Daj się ponieść - Jessica Lemmon

Kup ebooka

11.99 zł
9.83 zł (9,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Już od trzech lat Rylee Meadows organizowała śluby dla znanych i bogatych, dla celebrytów i zwykłych zamożnych ludzi. Przywykła do życzeń specjalnych i zmian w ostatniej chwili. Ale jeszcze nigdy nie miała do czynienia z intruzem.

Za kilka dni miał się odbyć ślub Xaviera Noble'a i Ariany Ramos. Planowanie go było nadludzkim wysiłkiem zarówno dla niej, jak i dla kontrahentów, od których wymagano absolutnej perfekcji mimo piętrzących się trudności, w tym wyłączenia prądu, które dotknęło pół miasta Royal w Teksasie.

Rylee była profesjonalistką i praca w trudnych warunkach nie była dla niej nowością. Z wyłączeniem prądu dałaby sobie radę, gdyby nie inny problem, który wymagał od wszystkich pełnego zaangażowania.

Nazywał się Patrick "Trick" MacArthur.

Trick - jakże trafne przezwisko! - był gwiazdą mediów społecznościowych znaną z pojawiania się na imprezach, na które nie był zaproszony. Tym razem uparł się wejść na ślub Xaviera i Ariany. Biorąc pod uwagę wszystko, z czym już musieli się zmierzyć Rylee i kontrahenci, obecność nieproszonego gościa była im zupełnie niepotrzebna.

Xavier i Ariana chcieli oczywiście, żeby ich ślub był doskonały, i to jej zlecili jego zorganizowanie. Rylee nie chciała ich zawieść, ale stało się jasne, że Trick zamieszkał gdzieś w pobliżu i uparł się im przeszkodzić. Człowiek ten zarabiał na życie, pojawiając się bez zaproszenia na różnych imprezach, a tego Rylee nie mogła znieść.

W przeszłości oskarżano ją o nadmierny perfekcjonizm. Wiedziała dlaczego. Była przyzwyczajona, że panuje nad otoczeniem. Obecność Tricka na ślubie i weselu mogła całkowicie popsuć młodym oraz ich gościom ten dzień. Nie zamierzała na to pozwolić.

Sprawdziła Patricka w internecie. Rozumiała, czemu fascynował ludzi, ale jego błazeństw nie umiała zaakceptować. Na filmikach w sieci widać było uroczego mężczyznę, który zapewne był duszą towarzystwa. Był szalenie przystojny: jego gęste czarne włosy aż prosiły się, by przeciągnąć po nich dłonią, intrygujące ciemne oczy lśniły szelmowsko, a z twarzy pokrytej seksownym zarostem nie schodził uśmieszek.

Rylee zahamowała i prychnęła z niezadowoleniem. Nigdy nie interesowała się niegrzecznymi chłopcami i nie zamierzała zainteresować się nimi teraz. Szukała Tricka; w końcu namierzyła go u krawcowej. Teraz chciała się z nim spotkać i złożyć mu propozycję. Skoro nie chce dobrowolnie wyjechać z Royal, będzie musiał trzymać się wyznaczonych przez nią granic. Kiedy już go do tego zmusi, wytłumaczy państwu młodym, że to jedyny sposób, by uniknąć kłopotów.

Wysiadła z samochodu i skrzywiła się. Te cholerne buty. Przesunęła pasek na stopie i poczuła tworzący się pęcherz. Przysiadła na pobliskiej ławce, by wyjąć z torebki ślubny zestaw ratunkowy.

Dawno temu nauczyła się, by nie pojawiać się na ślubie ani w ogóle nigdzie bez plastrów i spinek do włosów. Podczas planowania kolejnych ślubów stykała się z innymi sytuacjami i zestaw ratunkowy się rozrastał. Teraz miała w nim tabletki na zgagę, aspirynę, maleńki zestaw do szycia i inne drobiazgi, których mogła potrzebować spanikowana panna młoda. Albo zabiegana organizatorka ślubu.

Nakleiła plaster, wyprostowała ramiona i wsunęła niepokorne pasmo włosów do koka. To był długi dzień. Nie jadła kolacji, bo pojawił się problem z rozsadzeniem gości, który musiała rozwiązać. Na szczęście to był ostatni punkt jej dzisiejszego planu, a najlepsze, że Trick się jej wcale nie spodziewał. Teraz pojawi się nieproszona na jego spotkaniu i zobaczymy, czy mu się to spodoba.

Z uśmiechem weszła do sklepu z garniturami, krawatami, koszulami i butami. Spinki do mankietów, zegarki i biżuteria w szklanych witrynach były jej dobrze znane. Wielokrotnie bywała tu, by pomóc panu młodemu wybrać strój i dodatki.

Pomachała Haroldowi, który polerował witrynę.

- Rylee! - Uśmiechnął się serdecznie. - Długo dziś pracujesz.

- Mam się tu spotkać z jednym z twoich klientów. Shayla chyba się nim zajmuje?

Shayla była krawcową, i to dobrą. Miała oko do szczegółów. Nie była to kariera często wybierana przez piękne trzydziestodwulatki, ale Royal było szczególnym miejscem i mieszkali tu szczególni ludzie.

- Na zapleczu- odparł Harold. - Nie krępuj się.

- Dzięki. - Rylee poprawiła torebkę na ramieniu i weszła do przymierzalni, gdzie zastała Shaylę i Patricka. Shayla, jak zwykle w bladoniebieskiej bluzce i spodniach, miała przypiętą do nadgarstka poduszeczkę do szpilek i pracowała nad garniturem. Patrick, który zobaczył Rylee w lustrze, był znacznie skromniej ubrany.

Uśmiechnął się powoli. Wpatrywał się w Rylee tak intensywnie, że poczuła gęsią skórkę. Poczuła też, że się czerwieni i była to wina tego, czego brakowało w jego ubiorze. Spodni.

- Patrzcie państwo, prawdziwa Rylee Meadows - powiedział, wciąż wpatrując się w nią w lustrze.

Shayla podniosła na chwilę głowę.

- Cześć, Rye. Prawie skończyliśmy. Zaraz się tobą zajmę.

Rylee oderwała wzrok od nóg Patricka, od jego umięśnionych łydek i czarnych włosków na udach niknących pod marynarką, którą upinała Shayla. Może poczuła zawód, że tyłek Patricka był zasłonięty. Zamknęła oczy, by zresetować tę część mózgu.

- Właściwie przyszłam porozmawiać z Trickiem. Patrickiem. Panem MacArthurem.

Uniósł jedną brew i popatrzył na nią przez ramię.

- Nie nazywaj mnie panem MacArthurem. Czuję się wtedy staro.

Shayla się zaśmiała.

- To chyba wszystko. Zdejmiesz marynarkę? - Uśmiechnęła się łobuzersko do Rylee. - I może włóż spodnie, żeby nie wytrącać pani Meadows z równowagi?

- Jestem niemal pewny, że jej nie da się wytrącić z równowagi.

- Jestem niemal pewna, że masz rację. - Wzięła z krzesła spodnie od garnituru i poczekała, aż zdejmie marynarkę. Wychodząc, poklepała Rylee po ramieniu. - Nie spiesz się.

Patrick wciągnął spodnie. Rylee zauważyła, że nosił obcisłe bokserki i miał całkiem przyzwoicie wyglądający tyłek, a potem odwróciła się, by zapewnić mu nieco prywatności, o którą zresztą wcale nie prosił.

- Przyszłaś się gapić czy masz do mnie jakąś sprawę?

- Mam dla pana... Mam dla ciebie propozycję, Patrick.

- Trick wystarczy, Rye.

- Dla ciebie Rylee.

Odwróciła się i zobaczyła, że zapina pasek. Miał na sobie białą koszulę, rozpięty kołnierzyk ukazywał ładną szyję. Był wysoki i pewny siebie mimo braku butów. Wydawał się godny zaufania. Dziwne, biorąc pod uwagę jej dzisiejsze zadanie. Niesławny Trick MacArthur miał reputację obłudnego oportunisty.

- Dobrze więc, Rylee. - Usiadł na stołku i założył mokasyny z włoskiej skóry. - Co mogę z tobą zrobić? - spytał, wstając. - To chyba teksańskie powiedzonko.

- Chyba nie.

- Nie?

- Nie. Ale za to z Teksasu pochodzi "To nie jest moje pierwsze rodeo". Więc wróćmy do powodu mojej wizyty.

- Zapraszasz mnie na rodeo?

- Chcę zawrzeć z tobą układ, zanim zrobisz zamieszanie na ślubie Xaviera i Ariany.

- Zamieszanie? - Podszedł bliżej, a ona poczuła znane zapachy. Bergamotka, mandarynka, owoce, pieprz.

- Dior Sauvage? - palnęła i zreflektowała się. - Twoja woda kolońska. Mam wybitny talent do rozpoznawania męskich perfum. Rozwinęłam go, dobierając je panom młodym. - Czuła, że plecie. - Z reguły nie mają o tym pojęcia i na wielki dzień chcą czegoś specjalnego, ale nie przytłaczającego. Nieważne.

- Jestem pod wrażeniem. Tak, na ogół wybieram Diora.

Pasował do niego. Złożony zapach dla chłopców niegrzecznych, ale wyrafinowanych. Zapach był subtelny. Przez chwilę wyobraziła sobie, jak wychodzi spod prysznica, a woda spływa po jego piersi i pośladkach. Jej wyobraźnia oszalała.

- Układ? - przypomniał.

A tak. Układ.

- Mam wrażenie, że chcesz uczestniczyć w ślubie Xaviera i Ariany.

- A co, zapraszasz mnie?

- Coś w tym stylu. To teraz najpopularniejsza para w Ameryce.

- Właśnie dlatego przybyłem do wspaniałego stanu Teksas. - Rozłożył ręce i uśmiechnął się. Przypominał rekina, ale nie ujmowało mu to atrakcyjności. Jak to jest, kiedy przejmujesz się tylko sobą samym? Rylee przez większość czasu przejmowała się innymi. Ale ona pracowała w sektorze usług, a Trick... Trick nie.

- Będziesz mógł obserwować ostatnie przygotowania i filmować, co tylko chcesz, do samego ślubu. - Miała nadzieję, że jego ściągnięte usta i zmrużone oczy oznaczają, że zastanawia się nad propozycją.

- Gdzie jest haczyk?

- Nie możesz filmować ślubu i wesela, ale możesz w nich uczestniczyć jako zaproszony gość.

- A także? - spytał, wyczuwając, że jest coś jeszcze.

- A także przekażesz dochód z filmów na organizację dobroczynną wybraną przez Arianę i Xaviera.

- Zgoda.

- Wysłuchaj mnie, zanim... Proszę?

- Zgadzam się. - Wyciągnął do niej rękę, a ona popatrzyła na nią sceptycznie.

- Oj, Rylee. Przecież dlatego tu jesteś. - Obrócił rękę dłonią do góry. - Przybij.

- Teraz ja szukam haczyka.

- Myślisz, że jest haczyk? - Jego uśmiech na to właśnie wskazywał.

Do ślubu zostało tylko pięć dni, a on był znacznie milszy, niż sądziła. Oczekiwała walki, była na nią gotowa. Od miesięcy planował, że zrobi na tym ślubie zamieszanie, a teraz zgadzał się na jej warunki bez mrugnięcia okiem.

Nie była pewna, czy może mu zaufać, ale czy ma wybór? Podała mu rękę, a on mocno ją uchwycił.

- Ale...

- Żartujesz chyba.

- Ale zjesz ze mną dziś kolację. Umieram z głodu.

Chciała mu odmówić, ale zanim zdążyła, brzuch głośno przypomniał jej o sobie. Trick zachichotał. Poczuła, jak jego ciepło rozlewa się na jej rękę. Pochylił się. Był tak blisko, że widziała pojedyncze włoski zarostu i złote błyski w orzechowych oczach. Rozchylił usta i popatrzył jej w oczy.

- To brzmi jak zgoda, Rylee Meadows - szepnął. Klasnął w dłonie i je zatarł. - Gdzie w tym mieście jest najlepsza burgerownia?