Rozdział V
O tym, że: lepiej trzymać język za zębami - czasami inni wiedzą o nas więcej, niż my sami wiemy o sobie - prawda zawsze wychodzi na wierzch - Agafia, to nie jest Agafia, ale... - kiedy o coś prosi dowódca, nie można odmówić.
Wóz zatrzymał się wreszcie bladym świtem. Przez maleńkie okienka kibitki do mrocznego wnętrza zaczęło wpadać szare i bardzo nieśmiałe światełko dnia. Woźnica złapał bat i trzonkiem uderzył w dach.
- Pobudka! Wstawać tam!... Jesteśmy na miejscu!
Zeskoczył z kozła i poszedł w krzaki gdzie się wysikał, a potem podszedł do drzwiczek wozu. Wyjął zawieszony na szyi klucz, otwarł wielką kłódkę i otworzył drzwiczki wozu.
- Wychodzić! Jesteśmy na miejscu! No, wyłazić baby!...
W środku coś się poruszyło. W szarości wnętrza można było dostrzec kilka postaci, które zaczęły się niemrawo i wolno ruszać.
Ta najbliżej wyjścia nagle powstała i wyskoczyła na ubity trakt.
Wysoki barczysty mężczyzna stanął obok woźnicy.
Rozprostował ramiona i przykucnął kilka razy. Robił to tak szybko i mocno, aż było słychać chrzęst i chrupotanie zastałych stawów. Potem poprawił baranią czapę, mocniej nasadzając ją na niskie czoło, przygładził rozczochraną ciemną brodę i przyciągnął szeroki skórzany pas, którym przepasany był długi kożuch.
Zza pazuchy wyjął mały bukłak, odkorkował i pociągnął dwa spore łyki jakiegoś napoju. Kiedy pił jego twarz wykrzywiał grymas, jakby płyn z trudem przechodził mu przez gardło, jednak musiało to być coś dobrego, bo woźnica patrzył na bukłak z pożądaniem, przełykając cicho ślinę.
Barczysty nie podzielił się zawartością, zakorkował łagiew i schował ją na powrót pod kożuch.
- Nie dla psa kiełbasa - warknął, głośno beknął i splunął tamtemu pod nogi. - Idę w krzaki, a ty przypilnuj, żeby baby wyszły z wozu... - mruknął i zniknął w gąszczu.
Woźnica zezłoszczony, że ominął go łyk okowity, wydarł się głośno, zaglądając do wozu.
- Wyłazić! Szybko!...
Złapał się za nos.
- Booże, ale smród! Co wyście tu robiły, co?! Śmierdzi gorzej niż w chlewie! Kto to będzie sprzątać!...
- Trza było stawać na popas, to by nie śmierdziało! Widzicie go, jaki delikatny!... - odpowiedziała wrzaskliwym głosem któraś z kobiet.
- Ty nie bądź taka mądra, durrrna babo! Zaraz ci odwaga odejdzie w pięty i zamrozi niewyparzoną gębę - warknął woźnica. - Zresztą, i tak same wszystko posprzątacie! Wyłazić, mówię!
Kobiety po kolei wyszły z wozu. Stanęły zbite w małą grupkę, rozglądając się w koło czujnie i ze strachem.
Wóz stał na skraju dużego placu tuż przy sporych rozmiarów budynku. Jego frontowa część miała dwa piętra, a z niebieskiej fasady patrzyły na kobiety ciemne otwory kilkunastu okien. Dom zbudowano od dołu do pierwszego piętra z cegieł, a od połowy ściany postawiono z drewnianych bali. Część okien zasłonięto okiennicami. Z obu boków głównego budynku, podwórze zamykały dwa inne, mniejsze i niższe jednopiętrowe domy, wykończone w tym samym kolorze co budynek frontowy.