D-Day. 6 czerwca 1944. Przełomowa bitwa II wojny światowej - Stephen E. Ambrose


Reflow text when sidebars are open.
Echa D-Day
O godzinie 7.00 w Stanach Zjednoczonych (co odpowiadało godzinie 13.00 we Francji) trzech nastoletnich kowbojów z zachodniej Montany wkroczyło raźno do Mecca Café w Helenie, stolicy stanu. Poprzedniego popołudnia zaciągnęli się do marynarki w punkcie rekrutacyjnym w Helenie. Głośno się przechwalali, chełpili i zwracali na siebie uwagę.
"Jeść! Obsługa! Baczność!", pokrzykiwali na kelnerkę. Klienci i kelnerka zorientowali się, że chłopcy wypłyną w morze za kilka godzin i wyruszą w swoją, bez wątpienia pierwszą, podróż z Montany. Hałaśliwe i niegrzeczne zachowanie zostało wybaczone "marynarzom". Kelnerka obsłużyła ich w sposób super de lux, a pozostali klienci wrócili do przerwanych wcześniej rozmów przy kawie.
Ktoś włączył radio: "Kwatera Główna Naczelnego Dowództwa Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych oświadczyła właśnie, że inwazja się rozpoczęła. Powtarzam, nadszedł D-Day".
W kawiarni był dziennikarz z "Helena Independent-Record". Napisał potem:
Wiadomość została początkowo przyjęta z niedowierzaniem, a potem zapadła głucha cisza. Zapomniano o jedzeniu. Nikt nie odezwał się słowem, by zawołać kelnerkę; nikt niczego nie chciał. Wszyscy siedzieli, słuchali i zastanawiali się.1
Aż do czasu wynalezienia telegrafu ludzie w krajach biorących udział w wojnach nie wiedzieli, że właśnie toczy się jakaś wielka bitwa. Pierwsze tego rodzaju wiadomości Amerykanie uzyskiwali w latach 1861-1865 z informacji w gazetach, w których pisano niewiele więcej niż to, że trwa ważna bitwa w Pensylwanii lub Missisipi. Przez kilka następnych dni w gazetach pojawiały się dokładniejsze relacje o danej bitwie. A potem drukowano zdające się nie mieć końca listy poległych. Pod Gettysburgiem i Vicksburgiem walczono w jednym czasie, co oznaczało w praktyce, że w pierwszych dniach czerwca 1863 roku niemal każdy Amerykanin znał osobiście kogoś, kto brał udział w którejś z tych bitew. Syn, mąż, ojciec, siostra, wnuk, narzeczona, wuj, przyjaciel - wszyscy wstrzymywali oddech. Czekali, modlili się, martwili, znowu modlili i dalej czekali.
Podczas I wojny światowej Amerykanie także byli skazani na domysły. W trakcie II wojny światowej poprawiła się jakość przekazu telegraficznego i radiowego; Amerykanie, których bliscy byli na Pacyfiku, w Afryce Północnej lub we Włoszech, słuchali radiowych doniesień z pól bitew, w czasie gdy się rozgrywały, a po mniej więcej tygodniu mogli oglądać starannie ocenzurowane filmy, nakręcone w czasie walk (na których nigdy nie pokazywano zabitych albo ciężko rannych Amerykanów). Nie wiedzieli, jak radzą sobie ci, których kochają. Żeby się czegoś dowiedzieć, musieli czekać i modlić się, by człowiek z Western Union (który zwykle przynosił zawiadomienie o śmierci żołnierzy) nie zapukał do ich drzwi.
W D-Day ogromna liczba Amerykanów była zaangażowana w bieg wydarzeń. Większość z nich wniosła bezpośredni wkład w wojnę - jak farmerzy dostarczający jedzenia, jak robotnicy z fabryk produkujących na potrzeby wojska samoloty, okręty, czołgi, pociski, karabiny, buty czy cokolwiek z tysiąca rzeczy potrzebnych, by wygrać wojnę, lub woluntariusze przeznaczający czas i siły na pracę w licznych urzędach i organizacjach państwowych. Bandaże, które zrolowali, karabiny, które wykonali, były wykorzystywane przez żołnierzy, o czym dowiadywali się z wiadomości. Modlili się, by to, co wyszło spod ich palców, nie miało wad i usterek.
Andrew Jackson Higgins znakomicie zrozumiał ducha tamtych dni. W D-Day przebywał w Chicago; do swoich pracowników w Nowym Orleanie wysłał następującą wiadomość:
To dzień, na który czekaliśmy. Teraz praca naszych rąk, dzieła naszych serc i umysłów zostały wystawione na próbę. Akcje wojenne, które kupiliście, krew, którą oddaliście - także tam walczą. Wszyscy możemy czuć się podniesieni na duchu informacją, że pierwsze lądowanie na kontynencie zostało dokonane przez aliantów płynących na naszych łodziach.2
Robotnicy z Higgins Industries i pracownicy z fabryk, produkujących na potrzeby wojska w całym kraju, porzucili zwykłe zajęcia, by inwazja stała się możliwa. Mieli pracę, będącą błogosławieństwem dla pokolenia, które dopiero co otrząsało się po Wielkim Kryzysie, i dobrze im płacono (chociaż nikt nie został bogaczem dzięki wysokości stawek za godzinę pracy). Poświęcili jednak wszystko dla dobra inwazji.
Polly Crow pracowała na nocną zmianę w Jefferson Boat Company, niedaleko Louisville w stanie Kentucky. Pomagała budować okręty desantowe LST. Napisała do męża, który był w wojsku, o zaoszczędzonych pieniądzach - w czasie Wielkiego Kryzysu młode małżeństwa mogły jedynie marzyć o czymś podobnym:
Mamy teraz siedemset osiemdziesiąt dolarów w banku i pięć obligacji, z czego się bardzo cieszę, i szukam teraz wózka dziecinnego w dobrym stanie, naprawdę mogłabym ułożyć w nim z tego [banknotów] stos.
Żeby zarobić taką sumę, Polly Crow pracowała na dziesięciogodzinnej nocnej zmianie. W ciągu dnia zajmowała się dwuletnim synem; w nocy dzieckiem opiekowała się jej matka. Zgłosiła się na ochotnika do pracy w Czerwonym Krzyżu. Dzieliła mieszkanie z matką i jeszcze jedną kobietą.3
Tysiące młodych kobiet było w podobnej sytuacji. Pospieszne małżeństwa stały się normą. W czasie wojny zawarto ich o milion więcej, niż można byłoby przewidywać na podstawie przedwojennych danych. Nastoletni chłopcy żenili się, bo szli na front, a w wielu przypadkach, ze względu na panującą wtedy moralność, jedynym sposobem zdobycia przez nich doświadczeń seksualnych przed wyjazdem stawało się złożenie przysięgi małżeńskiej.
Kiedy mężowie-chłopcy jechali na wojnę, żeby stać się mężczyznami, żony-dziewczyny stawały się kobietami. Podróżowały samotnie lub z maleńkimi dziećmi w dusznych zatłoczonych pociągach do odległych miejsc, zostawały kucharkami i gospodyniami, dbały o finanse, nauczyły się naprawiania samochodów, pracowały w fabrykach produkujących na rzecz wojska i wysyłały listy do mężów-żołnierzy, które coraz bardziej tchnęły optymizmem. Jedna z młodych matek wyjaśniała potem:
Pisałam o tym, co robiło nasze dziecko, choć tylko w listach wszystko wyglądało wspaniale.4
Kobiety w mundurach stały się zupełnie nowym zjawiskiem w amerykańskiej armii w latach czterdziestych. Były we wszystkich rodzajach służb, jednak podlegały ostrzejszej dyskryminacji z powodu płci niż Murzyni ze względu na kolor skóry. Same nazwy jednostek, w których się znalazły, świadczą o segregacyjnym protekcjonalizmie: Women's Army Auxiliary Corps (WAAC - Kobiecy Wojskowy Korpus Pomocniczy), Women's Auxiliary Air Force (WAAF - Kobiece Służby Pomocnicze Sił Powietrznych), Women's Auxiliary Ferry Squadron (WAFS - Kobieca Pomocnicza Eskadra Przewozowa) i WAVES, co było akronimem od Women Accepted for Volunteer Emergency Services (Kobiece Ochotnicze Służby Ratownicze) - pod koniec 1944 roku zrezygnowano w marynarce z tego akronimu na rzecz określenia Women Reserves (Rezerwy Kobiece).
Kobiety w mundurach robiły to samo co mężczyźni, poza udziałem w walce. Były urzędniczkami, mechanikami, administratorkami, radiooperatorkami, interpretatorkami zdjęć lotniczych, kucharkami, meteorologami, zaopatrzeniowcami, oblatywaczami samolotów, pilotami transportowymi i tak dalej. Eisenhower uważał, że bez nich nie wygrałby wojny.5
Nie było im łatwo. Opowiadano sobie o nich okrutne i złośliwe dowcipy - wyjątkiem byli ranni, którzy nigdy nie żartowali z pielęgniarek. Te kobiety-pionierki wytrwały jednak i triumfowały. Wkład Amerykanek w inwazję w D-Day, niezależnie od tego, czy dokonany na farmie, w fabryce czy w czasie służby wojskowej, był warunkiem sine qua non jej powodzenia.[49]
Dla młodych kobiet, których ledwie poznani mężowie znaleźli się na europejskim teatrze działań wojennych, D-Day był wyjątkowo wyczerpującym doświadczeniem. Wtedy jednak niemal wszyscy Amerykanie mieli kogoś bliskiego w piechocie, marynarce, siłach powietrznych lub straży przybrzeżnej, przebywających w ogarniętej wojną Europie. Tylko niewielu wiedziało, czy dany piechur, marynarz lub pilot brał udział w inwazji w D-Day, czy też zostanie później włączony do akcji, wszyscy jednak mieli świadomość, że zanim wojna zostanie wygrana, ci, których kochają, znajdą się w strefie walki.
Machina ruszyła. Faza przygotowawcza została zakończona. Stany Zjednoczone skierowały do walki ogromne siły, gromadzone przez ponad trzy ostatnie lata. Oznaczało to, że chłopcy, bracia, mężowie, przyjaciele, pracownicy, koledzy ze studiów, kuzyni, bratankowie albo już walczyli, albo wkrótce mieli zacząć.
W Helenie i Nowym Jorku, w całym kraju ludzie martwili się, słuchali radia i wybiegali na ulicę po najświeższe wydania gazet z mapą francuskiego wybrzeża na pierwszej stronie. W kraju słuchano i czytano o II wojnie światowej. Jednak to, co Amerykanie dostali do czytania o D-Day, było niepokojąco ogólnikowe.
Oficjalna nazistowska agencja informacyjna, Transocean, jako pierwsza podała wiadomość o inwazji. Associated Press szybko to podchwyciła i skierowała do sieci telegraficznej. O godzinie 1.30 w nocy "New York Times" miał już materiał na pierwszej stronie, ale był to tylko nagłówek - żadnych konkretów. O godzinie 2.00 czasu wschodnioamerykańskiego wojennego stacje radiowe przerwały programy muzyczne, by nadać komunikat: "W niemieckim radiu podano, że inwazja się rozpoczęła". Niemcy donosili o bitwie morskiej w pobliżu Hawru i lądowaniu desantu spadochronowego w okolicach Sekwany (był to desant pozorowany). Komentatorzy natychmiast zwrócili uwagę, że nie potwierdziły tego żadne źródła alianckie, i ostrzegali, że może być to po prostu wybieg Niemców, mający sprawić, by francuski ruch oporu rozpoczął powstanie przed czasem, narażając się na klęskę.
O godzinie 9.32 w Londynie (o godzinie 3.32 czasu wschodnioamerykańskiego wojennego) z Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych przekazano krótki komunikat generała Eisenhowera, odczytany przez jego prasowego adiutanta, pułkownika Ernesta Dupuya:
Pod dowództwem generała Eisenhowera alianckie siły morskie, wspomagane przez znaczne siły powietrzne, przystąpiły tego ranka do desantu na północnym wybrzeżu Francji.
Z Kwatery Głównej wysłano także drogą radiową do Nowego Jorku nagranie głosu Eisenhowera, odczytującego rozkaz dzienny na D-Day. Czytał go wspaniale, głośno i wyraźnie modulował głos. Trafił do wszystkich, ponieważ rozkaz ten został nadany w wigilię D-Day przez głośniki zamontowane na okrętach desantowych LTS i transportowcach w portach południowej Anglii. Tak więc Amerykanie usłyszeli dokładnie to samo, co żołnierze z sił inwazyjnych.
O godzinie 4.15 czasu wschodniego w Stanach Zjednoczonych NBC nadała z Londynu relację naocznego świadka wydarzeń. Był nim dziennikarz, który do Europy poleciał razem ze 101 Dywizją Powietrznodesantową. Rankiem nadeszło więcej podobnych doniesień od dziennikarzy, którzy byli na morzu i wrócili do Londynu. Widzieli mnóstwo dymu, okrętów i samolotów, poza tym niewiele więcej. O sytuacji na plażach nie wspominano.
Ludzie słuchali każdej wiadomości z zapartym tchem, jednak spotykało ich rozczarowanie. Dla Eustace'a Tilleya, piszącego dla "New Yorkera" pod pseudonimem Talk of the Town (Plotka z miasta), było to wyjątkowo denerwujące: "Kretyński bełkot z radia słychać było wszędzie, gdziekolwiek się poszło".6 Wieści nadchodziły powoli, czasami całymi godzinami i dłużej telegrafy milczały. Jednak napięcie było tak duże, a ludzie tak rozpaczliwie łaknęli wiadomości, że stacje radiowe powtarzały już nadane informacje i cytowały się wzajemnie.
Spikerzy przeżywali straszne chwile, próbując czytać francuskie nazwy miejsc. Potrzebne były im lekcje geografii. Wysilali się na analizy wojskowe, ale skutki tego były fatalne - albo wprowadzali ludzi w błąd, albo opowiadali głupstwa. Starali się coś przekazywać, ale niewiele mieli do powiedzenia poza tym, że inwazja trwa. Mówili o wszystkim oprócz tego, co dla większości słuchaczy było najważniejsze - nie wspominali o ofiarach. Zostało to zakazane przez Wojskowe Biuro Informacji (Office of War Information - OWI).
Skrótowość komunikatów radiowych wynikała głównie z rozporządzeń OWI, ale udział w tym miała także cenzura polityczna dokonywana przez Kwaterę Główną, która odmówiła przekazania niecierpliwie oczekiwanych informacji - które dywizje, pułki, eskadry i okręty zostały użyte w walce. Nie podano też dokładniejszych danych o miejscu lądowania, poza ogólnikowym "wybrzeżem Francji". Powodem tak ścisłej cenzury było podtrzymanie szans na powodzenie operacji Fortitude; jednak ceną płaconą w Stanach był wzrost obaw.
Radio nie dostarczało informacji, mogło jednak inspirować. Po nadaniu rozkazu dziennego Eisenhowera, do swego narodu przemówił król Norwegii, w którego ślady poszli premierzy Holandii i Belgii, a potem król Wielkiej Brytanii. Przemówienia powtarzano przez cały dzień.
Brak wieści nie poprawiał nastrojów w kraju. Mieszkanka Kalifornii napisała do Paula White'a, spikera z CBS:
Jest godzina 3.21 na wybrzeżu Pacyfiku. Miałam szczęście i usłyszałam pierwszy komunikat radiowy o rozpoczęciu D-Day, nadany dziś rano przez CBS. Przez ostatnie dwa miesiące wszystkie wieczory spędzałam przy radiu, czekając na wiadomości. (...) Nadane przez wasze radio doniesienie z Londynu pana Murrowa, dało mi poczucie, że choć od męża dzieli mnie pół świata i jestem samotna, już nie będę tego odczuwała, dopóki wasi pracownicy będą wykonywali swoją robotę.7
W D-Day Franklin Roosevelt wykorzystał możliwości radia, by zjednoczyć naród w modlitwie. Przez cały dzień stacje radiowe nadawały jej tekst, wydrukowany następnie w popołudniowych wydaniach gazet; o godzinie 22.00 czasu wschodnioeuropejskiego wojennego prezydent zaczął się modlić. Przyłączyli się do niego Amerykanie w całym kraju:
Wszechmocny Boże: nasi synowie, duma naszego narodu, podjęli dzisiaj ciężką próbę (...). Prowadź ich prostą i właściwą drogą; daj siłę ich ramionom, niezłomność ich sercom, niezachwianą wiarę. (...) Owi ludzie zostali ostatnio zepchnięci ze ścieżki pokoju. Walczą, ale nie z chęci podboju. Walczą, by zakończyć podboje. Walczą o wyzwolenie. (...) Chcą jedynie końca walk i powrotu do domowych przystani. Niektórzy z nich nigdy nie wrócą. Obejmij ich, Ojcze, przyjmij do siebie, Twoje bohaterskie sługi, do Twego królestwa (...) I, Panie, daj nam wiarę. Daj nam wiarę w Ciebie; wiarę w naszych synów; wiarę w nas samych. (...) Niech się stanie wola Twoja, Wszechmogący Boże. Amen.8
- Co właściwie oznacza "D"? - jakiś przechodzień zapytał Eustace'a Tilley'a.
- To proste, oznacza day [dzień] - odpowiedział korespondent "New Yorkera" zgodnie z prawdą[50]. Pisząc o tym incydencie, Tilley kontynuował:
D-Day był wyjątkowym doświadczeniem, ogromnie ważnym momentem w historii.
Przechadzając się po mieście, dotarł do Times Square, gdzie tłum czytał wyświetlany komunikat:
I JEDNO NIEMIECKIE DZIAŁO STRZELA NADAL.
Tilley wspominał: "Nikt nie uważał wtedy, że to jedno niemieckie działo jest czymś błahym; myślano o nim bardzo poważnie, jak o wszystkim, czego się dowiadywano o rejonie desantu". Jeden z dziennikarzy napisał w "New York Timesie":
Ludzie stali na chodniku, blisko krawężnika lub opierali się o szyby wystawowe sklepów i restauracji ze wszystkich stron niewielkiego trójkąta i patrzyli w górę, bez przerwy patrzyli w górę, żeby nie przeoczyć choćby najmniej ważnych informacji o inwazji.
Tilley przyłączył się do około stu współobywateli, zgromadzonych przed Rialto Theatre. Ludzie "stali stłoczeni i rozmawiali o biegu historii na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat. (...) Każdy czekał na stosowny moment, by przedstawić swój punkt widzenia, a wszystko bez podnoszenia głosu bardziej, niż było to konieczne. (...) Kiedy odeszliśmy, rzeczowa wymiana zdań trwała nadal".
Poszedł do jednego ze studiów rozgłośni radiowych, "gdzie korytarze były zapełnione aktorami, rozgoryczonymi z powodu odwołania kolejnych odcinków słuchowiska".
W studiu radiowym ponownie usłyszał nagranie głosu Eisenhowera.
Słowa generała Eisenhowera są nierozłącznie związane z D-Day i pozostaną nam w pamięci najdłużej. W Modern Museum starsza pani, siedząca na kanciastym krześle ze sklejki, odczytała głośno kilku innym staruszkom tłoczącym się dookoła niej oświadczenie generała. "Wzywam wszystkich, którzy kochają wolność, by stanęli z nami" - czytała słabiutkim głosem, a całą grupę przeszedł dreszcz.9
6 czerwca 1944 roku Nowy Jork był hałaśliwym, dobrze prosperującym miastem. Wszyscy mieli pracę, pieniędzy było więcej niż towarów na rynku. Znalezienie mieszkania graniczyło z cudem; ludzie tłoczyli się w ciasnych klitkach. Bary i kina były pełne. Wiosenny sezon na Broadwayu okazał się wielkim sukcesem, jego największymi wydarzeniami były: musical Oklahoma! Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina, występy Paula Robesona w Otellu, Miltona Merle w Ziegfeld Follies i Mary Martin w One Touch of Venus (z muzyką Kurta Weila, autorzy tekstu: S.J. Perelman i Ogden Nash, wystawiony przez Elię Kazana, z choreografią Agnes de Mille). To były czasy!
W D-Day teatry zamknęły podwoje. Aktorzy poszli do Stage Door Canteen, by zagrać tam dla żołnierzy scenę lub dwie z wystawianych sztuk. Tylko jeden stolik, "The Angel's Table" (stolik anioła), był udostępniony cywilom; został zarezerwowany dla "ludzi nie związanych z wojskiem, którzy złożyli królewskie datki, dzięki czemu zyskali przywilej wstępu do Canteen". Datki zostały przekazane organizacjom żołnierskim.10
"New York Daily News" zrezygnował tego dnia z artykułów wstępnych i na pierwszej stronie wydrukował modlitwę Ojcze nasz. "New York Daily Mirror" nie zamieścił tego dnia żadnych ogłoszeń, by zyskać więcej miejsca na wiadomości o inwazji.
Domy towarowe zostały zamknięte. Sklepy przestały obsługiwać klientów w południe. Mimo to, wokół nadal stał tłum ludzi, ponieważ domy towarowe wystawiły na zewnątrz głośniki, przez które nadawano program radiowy. Kiedy spiker zaczął przestrzegać Amerykanów, by nie cieszyli się przedwcześnie, "twarze ludzi, którzy stali słuchając, wyrażały smutek i przygnębienie", jak napisał dziennikarz "New York Times".
Domu towarowego Lord & Taylor w ogóle nie otworzono. Prezes firmy, Walter Hoving, powiedział, że wysłał trzy tysiące swoich pracowników do domów, by się modlili. "Dom towarowy jest zamknięty - ogłosił. - Rozpoczęła się inwazja. Możemy myśleć jedynie o ludziach, którzy biorą w niej udział. Nie otworzyliśmy dzisiaj, bo znamy naszych pracowników i klientów, których bliscy biorą udział w tej bitwie, i wiemy, że chcieliby poświęcić ten dzień na modlitwę za ich bezpieczeństwo".11
Odwołano mecze baseballowe i wyścigi. Na stronach "Sports of the Times" Arthur Daley postawił pytanie, czy powinno się odwołać wszystkie imprezy sportowe aż do zwycięskiego zakończenia wojny, i stwierdził, że nie. Pisał:
Kiedy oszałamiające wrażenie wywołane inwazją minie, minie też nieodparta chęć tkwienia z uchem przy radiu, by usłyszeć wiadomości z ostatniej chwili, a ludzka natura ponownie upomni się o rozrywkę - kino, teatr, ale również i sport, by odpocząć od wojny.
Daley pisał, że nikt nie ma pretensji do "młodzieży rozgrywającej mecze" w czasie, gdy inni umierają, bo wszyscy wiedzą, że gracze baseballowi albo walczą o "cztery wolności"[51] na froncie, albo są zbyt starzy, by walczyć. Przypomniał czytelnikom, że cała drużyna Yankee, która zgłosiła się do wojska już w 1941 roku, nosi mundury. Mimo że zastępstwa okazywały się często fatalne, Daley chciał, by zmagania w sezonowych rozgrywkach były "(...) tak dobre, jak to możliwe. Przecież mimo wszystko to nadal część amerykańskiego stylu życia, o który między innymi walczymy".12
Na Wall Street nadal prowadzono interesy. Zarząd nowojorskiej giełdy poprosił przy otwarciu o dwie minuty ciszy i modlitwę za walczących, a potem przystąpiono do normalnej pracy. Nagłówki "Wall Street Journal" z 7 czerwca głosiły:
SKUTKI INWAZJI
POCZĄTKOWE OZNAKI KOŃCA WOJENNEJ GOSPODARKI NOWE PROBLEMY PRZEMYSŁU.
Jednym słowem, najpierw interesy, potem reszta.
Przez dwa miesiące rynek przeżywał "nawałnicę inwazyjną". Według magazynu "Time":
Nowojorska giełda trzęsła się przy byle pogłosce o D-Day. Jednak w D-Day, prawdę mówiąc, giełda: 1. Miała swój najaktywniejszy dzień w całym roku, dokonując obrotu 1 193 080 akcjami; 2. Doświadczyła wzrostu wskaźnika Dow-Jonesa w przemyśle do poziomu 142,24, co jest nowym rekordem dla 1944 roku.
Ceny akcji AT&T, Chryslera, Westinghouse, General Motors, Du Ponta i nawet detalistów wzrosły do najwyższego poziomu w 1944 roku.13
Jak zwykle, na Wall Street martwiono się o przyszłość. Napisano w "Wall Street Journal":
Inwazja wywołała ożywienie. Po podaniu informacji, że lądowanie odniosło sukces, można się spodziewać rychłego końca wojny, a przez to ograniczenia produkcji. Będzie się zmniejszała liczba kontraktów, nastąpi zwalnianie pracowników, likwidacja pomieszczeń do prowadzenia niewielkiej produkcji. Zakładając, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, czeka to nas za dwa, maksimum cztery miesiące.14
(W grudniu 1944 roku żołnierze zapłacili za ten pozbawiony realizmu optymizm. W lecie odwołano zamówienia na produkcję pocisków; kiedy Niemcy przystąpili do wielkiej kontrofensywy w Ardenach, amerykańskie baterie artylerii niemal bez przerwy zmagały się z brakiem amunicji, a niektóre w ogóle były jej pozbawione.)
W części "New York Timesa" poświęconej finansom w doniesieniu z Wall Street odnotowano patriotyczny gest, który miał miejsce w D-Day:
Giełda zamanifestowała zaufanie do inwazyjnych sił alianckich dokonując rekordowych obrotów. (...) Akcje zakładów samochodowych nadal charakteryzował największy popyt spekulacyjny, podczas gdy inne gałęzie przemysłu, o których sądzi się, że będą wysoko notowane po wojnie, znalazły poparcie u przedstawicieli wszystkich warstw społeczeństwa.15
Bardziej zainteresowani teraźniejszością niż przyszłością nowojorczycy przychodzili masowo do biura Ochotniczej Obrony Cywilnej na Piątej Alei i zgłaszali się do zwijania bandaży, sprawdzania cen dla Biura Kontroli Cen, do pomocy pielęgniarkom, pracy w Czerwonym Krzyżu i innych organizacjach działających na rzecz żołnierzy. Wykonywali tysiące prac w całym mieście. Rekordowa liczba ludzi oddała krew.16
Burmistrz Nowego Jorku, Fiorello La Guardia, spotkał się z dziennikarzami o godzinie 3.40 nad ranem. Powiedział: "Możemy jedynie czekać na wiadomości i modlić się o sukces. To najbardziej ekscytujący moment w naszym życiu".17
Wydawcy "New York Timesa" próbowali spojrzeć na D-Day z pewnej perspektywy w głównym artykule wydania z 7 czerwca. Pisali:
Nadeszła godzina, dla której się urodziliśmy. Wyjdziemy naprzeciw najważniejszemu sprawdzianowi naszych ramion i dusz, sprawdzianowi dojrzałości naszej wiary w nas samych i ludzkość. (...) Modlimy się za chłopców, których znamy, i miliony nie znanych, którzy są na równi częścią nas. (...) Modlimy się za Ojczyznę. (...) Nasza sprawa sama jest modlitwą, bo jest sprawą Boga, który stworzył ludzi wolnymi i równymi.18
Na północ od Nowego Jorku, w Akademii West Point odbywała się tego dnia ceremonia rozdania dyplomów. Jednym z absolwentów był kadet John Eisenhower Jr. Wśród krewnych przybyłych na tę uroczystość znajdowała się jego matka, żona Dwighta Eisenhowera, Mamie. 3 czerwca z Portsmouth generał napisał do Mamie:
Ta wiadomość dotrze do Ciebie prawdopodobnie wkrótce po twoim powrocie do Waszyngtonu [z West Point]. Nie ma takiej rzeczy, której bym nie zrobił, byle tylko 6 czerwca być z Tobą i Johnem, jednak c'est la guerre! [taka jest wojna]. Zresztą jestem tak zapracowany, że naprawdę trzeba chyba cudu, żebym przypomniał sobie tego dnia, co to za data - że przecież to dzień zakończenia jego nauki.19
Mamie dowiedziała się o D-Day od dziennikarza z "New York Post", który obudził ją, dzwoniąc do pokoju w hotelu "Thayer" w West Point. - Inwazja?! - zawołała Mamie. - O co chodzi z tą inwazją? 9 czerwca generał Eisenhower wysłał do Mamie telegram. Nie można go było posądzać o skłonność do wylewności. Pisał:
Z powodu wcześniejszych planów nie mogłem być z Tobą i Johnem w poniedziałek, ale myślałem o Was i mam nadzieję, że oboje miło spędziliście czas z rodziną. Przesyłam Ci wiele serdeczności z tą wiadomością, bowiem czas ostatnio nie pozwala mi na napisanie listu i tak będzie prawdopodobnie przez jakiś okres, wiem jednak, że to zrozumiesz.
(W poniedziałek był 5 czerwca. Niewątpliwie Eisenhower pamiętał, że ceremonia wręczenia dyplomu Johnowi odbywała się w D-Day, który był zaplanowany na 5 czerwca, i pomylił daty)[52].20
W Nowym Jorku, podobnie jak w całym kraju, bito w dzwony. Najwspanialszym z nich był Dzwon wolności (Liberty Bell). Ostatnio dzwonił 8 lipca 1835 roku na pogrzebie przewodniczącego Sądu Najwyższego, Johna Marshalla. O godzinie 7.00 w D-Day burmistrz Filadelfii, Bernard Samuel, uderzył w niego drewnianym młotem, a bicie dzwonu słychać było w całym kraju, zostało bowiem transmitowane przez radio. A potem burmistrz pomodlił się.
Potrzeba modlitwy była przemożna. Wielu ludzi dowiedziało się o inwazji w czasie, gdy przystępowali do codziennych zajęć; kiedy ochłonęli, odmawiali cichą modlitwę. Inni usłyszeli o jej rozpoczęciu z głośników radiowęzłów przy liniach produkcyjnych w całym kraju, gdy pracowali na nocnej zmianie. Mężczyźni i kobiety zastygli na chwilę w bezruchu przy maszynach, pomodlili się i wznawiali pracę z jeszcze większym poświęceniem.
W Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, od wybrzeży Atlantyku do Pacyfiku, od Arktyki po Zatokę Meksykańską, rozdzwoniły się dzwony. Nie biły jednak na triumf czy święto - miały przypominać o jedności narodu i wzywać do modlitwy. W kościołach i synagogach odprawiano specjalne nabożeństwa. Ławki świątyń były zapełnione.
W Waszyngtonie generał Pershing wygłosił oświadczenie. Dowódca Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych w czasie I wojny światowej powiedział:
Dwadzieścia sześć lat temu amerykańscy żołnierze, współdziałając z sojusznikami, zwarli się w śmiertelnej walce z niemieckim wrogiem. (...) Dzisiaj synowie żołnierzy z lat 1917-1918 są zaangażowani w podobną wojnę o wyzwolenie. Ich zadaniem jest przynieść wolność zniewolonym ludziom. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że razem z walecznymi towarzyszami broni odniosą zwycięstwo.21
W budynku Kapitolu politycy zajmowali się swoimi sprawami. W D-Day trzysta pięcioma głosami za, przy trzydziestu pięciu głosach przeciw, postanowiono kontynuować przesłuchania generała majora Waltera Shorta i wiceadmirała Husbanda Kimmela przed trybunałem wojskowym - w celu ustalenia odpowiedzialności za tragedię w Pearl Harbor. Jeden z kongresmanów powiedział: "To wszystko polityka". Demokraci (sprzeciwiający się tej rezolucji, którą opóźniali przez dwa lata, choć byli zdania, że nie mogą głosować przeciwko niej) oskarżali republikanów o wykorzystywanie tej sprawy do celów wyborczych i chęć skompromitowania prezydenta Roosevelta. Republikanie z kolei (jednogłośnie opowiadający się za rezolucją, która była ich autorstwa) zarzucali demokratom, że próbują opóźniać wyjaśnienie sprawy aż do czasu wyborów prezydenckich.22 Podejrzenia obu stron były słuszne.
Późnym popołudniem Roosevelt zwołał konferencję prasową. W biurze wykonawczym prezydenta zgromadziło się stu osiemdziesięciu dziennikarzy, wypełniając salę niemal do granic możliwości. Zgodnie z tym, co napisał dziennikarz "New York Timesa":
Zastali pana prezydenta z oznakami zmęczenia wokół oczu, ale uśmiechniętego. Siedział przy biurku, ubrany w koszulę z krótkim rękawem, z ciemną muszką. Palił papierosa przez żółtą bursztynową fifkę.
- Jak ocenia pan postęp inwazji? - zapytał jeden z reporterów.
- Odbywa się zgodnie z planem - odpowiedział prezydent i uśmiechnął się. Dodał potem, że z meldunków generała Eisenhowera wynika, iż wróg zatopił tylko dwa niszczyciele i jeden okręt desantowy LST, co w sumie nie przekracza strat na poziomie jednego procenta.
Inne sprawy: generał Eisenhower sam wyznaczył dokładną datę i miejsce lądowania. Stalin wiedział o planie inwazji od czasu spotkania w Teheranie i wydawał się zadowolony. Rok temu utworzenie drugiego frontu byłoby niemożliwe z powodu braku ludzi i sprzętu. Wojna na pewno jeszcze się nie skończyła; nie skończyła się nawet ta operacja; czasy nie sprzyjają też zbytniemu zadufaniu.23
Po konferencji Roosevelt naradzał się z admirałem Kingiem i generałem Marshallem, którzy, ponieważ zajmowali wysokie stanowiska i byli bardzo daleko od pól bitewnych, nie mogli powiedzieć prezydentowi niczego więcej ponad to, co usłyszeli przez radio.
Marshalla, wychodzącego z Owalnego Gabinetu, zatrzymał dziennikarz, który spytał go, czy tę noc spędził przy biurku.
- Nie - odpowiedział Marshall. A potem lekko się uśmiechnął i stwierdził po prostu: - Już wcześniej zrobiłem, co do mnie należało.24
W Bedford, w stanie Wirginia, w lokalnej gazecie "Bulletin" wydrukowano modlitwę napisaną przez H.M. Lane, mieszkającą w pobliskiej Altavista:
Drogi Ojcze i Wspaniały Stwórco wszystkiego, piękno, które umiera najszybciej, żyje najdłużej. Któż mógłby nie dostrzec piękna i ofiary czynionych przez naszych dzielnych chłopców? Oni nie przetrwają dnia, dlatego zachowamy ich w pamięci na zawsze i zapewnimy im nieśmiertelność.
Dziennikarz "Bulletinu" napisał:
Wiadomość o inwazji wywołała niepokój w setkach bedfordzkich rodzin, bo wielu ich synów, mężów i braci jest w wojsku w Anglii. Kompania A [ze 116 Pułku] odbywała tam szkolenie przez prawie dwa lata i prawdopodobnie znalazła się wśród pierwszych dokonujących lądowania, setki innych mężczyzn z hrabstwa Bedford z całą pewnością zostanie rzuconych do walki, dlatego można spodziewać się ofiar.
Odnotował także, że wszystkie kościoły są przepełnione w czasie specjalnych mszy.
Miesiąc później, 6 lipca, "Bulletin" donosił:
Kompania A została "wysoko oceniona" za rolę odegraną w D-Day. Jak do tej pory nie wiadomo, jakie były straty, rząd nie podał kompletnej listy ofiar. Widać wyraźny niepokój o los tych ludzi, bowiem nadzieja, że wszyscy bezpiecznie wylądowali i w czasie walk nic im się nie stało, zdaje się nieuzasadniona.
W numerze z 20 lipca dziennikarz pisał, że 116 Pułk został pochwalony przez prezydenta, ale dodawał też, że 19 lipca czternaście rodzin z Bedford otrzymało zawiadomienia o śmierci synów, poległych 6 czerwca. Miało ich nadejść więcej. Redaktor wydania pisał:
Umarli, tak jak powinni umierać ludzie wolni - bez lęku i walecznie. Wiedzieli, co ich czeka. Ale nie wahali się, nie zadrżeli, nie cofnęli się, nie próbowali uciekać.25
(Na amerykańskim cmentarzu w Normandii, górującym nad plażą Omaha, spoczywa jedenastu bedfordczyków, pochowanych razem z dziewięcioma tysiącami trzystu osiemdziesięcioma sześcioma Amerykanami, którzy polegli w czasie kampanii na wybrzeżu Francji. Miejsce wiecznego spoczynku żołnierzy jest bardzo piękne i otoczone troskliwą opieką American Battle Monuments Commission [Komisji do Spraw Amerykańskich Pomników Bitewnych]. Żaden Amerykanin nie potrafi oprzeć się tam poczuciu dumy, tak jak żaden nie potrafi powstrzymać łez cisnących się do oczu. Na okrągłej kaplicy są wyryte słowa: "Pomyśl nie tylko o tym, że przeminęli. Pamiętaj o chwale ich ducha".)
We wtorek historyczna katedra św. Ludwika w Nowym Orleanie była wypełniona ludźmi, od porannej mszy do wieczornego błogosławieństwa. Matka jednego ze spadochroniarzy - "to moje jedyne dziecko" - modliła się obok policjanta, którego "dwóch chłopców tam było". Ładna młoda mężatka klęczała przed Świętą Panienką od Nagłej Pomocy, podczas gdy w sąsiedniej ławce modlił się marynarz będący na przepustce.
Właściciele sklepów na Canal Street przygotowywali się do D-Day przez trzy miesiące; kiedy nadszedł, kazali pracownikom sprzedawać obligacje zamiast towarów. Pomysł został podchwycony przez sklepy w innych miastach. Na Canal Street rozbrzmiewała patriotyczna muzyka, namawiano ludzi do kupowania obligacji. Sprzedaż była rekordowa. Jakaś kobieta wyłożyła siedemdziesiąt pięć ćwierćdolarówek, w sumie osiemnaście i trzy czwarte dolara, by kupić jedną z nich. Wyjaśniła: "Zbierałam te pieniądze żeby kupić obligację w dniu rozpoczęcia inwazji. Mam nadzieję, że zapamiętam ten dzień jako szczęśliwy. Mój mąż jest od dawna w jednostce powietrznodesantowej w Anglii i długo na to czekał".26
Także bardzo dużo ludzi przyszło do stacji krwiodawstwa Czerwonego Krzyża na Carondelet, rekordowa liczba ochotników zgłosiła się do różnych organizacji cywilnych - w mieście, gdzie byle powód wystarczał do zorganizowania parady, tym razem nikt nie defilował. W gazecie "Times Picayune" tak to tłumaczono:
Nowoorleańczycy zrezygnowali z parad do dnia zwycięstwa.
Andrew Higgins przypomniał swoim pracownikom, że do końca wojny jeszcze długa droga i nie kończy się ona w Europie: "Nie powinniśmy zatrzymywać się aż do chwili, gdy łodzie dowiozą nasze oddziały do brzegów Japonii".27
W Ottawie premier Kanady, Mackenzie King, zakomunikował parlamentarzystom z Izby Gmin, że lądowanie postępuje w dobrym tempie. Dodał jednak, że nadal jest tam wiele do zrobienia. Przywódca opozycji, Gordon Graydon, przyznał, że tego dnia nie było żadnej różnicy zdań. W imieniu francuskojęzycznych członków parlamentu wystąpił Maurice Lalonde, który oświadczył po francusku, że nadszedł "historyczny moment kiedy dzwon czasu wybił godzinę wyzwolenia Francji".
W Kanadzie, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, D-Day zjednoczył naród, jak nic innego przedtem. Mówiący po francusku i angielsku Kanadyjczycy w równym stopniu brali udział w inwazji i mieli jeden cel. M. Lalonde poprosił parlamentarzystów o wyrażenie zgody na odśpiewanie Marsylianki. Po raz pierwszy w historii kanadyjskiego parlamentu wszyscy jego członkowie zaśpiewali wspólnie Marsyliankę, a potem Boże, chroń króla.28
W Columbus, w stanie Ohio, burmistrz James Rhodes wydał polecenie uruchomienia syren obrony przeciwlotniczej i syren fabrycznych o godzinie 19.30. Całe miasto zastygło w bezruchu na pięć minut - samochody, autobusy i przechodnie stanęli w miejscu. Ludzie się modlili.29 W Columbus, jak we wszystkich miastach, Czerwony Krzyż odnotowywał rekordowe ilości oddawanej krwi, wzrosła wydajność produkcji w fabrykach, zmniejszyła się absencja, kościoły były pełne. Czerwony Krzyż wystąpił z wezwaniem: "Wszystkie kobiety z hrabstwa Franklin są proszone o natychmiastowe zgłoszenie się do jednostek produkujących opatrunki chirurgiczne w swoim sąsiedztwie". Ochotniczek było tyle, że nie wszystkie zdołano zatrudnić. Truck-Tractor&Equipment Company (producent ciągników gąsienicowych) umieścił całostronicowe ogłoszenie w gazecie "Columbus Star" z nagłówkiem "Następny przystanek: Berlin" wraz z krótkim tekstem:
Dzisiaj jest odpowiedni dzień, by zadać sobie pytanie: czy robię wystarczająco dużo? Gdybym spotkał człowieka, który tam był, czy mógłbym spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, że też zrobiłem, co do mnie należało?30
W Milwaukee stacja krwiodawstwa Czerwonego Krzyża była przepełniona ludźmi, chcącymi oddać krew. W Reno, w stanie Nevada, zamknięto przybytki hazardu. Tylko szesnaście par wystąpiło o rozwód, mniej niż dziesięć procent zwykłej liczby. Gdzie indziej dawała o sobie znać ciemniejsza strona życia w Ameryce: w Cincinnati czterystu pięćdziesięciu robotników strajkowało w fabryce samolotów Wright Aeronautical Corporation, co zablokowało całą produkcję. Powodem było przydzielenie siedmiu Murzynów do warsztatu, gdzie do tamtej pory pracowali wyłącznie biali. William Green, przewodniczący amerykańskiej federacji związków zawodowych, wzywał robotników, by uważali się za część sił inwazyjnych i pracowali "w każdych okolicznościach".31
W Birmingham, w stanie Alabama, gazeta "News" donosiła, że tysiąc pięciuset górników z Republic Steel przystąpiło do dzikiego strajku. Wydawcy "News" byli oburzeni, podobnie jak przedstawiciele związków zawodowych. "Niech cholera weźmie strajkujących - powiedział przewodniczący stanowej federacji związków. - Już sama myśl o tym, że związkowcy mogliby nie pracować w takim dniu, jest niewyobrażalna".
W mieście Marietta, w stanie Georgia, syreny policyjne i dzwony kościelne rozbrzmiały o godzinie 3.00 rano. W "Atlanta Constitution" napisano:
Wielu mieszkańców dostało histerii - kiedy wycie syren dotarło do ich uszu. Wozy policyjne z syrenami włączonymi na cały regulator przejeżdżały przez osiedla mieszkaniowe.
Dziennikarz Ralph Jones zacytował swoją żonę, której uwagi były jego zdaniem typowe. Ich syn był w Anglii, a możliwe, że został już przerzucony do Normandii. Żona Jonesa mówiła: "Nawet gdyby równało się to mojej śmierci, chciałabym wziąć udział w tej inwazji. To największe, najwspanialsze i najbardziej spektakularne wydarzenie w całej historii".
Po krótkiej przerwie dodała: "Po prostu nie potrafię martwić się przez cały czas o Ralpha. Gdybym tak robiła, chyba bym oszalała. Nie grozi mu większe niebezpieczeństwo niż setkom tysięcy synów innych matek".32
W Missoula, w stanie Montana, "wszędzie odbywały się dyskusje, ale ogromna waga wiadomości zamknęła usta rozgadanemu miastu, co było w rzeczy samej godne odnotowania".33
W szpitalu dla weteranów wojennych w Helenie jeden z żołnierzy, chodzący o kulach, zawołał: "To jest to, brachu! Teraz pogonimy im kota!" Inny odkrzyknął z łóżka: "O rany, jak chciałbym tam być!"
Na oddziale zapanowała cisza. "Taaaak", odpowiedział w końcu bez entuzjazmu żołnierz o kulach. A potem dodał w zamyśleniu: "Założę się, że ta plaża przypomina piekło 4 Lipca".34
W szpitalu miejskim w Lawson, niedaleko Atlanty, ranni niemieccy jeńcy wojenni przyjęli wiadomość z szyderczym śmiechem i postawą wyrażającą "poczekamy, zobaczymy". Jeden z nich powiedział dziennikarzowi: "Naczelne dowództwo pozwoli po prostu aliantom wejść kilka kilometrów w głąb lądu, a potem rozgniecie ich przy pomocy tysięcy żołnierzy z elitarnych jednostek SS, stacjonujących blisko Paryża".35
W Dallas, w Teksasie, panowała atmosfera podniosłego patriotyzmu.
O godzinie 2.35 kierowca karetki pogotowia ratunkowego, obsługującej oddział chorób wewnętrznych miejskiego szpitala, pomagał Lester Renfrow urodzić córkę. Kobieta usłyszała syreny i zapytała, dlaczego wyją. Kiedy dowiedziała się, że to z powodu rozpoczęcia inwazji, nazwała swoją córkę Invasia Mae.36 W Norfolk, w stanie Wirginia, żona Randolpha Edwardsa nadała urodzonej 6 czerwca córce imiona Dee Day.37
W artykule zatytułowanym List z Londynu, który "New Yorker" wydrukował 4 czerwca, Mollie Panter-Downes pisała:
Wszyscy żyją niemal tylko po to, aby jakoś przetrwać od rana do nocy, czekając na ten jeden, wyjątkowy dzień.
Panter-Downes odnotowała - nie dający się wyjaśnić - nagły wzrost wypożyczeń łodzi płaskodennych na Tamizie i rekordowe tłumy na meczu krykieta u Lorda. Potem zajęła się wojną, irytującą wszystkich w Wielkiej Brytanii i kosztowną, ze związanym z nią zakazem podawania w radiu i w gazetach prognoz pogody. W maju przymrozki zniszczyły słynne sady w Vale of Evesham.
Sadownicy narzekają, że rządowa tajność dotycząca pogody nie została uchylona, by ostrzec ich na czas i pozwolić na uratowanie choćby części zbiorów.
Straty angielskiej gospodarki żywnościowej były dotkliwe, pogłębiła je dodatkowo susza, która spustoszyła łąki, a brak siana z kolei sprawił, że krowy dawały mniej mleka. Pogoda jest dla Anglików najczęstszym tematem rozmów, dlatego Panter-Downes była zdziwiona, gdy w wiejskim pubie, który odwiedziła, zamiast o chmurach czy deszczu "mówiono głównie o inwazji, podobnie jak w klubach i barach Londynu".38
6 czerwca Panter-Downes napisała o czymś, co przeoczyli inni dziennikarze:
Dla Anglików D-Day może spokojnie równać się z Dunkierką. Wspaniała wiadomość, że angielscy żołnierze ponownie znaleźli się na francuskiej ziemi, nagle ujawniła, ile goryczy odczuwano w dniu, gdy ją opuszczali cztery lata wcześniej.
Nie świętowano jednak, ludzie byli od tego dalecy.
Będąc na ulicy, natychmiast daje się zauważyć, że ludzie nie rozmawiają. (...) Wszyscy robią wrażenie, jakby żyli zatopieni we własnych myślach. (...) Wszędzie widzi się takie milczące indywidua.
Interesy szły wyjątkowo źle. Taksówkarze mówili, że był to ich najgorszy dzień od miesięcy. Widzowie zapełniali teatry i kina zaledwie w połowie, co było wyjątkowe dla roku 1944. Puby również świeciły pustkami. Londyńczycy zostawali w domach.
Chyba wszyscy odczuwali podobnie, że to ten jeden wieczór, kiedy najchętniej jest się ze swoimi myślami we własnym domu. W kraju wszystko jest teraz inne (...) każda ciężarówka na drodze, każdy wagon na torach, każdy dżip i pojazd gąsienicowy zmierzający w kierunku frontu stał się obiektem ogromnej troski. Chłopi, którzy wyglądali chmur mogących uratować trawy na pastwiskach, teraz modlili się o czysty błękit, który ułatwiłby zadanie ich synom walczącym na niebie i ziemi, po drugiej stronie kanału La Manche. Kobiety gromadzące się przy torach kolejowych, po których żołnierze w pociągach jechali na wojnę, nie wiedziały, czy machać im rękami, wiwatować, czy płakać. Czasami robiły wszystko na raz39.
Król Jerzy VI w D-Day wygłosił przez radio przemówienie do narodu. Zaczął tak:
Cztery lata temu nasz naród i imperium stanęły samotnie naprzeciw przeważających sił wroga. Zostaliśmy przyparci do muru. (...) Dziś ponownie musimy zdać egzamin, i to najtrudniejszy. Tym razem wyzwanie, przed jakim stoimy, to nie walka o przeżycie, ale walka o ostateczne zwycięstwo w słusznej sprawie.
Jerzy VI wiedział, że słuchają go niemal wszyscy, i zdawał sobie sprawę, że matki i żony zasługują na szczególną uwagę. Mówił dalej:
Królowa łączy się ze mną w przekazywaniu tej wiadomości. Rozumie obawy i troskę naszych poddanek, wie jednak, że wiele z nich, podobnie jak ona, znajdzie nowe siły i pociechę w Bogu, w którym pokładamy nadzieję.
Król wezwał poddanych do modlitwy:
W tym historycznym momencie nie wątpię, że nikt z nas nie będzie zbyt zajęty, zbyt młody czy zbyt stary, by wziąć udział w obejmującym cały kraj - możliwe też, że cały świat - modlitewnym czuwaniu, gdy rozpoczęła się wielka krucjata.40
W Izbie Gmin zajmowano się swoimi sprawami. Pierwsze pytanie zostało postawione przez posła Hogga z Oksfordu. Zapytał on ministra wojny, czy wszyscy żołnierze armii zostali poinformowani o tym, że o ile A.F.B. 2626[53] nie zostanie uzupełniony, nie będą mogli głosować w najbliższych wyborach powszechnych, niezależnie od tego, czy zostali już wcześniej zarejestrowani. A także, czy A.F.B. 2626 został wysłany do jednostek.
Minister wojny, John Grigg, w dziesięciominutowym wystąpieniu stwierdził, że wszystko zostało dopilnowane.
Inny parlamentarzysta chciał wiedzieć, czy premier nie zechciałby zastanowić się nad kompletną odbudową klasztoru na Monte Cassino, jako pomnika ku czci bohaterów, którzy go zdobyli, co mogłoby zostać sfinansowane przez Niemców jako część odszkodowania wojennego. Przywódca laburzystów, Clement Attlee, członek koalicyjnego Gabinetu Wojennego, odpowiedział, że "jest za wcześnie na rozważanie podobnej propozycji".
Minister do spraw kolonii, pułkownik Oliver Stanley, wstał z miejsca i przypomniał Izbie, że w wielu koloniach "żyje bardzo dużo ludzi, skazanych na straszną nędzę. Powinno się podnieść poziom ich życia". Clement Attlee, odpowiadając na inne pytania, zmienił temat z troski o los kolonii na powojenną sytuację w kraju. Ponaglał do "ustalenia i przyjęcia warunków przedłożenia Królewskiej Komisji (Royal Commission) przepisów dotyczących wyrównania płac między kobietami i mężczyznami".
Niezadowolony John Grigg wygłosił oświadczenie o obywatelach przebywających za granicą od pięciu i więcej lat:
Bardzo żałuję, że z powodu niedoborów kadrowych może stać się konieczne, w każdym razie obecnie, wysyłanie tych samych ludzi ponownie po trzymiesięcznej, a nie, jak dotychczas, po półrocznej przerwie.
Jeden z parlamentarzystów przypierał do muru kanclerza skarbu, by dopilnował, żeby do członkiń Stowarzyszenia Sprzątających Biura zwracać się w formie "sprzątające", a nie per "sprzątaczki", bowiem dwa tysiące czterysta członkiń tego stowarzyszenia ma o to pretensje. Kanclerz odpowiedział, że od tej chwili używane będzie słowo "sprzątające".
W miarę poruszania coraz bardziej przyziemnych i idiotycznych problemów, w Izbie zaczęło rosnąć napięcie. Szeptano między sobą, kiedy pojawi się "wielki człowiek" w najważniejszym dla niego dniu.
Churchill uprzedził parlamentarzystów, że przybędzie około południa.
Kiedy Winston Churchill wszedł do Izby Gmin, zajęte były tam wszystkie miejsca, a obecni pochylali się wyczekująco ku przodowi. Choć niektórzy liczyli, że elokwencja premiera zmiażdży ich politycznych oponentów, generalnie niecierpliwość brała się z chęci usłyszenia nowin, które miał zakomunikować.
Churchill wystawił nerwy publiczności na próbę. Zaczął od Rzymu. Było widać, że rozkoszuje się dawną rolą korespondenta wojennego ("i nadal jest najlepszym dziennikarzem w kraju", jak napisał Raymond Daniell w "New York Timesie"). Przez piętnaście minut zagłębiał się w szczegóły zdobycia Rzymu, a potem dokonał analizy tego wydarzenia. Wszystko to było jedynie wstępem - a premier bardzo lubił mówić podobne rzeczy członkom parlamentu - jednak na sali coraz częściej słychać było skrzypienie ławek. Parlamentarzyści chcieli usłyszeć, co się dzieje po drugiej stronie kanału La Manche. Wreszcie Churchill przeszedł do sedna.
Chciałbym także oświadczyć Izbie, że przez noc i wczesne godziny poranka dokonano pierwszego z serii desantów zbrojnych na kontynencie europejskim. Do tej pory dowódcy meldują, że wszystko odbywa się zgodnie z planem. A co to za plan! Lądowania na plażach są dokonywane w różnych miejscach w tej właśnie chwili. Obrona na plażach została w większej części zdławiona. Zapory, które napotkano w morzu, okazały się łatwiejsze do pokonania, niż oczekiwano.
Wychodził przy wrzawie wiwatów. Wrócił cztery godziny później, by przekazać więcej szczegółów.
Ponieśliśmy znacznie mniejsze straty, niż zakładano. Wiele niebezpieczeństw i przeciwności, które wczoraj o tej porze wydawały się wyjątkowo groźne, jest już za nami. Zaistniała konieczność podjęcia bardzo dużego ryzyka w związku z pogodą, jednak odwaga generała Eisenhowera dorównuje wadze decyzji, które muszą być powzięte w tej wyjątkowo trudnej i nie dającej się kontrolować materii.
Odniósł się przy tym do akcji majora Johna Howarda przy moście Pegasus i utrzymywał, że oddziały brytyjskie
wywalczyły drogę do miasta Caen, położonego ponad szesnaście kilometrów w głębi lądu.
Ulubionym powiedzeniem Churchilla było to, że pierwszą ofiarą wojny jest prawda. Jego optymistyczne sprawozdanie to potwierdzało. Jednak nie kłamał, gdy opisywał lądowanie oddziałów powietrznodesantowych na "skalę znacznie większą, niż świat widział do tej pory".41
Dla Edwarda R. Murrowa w Londynie był to dzień frustracji. W CBS powierzono mu koordynowanie pracy wielu korespondentów i odczytywanie różnych oświadczeń, napływających z Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych i innych źródeł. Wolałby już chyba być we Francji. Jego obawy powiększała jeszcze bardziej lakoniczność informacji przesyłanych do Stanów Zjednoczonych przez korespondentów radiowych. Wszystko dlatego, że przenośne nadajniki nie zostały ustawione na plażach ani nawet na okrętach. Reporterzy, którzy dotarli do plaży łodziami desantowymi, tacy jak Bill Downs, Larry LeSueur i Charles Collingwood, nie mogli nadawać.
W końcu wczesnym rankiem 7 czerwca (w Nowym Jorku była wtedy 23.00) Murrow otrzymał to, na co czekał. Było to nagranie dokonane o świcie niedaleko wybrzeża Francji, wysłane do Londynu niewielką łodzią. "Wydaje mi się, że to się wam spodoba", powiedział Murrow nowojorczykom, kiedy zaczynał retransmisję. Rozległ się głos George'a Hicksa z ABC, przekazującego relację z pokładu Ancona. Opisywał szyk okrętów, podczas gdy w tle słychać było wymianę ognia pomiędzy niemiecką artylerią i alianckimi okrętami. Nagranie, pełne trzasków i odgłosów bitwy, było najpowszechniej słuchanym sprawozdaniem z lądowania w D-Day.42
W Paryżu niemiecki dowódca wojskowy we Francji, generał Stülpnagel, wystąpił z proklamacją, nadaną przez francuskie radio:
Niemieckie oddziały otrzymały rozkaz zastrzelenia każdego, kto będzie współpracował z alianckimi siłami inwazyjnymi, kto udzieli schronienia alianckim żołnierzom piechoty, marynarki lub lotnictwa. Postępujący tak Francuzi będą uważani za bandytów.
Premier rządu Vichy, Pierre Laval, wystąpił z apelem do narodu, nadanym w całym kraju przez radio, by ignorowano przekazane przez BBC wezwanie Eisenhowera do działania w ruchu oporu:
Ze smutkiem przeczytałem dzisiaj rozkazy wydawane Francuzom przez amerykańskiego generała. (...) Francuski rząd trwa przy zawieszeniu broni z 1940 roku i apeluje do Francuzów, by honorowali zobowiązania państwa. Jeśli weźmiecie udział w obecnej walce, Francja pogrąży się w wojnie domowej.
Marszałek Pétain nawoływał Francuzów do trwania przy Niemcach:
Anglosasi postawili nogę na naszej ziemi. Francja stała się polem bitwy. Francuzi, nie próbujcie podejmować jakichkolwiek akcji, które mogłyby wywołać straszne represje. Bądźcie posłuszni poleceniom rządu.43
Paryżanie wysłuchali, ale i tak robili swoje. Generalnie w kraju panował spokój. Ruch oporu przystąpił oczywiście do działania, ale większość Francuzów nie należała do niego. W Normandii i na całym obszarze pomiędzy nią i niemiecką granicą, mieszkańcy z niechęcią myśleli o tym, że ich miasta, wsie i osady staną się polem bitwy. Nie orientowali się zupełnie, kto może wygrać zmagania; Niemcy już tam byli, widzieli ich na co dzień, jak okupują ich ojczyznę, alianci zaś budzili jedynie nadzieję. Postąpili więc nad wyraz rozsądnie - zachowali spokój i nie dzielili się myślami.
W małych miasteczkach na południu Francji ludzie otwarciej wyrażali swoje odczucia. Anthony Brooks, oficer Kierownictwa Operacji Specjalnych, dotarł do Tuluzy o świcie. Z wiadomości nadawanych przez BBC dowiedział się, że nadeszła właściwa godzina, więc rozpoczął akcję. Jednak tylko on i kilku członków ruchu oporu wiedzieli, że zaczął się D-Day.
"Tak więc dotarłem do Tuluzy przez teren upraw warzywnych, zobaczyłem wszystkie te małe jednopiętrowe domy i wielkie zagony sałaty i cebuli, jak na obrazie. Kiedy o świcie przechodziłem obok jakiegoś domu, niespodziewanie otworzyły się okiennice, a mała dziewczynka, chyba ośmioletnia, zupełnie golutka, wołała w miejscowym żargonie "Wylądowali!". Tak zaczęło się wyzwalanie Europy".
Brooks miał w Tuluzie spotkanie, podczas którego "podnieśliśmy do góry kielichy, pijąc bardzo wcześnie porannego drinka, to było białe wino, bo tak naprawdę nie wierzyliśmy, że kiedyś [taki ranek] nadejdzie. Kiedy zostałem zrzucony ze spadochronem nad Francją w 1942 roku, nie wierzyłem, że doczekam się D-Day".44
Jedna ze sławnych amerykańskich emigrantek, która osiedliła się we Francji, opisała odczucia i wrażenie, jakie wiadomość o D-Day zrobiła na Niemcach. W 1940 roku Gertrude Stein opuściła Paryż, gdy wkroczyli do niego hitlerowcy. W 1945 roku napisała:
Powiedzieli tylko: "Wynocha", a ja na to do Alice Toklas: "Sama nie wiem - będziemy skazane na niewygody, a jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o to, co jem".
Jednak wyjechały. Stein i Toklas zamieszkały w Belley, zakątku między Szwajcarią i Włochami. Postawa Stein była jasna:
Alice Toklas mogła sobie słuchać radia, jednak jeśli idzie o mnie, miałam zamiar ścinać żywopłot i zapomnieć o wojnie.
Oczywiście tak się nie stało. 5 czerwca 1944 roku pisała:
Dzisiaj został zajęty Rzym, to daje zadowolenie, duże zadowolenie (...) i odwróciło trochę uwagę wszystkich od rozważań związanych z [alianckimi] bombardowaniami i od zabijanych cywilów. (...) Jednak dziś wieczorem Rzym zajęto i wszyscy zapomnieli o bombardowaniach, bo dla Francuzów wybaczyć i zapomnieć, a zapomnieć i wybaczyć jest bardzo łatwo, ot tak. Rzym jest zajęty i to nie koniec, ale początek końca.
Stein wyszła rankiem 6 czerwca na spacer, by to uczcić.
Kilku niemieckich żołnierzy powiedziało najbardziej żałośnie "dzień dobry", ja naturalnie nie odpowiedziałam, później siedziałam z żoną mera przed jej domem, przeszedł drogą niemiecki żołnierz, uprzejmie skinął nam głową i powiedział "dzień dobry", oni wcześniej nigdy tego nie robili. Cóż, dziś jest lądowanie i słyszałyśmy Eisenhowera, który powiedział nam, że tu jest i oni tu są, a wczoraj jakiś człowiek sprzedał nam dziesięć paczek cameli, chwała na niebiesiech, i śpiewamy Alleluja, i jest nam bardzo przyjemnie, i wszyscy do nas telefonowali z życzeniami z okazji moich urodzin, których nie miałam, ale wiedziałyśmy, o co chodzi. Odpowiadałam, że mam nadzieję, że ich włosy ładnie się kręcą, wszyscy mieliśmy taką nadzieję, i dziś jest ten dzień"[54].45
W Rzymie świętowano już, kiedy nadeszła wiadomość. Zabawa przybrała jeszcze na sile. Daniel Lang w swoim Liście z Rzymu, wydrukowanym na łamach "New Yorkera", pisał, że Włosi wpadli w ekstazę.
Kochają zwycięzcę odrobinę bardziej niż reszta świata i wyszli na ulice tysiącami, tłocząc się na placu, gdzie Mussolini organizował swoje pełne egzaltacji wiece. Wiwatowali i bili brawo, jakby oglądali najlepszą w życiu operę. Wykrzykiwali pojedyncze słowa, jakie znali po angielsku. Jeden pełen wigoru staruszek wołał raz po raz: "Weekend! Weekend!" Wielu przyniosło ogromne bukiety kwiatów, którymi obrzucali żołnierzy w dżipach i na ciężarówkach, albo kierowców czołgów. Dziesiątki ludzi wymachiwało brytyjskimi, francuskimi i amerykańskimi flagami. Gdzie je wcześniej ukrywali, wiedzą tylko Włosi.46
W Amsterdamie Anna Frank usłyszała wiadomość przez radio w swojej kryjówce. Napisała w dzienniku:
"To jest D-Day".
A potem dodała po angielsku:
This is the day (To jest ten dzień).
I pisała dalej:
Inwazja się rozpoczęła! Anglicy podali wiadomość. (...) Dyskutowaliśmy o tym przy śniadaniu o godzinie dziewiątej: czy to tylko próbne lądowanie, jak w Dieppe dwa lata temu?
Jednak w ciągu dnia, przez radio, potwierdzano informację, że to naprawdę inwazja. Frank pisała:
Wielkie poruszenie w "potajemnym schowku"! To nadal wydaje się zbyt wspaniałe, zbyt przypomina bajkę. Czy zagwarantuje nam zwycięstwo w tym roku, 1944? Jeszcze nie wiemy, ale dzięki temu odżyła w nas nadzieja; dało to nam świeżą odwagę i znowu jesteśmy silni. (...) Teraz bardziej niż kiedykolwiek musimy zacisnąć zęby i nie krzyczeć. Francja, Rosja, Włochy i Niemcy mogą krzyczeć i rozładować jakoś napięcie, my jeszcze nie mamy do tego prawa! Najlepszą stroną inwazji jest wrażenie, że zbliżają się przyjaciele. Tak długo byliśmy dręczeni przez tych okropnych Niemców, przykładających nam noże do gardła, że sama myśl o przyjaciołach i uwolnieniu napełnia nas zaufaniem! Teraz nie dotyczy to już Żydów; nie. Dotyczy Holandii i całej okupowanej Europy. Może, jak mówi Margot, będę mogła wrócić do szkoły, we wrześniu lub październiku.47
W Moskwie tłumy szalały z radości. Ludzie dosłownie tańczyli na ulicach - jak donosił korespondent "Time'a", który utrzymywał, że Moskwa "to najszczęśliwsza stolica". W poczekalni hotelu Metropol podekscytowana moskwianka rzuciła się amerykańskiemu dziennikarzowi na szyję i wykrzyknęła: "Kochamy was, Amerykanów. Kochamy was, kochamy was! Jesteście naszymi prawdziwymi przyjaciółmi!"48
Moskiewskie restauracje wieczorem 6 czerwca były przepełnione, ludzie świętowali - Rosjanie tańczyli z brytyjskimi dyplomatami i dziennikarzami. Alexander Werth był na jednym z takich spotkań, kiedy "weszli japońscy dyplomaci i korespondenci prasowi, tańczyli, zachowywali się prowokująco i ostentacyjnie, niewiele brakowało, żeby Amerykanie ich pobili".
W "Prawdzie" poświęcono inwazji cztery kolumny, zamieszczono także dużą fotografię Eisenhowera, nie skomentowano jednak w żaden sposób wagi samego wydarzenia - redakcja musiała czekać na opinię Stalina. Dyktator zaś zwlekał przez tydzień, zanim wypowiedział się o utworzeniu drugiego frontu, o co zabiegał od tak dawna. Kiedy jednak już się zdecydował, był wspaniałomyślny i bardzo otwarty:
To bez wątpienia wspaniały sukces naszych sojuszników. Trzeba przyznać, że historia wojen nie zna porównywalnego przedsięwzięcia, zarówno pod względem rozmachu, skali, jak precyzji wykonania.
Wskazywał, że "niezwyciężony Napoleon" nie zdołał przekroczyć kanału La Manche, podobnie jak "histeryczny Hitler".
Sforsowanie kanału udało się tylko brytyjskim i amerykańskim oddziałom. Historia zapamięta tę akcję jako osiągnięcie najwyższej rangi.
Po takim oświadczeniu, w "Prawdzie" wydrukowano entuzjastyczną pochwałę osiągnięć aliantów.49
Mieszkańcy Berlina spokojnie wypełniali swoje obowiązki. Niewiele osób mówiło o inwazji, choć radio bez przerwy nadawało komunikaty. Nazistowska propaganda obrała za hasło zdanie: "Dzięki Bogu skończyła się wojna nerwów". Jednak korespondent "Timesa" donosił ze Sztokholmu:
Pierwsze uderzenie wojsk generała Eisenhowera wywarło ogromne wrażenie na opinii publicznej w Berlinie, zwłaszcza że niemieccy komentatorzy podkreślali jej wielkość i nieopatrznie dodawali, że nie wiadomo, czy to naprawdę główne siły inwazyjne.
Niemieckie wiadomości radiowe miały jednak przede wszystkim przekonać ludzi, że walka przeciwko Brytyjczykom i Amerykanom we Francji jest konieczna, by uratować Niemcy przed horrorem okupacji radzieckiej. Nie sposób odgadnąć, ilu obywateli totalitarnego państwa - jeśli w ogóle jacyś, poza Hitlerem i jego poplecznikami - przyjęło podobną argumentację.50
Zbieranie relacji uczestników inwazji na Normandię w D-Day, 6 czerwca 1944 roku, rozpoczął doktor Forrest Pogue. Był sierżantem (z doktoratem z historii), pracującym w zespole historyków S.L.A. Marshalla w Army's Historical Section, którzy na polecenie generała George'a C. Marshalla przeprowadzali wywiady z żołnierzami różnych stopni, przygotowując oficjalną historię wojny. Efektem pracy tego zespołu stała się pozycja The U.S. Army in World War II, czyli seria potężnych tomów (zwana od koloru oprawy Zielonymi Książkami), ciesząca się w świecie opinią rzetelnej i dokładnej. W 1954 roku doktor Pogue opublikował przedostatni tom w serii ETO[1], The Supreme Command, oparty na dokumentach SHAEF[2] i wywiadach, które autor przeprowadził z Eisenhowerem, Montgomerym i ich najbliższymi współpracownikami. The Supreme Command jest naprawdę wielkim dziełem i ciągle pozostaje miarodajną kroniką działalności Naczelnego Dowództwa.
W D-Day jednak doktor Pogue działał na samym końcu łańcucha dowodzenia. Znajdował się na pokładzie okrętu desantowego LST, służącego jako pływający szpital w rejonie plaży Omaha, i tego dnia rozmawiał z żołnierzami o ich przeżyciach. Była to pionierska praca, jeśli chodzi o zbieranie ustnych relacji uczestników dziejowych wydarzeń; później doktor Pogue został jednym z założycieli Oral History Association.
Kiedy zacząłem pracę u generała Eisenhowera jako edytor jego dokumentów z czasów wojny, doktor Pogue stał się dla mnie źródłem inspiracji, wzorem i przewodnikiem. Okazał się kimś ważnym nie tylko dla tej książki, ale także dla mnie osobiście, i to nie tylko jako autor interesujących mnie publikacji (wśród których jest czterotomowa, klasyczna już biografia generała George'a C. Marshalla). Przez trzydzieści lat dzielił się ze mną swym czasem i mądrymi przemyśleniami. Podczas konferencji historycznych, ośmiu długich podróży do Normandii i na inne europejskie pola walki, za pośrednictwem listów i telefonów w najrozmaitszy sposób uczył mnie i zachęcał do pracy.
Doktorowi Pogue'owi winne są wdzięczność setki młodych - i nieco starszych - historyków-badaczy II wojny światowej i amerykańskiej polityki zagranicznej. Wychował całe ich pokolenie. Dzielił się z nimi czasem i wiedzą, wychodząc znacznie poza swoje obowiązki. Podczas konferencji zawsze otaczali go młodzi historycy i absolwenci uczelni, którzy w ten sposób korzystali z okazji, by czegoś się od niego dowiedzieć, o on, jako prawdziwie wielki człowiek, rozmawiając z nimi spełniał swoje posłannictwo. Żaden z nas nigdy nie zdoła mu się za to odwdzięczyć ani wyrazić należnych podziękowań. Jako wybitna osobowość pozostawił ślad w naszym życiu i pomógł nam doskonalić się w pracy. Był pierwszym i jednocześnie najlepszym historykiem zajmującym się D-Day. To, że pozwolił dedykować sobie tę książkę, jest dla mnie powodem do dumy i wielkiej satysfakcji.
Moje zainteresowania D-Day, zainspirowane książkami doktora Pogue'a, wzmogły się jeszcze, kiedy przeczytałem The Longest Day Corneliusa Ryana. Uważałem wtedy, i nadal uważam, że jest to wspaniały opis zmagań wojennych. Choć nie zgadzam się z Ryanem co do niektórych faktów z 6 czerwca 1944 roku i doszedłem do paru odmiennych wniosków, muszę wyrazić uznanie dla jego wielkiego dzieła.
Ta książka oparta jest w głównej mierze na ustnych i pisemnych relacjach uczestników inwazji, które zbierane były przez pracowników Eisenhower Center na University of New Orleans w ciągu jedenastu ostatnich lat. Ośrodek ten ma obecnie w swoich archiwach ponad tysiąc trzysta osiemdziesiąt relacji. Jest to najobszerniejszy zbiór wspomnień z jednej operacji, jaki kiedykolwiek powstał. Choć ze względu na objętość książki nie mogłem zacytować wszystkich wypowiedzi, każda z nich w jakiś sposób pomogła mi zrozumieć wydarzenia tamtego dnia. Autorzy relacji są wymienieni w porządku alfabetycznym na końcu książki. Wszystkim tym ludziom wyrażam głębokie podziękowania.
Obszerne wywiady z brytyjskimi uczestnikami D-Day przeprowadził Russell Miller z Londynu. Studenci pracujący w Eisenhower Center przepisali teksty niektórych nagranych przez niego taśm i za pozwoleniem autora zamieściłem je w tej książce. Imperial War Museum w Londynie również udostępniło mi taśmy z wywiadami, które nagrano w ciągu minionych lat i które, podobnie jak w poprzednim przypadku, zostały przepisane w Eisenhower Center. André Heintz przeprowadził zaś wywiady z mieszkańcami wybrzeża Calvados; znajdują się one w Mémorial-Musée pour la Paix w Caen i autor pozwolił mi z nich skorzystać. Natomiast The United States Army Military Institute w Carlisle Barracks, w Pensylwanii, udostępnił mi zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Forresta Pogue'a, Kena Hecklera i innych.
Phil Jutras, amerykański spadochroniarz, który osiedlił się w Ste-M?re-Église i jest tam obecnie dyrektorem Musée des Troupes Aéroportées, także zbierał ustne relacje amerykańskich żołnierzy i mieszkańców miasteczka, a następnie przekazał je do Eisenhower Center, dzięki czemu i ja mogłem się z nimi zapoznać.
Kapitan Ron Drez z Korpusu Piechoty Morskiej USA, dowódca kompanii piechoty w Khe Sanh w 1968 roku, jest wicedyrektorem Eisenhower Center. Od prawie dziesięciu lat prowadzi grupowe i indywidualne wywiady z weteranami podczas ich spotkań, zarówno w Nowym Orleanie, jak i całym kraju. Nawiązuje doskonały kontakt z uczestnikami D-Day. Jak mało kto potrafi skłonić ich do wspomnień. Jego wkład do tej książki jest nieoceniony. Doktor Günter Bischof, Austriak, którego ojciec był żołnierzem Wehrmachtu, a potem jako jeniec wojenny trafił do Ameryki, jest zastępcą dyrektora Eisenhower Center i przeprowadzał wywiady z niemieckimi weteranami. Jego zasług nie można przecenić. To wspaniałe, że Drez i Bischof znaleźli się wśród pracowników EC.
Pani Kathi Jones również jest bardzo ważną osobą w Eisenhower Center. Bez niej nikt z nas nie mógłby normalnie pracować. Zajmuje się korespondencją, prowadzi rachunki i nasze terminarze, umawia nas na spotkania, organizuje coroczne konferencje, przydziela studentów do przepisywania tekstów, archiwizuje relacje i wspomnienia, poszukuje weteranów, łagodzi smutki i urazy, i generalnie pełni rolę naszego szefa sztabu. Jej oddanie pracy i zdolność prowadzenia tysięcy spraw związanych z naszą działalnością są doprawdy wyjątkowe. Co więcej, wszystko to robi, nie tracąc panowania nad sobą i dobrego humoru. Dwight Eisenhower nazwał kiedyś Beetle'a Smitha "wzorowym szefem sztabu". My to samo mówimy o Kathi Jones.
Pani Carolyn Smith, sekretarka Eisenhower Center, oraz pracujący tam studenci: Marrisa Ahmed, Maria Andara Romain, Tracy Hernandez, Jerri Bland, Scott Peebles, Peggy Iheme, Jogen Shukla i Elena Marina, absolwenci uczelni: Jerry Strahan, Olga Ivanova i Gunther Breaux oraz ochotnicy: pułkownik James Moulis, Mark Swango, C.W. Unangst, John Daniel, Joe Flynn, John Niskoch, Joe Molyson, Stephanie Ambrose Tubbs i Edie Ambrose zarabiają stanowczo za mało (albo wcale) i są przepracowani. Pracują jednak z poświęceniem; bez nich nie byłoby Eisenhower Center ani zbiorów relacji ustnych. Ci, którzy je przepisują, mieli ciągłe problemy z nazwami francuskich miejscowości (wymawianych w przeróżny sposób przez amerykańskich żołnierzy), ale jakoś przez to przebrnęli i teraz mają powody do satysfakcji. Jestem im ogromnie wdzięczny.
Eisenhower Center będzie nadal zbierał ustne relacje i pisemne wspomnienia, dokumenty i listy uczestników D-Day, żołnierzy różnych oddziałów i różnych narodowości, dopóki tylko będą żyli. Prosimy wszystkich weteranów, by do nas pisali: University of New Orleans, New Orleans, La. 70148. Otrzymają instrukcje, jak należy przygotować to, co mają do opowiedzenia.
W 1979 roku mój drogi przyjaciel, doktor Gordon Mueller, namówił mnie, żebym poprowadził objazd "Od D-Day do Renu śladami Ike'a". Imprezę zorganizował pan Peter McLean z biura Peter McLean Ltd. w Nowym Orleanie. Pan Richard Salaman z Londynu został naszym przewodnikiem. Objazd ten był dla mnie wielkim przeżyciem, przede wszystkim dlatego, że brały w nim udział ponad dwa tuziny uczestników D-Day - od generałów po szeregowców - którzy na miejscu opowiadali mi o swoich przeżyciach. Powtórzyliśmy tę imprezę osiem razy. McLean i Salaman okazali się doskonałymi współpracownikami i wspaniałymi przyjaciółmi. Dzięki nim znacznie lepiej znam i rozumiem wydarzenia D-Day.
Podobną rolę odegrali inni, naukowcy, autorzy, dokumentaliści i weterani, lecz jest ich zbyt wielu, by można było zamieścić wszystkie nazwiska - oni wiedzą, że o nich pamiętam.
Alice Mayhew była, jak zwykle, wspaniałym wydawcą. Jej zespół w wydawnictwie Simon&Schuster, a zwłaszcza Elizabeth Stein, wykonał świetną robotę. Mój agent, John Ware, służył mi wsparciem i zachętą.
Moja żona, Moira, była partnerem w tym przedsięwzięciu, przelatywała nad Atlantykiem tam i z powrotem, brała także udział w spotkaniach weteranów w Stanach. Każdy z setek żołnierzy, którzy ją poznali, przyzna, że cudownie potrafiła nawiązać kontakt, stworzyć atmosferę do rozmowy i wprawić w dobry nastrój. Z wielkim zainteresowaniem słuchała ich opowieści, przydając kobiecego wdzięku naszym posiłkom, spotkaniom, wędrówkom po polach walki i podróżom samolotowym. Ponadto, jak w przypadku wszystkich moich publikacji, była ich pierwszym i krytycznym czytelnikiem. Jej rola w mojej pracy i całym życiu jest nieoceniona; jest dla mnie równie droga jak życie.
Jak usiłowałem pokazać w poprzednich akapitach, ta książka jest wynikiem pracy zespołowej. Byłoby mi miło, gdyby spodobała się generałowi Eisenhowerowi. Od chwili, gdy objął stanowisko naczelnego dowódcy Allied Expeditionary Force aż do przyjęcia kapitulacji Niemiec podkreślał znaczenie współpracy. Ze wszystkich cech jego charakteru, jako przywódcy wielonarodowej krucjaty w Europie, najważniejsza dla zwycięstwa okazała się właśnie wola współdziałania.
Generał Eisenhower wielokrotnie mówił o roli "furii pobudzonej do działania demokracji". To właśnie 6 czerwca 1944 roku i podczas dalszej kampanii zachodnie demokracje dały wyraz tej swojej furii. Sukces tego wielkiego i szlachetnego przedsięwzięcia był zarazem triumfalnym zwycięstwem demokracji nad systemem totalitarnym. Jako prezydent Eisenhower podkreślał, że pragnął, aby demokracja przetrwała nadchodzące wieki. Ja również tego pragnę. Żywię głęboką nadzieję, że ta książka, która jest w gruncie rzeczy peanem na cześć demokracji, chociaż w małej mierze przyczyni się do realizacji owego wielkiego celu.
Stephen E. Ambrose
Dyrektor Eisenhower Center
na University of New Orleans
1. Nie podpisane doniesienie w "Helena Independent-Record", 6 czerwca 1944.
2. "New Orleans Times Picayune", 7 czerwca 1944.
3. Judy Barrett Litoff i David C. Smith, Since You Went Away: World War II Letters from American Women on the Home Front (Oxford University Press, New York, 1991), s. 149.
4. Ibidem, s. 140.
5. Eisenhower, wywiad, EC.
6. "New Yorker", 10 czerwca 1944.
7. Z reklamy w CBS, w której zacytowano listy otrzymane po programie nadawanym o D-Day, 15 lipca 1944, "New Yorker".
8. "New York Times", 7 czerwca 1944.
9. "New Yorker", 10 czerwca 1944.
10. Ibidem.
11. "New York Times", 7 czerwca 1944.
12. Ibidem.
13. "Time", 12 czerwca 1944.
14. "Wall Street Journal", 7 czerwca 1944.
15. "New York Times", 7 czerwca 1944.
16. "New Yorker", 14 czerwca 1944.
17. "New York Times", 7 czerwca 1944.
18. Ibidem.
19. Dwight D. Eisenhower, Letters to Mamie (Doubleday, New York, 1978), s. 184-185.
20. Ibidem, s. 189; "Time" 14 czerwca 1944.
21. "Washington Post", 7 czerwca 1944.
22. "New York Times", 7 czerwca 1944.
23. Ibidem.
24. "Times", 14 czerwca 1944.
25. "Bedford Bulletin", 8 czerwca, 6 lipca, 20 lipca 1944.
26. "New Orleans Times Picayune", 7 czerwca 1944.
27. Ibidem.
28. "New York Times", 7 czerwca 1944.
29. "Ohio State Journal" (Columbus), 7 czerwca 1944.
30. "Columbus Evening Dispatch", 6 czerwca 1944; "Columbus Star", 7 czerwca 1944.
31. "Milwaukee Journal", 7 czerwca 1944.
32. "Atlanta Constitution", 7 czerwca 1944.
33. "Missoulian", 7 czerwca 1944.
34. "Helena Independent-Record", 7 czerwca 1944.
35. "Atlanta Constitution", 7 czerwca 1944.
36. "Helena Independent-Record", 7 czerwca 1944.
37. "Newsweek", 19 czerwca 1944.
38. Mollie Panter-Downes, Letter from London, "New Yorker", 10 czerwca 1944.
39. Letter from London, "New Yorker", 17 czerwca 1944.
40. "The Times" (Londyn), 7 czerwca 1944.
41. Ibidem.
42. A.M. Sperber, Murrow: His Life and Times (Freundlich Books, New York, 1986), s. 241.
43. Warren Tute, John Costell i Terry Hughes, D-Day (Pan Books, London, 1975), s. 225.
44. Anthony Brooks, relacja ustna, EC.
45. Gertrude Stein, Wars I Have Seen (B.T. Batsford, London 1945), s. 162.
46. Daniel Lang, Letter from Rome, "New Yorker", 17 czerwca 1944.
47. Anna Frank, The Diary of a Young Girl, przekład na język angielski B.M. Mooyaart (Doubleday, New York, 1967), s. 266-268.
48. "Time", 17 czerwca 1944.
49. Alexander Werth, Russia at War, 1941-1945 (Dutton, New York, 1964), s. 853-855.
50. "The Times" (London), 7 czerwca 1944.
[1] European Theatre of Operations.
[2] Supreme Headquarters Allied Expeditionary Force.
[49] Wielka Brytania i Stany Zjednoczone najpełniej wykorzystały w czasie II wojny światowej kobiety. W Japonii kobiety były namawiane, by trzymały się swej tradycyjnej roli i rodziły więcej dzieci. W Niemczech romantyczne zapędy Hitlera pchnęły go do wypłacania w gotówce nagród kobietom, które miały więcej dzieci, i dopiero w ostatnich miesiącach wojny kobiety wzięły w niej udział.
[50] Magazyn "Time" donosił 12 czerwca, że "o ile można to ustalić, w armii amerykańskiej po raz pierwszy użyto D dla określenia dnia i H [hour] dla określenia godziny w rozkazie polowym nr 8 Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych, wydanym 20 września 1918 roku. Czytamy w nim: "1 Armia zaatakuje o Godzinie H w D-Day, mając za zadanie wyprzeć wroga z St Mihiel"".
[51] Four Freedoms - zaproponowane przez prezydenta Roosevelta w przemówieniu do Kongresu 6 stycznia 1941 roku cztery podstawowe zasady życia publicznego. Stanowiły je: wolność wypowiedzi i przekonań; wolność i tolerancja religijna; wolność od niedostatku i wolność od strachu. Zostały one w sierpniu 1941 roku przyjęte przez Kongres i włączone do Karty Atlantyckiej [przyp. wyd.].
[52] Tydzień później podporucznik John Eisenhower dołączył do naczelnego dowódcy Dwighta Eisenhowera w Londynie (zaaranżował to Marshall). Został tam przez trzy tygodnie, zanim wstąpił do szkoły piechoty w Fort Benning. Obsesje wyniesione z West Point natychmiast dały o sobie znać po jego przybyciu do stolicy Anglii - idąc z ojcem korytarzem w Kwaterze Głównej Naczelnego Dowództwa Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, zapytał w podnieceniu: "Gdybyśmy spotkali jakiegoś oficera, który byłby wyższy stopniem ode mnie, a niższy od ciebie, co byś zrobił? Czy powinienem pierwszy zasalutować, a kiedy oddałby salut, zasalutowałbyś mu?" Naczelny dowódca odchrząknął i powiedział: "John, tu wszyscy oficerowie są wyżsi stopniem od ciebie, a niżsi ode mnie". (John Eisenhower, Strictly Personal, Garden City, stan Nowy Jork, Doubleday, 1974, s. 63).
[53] Zasady regulujące udział w głosowaniu żołnierzy przebywających poza granicami kraju [przyp. wyd.].
[54] Gertrude Stein opublikowała swoje wspomnienia z wojny jesienią 1945 roku. Została wyzwolona na jesieni 1944 roku przez dwóch żołnierzy z 45 Dywizji Piechoty. Pisała: "Byłyśmy podniecone. Jakżeśmy gadali, oni przynieśli nam ze sobą całą Amerykę, każdą jej cząstkę, pochodzili z Colorado, cudownego Colorado, nie znam Colorado, ale tak o nim pomyślałam: cudowne Colorado. (...) Poprosili mnie, żebym z nimi poszła do Voiron i powiedziała coś dla radia w Ameryce, i wyruszam, i wojna się skończyła, i z pewnością jest to ostatnia wojna, o jakiej będziemy pamiętać".