Daleka przygoda - Wiesław Wernic

Kup ebooka

21.50 zł
15.84 zł (16,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są ja­sno­zie­lone, kiedy w upalne po­łu­dnie słońce od­bija się ja­skrawo na grzbie­tach pie­ni­stych fal.

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są ciem­no­nie­bie­skie, kiedy ró­żowy za­chód że­gna dzień ostat­nimi smu­gami ucie­ka­ją­cego świa­tła.

Wody Mo­rza Bał­tyc­kiego są czarne i srebrne, srebrno-czarne, kiedy na­staje księ­ży­cowa peł­nia i w ci­szę nocy usta­wicz­nie wpada grzmot fal.

Woda wal­czy z lą­dem, białe ję­zyki wil­goci suną przez drobny pia­sek wy­brzeża. A wśród tej nocy księ­ży­co­wej, raz po raz, nad li­nią ho­ry­zontu, bły­ska złota li­nia świa­tła. Bły­ska i ga­śnie, i znowu da­leki pro­mień wy­biega od strony lądu.

To la­tar­nia w Ro­ze­wiu.

Przed stu pięć­dzie­się­ciu laty wznie­siona bu­dowla mor­ska te­raz całą siłą mo­to­rów Schuc­kerta wy­syła w dal zbaw­cze sy­gnały.

A kiedy mgła za­wi­śnie nad mo­rzem i lą­dem, a bły­ski elek­trycz­nych lamp na próżno sta­rają się prze­drzeć białą za­słonę, co mi­nutę roz­lega się do­no­śny głos sy­reny i pro­stują drogi trans­oce­anicz­nych stat­ków.

Pod­czas let­nich nocy od brze­gów pół­wy­spu, tam gdzie Hel i Ja­star­nia bły­skają drob­nymi ogni­kami świa­teł, bie­gnie po­nad grzbie­tami fal i po­przez szum ła­god­nego wia­tru przy­tłu­miony głos mu­zyki.

W cie­płe noce od lądu bu­cha za­pach le­śnej ży­wicy. Kar­ło­wate so­sny, tro­skli­wie za­sa­dzone w wą­skim prze­smyku Kuź­nic, trza­skają ta­jem­ni­czo ga­łę­ziami, a cza­sem po­przez po­grą­żony w sen­nym mroku pół­wy­sep prze­mknie oświe­tlony wąż wa­go­nów.

POL­SKIE MO­RZE.

Sto trzy­dzie­ści pięć ki­lo­me­trów żółto-zie­lo­nego wy­brzeża, od uj­ścia le­ni­wej Pia­śnicy aż do Ko­le­bek. A ze środka tego po­strzę­pio­nego pasa pia­sków i le­si­stych wzgórz wy­bie­gają szare gła­dziny ła­ma­czy fal.

GDY­NIA.

Fala peł­nego mo­rza, od­bita o drew­niany po­most przy­stani hel­skiej, wpada na spo­kojne wody za­toki, liże mo­krym ję­zy­kiem burty ry­bac­kich ku­trów, zgro­ma­dzo­nych w Pucku, i ostat­kiem roz­pędu wbiega do por­to­wych ba­se­nów, żeby znie­ru­cho­mieć, za­mie­nić się w gładką płasz­czy­znę ciem­nej wody. Ale tu­taj nie dają jej długo od­po­cząć.

Czarny, przy­sa­dzi­sty, pę­katy ho­low­nik sa­pie gło­śno i sta­lową śrubą młóci toń. Po­ru­szona woda plusz­cze nie­spo­koj­nie nad wy­so­kim na­brze­żem i wy­rzuca fale spod rufy ho­lo­wa­nego okrętu, pę­dzi je poza ob­ręb awan­portu, poza hel­ski cy­pel.

Ro­śnie i po­tęż­nieje fala na otwar­tym mo­rzu.

Przy­ci­cha na ślu­zach Ka­nału Ki­loń­skiego, żeby no­wych sił na­brać od po­ry­wi­stych wia­trów Mo­rza Pół­noc­nego i obie­gł­szy pół świata, spo­cząć gdzieś na zło­tym pia­sku ko­ra­lo­wego atolu.

Tam, pod­czas nocy par­nej i go­rą­cej, pod srebr­nym Krzy­żem Po­łu­dnia, w ci­chym plu­sku wody zdra­dza sa­mot­nym pal­mom ta­jem­nice bia­łych nocy pol­skiego wy­brzeża i ta­jem­nice wia­tru, który zga­nia dymy znad ko­mi­nów do­mostw Rewy, Rzu­cewa, Kos­sa­kowa, Pier­wo­szyn i Ro­ze­wia.

Na grzbie­cie ta­kiej fali wy­jeż­dżała z wo­jen­nych por­tów Pol­ska Ar­mada Mor­ska, a dziś ta sama fala nie­sie na swych bar­kach szaro-błę­kitne, po­dłużne i gład­kie okręty wo­jenne, wiel­kie pa­rowce i ża­glowe barki.

Ta sama fala tłu­cze o ska­li­ste wy­brzeża za­chod­niej Afryki i przy­nosi pio­nie­rom pol­skiego osad­nic­twa po­zdro­wie­nia ze sta­rego kraju.

Ta sama fala plusz­cze roz­gło­śnie na wy­brze­żach no­wego kon­ty­nentu, tam gdzie ja­sno­włosy i nie­bie­sko­oki chłop upra­wia ży­zne pola w sło­necz­nej Pa­ra­nie.

Ta sama fala wita pol­skich łow­ców wie­lo­ry­bów u wrót pie­kiel­nej bramy - przy­lądka Horn i opusz­czo­nej Tierra del Fu­ego - Ziemi Ogni­stej.

Gdzie jest ląd, na któ­rym nie sta­nę­łaby mocna stopa Po­laka?

Al­gier i Egipt, An­gola i Przy­lą­dek Do­brej Na­dziei. Do­liny Ama­zonki, Mis­si­sipi i sku­tego lo­dem Yukonu. Po­łu­dniowa Afryka i pół­nocna Ame­ryka.

Wsie pol­skie w Bra­zy­lii, w Mon­ta­nii pe­ru­wiań­skiej, w Sta­nach, Ka­na­dzie, w Azji Mniej­szej. Ko­lo­nia pol­ska w Char­bi­nie, w Syd­ney, w Szan­ghaju...

Setki osie­dli, roz­rzu­co­nych po ca­łym świe­cie.

Setki na­zwisk po­dróż­ni­ków na­rodu, który, jakby na iro­nię losu, rzadko kiedy in­te­re­so­wał się spra­wami mo­rza, tej bramy sze­ro­kiego świata.

Trzeba było zie­mię przejść wszerz i wzdłuż, prze­wę­dro­wać oce­any, pod obcą słu­żąc ban­derą, żeby po la­tach, wzgar­dzony i za­po­mniany Bał­tyk na nowo po­czął ob­my­wać pół­nocne gra­nice mło­dego pań­stwa.

A wów­czas po­częły się dziać rze­czy dziwne.

Wzdłuż ca­łego Pół­wy­spu Hel­skiego po­ja­wiają się pa­rowe ka­fary i po­głę­biarki. Wbi­jają mocne pale i wy­rzu­cają za­mu­lony pia­sek w nędz­nych i opusz­czo­nych przy­sta­niach Helu i Pucka.

Hu­czą roz­gło­śnie na piasz­czy­stych ła­wi­cach Ja­starni.

Na za­po­mnia­nym przez Boga i lu­dzi, opusz­czo­nym ką­cie świata, zja­wiają się bry­gady ro­bot­ni­ków.

Sta­lowe szyny łą­czą uśpione wio­ski ry­bac­kie z cen­trum kraju.

Dłu­gie po­ciągi dud­nią dniem i nocą, a bla­skom oświe­tlo­nych okien wa­go­nów wtó­rują bły­ski la­tarń na Helu i Ro­ze­wiu.

Ludy roj­nego Ma­zow­sza, ży­znych Ku­jaw, za­du­ma­nej nad prze­szło­ścią ziemi kra­kow­skiej cią­gną na sło­neczne wy­brzeże, na pia­ski, diuny i osy­pi­ska, żeby piersi na­peł­nić no­wym od­de­chem, od­de­chem mo­rza, za­pa­chem soli i zie­lo­nych wo­do­ro­stów.

A nad Za­toką Gdań­ską, w miej­scu, gdzie od wie­ków znaj­do­wała się głu­sza i pustka, i jedna tylko wio­ska pod na­zwą Gdy­nia roz­sia­dła się nad nie­ru­chomą ta­flą wody, wy­ra­sta jak spod ziemi mia­sto i port pe­łen dy­mią­cych ko­mi­nów, zgrzytu kra­nów wę­glo­wych i hur­gotu elek­trycz­nych wind.

Speł­nia się sen Wła­dy­sła­wowy, ma­rze­nie Ste­fana Ba­to­rego, tę­sk­nota Jana Hen­ryka Dą­brow­skiego, pro­ro­cza wi­zja Ste­fana Że­rom­skiego.

Speł­nia się sen o mo­rzu.

Wie­czo­rem, kiedy słońce za­cho­dzi, a wiatr wzmaga się i pę­dzi weł­nia­ste grzywy bał­wa­nów na ławy pod­sy­pisk Wiel­kiej Wsi, Cha­łup, Ja­starni i Boru, w plu­sku wody i sze­le­ście drzew, zie­mia i mo­rze opo­wia­dają o lą­dach da­le­kich i błę­kit­nych oce­anach.

WIATR OD MO­RZA, WIATR OD MO­RZA!...

Wieje nam w twarz i szumi gło­sem DA­LE­KIEJ PRZY­GODY.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ZA­MIAST WSTĘPU

Prze­ka­zuję czy­tel­ni­kom, a zwłasz­cza wszyst­kim mi­ło­śni­kom po­wie­ści we­ster­no­wych Wie­sława Wer­nica, tekst wy­jąt­kowy w Jego twór­czo­ści.

"Da­leką przy­godę" mój Oj­ciec na­pi­sał i opu­bli­ko­wał 91 lat temu.

Po­wieść ta, a wła­ści­wie no­wela, uka­zała się je­den je­dyny raz w 1933 roku jako "do­da­tek po­wie­ściowy" do war­szaw­skiej ga­zety "Kur­jer Po­ranny" (pi­sow­nia ory­gi­nalna), w dwóch od­cin­kach - 19 oraz 26 li­sto­pada.

Tak więc 32 lata przed opu­bli­ko­wa­niem w 1965 roku pierw­szej po­wie­ści dwu­dzie­sto­to­mo­wego cy­klu we­ster­no­wego Wie­sław Wer­nic de­biu­to­wał jako pi­sarz kom­plet­nie in­nym ga­tun­kiem - po­wie­ścią sen­sa­cyjną czy - jak sam to póź­niej okre­ślił - "po­wie­ścią szpie­gow­ską". Co wię­cej sen­sa­cyjna ak­cja "Da­le­kiej przy­gody" to­czy się nie na Dzi­kim Za­cho­dzie, lecz na pol­skim statku, na pol­skim Bał­tyku i na pol­skim lą­dzie!

Dla tych z Pań­stwa, któ­rzy czy­tali po­wie­ści we­ster­nowe, in­te­re­su­jące za­pewne bę­dzie po­rów­na­nie sty­lów li­te­rac­kich. "Da­leką przy­godę" Wie­sław Wer­nic na­pi­sał w wieku 27 lat. Pióro miał za­wsze świetne, bo wro­dzony ta­lent li­te­racki kul­ty­wo­wał od cza­sów gim­na­zjal­nych i kształ­to­wał go przez całe ży­cie jako dzien­ni­karz. W "Da­le­kiej przy­go­dzie" wi­dać wy­raź­nie mło­dzień­czą, ro­man­tyczną nutę oraz nie­spo­ty­kaną w póź­niej­szej twór­czo­ści au­tora "Tro­pów wio­dą­cych przez pre­rię" fa­scy­na­cję płcią piękną w oso­bie ta­jem­ni­czej bo­ha­terki.

Cały tekst ory­gi­nału sta­ran­nie sko­pio­wa­łem, dla od­da­nia uroku tam­tych lat za­cho­wu­jąc "przed­wo­jenną" skład­nię i sty­li­stykę oraz nie­które nie­uży­wane dziś na­zwy, jak "Hel­sing­fors" - obec­nie "Hel­sinki", Re­wel - współ­cze­śnie Tal­linn czy "por­t­cy­gar" - pa­pie­ro­śnica. Uak­tu­al­ni­łem je­dy­nie or­to­gra­fię - np. "li­nia" za­miast "linja" czy "o tym" za­miast "o tem".

Pra­gnę ogrom­nie po­dzię­ko­wać panu Ra­fa­łowi Skrzyp­cza­kowi, za­ło­ży­cie­lowi strony www.wer­nic.pl (https://www.fa­ce­book.com/gro­ups/1647155988863816) za zdo­by­cie uni­ka­to­wego eg­zem­pla­rza "Da­le­kiej przy­gody" z 1933 roku.

Po­zo­staje mi tylko ży­czyć czy­tel­ni­kom fa­scy­nu­ją­cej lek­tury.

Do­mi­nik Wer­nic