Prolog. Dziewczynka z kokardą we włosach
Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta,
Ale ich ręce były rzeczywiste,
Spinki, mankiety nad blatem stolika.
Czesław Miłosz, Traktat poetycki, 1957
Spójrz, to początek, jeszcze nic nie wiedzą. Nowe stulecie ledwie się
zaczyna. Mawia się często, że będzie szczęśliwe.
Dzień chłodny, chmurny, za piętnaście czwarta. Zamożny Algier na Święcie
Muzyki. Są krynoliny, kwiaty w kapeluszach. Futrzany kołnierz, palta,
kamizele. Jest wąs przycięty, lśnią mundury, kepi. Koszule zawsze i szczelnie zapięte, czasami zgrabnie zwieńczone kokardą. Szum drogich
sukien prawie że słyszalny. Niewykluczone, że będzie padało. Niektórzy
nawet wzięli parasole.
Znikąd muzyki.
Pewnie artyści zgubili się w tłumie, w drodze na estradę, której nie
widzimy. Na rozległym placu to chyba być musi wielki Merri Franquin -
aby ton trąbki, otwarty i lotny, niósł się swobodnie po ostatnie rzędy.
Czy tego dnia grano dawny koncert Haydna, nowe dzieło Böhme'a, a może
popularne wariacje "Weneckie" w zwinnej aranżacji Jean-Baptiste Arbana,
już się nie dowiemy.
W tle tłumu twarzy, gwaru, rojowiska lśni tors meczetu. A przed nim
pomnik; bikorn u jeźdźca i rącze pęciny. Ferdynand Filip, książę
Orleanu. Walczył o Algierię, by wszyscy ci państwo mogli dziś razem
posłuchać muzyki i by im żaden Arab nie przeszkadzał. Książę zginął
jednak wcale nie w bitwie, a w durnym wypadku. Narowiste konie poniosły
mu bryczkę, kiedy w podparyskim, sielskim wówczas Neuilly spieszył do
rodziny. Jechał się pożegnać przed kolejną wojną.
Biała świątynia to Djama'a al-Djedid, zwana niekiedy Meczetem Rybaków.
Czego jednak na zdjęciu teraz nie widzimy, to bliskości morza. Jest o krok zaledwie. Gdybyśmy mogli spojrzeć nieco w prawo, dojrzelibyśmy
Bulwar Republiki. Na nim dorożki i pierwsze tramwaje. Gwarną ulicę
wysoko na skarpie. W dole marinę i Morze Śródziemne.
Mimo wciąż marnych możliwości sprzętu i niewielkiego formatu pocztówki
głębia ostrości do dzisiaj zdumiewa. Można bez trudu odprowadzać
wzrokiem, jedną po drugiej, nieznajome twarze.
Proszę, pójdź teraz za mną, Czytelniku. Masz dużo czasu, donikąd się nie
spiesz. Nie bój się, spojrzyj. Dawno już nie żyją. Niewiele więcej
możesz dla nich zrobić; uwierz jedynie, że gdzieś, kiedyś byli.
I tu się wreszcie pojawia pytanie. Czemu bez wyjątku każda z tych
postaci, jest tak poważna, może nawet smutna? Czyżby fotograf, który bez
wątpienia całe towarzystwo zawołał do zdjęcia, zapomniał dodać: "Teraz
uśmiech, proszę"?
- Un sourire, s'il vous plaît!
Spójrzmy kolejno na tych dawnych ludzi. Jakby im właśnie, dosłownie
przed chwilą, ktoś opowiedział o tym, co ich czeka.
A jednak wiedzą.
Że Algierię stracą. Lecz nim to nastąpi, na tym placu zginą ich dzieci i wnuki. Ta dama w bieli, skryta za woalką, trzecia od lewej, w samym dole
zdjęcia, jest od tygodnia dopiero zamężna. Przymyka oczy w niepojętym
smutku, jakby już wiedziała, że dla jej rodziny w tym kraju nigdy nie
będzie przyszłości.
Kobieta w czerni z prawej strony kadru wydaje się wdową po tym, co się
stanie. Obok niej mężczyzna o szczerym spojrzeniu. Wąs podkręcony i świąteczny mundur. Wkrótce zgnije w błocie, w okopie nad Marną. I co
doprawdy jest zdumiewające, ten człowiek zdaje się na to gotowy. Patrzy
w nas ufnie, pogodzony z losem.
On, lub ktoś bardzo do niego podobny, nim zginie w bitwie nad odległą
rzeką, jeszcze się ożeni i zostawi syna, któremu na chrzcie dadzą imię
Albert. A chłopak zamiast postąpić rozsądnie, wziąć dobrą pracę w warsztacie lub stoczni, będzie przelewał na papier historie. Jak ta o dżumie w sąsiednim Oranie.
W centrum kadru chłopiec z równo ściętą grzywką. W tył głowy zsunął
marynarską czapkę. Brwi ma napięte, zaciśnięte usta. Pięć lat. Z pewnością nie więcej niż siedem. Będzie uciekał z Paryża w czterdziestym. Może na statku dotrze do Sajgonu. Zginie w Wietnamie w pięćdziesiątym czwartym. Przyszedł tu z babcią. Jej twarz w połowie za
czernią woalki, a w oczach mądrość, co przychodzi z wiekiem, że nijak
nie da się odwrócić losu.
Jeszcze dziewczynka za nimi, na krześle. Przy lewej skroni bieleje
kokarda. Twarz ma spokojną, opartą na dłoni. Palcem wskazującym dotyka
policzka. Lecz choćbym patrzył na nią długo, długo, długo - to nie
odgadnę, co jest jej pisane.
Cień Jaskółki
Żeby przez krótką chwilę nie było śmierci
I czas nie rozwijał się jak nitka z kłębka rzuconego w przepaść
Czesław Miłosz, Ogród Ziemskich Rozkoszy, 1984
Ta książka będzie głównie o miłości, bo o niej mówi każda fotografia.
Będzie o rozkoszy, odwadze i lęku. Ale i okrucieństwie, bo najbardziej
ludzkie. Powstała z żalu za tym, co minione. Teraz bądź cierpliwy.
Wszystko w swoim czasie.
-
Z pewnością nie Ty, czujny Czytelniku. Ten dzień mógłby nazwać zwykłym
jedynie znużony pracownik urzędu pocztowego przy bocznej ulicy Freetown.
Mężczyzna gasł powoli, nerw po nerwie, w obezwładniającym upale. Jeśli
zatem, co życzliwie zakładam, wykazywał uprzednio żywe zainteresowanie
otaczającym go światem, tracił je teraz pod strużkami potu. Gdybyśmy
podeszli do jego biurka na tyle blisko, by wręczyć naszą kartę pocztową,
zauważylibyśmy, jak tęgie krople spływają ze szczytu czoła. Znajdują na
moment schronienie w wypielęgnowanych bokobrodach. Wślizgują się
niespiesznie pod ciasno zapięty kołnierzyk i łączą z potokiem wilgoci na
otulonym w lniane warstwy torsie.
W środku skwarnego południa nie ma jednak wielu chętnych do nadania
przesyłek. I nas więc tam nie było. Poza tym statek odpływa dopiero
pojutrze.
Louis Ferdinand Céline w Podróży do kresu nocy kolonialnych urzędników
pocztowych w Afryce zachodniej wspomina bez entuzjazmu. Byli
wynędzniali, bezzębni. Wszyscy, bez wyjątku, cierpieli na marskość
wątroby. "Poważnie chorzy, widać było objawy malarii, ale też rzecz
jasna alkoholizm, zapewne również syfilis [...]. Komary zajęły się
wysysaniem i pompowaniem w nich takich trucizn, które pozostają już na
zawsze... Krętki, które tam się już zagnieździły, mocno pracowały nad
tętnicami... Alkohol wyżerał im wątroby... Słońce dobijało nerki... Mendy
wczepiały się we włosy łonowe, a egzema rozkwitała na skórze brzucha".
Już w dzień po wylądowaniu francuski pisarz spostrzega, że "całe ich
wnętrze roiło się od robactwa". Stanowili "worki na larwy".
Nasz urzędnik pocztowy jest wszelako Anglikiem. Pija z umiarem, jedynie
po zachodzie słońca i nigdy w pracy. Teraz jest po prostu umęczony
skwarem. Dzień wydaje mu się pospolity, niewart uwagi. Znużony,
przekłada papiery. Zawsze to jakiś ruch powietrza, złudzenie przewiewu.
Lecz gdyby choć na chwilę wyjrzał przez okno, jego wyobraźnia
zatrzepotałaby gwałtownie i niczym lśniący, błękitny zimorodek, który
przysiadł właśnie na framudze, poderwała się do lotu.
-
Ulica jest sucha, bez choćby śladu kałuży, w tym najbardziej wilgotnym
mieście kontynentu. Zatem może być grudzień. Kto wie, czy nie trzynasty
dzień miesiąca. I jeśli chcę tę datę teraz przywołać, to nie w nagłym
napadzie patriotycznego wzmożenia.
Trzynastego grudnia, bynajmniej nie u progu lat osiemdziesiątych, lecz w roku 1968, rumuński filozof Emil Cioran notuje w swoim zeszycie:
"Pomyśleć, że w nieskończoności czasu nigdy nie będzie drugiego
trzynastego grudnia, identycznego z tym. Wieczny Powrót to dziecinada.
Wszystko jest jedyne i przepada na zawsze". Ostatnie zdanie warto
zapamiętać. Jest ważnym powodem powstania tej książki. Wszystko jest
jedyne i przepada na zawsze.
Odległego grudniowego dnia zatem, na ulicy we Freetown fotograf ustawia
sporą skrzynię aparatu na masywnym trójnogu. Każdy mosiężny bolec musi
być mocno wbity w rozpalony piach. To środek dnia, cienie są krótkie.
Mężczyzna przykrywa głowę ciemnym suknem. Opływa go lepka wilgoć,
okulary parują. Ulica jest boczna. Nie ścisłe centrum, ale też nie
peryferia, nie slumsy. Te pojawią się dopiero za sto lat, gdy mieszkańcy
dżungli będą uciekać do miasta przed okrucieństwem nieletnich,
znarkotyzowanych partyzantów. W perspektywie bieleją gmachy urzędów.
Domy są jeszcze solidne. Parter z kamienia. Drewniane piętra kryte
falistą blachą. Okna w stylu angielskim, otwierane do góry, próbują
wpuścić do wnętrza smużkę chłodu, gdy na chwilę zbudzi się wiatr od
morza. Przed budynkiem, po lewej stronie, w aluminiowej misie ustawionej
na skrzyni, jaśnieje stożek manioku.
Dwaj policjanci z afrykańskiego regimentu - tropikalne mundury i fezy na
głowach - oddalają się właśnie od naszych oczu. Patrolują tę ulicę. Ich
krok jest precyzyjny, marszowy. Choć nie idą obok siebie, to równo
podnoszą prawe nogi w bezwiednym, bliźniaczym geście. Minęły ich, w dziecięcym rozgadaniu, dwie dziewczynki. Jasne zawoje chronią ich głowy
przed "płomienną miotłą upału", jak by powiedział Bruno Szulc.
Trzech wyrostków spogląda nieufnie w naszym kierunku. Dziś nazwalibyśmy
ich bayaye: młodzi, mocni, zbędni. Zdają się zaniepokojeni, spłoszeni
obecnością władzy. Stoją zbici w ciasną grupę, jakby ta wątła gromadka
miała zapewnić im bezpieczeństwo. Zdumiewa nas ich współczesny strój:
szorty, luźne koszule w kropy, w paski; są niczym dzisiejsi mieszkańcy
Afryki zapatrzeni w mistrzów mundialu.
Żołnierze idą w tym kierunku, niejako na spotkanie, lecz ich spojrzenie
omija młokosów. Rozglądają się. Postać lokalnego eleganta przyciąga
wzrok jednego z nich. I my zatem spoglądamy w tę stronę. Może to być
zamożny kupiec, właściciel sklepu. Wyłożył właśnie towary na ulicznym
straganie. Nieskazitelna biel jego marynarki i szykowny kapelusz w stylu
panama rozświetlają cień marnego, krytego strzechą obejścia.
Nagle kleks, cień, cierń w piasku, plamka czerni na świetlistym
negatywie, jak zabłąkana jaskółka. Dziewczyna błyska na krawędzi czasu i znika. Nieoczekiwana, niezamierzona. Gdy fotograf zwalnia migawkę, by
zachować w pamięci pokoleń to pojedyncze, senne popołudnie tropikalnego
miasta, ona w ostatniej chwili wbiega na ulicę.
Chcę myśleć, że mistrzem naszego fotografa był wielki Alfred Stieglitz.
Ten sam, który stał trzy godziny, nieomal bez ruchu, w śnieżycy 22
lutego 1893 roku, żeby zrobić słynne zdjęcie: Piąta Aleja. Zima. Nasz
afrykański rzemieślnik trwa w słońcu tropikalnego południa i, jak jego
mistrz, wyczekuje momentu idealnej równowagi. Widzi, że dwaj mundurowi
idą niczym lustrzane odbicia, ich ciała tworzą idealną symetrię.
Podejmuje decyzję. I wtedy właśnie - tu jakże szczęśliwy byłby Robert
Frank, który uważał, że fotografia powinna raczej przyłapywać świat na
braku równowagi - wtedy pojawia się dziewczyna.
Jest rok 1912, choć niewykluczone, że znacznie wcześniejszy. Pracownik
poczty sumiennie przybił na znaczku pieczęć z datą 19 czerwca 1912. Lecz
sytuacja, której się przyglądamy, już się przecież zdarzyła. Fotograf
musiał wywołać zdjęcia, posłać monochromatyczne negatywy do Europy,
gdzie z mnisią cierpliwością misternie je pokolorowano. Odbite na
sporych kartonach obrazy pocięto następnie na kartki pocztowe,
wdrukowano podpisy i odesłano - jakżeby inaczej - niespiesznym parowcem
do Afryki. Tam, w budynku poczty, zazwyczaj przy porcie, przechodzień
stęskniony za domem w chłodnym starym kraju dostrzegł tę pocztówkę,
uznał za interesującą, kupił i na odwrocie skreślił kilka czułych zdań.
Dopiero wówczas pan na poczcie palcem wskazującym poprawił zsunięte z nosa binokle i wziął do ręki pieczęć.
To musiało trwać.
W tej samej chwili, gdy bezimienna Jaskółka wbiega na piasek ulicy we
Freetown, niemiecki inżynier Oskar Barnack w swojej pracowni w Wetzlarze
ssie w zamyśleniu koniec ołówka, robi pierwsze szkice. Aparat
fotograficzny, który zmieni na zawsze nasze postrzeganie rzeczywistości,
zdynamizuje ją, a reporterów uwolni od kilogramów bagażu, Barnack
zbuduje w rok po wysłaniu tej pocztówki z Sierra Leone. Sfotografuje nim
dzień mobilizacji. Praca nad kolejnymi prototypami Leiki, nim aparat
zadebiutuje na wiosennych targach w Lipsku w 1925, zajmie jednak
wizjonerowi dekadę. Henri Cartier Bresson, największy z reporterów,
swoją leikę kupi dopiero w latach trzydziestych.
Tymczasem na ulicy we Freetown fotograf mozolnie pakuje tęgie skrzynie
sprzętu. Lubię myśleć, że nie zauważył dziewczyny i spostrzegł ją
dopiero jakiś czas później, w ciemni, gdy w chemicznym procesie
wywoływania negatywu, niczym smużka ektoplazmy, powoli zaznaczała swoje
istnienie.
-
Piszę te słowa na ukwieconym dachu riadu w średniowiecznym świętym
mieście Fez. Płowe kamienne kaskady wtulonych w siebie domostw spływają
z zielonych wzgórz. Głosy muezinów z minaretów mediny splatają się w jednostajny szum; jeden z nich się wyróżnia, ze szczególną siłą głosi
wielkość Boga. Kobiety na sąsiednich dachach wieszają pranie. Tak
niewiele umiejscawia mnie w epoce: ledwie sieć kabli, pojedyncze
księżyce anten satelitarnych, daleki pomruk nielicznych samochodów,
którym nie wolno wjechać do starej części miasta. U moich stóp, w dole,
w gęstwinie krzyżujących się stromych uliczek, tak wąskich, że osły i muły mają oba boki obtarte, trwa świat zawieszony w czasie, niezmienny.
Oglądam na ekranie komputera stare fotografie z Afryki i przypomina mi
się Czesław Miłosz, wpatrzony w pejzaże siedemnastowiecznego
holenderskiego malarza Fransa Posta.
Krajobrazy, a także ludzkie postacie - pisze Miłosz - łagodnieją i pięknieją, przenika je szczególne światło, nawet miniony gniew zmienia
się w litość i współczucie. Opowieść o ludziach dawno umarłych ma od
razu "barwę wieczności". Gdzie indziej zauważa, że jednym z naszych
ludzkich przywilejów jest "nie dająca się wyplenić wiara w inny wymiar
minionego czasu, tak że cokolwiek raz minęło, zostanie przeniesione w ten inny wymiar i trwa tam na zawsze". Cioran, jak pamiętamy, pomysł ten
wyśmiewa.
I jeszcze to zdanie, czy raczej kilka oddechów, tak bardzo mi bliskich,
z wiersza Trytony: "Czego chcę? Żeby było. Co? Czego już nie ma".
Jest wreszcie jego zaduma nad dziewczynką na Portrecie z kotem. Lubię
o niej myśleć jak o swoistej bliźniaczce mojej Jaskółki z piaszczystej
ulicy wrzącego miasta po przeciwnej stronie oceanu. Wszak i u niego
"dzieje się to w 1910 albo 1912, obraz nie ma daty". Dziewczynki nie ma
- zauważa Miłosz - "choć jest tutaj, przede mną, nie utracona nigdy".
-
Jeżeli przeszłość, jak sądzi Leslie Poles Hartley w jednym z piękniejszych otwierających zdań w dziejach literatury, jest obcym
krajem, to chcę, by ta książka stała się Twoim, Czytelniku, paszportem.
I chcę, by dziewczyna w szczelinie czasu, w tej jednej setnej części
sekundy, trwała. Pojedyncza i wieczna.
Jeśli też, jak w dawnej przypowieści, ludzkie życie jest niczym lot
wróbla zimą przez ciepły pokój, chcę ten ruch ciała, ten furkot ni to
dziewczęcy, ni ptasi, tę wilgoć i skwar, zatrzymać.
Dal jest też nieuchronnie rozmową o śmierci. Ale i o rzuconym jej
wyzwaniu. Nikogo z nich nie ma już wśród żywych: ani postaci z fotografii, ani wczesnych mistrzów rzemiosła, którzy wykonali zdjęcia.
Nie ma ludzi piszących pospieszne słowa do swoich bliskich na kartkach,
które, ich zdaniem, najlepiej opowiadały o rzeczywistości w dalekim
kraju. I nie ma stęsknionych adresatów. Oni z pojedynczych kadrów i kilku wyczekiwanych miesiącami zdań musieli układać sobie historie o nowym życiu drogich im osób.
Nie ma ich, ale jakby wciąż jeszcze chwiejnie trwają, póki gdzieś na
strychu ostatnia z tych pocztówek nie sparcieje i nie zgnije, osierocona
i zapomniana przez rodziny dawnych epistolografów. Pamiętasz,
Czytelniku, tę scenę z Amatora Krzysztofa Kieślowskiego? Bohater
Stuhra chwali w uniesieniu ekipę filmową podczas zdjęć dokumentalnych:
"To jest piękne, co robicie chłopcy. Człowiek już nie żyje, a tu ciągle
jest, piękne...".
Ilekroć przez ćwierć wieku sam fotografowałem w Afryce, miałem w pamięci
kilka zdań, drogowskazów. Pochodziły od mistrzów, którzy byli przede
mną. Ale też od pisarzy, a wśród nich tego, który jeśli sam brał aparat
do ręki, to chyba jedynie po to, by uwiecznić motyle: "Cokolwiek raz
zostało zobaczone, już nigdy nie może powrócić do chaosu".
Czy ta myśl nie przynosi nadziei?
A Jaskółka? Czy ziarna piasku, których dotykała nagimi palcami tamtego
popołudnia, uwierały i moje stopy, wiek później? Przecież według
nieubłaganych praw przyrody znikamy, ale drobinki piasku gdzieś
pozostają, pojedyncze jak ta dziewczyna, lecz o ile bardziej trwałe. Czy
spotkałem jej prawnuki na dusznych ulicach Freetown? Czy ktokolwiek z jej potomków przetrwał jedną z najokrutniejszych wojen w dziejach
kontynentu? Czy przeżył potem największą epidemię eboli?
-
Przychodzą do mnie, zlatują się z wielu stron świata, niczym na
szczególny obrzęd Dziadów te twarze, postacie, grupy ludzkie; oczy
wpatrzone w nas zza granicy tego, co poznane. Być może niektórzy z nich
spotkali się kiedyś. Może płynęli razem parowcem do Zatoki Gwinejskiej?
Może ich razem - "Kobiety i dzieci najpierw!" - wyciągano w koszach na
niespokojnych wodach wokół Lomé? Może odwiedzali nawzajem swoje farmy, w woni zmierzchu i naftowych lamp gawędząc o małych troskach i wielkich
dramatach? A może spotkały się zaledwie ich spojrzenia, z przeciwnych
stron ulicy, gdy w zawstydzeniu - lub z poczuciem świętej
sprawiedliwości - patrzyli na zakutych w łańcuchy niewolników pędzonych
przez miasto? Może w lupanarach Biskry kochali tę samą dziewczynę, a ona
połączyła ich, nieświadomych swoistego przymierza, trwałym węzłem
syfilisu?
Nie ma już nikogo z nich, a wspomnienia ich losów i rysów twarzy
rozpierzchły się po wszystkich kontynentach. Gasły powoli, wraz z odchodzeniem ze świata ich dzieci, wnuków, najbliższych przyjaciół.
W powieści Milana Kundery Żart Ludwik Jahn mówi: "Już dzisiaj historia
jest wątłą nicią tego, co zapamiętane, nad oceanem tego, co zapomniane.
Ludzie łudzą się dwiema błędnymi wiarami: w wieczną pamięć i w możność
naprawy. Obie te wiary są fałszywe. Jest na odwrót: wszystko zostanie
zapomniane i nic nie będzie naprawione. Nikt nie naprawi krzywd, które
wyrządzono, ale wszystkie krzywdy ulegną zapomnieniu".
Tli się we mnie inna wiara. Taka mianowicie, że przywołanie tych
fotografii przyniesie skutek odwrotny. Ci ludzie wrócą. Wrócą ich
codzienne sprawy, ale i wielkie katastrofy. Krzywdy zostaną nazwane,
wyznane i przez to niejako naprawione.
-
Dawne pocztówki z Afryki. Skupuję je na aukcjach i targach staroci, w antykwariatach. U bukinistów na brzegu Sekwany, ilekroć mieszkam obok,
przy ulicy Saint-Séverin. Kolekcjonuję spojrzenia i milczenie; kolejne
nadzieje na trwanie, na ponowne spotkanie po wieku, na lichą, jaką bądź
nieśmiertelność, choćby na kartach książki. W naszych oczach, póki my
jeszcze trwamy.
Pojedynczość tych kart jest dwojaka. Po pierwsze to, co z definicji
fotografia powiela w nieskończoność, nastąpiło tylko jeden raz. Wszystko
jest bowiem jedyne i przepada na zawsze. Choć serie liczyły
kilkadziesiąt, może czasem i kilkaset identycznych pocztówek, to ten
rysunek ciała, cień na ulicy, kształt chmury - zdarzyły się raz tylko.
Odmienną kwestią jest pojedyncze istnienie kroju liter, nazwisk nadawców
i adresatów. Nie tylko zatem nieśmiertelność chwil na kliszy, ale i trwałość momentów nadania, skreślenia tych paru czułych, lecz bywa, że
zaskakująco obojętnych zdań. Ta więź między dwojgiem ludzi dawno już
minionych; jedyna, ulotna.
Kolonizatorzy Afryki, biali Europejczycy, zawsze zostawiali po sobie
ślad. Niech to będzie kwit z pralni, podpis na rachunku, skrycie
prowadzony dziennik albo wspólna rodzinna fotografia wykonana w szanowanym zakładzie na rynku w starym kraju. Afrykanie znikali bez
śladu. Te karty są dziś jedynym świadectwem, że byli. Jedynym "dowodem
na istnienie". Lubię patrzeć w ich oczy, ilekroć to możliwe.
"Dosłownie rzecz biorąc - pisze Roland Barthes w Uwagach o fotografii
- zdjęcie jest emanacją przedmiotu odniesienia. Od rzeczywistego ciała,
które tu było, przebiegły promienie, które dotykają mnie, mnie, który tu
jestem. Nieistotna jest długość trwania przekazu; zdjęcie osoby, której
już nie ma, dociera do mnie jak zbłąkane promienie gwiazdy".
Susan Sontag w Fotograficznych ewangeliach przypomina za Barthes'em,
że tak naprawdę wszystkie fotografie stają się ciekawe i wzruszające,
jak tylko się zestarzeją. To jedynie kwestia czasu. Fotograf zaś
"zarazem ratuje i przechowuje, denuncjuje i uświęca".
Przypominają się dwie książki pozornie niezwiązane z historią dawnej
Afryki, ale muszę zdania z nich przywołać.
We wstępie do albumu I ciągle widzę ich twarze z fotografiami
żydowskich rodzin sprzed Zagłady Gołda Tencer pisze: "Na kliszach
pamięci ocalały ich postacie. Przetrwały przedmioty i sprzęty. To, co
filozof nazwał kiedyś "łzami rzeczy". Jest to płacz nie tylko po
garnuszku z obtłuczonym uszkiem, krzywym płocie galicyjskiego
miasteczka, butach wędrowca, czapce wiejskiego handlarza. Jest to płacz
- po tamtym świecie, który wraca dziś jedynie w starych fotografiach".
A Ryszard Kiersnowski w książce o mieszkańcach średniowiecznego Śląska
zwraca uwagę, że: "Byli to ludzie nie tylko ogromnie nam podobni, ale
też ogromnie od nas różni. Patrząc na nich z daleka [...] o obu tych
okolicznościach powinniśmy zawsze pamiętać. Wtedy będziemy się im
jednocześnie dziwić i nie dziwić, współczuć i nie współczuć, wyśmiewać
ich i nie wyśmiewać, a przede wszystkim będziemy ich rozumieć i nie
rozumieć zarazem".
-
Na tarasie domu w starym marokańskim mieście wynotowuję z biblijnej
Księgi Mądrości: "A imię nasze z czasem będzie zapomniane / i nikt
nie będzie miał w pamięci uczynków naszych".
Cioran w zeszycie z połowy lat sześćdziesiątych z właściwym sobie
pesymizmem wyrokuje: "Każda istota ludzka pojawia się nie wiadomo skąd,
wydaje słaby krzyk i znika, nie pozostawiając śladu".
Otóż o ten ślad, o ten znak, wzrok, twarz mi chodzi. Dal mogłaby
właściwie mieć taki tytuł: Ślad. Ale nie lubię w tytułach znaków
diakrytycznych.
Muszę przyznać się do pewnej, jeśli chcecie, wstydliwej nerwicy. Robię
to od lat. Wpisuję do książek daty i miejsca, w których sięgnąłem po
lekturę. Podpisuję się. Wiem, że ołówek przetrwa. Znaczę ślad.
Kilkanaście lat temu kupiłem na wiejskim targu drewnianą skrzynię. Gdy
otworzyłem wieko, znalazłem tam zapisane ołówkiem daty. Sam środek
wojny. Rok 1940, 1943. Wokół śmierć, wielkie znikanie. A tu sprzedana
krowa, prosięta w miocie, rachunki, zakupy, cyfry. Giną miliony istnień,
a pozostaje ślad ołówka na drewnie. Dal jest także o tym.
Andrzej Mularczyk w rozmowie z Justyną Dąbrowską w "Tygodniku
Powszechnym" zwraca uwagę: "Tybetańska Księga Umarłych mówi, że "nie
ma przeszłości, nie ma przyszłości, jest tylko teraz". Ja mówię, że jest
tylko przeszłość, ponieważ tylko o niej coś wiemy i tylko ona może dać
nam szansę wzbogacenia się o jakąś prawdę, jakąś refleksję".
Biel była nieustannym wołaniem: ja, ja, ja; Dal oddaje głos świadkom
tamtych czasów. Jest też, nieuchronnie, swoistym "wypisem z ksiąg
użytecznych".
Edward Hallett Carr w What is History? zwraca uwagę, że niegdyś
utrzymywano, iż fakty mówią same za siebie. "Jest to - twierdzi Carr -
oczywiście nieprawda. Fakty przemawiają jedynie wtedy, gdy historyk je
do tego wezwie: to właśnie w jego gestii leży decyzja, które fakty
dopuścić do głosu i w jakim porządku kontekstu".
Nie jestem historykiem, lecz i ja z konieczności, wybierając z moich
zbiorów do tej książki zaledwie sto kilkadziesiąt z bodaj tysiąca
archiwalnych zdjęć, dokonuję selekcji. Zawiedzie się, kto czeka, że
Dal opowie mu całą historię Afryki, dotknie każdej kwestii, wyczerpie
każdy wątek. Nie. Chciałbym jedynie, żebyś, Czytelniku, patrzył w oczy
kolejnych postaci, wiedząc, że każda z nich jest wyjątkowa, pojedyncza,
zaistniała raz tylko.
Chodźcie zatem do mnie. Przyjdźcie, którzyście żyli dawno i daleko.
Którzyście kochali, cierpieli, marzyli. Przybądźcie na to ostatnie
spotkanie. Ono, z braku innej przestrzeni, zdarzy się we mnie. Dam wam
czas i miejsce. I czułość.
FEZ, RIAD RCIF, 1 MARCA 2019
Kundle
Cóż za monstrum jest tedy człowiek? Cóż za osobliwość? Co za potwór, co
za chaos, co za zbieg sprzeczności, co za dziw! Sędzia wszechmocny,
bezrozumny robak ziemny; piastun prawdy - zlew niepewności i błędu;
chluba i zakała wszechświata.
Blaise Pascal, Myśli, połowa XVII wieku
-
Tego dnia, jak każdego z wielu poprzednich, w okopach Europy miliony
szczurów walczą ze sobą o porozrywane fragmenty ciał młodych mężczyzn.
Huk, dym, ból, wrzask, fetor.
"Jakże tu jest inaczej" - myśli, próbując zapomnieć krzykliwe nagłówki
gazet, które czytuje wprawdzie z wielotygodniowym opóźnieniem, ale to
nie osłabia ogromniejącej w nim grozy.
Tu jest późne popołudnie. Światło gasnącego słońca ma barwę miedzi.
Zaczyna gadać ptactwo, wcześniej zamilkłe na długie godziny skwaru.
Zieleń jest bujna, bezczelna. Spiętrza się nad nieruchomą wodą zatoki
wokół przylądka Cap Lopez, mnoży w jej lustrze. Wśród liści brązowieją
strzechy lepianek wioski. O tej porze kobiety zwykły wychodzić na brzeg.
Dzieciarnia, ośmielona pierwszym tchnieniem wieczornego chłodu, już roi
się i broi w zaroślach. Mężczyźni lubią o tej godzinie naprawiać sieci.
Wyglądają, jakby dziergali na drutach płaszcz dla olbrzyma.
Dziś jednak zmierzch spływa w pustkę, a powietrze stoi w milczeniu,
zamiast mierzwić się od wszechobecnego tu zwykle ruchu.
Jedynie dzioborożec, przysiadły na gałęzi wciąż rozkołysanej jego
ciężarem, uważnie przygląda się postaci ubranego w długie lniane spodnie
i jasną koszulę mężczyzny, który niespiesznie uchyla kolejne drzwi,
otwiera opuszczone domy.
Jest sam. Wybrał się na wieczorny spacer z pobliskiego obejścia, gdzie
odpoczywa w towarzystwie żony po z górą czterech latach wytężonej pracy
w szpitalu.
Nazywa się Albert Schweitzer. Młode lata spędził na czytaniu Biblii.
Studiował tajemnice medycyny i grał Bacha na organach w kościele z dzwonnicą o spiczastym dachu, w rodzinnym miasteczku w Wogezach. Jak
nieliczni przed nim i tak wielu idących za jego przykładem, któregoś
dnia uznał, że to nie wystarczy. Przegadał swój pomysł z żoną. Zgodziła
się. Wsiadł z nią do pociągu do Bordeaux. W pobliskim Pouillac znaleźli
statek płynący do Afryki środkowej.
Schweitzer postanawia zbudować szpital w środku wilgotnej puszczy. Chce
ulżyć drugiemu człowiekowi. Ma rzadką w owym czasie świadomość, że praca
tam to nie dobrodziejstwo ani łaska, ale pokuta. "Za każdą jednostkę,
która przyniosła niewinnym ludziom cierpienie, niech inna pospieszy z pomocą" - mówi. Sądzi, zapewne niebezpodstawnie, że pomóc powinien nie
tylko ciałom, lecz i duszom swych braci, zatem w jednej z trzydziestu
trzech solidnych skrzyń wiezie specjalnie dla niego zbudowane organy.
Lubię myśleć o tych nocach w dżungli, gdy zdumione zwierzęta leśne
milkną, po raz pierwszy obcując z preludiami Jana Sebastiana Bacha.
Na pokładzie statku w drodze do Afryki spotkamy go w tej książce
ponownie, lecz teraz, lata później, spaceruje już w wiosce nad zatoką i otwiera kolejne drzwi chat.
Wnętrza są puste. Tylko w jednej z lepianek na klepisku leży mężczyzna.
Jeszcze oddycha, choć jego wnętrzności szarpią wielkie drapieżne mrówki.
Widziałem takie mrówki w Kamerunie. Potrafią w ciągu jednej nocy zjeść
całego królika. Ile czasu zajmuje im zjedzenie człowieka, wówczas się
nie zastanawiałem. Ten mężczyzna jest chory na śpiączkę, został
porzucony przez swoją rodzinę. To ostatnie stadium choroby i Schweitzer
ma pewność, że nie może już pomóc.
Śpiączka była w Afryce od zawsze, lecz nie rozprzestrzeniała się, bo
uniemożliwiał to brak komunikacji między wioskami w głębi dżungli. Gdy
pojawili się Europejczycy i rzeki stały się traktem handlowym, a wśród
tragarzy czy wioślarzy był choć jeden chory, zaraza wędrowała
momentalnie. Dotarła i tu, wyludniła wioskę. Pozostał tylko ten jeden
mężczyzna, konający w trudnych do wyobrażenia cierpieniach, zjadany
żywcem. Mrówki to nie lwy. Taka uczta trwa długo. Myślę o jego
najbliższych, którzy zostawili go i odeszli, nie oglądając się za
siebie.
Nie wiemy, co stało się później, w kolejnych minutach dogasającego dnia
i gasnącego życia. Schweitzer, człowiek głębokiej wiary, zapewne
powierzył Bogu los konającego. I to nie jest miejsce, by rozważać
słuszność decyzji, choć Ty, Czytelniku, możesz poświęcić chwilę na
zastanowienie, jak byś postąpił w takiej sytuacji.
Schweitzer wychodzi z chaty i patrzy na fale zatoki rdzewiejące w opadającym słońcu. Wspomni ten moment: "Jednym spojrzeniem ogarnąłem w tej chwili raj ziemski i beznadziejną nędzę, a świadomość tych
krańcowych różnic wstrząsnęła mną do głębi".
Jego późniejsze refleksje wydają się fascynujące przez dwoistość swej
natury. "Czy kolorowego człowieka powinienem uważać za równego sobie? -
zastanawia się luterański teolog, badacz preludiów i fug. [...] Murzyn
jest dzieckiem, a z dzieckiem nic zrobić nie można bez autorytetu. Formy
naszych stosunków z krajowcami musimy zatem wybrać takie, aby uwidocznił
się w nich autorytet wrodzony naszej rasie. Wpajam więc w Murzynów
przekonanie, że jestem ich bratem, lecz bratem starszym".
Trudno z dzisiejszej perspektywy oprzeć się wrażeniu, że pobrzmiewa w tych słowach echo dzieł siedemnastowiecznego anatoma Edwarda Tysona,
który w Orang-Outang, sive Homo Sylvestris: or, the Anatomy of a Pygmie
Compared with that of a Monkey, an Ape, and a Man (1699) poszukiwał
brakującego ogniwa między małpą a człowiekiem i znajdował je w głębi
afrykańskiej dżungli.
"Murzyn - kontynuuje Schweitzer w swej, wydanej w Polsce w latach
trzydziestych, książce Wśród czarnych na równiku - to prymitywne
dziecię natury, nie jest tak wyrafinowany, jak my, operuje tylko
najelementarniejszymi pojęciami i posługuje się w życiu najprostszą
miarą, miarą moralną. Ugnie się i podda przewadze każdego, w kim
znajdzie dobroć, sprawiedliwość i prawość oraz wewnętrzną godność. Gdy
cech tych nie ujrzy, pozostanie oporny i krnąbrny, nie bacząc na pozorną
uległość i pokorę, bo tłumaczy sobie w duszy, że ten biały jest taki sam
jak ja i nie jest w niczem ode mnie lepszy.
[...] Im większa odpowiedzialność spoczywa na białym, tym większe
istnieją dane, że stanie się on z biegiem czasu twardy dla krajowców
[...]. Nie osądzam nikogo. Zrozumiałem, że ludzie, którzy nie wykazują
obecnie nawet najmniejszej iskierki uczucia dla krajowców, przybyli
niegdyś do Afryki pełni ideowego zapału i najlepszych chęci, jednak
stopniowo, w codziennych zatargach zniechęcili się i zmęczyli, tracąc z wolna całą swą duchową siłę".
Jednocześnie myśl Schweitzera podąża ścieżką w przeciwnym kierunku: "Cóż
biali ludzie wszystkich narodowości uczynili od chwili odkrycia nowych
lądów z kolorowymi ludami? Dlaczego wszędzie, gdzie pojawiła się biała
rasa, występująca z imieniem Chrystusa na ustach, wymarło tak wiele
plemion, a liczba pozostałych maleje z dnia na dzień? Któż zdoła opisać
okrucieństwa i niesprawiedliwości, jakie kolorowi wycierpieli w ciągu
wieków od ludów Europy? Któż oceni nędzę i rozpacz wywołane przez wódkę
i wstrętne choroby, które Europejczycy przywieźli ludom pierwotnym?
[...] Wielka wina ciąży na nas i na naszej kulturze".
To słowa mocne i ważne. W 1952 roku za swoją pracę w Afryce Albert
Schweitzer otrzyma Pokojową Nagrodę Nobla. A nam, wpatrzonym w twarze
unieśmiertelnione na pocztówkach słanych przed stuleciem, pozostaje
namysł: jak to się stało, jakiej trzeba było pychy, by w palecie barw
postawić biel przed innymi kolorami?
Pozostaje też zadawać sobie pytania odwieczne, które zadaje sobie być
może lekarz-teolog, przyszły noblista, gdy pochyla się wieczorem nad
Biblią i przenosi wzrok znad jej kart na gazety z wieściami z Wielkiej
Wojny. Jeżeli Bóg istnieje, to skąd pochodzi zło? Jeśli zaś Boga nie ma,
skąd w świecie dobro? Czy Bóg jest zmuszony pozwolić na zło? Nie byłby
wówczas wszechmogący. Czy zatem pozwala z własnej woli? Wtedy brak mu
dobroci.
-
Takich pocztówek w mojej kolekcji jest kilka. Spoglądają z nich oczy
zdumiewająco spokojne. Nie znać na twarzach skurczu cierpienia. Podobne
fotografie zdarza się nam oglądać w muzeach Holocaustu.
13 maja, rok 1912. Panna Marie Guyot otwiera drzwi swojego mieszkania
przy rue Thimonnier w dziewiątej dzielnicy Paryża. Trawnik przed domem
cały w konwaliach, pobliski platan wypuszcza pierwsze liście. Słodka woń
końskiego łajna z ruchliwej już o poranku ulicy nie drażni panienki.
Paryż pachnie tak cały rok. Spójrzmy na fotografię dworca Saint-Lazare,
gdzie u progu wieku wciąż jeszcze konie, zaprzęgi, dorożki.
Może panna Marie spodziewa się kogoś innego, ale to listonosz. Wręcza
jej kartkę napisaną z górą dwa miesiące wcześniej w Dongou. Pocztówka
nie zawiera zwyczajowych pozdrowień, krótkiej anegdoty z ostatniej
przygody w terenie, nawet życzeń wielkanocnych, których Marie mogłaby
oczekiwać. Zachował się podpis, skreślony kobiecą, zdaje się, ręką.
Siostry? Przyjaciółki? Nieoficjalny, samo imię. Marie bierze w wypielęgnowaną dłoń kartkę, którą i ja trzymam - ponad wiekiem wojen,
tęsknot i miłości - jakbym swoją dłonią dotykał skóry tej odległej w czasie, dalekiej dziewczyny. I Marie patrzy w te oczy, w które i ja
patrzę. I Ty, jeśli masz w rękach tę książkę.
Oto mężczyzna, może dwudziestoparoletni, siedzi na worku nad rozległą
rzeką. To Ubangi, obecna granica między Kongiem-Brazzaville a Demokratyczną Republiką Konga. Wioska istnieje do dzisiaj, nazywa się
Bétou i leży o dzień drogi czółnem w górę rzeki od miejsca, w którym
napisano kartkę. Miniemy ją lewą burtą łodzi, płynąc w stronę stolicy
Republiki Środkowoafrykańskiej.
Mężczyzna, skuty u nadgarstków i kostek w stalowe pręty owinięte
miłosiernie szmatą, by nie raniły ciała, jest ponadto schwytany w sieć,
jak wielka ryba, choć w tej sytuacji lgnie do mnie porównanie z syreną.
Patrzę w jego oczy i nie widzę w nich lęku. Ani wściekłości. Próżno
doszukuję się spazmów bólu, udręki, wyczerpania. Ciekaw jestem, czy
zgodzisz się, Czytelniku, że jest w tych oczach jedynie spokój,
spleciony z pogardą.
-
Potrzeba władzy nad drugim człowiekiem często rodzi się z lęku przed
nim. Lęk zaś - bywa, że wynika z niewiedzy. Jak uważał Ryszard
Kapuściński, jeden z orędowników dialogu między kulturami, zło bierze
się stąd, że wszyscy o sobie nawzajem za mało wiemy.
Tę myśl autor Hebanu zanotował, czytając Herodota. Pierwszy w historii
reporter, ciekawy nieznanego mu świata, chłonny wiedzy, ale i wobec
uzyskiwanych informacji krytyczny, opowiadał głównie historie
zasłyszane. W wielu opisywanych miejscach nigdy nie był. Nie mógł zatem
osobiście zweryfikować, czy Etiopowie długowieczni (wyobraźnia
starożytnych umiejscawiała ich gdzieś w okolicach dzisiejszego rogu
Afryki) istotnie żyją sto dwadzieścia lat i kąpią się w źródłach o wodzie tak lekkiej, że na jej powierzchni nic się nie unosi. Czy w rzeczywistości mają czarne nasienie i mieszkają pod ziemią.
Jeszcze w XVIII wieku na europejskich mapach Etiopia sięga od
dzisiejszego Sudanu do Senegalu. Za czasów Herodota Etiopami zwano
wszystkich czarnoskórych mieszkańców Afryki. Rozróżniano ich wedle
zwyczajów i urody. Autor Dziejów opowiada, jak przeciw Etiopom
długowiecznym wyprawił się Kambizes, władca Persji, ale pustynia
pokonała jego armię. W połowie drogi skończyły się zapasy, żołnierze
jedli korzenie i zioła, aż wreszcie, notuje Herodot, losowo "wybrali co
dziesiątego spośród siebie i zjedli". Że przypadki rytualnego
kanibalizmu przetrwały w afrykańskiej tradycji do dziś, wiemy choćby z obserwacji konfliktu w Liberii u schyłku ubiegłego stulecia. Ale już
opowieści Herodota zasiały w czytelnikach antyku ten niepokój, jakoby na
nieznanym, wrzącym kontynencie ludzie zjadali się nawzajem.
Te historie musiały sycić wyobraźnię mieszkańców starego kontynentu
przez blisko dwa tysiące lat. Pierwszy opis podróży Europejczyka do
wnętrza Afryki to notatki Włocha, Antonia Malfante, dopiero z roku 1447
z oazy Tuat na Saharze. Pisał on do przyjaciela z Genui, mową zależną
nawiązując do stylu swego antycznego poprzednika, że słyszy o wielkich i bogatych miastach kontynentu, ale ludy tam mieszkające są plugawe:
"[...] w cielesnych stosunkach niby zwierzęta: ojciec żyje z córką, brat
z siostrą. Są bardzo płodni, jako że kobieta rodzi do pięciorga dzieci
naraz. Nie ma też wątpliwości, że jedzą ludzkie mięso". Afrykę od
początku mitologizowano, przypisując jej nie tylko katalog potworności,
lecz nieodmiennie lekceważąc jej naukę i kulturę.
Jak zwykle bywa, prawda jest bardziej skomplikowana, niejednoznaczna,
złożona. Gdyby Malfante czytał (etiopską, nawiasem mówiąc) świętą księgę
Kebra Nagast, poznałby światłą królową Makedę. Ta, wędrując do
biblijnego króla Salomona, nie liczyła bynajmniej na harce w alkowie, a przynajmniej nie jedynie. "Pożądam mądrości - mówiła - a umysł mój
poszukuje wiedzy. Gdyż lepsza jest mądrość od skarbów złota i srebra...
Rozweselająca serca, rozjaśniająca oczy, uskrzydlająca nogi, pancerz na
piersi, hełm dla głowy, naszyjnik dla szyi, pas dla lędźwi, nakazująca
posłuch uszom, mistrzyni serc, nauka dla uczonych, pocieszycielka
rozsądnych, dająca sławę poszukującym. Żadne królestwo nie może się
utrzymać bez mądrości".
Z kronikarskiego obowiązku warto dodać, że Malfante musiałby czytać tę
księgę w czternastowiecznym oryginale. Pierwsze tłumaczenia są
współczesne podróżom Stanleya i Livingstone'a. Nie karćmy go zatem za te
braki w erudycji. Mógł nawet nie mieć świadomości, że wiedza - na
przykład starożytnych Egipcjan z dziedziny matematyki, fizyki, chemii,
geologii, zoologii, chirurgii, medycyny, farmakologii czy astronomii -
znacznie przewyższała poziom wiedzy europejskiej w jego czasach. Ba,
obowiązywać będzie na świecie do XIX wieku.
Przy okazji: gdy niejaki Edwin Smith, amerykański egiptolog, nabył w 1886 roku w Luksorze zwój papirusu, olśniony był głównie jego urodą.
Przetłumaczony w latach trzydziestych XX wieku dokument pochodzi z połowy III tysiąclecia przed Chrystusem. Wojskowi lekarze szczegółowo
opisują i analizują w nim czterdzieści osiem problemów ortopedycznych,
stawiają diagnozy i sugerują formy leczenia stosowane częstokroć w światowej medycynie do dzisiaj.
Malfante w pewnym sensie złożył rewizytę. Trzy lata przed chwilą, w której pisze do przyjaciela z Afryki, przed portugalskim księciem
Henrique staje czterech jeńców, Gwinejczyków, pojmanych u brzegów Afryki
na południe od Maroka. To pierwsi czarnoskórzy przywiezieni do Europy
przez żołnierzy księcia. Papież przyzna odpusty tym, którzy walczą na
ziemiach niewiernych. Pytanie, czy bardzo się w tym różni od mułłów
współczesnego wojującego islamu, niech pozostanie otwarte.
-
Skoro zawędrowaliśmy, wspominając nasze pierwsze spotkania z Afrykanami,
aż do starożytnego Egiptu, na chwilę zostańmy w tej dali.
Podróż z Morza Śródziemnego na Bałtyk i z powrotem w starożytności mogła
trwać półtora roku. Co nie znaczy, że nikt nie podejmował prób takich
wędrówek. Czekano na sprzyjające warunki. Zimne morza były jednak nie do
przebycia przez znaczną część roku. Handel kwitł więc głównie na
południu.
Przynajmniej pół tysiąca lat przed Chrystusem Luzytanie robili już
interesy z Kartagińczykami. Nawiasem mówiąc, to mieszkańcy Kartaginy
jako pierwsi statkami okrążyli Afrykę. Od strony Morza Czerwonego
dopłynęli aż do Słupów Heraklesa. Poznali Wyspy Szczęśliwe (dzisiejsze
Kanaryjskie), Maderę, Wyspy Zielonego Przylądka, nawet Azory na środku
Atlantyku. Europejskie damy dworu ceniły sobie łabędzie i pawie w swoich
ogrodach. Opowiadano o nieprzebranych bogactwach, które "pochodzą z ziemskiego raju, gdzie wiatr skręca drzewa", gdzie żyją potwory i ludzie
bez głowy, z pojedynczym okiem pośrodku piersi, z długimi ogonami.
Już wtedy handlowano niewolnikami i kością słoniową, cennymi gatunkami
drewna, egzotycznymi zwierzętami. Afrykańskie bestie i rośli
czarnoskórzy niewolnicy zapełniali areny rzymskich cyrków. Czy chłopak z fotografii posłanej pannie Marie do Paryża w roku 1912 nie przypomina
nubijskiego gladiatora pojmanego w sieć na arenie?
Gdybyż pokojowe współistnienie było rzeczą ludzką... Kartagińczycy - a więc z geograficznej perspektywy Afrykanie - nie zadowalają się jednak
uczciwą wymianą handlową i w 237 roku p.n.e podbijają dzisiejszą
Andaluzję, fortyfikując dla siebie Gades, zwany dziś Kadyksem.
Czemu o tym wspominam? To dzieje tak dawne, nikt wówczas nie słał do
domu pocztówek, z rzadka nawet pisano listy.
Otóż chcąc choć odrobinę poprawić sobie samopoczucie, można zaryzykować
tezę, że pierwsza kolonizacja przebiegła w kierunku odwrotnym. W ślad za
Kartagińczykami poszli wszak Maurowie, okupując tereny półwyspu
Iberyjskiego przez prawie osiemset lat! Tymczasem lata panowania
kolonialnego Europejczyków w Afryce objęły życie zaledwie dwóch pokoleń.
To oczywiście uproszczenie. Byliśmy tam przecież od zawsze. Od Herodota
i wcześniej.
Po odebraniu Iberii z rąk Maurów powtarzają się w kolejnych stuleciach
próby krwawego rewanżu. Hasło walki z islamem ma jednak, podobnie jak w przypadku krucjat, w znacznym stopniu podłoże handlowe, wynika nie z pobożności, ale z chciwości. Nie ma bowiem tak pięknych haseł, z których
nie można by zrobić narzędzia opresji, zbrodni i ludobójstwa.
Ówcześni Europejczycy z pewnością nie znali ksiąg starobuddyjskich. A szkoda, mogliby, przed wyruszeniem w podróż do kraju, którego nie znają,
wynotować choćby takie zdanie: "Jak pszczoła, zebrawszy z kwiatu nektar,
odlatuje, nie naruszając jego barwy ani zapachu, tak też mędrzec niechaj
zachowuje się we wsi". Nie zabieraj niczego prócz wspomnień, nie
zostawiaj niczego oprócz śladów stóp, powiedzielibyśmy dzisiaj.
Zgoda, że mogli również nie czytać Pitagorasa, który bodaj pierwszy
przeniósł na europejski grunt myśl Wschodu, że wszystkie żywe istoty są
ze sobą spokrewnione. Mogli jednak wędrowcy z krzyżem na piersiach
otworzyć swą świętą księgę choćby na fragmencie z Mądrości Syracha:
"Miej dar łaskawy dla każdego, kto żyje, nawet umarłemu nie odmawiaj
oznak przywiązania! Nie odsuwaj się od płaczących i smuć się ze
smucącymi!".
Tymczasem kolejne ekspedycje w imię boże porywały, mordowały, gwałciły i zniewalały. Koncepcja brania drugiego człowieka w niewolę nie była
zresztą ani nowa, ani o ściśle europejskim rodowodzie, choć na starym
kontynencie proceder ten ujęto w sieć praw. Już Arystoteles uważał, że
niektórzy ludzie są niewolnikami z natury. Niewolnictwo uznawane było
przez systemy religijne zarówno chrześcijaństwa, jak i islamu. Rzadko,
jeśli kiedykolwiek, sprzeciwiał się mu ktoś z grona teologów. Piotr
Klawer (Pedro Claver y Corberó) - kataloński jezuita w XVII wieku
pracował wśród niewolników w obecnej Kolumbii. Część kościelnych
hierarchów w Watykanie potępiała go publicznie, wskazując, że kolorowi
niewolnicy są pozbawieni duszy.
Pisał wszak Święty Paweł w 1 Liście do Koryntian: "Każdy przeto niech
pozostanie w takim stanie, w jakim został powołany. Zostałeś powołany
jako niewolnik? Nie martw się!". Zaś w Liście do Kolosan pouczał:
"Niewolnicy, bądźcie we wszystkim posłuszni doczesnym panom, nie służąc
tylko dla oka, jak gdyby dla przypodobania się ludziom, lecz ze
szczerego serca, jak bojący się Pana".
Na Biblię powoływano się chętnie, jak zawsze czytając ją wybiórczo,
uznając zniewolenie drugiego człowieka za część bożych planów.
Myśliciele XVII wieku, jak Thomas Hobbes czy John Locke, uważali, że
niewolnictwo jest naturalną konsekwencją wojen sprawiedliwych. Nie
kwestionowali go ani Luter, ani Kalwin.
Myśl abolicjonistyczną powołała dopiero Rewolucja Francuska i encyklopedyści z ich ideałami wolności, równości i braterstwa.
Przeczytali Pismo Święte dokładniej niż poprzednicy i zrozumieli, że
Chrystus oddał życie na krzyżu za wszystkich ludzi. Tę myśl podkreślał
też w swym dziele O duchu praw Monteskiusz w połowie XVIII wieku.
Jeśli Thomas Jefferson, trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, prawnik,
wielki humanista, legendarny koneser i kolekcjoner wina czytał
Monteskiusza, to niewiele z jego myśli uznał za swoje, do tego trzeba
było dopiero Lincolna. W powadze swego urzędu Jefferson wypowiada się
autorytatywnie: "Porównując Murzynów pod względem pamięci, zdolności
rozumowania i wyobraźni, widzę, że jeśli idzie o pamięć, nie ustępują
białym; w zdolności rozumowania stoją znacznie niżej, sądzę bowiem, że
trudno by znaleźć choćby jednego, który zdołałby zrozumieć dowody
Euklidesa; jeśli zaś idzie o wyobraźnię - są tępi, pozbawieni smaku i anormalni".
W pierwszym wydaniu amerykańskim Encyklopedii Britannica w 1798 roku
pod hasłem "Murzyn" - Homo pelli nigra - czytano: "[...] odznacza się
szpetotą i nieregularnością kształtów. Murzynki mają znacznie obwisłe
biodra i pokaźne pośladki, wyglądające jak siodła. Zdaje się, że
największe przywary są przeznaczone właśnie tej rasie; wielu mówi, iż
lenistwo, wiarołomstwo, mściwość, okrucieństwo, bezwstydność, upodobanie
do cudzego mienia i kłamstwa, wulgarny język, rozwiązłość, ciasnota
umysłu i brak umiaru zastąpiły u tych ludzi zasady naturalnych praw i uciszyły wszelkie wyrzuty sumienia. Obce im jest współczucie i stanowią
straszliwy przykład zepsucia człowieka, pozostawionego samemu sobie".
-
Na przeciwległej półkuli swój Wiśniowy sad Antoni Czechow pisze w 1903
roku, może więc być adresatem wielu pocztówek przywołanych w tej
książce, jest wszak dzieckiem epoki. Stworzony przez pisarza student
Trofimow dostrzega:
"Wszyscy prawią tylko o sprawach doniosłych, filozofują, a tymczasem
wszyscy patrzą spokojnie na to, że robotnicy jedzą obrzydliwie, śpią bez
poduszek, po trzydziestu, czterdziestu w jednej izbie, wszędzie pluskwy,
smród, wilgoć, plugastwo moralne...". Mówi o tym, jak przodkowie
właścicieli majątku, w którym uczy, wykorzystywali chłopów; jak mienili
się władcami dusz, jak z każdego listka i pnia spoglądają teraz istoty
ludzkie i słychać głosy. W finale dramatu kupiec Łopachin kupuje
majątek, gdzie jego dziad i ojciec byli niewolnikami; gdzie nie wolno im
było wejść do kuchni. Trofimow podsumowuje, że pokolenia Rosjan żyły na
kredyt ludzi, których nie wpuszczano nawet za próg. Zniewalano bowiem
nie tylko człowieka sprowadzonego z tropiku.
W samej Afryce niewolnictwo istniało od granic ludzkiej pamięci. I tylko
część ze zniewolonych straciła swe prawa w uczciwej walce lub w wyniku
grabieżczej napaści. Jakże często wynędzniali rodzice w czas głodu
sprzedawali dzieci w niewolę, by choć tak zapewnić im przetrwanie.
Wspomina o tym szkocki podróżnik Mungo Park w pismach z osiemnastowiecznej Gambii.
Kupcy przegrywali własną wolność w ryzykownych interesach. Niewolą - a więc względnie łagodnie - karano w wielu regionach Afryki morderstwo i cudzołóstwo, a nawet czary.
"Niewolnicy domowi - relacjonuje Mungo Park - urodzeni w domu
właściciela, są traktowani łagodniej niż kupieni za pieniądze. [...]
wartość niewolnika dla afrykańskiego kupca wzrasta wraz z odległością od
królestwa, w którym go pojmano. Ta odległość zniechęca bowiem do
ucieczki. Kupcy wolą też tych, którzy byli w niewoli od dzieciństwa,
przyzwyczajonych do trudów i głodu".
W samej Afryce prawa człowieka zniewolonego są różne. U Aszantów, na
terenie dzisiejszej Ghany, niewolnik mógł się żenić, posiadać mienie,
sam mieć niewolnika, składać przysięgę, występować w charakterze
świadka, a nawet dziedziczyć po swoim panu. Nieomal zawsze opiekun
adoptował niewolnika, a jego potomkowie żenili się z krewnymi
właściciela.
Taką historię, wieki późniejszą, u V.S. Naipaula opowiada narrator
Zakrętu rzeki. Jest Afrykaninem z terenów dzisiejszej Demokratycznej
Republiki Konga. Sięga pamięcią do czasów, gdy w jego domu mieszkały
dwie rodziny niewolników. Ci zniewoleni ludzie chcieli, by wszystkim
było wiadomo, że należą do tak świetnej społeczności: "Z pogardą
odnosili się do ludzi należących do rodzin mniej poważanych niż rodzina
ich pana".
W Hiszpanii i Portugalii niewolnicy asymilują się ze społecznością już w XV wieku. Jeśli jeńcy chcą nawrócić się na chrześcijaństwo,
Portugalczycy przyjmują ich do swego grona, kształcą w rzemiośle.
Szczególnie zdolnych uwalniają i zezwalają na małżeństwa mieszane, co w znacznym stopniu zaważyło później na formie portugalskiej kolonizacji, a także obecnej, otwartej społeczności Lizbony.
Ciekawe, że dwóch niewolników przywiezionych w 1448 roku z Afryki
saharyjskiej kupił w Setúbal, pod Lizboną, Mikołaj z Popiełowa. Polak,
szlachcic, pielgrzym do Santiago de Compostela. Nie widział sprzeczności
między chrześcijańską miłością bliźniego a posiadaniem niewolników, co
było zresztą w owych czasach nie tylko nagminne, ale i pochwalane przez
papieża. Więcej, w stylu właściwym dziś raczej fanatycznym wyznawcom
islamu, papież Sykstus IV przyznał odpust zupełny dla wszystkich
chrześcijan, którzy stracą życie w handlu gwinejskim.
A pan Mikołaj był prawdopodobnie pierwszym Polakiem, który posiadał na
własność Afrykanów.
-
Jeszcze trzy fotografie. Pierwsza z Madagaskaru. Gliniany dom, w drzwiach siedzi czarnoskóry policjant w służbie administracji
kolonialnej. Waśnie międzyplemienne są od pradziejów znacznie silniejszą
namiętnością niż solidarność wynikająca z przynależności do afrykańskiej
rodziny i podobnego koloru skóry. Środek dnia. Mężczyzna jest w ciemnym
mundurze, szuka zbawiennego cienia. Przed nim, niczym ludzkie precle,
zasupłani, spętani, wygięci i nawleczeni jak szaszłyki na wspólny drąg
klęczą trzej mężczyźni. Dwaj pierwsi, wyraźnie starsi, patrzą na
fotografa z nienawiścią. Podpis pod zdjęciem nazywa ich powstańcami. Nie
jest więc trudno nad Wisłą i Bugiem zidentyfikować się z ich wściekłym
spojrzeniem. Trzeci wszelako, młodszy (może być synem jednego z nich),
spogląda na nas z otchłani czasu ze zdumiewającą łagodnością.
Drugą pocztówkę wysłano piętnastego maja roku 1904 z miasta Boma. To
port Wolnego Państwa Kongo, co w epoce króla Leopolda, prywatnego
właściciela folwarku większego z górą siedemdziesięciokrotnie od kraju
jego rodaków, było nazwą równie niezamierzenie sarkastyczną, co
dzisiejsze miano tego samego terytorium: Demokratyczna Republika.
Kilkudziesięciu mężczyzn, nagich od pasa w górę, stoi jak na szkolnym
apelu, zbiórce harcerzy, wojskowej defiladzie. Zdaje się, że ruszą za
chwilę dziarskim krokiem, z radosną pieśnią na ustach. Jest środek
pogodnego dnia, w tle mglą się eleganckie tarasy, werandy. Koloryzator
zadbał, by zieleń robiła wrażenie przyjemne i nic nie burzyło spokoju
tej sceny. Kartka jest niewielka, ledwie czternaście na dziewięć
centymetrów, więc trzeba chwili, by skupić wzrok i dostrzec, że każdy z półnagich mężczyzn ma u szyi łańcuch, którym wszyscy są do siebie
przykuci.
Lokalnego strażnika wyróżnia nieskazitelnie biała koszula i pręt w dłoni. Uderzenie tym narzędziem bez trudu rozbija czaszkę.
Patrzę na tę fotografię i przypomina mi się notatka Tadeusza Dębickiego
z sąsiedniego Matadi, z tamtej epoki:
"Przechodzi obok statku grupa Murzynów będących w trakcie
"cywilizowania", mają pozakładane na szyję mocne żelazne obroże i poskuwani są za nie łańcuchami po dwóch lub trzech razem. To więźniowie.
Co zawinili? Nie wiem. Ale sądząc z tego, co dotychczas widziałem,
myślę, że raczej niewiele.
[...] Wstyd mi było, że należę do rasy białej".
Wreszcie kartka trzecia. Wysłano ją z Dakaru, 28 marca 1906 roku. Patrzę
w nią dłużej niż w inne. Zacząłbym od tego, że mamy przed sobą znakomite
zdjęcie. Jeżeli powinnością fotografii jest komunikacja i opowiadanie
historii, to czytamy z tego kadru, jak z książki.
Oto dziedziniec więzienia. Wczesny poranek, jak się zdaje. Słońce jest
na tyle nisko, że postacie nie rzucają cienia, osłonięte wysokim murem
instytucji. Piaszczysty podwórzec, kilka wątłych, jak na wilgotny
tropik, młodych drzew, z których jedno, to na pierwszym planie, jest
martwe. Nikt go nie ściął. Być może ogrodnik był przejęty ponurą
symboliką. Drzewo to bowiem towarzyszy w ostatniej drodze skazanych.
Podobnie jak oni, jest już po drugiej stronie. Dziedziniec to miejsce
egzekucji. Jesteśmy jej świadkami.
Sprawa wydaje się poważna. To nie pospolity przestępca kończy właśnie
swą ziemską drogę. Nikt nie ukradł tu sąsiadowi kury. Na placu zebrał
się bodaj cały regiment policji. Szeregowi czarni żandarmi i ich biali
zwierzchnicy, każdy z obowiązkowym dla epoki bujnym wąsem. Nie wyróżnia
ich strój, rangę znać po kolorze skóry. Brak im nawet pagonów na
ramionach. Wszyscy w jednakich mundurach, zapewne ciemnogranatowych i w smukłych białych kaskach. Z dzisiejszej perspektywy wyglądają raczej na
drużynę strażaków. Stoją ściśnięci w kręgu; wśród mundurów mignie
gdzieniegdzie drelich posługacza, ale i ubranie cywila. Łatwo dostrzec
ich kilku dzięki swobodnym nakryciom głowy. Jest ciemny kapelusz z rondem i parę lekkich, słomkowych.
Żadnych kobiet. Nigdzie wokół ciekawej dzieciarni. Drobiazg nie obsiadł
gałęzi drzew. A przecież trwa egzekucja, ulubiona rozrywka wszystkich
warstw społecznych. To jednak uroczystość zamknięta, wejście za
zaproszeniami. W środku placu przenośna gilotyna. Pomysłowe to
urządzenie zapewniało śmierć szybką i względnie bezbolesną, gdyby
porównać jego walory z tradycją wieszania, ścinania mieczem, nie zawsze
skutkującego natychmiast rozstrzelania, a zwłaszcza popularnej na
Półwyspie Iberyjskim do połowy dwudziestego wieku, szczególnie okrutnej
garoty.
Przy okazji dodajmy, bo ta wiadomość może wywołać u niektórych błogi
skurcz patriotycznego wzmożenia: jakkolwiek gilotynę wprowadzili na
arystokratyczne salony francuscy lekarze w latach Rewolucji, a wykonał
ją niemiecki producent klawesynów, to najprawdopodobniej wymyślono ją w Polsce. Piętnastowieczna płaskorzeźba w Kaliszu przedstawia identyczne
urządzenie w użyciu.
Obok gilotyny czeka przygotowana już skrzynia na zwłoki, a pod drzewem
dwa wiadra z wodą, do zmywania krwi z placu.
To, jak sądzimy, więzień nadzwyczajny. Na pierwszym planie, odwrócony do
nas plecami, nieomal tuż przy twarzy ofiary, na decydujący moment czeka
fotograf, pochylony nad korpusem wielkiego aparatu. Egzekucja
pospolitego rzezimieszka nie wzbudziłaby takiego zainteresowania.
Skazaniec musi być nie tylko ważny, lecz i rosły, pięciu ludzi w białych
mundurach potrzeba, by unieruchomić go w ramie. Więzień jest
czarnoskóry. Wszyscy jego oprawcy to Afrykanie. Z prawej strony kadru
obserwuje podniosłą chwilę zadawania śmierci lokalny przywódca. Szef
wioski, wódz plemienia, na tę okazję przywdział strój do ceremonii,
szeroką togę zwaną boubou, z barwnym szalem przerzuconym przez lewe
ramię. Wątpliwe, by zaproszono go na śmierć białego.
Czy wezwany do pierwszego rzędu fotograf uchwyci niedoskonałym, ciężkim
aparatem mgnienie decydującego momentu, spazm śmierci, najpewniej nie
dowiemy się nigdy. Zrobi to jednak fotograf, którego zdjęcie oglądamy.
To niespełna sekunda, w której jeden z pięciu ubranych na biało katów
(jak za chwilę wyglądać będą ich stroje, zbryzgane posoką?) zwalnia
napiętą linę i skośne, ciężkie ostrze z westchnieniem spada w dół.
Prawie wszystkie oczy zwrócone są w stronę śmigającej właśnie stali.
Tylko afrykański policjant samotnie stojący pod drzewem, ten, którego
obowiązkiem będzie obmycie narzędzia kaźni z krwi, w decydującym
momencie odwraca wzrok.
Jedna jeszcze postać zdaje się kompletnie niezainteresowana wydarzeniem
o tak ostatecznym ciężarze. To wkomponowany idealnie w prawy dolny róg
kadru łaciaty piesek wodza. Kundel. Obojętny wobec majestatu śmierci.
Te dwie istoty wskazują nam wreszcie drugi powód, dla którego zdjęcie
wydaje mi się tak znakomite. Stawia nam bowiem pytanie, a przecież dobra
fotografia powinna rozmawiać z widzem, prowokować do rozmyślań.
Kim zatem w tej scenie jesteśmy my, którzy wzięliśmy właśnie do ręki
dowód na gwałtownie przerwane istnienie, tę śmierć zabalsamowaną na
wieczność, to ostatnie tchnienie, któremu nadano przestrzenną, papierową
formę? Wpatrujemy się w tę chwilę, zahipnotyzowani obecnością tajemnicy,
trwożliwie wyczekując własnego końca? Świadomie, jak ten jedyny
policjant, odwracamy wzrok? Z lęku, obrzydzenia, a może z wrodzonego
taktu, który każe nam wierzyć, że są chwile tak intymne, w które nie
powinniśmy ingerować?
Czy może mijamy tę fotografię, odwracamy stronę, nagle, niczym piesek
wodza, rozproszeni detalem, który wydaje nam się ważniejszy?
Przechodzimy obok najgłębszej tajemnicy nieświadomi, niezainteresowani,
pozbawieni wyobraźni?
Patrzę na te kadry, na ten kwartet cierpienia z dumą, jak się zdaje,
rozesłany z Afryki do najbliższych w starym kraju: Odczłowieczenie,
Upokorzenie, Wykorzystanie, Zatracenie. Cztery fotografie, każda z nich
wynikła ze zdumiewającej, ale jakże typowej dla wszystkich oprawców
skłonności, by dokumentować własne zbrodnie. Wydają się idealnym,
lapidarnym podsumowaniem historii relacji Europy i Afryki.
Szwedzki pisarz Sven Lindqvist zwraca uwagę, że od niepamiętnych czasów
kwintesencją myśli europejskiej, naszej postawy wobec Afryki było zdanie
conradowskiego Kurtza: "Wytępić całe to bydło!".
Choć to wcale nie o Afryce, przychodzą mi na myśl fragmenty Ziemi
obiecanej, gdzie fabrykant Bucholc do swojego służącego zwraca się:
"Kundel!".
Bucholc uważa, że ludźmi w fabryce Borowiecki powinien kierować batem i cuglami. Mówi o "czarnej roboczej masie". Co znamienne, właśnie czarnej.
"I ta robocza masa to ludzie" - zauważa ostrożnie Borowiecki. "Bydło!
bydło!" - krzyczy Bucholc i bije kijem w taboret.
Reymont pisze to we Francji na przełomie lat 1897 i 1898.
W 1898 roku wysłano z Afryki pierwszą pocztówkę z fotografią.
Posłuchajmy jeszcze głosów epoki.
W broszurze opublikowanej w Liverpoolu w roku 1792 czytamy: "Jako że
Afrykanie to najbardziej lubieżne z wszystkich istot ludzkich, czyż nie
jest rozsądne mniemanie, że krzyki, jakie wydają, kiedy odrywa się ich
od ich żon, płyną ze strachu, iż nie będą mieli sposobności folgować
swej chuci w kraju, dokąd się ich wysyła?".
David Hume w końcu wieku XVIII pisze w swoim eseju O charakterze
narodowym, że nigdy w dziejach nie znano narodu murzyńskiego, który
objawiłby cechy cywilizacyjne, a nawet nigdy nie spotkano pojedynczych
postaci Afrykanów jakkolwiek uzdolnionych w technice, sztuce czy naukach
ścisłych.
Geolog Charles Lyell w 1832 roku w swoim dziele Pryncypia geologii
dowodzi, że gatunki wymierają, nie umiejąc się przystosować do nowych
warunków na Ziemi, są nieelastyczne. Dotyczy to także ludzi
nieumiejących się dostosować do przemian epoki przemysłowej. Lyell uważa
też, iż człowiek, podobnie jak wszystkie inne gatunki roślin i zwierząt,
ma prawo do ekspansji poprzez zniszczenie i wyeliminowanie innych,
słabszych gatunków.
Po lekturze książki Karol Darwin pisze do Lyella zadumany, że taki sam
proces odbywa się także wśród ludzkich ras i w jego wyniku rasy mniej
rozumne muszą zostać wytępione. Jak to powinno się odbyć, podpowiada
Eduard von Hartmann w Filozofii nieświadomego opublikowanej w roku
1869. Doczekała się wielu wydań, również w językach angielskim i francuskim i musiała być znana uczestnikom rozpoczętej w przełomowym
roku 1884 konferencji berlińskiej, na której europejskie mocarstwa
sankcjonują swoje strefy wpływów: "Jeśli musimy obciąć psu ogon, to nie
przysłużymy się zwierzęciu, obcinając go stopniowo, cal po calu. Równie
nieludzkie jest przedłużanie sztucznymi metodami walki ze śmiercią
dzikiego ludu i tak stojącego na skraju zagłady".
Europa starała się, trzeba przyznać uczciwie, nie postępować nieludzko.
Miłosiernie umożliwiała szybką zagładę kolejnych ludów: Zulusów,
Masajów, Herero, tak wielu innych po drodze.
Skąd zło, przez wieki obecne w spotkaniach Europy z Afryką? Zadaniem tej
książki nie jest odpowiedź na to pytanie, lecz jest nim, wraz z napotkaniem na fotografii spojrzenia zawieszonego w otchłani czasu,
próba zachowania w pamięci wyrazu tych oczu.
Na tak popularne w drugiej połowie XX stulecia pytanie: gdzie w Auschwitz był Bóg, papież Franciszek w wywiadzie rzece przeprowadzonym
przez Dominika Woltona odpowiada: "Gdzie był człowiek? Człowiek bez
Boga, człowiek uzurpujący sobie bycie Bogiem, człowiek, który zapomina,
że ma żyć na boskie podobieństwo".
Lubię myśl, która ma swoje korzenie w Kabale. Tam Szechina, boża
obecność, udaje się dobrowolnie na wygnanie. Bóg ukrywa się, tworzy
przestrzeń dla ludzkiej wolności. Jak z niej skorzystamy, pozostaje w sferze wyłącznie naszych decyzji. Świat - powiadają stare mądrości
żydowskie, gdy wokół groza, potworność, zniszczenie - ten świat wciąż
pachnie Bogiem. Jak beczka, choć dawno już opróżniona, wciąż pachnie
winem.
POST SCRIPTUM
Ten rozdział był już napisany, gdy pracowałem w Paryżu nad dokumentacją
Dali. Tam, w czytelni Musée du quai Branly, poznałem historię
mężczyzny spod gilotyny. Nazywał się Biram-Kandé. Pochodził z francuskiej Gwinei. Miał dwadzieścia lat. Mniej niż dzisiaj mój syn.
Został skazany za zabójstwo swojego pracodawcy, francuskiego sklepikarza
nazwiskiem Albert Palmade. Zbrodnia, której okoliczności nie zostały
dokładnie wyjaśnione, wydarzyła się w miasteczku Podor, w Senegalu. Sąd
w Saint-Louis wydał wyrok śmierci. Człowiek, którego brałem za fotografa
spod szafotu, to w rzeczywistości ksiądz Charles Guérin, kapelan
więzienny, a przedmiot w jego ręku nie jest bynajmniej aparatem, lecz
nakryciem głowy. Zdjął je do modlitwy. Klęczy. Jest poranek, 25 lutego
1899 roku. Sobota. Plac de la Geôle w Saint-Louis. Fotograf stoi na
szczycie schodów pobliskiego kościoła. Choć karta, wznawiana
wielokrotnie od roku 1902, przywołuje znakomite nazwisko Edmonda
Fortiera, jest nieomal pewne, że - skoro mistrz nie otworzył jeszcze
wówczas swego atelier w Dakarze - autorem był ktoś z jego poprzedników.
Najprawdopodobniej jeden z braci Noal: Émile lub Théodore. Nie było
wówczas niczym niezwykłym, że gdy zamykano pracownię, następca
przejmował nie tylko nieruchomość, lecz także negatywy i pieczętował je
własnym nazwiskiem.
Tę historię przyjąłem z ulgą. Jakkolwiek dramatyczna, jest jedną z niewielu, po których pozostały data, imię i nazwisko.
Na koniec zatem jeszcze jedna fotografia. Niesłychanie rzadki portret
opatrzony imieniem. Podpis pod anonimowym zdjęciem głosi: esclave
"Jacoma". Czyli, jak zdaje się sugerować cudzysłów, niewolnik, na
którego mawiano "Jacoma". Ten szczególny przypadek, kiedy "podczłowieka"
postanowiono, niczym Spartakusa, zapamiętać z imienia, warto odnotować z wdzięcznością.
Człowiek znad rzeki Ouémé
The truth is the best picture.
Robert Capa
Komisarz do spraw tubylców w Sekretariacie Generalnym w Dakarze nosi
nazwisko Bouteille. Mało prawdopodobne, by w parowej łaźni swego miasta
żył wstrzemięźliwie. Można zatem pokusić się o niewyszukany, lecz
niewinny żarcik w stylu: "Życzę ci, mój drogi Flaszo, byś doświadczał
błogiego chłodu, niczym nasz ulubiony rocznik Kruga, gdyśmy ostatnio
raczyli się nim u Maxima. I obyśmy jak najszybciej znów się tam
spotkali". Lecz nadawca, pan Boffereau, nie śmie zażartować ze swojego
zwierzchnika. Trzynastego stycznia, a więc jednak niestosownie
spóźniony, wysyła z Porto-Novo lakoniczne "najlepsze życzenia na nowy
rok" 1907.
Na fotografii urwisty brzeg rzeki Ouémé, być może jej wschodnia odnoga,
która znajduje ujście do laguny akurat w pobliżu miasta, z którego
wysłano kartę. Gdy jestem tam w roku 2013, wokół tłoczą się chaotyczne,
rozpaczliwe slumsy. Na fotografii tymczasem jeszcze sielskość, Arkadia.
Afrykańskie kobiety kąpią się i piorą w płytkiej, nieruchomej wodzie.
Jedna z nich, z tobołem upranych już barwnych chust, zbiera się do
powrotu w stronę swojej wsi. Ciężar kładzie na głowie i podtrzymuje go
lewą ręką. Nieliczne dzieci, jakby na żądanie nagle zaskakująco
grzeczne, nie pętają się bezładnie, a stoją jak pomniki.
Grupa lokalnych mężczyzn wydaje się oczekiwać na łódź. Mają towar
przygotowany do transportu, około tuzina sporych worków. Dziś byłby w nich węgiel drzewny. Mógł być i wówczas. Podpis zuchwale sugeruje, że
cała grupa wygląda nadejścia przemytnika. Mężczyźni są w większości
półnadzy. Ich szczupłe, umięśnione torsy lśnią w wilgotnym powietrzu.
Tylko jeden z nich ubrany jest w jasny, luźny mundur hotelowego boya. Ma
na głowie czarną czapkę, co tego dnia nie stanowi problemu; słońce
pozostaje za gęstymi chmurami. Postacie nie rzucają cienia. Ten
umundurowany młodzieniec stoi na baczność w tle głównej postaci kadru.
Wydaje się asystentem bohatera.
Jest nim zawadiacko wsparty pod boki brodaty Europejczyk w białym,
swobodnym stroju i w kapeluszu o szczodrze skrojonym rondzie. Główna
postać tej sceny. Fotograf. U jego stóp leży spora skrzynia z napisem:
fragile. Mamy więc z jej zawartością obchodzić się możliwie
delikatnie. Przed nim, na wysokim trójnogu, okryte ciemnym suknem,
piętrzy się pudło aparatu. Może to być popularny model amerykański
Anthony Clifton & Co., choć prędzej francuski Gaumont, mahoniowy, z negatywem dziesięć na dwanaście centymetrów. Nie jest wykluczone, że
brodaty mężczyzna jeszcze przed chwilą wykonywał portrety kobiet. Być
może tej właśnie, która zastygła, z odsłoniętą nagą pachą, w geście
przytrzymywania ciężaru na głowie. To częsta, atrakcyjna pozycja modelki
na zdjęciach z Afryki owych czasów, gdy w Europie podniecał błysk skóry
nadgarstka.
Aparaty są ciężkie, zwaliste. Muszą być przynajmniej dwa, skoro oglądamy
tę scenę. I dwóch zatem przyzwoitej klasy fachowców. W owych czasach
fotografia wymagała nie tylko tężyzny i znacznej ilości gotówki.
Wymagała też wiedzy. Kim byli ci dwaj, bezimienni dziś mistrzowie swej
sztuki? Jaka była ich droga na odległy brzeg tropikalnej rzeki?
Postarajmy się zbliżyć do odpowiedzi na to pytanie.
Andrzej Stasiuk w Dzienniku pisanym później próbuje wyobrazić sobie
świat przed fotografią i wyznaje, że nie potrafi. "Prawdopodobnie w ogóle nie istniał, nieustannie przepadał, pochłonięty przez ruchliwe,
nienasycone zmysły, nic z niego nie zostawało".
Nie mogę wykluczyć, że po tę książkę sięgnie rówieśnik moich synów,
przekonany, że zarówno fotografia, jak i smartfon jako jej jedyne
narzędzie, istniały od zawsze. Zmuszony jestem zaproponować inną wersję
wydarzeń. W formie skróconej stosownie do rozmiarów jednego ledwie
rozdziału.
-
Pierwsze obrazy Afryki docierały do nas z drugiej ręki. Wracając do
portu w Lizbonie, portugalscy żeglarze opowiadali historie o ludziach,
których spotkali na swojej drodze, o zwierzętach i potworach czyhających
na śmiałków po drugiej stronie Ziemi. Ksiądz i encyklopedysta Benedykt
Chmielowski w naszej osiemnastowiecznej ojczyźnie taką oto wizją
przerażał swych czytelników, pisząc o ludzie Lemnios: "Wszystkę
naszyńców ludzi maiąc figurę y symmetryę, głowy wcale nie maią, tylko
twarz pośrodku piersi. [...] Pliniusz zaś, wielki rzeczy naturalnych
badacz, nie tylko tenże sentyment de Acephalis alias bezgłownych
ludziach potwierdza, ale też ich niedaleko Troglodytów lokuie w Etyopii,
albo w Murzyńskim państwie".
Podobne bezgłowe postacie widzimy na pierwszej mapie całego kontynentu
afrykańskiego w szesnastowiecznej Kosmografii Sebastiana Münstera. Na
marginesie warto dodać, że Chmielowski zaskakująco nam współcześnie
patrzy na kwestię życia wiecznego tych istot. Powołując się na Świętego
Augustyna, który w Afryce jako biskup Hippony "wiary rozsiewał semina",
uważa, że "człowiek gdziekolwiek się rodzący, byle był prawdziwy
człowiek, rozumne stworzenie, rozumną maiący duszę, luboby miał inną
postać od nas, kolor, głos, chodzenie, nie trzeba wątpić, że iest z pierwszego ludzkiego Rodzica Adama pochodzący, a zatym capax zbawienia".
Chyba dopiero Sobór Watykański II w połowie lat sześćdziesiątych XX
stulecia wróci do tak otwartej koncepcji Kościoła.
Czesław Miłosz, w autobiograficznej Dolinie Issy pisząc o Tomaszu,
wspomina własne pierwsze olśnienia Afryką. Mogła trwać Wielka Wojna, gdy
w dworku ukrytym w zieleni wonnych lip brał do ręki książki o podróżach.
"W nich Murzyni, goli, stali z łukami na łódkach z trzciny, albo
ciągnęli na sznurach hipopotama, takiego jak w historii naturalnej. Ich
ciała pokrywały prążki i zastanawiał się, czy ich skóra jest w rzeczywistości pełna linii, czy tylko tak ich narysowano. Śniło mu się
często, że jedzie z Murzynami wodą w coraz bardziej niedostępne zatoki
wśród papirusów wyższych od człowieka i tam buduje sobie wioskę, do
której nie trafi nigdy żaden obcy. Dwie z tych książek, ponieważ
polskie, przeczytał (na nich właściwie czytać się nauczył, bo go
porywały) i wtedy wkroczył w zupełnie nową fazę. Zaczął robić łuki z leszczyny i wymyślał sobie zwierzynę, udawał, że okrągła kępa agrestu
jest egzotyczną afrykańską zwierzyną". Dziś myślę, że Tomasz - mały
Czesław - oglądał tom Livingstone'a Missionary Travels and Researches
in South Africa. Mój egzemplarz pochodzi z pierwszego wydania w 1857
roku i znajduję w nim taką ilustrację:
Graficy i malarze sprzed wypraw Livingstone'a i Stanleya, sami nie
wędrując dalej niż do sąsiedniego miasta, dają upust wyobraźni. Zmieni
to szkocki twórca scenografii objazdowych cyrków David Roberts. Jeszcze
spotkamy go na naszej drodze.
-
Rok 1816 jest wyjątkowo zimny. Mroczne niebo nie przepuszcza słońca. Ten
czas nazwą później "rokiem bez lata". Choć wulkan Tambora wybuchł
wcześniej w odległej Indonezji, pył zatruwa niebo całej Europy, a i w Nowym Świecie zbiory są wyjątkowo liche. Pragnąc zatrzymać na dłużej
choćby najwęższą wiązkę światła, francuski fizyk Joseph Nicéphore Niépce
rozpoczyna próby utrwalenia obrazu otrzymywanego za pomocą camera
obscura, urządzenia znanego już Euklidesowi, a później tak pomocnego w pracowniach Leonarda czy Vermeera.
Usiłuje zachować odbite obrazy na papierze, te jednak nie tylko okazują
się negatywami rzeczywistości, ale na jego oczach dosłownie rozpływają
się w nicość.
Dziesięć lat eksperymentów wiedzie go przez asfalt syryjski - warstwę
ochronną służącą do pokrywania płyt drukarskich, która twardnieje
wystawiona na działanie światła, a miejsca nienaświetlone można zmyć
olejem z lawendy - do płyty ze stopu cyny i ołowiu.
Najpewniej w 1826 roku fotografuje widok z okna swej pracowni w rodzinnej posiadłości Le Gras w Saint-Loup-de-Varennes. Dziś spoglądamy
na tę pierwszą w dziejach fotografię jak na monochromatyczny obraz
wczesnego kubisty. Niépce nie notuje czasu naświetlania. Badacze będą
się spierać, czy naświetlał jedynie osiem godzin, czy aż trzy dni.
Nazywa swą metodę heliografią i spieszy do Londynu, by olśnić imperium
nowym wynalazkiem. Po drodze zatrzymuje się w Paryżu u poznanego
korespondencyjnie malarza nazwiskiem Daguerre. Londyńczycy wzruszają
ramionami bez entuzjazmu. Francuz dostrzega w nowej idei wielkie
możliwości i proponuje natchnionemu fizykowi spółkę.
W tym miejscu można zacząć spekulacje z kryminalnym podtekstem lub
choćby przywołać porzekadło o tym, jakie nieszczęścia przynieść mogą
wszelkie spółki, lecz sumienie każe pozostać przy faktach: Niépce umiera
wkrótce potem, a Daguerre wynalazek ogłasza jako własny. Nim to się
stanie, panowie dochodzą do wniosku, że jodowane płytki srebrne można
wywoływać za pomocą rtęci, co pozwala na uzyskanie obrazu pozytywowego.
W 1838 roku Daguerre fotografuje bulwar du Temple w Paryżu.
Pamiętasz, Czytelniku, ten rozległy, z pozoru martwy pejzaż opustoszałej
ulicy? Przy uważnym spojrzeniu okazuje się, że w lewym rogu zdjęcia,
zwanego wówczas od nazwiska wynalazcy dagerotypem, klęczy pucybut.
Pastuje buty dżentelmena w surducie i, jak się wydaje, słomkowym
kapeluszu. Pierwsi dwaj ludzie utrwaleni w fotografii. Pierwsi niczym
Armstrong, Aldrin i odciski ich butów na Księżycu. To także pierwsze
zdjęcie reporterskie. W swobodnie uniesionej nodze przechodnia można
doszukiwać się pierwowzoru Bressonowskiego "decydującego momentu". Można
też zaryzykować śmiałą tezę, że był to zwiastun stylu zwanego dziś
fotografią uliczną.
Zaledwie kilka tygodni po objawieniu nowej metody utrwalania obrazu,
jeszcze w 1839 roku, artyści ruszają w świat i zaczynają opisywać go za
pomocą dagerotypii. Jest jednak pewien problem. Brak negatywu czyni
każdą płytkę oryginałem; w pewnym sensie impresjonistycznym, pojedynczym
obrazem. Nikt nie widzi jeszcze możliwości powielania zdjęć.
Gdy Louis-Jacques Daguerre tworzy swoje pierwsze fotografie, na wyprawę
do Arabii i Ziemi Świętej, wciąż błogo nieświadomy nadchodzącej
rewolucji w świecie obrazu, wyrusza Szkot David Roberts. Jest z zawodu
scenografem, z początku - wstyd się przyznać - cyrkowym, później
teatralnym, ale o szczególnym talencie i pasji pejzażysty. Anglia, a wraz z nią i Nowy Świat, poznaje najpiękniejsze regiony ziemi oczami
romantycznego rysownika. Nim stanie pod piramidami, Roberts obrysuje
Francję, Niemcy, Holandię, Hiszpanię i Maroko. Szkice z Hiszpanii
sprzeda w tysiącu dwustu egzemplarzach. To wynik rzadki nawet jak na
dzisiejsze nakłady albumów fotograficznych.
Roberts jest pierwszym zachodnim podróżnikiem, któremu pozwolono wejść
do wnętrza meczetu sułtana Al-Ghuriego w Kairze, by je naszkicować.
Uzyskał pozwolenie od Muhammada Alego, pod warunkiem, że wejdzie w stroju muzułmańskim.
Na topograficznie mistrzowskich rysunkach często umieszcza autentyczne
postacie. Pokazuje im potem wynik swojej pracy, co nieodmiennie sprawia
przyjemność portretowanym. Czy mają oni wówczas refleksję, że przechodzą
do wieczności, czy jedynie ich próżność jest mile połechtana, nie wiemy.
U początku afrykańskiej wędrówki, w lutym 1839 roku, Roberts rysuje
grupę tańczących dziewcząt. Wybiegając w niedaleką przyszłość, musimy
zauważyć, że podobne sceny w erze fotografii będą ustawiane na
pocztówkach. Zostaną zaaranżowane częstokroć na wzór kompozycji
Robertsa: dwóch lub trzech muzyków z instrumentami strunowymi, kobieta z tamburynem. Tańczące dziewczyny. Spotkanie w arabskiej kafejce. Sceny
uliczne.
Przy okazji anegdota, poniekąd z naszego kręgu kulturowego, do dziś
bowiem nie umiemy oprzeć się pokusie smarowania po ścianach zabytków i szaletów: "Tu byłem". David Roberts notuje mianowicie w dzienniku z 9
listopada 1838 roku: "Wzdrygam się z oburzenia na widok tych pięknych
dzieł starożytnej sztuki nie tylko zniszczonych przez łowców pamiątek,
lecz jeszcze pokrytych podpisami różnych Tomkinsów, Smithów i Hopkinsów.
Ręka najlepiej zachowanej figury została odłamana przez wandali, którzy
nie zadowalając się palcem wielkiej rzeźby - żałosną pamiątką ich
dokonań, mieli czelność wyryć swe nazwiska nawet na czole bóstwa".
A ja patrzę na fotografię Franka Masona Gooda: świątynia w Abu Simbel,
koniec lat pięćdziesiątych XIX wieku. Na bezgłowym kolosie, z lewej
strony cokołu, widnieje wydrapany podpis: "Tyszkiewicz 1852".
Jak na ironię, także pod wpływem niedościgłych rysunków mistrza, tą samą
trasą wyruszy wkrótce Gustaw Flaubert z przyjacielem fotografem, by cały
sens życia Davida Robertsa niejako unieważnić. Amerykański fotograf
Edward Weston powie wiele lat później: "Malarz zawsze próbował poprawiać
naturę. Fotograf dowiódł, że natura oferuje nieskończoną liczbę
doskonałych kompozycji. Porządek panuje wszędzie".
Maxime Du Camp towarzyszy późniejszemu autorowi Madame Bovary w podróży do Egiptu i na Bliski Wschód. Fotografuje głównie starożytne
ruiny naszkicowane wcześniej przez Robertsa, lecz zachowały się też
pojedyncze zdjęcia, na których można rozpoznać mgliste ludzkie postacie.
Jego fotografie z 1849 roku, wykonane metodą Louisa Blanquarta-Evrarda,
z odbitkami odpornymi na działanie bezlitosnego upału Egiptu, należą do
pierwszych, jakie wykonano na kontynencie afrykańskim. A Du Camp i Flaubert są jednymi z ostatnich, którzy podróżują romantycznie,
samotnie, bez planu.
-
Pierwsza scena z filmu Pod osłoną nieba. Troje podróżnych wysiada ze
statku w afrykańskim porcie. Siedzą na walizkach, czekają na transport
do miasta. Rozmawiają.
"- Jesteśmy prawdopodobnie pierwszymi turystami od czasów wojny.
- Nie jesteśmy turystami, tylko podróżnikami.
- Co za różnica?
- Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu,
podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci".
Latem 1841 roku baptysta, wielebny Thomas Cook, który z ambony
gwałtownie zwalcza alkoholizm, uznaje, że jego parafianom przyda się
krótka zorganizowana wycieczka, by nie myśleli wciąż o kieliszku.
Zabiera ich zatem koleją z Leicester do Longborough. To raptem
osiemnaście kilometrów. Goście są jednak oczarowani, co zachęca Cooka do
zorganizowania dalszych wypraw. Najpierw w Anglii, potem aż w dalekiej
Szkocji.
Mija dekada. Pan Thomas nie próżnuje. Zaledwie w pół roku transportuje
sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi na wielką ekspozycję sztuki w londyńskim
Crystal Palace, a potem w 1855 roku na wystawę do Paryża. Ćwierć wieku
później kieruje już swoich podróżnych do Ameryki, Egiptu, Palestyny i wkrótce wpada na pomysł 222-dniowego rejsu dookoła świata. Wraz z synem
Johnem tworzy zaczątek, by tak rzec, masowej turystyki.
W połowie XIX wieku podróż przez Atlantyk trwa od piętnastu do
osiemnastu dni. Wnętrza niektórych statków, jak na przykład
Kronprinzessin Cecilie firmy North German Lloyd, wyglądają jak
najbardziej elegancki pałac.
W taką podróż rusza między innymi Mark Twain i jest, jak wiek później
Paul Bowles, zachwycony pierwszym oddechem Afryki: Tangerem. W roku 1869
w książce Prostaczkowie za granicą wyznaje: "Czekaliśmy na coś
bezkompromisowego, ostatecznie odmiennego, Tanger nam to dał". Pisze, że
choć wszyscy wokół fotografują, a i on sam widział już tyle zdjęć z regionu, to żadne zdjęcia nie są w stanie przygotować nas na spotkanie z Orientem. Bo też jak sfotografować zgiełk placu Dżemma el-Fna w Marrakeszu? Jak zatrzymać na kliszy arabski suk, który dzieje się w czasie w równym stopniu, co w przestrzeni? Jakim zaklęciem przenieść do
papierowej wieczności zapach rynsztoków i przypraw?
Powstają pierwsze hotele dostosowane do oczekiwań najbardziej
wyrafinowanych gości: Hotel des Anglais, a potem Mena w Kairze w 1886
roku. W Algierze, trzy lata później, Saint George. W 1899 bajecznie
położony Cataract w Asuanie, gdzie jesienią 1992 roku stać mnie było
jedynie na tonik. Wreszcie niezrównany Cecil w Aleksandrii, w końcu lat
dwudziestych.
Ośmielony odwagą Gustawa Flauberta, Aleksander Dumas bawi w Tunisie w roku 1855. Jego śladami podąża Guy de Maupassant. W tej książce spotkamy
jeszcze na afrykańskich ścieżkach Oscara Wilde'a i André Gide'a. Afryka
północna inspiruje, mami, kusi, podnieca, mąci w głowach. Otwiera się
już nie na śmiałych odkrywców, a na wyrafinowanych artystów. Gdy ci
ostatni opiszą ją w poezji i prozie, otworzy się nieuchronnie i na
zblazowanych turystów z aparatami fotograficznymi, którzy "gdzieś coś
słyszeli" i sami chętnie doświadczyliby przygody. Jakże często spotyka
się ich też dzisiaj. Bywa, że w najodleglejszych rejonach kontynentu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki