Daleki rejs - Magdalena Buraczewska-Świątek

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (38,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Czasem wydaje się, że to miejsca wybierają nas, a nie my je. Czasem wiatr niesie więcej niż tylko ziarenka piasku, boleśnie ocierające się o kostki u nóg, czy ledwo wyczuwalny smak morskiej soli na ustach - niesie historie, które czekały wśród fal na właściwy moment, żeby mogły zostać opowiedziane. Czasem pusta plaża w maju mówi więcej niż ta zatłoczona w lipcu, bo cisza pozwala usłyszeć szepty przeszłości i dostrzec klimat inny niż ten wakacyjny.

Moja wizyta w Darłowie w maju 2025 roku miała być zwykłym wypoczynkiem podczas krótkiego urlopu. Maj to jednak nie pora na romantyczne spacery brzegiem Bałtyku - wiatr szarpie myśli jak pranie zawieszone na sznurku, słońce gra w chowanego z chmurami, a morze przypomina raczej srebrne zwierciadło melancholii niż lazurową obietnicę szczęścia. Ale właśnie ta surowa prawda miejsca, ta autentyczność oczyszczona z wakacyjnych iluzji, sprawiła, że Darłówko stało się dla mnie nie zwykłym celem podróży, lecz prawdziwym objawieniem.

Spacerując przypadkowo odkrytym literackim szlakiem Tyrmanda - od dworca, gdzie niegdyś wysiadali bohaterowie jego opowieści, do latarni morskiej, która wciąż dzielnie stoi na straży historii tego miejsca - zatrzymałam się przy urokliwej rzeźbie koło Hotelu Apollo. Tam, patrząc w oczy postaci wykutych w brązie, poczułam, że to miejsce ma duszę. Duszę, która pamięta każdego, kto kiedykolwiek stanął na tym nabrzeżu z sercem pełnym marzeń. Która zbiera opowieści jak rybak sieci, cierpliwie, systematycznie, z nadzieją, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto będzie umiał je właściwie opowiedzieć.

I właśnie tam, gdy majowy wiatr splątywał mi włosy i niósł echem krzyki mew, przyszła do mnie ta historia. Nie jak błyskawica inspiracji, ale jak przypływ - powoli, naturalnie, jakby zawsze tu była i tylko czekała, aż będę gotowa ją przyjąć.

To wymyślona opowieść o ludziach, którzy wracają do portów swojego dzieciństwa i odkrywają, że morze pamięta nie tylko statki - pamięta też serca. O tym, że niektórych bajek trzeba wysłuchać dwa razy: raz jako dziecko, które w nie wierzy, i raz jako dorosły, który rozumie, dlaczego powinny być prawdziwe.

Tyrmand opisał siedem rejsów przez świat wielkiej historii. Ja chcę opowiedzieć o ósmym - tym, który płynie nie przez oceany geografii, ale przez archipelagi pamięci, przez cieśniny czasu, przez głębiny tego, co straciliśmy, i tego, co może się jeszcze odnaleźć.

To historia o maju 2024 roku, gdy Darłowo przyciągnęło dwoje ludzi, którzy myśleli, że ich drogi rozeszły się na zawsze. Gdy okazało się, że niektóre historie są jak butelki z listem wyrzucone w morze - płyną latami, aż wreszcie fale wyniosą je na właściwy brzeg we właściwym czasie, do właściwych rąk.

Bo czasem trzeba odpłynąć na siedem mórz, żeby zrozumieć, że serce zawsze chciało wrócić do tego samego portu.

A czasem wystarczy majowy wieczór na darłowskiej plaży, aby odkryć, że najpiękniejsze historie zaczynają się od słów: "To niemożliwe...". I kończą słowami: "A jednak".

Darłowo, maj 2025Napisane z wdzięcznością dla miejsca, które nauczyło mnie,że każdy port ma swoją historię do opowiedzenia - trzeba tylko umieć słuchać szumu fal.

Rozdział 1

Maj 2024, Darłówko

Gdyby ktoś zapytał Polę Nowakowską o najgorszą porę roku w Darłowie, odpowiedziałaby bez wahania: maj. Nie dlatego, że pogoda jest nieprzewidywalna - choć faktycznie jest. Nie dlatego, że w mieście roi się od robotników przygotowujących pensjonaty na sezon - choć to również prawda. Maj był najgorszy, ponieważ był pełen obietnic, co do których nikt nie miał pewności, czy zostaną dotrzymane.

Właśnie dlatego siedziała teraz przed komputerem w swoim pokoju na piętrze domu przy ulicy Słonecznej, wpatrując się w migający kursor na pustej stronie dokumentu. Za oknem majowy wiatr szarpał zasłonami, a w oddali słychać było charakterystyczny dźwięk młotków i wierteł - ktoś remontował taras w ostatniej chwili przed czerwcowym najazdem turystów.

"Rozdział siódmy" - napisała, potem skasowała. "Rozdział siódmy. Wracam" - lepiej, ale wciąż brzmiało sztucznie. Jej powieść o przedwojennym Darłowie tkwiła w tym miejscu już od tygodnia. Bohaterka Wanda miała właśnie wrócić do miasta po latach nieobecności, by spotkać się z mężczyzną, który kiedyś złamał jej serce. Ale co ona powinna mu powiedzieć? Jak się zachować? Czy można naprawdę wrócić do miejsca, które się opuściło z bólem?

Pola westchnęła i zamknęła laptopa. Może problem był w tym, że zbyt dobrze znała uczucie, które próbowała opisać.

Była niepoprawną romantyczką od dziecka. W podstawówce pisała różowym długopisem listy miłosne do chłopców z klasy, rysując serduszka zamiast kropek nad "i". W liceum wierzyła, że każda pierwsza miłość jest tą jedyną, prawdziwą, i płakała nad Romeem i Julią, czytając scenę balkonową po raz dziesiąty. Uwielbiała też Elizabeth Bennet i pana Darcy'ego, przeżywając wraz z bohaterką każde słowo jego pierwszego, niefortunnego wyznania miłości - to odrzucenie, tę gorycz, a potem powolne odkrywanie, że prawdziwa miłość czasem przechodzi przez nieporozumienia i dumę, żeby w końcu rozkwitnąć jeszcze piękniej.

W Warszawie kolekcjonowała piękne zdania o miłości, które przepisywała kaligraficznym pismem do jasnoróżowego notesu, jakby to były skarby. Wierzyła w cud pierwszego spojrzenia, w to, że prawdziwą miłość poznaje się od razu - jak błyskawicę, jak wschód słońca nad morzem. Marzyła o mężczyźnie, który będzie patrzył na nią tak, jakby była najpiękniejszym cudem świata. Pisał dla niej wiersze na serwetkach w kawiarniach i tańczył z nią w deszczu jak w starych filmach.

Gdy poznała Tomka, który rzeczywiście bez żadnego powodu przynosił jej we wtorki białe tulipany i szeptał, że ma oczy przypominające letnie niebo, jej serce zatrzepotało jak motyl uwięziony w słoiku. To jest to, myślała, patrząc na siebie w lustrze z rumieńcami na policzkach. Wreszcie przyszedł po mnie mój książkowy bohater.

Tak bardzo się starał przez całe trzy miesiące ich związku. Ich miłość była jak z bajki - pełna szeptanych wyznań przy świecach, długich spacerów pod gwiazdami i planów na przyszłość rysowanych palcem na zaparowanej szybie. Pola wierzyła w każde jego słowo, tak samo jak będąc małą dziewczynką, wierzyła w to, że gdy zadepcze się pająka, to będzie padał deszcz, a znaleziona stokrotka spełnia życzenia.

Dlatego odkrycie prawdy było jak przebudzenie z najpiękniejszego snu - bolesne, brutalne i całkowicie niespodziewane. A ponieważ los lubi się znęcać, wszystko spadło na nią jednocześnie. Najpierw agencja reklamowa OriginAll, w której przez trzy lata budowała swoją karierę, ogłosiła bankructwo. Właściciel zniknął z kasą, zostawiając dwadzieścioro pracowników bez pracy i miesięcznych wynagrodzeń. Potem, jakby to nie było wystarczająco bolesne, Pola postanowiła zaskoczyć Tomka w jego mieszkaniu - wprawdzie mieli za sobą zaledwie trzy miesiące znajomości, ale tak piękne, pełne planów i marzeń o wspólnym życiu, że wydawało się, jakby mieli przed sobą całą przyszłość. Chciała mu opowiedzieć o stracie pracy, znaleźć zrozumienie w jego oczach, może nawet porozmawiać o tym, czy nie czas pomyśleć o wspólnym mieszkaniu, skoro i tak spędzali razem każdą wolną chwilę.

Jedynie babcia Róża była zdecydowaną przeciwniczką tego pomysłu. "Poluś, córeczko, nie tak szybko z tym chłopakiem" - mówiła, patrząc na wnuczkę z troską w mądrych, niebieskich oczach. - "Prawdziwej miłości nie poznasz po trzech miesiącach. Czasem całego życia braknie, by wiedzieć, że to ona". Pola tylko się śmiała, przekonana, że babcia jest zbyt ostrożna, zbyt stara, żeby zrozumieć młodzieńczą miłość. Gdyby tylko posłuchała... Ale babcia zmarła miesiąc wcześniej, przez co straciła jedną z najważniejszych osób w życiu.

Zastała go z Karoliną z recepcji - tą samą, która zawsze uśmiechała się do niej tak słodko, wnosząc kawę na spotkania. Okazało się, że ich "książkowa miłość" była dla Tomka tylko miłym dodatkiem do prawdziwego romansu, który prowadził od tygodni.

Wróciła do rodzinnego domu z jedną walizką, sercem pękniętym na pół, prawie pustym kontem bankowym i postanowieniem, że już nigdy więcej nie pozwoli swoim marzeniom tak bardzo wyprzedzać rzeczywistość. Ale gdzieś głęboko, bardzo głęboko, mała dziewczynka, która pisała listy miłosne różowym długopisem, wciąż szeptała jej do ucha: "A może następnym razem będzie inaczej?".

Teraz, jako dwudziestosześcioletnia freelancerka pisząca teksty marketingowe dla firm z całej Polski, zarabiała na życie, ale nie odzyskała jeszcze wiary w swoje możliwości. Książka o Darłowie miała to zmienić. Miała być jej powrotem do prawdziwego pisania, do literatury, którą kochała od dzieciństwa.

Spojrzała przez okno na morze, które tego późnego popołudnia przypominało pomarszczoną srebrną folię. Może właśnie to był problem - siedziała tu od rana, próbując napisać o kobiecie, która wraca nad morze, podczas gdy sama potrzebowała tej bliskości fal, żeby znaleźć właściwe słowa. Może dlatego tak kochała to miejsce - bo Bałtyk nigdy nie udawał czegoś, czym nie był. Nie był lazurowy jak Morze Śródziemne z pocztówek, nie miał na brzegu palm ani bialutkiego piasku. Bywał szary, kapryśny, czasem groźny lub tak spokojny, że można było pomyśleć, że to wielkie jezioro. Ale właśnie ta szczerość, ta odmowa bycia pięknym na siłę, sprawiała, że Pola czuła się przy nim bezpieczna. Morze nie kłamało, nie obiecywało więcej, niż mogło dać.

W jej wyobraźni Bałtyk był pełen tajemnic - łodzi rybackich z siedemnastego wieku, bursztynowych skarbów, wiadomości w butelkach płynących ku odległym brzegom. Ale w rzeczywistości był czymś jeszcze lepszym: miejscem, które pamiętało ją jako dziecko. Tutaj z mamą zbierały muszelki i robiły z nich bransoletki, tutaj budowała zamki z piasku tak skomplikowane, że wyglądały jak miniaturowe miasta.

Darłówko, ta spokojna dzielnica Darłowa, zmieniało się przez lata - pojawiały się nowe pensjonaty, apartamentowce, eleganckie restauracje, jak Stały Ląd na ulicy Władysława IV, otwarty niedawno tuż przy porcie, z panoramicznymi oknami wychodzącymi na nabrzeże i aromatem świeżych ryb unoszącym się z kuchni. Ilekroć Pola przechodziła obok, w głowie rozbrzmiewała jej piosenka Kayah i Krzysztofa Kiljańskiego "Prócz ciebie, nic". Wokalistka prosiła w niej ukochanego, by trwał blisko, bo gdy wokół szaleje wzburzone morze, tylko jego dłoń jest tytułowym stałym lądem. Wtedy, w liceum, wydawało się to takie prawdziwe, takie piękne. Teraz, po wszystkim, co przeszła, słowa te brzmiały ironicznie, ale restauracja wciąż nazywała się Stały Ląd. Lokal szybko zyskał popularność wśród turystów i miejscowych, jednak dla niej był symbolem tego, jak jej rodzinne miasto próbuje pogodzić tradycję z nowoczesnością.

Ale morze pozostawało niezmienne - jak jedyny prawdziwie stały ląd w świecie pełnym przemian. Plaża wyglądała tak samo jak dwadzieścia lat temu, gdy Pola robiła pierwsze kroki po piasku, trzymając się palca taty. Port pachniał tak samo - solą, tanem1, rybami i przygodą. I wciąż, gdy Pola stała na brzegu o zmierzchu, miała wrażenie, że za horyzontem czekają wszystkie możliwe historie świata.

Tutaj też, w wieku dwunastu lat, przeczytała po raz pierwszy Siedem dalekich rejsów Tyrmanda, siedząc na ławce przy Hotelu Apollo, pod rzeźbą przedstawiającą postaci z jego książki i filmu, który powstał na jej podstawie. Mama kupiła jej tę książkę w darłowskiej księgarni, mówiąc: "Skoro tak kochasz to miejsce, powinnaś poznać historię, którą o nim napisał wielki pisarz". Pola pochłonęła ją w jeden dzień, a potem przeszła cały literacki szlak od dworca do latarni morskiej, wyobrażając sobie bohaterów Tyrmanda spacerujących tymi samymi ulicami.

Kiedy odkryła, że na podstawie książki powstał film "Naprawdę wczoraj" z Beatą Tyszkiewicz i Andrzejem Łapickim, błagała rodziców, żeby go wypożyczyli. Oglądała go potem niezliczoną liczbę razy, chłonąc każdą klatkę, w której pojawiało się jej ukochane Darłowo. W filmie jej rodzinne miasto było jeszcze bardziej magiczne - uliczki wydawały się tajemnicze, port mroczniejszy, a morze niemal nieskończone. Beata Tyszkiewicz spacerująca po darłowskim nabrzeżu była wcieleniem wszystkich kobiet, o których marzyła Pola - pięknych, niezależnych, zdolnych do wielkiej miłości i wielkich wyborów.

Każdy kadr był dla niej skarbnicą marzeń - te same miejsca, które znała od dzieciństwa, nagle rozbłyskiwały kinową poezją, stawały się scenografią dla historii, które mogły się wydarzyć naprawdę. Film nauczył ją patrzeć na Darłowo oczami marzycielki, dostrzegać w codziennych spacerach po molo potencjał wielkich romansów, w zwykłych restauracjach - miejsca, gdzie można spotkać miłość życia. Wtedy po raz pierwszy pomyślała, że chce być pisarką - pragnie nie tylko czytać piękne historie, ale również je tworzyć. Że może kiedyś napisze książkę o Darłowie, tak poruszającą jak Tyrmand.

***

Wstała zdecydowanie i sięgnęła po kurtkę. Jeśli nie mogła opisać powrotu Wandy, może powinna wyjść na plażę z aparatem - tam, gdzie zawsze znajdowała inspirację. W maju plaża była inna niż latem - surowa, autentyczna, pozbawiona kolorowych parasolek i krzyków dzieci. Właśnie taka, jaką pamiętała z dzieciństwa, kiedy z mamą zbierały bursztyny po sztormach, a wiatr był tak silny, że trzeba było trzymać się za ręce, żeby nie stracić równowagi.

Schodząc po schodach ze swojego pokoju na piętrze, krzyknęła w stronę kuchni:

- Mamo, idę na plażę zrobić kilka zdjęć do książki! Wrócę za godzinę!

- Uważaj na siebie! - odkrzyknęła matka. - I weź kurtkę z kapturem, wieczorem może być chłodno, a teraz wieje tak, że prawie głowę urywa.

Pola uśmiechnęła się, słysząc znajomą troskę w głosie mamy. Nawet teraz, gdy miała dwadzieścia sześć lat, ona wciąż przypominała jej o kurtkach i o tym, żeby nie wracała zbyt późno.

Wychodząc z domu przy ulicy Słonecznej, spojrzała w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca, gdzie górujące apartamentowce Marina Royale zmieniały oblicze Darłówka, zastępując rybacki klimat surową, nowoczesną geometrią. Dwa już stały, kolejne były w budowie - maj 2024 roku oznaczał brzęk koparek i odgłos betoniarek mieszający się z szumem fal. Z okien budynków roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na morze, latarnię morską i całe Darłówko Wschodnie, ale opinie mieszkańców były podzielone - jedni narzekali na "betonową zabudowę niszczącą nadmorski klimat", inni cieszyli się z inwestycji przyciągających turystów z portfelami.

Kierując się w stronę promenady, poczuła znajomą radość z tego, że mieszka w miejscu, które inni wybierają na wakacje. To było jedno z nielicznych błogosławieństw powrotu do domu po warszawskiej katastrofie - codziennie budziła się z widokiem na morze, choć większość ludzi widziała je tylko przez kilka tygodni w roku.

Bałtycki wiatr, ten nieodłączny towarzysz każdego dnia w Darłówku, wiał dziś ze szczególną mocą. Były w nim jednocześnie smutek i radość. Niósł zapach alg wyrzuconych przez sztorm sprzed dwóch dni, ale też świeżość nowego początku, jakby morze oczyszczało się przed przyjęciem kolejnego sezonu. Pola zawsze wierzyła, że wiatr nad Bałtykiem ma swoją osobowość - czasem łagodną jak westchnienie, czasem dramatyczną jak opera, a dziś... dziś był pełen oczekiwania, jak gdyby też przeczuwał, że coś miało się wydarzyć.

Kilka minut później przeszła przez rozsuwany most łączący brzegi Wieprzy, mijając nieliczne osoby, które podobnie jak ona postanowiły skorzystać z wieczornego spaceru. Okres przed majówką był najcichszą porą roku - turyści zjawią się dopiero jutro albo pojutrze, gdy zacznie się długi weekend, a mieszkańcy wciąż siedzieli w domach, zniechęceni nieprzewidywalną pogodą. Od kilku dni wiał silny wiatr, a słońce było kapryśne, wychodziło rzadko i na krótko, jakby samo nie mogło zdecydować, czy miesiąc ma być wiosenny, czy jeszcze zimowy.

Ale właśnie ta niepewność pogody sprawiała, że Darłówko miało swój prawdziwy, surowy charakter. Minęła Hotel Apollo z charakterystyczną rzeźbą, potem napis "Darłowo", który latem oblegali turyści robiący sobie zdjęcia, a który teraz stał opuszczony - tylko wiatr sypał piachem w jego stronę.

Schodząc na plażę, poczuła się, jakby była jedyną osobą na świecie. Gdzieś bardzo daleko, przy samej wodzie, dostrzegła kilka sylwetek - pewnie miejscowych na wieczornym spacerze albo rybaków sprawdzających, czy sztorm nie wyrzucił czegoś ciekawego na brzeg. Ale tutaj, w tym miejscu, miała plażę tylko dla siebie.

Szła brzegiem morza, czując, jak wiatr rozpędza myśli stłoczone w głowie po całym dniu. Aparat miała przewieszony przez ramię, a w kieszeni notes - na wypadek gdyby przyszła do niej inspiracja słowna, nie tylko wizualna.

Słońce, które w końcu przebiło się przez chmury, chyliło się już ku zachodowi, malując niebo w odcienie różu i złota, które sprawiały, że nawet szare fale Bałtyku wyglądały jak płynne srebro. To jest to, pomyślała, robiąc pierwsze zdjęcie. Takie światło widziała Wanda, gdy wracała do Darłowa. Takie samo piękno, taką samą nadzieję na nowy początek...

Właśnie klękała przy brzegu, żeby uchwycić sposób, w jaki fale uderzają w falochron, gdy usłyszała za sobą głośny śmiech i krzyki dobiegające od strony wydm.

Odwróciła się i zobaczyła grupę mężczyzn idących w jej kierunku po plaży. Pięciu, może sześciu, w wieku około trzydziestki, wyraźnie w dobrym nastroju i lekko podchmielonych. Mieli na sobie markowe kurtki i wyglądali jak typowi mieszkańcy większego miasta - pewnie Gdańska albo Gdyni, może Sopotu. W rękach trzymali butelki piwa, a ich głośne rozmowy niosły się daleko po pustej plaży.

Pola postanowiła się wycofać. Nie była nieśmiała z natury, ale gdy spotykała grupę nieznanych mężczyzn na pustej plaży o zmierzchu, rozsądek podpowiadał jej ostrożność. Poza tym chciała dokończyć sesję zdjęciową, zanim słońce całkiem się schowa.

Niestety jeden z nich ją zauważył.

- O! Patrzcie, kto tu się skrada. Jakaś artystka! - zawołał wesoło mężczyzna w czerwonej kurtce, podnosząc butelkę piwa w geście powitania. - Cześć, piękna! Robisz zdjęcia zachodu słońca?

Pola uśmiechnęła się uprzejmie, ale się nie zatrzymała.

- Dobry wieczór. Tak, korzystam z pięknego światła.

- A może zrobisz nam zdjęcie? - zaproponował inny, szczupły blondyn z głosem już wyraźnie zmęczonym od alkoholu. - Kawalerskie party nad Bałtykiem! Marek żeni się w czerwcu, to ostatnia okazja na szalony weekend!

- To historyczny moment! - dorzucił trzeci, krępy brunet. - Facet przedzierał się przez całe życie jak prawdziwy wilk morski, a teraz łapie go jakaś Julia z korporacji!

Grupa wybuchła śmiechem, a Pola czuła się coraz bardziej niekomfortowo.

- Przykro mi, nie pomogę. Spieszę się - odpowiedziała, próbując ich ominąć.

- A co? - zapytał jeden z nich, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów. - Mama wołała na kolację?

Pola poczuła znajome ukłucie zdenerwowania. To nie była pierwsza taka uwaga w jej życiu. Miała dwadzieścia sześć lat, ale wyglądała na młodszą - może przez te ciemnobrązowe, nigdy niefarbowane włosy, które w słońcu mieniły się odcieniami kasztanu i które dziś miała związane niedbale w kucyk, bo wiatr i tak rozwiewał każdą inną fryzurę. A może z powodu tej sportowej kurtki z naciągniętym na głowę kapturem, przez który widać było tylko kawałek jej twarzy - duże, zielone oczy i ładnie wyprofilowane usta, choć te nie pasowały do aktualnego trendu na duże, wydatne wargi.

Nie była zbyt wysoka, raczej średniego wzrostu, a dzisiejsze szare dresy, które nieco opinały się na pupie, najwidoczniej zwróciły uwagę mężczyzn. Wiedziała, jak wygląda - niepozornie, zwyczajnie, jakby rzeczywiście mama właśnie wołała ją na kolację, a jednocześnie było w niej coś dziewczęcego, kobiecego, co sprawiało, że ludzie patrzyli dwa razy. W szkole niektórzy przez to wołali na nią Apolonia, choć dobrze wiedzieli, że Pola to odrębne imię i że w jej przypadku nie pochodzi od tamtego staroświeckiego imienia. Ale ta dziecięca twarz, ten sposób ubierania się, jakby nigdy nie opuściła liceum...

- Nie, spieszę się na kolację - odpowiedziała chłodno. - Po prostu nie jestem zainteresowana.

Ale mężczyźni, rozochoceni alkoholem i atmosferą weekendu, nie dawali za wygraną.

- Ale czym nie jesteś zainteresowana? - spytał jeden z nich z szerokim uśmiechem, a wszyscy zarechotali. - Oj, ty mała zbereźnico! A mówią, że to faceci myślą tylko o jednym.

Pola poczuła, jak policzki robią jej się czerwone, ale tym razem nie z zawstydzenia, lecz ze złości. Znała ten typ humoru, te aluzje, ten sposób, w jaki mężczyźni myśleli, że są zabawni, gdy w rzeczywistości byli po prostu żałośni.

- Nie jestem zainteresowana waszym towarzystwem - powiedziała jeszcze bardziej stanowczo, próbując zachować spokój w głosie. - A teraz naprawdę muszę iść.

- Ale dlaczego tak od razu uciekasz? - Blondyn nie odpuszczał. - Wieczór jest młody, plaża romantyczna... Może po prostu nie spotkałaś jeszcze prawdziwych mężczyzn?

- Dokładnie! - podchwycił brunet. - My ci pokażemy, jak się bawi w Darłówku! Mamy apartament z widokiem na morze, dobre wino. Jeśli ty z tych bardziej wymagających, to i kwiaty się znajdą...

Sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Pola cofała się powoli, ale grupa szła za nią, nie dając jej odejść.

- Pokaż, co tam fotografujesz! - rzucił jeden z mężczyzn, próbując chwycić jej aparat. - Może jakieś artystyczne zdjęcia? Albo selfie dla chłopaka?

- Nie ma chłopaka, nie widzisz? - Zaśmiał się inny. - Samotna dziewczyna na pustej plaży... My samotni, ona samotna. To znak!

Pola wyrwała aparat i cofnęła się jeszcze bardziej, ale było ich pięciu, a oni - choć nie przejawiali fizycznej agresji - byli natrętni w ten sposób, który sprawiał, że czuła się jak zwierzyna w pułapce. Zaczęła rozglądać się po plaży, szukając kogoś, do kogo mogłaby krzyknąć o pomoc, ale tamte odległe sylwetki, które widziała wcześniej, gdzieś zniknęły. Wiedziała, że to nie są mężczyźni, którzy chcieliby zrobić jej krzywdę. To były tylko głupie zaczepki, jakby grupa dorosłych facetów zerwała się z łańcucha podczas weekendu kawalerskiego. Jednak właśnie to czyniło sytuację jeszcze bardziej frustrującą - oni nawet nie zdawali sobie sprawy, jak bardzo się boi.

W tym momencie kątem oka dostrzegła postać biegnącą po plaży w ich kierunku. Kolejny mężczyzna dołączył do grupy, wyraźnie zdyszany, jakby się spieszył, żeby ich dogonić.

O nie, pomyślała Pola. Jeszcze jeden. Ale zamiast przyłączyć się do zabawy, nieznajomy stanął obok niej i zwrócił się do swoich kolegów:

- Panowie, chyba was poniosło i wydaje mi się, że ta pani woli być sama.

Pola spojrzała na niego zaskoczona. W wieczornym świetle nie dostrzegła żadnych szczegółów - jedynie, że był dość wysokim brunetem i że w jego głosie nie było śladu alkoholowej wesołości, która cechowała resztę grupy.

- O, jest i Maciek! Wzór moralności się odezwał! - prychnął ten w czerwonej kurtce, a pozostali wybuchnęli śmiechem.

- Daj spokój, stary! - Blondyn klepnął go po plecach. - Przecież jesteś wolny jak ptak! Korzystaj z chwili!

- A pani to chyba po prostu się nas boi - wtrącił brunet - a nie powinna. Mamy dobre zamiary, na pewno się do siebie przekonamy!

- Nie boi się - odparł stanowczo Maciek. - Po prostu nie ma ochoty na nasze towarzystwo. I to wystarczy.

- Ej, co ci się stało? - Jeden z kolegów spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Od kiedy jesteś takim obrońcą damskiej cnoty?

- Od zawsze. A teraz może pójdziemy z powrotem do miasta?

- Serio, Maciek, nie rozumiem cię - nalegał ten w czerwonej kurtce. - Masz przecież wolną rękę! Natalia nawet nie wie, gdzie jesteś!

- To nie ma nic do rzeczy. Przestań!

- Właśnie, że ma! - Blondyn nie odpuszczał. - Słuchaj, to twój ostatni wolny weekend przed...

- Powiedziałem: "dość" - przerwał mu Maciek, a w jego głosie wybrzmiała żelazna nuta, która sprawiła, że nawet podchmieleni koledzy zrozumieli, że lepiej nie drażnić lwa.

Grupa wymieniła spojrzenia, wyraźnie niezadowolona z obrotu sprawy.

- No dobra - mruknął brunet. - Obrońca uciśnionych się znalazł. Szkoda, że swojej Natalii tak nie pilnujesz.

- A może i dobrze - dodał ktoś inny ze złośliwym uśmiechem.

Maciek zacisnął usta, ale nie odpowiedział. Koledzy powoli ruszyli z powrotem w stronę apartamentowców, mamrocząc pod nosem o zepsutej zabawie i przesadzonej reakcji. Na odchodne rzucili jeszcze kilka nieprzyjemnych komentarzy pod adresem "zbyt wrażliwych facetów".

Gdy się oddalili, na plaży zapadła cisza, przerywana tylko szumem fal i odległym echem ich głosów.

Maciek odwrócił się do Poli.

- Przepraszam za nich - powiedział cicho. - Czasem zachowują się jak... no, właśnie tak.

Pola spojrzała na niego, wciąż kurczowo trzymając aparat w dłoniach.

- Dziękuję - odparła po chwili.

Mężczyzna pokiwał głową, a potem spojrzał na pustą plażę dookoła nich.

- Może mogę pani jakoś pomóc? Dokądś ją odprowadzić? Robi się już późno, dziwi mnie, że tak pani sama... paraduje tu o tej porze.

Pola poczuła ukłucie irytacji. Najpierw jego koledzy zepsuli jej spokojną sesję fotograficzną, a teraz on ją pouczał, jakby była jakąś zagubioną turystką?

- Mieszkam niedaleko - burknęła. - I nie potrzebuję pomocy. Znam tę plażę od dziecka.

Ton jej głosu jasno komunikował: Ja tu należę. To wy jesteście intruzami.

Maciek najwyraźniej zrozumiał ten ukryty przekaz, bo na jego twarzy pojawił się cień zakłopotania.

- Oczywiście, przepraszam. Nie chciałem... - zawahał się. - Po prostu po tym, co się stało, pomyślałem...

- Pomyślał pan, że jestem bezbronną dziewczynką, która potrzebuje rycerza na białym koniu? - dokończyła za niego Pola, a potem westchnęła, czując, że może jest zbyt ostra. W końcu ten człowiek właśnie jej pomógł. - Przepraszam. To nie pana wina. Po prostu... to jest moje miejsce. Chodzę tu od lat i nigdy nic mi się nie stało.

- Rozumiem, ale czasy się zmieniają - stwierdził ze spokojem Maciek. - Ma pani rację. Jeszcze raz przepraszam za kolegów. I za siebie też.

Stali tak przez chwilę w ciszy, słuchając szumu fal. Słońce już prawie zniknęło za horyzontem, zostały tylko różowe smugi na niebie i chłodny wiatr, który przynosił zapach wieczoru.

- Mogę zapytać, co pani fotografuje? - odezwał się w końcu Maciek, wskazując na aparat w jej dłoniach.

Pola spojrzała z wahaniem na niego, potem na morze.

- Zbieram materiały do książki. Piszę o... o ludziach, którzy wracają do miejsc, które kiedyś zostawili.

Maciek pokiwał głową, jakby zrozumiał więcej, niż powiedziała.

- To brzmi jak ważna historia.

- Może - rzuciła obojętnie Pola, nie chcąc się bardziej otwierać przed obcym.

Cisza znów zaległa między nimi. Maciej wsunął ręce do kieszeni i spojrzał w kierunku, w którym zniknęli jego koledzy.

- Powinienem już iść - powiedział w końcu. - Jeszcze raz przepraszam za całe to zamieszanie.

- W porządku - zapewniła go Pola.

Skinął głową i ruszył w stronę wydm. Po kilku krokach zatrzymał się i odwrócił.

- Proszę na siebie uważać. - Tym razem w jego głosie nie było pouczenia, tylko szczera troska.

Pola patrzyła, jak mężczyzna znika w mroku, a potem została sama z szumem morza i aparatem w dłoniach. Podniosła go i zrobiła ostatnie zdjęcie tego dnia - pustej plaży, na której zostały tylko jej własne ślady na piasku.

1 Tan - substancja organiczna pozyskiwana z kory dębowej, używana w żeglarstwie do konserwacji lin, żagli i sieci rybackich. Ma charakterystyczny, intensywny zapach, który jest nieodłącznym elementem atmosfery każdego portu morskiego.