Książki-cytaty-strzępki - to znaki kurczącej się wraz z upływem czasu kulturowej przestrzeni uważności Czapskiego. Naturalny proces przynoszący kolejne stopnie ograniczeń jest stałym motywem zapisów w Dzienniku przez kilka dekad. Już w 1965 roku, a zatem mając 69 lat, pisarz wnikliwie badał zmiany, jakie na jego uważności wymuszał czas:
Starość: wzrost godzin bezmyślnych, godzin nieistnienia? Czy koniecznie? Wysiłek, żeby żyć, żeby chodzić, kiedy boli krzyż, żeby zdążyć i wszystko zapamiętać, kiedy słabnie pamięć, kiedy rosną luki w uwadze, kiedy rośnie potrzeba odpoczynku, samotności, a jednocześnie nie wygasł głód obcowania, kiedy imaginacja, pragnienia są młodsze od ciała, które już trzeba dźwigać. Ale w zamian myśl może być głębsza - doświadczenie lat pracy i przecież myśli, lat życia [...]. Ale trzeba nie dawać się unieść imaginacji, wiedzieć, na co cię stać i na co nie, ograniczać się. [...]
[...]
[...] Starość to świadomość, ale ona jest na coś zdatna tylko, jeżeli się z niej wyciąga precyzyjne wnioski, na początku pracy jakby naraz narośnięcie ostrości widzenia i całościowości widzenia - postęp. Ale jak szybko upadek uwagi. (PZL, s. 30-31)
Miarą pożądania stanu napięcia uwagi są emocje, jakie towarzyszą poczuciu niemożności osiągnięcia go. Związane z tym wypowiedzi najbardziej przejmująco brzmią w ostatnich, z trudem odszyfrowanych przez bliskich, zapiskach Czapskiego z 1993 roku. Uwaga, jakiej wymaga sama egzystencja projektowana według określonych reguł, w ostatnich latach słabła; trudności w prowadzeniu Dziennika, formułowaniu myśli mówią o skali cierpienia i wysiłku sprostania wyzwaniom:
Jestem znikąd dziś! Jestem nieprzemijająca pauza. [...] Zaczynam znikąd i donikąd. Niedziela ze zgubionym kajetem. [...] Coraz mi trudniej myśleć. Gdzie ja, ten naprawdę? Paciorki się rozsypały. [...]
[...]
[...] Pomieszałem numery ostatnich dzienników, co jest równoznaczne zagubieniu ciągłości w sobie. (PZL, s. 6)
Czapski zdaje sobie wówczas sprawę, że "kontemplacja może być niekoniecznie bezinteresowna" (PZL, s. 7), staje się bowiem orężem w walce o przedłużenie funkcji egzystencjalnych, które uznało się za najważniejsze. To czas, gdy bardziej niż kiedykolwiek praca intelektu przypomina oddychanie: bywa, że nabieranie powietrza jest coraz trudniejsze, lecz nie sposób go zatrzymać: "Chcę, żeby tok moich myśli wysechł, ale ten... [...] Czy to uczciwe pisanie? Autentyczność i nieświadomość" (PZL, s. 8). Tej jedności fizjologicznych uwarunkowań organizmu z aktywnością duchową i intelektualną Czapski był zawsze świadom:
Pisanie dziennika w miarę lat staje się oddechem i z natury rzeczy "oddychamy" nie według planu, piszemy, o czym myślimy, co odczuwamy z chwili na chwilę, bez ustalonej z góry hierarchii ważności (kieruje nami tylko mniejsza lub większa siła przeżycia w chwili pisania, a nie logika i to, to jest dziennik: ile tam zainteresowania sobą, swoim ciałem, swoim nastrojem!). (WS, s. 93)
Wojciech Karpiński, wspominając swoje rozmowy z Czapskim i wypowiadane przez niego frazy, przywołał tę dobrze zapamiętaną, jedną z ostatnich usłyszanych od przyjaciela - swoisty autokomentarz do całego dzieła życia: "Opowiadałem swój oddech" (PZL, s. 45).
Nie tylko pisanie, także rysowanie spełniało dla Czapskiego funkcję oddychania:
Moja radość życia? Chyba to słowo znaczy: wola życia, pracy po odnalezieniu się w samotności, i wyraża się w tym, że znowu oddycham swoim oddechem, znowu widzę, oddycham oczami. (WS, s. 83)
Te dwie podstawowe aktywności: pisanie i rysowanie, biegnące równolegle na kartach Dziennika, w tym szczególnym uzdolnieniu Doppelbegabung mają znaczenie funkcji życiowych, biologicznych i duchowych.
Podobny obraz somatyzacji procesu tworzenia znajdziemy u Miłosza. Marek Zaleski w interesującym szkicu Od "grzechu anielstwa" do "uważności", czyli poezja jako instalowanie się w świecie przywołuje jedną z ostatnich fraz poety: "Zapisy mego czucia, że żyję, oddycham. Tym były moje wiersze, więc hymnami wdzięczności. A zarazem z tym byłem świadomy nieszczęścia, skaleczenia"21, jak też tę ważną deklarację:
21 C. Miłosz, Wiersze ostatnie, Kraków 2006, s. 7; cyt. za: M. Zaleski, Od "grzechu anielstwa" do "uważności"..., dz. cyt.., s. 30.
Poezja jest energią. Otóż istnieje we wszechświecie tajemnicze wspólnictwo pomiędzy energią, ruchem, rozumem, życiem i zdrowiem. Czy są pesymistyczne czy optymistyczne, wiersze są zawsze pisane przeciwko śmierci22.
22 C. Miłosz, Rencontre Mondiale de Poésie, w: Zaczynając od moich ulic, Paryż 1975, s. 346; cyt. za: M. Zaleski, Od "grzechu anielstwa" do "uważności"..., dz. cyt.
Czapski powiedziałby, że nie tylko przeciwko śmierci, także przeciw acedii - martwocie za życia. Ten wątek refleksji zarówno u Czapskiego, jak i u Miłosza ma wspólnego przewodnika w osobie Simone Weil. Czapski wielokrotnie, jakby zadziwiając siebie samego, potwierdzał wpływ jej myśli, które wydobywały go z marazmu, słabości, zmęczenia. W Dzienniku z 11 stycznia 1970, "po pracy", w poczuciu znalezienia się "w ciemności" sięga do korespondencji Weil, cytując jej słowa:
[...] żyłam i pracowałam z codziennym uczuciem, że moje intelektualne możliwości były literalnie w przededniu zupełnego wygaśnięcia... ale są skarby miłosierdzia dla tych, którzy pragną prawdy. Nie mogą oni pozostawać w ciemności. Ale w zamian za to miłosierdzie jest obowiązek wszystko podeptać (piétiner) w sobie samym prędzej, niż ścierpieć, niż przyjąć przeszkodę, zgodzić się z jakąkolwiek przeszkodą na drodze ku prawdzie. (PZL, s. 39)
Emocjonalny komentarz Czapskiego do tych słów rozpoczyna się tak:
Dlaczego, dlaczego ta szalona, ta wariatka, nie Pismo Św. ani Izajasz nie pomagają mi, nie pokrzepiają, jak ona. Szalona? Wariatka? ale to "piétiner", to okrucieństwo wobec siebie [...]. (PZL, s. 39)23
23 Te słowa, skierowane do siebie, a będące częścią trwającego wiele lat dramatycznego sporu z Weil, Czapski także wykrzyczał. Jak opowiada Adam Zagajewski w znakomitym i poruszającym eseju Piłowanie i błysk (w: Czapski i krytycy..., dz. cyt., s. 527), Czapski podczas przedstawienia poświęconego życiu mistyczki uprzedził kwestię aktorki wcielającej się w Simone Weil i z widowni krzyknął: "Elle est folle! [Ona jest szalona!]".
Imperatyw czujności i energii wypływający ze źródeł metafizycznych bądź przesłanek etycznych zwykle był u Czapskiego przesycony wątpliwościami, sceptycyzmem, niepewnością.
Tresura wewnętrzna
Przedmiotem uważności dla Czapskiego okazuje się cała rzeczywistość: natura i dzieła sztuki, człowiek, ten Inny i "ja", przedmioty i myśli, obrazy i słowa, rzeczy codzienne i sytuacje wyjątkowe w swojej drastyczności oraz te niezwykłe w pięknie. Stan uważności nie jest kontemplacją rzeczywistości percypowanej zmysłowo, jest aktywną postawą czujności wobec świata, nie pozwalającą uronić nic z tego, co zostało nam dane. Czuwanie wymaga stałego pobudzania i samodyscypliny. W całym bogatym życiu Czapskiego krzyżowały się motywacje etyczne, metafizyczne i estetyczne. Głębokie poczucie odpowiedzialności za innych współbrzmiało z ewangelicznym wezwaniem do czujności z przypowieści o Pannach Mądrych i Głupich. Napięcia uwagi wymaga każda chwila, mogąca nagle zmienić się w tę ostateczną. Trzeba wyposażyć się we wszystkie dostępne narzędzia gotowości, by sprostać wyzwaniu gwałtownej odmiany czasu. Czujność wymaga racjonalnych atrybutów, asekuracji, zabiegów zabezpieczających i ograniczających ryzyko niesprostania chwili. Nie leży tylko po stronie instynktu, jest owocem pewnej sprawności, kondycji; ostatnie zdania jednego z tekstów towarzyszących Czapskiemu całe życie, Contre Sainte-Beuve Prousta, brzmi:
Dochodzi się do wieku, kiedy talent słabnie tak jak pamięć; muskuł umysłu, który uruchamia pamięć wewnętrzną i wspomnienia świata, traci siły. Bywa, że wiek ten trwa całe życie, bo tego mięśnia nie ćwiczymy, bo przedwcześnie spoczywamy na laurach... (PZL, s. 143)
"Muskuły umysłu" zachowują sprawność dzięki ćwiczeniu się w czujności:
Łaska radości życia, gdzie wszystko może się przemienić w radość, w błogosławienie życia - nie od ciebie zależy. Od ciebie zależy to, co S.W. nazywa dressage (tresura wewnętrzna), która musi być zawsze; i zdolność czekania, ogromna wytrwałość w czekaniu. "Chce mi się" - to jest przecie wola życia, najbardziej uzależniona od wszystkiego, od nastroju, najszybciej przemijająca, na niej jednej nie można nic budować, ją można wykorzystywać, kiedy jest, nic więcej, a do śmierci musi być dressage, nie "mi się chce", a "ja chcę" - to jest podstawa. (WS, s. 107)
Owa tresura wewnętrzna dotyczyła treningu uważności. Słowa Weil zapadły Czapskiemu w pamięć tak głęboko, iż stały się miarą jego własnego życia, a także życia wszystkich innych, których gromadził wokół siebie w swojej imaginacyjnej kolekcji słów obrazów. Tak jest np. z jego ulubionym de Biranem:
"[...] nie kłamać i mieć napiętą uwagę" - to zdanie Simone Weil może służyć za epigraf całego życia Birana. Wpatrując się nieustannie w siebie, pisząc ciągle o sobie, ten człowiek o twarzy jak z portretu Greuze'a "nie kłamał i miał zawsze napięta uwagę". (C, s. 152)
Uważność była przez Weil postrzegana nie tylko z perspektywy teologicznej i etycznej, także - wolicjonalnej. Przekonanie o wyższości uważności nad wolą było dla Czapskiego istotnym przesłaniem. Przywołując opinię Gustave'a Thibona ze wstępu do pośmiertnie wydanej La Pesanteur et la grâce, skupia się pisarz na zagadkowej frazie z tej książki: "Trzeba być obojętnym na dobro i zło, ale naprawdę obojętnym, to znaczy na jedno i drugie kierować jednakowo światło uwagi". I z wywodów Weil wyciąga fundamentalny wniosek: "Nie wola, a uwaga może nas pchnąć naprzód na drodze rozwoju" (C, s. 151). Uważność to jedna z najbardziej niejasnych i zagadkowych miar, jaką Czapski przykładał do "sztuki życia". Uważność rozpięta pomiędzy duchem a ciałem, świadomością a nieświadomością, ruchem a bezruchem, należąc do, jak by powiedział Sloterdijk, "uniwersum ludzkich napięć wertykalnych" (S, s. 20), czyniła z Czapskiego "artystę przemienienia"24.
24 Celowo przywołuję tu tytuł eseju Marii Janion Artysta przemienienia (w: Czapski i krytycy..., dz. cyt.) poświęconego Czapskiemu, a nawiązujący do romantycznego "przeanielenia", aby skonfrontować różne style próbujące nazywać podobne fenomeny.
Pokój Czapskiego
W sztuce, a także w refleksji nad nią w XX wieku ugruntowuje się przekonanie nie tylko o słabnącej aurze dzieła sztuki, ale również o jego zanikającym statusie w świecie artystycznym. W latach sześćdziesiątych zaczęto kwestionować konieczność materialnego istnienia artefaktu, do czego sztuka konceptualna starała się dostarczyć argumentów. Równolegle z tym procesem rosło znaczenie wszystkiego, co należało do praktyk "okołoartefaktycznych".
Wszystkie kolejne kroki podejmowane przez artystę - szkice, rysunki, modele, studia, nieudane bądź porzucone próby, myśli, rozmowy - są interesujące. Pokazują bowiem proces myślowy artysty, który czasami jest ciekawszy niż końcowy produkt.
- powie współczesny estetyk25. Ze strony samych artystów płynęły sugestie kierujące zainteresowanie na proces twórczy i podmiot. Literaturoznawstwo z jego nowym spojrzeniem na dokumenty osobiste, krytyka genetyczna, antropologia i socjologia w ciągu ostatnich dekad wzmocniły tę tendencję.
25 S. LeWitt, Paragraphs of Conceptual Art, w: Esthetics Contemporary, ed. R. Kostelanetz, New York 1987, s. 416; cyt. za: Wizje i re-wizje. Wielka księga estetyki w Polsce, red. K. Wilkoszewska, TAiWPN Universitas, Kraków 2007, s. 203.
To wszystko, co możemy znaleźć w świecie Józefa Czapskiego - my, którzy nie mieliśmy okazji go znać - staje się dostępne poprzez materię świadectw i spuściznę artystyczną. Jest w Krakowie miejsce dedykowane Józefowi Czapskiemu. Z inicjatywy jego przyjaciół, przede wszystkim Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy, powstała wyjątkowa przestrzeń nawiązująca do formuły muzeum biograficznego, a jej punkt centralny stanowi niewielkie pomieszczenie, będące rekonstrukcją pokoiku z Maisons-Laffitte, w którym Czapski spędził kilka dekad. Oryginalne meble (nawet okiennice, drzwi i framugi), przedmioty codziennego użytku, sztalugi z niedokończonym obrazem odtwarzają materialną, ascetyczną przestrzeń życiową artysty. Brakuje w niej tylko szczupłej, wysokiej postaci, jak sam żartobliwie mówił: "największego polskiego malarza". Pokój Czapskiego - zwykłe, zniszczone, wytarte rzeczy, przedmioty "bezkształtne i kalekie", to "nic", którego artysta zawsze poszukiwał - dziś "trwa i lśni". Czy wobec tego miejsca możemy powtórzyć: "każdy atom głazu / widzi cię. Musisz życie swe odmienić"? Czy wrażliwość, wyobraźnia i oczekiwania człowieka początku XXI wieku, odrzucając autorytet arcydzieł, "zamieszkają w teraz" małego pokoiku i czy to, co w nim usłyszą, zabrzmi jak rilkeańskie wezwanie?
KULTURA POWAGI (GRAVITAS) I EDUKACJA. Z WITOLDEM GOMBROWICZEM W TLE
Ani Pilch
"Żarty się skończyły"
Jesień 2020 roku przejdzie zapewne do historii jako czas doświadczania grozy pandemii, a zarazem okres nasilenia podziałów i konfliktów społecznych, kulturowych, pokoleniowych. Potoczna fraza używana w różnych sytuacjach: "żarty się skończyły" była wykładnią komunikatów lekarzy, polityków i obywateli manifestujących na ulicach. Formułowanie sądów na temat granic pomiędzy rzeczami błahymi i ważnymi, rozróżnienie pomiędzy tym, co wyjątkowo ważne, a tym, co mniej ważne lub zupełnie nieistotne, nie jest domeną takiej czy innej dziedziny nauki. Jest to sfera podlegająca głębokiej internalizacji i należy do codziennych operacji myślowych przekładających się na postrzeganie rzeczywistości i działania każdego z nas. Wraz z takimi pytaniami wkraczamy na teren równie niepewny i objęty silnym relatywizmem, jak kwestia smaku czy poczucia humoru. Co dla mnie jest tak ważne, że jestem skłonna powiedzieć: "stop, żarty się skończyły!"? Czy w ogóle jest taka granica? Czy też wszystko, co mnie otacza i co tworzy krajobraz moich poglądów, wrażliwości, uczuć, można uczynić obiektem ironii, żartu, memu, zamienić w "bekę" lub pomniejszyć do rozmiarów błahostki?
W tak formułowanych pytaniach mieszają się dwa porządki, w znacznym stopniu nakładające się na siebie: rzeczy ważne nie zawsze są rzeczami poważnymi, a rzeczy błahe nie są tożsame z przeczącymi powadze. Gdyby problem ująć najogólniej, można by założyć, iż opozycja: rzeczy ważne - rzeczy błahe mówi o przedmiotach czy jakościach, którym przypisujemy wartość; opozycja: rzeczy poważne - rzeczy niepoważne koncentruje się wokół kategorii gravitas1. Rozróżnienie to, wskazując z jednej strony bieguny aksjologii i etyki, z drugiej - estetyki, nigdy nie było ostre, mówiło raczej o dominantach niż o sprzecznościach.
1 Inspirującego materiału do rozważań tej problematyki dostarcza dwutygodnik.com - strona kultury (szczególnie wydania z 2014 i 2015 roku).
Kultura gravitas
W połowie drogi mojego żywota pośród ciemnego znalazłem się lasu.
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Łacińska gravitas jako waga, ważkość, powaga, ciężar zakłada pewien sposób widzenia świata, a rozpatrywana jako kategoria intelektualna ma punkt odniesienia w różnych dziedzinach wiedzy i rzeczywistości. Modelowanie znaczenia gravitas wynika z wyboru kontekstualizacji filozoficznej, kulturowej, socjologicznej czy estetycznej. Gravitas jako słowo należące do słownika aksjologii, mówiące o tym, co obdarzamy wartością, a co jej pozbawiamy, wchodzi do dyskursów wszystkich kultur i w każdym czasie. Zazwyczaj wywołuje też stanowiska radykalnie różne i właściwie się wykluczające. Pojęcie wagi/powagi kojarzone jest raczej z biegunem fundamentalizmu czy integryzmu i bywa przeciwstawiane relatywizmowi bądź nihilizmowi. Taka polaryzacja pojawia się, gdy przyjmowanie pewnych wartości jest połączone z przekonaniem o ich dominacji, czyli wyłączności lub wyższości nad wszystkimi innymi. Konsekwencją jest uznanie, że powinny one nie tylko być, ale i obowiązywać. Na przykład honor czy godność nie są tylko aprobowanymi wartościami jako składniki przyjętego systemu aksjologicznego, ale fundują wzorce osobowe, które w ramach określonych kulturowo zasad winny być częścią kanonu zachowań społecznych. W takim duchu Carl Schmitt opisywał "tyranię wartości", odnosząc się krytycznie do fenomenologicznej aksjologii Maxa Schelera: "kto mówi o wartościach, pragnie by obowiązywały, chce je przeforsować"2. Taka radykalność postaw jest tym silniejsza, im wyrazistsza w danym dyskursie staje się moralna wykładnia świata.
2 C. Schmitt, Tyrania wartości; cyt. za: M.P. Markowski, Wojny nowoczesnych plemion. Spór o rzeczywistość w epoce populizmu, Karakter, Kraków 2019, s. 170.
Gravitas w rytmach kultury
Hajda, hajda, hajda na nowoczesny styl [...]!
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Gravitas jest głęboko zanurzone w rytmach historii kultury opisywanej w kategoriach opozycji. Gravitas i jej przeciwieństwa zaczęły odgrywać kluczową rolę w kolejnych etapach konfrontacji romantyzmu z klasycyzmem i konstytuowania się nowoczesności. "Ciężar" stał się słowem przywołującym jakości negatywne i był wykorzystywany w języku literatury, jak i dyskursie filozoficznym i naukowym. Zbuntowany, anarchistyczny romantyzm połączył gravitas z ciężarem władzy, despotyzmu, a także starością, anachronicznością. Lekkość skrzydeł, dynamika ruchu, sprężystość młodego ciała stawały się obrazami wizualizującymi tęsknoty za przezwyciężeniem oporu materii. Anarchia uczuć i wyobraźni były istotnymi przesłankami światopoglądowymi kształtującymi formy kultury i jaźń.
Dialektyczna para nadająca ton estetyce XIX wieku: antiquus vs. modernus mogłaby zostać opisana przez opozycję ciężaru i lekkości. Za sprawą filozofii kultury i rodzącej się myśli socjologicznej ten słownik znajduje zastosowanie w diagnozach nowoczesności. Gravitas staje się jedną z cech kultury opresywnej, hierarchicznej, zamkniętej. Sugestywny język Fryderyka Nietzschego z leitmotivem ducha lekkości i ducha ciężkości stawiał w nowym świetle m.in. kwestię pewności i niepewności poznania. Jednak przypadek Nietzschego mówi także o znamiennej ambiwalencji gravitas; jeśli dla niego ciężar nabiera symbolicznych znamion unieruchomienia, martwoty, której filozofia życia nie aprobuje, o tyle gravitas jako retoryka powagi, a zatem patosu i wzniosłości, pozostaje dla jego dzieła kluczowa. Lekkości myśli tańczącego filozofa Zaratustry nie zawsze towarzyszy śmiech.
Gdyby przyjąć umownie, że głos Nietzschego, umieszczający ducha ciężkości w sferze negatywnej i obdarowujący szczególnym przywilejem taneczną lekkość, jest ważną cezurą w historii apologii dystansu, lekkości, ironii, śmiechu, to niewątpliwie poszukiwanie śladów tego typu relacji doprowadziłoby nas do współczesnej kultury XXI wieku. Kultura gravitas leżałaby na antypodach nowoczesności i płynnej ponowoczesności.
Gravitas i ironia w porządku edukacji
Z tumanu chaosu [...] miałem się przenieść pomiędzy
formy klarowne, skrystalizowane - przyczesać, uporządkować,
wejść w życie społeczne dorosłych.
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Richard Rorty stworzył termin "słownika finalnego" człowieka, który jest jego "ostatnią instancją językową, jaką używa do uzasadnienia swoich działań, swoich przekonań i swojego życia"3. Gravitas należy do słownika finalnego wielu dyskursów. Rorty konstruuje opozycję pomiędzy skrajnie odmiennymi sposobami rozumienia i wykorzystywania słownika finalnego: to przeciwieństwo ironii i zdrowego rozsądku, liberalnej ironistki i metafizyka w rozumieniu Heideggera. Gravitas, należąc do słownika finalnego jednej i drugiej strony, zajmuje w nich zupełnie różne pozycje.
3 R. Rorty, Przygodność, ironia i solidarność, tłum. W.J. Popowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009, s. 121.
Ironia jest jednym z najbardziej podejrzanych słów w słowniku finalnym o niebywale długiej i bujnej historii. Obszar kultury, w jakim funkcjonuje to pojęcie, ma charakter palimpsestowy: spod jednego obszaru prześwituje drugi, i to zarówno w porządku jakiejś systematyki, typologii, jak i diachronii. Ironia filozoficzna łączy się z ironią retoryczną, a tej przecież blisko do ironii jako kategorii stylu czy poetyki. Najbardziej wyraziste modele historyczne - jak ironia romantyczna, sokratyczna czy retoryczna mają swoje echa i kontynuacje w nowoczesności i ponowoczesności4. Sens, jaki chciałabym tu przywołać, łączy się z zastosowaniem ironii w estetyce antropologicznej, a zatem określa przede wszystkim postawę ironiczną.
4 W. Szturc, Eironeia, Księgarnia Akademicka, Kraków 2018.
Richard Rorty w jednej z najbardziej znanych swoich książek: Przygodność, ironia i solidarność nazywa ironistami tych, którzy "nigdy nie są do końca w stanie traktować siebie poważnie". Zasadnicza charakterystyka odnosi się jednak do sposobu posługiwania się owym słownikiem finalnym i kształtowanej przez niego jaźni: ironista ma świadomość braku jednego, właściwego i uniwersalnego słownika, słowniki podlegają bowiem zmianie, są "przygodne i kruche"5. Przeciwieństwem ironisty jest metafizyk, którego atrybutem jest "zdrowy rozsądek"; to on jest
5 R. Rorty, Przygodność, ironia..., dz. cyt., s. 122-123.
[...] hasłem tych, którzy wszystko, co ważne, bez wahania opisują za pomocą słów zaczerpniętych z finalnego słownika, do którego oni sami i otaczający ich ludzie przywykli. Mieć zdrowy rozsądek oznacza traktować jako niepodlegający dyskusji fakt, że wypowiedzi sformułowane w tym finalnym słowniku wystarczają do opisu oraz ocen przekonań, działań i życia tych, którzy posługują się odmiennymi słownikami finalnymi6.
Rorty nie tylko kreśli ostrą opozycję między tymi postawami na różnych poziomach jaźni i epistemologii ("Metafizycy uważają, że istoty ludzkie z natury pragną wiedzy"7), ale też wyraźnie je wartościuje, utożsamiając się z pozycją ironistki i polemizując z metafizykami.
Problemem, który chciałabym tu zasygnalizować, jest możliwość odniesienia opozycji ważny/poważny oraz ironii do porządku edukacji. Rorty bowiem sugeruje, że postawa ironisty jest raczej postawą wtórną, ryzykowną do przyjęcia w początkowej fazie dojrzewania i rozwoju jednostki: "nie potrafię wyobrazić sobie kultury, która uspołeczniałaby młodzież w taki sposób, by budzić w niej ciągłe wątpliwości co do samego procesu uspołecznienia. [...] Ironia jest czymś [...]) reaktywnym. Ironiści nie potrafią się obyć bez czegoś, w co by powątpiewali, od czego byliby wyobcowani"8. Ta teza amerykańskiego pragmatysty, zgodna chyba zresztą z powszechną intuicją, wskazuje na niezwykle trudny i skomplikowany dylemat z pogranicza psychologii rozwojowej i zasad kształcenia. Edukacja polegająca na gromadzeniu informacji i nauczaniu metod ich zdobywania, systematyzowania i przede wszystkim zastosowania, winna być przeniknięta także troską o kształtowanie wrażliwości na wartość "pewności" i "niepewności". Kształtowanie obrazu świata wraz z budowaniem własnej tożsamości w procesie dojrzewania jednostki łączy się ze stałym cieniowaniem relacji "ja"-rzeczywistość, a także relacji z samym sobą, barwami powagi i ironii.
Powaga czy śmiech? O materiale, z którego buduje się bezpieczeństwo ontologiczne "ja"
Rozpięty pomiędzy wyższością i niższością...
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Dyskursy operujące pojęciem gravitas (wagi, ważności) włączają się w usankcjonowane w danych kulturach systemy wartości. W ich kontekście funkcjonują także pytania o wagę i powagę jako kluczowe problemy tożsamości, a w szczególności dojrzewania jednostki. Charles Taylor w Źródłach podmiotowości przypomina znaną tezę, że "aby mieć jakieś wyobrażenie tego, kim jesteśmy, musimy mieć wyobrażenie tego, jak stawaliśmy się i dokąd zmierzamy"9.
9 Ch. Taylor, Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej, tłum. M. Gruszczyński i in., wstęp A. Bielik-Robson, oprac. T. Gadacz, WN PWN, Warszawa 2001, s. 94.
Anthony Giddens w Nowoczesności i tożsamości, analizując podmiotowość w okresie późnej nowoczesności, poświęca jedne z rozdziałów problematyce "bezpieczeństwa ontologicznego" i "niepokojów egzystencjalnych". Pytania egzystencjalne, jakie stawia zdaniem Giddensa człowiek, dotyczą śmierci, wieczności, Innego i wreszcie samej tożsamości jednostki. Podkreśla wagę narracji tożsamościowej jako czynnika sprzyjającego ukonstytuowaniu się "ja", dającego szansę poczuciu ciągłości. Problematyka podmiotu nowoczesnego wskazuje dominujący model "ja" niepewnego, kruchego, pełnego lęków, rozbitego, pozbawionego poczucia ciągłości biograficznej. W tym kontekście pojawia się u Giddensa charakterystyka osobowości, którą określa jako "normalną":
Osoba, której tożsamość jest w miarę stała ma poczucie ciągłości biograficznej, więc jest w stanie odnieść się refleksyjnie do przebiegu własnego życia i, mniej lub bardziej wyczerpująco, zrelacjonować je innym. Osoba ta wykształciła także przez wcześniejsze relacje zaufania kokon ochronny, który w sytuacjach życia codziennego izoluje ją od wpływu czynników, które mogłyby naruszyć całość jej tożsamości i zagrozić poczuciu własnej wartości. Wreszcie jednostka taka jest w stanie uznać własną wartość. Ma dość szacunku dla samej siebie, by zachować poczucie, że żyje, czyli że refleksyjnie kontroluje rzeczywistość, a nie jest jedynie jej bezwolnym elementem10.
10 A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość. "Ja" i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, tłum. A. Szulżycka, WN PWN, Warszawa 2006, s. 77.
Wydaje się, że warunkiem powstania takiej osobowości jest przypadające na okres dzieciństwa i dojrzewania wytworzenie poczucia bezpieczeństwa ontologicznego. Ten rodzaj zaufania, którym obdarza się opiekunów i akceptuje mechanizmy kulturowe, umożliwia w fazie świadomości refleksyjnej opanowanie niepokojów egzystencjalnych:
Świadomość praktyczna oraz odtwarzana przez nią rutyna codzienności pomagają wziąć w nawias te niepokoje nie tylko - a nawet nie przede wszystkim - dzięki stabilności społecznej, którą tworzą, ale ze względu na konstytutywną rolę w wytwarzaniu perspektywy "jak gdyby" w odniesieniu do kwestii egzystencjalnych. Dostarczają instrukcji, które na poziomie praktyki "odpowiadają" na pytania, jakie można by zadać odnośnie do struktur egzystencjalnych. [...] niezwykle ważne jest to, w jakim stopniu różne środowiska kulturowe mogą być źródłem "wiary" w spójność życia codziennego, uzyskiwanej za pośrednictwem dostarczanych przez nie symbolicznych interpretacji kwestii egzystencjalnych. Ale poznawcze ramy znaczenia nie zdołają wygenerować wiary, jeśli nie znajdą oparcia na poziomie oddania emocjonalnego, które pochodzi przede wszystkim z nieświadomości. Takiemu oddaniu odpowiadają na równi zaufanie, nadzieja i odwaga.
[...] W procesie wykształcenia w przestrzeni potencjalnej relacji między dzieckiem a opiekunami od najwcześniejszych dni życia fundamentalną rolę odgrywają nawyk i rutyna. Ustanowione zostają rdzenne powiązania między rutyną, czyli odtwarzaniem koordynujących działania konwencji, i poczuciem bezpieczeństwa ontologicznego, jakie będzie towarzyszyć działaniom jednostki w dalszym życiu. [...] Ale w rutynie codzienności znajduje też wyraz tkwiąca głęboko ambiwalencja, która wynika z ich wczesnego powiązania z dyscyplinowaniem. [...] Nawyki i działania rutynowe to najważniejszy bastion obrony przed grożącymi jednostce lękami, ale z tego samego powodu jest to zjawisko samo przez się wywołujące stan napięcia11.
Giddens dowodzi zatem, że w rozwoju jednostki rodzące się poczucie bezpieczeństwa ontologicznego, zakładające wytworzenie postawy zaufania, nadziei czy odwagi, jest w dużej mierze oparte na systemie rutyny i nawyków wytworzonym w danej kulturze. To on, działając jak "emocjonalna szczepionka", buduje "kokon ochronny" wokół dojrzewającego człowieka. Dostrzega przy tym ambiwalencję rutynowych praktyk: w wersji silnie dyscyplinującej mogą mieć skutek odwrotny - prowadzić do intensyfikacji lęków egzystencjalnych.
*
Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny rodzaj ambiwalencji: działania rutynowe są nie tylko źródłem emocji tworzących bufor bezpieczeństwa jednostki; wszelkiego rodzaju rutynowe, automatyczne działania są nieustanną pożywką dla komizmu i śmiechu. Wśród licznych teorii najmocniej podkreśla tego rodzaju źródła komizmu koncepcja Henriego Bergsona. Mechaniczna powtarzalność daje impuls do postawy dystansu, ironii, różnych form śmiechu (parodii, żartu). Autor Ewolucji twórczej przekonuje, że wszelkie usztywnienie umysłu, ciała, języka, przeradzające się w rodzaj automatyzmu, pobudza nas do śmiechu. Ta zasada obowiązuje w sztuce i w życiu, komizm jest żywiołem przenikającym te rozdzielne, według Bergsona, rejony:
Gesty oratora, z których żaden nie jest śmieszny oddzielnie, budzą śmiech przez swoje powtarzanie się. [...] Nagięcie życia do mechanicznego rytmu jest prawdziwą przyczyną śmiechu. [...] Mechanizm wtłoczony w przyrodę oraz automatyzm narzucony przepisami życiu społecznemu są to dwa typy efektów komicznych12.
12 H. Bergson, Śmiech. Esej o komizmie, tłum. S. Cichowicz, przedm. S. Morawski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977, s. 76-88.
Otóż tak właśnie widziałabym znak postawiony na rozstajach dróg, miejsce krytyczne w procesie dojrzewania wyznacza mechanizm nawyków i codziennej rutyny: jeden drogowskaz wiedzie ku bezpiecznej krainie, którą włada minimum pewności utkanej z emocji ufności, dające nadzieję i odwagę. Drugi drogowskaz prowadzi do krainy nie-powagi, w której niepewność szlaków może dawać przyjemne poczucie lekkości błądzenia, ale także przynosić gorycz wątpienia i deziluzji. Innymi słowy, można tę kwestię sformułować w formie pytania: czy praktyki edukacyjne (i na jakim etapie rozwoju jednostki) winny zmierzać przede wszystkim do budowania sfery pewności i pozytywnych emocji, które będą działać jak szczepionka na zagrożenie lękami współczesnej cywilizacji, czy też raczej kształtować krytyczny dystans, uczyć władania ironią, dawać narzędzia przezwyciężania sztywnej rzeczywistości i rozbijania rutyny przyzwyczajeń?
Tabuizowanie powagi, totalitaryzm śmiechu
[...] i wszystkie te części gwałciły się dziko w atmosferze wszechobejmującego i przejmującego panszyderstwa.
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Matthew M. Hurley, Daniel C. Dennett, Reginald B. Adams, Jr - autorzy pokaźnego dzieła Filozofia dowcipu. Humor jako siła napędowa umysłu rozpoczynają swój wywód na temat neurologiczno-ewolucyjnych uwarunkowań śmiechu od aktualnej kulturowej konstatacji:
Zdaniem ludzi teatru komedia stanowi połowę życia (druga połowa to tragedia). [...] Dzisiaj nasze upodobanie do komedii zdecydowanie góruje nad zamiłowaniem do tragedii. Znaczna część branży rozrywkowej, bez względu na medium (może oprócz muzyki) produkuje humor. Jeżeli w życiu codziennym nie znajdujemy wystarczająco wiele akcentów komediowych, włączamy telewizory i pozwalamy zawodowym komikom wypełnić tę lukę niemal w takim stopniu, w jakim z uporem spędzamy całe dni słuchając nagrań muzycznych. Podobnie jak muzyka, alkohol, tytoń, kofeina, czekolada, humor stał się współczesnym nałogiem13.
13 M.M. Hurley, D.C. Dennett, R.B. Adams, Jr, Filozofia dowcipu. Humor jako siła napędowa umysłu, tłum. R. Śmietana, Copernicus Center Press, Kraków 2016, s. 13-14.
Analogia, którą dalej prowadzą autorzy, dotyczy przede wszystkim czekolady, humor wydaje się tak niezbędny dla każdej komórki naszego organizmu, jak glukoza będąca "paliwem utrzymującym nas przy życiu". Nie wchodząc głębiej w przedstawione przez autorów koncepcje mechanizmów mentalno-emocjonalnych, pytanie o cel humoru i jego odniesienie do pewnych aktualnych diagnoz kulturowych przewija się w całej Filozofii humoru. Znane tezy o wrodzonym apetycie na humor, który został wykształcony w toku ewolucji, bądź uznanie humoru za środek korygujący zachowanie społeczne potwierdzają jego kulturową przydatność. Ale nawet czekolada jest zalecana w umiarkowanych dawkach i nie smakuje dobrze ze wszystkimi potrawami.
Współczesnej kulturze ton nadają z jednej strony media społecznościowe i popkultura, z drugiej - praktyki konsumenckie ze światem reklam na czele. Jedne i drugie są niechętne powadze, która źle się sprzedaje, jest mało perswazyjna i nie sprzyja nawiązywaniu i utrzymaniu relacji w kulturze cyfrowej. Tabuizacja powagi kładzie na drugiej szali zabawę, grę i rozrywkę. Ta szczególna wspólnota śmiechu wytworzona przez media popkultury nie ma nic wspólnego z apologią śmiechu, którą w latach 80. przeprowadził Milan Kundera. Potępienie agelastów (określenie zapożyczone od Rabelais'go), czyli ludzi niepotrafiących się śmiać, oznaczało odrzucenie przekonań o tym, "że prawda jest jasna, że wszyscy ludzie winni myśleć to samo i że oni sami są dokładnie takimi, jakimi się sobie wydają"14. Kundera przekonywał, że "człowiek zostaje indywidualnością wtedy właśnie, gdy traci pewność prawdy i jednomyślne uznanie przez innych"15. Dziedziną wcielającą tę zasadę jest dla Kundery nowoczesna powieść zrodzona z "mądrej niepewności", a pierwowzorem powieści nowoczesnej jest oczywiście Don Kichot Cervantesa. W podniosłych słowach Kundera kreśli narodziny człowieka nowoczesnego:
14 M. Kundera, Sztuka powieści. Esej, tłum. M. Bieńczyk, Czytelnik, Warszawa 1998, s. 139.
Kiedy Bóg opuszczał z wolna miejsce, z którego sprawował niegdyś władzę nad wszechświatem i jego porządkiem wartości, oddzielając dobro od zła i nadając sens każdej rzeczy, Don Kichot wyszedł ze swego domu i nie umiał już świata rozpoznać. Jakoż świat, pod nieobecność Najwyższego Sędziego, objawił się nagle w przerażającej wieloznaczności; boska Prawda, prawda jedyna, rozpadła się na setki prawd względnych, którymi podzielili się ludzie. Tak narodził się świat Czasów Nowożytnych, a wraz z nim, na jego wzór i obraz, powstała powieść16.
Otóż pytanie, które stawia nasza kultura w odniesieniu do psychologii kulturowej i procesu edukacji jednostki, brzmi: jaki jest współczesny Don Kichot, zanim wyruszy w świat? Gdzie jego świat pewników, zanim opuści go dla radości błądzenia po niepewnych szlakach? Innymi słowy: czy rzeczą właściwą jest ustalenie porządku edukacji w takiej kolejności: powaga dostarcza treści pozytywnych a ironia z jej potencjałem krytycznym jest drugą, wtórną fazą? Umiejętność operowania powagą i śmiechem, gravitas i ironią jest chyba jednym z najtrudniejszych wyzwań stojących przed Nauczycielem/Mistrzem. I mało pożytków przynosi wykrętna odpowiedź, że przecież we współczesnej kulturze zatarły się wszelkie granice, więc podobne dywagacje są bezprzedmiotowe.
Wiadomo, że reguła mówienia poważnie o rzeczach poważnych przestała już dawno obowiązywać. I chyba tak naprawdę nigdy nie była sztywna zasadą estetyki nawet dla starożytnych. Zasada stosowności, oddzielająca ostrą cezurą opowieści poważne z bohaterami z kręgów władzy lub sacrum od opowieści nie-poważnych, wkraczających w rejony niskie, miało nawet w antyku swoje wyjątki. Romantyzm, wynosząc formy zmieszania powagi i nie-powagi na szczyty smaku i odkrywając uroki synkretyzmu, groteski i ironii, ciągle jeszcze doceniał siłę tradycji estetyki klasycznej. Dopiero nowoczesność z mniejszą lub większą dezynwolturą uznała za regułę to, co jako paradoksalną zasadę sformułował Oskar Wilde: "powinniśmy traktować poważnie wszystko, co błahe w życiu, a rzeczy poważne traktować ze szczerą i wyuczona lekkomyślnością".
Powaga i śmiech Nauczyciela/Mistrza
Pimko, belfer skądinąd absolutny.
W. Gombrowicz, Ferdydurke
Słynne niegdyś pytanie hodowcy papryki: "Jak żyć, panie premierze?" wprawiło mądrego polityka w konfuzję. Cóż ma począć Nauczyciel/Mistrz, któremu uczeń postawi takie pytanie? Czy są uczniowie stawiający takie pytania, czy są nauczyciele, którym uczniowie takie pytanie zechcą zadać? Nie wątpię, że podobna sytuacja nie należy do utopijnych, skoro uczeni wyznaczają dziś takie standardy autorefleksji: "Co robić? Jak działać? Kim być? Dla każdego, kto żyje w warunkach późnej nowoczesności, są to pytania najistotniejsze - i pytania, na które każdy z nas na jakimś poziomie odpowiada, czy w sposób wyrozumowany, czy przez codzienne zachowania społeczne"17.
17 A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość..., dz. cyt., s. 98-99.
Jak ma się zachować Nauczyciel/Mistrz, odpowiadając na poważne pytania? Czy powiedzieć: "spoko", a może pocieszyć frazą z Księgi Przysłów - "Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości" (17,22)? Grać rola kapłana czy błazna, metafizyka czy ironisty? A może raczej linoskoczka i balansować między śmieszną powagą a powagą śmieszności?
Koniec i bomba
ROZDZIAŁ II
POETYKA WIELKOŚCI (GRANDIS) I POLITYKA. RZUT OKA W STRONĘ XIX WIEKU
O MONUMENTALNOŚCI
O monumentalności można by powiedzieć to, co niegdyś Giordano Bruno powiedział o pięknie: pulchritudo multiplex est - monumentalność jest różnorodna. To oczywiście rodzaj uniku, który zasadnicze pytanie o istotę zastępuje pytaniem o jakość. Bo też przypadek monumentalności doskonale ilustruje niepewny status kategorii estetycznych w ogóle. Kłopot ten bywa różnie rozwiązywany, niekiedy radykalnie: Władysław Tatarkiewicz, na przykład, wyklucza monumentalność z kręgu kategorii estetycznych, uważając, że przynależy ona bardziej do języka krytyki artystycznej niż języka estetyki1.
1 W. Tatarkiewicz, Dzieje sześciu pojęć: sztuka, piękno, forma, twórczość, odtwórczość, przeżycie estetyczne, PWN, Warszawa 1976, s. 185.
Samo słowo, szczególnie w wersji przymiotnikowej, funkcjonuje w języku potocznym. W Słowniku języka polskiego "monumentalne" posiada dwa znaczenia: mające wielkie rozmiary, olbrzymie, masywne, potężne (w rzeźbie, malarstwie, architekturze, a także naturze) oraz mające trwałą wartość, wielkie znaczenie dla kultury. Warto zwrócić uwagę, że zazwyczaj ma ono zdecydowanie pozytywne konotacje. Jego sens wynikający z etymologii (łac. monumentum od monere - przypomnieć) pozwala rozważać znaczenie "monumentalnego" np. w kręgu takich pojęć, jak tradycja czy tożsamość narodowa, zazwyczaj nacechowanych wartościująco. Przegląd słowników innych języków dałby zapewne interesujący wgląd w strukturę mentalności narodowej. Anglicy, na przykład, niechętnie nastawieni do eksklamacji i hiperbol, a lubiący z lekka ironiczny dystans, rzadko umieszczają go w swoich leksykonach, a jeśli się pojawia, to z takimi połączeniami, jak "monumentalna ignorancja"2. Niemcy cenią sobie wszystko, co wielkie i solenne - twierdzi Bernard Nuss, opisując stereotypy kulturowe swoich rodaków3. Z Francji zaś nie przypadkowo wywodzi się powiedzenie, iż od wzniosłości do śmieszności tylko jeden krok. Francuzi, nie stroniąc od grandilokwencji, są bardzo wyczuleni na łączący się z nią niekiedy komizm.
2 To celne spostrzeżenie poczyniła Irena Sławińska w szkicu Monumentalny?, w: W kręgu teatru monumentalnego, red. L. Kuchtówna i J. Ciechowicz, Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2000, s. 13.
3 B. Nuss, Syndrom Fausta. Próba opisania mentalności Niemców, tłum. J. Karbowska, PIW, Warszawa 1995, s. 71-77.
Monumentalność, jako kategoria estetyczna postrzegana w perspektywie tradycyjnych pojęć z teorii i historii sztuki, najbliższa jest wzniosłości. Od starożytności po wiek XVIII wzniosłość była jedną z form piękna i zawierała w sobie dwa składniki: wielkość i powagę. W teorii trzech stylów, kluczowej dla retoryki antycznej i wszelkich jej kontynuacji, styl wzniosły, czyli górny nazywany był również grandis (wielkim) i gravis (poważnym). Dopiero w XVIII wieku wzniosłość, oddzieliwszy się od piękna w niektórych teoriach, wyodrębniła z siebie jakość zwaną grandeur, obejmującą "rzeczy imponujące" w przeciwieństwie do sublime - "rzeczy przejmujących". Ów francuski termin "grandeur" nawiązywał w pewnym stopniu do włoskiej renesansowej "grandezzy", tj. wspaniałości, która była tak istotna w estetykach Leonarda, Trissina, Minturna. Edmund Burke, autor najważniejszego XVIII-wiecznego traktatu o wzniosłości pt. Dociekania filozoficzne o pochodzeniu naszych idei wzniosłości i piękna (1757), uznał, iż wielkość przedmiotu jest jedną z istotnych własności, które budzą poczucie wzniosłości:
Wielkość rozmiarów jest potężną przyczyną wzniosłości. Jest to zbyt oczywiste i zbyt zwyczajna to obserwacja, by trzeba ją było ilustrować; lecz rozważania, kiedy mianowicie wielkość rozmiarów, ogrom, czyli ilość oddziaływuje najmocniej, nie są takie zwyczajne. Z pewnością bowiem ten sam zasięg wielkości wywołuje w niektórych warunkach większy skutek, niż się to dzieje w innych. Zasięg wielkości może być rozważany w terminach długości, wysokości bądź głębokości. Z nich długość najmniej uderza; sto jardów płaskiego gruntu nigdy nie wywrze takiego wrażenia, jak wieża wysoka na sto jardów albo skała czy góra tejże wysokości. Skłonny jestem mniemać, że podobnie wysokość jest mniej majestatyczna niż głębia, i że bardziej jesteśmy przejęci, gdy spoglądamy w przepaść, niż gdy patrzymy w górę na równie wyniosły obiekt; ale zresztą nie obstaję przy tym4.
4 E. Burke, Dociekania filozoficzne o pochodzeniu naszych idei wzniosłości i piękna, tłum. P. Graff, PWN, Warszawa 1968, s. 81.
W powyższej wypowiedzi uderza wyrażona przez autora pewność co do związku wzniosłości i wielkości, jak i głęboka niepewność co do egzemplifikacji. Sama próba ustalenia hierarchii "przedmiotów ogromnych", wywołujących wzniosłość, jest jednak typowa dla klasycznej teorii sztuki i retoryki, które zwykle dążyły do przeprowadzenia gradacji, np. tematów malarskich i poetyckich czy też stylów (wysoki, średni, niski). Torquato Tasso w Dell' arte poetica pisał, iż "temat poezji powinien dobierać wydarzenia nacechowane wielkością i szlachetnością (grandezza e nobilita)"5, zaś, bliski Poussinowi, André Felibien w L'idée du peintre parfait twierdził, że "malarstwu potrzebne jest coś wielkiego, podniecającego i nadzwyczajnego, co może zadziwić, podobać się i pouczać, i to właśnie jest nazywane wielkim smakiem: on sprawia, że rzeczy zwykłe stają się pięknymi, a piękne wzniosłymi i cudownymi: bo w malarstwie wielki smak, wzniosłość i cudowność są jedną i tą samą rzeczą"6.
5 T. Tasso, Dell'arte poetica; cyt. za: W. Tatarkiewicz, Historia estetyki, t. 3: Estetyka nowożytna, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1967, s. 214.
6 A. Félibien, L'idée du peintre parfait; cyt. za: W. Tatarkiewicz, Historia estetyki..., dz. cyt., s. 473.
Na przestrzeni wieków łatwo zauważyć, że kryteria wyboru owych wielkich tematów w literaturze, jak i sztukach plastycznych nie były czysto estetyczne. Monumentalność w znaczeniu wielkości, ogromu przedstawionej rzeczywistości stawała się najprostszym sposobem przekazania mniej lub bardziej określonych treści ideowych. Ten rodzaj służebności odcisnął swoje piętno przede wszystkim na sztuce sakralnej oraz sztuce zrodzonej z presji jakiejś ideologii. Na przestrzeni wieków wyraźnie rysują się dwie sfery życia człowieka, w których monumentalność była jednym z najważniejszych środków wyrazu: to sfera sacrum i sfera władzy.
Monumentalność a wyobraźnia religijna
"Na początku poezji była hiperbola" - twierdzi Dámaso Alonso, hiszpański historyk literatury i poeta7. Zapewne znajdzie się i estetyk przekonujący, iż na początku sztuki była monumentalność, operowanie wielkością. We wszystkich kulturach świata sfera sacrum jest tą, która pobudza wyobraźnię do stwarzania gigantycznych form. W politeizmie i monoteizmie doświadczenie religijne, będące m.in. przeżyciem wielkości i mocy bóstwa, owocowało potężnymi budowlami, posągami, malowidłami: poczynając od tajemniczych bloków Stonehenge, mezopotamskich ziguratów, egipskich piramid, świątyń i posągów w starożytnej Grecji i Rzymie, poprzez średniowieczne katedry gotyckie oraz renesansowe i barokowe kościoły, aż po współczesną architekturę sakralną. Była w tym dumna chęć dorównania dziełom Stwórcy i zarazem pokorne oddanie czci wielkości Najwyższego. W kulturze śródziemnomorskiej z pokrewnych korzeni wyrastał kult herosów i świętych. Heros pogański, jak i chrześcijański stał się ulubionym tematem gigantycznych dzieł rzeźbiarskich i malarskich. Historia sztuki sakralnej to w dużej mierze historia sztuk monumentalnych.
7 D. Alonso, Potworność i piękność w "Polifemie" Gongory, w: Sztuka interpretacji, t. 1, wybór i oprac. H. Markiewicz, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1971, s. 121.
Monumentalność a władza
Każda władza wystawiała sobie pomniki mające upamiętnić jej potęgę - ta zasada znana jest od wieków. Cesarski Rzym stał się pod tym względem niezastąpionym wzorem rytuałów i klasycznego stylu imperialnego. W XVIII i XIX wieku Francja Napoleona, Prusy Wilhelma II, Austria Franciszka Józefa powielały ukształtowane w starożytności formy Herrschaftskunst - sztuki na usługach władzy. Wystawność, wspaniałość, wielkość cechowały obyczaj sprawowania rządów i sztukę, której mecenasami byli panujący. Do pejzażu nowożytnej Europy na trwałe weszły takie formy architektoniczne, jak łuk triumfalny czy panteon (łuki budowali Rzymianie, by uświetnić powrót zwycięskich cesarzy lub wodzów, panteon - początkowo świątynia wszystkich bóstw, z czasem stał się miejscem pamięci i pochówku wybitnych osobistości). W XIX wieku dokonuje się coraz wyraźniej zmiana funkcji społecznej tego rodzaju sztuki monumentalnej. Jest ona nie tylko hymnem na cześć władzy, spełnia rolę instrumentu oddziaływania na społeczeństwo.
W dwudziestowiecznych systemach totalitarnych sztuka staje się narzędziem ideologizacji. Artystyczny postulat "wielkości" dzieł sztuki, szczególnie architektury, odpowiadał wielkim koncepcjom dyktatorskim. Propaganda polityczna posługiwała się nie tylko charakterystyczną retoryką, ale także mową budowli i pomników. Gigantomania rządów totalitarnych wycisnęła swoje piętno na wyglądzie faszystowskiego Rzymu, hitlerowskiego Berlina czy komunistycznej Moskwy. W każdym z tych przypadków monumentalność zrodzona z "wyższych" celów, jakie przyświecały władzy, stawała się syntezą pierwiastków nacjonalistycznych, kultu jednostki i "wtórnej sakralizacji". Kluczową tradycją, do której nawiązywała sztuka totalitarna, był neoklasycyzm, zaś dziedziną dającą największe możliwości presji ideologicznej - architektura. Nieprzypadkowo w 1934 roku niemiecki minister oświecenia publicznego i propagandy stwierdził, że "architektura jest symbolem życia państwa". Styl dyktatur miał dawać wrażenie niezłomności i niewzruszoności, prostota i surowość form klasycznych odpowiadała "wielkości i prostocie" myśli Wielkich Wodzów. We wszystkich trzech wariantach stylu imperialnego, we włoskiej sztuce czasów Mussoliniego (al tedesco), radzieckim "renesansie proletariackim", a przede wszystkim w stylu niemieckim dochodził także do głosu nurt rodzimości (Heimatstil) o proweniencji romantycznej. Opinia Hansa J. Syberberga, iż "bez Ryszarda Wagnera być może nie byłoby w ogóle Hitlera"8, jest niewątpliwie najbardziej radykalnym sformułowaniem tej genezy monumentalnej sztuki totalitarnej. Wielkość, która okazała się tak groźna, straszy do dziś w niektórych stolicach Europy; masywne, ciężkie budowle i wielkie, atletyczne sylwetki mężczyzn i kobiet tworzą niechlubny pejzaż przeszłości.
8 Cyt. za: P. Krakowski, Sztuka Trzeciej Rzeszy, MCK - Irsa, Kraków - Vienna 1994, s. 20.
Przegląd dzieł sztuki pod kątem monumentalności bez ograniczeń czasowych i przestrzennych wydaje się zadaniem dającym połowiczną satysfakcję. Spójrzmy zatem na pewien, i tak szeroko zakrojony wycinek dziejów kultury, w którym kategoria monumentalności nabrała nie tylko wyjątkowej wagi, ale i przybrała szczególnie interesujące formy: to druga połowa XIX wieku.
Architektura: ku czci dworów i na chwałę cywilizacji
To okres, któremu słynne miasta Europy: Paryż, Londyn, Wiedeń, Monachium zawdzięczają swoje obecne oblicze. Styl drugiego cesarstwa we Francji, wiktoriański w Anglii, styl Franciszka Józefa w Austrii i wilhelmiński w Niemczech ujawniają swoje cechy we wspaniałych i monumentalnych budowlach. Wznoszone są wówczas m.in. gmach Opery w Paryżu, Parlamentu w Londynie, budynki przy wiedeńskim Ringu (Parlament, Uniwersytet, Ratusz, Burgtheater i in.). Równocześnie powstają dzieła architektoniczne będące znakiem nowoczesnej cywilizacji, jak wieża Eiffla czy kryte galerie i pasaże. Ten wiek wymyślił tak gigantyczne przedsięwzięcie, jak wystawy światowe. Za Oceanem w Waszyngtonie czy Nowym Jorku króluje styl kolonialny, nawiązujący do eklektyzmu europejskiego naśladującego wiele różnych stylów historycznych. To tutaj jednak niewiele później, wykorzystując nową technologię konstrukcji żelaznych, a potem żelazno-betonowych, wyrosną pierwsze drapacze chmur. Jeśli tym ostatnim przypisać cechę monumentalności, to została ona wymuszona prawami ekonomii: smukłe, wielopiętrowe giganty wymusiła zasada funkcjonalności, nie czysta estetyka czy ideologia.
Podobne nakładanie się różnych tendencji cywilizacyjnych widoczne jest w innej dziedzinie ówczesnej sztuki monumentalnej: pomnikach. Krajobraz wielkich, a i mniejszych aglomeracji dopełniają powstające licznie wyidealizowane postacie wodzów i geniuszy na wysokich cokołach, otoczone zazwyczaj kręgiem alegorycznych figur. Był to czas, kiedy stawiano także pomniki Ideom, np. Rewolucji Francuskiej, Republice, ale także Pracy, Postępowi i Cywilizacji. Jak bardzo tego rodzaju przedstawienia tkwiły w umownych, dobrze znanych od wieków formach, pokazał znakomicie Cyprian Kamil Norwid w Ad leones.
Teatr monumentalny
To, co dokonało się w 2. połowie XIX wieku w teatrze, mieści się przede wszystkim na przedłużeniu romantycznych bojów o autonomię sztuki.
Przełom wieków przynosi wielkie widowiska teatralne: dramaty muzyczne Ryszarda Wagnera w Bayreuth, przedstawienia Appi i Dalcroze'a w Hellerau, słynne spektakle Maxa Reinhardta. Każdy z tych czterech twórców na różny sposób realizował swoją wizję teatru, w której wielkość przedsięwzięcia artystycznego, choć była cechą drugorzędną, odegrała istotną rolę. Wagnerowska idea Gesamtkunstwerk - proponująca dzieło totalne, łączące ściśle poezję, muzykę, obraz, mityczną fabułę i widowisko sceniczne, zawierała w sobie monumentalność wywodzącą się bezpośrednio z patosu i wzniosłości. Patosu, który jest pochodną intensyfikacji środków wyrazu i wzniosłości, jaka rodzi się z podjęcia mitycznych wątków, tragizmu postaci i sytuacji. Na scenie teatru w Bayreuth, zwanej przez Wagnera Mystischer Abgrund (mistyczną przepaścią), wyraźnie oddzielonej od widowni, miało dokonywać się misterium nawiązujące do tradycji antycznej.
O ile monumentalność dramatów muzycznych Wagnera była budowana przede wszystkim z syntezy muzyki, słowa i mitu, o tyle dokonania Appi i Reinhardta zdominowało zafascynowanie przestrzenią sceniczną. Genialne projekty scenografii do oper Wagnera, później m.in. do Orfeusza i Eurydyki Christopha Willibalda Glucka czy Zwiastowania Paula Claudela, ukazały nowy rodzaj harmonii, jaki może zachodzić między trójwymiarową dekoracją, światłem, ruchem i partyturą muzyczną. Przestrzenie rytmiczne w teatrze Dalcroze'a w Hellerau, choć operujące wielkimi dostojnymi formami, stały się zadziwiająco lekkie i nierealne, wymodelowane światłem i ruchem. Ten rodzaj sztuki posiada jakość, którą określiłabym monumentalnością autoteliczną, tym szczególnym przypadkiem, gdy operowanie wielkością dzieła jest wyraźnie i jedynie podporządkowane efektom estetycznym. W podobnym, choć nie w tym samym, kierunku szły pomysły Maxa Reinhardta. Jego Das Mirakel ("Cud"), czyli "tajemniczy spektakl bez słów" wystawiony na arenie londyńskiej Olympii w 1911 roku, zburzył wielowiekowe ograniczenia przestrzenne, jakie nałożył na siebie teatr. Olbrzymia sala została zamieniona w gotycką katedrę z dużymi połaciami barwnych witraży. Reinhardt wystawiał wielokrotnie tragedie greckie i średniowieczne moralitety w salach koncertowych lub przerobionych na teatr gmachach cyrku mieszczących wielotysięczną widownię9.
9 Por. Historia teatru, red. J.R. Brown, tłum. H. Baltyn-Karpińska, Diogenes, Warszawa 1999.
Ten teatr, który powstaje w Europie za sprawą Wagnera, Appi, Reinhardta, Craiga zadomowi się w Polsce przede wszystkim dzięki Stanisławowi Wyspiańskiemu i Leonowi Schillerowi. Idea "teatru ogromnego" Wyspiańskiego odpowiada fundamentalnym założeniom wielkich reformatorów: otwarciu się ku wielkiej przestrzeni sceny i widowni. Autor Akropolis stworzył architektoniczny projekt takiego amfiteatru usytuowanego na zboczu Wzgórza Wawelskiego na wzór teatru greckiego. Teatr otwarty i teatr masowy był opozycją wobec teatru naturalistów, jak i intymnego, kameralnego teatru symbolistów. Polski wariant tego teatru zawierał w sobie cechę swoistą, rodzimą: miała to być świątynia narodowa łącząca dodatkowo sferę Kultury i Natury. Tadeusz Miciński marzył o nowym Teatrze-Świątyni: "Będzie to most do tego teatru Olbrzymiej Wszech-Świątyni piękności, która może kiedyś powstanie w Tatrach - gdzie w Amfiteatrze umarłych i żywych, wykutym wśród gór, pod lazurowym niebem i wśród borów będą się odsłaniały misteria życia na ziemi"10. Ten arcyteatr przyszłości miał być głęboko zanurzony w tradycji teatru kultowego, obrzędowego. Dla młodopolskiej refleksji teatralnej istotnym źródłem inspiracji okazała się Lekcja XVI Adama Mickiewicza z jego prelekcji paryskich oraz Dziady.
10 T. Miciński, Teatr-Świątynia (1905); cyt. za: Myśl teatralna Młodej Polski. Antologia, wybór I. Sławińska i S. Kruk, wstęp I. Sławińska, noty B. Frankowska, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1966, s. 197.
Do tych idei romantycznych i neoromantycznych nawiązywali bezpośrednio Leon Schiller i Wilam Horzyca w swej koncepcji teatru monumentalnego. Schillerowskie inscenizacje Nie-Boskiej komedii, Dziadów, dramatów mistycznych Słowackiego: Samuela Zborowskiego i Snu srebrnego Salomei miały przekonywać o możliwości zrealizowania takiej formuły teatru monumentalnego, który teoretycznie opracował i propagował Horzyca. Schiller wiele zawdzięczał nie tylko polskiej tradycji i jej inspirującej roli; duże znaczenie miały także żywe kontakty z Gordonem Craigiem. Jego pogląd, iż teatr jest sztuką wtopioną w architekturę, rodzajem ruchomej rzeźby, sprawił, że termin "monumentalny" stał się dla Schillera wyjątkowo bogaty i pojemny znaczeniowo.
Monumentalne malarstwo: między realizmem a alegorią
Perspektywa monumentalności rzuca światło na sytuację estetyczną, w jakiej znalazły się malarstwo i literatura w drugiej połowie XIX wieku. Różnorodność dzieł, jakie wówczas powstały, można uznać za wypadkową dwóch zasadniczych tendencji: realistycznej oraz, powiedzmy umownie, idealistycznej, korzystającej ze stylistyki neoklasycznej, dążenia do wierności obrazu i jego precyzji oraz dążenia do mówienia poprzez dzieła o prawdach ogólnych dotyczących kwestii społecznych, moralnych, politycznych. Obszar sztuk plastycznych rozpościerał się między biegunami sztuki realistycznej i alegorycznej, literatura - między realizmem a tendencyjnością.
W nurcie akademizmu wielkie tematy ówczesnego malarstwa: historia i religia zaczęły się wzajemnie przenikać11. Obrazy kultowe zostały zastąpione przez obrazy ukazujące i kreujące kult, zbliżając się do malarstwa historycznego lub rodzajowego, zaś wydarzenia historyczne przedstawiano w konwencji obrazów religijnych. W jednym i drugim przypadku tradycyjna figuracja, staranne wykończenie, gładka faktura były podporządkowane dostojeństwu, wzniosłości i narracyjności całej kompozycji.
11 Nieocenioną monografią malarstwa akademickiego jest książka Marii Poprzęckiej Akademizm (Wydawnictwa Akademickie i Filmowe, Warszawa 1977).
Wielkości tematu odpowiada nierzadko wymierna wielkość samych obrazów. Specjalistą od gigantycznych przedsięwzięć artystycznych był Paul Chenavard. Podjął on m.in. typowy dla zafascynowanej historyzmem epoki temat dziejów ludzkości. Taki tytuł: Historia Ludzkości miał niezrealizowany w całości cykl ściennych malowideł przeznaczonych dla paryskiego Panteonu. To kalendarium życia człowieka miało składać się z 111 obrazów, 5 mozaik i 6 posągów. Dzieło Chenavarda należy do rodzaju sztuk monumentalnych sensu stricto. One właśnie wraz z encyklopedyczno-historiozoficznymi cyklami malarskimi nadają sztuce drugiej połowy XIX wieku ów gigantyczny rozmach. Wówczas też narodziły się formy pośrednie między sztuką monumentalną a malarstwem sztalugowym: to panoramy bądź cirko-ramy. Jedną z najbardziej interesujących cirko-ram stworzyli Alfred Stevens i Henri Gervex dla uczczenia stulecia Rewolucji Francuskiej: Historia wieku 1789-1889 to portret zbiorowy obejmujący 640 sławnych ludzi stulecia. Moda na panoramy była wówczas tak wielka, że ambicją każdego większego miasta europejskiego było posiadać własną panoramę. Słynna para malarzy, Pierre Prevost i Louis Daguerre, namalowała ich aż 16. W Amsterdamie, Berlinie, Wiedniu i Londynie wznoszono gigantyczne budowle zaprojektowane specjalnie do ekspozycji tego rodzaju dzieł. W 1900 roku z okazji wystawy światowej we Francji została udostępniona publiczności panorama pt. Dookoła świata, w której dzięki specjalnym urządzeniom można było zobaczyć najdalsze zakątki Ziemi. Panorama, jak trafnie zauważył Franciszek Ziejka, stała się bohaterką sztuki masowej12.
12 F. Ziejka, Panorama Racławicka, KAW, Kraków 1984, s. 53.
Obok Historii Ludzkości innym wielkim tematem sztuki XIX wieku była Historia Narodu. Celebrowaniu dziejów narodu służyły wyobrażenia pochodów, korowodów: i te przedstawione na obrazach, i te zamknięte w kompozycjach rzeźbiarskich, i wreszcie te żywe, rzeczywiste, posiadające swojego reżysera. Niekiedy bywał nim artysta-malarz, jak w przypadku najbardziej okazałego "Festzugu" XIX wieku, zaprojektowanego przez Hansa Makarta z okazji srebrnego wesela cesarza Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety, który odbył się 27 kwietnia 1879 roku.
W akademickim malarstwie historycznym, najbardziej reprezentatywnym nurcie pompierstwa, stają się modne motywy sensacyjne, anegdoty opowiadające o najsłynniejszych zabójstwach. Tragiczne losy Marii Stuart czy dzieje króla Karola I i jego dzieci należały do ulubionych tematów. Jeżeli w obrazach z dziejów panujących władców Zachodu patos pomieszany bywał z melodramatycznością, o tyle sceny z historii Wschodu pławiły się we krwi i rzeziach. Dzieła Paula Delaroche'a, Karla Piloty'ego, Hansa Makarta nadawały ton temu nurtowi.
Polskie "Machiny historyczne" (Les Machines Historiques)
Te ogólne tendencje monumentalizujące w sztuce europejskiej miały wyraźny wpływ na oblicze polskiego malarstwa drugiej połowy XIX wieku. Najbardziej spektakularna forma malarstwa, jaka wówczas powstała, tzn. panoramy, miała tu godnych przedstawicieli. Najsłynniejsza, Panorama Racławicka Jana Styki i Wojciecha Kossaka, pokazana na Powszechnej Wystawie Krajowej we Lwowie w 1894 roku, wzbogaciła miasto w specjalnie z tej okazji wybudowany gmach. Zaledwie dwa lata później Styka wraz z m.in. Tadeuszem Popielem i Janem Stanisławskim kończą pracę nad hemicyklem Golgota, wystawionym w Warszawie w nowym budynku przy ulicy Karowej. W tym samym czasie w Częstochowie powstaje konkurencyjna panorama Ukrzyżowanie Chrystusa. Znamienne, a zarazem zabawne są losy Panoramy Tatrzańskiej, namalowanej m.in. przez Antoniego Piotrowskiego i Stanisława Janowskiego. Wielkość tematu i wielkość materialna dzieła nie były nigdy gwarancją wartości artystycznej, toteż gdy ogromne przedsięwzięcie finansowe, jakim była panorama, nie powiodło się, jedyną rzeczą wartościową, jaka pozostawała, były... zwoje płótna. Henryk Ligocki, właściciel Panoramy Tatrzańskiej, nie mogąc znaleźć na nią kupca, przeciął ją na połowę i sprzedał prawie za bezcen na licytacji. Jedną połowę nabył Jan Styka i namalował na odwrocie Męczeństwo chrześcijan... Polscy malarze byli oburzeni, pisano listy protestacyjne. Komercjalizacja "wielkiej" sztuki zamieniała ją w towar w wyjątkowo dosłownym tego słowa znaczeniu, bo sprzedawanym na metry...13
Polskie malarstwo historyczne drugiej połowy XIX wieku rozwijało się dwoma nurtami: historiozoficznym, posługującym się często alegorią, oraz historyczno-rodzajowym, bliższym realizmowi. Ale i to drugie, do którego należą najsłynniejsi polscy twórcy "machin historycznych" Jan Matejko i Henryk Siemiradzki, zwykle obciążone było zobowiązaniami ideowymi. Matejko z każdym kolejnym wielkim obrazem przedstawiającym chwalebne wydarzenia z dziejów Polski zyskiwał wśród rzesz wielbicieli autorytet duchowego przywódcy narodu. Jego warsztat malarski, oparty na rozległych studiach historycznych, miał od początku wielu zwolenników, ale i niemało przeciwników. Paryż - arbiter gustów artystycznych epoki uhonorował go dwukrotnie złotym medalem (1867 i 1878), lecz opinie krytyków nie były bynajmniej przychylne. Z głosów polskich krytyków współczesnych Matejce przypomnę tylko dwa. Stanisław Tarnowski chwalił Stańczyka (1862), obraz, który zainicjował cykl wielkich programowych kompozycji historycznych: "Były po nim obrazy większe, świetniejsze, sławniejsze. Piękniejszych i głębszych nie było"14. A tak Stanisław Witkiewicz w słynnym artykule o ironicznym tytule "Największy" obraz Matejki kpił z "narodowej świętości":
14 Cyt. za: J.M. Michałowski, Jan Matejko, Arkady, Warszawa 1987, s. 53.
Matejko coraz więcej myśli jako historyk coraz mniej jako malarz [...] każdy cal jego "największego" obrazu przesiąkły jest ideą [...]. Jeszcze chwila a zaczną na tych obrazach zjawiać się wstęgi z wypisanymi mowami malowanych osób; wprawione w ramy obrazu katarynki brzmieć "głosem podniesionej fanfary", a krakowscy estetycy będą osobiście towarzyszyć obrazom mistrza i deklamować ułożone na jego cześć hymny...
Smutno...15
15 S. Witkiewicz, "Największy" obraz Matejki, w: Sztuka i krytyka u nas, nakładem Towarzystwa Wydawniczego, Lwów 1899, s. 260-261.
Równie krytycznie oceniał Witkiewicz ze względu na walory artystyczne twórczość Henryka Siemiradzkiego. Ten, podobnie jak Matejko doctus pictor, zyskał jednak swoim najbardziej znanym dziełem Pochodniami Nerona. Świecznikami chrześcijaństwa (1876) aplauz zagranicznych recenzentów i publiczności w czasie triumfalnego pochodu obrazu od Rzymu przez Monachium, Wiedeń, Berlin, Petersburg aż po Warszawę i Kraków.
Różniły malarzy temperamenty artystyczne: u Matejki dominuje ekspresyjne nagromadzenie, często chaotyczne, nieprawdopodobne spiętrzenie dynamicznie ujętych figur, u Siemiradzkiego górę bierze teatralne upozowanie postaci i ich statyczny układ. W obydwu przypadkach dbałość o prawdę detalu łączy się ściśle z wymową dzieła: poszukiwaniem wzorców heroizmu w kontekście zniewolenia politycznego narodu. Prezentacja jednego dużego obrazu, a taka była nierzadko praktyka wystawiennicza, była dla publiczności w pierwszym rzędzie demonstracją postawy obywatelskiej, potem dopiero ujawnieniem gustów artystycznych.
Z podobną sytuacją estetyczną mamy do czynienia w literaturze. Polska powieść historyczna w okresie realizmu, szczególnie w wydaniu Sienkiewicza, zmierza do wytworzenia iluzji werystycznej danej epoki historycznej, ale zarazem nie kryje pobudek ideowych, które towarzyszyły zamysłowi pisarskiemu. Wielkie freski historyczne, jakimi są Trylogia, Krzyżacy i Quo vadis, posiadają rozmach epicki, będący dziewiętnastowieczną wersją wielkich starożytnych eposów. W ówczesnych sztukach plastycznych i literaturze obowiązuje swoista zasada decorum wyrażająca się w postulacie odpowiedniości "wysokich" tematów i "wielkości" środków wyrazu. Konwencja narzuca pewne ograniczenia, artyści sięgają po podobne tematy, czego przykładem mogą być literackie i malarskie wersje bitwy pod Grunwaldem czy męczeństwa chrześcijan w Pochodniach Nerona i Dirce chrześcijaństwa oraz Qvo vadis. Zjawisko swoistej osmozy literatury i malarstwa pojawia się w tym drugim przypadku, bowiem dzieła Siemiradzkiego były inspiracją dla Sienkiewicza (konkretnie XIX i XXIII rozdziału powieści), Quo vadis zaś stało się bodźcem twórczym dla Jana Styki, który najpierw wykonał do niego ilustracje, a potem sporządził cztery wielkie tryptyki wystawione z dużym powodzeniem w Paryżu w 1912 roku.
Ta neoklasyczna estetyka drugiej połowy XIX wieku, w której monumentalność stanowiła jedną z istotnych jakości, zyskiwała zarówno instytucjonalną aprobatę, jak i trafiała w gusty szerokiej publiczności. Jej schyłek przypada na koniec XIX stulecia. Zmianom kulturowym i cywilizacyjnym, jakie dokonują się na przełomie XIX i XX wieku, towarzyszą zmiany koncepcji i funkcji sztuki, środków wyrazu i wrażliwości estetycznej. Dalsze dzieje monumentalności jako kategorii estetycznej, która z taką siłą ujawniła się w sztuce XIX wieku, są zawiłe i trudne do syntetycznego opisania. Można jednak zaryzykować wskazanie trzech dróg, którymi jej losy się potoczyły.
Monumentalność zanegowana/wyśmiana
Sztuka akademicka z jej gładkością faktury, konwencjonalną łatwością, literackością i wreszcie swoistym mentorstwem stała zawsze na przeciwległym biegunie sztuki wolnej od jakichkolwiek zobowiązań ideowych, eksperymentującej, poszukującej kontaktu z odbiorcą w trudzeniu się, podkreślającej swoistość materii, którą się posługuje. Ta opozycja w XIX wieku była stale obecna, np. w malarstwie najwyraźniej ujawniła się w nurcie impresjonizmu, w literaturze w programach "nowej sztuki", czyli modernizmu. Monumentalność akademicka, która wielkość tematu łączyła bezpośrednio z wielkością dzieła w sensie dosłownym oraz ze wspaniałością, wystawnością, odchodziła w zapomnienie wraz z nasileniem się tendencji zmierzających do autonomii sztuki. W XX wieku operowanie wielkością stało się jednym z zabiegów artystycznych. Nadzwyczajna wielkość zawsze wprawiała w zadziwienie, miało ono jednak inny charakter w wypadku Nenufarów. Zachodu słońca (197 x 594 cm) Claude'a Moneta czy projektu gigantycznego Śniadania na trawie (460 x 640 cm) Edwarda Maneta, jeszcze inny w wypadku dużych rozmiarów ready-made czy współczesnych instalacji.
Monumentalność, która zawładnęła Europą w połowie XIX wieku, była jakością łatwo poddającą się deprecjacji. W swoich najbardziej typowych, skonwencjonalizowanych realizacjach nieuchronnie zmierzała w stronę kiczu. Co ułatwiało, a nawet przyspieszało tę drogę? Otóż owa XIX-wieczna monumentalność zwykle była dopełniona całą gamą "ładności" - od bombastycznej dekoracyjności po ckliwy wdzięk, owo grandis było zwykle ożenione z Gemütlichkeit. Warto przypomnieć prowokacyjną tezę Hermanna Brocha, iż cała sztuka XIX wieku utożsamiona z romantyzmem wiecznie dążącym ku Pięknu była głównym źródłem kiczu16. Estetyka nadmiaru mogła służyć wyrafinowanemu smakowi lub mało wybrednym gustom publiczności. W obydwu przypadkach punktem dojścia bywał kicz. Ludwik II Wittelsbach, król Bawarii, twórca baśniowej krainy tajemniczych zamków, podziemnych jezior z łodziami zaprzężonymi w łabędzie, zyskał w opinii Abrahama Molesa miano króla kiczu17. Alegorie i machiny historyczne pompierów, a także późniejszy melancholijny neoklasycyzm Arnolda Böcklina podszyte były sensacją i okrucieństwem lub łzawą melodramatycznością, często kryptopornografią. "Krew i sacharyna", jak pisał Broch, jest domeną gustów Nerona, Wilhelma II i Hitlera, ale bywa również przysmakiem mas.
16 H. Broch, Kilka uwag o kiczu, tłum. D. Borkowska, w: Kilka uwag o kiczu i inne eseje, tłum. D. Borkowska, J. Garewicz, R. Turczyn, Czytelnik, Warszawa 1998. Znakomity komentarz do tekstu Brocha można znaleźć w książce M. Poprzęckiej, O złej sztuce, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1998.
17 A. Moles, Kicz czyli sztuka szczęścia. Studium o psychologii kiczu, tłum. A. Szczepańska i E. Wende, wstęp A. Osęka, PIW, Warszawa 1978, s. 102-104.
Monumentalność wieczna
Erwin Panofsky, znakomity historyk sztuki, a zarazem wielbiciel kina dowodził, iż wielkie historyczne widowiska filmowe, od Nietolerancji Davida W. Griffitha z 1916 roku poprzez Ben Hura i Kleopatrę, a pewnie na Gladiatorze i Quo vadis kończąc, wywodzą się z tradycji XIX-wiecznego malarstwa pompierów, machin historycznych i gabinetów figur woskowych18. Jeśli przyjąć tę tezę, rysuje się wówczas interesująca tradycja estetyczna, ciągłość wrażliwości artystycznej i smaku. Łączy ona dwa stulecia, a jej trwania nie przerwała zmiana mediów, poprzez które się realizuje. Diagnoza Hermanna Brocha, choć wywodząca się z innych przesłanek, wskazuje także na swego rodzaju kontynuację:
18 E. Panofsky, Studia z historii sztuki, wybór, posł. i oprac. J. Białostocki, PIW, Warszawa 1971.
A jeśli państwo zadadzą sobie pytanie, jak dalece sami są dotknięci tą skazą, odkryją - a przynajmniej ja to odkryłem w sobie - że wcale nierzadko miewamy prawdziwą skłonność do kiczu. Konkluzja, że nerwica światowa się pogłębia, nie wydaje się bezpodstawna. [...] Struktura problematyki ludzkiej wydaje się niezmienna mimo wszelkich masek i na koniec zaczyna się wydawać, że jest nadal uwarunkowana teologicznie i mitycznie19.
Esej Brocha, będący sformułowaną w autoironicznym tonie diatrybą przeciwko romantyzmowi, nie może być ostatnim słowem tych rozważań. Należałoby raczej zamknąć je tak: zarówno XIX, jak i XX wiek to czasy gigantomanii. Z pewnością nie wszystko, co było tu gigantyczne, kolosalne, było zarazem monumentalne. Tę jakość, którą nazwalibyśmy monumentalnością, znajdziemy także w dziełach pozbawionych nadzwyczajnej wielkości. Pojawi się ona tam, gdzie ascetyczność, umiar i dostojność stworzą harmonijny i sugestywny układ. Wówczas rozmiar będzie raczej jakością komplementarną. Rozróżnienie pomiędzy monumentalnością "szlachetną", stanowiącą zespół dopełniających się jakości, a jedynie kolosalnością jest tego samego rzędu, co w retoryce pomiędzy patosem a sztuczną nadętością, wzniosłością a koturnową grandilokwencją. Czym zatem jest monumentalność ? Il non so che...
POTĘGA BRZYDOTY. WŁADYSŁAW REYMONT
Światowy sukces wydawniczy dwóch tomów przygotowanych przez Umberto Eco: Historii piękna i Historii brzydoty sprawił, że zainteresowanie tymi kategoriami estetycznymi wśród szerokiej publiczności czytelniczej znacznie się ożywiło. Sam Eco, który rozpoczynał swoją karierę akademicką od rozprawy o estetyce św. Tomasza z Akwinu (problematyka piękna zajmowała tu kluczowe miejsce), powracał do tej tematyki, pisząc Sztukę i piękno w średniowieczu, a następnie publikując książkę o roli epifanii w poetykach Jamesa Joyce'a1. Po wydaniu Historii piękna przygotowanie tomu o brzydocie wydawało się oczywistą decyzją edytorską. Tymczasem samemu autorowi przyniosła ona wiele niespodzianek, z których jedna była szczególnie inspirująca: "[o ile] dzieje piękna można odtworzyć na podstawie wielu teoretycznych przekazów (dzięki którym możemy poznać gust konkretnej epoki), o tyle historia brzydoty będzie musiała się odwoływać do czegoś innego: do przedstawień wizualnych i werbalnych przedmiotów lub osób, które postrzegane były jako "brzydkie""2.
1 U. Eco, Poetyki Joyce'a, tłum. M. Kośnik, Wydawnictwo KR, Warszawa 1998.
2 Tenże, Historia brzydoty, przekład zbiorowy, Rebis, Poznań 2007, s. 8.
Warto zatem sięgnąć przede wszystkim do konkretnego dzieła, w którym zagadnienie reprezentacji będzie uwikłane w jakości estetyczne czerpiące z opozycji brzydki - piękny. Przedstawienie brzydoty w literaturze (a zatem sytuacja odmienna od rozpatrywania utworu literackiego jako brzydkiego przedmiotu, na przykład jako kiczu3), wydaje się najmniej skomplikowanym przypadkiem. Jednak osadzenie kategorii estetycznej w materii literackiej daje efekt unikatowy szczególnie wówczas, gdy jakości estetyczne, językowe i ideowe tworzą interesujący splot tendencji mocno osadzonych w historii. Może warto powrócić do takiego wyjątkowego i pod wieloma względami prekursorskiego dzieła w historii polskiej powieści, jakim jest Ziemia obiecana Władysława Reymonta (1899) i spróbować opisać fenomen literackiego przedstawienia brzydoty rzeczywistości wczesnokapitalistycznej spod znaku Miasta, Masy, Maszyny, sięgając do europejskich i rodzimych źródeł.
3 Roger Scruton, hołdujący konserwatywnym poglądom estetycznym, tendencję "ucieczki od piękna" w XX wieku charakteryzuje w dość jednoznaczny sposób: "Sztuka współczesna kultywuje postawę transgresyjną; do brzydoty, którą portretuje, dodaje brzydotę własną. Piękno jest w niej pogardzane jako doznanie zbyt słodkie, zbyt eskapistyczne i zbyt odległe od rzeczywistości, by móc zasłużyć na naszą autentyczną uwagę". Dostrzega jednak także stanowiska odmienne, podkreślające iluzoryczną rolę piękna w XX i XXI wieku (wspomina o poglądach estetycznych Arthura Danto); R. Scruton, Piękno, tłum. S. Krawczyk, A. Rejniak-Majewska, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2018, s. 160. Por. A. Danto, L'abuso della Bellezza. Da Kant alla Brillo Box, Postmedia, Milano 2008.
Dwa wątki XIX-wiecznej refleksji o brzydocie
Okazałe dzieło Karla Rosenkranza Estetyka brzydoty (Asthetik des Hässlichen, 1853), będące pierwszą i wyjątkową summą postheglowskich poglądów na temat brzydoty, w drugiej połowie XX wieku ponownie zaczęło cieszyć się dużym zainteresowaniem4. Świadectw detronizacji klasycznego piękna we wczesnym romantyzmie jest wiele. Friedrich Schlegel w Studium o poezji greckiej (1795, druga wersja 1823) zwrócił uwagę na brak teorii brzydoty i zaproponował sporządzenie systematycznego "kodeksu" uwzględniającego różnorodne jej manifestacje. Dostrzegł w brzydocie, jako kategorii opartej na negacji, ważny element sztuki nowożytnej, przewyższający piękno swoją plastycznością i rozmaitością form. Do tego argumentu odwoływał się także Victor Hugo w Przedmowie do Cromwella (1827), budując pojęcie groteski z połączenia dwóch pierwiastków: szpetoty i grozy oraz komizmu i błazeństwa5. Teza o estetycznej atrakcyjności brzydoty wynika z jej siły inwencyjności ("brzydota stale ukazuje nowe, choć niepełne oblicze") oraz zasady estetyzacji przedmiotów brzydkich w sztuce ("rzeczy brzydkie z punktu widzenia natury, piękne z punktu widzenia sztuki")6. Georg Wilhelm Friedrich Hegel w Estetyce poświęcił niewiele miejsca kategorii brzydoty, jednakże podstawowe dla jego poglądów estetycznych przeciwstawienie sztuki romantycznej (chrześcijańskiej) sztuce symbolicznej okazało się bardzo inspirujące. W latach 1830-1857 publikowali swe dzieła poświęcone problemom kategorii estetycznych, w tym brzydoty, m.in. Christian Hermann Weisse, Friedrich Theodor Vischer, Arnold Ruge, Kuno Fischer7. Im wszystkim refleksja estetyczna Rosenkranza wiele zawdzięcza.