ROZDZIAŁ 2
Zawoja, 27 czerwca 2021 roku
Siedziała z dziadkiem Uciechą przed domem i popijała kawę.
- Juhasa mi brakuje - odezwała się w końcu po długiej chwili milczenia.
Niebieskie oczy Uciechy wciąż spoglądały na Babią.
- Co tu godoć, dobre psisko posło. Ale nie kcom drugiego. Teroz mom koty - odparł, czochrając jednego z tych, które ludzie podrzucali mu regularnie pod drzwi. - Do psa to trza mieć siły, a kot to se do rady bardziyj jak pies.
- Co racja, to racja - odpowiedziała, biorąc na ręce swoją ulubioną kocicę, rudą piękność bez jednego ucha.
- I co, sikorecko, na Ślosk jedzies? Jakbyk nie był tokim dziodom, to byk ci ta pomógł z tomi remontami. A tak to co? Ino siedzieć przed chałupom i sie z tomi kotomi grzoć w słońcu.
- Dam radę, dziadku. Spokojna głowa. Zawsze to jakaś przygoda. I tak nie miałam planów na urlop.
Milczeli, wsłuchując się w śpiew rudzika. Uciecha zajadał truskawki, które mu przyniosła. Najpierw obwąchiwał każdą, a później, trzymając za szypułkę, smakował powoli. Nie pozwolił Baśce ich umyć, twierdząc, że całe życie jadł owoce prosto z krzaka. Wstała.
- Jadę, dziadku. Jak wszystko pójdzie po mojej myśli, to wrócę za trzy tygodnie. Chyba że czegoś mi zabraknie.
Spojrzała na szczyt Babiej Góry. Ostatnio nie lubiła jej opuszczać. Czuła się tu bezpiecznie, w jej cieniu, pod jej magiczną ochroną, w którą coraz bardziej wierzyła. Uciecha zatrzymał ją w progu i wyciągnął przed siebie dłoń.
- Noś to, sikorecko. Ksyzyk niespodziany cię łochroni.
Nie podobał się jej pomysł chodzenia z krzyżykiem, który większość ludzi wzięłaby za swastykę. Dla górali był to jednak amulet chroniący przed wszelkim złem. Dla świętego spokoju wzięła od dziadka krzyżyk wytłoczony na metalowej zapince i schowała go do kieszeni.
Wsiadła do nagrzanego samochodu i otworzyła okna po obu stronach. Pomyślała, że to będzie długa droga. Starego passata kombi załadowała pod sufit sprzętem i materiałami budowlanymi, nadkola niemal tarły o opony z obciążenia.
- A tak na ciebie narzekałam, staruszku, a tu proszę, nareszcie twój wielki bagażnik się na coś przydał.
Mijała znajome domy i drzewa. Po drodze zatrzymała się w Makowie Podhalańskim. Chciała ostatni raz zjeść ulubione lody na urokliwym ryneczku. Przyglądała się przechodniom spacerującym pod markizami małych sklepików, w których w odróżnieniu od wielkich marketów wciąż można było uciąć sobie pogawędkę ze sprzedawcą. Trochę bała się wyjazdu do Mysłowic, ale równocześnie nie mogła się doczekać efektów remontu mieszkania po ciotce. Sięgnęła po telefon wibrujący w torbie.
- Hej, Marcin. Co jest? Złapałeś mnie w drodze do Mysłowic.
- Cześć, Basiu. Zbierałem się dwa dni, żeby do ciebie zadzwonić. Bardzo cię przepraszam, że tak głupio wyszło. - W słuchawce zawisła cisza, której Baśce nie bardzo chciało się przerywać. - Wiesz, Karina jest wybuchowa, ale to dobra kobieta. Jeżeli potrzebujesz pomocy przy remoncie, możesz na mnie liczyć. Jak będzie trzeba, poproszę jeszcze kogoś, któregoś z wujków Kariny. Ma ich całą masę. - Zaśmiał się, próbując ukryć zmieszanie.
- Dzięki. Na razie spróbuję sobie poradzić sama. Jestem umówiona z fachowcem od płytek, mam niezbędne materiały. Ale odezwę się. Wpadnij na Powstańców, bo będzie mi trochę samotnie. Nie znam tu nikogo.
Gdy się rozłączyła, pomyślała, że właściwie kogoś zna. Była przecież Alicja. Obiecała jej, że się spotkają. Wpakowała do ust koniuszek lodowego wafelka i wsiadła z powrotem do samochodu. Nie zatrzymując się więcej, dojechała do Mysłowic. Zwolniła tylko na wysokości Zatoru, gdy jej wzrok uciekł w kierunku rozpędzonych wagoników kolejki górskiej w parku rozrywki. Była tam raz i zapamiętała to uczucie spadania. Ten sam świdrujący ból brzucha i brak tlenu, który towarzyszył jej niemal co noc. Sny, które oplatały ją jak pajęczyna, gdy tylko zamykała oczy.
Wjechała do Mysłowic, sunąc w korku. Gdy zaparkowała pod kamienicą na Powstańców, czuła się bardzo zmęczona. Mimo popołudniowej pory upał był nieznośny. Wyszła z samochodu i oparła się o maskę. Sięgnęła do kieszeni po paczkę papierosów. Powrót do palenia był jedną z jej kolejnych porażek. Wypalała cztery papierosy dziennie: rano, w południe i po południu, a czwartego trzymała w rezerwie, z której niemal codziennie korzystała. Zapalała go nieraz w nocy, gdy budziła się zlana potem. Gdy w snach widziała Darka. Zaciągała się wtedy łapczywie związkami siarki, fenolów i estrów zawartymi w dymie papierosowym, jak gdyby mogły jej dać zapomnienie. Były też sny gorące, w których kochała się z Tomkiem na biurowym krześle. Ci dwaj mężczyźni wirowali w jej głowie nocami. Rano zawsze wstawała bardziej zmęczona niż wieczorem. Miała nadzieję, że może zmiana miejsca jej pomoże. Od czasu powrotu z Krakowa trwała w tej matni, nie mogąc zrobić kroku naprzód.
Zaciągnęła się i spojrzała na okna budynku. Uświadomiła sobie, że jest obserwowana. Kilkoro starszych mieszkańców spoglądało na nią z zaciekawieniem. Powinna wnieść sprzęt do mieszkania. Nie chciała, by ktoś wykradł go w nocy z samochodu. Jednak cień drzew i śpiew ptaków w parku Promenada, który był nieopodal, kusił ją swoimi urokami. Zamknęła samochód i ruszyła przed siebie. Stanęła pod przewiązką, obiecując sobie, że musi dowiedzieć się czegoś o jej historii. Spojrzała w górę i niespodziewanie poczuła wewnętrzny chłód. Szum drzew przypominał westchnienia. Zrobiła kilka kroków i zatrzymała się przed pamiątkową tablicą stojącą przy wejściu do parku - upamiętniała Polaków, którzy ginęli w tutejszym więzieniu. Podczas wojny zabijali ich Niemcy, a po wojnie byli represjonowani przez Służbę Bezpieczeństwa. Zerknęła w dół wzniesienia, gdzie w miejsce dawnych baraków stworzono piękny staw z fontanną oraz alejki spacerowe.
Zeszła niespiesznie po schodach. Cień drzew niósł przyjemny chłód. Spojrzała w stronę ławek i zobaczyła tę samą dziewczynę, z którą jej matka rozmawiała tydzień temu przed kamienicą. Nie mogła sobie przypomnieć, jak miała na imię. Nastolatka pisała coś w telefonie. Chciała do niej podejść, ale zatrzymała się w pół kroku, dostrzegłszy, że ktoś siedzi razem z nią. Pomyślała, że to pewnie jej chłopak. Obrócił się na chwilę w jej stronę. Skręciła w prawo w kierunku alejki, która doprowadziła ją do uroczego źródełka. Głowę lwa, z której wypływała woda, niedawno widocznie odrestaurowano. Zanurzyła dłonie w zimnej wodzie i chlusnęła nią sobie w twarz. Tego jej było trzeba w ten upalny dzień.
Postanowiła wrócić do samochodu, by wziąć się do rozładunku sprzętu. Najważniejsze były narzędzia, które pożyczyła od sąsiada: wiertarka udarowa, wkrętarka, wyrzynarka i cała masa innego cholerstwa niezbędnego przy remoncie. Musi je zwrócić w nienaruszonym stanie. Gdy doszła do samochodu, zastała Marcina siedzącego na murku przed kamienicą.
- Hej, co ty tu robisz?
- Przecież mówiłaś, że jedziesz do Mysłowic. Zresztą - wskazał dłonią na kobietę, która wciąż wisiała w oknie, oparta na poduszce - sąsiadka zadzwoniła.
Baśka właściwie nie wiedziała, jak z nim rozmawiać. Choć Marcin ją zapewnił, że nie ma problemu z zapisem w testamencie, nie wiedziała, jak jest naprawdę.
- To co, pomóc ci? - zapytał, wskazując na wyładowany po brzegi bagażnik passata.
- Byłoby miło.
Otworzyła mieszkanie i zaczęli wnosić rzeczy. Wkrótce dołączyło do nich kilku mężczyzn z sąsiedztwa, którzy najwyraźniej dobrze znali Marcina. Twarz jednego z nich wydała się Baśce znajoma, więc uśmiechnęła się do niego.
- A piwo bydzie po robocie? - zapytał z pękiem listew wykończeniowych w dłoniach.
Zajda dopiero teraz rozpoznała w nim jednego z wujków Kariny.
- Bydzie!
- Ino Tyskie, zimne.
Tak jak obiecała, po robocie było piwo. Usiedli z tyłu kamienicy, z widokiem na cały dworzec, perony i bocznice.
- Dyć sam?ś, dziołcha, niy szafniysz9 tygo rym?ntu, tukej trza fachmana. Wetn? sie10 ô halba11, co niy d?sz rady - komentował jeden z sąsiadów, który pomagał przy noszeniu.
- O flaszkę to może nie - odpowiedziała Zajda - ale jak dam radę, to weźmie pan myjkę ciśnieniową i wyczyści te brudne cegły na fasadzie budynku. - Wyciągnęła do niego dłoń. - Zakład?
Mężczyźni popatrzyli po sobie. Marcin parsknął śmiechem.
- I co, myśleliście, że wasze baby dożarte? To poznajcie góralicę!
Sąsiad, któremu rzuciła wyzwanie, wstał, otarł ręce o spodnie i uścisnął mocno jej dłoń. Mierzyli się wzrokiem niczym rewolwerowcy.
- Przy czym nie kładę kafelków. Resztę zrobię sama.
- Ug?da stoji.
Wbrew wszystkiemu przyjemnie jej było siedzieć z tymi twardymi Ślązakami o wielkim poczuciu humoru. Zaskoczyli ją swoją otwartością. Myślała, że trochę jej zajmie zapoznanie się z sąsiadami, a tu proszę, już traktowali ją jak swoją.
- Dobrze cie tukej widzieć, bo już b?ło tak jakoś smyntnie - powiedział jeden z sąsiadów.
Spojrzała pytająco na Marcina.
- Mieliśmy tu tragedię. Kilka miesięcy temu ktoś zabił córkę Wieczorków, Justynę.
Wszyscy spuścili głowy. W jednej chwili miła atmosfera się rozpłynęła.
- Nie złapali zwyrodnialca. Wieczorkowie nie mogą dojść do siebie. Wszyscy pilnują teraz swoich córek jak oka w głowie - kontynuował kuzyn.
- Niy str?sz jeji, bo jeszcze n?m uciyknie - przerwał mu wujek Kariny.
- Alojz, ty niy r?b n?s za bozna12, bo take m?my czasy, co na wszyjsko trza d?wać poz?r - odparł Marcin.
Baśka spojrzała na sunący wolno pociąg. Starała się odrzucić informację, którą przed chwilą usłyszała. Obiecała sobie, że chociaż podczas urlopu odpocznie od brudów tego świata.
- To przykre - skomentowała lakonicznie, nie chcąc podejmować tematu.
- Ty, dziołcha, robisz na policyji? - dopytywał najmłodszy z towarzystwa.
- A co, u was baby nie pracują w takich zawodach?
- Moja szwestra robi w Straży Miejskiej, takiym mysłowickim FBI.
Wszyscy się zaśmiali.
- To musi fajn? dziołcha - odpowiedziała, próbując naśladować ich śląską gadkę.
Dalsza rozmowa krążyła wokół lokalnych spraw, o których Zajda nie miała pojęcia. Przeżywano remont Parku Zamkowego, w który miasto zainwestowało grube miliony. Trzech mężczyzn pracowało w kopalni Mysłowice-Wesoła, więc siłą rzeczy w końcu zaczęli mówić i o tym.
- Fedrujymy na tyj ścianie już ôd tydnia13. Kamynia je za tela14 - relacjonował wujek Alojz. - Dali mi modygo pod flyjg?15. Gôwni?rz psinco umiy.
Niewiele rozumiejąc z tych opowieści, Baśka pożegnała się i poszła do samochodu po ostatnią torbę z ubraniami i kosmetykami. Jutro zaczyna remont i musi się wyspać. Stojąc przed passatem, zwróciła uwagę na tablicę informacyjną. Podeszła do niej i urwała kartkę z telefonem z ogłoszenia o treści: "Wykończenia, łazienki, gładzie, panele - TANIO!". Szarpnęła zbyt mocno i ogłoszenie spadło na chodnik, a przed jej twarzą pojawiło się to, co było pod spodem. Nekrolog Justyny Wieczorek opatrzony był zdjęciem. Piękna dziewczyna o długich czarnych włosach. Wyglądała jak setki innych. Niemal identycznie jak ta, którą widziała przed chwilą na Promenadzie. Podniosła z ziemi ogłoszenie i przyczepiła je na nowo zardzewiałą pinezką. Zamknęła na chwilę oczy, a pod powiekami pojawił się obraz duszonej Justyny Wieczorek. Otarła szybko twarz. Ma urlop. Obiecała sobie. Żadnych zabójstw, gwałtów ani narkotyków. Nic nie zmąci jej spokoju.
Mysłowice, 28 czerwca 2021 roku
Wbrew obawom zasnęła w łóżku ciotki od razu, a obudziła się wypoczęta pięć po ósmej. Słońce wpadało przez okno, sprawiając, że wnętrze wydało się jej dużo ładniejsze niż wieczorem. Po śniadaniu składającym się z muesli z mlekiem zabrała się do mierzenia łazienki i innych pomieszczeń. Wzięła ze sobą plik kartek, ołówek i linijkę. Lubiła rysować. Zawsze marzyła o dekorowaniu własnego wnętrza. U mamy nie próbowała nic zmieniać, bo wszystko, co było w ich domu, jej ojciec zrobił sam, choć nie bez jej pomocy. Szafki, podłoga, półki - każda z tych rzeczy przypominała jej nieżyjącego tatę. Za to teraz wreszcie miała pole do popisu. Choć nie planowała tu zamieszkać, pragnęła być dumna z tego miejsca.
Rozrysowała plan mieszkania na kartce. Następnie wzięła kolejny arkusz papieru i zajęła się projektowaniem łazienki. Nie mogła jednak zaszaleć, bo pomieszczenie mierzyło jakieś trzy i pół metra kwadratowego. Chciała wykorzystać drewno i kamień, ale miała bardzo ograniczony budżet. Gdy usłyszała dzwonek do drzwi, zdała sobie sprawę, że jest już południe. Fachowiec, z którym umówiła się na wycenę łazienki, stał na wycieraczce. Mężczyzna omiótł łazienkę krytycznym wzrokiem. Zajda pokazała mu na wyświetlaczu kilka projektów, którymi się inspirowała. Wyciągnął miarkę i poprzykładał ją od niechcenia do ścian.
- Ten stary junkers to będzie do wymiany?
- Tak, oczywiście. Zamontujemy nowy.
- Hydraulikę trzeba nową zrobić - kontynuował fachowiec.
Baśka przyglądała mu się z zaciekawieniem. Nie tak wyobrażała sobie budowlańca. Facet był ubrany w eleganckie spodnie i niebieską koszulę. Miał starannie przyciętą brodę, zapewne u barbera.
- Osiem tysięcy.
Stanęła jak wryta.
- Plus materiały. Jeżeli mam przywieźć sanitariaty i inne rzeczy, zwrot kosztów transportu.
Zajda zagryzła wargi.
- Dlaczego tak dużo? Nie zajmie to panu więcej niż tydzień.
Mężczyzna pogładził się po brodzie.
- Drogo? A kiedy ostatnio korzystała pani z usług fachowca?
Rozłożyła ręce. Miał rację, nawet nie pamiętała. Gdy jej ojciec czegoś nie potrafił, pomagał im sąsiad.
- Nie stać mnie na pana.
- Taniej pani nikt nie zrobi. Ceny idą w górę.
- Ja rozumiem, ale osiem tysięcy za tydzień roboty? Nie mam tyle.
Mężczyzna wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia. Baśka sięgnęła po pierwszego papierosa. Czuła się podłamana. Łazienki nie zrobi sama. Musiałaby mieć zgrzewarkę do rur. Łatwo coś zrobić źle. Zadzwoniła pod numer, który znalazła na tablicy informacyjnej, i umówiła się z kolejnym budowlańcem. Do wieczora pakowała do kartonów rzeczy ciotki. Umyła lodówkę i poszła do marketu. W drodze na zakupy zadzwoniła do Alicji Śmiałek. Miała wielką ochotę się z nią spotkać.
- Hej, z tej strony Baśka. Obiecałam, że się odezwę, gdy przyjadę do Mysłowic - przywitała się trochę niepewnie.
- Baśka? Świetnie, że dzwonisz. Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?
- Właściwie to nie.
- W takim razie zapraszam cię na działkę na grilla. Będą moje koleżanki z pracy.
- Z przyjemnością. Jak tam trafię?
- Wbij w mapę "ROD Jutrzenka" na Huty Rozalii. Jesteśmy od osiemnastej. Daj znać, jak będziesz przy wejściu, ktoś po ciebie przyjdzie.
- Bardzo się cieszę. Co mam kupić?
- Nic, po prostu bądź.
W markecie Baśka wybrała z półki z alkoholami piwo kraftowe. Cieszyła się, bo nie uśmiechał się jej samotny wieczór w mieszkaniu, po którym wciąż hulał duch ciotki.
Gdy szła wzdłuż ogrodzenia ogródków działkowych, nie mogła się nadziwić ludzkim pomysłom. Ile domków i ogródków, tyle osobowości. Były te bogate, których właściciele nie szczędzili funduszy na zakupy w marketach budowlanych i zaopatrywali się w najnowsze grille gazowe, huśtawki, fontanny i figurki ogrodowe. One jednak wydawały się Baśce nudne. Jej największą uwagę przyciągały działki, których gospodarze wykazywali się kreatywnością, wytwarzając sprzęty ogrodowe z różnych przedmiotów. Donice zdobione mozaiką wykonaną z rozbitych talerzy, gazony ze starych opon, huśtawka z krzesła bez nóg zawieszonego na sznurze. To wszystko było piękne. Wywoływało uśmiech na jej twarzy, bo oczami wyobraźni widziała tych działkowców, którzy z zapałem planują kolejne prace w swoich ogrodach. Nie była w stanie sobie nawet wyobrazić, czym był taki ogródek dla mieszkańców bloków, zmęczonych hałasem i brakiem przestrzeni w małych metrażach. Gdy zbliżała się do bramy, upojona zapachem jaśminu, dostrzegła przed sobą mężczyznę. Na jego widok stanęła jak wryta. Zabrakło jej tchu. Odruchowo złapała się za szyję, próbując rozpiąć niewidzialne guziki. To był on. Darek.
- Basia? - zapytał, wkładając z rozbawieniem ręce do kieszeni dżinsów.
Nie potrafiła odpowiedzieć. Przekrzywiła głowę jak paleontolog na widok żywego okazu dinozaura. Podeszła dwa kroki i przyglądała się jego oczom.
- Jestem Maciek, mąż Ali. - Był wyraźnie zmieszany jej zachowaniem.
Nim się jednak odezwał, Zajda już wiedziała, że to nie Darek. Brakowało mu wgłębienia na brodzie. Oczy... one też były inne. Zamrugała, zdając sobie sprawę, że zachowuje się jak idiotka.
- Dobrze się czujesz? Ala prosiła, żebym cię przyprowadził...
Wzięła głęboki oddech, próbując zapanować nad mimiką.
- Taaak - powiedziała przeciągle - po prostu pomyliłam cię z kimś innym.
Podążyła za mężczyzną, który poprowadził ją do ogrodu pełnego drzewek owocowych. Przywitała się z dwiema koleżankami Alicji.
- Maćka już poznałaś - powiedziała Ala, obejmując męża w pasie. - Dagmary, mojej córki. chyba nie będzie. Wiesz, jak to jest z młodzieżą. Zawsze chodzą swoimi ścieżkami.
Maciek spojrzał zaskoczony na żonę.
- Gdzie poszła? Zabroniłem jej spać u koleżanek.
- Do Agaty, jej rodzice na pewno ich nie wypuszczą z domu, o to bądź spokojny.
Baśka odeszła kilka kroków, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie. Postawiła piwo na stoliku. Nie pozostała długo w samotności, bo do rozmowy zagarnęły ją dwie koleżanki Ali z pracy, Klaudia i Martyna. Dopytywały Baśkę o sprawę Bestii spod Babiej Góry. Ala musiała im wszystko opowiedzieć, widocznie śledziła doniesienia w telewizji. Odpowiadając, Zajda kątem oka widziała, jak Alicja całuje namiętnie męża na pożegnanie.
- No i po mężu. Maciek poszedł na nockę.
- A gdzie pracuje? - zapytała Baśka.
- Na Wesołej, w kopalni.
Zajda przyłapała się na tym, że wyobraziła go sobie w górniczym hełmie, z twarzą umorusaną węglem.
- To pijemy, dziewczyny! - zawołała gospodyni i wyciągnęła w stronę Zajdy ozdobioną palemką szklankę z jakimś kolorowym alkoholem. - Opowiadaj, Baśka, jakie te chłopy u was, w górach.
Świetnie się bawiła. Nie spodziewała się, bo prawie nie znała tych kobiet. Gdy wypiły, zamieniły polszczyznę na śląską gadkę, a wtedy zrobiło się naprawdę zabawnie.
- Alech mu nazdała, aże słowa niy m?g pedzieć! - chwaliła się Klaudia, jak postawiła się szefowi w pracy. - St?ł, choby go wryło. I d?ł mi yntlich16 ta piyprz?n? podwyżka. A j? gupi? tyrałach na nia p?ł roku.
- Wypijymy za to, dziołchy! - krzyknęła Martyna, wznosząc kieliszek.
Baśka nie mogła się na nią napatrzeć, bo była naprawdę piękna. Gdy przechylała lampkę wina, jej bransoletki zadzwoniły.
Tylko Ala prawie nie piła. Ciągle zerkała nerwowo na telefon. Baśka spojrzała na nią pytająco.
- Próbuję się do Dagmary dodzwonić. Nie odbiera, nie odpisuje na SMS-y. Pewnie wyszły jednak z domu. Denerwuję się.
- Rozumiem, ale nie popadaj w paranoję. Mówiłaś, że ona ma szesnaście lat.
Alicja potarła twarz.
- Jasne, tylko ty nie wiesz, co się u nas stało niedawno.
- Słyszałam.
Spojrzenia czterech kobiet spotkały się ze sobą. Gdzieś za płotem zaszczekał pies. Kilka posesji dalej było słychać radiową listę przebojów, a między nimi trwała cisza - niewypowiedziany strach przed nieznanym niebezpieczeństwem.
- Może zadzwoń do rodziców tej Agaty.
- Dagmara będzie na mnie zła.
- No tak, ale przecież nie możesz się tak męczyć.
Klaudia i Martyna podeszły bliżej.
- Dziewczyny, nie psujemy imprezy, zróbcie sobie drinka. - Ala próbowała przykryć zdenerwowanie szerokim uśmiechem. - Na pewno gówniara zaraz się znajdzie.
Niepostrzeżenie zrobiło się ciemno. Martyna puściła muzykę przez głośnik bluetooth, podczas gdy Ala rozmawiała cicho przez telefon w kącie ogrodu. Baśka gawędziła z nowymi koleżankami. Całe szczęście, wolały opowiadać o sobie. Klaudia mieszkała na Kosztowach i miała dwie córki w wieku przedszkolnym. Martyna była singielką, niedawno rozstała się z narzeczonym.
Nagle dobiegł je głos Ali, coraz bardziej podniesiony i nerwowy. Pobrzmiewały w nim histeryczne nuty.
- Jak to jej nie było?! Przecież umawiały się z Agatą przez telefon. Sama słyszałam! Chcę z nią porozmawiać, dajcie mi ją do telefonu.
Alicja czekała chwilę, z całej siły przyciskając komórkę do policzka. Jej źrenice rozwarły się nagle, jakby w nadziei. Po chwili jednak spuściła wzrok i schowała telefon.
Baśka przyglądała się koleżance, czując niezrozumiałą ulgę. Głęboko w środku cieszyła się, że sama nie jest matką. Chyba nie była gotowa na problemy nastolatków. Swoją drogą, Ala musiała urodzić Dagmarę bardzo wcześnie.
- Jak możemy ci pomóc? Chcesz jej poszukać? - zaproponowała Zajda.
Ala usiadła zrezygnowana na krześle.
- Ma któraś papierosa? - zapytała.
- Przecież ty nie palisz - zrugała ją Klaudia.
- Ale teraz bym zapaliła.
Baśka przypomniała sobie o swoim małym papierosowym deputacie, który chowała w torbie. Wyciągnęła paczkę. Martyna spróbowała przerwać ciszę.
- Nie martw się, Ala, tak to jest z młodzieżą. Jesteś dla niej bardzo pobłażliwa.
Baśka skrzywiła się na ten docinek, zastanawiając się, jak można tak komentować czyjeś życie w trudnej sytuacji.
Alicja wpatrywała się w żar na końcu papierosa, który czerwonym blaskiem rozjaśniał jej twarz.
- Pierwszy raz mnie okłamała. Wmanewrowała w to swoją koleżankę. Miała ją kryć.
Wypity przez kobiety alkohol szybko wyparował, mieszając się z wonią jaśminu.
- Głupio wyszło, wreszcie się z wami umówiłam... - Spojrzała na Zajdę. - Specjalnie przyszłaś, a ja muszę się zwijać i jej szukać.
Klaudia też musiała jechać do dzieci. Martyna jakoś się wykręciła. Po chwili Baśka wracała z Alą w kierunku Mikołowskiej.
- Pewnie myślisz, że przesadzam?
- Wcale nie. Nie mam dzieci, nie wiem, jak to jest.
Ala nagle przystanęła i spojrzała na nią poważnie.
- Wpadłam, jak miałam osiemnaście lat. Całe życie Dagmary starałam się ją wychować tak, żeby nie popełniła moich błędów. Chyba mi się nie udało, Baśka... - Przytuliła koleżankę spontanicznie. W ramionach Zajdy Ala wzięła ciężki oddech.
- Damy radę. Ona ma konto na Facebooku? - zapytała Baśka.
- Ma, ale nie chce mnie przyjąć do znajomych.
- Pokaż.
Ala wyszukała w aplikacji profil córki. Był częściowo ukryty, ale dało się zobaczyć kilka zdjęć. Baśka kliknęła w komentarze pod jednym z nich - niewyraźną fotografią z połową twarzy zakrytą czarnymi włosami. "Hot", "Laseczka", pisali rówieśnicy. Na profilu nie było żadnych świeżych zdjęć ani relacji mogących pomóc w zlokalizowaniu dziewczyny.
- Wiesz, gdzie zazwyczaj chodzi z koleżankami?
- Najczęściej do galerii handlowej albo na rolki. Wieczorami raczej jej nie puszczam, tylko do przyjaciółek. Ale dlaczego mnie oszukała, że śpi u Agaty? Ona coś zaplanowała.
- A spróbuj zadzwonić przez Messengera albo WhatsAppa.
- Już próbowałam, jest nieaktywna. Do jej dwóch innych koleżanek też dzwoniłam. Mówią, że nic nie wiedzą.
- To zadzwońmy przez komunikator do osób komentujących jej zdjęcia. Może są wśród nich jacyś nowi znajomi, których nie kojarzysz.
Dotarły do Mikołowskiej i usiadły na ławce. Ala zadzwoniła jeszcze na telefon stacjonarny w swoim mieszkaniu, żeby sprawdzić, czy córka czasem nie wróciła do domu. Nikt nie odebrał. Zaczęły wyszukiwać profile, które aktywnie komentowały zdjęcia Dagmary. Kilka z nich odpisało na jej wiadomość. Były zaskoczone. Żadna nie wiedziała, gdzie ani z kim może być Daga, jak ją nazywały.
Tymczasem nad Mysłowicami pojawił się księżyc w pełni. Ala była coraz bardziej roztrzęsiona. Wstała.
- Chodź, poszukajmy trochę na mieście. Może gdzieś siedzi, w jakimś ogródku piwnym, albo ktoś ją widział.
Szły w stronę Śródmieścia, zaglądając na wszystkie podwórka. Podbiegały do grupek młodych ludzi, którym Ala pokazywała ekran telefonu ze zdjęciem Dagmary. Młodzi kręcili głowami. Przeszły pod przejściem kolejowym i dalej na Bytomską. Na Rynku także spotkały grupki młodzieży. Baśka wzięła telefon od Ali i pokazała fotografię dziewczynom siedzącym w ogródku piwnym na Rynku.
- Widziałyście ją dzisiaj wieczorem?
- O, Daga! Co się odwala? - zapytała jedna z nich. Zaraz po wypowiedzeniu tych słów spojrzała na koleżanki i umilkła, zatapiając usta w piwie.
Zajda oddała komórkę Alicji i przykucnęła przy dziewczynie.
- To jest mama Dagi. - Wskazała stojącą z jej boku Alę. - Bardzo się martwi, bo Daga zniknęła, a miała być u koleżanki. Wiesz cokolwiek? Gdzie może być? Z kim ostatnio spędzała czas? Będziemy ci wdzięczne.
- Ja ją znam tylko z widzenia, ze szkoły. Nie widziałam jej dzisiaj.
Nikt nie miał ochoty im pomóc. Milczeli, patrząc tępo w telefony. Baśka podeszła do Ali, która wciąż wybierała numer córki.
- I co?
- Nic nie wiedzą.
Nagle ze stolika obok dobiegły je podniesione głosy:
- Karetki jadą pod kopalnię Mysłowice-Wesoła. Ja pierdolę. Mój stary jest na nocce.
Alicja cała zesztywniała. Zacisnęła dłoń na ramieniu Baśki.
- Maciek - powiedziała słabym głosem, dochodzącym jakby zza szyby.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
9 nie podołasz (śl.).
10 założę się (śl.).
11 pół litra (śl.).
12 ty sobie z nas nie żartuj (śl.).
13 tygodnia (śl.).
14 wystarczająco (śl.).
15 opiekę (śl.).
16 w końcu (śl.).