Dla miłości mojego życia
Messenger:
"I Ty nie jesteś żadną pomyłką, jesteś miłością mojego życia."
Nie szukaj mnie na tej drodze, bo zostawiłam tam tylko swoje myśli. Nie napisałam żadnego listu, lecz wiem, że pójdziesz w to miejsce - tam gdzie bije od lat moje serce. Nieopodal znajduję się rzeczka, a tam ukryte wspomnienia. Gdy znajdziesz się blisko usłyszysz moje imię - wciąż szeptem przemyka wśród drzew. Często patrzę w okna tych ludzi i nie mogę oderwać spojrzenia. Rozszarpują mi w sercu wspomnienia. Jestem tak ulotna, bardziej niż mgła, która unosi się tam przy każdym wstającym do życia poranku. Nigdy nie wpatrywałam się po drodze w oczy innych, lecz tylko widziałam swoje - zielone. To złudne co powiem, ale ufam tylko Tobie. Nikt nie złapał mnie za rękę, nie odwrócił wtedy biegu czasu. Wciąż tracę głowę, często na marne - dla zniszczenia wielu myśli, cudzej nienawiści. Jestem echem kwiatów na łące, które wciąż opowiadają o mnie jakieś historie. Wspominają lata ubiegłe, chcą bym przyszła i podała im swoje ręce.
To dosyć niepokojące. Nikt nie wiedział gdzie chodzę i spędzam większość swojego czasu. Nie wspominałam słowem mojej doktorce. Niejednokrotnie rozmawiając z psycholog o moich problemach w duchu śmiałam się ze swojej własnej naiwności, a płakałam z żalu. Czułam, że nie za dobrze mnie rozumie - nawet miewałam wewnętrzną złość, że tego nie próbuje. To niezmiernie ciężka rzecz, by opisać swoje faktyczne emocje. Nigdy nie przychodziło mi to łatwo, a większą trudność sprawiało by o nich powiedzieć głośno. To takie głupie, prawda? Przecież ulga od trapiących mnie rzeczy mogła być na zawołanie. A jednak nie było to tak proste, jakby się mogło teraz wydawać. Ja wciąż byłam zagubioną dziewczynką, która za czymś goni, lecz nie potrafi pogodzić się z faktem, że już to straciła. A nawet to za czym płaczę wzbudza u innych niedowierzanie. Faceci zazwyczaj szybciej się otrząsają. Nie myślą o tym co ich spotkało, nie zastanawiają się czy nie dopada ich depresja, nie rozpamiętują. Nie myślą o fakcie czy czasem to nie odbije się na ich przyszłości. Taki tok myślenia ma większość społeczeństwa. Wiem, że to dość powierzchowne, niezbyt dobre, mało ambitne. Nie należy wszystkich brać do jednego wora. Jasne. Zgadzam się z tym. Nie każdy facet jest tak twardy, tak samo jak nie każda kobieta radzi sobie ze swoimi emocjami i skokami nastrojów. Ja nie radzę - wstyd, nieprawdaż? Na konsultacjach psychologicznych był to główny temat rozmów. Nie kontrolowałam swojej osoby, to nie jest normalne. Zrozumiałam to dopiero, gdy miałam wybuchy agresji, czasem nie było jakiegoś większego powodu. Ja po prostu byłam wściekła na wszystko i wszystkich - po prostu, o nic. Miałam taki kaprys.
Droga jednak do znalezienia odpowiedniej pomocy nie jest prosta. Po tej krętej drodze dotarłam nawet do psychiatry. Brałam leki, które powodowały u mnie senność i bezsilność. Fakt, byłam po nich spokojniejsza, ale również mniej skora do życia codziennego. Pomyślicie pewnie "Super. Trochę jak po narkotykach." Szczerze? Nie wiem jak jest po narkotykach, bo nigdy nie widziały ich moje oczy. Trzymałam się od tego z daleka, nie chciałam nawet o nich słyszeć. Nie było jednak po owych lekach tak super jak być miało i jak zapewniał lekarz prowadzący. Zmienianie dawek - a mimo to nie dawały mi takiego spokoju jakiego pragnęłam. Po ich odstawieniu musiałam wracać do siebie przez kilka dni. Znów zaczęłam wtedy funkcjonować jak wcześniej. Złość, gniew - cięcie. To takie znane wśród młodzieży, nie mam racji? Ja również w to na chwilę wpadłam. Można na tym popłynąć. Nie działałam trzeźwo, czułam się jakby mój umysł był pijany, a serce prosiło o pomoc. Nie myślałam wtedy na chłodno, górę wzięły emocje, które przecież u mnie są niebezpieczne. Często dopadały mnie myśli o tym, że chciałabym stąd uciec, by najlepiej każdy o mnie zapomniał. Nie jest tak, że teraz takich myśli nie miewam. Nigdy nie wyleczyłam się ze swoich problemów, nigdy moje myśli nie zostały stłumione do neutralnych. Wciąż popadam w złość, gdy coś jest nie tak jakbym chciała. Nie wiecie jaki mętlik w głowie może mieć czasem kobieta, którą mijacie na ulicy. Zawsze przechodząc obok innych zastanawiam się nad tym z czym sobie nie radzą. Uśmiech nie jest szczęściem, czasem jest maską. Moje wizyty u psychologa były swego czasu dosyć częste. Stwierdziłam, że zrobię to chociaż dla mamy, która miała nadzieję, że mi się polepszy. Skrywałam mocno to, że jest mi źle. Twierdziłam wyłącznie, że złość jest moim największym problemem, a często za nią szedł smutek i łzy. Słyszałam "Nie przejmuj się, przecież sobie poradzisz. Twarda jesteś." A może i nie jestem? A może ja kimś takim chciałabym tylko być, a to moja kreacja? Może jestem dobrą aktorką? Nikt chyba nie wpadł wtedy na ten pomysł. Mało kto wie kiedy było ze mną najgorzej. Instagram ukazuje życie jakim czasem nie jest. Ludzie popadają od niego w wielkie kompleksy. A skąd wiem? Bo ja również w takie popadałam. Chociaż starałam się nie zazdrościć, patrzeć wyłącznie na siebie. Czasem wydaję mi się, że zostałam wychowana na egoistkę. Jestem jedynaczką, a to właśnie takie osoby czasem są najgorsze w kontaktach z innymi. Wszystko co chcę zawsze przekazać, przelewam na papier. Tak jest mi łatwiej. Mało otwarcie mówię o tym co czuję, choć się mocno staram. Raczej wszystko do tej pory jednak tłumiłam w sobie.
A teraz kipię w takich momentach jak wulkan, często wybuchając.
Wizyty u psychologa nie były wcale jakieś głupie, to osoby, które w jakimś stopniu są przygotowane na każdą rozmowę. W białym pokoju z obrazkami stały dwa fotele, dość spore wielkością. Jeden z nich żółty, drugi pomarańczowy. Kolory zapamiętałam, bo były dość nietuzinkowe. Zawsze siedziałam na swoim żółtym. Opowiadałam większość rzeczy, jednak niektóre swoje bardziej prywatne skrywałam. I tak twierdzę, że powiedziałam na tyle dużo, że na spokojnie mogłaby powstać z tego osobna historia. Pani miała czarne włosy i ciepły głos, lubiłam bardzo rozmowy z nią. Czułam się jakbym umówiła się z koleżanką na kawę i obgadywała wszystkich wokół. Czy rozmowy z nią pomogły? Nie wiem. Dosyć ciężko jest to stwierdzić jednogłośnie. Wydaję mi się, że w jakimś mniejszym stopniu tak. Ale czy można pozbyć się gniewu z siebie wyłącznie rozmową? Nie. Bo ja po prostu w większości nad tym nie panowałam. Zapominałam nawet co wtedy robiłam, albo co mówiłam. Nie pamiętałam zbyt wiele z tych ataków złości. Ograniczałam nawet picie kawy, bo inni twierdzili, że kofeina za bardzo mnie pobudza. I nic. Jak było, tak zostało.
Wciąż nie znalazłam antidotum. Szkoda, bo bardzo w to wierzyłam. Z biegiem czasu doszła depresja, z którą już nie było sobie tak można było pomóc samej. Ale dawałam radę. Tak myślałam przez większość czasu. Aż do pewnego momentu.
- Nataszo...Musisz sięgnąć pamięcią co wprowadza Cię w taki stan złości. Co wtedy czujesz? - spytała psycholog próbując jakoś doradzić.
- Co czuję? Bezradność. Zaraz po niej czuję smutek, później napływają łzy do oczu. Zawsze tak się dzieję, gdy chcę się uspokoić. Gdy nie chciałabym zrobić czegoś co będę żałować, lub abym czegoś złego nie powiedziała. - odpowiedziałam długo się nie zastanawiając.
- Musisz nad tym jakoś zapanować. Postarać się. Na to z pewnością mają wpływ sprawy rodzinne. Nie czujesz, aby coś to mogło powodować. Nie myślisz, aby to było dziedziczne? - spytała.
- Coś w tym może być. Rodzinne, to fakt. - odpowiedziałam, uśmiechając się lekko pod nosem.
Może i trafiła w czuły punkt, ale mimo to nie znam recepty by się od tego odkuć.
- Czujesz się rozumiana przez innych, wspierana? - zapytała szukając jakiegoś sensownego wyjścia.
- Nie. Właśnie nie. - Usłyszawszy to rozkleiłam się. Czułam jakby ktoś trafił w mój czuły punkt. Wstałam i wyszłam. Zamknęłam drzwi za sobą, wzięłam płaszcz i poszłam w stronę domu. Wtedy wiedziałam, że zrozumienie to coś czego nie dostaje, a jest mi na aktualnej drodze życia najpotrzebniejsze. Później już nie odwiedziłam tej Pani, zatraciłam się w swoich obowiązkach. Niejednokrotnie przechodziło mi przez myśl by do niej iść i spytać o poradę, ale jakoś brakowało mi odwagi i kogoś kto by mnie tak może zaprowadził. Czasem osoba z problemami potrzebuje tylko wsparcia i zaprowadzenia gdzieś za rękę. Ja takiego nie miałam, a może uratowało by mi to nie raz życie. Presja u mnie zawsze była najgorsza, później chęć odpoczynku od świata. Tak właśnie stało się najgorsze... Próbowałam popełnić samobójstwo. Nałykałam się tabletek, nie wiem ile - piętnaście, dwadzieścia - nie wiem. Jadąc po zażyciu ich autobusem żegnałam się z całym życiem. Byłam pewna, że nie przeżyję. Mówiłam w myślach jak bardzo będę tęsknić za światem, jak bardzo w sumie chciałabym cofnąć tę decyzję. Wiedziałam, że to już się stało, że tego nie odwrócę. Błagałam tylko o to, by ktoś się po śmierci mną zaopiekował. Wierzyłam, że tak może być. Łzy spływały mi po policzku, a ja czułam jak coraz bardziej zaczyna się mi kręcić w głowie. Uratował mnie wtedy przypadek, miłość, dobra wola. W szpitalu doszłam do siebie po pięciu dniach. Później trafiłam do szpitala psychiatrycznego, gdzie mimo wszystko stwierdzili, że wszystko jest w porządku. Poznałam tam masę cudownych osób, które tak jak ja wtedy sobie nie radziły. Czułam się jednak dla nich najbardziej odpowiednią osobą by pomóc. Słuchałam ich historii, oraz opowieści z ich życia. Byłam pewna, że tylko ja tak dobrze zrozumiem ich problemy i trudy dnia codziennego. W końcu dobrze zdawałam sobie sprawę jak samo zrozumienie problemu jest ważne - zrozumienie, którego ja nie miałam. Nie mogłam czasem uwierzyć w to co słyszę z ust tych osób. Jak czasem okrutny był dla nich los, mieli swoje powody, by nie chcieć żyć. W szpitalu z wielką chęcią się otaczałam wszystkimi, choć byłam najmłodsza w dodatku z dala od domu. Gdy tylko kładłam się w nocy spać to dziękowałam, że lada moment zobaczę mamę i się do niej przytulę. Wtedy to było dla mnie najważniejsze. Człowiek docenia w takich momentach wartość rodziny. Wiem, że trafiłam tam tylko z jednego powodu, tak błahego, tak możliwego do uniknięcia - nerwów, emocji, złości, gniewu. Wszystko mogłoby być inaczej, ale jednak się stało. Nauczka. Tylko kogo mogę za to winić? Znów siebie? Nie można tak w nieskończoność być dla siebie wrogiem. Najchętniej wtedy jednak rozmawiałam sama ze sobą. Gdy nie pokochasz siebie, to nie zdołasz pokochać kogoś innego. Takie miałam nastawienie. Wieczorami ze sobą dużo rozmawiałam. Pytałam sama siebie jak dziś spędziłam dzień, czy dobrze się ogólnie czuję. To była najlepsza terapia jaką miałam. Gdy wokół nie ma ludzi nam bliskich zaczyna się doceniać swoją własną obecność. Próbowałam się rozśmieszać patrząc w okno, opowiadając sobie jakieś żarty. Miałam świadomość, że tylko tym sposobem najbardziej zleci mi mój czas. Zrozumiałam tam masę istotnych rzeczy, a najbardziej jedną: "Uwielbiam życie.". Nie chciałam wcale umierać, choć to było najszybsze i najłatwiejsze na ten moment rozwiązanie. W szkole nikt nie widział moich problemów, bo ja wciąż się śmiałam. Nawet, gdy ktoś obrzucał mnie niemiłymi komentarzami, to ja wciąż podświadomie udawałam, że tego nie słyszę. Cieszę się, że wtedy się nie poddałam. Mogłoby mnie już nie być kilka lat, a najbardziej teraz cieszy mnie fakt, że jednak tu jestem. A jakby wyglądał świat beze mnie? Wieczorami się nad tym często zastanawiam. Może na moment świat by stanął, a ja przyglądałabym się temu z góry, choć nie jestem wierząca, to wierzę, że musiałam po coś i dla kogoś zostać. Wiele razy jeszcze po tym próbowałam się zabić. Zazwyczaj brakowało mi odwagi by to skończyć. Podświadomie chciałam tylko by ktoś mi pomógł w tym stanie, ale nie chciałam żegnać się ze światem. Teraz może raz na kilka miesięcy dopadają mnie takie złe myśli, które krążą po mojej głowie, a ja się miotam w decyzjach. Jest wiele powodów, by zostać, a też wiele by odejść. Tylko odejście człowieka kończy jego historię, a moim marzeniem zawsze było mieć ją jak najdłuższą i najweselszą. A co daje śmierć? Wieczny spokój, tak powiadają. Ale żeby tu zostać postanowiłam znaleźć swoje lekarstwo - i tak się stało. Na jakiś czas jest dobrze. Odstawiam wtedy na bok depresję i siadam z kubkiem kawy latte, która jest moim faworytem wśród kaw. Cieszę się, bo w tym wszystkim nigdy nie sięgnęłam po używki. Twierdzę, że są zbawienne dla głupców, a ja jestem na to za inteligentna. Nauczyłam się szukać rozwiązań na własną rękę. Zatracałam się wyłącznie w słowach pisanych na blogu. To dawało mi zawsze szczęście. Daleko mi było do imprez, daleko do spędzania czasu z przyjaciółmi. Byłam wiecznie samotną duszą. Tyle razy oddzielano mnie od znajomych, że postanowiłam być sama. Jednak samotność nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jako terapię wyznaczyłam sobie cel, by kilka razy w tygodniu udać się na wycieczkę. Dużo chodziłam, lubiłam, czasem nawet kilkadziesiąt kilometrów. Rutyną stały się moje wyjścia z domu koło dwudziestej i wędrówki około pięciokilometrowe, było mi wtedy łatwiej. Schodziły ze mnie setki emocji, które kumulowały się nawet kilka godzin. Spacer był dobrym sposobem na stres w ciągu dnia, na smutki, na otarcie łez. Słuchałam muzyki przez słuchawki i szłam najczęściej przed siebie. Pisałam wtedy również wiadomości najczęściej do swojej drugiej połówki. Na spacerach mogłam zbierać swoje myśli w całość, nabierały one sensu. Miałam większą odwagę na powiedzenie tego co od dawna skrywało się w mojej głowie.