ROZDZIAŁ II ROZGRYWKA
Restaurację na Nowym Mieście prowadził Berek Szulc. Lokal przypominał raczej karczmę. Tłoczno, ciasno i już od drzwi wejściowych uderzała w nozdrza kwaśna woń rozlanego piwa i nie najświeższych oddechów. Gwar rozmów, pijackich żartów i swarów wypełniał niską przestrzeń. Do stolika, przy którym siedziało dwu polskich oficerów, podszedł dziarskim krokiem uradowany kapitan Iwan Iwanowicz Iwanow.
- Witam. Panowie pozwolą, że się dosiądę - i nie czekając na odpowiedź, rozsiadł się na dębowej ławie wielce zaaferowany.
- Słyszeli panowie? - zaczął nieco tajemniczo, pochylając się nad stołem w kierunku oficerów.
- O doktorze Dobrowolskim, jak mniemam, Iwanie Iwanowiczu - kapitan Jacek Waligóra ziewnął i udawał niezainteresowanego. - A tak. Wszyscy już o tym mówią w pułku. Nuda...
- Pan kapitan żartuje? - Iwan Iwanowicz Iwanow był zawiedziony.
Oficerowie wybuchli gromkim, doniosłym śmiechem, aż Berek Szulc omal nie przewrócił się z tacą z kuflami.
- Pewnie, że żartujemy. A jakże! - krzyknął pułkownik Jan Modrzewski i duszkiem wypił resztę piwa, głośno stukając o dębowy stół odstawionym pustym kuflem.
- Chyba wszyscy myślimy o tym samym?... To co? Zagramy, ma się rozumieć? - zapytał podekscytowany Iwanow.
- Kapitanie, jaki mamy plan? - zapytał ze stoickim spokojem pułkownik.
- Jak panom wiadomo, doktor Dobrowolski otrzymał niebagatelną sumkę - zaczął kapitan Waligóra, oficerowie spojrzeli na siebie z udawaną powagą. - Myślę, że jako nasz stary znajomy da się namówić w sobotę na wieczornego pokera. Mamy szansę zagrać nareszcie o wysokie stawki.
- No nie wiem... - pułkownik chwilę się zastanawiał. - Dobrowolski jest niezłym graczem. Może się to dla nas źle skończyć... Ale kto nie ryzykuje, ten nic nie ma.
- Miejmy nadzieję, że otrzymana niespodziewanie nagroda osłabi jego czujność - dodał Iwanow.
- Czy przyjdzie pan, kapitanie Iwanow?
- Oczywiście, pułkowniku! To jest niebywała okazja, aby podreperować nieco nadwątlone ostatnio moje finanse. Mogę przyprowadzić ze sobą pułkownika Winogradowa, który właśnie wrócił z Wilna.
- No to, panowie, jesteśmy umówieni - pułkownik zatarł z radości ręce i dodał: - A zatem, panie kapitanie, niech pan ściągnie jutro na siódmą wieczór kapitana Dobrowolskiego. Będzie nas sześciu. To bardzo dobra liczba, bo maksymalna do pokera.
I tak następnego dnia ponownie spotkali się wszyscy u Berka Szulca. Dobrowolski wynajął mały pokoik przylegający do części restauracyjnej. Prosił, by przygotowano wcześniej stół do gry w karty. Berek jak zawsze wywiązał się z powierzonego zadania i zrobił wszystko, by goście mieli zapewnioną prywatność spotkania. Pod ścianą kazał wstawić długą ławę, na której kelnerzy ustawili napoje i zakąski. Dobrowolski przyszedł nieco wcześniej sprawdzić, czy wszystko zostało przygotowane zgodnie z jego poleceniem. Parę minut później zebrali się już wszyscy gracze. Po krótkiej ogólnej, bardzo kurtuazyjnej rozmowie wszystkim spieszno było usiąść do stolika i rozpocząć grę. Najpierw pułkownik Modrzewski ogłosił obowiązujące zasady.
- Panowie, poproszę kapitana Waligórę o spisanie następujących ustaleń. Wejście do gry kosztuje dziesięć rubli. Najstarszym kolorem jest pik. Słabszymi kolorami są kolejno: kier, karo, trefl. W przypadku takiego samego układu kart u dwu graczy, np. poker lub kolor, wygrywa kolor starszy. Po otworzeniu gry uczestnicy biorący w niej udział kładą do puli kwotę określoną dla każdego rozdania. Dobiera się po pierwszej licytacji najwyżej trzy karty. Przy kolejnych licytacjach stawkę podstawową można przebić najwyżej trzykrotnie. Sześć osób przystępuje do gry całą talią kart. Jeżeli w jakimś momencie do nowej gry zasiądą trzy lub dwie osoby - grają oddzielną talią, zawierającą w każdym kolorze od asa do dziewiątki. Czy panowie mają jakieś uwagi?
W pokoju panowało wymowne milczenie. Oficerowie nie mieli nic do dodania. Waligóra zapalił nerwowo fajkę i wpatrywał się w talię kart leżącą na stoliku, jakby ją chciał zaczarować. Pierwsze rozdanie poszło z rąk pułkownika. Kapitan Drzazga, siedzący z lewej strony Modrzewskiego, włożył do puli jednego imperiała. Czynność tę powtórzyło pozostałych pięciu graczy. Pułkownik rozdał karty do wymiany: niektórzy wymieniali dwie, inni trzy karty. Drzazga wypił kieliszek wódki. Iwanow otarł pot z czoła. Pułkownik Winogradow zapalił cygaro. Aromatyczny dym wypełnił mały pokój i tańczył wokół płomienia lampy.
- Kładę do banku kolejne dziesięć rubli i jeszcze dwadzieścia - oznajmił z poważną miną Drzazga i wychylił kolejny kieliszek wódki. Pozostali gracze położyli po trzydzieści rubli.
- Ja pas - stwierdził Drzazga.
- A ja... - zaczął tajemniczo Bazyli Winogradow - daję do puli kolejne dziesięć rubli i... jeszcze trzydzieści następnych.
- W takim razie beze mnie - zaciągnął się mocno fajką Waligóra.
Atmosfera w pokoju zrobiła się gorąca. Iwanow i Modrzewski położyli na stół po czterdzieści rubli. Przy kolejnej licytacji Drzazga, Waligóra, Iwanow i Modrzewski powiedzieli: "beze mnie". Na to Winogradow rzucił do puli kolejne czterdzieści rubli. To samo zrobił ze spokojną miną Dobrowolski i sprawdził. Wyłożył karty - miał kolor. Winogradow mógł pochwalić się tylko fulem. Doktor z kamienną twarzą zgarnął leżące na stole pieniądze. Było tego czterysta czterdzieści rubli. Czysta wygrana wynosiła trzysta dwadzieścia rubli. Dalej gra toczyła się o znacznie mniejsze stawki. Rozpoczynano od jednego rubla. Po dwu godzinach drugiej rundy doktor wygrał zaledwie dwadzieścia rubli. Przerwa w grze nieco studziła emocje.
- Panowie - pułkownik Winogradow uniósł kieliszek do góry. - Oto kolejna zasada naszego spotkania. Picie bez toastu to pijaństwo! Zatem uwaga... Za zdrowie moich kompanów i za przychylność fortuny! Niech nam wszystkim sprzyja!
Oficerowie serdecznym śmiechem powitali propozycję Bazylego i w równym tempie wychylili kieliszki do dna. Po czym pośpiesznie ponownie zasiedli do kolejnej partii pokera. Otwarcie wymagało włożenia do puli dwudziestu rubli. Winogradow zrobił się nerwowy. Stukał rogiem karty o stół. Dobrowolski bez trudu zauważył krople potu na jego skroniach. Atmosfera gęstniała. Niespodziewanie wkradła się dziwna nerwowość, której wcześniej doktor nie odczuł. Cygaro, papierosy, nawet kieliszek wódki wydawał mu się jedynie elementem całej rozgrywki, żartem dorzucanym do karcianego entourage. Teraz coś się zmieniło. Gracze pilnie patrzyli na siebie. Winogradow był wyraźnie poruszony. Nie potrafił powstrzymać emocji. Dobrowolski udawał, że tego nie dostrzega, ale frapowało go zachowanie Bazylego, czuł, że coś się za tym kryje. Po pewnym czasie na placu boju pozostali tylko oni.
- Sprawdzam - odezwał się Winogradow i pokazał z nieukrywaną dumą fula.
- Zatem to koniec - odparł spokojnie Dobrowolski i wyłożył cztery karty na stół.
- O Boże... kareta... - powiedział prawie szeptem skonsternowany Bazyli.
Kapitan Dobrowolski zabrał całą pulę, w tym trzysta sześćdziesiąt rubli wygranej. Koledzy szczerze gratulowali zwycięstwa i wznieśli kolejny toast. Iwanow przez chwilę bawił wszystkich ostatnio zasłyszanymi dykteryjkami. Salwy śmiechu witały kolejne krotochwilne opowieści kapitana. Jedynie pułkownik Bazyli Winogradow nie potrafił z dystansem podejść do swojej porażki - usiadł naburmuszony w fotelu przy oknie. Właśnie gdy Jan zamierzał jakoś go pocieszyć, do pokoju wszedł kelner.
- Czy panowie pozwolą, że do gry dołączy się baron Peter Kalkbern? - zapytał oficjalnym tonem.
- Proś! - radośnie odparł Dobrowolski, nieformalny gospodarz spotkania.
- No panowie, robi się bardzo gorąco. Nie wiem, jak to napięcie wytrzyma pan Winogradow - zażartował Modrzewski, patrząc w stronę nachmurzonego Bazylego.
- Niech się pan pułkownik o to nie boi - burknął wielki przegrany wieczoru.
- Ho ho ho... No to mamy fascynujące spotkanie - zaczął Drzazga. - Baron pewnie wniesie niezłą sumkę.
- Pan baron Peter Kalkbern - zaczął Iwanow - ziemianin z ziemi witebskiej, sprzedał niedawno jeden ze swych majątków na tamtym terenie. To mój dawny znajomy. Pozwoliłem sobie go zaprosić tu do nas. Ufam, że panowie nie będą mi mieli tego za złe. Oto i on.
Do pokoju wszedł mężczyzna w sile wieku, szczupły i żylasty, ze spokojną twarzą wielkiego pana. Powitał wszystkich nieco protekcjonalnym tonem. Wysłuchał wzniesionego toastu na swoją cześć i zasiadł dumnie do gry. Odczytano baronowi obowiązujące zasady, które przyjął bez jakichkolwiek uwag.
- Proszę mi wybaczyć - zaczął smętnym tonem Winogradow. - Kolejne rozdanie już beze mnie. Przegrałem całe swoje zasoby, a nawet... więcej...
- Rozumiem. Nie namawiamy - odparł trzeźwo Drzazga.
- Zatem zaczynamy bez pana - powiedział Iwanow.
Kalkbern, jak przystało na człowieka bogatego, zaproponował stawkę sturublową. Oficerowie lekko przybledli. Modrzewski rozdał karty. Grę otworzył baron i położył na stół banknot sturublowy.
- Panowie, oto moje sto rubli - powiedział spokojnie doktor - jednakże mój czas dobiega końca i godzinę przed północą będę musiał panów opuścić. Obowiązki mnie wzywają.
Gracze przyjęli tę deklarację ze zrozumieniem. Kalkbern nie miał znakomitej karty, bo zażądał wymiany wszystkich pięciu. Modrzewski przypomniał mu, że dzisiejsze zasady pozwalają na wymianę najwyżej trzech kart. Baron przyjął trzy. Popatrzył w nie i rzucił na stół kolejne sto rubli, mówiąc: "sto i jeszcze sto". Antoni Drzazga wycofał się z rozgrywki. Pozostali włożyli do puli po dwieście rubli. Baron, licząc na ograniczone środki oficerów, położył na stół kolejne trzysta rubli. Waligóra i Iwanow zrezygnowali z dalszej gry, a na stół powędrowało trzysta rubli Modrzewskiego i tyleż Dobrowolskiego.
- Piękna rozgryweczka... - powiedział pod nosem baron i dodał głośniej: - Kładę na stół swoje sto rubli i... dokładam... trzysta!
- To ja pas - przytomnie oświadczył pułkownik Modrzewski.
Baron triumfalnie spojrzał na zebranych. Wyprzedził wyroki fortuny i milczącą miną obwieszczał swoje zwycięstwo. Niestety nie miał świadomości, co kryje się w kartach doktora Dobrowolskiego. A ten spokojnie położył na stole swoje czterysta rubli i z kamienną twarzą oświadczył:
- Sprawdzam - i położył na stole fula.
Wszyscy zamarli. Pokój wypełniła gęsta cisza. Niestety Kalkbern miał zaledwie dwie pary. Doktor zgarnął pulę liczącą trzy tysiące trzysta rubli, w tym dwa tysiące trzysta rubli czystej wygranej. Jak dotąd wygrał trzy tysiące rubli. Baron wyraźnie się ożywił, niezdrowo poczerwieniał i powiedział:
- No to spróbujemy teraz swoich sił we dwóch - i sięgnął po talię zawierającą karty od asów po dziewiątki.
- Dochodzi jedenasta - zaczął Dobrowolski - i jak mówiłem muszę zaraz panów opuścić. Pewnie pana, panie baronie, zawiodę, ale ta gra będzie moją ostatnią.
- W takim razie, panie doktorze, zanim rozdam karty - rzekł baron - proponuję stawkę podstawową w wysokości trzystu rubli!
W pokoiku zrobiła się absolutna cisza. Dobrowolski skinął głową na znak zgody i rozdał karty, po czym położył na stole trzydzieści imperiałów, a baron swoje trzysta rubli. Wymienili po trzy karty. Dobrowolski wyłożył trzysta rubli i po chwili dołożył jeszcze sześćset. Baron poczerwieniał ze złości, nie dawał za wygraną i położył dziewięćset rubli.
- Daję trzysta rubli i jeszcze dziewięćset - spokojnie, bez emocji powiedział doktor Dobrowolski
- A ja całe tysiąc dwieście rubli! - krzyknął triumfalnie Kalkbern.
- Oto kolejne tysiąc dwieście rubli.
Baron spurpurowiał i rzucił na stół swoje tysiąc dwieście rubli. Winogradow nerwowo ocierał pot z czoła. Pozostali gracze z podziwem wpatrywali się w opanowanego Dobrowolskiego. Nagle baron krzyknął:
- Sprawdzam!- i pokazał kolor w karach.
Doktor Jan Dobrowolski rozłożył powoli swoje karty. Wszystkie kiery, poczynając od asa. Dopiero po długiej chwili ciszy z ust barona wyszedł cichy szept:
- Od dwu lat nie widziałem, aby ktoś wyłożył pokera. Oskubał pan mnie znacznie, ale gratuluję, gratuluję... - i chwiejnym krokiem wstał od stołu. Nalał sobie szklankę wódki, wypił jednym haustem. Nie wznosił toastu, nie poczekał na towarzyszy. A kapitan Dobrowolski powoli zebrał ze stołu wszystkie, już teraz własne, pieniądze i wstał niespiesznie. Wygrał kolejne trzy tysiące sześćset rubli. Podziękował za rozgrywkę, pożegnał się i opuścił salę, prosząc pułkownika Winogradowa, aby wyszedł z nim na słówko. Bazyli zdziwiony i nieco zaskoczony podążył za nim. Przeszli do podobnego, ale zupełnie pustego pokoju, w którym stał stół i dwa krzesła. Bez słowa zajęli miejsca, a Dobrowolski, by nie trzymać Bazyla w niepewności, od razu przystąpił do rozmowy.
- Po ostatniej przegranej pan pułkownik bardzo zmienił wyraz twarzy i nie uśmiechnął się już do końca naszego tam pobytu. Nie sądzę, by tak na pana podziałała strata własnych pieniędzy. Myślę, że przegrał pan również nie swoje...
Dobrowolski nie dokończył. Wyraz twarzy Winogradowa mówił sam za siebie. Oto siedział przed nim bankrut, który prawdopodobnie zdefraudował niemałą kwotę.
- Właśnie zastanawiałem się, czy nie strzelić sobie w łeb. Miałem tylko zasadniczy problem: czy zrobić to tutaj, czy też po powrocie do domu. - Winogradow nerwowo zacierał ręce.
- Spokojnie, mój panie. Gdy byłem małym chłopcem, ojciec zawsze mi mówił, że nie ma takiego problemu, którego nie udałoby się rozwiązać. A mój przyjaciel zwykł mawiać: zanim palniesz sobie w łeb, najpierw walnij głową w ścianę.
- To nie takie proste... Moi koledzy oficerowie są spłukani jak ja. Trzysta rubli musiałbym spłacać rok albo i dłużej... No i moja reputacja... - Winogradow miał łzy w oczach.
- Bazyli Fiodorowiczu, niedługo wyjeżdżam. Daleko i na długo. Kończy się mój kontrakt w Warszawie i mam zamiar zostać kupcem na dalekim wschodzie Rosji. Jest mi potrzebna pomoc urzędników i generała Wasyla Mieńszykowa. O ile wiem, przywiózł mu pan jakieś pieniądze z Wilna. Zawrzyjmy układ. Powiedzmy... taką transakcję handlową. Zwracam panu trzysta rubli. A pan jutro odda pieniądze generałowi. Ten będzie mocno zdziwiony, bo już rano uprzejmie mu doniosą, ileż to pan przegrał. Jego zaufanie do pana, duże dotychczas, jak mniemam, wzrośnie jeszcze bardziej.
- Nie rozumiem... a co ja mam dla pana zrobić?
- Pan po prostu... powie generałowi kilka słów o mnie. Wasyl Mieńszykow mnie nie zna. Wie jedynie, że w maju kończy się mój kontrakt w wojsku. A pan wspomni, że ja... wybieram się na Syberię, że chcę zainwestować wygrane pieniądze w handel. Powie pan o mnie kilka ciepłych słów. Wspomni, że handlując na wschód od Uralu, będę miał swoje kontakty w Omsku, Krasnojarsku, Irkucku i Jakucku. Moje informacje mogą się przydać policmajstrom w miastach powiatowych, oberpolicmajstrom w miastach gubernialnych, nawet generałowi policmajstrowi w Petersburgu. Wiem, że generał Mieńszykow ma bliskie kontakty z policmajstrem Warszawy, a także z generałem policmajstrem w Petersburgu. Podpowie pan, że mogę w każdej chwili stawić się na rozmowę u generała.
Zapadła cisza. Pułkownik Winogradow trzymał pieniądze w ręce i patrzył na lekarza szeroko otwartymi oczami. Dobrowolski czekał. Wiedział, że to uczciwa transakcja. Przypatrywał się zdumionemu Bazylowi. I przez moment przypomniał sobie roześmianą twarz Abrama Kona. Jan dziwił się sobie samemu, że z taką łatwością przystał na propozycję starego Żyda. Wszystko poszło tak gładko. Zastanawiał się, patrząc na Winogradowa, czy po prostu nie woła go głos jakiejś przygody. Czuł nadchodzącą wielką zmianę w swoim życiu. Nie bał się. Lubił wyzwania. Potrzebował zmiany.
- Janie Adamowiczu - Bazyli przerwał rozmyślania doktora - uratował mi pan życie. Przegrane, a teraz cudownie odzyskane pieniądze są rzeczywiście... własnością państwową i muszę je przekazać generałowi Mieńszykowowi. Wypełnię skrupulatnie pańską prośbę i wszystko przekażę generałowi. O ile znam generała, zechce się z panem skontaktować. Dziękuję panu serdecznie za pomoc i zrozumienie mojej sytuacji. Niejeden odwróciłby się od bankruta, a pan podał mi rękę. Jestem pana dłużnikiem i będę o tym pamiętał. Nie muszę dodawać, że nieprędko zasiądę do karcianego stołu, jeśli w ogóle kiedyś do tego dojdzie. Jest pan jeszcze młody, silny - niech pan jedzie na tę Syberię. Pieniądze tam rzucone ponoć obracają się w złoto... Dotrzymam słowa.
Doktor włożył wygrane pieniądze do koperty, zalakował ją i oddał w depozyt do pancernej szafy restauratora Berka Szulca.