Rozdział 1
Nie daj sobie wmówić, że gdzieś nie pasujesz albo że jest coś z tobą nie tak
Nawet nie wiesz, ile razy miałam takie wrażenie, że nie pasuję. Że nie ten świat, nie ta przestrzeń, nie te zasady. Jakbym próbowała wcisnąć się w ramy, które nie są dla mnie, a ja z natury jestem za bardzo... hmm, za bardzo sobą, żeby się dopasować.
Przez kilkanaście lat mieszkałam w Szkocji. Piękny kraj, ludzie uśmiechnięci, otwarci, życzliwi. Tam, gdy tańczysz w środku dnia na ulicy, to nie patrzą na ciebie jak na wariatkę. Patrzą, jakby chcieli dołączyć. Jeśli samochód zepsuje ci się na środku drogi, nikt na ciebie nie trąbi i nie rzuca wyzwiskami, po prostu ludzie się zatrzymują i ci pomagają. A potem wróciłam do Polski. I co? Tu takie wieczne spięcie zada. Serio, jakbyśmy wszyscy mieli kijek wmontowany fabrycznie i za nic nie dało się go wyjąć.
Chcemy być tacy "pro", takie szmery bajery, że niby tacy nowocześni, światowi, otwarci. Jednak prawda jest ta-ka, że często jesteśmy więźniami swoich przekonań. A to "nie wypada", a to "Co ludzie powiedzą?", a to "Kobieta w twoim wieku powinna...".
Powinna co? Proszę bardzo, wskażcie mi ten przepis na życie, to z ciekawości przeczytam. Naprawdę, dajcie mi ten podręcznik, w którym jest napisane, co kobieta w moim wieku "powinna". A najlepiej od razu z tabelką i podziałem na dekady, żebyśmy nie mieli wątpliwości, co robić w wieku dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu czy sześćdziesięciu lat.
Ostatnio znajoma powiedziała mi:
- W twoim wieku powinnaś się uspokoić.
Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na nią.
- Uspokoić? Co masz na myśli?
- No wiesz... nie szybować w chmurach. - Nawiązała w ten sposób do mojego ostatniego lotu na paralotni. - Nie myślałaś o tym, że mogłaś spaść?
Zaśmiałam się.
- Mogłam. Jednak równie dobrze może mnie potrącić samochód. Mogę się zakrztusić jabłkiem. A nie daj Boże kostką lodu.
Jej mina mówiła wszystko. Nie rozumiała mnie, ale ja już dawno przestałam oczekiwać, że ktoś mnie zrozumie.
Bo widzisz, kobieta w moim wieku nie musi się "uspokajać". Nie musi przestać marzyć, próbować, doświadczać. Nie muszę wybierać między spokojnym życiem a tym, co sprawia, że serce bije szybciej.
Bo to jest właśnie to. Życie jest kruche, nieprzewidywalne. Możesz przez nie przejść, siedząc cicho w kącie i trzymać się tego, co bezpieczne, co "wypada", ale czy wtedy żyjesz?
Kiedy lecę na paralotni, czuję, że żyję. Kiedy tańczę na ulicy, czuję, że żyję. Kiedy robię coś, co inni uważają za szalone, wiem, że jestem sobą.
Więc nie, nie uspokoję się. Nie przestanę marzyć. Nie przestanę próbować. Bo kobieta w moim wieku powinna robić to, co ją uszczęśliwia. Nieważne, co ludzie powiedzą.
Bo na końcu dnia, kiedy słońce zachodzi, a ty zostajesz sama ze sobą, nie liczy się to, co wypadało, co "powinnaś". Liczy się to, czy możesz spojrzeć w lustro i powiedzieć: "Dzisiaj żyłam".
A ja żyję. I zamierzam żyć dalej, szybując w chmurach - dosłownie i w przenośni.
Jestem dojrzałą kobietą. To fakt, ale wiesz co? Kocham żyć. Po prostu. Kocham życie takim, jakie jest, z jego wszystkimi dziwactwami i absurdami. Kiedy mam ochotę zatańczyć, to tańczę. Gdy chcę nagrać filmik, to nagrywam. Żyję tak, jak chcę, bo wiem, że jedyne, co naprawdę mamy, to ten moment tu i teraz.
I potem wrzucam filmik na moje social media, na przykład jak tańczę z jakimś facetem, i zaczyna się wielkie larum: "Ale jak to? Zatańczyłaś "z obcym chłopem"". Dostałam takie zapytanie, a ja zastanawiam się, jaki był jego cel. Zatańczyłam z obcym, bo mój nie chciał. Zatańczyłam, bo lubię tańczyć, więc odpowiedziałam: "Zatańczyłam, no i co?".
Zawsze ktoś musi skomentować. Że "to nie wypada", że "w tym wieku", że "to nie pasuje". A ja mówię: "Nie pasuje? Ale komu?". Bo jeśli miałabym pasować do świata, w którym wszystko jest takie sztywne i poważne, to ja dziękuję. Wolę nie pasować.
Pamiętam, jak kiedyś znajoma zapytała:
- Gabrysia, ty się nie boisz zrobić z siebie głupka?
A ja jej na to:
- Kochana, ja już tyle razy w życiu zrobiłam z siebie głupka, że teraz to mam na to wyjebongo. Ba, ja nawet wszystkim powtarzam: "Miej wyjebongo na ich pierdolongo".
I nie chodzi o to, żeby wszystko zlewać, ale o to "pierdolongo". Ludzie będą pierdzielić, co oni by zrobili na twoim miejscu, ale heloł, umówmy się, oni nie są na twoim miejscu.
Bo wiesz co? Jak żyjesz dla innych, to przestajesz żyć dla siebie. A ja już nie mam czasu na udawanie. Na co dzień spotykam ludzi, którzy są tak spięci, że aż mi ich szkoda. Boją się zrobić coś, co wychodzi poza ramy, bo boją się oceny innych. Tych innych, których nawet nie znają albo których mają gdzieś. I to jest smutne.
Więc tak, może nie pasuję, ale czy muszę? Ja już dawno wybrałam, że wolę być sobą, nawet jeśli ktoś uzna to za dziwne, niż wpasowywać się w obrazek, który nie ma nic wspólnego z tym, kim jestem. I wiesz co? Tego właśnie wszystkim życzę. Żeby przestali się bać "nie pasować". Bo w tej "niepasującej" przestrzeni dzieje się najwięcej pięknych rzeczy.
Powiem ci jeszcze jedną rzecz, żeby nie wyjść na hipokrytkę.
Nie będę mówiła wszem wobec, że mnie nic nie rusza. Bo czasem mam słabszy dzień i rusza. Słowa, spojrzenia, te półuśmieszki, które mówią więcej niż tysiąc słów. Czasem wydaje mi się, że mam skórę grubą jak u nosorożca, a innym razem wystarczy jedno zdanie, żeby mnie złamać. Wiesz, jak to jest, prawda? Nawet jeśli powtarzasz sobie, że "miej wyjebongo", to czasem to "pierdolongo" po prostu trafia w punkt.
"Mogłabyś spoważnieć" - rzuciła kiedyś znajoma na imprezie, kiedy próbowałam rozluźnić atmosferę swoim żartem. Wiesz, co wtedy zrobiłam? Uśmiechnęłam się, wzniosłam toast i poszłam dalej. A w środku? W środku przez chwilę czułam, jakbym dostała w brzuch. Bo co to znaczy "spoważnieć"? Przestać być sobą? Dopasować się do cudzych oczekiwań?
Jednak potem przypomniałam sobie swoją mantrę - "Miej wyjebongo na ich pierdolongo". I nagle wszystko stało się prostsze.
Bo wiesz, co jest najlepsze? To, że ci, którzy najbardziej krytykują, zazwyczaj sami nie mają odwagi żyć tak, jak by chcieli. Zamiast iść swoją drogą, próbują cię wciągnąć w ich świat, gdzie wszystko jest "na serio", gdzie nie ma miejsca na błędy, gdzie każde twoje zachowanie jest oceniane. W takich sytuacjach mam na to jedną odpowiedź: "Dzięki, ale nie. To nie mój styl".
Wiem, że ciebie też czasem coś rusza. Każdego rusza. To ludzkie. Jednak wiesz, co jest ważniejsze? Nie pozwolić, żeby te wszystkie "pierdolongo" innych ludzi zawładnęły twoim życiem. Bo ich słowa to tylko słowa. To, co naprawdę się liczy, to to, co ty myślisz o sobie.
Więc jeśli ktoś mówi ci: "nie wypada", "nie możesz", "za dużo", "za mało" - pamiętaj: to ich problem, nie twój. Żyj tak, jak chcesz. Śmiej się głośno, tańcz w deszczu, popełniaj błędy, próbuj nowych rzeczy. Bo wiesz co? Życie jest za krótkie, żeby martwić się o "pierdolongo".
Wiele razy słyszałam: "Znajdź sobie normalną pracę, na etat. Takie klepanie w klawiaturę, to co to za zajęcie? Co z twoją emeryturą?". Zawsze wtedy chce mi się śmiać. Nie dlatego, że to pytanie jest śmieszne, ale dlatego, że ludzie naprawdę myślą, że pisanie to łatwy chleb.
Bo co ja robię? Siedzę sobie, piję kawkę, coś tam stukam w klawiaturę, a książki same się piszą. Zero wysiłku. Tylko że nikt nie widzi tych godzin spędzonych na szukaniu odpowiednich słów, na tworzeniu postaci, które żyją w mojej głowie bardziej intensywnie niż ludzie na ulicy. Nikt nie widzi tych nocy, kiedy leżę i rozmyślam, jak rozwiązać wątek albo jak wpleść dialog, który ma znaczenie.
Nikt nie widzi tego strachu, który towarzyszy każdej nowej książce. Bo co, jeśli tym razem nie trafię? Co, jeśli tym razem się nie spodoba? Co, jeśli to będzie ta ostatnia moja książka, którą ktoś przeczyta?
I tak, uwielbiam to, co robię. Kocham to, że mogę pisać, że mogę opowiadać historie, które poruszają ludzi. Ale nie oszukujmy się - to nie jest łatwy chleb. To jest chleb, który czasem smakuje cudownie, a czasem ma posmak spalonego ciasta.
"A co z twoją emeryturą?" - pytają, a ja odpowiadam: "A co z twoim szczęściem? Co z twoją pasją? Co z twoim życiem, które mija, kiedy martwisz się, czy zdążysz do biura?".
Bo ja wybieram życie takie, jakie chcę. Może nie będzie mi łatwo na starość, może będę miała mniej niż ci, którzy żyli "bezpiecznie", ale wiem, że przeżywam każdy dzień na własnych zasadach.
Bo życie to nie tylko emerytura, nie tylko plany na przyszłość. Życie jest tu i teraz. Więc jeśli ktoś mówi ci: "nie wypada", "nie możesz", "za dużo", "za mało" - pamiętaj: to ich problem, nie twój.
Żyj tak, jak chcesz. Pisz, tańcz, maluj, pracuj na etacie albo prowadź własną firmę. Bo tylko ty wiesz, co cię uszczęśliwia.
A ja? Ja już wiem, że czasem się przejmę, bo jestem człowiekiem. Ale kiedy tylko to poczuję, powiem sobie: "Miej wyjebongo". I pójdę dalej. I tego samego życzę tobie.
Sąsiadka Gieniusia, lat siedemdziesiąt dwa, wdowa z sąsiedniego bloku, to była kobieta pełna wigoru i energii. Nie to, że wypominam komuś wiek, ale Gieniusia miała w sobie więcej życia niż niejeden nastolatek. U niej zawsze coś się działo. A to kot na dach wlazł i trzeba było straż wzywać, a to instalacja się przepaliła, bo "zrobiła sobie kawę w czajniku elektrycznym i podłączyła go do przedłużacza z lampką nocną". Geniusia była po prostu znana z tego, że gdzie Gieniusia, tam zamieszanie.
Pewnego dnia zaprosiła do siebie elektryka, bo było jakieś przepięcie. Elektryk robotę zrobił. Nastała światłość, ale okazało się, że nie może wyjść z mieszkania Geniusi. Zacięły się drzwi wejściowe - i to tak fest, że ani otworzyć, ani wyważyć. A że elektryk był chłopem postawnym, to - zamiast męczyć się z zamkiem - postanowił, że wyjdzie przez okno i kluczem otworzy drzwi od zewnątrz.
Widok był nieziemski. Elektryk wspiął się na parapet i szykował do skoku. Gieniusia go instruowała:
- Nie nadepnij mi na pelargonie, bo sąsiadka spod trójki znowu będzie gadać, że "wszystko psuję"!
Chłopina wylazł przez to okno, otworzył drzwi od zewnątrz i rozwiązał problem, a Gieniusia była mu bardzo wdzięczna. Niestety w tym samym momencie pani Helena z czwartego piętra, społeczniara osiedlowa, wracała z zakupów i na własne oczy zobaczyła mężczyznę wyskakującego przez okno.
Do wieczora całe osiedle huczało: "Słyszeliście, co u Geniusi? Chłopy jej oknami uciekają, żeby ich mąż nie zastał!".
Gieniusia, dowiedziawszy się o plotkach, tylko wzruszyła ramionami. "Niech gadają, co chcą. Ważne, że prąd mam, a pelargonie całe" - skwitowała z uśmiechem, otwierając kolejną buteleczkę nalewki do wieczornej herbatki.
Od tamtej pory na osiedlu żartowano, że Gieniusia ma sekretne przejścia i tajne wyjścia awaryjne dla kawalerów. A ona? Ona tylko przymrużała oczy i z figlarnym uśmiechem odpowiadała: "A co, zazdrośni? Moje okno, moja sprawa!".
Kiedyś napisałam: "Mam gdzieś nieproszone opinie innych ludzi". I to zdanie pozwoliło mi przestać się szarpać z rozkminianiem, "co autor miał na myśli", bo czasami powiedział coś tylko po to, by mi dopiec. Czasem jeszcze mnie coś ruszy, ale kiedy nieznajomy typ bądź typiara po prostu chcą mi sprawić przykrość, co mnie to obchodzi.
Jestem w fajnym miejscu w życiu. Na pewne sprawy mam wywalone. Nie tracę czasu na bezsensowne znajomości. Wiem, czego już nie chcę i o czym marzę. Biorę rozbieg (no, może jeszcze nie teraz, bo wciąż leczę nogę), ale do przodu. Nie oglądam się za siebie, bo i tak niczego nie zmienię. Czasem mam dosyć takich gadek, że mogę wszystko. Bo już pewnych rzeczy nie mogę i nie chcę. I cieszę się, że potrafię się cieszyć z kubka kakao w niedzielny poranek.