Czyż ona nie jest słodka? - Susan Elizabeth Phillips

Reflow text when sidebars are open.
- Obawiam się - wyznała Pen - że nie jestem wcieleniem dobrych manier. Ciocia mówi, że odebrałam wychowanie godne pożałowania.
Georgette Heyer The Corinthian
Dzika córka Parrish w Missisipi wróciła do miasta, które niegdyś opuściła na zawsze. Sugar Beth Carey przeniosła wzrok z mokrej od deszczu przedniej szyby na okropnego psa leżącego obok niej na fotelu pasażera.
- Wiem, co sobie myślisz, Gordon, więc nie krępuj się i to powiedz. Co za upadek, zgadza się? - Roześmiała się gorzko. - Wiesz co, chrzań się. Po prostu... - Zacisnęła powieki, usiłując powstrzymać piekące łzy. - Po prostu... chrzań się.
Gordon podniósł łeb i posłał jej lekceważące spojrzenie. Uważał ją za śmiecia.
- Nie ja, kolego. - Włączyła ogrzewanie w starym volvo, walcząc z zimnem ostatnich dni lutego. - Griffin i Diddie Carey rządzili tym miastem, a ja byłam ich księżniczką. Dziewczyną, która mogła rozpętać wojnę.
Wyobraziła sobie, że słyszy szydercze wycie basseta.
Tak jak rząd domów z cynowymi dachami, które właśnie minęła, również Sugar Beth trochę się zestarzała. Długie, jasne włosy nie lśniły już tak jak dawniej, a kolczyki, maleńkie złote serduszka, nie podskakiwały w beztroskim tańcu. Pełne wargi nie układały się już w zalotne uśmiechy, a gładkie policzki straciły dziewczęcą niewinność trzy małżeństwa temu.
Ocienione gęstymi rzęsami oczy nadal były intensywnie niebieskie, ale w ich kącikach zaczęły się pojawiać delikatne zmarszczki. Piętnaście lat temu była najlepiej ubraną dziewczyną w Parrish, teraz jeden z jej kozaczków na szpilkach miał dziurę w podeszwie, a jasnoczerwona, obcisła sukienka ze skromnym golfem i nie aż tak skromnym wykończeniem nie pochodziła z drogiego butiku, lecz ze sklepu z tanią odzieżą.
Parrish powstało w latach dwudziestych XIX wieku. To bawełniane miasteczko w północno-wschodnim Missisipi uniknęło spalenia przez armię Północy dzięki sztuczkom jego mieszkanek, które urzekły chłopców w niebieskich mundurach wdziękiem i południową gościnnością do tego stopnia, że żaden nie miał serca zapalić pierwszej zapałki. Sugar Beth była spadkobierczynią tych kobiet, ale w takie dni jak ten trudno jej było o tym pamiętać.
Wyregulowała wycieraczki przedniej szyby. Wjeżdżając na Shorty Smith Road, wpatrywała się w piętrowy budynek, który nadal znajdował się na końcu ulicy, pustej w to niedzielne popołudnie. Dzięki ekonomicznemu szantażowi jej ojca Parrish High School była jednym z kilku udanych eksperymentów z integracyjną edukacją publiczną na głębokim Południu. Kiedyś to Sugar Beth rządziła w tej szkole. Decydowała, kto siedział przy najlepszym stoliku w szkolnej stołówce, z którymi chłopcami można się umawiać i czy podróbka torebki Gucciego jest do przyjęcia, jeśli twoim ojcem nie jest Griffin Carey i nie stać cię na oryginalną. Była jasnowłosą boginią, obdarzoną najwyższą władzą.
Nie zawsze była łaskawą dyktatorką, lecz jej władzę rzadko kwestionowali nawet nauczyciele. Jeden próbował, ale Sugar Beth szybko załatwiła sprawę. A co do Winnie Davis... Jakie szanse miała niezdarna, zakompleksiona dziwaczka wobec potęgi Sugar Beth Carey?
Kiedy tak wpatrywała się poprzez lutową mżawkę w gmach liceum, w jej głowie zaczęła dudnić stara muzyka: INXS, Miami Sound Machine, Prince. Wtedy, kiedy Elton John śpiewał Candle in the Wind, śpiewał tylko o Marilyn.
Liceum. To wtedy po raz ostatni była panią świata.
Gordon puścił bąka.
- Boże. Nienawidzę cię, ty beznadziejny psie.
Pogardliwa mina Gordona świadczyła, że się zupełnie nie przejął. Teraz ona również się nie przejmowała.
Sprawdziła wskaźnik poziomu paliwa. Jechała na oparach, ale nie chciała tracić pieniędzy na benzynę, dopóki nie będzie to konieczne. Patrząc na to optymistycznie, kto potrzebuje paliwa po dojechaniu do końca drogi?
Skręciła i zobaczyła pusty plac, gdzie kiedyś stał dom Ryana. Ryan Galantine był dla niej jak Ken dla Barbie. Najpopularniejszy chłopak i najpopularniejsza dziewczyna. "Luv U 4-Ever". Złamała mu serce, gdy byli na pierwszym roku w Ole Miss: przyprawiła mu rogi z gwiazdą sportu Darrenem Tharpem, który potem został jej pierwszym mężem.
Pamiętała, w jaki sposób Winnie Davis patrzyła na Ryana, kiedy myślała, że nikt tego nie widzi. Tak jakby taki pokraczny dziwoląg jak ona miał jakieś szanse u takiego chłopaka jak Ryan Galantine. Seawillows, grupka przyjaciółek Sugar Beth, prawie sikała ze śmiechu za plecami Winnie. Wspomnienie o tym przygnębiło ją jeszcze bardziej.
Jadąc do centrum, przekonała się, że Parrish zbijało kapitał na swojej nowo zdobytej sławie: jako miejsce akcji, a zarazem główny bohater opartego na faktach bestsellera Ostatni przystanek na drodze donikąd. Nowe Biuro Obsługi Turystycznej przyciągnęło turystów i widać było, że miasto zostało odszykowane. Chodnik przed prezbiteriańskim kościołem nie był już powybrzuszany, a brzydkie lampy uliczne zastąpiono uroczymi latarniami z przełomu wieków. Wznoszące się wzdłuż Tyler Street, historycznej części miasta sprzed wojny secesyjnej, wiktoriańskie domy pokryto świeżą warstwą farby, a miedziany wiatrowskaz zdobił kopułę włoskiego domu panny Eulie Baker. W alei za tym domem Sugar Beth i Ryan pieścili się dzień przed tym, jak poszli na całość.
Wjechała w Broadway, główną ulicę przeciętą czterema przecznicami. Wskazówki zegara na gmachu sądu nie tkwiły już uparcie na dziesiątej dziesięć, a fontannę w parku oczyszczono z dawnego brudu. Bank i pół tuzina innych budynków dorobiło się bordowo-zielonych markiz w pasy i nigdzie nie było widać flagi Konfederacji. Skręciła w lewo, w Valley, i skierowała się w stronę starego, opuszczonego dworca kolejowego przecznicę dalej. Do początku lat osiemdziesiątych XX wieku pociągi Missisipi Central przejeżdżały tędy raz dziennie. W odróżnieniu od innych budynków w śródmieściu dworzec wymagał gruntownego remontu.
Tak jak ona.
Nie mogła odwlekać tego dłużej; ruszyła w kierunku Mockingbird Lane i domu znanego jako Narzeczona Francuza.
Narzeczona Francuza nie zaliczała się do historycznych budynków Parrish, ale była największym domem w mieście, ze wznoszącymi się wysoko kolumnami, przestronnymi werandami i pełnymi wdzięku wykuszowymi oknami. Piękne połączenie stylu południowej plantacji i brytyjskiej architektury z czasów królowej Anny. Dom stał na łagodnym wzniesieniu, z dala od ulicy, wokół niego rosły magnolie, czerwony wrzos, azalie i krzewy derenia. To tu Sugar Beth dorastała.
Tak jak domy przy Tyler Street i ten był bardzo zadbany. Na okiennicach widniała świeża warstwa lśniącej czarnej farby, a półkoliste okienko nad podwójnymi frontowymi drzwiami błyszczało łagodną poświatą żyrandola ze środka. Sugar Beth odcięła się od wieści z miasta lata temu, nie licząc strzępków informacji, które raczyła jej przekazywać ciotka Tallulah, nie wiedziała więc, kto kupił dom. Ale było jej to obojętne. W życiu Sugar Beth już i tak było dość osób, do których miała pretensje, a jej własne imię znajdowało się na samym szczycie tej listy.
Narzeczona Francuza była jednym z zaledwie trzech domów przy Mockingbird Lane. Minęła pierwszy, piętrowy budynek we francuskim stylu kolonialnym. W odróżnieniu od Narzeczonej Francuza, wiedziała, kto w nim mieszka. Celem jej podróży był trzeci dom, należący do ciotki Tallulah.
Gordon poruszył się. Ten pies był diabelskim pomiotem, ale że jej zmarły mąż Emmett go uwielbiał, czuła się zobowiązana zatrzymać go, dopóki nie zdoła mu znaleźć nowego właściciela. Na razie nie miała szczęścia. Trudno znaleźć dom dla basseta z poważnymi zaburzeniami osobowości.
Deszcz padał teraz mocniej i gdyby nie wiedziała, dokąd jedzie, przeoczyłaby zarośnięty wjazd za wysokim żywopłotem stanowiącym wschodnią granicę posiadłości przy Narzeczonej Francuza. Żwir z podjazdu został wymyty już dawno temu, więc zużyte amortyzatory volvo zaprotestowały przeciwko wyboistej drodze.
Powozownia wyglądała na bardziej zaniedbaną, niż Sugar Beth zapamiętała, ale omszałe, bielone cegły, bliźniacze szczyty i stromy dach nadal nadawały jej budynkowi bajkowego uroku. Został wzniesiony w tym samym czasie co Narzeczona Francuza, nigdy nie przechowywano w nim niczego, co by choć trochę przypominało powóz, lecz babcia Sugar Beth uważała słowo "garaż" za zbyt pospolite. Pod koniec lat pięćdziesiątych budynek przekształcono w rezydencję dla ciotki Tallulah. Mieszkała tam do końca życia, a kiedy zmarła, powozownia stała się częścią spadku pozostawionego przez nią bratanicy. Ciotka Tallulah musiała być naprawdę zdesperowana, bo przecież nigdy jej nie akceptowała.
- Wiem, że nie chcesz być próżna i egocentryczna, Sugar Beth, niech Bóg cię błogosławi. Jestem pewna, że któregoś dnia z tego wyrośniesz.
Tallulah uważała, że może obrażać bratanicę do woli, o ile będzie jednocześnie przywoływać Boga wraz z jego błogosławieństwem.
Sugar Beth nachyliła się przez siedzenie i otworzyła Gordonowi drzwi.
- Wyskakuj!
Pies nie znosił moczyć łap. Spojrzenie, jakim ją obdarzył, sugerowało, że oczekuje wniesienia do środka.
- Jeszcze czego - mruknęła.
Wyszczerzył na nią zęby.
Złapała swoją torebkę, to, co zostało w paczce z najtańszym psim jedzeniem, jakie udało jej się znaleźć, i sześciopak coli. Rzeczy z bagażnika mogły poczekać, aż przestanie padać. Wysiadła z samochodu i ruszyła w stronę domu.
Gordon, kiedy chciał, umiał poruszać się szybko, więc w mgnieniu oka pokonał trzy schodki prowadzące na małą werandę. Zielono-złota drewniana tablica pamiątkowa, którą pracujący u ciotki Tallulah majster przymocował czterdzieści lat wcześniej, nadal znajdowała się na honorowym miejscu obok frontowych drzwi.
Latem 1954 roku tworzył tu wielki amerykański malarz przedstawiciel ekspresjonizmu abstrakcyjnego Lincoln Ash
I zostawił Tallulah cenne dzieło sztuki, teraz należące do jej bratanicy, Sugar Beth Carey Tharp Zagurski Hooper. Sugar Beth musiała znaleźć ten obraz najszybciej, jak to możliwe.
Wybrała klucz z kompletu przesłanego jej przez prawnika ciotki, otworzyła drzwi i weszła do środka. Natychmiast owionęły ją zapachy świata Tallulah: maść Ben Gay, pleśń, sałatka z kurczakiem i dezaprobata. Gordon najwyraźniej zapomniał, że nie lubi moczyć łap, bo zawrócił na zewnątrz. Sugar Beth odstawiła pakunki i rozejrzała się.
Salon był zastawiony rodzinnymi meblami, które miały zapewnić przytulność, ale budziły grozę: zakurzone krzesła w stylu sheraton, stoły z nogami zakończonymi szponem zaciśniętym na kuli, sekretarzyk w stylu królowej Anny i wieszak na kapelusze z giętego drewna, przystrojony pajęczynami. Na mahoniowym kredensie stał zegar kominkowy firmy Seth Thomas, razem z parą brzydkich mopsów z chińskiej porcelany i srebrną skrzynką ze zmatowiałą tabliczką, nagrodą dla Tallulah Carey za wiele lat pełnej poświęcenia pracy w szeregach Cór Konfederacji.
Salon był istnym kalejdoskopem barw i deseni. Wytarty orientalny dywanik rywalizował z wyblakłym kwiecistym perkalem sofy. Koralowe i żółte paski fotela wyzierały spod kolekcji wydzierganych szydełkiem poduszek. Otomana miała zielone skórzane obicie, zasłonki były z pożółkłej koronki. Ale kolory i wzory, przytłumione upływem czasu, osiągnęły pewien rodzaj zmęczonej harmonii.
Sugar Beth podeszła do kredensu i otworzyła srebrną skrzynkę. W środku znajdował się komplet sreber stołowych Gorham Chantilly. Ciotka Tallulah sięgała do skrzyneczki co dwa miesiące: po długie łyżeczki do mrożonej herbaty na swoje środowe poranki ze znajomymi od kanasty. Sugar Beth zastanawiała się, ile można dostać na wolnym rynku za komplet sreber Chantilly na dwanaście osób.
O wiele za mało. Potrzebuje tego obrazu.
Chciało jej się siusiu i była głodna, ale najpierw musiała zobaczyć pracownię. Deszcz nie zelżał, złapała więc stary, beżowy sweter pozostawiony przez ciotkę przy drzwiach, zarzuciła go na ramiona i pochylona wyszła na zewnątrz. Woda dostała się przez dziurę w podeszwie do środka buta, kiedy szła chodnikiem wzdłuż domu do garażu. Staroświeckie drewniane drzwi opuściły się na zawiasach. Sugar Beth otworzyła kłódkę jednym z otrzymanych kluczy i pociągnęła drzwi.
Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętała. Kiedy powozownię przerobiono na dom dla Tallulah, ciotka nie zgodziła się, żeby stolarze zburzyli część dawnego garażu, w której Lincoln Ash założył sobie pracownię. Zadowoliła się mniejszym salonem i wąską kuchnią; pracownię kazała pozostawić w nienaruszonym stanie. Na drewnianych półkach nadal stały puszki z zaschniętą farbą, a na podłodze, na wielkiej brezentowej płachcie, leżały obrazy. Garaż miał tylko dwa małe okna, więc Ash pracował przy otwartych drzwiach, rozkładając płótna na ziemi. Ciotka wiele lat temu przykryła zachlapany farbą brezent grubą warstwą ochronnej folii, która teraz zupełnie straciła przezroczystość z powodu brudu, martwego robactwa i kurzu, tak że ledwo było widać znajdujące się pod spodem kolory. Drabina, również zabezpieczona folią, stała w rogu pracowni obok stołu ze skrzynką narzędzi i kolekcją wiekowych pędzli Asha. Wszystko było rozrzucone w taki sposób, jakby artysta zrobił sobie przerwę w pracy na papierosa. Sugar Beth nie spodziewała się, że ciotka zostawi obraz przy samych drzwiach, podany jak na tacy, ale mimo wszystko byłoby miło. Stłumiła westchnienie. Z samego rana zacznie poszukiwania na dobre.
Gordon wszedł za nią do domu. Kiedy włączyła stojącą lampę z ozdobionym frędzlami abażurem, rozpacz, która nadgryzała ją od tygodni, wzięła większy kęs. Piętnaście lat temu opuściła Parrish: kompletna arogantka, głupia, mściwa dziewczyna, która nie mogła sobie wyobrazić, że świat nie kręci się wokół niej. Ale to świat zaśmiał się ostatni, nie ona.
Podeszła do okna i odsunęła zakurzoną zasłonę. Nad żywopłotem widziała dachy Narzeczonej Francuza. Jej babcia zaplanowała ten dom, dziadek go zbudował, ojciec unowocześnił, a Diddie urządziła z wielkim przepychem i zaangażowaniem. "Pewnego dnia Narzeczona Francuza będzie twoja, Sugar Baby".
Kiedyś rozpłakałaby się, przekonana, że życie jest niesprawiedliwe. Teraz opuściła zasłonę i odwróciła się od okna, żeby nakarmić swojego wrednego psa.
Colin Byrne stał w oknie głównej sypialni na pierwszym piętrze Narzeczonej Francuza. Wyglądał jak relikt minionej epoki, może czasów angielskiej regencji czy jakiegokolwiek innego okresu, gdy mężczyźni z towarzystwa nosili monokle, zażywali tabaki i bywali na salonach, odgrywającymi w danym czasie znaczącą rolę. Miał głęboko osadzone ciemne oczy i pociągłą twarz o wystających kościach policzkowych, pod którymi znajdowały się podłużne wgłębienia, niczym przecinki, których końcówki zwijały się w stronę cienkich, pozbawionych uśmiechu ust. Była to twarz znużonego dandysa, a może raczej byłaby taka, gdyby nie nos - długi, wydatny i dość paskudny, ale idealnie pasujący do tej twarzy.
Był ubrany w fioletową aksamitną bonżurkę i czarne, jedwabne spodnie od pidżamy, a na nogach miał kapcie, ozdobione jasnoczerwonymi chińskimi symbolami. Nosił wyłącznie ubrania szyte na miarę, żeby idealnie pasowały do wyjątkowo wysokiej sylwetki o szerokich ramionach, ale wielkie dłonie robotnika, szerokie z grubymi palcami, wskazywały, że nie wszystko w przypadku Colina Byrne'a jest takie, jak może się wydawać.
Kiedy stał w oknie, patrząc, jak zapalają się światła w powozowni, jego surowe usta zrobiły się jeszcze bardziej zacięte. A więc pogłoski były prawdziwe. Sugar Beth Carey wróciła.
Minęło piętnaście lat, odkąd widział ją po raz ostatni. Wtedy był jeszcze prawie chłopcem, dwudziestoletnim, skoncentrowanym na sobie, egzotycznym ptakiem, który wylądował w małym południowym miasteczku, żeby napisać powieść i - no tak - w wolnym czasie uczyć w szkole. Było coś przyjemnego w pozwoleniu sobie na to, by uraza fermentowała przez tak długi czas. Jak dobre francuskie wino, uczucie to nabrało złożoności, subtelności i niuansów, na co nie można liczyć w przypadku szybszego rozwiązania.
Piętnaście lat temu był wobec niej bezsilny. Teraz było inaczej.
Przyjechał do Parrish z Anglii, żeby uczyć w miejscowej szkole średniej, choć nie miał zamiłowania do profesji nauczyciela i jeszcze mniej talentu. Ale Parrish, tak jak inne małe miasteczka w Missisipi, rozpaczliwie potrzebowało nauczycieli. Komitet złożony z czołowych przedstawicieli stanu chciał przygotować młodzież do wejścia w wielki świat, skontaktował się więc z uniwersytetami w Wielkiej Brytanii, oferując absolwentom pracę w komplecie z wizą.
Colin, który od dawna pasjonował się amerykańskimi pisarzami z Południa, skwapliwie skorzystał z okazji. Czy istniało lepsze miejsce do napisania własnej wielkiej powieści niż płodny literacko krajobraz Missisipi, krainy Faulknera, Eudory Welty, Tennessee Williamsa, Richarda Wrighta? Wysmażył przekonujący esej, znacznie wyolbrzymiający jego zainteresowanie nauczaniem, zgromadził pochlebne referencje od kilku swoich profesorów i załączył pierwszych dwadzieścia stron powieści, którą dopiero zaczął, spodziewając się - zupełnie słusznie, jak się okazało - że stan z tak imponującym dziedzictwem literackim będzie sprzyjać pisarzowi. Po miesiącu otrzymał wiadomość, że został przyjęty, wkrótce był już w drodze do Missisipi.
Zakochał się w tym cholernym miejscu już pierwszego dnia - w jego gościnności, tradycjach i małomiasteczkowym uroku. Nie był natomiast zachwycony posadą nauczyciela, nauczanie bowiem, od początku trudne, zrobiło się zupełnie niemożliwe przez Sugar Beth Carey.
Colin nie miał konkretnego planu zemsty. Żadnej makiawelicznej intrygi, obmyślanej przez całą dekadę - nigdy by nie dopuścił, żeby Sugar Beth miała nad nim aż taką władzę. Co nie znaczyło, że zamierzał odłożyć na bok żywioną od tak dawna urazę. Czekał na właściwy moment, by zobaczyć, dokąd go zaprowadzi pisarska wyobraźnia.
Zadzwonił telefon, odszedł więc od okna i podniósłszy słuchawkę, odezwał się charakterystycznym brytyjskim akcentem, którego nie zmiękczyły lata spędzone na południu Ameryki.
- Byrne, słucham.
- Colin, tu Winnie. Próbowałam złapać cię już wcześniej.
Wcześniej tego dnia pracował nad trzecim rozdziałem swojej nowej książki.
- Przykro mi, skarbie. Nie sprawdzałem sekretarki. Masz jakąś ważną sprawę? - Wrócił z telefonem do okna i wyjrzał na zewnątrz. W powozowni zapaliło się kolejne światło, tym razem na piętrze.
- Jesteśmy tu wszyscy na małym spotkaniu. Chłopcy oglądają właśnie wyścigi samochodów. Nikt nie widział cię od wieków. Może byś wpadł? Brakuje nam pana, panie Byrne.
Winnie uwielbiała się z nim przekomarzać, nawiązując do pierwszego okresu ich znajomości i relacji nauczyciel - uczennica. Ona i jej mąż byli najbliższymi przyjaciółmi Colina w Parrish i przez moment kusiło go jej zaproszenie. Ale razem z Winnie będą Seawillows i ich mężowie. Zwykle ich towarzystwo go bawiło, lecz dzisiaj nie był w nastroju na paplaninę tych kobiet.
- Muszę jeszcze trochę popracować. Zaproś mnie następnym razem, dobrze?
- Jasne.
Wpatrywał się w trawnik, bardzo żałując, że to on musi przekazać jej nowiny.
- Winnie... W powozowni palą się światła.
Zapadła cisza. Wreszcie Winnie odezwała się, miękko, prawie bezgłośnie.
- Wróciła.
- Na to wygląda.
Winnie nie była już niepewną siebie nastolatką i w jej łagodnym, południowym głosie pojawiły się stalowe nuty.
- No cóż. Gra się rozpoczęła.
Winnie wróciła do kuchni akurat w momencie, kiedy Leeann Perkins zamknęła z pstryknięciem klapkę swojej komórki. Jej oczy aż błyszczały z podekscytowania.
- Nie uwierzycie.
Winnie podejrzewała, że jednak uwierzy.
Trzy pozostałe zgromadzone w kuchni kobiety oderwały się od swoich czynności. Głos Leeann miał tendencję do przechodzenia w piskliwe tony, kiedy była czymś przejęta, przez co brzmiała zupełnie jak Myszka Minnie z Południa.
- To była Renee. No wiecie, ta spokrewniona z Larrym Carterem, który pracuje w Quik Mart, od kiedy zakończył rehabilitację. Nigdy nie zgadniecie, kto był w urzędzie miejskim parę godzin temu... - urwała dla uzyskania bardziej dramatycznego efektu.
Winnie wzięła nóż i skoncentrowała się na krojeniu ciasta z colą Heidi Pettibone.
Leeann włożyła komórkę do torebki, nie spuszczając z nich wzroku.
- Sugar Beth wróciła!
Łyżka, którą Merylinn Jasper właśnie płukała, spadła do zlewu.
- Nie wierzę.
- Wiedziałyśmy, że wraca. - Czoło Heidi zmarszczyło się z oburzenia. - Ale mimo wszystko, skąd miała tyle tupetu?
- Sugar Beth zawsze miała stalowe nerwy - przypomniała im Leeann.
- Będzie z tego cała masa problemów. - Amy Graham dotknęła złotego krzyżyka, który nosiła na szyi. W szkole średniej była praktykującą chrześcijanką i przewodniczącą Klubu Biblijnego. Nadal miała tendencję do nawracania bliźnich, ale była tak miła, że nikt nie zwracał na to uwagi. Teraz położyła dłoń na ramieniu Winnie. - Wszystko w porządku?
- Tak.
Leeann natychmiast odczuła skruchę.
- Nie powinnam była tego powiedzieć. Znowu byłam niedelikatna, prawda?
- Jak zawsze - odpara Amy. - Ale i tak cię kochamy.
- I Jezus też - wtrąciła Merylinn, zanim Amy miała okazję się rozkręcić.
Heidi pociągnęła za jeden z małych srebrnych kolczyków w kształcie misia, które założyła do czerwono-niebieskiego swetra w misie. Zbierała misie i czasami trochę ją ponosiło.
- Jak długo, według was, zostanie?
Leeann wsunęła rękę za dekolt, żeby podciągnąć ramiączko stanika. Ze wszystkich Seawillows to ona miała najlepsze piersi i lubiła je eksponować.
- Założę się, że niedługo. Boże, ale były z nas zdziry.
W kuchni zapadła cisza, którą przerwała Amy, mówiąc coś, o czym wszystkie myślały.
- Winnie nie była.
Bo Winnie nie była jedną z nich. Ona jedna nie należała do Seawillows. Jak na ironię, to ona była teraz ich liderką.
Sugar Beth wymyśliła Seawillows, kiedy miała jedenaście lat. Wzięła tę nazwę z jakiegoś swojego snu, choć żadna z nich nie pamiętała, o czym on był. Oświadczyła, że Seawillows będą prywatnym klubem, najlepszym, jaki kiedykolwiek istniał, dla najpopularniejszych dziewczyn w szkole, które oczywiście wybierała ona. W większości wykonała dobrą robotę i ponad dwadzieścia lat później Seawillows nadal był najlepszym klubem w mieście.
W szczytowym okresie liczył dwanaście członkiń, ale część dziewczyn wyprowadziła się z miasta, a Dreama Shephard umarła. Teraz zostały tylko te cztery kobiety, stojące w kuchni razem z Winnie. Stały się jej najbliższymi przyjaciółkami.
Do kuchni wetknął głowę Phil, mąż Heidi. Oddał im pustą glinianą miseczkę po dipie Rotel, na który faceci nalegali przy okazji wszystkich spotkań; była to pikantna mieszanka pomidorów i pasty Velveeta, w której zamaczali tostitos.
- Clint zmusza nas do oglądania golfa. Kiedy będziemy jeść?
- Niedługo. I nigdy nie zgadniesz, czego się właśnie dowiedziałyśmy. - Kolczyki Heidi podskoczyły. - Sugar Beth wróciła.
- Żartujesz. Kiedy?
- Dziś po południu. Leeann właśnie odebrała wiadomość.
Phil wpatrywał się w nie przez moment, po czym pokręcił głową i zniknął, żeby podzielić się nowiną z pozostałymi facetami.
Kobiety zabrały się do pracy i przez kilka minut panowała cisza, kiedy każda z nich zatopiła się we własnych myślach. Winnie była najbardziej przesiąknięta goryczą. Kiedy dorastały, Sugar Beth Carey miała wszystko, czego ona pragnęła: urodę, popularność, pewność siebie i Ryana Galantine'a. Winnie miała tylko jedną rzecz, której Sugar Beth pożądała. Ale było to coś ważnego i ostatecznie tylko to jedno miało znaczenie.
Amy wyciągnęła z jednego piekarnika pieczoną szynkę i półmisek słynnych słodkich ziemniaczków Drambuie jej mamy. Z drugiego piekarnika Leeann wyjęła kaszę z serem i czosnkiem oraz zapiekankę ze szpinakiem i karczochami. Kuchnia Winnie, z ciepłymi wiśniowymi szafkami i olbrzymią wyspą na środku, była przestronna i wygodna, dlatego też zwykle spotykały się w jej domu. Tego wieczoru dzieci zostały pod opieką siostrzenicy Amy. Winnie prosiła swoją córkę, żeby zajęła się dzieciakami, ale właśnie weszła ona w okres buntu i odmówiła.
Jako typowe kobiety Południa, Seawillows lubiły się stroić, więc pierwszą część każdego spotkania spędzały na rozmowie o ciuchach. To było ich dziedzictwo przekazane im przez matki, które zakładały nylony i wysokie obcasy, żeby wyjąć pocztę ze skrzynki przed domem. Ale Winnie nie należała do klubu i pomimo ciągłych uwag matki, znacznie później niż koleżanki nauczyła się, jak o siebie zadbać.
Leeann zlizała odrobinę kaszy z serem ze swojego palca wskazującego.
- Ciekawe, czy Colin wie.
- Dzwoniłaś do niego, Winnie? - spytała Amy. - Tak nas zaaferowały te nowiny, że żadna się nie zainteresowała.
Winnie skinęła głową.
- Tak, ale dziś pracuje.
- On zawsze pracuje. - Merylinn sięgnęła po papierowy ręcznik. - Można by pomyśleć, że jest Jankesem.
- Pamiętam, jak wszystkie bałyśmy się go w szkole - powiedziała Leeann.
- Oprócz Sugar Beth - sprostowała Amy. - No i Winnie, oczywiście, bo była jego pupilką.
Wyszczerzyły do niej zęby w szerokich uśmiechach.
- Boże, jak ja za nim szalałam. - Heidi westchnęła. - Był dziwny, ale jaki przystojny. Chociaż nie aż tak jak teraz.
Lubiły mówić o Colinie. Minęło już pięć lat, od kiedy wrócił do Parrish, a one dopiero co przyzwyczaiły się do tego, że mężczyzna będący kiedyś ich nauczycielem, w dodatku nauczycielem, którego najbardziej się bały, teraz zalicza się do grona ich znajomych.
- Wszystkie się w nim durzyłyśmy. Z wyjątkiem Winnie.
- Ja też, ale tylko trochę - powiedziała Winnie dla świętego spokoju, chociaż to nie była do końca prawda. Może i wzdychała nad romantyczną rezerwą zamyślonego Colina, ale nigdy nie fantazjowała o nim na serio, tak jak inne dziewczyny. Dla niej zawsze istniał tylko Ryan. Ryan Galantine, chłopak, który kochał Sugar Beth Carey.
- Co ja zrobiłam z rękawicami od piekarnika?
Winnie podała Amy rękawice.
- Colin wie, że wróciła. Widział światła w powozowni.
- Ciekawe, co zrobi?
Amy wetknęła widelec w półmisek z szynką.
- Cóż, ja wiem jedno: nie zamierzam się do niej odzywać.
- Wiesz dobrze, że to zrobisz, jeśli tylko będziesz miała okazję - stwierdziła Leeann. - Wszystkie to zrobimy, bo umieramy z ciekawości. Ciekawe, jak wygląda.
Jest jasnowłosa i doskonała, pomyślała Winnie. Zwalczyła pragnienie, żeby podbiec do lustra i przypomnieć sobie, że nie jest już niezdarną, dziwaczną Winnie Davis. Choć jej twarz nigdy nie przestała być okrągła i nie mogła nic poradzić na niski wzrost, który odziedziczyła po ojcu, miała szczupłą i zgrabną sylwetkę, co zawdzięczała wyczerpującym treningom pięć razy w tygodniu. Tak jak przyjaciółki, miała staranny makijaż i gustowną biżuterię, a jej ciemne włosy, ścięte w krótkiego modnego boba, dzieło najlepszego stylisty w Memphis, lśniły. Tego wieczoru była ubrana w wyszywaną paciorkami bluzkę, zwężone spodnie i dobrane do nich klapki. Wszystko, co nosiła, było modne, inaczej niż w czasach liceum, kiedy przemykała po szkolnych korytarzach w workowatych ciuchach, przerażona myślą, że ktoś może się do niej odezwać.
Colin, który sam był odmieńcem, rozumiał ją. Był dla niej miły od samego początku, o wiele milszy niż dla jej koleżanek i kolegów z klasy, którzy często stawali się celem jego ostrego języka. Mimo to dziewczyny uwielbiały go. To Heidi, miłośniczka historycznych romansów, wymyśliła mu przezwisko.
- Przypomina mi udręczonego angielskiego księcia - powiedziała - odzianego w czarną, łopoczącą na wietrze pelerynę, który co wieczór przechadza się po murach obronnych swojego zamku, bo wciąż opłakuje śmierć swojej pięknej młodej narzeczonej.
Colin został Księciem, choć nikt nigdy nie zwrócił się tak do niego. Nie był nauczycielem, który by zachęcał do tego rodzaju poufałości.
Zaczęli schodzić się mężczyźni, zwabieni zapachem jedzenia i ciekawi reakcji swoich żon na wieści o powrocie Sugar Beth.
Merylinn zaczęła ich przeganiać, wymachując rękami.
- Tylko tu zawadzacie.
Zignorowali ją, jak zawsze, kiedy przychodziła pora na jedzenie. Kobiety zaczęły swój zwykły taniec wokół nich, przenosząc półmiski z kuchni na kredens z końca osiemnastego wieku, stojący pod jedną ze ścian pełnego wdzięku pokoju stołowego Winnie.
- Colin wie, że Sugar Beth wróciła? - zapytał Deke, mąż Merylinn.
- To on powiedział o tym Winnie. - Merylinn wepchnęła mu w ręce salaterkę.
- A wy, moje drogie, narzekacie, że w Parrish nigdy nic się nie dzieje. - Mąż Amy, Clint, wychował się w Meridian, ale znał wszystkie stare historie tak dobrze, że czasami zapominali, że nie jest jednym z nich.
Brad Simmons, który sprzedawał urządzenia gospodarstwa domowego, zachichotał. Towarzyszył tego wieczoru Leeann, która wprawdzie za nim nie przepadała, ale od czasu swojego rozwodu interesowała się wszystkimi wolnymi facetami w Parrish, nawet pozostawiającymi wiele do życzenia. Nikt nie miał jej tego za złe, bo Leeann było ciężko. Mając dwoje dzieci, w tym jedno niepełnosprawne, i byłego męża, który zawsze zalegał z alimentami, zasługiwała na każde urozmaicenie, jakie tylko udało się jej zorganizować.
Mąż Winnie pojawił się ostatni. Był najwyższy z mężczyzn i bardzo szczupły. Jego pszeniczne włosy, piwne oczy i męska twarz o regularnych rysach sprawiały, że Merylinn parę razy mówiła mu, że powinien zostać stałym dawcą spermy. Seawillows były zbyt kulturalne, by porzucić swoje zajęcia i wziąć go w krzyżowy ogień pytań, na co miały ochotę, ale przyglądały się kątem oka, jak sięgnął po korkociąg i zaczął otwierać wino.
Winnie poczuła ukłucie dawnego bólu. Byli małżeństwem od ponad trzynastu lat. Mieli śliczną córkę, cudowny dom i wiedli życie prawie doskonałe. Prawie... bo niezależnie od jej starań, zawsze będzie druga w sercu Ryana Galantine'a.
Po dwóch dniach życia na coli i czerstwych donutsach, Sugar Beth nie mogła już dłużej odkładać zakupów. We wtorkowy wieczór - miała nadzieję, że o tej porze Big Star będzie pusty - pojechała do miasta. Szczęście jej dopisało. Mogła wybrać wszystko, czego potrzebowała, bez konieczności rozmawiania z kimkolwiek, z wyjątkiem Peg Drucker przy kasie, która była tak wytrącona z równowagi, że dwa razy nabiła winogronową galaretkę, i Cubby'ego Bowmara, który dopadł ją, gdy Peg pakowała jej zakupy.
- O, Sugar Beth! - zawołał, odsłaniając w uśmiechu szczerbę po prawym kle. - Jesteś jeszcze piękniejsza, niż to zapamiętałem, laleczko. - Przeniósł wzrok z jej piersi na krok jej biodrówek. - Mam teraz własny biznes. Czyszczenie Dywanów Bowmara. Wiedzie mi się naprawdę nieźle. Co powiesz na to, żebyśmy skoczyli na piwo do Dudley'a i pogadali o starych czasach?
- Sorry, Cubby, ale wyrzekłam się wspaniałych facetów w dniu, kiedy postanowiłam zostać zakonnicą.
- A niech cię, Sugar Beth, nie jesteś nawet katoliczką.
- To z pewnością zaskoczy mojego dobrego przyjaciela papieża.
- Nie jesteś katoliczką, Sugar Beth. Po prostu zadzierasz nosa, jak zawsze.
- Nadal jest z ciebie niezły mądrala, Cubby. Pozdrów ode mnie swoją mamę.
Wychodząc z Big Stara, nie spojrzała na plakat, na którego widok stanęła jak wryta, gdy wchodziła do środka:
Cykl koncertów pod patronatem Winnie i Ryana Galantine'ów
Niedziela, 7 marca, godzina 14.00
Drugi Kościół Baptystów
Datek w wysokości 5 dolarów zasili miejscowe organizacje dobroczynne
Sugar Beth miała wrażenie, jakby spowijała ją noc, więc skierowała się w stronę jeziora, ale zaraz przypomniała sobie, że nie stać jej na paliwo. Zawróciła na Spring Road, niedaleko bramy Fabryki Okien Careya, przedsiębiorstwa założonego przez jej dziadka, z tym że teraz fabryka nazywała się FOC. Trudno jej było sobie wyobrazić, że Winnie i Ryan organizują cykl koncertów. Byli małżeństwem od ponad dwunastu lat. Ta myśl nie powinna być bolesna, skoro to ona go rzuciła. Z jej talentem do dokonywania złych wyborów wystarczyło jedno spojrzenie na Darrena Tharpa, żeby całkiem zapomniała o "Luv U 4-Ever". Teraz to Winnie jest siłą napędzającą ożywienie tego miasta, to ona zasiada w zarządach większości miejskich organizacji.
Wyminęła ją firmowa furgonetka Cubby'ego Bowmara, zmierzająca w przeciwnym kierunku. W liceum Cubby i jego kumple mieli zwyczaj zjawiać się w środku nocy na trawniku przed Narzeczoną Francuza i wyjąc do księżyca, wołali jej imię.
- Sugar... Sugar... Sugar...
Ojciec przeważnie się nie budził, ale Diddie wstawała z łóżka, siadała przy oknie Sugar Beth i paliła papierosy Tareytons, przyglądając się im.
- Będziesz prawdziwą kobietą swoich czasów, Sugar Baby - szeptała. - Kobietą swoich czasów.
- Sugar... Sugar... Sugar...
Kobieta swoich czasów skręciła swoim sponiewieranym volvo w Mockingbird Lane i spojrzała na dom we francuskim stylu kolonialnym, w którym kiedyś mieszkał najlepiej prosperujący dentysta w mieście, a który teraz należał do Ryana i Winnie. Minione dwa dni chyba nie mogły być gorsze. Sugar Beth wysprzątała powozownię, która wreszcie nadawała się do zamieszkania, ale nie wpadła nawet na ślad obrazu Lincolna Asha, a jutro musiała stawić czoło kolejnemu nieprzyjemnemu zadaniu, mianowicie przeszukać zrujnowany dworzec. Dlaczego ciotka Tallulah nie zostawiła jej w spadku jakichś wartościowych akcji zamiast tej zaniedbanej powozowni i dworca kolejowego, który już dawno temu powinien zostać zrównany z ziemią?
Dotarła na koniec Mockingbird Lane; zahamowała, dostrzegłszy w świetle reflektorów coś, czego tam nie było, kiedy wyjeżdżała - ciężki łańcuch przeciągnięty w poprzek jej wyboistej żwirowej drogi dojazdowej. Nie było jej zaledwie dwie godziny. Ktoś nie marnował czasu.
Wysiadła z samochodu, żeby zbadać sprawę. Szybko tężejący cement zdążył stwardnieć i kilka mocnych kopniaków nie ruszyło żadnego ze słupków trzymających łańcuch. Najwyraźniej nowi właściciele Narzeczonej Francuza nie rozumieją, że jej droga dojazdowa nie jest częścią ich nieruchomości.
Nastrój siadł jej jeszcze bardziej. Wolałaby zaczekać do jutra ze stawieniem im czoła, ale ponieważ przekonała się boleśnie na własnej skórze, że nie warto odkładać problemów na później, skierowała się na długą ścieżkę, prowadzącą do domu, w którym dorastała. Nawet z zawiązanymi oczami rozpoznałaby znajome wzory z cegieł pod stopami, miejsce, gdzie ścieżka się obniżała i zataczała łuk, żeby uniknąć korzeni dębu, który runął podczas burzy, kiedy miała szesnaście lat. Dotarła do frontowej werandy, z czterema pełnymi gracji kolumnami. Jeśli przejedzie palcem wokół podstawy najbliższej, znajdzie miejsce, w którym wydłubała swoje inicjały kluczem do El Dorado Diddie.
W domu paliło się światło. Sugar Beth usiłowała przekonać samą siebie, że ucisk w żołądku jest spowodowany brakiem porządnego posiłku, ale bezskutecznie. Zanim wyjechała do miasta, próbowała dodać sobie pewności za pomocą obcisłej, cukierkowo różowej koszulki odsłaniającej kilkanaście centymetrów brzucha, dżinsowych biodrówek, opinających jej długie nogi, i czarnych szpilek, w których miała ponad metr osiemdziesiąt. Dopełnieniem stroju były czarna skórzana kurtka i kolczyki ze sztucznymi brylantami wielkości groszku, kupione zamiast tych, które zastawiła. Ale cały ten strój wcale jej nie pomagał. Kiedy przecięła werandę swego dawnego domu, jej obcasy wystukały ponure przypomnienie tego, co utraciła. Sugar Beth Carey... już tu nie mieszka.
Wyprostowała się, uniosła głowę i nacisnęła dzwonek. Zamiast znajomej siedmionutowej melodyjki usłyszała drażniący dwutonowy gong. Jakim prawem ktoś wymienił dzwonki w Narzeczonej Francuza?
Drzwi otworzyły się. Stał w nich mężczyzna. Wysoki i władczy. Minęło piętnaście lat, ale wiedziała, z kim ma do czynienia, jeszcze zanim się odezwał.
- Witaj, Sugar Beth.
- Trzęsiemy się, co? - powiedział pełen nienawiści głos.- Nie zbiję cię, jeśli będziesz się dobrze zachowywać.
Georgette Heyer Devil's Cub
Przełknęła z trudem ślinę i odezwała się zachrypłym głosem:
- Pan Byrne?
Jego wąskie, pozbawione uśmiechu usta ledwie się poruszyły.
- Zgadza się. Pan Byrne.
Usiłowała odzyskać oddech. Tallulah nie mówiła jej, że to Colin kupił Narzeczoną Francuza, ale ciotka przekazywała jej tylko to, o czym chciała, żeby Sugar Beth się dowiedziała. Czas się cofnął. Dwadzieścia dwa. Tyle miał lat, kiedy zniszczyła mu karierę. Był prawie chłopcem.
Wtedy wyglądał tak dziwacznie; był za wysoki, za chudy, miał za długie włosy, za duży nos, w ogóle wszystko, co składało się na jego osobę, było zbyt ekscentryczne jak na małe południowe miasteczko - wygląd, akcent, poglądy. Oczywiście dziewczyny były nim zachwycone. Zawsze ubierał się na czarno, przeważnie w powycierane ubrania, szyję obwiązywał jedwabnymi szalami, z których niektóre miały frędzle, jeden był we wzorek w łezki, a inny tak długi, że sięgał mu aż do bioder. Używał takich wyrażeń jak "cholernie okropny" czy "nie świruj", a raz powiedział: "Czujemy się trochę chujowo, co?"
W pierwszym tygodniu zauważyli, że korzysta z szylkretowej cygarniczki. Kiedy przypadkiem usłyszał, jak niektórzy chłopcy szepczą, że wygląda jak ciota, spojrzał na nich z góry i powiedział, że traktuje to jako komplement, ponieważ wielu wspaniałych mężczyzn światowej sławy było homoseksualistami.
- Niestety - powiedział im - zostałem skazany na życie w przyziemnym heteroseksualizmie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że paru z was będzie miało więcej szczęścia.
Skończyło się to zebraniem rodziców i nauczycieli.
Ale młody nauczyciel, którego pamiętała, był tylko bladym zwiastunem imponującego mężczyzny, który stał przed nią. Byrne nadal był dziwny, ale w o wiele bardziej niepokojący sposób. Jego niezgrabne ciało zrobiło się bardziej umięśnione i wysportowane. Choć nadal szczupły, nie był tak jak dawniej wychudzony, a kości policzkowe, które kiedyś nadawały jego twarzy wymizerowany wygląd, teraz wydawały się arystokratyczne.
Sugar Beth umiała rozpoznać zapach pieniędzy, a on był nim przesiąknięty jak dymem. Kiedy widziała go po raz ostatni, włosy opadały mu na ramiona. Teraz były równie gęste, ale ścięte krótko i ułożone w dramatyczną szopę, wzorem gwiazd filmowych. Trudno było powiedzieć, czy ich czarny połysk jest rezultatem wizyty w drogim salonie, czy świadectwem dobrego zdrowia, ale jedno było pewne: taka fryzura nie mogła być dziełem fryzjera z Parrish w Missisipi.
Miał na sobie pasiasty golf od Armaniego i czarne wełniane spodnie w cienkie złote prążki. Ichabod Crane nie tylko dorósł, ale również zmienił czy raczej wyrobił sobie gust.
Rzadko musiała podnosić wzrok, żeby spojrzeć na mężczyznę, zwłaszcza gdy nosiła wysokie obcasy, ale teraz patrzyła w górę. W te same wyniosłe nefrytowe oczy, które zapamiętała. Natychmiast powróciła stara uraza.
- Nikt mi nie powiedział, że tu mieszkasz.
- Doprawdy? Zabawne. - Nie stracił brytyjskiego akcentu, ale wiedziała, że akcentem można manipulować. Ona sama, przykładowo, mogła mówić z akcentem z północy lub południa, zależnie od okoliczności. - Proszę, wejdź. - Odsunął się, zapraszając ją do jej własnego domu.
Chciała pokazać mu środkowy palec i kazać iść do diabła. Ale ucieczka była kolejnym luksusem, na który nie mogła już sobie pozwolić, łącznie z wściekłymi napadami złości i osiąganiem swoich celów dzięki kartom kredytowym. Pogarda ścinająca kąciki jego wąskich ust powiedziała jej, że dobrze wie, jak ją dotknęło to zaproszenie. Świadomość, że spodziewa się po niej odwrotu, dała jej siłę, żeby wyprostować ramiona i przestąpić próg... Narzeczonej Francuza.
Zrujnował ją. Dostrzegła to od razu. Kolejny piękny południowy dom zmarnowany przez cudzoziemca-profana.
Zaokrąglony kształt wejściowego holu z zamaszystym łukiem schodów pozostały niezmienione, ale pozbył się romantycznych pasteli Diddie, malując zakrzywione ściany na ciemny brąz, a stare dębowe sztukaterie na kredowobiały kolor. Jakaś rażąca abstrakcja wisiała w miejscu obrazu, który kiedyś zajmował tę przestrzeń: jej portret naturalnej wielkości, namalowany, kiedy miała pięć lat; była wtedy ubrana w białe koronki i różowe wstążki i siedziała u stóp matki, obutych w piękne modne buty. Diddie nalegała, żeby artysta dodał do obrazu białego pudla, choć nie mieli żadnego pudla ani jakiegokolwiek innego psa mimo licznych błagań Sugar Beth. Matka powiedziała, że nie będzie trzymać w domu żadnego stworzenia, które liże intymne części swojego ciała.
Zniszczoną drewnianą podłogę zastąpił biały marmur z brązowoszarymi wstawkami. Zniknęły zabytkowe kufry, razem ze złoconym lustrem Marii Antoniny i dwoma krzesłami z obiciami ze złotego brokatu. Teraz przestrzeń ta była okupowana przez czarny fortepian. Fortepian salonowy w głównym holu Narzeczonej Francuza... Babcię Sugar Beth z jej awangardowym gustem mogłaby cieszyć taka osobliwość, ale Diddie z pewnością przewracała się w grobie.
- Proszę, proszę... - Akcent Sugar Beth przeszedł w południowy, jak zawsze, gdy znajdowała się w niekorzystnym położeniu. - Nie poprzystawiałeś własnych pieczątek na rzeczach?
- Robię to, co mi sprawia przyjemność. - Patrzył na nią z arogancją szlachcica zmuszonego do rozmowy ze zwykłą kuchtą, ale zasłużyła na takie traktowanie i nieważne, jak bardzo nadal doprowadzał ją do szału, nadszedł czas zmierzyć się z przeszłością. Był to zdecydowanie najwyższy czas.
- Napisałam do ciebie list z przeprosinami - powiedziała.
- Doprawdy? - Nie mógłby wyglądać na mniej zainteresowanego.
- Wrócił. Zwrot do nadawcy.
- Nie mów.
Przyjął ją w holu. Nie zasługiwała na nic lepszego, ale nie zamierzała się płaszczyć, więc postanowiła dojść do jakiegoś kompromisu pomiędzy tym, co była winna jemu, a tym, co była winna sobie.
- Za mało, za późno, zdaję sobie z tego sprawę. Ale, do licha! Skrucha to skrucha.
- Nie wiem. Nie mam zbyt wielu powodów do skruchy.
- W takim razie posłuchaj kogoś, kto coś wie na ten temat. Czasami, panie Byrne, zwykłe przepraszam to najlepsze, co człowiek może zrobić.
- Ale czasami najlepsze nie wystarcza, prawda?
Nie zamierzał ofiarować jej przebaczenia, i nic dziwnego. Jej przeprosiny wcale nie brzmiały, jakby płynęły z głębi serca, a ponieważ zasługiwał na szczere przeprosiny, rozumiała, że powinna dać z siebie więcej. Ale nie tutaj, nie kiedy stała w holu jak służąca.
- Nie masz nic przeciwko, żebym się trochę rozejrzała? - Nie czekając na pozwolenie, prześliznęła się obok niego do salonu.
- Ależ skąd. - Jego odpowiedź ociekała sarkazmem.
Brązowoszare ściany pasowały do inkrustowanej marmurowej podłogi, a głębokie skórzane fotele i opływowa sofa miały taki sam odcień brązu co ściany holu. Cztery sepiowe fotografie marmurowych popiersi wisiały w symetrycznym porządku nad kominkiem, który jednak nie był kominkiem, jaki pamiętała. Stare dębowe obramowanie z licznymi śladami po przypaleniu, kiedy to Diddie zapominała otworzyć przewód kominowy, zostało zastąpione masywnym neoklasycznym obramowaniem z ciężkim gzymsem i rzeźbioną trójkątną nadbudówką, co razem przypominało grecką świątynię. W każdym innym domu byłaby zachwycona śmiałym zestawieniem klasyki i nowoczesności, ale nie w Narzeczonej Francuza.
Odwróciła się i zobaczyła go w drzwiach; biła od niego arogancja człowieka przyzwyczajonego do tego, że panuje nad sytuacją. Był zaledwie cztery lata starszy od niej, co znaczyło, że ma trzydzieści siedem. Kiedy był jej nauczycielem, te cztery lata stanowiły przepaść nie do pokonania, ale teraz nie miały znaczenia. Pamiętała, że Seawillows uważały go za romantycznego, ale ona odmawiała durzenia się w kimś, kto tak uparcie opierał się podejmowanym przez nią próbom flirtu.
Powinna go jeszcze raz przeprosić, i tym razem porządnie, ale jego kpiące spojrzenie w połączeniu z profanacją jej domu odwiodło ją od tego zamiaru.
- Może oddałam ci przysługę? Z nauczycielskiej pensji nigdy nie mógłbyś kupić tego wszystkiego. A przy okazji, gratuluję książki.
- Czytałaś Ostatni przystanek?
Jego brew sceptycznie wygięta w łuk doprowadzała ją do szału.
- Boże. Próbowałam, ale tam było tyle trudnych wyrazów.
- Zgadza się. Nigdy nie lubiłaś przemęczać mózgu czymś bardziej ambitnym od czasopism z modą, prawda?
- Gdyby nikt ich nie czytał, wszędzie byłoby pełno kobiet paradujących w kraciastych kreacjach z poliestru. Pomyśl tylko, jak ciężko byłoby żyć w takim świecie. - Otworzyła szeroko oczy. - Ups... Teraz zatrzymasz mnie po lekcjach za wulgarność.
Upływ czasu ani trochę nie wpłynął na jego brak poczucia humoru.
- Groźba zostania za karę po lekcjach nigdy na ciebie nie działała, prawda Sugar Beth? Twoja matka by na to nie pozwoliła.
- Diddie miała swoje zdanie odnośnie do tego, co jest dla mnie dobre, a co złe. - Przechyliła głowę wystarczająco, by włosy odsłoniły sztuczne brylanty w kolczykach. - Wiedziałeś, że nie pozwoliła mi na udział w wyborach Miss Missisipi? Powiedziała, że na pewno bym wygrała, ale nie pozwoli, żeby jej córka choćby zbliżyła się do tego tandetnego Atlantic City. Miałyśmy z tego powodu potworną awanturę, ale wiesz, jaka była Diddie, kiedy coś sobie postanowiła.
- O, tak, pamiętam.
Oczywiście, że pamiętał. To Diddie go wylała. Najwyższa pora, żeby skończyć z tymi bzdurami i po raz kolejny spróbować załatwić te spóźnione przeprosiny.
- Przykro mi. Naprawdę. To, co zrobiłam, było niewybaczalne. - Spojrzenie mu w oczy było bardzo trudne, ale tym razem nie złamała się. - Powiedziałam jej, że kłamałam, ale było po fakcie i zdążyłeś już wyjechać z miasta.
- Dziwne, ale nie przypominam sobie, żeby szanowna mamusia próbowała mnie odszukać. To naprawdę dziwne, że inteligenta kobieta nigdy nie wpadła na pomysł, by do mnie zadzwonić i powiedzieć, że wszystko zostało wyjaśnione, że - jak ona to ujęła? - nie zdradziłem mojej pozycji i autorytetu nastawaniem na moralność jej niewinnej córki?
Nacisk, jaki położył na ostatnie słowa, dał jej wyraźnie do zrozumienia, że dobrze wiedział, co robiła z Ryanem Galantine'em na tylnym siedzeniu jej czerwonego camaro.
- Nie, nie zrobiła tego. A ja nie miałam odwagi, żeby wyznać prawdę ojcu.
Ale Griffin i tak się dowiedział, kiedy przeglądał papiery matki parę miesięcy po jej śmierci. Znalazł wtedy list z wyznaniem winy, który napisała do niej Sugar Beth.
- Musisz przyznać, że tata zachował się wobec ciebie w porządku. Dał ogłoszenie w gazecie, żeby wszyscy wiedzieli, że kłamałam.
- Ale zrobił to prawie po roku, zgadza się? Trochę za późno. Do tego czasu byłem już z powrotem w Anglii.
Chciała zwrócić uwagę, że jednak udało mu się wrócić do Stanów - na okładce jego książki przeczytała, że teraz jest amerykańskim obywatelem - ale zabrzmiałoby to, jakby próbowała się bronić. Oderwał się od drzwi i podszedł do szafki z barem. Bar w salonie Diddie Carey...
- Masz ochotę na drinka? - Nie było to zaproszenie dobrego gospodarza, ale subtelna zagrywka w grze w kotka i myszkę.
- Już nie piję.
- Czyżbyś zawróciła ze złej drogi?
- Nie. Po prostu nie piję. - Ratowała się poczuciem humoru, co ją wiele kosztowało.
Nalał kilka centymetrów czegoś, co wyglądało na bardzo drogą słodową whisky. Zapomniała już, jak duże miał dłonie. Kiedyś powtarzała wszystkim, którzy tylko chcieli jej słuchać, że Colin jest największą babą w mieście, ale nawet wtedy te wielkie jak haki na mięso dłonie zadawały kłam jej słowom. Nie pasowały do kogoś, kto recytował sonety z pamięci i od czasu do czasu związywał włosy w kucyk czarną, aksamitną wstążką.
Pewnego wieczoru całą grupą późno wyszli ze szkoły i zauważyli go na boisku z piłką do nogi. Piłka nożna nie przyjęła się w Parrish i nigdy nie widzieli czegoś takiego. Podbijał piłkę na zmianę raz jednym, raz drugim kolanem, łydką, udem, tak długo utrzymując ją w powietrzu, że aż stracili rachubę. Potem zaczął dryblować po boisku, biegnąc jak strzała, z piłką dokładnie między stopami. Zaimponował tym chłopcom, którzy wkrótce zaprosili go do gry w kosza.
- Trzech mężów, Sugar Beth? - Oplótł grubymi palcami człowieka pracy szklaneczkę z rżniętego szkła. - To sporo, nawet jak na ciebie.
- Jedno nigdy się nie zmieni, jeśli chodzi o Parrish. Plotkowanie to nadal ulubiona rozrywka w tym mieście. - Chłodne powietrze owionęło jej brzuch, kiedy włożyła dłonie do kieszeni skórzanej kurtki i odsunęła ją do tyłu. Krótka, cukierkowo różowa koszulka miała na piersiach błyszczący napis BEAST. Była trochę krzykliwa, ale została przeceniona na pięć dolarów dziewięćdziesiąt dziewięć centów, a ona zrobiłaby prawie wszystko, żeby modnie wyglądać. - Byłabym wdzięczna, gdybyś usunął ten łańcuch z mojego wjazdu.
- Doprawdy? - Zatopił się w jednym ze skórzanych foteli, nie proponując jej, żeby usiadła. - Masz marne osiągnięcia, jeśli chodzi o mężów.
- Tak myślisz?
- Wieści się rozchodzą - powiedział przeciągle. - Słyszałem, że męża numer jeden poznałaś w college'u.
- Darren Tharp, typowy amerykański bejsbolista. Grał przez chwilę dla Braves. - Wykonała zmyślne cięcie tomahawkiem.
- Imponujące. - Upił łyk ze szklaneczki, patrząc na nią znad brzegu szkła. - Słyszałem też, że zostawił cię dla innej. Co za przykrość.
- Miała na imię Samantha. W odróżnieniu ode mnie skończyła college, ale to nie jej wykształcenie pociągało Darrena. Miała naturalny talent do robienia laski.
Ręka ze szklaneczką zatrzymała się w połowie drogi do jego ust.
Obdarzyła go uśmiechem południowej piękności, który, choć niezwykle szeroki, nie był ani odrobinę szczery. Gdyby trochę nad nim popracować - o ile Diddie nie miałaby takich obiekcji co do Atlantic City - ten uśmiech mógł sprawić, że na jej głowie pojawiłoby się coś bardziej imponującego od korony szkolnej piękności.
- Dziewczyna musi mieć dobrą głowę, żeby do czegoś dojść.
Byrne nie miał zamiaru pozwolić, by zbiła go z tropu.
- O ile wiem, wyjechałaś do Hollywood z pieniędzmi z odszkodowania.
- Ciężko zarobiłam każdego dolara.
- Ale nie zostałaś zasypana ofertami filmowymi.
- Czy to nie słodkie, że tak się mną interesujesz?
- Pewnie coś źle usłyszałem. Czy twój drugi mąż był jednym z Hell's Angels?
- To byłoby jeszcze bardziej ekscytujące, ale obawiam się, że Cy był jedynie kaskaderem. Niezwykle zdolnym - aż do dnia, kiedy się zabił, próbując przeskoczyć na motocyklu z pomostu w Santa Monica na pokład luksusowego jachtu. To był film o złu wynikającym z przemytu narkotyków, więc powiedziałam sobie, że zginął w słusznej sprawie. Nie żebym sama od czasu do czasu nie zapaliła skręta.
- O ile pamiętam, trochę ich wypaliłaś w ogólniaku.
- To była pomyłka, wysoki sądzie. Myślałam, że to papierosy, które po prostu tak dziwnie pachną.
Nie uśmiechnął się, ale nie spodziewała się tego.
Odeszła od Cy'a kilka miesięcy przed tym fatalnym popisem kaskaderskim. Żadna dziewczyna na świecie nie miała większego od niej talentu do wychodzenia za zakłamanych dupków. Emmett był wyjątkiem, ale on w dniu ich ślubu miał siedemdziesiąt lat i nabytą z wiekiem mądrość.
- Potem ludzie stracili cię na moment z widoku - powiedział.
- Pracowałam w branży restauracyjnej. Chodzi o bardzo ekskluzywne miejsca.
Zaczęła jako hostessa w przyzwoitej restauracji w Los Angeles, ale została wylana za awanturę z gościem. Następnie pracowała jako koktajlowa kelnerka. Kiedy straciła i tę pracę, podawała lasagnię w taniej włoskiej restauracyjce, a potem przeszła do jeszcze tańszego baru z hamburgerami. Sięgnęła dna w dniu, kiedy zorientowała się, że czyta ogłoszenie agencji towarzyskiej. Bardziej niż cokolwiek innego uświadomiło to jej, że najwyższa pora dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za własne życie.
- Potem usidliłaś Emmetta Hoopera.
- I nawet nie musiałeś zdać się na miejscową pocztę pantoflową, żeby się o tym dowiedzieć. - Jej uśmiech skrył cały ból.
- W prasie pojawiło się sporo informacji na ten temat. Były nawet zabawne. Dwudziestoośmioletnia kelnerka zostaje "żoną-trofeum" obrzydliwie bogatego, siedemdziesięcioletniego emerytowanego nafciarza z Teksasu.
Nafciarza, którego inwestycje poniosły fiasko, zanim jeszcze zachorował. Emmett był jej najdroższym przyjacielem, kochankiem i człowiekiem, który pomógł jej zakończyć proces dorastania.
Byrne przechylił szklaneczkę w jej stronę. Wyglądał jak znudzony, ale bardzo męski model Gucciego.
- Moje kondolencje.
Gula w jej gardle utrudniała wymyślenie błyskotliwej odpowiedzi, ale poradziła sobie.
- Jestem ci wdzięczna za wyrazy współczucia, ale kiedy wiążesz się z kimś w tak podeszłym wieku, domyślasz się, co cię czeka.
Z zadowoleniem zauważyła pogardę w tych nefrytowych oczach. Pogarda była lepsza od litości. Patrzyła, jak krzyżuje nogi, ruchem będącym niepokojącym połączeniem kociej gracji i męskiej siły.
- Kiedyś mówiliśmy na ciebie Książę - powiedziała. - Wiedziałeś o tym?
- Oczywiście.
- Wszyscy uważaliśmy cię za mięczaka.
- Doprawdy?
- I że zadzierasz nosa.
- Tak było. Nadal taki jestem. Szczycę się tym.
Zastanawiała się, czy jest żonaty. Jeśli nie, wolne kobiety z Parrish musiały ustawiać się w kolejce do jego drzwi z ciastem kokosowym i zapiekankami. Przysunęła się do kominka, usiłując sprawiać asertywne wrażenie.
- Jestem pewna, że blokowanie mojego wjazdu musi być dla ciebie niesłychanie zabawne, ale ta zabawa trwa już wystarczająco długo.
- Tak się składa, że nadal się dobrze bawię.
Nie wyglądał na kogoś, kogo może cokolwiek bawić, no, chyba że podbój Indii. Wpatrywała się w jego doskonale skrojone ubranie i zastanawiała się, kto odwalił brudną robotę, osadzając słupki w betonie.
- Nie uważasz, że to może być odrobinę krępujące, jeśli wezwę policję?
- Nie. To moja ziemia.
- A ja uważałam cię za autorytet, jeśli chodzi o historię Parrish. Mój ojciec przekazał w latach pięćdziesiątych powozownię mojej ciotce.
- Dom tak, ale nie drogę dojazdową. Wjazd nadal należy do Narzeczonej Francuza.
Podskoczyła jak oparzona.
- To nieprawda.
- Mam dobrego prawnika, który przykłada dużą wagę do takich spraw jak granice nieruchomości. - Podniósł się z fotela. - Chętnie umożliwię ci zapoznanie się z ekspertyzą. Podeślę ci kopię.
Czy jej ojciec mógł być aż tak głupi? Oczywiście, że mógł. Griffin Carey był skrupulatny w sprawach dotyczących jego fabryki okien, ale cechowało go notoryczne niedbalstwo jeśli chodziło o dom i rodzinę. Czy można nazwać ostrożnym mężczyznę, który ma w tym samym mieście żonę i kochankę?
- Czego pan chce, panie Byrne? Najwyraźniej nie moich przeprosin, więc równie dobrze może mi pan to powiedzieć wprost.
- Żebyś poniosła karę, oczywiście. A jak myślałaś?
Te miękko wypowiedziane słowa sprawiły, że przeszedł ją dreszcz. Powstrzymała się przed tęsknym spojrzeniem na szklaneczkę whisky, którą właśnie odstawił. Nie miała w ustach alkoholu od prawie pięciu lat i nie zamierzała tego wieczoru zacząć na nowo pić.
- No cóż, dobrze, ale będzie ubaw. Gdzie, według ciebie, mam parkować?
- Nie obchodzi mnie to. Może pomoże ci w tej sprawie któryś z dawnych przyjaciół.
To był idealny moment, żeby wpaść w złość, ale ona już zapomniała, jak to się robi. Zamiast się wściekać, ruszyła wolno w jego stronę, lekko kołysząc biodrami, choć czuła, że ma kości stuletniej kobiety.
- Chyba nie myślisz trzeźwo. Straciłam trzech mężów i oboje rodziców, więc jeśli chcesz mnie naprawdę ukarać, musisz wymyślić coś lepszego niż marną blokadę wjazdu.
- Próbujemy wziąć na litość, co?
Dokładnie tak to zabrzmiało i Sugar Beth miała ochotę ugryźć się w język. Zamiast tego podniosła kołnierz kurtki i skierowała się do drzwi.
- Mam cię gdzieś, panie Byrne. I mam gdzieś twoją litość.
Ledwie zrobiła trzy kroki, poczuła zapach drogiej wody kolońskiej. Serce niemal wyskoczyło jej z piersi, kiedy Byrne złapał ją za rękę i odwrócił do siebie.
- A co w takim razie powiesz na taką karę?
Zimny, surowy wyraz jego twarzy przypomniał jej minę Darrena Tharpa tuż przed tym, jak ją skatował. Ale Colin Byrne miał na myśli inny rodzaj przemocy. Zanim zdążyła zareagować, zamknął jej usta brutalnym, karzącym pocałunkiem.
Pocałunki... Tyle ich było. Pełne uwielbienia całusy w policzki jej matki. Pocałunki ciotki Tallulah składane zaciśniętymi, suchymi ustami. Przesiąknięte seksem, nastoletnie pocałunki z Ryanem. Darren był egoistą i kiepsko całował. Potem były niechlujne, pijackie pocałunki Cy'a, na które odpowiadała pocałunkami nasyconymi ginem. Później pocałunki sznureczka mężczyzn, które ledwie pamiętała, pomijając to, że wszystkie miały smak rozpaczy. Wybawienie pojawiło się w postaci pocałunków Emmetta, przepełnionych życzliwością, potrzebą, strachem, a na koniec rezygnacją.
Ostatni pocałunek, jakiego zaznała, pochodził od jej córki Delilah, która zarzuciła ramiona na szyję Sugar Beth i zostawiła na jej policzku mokry ślad. "Kocham cię najbardziej na całym świecie, moja Sugar Beth".
Tyle pocałunków, a ona nie mogła sobie przypomnieć, żeby choć jeden był podobny do tego. Zimny. Rozmyślny. Złożony, żeby ją upokorzyć.
Byrne nie spieszył się z wymierzaniem sprawiedliwości. Ujął jej brodę, nie zadając wprawdzie bólu, ale zmuszając do otworzenia ust na tyle, by móc wedrzeć się do środka językiem. Nie zareagowała, nie walczyła z nim.
Nie była zaskoczona, kiedy jego dłoń dotarła do jej piersi. Spodziewała się tego.
Kolejna kliniczna eksploracja, jakby pod jej skórą nie znajdowała się żywa istota, tylko mięso i kości, pozbawione duszy.
Trzymał jej pierś w swojej dużej dłoni, gładząc ją kciukiem. Kiedy zaczął pocierać brodawkę, Sugar Beth poczuła ukłucie tęsknoty. Nie pożądania - była na to zbyt wypalona, a zresztą tu chodziło nie o seks, tylko zemstę. Doświadczała głębokiej tęsknoty za zwykłą życzliwością; było to ironiczne życzenie jak na kogoś, kto sam bardzo oszczędnie okazywał życzliwość innym.
Podczas małżeństwa z kaskaderem nauczyła się wielu sztuczek i teraz przyszło jej do głowy, że mogłaby ugryźć Colina albo rąbnąć w górę kolanem. Uznała jednak, że to nie byłoby sprawiedliwe. Miał prawo ją ukarać.
W końcu odsunął się i zapach szkockiej, którą się raczył, owionął delikatnie jej policzek.
- Powiedziałaś, że wetknąłem ci język do ust i obmacywałem twoje piersi. - Jego nefrytowe oczy przeszyły ją na wylot. - Czy nie tak nakłamałaś swojej matce, Sugar Beth? Czy nie w ten sposób pozbawiłaś mnie pracy i zmusiłaś do pakowania manatków?
- Dokładnie tak było - powiedziała cicho.
Obrysował kciukiem jej dolną wargę. Gdyby zrobił to inny mężczyzna, byłby to gest czułości, ale to był znak zdobywcy. Była mu winna okazanie skruchy, ale jedyne, co jej jeszcze zostało, to odrobina godności, uznała więc, że prędzej umrze, nim uroni choć jedną łzę.
Opuścił rękę.
- Teraz to już nie jest kłamstwo.
Sugar Beth jakimś cudem zdołała unieść dłoń i dotknąć jego policzka.
- Przez cały ten czas nienawidziłam się za to kłamstwo. Dziękuję, panie Byrne. Oczyścił pan moją duszę.
Poczuł na skórze jej chłodną dłoń i zdał sobie sprawę, że to Sugar Beth będzie mieć ostatnie słowo. Ta świadomość go oszołomiła. To powinno być jego zwycięstwo. Oboje o tym wiedzieli. A mimo to ona próbowała się wywinąć.
Wpatrywał się w usta, które przed chwilą miażdżył. Nie doświadczył niczego, czego się spodziewał - nie, żeby czegokolwiek oczekiwał, skoro nie planował tego ataku. Mimo to podświadomie zbierał siły na stawienie czoła przebiegłemu, małostkowemu, olbrzymiemu ego Sugar Beth. "Kto jest najpiękniejszy w świecie? Ja! Ja! Ja!" Zamiast tego odkrył jakieś zacięcie, determinację i bezczelność. Przynajmniej to ostatnie było znajome.
Opuściła rękę i niczym pistoletem wycelowała w niego palcem wskazującym, jakby prosto w jego szacunek do samego siebie. Tuż przed pociągnięciem za spust obdarzyła go uśmiechem kojarzącym się z mądrością kurtyzany.
- Do zobaczenia, panie Byrne.
I już jej nie było.
Colin stał nieruchomo. Jej zapach - mieszanina zadziorności, seksu i uporu - utrzymywał się w powietrzu nawet po zamknięciu frontowych drzwi. Ten okropny pocałunek powinien położyć temu kres. Ale wszystko tylko odżyło na nowo.
W wieku osiemnastu lat była najpiękniejszą istotą, jaką mieszkańcy Parrish kiedykolwiek widzieli. Przyglądanie się, jak niespiesznie idzie chodnikiem do głównych drzwi liceum, było podziwianiem dzieła sztuki: nieskończenie długie nogi, kołyszące się biodra, podskakujące piersi, olśniewające, długie jasne włosy.
Chłopcy potykali się, wpatrując się w nią przy muzyce swoich boom boksów, stanowiących ścieżkę dźwiękową jej życia. Billy Ocean błagający, żeby opuściła jego sny i wsiadła do jego samochodu. Bon Jovi po jednym spojrzeniu żyjący modlitwą. Cutting Crew marzący, żeby wieczorem umrzeć w jej ramionach. Guns n'Roses, Poison, Whitesnake - jakimś cudem udało jej się powalić tych wszystkich grających lekko łzawego rocka chłopców na kolana i sprawić, żeby błagali o odrobinę jej uczucia.
Sugar Beth nadal była piękna. Te zniewalające jasnoniebieskie oczy i idealnie regularne rysy zabierze ze sobą do grobu, a burza jej jasnych włosów powinna zostać rozłożona na satynowej poduszce i trafić na rozkładówkę "Playboya". Ale zniknęła gdzieś jej naiwna świeżość. Wyglądała na więcej niż trzydzieści trzy lata i była szczuplejsza niż kiedyś. Widział ścięgna na długim łuku jej szyi, a jej nadgarstki wydawały się niemal kruche. Lecz ta niebezpieczna seksualność się nie zmieniła, tyle tylko że w wieku osiemnastu lat była nowa i niewybredna, a teraz wyostrzyła się, stała się o wiele bardziej śmiercionośna. Kwiaty róży mogły opaść, ale kolce wyhodowały trujące końce.
Podniósł szklaneczkę z drinkiem i usiadł w fotelu, bardziej przygnębiony tym spotkaniem, niż chciał być. Rozglądając się po luksusowym wnętrzu domu, przypomniał sobie szyderstwa ojca, irlandzkiego murarza, kiedy stracił pracę w szkole i musiał wrócić do Anglii.
- Wracasz do domu zhańbiony, co? To by było na tyle tych fantazyjnych mrzonek, twoich i twojej matki, chłopcze. Teraz będziesz zajmować się uczciwą pracą, jak my wszyscy.
Tego jednego nigdy nie wybaczy Sugar Beth Carey.
Upił łyk, ale nawet smak dziesięcioletniej szkockiej nie mógł wymazać z jego pamięci buntu i przekory, które widział w oczach Sugar Beth. Pomimo ataku, jaki na nią spadł pod postacią jego pocałunku, nadal wierzyła, że ma przewagę. Zastanawiał się, co zrobić, żeby wyprowadzić ją z tego błędnego przekonania.
- Zrobiłam coś nie tak? Tyle znamienitych osób wpatrywało się, jakby nie wierzyło własnym oczom!
Georgette Heyer Wielka Sophy
Sugar Beth dokończyła chipsy, które stanowiły jej śniadanie, i patrzyła na Gordona. Pies siedział przy drzwiach w kuchni, pomrukując gniewnie.
- Daj sobie spokój, Gordon. To nie moja wina, że Emmett kochał mnie bardziej od ciebie.
Pies eksperymentował ze swoją psychotyczną miną Christophera Walkena, ale bassety były w niekorzystnej sytuacji, jeśli chodzi o przybranie groźnego oblicza.
- Żałosne.
Wyglądał na urażonego.
- W porządku, chuliganie. - Wstała od stołu, przecięła salon i otworzyła frontowe drzwi.
Kiedy wybiegał, próbował ją szturchnąć. Dobrze znała jego sztuczki i zrobiła unik. Wyszła za nim w kolejny chłodny deszczowy lutowy poranek. Ale to Missisipi, więc w przyszłym tygodniu może być nawet trzydzieści stopni. Miała nadzieję, że do tej pory już dawno jej tu nie będzie.
Gdy Gordon zaczął węszyć, zerknęła na Narzeczoną Francuza. Starała się nie myśleć o wczorajszym spotkaniu z Colinem Byrne'em. Przynajmniej nie rozkleiła się przed dotarciem do powozowni. Powinna była bardziej się starać naprawić dawne winy, ale najwyraźniej nie dorosła aż tak bardzo, jak chciała myśleć.
Dlaczego właśnie on musiał kupić Narzeczoną Francuza? Jeśli wspominał w jakimś wywiadzie o powrocie do Parrish, musiała to przegapić. Colin unikał rozgłosu i nie lubił udzielać wywiadów. Nawet jego zdjęcie na okładce było niewyraźne; inaczej byłaby lepiej przygotowana na tego niebezpiecznego mężczyznę, z którym się wczoraj spotkała.
Podeszła do bukszpanowego żywopłotu oddzielającego ich posiadłości i rozsunęła dolne gałęzie.
- Tędy, diabelski psie.
Choć raz nie miała z nim problemów.
- Spraw, żeby mamusia była z ciebie dumna - zawołała.
Przez chwilę Gordon węszył, wreszcie znalazł odpowiednie miejsce na środku trawnika i zabrał się do rzeczy.
- Dobry piesek.
Wbrew temu, co powiedziała Byrne'owi, czytała Ostatni przystanek na drodze donikąd, razem z resztą kraju. Jak mogłaby zignorować opowieść o ludziach, o których słuchała przez całe swoje życie? Historię białych i czarnych, bogatych i biednych, ludzi, którzy mieszkali w Parrish w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, w tym jej dziadków, ciotki Tallulah, wujka Leeann, no i oczywiście, był jeszcze Lincoln Ash.
Czytelnicy lubią powieści ukazujące atmosferę Południa. Świadczył o tym ogromny sukces Północy w ogrodzie dobra i zła Johna Berendta, która stała się bestsellerem. Ale oparta na faktach książka Berendta dotyczyła morderstwa i skandalu w kręgach arystokracji starego Savannah, a Ostatni przystanek był kopalnią wiedzy o życiu małego miasteczka. Opowieść o miasteczku w Missisipi, zdrowiejącym po spuściźnie segregacji rasowej, była pełna ekscentrycznych postaci i rodzinnych dramatów, tak uwielbianych przez czytelników, a całości dopełniała silna dawka południowego folkloru. Co prawda inni autorzy też tego próbowali, ale zachwyt Byrne'a tym miasteczkiem, w połączeniu z jego lekko ironicznymi komentarzami autsajdera sprawiły, że Ostatni przystanek stanowił klasę sam w sobie.
Nagle uświadomiła sobie, że Gordon pobiegł truchtem w stronę domu, ani odrobinę niespeszony jego wspaniałością.
- Wracaj tu.
Oczywiście ją zignorował.
- Mówię poważnie, Gordon. Muszę jechać do miasta i jeśli natychmiast tu nie przyjdziesz, pojadę bez ciebie.
Nie była pewna, ale chyba prychnął.
- Wiem, że będziesz próbował mnie dziabnąć, jeśli za tobą pójdę. - Nigdy nie posunął się aż tak daleko, ale lubił, gdy chodziła koło niego na paluszkach.
Patrzyła, jak Gordon wbiega na werandę.
- W porządku. Zrób mi przysługę i nie zawracaj sobie głowy powrotem do domu.
W przeciwieństwie do innych bassetów, Gordon nie przepadał za wędrówkami. Był zbyt wygodny, żeby gdzieś się włóczyć. Sugar Beth wróciła ciężkim krokiem do powozowni. Co sądzić o człowieku, którego nienawidzi nawet własny pies?
Wzięła torebkę, założyła na głowę stary kowbojski kapelusz i ruszyła w stronę samochodu. Za wycieraczką przedniej szyby znalazła mandat za nieprawidłowe parkowanie. Cudownie. Wetknęła mandat za osłonę przeciwłoneczną i pojechała do miasta.
Purlie's Auto Shop nadal działał, ale w miejscu zajmowanym kiedyś przez królestwo damskich kapeluszy teraz był sklep z artykułami biurowymi. Matka zabierała ją co roku do Spring Fancy Millinery, żeby jej kupić wielkanocny kapelusik, aż do szóstej klasy, kiedy Sugar Beth się zbuntowała.
Nozdrza Diddie trzepotały jak skrzydła motyla, gdy była niezadowolona.
- Ty niewdzięczne dziecko. Skąd nasz Pan ma wiedzieć, że jest dzień Zmartwychwstania, skoro siedzisz w kościele bez nakrycia głowy, jak jakaś poganka. Odpowiedz mi, panno Sugar Baby.
Sugar Beth odpowiedziała natychmiast, również ruszając nozdrzami.
- Naprawdę myślisz, że Jezus Chrystus zostanie w grobie, bo będę bez kapelusza?
Diddie roześmiała się i poszła poszukać swoich papierosów.
Sugar Beth bardzo tęskniła za swoją kochającą, choć niedoskonałą matką, o ojcu zachowała tylko gorzkie wspomnienia.
- On nie jest moim prawdziwym ojcem, prawda, Diddie? - spytała kiedyś. - Zaszłaś w ciążę z kimś innym, a potem tata się z tobą ożenił.
- Sugar Beth Carey, ucisz się. To, że twój ojciec jest rozpustnikiem, nie znaczy, że i ja taka jestem. I nie chcę więcej słyszeć, jak wygadujesz takie bzdury.
Fakt, że jej niebieskie oczy były lustrzanym odbiciem oczu ojca, uniemożliwił Sugar Beth długie trzymanie się iluzji, że Diddie miała sekretnego kochanka.
Przypuszczała, że małżeństwo jej rodziców było nieuniknione, ale chyba nie mogliby być bardziej niedobrani. Diddie, piękna córka miejscowego sklepikarza, i Griffin, spadkobierca Fabryki Okien Careya. Niski, skromny i wybitnie inteligentny Griffin był oczarowany królującą w Parrish pięknością, a Diddie, choć pogardzała chłopakiem, którego uważała za "małą, brzydką ropuchę", pożądała tego wszystkiego, co mogło jej zapewnić wyjście za niego.
Griffin musiał zdawać sobie sprawę, że Diddie nie odwzajemnia jego uczuć, ale i tak się z nią ożenił, a potem karał ją za to, że go nie kocha, otwarcie żyjąc z inną kobietą. Diddie udawała, że jej to nie obchodzi. Koniec końców Griffin wyrównał rachunki, odwracając się plecami do osoby, którą Diddie kochała najbardziej... do ich córki.
Chociaż nienawidzili się, nigdy nie rozważali rozwodu. Griffin był najważniejszym przedsiębiorcą w mieście, a Diddie liderką życia towarzyskiego i politycznego. Żadne nie chciało się poddać, przystając na propozycję drugiego, i małżeństwo coraz bardziej się staczało, ciągnąc swoim destrukcyjnym śladem zagubioną małą dziewczynkę.
Sugar Beth minęła świeżo odnowiony bar McDonalda i biuro podróży, którego siedzibę ozdabiały nowe, bordowo-zielone markizy. Skręciła w Valley. Ta wąska ulica, prowadząca do opuszczonego dworca kolejowego, umknęła wysiłkom rewitalizacji miasta. Sugar Beth zatrzymała samochód na pokruszonej łacie asfaltu. Kiedy spojrzała na rozpadający się budynek z czerwonej cegły, uświadomiła sobie, że to w tym miejscu Colin Byrne pozował do zdjęcia na okładkę.
Z dachu pospadały gonty, a popękane deski, którymi były zabite okna, pokrywało graffiti. Wśród chwastów przy torach walały się puszki i potłuczone butelki. Dlaczego Tallulah postanowiła zachować tę ruinę? Jej ciotka, tak samo ojciec, miała obsesję na punkcie lokalnej historii i najwyraźniej nie chciała dopuścić do wyburzenia budynku dworca.
Kiedy Sugar Beth wysiadała z samochodu, przypomniał jej się list, który dostała od ciotki.
Droga Sugar Beth,
zostawiam Ci powozownię, dworzec kolejowy i, oczywiście, obraz, bo jesteś moją jedyną żyjącą krewną, i niezależnie od Twojego zachowania więzy pokrewieństwa są mocniejsze od innych związków. Dworzec kolejowy jest w opłakanym stanie, ale kiedy go kupiłam, zabrakło mi energii i funduszy na remont. Fakt, że dopuszczono, by tak bardzo zniszczał, nie świadczy najlepiej o tym mieście. Jestem pewna, że będziesz chciała go sprzedać, ale wątpię, czy uda Ci się znaleźć kupca. Nawet Stowarzyszeniu Społeczności Parrish brak odpowiedniego szacunku dla historii.
Powozownia znajduje się w rejestrze narodowych zabytków. Pracownię Lincolna zachowaj w takim stanie, jak obecnie. Inaczej wszystko przejmie uniwersytet. A co do obrazu... albo go znajdziesz, albo nie.
Serdeczności,
Tallulah Shelborne Carey
PS Niezależnie od tego, co mówiła Ci matka, Lincoln Ash mnie kochał.
Koniec wersji demonstracyjnej.