D-Day. 6 czerwca 1944 - Stephen E. Ambrose

Kup ebooka

71.90 zł
59.68 zł (57,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Zbie­ra­nie rela­cji uczest­ni­ków inwa­zji na Nor­man­dię w D-Day, 6 czerwca 1944 roku, roz­po­czął dok­tor For­rest Pogue. Był sier­żan­tem (z dok­toratem z histo­rii), pra­cu­ją­cym w zespole histo­ry­ków S.L.A. Mar­shalla w Army's Histo­ri­cal Sec­tion, któ­rzy na pole­ce­nie gene­rała Geo­rge'a C. Mar­shalla prze­pro­wa­dzali wywiady z żoł­nie­rzami róż­nych stopni, przy­go­to­wu­jąc ofi­cjalną histo­rię wojny. Efek­tem pracy tego zespołu stała się pozy­cja The U.S. Army in World War II, czyli seria potęż­nych tomów (zwana od koloru oprawy Zie­lo­nymi Książ­kami), cie­sząca się w świe­cie opi­nią rze­tel­nej i dokład­nej. W 1954 roku dok­tor Pogue opu­bli­ko­wał przed­ostatni tom w serii ETO1, The Supreme Com­mand, oparty na doku­men­tach SHAEF2 i wywia­dach, które autor prze­pro­wa­dził z Eisen­ho­we­rem, Mont­go­me­rym i ich naj­bliż­szymi współ­pra­cow­ni­kami. The Supreme Com­mand jest naprawdę wiel­kim dzie­łem i cią­gle pozo­staje mia­ro­dajną kro­niką dzia­łal­no­ści Naczel­nego Dowódz­twa.

W D-Day jed­nak dok­tor Pogue dzia­łał na samym końcu łań­cu­cha dowo­dze­nia. Znaj­do­wał się na pokła­dzie okrętu desan­to­wego LST, słu­żą­cego jako pły­wa­jący szpi­tal w rejo­nie plaży Omaha, i tego dnia roz­ma­wiał z żoł­nie­rzami o ich prze­ży­ciach. Była to pio­nier­ska praca, jeśli cho­dzi o zbie­ra­nie ust­nych rela­cji uczest­ni­ków dzie­jo­wych wyda­rzeń; póź­niej dok­tor Pogue został jed­nym z zało­ży­cieli Oral History Asso­cia­tion.

Kiedy zaczą­łem pracę u gene­rała Eisen­ho­wera jako edy­tor jego doku­men­tów z cza­sów wojny, dok­tor Pogue stał się dla mnie źró­dłem inspi­ra­cji, wzo­rem i prze­wod­ni­kiem. Oka­zał się kimś waż­nym nie tylko dla tej książki, ale także dla mnie oso­bi­ście, i to nie tylko jako autor inte­re­su­ją­cych mnie publi­ka­cji (wśród któ­rych jest czte­ro­to­mowa, kla­syczna już bio­gra­fia gene­rała Geo­rge'a C. Mar­shalla). Przez trzy­dzie­ści lat dzie­lił się ze mną swym cza­sem i mądrymi prze­my­śle­niami. Pod­czas kon­fe­ren­cji histo­rycz­nych, ośmiu dłu­gich podróży do Nor­man­dii i na inne euro­pej­skie pola walki, za pośred­nic­twem listów i tele­fo­nów w naj­roz­ma­it­szy spo­sób uczył mnie i zachę­cał do pracy.

Dok­to­rowi Pogue'owi winne są wdzięcz­ność setki mło­dych -?i nieco star­szych -?histo­ry­ków-bada­czy II wojny świa­to­wej i ame­ry­kań­skiej poli­tyki zagra­nicz­nej. Wycho­wał całe ich poko­le­nie. Dzie­lił się z nimi cza­sem i wie­dzą, wycho­dząc znacz­nie poza swoje obo­wiązki. Pod­czas kon­fe­ren­cji zawsze ota­czali go mło­dzi histo­rycy i absol­wenci uczelni, któ­rzy w ten spo­sób korzy­stali z oka­zji, by cze­goś się od niego dowie­dzieć, o on, jako praw­dzi­wie wielki czło­wiek, roz­ma­wia­jąc z nimi speł­niał swoje posłan­nic­two. Żaden z nas ni­gdy nie zdoła mu się za to odwdzię­czyć ani wyra­zić należ­nych podzię­ko­wań. Jako wybitna oso­bo­wość pozo­sta­wił ślad w naszym życiu i pomógł nam dosko­na­lić się w pracy. Był pierw­szym i jed­no­cze­śnie naj­lep­szym histo­ry­kiem zaj­mu­ją­cym się D-Day. To, że pozwo­lił dedy­ko­wać sobie tę książkę, jest dla mnie powo­dem do dumy i wiel­kiej satys­fak­cji.

Moje zain­te­re­so­wa­nia D-Day, zain­spi­ro­wane książ­kami dok­tora Pogue'a, wzmo­gły się jesz­cze, kiedy prze­czy­ta­łem The Lon­gest Day Cor­ne­liusa Ryana. Uwa­ża­łem wtedy, i na­dal uwa­żam, że jest to wspa­niały opis zma­gań wojen­nych. Choć nie zga­dzam się z Ryanem co do nie­któ­rych fak­tów z 6 czerwca 1944 roku i dosze­dłem do paru odmien­nych wnio­sków, muszę wyra­zić uzna­nie dla jego wiel­kiego dzieła.

Ta książka oparta jest w głów­nej mie­rze na ust­nych i pisem­nych rela­cjach uczest­ni­ków inwa­zji, które zbie­rane były przez pra­cow­ni­ków Eisen­ho­wer Cen­ter na Uni­ver­sity of New Orle­ans w ciągu jede­na­stu ostat­nich lat. Ośro­dek ten ma obec­nie w swo­ich archi­wach ponad tysiąc trzy­sta osiem­dzie­siąt rela­cji. Jest to naj­ob­szer­niej­szy zbiór wspo­mnień z jed­nej ope­ra­cji, jaki kie­dy­kol­wiek powstał. Choć ze względu na obję­tość książki nie mogłem zacy­to­wać wszyst­kich wypo­wie­dzi, każda z nich w jakiś spo­sób pomo­gła mi zro­zu­mieć wyda­rze­nia tam­tego dnia. Auto­rzy rela­cji są wymie­nieni w porządku alfa­be­tycz­nym na końcu książki. Wszyst­kim tym ludziom wyra­żam głę­bo­kie podzię­ko­wa­nia.

Obszerne wywiady z bry­tyj­skimi uczest­ni­kami D-Day prze­pro­wa­dził Rus­sell Mil­ler z Lon­dynu. Stu­denci pra­cu­jący w Eisen­ho­wer Cen­ter prze­pi­sali tek­sty nie­któ­rych nagra­nych przez niego taśm i za pozwo­le­niem autora zamie­ści­łem je w tej książce. Impe­rial War Museum w Lon­dy­nie rów­nież udo­stęp­niło mi taśmy z wywia­dami, które nagrano w ciągu minio­nych lat i które, podob­nie jak w poprzed­nim przy­padku, zostały prze­pi­sane w Eisen­ho­wer Cen­ter. André Heintz prze­pro­wa­dził zaś wywiady z miesz­kań­cami wybrzeża Calva­dos; znaj­dują się one w Mémorial-Musée pour la Paix w Caen i autor pozwo­lił mi z nich sko­rzy­stać. Nato­miast The Uni­ted Sta­tes Army Mili­tary Insti­tute w Car­li­sle Bar­racks, w Pen­syl­wa­nii, udo­stęp­nił mi zbiór wywia­dów prze­pro­wa­dzo­nych przez For­re­sta Pogue'a, Kena Hec­klera i innych.

Phil Jutras, ame­ry­kań­ski spa­do­chro­niarz, który osie­dlił się w Ste-M?re-Église i jest tam obec­nie dyrek­to­rem Musée des Tro­upes Aéroportées, także zbie­rał ustne rela­cje ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy i miesz­kań­ców mia­steczka, a następ­nie prze­ka­zał je do Eisen­ho­wer Cen­ter, dzięki czemu i ja mogłem się z nimi zapo­znać.

Kapi­tan Ron Drez z Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej USA, dowódca kom­pa­nii pie­choty w Khe Sanh w 1968 roku, jest wice­dy­rek­to­rem Eisen­ho­wer Cen­ter. Od pra­wie dzie­się­ciu lat pro­wa­dzi gru­powe i indy­wi­du­alne wywiady z wete­ra­nami pod­czas ich spo­tkań, zarówno w Nowym Orle­anie, jak i całym kraju. Nawią­zuje dosko­nały kon­takt z uczest­ni­kami D-Day. Jak mało kto potrafi skło­nić ich do wspo­mnień. Jego wkład do tej książki jest nie­oce­niony. Dok­tor Günter Bischof, Austriak, któ­rego ojciec był żoł­nie­rzem Wehr­machtu, a potem jako jeniec wojenny tra­fił do Ame­ryki, jest zastępcą dyrek­tora Eisen­ho­wer Cen­ter i prze­pro­wa­dzał wywiady z nie­miec­kimi wete­ra­nami. Jego zasług nie można prze­ce­nić. To wspa­niałe, że Drez i Bischof zna­leźli się wśród pra­cow­ni­ków EC.

Pani Kathi Jones rów­nież jest bar­dzo ważną osobą w Eisen­ho­wer Cen­ter. Bez niej nikt z nas nie mógłby nor­mal­nie pra­co­wać. Zaj­muje się kore­spon­den­cją, pro­wa­dzi rachunki i nasze ter­mi­na­rze, uma­wia nas na spo­tka­nia, orga­ni­zuje coroczne kon­fe­ren­cje, przy­dziela stu­den­tów do prze­pi­sy­wa­nia tek­stów, archi­wi­zuje rela­cje i wspo­mnie­nia, poszu­kuje wete­ra­nów, łago­dzi smutki i urazy, i gene­ral­nie pełni rolę naszego szefa sztabu. Jej odda­nie pracy i zdol­ność pro­wa­dze­nia tysięcy spraw zwią­za­nych z naszą dzia­łal­no­ścią są doprawdy wyjąt­kowe. Co wię­cej, wszystko to robi, nie tra­cąc pano­wa­nia nad sobą i dobrego humoru. Dwi­ght Eisen­ho­wer nazwał kie­dyś Beetle'a Smi­tha "wzo­ro­wym sze­fem sztabu". My to samo mówimy o Kathi Jones.

Pani Caro­lyn Smith, sekre­tarka Eisen­ho­wer Cen­ter, oraz pra­cu­jący tam stu­denci: Mar­risa Ahmed, Maria Andara Romain, Tracy Her­nan­dez, Jerri Bland, Scott Peebles, Peggy Iheme, Jogen Shu­kla i Elena Marina, absol­wenci uczelni: Jerry Stra­han, Olga Iva­nova i Gun­ther Bre­aux oraz ochot­nicy: puł­kow­nik James Moulis, Mark Swango, C.W. Unangst, John Daniel, Joe Flynn, John Niskoch, Joe Moly­son, Ste­pha­nie Ambrose Tubbs i Edie Ambrose zara­biają sta­now­czo za mało (albo wcale) i są prze­pra­co­wani. Pra­cują jed­nak z poświę­ce­niem; bez nich nie byłoby Eisen­ho­wer Cen­ter ani zbio­rów rela­cji ust­nych. Ci, któ­rzy je prze­pi­sują, mieli cią­głe pro­blemy z nazwami fran­cu­skich miej­sco­wo­ści (wyma­wia­nych w prze­różny spo­sób przez ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy), ale jakoś przez to prze­brnęli i teraz mają powody do satys­fak­cji. Jestem im ogrom­nie wdzięczny.

Eisen­ho­wer Cen­ter będzie na­dal zbie­rał ustne rela­cje i pisemne wspo­mnie­nia, doku­menty i listy uczest­ni­ków D-Day, żoł­nie­rzy róż­nych oddzia­łów i róż­nych naro­do­wo­ści, dopóki tylko będą żyli. Pro­simy wszyst­kich wete­ra­nów, by do nas pisali: Uni­ver­sity of New Orle­ans, New Orle­ans, La. 70148. Otrzy­mają instruk­cje, jak należy przy­go­to­wać to, co mają do opo­wie­dze­nia.

W 1979 roku mój drogi przy­ja­ciel, dok­tor Gor­don Muel­ler, namó­wił mnie, żebym popro­wa­dził objazd "Od D-Day do Renu śla­dami Ike'a". Imprezę zor­ga­ni­zo­wał pan Peter McLean z biura Peter McLean Ltd. w Nowym Orle­anie. Pan Richard Sala­man z Lon­dynu został naszym prze­wod­ni­kiem. Objazd ten był dla mnie wiel­kim prze­ży­ciem, przede wszyst­kim dla­tego, że brały w nim udział ponad dwa tuziny uczest­ni­ków D-Day -?od gene­ra­łów po sze­re­gow­ców -?któ­rzy na miej­scu opo­wia­dali mi o swo­ich prze­ży­ciach. Powtó­rzy­li­śmy tę imprezę osiem razy. McLean i Sala­man oka­zali się dosko­na­łymi współ­pra­cow­ni­kami i wspa­nia­łymi przy­ja­ciółmi. Dzięki nim znacz­nie lepiej znam i rozu­miem wyda­rze­nia D-Day.

Podobną rolę ode­grali inni, naukowcy, auto­rzy, doku­men­ta­li­ści i wete­rani, lecz jest ich zbyt wielu, by można było zamie­ścić wszyst­kie nazwi­ska -?oni wie­dzą, że o nich pamię­tam.

Alice May­hew była, jak zwy­kle, wspa­nia­łym wydawcą. Jej zespół w wydaw­nic­twie Simon&Schu­s­ter, a zwłasz­cza Eli­za­beth Stein, wyko­nał świetną robotę. Mój agent, John Ware, słu­żył mi wspar­ciem i zachętą.

Moja żona, Moira, była part­ne­rem w tym przed­się­wzię­ciu, prze­la­ty­wała nad Atlan­ty­kiem tam i z powro­tem, brała także udział w spo­tka­niach wete­ra­nów w Sta­nach. Każdy z setek żoł­nie­rzy, któ­rzy ją poznali, przy­zna, że cudow­nie potra­fiła nawią­zać kon­takt, stwo­rzyć atmos­ferę do roz­mowy i wpra­wić w dobry nastrój. Z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem słu­chała ich opo­wie­ści, przy­da­jąc kobie­cego wdzięku naszym posił­kom, spo­tka­niom, wędrów­kom po polach walki i podró­żom samo­lo­to­wym. Ponadto, jak w przy­padku wszyst­kich moich publi­ka­cji, była ich pierw­szym i kry­tycz­nym czy­tel­ni­kiem. Jej rola w mojej pracy i całym życiu jest nie­oce­niona; jest dla mnie rów­nie droga jak życie.

Jak usi­ło­wa­łem poka­zać w poprzed­nich aka­pi­tach, ta książka jest wyni­kiem pracy zespo­ło­wej. Byłoby mi miło, gdyby spodo­bała się gene­ra­łowi Eisen­ho­we­rowi. Od chwili, gdy objął sta­no­wi­sko naczel­nego dowódcy Allied Expe­di­tio­nary Force aż do przy­ję­cia kapi­tu­la­cji Nie­miec pod­kre­ślał zna­cze­nie współ­pracy. Ze wszyst­kich cech jego cha­rak­teru, jako przy­wódcy wie­lo­na­ro­do­wej kru­cjaty w Euro­pie, naj­waż­niej­sza dla zwy­cię­stwa oka­zała się wła­śnie wola współ­dzia­ła­nia.

Gene­rał Eisen­ho­wer wie­lo­krot­nie mówił o roli "furii pobu­dzo­nej do dzia­ła­nia demo­kra­cji". To wła­śnie 6 czerwca 1944 roku i pod­czas dal­szej kam­pa­nii zachod­nie demo­kra­cje dały wyraz tej swo­jej furii. Suk­ces tego wiel­kiego i szla­chet­nego przed­się­wzię­cia był zara­zem trium­fal­nym zwy­cię­stwem demo­kra­cji nad sys­te­mem tota­li­tar­nym. Jako pre­zy­dent Eisen­ho­wer pod­kre­ślał, że pra­gnął, aby demo­kra­cja prze­trwała nad­cho­dzące wieki. Ja rów­nież tego pra­gnę. Żywię głę­boką nadzieję, że ta książka, która jest w grun­cie rze­czy peanem na cześć demo­kra­cji, cho­ciaż w małej mie­rze przy­czyni się do reali­za­cji owego wiel­kiego celu.

Ste­phen E. Ambrose Dyrek­tor Eisen­ho­wer Cen­ter na Uni­ver­sity of New Orle­ans

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Euro­pean The­atre of Ope­ra­tions. [wróć]

2. Supreme Headqu­ar­ters Allied Expe­di­tio­nary Force. [wróć]

3. Czas bry­tyj­ski, wpro­wa­dzony dla oszczę­dza­nia ener­gii elek­trycz­nej, był póź­niej­szy w sto­sunku do fran­cu­skiego o godzinę. W całej oku­po­wa­nej przez Niem­ców Euro­pie obo­wią­zy­wał czas ber­liń­ski, o dwie godziny wcze­śniej­szy niż angiel­ski. [wróć]

4. Coup de main -?jed­nym ude­rze­niem [przyp. wyd.]. [wróć]

5. Kara­bin maszy­nowy na trój­nogu, szyb­ko­strzel­ność do ośmiu­set poci­sków na minutę [przyp. wyd.]. [wróć]

6. Była to naj­bar­dziej nie­do­rzeczna ze wszyst­kich jego nie prze­my­śla­nych decy­zji. Hitler nie musiał przyjść z pomocą Japo­nii, nie wyma­gał tego "pakt sta­lowy", jako że układ ten miał słu­żyć celom obron­nym. Gdyby jedna ze stron układu (Wło­chy, Niemcy czy Japo­nia) została zaata­ko­wana, pozo­stałe były zobo­wią­zane udzie­lić jej wspar­cia. Ale to nie Japo­nia została zaata­ko­wana 7 grud­nia -?zresztą pań­stwo to nie przy­szło z pomocą Niem­com, gdy w czerwcu 1941 roku roz­po­częli wojnę ze Związ­kiem Radziec­kim.\ Była to także naj­bar­dziej samo­dzielna decy­zja Hitlera. To bar­dzo dziwne, ale nie kon­sul­to­wał jej z nikim. Porzu­cił swój dłu­go­ter­mi­nowy plan zawład­nię­cia świa­tem, zgod­nie z któ­rym osta­teczna roz­prawa ze Sta­nami Zjed­no­czo­nymi miała przy­paść następ­nemu poko­le­niu, dys­po­nu­ją­cemu już zaso­bami natu­ral­nymi Związku Radziec­kiego i reszty Europy. Można by się spo­dzie­wać, że Hitler przy­naj­mniej zapyta swo­ich dowód­ców, jakie skutki pocią­gnie za sobą wypo­wie­dze­nie wojny Sta­nom Zjed­no­czo­nym, że zasię­gnie opi­nii Goeringa, Him­m­lera, Goeb­belsa i innych. Nie roz­ma­wiał jed­nak o tym z nikim; 11 grud­nia po pro­stu ogło­sił swoją decy­zję Reich­sta­gowi. Zob. Seba­stian Haf­f­ner, The Meaning of Hitler, prze­kład z nie­miec­kiego na angiel­ski Ewald Osers (Cam­bridge, Mas­sa­chu­setts, Harvard Uni­ver­sity Press 1979), s. 120. [wróć]

7. Dyrek­tywa nr 51 została zamiesz­czona w: Gor­don A. Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack (Dept. of the Army, Washing­ton,1951), s. 464-467. [wróć]

8. Erwin Rom­mel, The Rom­mel Papers, oprac. B.H. Lid­dell Hart (Har­co­urt Brace, New York, 1953), s. 466. [wróć]

9. Samuel Mit­cham, Rom­mel's Last Bat­tle: The Desert Fox and the Nor­mandy Cam­pa­ign (Stein & Day, New York, 1983), s. 44-45. [wróć]

10. Odrzu­towce były napę­dzane pali­wem syn­te­tycz­nym, pro­du­ko­wa­nym mię­dzy innymi z alko­holu, który wytwa­rzano z zebra­nych w 1944 roku ziem­nia­ków. Naród nie­miecki zapła­cił w 1945 roku strasz­liwą cenę za to sza­leń­stwo [przyp. wyd.]. [wróć]

11. Ralph Wil­liams, The Short, Unhappy Life of the Mes­ser­sch­mitt ME-262, 6 kwiet­nia 1960, Dwi­ght D. Eisen­ho­wer Library, Abi­lene, Kan­sas. [wróć]

12. John Keegan, Six Armies in Nor­mandy: From D-Day to the Libe­ra­tion of Paris (Pen­guin Books, New York, 1983), s. 332. [wróć]

13. Robert Bre­wer, wywiad, EC. [wróć]

14. Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack, s. 145-147; U.S. War Depart­ment, Hand­book on Ger­man Mili­tary For­ces (L.S.U. Press, Baton Rouge, La, 1990), s. 57. [wróć]

15. U.S. War Depart­ment, Hand­book on Ger­man Mili­tary For­ces, s. 2. [wróć]

16. Mit­cham, Rom­mel's Last Bat­tle, s. 26. [wróć]

17. Dyrek­tywa nr 40 zamiesz­czona w: Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack, s. 459-463. [wróć]

18. Ibi­dem, s. 136. [wróć]

19. Ibi­dem, s. 136-137. [wróć]

20. Wywiad Hec­klera z War­li­mon­tem, 19-20 lipca 1945, Ame­ri­can Mili­tary Insti­tute, Car­li­sle, Pa. [wróć]

21. Carlo D'Este, Deci­sion in Nor­mandy (Col­lins, Lon­don, 1983), s. 21. [wróć]

22. Samuel Eliot Mori­son, The Inva­sion of France and Ger­many 1944-1945 (Lit­tle, Brown, Boston, 1959), s. 152-153. [wróć]

23. Dys­ku­sja na temat łodzi desan­to­wych, zob.: Gor­don Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack (Dept. of the Army, Washing­ton, 1951), s. 59-63. [wróć]

24. Geof­frey Per­ret, There's a War to Be Won: The Uni­ted Sta­tes Army in World War II, Ran­dom House, New York, 1992, s. 110-112. [wróć]

25. Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack, s. 64. [wróć]

26. Jerry Stra­han, wywiad, EC. [wróć]

27. Po woj­nie Hig­gins popadł w kło­poty, nie­jed­no­krot­nie ze swo­jej winy. Nie był dobrym biz­nes­me­nem. Nie potra­fił ogra­ni­czyć dzia­łal­no­ści prze­my­sło­wej, bo nie chciał pozba­wiać pracy swo­ich robot­ni­ków. Wal­czył ze związ­kami zawo­do­wymi i prze­grał. Wyprze­dził swoje czasy, podej­mu­jąc pro­duk­cję heli­kop­te­rów, żagló­wek, jach­tów moto­ro­wych, przy­czep kem­pin­go­wych i tego typu sprzętu, który nie­ba­wem miał zyskać na popu­lar­no­ści, ale w latach 1946-1947 było nań jesz­cze za wcze­śnie. Hig­gins był wspa­nia­łym pro­jek­tan­tem, ale kiep­sko znał się na mar­ke­tingu; potra­fił dosko­nale zor­ga­ni­zo­wać pro­duk­cję, ale fatal­nie pro­wa­dził księ­go­wość. W końcu splaj­to­wał. Hig­gins Indu­stries upa­dły. Ten czło­wiek jed­nak wygrał dla nas wojnę i to wstyd, że ani naród, ani Nowy Orlean o nim nie pamię­tają. [wróć]

28. Per­ret, There's a War to Be Won, s. 124. [wróć]

29. Carl Weast, wywiad, EC. [wróć]

30. Car­wood Lip­ton, wywiad, EC. [wróć]

31. Paul Fus­sell, War­time: Under­stan­ding and Beha­vior in the Second World War (Oxford Uni­ver­sity Press, New York, Oxford, 1989), s. 282. [wróć]

32. Char­les East, wywiad, EC. [wróć]

33. Max Hastings, Over­lord: D-Day and the Bat­tle for Nor­mandy (Simon & Schu­s­ter, New York, 1984), s. 317. [wróć]

34. John Howard, wywiad, EC. [wróć]

35. Hastings, Over­lord, s. 25. [wróć]

36. Ibi­dem, s. 24. [wróć]

37. Sidey to Ambrose, 9 lipca 1992, EC. [wróć]

38. Mul­ber­ries nie­długo były w uży­ciu; silny sztorm, jaki miał miej­sce dwa tygo­dnie po D-Day, cał­ko­wi­cie znisz­czył port ame­ry­kań­ski i poważ­nie uszko­dził bry­tyj­ski. Ponie­waż w inwa­zji uczest­ni­czyło tak wiele LST, które mogły samo­dziel­nie wysa­dzić ludzi i sprzęt na brzeg, zaczęto się zasta­na­wiać, czy rze­czy­wi­ście warto było poświę­cić tak dużo mate­riału, a także pracy ludz­kiej na budowę Mul­ber­ries. Rus­sell Weigley twier­dzi, że tak. Pisze bowiem: "Gdyby nie pomysł wyko­rzy­sta­nia Mul­ber­ries, które pozwa­lały prze­kształ­cić plaże w porty, Chur­chill wraz ze swoim rzą­dem praw­do­po­dob­nie wyco­fałby się z ope­ra­cji Over­lord" (Rus­sell Weigley, Eisen­ho­wer's Lieu­te­nants: The Cam­pa­igns of France and Ger­many, 1944-1945, s. 103, Indiana Uni­ver­sity Press, Blo­oming­ton 1981) [przyp. wyd.]. [wróć]

39. Nad zła­ma­niem szy­fru Enigmy -?nie­miec­kiej maszyny kodu­ją­cej pol­scy mate­ma­tycy roz­po­częli pracę w począt­kach lat trzy­dzie­stych. W parę lat póź­niej zbu­do­wali replikę Enigmy i zła­mali szy­fry nie­miec­kie. W lipcu 1939 roku egzem­pla­rze Enigmy pol­ski wywiad prze­ka­zał przed­sta­wi­cie­lom wywia­dów Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Bry­tyj­czycy udo­sko­na­lili pol­skie metody dekryp­tażu Enigmy w sys­te­mie Ultra [przyp. wyd.]. [wróć]

40. Zob.: J.C. Master­man, The Double-Cross Sys­tem in the War of 1939-1945 (Yale Uni­ver­sity Press, New Haven, 1972); Ronald Lewin, Ultra Goes to War (Hut­chin­son, Lon­don, 1978). [wróć]

41. Axis (ang.) -?oś w sen­sie poli­tycz­nym. Axis Sally zna­czy więc Sally z Osi [przyp. wyd.]. [wróć]

42. Gor­don Car­son, wywiad, EC. [wróć]

43. Dzie­ciń­stwo i mło­dość Rom­mla zob.: David Irving, The Trail of the Fox (Dut­ton, New York, 1977); dzie­ciń­stwo i mło­dość Eisen­ho­wera zob.: S.E. Ambrose, Eisen­ho­wer: Sol­dier, Gene­ral of the Army, Pre­si­dent-Elect, 890-1952 (Simon & Schu­s­ter, New York, 1983). [wróć]

44. Irving, The Trail of the Fox, s. 14-15. [wróć]

45. Ambrose, Eisen­ho­wer, s. 63. [wróć]

46. Ed Thayer do matki, 11 stycz­nia 1918, Eisen­ho­wer Library, Abi­lene, Kan­sas (dalej w skró­cie: EL). [wróć]

47. Irving, The Trail of the Fox, s. 25. [wróć]

48. Ambrose, Eisen­ho­wer, s. 93. [wróć]

49. Hans von Luck, Pan­zer Com­man­der: The Memo­irs of Colo­nel Hans von Luck (Pra­eger, New York, 1989), s. 103-104. [wróć]

50. Ste­phen E. Ambrose, Eisen­ho­wer: Sol­dier and Pre­si­dent (Simon & Schu­s­ter, New York, 1990), s. 88. [wróć]

51. Z pierw­szego szkicu wspo­mnień Eisen­ho­wera, EL. Eisen­ho­wer nie chciał publi­ko­wać tego frag­mentu. [wróć]

52. Mar­tin Blu­men­son, Rom­mel, [w:] The Simon & Schu­s­ter Encyc­lo­pe­dia of World War II, oprac. Tho­mas Par­rish (Simon & Schu­s­ter, New York, 1978), s. 532. [wróć]

53. Listy Eisen­ho­wera, zob.: Let­ters to Mamie, oprac. John S.D. Eisen­ho­wer (Double­day, Gar­den City, New York, 1978); listy Rom­mla zob.: Irving, The Trail of the Fox, gdzie wiele z nich cytuje. [wróć]

54. Irving, The Trail of the Fox, s. 313. [wróć]

55. Samuel Mit­cham jr., Rom­mel's Last Bat­tle: The Desert Fox and the Nor­mandy Cam­pa­ign (Stein & Day, New York, 1983), s. 18-21. [wróć]

56. Fran­klin Delano Roose­velt do Sta­lina, 5 grud­nia 1943, EL. [wróć]

57. Ber­nard Law Mont­go­mery, Memo­irs (World, Cle­ve­land, 1958), s. 484. [wróć]

58. Cun­nin­gham do Eisen­ho­wera, 21 paź­dzier­nika 1943, EL. [wróć]

59. Dwi­ght D. Eisen­ho­wer, Cru­sade in Europe (Double­day, Gar­den City, New York, 1948), s. 206-207. [wróć]

60. Irving, The Trail of the Fox, s. 317. [wróć]

61. Eisen­ho­wer, Cru­sade in Europe, s. 220. [wróć]

62. Irving, The Trail of the Fox, s. 324. [wróć]

63. Eisen­ho­wer do Połą­czo­nego Komi­tetu Sze­fów Szta­bów, 23 stycz­nia 1944, EL. [wróć]

64. Ambrose, Eisen­ho­wer: Sol­dier, Gene­ral of the Army, Pre­si­dent-Elect, s. 187-188. [wróć]

65. Gor­don A. Har­ri­son, Cross-Chan­nel Attack (Dept. of the Army, Washing­ton, 1951), s. 48-49. [wróć]

Prolog

Pro­log

Szes­na­ście minut po pół­nocy, 6 czerwca 1944 roku3 nad kana­łem Caen, jakieś pięć­dzie­siąt metrów od mostu obro­to­wego, wylą­do­wał szy­bo­wiec Horsa. Porucz­nik Den Bro­the­ridge, pro­wa­dzący dwu­dzie­stu ośmiu ludzi z 1 Plu­tonu Kom­pa­nii D, Pułku Pie­choty Lek­kiej hrabstw Oxford i Buc­kin­gham, bry­tyj­skiej 6 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej, wydo­stał się z samo­lotu. Chwy­cił za ramię sier­żanta Jacka "Billa" Baileya, dowódcę dru­żyny, i szep­nął mu do ucha: "Bierz swo­ich chłop­ców i w drogę". Bailey wyru­szył więc z grupą, by obrzu­cić gra­na­tami bun­kier przy moście, gdzie, jak wie­dziano, znaj­do­wał się kara­bin maszy­nowy. Porucz­nik Bro­the­ridge zebrał pozo­sta­łych żoł­nie­rzy z plu­tonu, rzu­cił szep­tem: "Dalej, chło­paki!" i zaczął biec w stronę mostu. Nie­miecka obrona obiektu w sile ponad pięć­dzie­się­ciu ludzi nie zda­wała sobie sprawy, że od dawna spo­dzie­wana inwa­zja wła­śnie się zaczęła.

Gdy Bro­the­ridge i jego ludzie wspięli się szybko po nasy­pie i wbie­gli na most, sie­dem­na­sto­letni sze­re­go­wiec Hel­mut Romer, jeden z dwóch nie­miec­kich war­tow­ni­ków, ujrzał zbli­ża­ją­cych się z naprze­ciwka dwu­dzie­stu jeden bry­tyj­skich spa­do­chro­nia­rzy, któ­rzy w jego odczu­ciu poja­wili się dosłow­nie zni­kąd. Wszy­scy trzy­mali broń gotową do strzału. Romer odwró­cił się i prze­biegł przez most. Mija­jąc kolegę war­tow­nika, krzyk­nął: "Spa­do­chro­nia­rze!" Ten wycią­gnął Leucht­pi­stole (rakiet­nicę) i wystrze­lił; Bro­the­ridge posłał w jego kie­runku serię trzy­dzie­stu dwóch poci­sków ze Stena.

Były to pierw­sze strzały z tych, jakie miały zostać oddane przez sto sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy żoł­nie­rzy i mary­na­rzy, Bry­tyj­czy­ków, Ame­ry­ka­nów, Kana­dyj­czy­ków, Fran­cu­zów, Pola­ków, Nor­we­gów i przed­sta­wi­cieli innych naro­dów, nale­żą­cych do Alianc­kich Eks­pe­dy­cyj­nych Sił Zbroj­nych, któ­rzy przez następne dwa­dzie­ścia cztery godziny uczest­ni­czyli w inwa­zji na Nor­man­dię. Tra­fiony war­tow­nik stał się pierw­szym Niem­cem pole­głym w obro­nie Euro­pej­skiej For­tecy Hitlera.

Dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni Bro­the­ridge przy­go­to­wy­wał się do tej chwili od dwóch lat, a do tej szcze­gól­nej akcji opa­no­wa­nia mostu poprzez coup de main4 -?od sze­ściu mie­sięcy. Został awan­so­wany z sze­re­gowca; dowódca jego kom­pa­nii, major John Howard, zare­ko­men­do­wał go do Jed­nostki Szko­le­nia Ofi­ce­rów (OCTU) w 1942 roku. Pozo­stali ofi­ce­ro­wie w plu­to­nie mieli wyż­sze wykształ­ce­nie, byli, jeśli nie bogaci, to zamożni, i wywo­dzili się albo z ary­sto­kra­cji, albo przy­naj­mniej z klasy wyż­szej. Kiedy więc Bro­the­ridge wró­cił do jed­nostki jako ofi­cer, zacho­wy­wali się wobec niego z pewną rezerwą, bo jak mówili, "to nie jest, rozu­miesz, jeden z naszych".

Bro­the­ridge grał na przy­kład w piłkę nożną, a nie w kry­kieta. Był dosko­na­łym spor­tow­cem i wszy­scy prze­wi­dy­wali, że po woj­nie zosta­nie zawo­do­wym pił­ka­rzem. Łatwo nawią­zy­wał kon­takt z ludźmi i ni­gdy nie odczu­wał tej wiel­kiej prze­pa­ści, jaka czę­sto dzieli bry­tyj­skich ofi­ce­rów od sze­re­gow­ców.

Bro­the­ridge miał zwy­czaj przy­cho­dzić wie­czo­rem do koszar, sia­dał na pry­czy swego ordy­nansa i roz­ma­wiał z chłop­cami o piłce noż­nej. Przy­no­sił ze sobą ofi­cerki i w cza­sie roz­mowy je pasto­wał. Sze­re­gowy Wally Parr ni­gdy nie zapo­mniał tego widoku: bry­tyj­ski porucz­nik pole­ro­wał swoje buty, pod­czas gdy jego ordy­nans leżał na posła­niu, gawę­dząc o Man­che­ster Uni­ted, West Ham i innych dru­ży­nach pił­kar­skich.

Den Bro­the­ridge był chu­dym, weso­łym, sym­pa­tycz­nym face­tem i kole­dzy ofi­ce­ro­wie szybko prze­ko­nali się do niego. Wszy­scy go podzi­wiali; uczciwy, sumienny, wyma­ga­jący, szybko się uczył, naj­le­piej w całej kom­pa­nii znał się na róż­nych rodza­jach broni; był zdol­nym nauczy­cie­lem i pojęt­nym uczniem, uro­dzo­nym dowódcą. Kiedy major Howard zapro­po­no­wał, by Bro­the­ridge sta­nął na czele 1 Plu­tonu, pozo­stali porucz­nicy w kom­pa­nii zgo­dzili się, że Den zasłu­guje na to, by popro­wa­dzić do akcji w D-Day pierw­szą grupę żoł­nie­rzy. Bro­the­ridge był jed­nym z wielu młod­szych ofi­ce­rów w armii bry­tyj­skiej, naj­lep­szych ludzi, jakich wydał ten kraj, któ­rzy wal­czyli o wol­ność, ryzy­ku­jąc życie.

Młody porucz­nik miał jed­nak wię­cej do stra­ce­nia w tej walce niż inni, ponie­waż był jed­nym z nie­licz­nych żona­tych żoł­nie­rzy w Kom­pa­nii D, a jego żona Mar­ga­ret była w ósmym mie­siącu ciąży. Lecąc nad kana­łem La Man­che, myślał o przy­szło­ści swego nie naro­dzo­nego dziecka.

Krzyk Romera, rakieta wystrze­lona z Leucht­pi­stole i seria ze Stena zaalar­mo­wały nie­miec­kich żoł­nie­rzy sie­dzą­cych w gniaz­dach broni maszy­no­wej i kry­tych tran­sze­jach po obu stro­nach mostu. Natych­miast otwo­rzyli ogień z kara­bi­nów maszy­no­wych MG-345 i pisto­le­tów maszy­no­wych.

Bro­the­ridge, znaj­du­jący się nie­mal po dru­giej stro­nie mostu na czele strze­la­ją­cych w biegu żoł­nie­rzy, wycią­gnął gra­nat i rzu­cił go w stronę gniazda broni maszy­no­wej po pra­wej stro­nie. W tym samym momen­cie został tra­fiony poci­skiem w szyję. Upadł twa­rzą do przodu. Jego ludzie minęli go. Tuż za nimi bie­gli żoł­nie­rze z dwóch innych plu­to­nów, któ­rzy przy­le­cieli dwoma kolej­nymi szy­bow­cami. Chłopcy z Kom­pa­nii D szybko oczy­ścili gniazda broni maszy­no­wej i tran­szeje, tak że dwa­dzie­ścia jeden minut po pół­nocy w naj­bliż­szym sąsiedz­twie mostu nie było już żad­nego wroga -?wszy­scy albo zostali zabici, albo ucie­kli.

Sze­re­gowy Parr ruszył na poszu­ki­wa­nie Bro­the­ridge'a, który miał być na sta­no­wi­sku dowo­dze­nia w kawia­rence przy moście.

-?Gdzie jest Danny? -?zapy­tał innego sze­re­gowca. (Pod­władni zwra­cali się do porucz­nika "Mr. Bro­the­ridge", ofi­ce­ro­wie zaś mówili do niego "Dan". Wszy­scy jed­nak myśleli o nim i nazy­wali go po pro­stu "Danny".)

-?Gdzie Danny? -?powtó­rzył Parr.

Zapy­tany nie wie­dział. Parr pobiegł pod kawiar­nię. Zna­lazł Bro­the­ridge'a leżą­cego na dro­dze naprze­ciwko kafejki. Miał otwarte oczy i poru­szał ustami, ale Parr nie mógł zro­zu­mieć jego słów. Sze­re­gowy pomy­ślał: Co za strata! Tyle lat przy­go­to­wań do tej roboty -?a wszystko trwało zale­d­wie parę sekund i bie­dak leży roz­cią­gnięty na ziemi.

Noszowi zabrali Bro­the­ridge'a do punktu medycz­nego po dru­giej stro­nie mostu. Lekarz kom­pa­nii, John Vau­ghan, zoba­czył ran­nego porucz­nika "leżą­cego na ple­cach i patrzą­cego w gwiazdy -?wyglą­dał na strasz­nie zdzi­wio­nego, po pro­stu zdzi­wio­nego". Zro­bił mu zastrzyk z mor­finy i zaczął opa­try­wać ranę po poci­sku na jego szyi. Zanim zakoń­czył udzie­la­nie pierw­szej pomocy, Bro­the­ridge sko­nał. Był pierw­szym alianc­kim żoł­nie­rzem, zabi­tym przez wroga w D-Day.

Porucz­nik Robert Mason Mathias dowo­dził 2 Plu­to­nem Kom­pa­nii E 508 Pułku Pie­choty Spa­do­chro­no­wej ame­ry­kań­skiej 82 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej. O pół­nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku leciał Dakotą C-47 nad kana­łem La Man­che, kie­ru­jąc się ku brze­gom Nor­man­dii. Dwie godziny póź­niej samo­lot zna­lazł się nad Fran­cją i został kil­ka­krot­nie ostrze­lany przez nie­miec­kie działa prze­ciw­lot­ni­cze. O godzi­nie 2.27 porucz­nik Mathias zoba­czył, że nad otwar­tymi drzwiami samo­lotu zapa­liło się czer­wone świa­tełko -?znak, żeby się przy­go­to­wać.

-?Wstać i zaha­czyć się! -?zawo­łał do szes­na­stu ludzi za sobą, przy­cze­pił sprzączkę spa­do­chronu do linki bie­gną­cej wzdłuż pod dachem samo­lotu.

Pod­szedł do drzwi, gotów wysko­czyć, gdy tylko pilot uzna, że maszyna zna­la­zła się w rejo­nie zrzutu, i włą­czy zie­loną lampkę.

Tym­cza­sem Niemcy poni­żej strze­lali wście­kle do armady powietrz­nej ośmiu­set dwu­dzie­stu dwóch C-47, trans­por­tu­ją­cych żoł­nie­rzy z 82 i 101 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wych na teren inwa­zji. Czte­ro­lu­fowe działka prze­ciw­lot­ni­cze 20 mm Fla­kvier­ling-38 roz­świe­tlały niebo eks­plo­zjami, a poci­ski smu­gowe z kara­bi­nów maszy­no­wych -?zie­lone, żółte, czer­wone, nie­bie­skie, białe -?ryso­wały łuki na nie­bie. Widok był wspa­niały (pra­wie każdy spa­do­chro­niarz pomy­ślał zapewne, że tak nie­sa­mo­wi­tego pokazu fajer­wer­ków nie widział nawet z oka­zji święta 4 Lipca) i jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­jący. Na każdą smugę przy­pa­dało bowiem pięć ostrych poci­sków - nie­wi­docz­nych, ale dobrze sły­szal­nych, bo ude­rzały o skrzy­dła samo­lo­tów, wyda­jąc dźwięk przy­po­mi­na­jący grze­cho­ta­nie kamy­ków w bla­sza­nej puszce. Lecące nie wyżej niż trzy­sta metrów nad zie­mią, z pręd­ko­ścią około dwu­stu kilo­me­trów na godzinę, C-47 sta­no­wiły łatwy cel.

Patrząc w kie­runku drzwi, porucz­nik Mathias widział ten sza­le­jący ostrzał. Praw­do­po­dob­nie od wystrze­lo­nego poci­sku smu­go­wego zapa­liła się sto­jąca na skraju Ste-M?re-Église sto­doła, która pło­nęła, oświe­tla­jąc łuną hory­zont. C-47 wyko­nał zwód, darem­nie pró­bu­jąc umknąć przed ostrza­łem, ludzie za ple­cami Mathiasa zaczęli wykrzy­ki­wać: "Ruszajmy!", "Na miłość boską, wyska­kujmy!" albo "Skaczmy, do cho­lery, skaczmy!" Kiedy kilka poci­sków kara­bi­nów maszy­no­wych prze­biło kadłub, wszy­scy instynk­tow­nie osło­nili kro­cza. Mieli za sobą z tuzin albo wię­cej sko­ków ćwi­czeb­nych i ni­gdy nie myśleli, że będą tak się rwali do opusz­cze­nia lecą­cego samo­lotu.

Mathias oparł ręce na zewnętrz­nej stro­nie drzwi, gotów wysko­czyć w noc, gdy tylko zapali się zie­lona lampka. Tuż obok niego nastą­pił wybuch. Czer­wony pocisk smu­gowy roz­pruł zapa­sowy spa­do­chron na jego piersi, ści­na­jąc porucz­nika z nóg. Z wiel­kim wysił­kiem Mathias zaczął się pod­no­sić. Zapa­liło się zie­lone świa­tełko.

Dwu­dzie­sto­ośmio­letni Mathias był mniej wię­cej o pięć lat star­szy od pozo­sta­łych porucz­ni­ków w "pięć­set ósmym", ale wyglą­dał mło­dziej. Miał typowe dla Irland­czy­ków rudo­blond włosy i piegi, które nada­wały mu chło­pięcy wygląd. Szczu­pły i wysoki (sto osiem­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try wzro­stu i osiem­dzie­siąt kilo wagi), był w dosko­na­łej for­mie -?same muskuły bez grama tłusz­czu -?i wystar­cza­jąco silny, by prze­żyć ude­rze­nie, które powa­li­łoby wołu, więc nie­mal natych­miast przy­szedł do sie­bie. Wstał i zajął poprzed­nią pozy­cję przy drzwiach.

Była to akcja, jakiej żoł­nie­rze z plu­tonu spo­dzie­wali się po Bobie Mathia­sie. Porucz­nik cie­szył się ogromną popu­lar­no­ścią wśród pod­wład­nych i kole­gów ofi­ce­rów. Od dwóch lat przy­go­to­wy­wał się ze swo­imi ludźmi do tej chwili. Wszy­scy uwa­żali go za abso­lut­nie uczci­wego i cał­ko­wi­cie odda­nego spra­wie, któ­rej słu­żył. Był naj­lep­szym bok­se­rem w pułku i zna­ko­mi­tym pie­chu­rem. Pew­nego razu, pod­czas czter­dzie­sto­ki­lo­me­tro­wego mar­szu tre­nin­go­wego, będą­cego dla żoł­nie­rzy z plu­tonu ciężką próbą wytrzy­ma­ło­ści, jeden z jego ludzi się pod­dał. Mathias pod­niósł go i tasz­czył przez ostatni kilo­metr.

Jego pod­władny, sze­re­go­wiec Harold Cava­naugh, opo­wiada, w jaki spo­sób Mathias cen­zu­ro­wał pocztę: "Czy­nił ogromne wysiłki, by patrzeć jedy­nie na zawar­tość listu. Nazwi­sko autora spraw­dzał tylko wtedy, gdy w tek­ście było coś, co nie powinno się tam zna­leźć. Oso­bi­ście zano­sił list do autora, żeby wyja­śnić, dla­czego pewne par­tie należy usu­nąć. Po koniecz­nych popraw­kach list mógł zostać wysłany. Było bar­dzo mało praw­do­po­dobne, by zagi­nął w dro­dze, więc autor zawsze miał pew­ność, że adre­sat go prze­czyta".

Mathias był żar­li­wym kato­li­kiem. Cho­dził na mszę tak czę­sto, jak to było moż­liwe, i robił wszystko, by i jego ludzie mogli uczest­ni­czyć w obrząd­kach reli­gij­nych. Ni­gdy nie klął. Dowódca jego kom­pa­nii powie­dział: "Naj­tward­szego faceta potra­fił zmu­sić do posłu­szeń­stwa; nikt ni­gdy jed­nak nie sły­szał, by użył słowa "cho­lera" czy "psia­krew"".

Kiedy ktoś w 2 Plu­to­nie miał jakiś pro­blem, Mathias od razu to wyczu­wał. Deli­kat­nie pro­po­no­wał pomoc, ale ni­gdy się nie narzu­cał. Jeden z jego sze­re­gow­ców wspo­mina: "Był wyro­zu­miały, ale ni­gdy nie rezy­gno­wał ze swo­ich wyma­gań. Spra­wiał wra­że­nie głę­boko ura­żo­nego, gdy zda­rzyło się, że nie speł­ni­li­śmy jego ocze­ki­wań, ale ni­gdy nie tra­cił pano­wa­nia nad sobą".

Wszech­stron­nie przy­go­to­wał się do nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji. Stu­dio­wał histo­rię woj­sko­wo­ści. Był znawcą wszel­kiego rodzaju broni i opa­no­wał naj­róż­niej­sze umie­jęt­no­ści nie­zbędne w kom­pa­nii strze­lec­kiej. Inte­re­so­wał się uzbro­je­niem wroga, jego orga­ni­za­cją i tak­tyką. Nauczył się nie­miec­kiego i posłu­gi­wał się nim płyn­nie; poznał także fran­cu­ski na tyle dobrze, żeby w tere­nie ewen­tu­al­nie zapy­tać o drogę. Uczył swo­ich ludzi nie­miec­kich komend i fran­cu­skich zwro­tów. "To były poży­teczne lek­cje" -?zauważa Cava­naugh. Bojąc się, że Niemcy użyją gazu, Mathias prze­szko­lił swo­ich ludzi w dzie­dzi­nie środ­ków che­micz­nych: łza­wią­cych, żrą­cych, powo­du­ją­cych kicha­nie i tym podob­nych. "Ta wie­dza oka­zała się póź­niej nie­po­trzebna -?stwier­dził Cava­naugh -?ale porucz­nik nie chciał pomi­nąć ani jed­nego rodzaju broni".

Puł­kow­nik Roy E. Lin­dqu­ist, dowo­dzący "pięć­set ósmym", powie­dział o Mathia­sie: "Albo zasłuży sobie na Medal Hono­rowy, albo będzie pierw­szym czło­wie­kiem z pułku, który zgi­nie w akcji".

Wie­czo­rem 5 czerwca na lot­ni­sku, kiedy "pięć­set ósmy" łado­wał się do samo­lo­tów, Mathias uści­snął rękę każ­demu żoł­nie­rzowi z plu­tonu. Jego ludzie lecieli dwoma maszy­nami; sze­re­gowy Cava­naugh, który zna­lazł się w tej dru­giej, wspo­mina: "W tym wspa­nia­łym face­cie była jakaś spo­kojna pew­ność sie­bie. Poda­li­śmy sobie ręce, a on powie­dział: "Poka­żemy im, my Irland­czycy, prawda?""

Gdyby porucz­nik Mathias po tym, jak został ranny odłam­kiem poci­sku, usu­nął się z przej­ścia i pozwo­lił sto­ją­cym za nim ludziom wysko­czyć, a miał jesz­cze na to dość siły, to załoga C-47 udzie­li­łaby mu pierw­szej pomocy i -?praw­do­po­dob­nie -?odsta­wiła z powro­tem do Anglii, na ope­ra­cję, która ura­to­wa­łaby mu życie.

Zamiast tego jed­nak Mathias pod­niósł prawą rękę, wykrzyk­nął: "Za mną!" i rzu­cił się w ciem­no­ści nocy. Czy to wstrząs wywo­łany otwar­ciem się spa­do­chronu, czy też ude­rze­nie o zie­mię były przy­czyną, a może krwa­wie­nie z licz­nych ran -?dość, że kiedy pół godziny póź­niej udało się go odna­leźć, już nie żył. Był pierw­szym ame­ry­kań­skim ofi­ce­rem, zabi­tym w wyniku ostrzału nie­miec­kiego w D-Day.

Ope­ra­cja Over­lord, inwa­zja na oku­po­waną przez Niemcy Fran­cję, doko­nana w czerwcu 1944 roku, była przed­się­wzię­ciem na osza­ła­mia­jąco wielką skalę. W ciągu jed­nej doby, poko­nu­jąc od stu dzie­się­ciu do stu osiemdzie­się­ciu kilo­me­trów otwar­tego morza, prze­rzu­cono na opa­no­wany przez wroga brzeg, przy jego inten­syw­nym opo­rze, sto sie­dem­dzie­siąt pięć tysięcy żoł­nie­rzy i ich sprzęt, w tym pięć­dzie­siąt tysięcy wszel­kiego typu pojaz­dów, od moto­cy­kli po czołgi i spy­cha­cze opan­ce­rzone. W trans­por­cie uczest­ni­czyły, także jako wspar­cie, pięć tysięcy trzy­sta trzy­dzie­ści trzy okręty i wszel­kiego rodzaju jed­nostki pły­wa­jące oraz jede­na­ście tysięcy samo­lo­tów. Oddziały woj­skowe przy­były z połu­dniowo-zachod­nich, połu­dnio­wych i wschod­nich wybrzeży Anglii. Akcja wyglą­dała tak, jakby w ciągu jed­nej nocy na wschodni brzeg jeziora Michi­gan prze­nie­siono mia­sta Green Bay, Racine i Keno­sha w sta­nie Wiscon­sin -?wraz ze wszyst­kimi: męż­czy­znami, kobie­tami i dziećmi, oraz pojaz­dami.

Przy­go­to­wa­nia do tego nie­zwy­kłego przed­się­wzię­cia -?które bry­tyj­ski pre­mier Win­ston S. Chur­chill słusz­nie nazwał "naj­trud­niej­szą i naj­bar­dziej skom­pli­ko­waną ope­ra­cją, jaką kie­dy­kol­wiek prze­pro­wa­dzono" - trwały dwa lata i wyma­gały zaan­ga­żo­wa­nia dosłow­nie milio­nów ludzi. Liczba wypro­du­ko­wa­nego przez USA sprzętu, okrę­tów wojen­nych i desan­to­wych, samo­lo­tów wszel­kiego typu, broni pan­cer­nej i uzbro­je­nia, środ­ków medycz­nych i wielu innych, była wręcz astro­no­miczna. Wielka Bry­ta­nia i Kanada wnio­sły rów­nie duży wkład.

Nie pod­wa­ża­jąc zna­cze­nia wysiłku całego ame­ry­kań­skiego prze­my­słu, wiel­kiego zaan­ga­żo­wa­nia Bry­tyj­czy­ków, Kana­dyj­czy­ków i innych sprzy­mie­rzo­nych, wszyst­kich pla­nów i przy­go­to­wań, genial­nej kon­cep­cji oszu­ka­nia wroga i udziału świet­nych dowód­ców -?osta­teczny suk­ces czy klę­ska ope­ra­cji Over­lord zale­żały od sto­sun­kowo nie­wiel­kiej grupy młod­szych ofi­ce­rów, podofi­ce­rów, sze­re­go­wych żoł­nie­rzy i mary­na­rzy, nale­żą­cych do ame­ry­kań­skiej, bry­tyj­skiej i kana­dyj­skiej armii, mary­narki wojen­nej, sił powietrz­nych i Straży Przy­brzeż­nej. Ta naj­le­piej przy­go­to­wana ope­ra­cja woj­skowa w histo­rii, wspie­rana przez nie­wia­ry­god­nie silny ostrzał z morza i bom­bar­do­wa­nie z powie­trza, mogłaby się bowiem nie powieść, gdyby spa­do­chro­nia­rze i żoł­nie­rze, któ­rzy przy­le­cieli szy­bow­cami, zamiast szu­kać wroga, skryli się za żywo­pło­tami i scho­wali w sto­do­łach; gdyby dowódcy jed­no­stek desan­to­wych, bojąc się ostrzału wroga, nie przy­bili do brzegu, ale wysa­dzili żoł­nie­rzy na głę­bo­kiej wodzie; gdyby żoł­nie­rze na pla­żach oko­pali się za falo­chro­nami, a pod­ofi­ce­ro­wie i młodsi ofi­ce­ro­wie nie zdo­łali wobec sil­nego ognia wroga popro­wa­dzić ich w głąb lądu. Tak się jed­nak nie stało.

O wszyst­kim prze­są­dziła garstka chłop­ców w wieku od osiem­na­stu do dwu­dzie­stu lat. Byli dosko­nale wyszko­leni i wypo­sa­żeni, mogli liczyć na silne wspar­cie, ale zale­d­wie kilku z nich miało wcze­śniej oka­zję do walki. Nie­wielu kie­dy­kol­wiek zabiło czło­wieka albo choćby widziało, jak ginie kolega. Więk­szość przy­po­mi­nała Dena Bro­the­ridge'a i Boba Mathiasa -?ni­gdy w ich obec­no­ści nie oddano strzału z nie­na­wi­ści. Byli zwy­kłymi oby­wa­te­lami powo­ła­nymi do woj­ska, nie zawo­dow­cami.

Wio­sną 1944 zasta­na­wiano się, czy sys­tem demo­kra­tyczny potrafi wycho­wać mło­dych żoł­nie­rzy, któ­rzy mogliby sku­tecz­nie prze­ciw­sta­wić się dosko­na­łym rekru­tom, jakich wysłały na front nazi­stow­skie Niemcy. Hitler był prze­ko­nany, że odpo­wiedź brzmi "nie". Zna­jąc doko­na­nia armii bry­tyj­skiej we Fran­cji w 1940 roku, czy też wojsk bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich w Afryce Pół­noc­nej i na wybrze­żach Morza Śród­ziem­nego w latach 1942-1944, nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że Wehr­macht będzie miał miaż­dżącą prze­wagę. Fana­tyzm i dys­cy­plina, cha­rak­te­ry­styczne dla sys­temów tota­li­tar­nych, zawsze zatrium­fują nad libe­ra­li­zmem i znie­wie­ściałą demo­kra­cją -?tego Hitler był pewny.

Gdyby jed­nak widział w akcji Dena Bro­the­ridge'a i Boba Mathiasa tego pierw­szego dnia inwa­zji na Nor­man­dię, może zachwiałby się w swoim prze­ko­na­niu. Ta książka opo­wiada wła­śnie o Bro­the­ridge'u, Mathia­sie i ich kole­gach, mło­dych ludziach, któ­rzy przy­szli na świat w okre­sie złud­nej pro­spe­rity lat dwu­dzie­stych, a dora­stali w gorz­kich realiach Wiel­kiego Kry­zysu następ­nej dekady. Książki, które czy­tali jako nasto­lat­ko­wie, miały cha­rak­ter anty­wo­jenny i cynicz­nie przed­sta­wiały wszel­kich patrio­tów jako fra­je­rów, a fra­je­rów jako boha­te­rów. Żaden z owych chłop­ców nie palił się do kolej­nej wojny. Pra­gnęli grać w base­ball i rzu­cać piłkę do kosza, a nie gra­naty na pozy­cje wroga, strze­lać z flo­wera do kró­li­ków, a nie z kara­binu M-1 do innych mło­dych ludzi. Ale kiedy nade­szła chwila próby, kiedy trzeba było wal­czyć o wol­ność lub ją stra­cić, sta­nęli do walki. Byli bojow­ni­kami demo­kra­cji. Stali się boha­te­rami D-Day i to im zawdzię­czamy wol­ność.

Zanim jed­nak poj­miemy, czego i w jaki spo­sób doko­nali, zanim to w pełni doce­nimy, musimy ogar­nąć wzro­kiem szer­sze tło.

Rozdział 1. Broniący się

1

Bro­niący się

Na początku 1944 roku pod­sta­wo­wym pro­ble­mem nazi­stow­skich Nie­miec było to, że pod­biły tery­to­rium, któ­rego nie były w sta­nie obro­nić. Hitler miał jed­nak men­tal­ność zdo­bywcy i zamie­rzał zatrzy­mać każdy skra­wek zra­bo­wa­nej ziemi. By wypeł­nić jego roz­kazy, Wehr­macht musiał ucie­kać się do róż­nych impro­wi­zo­wa­nych akcji, pole­ga­ją­cych przede wszyst­kim na orga­ni­zo­wa­niu jed­no­stek woj­sko­wych zło­żo­nych z żoł­nie­rzy obcych naro­do­wo­ści, mło­dzieży nie­miec­kiej w wieku szkol­nym czy też ludzi sta­rych, a także na stwo­rze­niu moc­nych pozy­cji obron­nych. Nie­mieckie dowódz­two musiało rów­nież zmie­nić kon­cep­cje tak­tyczne i rodzaj uzbro­je­nia, prze­kształ­ca­jąc bar­dzo sprawną armię z okresu Blitz­kriegu (wojny bły­ska­wicz­nej), czyli lat 1940-1941, która dys­po­no­wała lek­kimi, szyb­kimi czoł­gami i wytrzy­małą w mar­szu pie­chotą, w przy­cięż­kie, mało ruchliwe woj­sko z 1944 roku, posia­da­jące cięż­kie, powolne czołgi i pie­chotę, kry­jącą się w oko­pach.

Wszystko, co działo się w Niem­czech w okre­sie nazi­zmu, było dzie­łem Hitlera. Führer dobrze zapa­mię­tał sobie lek­cję z I wojny świa­to­wej -?że Niemcy nie są w sta­nie wygrać wojny na wyczer­pa­nie -?i w kam­pa­niach pierw­szych dwóch lat reali­zo­wał stra­te­gię Blitz­kriegu. Jed­nak pod koniec 1941 roku jego bły­ska­wiczna wojna, toczona na tere­nie Rosji, stra­ciła roz­pęd. Wtedy popeł­nił jeden z naj­bar­dziej nie­zro­zu­mia­łych błę­dów -?w tym samym tygo­dniu, w któ­rym Armia Czer­wona roz­po­częła ofen­sywę pod Moskwą, wypo­wie­dział wojnę Sta­nom Zjed­no­czo­nym!6

Latem 1942 roku Wehr­macht pod­jął próbę wzno­wie­nia wojny bły­ska­wicz­nej prze­ciwko Armii Czer­wo­nej, ale już na znacz­nie mniej­szą skalę (jedna grupa armii na jed­nym fron­cie zamiast trzech na trzech fron­tach jed­no­cze­śnie), by ponow­nie zimą utknąć w miej­scu z powodu opa­dów śniegu. Pod koniec stycz­nia 1943 roku pod Sta­lin­gra­dem do nie­woli oddało się pra­wie ćwierć miliona nie­miec­kich żoł­nie­rzy. W czerwcu tego samego roku Wehr­macht pod­jął ostat­nią ofen­sywę na Fron­cie Wschod­nim, pod Kur­skiem. Armia Czer­wona powstrzy­mała ją jed­nak, zada­jąc wro­gowi olbrzy­mie straty.

Klę­ska pod Kur­skiem pozba­wiła Hitlera nadziei na mili­tarne zwy­cię­stwo nad Związ­kiem Radziec­kim. Nie zna­czy to jed­nak, że uznał swoją sprawę za stra­coną. Miał jesz­cze sporo zagar­nię­tych ziem, by powstrzy­mać napór Armii Czer­wo­nej na Fron­cie Wschod­nim, licząc na szybki roz­pad dzi­wacz­nego przy­mie­rza, które zawarły ze sobą Wielka Bry­ta­nia, Zwią­zek Radziecki i Stany Zjed­no­czone, praw­do­po­dob­nie wyłącz­nie z jego powodu.

Śmierć Hitlera i cał­ko­wita klę­ska nazi­stow­skich Nie­miec z pew­no­ścią dopro­wa­dzi­łyby do roz­wią­za­nia przy­mie­rza, ale Führer chciał sko­rzy­stać z tego jesz­cze za życia i miał powody, by sądzić, że jest to moż­liwe - gdyby tylko zdo­łał prze­ko­nać Sta­lina, że nie może pole­gać na Sta­nach Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Sta­lin doszedłby do prze­ko­na­nia, że koszty zwy­cię­stwa wal­czą­cej samot­nie Armii Czer­wo­nej są zbyt wyso­kie i gdyby armia radziecka doszła do linii gra­nicz­nej z czerwca 1941 roku - wyzna­czo­nej przez zabór wschod­niej czę­ści Pol­ski -?mógłby pod­jąć nego­cja­cje poko­jowe, któ­rych stawką byłaby Europa Wschod­nia, podzie­lona mię­dzy Niemcy i ZSRR.

W okre­sie mię­dzy sierp­niem 1939 roku a czerw­cem 1941 Niemcy i Zwią­zek Radziecki były sojusz­ni­kami, a ich przy­mie­rze opie­rało się na podziale Europy Wschod­niej. By ponow­nie uzy­skać taką sytu­ację, Hitler musiał prze­ko­nać Sta­lina, że Wehr­macht na­dal może zagro­zić Armii Czer­wo­nej i zadać jej olbrzy­mie straty. W tym celu nale­żało zgro­ma­dzić wię­cej żoł­nie­rzy i sprzętu, ogo­ła­ca­jąc z nich Europę Zachod­nią. To jed­nak koli­do­wało z abso­lutną koniecz­no­ścią odpar­cia ewen­tu­al­nej inwa­zji i ambit­nymi zamia­rami zepchnię­cia jej do morza.

Z tych powo­dów D-Day był kry­tycz­nym punk­tem wojny. W dyrek­ty­wie z 3 listo­pada 1943 roku (nr 51) Hitler przed­sta­wił to w spo­sób nad­zwy­czaj przej­rzy­sty:

Trwa­jąca od dwóch i pół roku zacięta i kosz­towna walka z bol­sze­wi­zmem była ogrom­nym wyzwa­niem dla naszych zaso­bów mili­tar­nych i ener­gii. (...) Sytu­acja się jed­nak zmie­niła. Wschód na­dal sta­nowi dla nas zagro­że­nie, ale jesz­cze więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo czyha na nas ze strony zachod­niej: desant angiel­sko-ame­ry­kań­ski! Olbrzy­mie prze­strze­nie na Wscho­dzie pozwa­lają w osta­tecz­no­ści na stratę nawet dużej czę­ści tery­to­rium, co nie byłoby śmier­tel­nym cio­sem dla Nie­miec i ich szans na prze­trwa­nie. Ina­czej sprawa ma się na Zacho­dzie! Jeśli wro­gowi uda się prze­ła­mać sze­ro­kim fron­tem nasze linie obrony, kon­se­kwen­cje takiego zała­ma­nia się dotych­cza­so­wej sytu­acji dadzą o sobie znać w krót­kim cza­sie.

Hitler chciał przez to powie­dzieć, że powo­dze­nie anglo-ame­ry­kań­skiej ofen­sywy w 1944 roku mogłoby bez­po­śred­nio zagro­zić naj­waż­niej­szemu ośrod­kowi prze­my­słu nie­miec­kiego: Zagłę­biu Ruhry. Odle­głość mię­dzy połu­dniowo-wschod­nim wybrze­żem Anglii a Kolo­nią, Düsseldorfem i Essen jest mniej­sza niż odle­głość mię­dzy tymi ośrod­kami a Ber­li­nem; innymi słowy, pod koniec 1943 roku linia frontu na Wscho­dzie była odda­lona od Ber­lina o ponad dwa tysiące kilo­me­trów, pod­czas gdy Wał Zachodni roz­cią­gał się w odle­gło­ści pię­ciu­set kilo­me­trów od Zagłę­bia Ruhry i tysiąca kilo­me­trów od sto­licy Nie­miec. W rezul­ta­cie zwy­cię­skiej ofen­sywy w 1944 roku Armia Czer­wona opa­no­wała część Ukra­iny i Bia­ło­rusi, obszary ważne, ale nie klu­czowe dla Nie­miec, jeśli cho­dzi o dal­sze losy wojny. Nato­miast udana ofen­sywa Anglii i USA ozna­cza­łaby zaję­cie Ruhry, czyli tere­nów abso­lut­nie nie­zbęd­nych dla poten­cjału mili­tar­nego Nie­miec.

Dla­tego też, jak oświad­czył Hitler, wła­śnie na wybrze­żach Fran­cji miała roze­grać się decy­du­jąca bitwa tej wojny. "Nie mogę więc dłu­żej pozwa­lać na dal­sze osła­bia­nie Zachodu na rzecz innych teatrów wojny -?stwier­dził. -?Posta­no­wi­łem wzmoc­nić obronę na Zacho­dzie (...)".7

Spo­wo­do­wało to zmianę poli­tyki, roz­po­czę­tej pod koniec 1940 roku wraz z prze­rwa­niem przy­go­to­wań do ope­ra­cji Seelöwe (Lew Mor­ski), czyli inwa­zji na Anglię. Od tego czasu Wehr­macht cią­gle redu­ko­wał swoje siły we Fran­cji, prze­rzu­ca­jąc ludzi i sprzęt w ogrom­nych ilo­ściach na Front Wschodni.

Hitler chciał skon­cen­tro­wać siły na Zacho­dzie, mając na uwa­dze raczej względy poli­tyczne niż mili­tarne. 20 marca oświad­czył głów­nym dowód­com: "Uda­rem­nie­nie próby lądo­wa­nia wroga na Zacho­dzie nie ma by­naj­mniej lokal­nego zna­cze­nia. To decy­du­jący czyn­nik dla całego prze­biegu wojny, a w efek­cie -?dla jej osta­tecz­nego wyniku".8 Wyja­śniał dalej: "Raz poko­nany wróg ni­gdy już nie podej­mie próby inwa­zji. Pomi­ja­jąc nawet ogromne straty, będą potrze­bo­wali wielu mie­sięcy, by zor­ga­ni­zo­wać nową akcję. Poza tym klę­ska inwa­zji byłaby dru­zgo­cą­cym cio­sem dla morale Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów. Po pierw­sze, Roose­velt stra­ciłby szanse na reelek­cję i w naj­lep­szym razie skoń­czyłby w jakimś wię­zie­niu! Po dru­gie, Bry­ta­nię szyb­ciej dopa­dłoby zmę­cze­nie wojenne, a Chur­chill, już i tak scho­ro­wany stary czło­wiek o male­ją­cych wpły­wach, nie byłby w sta­nie prze­pro­wa­dzić nowej ope­ra­cji desan­to­wej". Wobec tego Hitler posta­no­wił prze­rzu­cić czter­dzie­ści pięć dywi­zji ze Wschodu na Zachód, by "cał­ko­wi­cie zmie­nić panu­jącą tam sytu­ację. (...) Koń­cowy wynik wojny, a tym samym rów­nież los całej Rze­szy, zależy bowiem od każ­dego dodat­ko­wego czło­wieka wal­czą­cego na Zacho­dzie!".9

Była to więc jedyna nadzieja dla Niem­ców, a dokład­niej -?dla Hitlera i nazi­stów, ponie­waż dla narodu nie­miec­kiego decy­zja, by kon­ty­nu­ować walkę, ozna­czała kata­strofę. W każ­dym razie, gdyby sce­na­riusz Hitlera się spraw­dził, latem 1945 roku Siły Powietrzne Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych, bez­pieczne w bazach na tere­nie Anglii, zaczę­łyby zrzu­cać bomby ato­mowe na Ber­lin i inne mia­sta nie­miec­kie. Ale, oczy­wi­ście, na początku roku 1944 nikt jesz­cze nie wie­dział, czy i kiedy prace pro­wa­dzone w ramach ame­ry­kań­skiego pro­jektu Man­hat­tan przy­niosą suk­ces w postaci takiej broni.

Naj­waż­niej­szym pro­ble­mem, przed jakim sta­nął Hitler, było zna­le­zie­nie spo­sobu, by ode­przeć zbli­ża­jącą się inwa­zję. Sprawę utrud­niało wiele czyn­ni­ków, które można okre­ślić jed­nym sło­wem -?ogólny nie­do­sta­tek. Bra­ko­wało żoł­nie­rzy, czoł­gów, okrę­tów, samo­lo­tów. Niemcy oku­po­wały teraz znacz­nie więk­sze tery­to­rium niż pod­czas I wojny świa­to­wej. Choć Hitler kry­ty­ko­wał cesa­rza za to, że pro­wa­dził wojnę na dwóch fron­tach, sam pod koniec 1943 roku toczył ją aż na trzech. Na Fron­cie Wschod­nim jego siły roz­cią­gnięte były na linii dwóch tysięcy kilo­me­trów; na Fron­cie Śród­ziem­no­mor­skim, który prze­bie­gał od połu­dnio­wej Gre­cji przez Jugo­sła­wię, Wło­chy i połu­dniową Fran­cję, oddziały nie­miec­kie sta­cjo­no­wały na linii około trzech tysięcy kilo­me­trów; na Zacho­dzie zaś musiały bro­nić wybrzeża dłu­go­ści sze­ściu tysięcy kilo­me­trów -?od terenu Holan­dii aż po połu­dniowy kra­niec Zatoki Biskaj­skiej.

Wła­ści­wie ist­niał jesz­cze i czwarty front -?wewnętrzny. Powietrzna ofen­sywa alian­tów na mia­sta nie­miec­kie zmu­siła Luft­waffe do wyco­fa­nia się z Fran­cji i pod­ję­cia walki obron­nej na wła­snym tere­nie. Wpraw­dzie bom­bar­do­wa­nia nie wpły­nęły w spo­sób decy­du­jący na ogra­ni­cze­nie nie­miec­kiej pro­duk­cji wojen­nej -?w 1943 roku Niemcy nawet ją zwięk­szyli, wypusz­cza­jąc z fabryk więk­szą liczbę czoł­gów i samo­lo­tów, co jed­nak nie wyrów­ny­wało pono­szo­nych strat -?ale zmu­siły Luft­waffe do defen­sywy.

Hitler tego nie­na­wi­dził. Cała jego oso­bo­wość, nie mówiąc już o nie­miec­kiej tra­dy­cji wojen­nej, doma­gała się, by Niemcy prze­szli do ofen­sywy. Hitler nie mógł jed­nak zaata­ko­wać wro­gów, przy­naj­mniej do czasu, aż będzie w posia­da­niu swo­jej taj­nej broni. Było to dla niego bar­dzo bole­sne i trudne do znie­sie­nia, ale musiał pozo­stać na razie w defen­sy­wie.

Ta koniecz­ność tak mu cią­żyła, że w efek­cie popeł­nił stra­te­giczne błędy o pod­sta­wo­wym zna­cze­niu. Kiedy w 1940 roku nie­mieccy fizycy poin­for­mo­wali go, że do 1945 mogliby skon­stru­ować bombę ato­mową, pole­cił im porzu­cić ten pro­jekt, twier­dząc, że do tego czasu wojna będzie już zakoń­czona -?wygrana lub prze­grana. Była to z pew­no­ścią słuszna decy­zja, ale nie dla­tego, że jego prze­po­wied­nia oka­zała się praw­dziwa, lecz z tego powodu, że Niemcy nie dys­po­no­wali ani zaso­bami natu­ral­nymi, ani struk­turą prze­my­słową, nie­zbęd­nymi do pro­duk­cji takiej bomby. Naukowcy nie­mieccy pod­jęli nato­miast prace nad inną bro­nią; zgod­nie z żąda­niem Hitlera miała to być broń ofen­sywna, jak na przy­kład okręty pod­wodne z sil­ni­kami Die­sla, zdal­nie ste­ro­wane samo­loty i rakiety. Owe Ver­gel­tung­swaf­fen (broń odwe­towa) zostały wpraw­dzie zapro­jek­to­wane i osta­tecz­nie wpro­wa­dzone do walki, ale nie miały więk­szego zna­cze­nia dla prze­biegu wojny. V-2 nato­miast, pierw­sza na świe­cie rakieta bali­styczna śred­niego zasięgu, nie została wyko­rzy­stana jako broń stra­te­giczna. (Rakiety Scud, użyte przez Irak w 1991 roku pod­czas wojny w Zatoce, były tylko tro­chę ulep­szoną wer­sją V-2; rów­nie nie­pre­cy­zyjne, nie tra­fiały do celu i zawie­rały jedy­nie mały ładu­nek wybu­chowy).

Dąże­nie Hil­tlera do znisz­cze­nia Lon­dynu i jed­no­cze­śnie zupełny brak zain­te­re­so­wa­nia obroną miast nie­miec­kich były brze­mien­nym w skut­kach błę­dem i zde­cy­do­wały o dal­szym biegu histo­rii. W maju 1943 roku pro­fe­sor Willy Mes­ser­sch­mitt dys­po­no­wał już przy­go­to­wa­nym do seryj­nej pro­duk­cji Me-262, dwu­sil­ni­ko­wym myśliw­cem o napę­dzie odrzu­to­wym. Osią­gał on pręd­kość ośmiu­set trzy­dzie­stu sze­ściu kilo­me­trów na godzinę, czyli o sto kilo­me­trów wię­cej niż alianc­kie samo­loty i był wypo­sa­żony w cztery trzy­dzie­sto­mi­li­me­trowe działka. Mar­szał­kowi Rze­szy Her­man­nowi Goerin­gowi bar­dzo zale­żało na tej maszy­nie, ale musiał jesz­cze prze­ko­nać do niej Hitlera. Ten jed­nak, zbyt wiele razy zwie­dziony obiet­ni­cami Goeringa, aż do grud­nia 1943 roku nie uczest­ni­czył w poka­zach Me-262, pod­czas któ­rych demon­stro­wano jej moż­li­wo­ści. Samo­lot w końcu zro­bił na nim pewne wra­że­nie, lecz Hitler potrze­bo­wał przede wszyst­kim bom­bowca, by ude­rzyć na Lon­dyn, a nie samo­lotu myśliw­skiego do obrony Nie­miec. Goering zapew­nił go wtedy, że dwie­ście sześć­dzie­siątka dwójka może zostać tak zmo­dy­fi­ko­wana, by mogła prze­wo­zić rów­nież bomby. To wystar­czyło, by Hitler zaczął fan­ta­zjo­wać na temat olbrzy­mich szkód, jakie taki bom­bo­wiec odrzu­towy mógłby wyrzą­dzić Lon­dynowi, a także o roz­gro­mie­niu inwa­zji alian­tów na Fran­cję.

Goering, co było dla niego cha­rak­te­ry­styczne, nie bar­dzo wie­dział, o czym mówi. Mes­ser­sch­mitt nie mógł zro­bić z myśliwca samo­lotu bom­bo­wego, a poza tym odrzu­to­wiec o więk­szych roz­mia­rach byłby już zbyt dużym wyzwa­niem dla ówcze­snych nie­miec­kich moż­li­wo­ści tech­nicz­nych. Goering zigno­ro­wał więc roz­kaz Hitlera i zakłady Mes­ser­sch­mitta roz­po­częły pro­duk­cję Me-262, wytwa­rza­jąc do kwiet­nia 1944 roku sto dwa­dzie­ścia maszyn. Kiedy Hitler dowie­dział się o tym, roz­zło­ścił się na Goeringa i zabro­nił pro­duk­cji Me-262 jako samo­lotu myśliw­skiego -?odtąd nowy, prze­bu­do­wany na bom­bo­wiec samo­lot miał się nazy­wać Blitz.

Przez następne sześć mie­sięcy Mes­ser­sch­mitt sta­rał się prze­kształ­cić myśli­wiec w bom­bo­wiec. Zapro­wa­dziło go to jed­nak doni­kąd. Osta­tecz­nie w listo­pa­dzie 1944 roku Hitler roz­ka­zał utwo­rzyć pierw­sze skrzy­dło myśliw­ców odrzu­to­wych. Wtedy jed­nak sys­tem trans­por­towy był już kom­plet­nie zdez­or­ga­ni­zo­wany, sze­regi pilo­tów myśliw­skich zdzie­siąt­ko­wane, a zasoby paliwa cał­ko­wi­cie wyczer­pane10. Luft­waffe otrzy­mała więc tylko sym­bo­liczne wspar­cie, zanim osta­tecz­nie i tak wszystko zna­la­zło się w roz­sypce.

Niemcy wypro­du­ko­wały ponad tysiąc Me-262, ale dopiero w ostat­nich sze­ściu tygo­dniach wojny mogły wysłać do walki jed­no­cze­śnie sto samo­lo­tów tego typu. Mimo to, w pouf­nym rapor­cie z 1960 roku pre­zy­dent Dwi­ght Eisen­ho­wer pisał:

W owym cza­sie piloci nie­mieccy dosłow­nie zata­czali koła wokół naszych myśliw­ców i z cał­ko­witą bez­kar­no­ścią doko­ny­wali wyrw w naszych for­ma­cjach bom­bo­wych. (...) Na przy­kład pod­czas nalotu na Ber­lin 18 marca [1945] tysiąc­owi dwu­stu pięć­dzie­się­ciu B-17 towa­rzy­szyło czter­na­ście grup myśliw­ców -?sto­su­nek pra­wie jeden do jed­nego. Tylko jeden dywi­zjon Me-262 zestrze­lił dwa­dzie­ścia pięć bom­bow­ców i pięć myśliw­ców, choć nasza prze­waga liczebna wyno­siła sto do jed­nego. Niemcy nie stra­cili ani jed­nego samo­lotu.

Raport (przy­go­to­wany zgod­nie z prośbą Eisen­ho­wera tylko na jego pry­watny uży­tek) został napi­sany przez ofi­cera szta­bo­wego Bia­łego Domu, Ral­pha Wil­liamsa. Twier­dzi on, że roz­ma­wiał z gene­ra­łem Car­lem Spa­at­zem, dowódcą 8 Armii Lot­ni­czej pod­czas wojny. Spa­atz, według niego, "sam przy­znał, że żaden z naszych myśliw­ców nie dorów­ny­wał nie­miec­kim odrzu­tow­com, i (...) dodał, że gdyby Niemcy włą­czyli je do swo­ich sił na wybrzeżu Fran­cji, mogliby ode­brać nam prze­wagę w powie­trzu, uda­rem­nić lądo­wa­nie w Nor­man­dii, a nawet zmu­sić nas, żeby­śmy poszu­kali sobie drogi do Europy od strony Włoch".11

Tak się jed­nak nie stało; nad Fran­cją i kana­łem La Man­che w czerwcu 1944 roku nie było nie­miec­kich odrzu­tow­ców, a jedy­nie kilka zwy­kłych samo­lo­tów zwia­dow­czych.

Kanału strze­gło nie­wiele nie­miec­kich okrę­tów wojen­nych; były to E-Booty, znacz­nie więk­sza wer­sja ame­ry­kań­skiego kutra patro­lowo-tor­pe­do­wego, roz­mia­rami nie­mal dorów­nu­jąca kor­we­cie (E w nazwie ozna­cza enemy - wróg). Potra­fiły zasta­wiać miny, odpa­lać tor­pedy i szybko ucie­kać. Poza uży­ciem E-Bootów, mary­narka nie­miecka mogła przy­czy­nić się do obrony Festung Europa jedy­nie poprzez sta­wia­nie min.

Nie dys­po­nu­jąc spraw­nym lot­nic­twem ani mary­narką wojenną, Niemcy byli prak­tycz­nie bez­radni. Musieli też znacz­nie roz­pro­szyć swoje siły, by obsa­dzić każdy obszar, na któ­rym mogłoby się odbyć lądo­wa­nie wroga. Alianci nato­miast, mając prze­wagę w powie­trzu i na morzu, zyskali nie­spo­ty­kaną dotąd swo­bodę ruchów i moż­li­wość cał­ko­wi­tego zasko­cze­nia wroga -?naj­kró­cej mówiąc, wie­dzieli, gdzie i kiedy roze­gra się bitwa, pod­czas gdy Niemcy tkwili w kom­plet­nej nie­świa­do­mo­ści.

W cza­sie I wojny świa­to­wej nie można było ukryć przy­go­to­wań do wiel­kiej ofen­sywy. Gro­ma­dze­nie oddzia­łów trwało tygo­dniami; przy­go­to­wa­nia arty­le­ryj­skie całymi dniami; zanim ofen­sywa się roz­po­częła, wróg wie­dział, gdzie i kiedy nastąpi ude­rze­nie, i mógł wzmoc­nić swoje siły w tym punk­cie. Ale wio­sną 1944 roku Niemcy tego wszyst­kiego tylko się domy­ślali.

Duchowy men­tor Hitlera, Fry­de­ryk II Wielki, ostrze­gał: "Kto broni wszyst­kiego, nie broni niczego".12

Straty w ludziach i sprzę­cie, jakie Niemcy ponio­sły pod­czas wojny na Fron­cie Wschod­nim, zmu­siły Hitlera do zlek­ce­wa­że­nia ostrze­żeń Fry­de­ryka Wiel­kiego i roz­po­czę­cia budowy sta­łych umoc­nień na Zacho­dzie. Wkra­cza­jąc w czerwcu 1941 roku do Rosji, Wehr­macht dys­po­no­wał siłą trzech milio­nów trzy­stu tysięcy ludzi. Do końca 1943 stra­cił trzy miliony żoł­nie­rzy; jedną trze­cią sta­no­wili zabici, zagi­nieni, wzięci do nie­woli lub trwale nie­zdolni do walki z powodu ran. Mimo hero­icz­nych wysił­ków, by uzu­peł­nić nie­do­bór ludzi siłami ścią­ga­nymi z Fran­cji, a także poprzez pobór nowych żoł­nie­rzy z Nie­miec, po bitwie kur­skiej (naj­więk­szej po Ver­dun bitwie w histo­rii, w któ­rej uczest­ni­czyły dwa miliony ludzi) siły Wehr­machtu na Fron­cie Wschod­nim liczyły już tylko dwa i pół miliona żoł­nie­rzy i musiały utrzy­mać się na linii od Lenin­gradu aż po Morze Czarne, liczą­cej dwa tysiące kilo­me­trów.

W chwili, gdy Wehr­macht napa­dał na Zwią­zek Radziecki, mógł szczy­cić się "czy­sto­ścią rasową" swo­ich żoł­nie­rzy. Jed­nak despe­racka potrzeba uzu­peł­nie­nia sze­re­gów armii zmu­siła dowód­ców do dra­stycz­nego zmo­dy­fi­ko­wa­nia tej zasady, a w końcu do rezy­gna­cji z niej. Począt­kowo Volks­deut­sche, czyli Niemcy z terenu Pol­ski i kra­jów bał­kań­skich, przyj­mo­wani byli do woj­ska jako ochot­nicy. Zali­czano ich do trze­ciej grupy Volks­li­sty -?nie­miec­kiej listy naro­do­wej, co ozna­czało, że uzy­ski­wali oby­wa­tel­stwo nie­miec­kie na okres do dzie­się­ciu lat i pod­le­gali obo­wiąz­kowi służby woj­sko­wej, ale nie mogli awan­so­wać powy­żej stop­nia sze­re­gowca. Rekru­ta­cja żoł­nie­rzy na oku­po­wa­nych tere­nach ZSRR prze­bie­gała w latach 1942-1943 pod hasłem walki z komu­ni­zmem; na początku okre­śle­nie powo­ły­wa­nych żoł­nie­rzy jako Fre­iwil­li­gen, czyli ochot­ni­ków, odpo­wia­dało praw­dzie, ponie­waż miesz­kańcy zachod­nich repu­blik radziec­kiego impe­rium zacią­gali się do nie­miec­kiego woj­ska, by wal­czyć prze­ciwko Sta­li­nowi. Kiedy jed­nak Niemcy zaczęli się wyco­fy­wać, sze­regi Fre­iwil­li­gen zaczęły maleć, a wzro­sła liczba Hil­fswil­li­gen, oddzia­łów pomoc­ni­czych, rekru­to­wa­nych przy­mu­sowo spo­śród cywi­lów zamiesz­ku­ją­cych oku­po­wane zie­mie, a także spo­śród wzię­tych do nie­woli żoł­nie­rzy Armii Czer­wo­nej. Na początku 1944 roku w armii Wehr­machtu słu­żyli już "ochot­nicy" z Fran­cji, Włoch, Chor­wa­cji, Węgier, Rumu­nii, Pol­ski, Fin­lan­dii, Esto­nii, Łotwy, Litwy, azja­tyc­kiej czę­ści ZSRR, Afryki Pół­noc­nej, Rosji, Ukra­iny, muzuł­mań­skich repu­blik Związku Radziec­kiego, jak rów­nież Tata­rzy nad­woł­żań­scy, Fino­wie znad Wołgi, Tata­rzy krym­scy, a nawet Hin­dusi.

Po klę­sce pod Kur­skiem Wehr­macht coraz mniej mógł pole­gać na tak zwa­nych Ost­ba­ta­il­lo­nen, czyli Bata­lio­nach Wschod­nich, dla­tego też zaczęto je wysy­łać do Fran­cji na wymianę z oddzia­łami nie­miec­kimi. Porucz­nik Robert Bre­wer z 506 Pułku Pie­choty Spa­do­chro­no­wej 101 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych schwy­tał w dniu inwa­zji na plaży Utah czte­rech Azja­tów w mun­du­rach nie­miec­kich. Nikt nie znał ich języka; w końcu oka­zało się, że byli to Kore­ań­czycy. Jak to się, do licha, stało, że wal­czyli za Hitlera prze­ciwko Ame­ry­ka­nom na tere­nie Fran­cji? Praw­do­po­dob­nie zostali w 1938 roku powo­łani do armii japoń­skiej -?Korea była wtedy kolo­nią Japo­nii -?w 1939 wzięci do nie­woli przez Rosjan pod­czas jakiejś gra­nicz­nej potyczki z Japoń­czy­kami, wcie­leni do Armii Czer­wo­nej, schwy­tani przez Wehr­macht w grud­niu 1941 roku pod Moskwą, wcie­leni z kolei do armii nie­miec­kiej i wresz­cie wysłani do Fran­cji.13 (Porucz­nik Bre­wer ni­gdy się nie dowie­dział, jaki był ich dal­szy los, ale pew­nie wysłano ich z powro­tem do Korei. Jeśli rze­czy­wi­ście tak się stało, nie­mal na pewno znowu zostali powo­łani do woj­ska -?albo w sze­regi armii Korei Połu­dnio­wej, albo Pół­noc­nej. Moż­liwe więc, że w 1950 roku ponow­nie wzięli udział w walce -?prze­ciwko armii ame­ry­kań­skiej albo przy jej boku, zależ­nie do tego, z jakiej czę­ści Korei pocho­dzili. Takie oto są mean­dry poli­tyki w XX wieku). W czerwcu 1944 roku na sze­ściu nie­miec­kich żoł­nie­rzy przy­pa­dał jeden pocho­dzący z Bata­lio­nów Wschod­nich.

Ponadto Wehr­macht znacz­nie zła­go­dził swoje wyma­ga­nia co do kon­dy­cji fizycz­nej rekru­tów, by przyj­mo­wać do armii wię­cej Niem­ców. Na front wysy­łano ludzi cier­pią­cych na cho­roby płuc i żołądka. Czas rekon­wa­le­scen­cji skró­cono, podob­nie zresztą jak okres szko­le­nia rekru­tów. Powo­ły­wano do woj­ska młod­szych i star­szych męż­czyzn. W grud­niu 1943 roku z armii liczą­cej cztery miliony dwie­ście sie­dem­dzie­siąt tysięcy ludzi ponad pół­tora miliona miało wię­cej niż trzy­dzie­ści cztery lata; w nie­miec­kiej 709 Dywi­zji Pie­choty w Nor­man­dii prze­ciętna wieku żoł­nie­rzy wyno­siła trzy­dzie­ści sześć lat, w sze­re­gach zaś całego Wehr­machtu -?trzy­dzie­ści jeden i pół roku (w armii ame­ry­kań­skiej nato­miast -?dwa­dzie­ścia pięć i pół roku). Jed­no­cze­śnie ogło­szono pobór do woj­ska tak mło­dych rocz­ni­ków, jak 1925 i 1926.14

W kon­se­kwen­cji tych despe­rac­kich decy­zji Wehr­macht nie dys­po­no­wał odpo­wied­nimi zaso­bami ludz­kimi, by pro­wa­dzić dzia­ła­nia defen­sywne, oparte na kontr­ata­kach i kontr­ofen­sy­wach. Bra­ko­wało mu dobrze wyszko­lo­nych żoł­nie­rzy, pojaz­dów trans­por­to­wych, odpo­wied­niego uzbro­je­nia. Sta­rzy ludzie, mło­dzi chłopcy i zagra­niczni rekruci mogli się przy­dać tylko w oko­pach lub za beto­no­wymi for­ty­fi­ka­cjami, i to jedy­nie wtedy, gdy stali za nimi nie­mieccy pod­ofi­ce­ro­wie, gotowi zastrze­lić każ­dego, który by pró­bo­wał opu­ścić swoje sta­no­wi­sko.

W 1939 roku Hitler twier­dził, że Wehr­macht to "armia, jakiej świat jesz­cze nie widział". Zupeł­nie ina­czej sprawa wyglą­dała w roku 1943. Depar­ta­ment Wojny Sta­nów Zjed­no­czo­nych tak opi­sy­wał typo­wego nie­miec­kiego żoł­nie­rza:

(...) Wete­ran wielu fron­tów, uczest­nik licz­nych odwro­tów, przed­wcze­śnie posta­rzały, zmę­czony wojną cynik, albo pozba­wiony już odwagi i wszel­kich złu­dzeń, albo zbyt otę­piały, by stać go było na samo­dzielne myśle­nie. Jest to jed­nak zapra­wiony w bojach żoł­nierz, naj­czę­ściej pod­ofi­cer, wypeł­nia­jący swoje obo­wiązki bar­dzo spraw­nie. Nowy rekrut, poza nie­któ­rymi dobo­ro­wymi jed­nost­kami SS (Schutz­staf­feln -?Szta­fety Ochronne), jest albo zbyt młody, albo zbyt stary i czę­sto w nie naj­lep­szym sta­nie zdro­wia. Został słabo prze­szko­lony ze względu na brak czasu, ale jeśli jest bar­dzo młody, nad­ra­bia to fana­ty­zmem, gra­ni­czą­cym nie­mal z sza­leń­stwem. Jeśli nato­miast jest stary -?kie­ruje nim lęk przed tym, co według zapo­wie­dzi pro­pa­gandy może stać się z jego ojczy­zną w przy­padku zwy­cię­stwa alian­tów, a czę­ściej jesz­cze strach przed tym, co czeka jego samego i rodzinę, jeśli nie będzie dokład­nie wypeł­niał roz­ka­zów. Dla­tego też dzia­ła­nia sta­rych i cho­rych żoł­nie­rzy mogą do pew­nego stop­nia wyni­kać z despe­ra­cji. Wyso­kie dowódz­two nie­miec­kie potrafi wyjąt­kowo dobrze dobie­rać okre­ślone typy ludzi do odpo­wied­nich jed­no­stek, jak rów­nież selek­cjo­no­wać tych, któ­rzy mają być w przy­szło­ści mię­sem armat­nim i bro­nić się do ostat­niej kro­pli krwi; jed­no­cze­śnie zaś czyni wszel­kie wysiłki, by ochra­niać eli­tarne jed­nostki, obec­nie wcho­dzące w skład nie­mal wyłącz­nie Waf­fen-SS (fron­to­wych oddzia­łów SS). Nie­miecki żoł­nierz słu­żący w tych jed­nost­kach należy do naj­wyż­szej kate­go­rii i sta­nowi kościec nie­miec­kich sił zbroj­nych. Nauczono go, by ni­gdy się nie pod­da­wał; pozba­wiony zasad moral­nych, wyznaje jedy­nie posłu­szeń­stwo wobec swo­jej orga­ni­za­cji. Potrafi być bez­względny.15

Poza Waf­fen-SS, naj­lepsi mło­dzi rekruci wysy­łani byli do Fallschirmjäger (oddzia­łów powietrz­no­de­san­to­wych) albo jed­no­stek pan­cer­nych. Ci dobo­rowi żoł­nie­rze byli spe­cjal­nie wycho­wy­wani w nazi­stow­skich Niem­czech - uro­dzeni mię­dzy 1920 a 1925 rokiem, wzra­stali już w cza­sach Hitlera i byli pod­da­wani sta­łej, agre­syw­nej pro­pa­gan­dzie. Nale­żeli do Hitler­ju­gend. Świet­nie wypo­sa­żeni -?otrzy­my­wali naj­lep­sze uzbro­je­nie, jakie wytwa­rzano w Niem­czech, a pań­stwo to przo­do­wało na świe­cie w pro­duk­cji broni ręcz­nej, pojaz­dów pan­cer­nych i arty­le­rii -?byli dosko­nale przy­go­to­wani do walki.

W obro­nie linii wybrzeży, wzmoc­nio­nej jesz­cze dzięki facho­wo­ści nie­miec­kich inży­nie­rów, nawet żoł­nie­rze dru­giej i trze­ciej kate­go­rii mogli zadać cięż­kie straty stro­nie ata­ku­ją­cej. Krótko sfor­mu­ło­wał to Hitler -?ich obo­wiąz­kiem było "stać i umrzeć na sta­no­wi­sku".16 Był to prze­jaw myśle­nia jesz­cze z cza­sów I wojny świa­to­wej, odle­głe echo poli­tyki Blitz­kriegu, wymóg nie­ade­kwatny do epoki czoł­gów, ale bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści -?konieczny. Wia­ry­god­no­ści tej kon­cep­cji nada­wał plan uży­cia w bez­po­śred­nim kontr­ataku dobo­ro­wych jed­no­stek Waf­fen-SS, a także oddzia­łów pan­cer­nych. Pod koniec 1943 roku oddziały te wal­czyły wciąż na Fron­cie Wschod­nim albo były dopiero for­mo­wane na tere­nie Nie­miec, ale zale­ce­nie Hitlera z 3 listo­pada 1943 prze­wi­dy­wało, że w momen­cie roz­po­czę­cia inwa­zji alian­tów wiele z nich znaj­dzie się tuż za umoc­nie­niami Wału Atlan­tyc­kiego.

Swoją kon­cep­cję obrony Hitler wyło­żył już w marcu 1942 roku w dyrek­ty­wie nr 40:

Obrona wybrzeży ma być tak zor­ga­ni­zo­wana, a jed­nostki woj­skowe tak roz­lo­ko­wane, by wszel­kie próby inwa­zji zostały zni­we­czone w trak­cie lądo­wa­nia alian­tów albo natych­miast po nim.17

W sierp­niu 1942 roku Hitler pole­cił kon­ty­nu­ować z fana­tyczną wprost ener­gią budowę for­ty­fi­ka­cji we Fran­cji, by utwo­rzyły ciąg beto­no­wych, odpor­nych na bom­bar­do­wa­nie bun­krów, które miały pro­wa­dzić nie­prze­rwany ogień zapo­rowy. Według słów ame­ry­kań­skiego histo­ryka, Gor­dona Har­ri­sona,

Hitler nie wie­rzył, i ni­gdy nie dał się prze­ko­nać, że można bro­nić się sku­tecz­nie bez odpo­wied­niej ilo­ści betonu, dzięki samej deter­mi­na­cji żoł­nie­rzy.18

We wrze­śniu 1942 roku, pod­czas trzy­go­dzin­nej kon­fe­ren­cji z Goerin­giem, mini­strem prze­my­słu zbro­je­nio­wego Rze­szy Alber­tem Spe­erem (sze­fem Orga­ni­za­cji Todta, nie­miec­kiej "orga­ni­za­cji budow­la­nej"), feld­mar­szał­kiem Ger­dem von Rund­sted­tem -?naczel­nym dowódcą na Zacho­dzie, gene­ra­łem Güntherem Blu­men­sted­tem (sze­fem sztabu Obe­rbe­fehl­sha­ber West - OB West, nie­miec­kiego naczel­nego dowódz­twa wojsk lądo­wych na Zacho­dzie) i innymi ofi­ce­rami, Hitler powtó­rzył roz­kaz, by wznieść jak naj­moc­niej­sze stałe for­ty­fi­ka­cje Wału Atlan­tyc­kiego. Musimy je zbu­do­wać -?oświad­czył -?ponie­waż Anglicy i Ame­ry­ka­nie zechcą wyko­rzy­stać swoją prze­wagę w powie­trzu i na morzu, a tylko beton wytrzyma miaż­dżące ude­rze­nie bomb i poci­sków. Zaży­czył więc sobie, żeby wznie­siono pięt­na­ście tysięcy sil­nych punk­tów obrony i obsa­dzono je trzy­stoma tysią­cami ludzi. A ponie­waż żaden odci­nek wybrzeża nie był bez­pieczny, na całej jego dłu­go­ści nale­żało je ufor­ty­fi­ko­wać. Przy­go­to­wa­nie umoc­nień miało zostać zakoń­czone do 1 maja 1943 roku.19

Więk­szość z tych pla­nów było czy­stą fan­ta­zją i, poza umoc­nie­niem naj­waż­niej­szych pozy­cji, do końca 1943 roku nie udało się zre­ali­zo­wać zamie­rzeń Hitlera. Kie­ru­nek dzia­łań został jed­nak wyzna­czony, a zobo­wią­za­nia pod­jęte.

Rund­sted­towi bar­dzo nie podo­bał się pomysł budo­wa­nia sta­łych umoc­nień. Uwa­żał, że Niemcy powinni trzy­mać jed­nostki pan­cerne z dala od wybrzeża, poza zasię­giem ostrzału z morza, tak by były zdolne do praw­dzi­wej kontr­ofen­sywy. Jed­nak brak ludzi, nie­do­bory uzbro­je­nia, paliwa i ochrony powietrz­nej posta­wiły tę kon­cep­cję pod zna­kiem zapy­ta­nia.

Hitler mógł tylko pró­bo­wać prze­wi­dzieć, w któ­rym miej­scu nastąpi inwa­zja, ścią­gnąć tam dostępne na Zacho­dzie jed­nostki woj­skowe i wyko­rzy­stać je do lokal­nych kontr­ata­ków, licząc na to, że Wał Atlan­tycki zatrzyma alian­tów. Czołgi mogły powstrzy­mać wszel­kie próby desantu przez obce woj­ska; mogły zepchnąć do morza lżej uzbro­joną pierw­szą falę ata­ku­ją­cych żoł­nie­rzy, jeśli umoc­nie­nia byłyby na tyle silne, żeby wyha­mo­wać impet alian­tów. Sztuka pole­gała więc na tym, żeby wybrać wła­ściwe miej­sce i wznieść tam odpo­wied­nio silne for­ty­fi­ka­cje.

Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym miej­scem inwa­zji wyda­wało się Pas-de-Calais, i to z dwóch zasad­ni­czych powo­dów: mię­dzy Dover i Calais kanał La Man­che jest naj­węż­szy, a naj­krót­sza linia łącząca Lon­dyn z Zagłę­biem Ruhry i Ber­li­nem prze­biega wła­śnie przez Dover, Calais i Bel­gię.

Hitler musiał więc zga­dy­wać i w 1943 roku posta­wił na Pas-de-Calais. W pew­nym sen­sie sta­rał się zmu­sić alian­tów, by tam wła­śnie doko­nali lądo­wa­nia. W lecie 1943 roku posta­no­wił zain­sta­lo­wać w tym rejo­nie wyrzut­nie poci­sków V-1 i rakiet V-2. Przy­pusz­czał, że broń ta jest dla alian­tów tak nie­bez­pieczna, iż bez względu na poprzed­nie plany zechcą zaata­ko­wać wła­śnie Pas-de-Calais, by opa­no­wać wyrzut­nie.

Dla­tego też obszar Calais stał się naj­bar­dziej ufor­ty­fi­ko­wa­nym odcin­kiem Kanalküste, czyli brzegu kanału, i rejo­nem naj­więk­szej kon­cen­tra­cji wojsk nie­miec­kich na Zacho­dzie. W tym też miej­scu Wał Atlan­tycki naj­bar­dziej przy­po­mi­nał nie zdo­bytą for­tecę, tak sła­wioną przez pro­pa­gandę nie­miecką.

Führer był dziw­nym czło­wie­kiem. Według zastępcy szefa ope­ra­cji w Naczel­nym Dowódz­twie Sił Zbroj­nych (OKW -?Obe­rkom­mando der Wehr­macht), gene­rała Wal­tera War­li­monta, "znał roz­miesz­cze­nie jed­no­stek obrony lepiej niż jaki­kol­wiek ofi­cer armii". Miał zdu­mie­wa­jące zami­ło­wa­nie do szcze­gó­łów. Przy jakiejś oka­zji zauwa­żył na przy­kład, że na wyspach w kanale La Man­che bra­kuje dwóch dział prze­ciw­lot­ni­czych, które były tam jesz­cze poprzed­niego tygo­dnia. Ofi­cer odpo­wie­dzialny za tę domnie­maną reduk­cję został uka­rany. Oka­zało się potem, że po pro­stu pomy­lono się w licze­niu.

Hitler spę­dzał całe godziny na stu­dio­wa­niu map przed­sta­wia­ją­cych roz­miesz­cze­nie wojsk nie­miec­kich wzdłuż Wału Atlan­tyc­kiego. Żądał też sta­łych rapor­tów na temat budowy umoc­nień, gru­bo­ści beto­no­wych ścian, rodzaju uży­wa­nego betonu, sys­temu sta­lo­wych kon­struk­cji -?każdy z tych rapor­tów czę­sto liczył ponad dzie­sięć stron.20 Po wyda­niu jed­nak roz­kazu budowy naj­więk­szych for­ty­fi­ka­cji w histo­rii ni­gdy nie zadał sobie trudu, by doko­nać ich inspek­cji. Po wizy­cie w Paryżu latem 1940 roku, w chwili naj­więk­szego triumfu nie­miec­kiej armii, już ni­gdy nie posta­wił stopy na ziemi fran­cu­skiej. A prze­cież cały czas utrzy­my­wał, że tam wła­śnie będzie miała miej­sce decy­du­jąca bitwa pod­czas tej wojny!

Rozdział 2. Atakujący

2

Ata­ku­jący

Głów­nym zada­niem alian­tów było lądo­wa­nie na tere­nie wroga, prze­ła­ma­nie Wału Atlan­tyc­kiego, zdo­by­cie przy­czółka i po wzmoc­nie­niu sił jego roz­sze­rze­nie. Warun­kiem sine qua non całej ope­ra­cji było zasko­cze­nie prze­ciw­nika. Gdyby Niemcy wie­dzieli, gdzie i kiedy nastąpi atak, mogliby z pew­no­ścią zgro­ma­dzić wystar­cza­jącą liczbę ludzi, beto­no­wych zapór, czoł­gów i arty­le­rii, by uda­rem­nić inwa­zję.

Duże trud­no­ści przed­sta­wiała już sama koniecz­ność zasko­cze­nia wroga. Mor­skie ope­ra­cje desan­towe są siłą rze­czy naj­trud­niej­sze; nie­wiele z nich zakoń­czyło się suk­ce­sem. Juliusz Cezar i Wil­helm I Zdo­bywca wpraw­dzie prze­pro­wa­dzili je zwy­cię­sko, ale nie­mal wszyst­kie inne inwa­zje, które napo­tkały na opór wroga, ponio­sły klę­skę. Ani Napo­leon, ani Hitler nie zdo­łali prze­kro­czyć kanału La Man­che. Mon­go­łów, któ­rzy pró­bo­wali naje­chać Japo­nię, poko­nała pogoda. Podob­nie było w przy­padku Hisz­pa­nów, kiedy usi­ło­wali doko­nać inwa­zji na Anglię. Bry­tyj­czycy w XIX wieku doznali cięż­kich strat na Kry­mie, a pod­czas I wojny świa­to­wej pod Gal­li­poli.

W cza­sie II wojny świa­to­wej sta­ty­styka przed­sta­wiała się jesz­cze gorzej. Do końca 1943 roku alianci prze­pro­wa­dzili tylko trzy zwy­cię­skie mor­skie ope­ra­cje desan­towe: w Afryce Pół­noc­nej (8 listo­pada 1942 roku), na Sycy­lii (10 lipca 1943 roku) i pod Salerno (9 wrze­śnia 1943 roku). We wszyst­kich uczest­ni­czyły bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie siły lądowe, mor­skie i powietrzne pod dowódz­twem gene­rała Dwi­ghta D. Eisen­ho­wera. Żadne jed­nak z ata­ko­wa­nych wtedy wybrzeży nie było ufor­ty­fi­ko­wane. (Jedyne lądo­wa­nie na ufor­ty­fi­ko­wa­nym brzegu, prze­pro­wa­dzone przez Kana­dyj­czy­ków pod Dieppe w pół­noc­nej Fran­cji w sierp­niu 1942 roku, oka­zało się zde­cy­do­waną porażką.) Alian­tom udało się zasko­czyć wroga w Afryce Pół­noc­nej, ponie­waż zaata­ko­wali fran­cu­ską armię kolo­nialną bez wypo­wie­dze­nia wojny, ale nawet wtedy napo­tkali wiele trud­no­ści. Na Sycy­lii bro­nili się wpraw­dzie pozba­wieni ducha walki Włosi oraz nie­liczne oddziały nie­miec­kie, a mimo to zda­rzyło się kilka tra­gicz­nych wypad­ków, na przy­kład zestrze­le­nie przez aliancki okręt samo­lotu trans­por­to­wego, prze­wo­żą­cego wła­śnie żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skiej 82 Dywi­zji Powietrznodesan­towej, która miała wziąć udział w walce. Pod Salerno nato­miast Niemcy szybko doszli do sie­bie po podwój­nej nie­spo­dziance, jaką była dla nich zdrada Wło­chów i desant mor­ski wroga, i pra­wie udało im się zepchnąć Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów do morza, choć ci znacz­nie prze­wyż­szali ich liczeb­no­ścią oraz uzbro­je­niem.

Krótko mówiąc, na początku 1944 roku nie­wiele było takich ope­ra­cji, które mogłyby być przy­kła­dem dla alian­tów. Musieli pod­jąć próbę cze­goś, czego jesz­cze nikt ni­gdy nie robił.

Nie było jed­nak innego wyj­ścia. Szef sztabu armii ame­ry­kań­skiej, gene­rał Geo­rge C. Mar­shall, chciał doko­nać inwa­zji na Fran­cję już latem 1942 roku, a potem w poło­wie 1943. Waha­nia Bry­tyj­czy­ków i poli­tyczna koniecz­ność spra­wiły, że zwró­cono się wtedy w stronę Morza Śród­ziem­nego. Pod koniec 1943 Wielka Bry­ta­nia w końcu prze­stała się wahać i alianci pod­jęli decy­zję o inwa­zji na drugą stronę kanału, która miała być główną ope­ra­cją mili­tarną w roku następ­nym.

Ist­niało wiele powo­dów, aby taką decy­zję pod­jąć, ale naj­waż­niej­szym było prze­ko­na­nie, że wojny wygrywa się dzięki akcjom ofen­syw­nym. Mimo wszyst­kich wąt­pli­wo­ści zwią­za­nych z ter­mi­nem przy­szłej inwa­zji, bry­tyj­ski pre­mier Win­ston Chur­chill od początku wie­dział, że taka ofen­sywa jest nie­unik­niona. Już w paź­dzier­niku 1941 roku powie­dział koman­do­rowi lor­dowi Louisowi Mount­bat­te­nowi, sze­fowi Ope­ra­cji Połą­czo­nych: "Musisz przy­go­to­wać się do inwa­zji na Europę, bo jeśli nie ruszymy z miej­sca, nie wylą­du­jemy tam, nie podej­miemy walki z Hitle­rem i nie poko­namy jego sił na lądzie, to ni­gdy nie wygramy tej wojny".21

W tym wła­śnie celu Mar­shall prze­kształ­cił armię Sta­nów Zjed­no­czo­nych, liczącą w 1940 roku sto sie­dem­dzie­siąt tysięcy ludzi, w siłę, która trzy lata póź­niej liczyła sie­dem milio­nów dwie­ście tysięcy (z czego dwa miliony trzy­sta tysięcy żoł­nie­rzy słu­żyło w siłach powietrz­nych). Była to naj­le­piej wypo­sa­żona, naj­bar­dziej sprawna i dys­po­nu­jąca naj­więk­szą siłą ognia armia na świe­cie. Stwo­rze­nie jej sta­no­wiło naj­więk­sze osią­gnię­cie w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Taką armię nale­żało wyko­rzy­stać także poza tere­nem Włoch. Fia­sko inwa­zji, mają­cej umoż­li­wić stwo­rze­nie dru­giego frontu, byłoby dla Sta­lina cio­sem w plecy i mogłoby mieć tra­giczne kon­se­kwen­cje poli­tyczne -?pod­pi­sa­nie oddziel­nego nie­miecko-radziec­kiego pokoju, na jaki Hitler liczył. Albo, co gor­sza, dopro­wa­dzi­łoby w końcu do wyzwo­le­nia Europy Zachod­niej przez Armię Czer­woną, a co za tym idzie, do oku­pa­cji tych ziem przez ZSRR po woj­nie. W każ­dym razie, gdyby w 1944 nie pod­jęto ataku na drugą stronę kanału, zwy­cię­stwo nad Niem­cami prze­su­nę­łoby się w cza­sie na koniec 1945 roku albo nawet na rok 1946. Tym­cza­sem zaś w USA nara­stała poli­tyczna pre­sja, by powie­dzieć Bry­tyj­czy­kom: "Do dia­bła, jeśli nie podej­mie­cie walki we Fran­cji, zabie­rzemy swoją armię na Pacy­fik!"

Inwa­zja była więc nie­unik­niona. I mimo wszyst­kich trud­no­ści, mimo siły Niem­ców -?któ­rzy posia­dali sprawne linie komu­ni­ka­cyjne i stałe, beto­nowe for­ty­fi­ka­cje, oraz wal­czyli dziel­nie i sku­tecz­nie w obro­nie -?to alianci pano­wali nad sytu­acją. Dzięki temu, że osią­gnęli prze­wagę na morzu i w powie­trzu, a także dys­po­no­wali masowo pro­du­ko­wa­nymi naj­róż­niej­szymi desan­to­wymi jed­nost­kami pły­wa­ją­cymi i samo­lo­tami trans­por­to­wymi, byli nie­zwy­kle mobilni. Poza tym to oni decy­do­wali o cza­sie i miej­scu ataku.

Jed­nak w chwili roz­po­czę­cia desantu prze­wagę mie­liby Niemcy. Oddziały alianc­kie prze­trans­por­to­wane drogą mor­ską i powietrzną, zna­la­zł­szy się na ziemi fran­cu­skiej, byłyby począt­kowo mało sku­teczne. Dopóki nie roz­sze­rzono by przy­czółka, umoż­li­wia­jąc lądo­wa­nie czoł­gów, arty­le­rii samo­bież­nej i samo­cho­dów cię­ża­ro­wych, poru­szano by się raczej pie­szo. Niemcy tym­cza­sem mogliby prze­miesz­czać się po dro­gach i torach kole­jo­wych, kie­ru­jąc się choćby odgło­sami walki -?a do wio­sny 1944 roku zdo­łali już zgro­ma­dzić we Fran­cji pięć­dzie­siąt dywi­zji pie­choty i jede­na­ście dywi­zji pan­cer­nych. Alianci nie mogli też liczyć na to, że zdo­łają pierw­szego dnia rzu­cić do walki wię­cej niż pięć dywi­zji -?co zapew­ni­łoby im lokalną prze­wagę -?ponie­waż wszel­kie posiłki, każdy nabój, każdy kawa­łek ban­daża musiał prze­cież prze­być drogę przez kanał La Man­che.

Przed alian­tami stały więc dwa trudne zada­nia -?samo lądo­wa­nie na nie­przy­ja­ciel­skim wybrzeżu i umoc­nie­nie się na nim. Gdyby udało im się zdo­być przy­czó­łek i opa­no­wać teren umoż­li­wia­jący posu­wa­nie się w głąb lądu, mogliby ścią­gnąć do Fran­cji sprzęt i uzbro­je­nie, a to prze­są­dzi­łoby los Niem­ców. Ich bez­wa­run­kowe pod­da­nie się pozo­sta­łoby tylko kwe­stią czasu i ceny. Jeśliby jed­nak Wehr­macht zdo­łał przed koń­cem pierw­szego tygo­dnia od D-Day skie­ro­wać do walki dzie­sięć dywi­zji pan­cer­nych oraz pozo­stałe dywi­zje pie­choty i roz­po­cząć sko­or­dy­no­wany kontr­atak, ich prze­waga liczebna i siła ognia mogłyby oka­zać się decy­du­jące dla wyniku inwa­zji. W miarę upływu czasu pro­blem ten wyda­wał się coraz poważ­niej­szy, ponie­waż wio­sną 1944 roku miało się zna­leźć we Fran­cji już ponad sześć­dzie­siąt dywi­zji nie­miec­kich, pod­czas gdy alianci potrze­bo­wa­liby aż sied­miu tygo­dni od D-Day, by prze­pra­wić czter­dzie­ści parę dywi­zji, które zgro­ma­dzone były w Anglii.

By wygrać pierw­sze star­cie i zdo­być przy­czó­łek, alianci musieli zdać się przede wszyst­kim na swoje potężne lot­nic­two, które miało spa­ra­li­żo­wać ruchy Niem­ców -?w tej kwe­stii jed­nak wszystko zale­żało od pogody i widocz­no­ści. Znacz­nie sku­tecz­niej­szą metodą uniesz­ko­dli­wie­nia nie­przy­ja­ciel­skich dywi­zji pan­cer­nych było oszu­ka­nie wroga - wpro­wa­dze­nie go w błąd nie tylko przed inwa­zją, ale także w momen­cie jej roz­po­czę­cia, czyli prze­ko­na­nie, że to, co się dzieje, jest ata­kiem pozo­ro­wa­nym. Był to waru­nek, który zde­cy­do­wał o wybo­rze miej­sca desantu.

Bez względu jed­nak na miej­sce lądo­wa­nia inwa­zja zawsze wią­za­łaby się z fron­tal­nym ata­kiem na dobrze przy­go­to­wane pozy­cje wroga. Jak coś takiego prze­pro­wa­dzić przy moż­li­wie naj­mniej­szych stra­tach -?oto było pyta­nie, które spę­dzało sen z powiek gene­ra­łom obu stron w okre­sie I wojny świa­to­wej i nie docze­kało się odpo­wie­dzi aż do końca 1943 roku. Wehr­macht poko­nał swo­ich prze­ciw­ni­ków w Pol­sce w 1939 roku, we Fran­cji w 1940 i w Rosji w 1941. Bez­po­śred­nie fron­talne ataki Armii Czer­wo­nej w 1943 roku, a także podobne Bry­tyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów tego samego roku we Wło­szech przy­nio­sły duże straty i były sto­sun­kowo mało sku­teczne. A fron­talny atak w D-Day miał być prze­pro­wa­dzony z morza.

Pod­czas I wojny świa­to­wej wszyst­kie ataki fron­talne poprze­dzane były potęż­nym ostrza­łem arty­le­ryj­skim, trwa­ją­cym cza­sem nawet tydzień lub dwa. Dzięki swo­jemu potęż­nemu lot­nic­twu alianci dys­po­no­wali siłą ognia dwu­krot­nie więk­szą niż ostrzał arty­le­ryj­ski. Dowódcy alianccy uznali jed­nak, że zasko­cze­nie wroga jest tu znacz­nie waż­niej­sze niż dłu­go­trwałe bom­bar­do­wa­nie, dla­tego też ogra­ni­czyli je do około pół godziny przed ata­kiem.

Póź­niej poja­wiły się głosy kry­tyczne twier­dzące, że cięż­kie straty, jakich doznali alianci na plaży Omaha, byłyby mniej­sze, gdyby kilka dni przed inwa­zją bom­bar­do­wano z morza i powie­trza pozy­cje wroga, jak to póź­niej miało miej­sce na Pacy­fiku na Iwo Jimie i Oki­na­wie. Kry­tycy zapo­mnieli jed­nak o waż­nej rze­czy. Jak w swej histo­rii Mary­narki Sta­nów Zjed­no­czo­nych napi­sał Samuel Eliot Mori­son:

Alianci doko­ny­wali inwa­zji na kon­ty­nent, gdzie wróg mogł wzmoc­nić swoje siły i przy­stą­pić do kontr­ataku, a nie na małą wyspę, odciętą przez morze od wszel­kich posił­ków. (...) Nawet kom­pletne roz­bi­cie umoc­nień Wału Atlan­tyc­kiego na plaży Omaha nic by nam nie dało, gdyby dowódz­two nie­miec­kie miało dwa­dzie­ścia cztery godziny na zgro­ma­dze­nie rezerw do kontr­ataku. Musie­li­śmy liczyć się z moż­li­wo­ścią poważ­nych strat na pla­żach, by zapo­biec jesz­cze cięż­szym, jakich mogli­śmy doznać na pła­sko­wyżu i mię­dzy zabu­do­wa­niami.22

W cza­sie I wojny świa­to­wej, mając za sobą wspar­cie arty­le­ryj­skie, żoł­nie­rze mogli wyjść z oko­pów i wkro­czyć na opu­sto­szały teren wroga. Pod­czas ope­ra­cji mor­sko-lądo­wej nie było jed­nak oko­pów przed liniami wroga, z któ­rych pie­chota mogłaby wysko­czyć; żoł­nie­rze musieli nato­miast poko­nać przy­brzeżny pas wody i brnąć przez mokry piach, co unie­moż­li­wiało im szyb­kie poru­sza­nie i opóź­niało prze­trans­por­to­wa­nie sprzętu.

Poza tym, jak mieli wydo­stać się na brzeg z jed­no­stek trans­por­to­wych, na któ­rych prze­pły­nę­liby kanał? Na początku II wojny świa­to­wej nikt sobie tego nawet nie wyobra­żał. Pod koniec lat trzy­dzie­stych dowódcy Pie­choty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych (US Mari­nes), świa­domi, że pod­czas wojny z Japo­nią na Pacy­fiku konieczne będą desanty na wyspach, wymo­gli na mary­narce budowę okrę­tów desan­to­wych, ale ta była raczej zain­te­re­so­wana lot­ni­skow­cami i pan­cer­ni­kami, a nie małymi okrę­tami, nie­wiele więc w tej kwe­stii zro­biono. Wehr­macht nato­miast, przy­go­to­wu­jąc atak na Anglię w 1940 roku, pla­no­wał prze­rzu­ce­nie swo­ich jed­no­stek pie­choty przy uży­ciu barek holow­ni­czych. Zostały one jed­nak zbu­do­wane z myślą o trans­por­cie rzecz­nym; na otwar­tych wodach kanału, na któ­rych rzadko panuje cisza mor­ska, mogły oka­zać się kom­plet­nie bez­u­ży­teczne.

Bry­tyj­czycy zbli­żyli się do roz­wią­za­nia tego pro­blemu wraz ze skon­stru­owa­niem okrę­tów desan­to­wych LST (Lan­ding Ship, Tank) i łodzi desan­to­wych LCT (Lan­ding Craft, Tank) do trans­portu czoł­gów i pojaz­dów. LST był dużym okrę­tem, dorów­nu­ją­cym wiel­ko­ścią lek­kiemu krą­żow­ni­kowi, o dłu­go­ści około stu metrów i wypor­no­ści czte­rech tysięcy ton; miał pła­skie dno i dla­tego trudno nim było ste­ro­wać w cięż­kich warun­kach mor­skich. Był w sta­nie przy­bić do brzegu i wyła­do­wać na pła­skich pla­żach czołgi oraz cię­ża­rówki; zaryw­szy się w pia­sek, otwie­rał dwu­skrzy­dłowe łukowe wrota na dzio­bie i opusz­czał rampę, a pojazdy zjeż­dżały na brzeg. LST mógł prze­wo­zić w prze­past­nej ładowni dzie­siątki czoł­gów i cię­ża­ró­wek, a na pokła­dzie dodat­kowo także małe łodzie trans­por­towo-desan­towe.

LCT (w ter­mi­no­lo­gii Mary­narki Wojen­nej USA "okręt" liczył ponad sześć­dzie­siąt metrów dłu­go­ści) był łodzią o dłu­go­ści trzy­dzie­stu trzech metrów, która mogła prze­wo­zić od czte­rech do ośmiu czoł­gów (osta­tecz­nie powstały bowiem cztery typy LCT) przez sto­sun­kowo duże obszary wodne, takie jak kanał La Man­che, nawet przy dużej fali, a następ­nie z rampy wyła­do­wać trans­port na brzeg. Przy­łą­cza­jąc się do wojny, Ame­ryka pod­jęła się wyłącz­nej pro­duk­cji LST i LCT, jed­no­cze­śnie ulep­sza­jąc ich kon­struk­cję.

LST i LCT peł­niły rolę konia pocią­go­wego alian­tów. Były głów­nymi jed­nost­kami desan­to­wymi słu­żą­cymi do trans­por­to­wa­nia pojaz­dów i z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wano je w rejo­nie Morza Śród­ziem­nego w latach 1942 i 1943. Miały jed­nak poważne wady. Były wolne, mało zwrotne i dla­tego sta­no­wiły łatwy cel (ci, któ­rzy na nich pły­wali, mawiali, że skrót LST ozna­cza long slow tar­get -?długi powolny cel). Nie speł­niały rów­nież swo­jej roli, gdy trzeba było wysa­dzić na ląd plu­tony żoł­nie­rzy bio­rą­cych udział w bez­po­śred­niej walce, któ­rzy musieli toro­wać drogę innym jako pierw­sza szpica. Do tego celu lep­sza byłaby mała łódź o nie­du­żej wypor­no­ści i z osło­niętą śrubą, która mogłaby dzio­bem zaryć w plażę, a potem szybko się wyco­fać i wydo­stać na otwarte morze, nie ryzy­ku­jąc zwrotu bokiem do wyso­kich fal. Taka jed­nostka powinna także posia­dać trapy, umoż­li­wia­jące żoł­nie­rzom zej­ście na plażę (by nie musieli wyska­ki­wać przez burty).

Nad pro­jek­tem takiej łodzi pra­co­wało w Ame­ryce wielu kon­struk­to­rów, nie tylko słu­żą­cych w mary­narce wojen­nej. Pre­zen­to­wali różne roz­wią­za­nia, z któ­rych pewne się spraw­dziły. Naj­lep­sze oka­zały się pro­jekty LCI (Lan­ding Craft, Infan­try -?peł­no­mor­ska łódź desan­towa o dłu­go­ści czter­dzie­stu dzie­wię­ciu metrów, prze­wo­żąca wzmoc­nioną kom­pa­nię pie­choty -?pra­wie dwu­stu ludzi, któ­rzy mogli zejść na brzeg po tra­pach z obu stron dziobu), LMC (Lan­ding Craft, Medium) i LCVP (Lan­ding Craft, Vehicle and Per­son­nel -?łódź desan­towa trans­por­tu­jąca pojazdy i ludzi).23

Było jesz­cze wiele innych typów łodzi, w tym naj­dziw­niej­sza -?pły­wa­jąca dwu­ipół­to­nowa cię­ża­rówka, która została zapro­jek­to­wana przez cywil­nego pra­cow­nika Office of Scien­ti­fic Rese­arch and Deve­lop­ment (Biura Badań Nauko­wych i Roz­woju), Pal­mera C. Put­nama. Prze­kształ­cił on tak zwaną dwu­ipół­to­nówkę -?naj­czę­ściej uży­waną i naj­po­pu­lar­niej­szą cię­ża­rówkę armii ame­ry­kań­skiej -?w amfi­bię, która utrzy­my­wała się na wodzie dzięki her­me­tycz­nie zamknię­tej obu­do­wie i pły­wała za pomocą dwóch małych śrub. Zetknąw­szy się z lądem, poru­szała się jak nor­malna cię­ża­rówka. Amfi­bia ta mogła roz­wi­jać na spo­koj­nym morzu pręd­kość dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę, a na lądzie -?osiemdzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę. Przy­sto­so­wana była do prze­wo­że­nia sprzętu arty­le­ryj­skiego, żoł­nie­rzy i innych ładun­ków.

Począt­kowo więk­szość ludzi wyśmiało tę hybrydę, ale wkrótce dostrze­żono jej zalety i posta­no­wiono ją wyko­rzy­stać. W armii otrzy­mała nazwę DUKW, ale użyt­kow­nicy nazy­wali ją po pro­stu Duck, czyli "kaczką".24

Pro­duk­cja łodzi desan­to­wych przed­sta­wiała podobne trud­no­ści jak ich pro­jekt. Budowa odpo­wied­nio dużej floty, która mogłaby prze­wieźć w ciągu jed­nego dnia trzy do pię­ciu dywi­zji, sta­no­wiła ogromny pro­blem. Ani stocz­nie mary­narki wojen­nej, ani żadne cywilne nie miały doświad­cze­nia w podob­nych przed­się­wzię­ciach. Poza tym w grę wcho­dziły jesz­cze inne prio­ry­te­towe pro­duk­cje. W 1942 roku nie­zbęd­nie potrzebne oka­zały się eskor­towce oraz flota han­dlowa, i to na ich budowę prze­zna­czono całą stal i sil­niki okrę­towe.

W rezul­ta­cie, głów­nym ogra­ni­cze­niem pod­czas pla­no­wa­nia inwa­zji była nie­do­sta­teczna liczba odpo­wied­nich okrę­tów i łodzi desan­to­wych. W grun­cie rze­czy brak ten sta­no­wił także naj­waż­niej­szy czyn­nik przy opra­co­wy­wa­niu ogól­nej stra­te­gii wojen­nej, zarówno na Pacy­fiku, Morzu Śród­ziem­nym, jak i Atlan­tyku. Chur­chill skar­żył się z pewną gory­czą: "Losy dwóch wiel­kich impe­riów (...) wydają się zale­żeć od jakichś prze­klę­tych jed­no­stek o nazwie LST".25

To, że udało się prze­zwy­cię­żyć wszyst­kie owe trud­no­ści, było cudem tech­niki, a także trium­fem ame­ry­kań­skiego sys­temu gospo­dar­czego. Mary­narka nie chciała zawra­cać sobie głowy pro­duk­cją małych łodzi, podob­nie jak jej potężni kon­tra­henci, czyli wiel­kie stocz­nie. Siłą rze­czy zada­nie to przy­pa­dło więc drob­nym przed­się­bior­com, wła­ści­cie­lom małych stoczni, pro­jek­tu­ją­cym łodzie na zasa­dzie eks­pe­ry­mentu i pro­du­ku­ją­cym je na pod­sta­wie umowy, potwier­dzo­nej jedy­nie uści­skiem dłoni.

Było wielu takich ludzi, ale naj­więk­szym pro­jek­tan­tem i budow­ni­czym łodzi desan­to­wych stał się Andrew Jack­son Hig­gins z Nowego Orle­anu.

Gdy po raz pierw­szy spo­tka­łem się z gene­ra­łem Eisen­ho­we­rem, a było to w jego gabi­ne­cie w Get­tys­burgu w 1964 roku, zapro­po­no­wał mi sta­no­wi­sko jed­nego z redak­to­rów jego ofi­cjal­nych pism i doku­men­tów. Pod koniec roz­mowy powie­dział:

-?Sły­sza­łem, że uczy pan w Nowym Orle­anie. Poznał pan Andrew Hig­ginsa?

-?Nie, sir -?odpar­łem. -?Zmarł, zanim się tam prze­pro­wa­dzi­łem.

-?Wielka szkoda -?odrzekł. -?Ten czło­wiek wygrał dla nas wojnę.

Sły­sząc podobne stwier­dze­nie, i to w ustach kogoś takiego, musia­łem mieć zdu­mioną minę. Eisen­ho­wer wyja­śnił, co miał na myśli:

-?Gdyby Hig­gins nie zapro­jek­to­wał i nie wybu­do­wał LCVP, nie mogli­by­śmy wylą­do­wać na otwar­tej plaży. Cała stra­te­gia wojny wyglą­da­łaby ina­czej.

Andrew Hig­gins był genial­nym samo­ukiem, jeśli cho­dzi o pro­jek­to­wa­nie małych łodzi. W latach trzy­dzie­stych budo­wał je dla przed­się­bior­ców naf­to­wych, któ­rzy eks­plo­ato­wali błot­ni­ste tereny połu­dnio­wej Luizjany i potrze­bo­wali pła­sko­den­nej łodzi, zdol­nej pod­pły­nąć na brzeg, a potem wyco­fać się z niego. Wymogi te dosko­nale speł­niała jego drew­niana Eureka. Hig­gins, prze­ko­nany, że wybuch­nie wojna i potrzebne będą tysiące małych łodzi, a na pewno zabrak­nie stali, wyku­pił od Fili­pin cały zbiór maho­niu z 1939 roku i zatrzy­mał na przy­szły uży­tek.

Kiedy pie­chota mor­ska zmu­siła mary­narkę, by zaczęła prace nad pro­jek­tem łodzi desan­to­wej, Hig­gins włą­czył się do tych badań. Navy Bureau of Ships (Biuro Mary­narki do Spraw Okrę­tów) chciało samo­dziel­nie opra­co­wać pro­jekt, nie życząc sobie udziału tego poryw­czego, hała­śli­wego Irland­czyka, który wypi­jał butelkę whi­sky dzien­nie, budo­wał łodzie z drewna zamiast ze stali i któ­rego firma -?Hig­gins Indu­stries -?spra­wiała raczej wra­że­nie stwo­rzo­nej na łapu-capu, nie budzą­cej zaufa­nia spółki znad zatoki, niż poważ­nego przed­się­bior­stwa ze Wschod­niego Wybrzeża. Do tego wszyst­kiego Hig­gins wciąż powta­rzał, że "mary­narka nie ma zie­lo­nego poję­cia o małych łodziach".

Walka mię­dzy biu­ro­kra­tami a samot­nym przed­się­biorcą trwała przez parę lat, w końcu jed­nak Hig­gins zdo­łał w jakiś spo­sób nakło­nić mary­narkę, by pozwo­liła mu ubie­gać się o ten kon­trakt... i w rezul­ta­cie pie­chota mor­ska zachwy­ciła się efek­tem jego pro­duk­cji, czyli LCVP. Łódź Hig­ginsa do tego stop­nia prze­wyż­szała wszystko, co zapre­zen­to­wali kon­struk­to­rzy mary­narki czy inni pry­watni przed­się­biorcy, że jej pro­jektu nie mogli zboj­ko­to­wać nawet ślepi, tępi i nie­ru­chawi biu­ro­kraci.

Zawarł­szy umowę wstępną, Hig­gins od razu poka­zał, że jest nie tylko dosko­na­łym pro­jek­tan­tem, lecz także genial­nym orga­ni­za­to­rem i pro­du­cen­tem. Uru­cho­mił linie mon­ta­żowe w całym Nowym Orle­anie (nie­które nawet pod płó­cien­nym dachem), zatrud­nia­jąc w szczy­to­wym okre­sie trzy­dzie­ści tysięcy robot­ni­ków -?była to pierw­sza w mie­ście tego rodzaju zor­ga­ni­zo­wana siła robo­cza, w któ­rej skład wcho­dzili biali i czarni, męż­czyźni i kobiety. Hig­gins zachę­cał ich do pracy, tak jak gene­rał zagrzewa do walki swo­ich żoł­nie­rzy. Nad liniami mon­ta­żo­wymi wisiały wiel­kie hasła:

KTO SIĘ W PRACY OBIJA, PAŃ­STWOM OSI SPRZYJA!

Roz­wie­szał rów­nież zdję­cia, które przed­sta­wiały Hitlera, Mus­so­li­niego i Hiro­hito, sie­dzą­cych na sede­sie w toa­le­tach jego fabryk.

SPO­KOJ­NIE, BRA­CIE! KAŻDA MINUTA, POD­CZAS KTÓ­REJ SIĘ RELAK­SU­JESZ, TO DLA NAS ZYSK.

Pła­cił też robot­ni­kom naj­wyż­sze stawki bez względu na płeć czy rasę.26

Hig­gins udo­sko­na­lił kon­struk­cję LCT i zaczął pro­du­ko­wać ich setki; pomógł także zapro­jek­to­wać kutry patro­lowo-tor­pe­dowe, wytwa­rza­jąc ich całe tuziny; był waż­nym pod­wy­ko­nawcą w reali­za­cji pro­jektu Man­hat­tan i na różne inne spo­soby uczest­ni­czył w wysiłku wojen­nym swo­jego narodu.

Przede wszyst­kim jed­nak Hig­gins Indu­stries pro­du­ko­wały LCVP. Ich budowa oparta była na kon­struk­cji Eureki, z tym że zamiast wąskiego miały dziób kwa­dra­towy, który peł­nił jed­no­cze­śnie rolę rampy wyła­dun­ko­wej. Łódź ta, o dłu­go­ści jede­na­stu i sze­ro­ko­ści trzech metrów, przy­po­mi­nała pły­wa­jące pudełko na cygara i poru­szała się dzięki osło­nię­tej śru­bie, napę­dza­nej przez sil­nik die­slow­ski. Mogła trans­por­to­wać plu­ton liczący trzy­dzie­stu sze­ściu żoł­nie­rzy albo dżipa i dru­żynę dwu­na­stu ludzi. Rampę miała sta­lową, ale burty i kwa­dra­tową rufę już ze sklejki. Nawet na spo­koj­nym morzu koły­sała się i pod­ska­ki­wała, pod­czas gdy fale prze­le­wały się nad rampą i bur­tami. Nie­mniej jed­nak LCVP mogła przetrans­por­to­wać plu­ton żoł­nie­rzy na brzeg i wyła­do­wać ich w ciągu paru sekund, a potem wyco­fać się i pod­pły­nąć z powro­tem do okrętu matki po następny ładu­nek. Dosko­nale speł­niała więc swoje zada­nie.

Do końca wojny Hig­gins Indu­stries wypro­du­ko­wały ponad dwa­dzie­ścia tysięcy LCVP, nazy­wa­nych popu­lar­nie łodziami Hig­ginsa. Prze­wo­ziły one pie­chotę na wybrzeża Morza Śród­ziem­nego, Fran­cji, a także Iwo Jimy, Oki­nawy i innych wysp Pacy­fiku. Zeszło z nich na ląd wię­cej żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich niż ze wszyst­kich innych typów łodzi desan­to­wych razem wzię­tych27.

Łodzie Hig­ginsa były trans­por­to­wane na drugą stronę Atlan­tyku -?a potem przez kanał -?na pokła­dach LST. Spusz­czano je na wodę za pomocą żura­wi­ków. (Jeden ze spo­rów Hig­ginsa z Navy Bureau of Ships doty­czył wymia­rów łodzi. Kon­struk­tor twier­dził, że jede­na­ście metrów to odpo­wied­nia dłu­gość, speł­nia­jąca wszel­kie wymogi, pod­czas gdy mary­narka upie­rała się, że łodzie powinny mieć dzie­więć metrów, ponie­waż żura­wiki na LST zostały do takiej dłu­go­ści przy­sto­so­wane. "To zmień­cie żura­wiki!" -?ryk­nął Hig­gins i w rezul­ta­cie przy­jęto roz­wią­za­nie, jakie dyk­to­wał zdrowy roz­są­dek.) Łodzie Hig­ginsa wraz z LCT i innymi jed­nost­kami spra­wiły, że alianci mogli poru­szać się na wodzie nie­zwy­kle spraw­nie.

Alianci mieli prze­wagę nad wro­giem także w innych dzie­dzi­nach, dzięki czemu mogli roz­wią­zać i pozo­stałe pro­blemy. Niemcy, któ­rzy jako pierwsi stwo­rzyli oddziały spa­do­chro­nowe, zre­zy­gno­wali z ope­ra­cji powietrz­no­de­san­to­wych po zaję­ciu Krety w 1941 roku, kiedy to ponie­śli ogromne straty, a obec­nie nie mieli odpo­wied­nich moż­li­wo­ści trans­por­to­wych, by zor­ga­ni­zo­wać coś wię­cej niż tylko mały desant. Nato­miast armie ame­ry­kań­ska, bry­tyj­ska i kana­dyj­ska dys­po­no­wały dywi­zjami powietrz­no­de­san­to­wymi oraz samo­lo­tami, które mogły je prze­trans­por­to­wać poza linie wroga. Maszyny te, ozna­czone sym­bo­lem C-47, nazy­wane były Dako­tami. Każda z nich mogła prze­wieźć grupę osiem­na­stu spa­do­chro­nia­rzy. Dakota była woj­skową wer­sją DC-30, dwu­sil­ni­ko­wego samo­lotu zbu­do­wa­nego przez Douglas Air­craft w latach trzy­dzie­stych. Nie opan­ce­rzona, nie miała też żad­nego uzbro­je­nia, ale mogła słu­żyć do naj­róż­niej­szych celów. Choć powolna (roz­wi­jała pręd­kość do trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę), była naj­bez­piecz­niej­szym, naj­so­lid­niej­szym i naj­le­piej zapro­jek­to­wa­nym samo­lo­tem woj­sko­wym. (Ponad pół wieku póź­niej więk­szość DC-3, zbu­do­wa­nych w latach trzy­dzie­stych, cią­gle jesz­cze było w uży­ciu - słu­żyły do lotów han­dlo­wych, kur­su­jąc nad górami Ame­ryki Połu­dnio­wej i Środ­ko­wej.)

Żoł­nie­rze trans­por­to­wani przez Dakoty nale­żeli do jed­no­stek eli­tar­nych -?dwóch bry­tyj­skich dywi­zji powietrz­no­de­san­to­wych, 1 i 6, a także dwóch ame­ry­kań­skich, 82 i 101. Wszy­scy spa­do­chro­nia­rze byli ochot­ni­kami (w prze­ci­wień­stwie do żoł­nie­rzy trans­por­to­wa­nych szy­bow­cami) i każdy z nich prze­cho­dził szko­le­nie naj­cięż­sze z moż­li­wych. To doświad­cze­nie jesz­cze bar­dziej wzmac­niało więzi mię­dzy nimi -?w jed­no­stce pano­wała szcze­gólna soli­dar­ność. Byli to nie­zwy­kle sprawni ludzie, żoł­nie­rze odzna­cza­jący się wielką moty­wa­cją do walki, eks­perci w dzie­dzi­nie broni. Nie­wąt­pli­wie naj­lep­sze na świe­cie były rów­nież inne alianc­kie jed­nostki desan­towe, for­ma­cje takie, jak na przy­kład ran­gersi -?ame­ry­kań­skie jed­nostki spe­cjal­nego prze­zna­cze­nia czy bry­tyj­scy koman­dosi.

Dywi­zje pie­choty armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie nale­żały do jed­no­stek uwa­ża­nych za eli­tarne, ale rów­nież wyróż­niały się spo­śród innych. Cho­ciaż głów­nie skła­dały się z żoł­nie­rzy pobo­ro­wych, to jed­nak mię­dzy ame­ry­kań­skimi pobo­ro­wymi a ich nie­miec­kimi prze­ciw­ni­kami (nie mówiąc już o Bata­lio­nach Wschod­nich) ist­niała wielka prze­paść. Ame­ry­kań­ski sys­tem pobo­rowy był bar­dzo wyma­ga­jący. Jedna trze­cia męż­czyzn powo­ły­wa­nych do woj­ska była zwal­niana po bada­niach lekar­skich, dzięki czemu prze­ciętny ame­ry­kań­ski pobo­rowy był inte­li­gent­niej­szy, zdrow­szy i lepiej wykształ­cony niż prze­ciętny ame­ry­kań­ski cywil. Miał dwa­dzie­ścia sześć lat, mie­rzył metr sie­dem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try i ważył około sześć­dzie­się­ciu pię­ciu kilo­gra­mów; w obwo­dzie klatki pier­sio­wej liczył pra­wie osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, a w pasie miał sie­dem­dzie­siąt osiem i pół cen­ty­me­tra. Po trzy­na­stu tygo­dniach szko­le­nia przy­by­wało mu trzy i pół kilo wagi -?przy czym tłuszcz zamie­niał się w mię­śnie -?a obwód klatki pier­sio­wej zwięk­szał się co naj­mniej o dwa i pół cen­ty­me­tra. Nie­mal połowa pobo­ro­wych ukoń­czyła szkoły śred­nie; jeden na dzie­się­ciu uczył się w col­lege'u. Jak napi­sał Geof­frey Per­ret w swo­jej histo­rii armii ame­ry­kań­skiej pod­czas II wojny świa­to­wej:

Byli to naj­le­piej wykształ­ceni męż­czyźni, jakich powo­ły­wano do woj­ska na prze­strzeni dzie­jów.28

Pod koniec 1943 roku woj­sko ame­ry­kań­skie było naj­bar­dziej nie­do­świad­czoną armią na świe­cie. Z pra­wie pięć­dzie­się­ciu dywi­zji pie­choty, pan­cer­nych i powietrz­no­de­san­to­wych, które miały uczest­ni­czyć w kam­pa­nii w pół­nocno-zachod­niej Euro­pie, tylko dwie -?1 Dywi­zja Pie­choty i 82 Powietrz­no­de­san­towa -?brały już udział w walce.

Więk­szość żoł­nie­rzy bry­tyj­skich rów­nież ni­gdy nie widziała praw­dzi­wej bitwy. Choć Wielka Bry­ta­nia była w sta­nie wojny z Niem­cami od czte­rech lat, tylko nie­liczne dywi­zje miały już oka­zję do walki, a te, które wyzna­czono do udziału w inwa­zji, liczyły w swo­ich sze­re­gach zale­d­wie kilku wete­ra­nów.

Taka sytu­acja stwa­rzała pro­blemy i sta­no­wiła powód do obaw, ale jed­no­cze­śnie nio­sła ze sobą pewne korzy­ści. Jak powie­dział sze­re­gowy Carl Weast z ame­ry­kań­skiego 5 Bata­lionu Ran­ger­sów, "wete­ran pie­chur to prze­ra­żony pie­chur".29 Sier­żant Car­wood Lip­ton z 506 Pułku Pie­choty Spa­do­chro­no­wej 101 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej zauwa­żył zaś: "Pod­czas D-Day tak ryzy­ko­wa­łem życie, jak już ni­gdy póź­niej pod­czas tej wojny".30

Paul Fus­sell pisze w książce War­time (Czas wojny), że w trak­cie walki ludzie prze­cho­dzą dwa kolejne sta­dia racjo­na­li­za­cji, a potem wresz­cie etap peł­nego zro­zu­mie­nia sytu­acji. Roz­wa­ża­jąc moż­li­wość, że zosta­nie poważ­nie ranny albo nawet zabity, prze­ciętny żoł­nierz myśli: "To nie może zda­rzyć się mnie. Jestem zbyt sprytny/sprawny/wyćwi­czony/przy­stojny/kochany itd." Kolejny etap racjo­na­li­za­cji polega na tym, że mówi sobie: "To jed­nak może mi się zda­rzyć, więc muszę być bar­dziej ostrożny. Uniknę nie­bez­pie­czeń­stwa, jeśli będą bar­dziej uwa­żał, osła­nia­jąc kogoś/oko­pu­jąc się/ukry­wa­jąc swoją pozy­cję w trak­cie strze­la­nia itp." Wresz­cie żoł­nierz uświa­da­mia sobie: "To mi się w końcu zda­rzy, jeśli tu pozo­stanę".31

Pod­czas fron­tal­nego ataku na przy­go­to­wane pozy­cje wroga żoł­nie­rze, któ­rzy ni­gdy nie widzieli, co z ludz­kim cia­łem może zro­bić kula, mina lądowa czy eks­plo­du­jący pocisk moź­dzie­rzowy, spraw­dzają się lepiej niż ci, któ­rzy już uczest­ni­czyli w rzezi. Mło­dzi męż­czyźni, nasto­letni lub tuż po dwu­dzie­stce, czują się nie­śmier­telni, jak tego dowo­dzi uwaga Char­lesa Easta z 29 Dywi­zji. Kiedy w przed­dzień inwa­zji usły­szał od swego dowódcy, że na dzie­się­ciu ludzi dzie­wię­ciu zosta­nie ran­nych w D-Day, spoj­rzał na kolegę z pra­wej strony, potem na tego z lewej i pomy­ślał: "Biedne chło­paki!".32

Tacy ludzie jak sier­żant Lip­ton i sze­re­gowy East -?a podob­nych do nich były w armii ame­ry­kań­skiej tysiące -?rekom­pen­so­wali brak doświad­cze­nia zapa­łem i zuchwa­ło­ścią.

Sytu­acja w dywi­zjach pie­choty armii bry­tyj­skiej przed­sta­wiała się jesz­cze ina­czej. Słu­żący w nich żoł­nie­rze prze­by­wali w kosza­rach od czerwca 1940 roku, gdy Bry­tyj­skie Siły Eks­pe­dy­cyjne wyco­fały się z kon­ty­nentu. Nie byli tak wykształ­ceni ani fizycz­nie sprawni jak ich ame­ry­kań­scy kole­dzy. Wpraw­dzie lepiej od nich prze­strze­gali "kosza­ro­wej" dys­cy­pliny -?dbali o mun­dur, salu­to­wali itd. -?ale jeśli cho­dzi o posłu­szeń­stwo wobec prze­ło­żo­nych i wypeł­nia­nie roz­ka­zów, byli znacz­nie gorsi. War Office, bry­tyj­skie Mini­ster­stwo Wojny, bało się narzu­cać zbyt surową dys­cy­plinę w armii demo­kra­tycz­nego pań­stwa, żywiąc nie­zro­zu­miałe obawy, że może to osła­bić ducha walki wśród pro­stych żoł­nie­rzy.

Słu­żący w armii bry­tyj­skiej wete­rani zostali już poko­nani przez Wehr­macht w 1940 roku; ich kole­dzy z oddzia­łów zamor­skich ule­gli znacz­nie słab­szej od nich armii japoń­skiej w Sin­ga­pu­rze w lutym 1942; pobici zostali rów­nież przez Niem­ców -?pod Tobru­kiem w Libii, w czerwcu 1942 roku, a także na grec­kiej wyspie Léros w listo­pa­dzie 1943. Jedyne swoje zwy­cię­stwo, nad Afrika Korps pod El Ala­mein w listo­pa­dzie 1942 roku, zawdzię­czali Bry­tyj­czycy temu, że wro­gowi bra­ko­wało ludzi, broni i sprzętu. Ści­ga­jąc Afrika Korps w głąb Tune­zji, a także pod­czas póź­niej­szych kam­pa­nii na Sycy­lii i we Wło­szech, bry­tyj­ska 8 Armia nie wyka­zy­wała szcze­gól­nych skłon­no­ści do zabi­ja­nia.

Niemcy, któ­rzy mieli oka­zję wal­czyć z Bry­tyj­czy­kami, czę­sto wyra­żali zdu­mie­nie, że żoł­nie­rze ci robili tylko to, co było ich obo­wiąz­kiem -?i nic wię­cej. Dzi­wili się, że Anglicy prze­ry­wali pościg za wro­giem, gdy nad­cho­dziła pora parze­nia her­baty, a także, co było już zupeł­nie nie do poję­cia, pod­da­wali się, kiedy koń­czyły im się amu­ni­cja i paliwo, albo kiedy zostali okrą­żeni. Gene­rał Ber­nard Law Mont­go­mery, dowódca 8 Armii, napi­sał do swego prze­ło­żo­nego, szefa Impe­rial­nego Sztabu Gene­ral­nego, mar­szałka polnego Alana Bro­oke'a:

Pro­blem z naszymi bry­tyj­skimi chłop­cami polega na tym, że z natury nie są to zabójcy.33

Jedną z przy­czyn nie­po­wo­dzeń armii bry­tyj­skiej pod­czas II wojny świa­to­wej było słabe uzbro­je­nie. Angiel­skie czołgi, cię­ża­rówki, arty­le­ria i broń ręczna nie dorów­ny­wały sprzę­towi nie­miec­kiemu czy ame­ry­kań­skiemu. Kolej­nym powo­dem sła­bo­ści Bry­tyj­czy­ków był tru­jący jad pacy­fi­zmu, który wżarł się w serca ich mło­dzieży po klę­skach nad Sommą, we Flan­drii i na innych polach bitew­nych I wojny świa­to­wej. Co wię­cej, z tam­tej­szych oko­pów wyszli obecni wyżsi ofi­ce­ro­wie. Cią­gle drę­czyły ich kosz­mary senne po daw­nych prze­ży­ciach. Ludzie ci prze­waż­nie nie wie­rzyli w akcje ofen­sywne, a w bez­po­śred­nie ataki fron­talne jesz­cze mniej. Gdyby prze­ło­żeni kazali im popro­wa­dzić atak przez pas ziemi niczy­jej, nie posłu­cha­liby. Uwa­ża­liby, że to głu­pota, daremny wysi­łek, samo­bój­stwo. Nie poj­mo­wali, że doświad­cze­nia I wojny świa­to­wej nie­ko­niecz­nie muszą doty­czyć wszyst­kich akcji ofen­syw­nych.

W przed­dzień inwa­zji na Nor­man­dię gene­rał Mont­go­mery poje­chał na inspek­cję Kom­pa­nii D, Pułku Lek­kiej Pie­choty hrabstw Oxford i Buc­kin­gham, jed­nostki szy­bow­co­wej 6 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej. Jej dowódcą był major John Howard. Kom­pa­nia D miała spe­cjalne zada­nie. Skła­dała się z ochot­ni­ków, dosko­na­łych młod­szych ofi­ce­rów, bar­dzo dobrze wyszko­lo­nych i przy­go­to­wa­nych do akcji. Była to wspa­niała kom­pa­nia strze­lecka. Patrząc na nich, Mont­go­mery powie­dział ury­wa­nym gło­sem do Howarda: "Pro­szę spro­wa­dzić do domu tylu z tych chłop­ców, ilu się da".34

Sto­su­nek Mont­go­mery'ego do ofen­sywy zde­cy­do­wa­nie róż­nił się od podej­ścia, jakie pre­zen­to­wał mar­sza­łek polny Douglas Haig pod­czas I wojny świa­to­wej, i z całą pew­no­ścią był bar­dziej ludzki. Jed­nak słowa te, wypo­wia­dane do dowódcy eli­tar­nej jed­nostki, która naza­jutrz miała wyko­nać abso­lut­nie klu­czowe zada­nie, brzmiały dość dziw­nie. Wyda­wać by się mogło, że w takiej sytu­acji sto­sow­niej­sze byłoby zale­ce­nie: "John, bez względu na wszystko, posta­raj się wyko­nać zada­nie".

Powścią­gli­wość Mont­go­mery'ego wyni­kała po czę­ści z reali­zmu. Anglia wyczer­pała już swoje zasoby ludz­kie. Armia bry­tyj­ska nie mogła pozwo­lić sobie na straty, nie zdo­ła­łaby bowiem ich uzu­peł­nić. Jed­nak taki wła­śnie spo­sób myśle­nia dopro­wa­dzał Ame­ry­ka­nów do furii. Ich zda­niem naj­lep­szym spo­so­bem zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia strat było jak naj­szyb­sze zakoń­cze­nie wojny - a w tym celu nale­żało pod­jąć ryzyko, zapo­mi­na­jąc o ostroż­no­ści.

Ame­ry­ka­nów iry­to­wało jesz­cze coś innego -?pełne wyż­szo­ści lek­ce­wa­że­nie, jakiego nie potra­fili ukryć nie­któ­rzy bry­tyj­scy ofi­ce­ro­wie wobec wszyst­kiego, co ame­ry­kań­skie. Nie­mal każdy z nich żywił prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści bry­tyj­skiej tech­niki, metod dzia­ła­nia oraz tak­tyki, i dawał temu wyraz. Mówiąc wprost, więk­szość bry­tyj­skich ofi­ce­rów trak­to­wała Ame­ry­ka­nów jak neo­fi­tów w dzie­dzi­nie wojny, któ­rzy wpraw­dzie otrzy­mali od Boga masę wspa­nia­łego, nowo­cze­snego sprzętu, ale nie mogli pochwa­lić się doświad­cze­niem wojen­nym. Tacy ludzie uwa­żali za swój obo­wią­zek czy wręcz misję, by szko­lić i pouczać Jan­ke­sów. Mar­sza­łek polny sir Harold Ale­xan­der pisał z Tune­zji do mar­szałka polnego Bro­oke'a o Ame­ry­ka­nach:

Oni po pro­stu nie znają się na żoł­nier­skiej robo­cie i doty­czy to wszyst­kich rang, od gene­rała aż po sze­re­gowca. Być może naj­słab­szym ogni­wem są niżsi dowódcy, któ­rzy prak­tycz­nie nie dowo­dzą, w rezul­ta­cie czego ich pod­władni po pro­stu nie wal­czą.35

Kolejny więc pro­blem, przed jakim sta­nęli alianci pod koniec 1943 roku, wyni­kał wła­śnie z faktu, że byli oni sprzy­mie­rzeń­cami. "Sojusz­nicy są po to, by prze­ciwko nim wal­czyć" -?powie­dział nie­gdyś Napo­leon, stwier­dza­jąc oczy­wi­stą prawdę. Ame­ry­ka­nie dzia­łali na nerwy Bry­tyj­czy­kom, Bry­tyj­czycy zaś okrop­nie dener­wo­wali Ame­ry­ka­nów. Anty­pa­tię zaostrzała jesz­cze wza­jemna bli­skość; w miarę jak przed inwa­zją do Anglii przy­by­wało coraz wię­cej oddzia­łów ame­ry­kań­skich, kon­flikty się nasi­lały. Zda­niem Bry­tyj­czy­ków kło­poty z Ame­ry­ka­nami pole­gały na tym, że są "prze­pła­cani, roz­bu­chani i w ogóle są". Ci zaś rewan­żo­wali się, mówiąc, że Bry­tyj­czycy są słabo opła­cani (co było prawdą) i ozię­bli (co także wyda­wało się uza­sad­nione, bo angiel­skie dziew­częta wyraź­nie lgnęły do ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy mieli dużo pie­nię­dzy do wyda­nia i kwa­te­ro­wali raczej po wsiach niż w zamknię­tych kosza­rach).

W Tune­zji, na Sycy­lii i we Wło­szech Anglicy i Ame­ry­ka­nie wpraw­dzie wal­czyli ramię przy ramie­niu, ale zbyt dużo było mię­dzy nimi wza­jem­nej nie­chęci, a zbyt mało poczu­cia soli­dar­no­ści. Jeśli obie nacje miały razem sfor­so­wać Wał Atlan­tycki, musiały nauczyć się współ­pracy. Dowo­dem, że są do tego zdolni, mogło być nazew­nic­two jed­no­stek woj­sko­wych. Jesz­cze w 1917 roku, kiedy żoł­nie­rzy Ame­ry­kań­skich Sił Eks­pe­dy­cyj­nych (Ame­ri­can Expe­di­tio­nary Force) zapy­tano, co ozna­cza skrót ich jed­nostki -?AEF -?odpo­wie­dzieli: After England Failed -?po klę­sce Anglii. W 1943 roku jed­nak AEF ozna­czało już Allied Expe­di­tio­nary Force -?Alianc­kie Eks­pe­dy­cyjne Siły Zbrojne.

Prze­ciwko nie­do­świad­czo­nym, zaro­zu­mia­łym Ame­ry­ka­nom ("do dia­bła z tor­pe­dami -?cała naprzód!") i zmę­czo­nym wojną, nazbyt ostroż­nym Bry­tyj­czy­kom Niemcy mogli wysta­wić zapra­wio­nych w boju ludzi, któ­rzy, jak to okre­ślił Max Hastings, "cie­szyli się od wielu wie­ków opi­nią dosko­na­łych żoł­nie­rzy; za Hitlera zaś nie­miecka armia osią­gnęła apo­geum swo­jego roz­woju". Na potwier­dze­nie tego Hastings dodaje też: "Gdzie­kol­wiek żoł­nie­rze bry­tyj­scy czy ame­ry­kań­scy zetknęli się pod­czas II wojny świa­to­wej z dorów­nu­ją­cymi im liczeb­nie oddzia­łami nie­miec­kimi, wszę­dzie Niemcy bili ich do szczętu".36 Ocena Hastingsa była dość popu­larna wśród histo­ry­ków woj­sko­wych pierw­szego pół­wie­cza po woj­nie. Żoł­nie­rzom nie­miec­kim przy­pi­sy­wano nie­mal mityczne zalety, uwa­ża­jąc ich za naj­lep­szych wojow­ni­ków nie tylko tej wojny, ale także w całej histo­rii.

Jest to jed­nak opi­nia nie­słuszna. W armii Wehr­machtu było dużo dosko­na­łych jed­no­stek woj­sko­wych i na pewno wielu wspa­nia­łych żoł­nie­rzy, ale nie należy uwa­żać ich za nie­po­ko­na­nych. Nawet żoł­nie­rze dobo­ro­wych jed­no­stek Waf­fen-SS w latach 1944-1945 nie byli o wiele lepsi od zwy­kłych żoł­nie­rzy w sze­re­gach alian­tów, jeśli w ogóle można mówić o jakiejś wyż­szo­ści. Nato­miast eli­tarne jed­nostki sprzy­mie­rzo­nych, powietrz­no­de­san­towe czy też ran­gersi albo koman­dosi pod wie­loma wzglę­dami znacz­nie prze­wyż­szały oddziały, jakie Niemcy mogli wysłać do walki.

To, co wpły­wało na tak wysoką ocenę żoł­nie­rzy nie­miec­kich, co robiło tak wiel­kie wra­że­nie na Hasting­sie i innych, to sto­su­nek zabi­tych po obu wal­czą­cych stro­nach, który wyno­sił dwa do jed­nego na korzyść Wehr­machtu, a cza­sami wię­cej. Ale takie kry­te­rium oceny nie uwzględ­nia zasad­ni­czego faktu -?Wehr­macht pra­wie zawsze wal­czył z woj­skami alianc­kimi w defen­sy­wie, mając za sobą przy­go­to­wane pozy­cje lub stałe for­ty­fi­ka­cje, jak Linia Mareth w Tune­zji i Linia Zimowa we Wło­szech, Wał Atlan­tycki we Fran­cji czy wresz­cie Wał Zachodni u gra­nic pań­stwa nie­miec­kiego pod koniec wojny. Jed­nak nawet w takich sytu­acjach nie potra­fił wytrwać na swo­ich pozy­cjach i pozwa­lał się z nich wypie­rać. Oczy­wi­ście nie­któ­rzy histo­rycy twier­dzą, że Niem­ców zmu­szała do odwrotu obez­wład­nia­jąca siła ognia, że alianci wygry­wali, ponie­waż prze­wyż­szali wroga ilo­ścią sprzętu i uzbro­je­nia, a nie walecz­no­ścią, i trzeba przy­znać, że jest w tym tro­chę prawdy.

Nie­mniej jed­nak, kiedy jedyny raz pod­czas II wojny świa­to­wej Wehr­macht pod­jął praw­dziwą ofen­sywę prze­ciwko oddzia­łom ame­ry­kań­skim, został po pro­stu roz­gro­miony. W Arde­nach w grud­niu 1944 roku Niemcy zde­cy­do­wa­nie prze­wa­żali pod wzglę­dem liczeb­no­ści i uzbro­je­nia. Sto­su­nek ich sił do sił alian­tów pod Basto­gne, gdzie okrą­żyli 101 Dywi­zję Powietrz­no­de­san­tową, wyno­sił dzie­sięć do jed­nego. To, że alianci kon­tro­lo­wali prze­strzeń powietrzną, oka­zało się bez więk­szego zna­cze­nia, ponie­waż pano­wała zła pogoda. Niemcy nato­miast znaj­do­wali się w pobliżu skła­dów zaopa­trze­nia, a nawet swego najwięk­szego rejonu prze­my­sło­wego, tak że czołgi zjeż­dża­jące z taśm pro­duk­cyj­nych zakła­dów Ruhry mogły przy­stą­pić do walki nie­mal natych­miast po prze­kro­cze­niu bramy fabrycz­nej. Dys­po­no­wali też sil­nym wspar­ciem arty­le­ryj­skim. Mimo to lekko uzbro­jona "sto pierw­sza", odcięta od zaopa­trze­nia, zmar­z­nięta, głodna, nie mająca moż­li­wo­ści odpo­wied­niego zaję­cia się ran­nymi, któ­rej ponadto koń­czyła się amu­ni­cja i nie mogła liczyć na wspar­cie arty­le­rii, wytrzy­my­wała nie­miec­kie ataki ponad tydzień.

Oka­zało się więc, że ame­ry­kań­skie jed­nostki eli­tarne prze­wyż­szają dobo­rowe woj­ska nie­miec­kie. W innych rejo­nach Arde­nów było podob­nie. Doszedł­szy do sie­bie po począt­ko­wym zasko­cze­niu, regu­larne oddziały pie­choty ame­ry­kań­skiej spi­sy­wały się naprawdę dosko­nale.

W 1980 roku felie­to­ni­sta maga­zynu "Time", Hugh Sidey, popro­sił gene­rała Maxwella Tay­lora, dowódcę 101 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej pod­czas wojny, by opo­wie­dział o doko­na­niach ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy, słu­żą­cych pod jego dowódz­twem. Tay­lor stwier­dził, że na początku miał z nimi sporo pro­ble­mów, ale już w grud­niu 1944 roku w jego dywi­zji znaj­do­wały się kom­pa­nie

(...) lep­sze niż gdzie­kol­wiek indziej. Żoł­nie­rze byli zapra­wieni w bojach, ofi­ce­ro­wie spraw­dzeni, a sprzęt uno­wo­cze­śniony. Ludzie mieli cudowną łatwość przy­sto­so­wy­wa­nia się do nowych warun­ków i pew­ność sie­bie, jaką daje wycho­wa­nie w sys­te­mie demo­kra­tycz­nym. Żaden inny ustrój nie mógłby wydać takich żoł­nie­rzy, ale ich przy­go­to­wa­nie wyma­gało nieco czasu.37

Tak więc, choć w skład wojsk nie­miec­kich wcho­dziło kilka bar­dzo dobrych jed­no­stek, nie można powie­dzieć, że była to naj­lep­sza armia na świe­cie. Nale­ża­łoby raczej stwier­dzić, że po 1941 roku strona wal­cząca w defen­sy­wie siłą rze­czy lepiej wypa­dała w powierz­chow­nej oce­nie niż ata­ku­jąca.

Niemcy nie prze­wyż­szali też Ame­ry­ka­nów pod wzglę­dem tech­nicz­nym. To prawda, ich pie­chota była lepiej uzbro­jona, dys­po­no­wali też róż­nymi nowin­kami tech­nicz­nymi, jak samo­lot-pocisk samo­ste­ru­jący V-1, oraz naprawdę prze­ło­mo­wymi wyna­laz­kami, na przy­kład wypo­sa­żo­nym w chrapy okrę­tem pod­wod­nym czy rakie­tami V-2. Zosta­wali jed­nak wyraź­nie w tyle, jeśli cho­dzi o roz­wią­za­nia tech­niczne i jakość samo­lo­tów myśliw­skich i bom­bo­wych (może z wyjąt­kiem Me-262, który poja­wił się zbyt późno). Nie pro­wa­dzili też badań nad bro­nią ato­mową, ich sys­tem szy­frowy Enigma został zła­many, a w dzie­dzi­nie trans­portu moto­ro­wego -?co wydaje się dziwne w przy­padku ojczy­zny Mer­ce­desa i Volks­wa­gena -?rów­nież dali się wyprze­dzić innym pań­stwom.

Bry­tyj­czycy nato­miast przo­do­wali w dzie­dzi­nie nauki. To oni wyna­leźli zapal­nik zbli­że­niowy, radar i sonar, a także peni­cy­linę. Prace nad bombą ato­mową zaini­cjo­wali wła­śnie oni. Bry­tyj­czycy w ogóle odzna­czali się dużą pomy­sło­wo­ścią. Pra­co­wali na przy­kład nad spe­cjal­nym typem czołgu, który nazwano "zabawką Hobarta", od nazwi­ska gene­rała Percy'ego Hobarta, dowódcy 79 Dywi­zji Pan­cer­nej. W marcu 1943 roku Hobart miał przed­sta­wić plan prze­trans­por­to­wa­nia czoł­gów na plaże i dalej poza wydmy, tak by alianci mogli prze­drzeć się przez beto­nowe for­ty­fi­ka­cje i pola minowe Wału Atlan­tyc­kiego. Gene­rał wymy­ślił wtedy pły­wa­jące czołgi. Nazwano je DD -?duplex drive (podwójny napęd), ponie­waż oprócz głów­nego sil­nika posia­dały jesz­cze dwie nie­za­leż­nie pra­cu­jące śruby. Czołgi miały także wodosz­czelny dach i płó­cienną, wypeł­nianą powie­trzem osłonę kor­pusu, co nada­wało im wygląd dzie­cię­cego wózka. Nadmu­chi­wana osłona była porzu­cana, gdy pojazd dotarł na brzeg.

Inna "zabawka Hobarta" wypo­sa­żona była w pudeł­kowo-bel­kowy most dłu­go­ści około dwu­na­stu metrów, słu­żący do poko­ny­wa­nia rowów prze­ciw­czoł­go­wych. Czołg z cepami "Krab" z kolei miał przed sobą ruchomy bęben, który obra­ca­jąc się, ude­rzał w zie­mię sta­lo­wymi łań­cu­chami, co pozwa­lało w spo­sób bez­pieczny deto­no­wać miny. Ist­niały jesz­cze inne podobne wyna­lazki.

Bar­dziej zaska­ku­jący od idei pły­wa­ją­cych czoł­gów był pomysł, by prze­trans­por­to­wać przez wody kanału "porty" czy "doki", mon­to­wane z prze­no­śnych ele­men­tów. Pod koniec 1943 roku tysiące robot­ni­ków bry­tyj­skich pra­co­wało przy budo­wie takich "tym­cza­so­wych" por­tów (opa­trzo­nych kryp­to­ni­mem Mul­ber­ries38), a także falo­chro­nów, które miały je osła­niać. "Doki" skła­dały się z pły­wa­ją­cych przy­stani i mola łączą­cego je z brze­giem. Przy­sta­nie były tak skon­stru­owane, że plat­forma, po któ­rej można się było poru­szać, spo­czy­wała na czte­rech fila­rach wspar­tych o dno morza i mogła to uno­sić się, to opa­dać, pod­da­jąc się fali. Falo­chron (kryp­to­nim Pho­enix) sta­no­wił nato­miast kon­struk­cję zło­żoną z pustych beto­no­wych keso­nów o wyso­ko­ści sze­ściu pię­ter i sta­rych stat­ków han­dlo­wych. Usta­wiano je obok sie­bie wzdłuż wybrzeży fran­cu­skich i zata­piano przez otwar­cie kadłu­bów. W ten spo­sób w D-Day i póź­niej można było szybko i w odpo­wied­nim miej­scu wznieść falo­chrony, osła­nia­jące urzą­dze­nia por­towe.

Bry­tyj­czycy mieli także wiele innych osią­gnięć w dzie­dzi­nie tech­niki. Jed­nym z nich była Ultra, czyli sys­tem łama­nia szy­fru nie­miec­kiej maszyny kodu­ją­cej, Enigmy39. Od 1941 roku potra­fili roz­szy­fro­wać znaczną część nie­miec­kich komu­ni­ka­tów radio­wych, co pozwo­liło alian­tom usta­lić -?prze­waż­nie dość dokład­nie, a w nie­któ­rych przy­pad­kach z cał­ko­witą pre­cy­zją -?plan roz­miesz­cze­nia oddzia­łów nie­miec­kich przed inwa­zją. Takie infor­ma­cje wywia­dow­cze, jak roz­miesz­cze­nie jed­no­stek wroga, ich siła i uzbro­je­nie, mają pod­sta­wowe i bez­cenne zna­cze­nie, dla­tego też alianci zyskali dzięki Ultrze olbrzy­mią prze­wagę już na star­cie.

Kiedy na początku lat sie­dem­dzie­sią­tych ujaw­niono wresz­cie sekret Ultry, ludzie pytali: Jeśli rze­czy­wi­ście cały czas odczy­ty­wa­li­śmy nie­miec­kie komu­ni­katy radiowe, to dla­czego nie wygra­li­śmy wojny wcze­śniej? Odpo­wiedź brzmi: ależ wła­śnie tak się stało.

Prze­waga alian­tów nad Niem­cami zwięk­szyła się jesz­cze za sprawą bry­tyj­skiego sys­temu dez­in­for­ma­cji wroga i wypro­wa­dze­nia w pole jego wywiadu. W 1940 roku Bry­tyj­czy­kom udało się aresz­to­wać wszyst­kich nie­miec­kich szpie­gów dzia­ła­ją­cych w Wiel­kiej Bry­ta­nii i "prze­cią­gnąć ich na swoją stronę" -?zostali po pro­stu nakło­nieni pod lufą pisto­letu do pod­ję­cia dzia­łal­no­ści podwój­nych agen­tów. Przez następne trzy lata alfa­be­tem Morse'a prze­sy­łali swoim nie­miec­kim ofi­ce­rom pro­wa­dzą­cym infor­ma­cje... sta­ran­nie dobie­rane przez wywiad bry­tyj­ski. Były one zawsze praw­dziwe, ponie­waż cała ope­ra­cja pole­gała na tym, by wzmoc­nić zaufa­nie Abwehry do swo­ich agen­tów, choć prze­waż­nie miały małe zna­cze­nie stra­te­giczne lub prze­sy­łano jej zbyt późno, aby mogły się na coś przy­dać.40

Nie­kiedy takie infor­ma­cje wywo­ły­wały nie­po­kój po stro­nie sił alianc­kich, przy­go­to­wu­ją­cych się do inwa­zji. Sier­żant Gor­don Car­son z ame­ry­kań­skiej "sto pierw­szej" sta­cjo­no­wał pod koniec 1943 roku w Ald­bo­urne, po zachod­niej stro­nie Lon­dynu. Lubił słu­chać w radiu pro­gramu Axis Sally41. Sally, znana także jako Suka z Ber­lina, nazy­wała się w rze­czy­wi­sto­ści Midge Gil­lars i była dziew­czyną z Ohio, która marzyła o karie­rze aktorki, ale została modelką w Paryżu. Tam poznała Maxa Ottona Koischwitza, wyszła za niego za mąż i wraz z nim prze­nio­sła się do Ber­lina. Kiedy wybu­chła wojna, pod­jęła w radiu nie­miec­kim pracę disc joc­keya. Cie­szyła się ogromną popu­lar­no­ścią wśród żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich z powodu spe­cy­ficz­nego akcentu, a także słodko i namięt­nie brzmią­cego głosu. Nada­wała zwy­kle naj­now­sze prze­boje, prze­pla­ta­jąc je okrop­nymi hasłami pro­pa­gan­do­wymi ("po co wal­czyć w obro­nie komu­ni­stów? po co wal­czyć w obro­nie Żydów?"), które w takim zesta­wie­niu wszyst­kich śmie­szyły.

Żoł­nie­rze jed­nak prze­sta­wali się śmiać, kiedy Sally w prze­rwach mię­dzy pio­sen­kami wtrą­cała uwagi, które wywo­ły­wały u nich ciarki po ple­cach. Mówiła na przy­kład: "Halo, żoł­nie­rze z Kom­pa­nii E, 506 Pułku Pie­choty Spa­do­chro­no­wej 101 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej w Ald­bo­urne. Mam nadzieję, że dobrze bawi­li­ście się na prze­pust­kach w Lon­dy­nie pod­czas zeszłego week­endu. Och, a przy oka­zji, powiedz­cie wła­dzom mia­sta, że zegar na kościele późni się o trzy minuty".42

Axis Sally lubiła zaska­ki­wać takimi uwa­gami -?wielu Ame­ry­ka­nów oraz Bry­tyj­czy­ków pamięta jesz­cze podobne histo­rie, jak ta z zega­rem. Pięć­dzie­siąt lat póź­niej wete­rani tam­tej wojny wciąż kręcą gło­wami i dzi­wią się: "Skąd, do dia­bła, mogła to wie­dzieć?" Wie­działa, ponie­waż infor­ma­cje te prze­ka­zy­wał jej wywiad bry­tyj­ski.

U Niem­ców nato­miast dzięki takim wia­do­mo­ściom rosło prze­ko­na­nie, że mają naj­lep­szą sieć szpie­gow­ską na świe­cie. Wie­rzyli też nie­za­chwia­nie, że Enigma jest naj­do­sko­nal­szą maszyną szy­fru­jącą, abso­lut­nie nie do zła­ma­nia, a ich wywiad i kontr­wy­wiad są nie­po­ko­nane.

Dez­in­for­mo­wa­nie Niem­ców na temat moż­li­wo­ści i zamia­rów alian­tów nale­żało do destruk­cyj­nej sfery dzia­łal­no­ści wywiadu. Drugą, kon­struk­tywną, było zbie­ra­nie infor­ma­cji doty­czą­cych roz­miesz­cze­nia sił bojo­wych Niem­ców. Tu nie­oce­nioną rolę odgry­wała oczy­wi­ście Ultra; oprócz niej alianci mieli jesz­cze dwa źró­dła infor­ma­cji, które uru­cho­mili pod koniec 1943 roku. Pierw­szym był zwiad powietrzny. Kiedy Luft­waffe prze­szła do defen­sywy, wyco­fu­jąc się na teren Nie­miec, Ame­ry­ka­nie i Bry­tyj­czycy mogli swo­bod­nie latać nad Fran­cją i robić zdję­cia, jakie tylko chcieli.

Ponie­waż jed­nak czołgi i arty­le­ria mogły znaj­do­wać się w lesie, a sta­no­wi­ska polowe czę­sto były zama­sko­wane, alianci musieli odwo­łać się do dru­giego źró­dła infor­ma­cji, jakim był fran­cu­ski ruch oporu. Czę­ściowo z tego powodu, żeby pro­duk­cja gospo­dar­cza szła pełną parą, a czę­ściowo dla­tego, że nie­mieccy oku­panci sta­rali się zacho­wać przy­ja­zne sto­sunki z miej­scową lud­no­ścią, fran­cu­scy cywile nie zostali ewa­ku­owani z oko­lic wybrzeża. Mogli więc obser­wo­wać, gdzie Niemcy roz­miesz­czają swoje działa, ukry­wają czołgi, zako­pują miny. Kiedy nade­szła odpo­wied­nia pora, róż­nymi spo­so­bami prze­ka­zy­wali te infor­ma­cje do Anglii, korzy­sta­jąc przede wszyst­kim z pomocy Spe­cial Ope­ra­tion Exe­cu­tive (SOE - Kie­row­nic­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych), agen­cji sta­no­wią­cej część olbrzy­miej bry­tyj­skiej sieci wywia­dow­czej, któ­rej orga­ni­za­cja była jed­nym z naj­więk­szych osią­gnięć Bry­tyj­czy­ków pod­czas wojny.

Byłoby znacz­nym uprosz­cze­niem, gdy­by­śmy powie­dzieli, że mariaż talen­tów bry­tyj­skich z siłą Ame­ry­ka­nów przy­pie­czę­to­wał los nazi­stow­skich Nie­miec na Zacho­dzie. Bry­tyj­czycy bowiem także wnie­śli sporo siły, a Ame­ry­ka­nie wyna­laz­czo­ści. Jed­nak w takim stwier­dze­niu jest tro­chę prawdy. Jeśli wśród bry­tyj­skich cudów tech­niki z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej zna­la­zły się "zabawki Hobarta", Mul­ber­ries, Ultra i sys­tem dez­in­for­ma­cji wroga, to z kolei Ame­ry­ka­nie dostar­czyli takiej ilo­ści sprzętu woj­sko­wego, jakiej świat jesz­cze nie widział.

Na początku 1939 roku prze­mysł ame­ry­kań­ski znaj­do­wał się wciąż w sta­nie zastoju. Moce prze­ro­bowe wyko­rzy­sty­wano mniej niż w pięć­dzie­się­ciu pro­cen­tach. Bez­ro­bo­cie prze­kra­czało dwa­dzie­ścia pro­cent. Pięć lat póź­niej liczba bez­ro­bot­nych spa­dła już do jed­nego pro­centa, moż­li­wo­ści pro­duk­cyjne prze­mysłu podwo­iły się, a potem jesz­cze zwie­lo­krot­niły. W 1939 roku Stany Zjed­no­czone wypro­du­ko­wały osiem­set samo­lo­tów woj­sko­wych. Kiedy pre­zy­dent Roose­velt wezwał do pro­duk­cji czte­rech tysięcy na mie­siąc, wszy­scy myśleli, że osza­lał. Ale już w 1942 roku USA osią­gnęły taki poziom, a pod koniec 1943 doszły nawet do liczby ośmiu tysięcy samo­lo­tów mie­sięcz­nie. Podobny, nie­wia­ry­godny skok doko­nał się w zakre­sie pro­duk­cji czoł­gów, okrę­tów, łodzi desan­to­wych, kara­bi­nów i innych rodza­jów broni. I wszystko to działo się w okre­sie, kiedy Stany Zjed­no­czone zaan­ga­żo­wały całe swe siły w naj­więk­sze przed­się­wzię­cie prze­mysłowe wszech­cza­sów -?pro­duk­cję bomby ato­mo­wej (nad którą prace roz­po­częto w 1942 roku, a zakoń­czono w poło­wie 1945).

Fakt, że w ogóle powzięto plan ataku na Wał Atlan­tycki, był zasługą tego, co Dwi­ght Eisen­ho­wer nazwał "furią pobu­dzo­nej do dzia­ła­nia demo­kra­cji". Prze­pro­wa­dze­nie ope­ra­cji w D-Day było moż­liwe dzięki sta­łemu dopły­wowi broni z fabryk ame­ry­kań­skich, dzięki Ultrze i sys­te­mowi dez­in­for­ma­cji wroga, dzięki zwy­cię­stwu w bitwie o Atlan­tyk, zdo­by­ciu prze­wagi w powie­trzu i na morzu, dzięki bry­tyj­skiej pomy­sło­wo­ści, fran­cu­skiemu ruchowi oporu, stwo­rze­niu w zachod­nich demo­kra­cjach armii oby­wa­tel­skich, wytrwa­ło­ści i pomy­sło­wo­ści Andrew Hig­ginsa oraz innych wyna­laz­ców i przed­się­bior­ców, współ­dzia­ła­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa na płasz­czyź­nie poli­tycz­nej, gospo­dar­czej i han­dlo­wej -?czyli dzięki temu, co można wyra­zić dwoma sło­wami: praca zespo­łowa.

Rozdział 3. Dowódcy

3

Dowódcy

Ci dwaj ludzie mieli ze sobą wiele wspól­nego. Uro­dzony w 1890, Dwi­ght Eisen­ho­wer był tylko o rok star­szy od Erwina Rom­mla. Obaj dora­stali w małych mia­stecz­kach: Eisen­ho­wer w Abi­lene, w Kan­sas; Rom­mel w Gmünd, w Szwa­bii. Ojciec Eisen­ho­wera był mecha­ni­kiem, Rom­mla -?nauczy­cie­lem; obaj wyzna­wali rygo­ry­styczne zasady wycho­wa­nia -?narzu­cali synom surową dys­cy­plinę i sto­so­wali kary fizyczne. Obaj chłopcy lubili sport. Eisen­ho­wer grał w fut­bol ame­ry­kań­ski i base­ball, Rom­mel jeź­dził na rowe­rze, grał w tenisa, upra­wiał wio­ślar­stwo, jazdę na nar­tach i łyż­wach. Choć w ich rodzi­nach nie było tra­dy­cji mili­tar­nych, obaj poszli do szkół woj­sko­wych; Rom­mel w 1910 roku wstą­pił do Kró­lew­skiej Szkoły Ofi­cer­skiej w Gdań­sku, a Eisen­ho­wer w 1911 do Aka­de­mii Woj­sko­wej w West Point.

Niczym nie wyróż­niali się spo­śród kade­tów, ale byli zdolni, a także prze­ja­wiali skłon­ność do naru­sza­nia dys­cy­pliny. Rom­mel wbrew prze­pi­som nosił monokl, pod­czas gdy Eisen­ho­wer palił papie­rosy. Zarówno jeden, jak i drugi dosko­nale pre­zen­to­wali się w mun­du­rach; zale­cali się i zdo­byli w końcu rękę uzna­nych pięk­no­ści, mło­dych i peł­nych życia kobiet -?Rom­mel w 1916 roku poślu­bił Lucie Mol­lin; Eisen­ho­wer zaś rok póź­niej oże­nił się z Mamie Doud.43 Pod­czas I wojny świa­to­wej ich kariery miały już jed­nak zupeł­nie inny prze­bieg. Rom­mel wal­czył we Fran­cji i we Wło­szech, zdo­by­wa­jąc wyso­kie odzna­cze­nia (Krzyż Żela­zny -?pierw­szej i dru­giej klasy oraz bar­dzo cenione Pour le Mérite). Eisen­ho­wer zaś pozo­stał w Sta­nach Zjed­no­czo­nych jako szko­le­nio­wiec, co odczuł jako poważny cios. Obaj jed­nak jako mło­dzi ofi­ce­ro­wie wyka­zy­wali wyraźne zdol­no­ści przy­wód­cze.

The­odor Wer­ner, dowódca jed­nego z plu­to­nów Rom­mla, wspo­mina:

Kiedy go zoba­czy­łem po raz pierw­szy [w 1915 roku], był szczu­pły i drobny, wyglą­dał wprost chło­pięco; miał w sobie święty ogień, zawsze był pełen zapału i gotów do dzia­ła­nia. Jakimś dziw­nym spo­so­bem potra­fił swoim duchem zara­zić cały pułk -?na początku dla więk­szo­ści nie­zau­wa­żal­nie, potem jed­nak już coraz wyraź­niej, aż wszy­scy byli pod wra­że­niem jego ini­cja­tywy, odwagi, prze­ja­wów ujmu­ją­cej galan­te­rii (...) Pod­władni uwiel­biali go wręcz, mieli do niego bez­gra­niczne zaufa­nie.44

Star­szy sier­żant Claude Har­ris tak nato­miast wspo­mina Eisen­ho­wera:

Był zwo­len­ni­kiem suro­wej dys­cy­pliny, uro­dzo­nym żoł­nie­rzem, ale bar­dzo ludz­kim, wyro­zu­mia­łym dowódcą. (...) Mimo mło­dego wieku dosko­nale rozu­miał, na czym polega dobra orga­ni­za­cja. (...) Dzięki temu zdo­był u swo­ich ofi­ce­rów podziw i lojal­ność, jakimi mogło się poszczy­cić nie­wielu dowód­ców.45

Porucz­nik Ed Thayer, pod­władny Eisen­ho­wera, pisał o nim:

Nasz nowy kapi­tan -?o nazwi­sku Eisen­ho­wer, jeśli się nie mylę -?to jeden z naj­spraw­niej­szych i naj­lep­szych ofi­ce­rów w kraju. (...) Wspa­niale nas prze­szko­lił w walce na bagnety. Anga­żuje wyobraź­nię chłop­ców, sam rzuca się z krzy­kiem do ataku i my też zaczy­namy wrzesz­czeć, aż coś pod­rywa nas w górę.46

W latach mię­dzy­wo­jen­nych Rom­mel na­dal był ofi­ce­rem linio­wym, a Eisen­ho­wer ofi­ce­rem sztabu. Awanse zda­rzały się rzadko, ale żaden z nich nie myślał nawet o innym życiu niż żoł­nier­skie, choć obaj byli ambitni i mieli wszel­kie dane po temu, by odnieść suk­ces w innych zawo­dach. Robili bar­dzo dobre wra­że­nie na swo­ich dowód­cach. Dowódca pułku napi­sał w 1934 roku o Rom­mlu:

Pod każ­dym wzglę­dem prze­wyż­sza prze­cięt­nego dowódcę bata­lionu.47

Tego samego roku prze­ło­żony Eisen­ho­wera, szef sztabu armii, Douglas MacAr­thur, pisał:

To naj­lep­szy ofi­cer w armii. Kiedy nadej­dzie następna wojna, powi­nien zna­leźć się na samym szczy­cie.48

Wojna wydo­była obu męż­czyzn z cie­nia. Rom­mel odzna­czył się już na początku jako dowódca dywi­zji pan­cer­nej, która toro­wała drogę woj­skom nie­miec­kim we Fran­cji i wsła­wiła się w walce, a on sam dał się poznać światu jako dowódca Afrika Korps wal­czą­cego we wschod­niej Afryce Pół­noc­nej w latach 1941-1942. Eisen­ho­wer zaś zyskał sławę w listo­pa­dzie 1942, dowo­dząc siłami alian­tów w zachod­niej Afryce Pół­noc­nej.

Mimo spek­ta­ku­lar­nych zwy­cięstw na pustyni, Rom­mel po klę­sce pod El Ala­mein u schyłku 1942 roku stał się, jak to zwykł nazy­wać Hitler, defe­ty­stą, choć inni okre­śli­liby jego postawę jako reali­styczną. 20 listo­pada, kiedy dowie­dział się, że z pięć­dzie­się­ciu samo­lo­tów trans­por­to­wych, prze­wo­żą­cych paliwo dla czoł­gów, czter­dzie­ści pięć zostało zestrze­lo­nych (dzięki Ultrze), wybrał się na spa­cer po pustyni z dowódcą jed­nego z bata­lio­nów, majo­rem baro­nem Han­sem von Luck.

"Luck, to już koniec! -?major wspo­mina słowa Rom­mla. -?Nie możemy nawet utrzy­mać Try­po­li­ta­nii i musimy wyco­fać się do Tune­zji. Tam z pew­no­ścią natkniemy się na Ame­ry­ka­nów. (...) Nasza dumna afry­kań­ska armia i nowe dywi­zje, które wylą­do­wały w pół­noc­nej Tune­zji, będą zgu­bione (...)"

Major Luck zaopo­no­wał, mówiąc, że są jesz­cze jakieś szanse. Rom­mel jed­nak temu zaprze­czył. Jak wspo­mina Luck, powie­dział wtedy: "Nie dosta­niemy posił­ków. Hitler posta­wił już krzy­żyk na tym teatrze wojny. Teraz tylko będzie wyma­gał, żeby "żoł­nierz nie­miecki stał jak mur albo zgi­nął!" (...) Luck, prze­gra­li­śmy tę wojnę!".49

Mimo jed­nak drę­czą­cych go wąt­pli­wo­ści, Rom­mel wal­czył dalej. W Tune­zji na Afrika Korps cze­kali już przy­by­wa­jący z zachodu Ame­ry­ka­nie. Tam też po raz pierw­szy, w bitwie o prze­łęcz Kas­se­rine, sta­nęli naprze­ciw sie­bie Rom­mel i Eisen­ho­wer. Dzięki zuchwa­łemu i nie­spo­dzie­wa­nemu ata­kowi, Rom­m­lowi udało się począt­kowo poko­nać nie­do­świad­czo­nych jesz­cze i nie dość dobrze wyszko­lo­nych żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich, dowo­dzo­nych przez rów­nie nie­do­świad­czo­nych i słabo przy­go­to­wa­nych gene­ra­łów -?w tym Eisen­ho­wera, który dowo­dził swą pierw­szą praw­dziwą bitwą. Choć Eisen­ho­wer popeł­nił wiele błę­dów, potra­fił je jed­nak napra­wić. Umie­jęt­nie wyko­rzy­stał prze­wagę logi­styczną nad wro­giem oraz siłę ognia i w ten spo­sób osta­tecz­nie wygrał bitwę.

W owym cza­sie Rom­mel cier­piał na nad­ci­śnie­nie (podob­nie zresztą jak Eisen­ho­wer), silne bóle głowy, wyczer­pa­nie ner­wowe i reu­ma­tyzm. By pod­re­pe­ro­wać zdro­wie, a także repu­ta­cję gene­rała (porażka w Afryce Pół­noc­nej była wiel­kim cio­sem dla Niem­ców), Hitler wezwał go do kraju, a następ­nie mia­no­wał feld­mar­szał­kiem. Pozba­wiony dowódz­twa Rom­mel spę­dził w Niem­czech pozo­stałą część roku 1943.

Eisen­ho­wer zaś pod koniec tego roku dowo­dził inwa­zją na Sycy­lię i Wło­chy. Obie ope­ra­cje zakoń­czyły się suk­ce­sem, ale prze­bieg dal­szej kam­pa­nii przy­niósł roz­cza­ro­wa­nie. Na Sycy­lii aż pięć tygo­dni zajęło ame­ry­kań­skiej 7 Armii (w sile pię­ciu dywi­zji) i bry­tyj­skiej 8 Armii (zło­żo­nej z czte­rech dywi­zji) wypar­cie z wyspy dwóch dywi­zji nie­miec­kich i kilku wło­skich; na tere­nie Włoch woj­ska alianc­kie posu­wały się rów­nie wolno i Niem­com udało się je zatrzy­mać na połu­dnie od Rzymu.

Mimo roz­cza­ro­wań i zmę­cze­nia, Eisen­ho­wer był raczej nasta­wiony opty­mi­stycz­nie. Pisał do żony:

Kiedy wzra­sta napię­cie i pogłę­bia się stres, każdy zaczyna ujaw­niać swoje sła­bo­ści. Dowódca jed­nak musi je ukry­wać; nade wszystko zaś musi masko­wać wąt­pli­wo­ści, lęk i brak wiary.

Jak dobrze mu się to uda­wało, świad­czy list ofi­cera jego sztabu, który pisał z Afryki Pół­noc­nej:

[Eisen­ho­wer] to praw­dziwy wul­kan ener­gii i dobrego humoru, zadzi­wia wszyst­kich pamię­cią naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów i odważ­nym patrze­niem w przy­szłość.50

Eisen­ho­wer uczył się dowo­dze­nia, które jego zda­niem było nie sztuką, nie darem od Boga, lecz umie­jęt­no­ścią do opa­no­wa­nia.

Jedyną cechą, jaką można w sobie wyro­bić dzięki głęb­szym prze­my­śle­niom i prak­tyce, jest dowo­dze­nie ludźmi.

Pisał też, że pod­czas dowo­dze­nia na pierw­szym swoim sta­no­wi­sku, w Gibral­ta­rze 1942 roku, uświa­do­mił sobie,

jak nie­ubła­ga­nie i nie­uchron­nie stres oraz napię­cie wyczer­pują wytrzy­ma­łość dowódcy, zakłó­cają jego zdol­ność oceny i pozba­wiają go wiary.

Bez względu więc na to, jak byłoby źle, jak nie­po­ko­iłby się cały sztab, dowódca musi

zacho­wać opty­mizm i pod­trzy­my­wać go w innych. Bez wiary, entu­zja­zmu i opty­mizmu wśród dowódz­twa osią­gnię­cie zwy­cię­stwa jest pra­wie nie­moż­liwe.

Eisen­ho­wer zda­wał sobie sprawę, że "opty­mizm i pesy­mizm są zaraź­liwe i bar­dzo szybko się udzie­lają, zwłasz­cza pod­wład­nym". Prze­ko­nał się rów­nież, że pogodne nasta­wie­nie dowódcy "może mieć nie­zwy­kły wpływ na wszyst­kich, z któ­rymi się on styka. Mając to na wzglę­dzie, posta­no­wi­łem, że mój spo­sób mówie­nia i słowa wypo­wia­dane publicz­nie zawsze będą odzwier­cie­dlały rado­sną pew­ność zwy­cię­stwa -?a wszel­kie pesy­mi­styczne odczu­cia oraz lęki zosta­wię sobie do poduszki".51

Ni­gdy więc nie roz­ma­wiał z pod­wład­nym tak, jak Rom­mel z majo­rem Luc­kiem. (Ma się rozu­mieć, że Eisen­ho­wer miał znacz­nie wię­cej powo­dów do opty­mi­zmu). Ist­niały także inne zasad­ni­cze róż­nice mię­dzy tymi dwoma ludźmi, wyni­ka­jące zarówno z odmien­no­ści cha­rak­te­rów, jak i pozy­cji, jakie zaj­mo­wali. Rom­mla nie­cier­pli­wiły trud­no­ści zwią­zane z logi­styką i spra­wami admi­ni­stra­cyj­nymi, pod­czas gdy Eisen­ho­wer, od nie­mal dwu­dzie­stu lat ofi­cer szta­bowy, dosko­nale sobie z nimi radził. Rom­mel miał skłon­no­ści do aro­gan­cji, Eisen­ho­wer tym­cza­sem sta­rał się pod­trzy­my­wać swój wize­ru­nek pro­stego chło­paka z Kan­sas, który daje z sie­bie wszystko. Rom­mel nie lubił wło­skich sprzy­mie­rzeń­ców i nawet nie usi­ło­wał ukry­wać pogardy dla nich, pod­czas gdy Eisen­ho­wer miał auten­tyczną sym­pa­tię dla Bry­tyj­czy­ków i robił, co mógł, by współ­praca z nimi prze­bie­gała jak naj­spraw­niej. Rom­mel czę­sto tra­cił pano­wa­nie nad sobą w obec­no­ści pod­wład­nych (podob­nie jak Eisen­ho­wer) i nie lubił dzie­lić się wła­dzą, ale w tym dru­gim wzglę­dzie Eisen­ho­wer był jego cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem. Rom­mel był samot­ni­kiem, sto­ją­cym z boku geniu­szem, który mie­wał chwile natchnie­nia i kie­ro­wał się intu­icją; Eisen­ho­wer zaś potra­fił pra­co­wać w zespole -?orga­ni­zo­wał wspól­nie z nim wiel­kie przed­się­wzię­cia, wyda­wał decy­zje po dogłęb­nych kon­sul­ta­cjach z całym szta­bem i poszcze­gól­nymi dowód­cami i włą­czał wszyst­kich do pla­no­wa­nia.

Na polu walki Rom­mel był agre­syw­nym ryzy­kan­tem, Eisen­ho­wer -?ostroż­nym i roz­waż­nym stra­te­giem. Rom­mel wygry­wał bitwy dzięki bły­sko­tli­wym manew­rom, Eisen­ho­wer -?przy­tła­cza­jąc wroga siłą. Ponie­waż Rom­mel dowo­dził oddzia­łami ustę­pu­ją­cymi prze­ciw­ni­kowi liczeb­no­ścią i uzbro­je­niem, jego tak­tyka była ade­kwatna do oko­licz­no­ści; tak­tyka Eisen­ho­wera wyni­kała z tego, że dowo­dził potęż­niej­szymi siłami. Być może każdy z nich dzia­łałby ina­czej, gdyby zna­lazł się w odmien­nej sytu­acji, lecz raczej należy w to wąt­pić -?spo­soby dowo­dze­nia obu gene­ra­łów paso­wały bowiem do ich oso­bo­wo­ści.

Pomimo tych wszyst­kich róż­nic, ist­niały mię­dzy nimi także znaczne podo­bień­stwa. Histo­ryk Mar­tin Blu­men­son napi­sał o Rom­mlu:

Jeśli wiele wyma­gał od swo­ich ludzi, to nie mniej dawał z sie­bie. Pra­co­wał ciężko, wal­czył z poświę­ce­niem, wiódł pro­ste życie, łatwo nawią­zy­wał kon­takt ze swo­imi żoł­nie­rzami i był bar­dzo oddany żonie i synowi.52

Dokład­nie to samo można by powie­dzieć o Eisen­ho­we­rze. Każdy z nich mógł się pochwa­lić uda­nym mał­żeń­stwem. W latach wojny obaj pisy­wali regu­lar­nie do żon. W listach poru­szali sprawy, o któ­rych nie powie­dzie­liby nikomu innemu, wyja­wiali swoje nadzieje i obawy, uskar­żali się na drobne uciąż­li­wo­ści, pisali o tęsk­no­cie i pra­gnie­niu powrotu do spo­koj­nego życia domo­wego, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nia z wcze­snego okresu mał­żeń­stwa -?krótko mówiąc, chwile, które poświę­cali na kore­spon­den­cję z żonami, jako jedyne przy­no­siły im tro­chę spo­koju i uko­je­nia wśród sza­le­ją­cej zawie­ru­chy wojen­nej.53

Każdy z nich miał syna. Man­fred Rom­mel wstą­pił do Luft­waffe na początku 1944 roku, zaraz po swo­ich pięt­na­stych uro­dzi­nach, i słu­żył w arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej. John Eisen­ho­wer stu­dio­wał w West Point, którą ukoń­czył 6 czerwca 1944 roku, i natych­miast zacią­gnął się do woj­ska. Obaj chłopcy zro­bili kariery w innych zawo­dach niż ich ojco­wie -?Man­fred jako poli­tyk, John jako pisarz histo­rycz­nych ksią­żek wojen­nych.

Rom­mla i Eisen­ho­wera łączyła jesz­cze jedna ważna cecha: każdy nie­na­wi­dził tego, do czego zmu­szała ich wojna. Chcieli budo­wać, nie burzyć; roz­nie­cać życie, a nie gasić. Odpy­chała ich destruk­cja, lubili nato­miast two­rzyć. Rom­mel powie­dział kie­dyś, że kiedy wojna się skoń­czy, chciałby pra­co­wać jako inży­nier i budo­wać w całej Euro­pie elek­trow­nie wodne. (Jego syn jako bur­mistrz Stut­t­gartu spon­so­ro­wał w latach sie­dem­dzie­sią­tych, osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych ogromne przed­się­wzię­cia budow­lane w tym szybko roz­wi­ja­ją­cym się mie­ście). Eisen­ho­wer nato­miast, będąc pre­zy­den­tem, stał się dzięki zbu­do­wa­niu drogi mor­skiej St. Law­rence i stwo­rze­niu sieci auto­strad mię­dzy­sta­no­wych jed­nym z naj­więk­szych budow­ni­czych w histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Rom­mel, gdyby prze­żył, być może ode­grałby podobną rolę jako kanc­lerz Nie­miec Zachod­nich. Wszystko, co o nim wiemy, prze­ma­wia za tym, że mógłby być rów­nie popu­lar­nym poli­ty­kiem, jakim oka­zał się Eisen­ho­wer.

Pod koniec paź­dzier­nika 1943 roku gene­rał Alfred Jodl, szef ope­ra­cji w OKW, zasu­ge­ro­wał Hitle­rowi, by prze­ka­zać Rom­m­lowi -?który miałby pod­le­gać feld­mar­szał­kowi Ger­dowi von Rund­sted­towi, naczel­nemu dowódcy w Euro­pie Zachod­niej -?dowo­dze­nie tak­tyczne woj­skami nie­miec­kimi na Zacho­dzie. Rund­stedt był naj­star­szym nie­miec­kim feld­mar­szał­kiem pozo­sta­ją­cym w służ­bie czyn­nej i mając sześć­dzie­siąt dzie­więć lat, był zbyt stary, by dowo­dzić na polu walki. Bra­ko­wało mu sił, nie dys­po­no­wał też odpo­wied­nim zaopa­trze­niem na Zacho­dzie, więc choć powie­rzono mu tak ważne zada­nie budowy Wału Atlan­tyc­kiego, poza rejo­nem Pas-de-Calais nie­wiele mógł zdzia­łać. W zamie­rze­niu Jodla Rom­mel miał wnieść nie­zbędną ener­gię, dzięki któ­rej można by przy­spie­szyć prace for­ty­fi­ka­cyjne.

W typowy dla sie­bie spo­sób Hitler zwle­kał z decy­zją. Nie powie­rzył Rom­m­lowi tak­tycz­nego dowódz­twa obrony przed inwa­zją, ale pole­cił mu doko­nać inspek­cji Wału Atlan­tyc­kiego i zło­żyć na ten temat raport. 5 listo­pada, infor­mu­jąc go o swej decy­zji, Hitler pod­kre­ślił zna­cze­nie misji: "Jeśli wróg wylą­duje na Zacho­dzie, będzie to decy­du­jący moment wojny, który musimy wyko­rzy­stać. Należy bez­względ­nie wyci­snąć z Niem­ców każdą kro­plę potu, jaką się da".54

Rom­mel przez dwa środ­kowe tygo­dnie grud­nia doko­ny­wał inspek­cji, poko­nu­jąc trasę od Morza Pół­noc­nego aż po Pire­neje. To, co zoba­czył, było dla niego szo­kiem. Oświad­czył, że budowa Wału Atlan­tyc­kiego to farsa, "Wol­ken­kuc­kuk­sheim [uto­pia] Hitlera (...) wielki blef (...) prze­szkoda raczej dla narodu nie­miec­kiego niż dla wroga (...) który poprzez swo­ich agen­tów wie o nim wię­cej niż my sami".

Odwo­łu­jąc się do swo­ich doświad­czeń z Afryki Pół­noc­nej, Rom­mel powie­dział naczel­nemu inży­nie­rowi, gene­ra­łowi Wil­hel­mowi Meisemu, że prze­waga powietrzna alian­tów unie­moż­liwi prze­miesz­cze­nie nie­miec­kich oddzia­łów posił­ko­wych na teren bitwy, i stwier­dził: "Naszą jedyną szansą będą więc plaże -?tam wróg jest zawsze naj­słab­szy". Mówiąc zaś o budo­wie praw­dzi­wego Wału Atlan­tyc­kiego, oświad­czył: "Potrze­buję min prze­ciw­pie­chot­nych i prze­ciw­czoł­go­wych. Potrze­buję min do zata­pia­nia okrę­tów i łodzi desan­to­wych. Potrze­buję tak zami­no­wa­nych pól, by prze­szła po nich nasza pie­chota, ale nie prze­szły nie­przy­ja­ciel­skie czołgi. Potrze­buję min, które wybu­chają, gdy zaha­czy się o drut; min, które eks­plo­dują, kiedy drut zostaje prze­cięty; min, które można zde­to­no­wać z daleka, i takich, które eks­plo­dują, gdy zosta­nie prze­rwany snop świa­tła".55

Rom­mel prze­wi­dział, że alianci poprze­dzą inwa­zję bom­bar­do­wa­niami z powie­trza oraz morza, a potem przy­stą­pią do dzia­łań powietrz­no­de­san­to­wych, a także desantu mor­skiego. Prze­wi­dy­wał, że bez względu na to, jak wiele min się roz­mie­ści, stałe umoc­nie­nia mogą jedy­nie na jakiś czas zatrzy­mać szturm, ale go nie uda­rem­nią; osią­gnąć to można tylko poprzez szybki kontr­atak pie­choty zmo­to­ry­zo­wa­nej i dywi­zji pan­cer­nych w dniu inwa­zji. Dla­tego nale­żało zgro­ma­dzić te jed­nostki jak naj­bli­żej wybrzeża, by były gotowe do odpar­cia desantu.

Rund­stedt nie zga­dzał się z Rom­m­lem w tej bar­dzo waż­nej kwe­stii. Chciał pozwo­lić alian­tom ruszyć w głąb lądu, a potem wydać im decy­du­jącą bitwę na ziemi fran­cu­skiej, gdy będą już poza zasię­giem cięż­kich dział swo­ich pan­cer­ni­ków i krą­żow­ni­ków.

Te róż­nice w poglą­dach dzie­liły naj­wyż­sze dowódz­two nie­miec­kie jesz­cze w D-Day, a także potem. Rund­stedt i Rom­mel byli zwo­len­ni­kami dzia­łań ofen­syw­nych, podob­nie zresztą jak wszy­scy ofi­ce­ro­wie, któ­rzy mieli za sobą szkołę Wehr­machtu. Teraz jed­nak zna­leźli się w defen­sy­wie. Nie­mieccy gene­ra­ło­wie ni­gdy nie zaak­cep­to­wali takich sytu­acji, choć z tak­tycz­nego punktu widze­nia mogły być dla nich korzystne -?o czym świad­czyły doświad­cze­nia Armii Czer­wo­nej. Ni­gdy nie sko­rzy­stali z lek­cji, jaką byłby dla nich przy­kład armii radziec­kiej, gdyby zechcieli mu się lepiej przyj­rzeć. Dowo­dził mia­no­wi­cie, że ela­stycz­nie pro­wa­dzona obrona, ustę­pu­jąca przed prze­wa­ża­jącą siłą wroga, a następ­nie odpo­wia­da­jąca kontr­ude­rze­niem, gdy woj­ska wroga nad­mier­nie się roz­cią­gną, jest naj­sku­tecz­niej­szą formą walki w warun­kach II wojny świa­to­wej.

Twier­dząc, że alianc­kie siły powietrzne utrud­nią albo wręcz unie­moż­li­wią wszel­kie ruchy wojsk nie­miec­kich w głąb lądu, Rom­mel nie uwzględ­nił słusz­nego spo­strze­że­nia Rund­stedta, że wal­cząc na pla­żach, Niemcy znajdą się pod ostrza­łem dział floty alian­tów.

Mimo jed­nak tych róż­nic, Rom­mel i Rund­stedt potra­fili ze sobą współ­pra­co­wać -?w każ­dym razie zga­dzali się co do tego, że atak alian­tów nastąpi naj­praw­do­po­dob­niej w oko­licy Pas-de-Calais. Rund­stedt zapro­po­no­wał, by Rom­mel objął dowódz­two 15 i 7 Armii, sta­cjo­nu­ją­cych na obsza­rze od gra­nic Holan­dii aż po Loarę, na połu­dniu Bre­ta­nii. Hitler wyra­ził na to zgodę. 15 stycz­nia 1944 roku Rom­mel objął nowe sta­no­wi­sko.

Pod koniec listo­pada 1943 roku Roose­velt i Chur­chill wraz ze swo­imi współ­pra­cow­ni­kami udali się do Tehe­ranu na spo­tka­nie ze Sta­li­nem. Radziecki przy­wódca chciał dowie­dzieć się cze­goś kon­kret­nego na temat dru­giego frontu. Roose­velt zapew­nił go, że inwa­zja nastąpi na pewno wio­sną 1944 roku. Otrzy­mała już nawet kryp­to­nim, wybrany przez Chur­chilla z listy będą­cej w posia­da­niu bry­tyj­skich sze­fów sztabu - ope­ra­cja Over­lord. Sta­lin chciał wie­dzieć, kto będzie nią dowo­dzić. Roose­velt odpo­wie­dział, że tego jesz­cze nie usta­lono. Radziecki przy­wódca stwier­dził, że w takim razie nie wie­rzy, by zachodni sprzy­mie­rzeńcy poważ­nie myśleli o ofen­sy­wie. Ame­ry­kań­ski pre­zy­dent obie­cał, że podej­mie decy­zję w ciągu naj­bliż­szych trzech-czte­rech dni.

Mimo zło­żo­nej obiet­nicy, Roose­velt nie­chęt­nie myślał o cze­ka­ją­cym go przy­krym zada­niu. Roz­wią­za­nie, ku któ­remu się skła­niał -?by ope­ra­cją Over­lord dowo­dził szef sztabu armii, gene­rał Geo­rge Mar­shall, a Eisen­ho­wer powró­cił do Waszyng­tonu i objął jego sta­no­wi­sko -?nie wyda­wało się naj­lep­sze. W ten bowiem spo­sób Eisen­ho­wer zostałby zwierzch­ni­kiem Mar­shalla, co już samo w sobie było absur­dem, a ponadto musiałby wyda­wać roz­kazy swemu daw­nemu sze­fowi, MacAr­thu­rowi, obec­nemu dowódcy wojsk ame­ry­kań­skich w połu­dniowo-zachod­nim rejo­nie Pacy­fiku. Roose­velt jed­nak bar­dzo chciał, by Mar­shall miał oka­zję bez­po­śred­niego dowo­dze­nia armią, którą stwo­rzył, uzbroił i prze­szko­lił. Kiedy więc cała ekipa przy­je­chała na początku grud­nia do Kairu, przed­sta­wił gene­rałowi sytu­ację i dał mu moż­li­wość wyboru, mając nadzieję, że ten podej­mie za niego decy­zję. Mar­shall tym­cza­sem odpo­wie­dział, że chęt­nie będzie słu­żył tam, gdzie go skie­ruje pre­zy­dent i że wolałby nie wypo­wia­dać się w swo­jej wła­snej spra­wie.

Roose­velt, acz nie­chęt­nie, musiał sam zde­cy­do­wać. Gdy ostat­nie spo­tka­nie w Kairze dobie­gało końca, popro­sił Mar­shalla, by w jego imie­niu napi­sał wia­do­mość dla Sta­lina. Mar­shall napi­sał pod dyk­tando pre­zy­denta:

Pod­jęto decy­zję o natych­mia­sto­wej nomi­na­cji gene­rała Eisen­ho­wera na sta­no­wi­sko dowódcy ope­ra­cji Over­lord.56

Mogło się więc wyda­wać, że Eisen­ho­wer otrzy­mał naj­bar­dziej pożą­daną funk­cję pod­czas tej wojny tylko z tego powodu, że zabra­kło kogoś bar­dziej odpo­wied­niego. Roose­velt, wyja­śnia­jąc potem, czym się kie­ro­wał, powie­dział, że nie mógłby spo­koj­nie zasnąć, gdyby Mar­shalla nie było w kraju. A ponie­waż dowódcą inwa­zji musiał być Ame­ry­ka­nin (jako że Ame­ry­ka­nie sta­no­wili trzy czwarte sił uczest­ni­czą­cych w ope­ra­cji Over­lord), drogą eli­mi­na­cji wybór padł na Eisen­ho­wera.

Ist­niało jed­nak wiele innych powo­dów prze­ma­wia­ją­cych za jego wybo­rem. Był już dowódcą trzech uda­nych inwa­zji, w któ­rych brały udział ame­ry­kań­sko-bry­tyj­skie siły powietrzne, lądowe i mor­skie. Dobrze doga­dy­wał się z Bry­tyj­czy­kami, a oni z nim. Gene­rał Mont­go­mery, już wcze­śniej mia­no­wany dowódcą sił lądo­wych uczest­ni­czą­cych w ope­ra­cji Over­lord, powie­dział o Eisen­ho­we­rze: "Jego praw­dziwa siła polega na tym, że ma ludz­kie cechy. (...) Umie zjed­ny­wać sobie serca żoł­nie­rzy, tak jak magnes potrafi przy­cią­gać kawałki metalu. Wystar­czy, by się uśmiech­nął, a już zdo­bywa twoje zaufa­nie".57 Admi­rał sir Andrew Cun­nin­gham powie­dział Eisen­ho­we­rowi, że służba pod jego dowódz­twem na obsza­rze Morza Śród­ziem­nego była wspa­nia­łym doświad­cze­niem. Miał oka­zję obser­wo­wać, jak gene­rał jed­no­czy żoł­nie­rzy dwóch naro­dów, ludzi o róż­nym pocho­dze­niu, odmien­nym sto­sunku do służby woj­sko­wej i "nie dają­cych się pogo­dzić poglą­dach", two­rząc z nich jedną dru­żynę. "Nie sądzę - stwier­dził Cun­nin­gham -?że mógłby tego doko­nać ktoś inny".58

Klu­czem do suk­cesu było wła­śnie słowo "dru­żyna". Nacisk, jaki Eisen­ho­wer kładł na pracę zespo­łową, jego nie­sły­chane zaan­ga­żo­wa­nie we wspólne dzia­ła­nia, były tym, co zde­cy­do­wało o jego wybo­rze na szefa ope­ra­cji.

7 grud­nia 1943 roku Eisen­ho­wer spo­tkał się z Roose­vel­tem w Tuni­sie, gdzie pre­zy­dent zatrzy­mał się w dro­dze powrot­nej do Waszyng­tonu. Roose­velta wynie­siono z samo­lotu i posa­dzono w samo­cho­dzie Eisen­ho­wera. Kiedy wóz ruszył, pre­zy­dent zwró­cił się do gene­rała i powie­dział lek­kim tonem: "Cóż, Ike, będziesz dowo­dził ope­ra­cją Over­lord".59 Eisen­ho­wer otrzy­mał w ten spo­sób funk­cję naczel­nego dowódcy Alianc­kich Eks­pe­dy­cyj­nych Sił Zbroj­nych.

Wsku­tek nale­gań Mar­shalla, Eisen­ho­wer wró­cił do Sta­nów Zjed­no­czo­nych na dwu­ty­go­dniowy urlop, po któ­rym odbył jesz­cze sze­reg spo­tkań i narad. Do Wiel­kiej Bry­ta­nii odle­ciał w poło­wie stycz­nia -?wylą­do­wał w Szko­cji, a do Lon­dynu dotarł już pocią­giem. 15 stycz­nia 1944 roku objął nowe sta­no­wi­sko.

Kiedy Eisen­ho­wer po raz pierw­szy odwie­dził Lon­dyn, w czerwcu 1942 roku, cze­kał na niego apar­ta­ment w Cla­ridge'u, naj­lep­szym wów­czas i naj­droż­szym hotelu sto­licy. Gene­ra­łowi jed­nak nie przy­pa­dli do gustu lokaje w libe­riach, podob­nie zresztą jak bogato zdo­biony hall, a sam apar­ta­ment, z czarno-zło­tym salo­nem i różową sypial­nią, wydał mu się odpy­cha­jący. Prze­niósł się do mniej ele­ganc­kiego hotelu, a współ­pra­cow­nicy zna­leźli mu spo­kojne miej­sce na wsi, gdzie mógł odpo­czy­wać. Był to mały skromny domek z dwiema sypial­niami, poło­żony w King­ston, w hrab­stwie Sur­rey. Nazy­wano go Tele­graph Cot­tage -?dom­kiem tele­gra­fi­sty.

Gdy gene­rał ponow­nie przy­je­chał do Lon­dynu w stycz­niu 1944 roku, natych­miast posta­no­wił, że kwa­tera dowódz­twa Over­lord nie powinna znaj­do­wać się w mie­ście. Chur­chill, amba­sa­dor ame­ry­kań­ski i inne oso­bi­sto­ści czu­liby się upo­waż­nieni, by dzwo­nić do niego o każ­dej porze, a atrak­cje noc­nego życia w Lon­dy­nie mogłyby oka­zać się zbyt kuszące dla jego współ­pra­cow­ni­ków. W ciągu dwóch tygo­dni Eisen­ho­wer prze­niósł się więc do Bushy Park pod mia­stem, współ­pra­cow­nicy zaś, mocno narze­ka­jąc, zamiesz­kali w namio­tach. Adiu­tanci zna­leźli sobie kwa­terę w rezy­den­cji w King­ston Hill, którą jed­nak gene­rał uznał za zbyt oka­załą. Przy­po­mniał sobie wtedy o Tele­graph Cot­tage i kiedy o niego zapy­tał, dowie­dział się, że mieszka tam teraz mar­sza­łek lot­nic­twa Arthur Ted­der, jego zastępca. Udało mu się prze­ko­nać go, by zamie­nili się rezy­den­cjami. Tym spo­so­bem naj­wyż­szy dowódca alianc­kich sił zbroj­nych zamiesz­kał w naj­mniej pre­ten­sjo­nal­nym domu, w jakim sta­cjo­no­wał któ­ry­kol­wiek z pod­le­głych mu gene­rałów.

Kiedy na początku stycz­nia Rom­mel przy­je­chał do Paryża, by spo­tkać się z Rund­sted­tem (który miesz­kał w luk­su­so­wym hotelu Geo­rge V), mia­sto wydało mu się istną wieżą Babel. Chciał umie­ścić swoją kwa­terę gdzieś indziej. Jego adiu­tant do spraw mary­narki, wice­ad­mi­rał Frie­drich Ruge, oświad­czył, że zna­lazł już odpo­wied­nie miej­sce. Wra­ca­jąc z wybrzeża Fran­cji do Paryża, zatrzy­mał się w poło­żo­nym nad Sekwaną zamku w La Roche-Guyon, w osa­dzie liczą­cej pię­ciu­set czter­dzie­stu trzech miesz­kań­ców i odda­lo­nej około sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów od sto­licy. Zamek był przez wiele wie­ków sie­dzibą ksią­żąt de La Roche­fo­ucauld. U schyłku XVIII wieku gościł w nim Tho­mas Jef­fer­son, który peł­nił wów­czas funk­cję ame­ry­kań­skiego amba­sa­dora we Fran­cji i przy­jaź­nił się z naj­sław­niej­szym przed­sta­wi­cie­lem rodu -?François.

Ruge, gor­liwy czy­tel­nik mak­sym La Roche­fo­ucaulda, odwie­dził księżną, by zło­żyć jej wyrazy usza­no­wa­nia. Teraz więc oznaj­mił Rom­m­lowi, że zamek jest dosko­nale poło­żony, poza Pary­żem i nie­da­leko dowództw 7 i 15 Armii, a poza tym wydaje się na tyle duży, by pomie­ścić współ­pra­cow­ni­ków i adiu­tan­tów gene­rała. Wszy­scy oni, mocno narze­ka­jąc, musieli zatem opu­ścić Paryż i prze­nieść się do sen­nej osady La Roche-Guyon.

Eisen­ho­wer zaży­czył sobie psa jako towa­rzy­sza. Adiu­tanci zna­leźli mu mło­dziut­kiego teriera szkoc­kiego. Nazwano go Telek, co było skró­tem od Tele­graph Cot­tage. Rom­mel rów­nież chciał mieć psa. Współ­pra­cow­nicy przy­pro­wa­dzili mu małego jam­nika. Oba pie­ski spały w sypial­niach swo­ich panów.

Było wiele takich zbież­no­ści. Każdy z dowód­ców kie­dyś wło­żył stopy w strze­miona, wziął w dło­nie lejce i ruszył galo­pem. Choć mieli chwile waha­nia i zwąt­pie­nia, teraz przy­szła pora na zde­cy­do­wane dzia­ła­nia. Obaj byli abso­lut­nie zde­ter­mi­no­wani. Rom­mel pisał do żony:

Zamie­rzam rzu­cić się w nową pracę ze wszyst­kim, czym dys­po­nuję, i dopil­no­wać, by przy­nio­sła suk­ces.60

Eisen­ho­wer zaś powie­dział po przy­jeź­dzie:

Zbli­żamy się do kry­tycz­nego punktu gry, któ­rej stawka jest trudna do ogar­nię­cia.61

Obaj gene­ra­ło­wie narzu­cili sobie takie tempo pracy, że inni męż­czyźni po pięć­dzie­siątce z tru­dem dotrzy­my­wali im kroku. Zwy­kle wyru­szali z domu o szó­stej rano, doko­ny­wali inspek­cji, jeź­dzili po oko­licy, szko­lili swo­ich ludzi i przy­go­to­wy­wali ich do akcji. Jedli w biegu -?prze­waż­nie racje polowe lub kanapki, które popi­jali fili­żanką kawy. Nie wra­cali na kwa­tery przed zmro­kiem. Eisen­ho­wer sypiał śred­nio cztery godziny na dobę, Rom­mel rzadko kiedy wię­cej. Róż­niło ich jedno: o ile Eisen­ho­wer wypa­lał cztery paczki papie­ro­sów dzien­nie, to Rom­mel ni­gdy nie brał papie­rosa do ust.

Ist­niały mię­dzy nimi jesz­cze inne, waż­niej­sze róż­nice. Cho­ciaż obaj byli nie­zwy­kle zaan­ga­żo­wani w to, co robili, nie­miecki gene­rał nie mógł pozbyć się drę­czą­cych go wąt­pli­wo­ści, pod­czas gdy Ame­ry­ka­nin w ogóle ich do sie­bie nie dopusz­czał. 17 stycz­nia Rom­mel pisał do żony:

Myślę, że wygramy bitwę obronną na Zacho­dzie pod warun­kiem, że będziemy mieli odpo­wied­nio dużo czasu, by wszystko przy­go­to­wać.62

Dla Eisen­ho­wera nie ist­niało żadne "pod warun­kiem", trak­to­wał przy­go­to­wy­waną ope­ra­cję jako wyzwa­nie, któ­remu musi spro­stać. 23 stycz­nia powie­dział swoim zwierzch­ni­kom na zebra­niu Połą­czo­nego Komi­tetu Sze­fów Szta­bów: "Musimy poko­nać każdą prze­szkodę, znieść każdą nie­do­god­ność i pod­jąć każde ryzyko, by mieć pew­ność, że zadamy decy­du­jący cios. Nie możemy sobie pozwo­lić na porażkę".63

Jedną z przy­czyn pesy­mi­stycz­nego nasta­wie­nia Rom­mla była panu­jąca w nie­miec­kiej armii nie­ja­sna struk­tura dowódz­twa. Mimo że w Niem­czech cią­gle powta­rzano hasło Ein Volk, ein Reich, ein Führer, nazi­ści kie­ro­wali pań­stwem, a także armią zgod­nie z zasadą "dziel i rządź". Hitler celowo zacie­rał gra­nice kom­pe­ten­cji dowód­ców, by nie wie­dziano dokład­nie, kto jest za co odpo­wie­dzialny. Tę cha­rak­te­ry­styczną dla niego skłon­ność potę­go­wała jesz­cze natu­ralna i powszech­nie panu­jąca rywa­li­za­cja mię­dzy siłami lądo­wymi, powietrz­nymi i mor­skimi. Jeśli więc cho­dzi o Rom­mla, nie miał on kon­troli ani nad dzia­ła­niami Luft­waffe we Fran­cji, ani nad Krieg­sma­rine, ani nad admi­ni­stra­cją tere­nów oku­po­wa­nych. Nie pod­le­gały mu nawet jed­nostki Waf­fen-SS sta­cjo­nu­jące we Fran­cji, czy też oddziały spa­do­chro­nowe i oddziały arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej (które nale­żały do Luft­waffe).

Podział kom­pe­ten­cji poszcze­gól­nych dowód­ców w nie­miec­kiej armii dopro­wa­dzono do absurdu. Na przy­kład, gdy flota aliancka zbli­żała się do wybrzeży Fran­cji, nie­miecka arty­le­ria roz­miesz­czona wzdłuż kanału La Man­che pozo­sta­wała pod kon­trolą Krieg­sma­rine. W momen­cie jed­nak, gdy alianci zaczęli desant, dowódz­two bate­rii przy­brzeż­nych objął znowu Wehr­macht.

Poza tym do końca nie było wia­domo, kto będzie dowo­dził bitwą obronną - Rom­mel czy Rund­stedt. Ist­niała obawa, że sam Hitler zechce objąć nad nią dowódz­two. Führer pozo­sta­wił sobie zwierzch­nic­two nad dywi­zjami pan­cer­nymi, które tylko na jego roz­kaz mogły być skie­ro­wane do walki. Pro­blem jed­nak pole­gał na tym, że kwa­tera Hitlera znaj­do­wała się tysiąc kilo­me­trów od sceny wyda­rzeń, a jed­nostki pozo­sta­jące pod jego dowódz­twem Rom­mel zamie­rzał rzu­cić do walki już pierw­szego dnia inwa­zji. Wszystko to razem wyglą­dało na czy­ste sza­leń­stwo.

Eisen­ho­wer nie miał takich zmar­twień. Jego pozy­cja była jasno okre­ślona, a wła­dza -?bez ogra­ni­czeń. Począt­kowo nie przy­znano mu dowódz­twa nad alianc­kim lot­nic­twem (ame­ry­kań­ską 8 Armią Lot­ni­czą i bry­tyj­skim Lot­nic­twem Bom­bo­wym), ale kiedy zagro­ził, że zrzek­nie się swej funk­cji, jeśli w razie potrzeby nie będzie mógł posłu­żyć się bom­bow­cami, Połą­czony Komi­tet Sze­fów Szta­bów przy­stał na jego żąda­nia. Wio­sną 1944 roku każdy żoł­nierz, lot­nik czy mary­narz, każda jed­nostka woj­skowa w Wiel­kiej Bry­ta­nii, pod­le­gali Eisen­ho­werowi. W ten spo­sób alianci zadali kłam nazi­stow­skiej pro­pa­gan­dzie, że sys­temy demo­kra­tyczne już z samej swej natury są mało sku­teczne, gdy przy­cho­dzi do dzia­ła­nia.

W prze­ci­wień­stwie do sytu­acji panu­ją­cej w nie­miec­kim OB West i Gru­pie Armii B, w sze­re­gach Naczel­nego Dowódz­twa Alianc­kich Eks­pe­dy­cyj­nych Sił Zbroj­nych dzięki wyraź­nie okre­ślo­nej hie­rar­chii wła­dzy wszy­scy mieli jasność celu, jaki przed nimi stoi. Dodat­ko­wym czyn­ni­kiem, który stwa­rzał wśród nich poczu­cie jed­no­ści, były rela­cje Eisen­ho­wera z bez­po­śred­nimi pod­wład­nymi, kon­tra­stu­jące mocno ze sto­sun­kiem, jaki Rom­mel miał do swo­ich ludzi. Eisen­ho­wer współ­pra­co­wał z więk­szo­ścią pod­ko­mend­nych jesz­cze pod­czas kam­pa­nii śród­ziem­no­mor­skiej i to on awan­so­wał ich na dowód­ców armii, kor­pu­sów czy dywi­zji, pod­czas gdy Rom­mel led­wie znał pod­le­ga­ją­cych mu gene­ra­łów.

Nie zna­czy to jed­nak, że Eisen­ho­wer lubił czy nawet był zado­wo­lony ze wszyst­kich swo­ich pod­wład­nych. Nie prze­pa­dał na przy­kład za gene­ra­łem Mont­go­me­rym i oba­wiał się, że w cza­sie inwa­zji może on być zbyt ostrożny. Wie­dział jed­nak, że Monty, jako jedyny dotąd boha­ter wojenny Angli­ków, musi wziąć udział w tym przed­się­wzię­ciu, i miał zamiar współ­pra­co­wać z nim moż­li­wie naj­efek­tyw­niej -?podob­nie jak nie­gdyś pod­czas kam­pa­nii śród­ziem­no­mor­skiej. Rów­nież za zbyt ostroż­nego i pesy­mi­stycz­nie nasta­wio­nego uwa­żał wice­mar­szałka lot­nic­twa Traf­forda Leigh-Mal­lory'ego, nie­mniej posta­no­wił wykrze­sać z niego to, co naj­lep­sze. Bar­dzo lubił nato­miast i podzi­wiał swego zastępcę, mar­szałka lot­nic­twa Ted­dera, a także naczel­nego dowódcę sił mor­skich, admi­rała Ber­trama Ram­saya. Współ­pra­co­wał z nimi bli­sko już pod­czas dzia­łań w rejo­nie Morza Śród­ziem­nego.

Z ame­ry­kań­skim dowódcą, gene­ra­łem Oma­rem N. Bra­dleyem, Eisen­ho­wer z kolei przy­jaź­nił się jesz­cze od cza­sów West Point i cał­ko­wi­cie ufał jego opi­niom. Z sze­fem swo­jego sztabu, gene­ra­łem Wal­te­rem B. Smi­them, współ­pra­co­wał od połowy roku 1942. Opi­sy­wał go jako "dosko­na­łego szefa sztabu", rów­nie pomoc­nego jak kula dla jed­no­no­giego kaleki. "Szkoda, że nie mam takich z tuzin -?powie­dział do przy­ja­ciela. -?Gdyby tak było, kupił­bym sobie wędkę, a do domu co tydzień pisy­wał­bym o moich wspa­nia­łych doko­na­niach na woj­nie".64

Rom­mel ni­gdy wcze­śniej nie współ­pra­co­wał z gene­ra­łem Han­sem von Sal­mu­them, dowódcą 15 Armii, ani z gene­ra­łem Frie­drie­chem Dol­l­man­nem, dowódcą 7 Armii. Z Sal­mu­them gło­śno się kłó­cił. Dol­l­mann zaś miał nie­wiel­kie doświad­cze­nie, jeśli cho­dzi o walkę w polu, był sła­bego zdro­wia i nie prze­pa­dał za Rom­m­lem. Ani Sal­muth, ani Dol­l­mann nie byli fana­tycz­nymi nazi­stami. Grupą pan­cerną na Zacho­dzie dowo­dził gene­rał baron Leo Geyr von Schwep­pen­burg. Jako wete­ran Frontu Wschod­niego był prze­ra­żony pro­po­zy­cją Rom­mla, by użyć czoł­gów w cha­rak­te­rze zapory ognio­wej; jego zda­niem wyko­rzy­sta­nie ich jako sta­cjo­nar­nej arty­le­rii byłoby błę­dem. Spór nie został roz­strzy­gnięty, ale nie miało to zna­cze­nia, ponie­waż Rom­mel nie spra­wo­wał dowódz­twa nad grupą pan­cerną.

Rom­mel odpra­wił swego szefa sztabu. Jego następcą został gene­rał Hans Spe­idel -?pocho­dzący ze Szwa­bii, z okręgu Wir­tem­ber­gii, ofi­cer, który wal­czył razem z Rom­m­lem pod­czas I wojny świa­to­wej i słu­żył z nim w woj­sku w latach dwu­dzie­stych. Bar­dziej uświa­do­miony poli­tycz­nie i kry­tycz­nie nasta­wiony niż jego zwierzch­nik, aktyw­nie kon­spi­ro­wał prze­ciwko Hitle­rowi. W końcu udało mu się prze­ko­nać Rom­mla, by przy­łą­czył się do spi­sku, który w pierw­szych mie­sią­cach 1944 zyski­wał coraz szer­sze popar­cie.

Tu tkwiła poważna róż­nica mię­dzy Rom­m­lem i Eisen­ho­we­rem. Eisen­ho­wer całym ser­cem wie­rzył w sprawę, za którą wal­czył. Inwa­zja była dla niego kru­cjatą mającą na celu uwol­nie­nie Europy spod oku­pa­cji nie­miec­kiej i znisz­cze­nie już na zawsze zarazy, jaką był nazizm. Nie­na­wi­dził nazi­stów i wszyst­kiego, co sobą repre­zen­to­wali. Rom­mel, choć patriota, nie był nazi­stą -?choć cza­sami przy­po­chle­biał się Hitle­rowi. Zbli­ża­jąca się bitwa była dla niego star­ciem z wro­giem, do któ­rego ni­gdy nie żywił nie­na­wi­ści i któ­rego tak naprawdę sza­no­wał. Przy­go­to­wy­wał się do niej z chłod­nym pro­fe­sjo­na­li­zmem, nie trak­tu­jąc jej jako szcze­gól­nej misji.

Rozdział 4. Gdzie i kiedy?

4

Gdzie i kiedy?

W poło­wie marca 1943 roku, nie­długo po bitwie o prze­łęcz Kas­se­rine i nie­mal dwa mie­siące przed osta­tecz­nym zwy­cię­stwem w Tune­zji, Połą­czony Komi­tet Sze­fów Szta­bów mia­no­wał bry­tyj­skiego gene­rała porucz­nika, sir Fre­de­ricka Mor­gana, sze­fem sztabu Naczel­nego Dowódz­twa Alianc­kich Sił Zbroj­nych i powie­rzył mu zada­nie "koor­dy­no­wa­nia i nad­zoru pla­nów ope­ra­cji prze­kro­cze­nia kanału, prze­wi­dy­wa­nej w tym i następ­nym roku". W kolej­nym mie­siącu posta­no­wiono, że inwa­zja nie nastąpi jed­nak w 1943 roku; osta­teczna dyrek­tywa, wydana pod koniec kwiet­nia, doty­czyła przy­go­to­wań do

zakro­jo­nego na sze­roką skalę ataku na kon­ty­nent, prze­wi­dzia­nego na 1944 rok -?naj­wcze­śniej jak to będzie moż­liwe.65

Trudno sobie wyobra­zić mniej pre­cy­zyjne sfor­mu­ło­wa­nie. Miej­sce ataku, "kon­ty­nent", mogło znaj­do­wać się pomię­dzy Holan­dią a Bre­stem; okre­śle­nie "naj­wcze­śniej jak to będzie moż­liwe" wyzna­czało prze­dział cza­sowy mię­dzy mar­cem a wrze­śniem 1944 roku. Mor­gan zebrał więc bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich ofi­ce­rów, gene­rała bry­gady Raya Bar­kera z armii ame­ry­kań­skiej mia­no­wał swoim zastępcą, a grupę nazwał COS­SAC (Chief of Staff to the Supreme Allied Com­man­der -?szef sztabu Alianc­kiego Naczel­nego Dowódz­twa) -?od pierw­szych liter nazwy swej funk­cji -?i zabrał się do roboty.

COS­SAC dzia­łał przy zasad­ni­czym ogra­ni­cze­niu -?opra­co­wu­jąc plan inwa­zji trzeba było mieć na uwa­dze, że liczba samo­lo­tów i okrę­tów desan­to­wych, jakie przy­dzie­lono do tej ope­ra­cji, pozwala na uży­cie tylko trzech dywi­zji. Ponadto nale­żało się liczyć z tym, że Niemcy umoc­nią jesz­cze Wał Atlan­tycki, i wobec tego zre­zy­gno­wać z pokusy roz­sze­rze­nia ataku. Od początku więc COS­SAC kie­ro­wał się zasadą mak­sy­mal­nej kon­cen­tra­cji sił. Inwa­zja miała nastą­pić w jed­nym miej­scu, a dywi­zje wylą­do­wać tuż obok sie­bie.

Pyta­nie tylko gdzie? Miej­sce musiało speł­niać wiele warun­ków. Musiało leżeć w zasięgu alianc­kich myśliw­ców sta­cjo­nu­ją­cych w Wiel­kiej Bry­ta­nii.

W pobliżu powi­nien znaj­do­wać się przy­naj­mniej jeden więk­szy port, który nale­żało zdo­być od strony lądu i jak naj­szyb­ciej wyko­rzy­stać pod­czas ope­ra­cji. Nie wcho­dził w rachubę desant w tych rejo­nach, gdzie Wał Atlan­tycki był już umoc­niony, to zna­czy wokół fran­cu­skich por­tów: kata­stro­falny w skut­kach szturm Kana­dyj­czy­ków na Dieppe w sierp­niu 1942 roku prze­ko­nał człon­ków COS­SAC, że bez­po­średni atak fron­talny na dobrze bro­niony port może się nie powieść. Dla­tego też plaże wybrane do desantu powinny umoż­li­wić suk­ce­sywny wyła­du­nek oddzia­łów oraz sprzętu bez­po­średnio z LST, a także mieć połą­cze­nie z sie­cią dróg pozwa­la­ją­cych na szybki, zma­so­wany atak w głąb lądu.

Takie były wymogi tak­tyczne. Więk­szość z nich speł­niały na przy­kład śród­ziem­no­mor­skie wybrzeża Fran­cji czy wybrzeże Bre­ta­nii. Ze stra­te­gicz­nego jed­nak punktu widze­nia inwa­zja powinna mieć miej­sce naj­bli­żej celu, czyli Zagłę­bia Ruhry, z tego oczy­wi­stego powodu, by droga, jaką woj­sko i zaopa­trze­nie miały poko­nać, była moż­li­wie naj­krót­sza.

Holan­dia i Bel­gia miały dosko­nałe porty, ale znaj­do­wały się one zbyt bli­sko Nie­miec i baz Luft­waffe, a tereny wokół nich były nara­żone na zala­nie i dobrze bro­nione. Wybrzeże Pas-de-Calais w naj­bar­dziej na pół­noc wysu­nię­tej czę­ści Fran­cji wyda­wało się ide­alne pod każ­dym nie­mal wzglę­dem oprócz jed­nego -?było tak oczy­wi­stym miej­scem na doko­na­nie desantu, że Niemcy wznie­śli tu naj­sil­niej­sze for­ty­fi­ka­cje Wału Atlan­tyc­kiego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki