziem­niaki, po­tra­fiła siar­czy­ście za­kląć.

Wszystko szło do­brze, aż tu na­gle... Bab­cia za­częła się zsu­wać z ławki. Naj­pierw po­woli, jakby te­sto­wała, czy pod­łoga ją przyj­mie, po­tem już z im­pe­tem. Ło­skot roz­niósł się po ko­ściele jak pio­run. Wszy­scy wstali, bo my­śleli, że ze­mdlała.

- Bab­ciu! - Rzu­ci­łam się do niej prze­ra­żona.

Ktoś przy­niósł wodę, ktoś inny wa­chlo­wał ją ksią­żeczką do na­bo­żeń­stwa. Pro­boszcz Ka­zek po­bladł, bo my­ślał, że za­raz trzeba bę­dzie wzy­wać po­go­to­wie. A bab­cia... Bab­cia le­żała z za­mknię­tymi oczami, kom­plet­nie nie­ru­choma.

- Duszno tu­taj... - wy­mam­ro­tała, kiedy ją pod­nie­śli.

Nie otwie­rała oczu, pew­nie z po­wodu "wstydu ta­kiego". A po­tem... wtedy, kiedy już czte­rech pa­nów z są­sied­nich ła­wek nio­sło ją do za­kry­stii ni­czym kró­lową na lek­tyce, par­sk­nęła śmie­chem. Praw­dzi­wym, bab­ci­nym śmie­chem, który za­wsze ozna­czał, że coś kom­bi­nuje.

Kiedy już "od­zy­skała przy­tom­ność" i usie­dli­śmy w za­kry­stii, za­py­ta­łam:

- Bab­ciu, co to było?

Ona spoj­rzała na mnie z fi­glar­nym bły­skiem w oku i po­wie­działa szep­tem:

- Wiesz, le­piej ze­mdleć, niż za­snąć w ko­ściele. Taki wstyd by był, że chra­pa­łam przy ka­za­niu.

- Czyli nie ze­mdla­łaś?

- A gdzie. Przy­snęło mi się. Do­brze, że nie chrap­nę­łam.

Nie mo­głam w to uwie­rzyć. Bab­cia wy­re­ży­se­ro­wała całe to za­mie­sza­nie!

Kilka dni póź­niej pro­boszcz Ka­zek cho­dził po ko­lę­dzie i wszę­dzie opo­wia­dał tę hi­sto­rię:

- Pani Ma­ria to ko­bieta z klasą! Na­wet jak mdleje, to z god­no­ścią!

A bab­cia? Bab­cia słu­chała tych opo­wie­ści z miną nie­wi­niątka, a kiedy wszy­scy przy­ta­ki­wali gło­wami, ona zer­kała na mnie z tym swoim uśmiesz­kiem, jakby chciała po­wie­dzieć: "To na­sza ta­jem­nica".

I do dziś, kiedy wra­cam do tej hi­sto­rii, wi­dzę ją, jak leży w tej "lek­tyce" nie­siona jak kró­lowa i ci­chutko pod no­sem się śmieje. Ach, bab­cia - nie­za­po­mniana ak­torka ro­dzin­nych sce­nek ko­ściel­nych!