Podziękowania
Podziękowania
Zbieranie relacji uczestników inwazji na Normandię w D-Day, 6 czerwca
1944 roku, rozpoczął doktor Forrest Pogue. Był sierżantem (z doktoratem
z historii), pracującym w zespole historyków S.L.A. Marshalla w Army's
Historical Section, którzy na polecenie generała George'a C. Marshalla
przeprowadzali wywiady z żołnierzami różnych stopni, przygotowując
oficjalną historię wojny. Efektem pracy tego zespołu stała się pozycja
The U.S. Army in World War II, czyli seria potężnych tomów (zwana od
koloru oprawy Zielonymi Książkami), ciesząca się w świecie opinią
rzetelnej i dokładnej. W 1954 roku doktor Pogue opublikował przedostatni
tom w serii ETO1, The Supreme Command, oparty na dokumentach
SHAEF2 i wywiadach, które autor przeprowadził z Eisenhowerem,
Montgomerym i ich najbliższymi współpracownikami. The Supreme Command
jest naprawdę wielkim dziełem i ciągle pozostaje miarodajną kroniką
działalności Naczelnego Dowództwa.
W D-Day jednak doktor Pogue działał na samym końcu łańcucha dowodzenia.
Znajdował się na pokładzie okrętu desantowego LST, służącego jako
pływający szpital w rejonie plaży Omaha, i tego dnia rozmawiał z żołnierzami o ich przeżyciach. Była to pionierska praca, jeśli chodzi o zbieranie ustnych relacji uczestników dziejowych wydarzeń; później
doktor Pogue został jednym z założycieli Oral History Association.
Kiedy zacząłem pracę u generała Eisenhowera jako edytor jego dokumentów
z czasów wojny, doktor Pogue stał się dla mnie źródłem inspiracji,
wzorem i przewodnikiem. Okazał się kimś ważnym nie tylko dla tej
książki, ale także dla mnie osobiście, i to nie tylko jako autor
interesujących mnie publikacji (wśród których jest czterotomowa,
klasyczna już biografia generała George'a C. Marshalla). Przez
trzydzieści lat dzielił się ze mną swym czasem i mądrymi przemyśleniami.
Podczas konferencji historycznych, ośmiu długich podróży do Normandii i na inne europejskie pola walki, za pośrednictwem listów i telefonów w najrozmaitszy sposób uczył mnie i zachęcał do pracy.
Doktorowi Pogue'owi winne są wdzięczność setki młodych -?i nieco
starszych -?historyków-badaczy II wojny światowej i amerykańskiej
polityki zagranicznej. Wychował całe ich pokolenie. Dzielił się z nimi
czasem i wiedzą, wychodząc znacznie poza swoje obowiązki. Podczas
konferencji zawsze otaczali go młodzi historycy i absolwenci uczelni,
którzy w ten sposób korzystali z okazji, by czegoś się od niego
dowiedzieć, o on, jako prawdziwie wielki człowiek, rozmawiając z nimi
spełniał swoje posłannictwo. Żaden z nas nigdy nie zdoła mu się za to
odwdzięczyć ani wyrazić należnych podziękowań. Jako wybitna osobowość
pozostawił ślad w naszym życiu i pomógł nam doskonalić się w pracy. Był
pierwszym i jednocześnie najlepszym historykiem zajmującym się D-Day.
To, że pozwolił dedykować sobie tę książkę, jest dla mnie powodem do
dumy i wielkiej satysfakcji.
Moje zainteresowania D-Day, zainspirowane książkami doktora Pogue'a,
wzmogły się jeszcze, kiedy przeczytałem The Longest Day Corneliusa
Ryana. Uważałem wtedy, i nadal uważam, że jest to wspaniały opis zmagań
wojennych. Choć nie zgadzam się z Ryanem co do niektórych faktów z 6
czerwca 1944 roku i doszedłem do paru odmiennych wniosków, muszę wyrazić
uznanie dla jego wielkiego dzieła.
Ta książka oparta jest w głównej mierze na ustnych i pisemnych relacjach
uczestników inwazji, które zbierane były przez pracowników Eisenhower
Center na University of New Orleans w ciągu jedenastu ostatnich lat.
Ośrodek ten ma obecnie w swoich archiwach ponad tysiąc trzysta
osiemdziesiąt relacji. Jest to najobszerniejszy zbiór wspomnień z jednej
operacji, jaki kiedykolwiek powstał. Choć ze względu na objętość książki
nie mogłem zacytować wszystkich wypowiedzi, każda z nich w jakiś sposób
pomogła mi zrozumieć wydarzenia tamtego dnia. Autorzy relacji są
wymienieni w porządku alfabetycznym na końcu książki. Wszystkim tym
ludziom wyrażam głębokie podziękowania.
Obszerne wywiady z brytyjskimi uczestnikami D-Day przeprowadził Russell
Miller z Londynu. Studenci pracujący w Eisenhower Center przepisali
teksty niektórych nagranych przez niego taśm i za pozwoleniem autora
zamieściłem je w tej książce. Imperial War Museum w Londynie również
udostępniło mi taśmy z wywiadami, które nagrano w ciągu minionych lat i które, podobnie jak w poprzednim przypadku, zostały przepisane w Eisenhower Center. André Heintz przeprowadził zaś wywiady z mieszkańcami
wybrzeża Calvados; znajdują się one w Mémorial-Musée pour la Paix w Caen
i autor pozwolił mi z nich skorzystać. Natomiast The United States Army
Military Institute w Carlisle Barracks, w Pensylwanii, udostępnił mi
zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Forresta Pogue'a, Kena Hecklera i innych.
Phil Jutras, amerykański spadochroniarz, który osiedlił się w Ste-M?re-Église i jest tam obecnie dyrektorem Musée des Troupes
Aéroportées, także zbierał ustne relacje amerykańskich żołnierzy i mieszkańców miasteczka, a następnie przekazał je do Eisenhower Center,
dzięki czemu i ja mogłem się z nimi zapoznać.
Kapitan Ron Drez z Korpusu Piechoty Morskiej USA, dowódca kompanii
piechoty w Khe Sanh w 1968 roku, jest wicedyrektorem Eisenhower Center.
Od prawie dziesięciu lat prowadzi grupowe i indywidualne wywiady z weteranami podczas ich spotkań, zarówno w Nowym Orleanie, jak i całym
kraju. Nawiązuje doskonały kontakt z uczestnikami D-Day. Jak mało kto
potrafi skłonić ich do wspomnień. Jego wkład do tej książki jest
nieoceniony. Doktor Günter Bischof, Austriak, którego ojciec był
żołnierzem Wehrmachtu, a potem jako jeniec wojenny trafił do Ameryki,
jest zastępcą dyrektora Eisenhower Center i przeprowadzał wywiady z niemieckimi weteranami. Jego zasług nie można przecenić. To wspaniałe,
że Drez i Bischof znaleźli się wśród pracowników EC.
Pani Kathi Jones również jest bardzo ważną osobą w Eisenhower Center.
Bez niej nikt z nas nie mógłby normalnie pracować. Zajmuje się
korespondencją, prowadzi rachunki i nasze terminarze, umawia nas na
spotkania, organizuje coroczne konferencje, przydziela studentów do
przepisywania tekstów, archiwizuje relacje i wspomnienia, poszukuje
weteranów, łagodzi smutki i urazy, i generalnie pełni rolę naszego szefa
sztabu. Jej oddanie pracy i zdolność prowadzenia tysięcy spraw
związanych z naszą działalnością są doprawdy wyjątkowe. Co więcej,
wszystko to robi, nie tracąc panowania nad sobą i dobrego humoru. Dwight
Eisenhower nazwał kiedyś Beetle'a Smitha "wzorowym szefem sztabu". My to
samo mówimy o Kathi Jones.
Pani Carolyn Smith, sekretarka Eisenhower Center, oraz pracujący tam
studenci: Marrisa Ahmed, Maria Andara Romain, Tracy Hernandez, Jerri
Bland, Scott Peebles, Peggy Iheme, Jogen Shukla i Elena Marina,
absolwenci uczelni: Jerry Strahan, Olga Ivanova i Gunther Breaux oraz
ochotnicy: pułkownik James Moulis, Mark Swango, C.W. Unangst, John
Daniel, Joe Flynn, John Niskoch, Joe Molyson, Stephanie Ambrose Tubbs i Edie Ambrose zarabiają stanowczo za mało (albo wcale) i są
przepracowani. Pracują jednak z poświęceniem; bez nich nie byłoby
Eisenhower Center ani zbiorów relacji ustnych. Ci, którzy je przepisują,
mieli ciągłe problemy z nazwami francuskich miejscowości (wymawianych w przeróżny sposób przez amerykańskich żołnierzy), ale jakoś przez to
przebrnęli i teraz mają powody do satysfakcji. Jestem im ogromnie
wdzięczny.
Eisenhower Center będzie nadal zbierał ustne relacje i pisemne
wspomnienia, dokumenty i listy uczestników D-Day, żołnierzy różnych
oddziałów i różnych narodowości, dopóki tylko będą żyli. Prosimy
wszystkich weteranów, by do nas pisali: University of New Orleans, New
Orleans, La. 70148. Otrzymają instrukcje, jak należy przygotować to, co
mają do opowiedzenia.
W 1979 roku mój drogi przyjaciel, doktor Gordon Mueller, namówił mnie,
żebym poprowadził objazd "Od D-Day do Renu śladami Ike'a". Imprezę
zorganizował pan Peter McLean z biura Peter McLean Ltd. w Nowym
Orleanie. Pan Richard Salaman z Londynu został naszym przewodnikiem.
Objazd ten był dla mnie wielkim przeżyciem, przede wszystkim dlatego, że
brały w nim udział ponad dwa tuziny uczestników D-Day -?od generałów po
szeregowców -?którzy na miejscu opowiadali mi o swoich przeżyciach.
Powtórzyliśmy tę imprezę osiem razy. McLean i Salaman okazali się
doskonałymi współpracownikami i wspaniałymi przyjaciółmi. Dzięki nim
znacznie lepiej znam i rozumiem wydarzenia D-Day.
Podobną rolę odegrali inni, naukowcy, autorzy, dokumentaliści i weterani, lecz jest ich zbyt wielu, by można było zamieścić wszystkie
nazwiska -?oni wiedzą, że o nich pamiętam.
Alice Mayhew była, jak zwykle, wspaniałym wydawcą. Jej zespół w wydawnictwie Simon&Schuster, a zwłaszcza Elizabeth Stein, wykonał
świetną robotę. Mój agent, John Ware, służył mi wsparciem i zachętą.
Moja żona, Moira, była partnerem w tym przedsięwzięciu, przelatywała nad
Atlantykiem tam i z powrotem, brała także udział w spotkaniach weteranów
w Stanach. Każdy z setek żołnierzy, którzy ją poznali, przyzna, że
cudownie potrafiła nawiązać kontakt, stworzyć atmosferę do rozmowy i wprawić w dobry nastrój. Z wielkim zainteresowaniem słuchała ich
opowieści, przydając kobiecego wdzięku naszym posiłkom, spotkaniom,
wędrówkom po polach walki i podróżom samolotowym. Ponadto, jak w przypadku wszystkich moich publikacji, była ich pierwszym i krytycznym
czytelnikiem. Jej rola w mojej pracy i całym życiu jest nieoceniona;
jest dla mnie równie droga jak życie.
Jak usiłowałem pokazać w poprzednich akapitach, ta książka jest wynikiem
pracy zespołowej. Byłoby mi miło, gdyby spodobała się generałowi
Eisenhowerowi. Od chwili, gdy objął stanowisko naczelnego dowódcy Allied
Expeditionary Force aż do przyjęcia kapitulacji Niemiec podkreślał
znaczenie współpracy. Ze wszystkich cech jego charakteru, jako przywódcy
wielonarodowej krucjaty w Europie, najważniejsza dla zwycięstwa okazała
się właśnie wola współdziałania.
Generał Eisenhower wielokrotnie mówił o roli "furii pobudzonej do
działania demokracji". To właśnie 6 czerwca 1944 roku i podczas dalszej
kampanii zachodnie demokracje dały wyraz tej swojej furii. Sukces tego
wielkiego i szlachetnego przedsięwzięcia był zarazem triumfalnym
zwycięstwem demokracji nad systemem totalitarnym. Jako prezydent
Eisenhower podkreślał, że pragnął, aby demokracja przetrwała nadchodzące
wieki. Ja również tego pragnę. Żywię głęboką nadzieję, że ta książka,
która jest w gruncie rzeczy peanem na cześć demokracji, chociaż w małej
mierze przyczyni się do realizacji owego wielkiego celu.
Stephen E. Ambrose
Dyrektor Eisenhower Center
na University of New Orleans
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. European Theatre of Operations. [wróć]
2. Supreme Headquarters Allied Expeditionary Force. [wróć]
3. Czas brytyjski, wprowadzony dla oszczędzania energii elektrycznej, był późniejszy w stosunku do francuskiego o godzinę. W całej okupowanej przez Niemców Europie obowiązywał czas berliński, o dwie godziny wcześniejszy niż angielski. [wróć]
4. Coup de main -?jednym uderzeniem [przyp. wyd.]. [wróć]
5. Karabin maszynowy na trójnogu, szybkostrzelność do ośmiuset pocisków na minutę [przyp. wyd.]. [wróć]
6. Była to najbardziej niedorzeczna ze wszystkich jego nie przemyślanych decyzji. Hitler nie musiał przyjść z pomocą Japonii, nie wymagał tego "pakt stalowy", jako że układ ten miał służyć celom obronnym. Gdyby jedna ze stron układu (Włochy, Niemcy czy Japonia) została zaatakowana, pozostałe były zobowiązane udzielić jej wsparcia. Ale to nie Japonia została zaatakowana 7 grudnia -?zresztą państwo to nie przyszło z pomocą Niemcom, gdy w czerwcu 1941 roku rozpoczęli wojnę ze Związkiem Radzieckim.\ Była to także najbardziej samodzielna decyzja Hitlera. To bardzo dziwne, ale nie konsultował jej z nikim. Porzucił swój długoterminowy plan zawładnięcia światem, zgodnie z którym ostateczna rozprawa ze Stanami Zjednoczonymi miała przypaść następnemu pokoleniu, dysponującemu już zasobami naturalnymi Związku Radzieckiego i reszty Europy. Można by się spodziewać, że Hitler przynajmniej zapyta swoich dowódców, jakie skutki pociągnie za sobą wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym, że zasięgnie opinii Goeringa, Himmlera, Goebbelsa i innych. Nie rozmawiał jednak o tym z nikim; 11 grudnia po prostu ogłosił swoją decyzję Reichstagowi. Zob. Sebastian Haffner, The Meaning of Hitler, przekład z niemieckiego na angielski Ewald Osers (Cambridge, Massachusetts, Harvard University Press 1979), s. 120. [wróć]
7. Dyrektywa nr 51 została zamieszczona w: Gordon A. Harrison, Cross-Channel Attack (Dept. of the Army, Washington,1951), s. 464-467. [wróć]
8. Erwin Rommel, The Rommel Papers, oprac. B.H. Liddell Hart (Harcourt Brace, New York, 1953), s. 466. [wróć]
9. Samuel Mitcham, Rommel's Last Battle: The Desert Fox and the Normandy Campaign (Stein & Day, New York, 1983), s. 44-45. [wróć]
10. Odrzutowce były napędzane paliwem syntetycznym, produkowanym między innymi z alkoholu, który wytwarzano z zebranych w 1944 roku ziemniaków. Naród niemiecki zapłacił w 1945 roku straszliwą cenę za to szaleństwo [przyp. wyd.]. [wróć]
11. Ralph Williams, The Short, Unhappy Life of the Messerschmitt ME-262, 6 kwietnia 1960, Dwight D. Eisenhower Library, Abilene, Kansas. [wróć]
12. John Keegan, Six Armies in Normandy: From D-Day to the Liberation of Paris (Penguin Books, New York, 1983), s. 332. [wróć]
13. Robert Brewer, wywiad, EC. [wróć]
14. Harrison, Cross-Channel Attack, s. 145-147; U.S. War Department, Handbook on German Military Forces (L.S.U. Press, Baton Rouge, La, 1990), s. 57. [wróć]
15. U.S. War Department, Handbook on German Military Forces, s. 2. [wróć]
16. Mitcham, Rommel's Last Battle, s. 26. [wróć]
17. Dyrektywa nr 40 zamieszczona w: Harrison, Cross-Channel Attack, s. 459-463. [wróć]
18. Ibidem, s. 136. [wróć]
19. Ibidem, s. 136-137. [wróć]
20. Wywiad Hecklera z Warlimontem, 19-20 lipca 1945, American Military Institute, Carlisle, Pa. [wróć]
21. Carlo D'Este, Decision in Normandy (Collins, London, 1983), s. 21. [wróć]
22. Samuel Eliot Morison, The Invasion of France and Germany 1944-1945 (Little, Brown, Boston, 1959), s. 152-153. [wróć]
23. Dyskusja na temat łodzi desantowych, zob.: Gordon Harrison, Cross-Channel Attack (Dept. of the Army, Washington, 1951), s. 59-63. [wróć]
24. Geoffrey Perret, There's a War to Be Won: The United States Army in World War II, Random House, New York, 1992, s. 110-112. [wróć]
25. Harrison, Cross-Channel Attack, s. 64. [wróć]
26. Jerry Strahan, wywiad, EC. [wróć]
27. Po wojnie Higgins popadł w kłopoty, niejednokrotnie ze swojej winy. Nie był dobrym biznesmenem. Nie potrafił ograniczyć działalności przemysłowej, bo nie chciał pozbawiać pracy swoich robotników. Walczył ze związkami zawodowymi i przegrał. Wyprzedził swoje czasy, podejmując produkcję helikopterów, żaglówek, jachtów motorowych, przyczep kempingowych i tego typu sprzętu, który niebawem miał zyskać na popularności, ale w latach 1946-1947 było nań jeszcze za wcześnie. Higgins był wspaniałym projektantem, ale kiepsko znał się na marketingu; potrafił doskonale zorganizować produkcję, ale fatalnie prowadził księgowość. W końcu splajtował. Higgins Industries upadły. Ten człowiek jednak wygrał dla nas wojnę i to wstyd, że ani naród, ani Nowy Orlean o nim nie pamiętają. [wróć]
28. Perret, There's a War to Be Won, s. 124. [wróć]
29. Carl Weast, wywiad, EC. [wróć]
30. Carwood Lipton, wywiad, EC. [wróć]
31. Paul Fussell, Wartime: Understanding and Behavior in the Second World War (Oxford University Press, New York, Oxford, 1989), s. 282. [wróć]
32. Charles East, wywiad, EC. [wróć]
33. Max Hastings, Overlord: D-Day and the Battle for Normandy (Simon & Schuster, New York, 1984), s. 317. [wróć]
34. John Howard, wywiad, EC. [wróć]
35. Hastings, Overlord, s. 25. [wróć]
36. Ibidem, s. 24. [wróć]
37. Sidey to Ambrose, 9 lipca 1992, EC. [wróć]
38. Mulberries niedługo były w użyciu; silny sztorm, jaki miał miejsce dwa tygodnie po D-Day, całkowicie zniszczył port amerykański i poważnie uszkodził brytyjski. Ponieważ w inwazji uczestniczyło tak wiele LST, które mogły samodzielnie wysadzić ludzi i sprzęt na brzeg, zaczęto się zastanawiać, czy rzeczywiście warto było poświęcić tak dużo materiału, a także pracy ludzkiej na budowę Mulberries. Russell Weigley twierdzi, że tak. Pisze bowiem: "Gdyby nie pomysł wykorzystania Mulberries, które pozwalały przekształcić plaże w porty, Churchill wraz ze swoim rządem prawdopodobnie wycofałby się z operacji Overlord" (Russell Weigley, Eisenhower's Lieutenants: The Campaigns of France and Germany, 1944-1945, s. 103, Indiana University Press, Bloomington 1981) [przyp. wyd.]. [wróć]
39. Nad złamaniem szyfru Enigmy -?niemieckiej maszyny kodującej polscy matematycy rozpoczęli pracę w początkach lat trzydziestych. W parę lat później zbudowali replikę Enigmy i złamali szyfry niemieckie. W lipcu 1939 roku egzemplarze Enigmy polski wywiad przekazał przedstawicielom wywiadów Francji i Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy udoskonalili polskie metody dekryptażu Enigmy w systemie Ultra [przyp. wyd.]. [wróć]
40. Zob.: J.C. Masterman, The Double-Cross System in the War of 1939-1945 (Yale University Press, New Haven, 1972); Ronald Lewin, Ultra Goes to War (Hutchinson, London, 1978). [wróć]
41. Axis (ang.) -?oś w sensie politycznym. Axis Sally znaczy więc Sally z Osi [przyp. wyd.]. [wróć]
42. Gordon Carson, wywiad, EC. [wróć]
43. Dzieciństwo i młodość Rommla zob.: David Irving, The Trail of the Fox (Dutton, New York, 1977); dzieciństwo i młodość Eisenhowera zob.: S.E. Ambrose, Eisenhower: Soldier, General of the Army, President-Elect, 890-1952 (Simon & Schuster, New York, 1983). [wróć]
44. Irving, The Trail of the Fox, s. 14-15. [wróć]
45. Ambrose, Eisenhower, s. 63. [wróć]
46. Ed Thayer do matki, 11 stycznia 1918, Eisenhower Library, Abilene, Kansas (dalej w skrócie: EL). [wróć]
47. Irving, The Trail of the Fox, s. 25. [wróć]
48. Ambrose, Eisenhower, s. 93. [wróć]
49. Hans von Luck, Panzer Commander: The Memoirs of Colonel Hans von Luck (Praeger, New York, 1989), s. 103-104. [wróć]
50. Stephen E. Ambrose, Eisenhower: Soldier and President (Simon & Schuster, New York, 1990), s. 88. [wróć]
51. Z pierwszego szkicu wspomnień Eisenhowera, EL. Eisenhower nie chciał publikować tego fragmentu. [wróć]
52. Martin Blumenson, Rommel, [w:] The Simon & Schuster Encyclopedia of World War II, oprac. Thomas Parrish (Simon & Schuster, New York, 1978), s. 532. [wróć]
53. Listy Eisenhowera, zob.: Letters to Mamie, oprac. John S.D. Eisenhower (Doubleday, Garden City, New York, 1978); listy Rommla zob.: Irving, The Trail of the Fox, gdzie wiele z nich cytuje. [wróć]
54. Irving, The Trail of the Fox, s. 313. [wróć]
55. Samuel Mitcham jr., Rommel's Last Battle: The Desert Fox and the Normandy Campaign (Stein & Day, New York, 1983), s. 18-21. [wróć]
56. Franklin Delano Roosevelt do Stalina, 5 grudnia 1943, EL. [wróć]
57. Bernard Law Montgomery, Memoirs (World, Cleveland, 1958), s. 484. [wróć]
58. Cunningham do Eisenhowera, 21 października 1943, EL. [wróć]
59. Dwight D. Eisenhower, Crusade in Europe (Doubleday, Garden City, New York, 1948), s. 206-207. [wróć]
60. Irving, The Trail of the Fox, s. 317. [wróć]
61. Eisenhower, Crusade in Europe, s. 220. [wróć]
62. Irving, The Trail of the Fox, s. 324. [wróć]
63. Eisenhower do Połączonego Komitetu Szefów Sztabów, 23 stycznia 1944, EL. [wróć]
64. Ambrose, Eisenhower: Soldier, General of the Army, President-Elect, s. 187-188. [wróć]
65. Gordon A. Harrison, Cross-Channel Attack (Dept. of the Army, Washington, 1951), s. 48-49. [wróć]
Prolog
Prolog
Szesnaście minut po północy, 6 czerwca 1944 roku3 nad kanałem Caen, jakieś pięćdziesiąt metrów
od mostu obrotowego, wylądował szybowiec Horsa. Porucznik Den
Brotheridge, prowadzący dwudziestu ośmiu ludzi z 1 Plutonu Kompanii D,
Pułku Piechoty Lekkiej hrabstw Oxford i Buckingham, brytyjskiej 6
Dywizji Powietrznodesantowej, wydostał się z samolotu. Chwycił za ramię
sierżanta Jacka "Billa" Baileya, dowódcę drużyny, i szepnął mu do ucha:
"Bierz swoich chłopców i w drogę". Bailey wyruszył więc z grupą, by
obrzucić granatami bunkier przy moście, gdzie, jak wiedziano, znajdował
się karabin maszynowy. Porucznik Brotheridge zebrał pozostałych
żołnierzy z plutonu, rzucił szeptem: "Dalej, chłopaki!" i zaczął biec w stronę mostu. Niemiecka obrona obiektu w sile ponad pięćdziesięciu ludzi
nie zdawała sobie sprawy, że od dawna spodziewana inwazja właśnie się
zaczęła.
Gdy Brotheridge i jego ludzie wspięli się szybko po nasypie i wbiegli na
most, siedemnastoletni szeregowiec Helmut Romer, jeden z dwóch
niemieckich wartowników, ujrzał zbliżających się z naprzeciwka
dwudziestu jeden brytyjskich spadochroniarzy, którzy w jego odczuciu
pojawili się dosłownie znikąd. Wszyscy trzymali broń gotową do strzału.
Romer odwrócił się i przebiegł przez most. Mijając kolegę wartownika,
krzyknął: "Spadochroniarze!" Ten wyciągnął Leuchtpistole (rakietnicę)
i wystrzelił; Brotheridge posłał w jego kierunku serię trzydziestu dwóch
pocisków ze Stena.
Były to pierwsze strzały z tych, jakie miały zostać oddane przez sto
siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy i marynarzy, Brytyjczyków,
Amerykanów, Kanadyjczyków, Francuzów, Polaków, Norwegów i przedstawicieli innych narodów, należących do Alianckich Ekspedycyjnych
Sił Zbrojnych, którzy przez następne dwadzieścia cztery godziny
uczestniczyli w inwazji na Normandię. Trafiony wartownik stał się
pierwszym Niemcem poległym w obronie Europejskiej Fortecy Hitlera.
Dwudziestosześcioletni Brotheridge przygotowywał się do tej chwili od
dwóch lat, a do tej szczególnej akcji opanowania mostu poprzez coup de
main4 -?od sześciu miesięcy. Został awansowany z szeregowca;
dowódca jego kompanii, major John Howard, zarekomendował go do Jednostki
Szkolenia Oficerów (OCTU) w 1942 roku. Pozostali oficerowie w plutonie
mieli wyższe wykształcenie, byli, jeśli nie bogaci, to zamożni, i wywodzili się albo z arystokracji, albo przynajmniej z klasy wyższej.
Kiedy więc Brotheridge wrócił do jednostki jako oficer, zachowywali się
wobec niego z pewną rezerwą, bo jak mówili, "to nie jest, rozumiesz,
jeden z naszych".
Brotheridge grał na przykład w piłkę nożną, a nie w krykieta. Był
doskonałym sportowcem i wszyscy przewidywali, że po wojnie zostanie
zawodowym piłkarzem. Łatwo nawiązywał kontakt z ludźmi i nigdy nie
odczuwał tej wielkiej przepaści, jaka często dzieli brytyjskich oficerów
od szeregowców.
Brotheridge miał zwyczaj przychodzić wieczorem do koszar, siadał na
pryczy swego ordynansa i rozmawiał z chłopcami o piłce nożnej. Przynosił
ze sobą oficerki i w czasie rozmowy je pastował. Szeregowy Wally Parr
nigdy nie zapomniał tego widoku: brytyjski porucznik polerował swoje
buty, podczas gdy jego ordynans leżał na posłaniu, gawędząc o Manchester
United, West Ham i innych drużynach piłkarskich.
Den Brotheridge był chudym, wesołym, sympatycznym facetem i koledzy
oficerowie szybko przekonali się do niego. Wszyscy go podziwiali;
uczciwy, sumienny, wymagający, szybko się uczył, najlepiej w całej
kompanii znał się na różnych rodzajach broni; był zdolnym nauczycielem i pojętnym uczniem, urodzonym dowódcą. Kiedy major Howard zaproponował, by
Brotheridge stanął na czele 1 Plutonu, pozostali porucznicy w kompanii
zgodzili się, że Den zasługuje na to, by poprowadzić do akcji w D-Day
pierwszą grupę żołnierzy. Brotheridge był jednym z wielu młodszych
oficerów w armii brytyjskiej, najlepszych ludzi, jakich wydał ten kraj,
którzy walczyli o wolność, ryzykując życie.
Młody porucznik miał jednak więcej do stracenia w tej walce niż inni,
ponieważ był jednym z nielicznych żonatych żołnierzy w Kompanii D, a jego żona Margaret była w ósmym miesiącu ciąży. Lecąc nad kanałem La
Manche, myślał o przyszłości swego nie narodzonego dziecka.
Krzyk Romera, rakieta wystrzelona z Leuchtpistole i seria ze Stena
zaalarmowały niemieckich żołnierzy siedzących w gniazdach broni
maszynowej i krytych transzejach po obu stronach mostu. Natychmiast
otworzyli ogień z karabinów maszynowych MG-345 i pistoletów
maszynowych.
Brotheridge, znajdujący się niemal po drugiej stronie mostu na czele
strzelających w biegu żołnierzy, wyciągnął granat i rzucił go w stronę
gniazda broni maszynowej po prawej stronie. W tym samym momencie został
trafiony pociskiem w szyję. Upadł twarzą do przodu. Jego ludzie minęli
go. Tuż za nimi biegli żołnierze z dwóch innych plutonów, którzy
przylecieli dwoma kolejnymi szybowcami. Chłopcy z Kompanii D szybko
oczyścili gniazda broni maszynowej i transzeje, tak że dwadzieścia jeden
minut po północy w najbliższym sąsiedztwie mostu nie było już żadnego
wroga -?wszyscy albo zostali zabici, albo uciekli.
Szeregowy Parr ruszył na poszukiwanie Brotheridge'a, który miał być na
stanowisku dowodzenia w kawiarence przy moście.
-?Gdzie jest Danny? -?zapytał innego szeregowca. (Podwładni zwracali się
do porucznika "Mr. Brotheridge", oficerowie zaś mówili do niego "Dan".
Wszyscy jednak myśleli o nim i nazywali go po prostu "Danny".)
-?Gdzie Danny? -?powtórzył Parr.
Zapytany nie wiedział. Parr pobiegł pod kawiarnię. Znalazł Brotheridge'a leżącego na drodze naprzeciwko kafejki. Miał otwarte oczy i poruszał
ustami, ale Parr nie mógł zrozumieć jego słów. Szeregowy pomyślał: Co za
strata! Tyle lat przygotowań do tej roboty -?a wszystko trwało zaledwie
parę sekund i biedak leży rozciągnięty na ziemi.
Noszowi zabrali Brotheridge'a do punktu medycznego po drugiej stronie
mostu. Lekarz kompanii, John Vaughan, zobaczył rannego porucznika
"leżącego na plecach i patrzącego w gwiazdy -?wyglądał na strasznie
zdziwionego, po prostu zdziwionego". Zrobił mu zastrzyk z morfiny i zaczął opatrywać ranę po pocisku na jego szyi. Zanim zakończył
udzielanie pierwszej pomocy, Brotheridge skonał. Był pierwszym alianckim
żołnierzem, zabitym przez wroga w D-Day.
Porucznik Robert Mason Mathias dowodził 2 Plutonem Kompanii E 508 Pułku
Piechoty Spadochronowej amerykańskiej 82 Dywizji Powietrznodesantowej. O północy z 5 na 6 czerwca 1944 roku leciał Dakotą C-47 nad kanałem La
Manche, kierując się ku brzegom Normandii. Dwie godziny później samolot
znalazł się nad Francją i został kilkakrotnie ostrzelany przez
niemieckie działa przeciwlotnicze. O godzinie 2.27 porucznik Mathias
zobaczył, że nad otwartymi drzwiami samolotu zapaliło się czerwone
światełko -?znak, żeby się przygotować.
-?Wstać i zahaczyć się! -?zawołał do szesnastu ludzi za sobą, przyczepił
sprzączkę spadochronu do linki biegnącej wzdłuż pod dachem samolotu.
Podszedł do drzwi, gotów wyskoczyć, gdy tylko pilot uzna, że maszyna
znalazła się w rejonie zrzutu, i włączy zieloną lampkę.
Tymczasem Niemcy poniżej strzelali wściekle do armady powietrznej
ośmiuset dwudziestu dwóch C-47, transportujących żołnierzy z 82 i 101
Dywizji Powietrznodesantowych na teren inwazji. Czterolufowe działka
przeciwlotnicze 20 mm Flakvierling-38 rozświetlały niebo eksplozjami,
a pociski smugowe z karabinów maszynowych -?zielone, żółte, czerwone,
niebieskie, białe -?rysowały łuki na niebie. Widok był wspaniały (prawie
każdy spadochroniarz pomyślał zapewne, że tak niesamowitego pokazu
fajerwerków nie widział nawet z okazji święta 4 Lipca) i jednocześnie
przerażający. Na każdą smugę przypadało bowiem pięć ostrych pocisków -
niewidocznych, ale dobrze słyszalnych, bo uderzały o skrzydła samolotów,
wydając dźwięk przypominający grzechotanie kamyków w blaszanej puszce.
Lecące nie wyżej niż trzysta metrów nad ziemią, z prędkością około
dwustu kilometrów na godzinę, C-47 stanowiły łatwy cel.
Patrząc w kierunku drzwi, porucznik Mathias widział ten szalejący
ostrzał. Prawdopodobnie od wystrzelonego pocisku smugowego zapaliła się
stojąca na skraju Ste-M?re-Église stodoła, która płonęła, oświetlając
łuną horyzont. C-47 wykonał zwód, daremnie próbując umknąć przed
ostrzałem, ludzie za plecami Mathiasa zaczęli wykrzykiwać: "Ruszajmy!",
"Na miłość boską, wyskakujmy!" albo "Skaczmy, do cholery, skaczmy!"
Kiedy kilka pocisków karabinów maszynowych przebiło kadłub, wszyscy
instynktownie osłonili krocza. Mieli za sobą z tuzin albo więcej skoków
ćwiczebnych i nigdy nie myśleli, że będą tak się rwali do opuszczenia
lecącego samolotu.
Mathias oparł ręce na zewnętrznej stronie drzwi, gotów wyskoczyć w noc,
gdy tylko zapali się zielona lampka. Tuż obok niego nastąpił wybuch.
Czerwony pocisk smugowy rozpruł zapasowy spadochron na jego piersi,
ścinając porucznika z nóg. Z wielkim wysiłkiem Mathias zaczął się
podnosić. Zapaliło się zielone światełko.
Dwudziestoośmioletni Mathias był mniej więcej o pięć lat starszy od
pozostałych poruczników w "pięćset ósmym", ale wyglądał młodziej. Miał
typowe dla Irlandczyków rudoblond włosy i piegi, które nadawały mu
chłopięcy wygląd. Szczupły i wysoki (sto osiemdziesiąt trzy centymetry
wzrostu i osiemdziesiąt kilo wagi), był w doskonałej formie -?same
muskuły bez grama tłuszczu -?i wystarczająco silny, by przeżyć
uderzenie, które powaliłoby wołu, więc niemal natychmiast przyszedł do
siebie. Wstał i zajął poprzednią pozycję przy drzwiach.
Była to akcja, jakiej żołnierze z plutonu spodziewali się po Bobie
Mathiasie. Porucznik cieszył się ogromną popularnością wśród podwładnych
i kolegów oficerów. Od dwóch lat przygotowywał się ze swoimi ludźmi do
tej chwili. Wszyscy uważali go za absolutnie uczciwego i całkowicie
oddanego sprawie, której służył. Był najlepszym bokserem w pułku i znakomitym piechurem. Pewnego razu, podczas czterdziestokilometrowego
marszu treningowego, będącego dla żołnierzy z plutonu ciężką próbą
wytrzymałości, jeden z jego ludzi się poddał. Mathias podniósł go i taszczył przez ostatni kilometr.
Jego podwładny, szeregowiec Harold Cavanaugh, opowiada, w jaki sposób
Mathias cenzurował pocztę: "Czynił ogromne wysiłki, by patrzeć jedynie
na zawartość listu. Nazwisko autora sprawdzał tylko wtedy, gdy w tekście
było coś, co nie powinno się tam znaleźć. Osobiście zanosił list do
autora, żeby wyjaśnić, dlaczego pewne partie należy usunąć. Po
koniecznych poprawkach list mógł zostać wysłany. Było bardzo mało
prawdopodobne, by zaginął w drodze, więc autor zawsze miał pewność, że
adresat go przeczyta".
Mathias był żarliwym katolikiem. Chodził na mszę tak często, jak to było
możliwe, i robił wszystko, by i jego ludzie mogli uczestniczyć w obrządkach religijnych. Nigdy nie klął. Dowódca jego kompanii
powiedział: "Najtwardszego faceta potrafił zmusić do posłuszeństwa; nikt
nigdy jednak nie słyszał, by użył słowa "cholera" czy "psiakrew"".
Kiedy ktoś w 2 Plutonie miał jakiś problem, Mathias od razu to wyczuwał.
Delikatnie proponował pomoc, ale nigdy się nie narzucał. Jeden z jego
szeregowców wspomina: "Był wyrozumiały, ale nigdy nie rezygnował ze
swoich wymagań. Sprawiał wrażenie głęboko urażonego, gdy zdarzyło się,
że nie spełniliśmy jego oczekiwań, ale nigdy nie tracił panowania nad
sobą".
Wszechstronnie przygotował się do nadchodzącej operacji. Studiował
historię wojskowości. Był znawcą wszelkiego rodzaju broni i opanował
najróżniejsze umiejętności niezbędne w kompanii strzeleckiej.
Interesował się uzbrojeniem wroga, jego organizacją i taktyką. Nauczył
się niemieckiego i posługiwał się nim płynnie; poznał także francuski na
tyle dobrze, żeby w terenie ewentualnie zapytać o drogę. Uczył swoich
ludzi niemieckich komend i francuskich zwrotów. "To były pożyteczne
lekcje" -?zauważa Cavanaugh. Bojąc się, że Niemcy użyją gazu, Mathias
przeszkolił swoich ludzi w dziedzinie środków chemicznych: łzawiących,
żrących, powodujących kichanie i tym podobnych. "Ta wiedza okazała się
później niepotrzebna -?stwierdził Cavanaugh -?ale porucznik nie chciał
pominąć ani jednego rodzaju broni".
Pułkownik Roy E. Lindquist, dowodzący "pięćset ósmym", powiedział o Mathiasie: "Albo zasłuży sobie na Medal Honorowy, albo będzie pierwszym
człowiekiem z pułku, który zginie w akcji".
Wieczorem 5 czerwca na lotnisku, kiedy "pięćset ósmy" ładował się do
samolotów, Mathias uścisnął rękę każdemu żołnierzowi z plutonu. Jego
ludzie lecieli dwoma maszynami; szeregowy Cavanaugh, który znalazł się w tej drugiej, wspomina: "W tym wspaniałym facecie była jakaś spokojna
pewność siebie. Podaliśmy sobie ręce, a on powiedział: "Pokażemy im, my
Irlandczycy, prawda?""
Gdyby porucznik Mathias po tym, jak został ranny odłamkiem pocisku,
usunął się z przejścia i pozwolił stojącym za nim ludziom wyskoczyć, a miał jeszcze na to dość siły, to załoga C-47 udzieliłaby mu pierwszej
pomocy i -?prawdopodobnie -?odstawiła z powrotem do Anglii, na operację,
która uratowałaby mu życie.
Zamiast tego jednak Mathias podniósł prawą rękę, wykrzyknął: "Za mną!" i rzucił się w ciemności nocy. Czy to wstrząs wywołany otwarciem się
spadochronu, czy też uderzenie o ziemię były przyczyną, a może
krwawienie z licznych ran -?dość, że kiedy pół godziny później udało się
go odnaleźć, już nie żył. Był pierwszym amerykańskim oficerem, zabitym w wyniku ostrzału niemieckiego w D-Day.
Operacja Overlord, inwazja na okupowaną przez Niemcy Francję, dokonana w czerwcu 1944 roku, była przedsięwzięciem na oszałamiająco wielką skalę.
W ciągu jednej doby, pokonując od stu dziesięciu do stu osiemdziesięciu
kilometrów otwartego morza, przerzucono na opanowany przez wroga brzeg,
przy jego intensywnym oporze, sto siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy
i ich sprzęt, w tym pięćdziesiąt tysięcy wszelkiego typu pojazdów, od
motocykli po czołgi i spychacze opancerzone. W transporcie
uczestniczyły, także jako wsparcie, pięć tysięcy trzysta trzydzieści
trzy okręty i wszelkiego rodzaju jednostki pływające oraz jedenaście
tysięcy samolotów. Oddziały wojskowe przybyły z południowo-zachodnich,
południowych i wschodnich wybrzeży Anglii. Akcja wyglądała tak, jakby w ciągu jednej nocy na wschodni brzeg jeziora Michigan przeniesiono miasta
Green Bay, Racine i Kenosha w stanie Wisconsin -?wraz ze wszystkimi:
mężczyznami, kobietami i dziećmi, oraz pojazdami.
Przygotowania do tego niezwykłego przedsięwzięcia -?które brytyjski
premier Winston S. Churchill słusznie nazwał "najtrudniejszą i najbardziej skomplikowaną operacją, jaką kiedykolwiek przeprowadzono" -
trwały dwa lata i wymagały zaangażowania dosłownie milionów ludzi.
Liczba wyprodukowanego przez USA sprzętu, okrętów wojennych i desantowych, samolotów wszelkiego typu, broni pancernej i uzbrojenia,
środków medycznych i wielu innych, była wręcz astronomiczna. Wielka
Brytania i Kanada wniosły równie duży wkład.
Nie podważając znaczenia wysiłku całego amerykańskiego przemysłu,
wielkiego zaangażowania Brytyjczyków, Kanadyjczyków i innych
sprzymierzonych, wszystkich planów i przygotowań, genialnej koncepcji
oszukania wroga i udziału świetnych dowódców -?ostateczny sukces czy
klęska operacji Overlord zależały od stosunkowo niewielkiej grupy
młodszych oficerów, podoficerów, szeregowych żołnierzy i marynarzy,
należących do amerykańskiej, brytyjskiej i kanadyjskiej armii, marynarki
wojennej, sił powietrznych i Straży Przybrzeżnej. Ta najlepiej
przygotowana operacja wojskowa w historii, wspierana przez
niewiarygodnie silny ostrzał z morza i bombardowanie z powietrza,
mogłaby się bowiem nie powieść, gdyby spadochroniarze i żołnierze,
którzy przylecieli szybowcami, zamiast szukać wroga, skryli się za
żywopłotami i schowali w stodołach; gdyby dowódcy jednostek desantowych,
bojąc się ostrzału wroga, nie przybili do brzegu, ale wysadzili
żołnierzy na głębokiej wodzie; gdyby żołnierze na plażach okopali się za
falochronami, a podoficerowie i młodsi oficerowie nie zdołali wobec
silnego ognia wroga poprowadzić ich w głąb lądu. Tak się jednak nie
stało.
O wszystkim przesądziła garstka chłopców w wieku od osiemnastu do
dwudziestu lat. Byli doskonale wyszkoleni i wyposażeni, mogli liczyć na
silne wsparcie, ale zaledwie kilku z nich miało wcześniej okazję do
walki. Niewielu kiedykolwiek zabiło człowieka albo choćby widziało, jak
ginie kolega. Większość przypominała Dena Brotheridge'a i Boba Mathiasa
-?nigdy w ich obecności nie oddano strzału z nienawiści. Byli zwykłymi
obywatelami powołanymi do wojska, nie zawodowcami.
Wiosną 1944 zastanawiano się, czy system demokratyczny potrafi wychować
młodych żołnierzy, którzy mogliby skutecznie przeciwstawić się
doskonałym rekrutom, jakich wysłały na front nazistowskie Niemcy. Hitler
był przekonany, że odpowiedź brzmi "nie". Znając dokonania armii
brytyjskiej we Francji w 1940 roku, czy też wojsk brytyjskich i amerykańskich w Afryce Północnej i na wybrzeżach Morza Śródziemnego w latach 1942-1944, nie miał żadnych wątpliwości, że Wehrmacht będzie miał
miażdżącą przewagę. Fanatyzm i dyscyplina, charakterystyczne dla
systemów totalitarnych, zawsze zatriumfują nad liberalizmem i zniewieściałą demokracją -?tego Hitler był pewny.
Gdyby jednak widział w akcji Dena Brotheridge'a i Boba Mathiasa tego
pierwszego dnia inwazji na Normandię, może zachwiałby się w swoim
przekonaniu. Ta książka opowiada właśnie o Brotheridge'u, Mathiasie i ich kolegach, młodych ludziach, którzy przyszli na świat w okresie
złudnej prosperity lat dwudziestych, a dorastali w gorzkich realiach
Wielkiego Kryzysu następnej dekady. Książki, które czytali jako
nastolatkowie, miały charakter antywojenny i cynicznie przedstawiały
wszelkich patriotów jako frajerów, a frajerów jako bohaterów. Żaden z owych chłopców nie palił się do kolejnej wojny. Pragnęli grać w baseball
i rzucać piłkę do kosza, a nie granaty na pozycje wroga, strzelać z flowera do królików, a nie z karabinu M-1 do innych młodych ludzi.
Ale kiedy nadeszła chwila próby, kiedy trzeba było walczyć o wolność lub
ją stracić, stanęli do walki. Byli bojownikami demokracji. Stali się
bohaterami D-Day i to im zawdzięczamy wolność.
Zanim jednak pojmiemy, czego i w jaki sposób dokonali, zanim to w pełni
docenimy, musimy ogarnąć wzrokiem szersze tło.
Rozdział 1. Broniący się
1
Broniący się
Na początku 1944 roku podstawowym problemem nazistowskich Niemiec było
to, że podbiły terytorium, którego nie były w stanie obronić. Hitler
miał jednak mentalność zdobywcy i zamierzał zatrzymać każdy skrawek
zrabowanej ziemi. By wypełnić jego rozkazy, Wehrmacht musiał uciekać się
do różnych improwizowanych akcji, polegających przede wszystkim na
organizowaniu jednostek wojskowych złożonych z żołnierzy obcych
narodowości, młodzieży niemieckiej w wieku szkolnym czy też ludzi
starych, a także na stworzeniu mocnych pozycji obronnych. Niemieckie
dowództwo musiało również zmienić koncepcje taktyczne i rodzaj
uzbrojenia, przekształcając bardzo sprawną armię z okresu Blitzkriegu
(wojny błyskawicznej), czyli lat 1940-1941, która dysponowała lekkimi,
szybkimi czołgami i wytrzymałą w marszu piechotą, w przyciężkie, mało
ruchliwe wojsko z 1944 roku, posiadające ciężkie, powolne czołgi i piechotę, kryjącą się w okopach.
Wszystko, co działo się w Niemczech w okresie nazizmu, było dziełem
Hitlera. Führer dobrze zapamiętał sobie lekcję z I wojny światowej -?że
Niemcy nie są w stanie wygrać wojny na wyczerpanie -?i w kampaniach
pierwszych dwóch lat realizował strategię Blitzkriegu. Jednak pod koniec
1941 roku jego błyskawiczna wojna, toczona na terenie Rosji, straciła
rozpęd. Wtedy popełnił jeden z najbardziej niezrozumiałych błędów -?w tym samym tygodniu, w którym Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę pod
Moskwą, wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym!6
Latem 1942 roku Wehrmacht podjął próbę wznowienia wojny błyskawicznej
przeciwko Armii Czerwonej, ale już na znacznie mniejszą skalę (jedna
grupa armii na jednym froncie zamiast trzech na trzech frontach
jednocześnie), by ponownie zimą utknąć w miejscu z powodu opadów śniegu.
Pod koniec stycznia 1943 roku pod Stalingradem do niewoli oddało się
prawie ćwierć miliona niemieckich żołnierzy. W czerwcu tego samego roku
Wehrmacht podjął ostatnią ofensywę na Froncie Wschodnim, pod Kurskiem.
Armia Czerwona powstrzymała ją jednak, zadając wrogowi olbrzymie straty.
Klęska pod Kurskiem pozbawiła Hitlera nadziei na militarne zwycięstwo
nad Związkiem Radzieckim. Nie znaczy to jednak, że uznał swoją sprawę za
straconą. Miał jeszcze sporo zagarniętych ziem, by powstrzymać napór
Armii Czerwonej na Froncie Wschodnim, licząc na szybki rozpad
dziwacznego przymierza, które zawarły ze sobą Wielka Brytania, Związek
Radziecki i Stany Zjednoczone, prawdopodobnie wyłącznie z jego powodu.
Śmierć Hitlera i całkowita klęska nazistowskich Niemiec z pewnością
doprowadziłyby do rozwiązania przymierza, ale Führer chciał skorzystać z tego jeszcze za życia i miał powody, by sądzić, że jest to możliwe -
gdyby tylko zdołał przekonać Stalina, że nie może polegać na Stanach
Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Stalin doszedłby do przekonania, że
koszty zwycięstwa walczącej samotnie Armii Czerwonej są zbyt wysokie i gdyby armia radziecka doszła do linii granicznej z czerwca 1941 roku -
wyznaczonej przez zabór wschodniej części Polski -?mógłby podjąć
negocjacje pokojowe, których stawką byłaby Europa Wschodnia, podzielona
między Niemcy i ZSRR.
W okresie między sierpniem 1939 roku a czerwcem 1941 Niemcy i Związek
Radziecki były sojusznikami, a ich przymierze opierało się na podziale
Europy Wschodniej. By ponownie uzyskać taką sytuację, Hitler musiał
przekonać Stalina, że Wehrmacht nadal może zagrozić Armii Czerwonej i zadać jej olbrzymie straty. W tym celu należało zgromadzić więcej
żołnierzy i sprzętu, ogołacając z nich Europę Zachodnią. To jednak
kolidowało z absolutną koniecznością odparcia ewentualnej inwazji i ambitnymi zamiarami zepchnięcia jej do morza.
Z tych powodów D-Day był krytycznym punktem wojny. W dyrektywie z 3
listopada 1943 roku (nr 51) Hitler przedstawił to w sposób nadzwyczaj
przejrzysty:
Trwająca od dwóch i pół roku zacięta i kosztowna walka z bolszewizmem
była ogromnym wyzwaniem dla naszych zasobów militarnych i energii. (...)
Sytuacja się jednak zmieniła. Wschód nadal stanowi dla nas zagrożenie,
ale jeszcze większe niebezpieczeństwo czyha na nas ze strony zachodniej:
desant angielsko-amerykański! Olbrzymie przestrzenie na Wschodzie
pozwalają w ostateczności na stratę nawet dużej części terytorium, co
nie byłoby śmiertelnym ciosem dla Niemiec i ich szans na przetrwanie.
Inaczej sprawa ma się na Zachodzie! Jeśli wrogowi uda się przełamać
szerokim frontem nasze linie obrony, konsekwencje takiego załamania się
dotychczasowej sytuacji dadzą o sobie znać w krótkim czasie.
Hitler chciał przez to powiedzieć, że powodzenie anglo-amerykańskiej
ofensywy w 1944 roku mogłoby bezpośrednio zagrozić najważniejszemu
ośrodkowi przemysłu niemieckiego: Zagłębiu Ruhry. Odległość między
południowo-wschodnim wybrzeżem Anglii a Kolonią, Düsseldorfem i Essen
jest mniejsza niż odległość między tymi ośrodkami a Berlinem; innymi
słowy, pod koniec 1943 roku linia frontu na Wschodzie była oddalona od
Berlina o ponad dwa tysiące kilometrów, podczas gdy Wał Zachodni
rozciągał się w odległości pięciuset kilometrów od Zagłębia Ruhry i tysiąca kilometrów od stolicy Niemiec. W rezultacie zwycięskiej ofensywy
w 1944 roku Armia Czerwona opanowała część Ukrainy i Białorusi, obszary
ważne, ale nie kluczowe dla Niemiec, jeśli chodzi o dalsze losy wojny.
Natomiast udana ofensywa Anglii i USA oznaczałaby zajęcie Ruhry, czyli
terenów absolutnie niezbędnych dla potencjału militarnego Niemiec.
Dlatego też, jak oświadczył Hitler, właśnie na wybrzeżach Francji miała
rozegrać się decydująca bitwa tej wojny. "Nie mogę więc dłużej pozwalać
na dalsze osłabianie Zachodu na rzecz innych teatrów wojny -?stwierdził.
-?Postanowiłem wzmocnić obronę na Zachodzie (...)".7
Spowodowało to zmianę polityki, rozpoczętej pod koniec 1940 roku wraz z przerwaniem przygotowań do operacji Seelöwe (Lew Morski), czyli inwazji
na Anglię. Od tego czasu Wehrmacht ciągle redukował swoje siły we
Francji, przerzucając ludzi i sprzęt w ogromnych ilościach na Front
Wschodni.
Hitler chciał skoncentrować siły na Zachodzie, mając na uwadze raczej
względy polityczne niż militarne. 20 marca oświadczył głównym dowódcom:
"Udaremnienie próby lądowania wroga na Zachodzie nie ma bynajmniej
lokalnego znaczenia. To decydujący czynnik dla całego przebiegu wojny, a w efekcie -?dla jej ostatecznego wyniku".8 Wyjaśniał dalej: "Raz
pokonany wróg nigdy już nie podejmie próby inwazji. Pomijając nawet
ogromne straty, będą potrzebowali wielu miesięcy, by zorganizować nową
akcję. Poza tym klęska inwazji byłaby druzgocącym ciosem dla morale
Brytyjczyków i Amerykanów. Po pierwsze, Roosevelt straciłby szanse na
reelekcję i w najlepszym razie skończyłby w jakimś więzieniu! Po drugie,
Brytanię szybciej dopadłoby zmęczenie wojenne, a Churchill, już i tak
schorowany stary człowiek o malejących wpływach, nie byłby w stanie
przeprowadzić nowej operacji desantowej". Wobec tego Hitler postanowił
przerzucić czterdzieści pięć dywizji ze Wschodu na Zachód, by
"całkowicie zmienić panującą tam sytuację. (...) Końcowy wynik wojny, a tym samym również los całej Rzeszy, zależy bowiem od każdego dodatkowego
człowieka walczącego na Zachodzie!".9
Była to więc jedyna nadzieja dla Niemców, a dokładniej -?dla Hitlera i nazistów, ponieważ dla narodu niemieckiego decyzja, by kontynuować
walkę, oznaczała katastrofę. W każdym razie, gdyby scenariusz Hitlera
się sprawdził, latem 1945 roku Siły Powietrzne Armii Stanów
Zjednoczonych, bezpieczne w bazach na terenie Anglii, zaczęłyby zrzucać
bomby atomowe na Berlin i inne miasta niemieckie. Ale, oczywiście, na
początku roku 1944 nikt jeszcze nie wiedział, czy i kiedy prace
prowadzone w ramach amerykańskiego projektu Manhattan przyniosą sukces w postaci takiej broni.
Najważniejszym problemem, przed jakim stanął Hitler, było znalezienie
sposobu, by odeprzeć zbliżającą się inwazję. Sprawę utrudniało wiele
czynników, które można określić jednym słowem -?ogólny niedostatek.
Brakowało żołnierzy, czołgów, okrętów, samolotów. Niemcy okupowały teraz
znacznie większe terytorium niż podczas I wojny światowej. Choć Hitler
krytykował cesarza za to, że prowadził wojnę na dwóch frontach, sam pod
koniec 1943 roku toczył ją aż na trzech. Na Froncie Wschodnim jego siły
rozciągnięte były na linii dwóch tysięcy kilometrów; na Froncie
Śródziemnomorskim, który przebiegał od południowej Grecji przez
Jugosławię, Włochy i południową Francję, oddziały niemieckie
stacjonowały na linii około trzech tysięcy kilometrów; na Zachodzie zaś
musiały bronić wybrzeża długości sześciu tysięcy kilometrów -?od terenu
Holandii aż po południowy kraniec Zatoki Biskajskiej.
Właściwie istniał jeszcze i czwarty front -?wewnętrzny. Powietrzna
ofensywa aliantów na miasta niemieckie zmusiła Luftwaffe do wycofania
się z Francji i podjęcia walki obronnej na własnym terenie. Wprawdzie
bombardowania nie wpłynęły w sposób decydujący na ograniczenie
niemieckiej produkcji wojennej -?w 1943 roku Niemcy nawet ją zwiększyli,
wypuszczając z fabryk większą liczbę czołgów i samolotów, co jednak nie
wyrównywało ponoszonych strat -?ale zmusiły Luftwaffe do defensywy.
Hitler tego nienawidził. Cała jego osobowość, nie mówiąc już o niemieckiej tradycji wojennej, domagała się, by Niemcy przeszli do
ofensywy. Hitler nie mógł jednak zaatakować wrogów, przynajmniej do
czasu, aż będzie w posiadaniu swojej tajnej broni. Było to dla niego
bardzo bolesne i trudne do zniesienia, ale musiał pozostać na razie w defensywie.
Ta konieczność tak mu ciążyła, że w efekcie popełnił strategiczne błędy
o podstawowym znaczeniu. Kiedy w 1940 roku niemieccy fizycy
poinformowali go, że do 1945 mogliby skonstruować bombę atomową, polecił
im porzucić ten projekt, twierdząc, że do tego czasu wojna będzie już
zakończona -?wygrana lub przegrana. Była to z pewnością słuszna decyzja,
ale nie dlatego, że jego przepowiednia okazała się prawdziwa, lecz z tego powodu, że Niemcy nie dysponowali ani zasobami naturalnymi, ani
strukturą przemysłową, niezbędnymi do produkcji takiej bomby. Naukowcy
niemieccy podjęli natomiast prace nad inną bronią; zgodnie z żądaniem
Hitlera miała to być broń ofensywna, jak na przykład okręty podwodne z silnikami Diesla, zdalnie sterowane samoloty i rakiety. Owe
Vergeltungswaffen (broń odwetowa) zostały wprawdzie zaprojektowane i ostatecznie wprowadzone do walki, ale nie miały większego znaczenia dla
przebiegu wojny. V-2 natomiast, pierwsza na świecie rakieta
balistyczna średniego zasięgu, nie została wykorzystana jako broń
strategiczna. (Rakiety Scud, użyte przez Irak w 1991 roku podczas
wojny w Zatoce, były tylko trochę ulepszoną wersją V-2; równie
nieprecyzyjne, nie trafiały do celu i zawierały jedynie mały ładunek
wybuchowy).
Dążenie Hiltlera do zniszczenia Londynu i jednocześnie zupełny brak
zainteresowania obroną miast niemieckich były brzemiennym w skutkach
błędem i zdecydowały o dalszym biegu historii. W maju 1943 roku profesor
Willy Messerschmitt dysponował już przygotowanym do seryjnej produkcji
Me-262, dwusilnikowym myśliwcem o napędzie odrzutowym. Osiągał on
prędkość ośmiuset trzydziestu sześciu kilometrów na godzinę, czyli o sto
kilometrów więcej niż alianckie samoloty i był wyposażony w cztery
trzydziestomilimetrowe działka. Marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi
bardzo zależało na tej maszynie, ale musiał jeszcze przekonać do niej
Hitlera. Ten jednak, zbyt wiele razy zwiedziony obietnicami Goeringa, aż
do grudnia 1943 roku nie uczestniczył w pokazach Me-262, podczas
których demonstrowano jej możliwości. Samolot w końcu zrobił na nim
pewne wrażenie, lecz Hitler potrzebował przede wszystkim bombowca, by
uderzyć na Londyn, a nie samolotu myśliwskiego do obrony Niemiec.
Goering zapewnił go wtedy, że dwieście sześćdziesiątka dwójka może
zostać tak zmodyfikowana, by mogła przewozić również bomby. To
wystarczyło, by Hitler zaczął fantazjować na temat olbrzymich szkód,
jakie taki bombowiec odrzutowy mógłby wyrządzić Londynowi, a także o rozgromieniu inwazji aliantów na Francję.
Goering, co było dla niego charakterystyczne, nie bardzo wiedział, o czym mówi. Messerschmitt nie mógł zrobić z myśliwca samolotu bombowego,
a poza tym odrzutowiec o większych rozmiarach byłby już zbyt dużym
wyzwaniem dla ówczesnych niemieckich możliwości technicznych. Goering
zignorował więc rozkaz Hitlera i zakłady Messerschmitta rozpoczęły
produkcję Me-262, wytwarzając do kwietnia 1944 roku sto dwadzieścia
maszyn. Kiedy Hitler dowiedział się o tym, rozzłościł się na Goeringa i zabronił produkcji Me-262 jako samolotu myśliwskiego -?odtąd nowy,
przebudowany na bombowiec samolot miał się nazywać Blitz.
Przez następne sześć miesięcy Messerschmitt starał się przekształcić
myśliwiec w bombowiec. Zaprowadziło go to jednak donikąd. Ostatecznie w listopadzie 1944 roku Hitler rozkazał utworzyć pierwsze skrzydło
myśliwców odrzutowych. Wtedy jednak system transportowy był już
kompletnie zdezorganizowany, szeregi pilotów myśliwskich
zdziesiątkowane, a zasoby paliwa całkowicie wyczerpane10.
Luftwaffe otrzymała więc tylko symboliczne wsparcie, zanim ostatecznie i tak wszystko znalazło się w rozsypce.
Niemcy wyprodukowały ponad tysiąc Me-262, ale dopiero w ostatnich
sześciu tygodniach wojny mogły wysłać do walki jednocześnie sto
samolotów tego typu. Mimo to, w poufnym raporcie z 1960 roku prezydent
Dwight Eisenhower pisał:
W owym czasie piloci niemieccy dosłownie zataczali koła wokół naszych
myśliwców i z całkowitą bezkarnością dokonywali wyrw w naszych
formacjach bombowych. (...) Na przykład podczas nalotu na Berlin 18 marca
[1945] tysiącowi dwustu pięćdziesięciu B-17 towarzyszyło czternaście
grup myśliwców -?stosunek prawie jeden do jednego. Tylko jeden dywizjon
Me-262 zestrzelił dwadzieścia pięć bombowców i pięć myśliwców, choć
nasza przewaga liczebna wynosiła sto do jednego. Niemcy nie stracili ani
jednego samolotu.
Raport (przygotowany zgodnie z prośbą Eisenhowera tylko na jego prywatny
użytek) został napisany przez oficera sztabowego Białego Domu, Ralpha
Williamsa. Twierdzi on, że rozmawiał z generałem Carlem Spaatzem,
dowódcą 8 Armii Lotniczej podczas wojny. Spaatz, według niego, "sam
przyznał, że żaden z naszych myśliwców nie dorównywał niemieckim
odrzutowcom, i (...) dodał, że gdyby Niemcy włączyli je do swoich sił na
wybrzeżu Francji, mogliby odebrać nam przewagę w powietrzu, udaremnić
lądowanie w Normandii, a nawet zmusić nas, żebyśmy poszukali sobie drogi
do Europy od strony Włoch".11
Tak się jednak nie stało; nad Francją i kanałem La Manche w czerwcu 1944
roku nie było niemieckich odrzutowców, a jedynie kilka zwykłych
samolotów zwiadowczych.
Kanału strzegło niewiele niemieckich okrętów wojennych; były to E-Booty,
znacznie większa wersja amerykańskiego kutra patrolowo-torpedowego,
rozmiarami niemal dorównująca korwecie (E w nazwie oznacza enemy -
wróg). Potrafiły zastawiać miny, odpalać torpedy i szybko uciekać. Poza
użyciem E-Bootów, marynarka niemiecka mogła przyczynić się do obrony
Festung Europa jedynie poprzez stawianie min.
Nie dysponując sprawnym lotnictwem ani marynarką wojenną, Niemcy byli
praktycznie bezradni. Musieli też znacznie rozproszyć swoje siły, by
obsadzić każdy obszar, na którym mogłoby się odbyć lądowanie wroga.
Alianci natomiast, mając przewagę w powietrzu i na morzu, zyskali
niespotykaną dotąd swobodę ruchów i możliwość całkowitego zaskoczenia
wroga -?najkrócej mówiąc, wiedzieli, gdzie i kiedy rozegra się bitwa,
podczas gdy Niemcy tkwili w kompletnej nieświadomości.
W czasie I wojny światowej nie można było ukryć przygotowań do wielkiej
ofensywy. Gromadzenie oddziałów trwało tygodniami; przygotowania
artyleryjskie całymi dniami; zanim ofensywa się rozpoczęła, wróg
wiedział, gdzie i kiedy nastąpi uderzenie, i mógł wzmocnić swoje siły w tym punkcie. Ale wiosną 1944 roku Niemcy tego wszystkiego tylko się
domyślali.
Duchowy mentor Hitlera, Fryderyk II Wielki, ostrzegał: "Kto broni
wszystkiego, nie broni niczego".12
Straty w ludziach i sprzęcie, jakie Niemcy poniosły podczas wojny na
Froncie Wschodnim, zmusiły Hitlera do zlekceważenia ostrzeżeń Fryderyka
Wielkiego i rozpoczęcia budowy stałych umocnień na Zachodzie. Wkraczając
w czerwcu 1941 roku do Rosji, Wehrmacht dysponował siłą trzech milionów
trzystu tysięcy ludzi. Do końca 1943 stracił trzy miliony żołnierzy;
jedną trzecią stanowili zabici, zaginieni, wzięci do niewoli lub trwale
niezdolni do walki z powodu ran. Mimo heroicznych wysiłków, by uzupełnić
niedobór ludzi siłami ściąganymi z Francji, a także poprzez pobór nowych
żołnierzy z Niemiec, po bitwie kurskiej (największej po Verdun bitwie w historii, w której uczestniczyły dwa miliony ludzi) siły Wehrmachtu na
Froncie Wschodnim liczyły już tylko dwa i pół miliona żołnierzy i musiały utrzymać się na linii od Leningradu aż po Morze Czarne, liczącej
dwa tysiące kilometrów.
W chwili, gdy Wehrmacht napadał na Związek Radziecki, mógł szczycić się
"czystością rasową" swoich żołnierzy. Jednak desperacka potrzeba
uzupełnienia szeregów armii zmusiła dowódców do drastycznego
zmodyfikowania tej zasady, a w końcu do rezygnacji z niej. Początkowo
Volksdeutsche, czyli Niemcy z terenu Polski i krajów bałkańskich,
przyjmowani byli do wojska jako ochotnicy. Zaliczano ich do trzeciej
grupy Volkslisty -?niemieckiej listy narodowej, co oznaczało, że
uzyskiwali obywatelstwo niemieckie na okres do dziesięciu lat i podlegali obowiązkowi służby wojskowej, ale nie mogli awansować powyżej
stopnia szeregowca. Rekrutacja żołnierzy na okupowanych terenach ZSRR
przebiegała w latach 1942-1943 pod hasłem walki z komunizmem; na
początku określenie powoływanych żołnierzy jako Freiwilligen, czyli
ochotników, odpowiadało prawdzie, ponieważ mieszkańcy zachodnich
republik radzieckiego imperium zaciągali się do niemieckiego wojska, by
walczyć przeciwko Stalinowi. Kiedy jednak Niemcy zaczęli się wycofywać,
szeregi Freiwilligen zaczęły maleć, a wzrosła liczba Hilfswilligen,
oddziałów pomocniczych, rekrutowanych przymusowo spośród cywilów
zamieszkujących okupowane ziemie, a także spośród wziętych do niewoli
żołnierzy Armii Czerwonej. Na początku 1944 roku w armii Wehrmachtu
służyli już "ochotnicy" z Francji, Włoch, Chorwacji, Węgier, Rumunii,
Polski, Finlandii, Estonii, Łotwy, Litwy, azjatyckiej części ZSRR,
Afryki Północnej, Rosji, Ukrainy, muzułmańskich republik Związku
Radzieckiego, jak również Tatarzy nadwołżańscy, Finowie znad Wołgi,
Tatarzy krymscy, a nawet Hindusi.
Po klęsce pod Kurskiem Wehrmacht coraz mniej mógł polegać na tak zwanych
Ostbataillonen, czyli Batalionach Wschodnich, dlatego też zaczęto je
wysyłać do Francji na wymianę z oddziałami niemieckimi. Porucznik Robert
Brewer z 506 Pułku Piechoty Spadochronowej 101 Dywizji
Powietrznodesantowej Armii Stanów Zjednoczonych schwytał w dniu inwazji
na plaży Utah czterech Azjatów w mundurach niemieckich. Nikt nie znał
ich języka; w końcu okazało się, że byli to Koreańczycy. Jak to się, do
licha, stało, że walczyli za Hitlera przeciwko Amerykanom na terenie
Francji? Prawdopodobnie zostali w 1938 roku powołani do armii japońskiej
-?Korea była wtedy kolonią Japonii -?w 1939 wzięci do niewoli przez
Rosjan podczas jakiejś granicznej potyczki z Japończykami, wcieleni do
Armii Czerwonej, schwytani przez Wehrmacht w grudniu 1941 roku pod
Moskwą, wcieleni z kolei do armii niemieckiej i wreszcie wysłani do
Francji.13 (Porucznik Brewer nigdy się nie dowiedział, jaki był
ich dalszy los, ale pewnie wysłano ich z powrotem do Korei. Jeśli
rzeczywiście tak się stało, niemal na pewno znowu zostali powołani do
wojska -?albo w szeregi armii Korei Południowej, albo Północnej. Możliwe
więc, że w 1950 roku ponownie wzięli udział w walce -?przeciwko armii
amerykańskiej albo przy jej boku, zależnie do tego, z jakiej części
Korei pochodzili. Takie oto są meandry polityki w XX wieku). W czerwcu
1944 roku na sześciu niemieckich żołnierzy przypadał jeden pochodzący z Batalionów Wschodnich.
Ponadto Wehrmacht znacznie złagodził swoje wymagania co do kondycji
fizycznej rekrutów, by przyjmować do armii więcej Niemców. Na front
wysyłano ludzi cierpiących na choroby płuc i żołądka. Czas
rekonwalescencji skrócono, podobnie zresztą jak okres szkolenia
rekrutów. Powoływano do wojska młodszych i starszych mężczyzn. W grudniu
1943 roku z armii liczącej cztery miliony dwieście siedemdziesiąt
tysięcy ludzi ponad półtora miliona miało więcej niż trzydzieści cztery
lata; w niemieckiej 709 Dywizji Piechoty w Normandii przeciętna wieku
żołnierzy wynosiła trzydzieści sześć lat, w szeregach zaś całego
Wehrmachtu -?trzydzieści jeden i pół roku (w armii amerykańskiej
natomiast -?dwadzieścia pięć i pół roku). Jednocześnie ogłoszono pobór
do wojska tak młodych roczników, jak 1925 i 1926.14
W konsekwencji tych desperackich decyzji Wehrmacht nie dysponował
odpowiednimi zasobami ludzkimi, by prowadzić działania defensywne,
oparte na kontratakach i kontrofensywach. Brakowało mu dobrze
wyszkolonych żołnierzy, pojazdów transportowych, odpowiedniego
uzbrojenia. Starzy ludzie, młodzi chłopcy i zagraniczni rekruci mogli
się przydać tylko w okopach lub za betonowymi fortyfikacjami, i to
jedynie wtedy, gdy stali za nimi niemieccy podoficerowie, gotowi
zastrzelić każdego, który by próbował opuścić swoje stanowisko.
W 1939 roku Hitler twierdził, że Wehrmacht to "armia, jakiej świat
jeszcze nie widział". Zupełnie inaczej sprawa wyglądała w roku 1943.
Departament Wojny Stanów Zjednoczonych tak opisywał typowego
niemieckiego żołnierza:
(...) Weteran wielu frontów, uczestnik licznych odwrotów, przedwcześnie
postarzały, zmęczony wojną cynik, albo pozbawiony już odwagi i wszelkich
złudzeń, albo zbyt otępiały, by stać go było na samodzielne myślenie.
Jest to jednak zaprawiony w bojach żołnierz, najczęściej podoficer,
wypełniający swoje obowiązki bardzo sprawnie.
Nowy rekrut, poza
niektórymi doborowymi jednostkami SS (Schutzstaffeln -?Sztafety
Ochronne), jest albo zbyt młody, albo zbyt stary i często w nie
najlepszym stanie zdrowia. Został słabo przeszkolony ze względu na brak
czasu, ale jeśli jest bardzo młody, nadrabia to fanatyzmem, graniczącym
niemal z szaleństwem. Jeśli natomiast jest stary -?kieruje nim lęk przed
tym, co według zapowiedzi propagandy może stać się z jego ojczyzną w przypadku zwycięstwa aliantów, a częściej jeszcze strach przed tym, co
czeka jego samego i rodzinę, jeśli nie będzie dokładnie wypełniał
rozkazów. Dlatego też działania starych i chorych żołnierzy mogą do
pewnego stopnia wynikać z desperacji.
Wysokie dowództwo niemieckie
potrafi wyjątkowo dobrze dobierać określone typy ludzi do odpowiednich
jednostek, jak również selekcjonować tych, którzy mają być w przyszłości
mięsem armatnim i bronić się do ostatniej kropli krwi; jednocześnie zaś
czyni wszelkie wysiłki, by ochraniać elitarne jednostki, obecnie
wchodzące w skład niemal wyłącznie Waffen-SS (frontowych oddziałów SS).
Niemiecki żołnierz służący w tych jednostkach należy do najwyższej
kategorii i stanowi kościec niemieckich sił zbrojnych. Nauczono go, by
nigdy się nie poddawał; pozbawiony zasad moralnych, wyznaje jedynie
posłuszeństwo wobec swojej organizacji. Potrafi być
bezwzględny.15
Poza Waffen-SS, najlepsi młodzi rekruci wysyłani byli do Fallschirmjäger
(oddziałów powietrznodesantowych) albo jednostek pancernych. Ci doborowi
żołnierze byli specjalnie wychowywani w nazistowskich Niemczech -
urodzeni między 1920 a 1925 rokiem, wzrastali już w czasach Hitlera i byli poddawani stałej, agresywnej propagandzie. Należeli do
Hitlerjugend. Świetnie wyposażeni -?otrzymywali najlepsze uzbrojenie,
jakie wytwarzano w Niemczech, a państwo to przodowało na świecie w produkcji broni ręcznej, pojazdów pancernych i artylerii -?byli
doskonale przygotowani do walki.
W obronie linii wybrzeży, wzmocnionej jeszcze dzięki fachowości
niemieckich inżynierów, nawet żołnierze drugiej i trzeciej kategorii
mogli zadać ciężkie straty stronie atakującej. Krótko sformułował to
Hitler -?ich obowiązkiem było "stać i umrzeć na
stanowisku".16 Był to przejaw myślenia jeszcze z czasów I wojny światowej, odległe echo polityki Blitzkriegu, wymóg nieadekwatny
do epoki czołgów, ale biorąc pod uwagę okoliczności -?konieczny.
Wiarygodności tej koncepcji nadawał plan użycia w bezpośrednim
kontrataku doborowych jednostek Waffen-SS, a także oddziałów pancernych.
Pod koniec 1943 roku oddziały te walczyły wciąż na Froncie Wschodnim
albo były dopiero formowane na terenie Niemiec, ale zalecenie Hitlera z 3 listopada 1943 przewidywało, że w momencie rozpoczęcia inwazji
aliantów wiele z nich znajdzie się tuż za umocnieniami Wału
Atlantyckiego.
Swoją koncepcję obrony Hitler wyłożył już w marcu 1942 roku w dyrektywie
nr 40:
Obrona wybrzeży ma być tak zorganizowana, a jednostki wojskowe tak
rozlokowane, by wszelkie próby inwazji zostały zniweczone w trakcie
lądowania aliantów albo natychmiast po nim.17
W sierpniu 1942 roku Hitler polecił kontynuować z fanatyczną wprost
energią budowę fortyfikacji we Francji, by utworzyły ciąg betonowych,
odpornych na bombardowanie bunkrów, które miały prowadzić nieprzerwany
ogień zaporowy. Według słów amerykańskiego historyka, Gordona Harrisona,
Hitler nie wierzył, i nigdy nie dał się przekonać, że można bronić się
skutecznie bez odpowiedniej ilości betonu, dzięki samej determinacji
żołnierzy.18
We wrześniu 1942 roku, podczas trzygodzinnej konferencji z Goeringiem,
ministrem przemysłu zbrojeniowego Rzeszy Albertem Speerem (szefem
Organizacji Todta, niemieckiej "organizacji budowlanej"),
feldmarszałkiem Gerdem von Rundstedtem -?naczelnym dowódcą na Zachodzie,
generałem Güntherem Blumenstedtem (szefem sztabu Oberbefehlshaber West -
OB West, niemieckiego naczelnego dowództwa wojsk lądowych na Zachodzie)
i innymi oficerami, Hitler powtórzył rozkaz, by wznieść jak
najmocniejsze stałe fortyfikacje Wału Atlantyckiego. Musimy je zbudować
-?oświadczył -?ponieważ Anglicy i Amerykanie zechcą wykorzystać swoją
przewagę w powietrzu i na morzu, a tylko beton wytrzyma miażdżące
uderzenie bomb i pocisków. Zażyczył więc sobie, żeby wzniesiono
piętnaście tysięcy silnych punktów obrony i obsadzono je trzystoma
tysiącami ludzi. A ponieważ żaden odcinek wybrzeża nie był bezpieczny,
na całej jego długości należało je ufortyfikować. Przygotowanie umocnień
miało zostać zakończone do 1 maja 1943 roku.19
Większość z tych planów było czystą fantazją i, poza umocnieniem
najważniejszych pozycji, do końca 1943 roku nie udało się zrealizować
zamierzeń Hitlera. Kierunek działań został jednak wyznaczony, a zobowiązania podjęte.
Rundstedtowi bardzo nie podobał się pomysł budowania stałych umocnień.
Uważał, że Niemcy powinni trzymać jednostki pancerne z dala od wybrzeża,
poza zasięgiem ostrzału z morza, tak by były zdolne do prawdziwej
kontrofensywy. Jednak brak ludzi, niedobory uzbrojenia, paliwa i ochrony
powietrznej postawiły tę koncepcję pod znakiem zapytania.
Hitler mógł tylko próbować przewidzieć, w którym miejscu nastąpi
inwazja, ściągnąć tam dostępne na Zachodzie jednostki wojskowe i wykorzystać je do lokalnych kontrataków, licząc na to, że Wał Atlantycki
zatrzyma aliantów. Czołgi mogły powstrzymać wszelkie próby desantu przez
obce wojska; mogły zepchnąć do morza lżej uzbrojoną pierwszą falę
atakujących żołnierzy, jeśli umocnienia byłyby na tyle silne, żeby
wyhamować impet aliantów. Sztuka polegała więc na tym, żeby wybrać
właściwe miejsce i wznieść tam odpowiednio silne fortyfikacje.
Najbardziej prawdopodobnym miejscem inwazji wydawało się Pas-de-Calais,
i to z dwóch zasadniczych powodów: między Dover i Calais kanał La Manche
jest najwęższy, a najkrótsza linia łącząca Londyn z Zagłębiem Ruhry i Berlinem przebiega właśnie przez Dover, Calais i Belgię.
Hitler musiał więc zgadywać i w 1943 roku postawił na Pas-de-Calais. W pewnym sensie starał się zmusić aliantów, by tam właśnie dokonali
lądowania. W lecie 1943 roku postanowił zainstalować w tym rejonie
wyrzutnie pocisków V-1 i rakiet V-2. Przypuszczał, że broń ta jest dla
aliantów tak niebezpieczna, iż bez względu na poprzednie plany zechcą
zaatakować właśnie Pas-de-Calais, by opanować wyrzutnie.
Dlatego też obszar Calais stał się najbardziej ufortyfikowanym odcinkiem
Kanalküste, czyli brzegu kanału, i rejonem największej koncentracji
wojsk niemieckich na Zachodzie. W tym też miejscu Wał Atlantycki
najbardziej przypominał nie zdobytą fortecę, tak sławioną przez
propagandę niemiecką.
Führer był dziwnym człowiekiem. Według zastępcy szefa operacji w Naczelnym Dowództwie Sił Zbrojnych (OKW -?Oberkommando der Wehrmacht),
generała Waltera Warlimonta, "znał rozmieszczenie jednostek obrony
lepiej niż jakikolwiek oficer armii". Miał zdumiewające zamiłowanie do
szczegółów. Przy jakiejś okazji zauważył na przykład, że na wyspach w kanale La Manche brakuje dwóch dział przeciwlotniczych, które były tam
jeszcze poprzedniego tygodnia. Oficer odpowiedzialny za tę domniemaną
redukcję został ukarany. Okazało się potem, że po prostu pomylono się w liczeniu.
Hitler spędzał całe godziny na studiowaniu map przedstawiających
rozmieszczenie wojsk niemieckich wzdłuż Wału Atlantyckiego. Żądał też
stałych raportów na temat budowy umocnień, grubości betonowych ścian,
rodzaju używanego betonu, systemu stalowych konstrukcji -?każdy z tych
raportów często liczył ponad dziesięć stron.20 Po wydaniu jednak
rozkazu budowy największych fortyfikacji w historii nigdy nie zadał
sobie trudu, by dokonać ich inspekcji. Po wizycie w Paryżu latem 1940
roku, w chwili największego triumfu niemieckiej armii, już nigdy nie
postawił stopy na ziemi francuskiej. A przecież cały czas utrzymywał, że
tam właśnie będzie miała miejsce decydująca bitwa podczas tej wojny!
Rozdział 2. Atakujący
2
Atakujący
Głównym zadaniem aliantów było lądowanie na terenie wroga, przełamanie
Wału Atlantyckiego, zdobycie przyczółka i po wzmocnieniu sił jego
rozszerzenie. Warunkiem sine qua non całej operacji było zaskoczenie
przeciwnika. Gdyby Niemcy wiedzieli, gdzie i kiedy nastąpi atak, mogliby
z pewnością zgromadzić wystarczającą liczbę ludzi, betonowych zapór,
czołgów i artylerii, by udaremnić inwazję.
Duże trudności przedstawiała już sama konieczność zaskoczenia wroga.
Morskie operacje desantowe są siłą rzeczy najtrudniejsze; niewiele z nich zakończyło się sukcesem. Juliusz Cezar i Wilhelm I Zdobywca
wprawdzie przeprowadzili je zwycięsko, ale niemal wszystkie inne
inwazje, które napotkały na opór wroga, poniosły klęskę. Ani Napoleon,
ani Hitler nie zdołali przekroczyć kanału La Manche. Mongołów, którzy
próbowali najechać Japonię, pokonała pogoda. Podobnie było w przypadku
Hiszpanów, kiedy usiłowali dokonać inwazji na Anglię. Brytyjczycy w XIX
wieku doznali ciężkich strat na Krymie, a podczas I wojny światowej pod
Gallipoli.
W czasie II wojny światowej statystyka przedstawiała się jeszcze gorzej.
Do końca 1943 roku alianci przeprowadzili tylko trzy zwycięskie morskie
operacje desantowe: w Afryce Północnej (8 listopada 1942 roku), na
Sycylii (10 lipca 1943 roku) i pod Salerno (9 września 1943 roku). We
wszystkich uczestniczyły brytyjskie i amerykańskie siły lądowe, morskie
i powietrzne pod dowództwem generała Dwighta D. Eisenhowera. Żadne
jednak z atakowanych wtedy wybrzeży nie było ufortyfikowane. (Jedyne
lądowanie na ufortyfikowanym brzegu, przeprowadzone przez Kanadyjczyków
pod Dieppe w północnej Francji w sierpniu 1942 roku, okazało się
zdecydowaną porażką.) Aliantom udało się zaskoczyć wroga w Afryce
Północnej, ponieważ zaatakowali francuską armię kolonialną bez
wypowiedzenia wojny, ale nawet wtedy napotkali wiele trudności. Na
Sycylii bronili się wprawdzie pozbawieni ducha walki Włosi oraz
nieliczne oddziały niemieckie, a mimo to zdarzyło się kilka tragicznych
wypadków, na przykład zestrzelenie przez aliancki okręt samolotu
transportowego, przewożącego właśnie żołnierzy amerykańskiej 82 Dywizji
Powietrznodesantowej, która miała wziąć udział w walce. Pod Salerno
natomiast Niemcy szybko doszli do siebie po podwójnej niespodziance,
jaką była dla nich zdrada Włochów i desant morski wroga, i prawie udało
im się zepchnąć Brytyjczyków i Amerykanów do morza, choć ci znacznie
przewyższali ich liczebnością oraz uzbrojeniem.
Krótko mówiąc, na początku 1944 roku niewiele było takich operacji,
które mogłyby być przykładem dla aliantów. Musieli podjąć próbę czegoś,
czego jeszcze nikt nigdy nie robił.
Nie było jednak innego wyjścia. Szef sztabu armii amerykańskiej, generał
George C. Marshall, chciał dokonać inwazji na Francję już latem 1942
roku, a potem w połowie 1943. Wahania Brytyjczyków i polityczna
konieczność sprawiły, że zwrócono się wtedy w stronę Morza Śródziemnego.
Pod koniec 1943 Wielka Brytania w końcu przestała się wahać i alianci
podjęli decyzję o inwazji na drugą stronę kanału, która miała być główną
operacją militarną w roku następnym.
Istniało wiele powodów, aby taką decyzję podjąć, ale najważniejszym było
przekonanie, że wojny wygrywa się dzięki akcjom ofensywnym. Mimo
wszystkich wątpliwości związanych z terminem przyszłej inwazji,
brytyjski premier Winston Churchill od początku wiedział, że taka
ofensywa jest nieunikniona. Już w październiku 1941 roku powiedział
komandorowi lordowi Louisowi Mountbattenowi, szefowi Operacji
Połączonych: "Musisz przygotować się do inwazji na Europę, bo jeśli nie
ruszymy z miejsca, nie wylądujemy tam, nie podejmiemy walki z Hitlerem i nie pokonamy jego sił na lądzie, to nigdy nie wygramy tej
wojny".21
W tym właśnie celu Marshall przekształcił armię Stanów Zjednoczonych,
liczącą w 1940 roku sto siedemdziesiąt tysięcy ludzi, w siłę, która trzy
lata później liczyła siedem milionów dwieście tysięcy (z czego dwa
miliony trzysta tysięcy żołnierzy służyło w siłach powietrznych). Była
to najlepiej wyposażona, najbardziej sprawna i dysponująca największą
siłą ognia armia na świecie. Stworzenie jej stanowiło największe
osiągnięcie w historii Stanów Zjednoczonych.
Taką armię należało wykorzystać także poza terenem Włoch. Fiasko
inwazji, mającej umożliwić stworzenie drugiego frontu, byłoby dla
Stalina ciosem w plecy i mogłoby mieć tragiczne konsekwencje polityczne
-?podpisanie oddzielnego niemiecko-radzieckiego pokoju, na jaki Hitler
liczył. Albo, co gorsza, doprowadziłoby w końcu do wyzwolenia Europy
Zachodniej przez Armię Czerwoną, a co za tym idzie, do okupacji tych
ziem przez ZSRR po wojnie. W każdym razie, gdyby w 1944 nie podjęto
ataku na drugą stronę kanału, zwycięstwo nad Niemcami przesunęłoby się w czasie na koniec 1945 roku albo nawet na rok 1946. Tymczasem zaś w USA
narastała polityczna presja, by powiedzieć Brytyjczykom: "Do diabła,
jeśli nie podejmiecie walki we Francji, zabierzemy swoją armię na
Pacyfik!"
Inwazja była więc nieunikniona. I mimo wszystkich trudności, mimo siły
Niemców -?którzy posiadali sprawne linie komunikacyjne i stałe, betonowe
fortyfikacje, oraz walczyli dzielnie i skutecznie w obronie -?to alianci
panowali nad sytuacją. Dzięki temu, że osiągnęli przewagę na morzu i w powietrzu, a także dysponowali masowo produkowanymi najróżniejszymi
desantowymi jednostkami pływającymi i samolotami transportowymi, byli
niezwykle mobilni. Poza tym to oni decydowali o czasie i miejscu ataku.
Jednak w chwili rozpoczęcia desantu przewagę mieliby Niemcy. Oddziały
alianckie przetransportowane drogą morską i powietrzną, znalazłszy się
na ziemi francuskiej, byłyby początkowo mało skuteczne. Dopóki nie
rozszerzono by przyczółka, umożliwiając lądowanie czołgów, artylerii
samobieżnej i samochodów ciężarowych, poruszano by się raczej pieszo.
Niemcy tymczasem mogliby przemieszczać się po drogach i torach
kolejowych, kierując się choćby odgłosami walki -?a do wiosny 1944 roku
zdołali już zgromadzić we Francji pięćdziesiąt dywizji piechoty i jedenaście dywizji pancernych. Alianci nie mogli też liczyć na to, że
zdołają pierwszego dnia rzucić do walki więcej niż pięć dywizji -?co
zapewniłoby im lokalną przewagę -?ponieważ wszelkie posiłki, każdy
nabój, każdy kawałek bandaża musiał przecież przebyć drogę przez kanał
La Manche.
Przed aliantami stały więc dwa trudne zadania -?samo lądowanie na
nieprzyjacielskim wybrzeżu i umocnienie się na nim. Gdyby udało im się
zdobyć przyczółek i opanować teren umożliwiający posuwanie się w głąb
lądu, mogliby ściągnąć do Francji sprzęt i uzbrojenie, a to
przesądziłoby los Niemców. Ich bezwarunkowe poddanie się pozostałoby
tylko kwestią czasu i ceny. Jeśliby jednak Wehrmacht zdołał przed końcem
pierwszego tygodnia od D-Day skierować do walki dziesięć dywizji
pancernych oraz pozostałe dywizje piechoty i rozpocząć skoordynowany
kontratak, ich przewaga liczebna i siła ognia mogłyby okazać się
decydujące dla wyniku inwazji. W miarę upływu czasu problem ten wydawał
się coraz poważniejszy, ponieważ wiosną 1944 roku miało się znaleźć we
Francji już ponad sześćdziesiąt dywizji niemieckich, podczas gdy alianci
potrzebowaliby aż siedmiu tygodni od D-Day, by przeprawić czterdzieści
parę dywizji, które zgromadzone były w Anglii.
By wygrać pierwsze starcie i zdobyć przyczółek, alianci musieli zdać się
przede wszystkim na swoje potężne lotnictwo, które miało sparaliżować
ruchy Niemców -?w tej kwestii jednak wszystko zależało od pogody i widoczności. Znacznie skuteczniejszą metodą unieszkodliwienia
nieprzyjacielskich dywizji pancernych było oszukanie wroga -
wprowadzenie go w błąd nie tylko przed inwazją, ale także w momencie jej
rozpoczęcia, czyli przekonanie, że to, co się dzieje, jest atakiem
pozorowanym. Był to warunek, który zdecydował o wyborze miejsca desantu.
Bez względu jednak na miejsce lądowania inwazja zawsze wiązałaby się z frontalnym atakiem na dobrze przygotowane pozycje wroga. Jak coś takiego
przeprowadzić przy możliwie najmniejszych stratach -?oto było pytanie,
które spędzało sen z powiek generałom obu stron w okresie I wojny
światowej i nie doczekało się odpowiedzi aż do końca 1943 roku.
Wehrmacht pokonał swoich przeciwników w Polsce w 1939 roku, we Francji w 1940 i w Rosji w 1941. Bezpośrednie frontalne ataki Armii Czerwonej w 1943 roku, a także podobne Brytyjczyków i Amerykanów tego samego roku we
Włoszech przyniosły duże straty i były stosunkowo mało skuteczne. A frontalny atak w D-Day miał być przeprowadzony z morza.
Podczas I wojny światowej wszystkie ataki frontalne poprzedzane były
potężnym ostrzałem artyleryjskim, trwającym czasem nawet tydzień lub
dwa. Dzięki swojemu potężnemu lotnictwu alianci dysponowali siłą ognia
dwukrotnie większą niż ostrzał artyleryjski. Dowódcy alianccy uznali
jednak, że zaskoczenie wroga jest tu znacznie ważniejsze niż długotrwałe
bombardowanie, dlatego też ograniczyli je do około pół godziny przed
atakiem.
Później pojawiły się głosy krytyczne twierdzące, że ciężkie straty,
jakich doznali alianci na plaży Omaha, byłyby mniejsze, gdyby kilka dni
przed inwazją bombardowano z morza i powietrza pozycje wroga, jak to
później miało miejsce na Pacyfiku na Iwo Jimie i Okinawie. Krytycy
zapomnieli jednak o ważnej rzeczy. Jak w swej historii Marynarki Stanów
Zjednoczonych napisał Samuel Eliot Morison:
Alianci dokonywali inwazji na kontynent, gdzie wróg mogł wzmocnić swoje
siły i przystąpić do kontrataku, a nie na małą wyspę, odciętą przez
morze od wszelkich posiłków. (...) Nawet kompletne rozbicie umocnień Wału
Atlantyckiego na plaży Omaha nic by nam nie dało, gdyby dowództwo
niemieckie miało dwadzieścia cztery godziny na zgromadzenie rezerw do
kontrataku. Musieliśmy liczyć się z możliwością poważnych strat na
plażach, by zapobiec jeszcze cięższym, jakich mogliśmy doznać na
płaskowyżu i między zabudowaniami.22
W czasie I wojny światowej, mając za sobą wsparcie artyleryjskie,
żołnierze mogli wyjść z okopów i wkroczyć na opustoszały teren wroga.
Podczas operacji morsko-lądowej nie było jednak okopów przed liniami
wroga, z których piechota mogłaby wyskoczyć; żołnierze musieli natomiast
pokonać przybrzeżny pas wody i brnąć przez mokry piach, co
uniemożliwiało im szybkie poruszanie i opóźniało przetransportowanie
sprzętu.
Poza tym, jak mieli wydostać się na brzeg z jednostek transportowych, na
których przepłynęliby kanał? Na początku II wojny światowej nikt sobie
tego nawet nie wyobrażał. Pod koniec lat trzydziestych dowódcy Piechoty
Morskiej Stanów Zjednoczonych (US Marines), świadomi, że podczas wojny z Japonią na Pacyfiku konieczne będą desanty na wyspach, wymogli na
marynarce budowę okrętów desantowych, ale ta była raczej zainteresowana
lotniskowcami i pancernikami, a nie małymi okrętami, niewiele więc w tej
kwestii zrobiono. Wehrmacht natomiast, przygotowując atak na Anglię w 1940 roku, planował przerzucenie swoich jednostek piechoty przy użyciu
barek holowniczych. Zostały one jednak zbudowane z myślą o transporcie
rzecznym; na otwartych wodach kanału, na których rzadko panuje cisza
morska, mogły okazać się kompletnie bezużyteczne.
Brytyjczycy zbliżyli się do rozwiązania tego problemu wraz ze
skonstruowaniem okrętów desantowych LST (Landing Ship, Tank) i łodzi
desantowych LCT (Landing Craft, Tank) do transportu czołgów i pojazdów.
LST był dużym okrętem, dorównującym wielkością lekkiemu krążownikowi, o długości około stu metrów i wyporności czterech tysięcy ton; miał
płaskie dno i dlatego trudno nim było sterować w ciężkich warunkach
morskich. Był w stanie przybić do brzegu i wyładować na płaskich plażach
czołgi oraz ciężarówki; zarywszy się w piasek, otwierał dwuskrzydłowe
łukowe wrota na dziobie i opuszczał rampę, a pojazdy zjeżdżały na brzeg.
LST mógł przewozić w przepastnej ładowni dziesiątki czołgów i ciężarówek, a na pokładzie dodatkowo także małe łodzie
transportowo-desantowe.
LCT (w terminologii Marynarki Wojennej USA "okręt" liczył ponad
sześćdziesiąt metrów długości) był łodzią o długości trzydziestu trzech
metrów, która mogła przewozić od czterech do ośmiu czołgów (ostatecznie
powstały bowiem cztery typy LCT) przez stosunkowo duże obszary wodne,
takie jak kanał La Manche, nawet przy dużej fali, a następnie z rampy
wyładować transport na brzeg. Przyłączając się do wojny, Ameryka podjęła
się wyłącznej produkcji LST i LCT, jednocześnie ulepszając ich
konstrukcję.
LST i LCT pełniły rolę konia pociągowego aliantów. Były głównymi
jednostkami desantowymi służącymi do transportowania pojazdów i z powodzeniem wykorzystywano je w rejonie Morza Śródziemnego w latach 1942
i 1943. Miały jednak poważne wady. Były wolne, mało zwrotne i dlatego
stanowiły łatwy cel (ci, którzy na nich pływali, mawiali, że skrót LST
oznacza long slow target -?długi powolny cel). Nie spełniały również
swojej roli, gdy trzeba było wysadzić na ląd plutony żołnierzy biorących
udział w bezpośredniej walce, którzy musieli torować drogę innym jako
pierwsza szpica. Do tego celu lepsza byłaby mała łódź o niedużej
wyporności i z osłoniętą śrubą, która mogłaby dziobem zaryć w plażę, a potem szybko się wycofać i wydostać na otwarte morze, nie ryzykując
zwrotu bokiem do wysokich fal. Taka jednostka powinna także posiadać
trapy, umożliwiające żołnierzom zejście na plażę (by nie musieli
wyskakiwać przez burty).
Nad projektem takiej łodzi pracowało w Ameryce wielu konstruktorów, nie
tylko służących w marynarce wojennej. Prezentowali różne rozwiązania, z których pewne się sprawdziły. Najlepsze okazały się projekty LCI
(Landing Craft, Infantry -?pełnomorska łódź desantowa o długości
czterdziestu dziewięciu metrów, przewożąca wzmocnioną kompanię piechoty
-?prawie dwustu ludzi, którzy mogli zejść na brzeg po trapach z obu
stron dziobu), LMC (Landing Craft, Medium) i LCVP (Landing Craft,
Vehicle and Personnel -?łódź desantowa transportująca pojazdy i ludzi).23
Było jeszcze wiele innych typów łodzi, w tym najdziwniejsza -?pływająca
dwuipółtonowa ciężarówka, która została zaprojektowana przez cywilnego
pracownika Office of Scientific Research and Development (Biura Badań
Naukowych i Rozwoju), Palmera C. Putnama. Przekształcił on tak zwaną
dwuipółtonówkę -?najczęściej używaną i najpopularniejszą ciężarówkę
armii amerykańskiej -?w amfibię, która utrzymywała się na wodzie dzięki
hermetycznie zamkniętej obudowie i pływała za pomocą dwóch małych śrub.
Zetknąwszy się z lądem, poruszała się jak normalna ciężarówka. Amfibia
ta mogła rozwijać na spokojnym morzu prędkość dziesięciu kilometrów na
godzinę, a na lądzie -?osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.
Przystosowana była do przewożenia sprzętu artyleryjskiego, żołnierzy i innych ładunków.
Początkowo większość ludzi wyśmiało tę hybrydę, ale wkrótce dostrzeżono
jej zalety i postanowiono ją wykorzystać. W armii otrzymała nazwę DUKW,
ale użytkownicy nazywali ją po prostu Duck, czyli "kaczką".24
Produkcja łodzi desantowych przedstawiała podobne trudności jak ich
projekt. Budowa odpowiednio dużej floty, która mogłaby przewieźć w ciągu
jednego dnia trzy do pięciu dywizji, stanowiła ogromny problem. Ani
stocznie marynarki wojennej, ani żadne cywilne nie miały doświadczenia w podobnych przedsięwzięciach. Poza tym w grę wchodziły jeszcze inne
priorytetowe produkcje. W 1942 roku niezbędnie potrzebne okazały się
eskortowce oraz flota handlowa, i to na ich budowę przeznaczono całą
stal i silniki okrętowe.
W rezultacie, głównym ograniczeniem podczas planowania inwazji była
niedostateczna liczba odpowiednich okrętów i łodzi desantowych. W gruncie rzeczy brak ten stanowił także najważniejszy czynnik przy
opracowywaniu ogólnej strategii wojennej, zarówno na Pacyfiku, Morzu
Śródziemnym, jak i Atlantyku. Churchill skarżył się z pewną goryczą:
"Losy dwóch wielkich imperiów (...) wydają się zależeć od jakichś
przeklętych jednostek o nazwie LST".25
To, że udało się przezwyciężyć wszystkie owe trudności, było cudem
techniki, a także triumfem amerykańskiego systemu gospodarczego.
Marynarka nie chciała zawracać sobie głowy produkcją małych łodzi,
podobnie jak jej potężni kontrahenci, czyli wielkie stocznie. Siłą
rzeczy zadanie to przypadło więc drobnym przedsiębiorcom, właścicielom
małych stoczni, projektującym łodzie na zasadzie eksperymentu i produkującym je na podstawie umowy, potwierdzonej jedynie uściskiem
dłoni.
Było wielu takich ludzi, ale największym projektantem i budowniczym
łodzi desantowych stał się Andrew Jackson Higgins z Nowego Orleanu.
Gdy po raz pierwszy spotkałem się z generałem Eisenhowerem, a było to w jego gabinecie w Gettysburgu w 1964 roku, zaproponował mi stanowisko
jednego z redaktorów jego oficjalnych pism i dokumentów. Pod koniec
rozmowy powiedział:
-?Słyszałem, że uczy pan w Nowym Orleanie. Poznał pan Andrew Higginsa?
-?Nie, sir -?odparłem. -?Zmarł, zanim się tam przeprowadziłem.
-?Wielka szkoda -?odrzekł. -?Ten człowiek wygrał dla nas wojnę.
Słysząc podobne stwierdzenie, i to w ustach kogoś takiego, musiałem mieć
zdumioną minę. Eisenhower wyjaśnił, co miał na myśli:
-?Gdyby Higgins nie zaprojektował i nie wybudował LCVP, nie moglibyśmy
wylądować na otwartej plaży. Cała strategia wojny wyglądałaby inaczej.
Andrew Higgins był genialnym samoukiem, jeśli chodzi o projektowanie
małych łodzi. W latach trzydziestych budował je dla przedsiębiorców
naftowych, którzy eksploatowali błotniste tereny południowej Luizjany i potrzebowali płaskodennej łodzi, zdolnej podpłynąć na brzeg, a potem
wycofać się z niego. Wymogi te doskonale spełniała jego drewniana
Eureka. Higgins, przekonany, że wybuchnie wojna i potrzebne będą
tysiące małych łodzi, a na pewno zabraknie stali, wykupił od Filipin
cały zbiór mahoniu z 1939 roku i zatrzymał na przyszły użytek.
Kiedy piechota morska zmusiła marynarkę, by zaczęła prace nad projektem
łodzi desantowej, Higgins włączył się do tych badań. Navy Bureau of
Ships (Biuro Marynarki do Spraw Okrętów) chciało samodzielnie opracować
projekt, nie życząc sobie udziału tego porywczego, hałaśliwego
Irlandczyka, który wypijał butelkę whisky dziennie, budował łodzie z drewna zamiast ze stali i którego firma -?Higgins Industries -?sprawiała
raczej wrażenie stworzonej na łapu-capu, nie budzącej zaufania spółki
znad zatoki, niż poważnego przedsiębiorstwa ze Wschodniego Wybrzeża. Do
tego wszystkiego Higgins wciąż powtarzał, że "marynarka nie ma zielonego
pojęcia o małych łodziach".
Walka między biurokratami a samotnym przedsiębiorcą trwała przez parę
lat, w końcu jednak Higgins zdołał w jakiś sposób nakłonić marynarkę, by
pozwoliła mu ubiegać się o ten kontrakt... i w rezultacie piechota morska
zachwyciła się efektem jego produkcji, czyli LCVP. Łódź Higginsa do tego
stopnia przewyższała wszystko, co zaprezentowali konstruktorzy marynarki
czy inni prywatni przedsiębiorcy, że jej projektu nie mogli zbojkotować
nawet ślepi, tępi i nieruchawi biurokraci.
Zawarłszy umowę wstępną, Higgins od razu pokazał, że jest nie tylko
doskonałym projektantem, lecz także genialnym organizatorem i producentem. Uruchomił linie montażowe w całym Nowym Orleanie (niektóre
nawet pod płóciennym dachem), zatrudniając w szczytowym okresie
trzydzieści tysięcy robotników -?była to pierwsza w mieście tego rodzaju
zorganizowana siła robocza, w której skład wchodzili biali i czarni,
mężczyźni i kobiety. Higgins zachęcał ich do pracy, tak jak generał
zagrzewa do walki swoich żołnierzy. Nad liniami montażowymi wisiały
wielkie hasła:
KTO SIĘ W PRACY OBIJA, PAŃSTWOM OSI SPRZYJA!
Rozwieszał również zdjęcia, które przedstawiały Hitlera, Mussoliniego i Hirohito, siedzących na sedesie w toaletach jego fabryk.
SPOKOJNIE, BRACIE! KAŻDA MINUTA, PODCZAS KTÓREJ SIĘ RELAKSUJESZ, TO DLA
NAS ZYSK.
Płacił też robotnikom najwyższe stawki bez względu na płeć czy
rasę.26
Higgins udoskonalił konstrukcję LCT i zaczął produkować ich setki;
pomógł także zaprojektować kutry patrolowo-torpedowe, wytwarzając ich
całe tuziny; był ważnym podwykonawcą w realizacji projektu Manhattan i na różne inne sposoby uczestniczył w wysiłku wojennym swojego narodu.
Przede wszystkim jednak Higgins Industries produkowały LCVP. Ich budowa
oparta była na konstrukcji Eureki, z tym że zamiast wąskiego miały
dziób kwadratowy, który pełnił jednocześnie rolę rampy wyładunkowej.
Łódź ta, o długości jedenastu i szerokości trzech metrów, przypominała
pływające pudełko na cygara i poruszała się dzięki osłoniętej śrubie,
napędzanej przez silnik dieslowski. Mogła transportować pluton liczący
trzydziestu sześciu żołnierzy albo dżipa i drużynę dwunastu ludzi. Rampę
miała stalową, ale burty i kwadratową rufę już ze sklejki. Nawet na
spokojnym morzu kołysała się i podskakiwała, podczas gdy fale przelewały
się nad rampą i burtami. Niemniej jednak LCVP mogła przetransportować
pluton żołnierzy na brzeg i wyładować ich w ciągu paru sekund, a potem
wycofać się i podpłynąć z powrotem do okrętu matki po następny ładunek.
Doskonale spełniała więc swoje zadanie.
Do końca wojny Higgins Industries wyprodukowały ponad dwadzieścia
tysięcy LCVP, nazywanych popularnie łodziami Higginsa. Przewoziły one
piechotę na wybrzeża Morza Śródziemnego, Francji, a także Iwo Jimy,
Okinawy i innych wysp Pacyfiku. Zeszło z nich na ląd więcej żołnierzy
amerykańskich niż ze wszystkich innych typów łodzi desantowych razem
wziętych27.
Łodzie Higginsa były transportowane na drugą stronę Atlantyku -?a potem
przez kanał -?na pokładach LST. Spuszczano je na wodę za pomocą
żurawików. (Jeden ze sporów Higginsa z Navy Bureau of Ships dotyczył
wymiarów łodzi. Konstruktor twierdził, że jedenaście metrów to
odpowiednia długość, spełniająca wszelkie wymogi, podczas gdy marynarka
upierała się, że łodzie powinny mieć dziewięć metrów, ponieważ żurawiki
na LST zostały do takiej długości przystosowane. "To zmieńcie żurawiki!"
-?ryknął Higgins i w rezultacie przyjęto rozwiązanie, jakie dyktował
zdrowy rozsądek.) Łodzie Higginsa wraz z LCT i innymi jednostkami
sprawiły, że alianci mogli poruszać się na wodzie niezwykle sprawnie.
Alianci mieli przewagę nad wrogiem także w innych dziedzinach, dzięki
czemu mogli rozwiązać i pozostałe problemy. Niemcy, którzy jako pierwsi
stworzyli oddziały spadochronowe, zrezygnowali z operacji
powietrznodesantowych po zajęciu Krety w 1941 roku, kiedy to ponieśli
ogromne straty, a obecnie nie mieli odpowiednich możliwości
transportowych, by zorganizować coś więcej niż tylko mały desant.
Natomiast armie amerykańska, brytyjska i kanadyjska dysponowały
dywizjami powietrznodesantowymi oraz samolotami, które mogły je
przetransportować poza linie wroga. Maszyny te, oznaczone symbolem
C-47, nazywane były Dakotami. Każda z nich mogła przewieźć grupę
osiemnastu spadochroniarzy. Dakota była wojskową wersją DC-30,
dwusilnikowego samolotu zbudowanego przez Douglas Aircraft w latach
trzydziestych. Nie opancerzona, nie miała też żadnego uzbrojenia, ale
mogła służyć do najróżniejszych celów. Choć powolna (rozwijała prędkość
do trzystu siedemdziesięciu kilometrów na godzinę), była
najbezpieczniejszym, najsolidniejszym i najlepiej zaprojektowanym
samolotem wojskowym. (Ponad pół wieku później większość DC-3,
zbudowanych w latach trzydziestych, ciągle jeszcze było w użyciu -
służyły do lotów handlowych, kursując nad górami Ameryki Południowej i Środkowej.)
Żołnierze transportowani przez Dakoty należeli do jednostek elitarnych
-?dwóch brytyjskich dywizji powietrznodesantowych, 1 i 6, a także dwóch
amerykańskich, 82 i 101. Wszyscy spadochroniarze byli ochotnikami (w przeciwieństwie do żołnierzy transportowanych szybowcami) i każdy z nich
przechodził szkolenie najcięższe z możliwych. To doświadczenie jeszcze
bardziej wzmacniało więzi między nimi -?w jednostce panowała szczególna
solidarność. Byli to niezwykle sprawni ludzie, żołnierze odznaczający
się wielką motywacją do walki, eksperci w dziedzinie broni. Niewątpliwie
najlepsze na świecie były również inne alianckie jednostki desantowe,
formacje takie, jak na przykład rangersi -?amerykańskie jednostki
specjalnego przeznaczenia czy brytyjscy komandosi.
Dywizje piechoty armii Stanów Zjednoczonych nie należały do jednostek
uważanych za elitarne, ale również wyróżniały się spośród innych.
Chociaż głównie składały się z żołnierzy poborowych, to jednak między
amerykańskimi poborowymi a ich niemieckimi przeciwnikami (nie mówiąc już
o Batalionach Wschodnich) istniała wielka przepaść. Amerykański system
poborowy był bardzo wymagający. Jedna trzecia mężczyzn powoływanych do
wojska była zwalniana po badaniach lekarskich, dzięki czemu przeciętny
amerykański poborowy był inteligentniejszy, zdrowszy i lepiej
wykształcony niż przeciętny amerykański cywil. Miał dwadzieścia sześć
lat, mierzył metr siedemdziesiąt dwa centymetry i ważył około
sześćdziesięciu pięciu kilogramów; w obwodzie klatki piersiowej liczył
prawie osiemdziesiąt pięć centymetrów, a w pasie miał siedemdziesiąt
osiem i pół centymetra. Po trzynastu tygodniach szkolenia przybywało mu
trzy i pół kilo wagi -?przy czym tłuszcz zamieniał się w mięśnie -?a obwód klatki piersiowej zwiększał się co najmniej o dwa i pół
centymetra. Niemal połowa poborowych ukończyła szkoły średnie; jeden na
dziesięciu uczył się w college'u. Jak napisał Geoffrey Perret w swojej
historii armii amerykańskiej podczas II wojny światowej:
Byli to najlepiej wykształceni mężczyźni, jakich powoływano do wojska na
przestrzeni dziejów.28
Pod koniec 1943 roku wojsko amerykańskie było najbardziej
niedoświadczoną armią na świecie. Z prawie pięćdziesięciu dywizji
piechoty, pancernych i powietrznodesantowych, które miały uczestniczyć w kampanii w północno-zachodniej Europie, tylko dwie -?1 Dywizja Piechoty
i 82 Powietrznodesantowa -?brały już udział w walce.
Większość żołnierzy brytyjskich również nigdy nie widziała prawdziwej
bitwy. Choć Wielka Brytania była w stanie wojny z Niemcami od czterech
lat, tylko nieliczne dywizje miały już okazję do walki, a te, które
wyznaczono do udziału w inwazji, liczyły w swoich szeregach zaledwie
kilku weteranów.
Taka sytuacja stwarzała problemy i stanowiła powód do obaw, ale
jednocześnie niosła ze sobą pewne korzyści. Jak powiedział szeregowy
Carl Weast z amerykańskiego 5 Batalionu Rangersów, "weteran piechur to
przerażony piechur".29 Sierżant Carwood Lipton z 506 Pułku
Piechoty Spadochronowej 101 Dywizji Powietrznodesantowej zauważył zaś:
"Podczas D-Day tak ryzykowałem życie, jak już nigdy później podczas tej
wojny".30
Paul Fussell pisze w książce Wartime (Czas wojny), że w trakcie
walki ludzie przechodzą dwa kolejne stadia racjonalizacji, a potem
wreszcie etap pełnego zrozumienia sytuacji. Rozważając możliwość, że
zostanie poważnie ranny albo nawet zabity, przeciętny żołnierz myśli:
"To nie może zdarzyć się mnie. Jestem zbyt
sprytny/sprawny/wyćwiczony/przystojny/kochany itd." Kolejny etap
racjonalizacji polega na tym, że mówi sobie: "To jednak może mi się
zdarzyć, więc muszę być bardziej ostrożny. Uniknę niebezpieczeństwa,
jeśli będą bardziej uważał, osłaniając kogoś/okopując się/ukrywając
swoją pozycję w trakcie strzelania itp." Wreszcie żołnierz uświadamia
sobie: "To mi się w końcu zdarzy, jeśli tu pozostanę".31
Podczas frontalnego ataku na przygotowane pozycje wroga żołnierze,
którzy nigdy nie widzieli, co z ludzkim ciałem może zrobić kula, mina
lądowa czy eksplodujący pocisk moździerzowy, sprawdzają się lepiej niż
ci, którzy już uczestniczyli w rzezi. Młodzi mężczyźni, nastoletni lub
tuż po dwudziestce, czują się nieśmiertelni, jak tego dowodzi uwaga
Charlesa Easta z 29 Dywizji. Kiedy w przeddzień inwazji usłyszał od
swego dowódcy, że na dziesięciu ludzi dziewięciu zostanie rannych w D-Day, spojrzał na kolegę z prawej strony, potem na tego z lewej i pomyślał: "Biedne chłopaki!".32
Tacy ludzie jak sierżant Lipton i szeregowy East -?a podobnych do nich
były w armii amerykańskiej tysiące -?rekompensowali brak doświadczenia
zapałem i zuchwałością.
Sytuacja w dywizjach piechoty armii brytyjskiej przedstawiała się
jeszcze inaczej. Służący w nich żołnierze przebywali w koszarach od
czerwca 1940 roku, gdy Brytyjskie Siły Ekspedycyjne wycofały się z kontynentu. Nie byli tak wykształceni ani fizycznie sprawni jak ich
amerykańscy koledzy. Wprawdzie lepiej od nich przestrzegali "koszarowej"
dyscypliny -?dbali o mundur, salutowali itd. -?ale jeśli chodzi o posłuszeństwo wobec przełożonych i wypełnianie rozkazów, byli znacznie
gorsi. War Office, brytyjskie Ministerstwo Wojny, bało się narzucać zbyt
surową dyscyplinę w armii demokratycznego państwa, żywiąc niezrozumiałe
obawy, że może to osłabić ducha walki wśród prostych żołnierzy.
Służący w armii brytyjskiej weterani zostali już pokonani przez
Wehrmacht w 1940 roku; ich koledzy z oddziałów zamorskich ulegli
znacznie słabszej od nich armii japońskiej w Singapurze w lutym 1942;
pobici zostali również przez Niemców -?pod Tobrukiem w Libii, w czerwcu
1942 roku, a także na greckiej wyspie Léros w listopadzie 1943. Jedyne
swoje zwycięstwo, nad Afrika Korps pod El Alamein w listopadzie 1942
roku, zawdzięczali Brytyjczycy temu, że wrogowi brakowało ludzi, broni i sprzętu. Ścigając Afrika Korps w głąb Tunezji, a także podczas
późniejszych kampanii na Sycylii i we Włoszech, brytyjska 8 Armia nie
wykazywała szczególnych skłonności do zabijania.
Niemcy, którzy mieli okazję walczyć z Brytyjczykami, często wyrażali
zdumienie, że żołnierze ci robili tylko to, co było ich obowiązkiem -?i nic więcej. Dziwili się, że Anglicy przerywali pościg za wrogiem, gdy
nadchodziła pora parzenia herbaty, a także, co było już zupełnie nie do
pojęcia, poddawali się, kiedy kończyły im się amunicja i paliwo, albo
kiedy zostali okrążeni. Generał Bernard Law Montgomery, dowódca 8 Armii,
napisał do swego przełożonego, szefa Imperialnego Sztabu Generalnego,
marszałka polnego Alana Brooke'a:
Problem z naszymi brytyjskimi chłopcami polega na tym, że z natury nie
są to zabójcy.33
Jedną z przyczyn niepowodzeń armii brytyjskiej podczas II wojny
światowej było słabe uzbrojenie. Angielskie czołgi, ciężarówki,
artyleria i broń ręczna nie dorównywały sprzętowi niemieckiemu czy
amerykańskiemu. Kolejnym powodem słabości Brytyjczyków był trujący jad
pacyfizmu, który wżarł się w serca ich młodzieży po klęskach nad Sommą,
we Flandrii i na innych polach bitewnych I wojny światowej. Co więcej, z tamtejszych okopów wyszli obecni wyżsi oficerowie. Ciągle dręczyły ich
koszmary senne po dawnych przeżyciach. Ludzie ci przeważnie nie wierzyli
w akcje ofensywne, a w bezpośrednie ataki frontalne jeszcze mniej. Gdyby
przełożeni kazali im poprowadzić atak przez pas ziemi niczyjej, nie
posłuchaliby. Uważaliby, że to głupota, daremny wysiłek, samobójstwo.
Nie pojmowali, że doświadczenia I wojny światowej niekoniecznie muszą
dotyczyć wszystkich akcji ofensywnych.
W przeddzień inwazji na Normandię generał Montgomery pojechał na
inspekcję Kompanii D, Pułku Lekkiej Piechoty hrabstw Oxford i Buckingham, jednostki szybowcowej 6 Dywizji Powietrznodesantowej. Jej
dowódcą był major John Howard. Kompania D miała specjalne zadanie.
Składała się z ochotników, doskonałych młodszych oficerów, bardzo dobrze
wyszkolonych i przygotowanych do akcji. Była to wspaniała kompania
strzelecka. Patrząc na nich, Montgomery powiedział urywanym głosem do
Howarda: "Proszę sprowadzić do domu tylu z tych chłopców, ilu się
da".34
Stosunek Montgomery'ego do ofensywy zdecydowanie różnił się od
podejścia, jakie prezentował marszałek polny Douglas Haig podczas I wojny światowej, i z całą pewnością był bardziej ludzki. Jednak słowa
te, wypowiadane do dowódcy elitarnej jednostki, która nazajutrz miała
wykonać absolutnie kluczowe zadanie, brzmiały dość dziwnie. Wydawać by
się mogło, że w takiej sytuacji stosowniejsze byłoby zalecenie: "John,
bez względu na wszystko, postaraj się wykonać zadanie".
Powściągliwość Montgomery'ego wynikała po części z realizmu. Anglia
wyczerpała już swoje zasoby ludzkie. Armia brytyjska nie mogła pozwolić
sobie na straty, nie zdołałaby bowiem ich uzupełnić. Jednak taki właśnie
sposób myślenia doprowadzał Amerykanów do furii. Ich zdaniem najlepszym
sposobem zminimalizowania strat było jak najszybsze zakończenie wojny -
a w tym celu należało podjąć ryzyko, zapominając o ostrożności.
Amerykanów irytowało jeszcze coś innego -?pełne wyższości lekceważenie,
jakiego nie potrafili ukryć niektórzy brytyjscy oficerowie wobec
wszystkiego, co amerykańskie. Niemal każdy z nich żywił przekonanie o wyższości brytyjskiej techniki, metod działania oraz taktyki, i dawał
temu wyraz. Mówiąc wprost, większość brytyjskich oficerów traktowała
Amerykanów jak neofitów w dziedzinie wojny, którzy wprawdzie otrzymali
od Boga masę wspaniałego, nowoczesnego sprzętu, ale nie mogli pochwalić
się doświadczeniem wojennym. Tacy ludzie uważali za swój obowiązek czy
wręcz misję, by szkolić i pouczać Jankesów. Marszałek polny sir Harold
Alexander pisał z Tunezji do marszałka polnego Brooke'a o Amerykanach:
Oni po prostu nie znają się na żołnierskiej robocie i dotyczy to
wszystkich rang, od generała aż po szeregowca. Być może najsłabszym
ogniwem są niżsi dowódcy, którzy praktycznie nie dowodzą, w rezultacie
czego ich podwładni po prostu nie walczą.35
Kolejny więc problem, przed jakim stanęli alianci pod koniec 1943 roku,
wynikał właśnie z faktu, że byli oni sprzymierzeńcami. "Sojusznicy są po
to, by przeciwko nim walczyć" -?powiedział niegdyś Napoleon,
stwierdzając oczywistą prawdę. Amerykanie działali na nerwy
Brytyjczykom, Brytyjczycy zaś okropnie denerwowali Amerykanów. Antypatię
zaostrzała jeszcze wzajemna bliskość; w miarę jak przed inwazją do
Anglii przybywało coraz więcej oddziałów amerykańskich, konflikty się
nasilały. Zdaniem Brytyjczyków kłopoty z Amerykanami polegały na tym, że
są "przepłacani, rozbuchani i w ogóle są". Ci zaś rewanżowali się,
mówiąc, że Brytyjczycy są słabo opłacani (co było prawdą) i oziębli (co
także wydawało się uzasadnione, bo angielskie dziewczęta wyraźnie lgnęły
do amerykańskich żołnierzy, którzy mieli dużo pieniędzy do wydania i kwaterowali raczej po wsiach niż w zamkniętych koszarach).
W Tunezji, na Sycylii i we Włoszech Anglicy i Amerykanie wprawdzie
walczyli ramię przy ramieniu, ale zbyt dużo było między nimi wzajemnej
niechęci, a zbyt mało poczucia solidarności. Jeśli obie nacje miały
razem sforsować Wał Atlantycki, musiały nauczyć się współpracy. Dowodem,
że są do tego zdolni, mogło być nazewnictwo jednostek wojskowych.
Jeszcze w 1917 roku, kiedy żołnierzy Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych
(American Expeditionary Force) zapytano, co oznacza skrót ich jednostki
-?AEF -?odpowiedzieli: After England Failed -?po klęsce Anglii. W 1943
roku jednak AEF oznaczało już Allied Expeditionary Force -?Alianckie
Ekspedycyjne Siły Zbrojne.
Przeciwko niedoświadczonym, zarozumiałym Amerykanom ("do diabła z torpedami -?cała naprzód!") i zmęczonym wojną, nazbyt ostrożnym
Brytyjczykom Niemcy mogli wystawić zaprawionych w boju ludzi, którzy,
jak to określił Max Hastings, "cieszyli się od wielu wieków opinią
doskonałych żołnierzy; za Hitlera zaś niemiecka armia osiągnęła apogeum
swojego rozwoju". Na potwierdzenie tego Hastings dodaje też:
"Gdziekolwiek żołnierze brytyjscy czy amerykańscy zetknęli się podczas
II wojny światowej z dorównującymi im liczebnie oddziałami niemieckimi,
wszędzie Niemcy bili ich do szczętu".36 Ocena Hastingsa była
dość popularna wśród historyków wojskowych pierwszego półwiecza po
wojnie. Żołnierzom niemieckim przypisywano niemal mityczne zalety,
uważając ich za najlepszych wojowników nie tylko tej wojny, ale także w całej historii.
Jest to jednak opinia niesłuszna. W armii Wehrmachtu było dużo
doskonałych jednostek wojskowych i na pewno wielu wspaniałych żołnierzy,
ale nie należy uważać ich za niepokonanych. Nawet żołnierze doborowych
jednostek Waffen-SS w latach 1944-1945 nie byli o wiele lepsi od
zwykłych żołnierzy w szeregach aliantów, jeśli w ogóle można mówić o jakiejś wyższości. Natomiast elitarne jednostki sprzymierzonych,
powietrznodesantowe czy też rangersi albo komandosi pod wieloma
względami znacznie przewyższały oddziały, jakie Niemcy mogli wysłać do
walki.
To, co wpływało na tak wysoką ocenę żołnierzy niemieckich, co robiło tak
wielkie wrażenie na Hastingsie i innych, to stosunek zabitych po obu
walczących stronach, który wynosił dwa do jednego na korzyść Wehrmachtu,
a czasami więcej. Ale takie kryterium oceny nie uwzględnia zasadniczego
faktu -?Wehrmacht prawie zawsze walczył z wojskami alianckimi w defensywie, mając za sobą przygotowane pozycje lub stałe fortyfikacje,
jak Linia Mareth w Tunezji i Linia Zimowa we Włoszech, Wał Atlantycki we
Francji czy wreszcie Wał Zachodni u granic państwa niemieckiego pod
koniec wojny. Jednak nawet w takich sytuacjach nie potrafił wytrwać na
swoich pozycjach i pozwalał się z nich wypierać. Oczywiście niektórzy
historycy twierdzą, że Niemców zmuszała do odwrotu obezwładniająca siła
ognia, że alianci wygrywali, ponieważ przewyższali wroga ilością sprzętu
i uzbrojenia, a nie walecznością, i trzeba przyznać, że jest w tym
trochę prawdy.
Niemniej jednak, kiedy jedyny raz podczas II wojny światowej Wehrmacht
podjął prawdziwą ofensywę przeciwko oddziałom amerykańskim, został po
prostu rozgromiony. W Ardenach w grudniu 1944 roku Niemcy zdecydowanie
przeważali pod względem liczebności i uzbrojenia. Stosunek ich sił do
sił aliantów pod Bastogne, gdzie okrążyli 101 Dywizję
Powietrznodesantową, wynosił dziesięć do jednego. To, że alianci
kontrolowali przestrzeń powietrzną, okazało się bez większego znaczenia,
ponieważ panowała zła pogoda. Niemcy natomiast znajdowali się w pobliżu
składów zaopatrzenia, a nawet swego największego rejonu przemysłowego,
tak że czołgi zjeżdżające z taśm produkcyjnych zakładów Ruhry mogły
przystąpić do walki niemal natychmiast po przekroczeniu bramy
fabrycznej. Dysponowali też silnym wsparciem artyleryjskim. Mimo to
lekko uzbrojona "sto pierwsza", odcięta od zaopatrzenia, zmarznięta,
głodna, nie mająca możliwości odpowiedniego zajęcia się rannymi, której
ponadto kończyła się amunicja i nie mogła liczyć na wsparcie artylerii,
wytrzymywała niemieckie ataki ponad tydzień.
Okazało się więc, że amerykańskie jednostki elitarne przewyższają
doborowe wojska niemieckie. W innych rejonach Ardenów było podobnie.
Doszedłszy do siebie po początkowym zaskoczeniu, regularne oddziały
piechoty amerykańskiej spisywały się naprawdę doskonale.
W 1980 roku felietonista magazynu "Time", Hugh Sidey, poprosił generała
Maxwella Taylora, dowódcę 101 Dywizji Powietrznodesantowej podczas
wojny, by opowiedział o dokonaniach amerykańskich żołnierzy, służących
pod jego dowództwem. Taylor stwierdził, że na początku miał z nimi sporo
problemów, ale już w grudniu 1944 roku w jego dywizji znajdowały się
kompanie
(...) lepsze niż gdziekolwiek indziej. Żołnierze byli zaprawieni w bojach,
oficerowie sprawdzeni, a sprzęt unowocześniony. Ludzie mieli cudowną
łatwość przystosowywania się do nowych warunków i pewność siebie, jaką
daje wychowanie w systemie demokratycznym. Żaden inny ustrój nie mógłby
wydać takich żołnierzy, ale ich przygotowanie wymagało nieco
czasu.37
Tak więc, choć w skład wojsk niemieckich wchodziło kilka bardzo dobrych
jednostek, nie można powiedzieć, że była to najlepsza armia na świecie.
Należałoby raczej stwierdzić, że po 1941 roku strona walcząca w defensywie siłą rzeczy lepiej wypadała w powierzchownej ocenie niż
atakująca.
Niemcy nie przewyższali też Amerykanów pod względem technicznym. To
prawda, ich piechota była lepiej uzbrojona, dysponowali też różnymi
nowinkami technicznymi, jak samolot-pocisk samosterujący V-1, oraz
naprawdę przełomowymi wynalazkami, na przykład wyposażonym w chrapy
okrętem podwodnym czy rakietami V-2. Zostawali jednak wyraźnie w tyle,
jeśli chodzi o rozwiązania techniczne i jakość samolotów myśliwskich i bombowych (może z wyjątkiem Me-262, który pojawił się zbyt późno). Nie
prowadzili też badań nad bronią atomową, ich system szyfrowy Enigma
został złamany, a w dziedzinie transportu motorowego -?co wydaje się
dziwne w przypadku ojczyzny Mercedesa i Volkswagena -?również dali się
wyprzedzić innym państwom.
Brytyjczycy natomiast przodowali w dziedzinie nauki. To oni wynaleźli
zapalnik zbliżeniowy, radar i sonar, a także penicylinę. Prace nad bombą
atomową zainicjowali właśnie oni. Brytyjczycy w ogóle odznaczali się
dużą pomysłowością. Pracowali na przykład nad specjalnym typem czołgu,
który nazwano "zabawką Hobarta", od nazwiska generała Percy'ego Hobarta,
dowódcy 79 Dywizji Pancernej. W marcu 1943 roku Hobart miał przedstawić
plan przetransportowania czołgów na plaże i dalej poza wydmy, tak by
alianci mogli przedrzeć się przez betonowe fortyfikacje i pola minowe
Wału Atlantyckiego. Generał wymyślił wtedy pływające czołgi. Nazwano je
DD -?duplex drive (podwójny napęd), ponieważ oprócz głównego silnika
posiadały jeszcze dwie niezależnie pracujące śruby. Czołgi miały także
wodoszczelny dach i płócienną, wypełnianą powietrzem osłonę korpusu, co
nadawało im wygląd dziecięcego wózka. Nadmuchiwana osłona była
porzucana, gdy pojazd dotarł na brzeg.
Inna "zabawka Hobarta" wyposażona była w pudełkowo-belkowy most długości
około dwunastu metrów, służący do pokonywania rowów przeciwczołgowych.
Czołg z cepami "Krab" z kolei miał przed sobą ruchomy bęben, który
obracając się, uderzał w ziemię stalowymi łańcuchami, co pozwalało w sposób bezpieczny detonować miny. Istniały jeszcze inne podobne
wynalazki.
Bardziej zaskakujący od idei pływających czołgów był pomysł, by
przetransportować przez wody kanału "porty" czy "doki", montowane z przenośnych elementów. Pod koniec 1943 roku tysiące robotników
brytyjskich pracowało przy budowie takich "tymczasowych" portów
(opatrzonych kryptonimem Mulberries38), a także falochronów,
które miały je osłaniać. "Doki" składały się z pływających przystani i mola łączącego je z brzegiem. Przystanie były tak skonstruowane, że
platforma, po której można się było poruszać, spoczywała na czterech
filarach wspartych o dno morza i mogła to unosić się, to opadać,
poddając się fali. Falochron (kryptonim Phoenix) stanowił natomiast
konstrukcję złożoną z pustych betonowych kesonów o wysokości sześciu
pięter i starych statków handlowych. Ustawiano je obok siebie wzdłuż
wybrzeży francuskich i zatapiano przez otwarcie kadłubów. W ten sposób w D-Day i później można było szybko i w odpowiednim miejscu wznieść
falochrony, osłaniające urządzenia portowe.
Brytyjczycy mieli także wiele innych osiągnięć w dziedzinie techniki.
Jednym z nich była Ultra, czyli system łamania szyfru niemieckiej
maszyny kodującej, Enigmy39. Od 1941 roku potrafili rozszyfrować
znaczną część niemieckich komunikatów radiowych, co pozwoliło aliantom
ustalić -?przeważnie dość dokładnie, a w niektórych przypadkach z całkowitą precyzją -?plan rozmieszczenia oddziałów niemieckich przed
inwazją. Takie informacje wywiadowcze, jak rozmieszczenie jednostek
wroga, ich siła i uzbrojenie, mają podstawowe i bezcenne znaczenie,
dlatego też alianci zyskali dzięki Ultrze olbrzymią przewagę już na
starcie.
Kiedy na początku lat siedemdziesiątych ujawniono wreszcie sekret Ultry,
ludzie pytali: Jeśli rzeczywiście cały czas odczytywaliśmy niemieckie
komunikaty radiowe, to dlaczego nie wygraliśmy wojny wcześniej?
Odpowiedź brzmi: ależ właśnie tak się stało.
Przewaga aliantów nad Niemcami zwiększyła się jeszcze za sprawą
brytyjskiego systemu dezinformacji wroga i wyprowadzenia w pole jego
wywiadu. W 1940 roku Brytyjczykom udało się aresztować wszystkich
niemieckich szpiegów działających w Wielkiej Brytanii i "przeciągnąć ich
na swoją stronę" -?zostali po prostu nakłonieni pod lufą pistoletu do
podjęcia działalności podwójnych agentów. Przez następne trzy lata
alfabetem Morse'a przesyłali swoim niemieckim oficerom prowadzącym
informacje... starannie dobierane przez wywiad brytyjski. Były one zawsze
prawdziwe, ponieważ cała operacja polegała na tym, by wzmocnić zaufanie
Abwehry do swoich agentów, choć przeważnie miały małe znaczenie
strategiczne lub przesyłano jej zbyt późno, aby mogły się na coś
przydać.40
Niekiedy takie informacje wywoływały niepokój po stronie sił alianckich,
przygotowujących się do inwazji. Sierżant Gordon Carson z amerykańskiej
"sto pierwszej" stacjonował pod koniec 1943 roku w Aldbourne, po
zachodniej stronie Londynu. Lubił słuchać w radiu programu Axis
Sally41. Sally, znana także jako Suka z Berlina, nazywała się w rzeczywistości Midge Gillars i była dziewczyną z Ohio, która marzyła o karierze aktorki, ale została modelką w Paryżu. Tam poznała Maxa Ottona
Koischwitza, wyszła za niego za mąż i wraz z nim przeniosła się do
Berlina. Kiedy wybuchła wojna, podjęła w radiu niemieckim pracę disc
jockeya. Cieszyła się ogromną popularnością wśród żołnierzy
amerykańskich z powodu specyficznego akcentu, a także słodko i namiętnie
brzmiącego głosu. Nadawała zwykle najnowsze przeboje, przeplatając je
okropnymi hasłami propagandowymi ("po co walczyć w obronie komunistów?
po co walczyć w obronie Żydów?"), które w takim zestawieniu wszystkich
śmieszyły.
Żołnierze jednak przestawali się śmiać, kiedy Sally w przerwach między
piosenkami wtrącała uwagi, które wywoływały u nich ciarki po plecach.
Mówiła na przykład: "Halo, żołnierze z Kompanii E, 506 Pułku Piechoty
Spadochronowej 101 Dywizji Powietrznodesantowej w Aldbourne. Mam
nadzieję, że dobrze bawiliście się na przepustkach w Londynie podczas
zeszłego weekendu. Och, a przy okazji, powiedzcie władzom miasta, że
zegar na kościele późni się o trzy minuty".42
Axis Sally lubiła zaskakiwać takimi uwagami -?wielu Amerykanów oraz
Brytyjczyków pamięta jeszcze podobne historie, jak ta z zegarem.
Pięćdziesiąt lat później weterani tamtej wojny wciąż kręcą głowami i dziwią się: "Skąd, do diabła, mogła to wiedzieć?" Wiedziała, ponieważ
informacje te przekazywał jej wywiad brytyjski.
U Niemców natomiast dzięki takim wiadomościom rosło przekonanie, że mają
najlepszą sieć szpiegowską na świecie. Wierzyli też niezachwianie, że
Enigma jest najdoskonalszą maszyną szyfrującą, absolutnie nie do
złamania, a ich wywiad i kontrwywiad są niepokonane.
Dezinformowanie Niemców na temat możliwości i zamiarów aliantów należało
do destrukcyjnej sfery działalności wywiadu. Drugą, konstruktywną, było
zbieranie informacji dotyczących rozmieszczenia sił bojowych Niemców. Tu
nieocenioną rolę odgrywała oczywiście Ultra; oprócz niej alianci mieli
jeszcze dwa źródła informacji, które uruchomili pod koniec 1943 roku.
Pierwszym był zwiad powietrzny. Kiedy Luftwaffe przeszła do defensywy,
wycofując się na teren Niemiec, Amerykanie i Brytyjczycy mogli swobodnie
latać nad Francją i robić zdjęcia, jakie tylko chcieli.
Ponieważ jednak czołgi i artyleria mogły znajdować się w lesie, a stanowiska polowe często były zamaskowane, alianci musieli odwołać się
do drugiego źródła informacji, jakim był francuski ruch oporu. Częściowo
z tego powodu, żeby produkcja gospodarcza szła pełną parą, a częściowo
dlatego, że niemieccy okupanci starali się zachować przyjazne stosunki z miejscową ludnością, francuscy cywile nie zostali ewakuowani z okolic
wybrzeża. Mogli więc obserwować, gdzie Niemcy rozmieszczają swoje
działa, ukrywają czołgi, zakopują miny. Kiedy nadeszła odpowiednia pora,
różnymi sposobami przekazywali te informacje do Anglii, korzystając
przede wszystkim z pomocy Special Operation Executive (SOE -
Kierownictwo Operacji Specjalnych), agencji stanowiącej część olbrzymiej
brytyjskiej sieci wywiadowczej, której organizacja była jednym z największych osiągnięć Brytyjczyków podczas wojny.
Byłoby znacznym uproszczeniem, gdybyśmy powiedzieli, że mariaż talentów
brytyjskich z siłą Amerykanów przypieczętował los nazistowskich Niemiec
na Zachodzie. Brytyjczycy bowiem także wnieśli sporo siły, a Amerykanie
wynalazczości. Jednak w takim stwierdzeniu jest trochę prawdy. Jeśli
wśród brytyjskich cudów techniki z czasów drugiej wojny światowej
znalazły się "zabawki Hobarta", Mulberries, Ultra i system dezinformacji
wroga, to z kolei Amerykanie dostarczyli takiej ilości sprzętu
wojskowego, jakiej świat jeszcze nie widział.
Na początku 1939 roku przemysł amerykański znajdował się wciąż w stanie
zastoju. Moce przerobowe wykorzystywano mniej niż w pięćdziesięciu
procentach. Bezrobocie przekraczało dwadzieścia procent. Pięć lat
później liczba bezrobotnych spadła już do jednego procenta, możliwości
produkcyjne przemysłu podwoiły się, a potem jeszcze zwielokrotniły. W 1939 roku Stany Zjednoczone wyprodukowały osiemset samolotów wojskowych.
Kiedy prezydent Roosevelt wezwał do produkcji czterech tysięcy na
miesiąc, wszyscy myśleli, że oszalał. Ale już w 1942 roku USA osiągnęły
taki poziom, a pod koniec 1943 doszły nawet do liczby ośmiu tysięcy
samolotów miesięcznie. Podobny, niewiarygodny skok dokonał się w zakresie produkcji czołgów, okrętów, łodzi desantowych, karabinów i innych rodzajów broni. I wszystko to działo się w okresie, kiedy Stany
Zjednoczone zaangażowały całe swe siły w największe przedsięwzięcie
przemysłowe wszechczasów -?produkcję bomby atomowej (nad którą prace
rozpoczęto w 1942 roku, a zakończono w połowie 1945).
Fakt, że w ogóle powzięto plan ataku na Wał Atlantycki, był zasługą
tego, co Dwight Eisenhower nazwał "furią pobudzonej do działania
demokracji". Przeprowadzenie operacji w D-Day było możliwe dzięki
stałemu dopływowi broni z fabryk amerykańskich, dzięki Ultrze i systemowi dezinformacji wroga, dzięki zwycięstwu w bitwie o Atlantyk,
zdobyciu przewagi w powietrzu i na morzu, dzięki brytyjskiej
pomysłowości, francuskiemu ruchowi oporu, stworzeniu w zachodnich
demokracjach armii obywatelskich, wytrwałości i pomysłowości Andrew
Higginsa oraz innych wynalazców i przedsiębiorców, współdziałaniu Stanów
Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa na płaszczyźnie politycznej,
gospodarczej i handlowej -?czyli dzięki temu, co można wyrazić dwoma
słowami: praca zespołowa.
Rozdział 3. Dowódcy
3
Dowódcy
Ci dwaj ludzie mieli ze sobą wiele wspólnego. Urodzony w 1890, Dwight
Eisenhower był tylko o rok starszy od Erwina Rommla. Obaj dorastali w małych miasteczkach: Eisenhower w Abilene, w Kansas; Rommel w Gmünd, w Szwabii. Ojciec Eisenhowera był mechanikiem, Rommla -?nauczycielem; obaj
wyznawali rygorystyczne zasady wychowania -?narzucali synom surową
dyscyplinę i stosowali kary fizyczne. Obaj chłopcy lubili sport.
Eisenhower grał w futbol amerykański i baseball, Rommel jeździł na
rowerze, grał w tenisa, uprawiał wioślarstwo, jazdę na nartach i łyżwach. Choć w ich rodzinach nie było tradycji militarnych, obaj poszli
do szkół wojskowych; Rommel w 1910 roku wstąpił do Królewskiej Szkoły
Oficerskiej w Gdańsku, a Eisenhower w 1911 do Akademii Wojskowej w West
Point.
Niczym nie wyróżniali się spośród kadetów, ale byli zdolni, a także
przejawiali skłonność do naruszania dyscypliny. Rommel wbrew przepisom
nosił monokl, podczas gdy Eisenhower palił papierosy. Zarówno jeden, jak
i drugi doskonale prezentowali się w mundurach; zalecali się i zdobyli w końcu rękę uznanych piękności, młodych i pełnych życia kobiet -?Rommel w 1916 roku poślubił Lucie Mollin; Eisenhower zaś rok później ożenił się z Mamie Doud.43 Podczas I wojny światowej ich kariery miały już
jednak zupełnie inny przebieg. Rommel walczył we Francji i we Włoszech,
zdobywając wysokie odznaczenia (Krzyż Żelazny -?pierwszej i drugiej
klasy oraz bardzo cenione Pour le Mérite). Eisenhower zaś pozostał w Stanach Zjednoczonych jako szkoleniowiec, co odczuł jako poważny cios.
Obaj jednak jako młodzi oficerowie wykazywali wyraźne zdolności
przywódcze.
Theodor Werner, dowódca jednego z plutonów Rommla, wspomina:
Kiedy go zobaczyłem po raz pierwszy [w 1915 roku], był szczupły i drobny, wyglądał wprost chłopięco; miał w sobie święty ogień, zawsze był
pełen zapału i gotów do działania. Jakimś dziwnym sposobem potrafił
swoim duchem zarazić cały pułk -?na początku dla większości
niezauważalnie, potem jednak już coraz wyraźniej, aż wszyscy byli pod
wrażeniem jego inicjatywy, odwagi, przejawów ujmującej galanterii (...)
Podwładni uwielbiali go wręcz, mieli do niego bezgraniczne
zaufanie.44
Starszy sierżant Claude Harris tak natomiast wspomina Eisenhowera:
Był zwolennikiem surowej dyscypliny, urodzonym żołnierzem, ale bardzo
ludzkim, wyrozumiałym dowódcą. (...) Mimo młodego wieku doskonale
rozumiał, na czym polega dobra organizacja. (...) Dzięki temu zdobył u swoich oficerów podziw i lojalność, jakimi mogło się poszczycić niewielu
dowódców.45
Porucznik Ed Thayer, podwładny Eisenhowera, pisał o nim:
Nasz nowy kapitan -?o nazwisku Eisenhower, jeśli się nie mylę -?to jeden
z najsprawniejszych i najlepszych oficerów w kraju. (...) Wspaniale nas
przeszkolił w walce na bagnety. Angażuje wyobraźnię chłopców, sam rzuca
się z krzykiem do ataku i my też zaczynamy wrzeszczeć, aż coś podrywa
nas w górę.46
W latach międzywojennych Rommel nadal był oficerem liniowym, a Eisenhower oficerem sztabu. Awanse zdarzały się rzadko, ale żaden z nich
nie myślał nawet o innym życiu niż żołnierskie, choć obaj byli ambitni i mieli wszelkie dane po temu, by odnieść sukces w innych zawodach. Robili
bardzo dobre wrażenie na swoich dowódcach. Dowódca pułku napisał w 1934
roku o Rommlu:
Pod każdym względem przewyższa przeciętnego dowódcę
batalionu.47
Tego samego roku przełożony Eisenhowera, szef sztabu armii, Douglas
MacArthur, pisał:
To najlepszy oficer w armii. Kiedy nadejdzie następna wojna, powinien
znaleźć się na samym szczycie.48
Wojna wydobyła obu mężczyzn z cienia. Rommel odznaczył się już na
początku jako dowódca dywizji pancernej, która torowała drogę wojskom
niemieckim we Francji i wsławiła się w walce, a on sam dał się poznać
światu jako dowódca Afrika Korps walczącego we wschodniej Afryce
Północnej w latach 1941-1942. Eisenhower zaś zyskał sławę w listopadzie
1942, dowodząc siłami aliantów w zachodniej Afryce Północnej.
Mimo spektakularnych zwycięstw na pustyni, Rommel po klęsce pod El
Alamein u schyłku 1942 roku stał się, jak to zwykł nazywać Hitler,
defetystą, choć inni określiliby jego postawę jako realistyczną. 20
listopada, kiedy dowiedział się, że z pięćdziesięciu samolotów
transportowych, przewożących paliwo dla czołgów, czterdzieści pięć
zostało zestrzelonych (dzięki Ultrze), wybrał się na spacer po pustyni z dowódcą jednego z batalionów, majorem baronem Hansem von Luck.
"Luck, to już koniec! -?major wspomina słowa Rommla. -?Nie możemy nawet
utrzymać Trypolitanii i musimy wycofać się do Tunezji. Tam z pewnością
natkniemy się na Amerykanów. (...) Nasza dumna afrykańska armia i nowe
dywizje, które wylądowały w północnej Tunezji, będą zgubione (...)"
Major Luck zaoponował, mówiąc, że są jeszcze jakieś szanse. Rommel
jednak temu zaprzeczył. Jak wspomina Luck, powiedział wtedy: "Nie
dostaniemy posiłków. Hitler postawił już krzyżyk na tym teatrze wojny.
Teraz tylko będzie wymagał, żeby "żołnierz niemiecki stał jak mur albo
zginął!" (...) Luck, przegraliśmy tę wojnę!".49
Mimo jednak dręczących go wątpliwości, Rommel walczył dalej. W Tunezji
na Afrika Korps czekali już przybywający z zachodu Amerykanie. Tam też
po raz pierwszy, w bitwie o przełęcz Kasserine, stanęli naprzeciw siebie
Rommel i Eisenhower. Dzięki zuchwałemu i niespodziewanemu atakowi,
Rommlowi udało się początkowo pokonać niedoświadczonych jeszcze i nie
dość dobrze wyszkolonych żołnierzy amerykańskich, dowodzonych przez
równie niedoświadczonych i słabo przygotowanych generałów -?w tym
Eisenhowera, który dowodził swą pierwszą prawdziwą bitwą. Choć
Eisenhower popełnił wiele błędów, potrafił je jednak naprawić.
Umiejętnie wykorzystał przewagę logistyczną nad wrogiem oraz siłę ognia
i w ten sposób ostatecznie wygrał bitwę.
W owym czasie Rommel cierpiał na nadciśnienie (podobnie zresztą jak
Eisenhower), silne bóle głowy, wyczerpanie nerwowe i reumatyzm. By
podreperować zdrowie, a także reputację generała (porażka w Afryce
Północnej była wielkim ciosem dla Niemców), Hitler wezwał go do kraju, a następnie mianował feldmarszałkiem. Pozbawiony dowództwa Rommel spędził
w Niemczech pozostałą część roku 1943.
Eisenhower zaś pod koniec tego roku dowodził inwazją na Sycylię i Włochy. Obie operacje zakończyły się sukcesem, ale przebieg dalszej
kampanii przyniósł rozczarowanie. Na Sycylii aż pięć tygodni zajęło
amerykańskiej 7 Armii (w sile pięciu dywizji) i brytyjskiej 8 Armii
(złożonej z czterech dywizji) wyparcie z wyspy dwóch dywizji niemieckich
i kilku włoskich; na terenie Włoch wojska alianckie posuwały się równie
wolno i Niemcom udało się je zatrzymać na południe od Rzymu.
Mimo rozczarowań i zmęczenia, Eisenhower był raczej nastawiony
optymistycznie. Pisał do żony:
Kiedy wzrasta napięcie i pogłębia się stres, każdy zaczyna ujawniać
swoje słabości. Dowódca jednak musi je ukrywać; nade wszystko zaś musi
maskować wątpliwości, lęk i brak wiary.
Jak dobrze mu się to udawało, świadczy list oficera jego sztabu, który
pisał z Afryki Północnej:
[Eisenhower] to prawdziwy wulkan energii i dobrego humoru, zadziwia
wszystkich pamięcią najdrobniejszych szczegółów i odważnym patrzeniem w przyszłość.50
Eisenhower uczył się dowodzenia, które jego zdaniem było nie sztuką, nie
darem od Boga, lecz umiejętnością do opanowania.
Jedyną cechą, jaką można w sobie wyrobić dzięki głębszym przemyśleniom i praktyce, jest dowodzenie ludźmi.
Pisał też, że podczas dowodzenia na pierwszym swoim stanowisku, w Gibraltarze 1942 roku, uświadomił sobie,
jak nieubłaganie i nieuchronnie stres oraz napięcie wyczerpują
wytrzymałość dowódcy, zakłócają jego zdolność oceny i pozbawiają go
wiary.
Bez względu więc na to, jak byłoby źle, jak niepokoiłby się cały sztab,
dowódca musi
zachować optymizm i podtrzymywać go w innych. Bez wiary, entuzjazmu i optymizmu wśród dowództwa osiągnięcie zwycięstwa jest prawie niemożliwe.
Eisenhower zdawał sobie sprawę, że "optymizm i pesymizm są zaraźliwe i bardzo szybko się udzielają, zwłaszcza podwładnym". Przekonał się
również, że pogodne nastawienie dowódcy "może mieć niezwykły wpływ na
wszystkich, z którymi się on styka. Mając to na względzie, postanowiłem,
że mój sposób mówienia i słowa wypowiadane publicznie zawsze będą
odzwierciedlały radosną pewność zwycięstwa -?a wszelkie pesymistyczne
odczucia oraz lęki zostawię sobie do poduszki".51
Nigdy więc nie rozmawiał z podwładnym tak, jak Rommel z majorem Luckiem.
(Ma się rozumieć, że Eisenhower miał znacznie więcej powodów do
optymizmu). Istniały także inne zasadnicze różnice między tymi dwoma
ludźmi, wynikające zarówno z odmienności charakterów, jak i pozycji,
jakie zajmowali. Rommla niecierpliwiły trudności związane z logistyką i sprawami administracyjnymi, podczas gdy Eisenhower, od niemal dwudziestu
lat oficer sztabowy, doskonale sobie z nimi radził. Rommel miał
skłonności do arogancji, Eisenhower tymczasem starał się podtrzymywać
swój wizerunek prostego chłopaka z Kansas, który daje z siebie wszystko.
Rommel nie lubił włoskich sprzymierzeńców i nawet nie usiłował ukrywać
pogardy dla nich, podczas gdy Eisenhower miał autentyczną sympatię dla
Brytyjczyków i robił, co mógł, by współpraca z nimi przebiegała jak
najsprawniej. Rommel często tracił panowanie nad sobą w obecności
podwładnych (podobnie jak Eisenhower) i nie lubił dzielić się władzą,
ale w tym drugim względzie Eisenhower był jego całkowitym
przeciwieństwem. Rommel był samotnikiem, stojącym z boku geniuszem,
który miewał chwile natchnienia i kierował się intuicją; Eisenhower zaś
potrafił pracować w zespole -?organizował wspólnie z nim wielkie
przedsięwzięcia, wydawał decyzje po dogłębnych konsultacjach z całym
sztabem i poszczególnymi dowódcami i włączał wszystkich do planowania.
Na polu walki Rommel był agresywnym ryzykantem, Eisenhower -?ostrożnym i rozważnym strategiem. Rommel wygrywał bitwy dzięki błyskotliwym
manewrom, Eisenhower -?przytłaczając wroga siłą. Ponieważ Rommel
dowodził oddziałami ustępującymi przeciwnikowi liczebnością i uzbrojeniem, jego taktyka była adekwatna do okoliczności; taktyka
Eisenhowera wynikała z tego, że dowodził potężniejszymi siłami. Być może
każdy z nich działałby inaczej, gdyby znalazł się w odmiennej sytuacji,
lecz raczej należy w to wątpić -?sposoby dowodzenia obu generałów
pasowały bowiem do ich osobowości.
Pomimo tych wszystkich różnic, istniały między nimi także znaczne
podobieństwa. Historyk Martin Blumenson napisał o Rommlu:
Jeśli wiele wymagał od swoich ludzi, to nie mniej dawał z siebie.
Pracował ciężko, walczył z poświęceniem, wiódł proste życie, łatwo
nawiązywał kontakt ze swoimi żołnierzami i był bardzo oddany żonie i synowi.52
Dokładnie to samo można by powiedzieć o Eisenhowerze. Każdy z nich mógł
się pochwalić udanym małżeństwem. W latach wojny obaj pisywali
regularnie do żon. W listach poruszali sprawy, o których nie
powiedzieliby nikomu innemu, wyjawiali swoje nadzieje i obawy, uskarżali
się na drobne uciążliwości, pisali o tęsknocie i pragnieniu powrotu do
spokojnego życia domowego, przywołując wspomnienia z wczesnego okresu
małżeństwa -?krótko mówiąc, chwile, które poświęcali na korespondencję z żonami, jako jedyne przynosiły im trochę spokoju i ukojenia wśród
szalejącej zawieruchy wojennej.53
Każdy z nich miał syna. Manfred Rommel wstąpił do Luftwaffe na początku
1944 roku, zaraz po swoich piętnastych urodzinach, i służył w artylerii
przeciwlotniczej. John Eisenhower studiował w West Point, którą ukończył
6 czerwca 1944 roku, i natychmiast zaciągnął się do wojska. Obaj chłopcy
zrobili kariery w innych zawodach niż ich ojcowie -?Manfred jako
polityk, John jako pisarz historycznych książek wojennych.
Rommla i Eisenhowera łączyła jeszcze jedna ważna cecha: każdy
nienawidził tego, do czego zmuszała ich wojna. Chcieli budować, nie
burzyć; rozniecać życie, a nie gasić. Odpychała ich destrukcja, lubili
natomiast tworzyć. Rommel powiedział kiedyś, że kiedy wojna się skończy,
chciałby pracować jako inżynier i budować w całej Europie elektrownie
wodne. (Jego syn jako burmistrz Stuttgartu sponsorował w latach
siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ogromne
przedsięwzięcia budowlane w tym szybko rozwijającym się mieście).
Eisenhower natomiast, będąc prezydentem, stał się dzięki zbudowaniu
drogi morskiej St. Lawrence i stworzeniu sieci autostrad międzystanowych
jednym z największych budowniczych w historii Stanów Zjednoczonych.
Rommel, gdyby przeżył, być może odegrałby podobną rolę jako kanclerz
Niemiec Zachodnich. Wszystko, co o nim wiemy, przemawia za tym, że
mógłby być równie popularnym politykiem, jakim okazał się Eisenhower.
Pod koniec października 1943 roku generał Alfred Jodl, szef operacji w OKW, zasugerował Hitlerowi, by przekazać Rommlowi -?który miałby
podlegać feldmarszałkowi Gerdowi von Rundstedtowi, naczelnemu dowódcy w Europie Zachodniej -?dowodzenie taktyczne wojskami niemieckimi na
Zachodzie. Rundstedt był najstarszym niemieckim feldmarszałkiem
pozostającym w służbie czynnej i mając sześćdziesiąt dziewięć lat, był
zbyt stary, by dowodzić na polu walki. Brakowało mu sił, nie dysponował
też odpowiednim zaopatrzeniem na Zachodzie, więc choć powierzono mu tak
ważne zadanie budowy Wału Atlantyckiego, poza rejonem Pas-de-Calais
niewiele mógł zdziałać. W zamierzeniu Jodla Rommel miał wnieść niezbędną
energię, dzięki której można by przyspieszyć prace fortyfikacyjne.
W typowy dla siebie sposób Hitler zwlekał z decyzją. Nie powierzył
Rommlowi taktycznego dowództwa obrony przed inwazją, ale polecił mu
dokonać inspekcji Wału Atlantyckiego i złożyć na ten temat raport. 5
listopada, informując go o swej decyzji, Hitler podkreślił znaczenie
misji: "Jeśli wróg wyląduje na Zachodzie, będzie to decydujący moment
wojny, który musimy wykorzystać. Należy bezwzględnie wycisnąć z Niemców
każdą kroplę potu, jaką się da".54
Rommel przez dwa środkowe tygodnie grudnia dokonywał inspekcji,
pokonując trasę od Morza Północnego aż po Pireneje. To, co zobaczył,
było dla niego szokiem. Oświadczył, że budowa Wału Atlantyckiego to
farsa, "Wolkenkuckuksheim [utopia] Hitlera (...) wielki blef (...)
przeszkoda raczej dla narodu niemieckiego niż dla wroga (...) który
poprzez swoich agentów wie o nim więcej niż my sami".
Odwołując się do swoich doświadczeń z Afryki Północnej, Rommel
powiedział naczelnemu inżynierowi, generałowi Wilhelmowi Meisemu, że
przewaga powietrzna aliantów uniemożliwi przemieszczenie niemieckich
oddziałów posiłkowych na teren bitwy, i stwierdził: "Naszą jedyną szansą
będą więc plaże -?tam wróg jest zawsze najsłabszy". Mówiąc zaś o budowie
prawdziwego Wału Atlantyckiego, oświadczył: "Potrzebuję min
przeciwpiechotnych i przeciwczołgowych. Potrzebuję min do zatapiania
okrętów i łodzi desantowych. Potrzebuję tak zaminowanych pól, by
przeszła po nich nasza piechota, ale nie przeszły nieprzyjacielskie
czołgi. Potrzebuję min, które wybuchają, gdy zahaczy się o drut; min,
które eksplodują, kiedy drut zostaje przecięty; min, które można
zdetonować z daleka, i takich, które eksplodują, gdy zostanie przerwany
snop światła".55
Rommel przewidział, że alianci poprzedzą inwazję bombardowaniami z powietrza oraz morza, a potem przystąpią do działań
powietrznodesantowych, a także desantu morskiego. Przewidywał, że bez
względu na to, jak wiele min się rozmieści, stałe umocnienia mogą
jedynie na jakiś czas zatrzymać szturm, ale go nie udaremnią; osiągnąć
to można tylko poprzez szybki kontratak piechoty zmotoryzowanej i dywizji pancernych w dniu inwazji. Dlatego należało zgromadzić te
jednostki jak najbliżej wybrzeża, by były gotowe do odparcia desantu.
Rundstedt nie zgadzał się z Rommlem w tej bardzo ważnej kwestii. Chciał
pozwolić aliantom ruszyć w głąb lądu, a potem wydać im decydującą bitwę
na ziemi francuskiej, gdy będą już poza zasięgiem ciężkich dział swoich
pancerników i krążowników.
Te różnice w poglądach dzieliły najwyższe dowództwo niemieckie jeszcze w D-Day, a także potem. Rundstedt i Rommel byli zwolennikami działań
ofensywnych, podobnie zresztą jak wszyscy oficerowie, którzy mieli za
sobą szkołę Wehrmachtu. Teraz jednak znaleźli się w defensywie.
Niemieccy generałowie nigdy nie zaakceptowali takich sytuacji, choć z taktycznego punktu widzenia mogły być dla nich korzystne -?o czym
świadczyły doświadczenia Armii Czerwonej. Nigdy nie skorzystali z lekcji, jaką byłby dla nich przykład armii radzieckiej, gdyby zechcieli
mu się lepiej przyjrzeć. Dowodził mianowicie, że elastycznie prowadzona
obrona, ustępująca przed przeważającą siłą wroga, a następnie
odpowiadająca kontruderzeniem, gdy wojska wroga nadmiernie się
rozciągną, jest najskuteczniejszą formą walki w warunkach II wojny
światowej.
Twierdząc, że alianckie siły powietrzne utrudnią albo wręcz uniemożliwią
wszelkie ruchy wojsk niemieckich w głąb lądu, Rommel nie uwzględnił
słusznego spostrzeżenia Rundstedta, że walcząc na plażach, Niemcy znajdą
się pod ostrzałem dział floty aliantów.
Mimo jednak tych różnic, Rommel i Rundstedt potrafili ze sobą
współpracować -?w każdym razie zgadzali się co do tego, że atak aliantów
nastąpi najprawdopodobniej w okolicy Pas-de-Calais. Rundstedt
zaproponował, by Rommel objął dowództwo 15 i 7 Armii, stacjonujących na
obszarze od granic Holandii aż po Loarę, na południu Bretanii. Hitler
wyraził na to zgodę. 15 stycznia 1944 roku Rommel objął nowe stanowisko.
Pod koniec listopada 1943 roku Roosevelt i Churchill wraz ze swoimi
współpracownikami udali się do Teheranu na spotkanie ze Stalinem.
Radziecki przywódca chciał dowiedzieć się czegoś konkretnego na temat
drugiego frontu. Roosevelt zapewnił go, że inwazja nastąpi na pewno
wiosną 1944 roku. Otrzymała już nawet kryptonim, wybrany przez
Churchilla z listy będącej w posiadaniu brytyjskich szefów sztabu -
operacja Overlord. Stalin chciał wiedzieć, kto będzie nią dowodzić.
Roosevelt odpowiedział, że tego jeszcze nie ustalono. Radziecki
przywódca stwierdził, że w takim razie nie wierzy, by zachodni
sprzymierzeńcy poważnie myśleli o ofensywie. Amerykański prezydent
obiecał, że podejmie decyzję w ciągu najbliższych trzech-czterech dni.
Mimo złożonej obietnicy, Roosevelt niechętnie myślał o czekającym go
przykrym zadaniu. Rozwiązanie, ku któremu się skłaniał -?by operacją
Overlord dowodził szef sztabu armii, generał George Marshall, a Eisenhower powrócił do Waszyngtonu i objął jego stanowisko -?nie
wydawało się najlepsze. W ten bowiem sposób Eisenhower zostałby
zwierzchnikiem Marshalla, co już samo w sobie było absurdem, a ponadto
musiałby wydawać rozkazy swemu dawnemu szefowi, MacArthurowi, obecnemu
dowódcy wojsk amerykańskich w południowo-zachodnim rejonie Pacyfiku.
Roosevelt jednak bardzo chciał, by Marshall miał okazję bezpośredniego
dowodzenia armią, którą stworzył, uzbroił i przeszkolił. Kiedy więc cała
ekipa przyjechała na początku grudnia do Kairu, przedstawił generałowi
sytuację i dał mu możliwość wyboru, mając nadzieję, że ten podejmie za
niego decyzję. Marshall tymczasem odpowiedział, że chętnie będzie służył
tam, gdzie go skieruje prezydent i że wolałby nie wypowiadać się w swojej własnej sprawie.
Roosevelt, acz niechętnie, musiał sam zdecydować. Gdy ostatnie spotkanie
w Kairze dobiegało końca, poprosił Marshalla, by w jego imieniu napisał
wiadomość dla Stalina. Marshall napisał pod dyktando prezydenta:
Podjęto decyzję o natychmiastowej nominacji generała Eisenhowera na
stanowisko dowódcy operacji Overlord.56
Mogło się więc wydawać, że Eisenhower otrzymał najbardziej pożądaną
funkcję podczas tej wojny tylko z tego powodu, że zabrakło kogoś
bardziej odpowiedniego. Roosevelt, wyjaśniając potem, czym się kierował,
powiedział, że nie mógłby spokojnie zasnąć, gdyby Marshalla nie było w kraju. A ponieważ dowódcą inwazji musiał być Amerykanin (jako że
Amerykanie stanowili trzy czwarte sił uczestniczących w operacji
Overlord), drogą eliminacji wybór padł na Eisenhowera.
Istniało jednak wiele innych powodów przemawiających za jego wyborem.
Był już dowódcą trzech udanych inwazji, w których brały udział
amerykańsko-brytyjskie siły powietrzne, lądowe i morskie. Dobrze
dogadywał się z Brytyjczykami, a oni z nim. Generał Montgomery, już
wcześniej mianowany dowódcą sił lądowych uczestniczących w operacji
Overlord, powiedział o Eisenhowerze: "Jego prawdziwa siła polega na tym,
że ma ludzkie cechy. (...) Umie zjednywać sobie serca żołnierzy, tak jak
magnes potrafi przyciągać kawałki metalu. Wystarczy, by się uśmiechnął,
a już zdobywa twoje zaufanie".57 Admirał sir Andrew Cunningham
powiedział Eisenhowerowi, że służba pod jego dowództwem na obszarze
Morza Śródziemnego była wspaniałym doświadczeniem. Miał okazję
obserwować, jak generał jednoczy żołnierzy dwóch narodów, ludzi o różnym
pochodzeniu, odmiennym stosunku do służby wojskowej i "nie dających się
pogodzić poglądach", tworząc z nich jedną drużynę. "Nie sądzę -
stwierdził Cunningham -?że mógłby tego dokonać ktoś inny".58
Kluczem do sukcesu było właśnie słowo "drużyna". Nacisk, jaki Eisenhower
kładł na pracę zespołową, jego niesłychane zaangażowanie we wspólne
działania, były tym, co zdecydowało o jego wyborze na szefa operacji.
7 grudnia 1943 roku Eisenhower spotkał się z Rooseveltem w Tunisie,
gdzie prezydent zatrzymał się w drodze powrotnej do Waszyngtonu.
Roosevelta wyniesiono z samolotu i posadzono w samochodzie Eisenhowera.
Kiedy wóz ruszył, prezydent zwrócił się do generała i powiedział lekkim
tonem: "Cóż, Ike, będziesz dowodził operacją Overlord".59
Eisenhower otrzymał w ten sposób funkcję naczelnego dowódcy Alianckich
Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych.
Wskutek nalegań Marshalla, Eisenhower wrócił do Stanów Zjednoczonych na
dwutygodniowy urlop, po którym odbył jeszcze szereg spotkań i narad. Do
Wielkiej Brytanii odleciał w połowie stycznia -?wylądował w Szkocji, a do Londynu dotarł już pociągiem. 15 stycznia 1944 roku objął nowe
stanowisko.
Kiedy Eisenhower po raz pierwszy odwiedził Londyn, w czerwcu 1942 roku,
czekał na niego apartament w Claridge'u, najlepszym wówczas i najdroższym hotelu stolicy. Generałowi jednak nie przypadli do gustu
lokaje w liberiach, podobnie zresztą jak bogato zdobiony hall, a sam
apartament, z czarno-złotym salonem i różową sypialnią, wydał mu się
odpychający. Przeniósł się do mniej eleganckiego hotelu, a współpracownicy znaleźli mu spokojne miejsce na wsi, gdzie mógł
odpoczywać. Był to mały skromny domek z dwiema sypialniami, położony w Kingston, w hrabstwie Surrey. Nazywano go Telegraph Cottage -?domkiem
telegrafisty.
Gdy generał ponownie przyjechał do Londynu w styczniu 1944 roku,
natychmiast postanowił, że kwatera dowództwa Overlord nie powinna
znajdować się w mieście. Churchill, ambasador amerykański i inne
osobistości czuliby się upoważnieni, by dzwonić do niego o każdej porze,
a atrakcje nocnego życia w Londynie mogłyby okazać się zbyt kuszące dla
jego współpracowników. W ciągu dwóch tygodni Eisenhower przeniósł się
więc do Bushy Park pod miastem, współpracownicy zaś, mocno narzekając,
zamieszkali w namiotach. Adiutanci znaleźli sobie kwaterę w rezydencji w Kingston Hill, którą jednak generał uznał za zbyt okazałą. Przypomniał
sobie wtedy o Telegraph Cottage i kiedy o niego zapytał, dowiedział się,
że mieszka tam teraz marszałek lotnictwa Arthur Tedder, jego zastępca.
Udało mu się przekonać go, by zamienili się rezydencjami. Tym sposobem
najwyższy dowódca alianckich sił zbrojnych zamieszkał w najmniej
pretensjonalnym domu, w jakim stacjonował którykolwiek z podległych mu
generałów.
Kiedy na początku stycznia Rommel przyjechał do Paryża, by spotkać się z Rundstedtem (który mieszkał w luksusowym hotelu George V), miasto wydało
mu się istną wieżą Babel. Chciał umieścić swoją kwaterę gdzieś indziej.
Jego adiutant do spraw marynarki, wiceadmirał Friedrich Ruge,
oświadczył, że znalazł już odpowiednie miejsce. Wracając z wybrzeża
Francji do Paryża, zatrzymał się w położonym nad Sekwaną zamku w La
Roche-Guyon, w osadzie liczącej pięciuset czterdziestu trzech
mieszkańców i oddalonej około sześćdziesięciu kilometrów od stolicy.
Zamek był przez wiele wieków siedzibą książąt de La Rochefoucauld. U schyłku XVIII wieku gościł w nim Thomas Jefferson, który pełnił wówczas
funkcję amerykańskiego ambasadora we Francji i przyjaźnił się z najsławniejszym przedstawicielem rodu -?François.
Ruge, gorliwy czytelnik maksym La Rochefoucaulda, odwiedził księżną, by
złożyć jej wyrazy uszanowania. Teraz więc oznajmił Rommlowi, że zamek
jest doskonale położony, poza Paryżem i niedaleko dowództw 7 i 15 Armii,
a poza tym wydaje się na tyle duży, by pomieścić współpracowników i adiutantów generała. Wszyscy oni, mocno narzekając, musieli zatem
opuścić Paryż i przenieść się do sennej osady La Roche-Guyon.
Eisenhower zażyczył sobie psa jako towarzysza. Adiutanci znaleźli mu
młodziutkiego teriera szkockiego. Nazwano go Telek, co było skrótem od
Telegraph Cottage. Rommel również chciał mieć psa. Współpracownicy
przyprowadzili mu małego jamnika. Oba pieski spały w sypialniach swoich
panów.
Było wiele takich zbieżności. Każdy z dowódców kiedyś włożył stopy w strzemiona, wziął w dłonie lejce i ruszył galopem. Choć mieli chwile
wahania i zwątpienia, teraz przyszła pora na zdecydowane działania. Obaj
byli absolutnie zdeterminowani. Rommel pisał do żony:
Zamierzam rzucić się w nową pracę ze wszystkim, czym dysponuję, i dopilnować, by przyniosła sukces.60
Eisenhower zaś powiedział po przyjeździe:
Zbliżamy się do krytycznego punktu gry, której stawka jest trudna do
ogarnięcia.61
Obaj generałowie narzucili sobie takie tempo pracy, że inni mężczyźni po
pięćdziesiątce z trudem dotrzymywali im kroku. Zwykle wyruszali z domu o szóstej rano, dokonywali inspekcji, jeździli po okolicy, szkolili swoich
ludzi i przygotowywali ich do akcji. Jedli w biegu -?przeważnie racje
polowe lub kanapki, które popijali filiżanką kawy. Nie wracali na
kwatery przed zmrokiem. Eisenhower sypiał średnio cztery godziny na
dobę, Rommel rzadko kiedy więcej. Różniło ich jedno: o ile Eisenhower
wypalał cztery paczki papierosów dziennie, to Rommel nigdy nie brał
papierosa do ust.
Istniały między nimi jeszcze inne, ważniejsze różnice. Chociaż obaj byli
niezwykle zaangażowani w to, co robili, niemiecki generał nie mógł
pozbyć się dręczących go wątpliwości, podczas gdy Amerykanin w ogóle ich
do siebie nie dopuszczał. 17 stycznia Rommel pisał do żony:
Myślę, że wygramy bitwę obronną na Zachodzie pod warunkiem, że będziemy
mieli odpowiednio dużo czasu, by wszystko przygotować.62
Dla Eisenhowera nie istniało żadne "pod warunkiem", traktował
przygotowywaną operację jako wyzwanie, któremu musi sprostać. 23
stycznia powiedział swoim zwierzchnikom na zebraniu Połączonego Komitetu
Szefów Sztabów: "Musimy pokonać każdą przeszkodę, znieść każdą
niedogodność i podjąć każde ryzyko, by mieć pewność, że zadamy
decydujący cios. Nie możemy sobie pozwolić na porażkę".63
Jedną z przyczyn pesymistycznego nastawienia Rommla była panująca w niemieckiej armii niejasna struktura dowództwa. Mimo że w Niemczech
ciągle powtarzano hasło Ein Volk, ein Reich, ein Führer, naziści
kierowali państwem, a także armią zgodnie z zasadą "dziel i rządź".
Hitler celowo zacierał granice kompetencji dowódców, by nie wiedziano
dokładnie, kto jest za co odpowiedzialny. Tę charakterystyczną dla niego
skłonność potęgowała jeszcze naturalna i powszechnie panująca
rywalizacja między siłami lądowymi, powietrznymi i morskimi. Jeśli więc
chodzi o Rommla, nie miał on kontroli ani nad działaniami Luftwaffe we
Francji, ani nad Kriegsmarine, ani nad administracją terenów
okupowanych. Nie podlegały mu nawet jednostki Waffen-SS stacjonujące we
Francji, czy też oddziały spadochronowe i oddziały artylerii
przeciwlotniczej (które należały do Luftwaffe).
Podział kompetencji poszczególnych dowódców w niemieckiej armii
doprowadzono do absurdu. Na przykład, gdy flota aliancka zbliżała się do
wybrzeży Francji, niemiecka artyleria rozmieszczona wzdłuż kanału La
Manche pozostawała pod kontrolą Kriegsmarine. W momencie jednak, gdy
alianci zaczęli desant, dowództwo baterii przybrzeżnych objął znowu
Wehrmacht.
Poza tym do końca nie było wiadomo, kto będzie dowodził bitwą obronną -
Rommel czy Rundstedt. Istniała obawa, że sam Hitler zechce objąć nad nią
dowództwo. Führer pozostawił sobie zwierzchnictwo nad dywizjami
pancernymi, które tylko na jego rozkaz mogły być skierowane do walki.
Problem jednak polegał na tym, że kwatera Hitlera znajdowała się tysiąc
kilometrów od sceny wydarzeń, a jednostki pozostające pod jego
dowództwem Rommel zamierzał rzucić do walki już pierwszego dnia inwazji.
Wszystko to razem wyglądało na czyste szaleństwo.
Eisenhower nie miał takich zmartwień. Jego pozycja była jasno określona,
a władza -?bez ograniczeń. Początkowo nie przyznano mu dowództwa nad
alianckim lotnictwem (amerykańską 8 Armią Lotniczą i brytyjskim
Lotnictwem Bombowym), ale kiedy zagroził, że zrzeknie się swej funkcji,
jeśli w razie potrzeby nie będzie mógł posłużyć się bombowcami,
Połączony Komitet Szefów Sztabów przystał na jego żądania. Wiosną 1944
roku każdy żołnierz, lotnik czy marynarz, każda jednostka wojskowa w Wielkiej Brytanii, podlegali Eisenhowerowi. W ten sposób alianci zadali
kłam nazistowskiej propagandzie, że systemy demokratyczne już z samej
swej natury są mało skuteczne, gdy przychodzi do działania.
W przeciwieństwie do sytuacji panującej w niemieckim OB West i Grupie
Armii B, w szeregach Naczelnego Dowództwa Alianckich Ekspedycyjnych Sił
Zbrojnych dzięki wyraźnie określonej hierarchii władzy wszyscy mieli
jasność celu, jaki przed nimi stoi. Dodatkowym czynnikiem, który
stwarzał wśród nich poczucie jedności, były relacje Eisenhowera z bezpośrednimi podwładnymi, kontrastujące mocno ze stosunkiem, jaki
Rommel miał do swoich ludzi. Eisenhower współpracował z większością
podkomendnych jeszcze podczas kampanii śródziemnomorskiej i to on
awansował ich na dowódców armii, korpusów czy dywizji, podczas gdy
Rommel ledwie znał podlegających mu generałów.
Nie znaczy to jednak, że Eisenhower lubił czy nawet był zadowolony ze
wszystkich swoich podwładnych. Nie przepadał na przykład za generałem
Montgomerym i obawiał się, że w czasie inwazji może on być zbyt
ostrożny. Wiedział jednak, że Monty, jako jedyny dotąd bohater wojenny
Anglików, musi wziąć udział w tym przedsięwzięciu, i miał zamiar
współpracować z nim możliwie najefektywniej -?podobnie jak niegdyś
podczas kampanii śródziemnomorskiej. Również za zbyt ostrożnego i pesymistycznie nastawionego uważał wicemarszałka lotnictwa Trafforda
Leigh-Mallory'ego, niemniej postanowił wykrzesać z niego to, co
najlepsze. Bardzo lubił natomiast i podziwiał swego zastępcę, marszałka
lotnictwa Teddera, a także naczelnego dowódcę sił morskich, admirała
Bertrama Ramsaya. Współpracował z nimi blisko już podczas działań w rejonie Morza Śródziemnego.
Z amerykańskim dowódcą, generałem Omarem N. Bradleyem, Eisenhower z kolei przyjaźnił się jeszcze od czasów West Point i całkowicie ufał jego
opiniom. Z szefem swojego sztabu, generałem Walterem B. Smithem,
współpracował od połowy roku 1942. Opisywał go jako "doskonałego szefa
sztabu", równie pomocnego jak kula dla jednonogiego kaleki. "Szkoda, że
nie mam takich z tuzin -?powiedział do przyjaciela. -?Gdyby tak było,
kupiłbym sobie wędkę, a do domu co tydzień pisywałbym o moich
wspaniałych dokonaniach na wojnie".64
Rommel nigdy wcześniej nie współpracował z generałem Hansem von
Salmuthem, dowódcą 15 Armii, ani z generałem Friedriechem Dollmannem,
dowódcą 7 Armii. Z Salmuthem głośno się kłócił. Dollmann zaś miał
niewielkie doświadczenie, jeśli chodzi o walkę w polu, był słabego
zdrowia i nie przepadał za Rommlem. Ani Salmuth, ani Dollmann nie byli
fanatycznymi nazistami. Grupą pancerną na Zachodzie dowodził generał
baron Leo Geyr von Schweppenburg. Jako weteran Frontu Wschodniego był
przerażony propozycją Rommla, by użyć czołgów w charakterze zapory
ogniowej; jego zdaniem wykorzystanie ich jako stacjonarnej artylerii
byłoby błędem. Spór nie został rozstrzygnięty, ale nie miało to
znaczenia, ponieważ Rommel nie sprawował dowództwa nad grupą pancerną.
Rommel odprawił swego szefa sztabu. Jego następcą został generał Hans
Speidel -?pochodzący ze Szwabii, z okręgu Wirtembergii, oficer, który
walczył razem z Rommlem podczas I wojny światowej i służył z nim w wojsku w latach dwudziestych. Bardziej uświadomiony politycznie i krytycznie nastawiony niż jego zwierzchnik, aktywnie konspirował
przeciwko Hitlerowi. W końcu udało mu się przekonać Rommla, by
przyłączył się do spisku, który w pierwszych miesiącach 1944 zyskiwał
coraz szersze poparcie.
Tu tkwiła poważna różnica między Rommlem i Eisenhowerem. Eisenhower
całym sercem wierzył w sprawę, za którą walczył. Inwazja była dla niego
krucjatą mającą na celu uwolnienie Europy spod okupacji niemieckiej i zniszczenie już na zawsze zarazy, jaką był nazizm. Nienawidził nazistów
i wszystkiego, co sobą reprezentowali. Rommel, choć patriota, nie był
nazistą -?choć czasami przypochlebiał się Hitlerowi. Zbliżająca się
bitwa była dla niego starciem z wrogiem, do którego nigdy nie żywił
nienawiści i którego tak naprawdę szanował. Przygotowywał się do niej z chłodnym profesjonalizmem, nie traktując jej jako szczególnej misji.
Rozdział 4. Gdzie i kiedy?
4
Gdzie i kiedy?
W połowie marca 1943 roku, niedługo po bitwie o przełęcz Kasserine i niemal dwa miesiące przed ostatecznym zwycięstwem w Tunezji, Połączony
Komitet Szefów Sztabów mianował brytyjskiego generała porucznika, sir
Fredericka Morgana, szefem sztabu Naczelnego Dowództwa Alianckich Sił
Zbrojnych i powierzył mu zadanie "koordynowania i nadzoru planów
operacji przekroczenia kanału, przewidywanej w tym i następnym roku". W kolejnym miesiącu postanowiono, że inwazja nie nastąpi jednak w 1943
roku; ostateczna dyrektywa, wydana pod koniec kwietnia, dotyczyła
przygotowań do
zakrojonego na szeroką skalę ataku na kontynent, przewidzianego na 1944
rok -?najwcześniej jak to będzie możliwe.65
Trudno sobie wyobrazić mniej precyzyjne sformułowanie. Miejsce ataku,
"kontynent", mogło znajdować się pomiędzy Holandią a Brestem; określenie
"najwcześniej jak to będzie możliwe" wyznaczało przedział czasowy między
marcem a wrześniem 1944 roku. Morgan zebrał więc brytyjskich i amerykańskich oficerów, generała brygady Raya Barkera z armii
amerykańskiej mianował swoim zastępcą, a grupę nazwał COSSAC (Chief of
Staff to the Supreme Allied Commander -?szef sztabu Alianckiego
Naczelnego Dowództwa) -?od pierwszych liter nazwy swej funkcji -?i zabrał się do roboty.
COSSAC działał przy zasadniczym ograniczeniu -?opracowując plan inwazji
trzeba było mieć na uwadze, że liczba samolotów i okrętów desantowych,
jakie przydzielono do tej operacji, pozwala na użycie tylko trzech
dywizji. Ponadto należało się liczyć z tym, że Niemcy umocnią jeszcze
Wał Atlantycki, i wobec tego zrezygnować z pokusy rozszerzenia ataku. Od
początku więc COSSAC kierował się zasadą maksymalnej koncentracji sił.
Inwazja miała nastąpić w jednym miejscu, a dywizje wylądować tuż obok
siebie.
Pytanie tylko gdzie? Miejsce musiało spełniać wiele warunków. Musiało
leżeć w zasięgu alianckich myśliwców stacjonujących w Wielkiej Brytanii.
W pobliżu powinien znajdować się przynajmniej jeden większy port, który
należało zdobyć od strony lądu i jak najszybciej wykorzystać podczas
operacji. Nie wchodził w rachubę desant w tych rejonach, gdzie Wał
Atlantycki był już umocniony, to znaczy wokół francuskich portów:
katastrofalny w skutkach szturm Kanadyjczyków na Dieppe w sierpniu 1942
roku przekonał członków COSSAC, że bezpośredni atak frontalny na dobrze
broniony port może się nie powieść. Dlatego też plaże wybrane do desantu
powinny umożliwić sukcesywny wyładunek oddziałów oraz sprzętu
bezpośrednio z LST, a także mieć połączenie z siecią dróg pozwalających
na szybki, zmasowany atak w głąb lądu.
Takie były wymogi taktyczne. Większość z nich spełniały na przykład
śródziemnomorskie wybrzeża Francji czy wybrzeże Bretanii. Ze
strategicznego jednak punktu widzenia inwazja powinna mieć miejsce
najbliżej celu, czyli Zagłębia Ruhry, z tego oczywistego powodu, by
droga, jaką wojsko i zaopatrzenie miały pokonać, była możliwie
najkrótsza.
Holandia i Belgia miały doskonałe porty, ale znajdowały się one zbyt
blisko Niemiec i baz Luftwaffe, a tereny wokół nich były narażone na
zalanie i dobrze bronione. Wybrzeże Pas-de-Calais w najbardziej na
północ wysuniętej części Francji wydawało się idealne pod każdym niemal
względem oprócz jednego -?było tak oczywistym miejscem na dokonanie
desantu, że Niemcy wznieśli tu najsilniejsze fortyfikacje Wału
Atlantyckiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki