PROLOG
Wody Morza Bałtyckiego są jasnozielone, kiedy w upalne południe słońce odbija się jaskrawo na grzbietach pienistych fal.
Wody Morza Bałtyckiego są ciemnoniebieskie, kiedy różowy zachód żegna dzień ostatnimi smugami uciekającego światła.
Wody Morza Bałtyckiego są czarne i srebrne, srebrno-czarne, kiedy nastaje księżycowa pełnia i w ciszę nocy ustawicznie wpada grzmot fal.
Woda walczy z lądem, białe języki wilgoci suną przez drobny piasek wybrzeża. A wśród tej nocy księżycowej, raz po raz, nad linią horyzontu, błyska złota linia światła. Błyska i gaśnie, i znowu daleki promień wybiega od strony lądu.
To latarnia w Rozewiu.
Przed stu pięćdziesięciu laty wzniesiona budowla morska teraz całą siłą motorów Schuckerta wysyła w dal zbawcze sygnały.
A kiedy mgła zawiśnie nad morzem i lądem, a błyski elektrycznych lamp na próżno starają się przedrzeć białą zasłonę, co minutę rozlega się donośny głos syreny i prostują drogi transoceanicznych statków.
Podczas letnich nocy od brzegów półwyspu, tam gdzie Hel i Jastarnia błyskają drobnymi ognikami świateł, biegnie ponad grzbietami fal i poprzez szum łagodnego wiatru przytłumiony głos muzyki.
W ciepłe noce od lądu bucha zapach leśnej żywicy. Karłowate sosny, troskliwie zasadzone w wąskim przesmyku Kuźnic, trzaskają tajemniczo gałęziami, a czasem poprzez pogrążony w sennym mroku półwysep przemknie oświetlony wąż wagonów.
POLSKIE MORZE.
Sto trzydzieści pięć kilometrów żółto-zielonego wybrzeża, od ujścia leniwej Piaśnicy aż do Kolebek. A ze środka tego postrzępionego pasa piasków i lesistych wzgórz wybiegają szare gładziny łamaczy fal.
GDYNIA.
Fala pełnego morza, odbita o drewniany pomost przystani helskiej, wpada na spokojne wody zatoki, liże mokrym językiem burty rybackich kutrów, zgromadzonych w Pucku, i ostatkiem rozpędu wbiega do portowych basenów, żeby znieruchomieć, zamienić się w gładką płaszczyznę ciemnej wody. Ale tutaj nie dają jej długo odpocząć.
Czarny, przysadzisty, pękaty holownik sapie głośno i stalową śrubą młóci toń. Poruszona woda pluszcze niespokojnie nad wysokim nabrzeżem i wyrzuca fale spod rufy holowanego okrętu, pędzi je poza obręb awanportu, poza helski cypel.
Rośnie i potężnieje fala na otwartym morzu.
Przycicha na śluzach Kanału Kilońskiego, żeby nowych sił nabrać od porywistych wiatrów Morza Północnego i obiegłszy pół świata, spocząć gdzieś na złotym piasku koralowego atolu.
Tam, podczas nocy parnej i gorącej, pod srebrnym Krzyżem Południa, w cichym plusku wody zdradza samotnym palmom tajemnice białych nocy polskiego wybrzeża i tajemnice wiatru, który zgania dymy znad kominów domostw Rewy, Rzucewa, Kossakowa, Pierwoszyn i Rozewia.
Na grzbiecie takiej fali wyjeżdżała z wojennych portów Polska Armada Morska, a dziś ta sama fala niesie na swych barkach szaro-błękitne, podłużne i gładkie okręty wojenne, wielkie parowce i żaglowe barki.
Ta sama fala tłucze o skaliste wybrzeża zachodniej Afryki i przynosi pionierom polskiego osadnictwa pozdrowienia ze starego kraju.
Ta sama fala pluszcze rozgłośnie na wybrzeżach nowego kontynentu, tam gdzie jasnowłosy i niebieskooki chłop uprawia żyzne pola w słonecznej Paranie.
Ta sama fala wita polskich łowców wielorybów u wrót piekielnej bramy - przylądka Horn i opuszczonej Tierra del Fuego - Ziemi Ognistej.
Gdzie jest ląd, na którym nie stanęłaby mocna stopa Polaka?
Algier i Egipt, Angola i Przylądek Dobrej Nadziei. Doliny Amazonki, Missisipi i skutego lodem Yukonu. Południowa Afryka i północna Ameryka.
Wsie polskie w Brazylii, w Montanii peruwiańskiej, w Stanach, Kanadzie, w Azji Mniejszej. Kolonia polska w Charbinie, w Sydney, w Szanghaju...
Setki osiedli, rozrzuconych po całym świecie.
Setki nazwisk podróżników narodu, który, jakby na ironię losu, rzadko kiedy interesował się sprawami morza, tej bramy szerokiego świata.
Trzeba było ziemię przejść wszerz i wzdłuż, przewędrować oceany, pod obcą służąc banderą, żeby po latach, wzgardzony i zapomniany Bałtyk na nowo począł obmywać północne granice młodego państwa.
A wówczas poczęły się dziać rzeczy dziwne.
Wzdłuż całego Półwyspu Helskiego pojawiają się parowe kafary i pogłębiarki. Wbijają mocne pale i wyrzucają zamulony piasek w nędznych i opuszczonych przystaniach Helu i Pucka.
Huczą rozgłośnie na piaszczystych ławicach Jastarni.
Na zapomnianym przez Boga i ludzi, opuszczonym kącie świata, zjawiają się brygady robotników.
Stalowe szyny łączą uśpione wioski rybackie z centrum kraju.
Długie pociągi dudnią dniem i nocą, a blaskom oświetlonych okien wagonów wtórują błyski latarń na Helu i Rozewiu.
Ludy rojnego Mazowsza, żyznych Kujaw, zadumanej nad przeszłością ziemi krakowskiej ciągną na słoneczne wybrzeże, na piaski, diuny i osypiska, żeby piersi napełnić nowym oddechem, oddechem morza, zapachem soli i zielonych wodorostów.
A nad Zatoką Gdańską, w miejscu, gdzie od wieków znajdowała się głusza i pustka, i jedna tylko wioska pod nazwą Gdynia rozsiadła się nad nieruchomą taflą wody, wyrasta jak spod ziemi miasto i port pełen dymiących kominów, zgrzytu kranów węglowych i hurgotu elektrycznych wind.
Spełnia się sen Władysławowy, marzenie Stefana Batorego, tęsknota Jana Henryka Dąbrowskiego, prorocza wizja Stefana Żeromskiego.
Spełnia się sen o morzu.
Wieczorem, kiedy słońce zachodzi, a wiatr wzmaga się i pędzi wełniaste grzywy bałwanów na ławy podsypisk Wielkiej Wsi, Chałup, Jastarni i Boru, w plusku wody i szeleście drzew, ziemia i morze opowiadają o lądach dalekich i błękitnych oceanach.
WIATR OD MORZA, WIATR OD MORZA!...
Wieje nam w twarz i szumi głosem DALEKIEJ PRZYGODY.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki