CZĘŚĆ 1
Gamoń
Dzisiaj światło w złym nastroju. Od rana wszystko nieudane. Jakby dzień uwziął się na niego. Pokąsany w kostki przez ludzkie świnie, znajduje zrozumienie i otulenie w posępnym brzmieniu utworu War Pigs zespołu Black Sabbath, który w jego imieniu wydaje wyrok na kanalie.
"Teraz w ciemności światu braknie sił do obrotów
Popioły znaczą miejsce spalania ciał
Świnie wojny już tu nie mają mocy
Ręka Boga wybiła ostateczną godzinę
Dzień sądu, Bóg wzywa
Świnie wojny na kolana, czołgać się
Błagać o litość za swoje grzechy
Szatan ze śmiechem rozpościera skrzydła
O Panie, tak"[1].
Odsłuchuje trzy razy, żeby wypędzić draństwo z porów. Poczucie porażki doskwiera mimo riffów[2], mimo koca, mimo zaciągniętego kaptura. Przez dudnienie Warda[3] przedostaje się inne dudnienie. Odkłada słuchawki.
Dudnienie w drzwi natarczywe, bez przerwy na wyjaśnienia. Wzbudza znajomą codzienną uległość, co w domu zawsze stawia go na baczność, a na zewnątrz czasami na jotę odpuszcza i przestaje trzymać kurczowo za jaja. W bezwarunkowej reakcji napina się, zwęża łopatki. Zostaje w przejściu między pokojem a korytarzem. U jego lewego boku przeszklone na pomarańczowo drzwi, które w pierwszym odruchu chciałby zamienić na grubą ścianę. Dudnienie nie zapowiada niczego dobrego, światło o ponurej piwnicznej barwie staje się krwistoczerwone. Z kuchni na prawo wychodzi kobieta, unosi w jego kierunku starą rękę z pazurami, by go zatrzymać, choć on i tak zamierzał co najwyżej stać w rozkroku, w którym pochwyciło go walenie silnych piąch, bo choć ułomkiem nie jest, to wobec ludzkiej siły peszy się niczym tępe cielę. Sterczy jak wiejski głupek, obecny jak słup soli, stres zgina palce jego stóp, którymi chwycił się podłogi, kręgosłup jednak chciałby uciec, pokój z tyłu wsysa, garbi się i schyla głowę, źrenice wędrują do góry, żeby w tej przyczajonej pozycji banana spełnić swoją bierną funkcję. Kobieta cała w czerni, obwieszona amuletami, z dłonią ułożoną w sygnał "stop" spieszy ku drzwiom dawno nieremontowanego mieszkania z nadgryzionymi przez ludzkie i duchowe zęby ścianami, wyblakłymi od grzechów. Krzywe futryny, wypaczone od częstego otwierania przez dzikich gości, odmierzają dystans do łup-łup. Bardziej rombowane niż prostokątne, trzęsą się. Ciało kobiety też faluje niczym membrana wzbudzona dudnieniem sił nieczystych. Przekonani są już oboje o cieniach i kolcach po drugiej stronie, dobroć nie zapowiada się pięściami. Żadna miła nowina, myślą ich oczy. Przygnębione światło przedziera się niechętnie przez pożółkłe firany, kłamie mu, że cztery ściany to bezpieczeństwo, szczerbaty reflektor przejeżdżającego na garbie samochodu przemyka po suficie. Za szybko. Chciałby chwycić się mechanicznego światła niczym liny z odlatującego balonu. Zabierz mnie stąd, błagam, zabierz! Obwiążę sobie tobą szyję i nieś mnie, póki ciepłe powietrze w tobie, póki strach we mnie.
Ostatnie metry korytarza przesunięte są w lewo względem osi jego pokoju i kobieta znika z pola widzenia. Podmuch otwartych wrót. Stłoczone na klatce schodowej papierosowo-alkoholowe oddechy przefruwają koło łydek, stroszą włoski na patykowatych nogach. Ostrzeżenie. Języki powietrza, wiatru, budynku liżą się w jednym przekazie. Kłopoty. Źle, bardzo źle! Kłopoty to nie jego specjalność, zawsze zepchną słabeusza w narożnik i poturbują. Za drzwiami, teraz już w środku, są oblizane popiołem kłopoty. Kobieta, czarna tak, że zapyla czernią powietrze, wycofuje się pojedynczymi krokami. Wpierw pięty. To kurze pięty z palcem zakrzywionym do tyłu, niczym w nagraniach na rewersie unoszą się w karykaturze ludzkiego ruchu, kapcie za nimi cofają się po swoim tropie. Kobieta patrzy cały czas przed siebie, jakby ktoś dyrygował jej ciałem, jakby postępowała według instrukcji gestów: raz-dwa-trzy, teraz lewa, ładnie, prawa troszkę szybciej, dobrze.
Z korytarza wyłaniają się trzej mężczyźni w skórzanych czarnych kurtkach. Noszą się na uliczną modę, choć wygniecione pantofle z czubami wygiętymi od ciągłego kopania nie przydają im elegancji. Zresztą tym gościom nie zależy na dobrym wrażeniu, słowa mówią krótkie i głównie przekleństwa do kobiety i na kobietę, a ze zwężonych szparek oczu patrzy im wieczna wściekłość. Natury mają raczej z ciężkiego kruszcu o żadnej wartości, co ograniczonym zasobem ostrych słów uprawia każdą komunikację. Kobieta w czarnej woalce próbuje ich wyprosić, wskazuje im kierunek, jest stanowcza i grozi, że zadzwoni na policję, i wtem jeden zdziela ją w głowę sierpem zarezerwowanym dla męskich bójek na serio. Kobieta wpada w szafkę z ubraniami, kurtki amortyzują siłę uderzenia, inaczej zbiłaby lustro. Fatum szkód już się jednak nakręciło, ciężki bucior naciera i gruby bieżnik zelówki podbity przez kobiecy bark rozbija szkło, ułamany kawałek rani chyba ramię lub szyję kobiety, bo podłogę chrzczą krople krwi wielkości męskich podeszew. Rozlewają się wolno jak wrząca smoła, faceci łapią małe w kontraście ze sterydowymi gabarytami ciało za włosy i rzucają przez ciasny hol. Głowa kobiety zatrzaskuje drzwi łazienki. Ląduje na kolanach tyłem do tchórza schowanego za pomarańczowym szkłem, ręce rozkłada na białości drzwi do łazienki, lewymi palcami chwyta się klamki, usiłuje wstać, ale kopią ją od tyłu w plecy tak mocno, że odbija się od drzwi, upada na plecy, metr od jego stóp, co wciąż tkwią niemrawe. To stopy polnej myszy. Faceci przenoszą z niej na niego spojrzenie mężczyzn bijących kobietę i żołądek rozpiera mu gardło, w nosie czuje zapach gnającego tętna, w pękatej bańce wokół jego ust kończy się tlen.
- Wypierdalaj! - rozkazują.
Próbuje ich minąć, wykonuje półkrok i zamiera. Jak niby miałby minąć trzech takich drągów w małym holu? Musieliby ustąpić miejsca, a za żadne skarby nie chce wzbudzić podejrzeń, że czegoś oczekuje. W chudą łydkę wrzyna się uścisk kobiety, wpiła brudne paznokcie w skórę, nie spogląda na nią, wyswobadza nogę z uścisku i wycofuje się posłusznie na drugi front w pokoju. Zatrzaskuje drzwi. Błaga o ochronę dla siebie.
Za szybą, niczym na starożytnej maszynie do łamania kości, dwóch drągalów mocno trzyma kobietę za ręce i nogi, która próbuje wyrwać się oprawcom. Trzeci bez żadnej taryfy ulgowej zamachuje się i kopie ofiarę po brzuchu, po piersiach, po szyi. Uwięziona przez tamtych dwóch, rozciągnięta niczym worek treningowy, nie ma żadnej instynktownej osłony. Kopiący facet podnosi nogę i łupie w nią znad pleców, jakby chciał odcisnąć rysy jej twarzy na parkiecie, ćwiczy na głowie, która obija się od podłogi, trafia pod but, odbija się od podłogi, zachlapuje krwią imitację drewna. Kobieta kaszle.
On stoi. Maltretowanie przybrało pomarańczowy odcień przeszklonych drzwi. Wygląda jak filmowy eksperyment z kolorów i świateł. Puszczają kobietę, leży na podłodze, próbuje schować pod siebie kolana, z trudem przyciąga ręce do ust. I depczą palce. Dopiero teraz krzyczy: "Tylko nie ręce!". Łapią znów za kostki i jednym ruchem ściągają z niej czarne dresowe spodnie. Jeden łapie za włosy i zgina ciało, tak że kobieta jest na kolanach tyłem do niego, opierać się musi na podłodze obsypanej czerwonym szkłem, mężczyzna wyjmuje łańcuch motocyklowy, pluje na niego, bierze zamach i rzuca się na kobietę. Ona się wypręża, wyje jak zarzynane cielę, mężczyzna z tyłu wymierza chłostę stalowym batem, wyżywa się z całą nagromadzoną w testosteronie siłą. Już przy drugim zamachu skóra pleców pęka, kolejny mężczyzna staje przed kobietą, lewą grabą łapie za szyję i dusi, a prawą leje na odlew po twarzy, trzeci wertuje rozrzucone ubrania. Mężczyzna za kobietą utrzymuje tempo, w garści ma zwinięte jej włosy, gdyby nie rękawica, mogłyby truć, znęca się na odkrytych udach, łańcuch zawija się wokół nich, w długich sznytach widać mięso. Rozbryzgi krwi znaczą ściany i sufit. Ona nie ma siły klęczeć, więc biją ją leżącą, aż przestaje się ruszać i skomleć. Wchodzą po tym do kuchni, on już ich nie widzi, słyszy tylko tłuczone talerze i szafki zrywane z haków. Zostawiają skatowane ciało na prawym boku. Mówią, że wrócą, zanim się zagoi, i opuszczają mieszkanie.
Po kwadransie nieruchomej kobiety na podłodze, w płytkich oddechach ze spodniami pod kolanami, on cichutko wysuwa się niczym ze stojącego miejsca w kinie, serce pipy wciąż pędzi, pochylony, wysuwa głowę, by jeszcze zza nieruchomej kobiety zajrzeć w wyjściowy korytarz. Stłukli żarówkę i cienie wariują mu przed oczami. Sprawdza, czy przypadkiem tam nie czekają. Uff, pusto. Przestępuje nad ciałem. Zamyka wyjście. Przekręca klucz. Obchodzi ciało, stąpając pomiędzy kałużami z krwi i łez oraz szkłem. Waha się. Wstrząsa nim zimno-gorzki dreszcz, przeciąg jeży grzbiet. Zaciska szczękę, schyla się, wsuwa ręce pod ciało i unosi. Jęk bólu. Ciężkie. Zanosi do jej jamy. Kładzie na łóżku. Zapala światło, bo wieczór i noc w środku straszne, wieje grobem. Drżącymi palcami rozpina suwak. Koszulka i majtki są pocięte. Resztę odnosi do kosza na bieliznę. Wraca z miską i ręcznikiem, siada na krawędzi łóżka. Macza ręcznik w wodzie i zaczyna od twarzy. Oczy znikły pod opuchlizną. Posklejane włosy. Musi wymienić wodę w kolorze czarno-czerwonym. Przekłada ją na bok. Plecy. Kawałki ubrania w ranach. Syk. Brzuch. Łono. Wymienia wodę. Uda. Kolana. Syk. Rozcięcia na plecach, pośladkach, udach, kolanach i dłoniach przemywa płynem z apteczki. Ona zipie na brzuchu. Rzęzi. Zapadła się w sobie. Przykrywa ją kocem. Gasi światło. Ciemność zza okien spada kurtyną i zmazuje pierwsze efekty napaści. On w ostatniej chwili umyka przed nocno-krwistym baletem, wychodzi z pokoju na wątłych nogach. Boi się ciemności. Zwłaszcza tej ciemności. Miskę z czerwonym ręcznikiem odstawia na podłodze w korytarzu. Wolno ciągnie za sobą klamkę od jej sypialni. Zatrzymuje się w połowie drogi. Przygląda się podpisom ludzkiej "życzliwości" w holu i wsuwa głowę między drzwi.
- Mamo, wezwać karetkę?
Czeka. Wolałby wiedzieć, co robić. Sam może podjąć złą decyzję. Matka nie lubi lekarzy.
- Nie, nie chcę - słyszy. Albo wydaje mu się, że słyszy.
Sprząta i robi pranie jej zakrwawionych ubrań. Czeka, aż pralka ogłosi, że skończyła pracę, i rozwiesza spodnie na ramie kabiny prysznicowej.
Zagląda do niej dopiero rano. Jest zmęczony. Nie zmrużył oka. Bał się, że tamci wrócą. Ona śpi. Jej twarz wygląda obco. Z ran wciąż sączy się krew. Posikała się w nocy, więc myje ją jeszcze raz, podkłada czysty koc i okrywa swoją kołdrą.
- Mamo, muszę do pracy. Zamknę cię, dobrze? Nie potrzeba ci niczego? Na pewno? Masz płatki i obiad z wczoraj.
Wsiada na drugiej stacji linii autobusowej numer sto czterdzieści cztery. Mieszkają przy zajezdni, ma swoje ulubione miejsce, tuż przed przegubem autobusu, gdzie zaprojektowano więcej miejsca na nogi. Później będzie tłoczno, teraz jest znośnie. Autobus zjeżdża po "ślimaku", łamie się prawie w literę "L". Przyjemnie jest patrzeć na profil kierowcy - on jest tu, a kierowca tam. Wciska nadgarstki pomiędzy uda, tak mu przytulniej, ciepło dłoni ogrzewa resztę całości, opiera głowę o zimną szybę, patrzy na drogę. Zerka na ładnie ubranych wsiadających i eleganckich wysiadających. Dźwigają tornistry, teczki, nawet walizki, zerka tak, żeby nie złapali podglądacza. Zauważa, że dzieciaki śmieją się z niego, wysokiego chudzielca, zajmującego miejsce tuż przed przegubem; wie, o co chodzi - duży chłop, a stópki zgiął do wewnątrz jak dziewczynka podczas wycieczki z babcią. Układa stopy normalnie, ale za chwilę znów skręcają się do wewnątrz, tak że stykają się palcami. Siedzi półbokiem, nikt nie wybiera miejsca obok niego. Szkoda, że założył kurtkę bez kaptura, mógłby się zasłonić, próbuje lekceważyć uśmieszki, nie musi wcale chodzić o niego, jest trochę nieogolony, ma lekki przedwczorajszy zarost, ubrania nie są najnowsze, ale czyste, nie wygląda raczej źle, choć czuje się, jakby jechał nago, a nad kościstym korpusem błyskał neon w kształcie strzałki ogłaszającej wszem wobec, że oto Gamoń. Żuchwa zaczyna pulsować, ściąga kąciki ust, nawet nie zdając sobie sprawy, że zbity pies zakleił mu twarz. Jakaś kobieta w końcu pyta, czy obok niego wolne. Kiwa jej potwierdzająco, poprawia się, siedzi teraz prosto, o dwie głowy wyższy od współpasażerki, wyrównuje stopy, ręce splata pod piersią, czuje się jednak sztucznie; wie, że udaje. Kobieta przesiada się na inne miejsce, a on zastanawia się, co w nim skłoniło normalną kobietę do takowej decyzji. Znów wsuwa pięści pomiędzy uda i skrzywia stopy. Tak jest dobrze, tak jest naturalnie.
W domu pojawia się przed dwudziestą. O dziewiętnastej przyszedł parkingowy z nocnej zmiany. Od wejścia do bloku wdycha grobową stęchliznę, chciałby może i zwiać, ale szczucie na dwa światy nie daje wyjścia, spał już nieraz pod murem, byle gdzie, ale zwęszyła go zawsze i sprowadziła do siebie. Światło na klatce schodowej mruga od rozładowań, kluczem trafia do dziurki za trzecim razem, drzwi skrzypią. Jest bardzo głodny, nie wziął kanapek; nie były zrobione. Mimo późnej pory w mieszkaniu światła zgaszone. Waha się, czy pójść najpierw do niej, czy do kuchni. Rozważa, co właściwsze. Uznaje intuicyjnie - trudno zgłębić argumenty, po prostu odbiera impuls spod mostka - że powinien najpierw zajrzeć do niej. Puka i wchodzi na palcach. Zawiasy piszczą, jakby unosiły wieko trumny. Półmrok. Zapach mokrego futra, zapach ran i choroby. Gwizdanie z otwartego okna. Zasłony przerywają dziki taniec na widok syna. Szczury i karły z rogami chowają się po kątach jak kurz. Ktosie z obrazów przyglądają się bladej postaci w drzwiach. Nie podnosi wzroku na powierników matki o złych spojrzeniach. Znajduje ciało na podłodze, podkuliło nogi, leży w embrionalnej pozycji; trudne słowo, wie, że tak nazywa się to specyficzne ułożenie ciała. Skąd słowo pochodzi, ciemniak jednak nie wie. Pstryka i lampka streszcza urywki dnia, domyśla się tylko oczywistości - matka wypróżniła się znowu na łóżko i przeniosła na podłogę. Oddycha. Jest kolorowa jak nigdy. Twarz rozmazuje się w opuchliźnie, na plecach i nogach wciąż piszą się wiersze. Żywe kwiaty, których matka zawsze dostawała duże ilości i rozstawiała w licznych wazonach na stole, kredensie, podłodze, parapecie - kilkanaście wazonów powtarzających się i unikalnych kwiatów związanych w bukiet lub wsadzonych luzem do wody - umarły. W matki pokoju każde stworzenie walczy o życie i prędzej czy później puszcza soki witalne. Szare kwiaty zwisają z pełnych świeżej wody wazonów. Żywe jak popiół, choćby nawet wczoraj przyniesione. Suche płatki, złożone w okrąg wokół niej w rytuale ostatecznej ofiary, dogorywają na podłodze, by ciemiężycielka mogła żyć.
Dochodzi do wniosku, że matce trzeba założyć opatrunki; zużywa wszystkie plastry z apteczki, ale starczają wyłącznie na jedną nogę, drugą owija bandażem. Co z plecami? Wyglądają najgorzej, w rany mógłby włożyć palec, tak są głębokie i szerokie. Apteka przemyka przed oczami, wychodzi z domu. Farmaceutka doradza, co kupić, on tłumaczy, że mama bardzo mocno się skaleczyła, stara się spamiętać instrukcję, co po kolei, jak to dobrze zrobić. W domu wykonuje zalecenia z największą starannością, ale czuje, że jak zawsze coś pomylił, nie jest jego mocną stroną radzenie sobie ze skomplikowanymi zadaniami. Nie jest pewien, czy maść miał nałożyć na ranę, czy wsmarować w ranę; wydaje mu się, że to ważna różnica. A może nałożyć ją na gazik i przycisnąć do rany? Robi więc trochę tak, a trochę tak, obwiązuje plecy matki bandażem - to zapamiętał, bo farmaceutka pokazała to na sobie, takie przykłady łatwiej naśladować. Po zabiegu ciało matki wygląda jak całun gotowy do złożenia w grobie. Zmienia pościel, mokry materac wynosi na balkon, na zewnątrz gęsta mgła, rozszerzone ślepia latarni wodzą za matką. Trzaska im drzwiami balkonowymi przed nosem. Zostawia ją na podłodze, układa na poduszkach ściągniętych ze swojego łóżka, swoją najgrubszą kurtką przysłania górną część ciała, a jej kurtką okrywa dolną część. Przez cały czas ona ma przymknięte ślepia, on boi się, że mogłaby je znienacka otworzyć wprost na niego, unika więc kontaktu. Momentami ona krzywi się i syczy z bólu, do niego jednak nic nie mówi, wolałby, mimo wszystko, żeby nim pokierowała, bo mógł o czymś nie pomyśleć, takie złożone problemy nastręczają mu zawsze górę stresu. Woli prostsze rzeczy, jak na parkingu, gdzie podnosi i opuszcza szlaban, gdy goście okażą przepustki; albo spisuje numery i pobiera opłaty, gdy takowych nie posiadają. Zero-jedynkowa sytuacja - dwie opcje do wyboru, od razu wiadomo, którą podążyć. A tu, z matką, to jest bardzo trudne, stresuje się, poci, żuchwa znów pulsuje. Co robić, co robić?
Poczeka.
Dzwonek do drzwi wystrzeliwuje nerwy pod sufit. To nie wczorajsze walenie, ale i tak napędza stracha. Udaje, że nikogo nie ma w mieszkaniu. Dzwonek jest nieustępliwy. Na palcach skrada się przez korytarz do judasza, w zaokrąglonych liniach klatki schodowej widzi człowieka z wielką głową, który w rękach trzyma bukiet. Poznaje wypachnionego elegancika. Przychodzi do matki zawsze w środę, a dzisiaj jest przecież środa. Intencje przyświecać muszą gościowi szczere, więc otwiera i bez słowa patrzy na mężczyznę. Niski typ uśmiecha się na powitanie; sięga otwierającemu do pachy, ma spiłowane zęby, trupią skórę i za długie palto. Trzęsie kwiatami, piskliwym głosem oznajmia, że to dla jego mamy.
- Czy ją zastałem? - pyta.
Co robić? Czy coś powiedzieć? Wpuścić go? Czy prosić, żeby przyszedł za tydzień? Że mama dzisiaj bardzo źle się czuje? A jak spyta, co jej jest, to co odpowie? Zaraz się pogubi i wyjdzie, że coś ukrywa.
- Tak - odpowiada, ale nie wpuszcza przybysza. Ten kładzie dłoń na drzwiach i lekko popycha.
- Mogę zatem wejść?
Ustępuje. Mężczyzna staje na widok połamanych mebli i sterty ubrań na podłodze w holu. Zna mieszkanie, od razu zauważa brak lustra. Pytajnik w spojrzeniu. Pielęgniarz-amator przekręca klucz i staje za gościem pod drzwiami do sypialni matki. Gość odwraca głowę, uśmiech przemyka po ustach. Puka. Puka. Puka. Naciska klamkę niczym polujący kot.
Stoi i przyzwyczaja wzrok do różnicy w oświetleniu pomieszczeń - tu jasno, tam ciemno. Rzuca kwiaty na fotel i dopada matki. Dotyka ją, odkrywa, wydaje tłumiony jęk.
- Co się stało? - wyjąkuje. - Kto jej to zrobił?
Niemowa wzrusza ramionami.
- Gdzie wtedy byłeś?
Brak odpowiedzi.
- Macie telefon? Gdzie? - Mężczyzna idzie za wskazaniem ręki. Wybiera numer. Prosi o pomoc. Podaje adres. Prosi o pośpiech.
Chłopak cały czas sterczy jak snop siana, z rękoma skrzyżowanymi za plecami, i obserwuje z nikłym zrozumieniem. Mężczyzna jeszcze raz zagląda pod kurtki, wzdycha, kręci głową i wychodzi, przeklinając. Tchórz tuli się barkiem do ściany za fotelem. Pogotowie zastaje oboje na okopanych przyczółkach. Sprawdzają matkę pod opatrunkami. Rozkładają przyniesione z sobą wąskie łóżko i zabierają nieprzytomną, owiniętą srebrną folią.
Na sygnale jedzie z siłami ratunkowymi do szpitala, niebiesko-czerwone charty eskortują pojazd wzdłuż mokrych ulic i skaczą pomiędzy szybami sklepowymi. Gnające pyski parują, dymią niczym kadzidła przeciw złym duchom, muskuły psich łap pracują na wspólne bezpieczeństwo. Jest członkiem watahy, panuje nad stadem. Szanowany przez dzikie czworonogi, szanowany przez ulicę. Ruch i korki na światłach rozstępują się niczym klucz ptaków atakowany przez drapieżnika.
- To twoja matka? Co jej się stało? Twój ojciec tak ją urządził?
Nie, nie ma ojca. Jacyś obcy mężczyźni ją zaatakowali. Gdyby wczoraj miał przy sobie swoje wierne stado, dałby draniom popalić, gwizdnąłby i oto białe kły rozszarpałyby szyje tuż nad czarnymi kurtkami. Mruknąłby i bestie wyrwałyby zbirom przełyki, a on łańcuchem motocyklowym wytapetowałby facetom grzbiety.
- Straciła sporo krwi. Kiedy to się stało? Wczoraj? Czekałeś cały dzień na wezwanie pomocy? Człowieku, dlaczego?!!!
Odpowiedziałby, że nie życzy sobie takiego tonu, że przewodnikowi stada należy się bezwarunkowy respekt od każdego, ale psy zerwały się z postronków, pierzchły i bez futer oraz oślinionych kuf wstydzi się ludzkiej nagości, kuli się wobec oskarżeń i zgrzyta zębami, choć jest ciepło. Matkę wnoszą przez szpitalne automatyczne wrota i gdzieś zabierają, przypadkowy pacjent na wózku wjeżdża mu w krok, przerywając kontakt z łóżkiem chorej i facetami w kolorowych ubraniach. Zostaje nagle sam. Do wyboru wiele drzwi. Matka znikła za którymi? I przekracza pierwsze, idzie długim korytarzem i trafia do okrągłej sali z wysokim sufitem, gdzie ludzie siedzą blisko siebie na szpitalnych krzesłach bądź spacerują we wszystkich kierunkach, prowadzają się pod pachy i zmartwione miny zawieszają na bezosobowym otoczeniu; starsi czekają, spokojni, czytają papiery lub rozmawiają przez telefon, a dzieci ganiają się na wolnej przestrzeni, nieświadome toczących się za ścianami tragedii. Wolałby prostszy wzór ruchu, wolałby prostszą podpowiedź, galimatias dążeń i możliwości kręci w szpitalnym układzie. Z nadmiaru wrażeń kroczy za kobietą w wieku jego matki. Może idzie w to samo miejsce? Trzyma się tak blisko, że na schodach podmuch spod jej płaszcza muska jego nos. Ładnie pachnie. Nie ziemią, jak matka. Chyba jest zdrowa, jej stan jest widocznie lepszy niż matki, kontynuuje spacer za czystą panią, pomysłu nie ma żadnego innego, kobieta też szuka, odlicza palcem numerki, mówiąc do siebie, i wreszcie skręca, wchodzi do salki z pacjentami, on za nią. Cztery łóżka, obcy ludzie przy nich. To nie tu. Stoi pięć minut, czeka na kobietę, która go tu sprowadziła, może teraz pójdzie do pokoju z jego matką. Kobieta żartuje z dziewczyną na łóżku, zdjęła ładnie pachnący płaszcz, jednym pośladkiem usiadła obok pacjentki i klepie ją po dłoni, którą złożyła w swoich rękach. Skóra na dłoniach kobiety jest pomarszczona i chuda, obiecuje jednak delikatność; jest w niej sympatia, co rozpuszcza lody. Wyobraża sobie, że pomiędzy takimi dłońmi herbata nie stygnie. Dręczy go pokusa, żeby dać jej swoją rękę do potrzymania. Opuszcza salkę. W korytarzu znowu dezorientacja. Odtwarza, skąd przyszedł. Zagląda do każdego pomieszczenia na lewo i prawo, odwraca się przy schodach i znów mija salkę z kobietą, i dalej, dalej. Wszędzie nie ma matki, choć musi podejść do wielu łóżek, żeby się upewnić.
- Kogoś pan szuka? - pyta kobieta w białym fartuchu.
Wpierw zaprzecza głową, wybałusza oczy. Litości, ale głupi, i bąka, że tak, że matki.
- Kiedy ją przywieźli? Teraz, niedawno? - Prosi, żeby usiadł, a ona postara się dowiedzieć szczegółów.
Od razu jest spokojniejszy. Trafił wreszcie na dobry trop, zna sekwencję działań, przynajmniej o jedno do przodu. Siedzi i czeka we wszechobecnym zapachu uzdrawiania, rozgląda się za puszką wetkniętą do gniazdka lub za rozpylaczem, chciałby sobie ten zapach kupić do pokoju, chciałby tej atmosfery po pracy. Ze szpary pomiędzy biurkiem z wysokim białym frontem, za którym kobieta rozmawia przez telefon, a białą kotarą, ze szpary o szerokości metra przyzywa telewizyjny ruch. Leci film z rycerzami na czerwono i niebiesko. Do niebieskiej drużyny dołącza młody chłopak. Koloru nie wdziewa żadnej ze stron, a nosi się z butą, po swojemu, przypadkowo i codziennie, bez przynależności. Zadziera z niebieskimi, lecz okazuje się prędko, że wspólnego mają wroga w liczebniejszej grupie czerwonych i wybucha między dwiema stronami walka na śmierć i życie, przy szczęku szabel i świstów cięć. Ledwie młody pokonuje pierwszego przeciwnika, już naciera kolejny. Młody potyka się, traci równowagę. Musi odepchnąć atakującego. Ścierają się na zamkowych schodach, wspinają się stopień po stopniu, a ciosy parowane z obu stron błyszczą w słońcu. Podoba mu się ten młody rycerz. Jest odważny. Od kibicowania pocą mu się dłonie. Jeszcze do tego przystojny, ach, gdyby on był w połowie tak przystojny, i już potyka się z czerwonym, już bierze zamach, już go tnie pod szyją, pod kolejnym się schyla, przerzuca nad sobą i krzyżuje oręż z największym siłaczem, z prawdziwym mistrzem fechtunku w czarnej szacie z zasłoniętym okiem. Odwagą mógłby obdzielić pięciu innych, mniejsze umiejętności nadrabia walecznym sercem. O nie, nie podda się, aż ma sucho w ustach, aż zacisnął pięść, aż musi się podnieść, bo kobieta zasłoniła obraz, i konia bodzie ostrogami, popędza, wymachuje szablą w pełnym biegu. Ciach w lewo! Ciach do tyłu! Staje na palcach i znad głowy kobiety jeszcze śledzi swój bohaterski pościg na silnym rumaku. Co za fantazja! Lecz pojmali go. Och! Przegrał. Za wielu ich było...
- Jutro - mówi mu kobieta.
Jutro to on wyrwie się z więzienia, w którym zamknęli go czerwoni, i uratuje jakąś piękną niewiastę.
- Słyszy mnie pan? Co panu jest? - Potrząsa nim. - Wody?
Wraca do "tu i teraz". Wisi niczym uskok skalny nad biurkiem, zdjęta kurtka leży pod krzesłem. Matka jest operowana. Stan stabilny. Kobieta radzi spokojnie poczekać.
On więc z powrotem na krzesło i już lejce w dłoń, rapier w dłoń, kapelusz z piórem na... Kobieta gasi telewizor. Koniec. On jest skulony i skupiony jak przy biegunce. Emocje ze szklanej rzeczywistości jeszcze wrą. Wyszczerzone zęby. Tętno młodego rycerza. Ale nic się nie skończyło, nie odcięło go zupełnie, w drodze z przystanku do domu musi biec, bo w środku energia wulkaniczna prosi się o wypuszczenie. Ach, gdyby teraz napotkał tamtych zbirów, niechby jeszcze mieli czerwone kapoty, pojedynkowałby się z dwoma, ba, trzema na raz, wyciąłby sukinkotów w pień, pociął, pogryzł i przeżuł. Jutro dowie się, co to za film. Musi obejrzeć, choćby nie wiadomo co.
Rano do pracy ubrał się w niebieską koszulkę.
[1] Wszystkie tłumaczenia tekstów piosenek pochodzą od autora.
[2] Riff - krótka melodia, motyw lub pojedyncza fraza, zwykle część dłuższego solo, często otwierająca utwór i powracająca wielokrotnie w czasie jego trwania. Riffy są najłatwiej wpadającymi w ucho motywami utworów rockowych (źródło: Wikipedia).
[3] Ward - Bill Ward właśc. William Thomas Ward (ur. 5 maja 1948 w Birmingham w Anglii) - angielski perkusista, były członek heavymetalowej grupy Black Sabbath.
Gamoń
Od zawsze wolno myślał. Przy złożonych decyzjach ciężki pomyślunek zgrzytał, trzeszczał i wpadał w awarię, tak że nawet naiwne pomysły uciekały przez uszy jak z przebitego balonu. Wiedział, że już tak działa, że jest kapuścianym łbem. Jeśli oszczędził sobie wstydu w szkole, to tylko dlatego, że wykuł całe strony, słowo w słowo, z podręcznika i później pytany przy tablicy bądź na klasówce zdołał do pytania dopasować wyryty na blachę fragment - na jednym wydechu lub bez odrywania pióra od kartki zasuwał wtedy do ostatniego zapamiętanego słowa i urywał, jakby odcięto prąd. Nie musiał myśleć pomiędzy - dobierać treści i rozczytywać znaczeń. Ufał nauczycielom, którzy wybrali podręczniki, oraz autorom, którzy napisali wielotomowe pozycje. Sobie nie ufał nawet deczko, bał się swojego pomyślunku; miejsce w szeregu, i minę od razu przybierał dla głupszych i nieprzebojowych. Pytania, które nie były dosłowną aluzją do wyrytych schematów, przerażały i odpowiedzi szukał po omacku, pisząc lub recytując wszystko, co zdołał wystukać, nauczycielom zostawiając dobór odpowiedzi do pytania. Przy tablicy albo przy biurku nauczyciela, jeśli zagoniony w kozi róg takim atakiem nie wprost, czerwienił się w sekundę, bo od razu wiedział, że jest zbyt trudno, końcówki uszu iskrzyły, splątywał palce na wysokości brzucha, spuszczał wzrok na buty i zapadał się; cała klasa i szkoła zapadały się, wywołując zawroty. Bywało, że nauczyciel powielał pytanie, bywało, że naprowadzał i wskazywał stronę w podręczniku, na której znajdowała się właściwa sentencja, ale jego synapsy już spanikowały i literko-obrazki fruwały przed oczami jak muchy, zbyt sprytne na powolne łapanie. W łaskawym przypadku nauczyciel rezygnował i pozwalał wrócić do ławki w aplauzie wielkiej klasowej ciszy. Siadał wtedy zmięty i przetrawiony, wsuwał nadgarstki między uda i liczył słoje na blacie, nie oddychając i nie przełykając śliny. Doczekał się nawet tego, że już w momencie wywołania do odpowiedzi świat wstrzymywał oddech we wszystkich strefach czasowych i gapił się, zażenowany, na wyjątkową nieporadność.
Zmian kadry pedagogicznej bał się jak ognia. Nowych nauczycieli rozpierała początkowa ambicja - dodatkowymi pytaniami i malutkimi podpowiedziami próbowali zmusić Gamonia do brnięcia w labirynt intelektualnych upokorzeń, lecz pobudzanie felernej dedukcji każdorazowo zamieniało się w masochistyczną zabawę w chowanego w gabinecie krzywych zwierciadeł. Czasami ktoś z klasy ulitował się i podpowiedział, a on powtórzył i oczywiście stop, biała ściana, kaput, bo żadnego wniosku dalej. Bywało również, że podpowiedzieli głupotę i od salwy śmiechu pękały bębenki. Nauczyciele poznawali się na Gamoniu. Przy kolejnych razach wymierzali prostsze zadania i wlekł pedagogów, klasę i siebie jak wóz z gównem po śliskiej wysokiej grani. Ale nowych zawsze zaskakiwał głupotą; niektórzy brali głupka za krnąbrnego zarozumialca bez kultury, wlepiali pałę i wzywać chcieli rodzica, dopóki nie oświecono ich, że ojca to raczej nie ma, a matki to lepiej do szkoły nie sprowadzać, bo taka to na pewno nie zrozumie. Potrzebowali oświeceń w belferskim gronie, by zdiagnozować problem i tępakowi zmniejszyć bezlitosny uścisk edukacyjnego imadła.
Nawet w zabawach obowiązuje minimum inteligencji, i by nie psuć innym zabawy, idiota siedział sam. Zza okna pustej klasy obserwował gry kolegów na placu przed szkołą, zwykle pojmował logikę zagrań i miał ochotę zbiec na dół, krzyczeć do wszystkich, że jarzy, że da radę pobawić się z innymi. Miewał sporadyczne przebłyski ufności we własne siły i wyobrażał sobie, jak w tychże grach daje popis swoich umiejętności, że zbiera klepnięcia po plecach i spojrzenia z podziwem, że wyczynowca koleżanki wskazują palcami i z aprobatą kiwają głowami. Obraz ten żywy, sugestywny, wystarczył, i nie zbiegał nigdy na dół. Hołdował sprawdzonej dewizie: być cichym i jakoś przeżyć lekcję, jakoś przeżyć dzień, nie dać się złapać w niczyje sidła, wzrok na tablicę, na kredę, na litery i cyfry, a gdy nauczyciel patrzył po klasie, to wtedy ucieczka wzrokiem na biurko. "Byle nie mnie. Byle nie ja. Znikłem. Jestem niewidzialny". Zostawał w klasie nawet podczas przerwy, nie korzystał z toalety, nie chodził do sklepiku, nie jadał na stołówce; siedział w ostatniej ławce od przyjścia na zajęcia aż do momentu, gdy wszyscy opuścili klasę po końcowym dzwonku i mógł wymknąć się niestrzeżonym wyjściem niczym dyskretny świadek koronny swojej kłopotliwej śmieszności.
Najbardziej srogie baty zbierał podczas mieszanych zajęć na świetlicy, gdy dzieci z różnych klas i roczników, którym jego lotność nie spowszedniała, prześcigały Gamonia dosłownie w każdej konkurencji. Miażdżyły w prostych grach w odkrywanie identycznych obrazków, w grach manualnych wykonywały ruchy, które jemu wydawały się niemożliwe, po lekturze książki lub filmu na świetlicowych zajęciach stawiały wokół niego las rąk, a on dziwił się, że wszyscy wiedzą. Przecież oglądali to samo, przecież słuchali tej samej czytanki. Dzieciaki z młodszych klas urządzały gehennę poza skalę. "Wielki jak brzoza, głupi jak koza", podsumowała mała dziewczynka, siostra kolegi z klasy. Koszmar żadności doskwierał najmocniej podczas zajęć sportowych, bo lubił sport oraz sportowców i dostrzegał intuicyjny sens w ludzkiej walce z bolączkami. Choć rozumiał, że w grach zespołowych jak nigdzie indziej nie wybacza się ułomności, to zawsze bolało, gdy nie znajdował miejsca w żadnej z drużyn i ostawał się po selekcji jak ogryzek, z którym nikt nie zamierzał się użerać. Zwykle wuefista na siłę asygnował ofermę do którejś z drużyn, ale wtedy i tak nie podawali, więc biegał bez ładu i składu, psując wysiłki innych, aż w końcu, popychany i wyzywany, stawał za bramką lub pod koszem, gdzie zasłaniał się, gdy chybiona piłka zmierzała w jego stronę. W dni skomasowanych problemów - ustnych odpowiedzi, WF-ów i świetlicowej rywalizacji - nierzadko pękał i wagarował na łąkach w świecie czterech pór roku i dwóch pór dnia, w prostym świecie natury bez pytań i obowiązków, z daleka obserwując świat geografii, historii, języków i matematyki, opowiadany w nowej odsłonie przez muzykę.
Po szkole podstawowej jeszcze chwila wymuszonej edukacji i uff! - koniec męczarni. Bez matury, bo to ponad czyjekolwiek siły - jego i nauczycieli. A potem dać susa w norkę, nosa nie wyściubiać, zajadać się resztkami i nie piszczeć, nawet jeśli życie uwiera.
Matka wytłumaczyła, jaki urząd i gdzie, żeby pójść do pracy, że nie chce, żeby siedział w domu, bo potrzebuje, żeby dom był wolny, więc parking, więc buda na parkingu bez dzieci, bez nauczycieli. Ot, zbiór możliwych wniosków z góry ograniczony, sytuacja sama prowadzi ku decyzji i zasięg kolejnych kroków spakowany na rozmiar jego pomyślunku. "Od-do" po omacku, po bezpiecznych śladach, niczym jazda windą na odpowiednie piętro. Najgorzej, jeśli ktoś jednak zwęszył błąd i obdarzył Gamonia krytycznym spojrzeniem, bo kiepsko radził sobie pod obserwującym okiem, zwłaszcza jeśli śmiali się z niego, i to jeszcze w towarzystwie. Lepiej zatem nie doprowadzić do sytuacji, przeć prosto swoim torem aż do końca, do ściany, i tam dopiero zastanawiać się nad sensem, albo nawet nie zastanawiać, tylko uszy po sobie i w mig przyznać się do klapy, do tego, że się nie wie. Nauczył się szybko oceniać skalę sytuacji i gdy tylko była wyższa od niego, to w tył zwrot, lepiej się wycofać, dać zdecydować komuś innemu. Matce odpowiadało, że nie ma darmozjada w domu przez cały dzień, a jemu, że ma co robić. Bo co miałby robić, gdyby nie pracował?
Parking przylegał do kompleksu biurowego i ludzie w garniturach mijali strażniczą budkę, gdy wjeżdżali na parking lub maszerowali w lśniących butach w okolicach godziny zero. Słyszał rozmowy o wszystkim podczas przerw na papierosa. Uśmiechał się, trzeba się uśmiechać. Do śmiechu mu jednak nie było, bo się bał. Bo mogli przecież czegoś chcieć poza repertuarem. Mogli zadać pytanie spoza listy, którą przyczepił pinezką do ściany jak wielką ściągę. W budce było miło. Siedział sam. Nikt nie zaczepiał. Czajnik elektryczny szumiał uspokajająco. Pił dużo herbaty; lubił herbatę, zwłaszcza owocową. Był kalendarz, była lampka, biurko i siedzenie oraz grzejnik na chłodne dni, a także toaleta na zewnątrz. Miał również małe ekrany, które przekazywały obraz z różnych stron parkingu i uwielbiał patrzeć na świat ze sztafetowej perspektywy - ruch kończył się na jednym ekranie i trwał na kolejnym. Lubił łączyć obrazy w sekwencję, znajdować postacie z pierwszego ekranu na czwartym, itepe. Nie było łatwo, nieraz mu znikali, bawił się jednak przednio i ćwiczył głowę, ćwiczył spostrzegawczość i łączenie faktów w kupę, ale nie na ocenę, a dla siebie. Radował się postępami. Szło mu coraz lepiej. Pracował już ponad trzy lata. Musieli być z niego zadowoleni. Lubił tę myśl. Ktoś uważał, że jest przydatny.
Matkę odwiedza wieczorem. Półprzytomna fizjonomia wciąż wpisuje się w poringowy stan. Leży w pozie lalki, którą okrutne dziecko powykręcało i umieściło kończyny w niewłaściwych stawach. Od czasu do czasu przewraca oczami, jakby wewnętrzny budzik nakazywał co raz wykonać kolisty ruch gałkami. W bieli szpitala wydaje się mniejsza i bardziej życzliwa. On siedzi na krześle i patrzy na jej sen i na wskazania przyrządów. Chciałby wiedzieć, kiedy matka wróci do domu. Czeka z pytaniem na przebudzenie, pyta zaraz po otwarciu oczu, lecz natychmiast się sklejają. Ona przełyka ślinę, grymas przebiega po wielkiej opuchliźnie. Czy zostanie tu na zawsze? Czy ją z tego wyleczą? Co z nim? Zamiera, gdy do salki wchodzi rodzina z dwiema małymi dziewczynkami. Odwiedzają kobietę leżącą dwa łóżka dalej; jedna z dziewczynek mówi Gamoniowi "dzień dobry", a on odruchowo kiwa jej niczym na parkingu. W salce z matką i drugą pacjentką czuł się o jeden supeł wokół grdyki swobodniejszy. Ludzie rozmawiają, żartują, dziewczynka w końcu podchodzi, on przełyka ślinę, ma pustkę w głowie, czerń przed oczami i szum w uszach, sympatyczna wścibska mała porusza do niego ustami zza ciała matki, a on nie jest w stanie jej usłyszeć, zwęża powieki, nachyla się bliżej, wysila się, żeby wywnioskować coś z ruchu warg. I nic. Odwraca głowę i uparcie patrzy w jeden punkt na czole matki. Niemowa wraca do swoich.
Z budki mógł zwykle bez konsekwencji przyglądać się rówieśnikom bądź ludziom niewiele starszym. Młodsi byli wystraszeni jak on, zwłaszcza rano, w drodze do biurowców, stąpali na zestresowanych szczudłach, łypali źrenicami w rozmiarze monet i na każde słowo reagowali niczym porażeni. Podzielał ich nastawienie. Czuł ulgę, że ktoś oprócz niego też brnie pod górkę. Tyle że jego nerwy były stale podłączone pod generator wysokiego napięcia, a im dość szybko przechodziło, z czasem na przerwach na papierosa zawierali nowe znajomości, zmieniali fryzury i stroje, przemieniając się w starszych siebie, nosili ładniejsze torby, na uszach duże słuchawki i w ruchy wkładali więcej luzu. Rozpoznawał ludzi mądrych, pracowitych, przebojowych, zasługujących na wysokie posady, pnących się po drabinach kariery i wydających ciężko zarobione pieniądze na najlepsze samochody i gadżety. On by chyba umarł, gdyby kazali mu wjechać do pełnych garniturów biur i wykonywać umysłową pracę. Słyszał pogawędki przy papierosach lub pół rozmów telefonicznych i walczył z rwącym potokiem trudnych słów z różnych dziedzin biurowego życia, dla których musiałby poświęcić wszystkie ściany budki. Zachwycał się ludzkim potencjałem. Dziwił i zachwycał. Dzięki podsłuchanym dialogom docierało do niego, jak dużo ludzie potrafią wiedzieć, na jakie trudne problemy potrafią znaleźć rozwiązania i jakie rzadkie umiejętności posiadać. Bystrych zdolniachów potrafił uplasować w wymagających sytuacjach, na przykład podczas wystąpień na apelach szkolnych albo przed całą klasą, które Gamonia przyprawiały o nocną bezsenność. Byli naturalni, weseli, sypali udanymi żartami jak z rękawa, potęgując zainteresowanie widzów i z sukcesem używając trafionych rekwizytów. On nienawidził centrum. Pierwszy plan obiecywał urok tarczy na strzelnicy. Wystrzegał się nawet wyobrażać sobie siebie, Gamonia, podczas publicznych wystąpień; na sam przebłysk kompromitującej bezradności zagryzał wargi, głowę chował w dłoniach, w gardle przełykał gulę i powtarzał wyrok, a także usprawiedliwienie: "Jestem gamoniem". Osąd ów przypieczętował, lustrując odbicie w sedesowym odpływie, akceptując tym samym nowe imię nadane przez kolegów, wciskających jego głowę do muszli klozetowej.
Dziewczynki w szpitalnej sali oglądały wraz z odwiedzaną kobietą głośny film na telefonie. Gamoń rozpoznał melodię z programu dla śpiewających talentów: młody mężczyzna dawał pokaz wokalnych umiejętności i scenicznej odwagi; urodzony performer zachwycił widzów własną interpretacją piosenki z radia, jury słało pochwały, widownia gwizdała i klaskała. Gdyby Gamoń umiał śpiewać, toby w takim programie zaśpiewał Thinking Out Loud Eda Sheerana i wszyscy by oszaleli: aplauz zerwałby papę z dachu, płakaliby i chcieliby robić z nim zdjęcia, on na koniec też zalałby się łzami. Już miał mokre oczy, policzki i nos, które przecierał rąbkiem kołdry spoczywającej na śpiącej matce, słał całusy wiwatującym w pierwszych rzędach, aż w deszczu konfetti ukrył wzruszenie w połach koszuli i załkał. Jury uniosło ręce, uspokoiło widownię, dzieliło się doznaniami, adorowało czysty diament. Cieszyli się, że przyszedł do programu, i pytali o jego historię, co planował w życiu, chcieli usłyszeć o rodzinie. Miał mamę w szpitalu, śpiewał po trosze dla niej, żeby szybciej wróciła do zdrowia. "A tata?", spytali. I co miał powiedzieć? W szkole się śmiali, że Gamoń pochodzi z wielu ojców, że każde dziecko miało jednego ojca, że wiadomo kogo, ale w jego przypadku byłoby celniej wołać "tato" do każdego napotkanego faceta - większe prawdopodobieństwo trafienia niż w kolekturze; że dogryzali mu, że na wywiadówki trzeba by nająć salę gimnastyczną, by pomieścić jego ojców; że zgadywali, którą część ciała ma od jednego ojca, a którą od innego, żadnego raczej nie może w całości przypominać, bo mieszanka jest niczym spod dobrego miksera; że jakby sobie zrobił test DNA na pochodzenie, to lista możliwych krajów i kolorów skóry zajęłaby pewnie całą rolkę papieru toaletowego; i rzucali w niego wyciągami DNA z chłopięcej ubikacji. Nie wiedział, co miałby powiedzieć jury. Uciekł ze sceny.
Gdy się umie śpiewać i gdy się nie jest idiotą, to można sobie poradzić na scenie, można zdobyć największe oklaski. Ale scena to nie jego bajka. Mógł tylko podziwiać innych. Ale gdyby umiał śpiewać jak ten chłopak z nagrania, to sprowadziłby ich wszystkich na kolana.
To bardzo zuchwałe tak o innych myśleć, strofował siebie, sprowadzać innych na kolana... Do marnych poziomów swojej rzeczywistości. Nie był żadnym geniuszem, żeby uzurpować sobie prawo do powalających efektów. Nie był nawet przeciętny. Był głupkiem. Gamoniem. Klęczał w grząskim gównie zwykłych dni. Pozostali mieli więcej, on mniej - tyle przypadło mu w udziale w tej rzeczywistości. I na cóż miał protestować? Kogóż miał sprowadzić na kolana? Robiących kariery w biurowcach, jeżdżących nowymi autami, wychodzących z drogich restauracji za ręce z ładnymi dziewczynami, noszących gustowne ciemne płaszcze, buty lśniące nowością i drogością, teczki też, cykających zdjęcia dobrymi telefonami, znających słowa trudne i rozumiejących ukryte znaczenia? Właśnie takich? On by poległ, połamał język, mózg by przegrzał od łączenia w całość domysłów i niedomówień. Oni byli tam, on tu. Oddzielał ich szlaban. Dobrze, że istniała wyraźna granica. Jeszcze przez pomyłkę wszedłby w tamten świat i zabłądził, i zostałby z niego suchy szkielet jak z wędrowca zagubionego w piramidzie. Żadnego sprowadzania na kolana. Żadnych pretensji. Żadnych zazdrości. Byle unikać trudnych tematów ponad siły i pamiętać wyuczone schematy.
Czy mógłby być wygadany, pewny siebie i lotny jak oni? Mógłby, w innej rzeczywistości. W tej okupował dolne partie wielkiego ludzkiego układu pokarmowego. Nie zazna nigdy sukcesów, nie będą go oklaskiwać i nagradzać, nie będzie awansować i zmieniać aut ani wracać do pięknej żony i mądrych dzieci. Nie wstawią jego zdjęcia na pierwszą ani żadną kolejną stronę gazety, nie będą mu się kłaniać ani robić z nim wywiadów. Będzie podnosił i opuszczał szlaban, nie opowie o wakacjach, nie zobaczy innych krajów, nie nauczy się innych kultur; będzie się starzał tu i teraz, taki, jaki jest. Przy odrobinie szczęścia ćwiczenia umysłowe pobudzą zabłąkane szare komórki i da sobie radę sam, już bez matki, gdy ona jakimś cudem zniknie. Tu i teraz. Jego miejsce. Nie tam; nigdy nie tam.
Tu i teraz, przy łóżku matki, wzniósł cichą prośbę:
- Baranku, czuwaj, proszę, nade mną, i oszczędź cięgów.
Gamoń
Matka nawiązywała nowe znajomości z magnetycznym wdziękiem. Zwłaszcza mężczyźni lgnęli do niej, odkąd pamiętał, by na kilka wieczorów i nocy w tygodniu zamienić ich mieszkanie w imprezownię gęstą od muzyki, kolorów, śmiechów i alkoholu w umiarze. Przez chwilę po przybyciu wyglądali jeszcze normalnie, jak zdrowi ludzie, ale po eliksirach matki szyje ich się skracały, włosy traciły fryz, ubrania rozpinały, a głowy kurczyły w wysokich kapturach, ukazując tylko przekrwione spojrzenia, krzywe zepsute zęby i białe języki. Dzieciństwo przeplatał z gośćmi na jeden albo na wiele razów, choć czarna magia matki usidlała również i stałych bywalców. Dzieci ze sobą nigdy nie sprowadzali, pałętał się po towarzystwie jak puchaty szczeniak z odległej planety. Nie przepędzali ufoludka, choć u nowych bywalców wywoływał delikatne napięcie. Imprezy z holu i kuchni przenosiły się do pokoju matki i poznawał ją, poznawał ich, układał sobie historię świata na podstawie dźwięków zabawy z pokoju matki. Odprawiali czary o gęstej konsystencji plasków i przekleństw, wyobrażał sobie, jak do wielkiego kotła wrzucają szkielety zwierzaków, trujące rośliny, rybie oczy, jak plują zgniłą śliną i mieszają to wszystko ludzką kością. Ona piszczała, jęczała, wzdychała, rzucała zaklęcia; wzdychali i rzucali zaklęcia też goście, bardzo radośni. Przy nich dużo się śmiała, wymawiała często ich imiona. Wydawała z siebie gardłowe zachwyty w długich sekwencjach o rosnącym natężeniu. Leżąc w swoim łóżku, w swoim pokoju przylegającym do jej pokoju, dławiła go sucha trupia maska i stopy robiły się gorące, gdy matka rozkręcała się, zachwycając się coraz szybciej i głośniej, aż do kulminacji, w której zlewała się w jeden przeciągły pisk. Jeśli akurat czyniła to w akompaniamencie skrzypień i uderzeń w ścianę, to łączny efekt sprawiał, że odsuwał się od krawędzi łóżka stojącego tuż przy drżącej ścianie w obawie, że zaraz łomot przebije mur i wpadnie do jego pokoju.
W inne noce kulił się pod kołdrą, zagryzał materiał w pstrokate kwadraty i próbował nadać ruch dźwiękom podobnym, ale z inną nutą, jakby doprawionych bólem; matka nigdy nie krzyczała z bólu, jej krzyk nie pochodził z fizycznego cierpienia, ale czasami w jej jękach i zachwytach był ból. Na białej ścianie pomiędzy nimi próbował odmalować słuchane cienie: czerwone wilcze ślepia świecące w ciemności, zjeżone drapieżniki osaczające sarnę, ostre ich kły orzące jej kopyta i bok. Dziwił się, że matka nigdy nie ucieka, że czeka, posłuszna, na polanie, choć zna intencje myśliwych. Dosłuchiwał się kajdan, chłosty, tortur i ze zmęczenia mieszało mu się, kto tu komu wyrządza ból i gdzie kończy się przypadek, a zaczyna umyślność.
Mężczyźni nawiedzali matkę różni: młodzi i starzy, ładni i brzydcy, chudzi i grubi, ogoleni i z długimi brodami, w garniturach i dresach, pachnący od początku ładnie, ale też zaniedbani. Widząc go przy pierwszej wizycie, stawali, zdziwieni; jeśli była kolejna, a bardzo często była (matka miała w sobie magnes), wymieniali z nim żółwika i przybijali piątki. Gdy był mały, niektórzy sadzali go na kolanach, matka wtedy krzywiła się i odwracała wzrok, a jego ciekawiło, czy mają dzieci. W rozmowach dorosłych pojawiał się jego temat, stanowił pocieszny element niejednej dyskusji przed zabawą w pokoju matki. Pewien gość napomknął nawet półgębkiem o swoich dzieciach. Ojciec! - olśniło go, do jego domu przychodzili ojcowie innych dzieci! Tabunom zaprzeczyć nie szło - każdego roku szkolnego przez mieszkanie przewijało się pewnie kilkuset ojców; może spłodzili dzieci z jego szkoły albo nawet klasy? W późniejszych latach z większym nerwem parował docinki kolegów i koleżanek, oskarżając, że to ich ojcowie bawią się z matką w jej pokoju i wybranym dzieciakom miny rzedły i skarżyły się mamusiom i tatusiom, a nauczycielki serwowały Gamoniowi nagany ze świętym oburzeniem, jakby znały na pamięć rozkład wieczornych hulanek matki i z czystym sumieniem mogły wybielić klasowych tatusiów. Żałował, że nie wzywały wtedy matki. Może jakby przyszła i w dzienniku wskazała palcem nazwiska tatusiów, którzy się z nią bawią w środy albo w piątki, toby wreszcie zapadła cisza i dzieciaki przestałyby popychać, bić i wyzywać Gamonia od bękartów, skoro Gamoń mógł być ich bratem, i od ich kochanych tatusiów domagać się należnego dotąd tylko im prawa do sadzania na kolanach, odbierania ze szkoły i kupowania długopisów. Może jakby zamiast Zosi albo Janka w niebogłosy krzycząc: "tatuś, tatuś!", podbiegł do pana czekającego w aucie przed szkołą, toby szkolni prześladowcy przynajmniej raz poczuli, jak to jest mieć wspólnego tatę do podziału na kilkoro.
Tatusiowie często przynosili matce prezenty, witali kwiatami i czekoladkami, obdarowywali winem, które szybko otwierała i razem wypijali. Matce udawało się rozszczelnić najbardziej zamkniętych i zestresowanych facetów, którzy od progu byli napięci jak struna, a od jej żartów i zaklęć, które wyszlifowała w powtarzających się rozmowach, stawali się bardziej przystępni. Niektórzy wydawali się naprawdę młodzi, raczej nie byli ojcami, może przygotowywali się do roli ojców, skoro to głównie starsi faceci gustowali w jej towarzystwie. Momenty z matką łączyły starszych i młodszych: ci pierwsi przychodzili, bo matkę lubili; zabawy tych drugich brał za wprowadzenie w ojcowską powinność. Zdarzali się i mężczyźni, których matka nie wypraszała, którzy jej nocne śpiewy barwili palącą nutką. Nauczył się rozpoznawać panów, których na to bardziej stać - tchnęło od nich surowością, długie mieli palce, zakrzywione, krucze twarze i na matkę patrzyli bezpośrednio, bardziej zwierzęco. Podczas rozmów przed pójściem do pokoju łapali ją mocno za pośladek lub wsadzali dłonie pomiędzy jej nogi w dżinsach i podnosili, wydając pomruk, a ona okazywała zadowolenie i nieraz chichotała. Gamoń wolał wtedy uciec do pokoju i już nie patrzeć na wstęp do igraszek. Z czasem zauważył, że nawet ci zestresowani, niepozorni mogli wywołać ból.
Rano budził się już zwykle w mieszkaniu bez gości. W łazience znajdował nieraz podłużne skórki, przezroczyste lub kolorowe, leżały w zlewie, na kranie, owinięte na grzejniku lub baterii prysznicowej, puste lub pełne, niczym cukierki na choince. Na początku matka jeszcze Gamonia odpychała, wchodziła pierwsza do łazienki i prędko zbierała rekwizyty, później przestała i sprzątał już sam, wpierw gołymi rękami, później papierem toaletowym, nieraz studiując pod światło zawartość szczególnie pełnych, po czym spuszczał w muszli klozetowej, zastanawiając się, czy na końcu rury jacyś panowie nie wyśledzą, skąd taka liczba skórek, i nie naślą policji, której matka nie za bardzo ufała. Wpadł raz na pomysł, żeby spisać liczby i zawartość w zeszycie i upomnieć konkretnych panów, że tak nie wolno. Nawet ustalić ich nazwiska i adresy, i odesłać wyniki eksploracji matczynych zakamarków. Wytrzymał przez jeden tydzień; doliczył do trzydziestu czterech, lecz po studiowaniu pojedynczych próbek i porównawczych analizach, gdy układał je na podłodze obok siebie i badał długopisem, papierem i palcem, stracił ochotę i rachubę wobec mnogiej powtarzalności i trudności w identyfikacji właścicieli tropów. Najwięksi dowcipnisie, wiedzeni zapewne ubawem z amatorskiej inwigilacji, wieszali gumowe prezenty na zewnętrznej klamce jego drzwi, zawsze z zawartością, do troskliwej wiwisekcji, niczym czerwono-zielone skarpety ze świątecznymi prezentami, które mógłby zabezpieczyć przed uszkodzeniem i zabrać jako skromną pamiątkę na swoją pluszową planetę.
Lochu matki strzegły zasieki, zabroniła zaglądać, gdy jako maluch zrobił to raz, i charakterystyczny zapach tamtego wtargnięcia stał się synonimem imprez. Zastanawiał się zawsze kilka razy, zanim zdecydował się zapukać w ciężkie stare drzwi; ściana wokół nich nosiła ślady runicznych rzeźbień. Ułożoną zawczasu kwestię, którą zamierzał wypowiedzieć bez podnoszenia wzroku, kruszył ciężar wrót wiszących na wielkich ołowianych zawiasach. O ile nie stchórzył, sterczał w ciszy, opędzając się od złych przeczuć, przygnieciony koszmarem, który wyciekał spod drzwi. Często zmykał do siebie, okrywał się ciepłem i nie pytał matki, czy może wyjść do kina. Wolał nie iść, niż spytać. W napływach rzadkiej odwagi wołał Baranka o pomoc i na bezdechu kołatał, wywołując echo zbyt głośne; przesadził, czekał skulony, każdy szmer brzmiał jak wojenne trąby, powietrze wydmuchiwał w koszulkę naciągniętą na usta, by zagłuszyć własny oddech, liczył, że może nie usłyszała, ale już mdłe światło przenikało spod drzwi. Później brzęczenie łańcuchów, dźwięk masywnych zasuw trafiających na miejsce, klucz zgrzytający w zamku o średnicy oka. Ze środka zimny trupi zapach i ciemność pastwiąca się nad starą srebrną lampą. Wokół trzonu lampy splecione sine palce z ostrymi zakrzywionymi pazurami.
- Mogę do kina? - wypowiedziane przez tak ściśnięte gardło, że aż piszczące.
- Możesz. Tylko wracaj od razu po.
W tył zwrot, bez "dziękuję". Ton z pokoju jakby z popielatej rzeczywistości, z przeklętych krain, gdzie nie dochodziło światło i gdzie na popękanej ziemi, nierodzącej od lat, z głodu obgryzali sobie kości.
Film dobry, emocje w Gamoniu jeszcze "och" i "ach". Ostatni klaps padł po zachodzie słońca; wiedział już, że nie wróci szybko do pokoju, mimo narastającego niepokoju został do końca napisów i jeszcze kilka minut dłużej, zanim wyprosili z kina. Co tym razem? - próbował zgadnąć, patrząc na swój blok. Będzie przyduszać, kłuć w przyrodzenie, przypali skórę za uchem? Usiadł na murku pod drzewem naprzeciwko, choć powinien pędzić na górę. Chłód wsiąkał w pupę, nogi drętwiały, żółć gotowała się w brzuchu, był już spóźniony, a miał wrócić "zaraz po". Pojawiło się nowe wiercenie nad i w siusiaku, jakby małe koraliki turlały się w ciele. Światło ułatwiłoby bardzo, bardzo, bardzo by pomogło, prosił Baranka, wpatrzony w zygzak prostokątów na klatce schodowej. Proszę o światło. Nie lubię ciemności. Szkoda, że z okna nie zwiesił liny z prześcieradeł, wspiąłby się i może byłoby w porządku. Przez kieszeń dotknął siusiaka, który zrobił się twardszy.
W ciemności klatki schodowej niczym w wysokiej wieży maskotki matki kotłowały się uwięzione na karę nudów. Coś pokracznego stąpało za nim, że zgniły oddech czuł na plecach, coś z wykrzywioną szyją łaziło po suficie, trzepotało skrzydło-odnóżami, smarkało; gra cieni spowalniała Gamonia. Z zamkniętymi oczami wspinał się po miękkich falujących stopniach, dobrze, że miał poręcz, choć coś smyrało po wierzchu dłoni, gryzło jak ząbkujące psię, dziobało jak kanarek, żeby się puścił. Poręcz ociekała ciepłym śluzem. Bardzo spóźniony, z zakrwawioną dłonią, dotarł na przedostatnie piętro. Ostrożnie przekręcił klamkę. Zamknięte. Na dzwonek brakło odwagi. Gapił się, jakby spojrzenie miało moc zaklęcia albo teleportacji pod kołdrę. Chwila, dwie chwile, godzina. Osunął się, oparł barkiem o ścianę, objął kolana. Ciemność dosiadła się, dmuchnęła we włosy, wsunęła łapę pod koszulkę. "Ale się spóźnisz", wyszeptała. Zazdrościł agentowi, którego dzisiaj oglądał - z kaskaderskimi umiejętnościami, nieustraszonym charakterem i gadżetami wywinąłby się na pewno z potrzasku. W horyzontalnej pozycji opuściłby się na linie na parter, zawisł nad ziemią, stwory z bloku nie zdążyłyby za nim, on by później wskoczył na czerwony motocykl i popędził w dal. Widział siebie pochylonego za kierownicą, dodającego gazu drążkiem, manewrującego między samochodami.
Powrót z kina naznaczony obawami niczym tysiące powrotów ze szkoły. Już podczas popołudniowych zajęć na ramieniu Gamonia rozsiadał się zaraźliwy strach powrotnej drogi. Przez okno ostatniej ławki obserwował świat oblekający się w ciemność późnej jesieni i zimy, żółte światła latarń kojarzyły się ze spóźnieniem, jeszcze podczas lekcji kręcił się nerwowo i obgryzał zjedzone do cna paznokcie, a ostatni dzwonek grzmiał jak dzwon bijący ku przestrodze, że na ulicach czają się strachy, że porywają dzieci, że zwłaszcza jemu grozi kocioł z zupą. Jako ostatni przemierzał puste korytarze, ze spuszczoną głową stawiał żółte od latarń kroki w powolnym, lecz nie za wolnym spacerze do domu. Walące serce przyspieszało na widok bloku, uderzało ze sto razy na każdym stopniu klatki schodowej. Czy nie czeka w złym humorze albo nie gości grubiańskich facetów? Wolał, gdy była zajęta. Cicho wtedy odwieszał kurtkę, zakładał kapcie i na palcach szedł do siebie. Baranku, proszę, żeby mnie nie zaczepiała. Proszę, Baranku, żeby została u siebie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu i miesiąc po miesiącu identycznych powrotów i za każdym razem to samo dudnienie w mostku i skradanie się przez mieszkanie. Nieraz myślał, żeby gdzieś się schować albo wsiąść do autobusu na przystanku przy szkole, albo niczym w filmie, który wyświetlali na lekcjach, schować się pod ciężarówką i pojechać do innych krajów. Ale wiedział, że by sobie dalej nie poradził, że nie ma innej drogi poza drogą do domu, aż zaczął wyobrażać sobie, że matka może się rozchorować i pójść do szpitala, że coś jej się stanie i nie będzie musiał tak punktualnie wracać ze szkoły. Karmił płochliwe myśli-prośby-życzenia przez pierwsze metry po wyjściu na szkolny dziedziniec, który kończył pierwszą fazę powrotu do domu. Ustępowały żółtej drepczącej pewności, że wieczorem znów będzie siedział na swoim łóżku albo w fotelu, odrabiając zadania domowe z tym samym mrowieniem w karku i jednym okiem zawieszonym na klamce od drzwi.
Nagle jasność. Drzwi się otworzyły. Wszedł mężczyzna, zerknął, mruknął i dał się połknąć fałdom sukni.
W przypadkach wyjątkowych (im on starszy, tym mniej wyjątkowych) nocna zabawa przenosiła się z jamy matki do holu lub kuchni. Na pomarańczowych przeźroczach nadzy i półnadzy, matka i czasami dwóch, trzech, wkładali jej siusiaki do ust, ona je połykała, zachwycona, wkładali jej siusiaki w intymne części ciała, na leżąco, ona na jednym, kolejny nad nią, w ustach siusiak trzeciego, czasami jeden z tyłu za matką, łapiący ją za biodra, a drugi przed nią, kończyli nieraz w rzędzie, suwając dłońmi po siusiakach i później matce do ust, na piersi, we włosy. Ociekała, oczu nie mogła nieraz otworzyć, tyle tego było. W szkole dowiedział się, co to.
Po wakacjach, między szóstą a siódmą klasą, koledzy napoczęli tradycję otaczania ostatniej ławki, siadania na blacie Gamonia i komentowania filmów z telefonu, który kładli przed nim. Naśladowali dźwięki matki, kopiowali ruchy facetów z jego domu, łapali za swoje i jego krocze, wyjąc i tarmosząc.
"To chyba twoja matka. Albo ta".
"Mój brat mówi, że na osiemnastkę idzie do twojej matki. Ojciec chce mu nawet postawić. Może ja też przyjdę".
"Kto jest lepszy, twoja matka czy one?".
Nigdy nie był równie blisko wpierdolenia komukolwiek, jak w te powakacyjne ciepłe przerwy. Czy gdyby to były ich matki, to też by tak ochoczo oglądali te filmy w Internecie? Też by do nich trzepali kapucyna?
Serce Gamonia waliło jak opętane, gdy wiwatowali nad nagraniami, bo w domu widział facetów z kamerami. Ich cyklopie oczy dokumentowały matkę klęczącą, oblepioną, z pełnymi ustami. W przerwach między zajęciami i podczas powrotów do domu zlatywały się ku niemu na skrzydłach ociekających substancją, którą ociekała też matka, koleżeńskie epitety o pizdach, waginach, muszelkach, sromach, wargach, rowach, dupach, odbytach, cycach, sutach rżniętych, posuwanych, dymanych, ruchanych od przodu, od tyłu, na plecach, na brzuchu, na stojąco, do góry nogami. I wracali tacy do domów i mówili swoim matkom: "Cześć, mamo".
A gdyby pójść za nimi do ich wspaniałych rodzin, przywitać się grzecznie i zapytać te ich matki: "Hej, matki, czy jesteście lachociągami? Czy dajecie dupy mężom na stole w jadalni albo na pralce w łazience? Czy ciągniecie druta z połykiem czy bez? Czy dajecie bez bólu głowy wyruchać się przed snem, czy też trzeba wam kupić kwiaty i wręczyć biżuterię?".
Od liceum goście matki semestr po semestrze obniżali loty. Ubywało miłych i eleganckich, podarunki stawały się odstępstwem od reguły, a czułe rozmowy coraz częściej nie przekraczały "dzień dobry", ustępując niewybrednym epitetom - we frontowe drzwi pukały parszywe mordy grabarzy i cmentarnych hien, cuchnące wulgaryzmami ryje z pluskwami hulającymi w tłustych włosach. Niewyględni maruderzy zostawiali ubłocone maniery na wycieraczce i z buciorami panoszyli się po mieszkaniu, a z jamy dochodziły klapsy, przekleństwa i wyzwiska, co tylko z kocem na głowie dało się znieść, bo rodziły potworne wrzaski. W obliczach facetów odbijały się siniaki matki, ubrania porwane, rozbiegane źrenice, pięści całujące policzki, grube paluchy z brudem i kudłami matki za paznokciami. Kieszenie, poza pieniędzmi, pełne mieli zboczeń, dla których spełnienia matka się upodlała, a im wciąż było mało.
"Zaproś syna", zasugerowali raz w obecności Gamonia, "na pewno chciałby popatrzeć". Matka się skrzywiła, Gamoń zamarł i wezwał ratunku Baranka, by go ustrzegł przed ciemnymi zakusami.
"Zapłacimy ekstra. Mały, chcesz zobaczyć, jak to się robi? Robiłeś to już? Dymają ci matkę za ścianą, a ty jeszcze prawiczek? Chcesz popatrzeć?".
Od przerażenia w oczach matki rozbolały go kolana. I tak by odmówił.
"Nie bądź cipa. Twoja matka ma fach w ręku. Jej pizda jeszcze się trzyma".
Śmiali się, gdy pobiegł do pokoju. W krzykach tamtej nocy było dużo bólu. Baranek znów go ocalił. Nie przyszli. Ona też nie przyszła po niego.
Rozumiał, że za pieniądze od panów ubiera się, je, ogląda telewizję, że sponsorują miesięczny bilet na autobus i chodzenie do kina. Innym dzieciom też dorośli sponsorowali życie. Chwalili się kieszonkowymi. Z pieniędzy od dorosłych odkładali na małe marzenia: rower, konsolę, grę lub wydawali całość w szkolnym sklepiku.
Pierwsze ciężkie pobicie matki miało miejsce miesiąc po znalezieniu przez Gamonia pracy. Skończył się bezsens, co nie miał nazwy w podstawówce i liceum, a wraz z nimi małe domowe zamachy Gamonia. Przestał przynosić ostre końcówki butelek i kłaść w koszu, w którym grzebała gołą dłonią, bo stali bywalcy wyrzucali tam prezerwatywy. Przestał wieszać włączoną do prądu suszarkę nad wanną, do której puszczała wodę przed kąpielą. Przestał zostawiać odkręcony w kuchni gaz przed wyjściem do szkoły. Przestał wrzucać do kubka z jej kawą wybrane na chybił trafił tabletki z apteczki. Choć przez najmłodsze szkolne lata owe akty tchórzostwa niosły promyk nadziei, a w liceum dołączył akompaniament sporadycznych życzeń wypowiadanych pod poduszką, to tuż po pójściu do pracy pierzchły, jakby posiadanie płatnej roboty zdejmowało z niego część win. Ponieważ raz zasiane zło nie ginie, dla równowagi miesiąc później matkę pobił koleś o gębie goryla. Siedział jeszcze na kiblu, gdy Gamoń wrócił z parkingu. Matka straciła przytomność. Strasznie dostała. Miała rozbity nos i opuchnięte oko. Leżała naga na boku, strupy i siniaki znaczyły miejsca dotyków, których nigdy nie pokazywała. Usłyszał spłuczkę. Goryl wyszedł z łazienki, zapiął rozporek, rzucił kasę i opuścił mieszkanie. Gamoń sterczał nad matką, wahając się, co zrobić. Nie dotknął jej; nie wiedział, jak jej dotykać. Zasnął w swoim pokoju w kurtce z zaplecionymi na supeł rękoma i zapieczoną prośbą za opadającymi powiekami.
Baranku, pomóż mi, pomóż jej.
Gamoń
Rzadkość, że sam w mieszkaniu wieczorem. Inni wykorzystaliby wolną chałupę do zrobienia imprezy z dziewczynami, alkoholem, muzyką, grami i całowaniem. Gamoń nie umiał imprezować. Był na jednej szkolnej zabawie, którą przesiedział na ławce pod ścianą, gdy inni ganiali się, tańczyli bądź też siedzieli. Do wolnej chaty nie miał nawet kogo zaprosić. Nikogo bliskiego. Był jeden raz kolega z ławki, który kilka razy w tygodniu pytał, czy Gamoń go zaprosi, aż Gamoń zgodził się, choć wiedział, że nie powinien. Kolega przyszedł wesoły i nastawiony na harce. Matka była wielce zaskoczona. Spiorunowała Gamonia wzrokiem i kazała obu iść do Gamonia pokoju, w którym więcej milczeli, niż rozmawiali, i po godzinie kolega powiedział, że musi wracać. Ledwie Gamoń zamknął za chłopakiem drzwi, matka stanęła w korytarzu z dłońmi opartymi na biodrach i oświadczyła, że nie wolno sprowadzać nikogo do mieszkania bez jej zgody. Później spytała, kto to był, jak się nazywa, kim są rodzice, i z balkonu obserwowała kolegę idącego między blokami. Gamoń nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Następnego dnia dowiedział się, że kolegę pogryzł pies pod jego blokiem i wychowawczyni pozwoliła koledze przesiąść się. Nigdy więcej Gamoń nie miał w swojej ławce kompana i nikogo nie zaprosił do domu.
Rzadkość, że sam w mieszkaniu wieczorem, bo matka raczej knuła i czarowała codziennie u siebie, sporadycznie noce spędzając w sutym towarzystwie na zewnątrz. Nie chciał zostać z nią w szpitalu ani wrócić tu, do światła świec, gdy przez awarię nie było prądu na całej ulicy. Jej pokój pusty, ale wolał nie leżeć przy ścianie, bo tam ciągłe szemranie i skrzypiące łóżko, jakby z kimś obcowała. Płomienie świec opowiadały ciała falujące w rytm organów, w wariującą masę wkroczył kat i ćwiartował dzicz na pokraki, które zlewały się w rowery i trójkąty, większe na ścianie daleko, mniejsze na tynku tuż przy talerzu ze świecami. Spoczął na łóżku i ganił się, że nie zamknął drzwi, szpara jak harmonijka, od jego strony żółto-pomarańczowa poświata, z drugiej włochatość i pazurowatość. Płomienie grały na zmysłach, szpara w wejściu pulsowała. Fanaberia to płomienia czy manewr rozsuwanych drzwi wpuścił nań podmuch?
Odejdź, maro.
Na wszelki wypadek powtórzył sobie, że to bujda, żeby nie wierzyć. Została przecież w szpitalu.
On sam.
Obliczył dwa kroki w kierunku wejścia: na zgiętych kolanach, wyciągnie się, pchnie palcem i odetchnie. Pierwszy krok i jakby tupot bosych kobiecych stóp w korytarzu, ale może uszy zmyślały. Drugi krok. Wskazujący już prawie sięgnął drzwi. I łubu-du. Ciężki bieg masywnego mężczyzny przez korytarz, że aż Gamonia odrzuciło z powrotem na łóżko.
Baranku, ratuj mnie, błagam. Baranku!
Skulił się pod kocem. Wróciły noce z matką w mieszkaniu, gdy goście wielcy, nadzy, opaśli ganiali pod drzwiami, aż trzęsła się od nich podłoga, szarpali za klamki, śmiali się, prosili, żeby ich wpuścił, kazali się wpuścić, pukali, sikali na drzwi, odgłosy małpie wydawali, matkę przy drzwiach zmuszali. Wiązał wtedy poduszkę wokół oczu i uszu i kazał sobie myśleć, myśleć, wyobrażać sobie co innego.
W tamte noce, w inne noce, gdy w mieszkaniu pustki ludzkie i emocjonalne, budził się od impulsu, poczuł jej obecność bardziej, niż usłyszał, i gdy on tyłem do drzwi, to strach się odwrócić, a gdy przodem, to przez zaciśnięte powieki, bo na dywanie pewnie jej figura w prześcieradle, wysoka aż do sufitu, szersza w barach od zwykłego człowieka, większa od niego co najmniej dwa razy. Baranku! Patrzyła jakby spode łba, długie czarne strąki zasłaniały twarz i oczy, wcale nie przyszła głaskać i kołysać do spokojnego snu, długie jej palce prostowały się, a owłosiona głowa o rozmiarze pralki przekrzywiała się, jakby zdziwiona. Ciarki go przechodziły od bycia odmierzanym na długość i grubość względem przydatności do jej czarów. Baranku! Stukanie zębów cichsze, bo włożył język pomiędzy szczęki, mimo że bolało, i udawał, że śpi, że martwy, że niesmaczny. Stukanie jej zębów głośniejsze, bo z głodu i dla niecnych planów.
Albo noce, gdy budził się wobec obecności w nogach, czyhającej na skraju jego świadomości - mogła szykować się mętna i złowieszcza do zabiegów przeróżnych: ostrzyć noże ofiarne, by uciąć stopę, wydłubać i ugotować oczy w przeklętym wywarze z jego krwi, oskalpować i zawekować czaszkę. Stała twardo jak dąb, dysząca od czarów; ognista para wydobywała się z pyska i uszu lub podchodziła do przerażonego dziecięcia, trzęsła łupiną, policzkowała i niskim głosem z zaświatów wrzeszczała: "Jesteś beznadziejny jak wszyscy faceci. Zapamiętaj to sobie: jesteś synonimem beznadziejności. Beznadziejnym facetem".
Mogła wpuścić do pokoju mężczyzn, a im same podłe rzeczy w głowie i każą podziwiać. Ustawią się za nią w kolejce niczym uczniowie do okienka w sklepiku szkolnym z odkrytymi torsami i przyrodzeniami na wierzchu, masturbujący się i macający matkę. Procesja będzie krążyć wokół jego łóżka, szarpać za posłanie, tryskać na jego pościel, kopać nóżki, trząść meblem i hukać, żeby nie przestawał podziwiać.
Mdlenie. Oddech za płytki. Gorąco ponad normę. Topił się w ubraniu i nawet jeśli zjawa tuż-tuż, podniósł się i zrzucił sweter i koszulę, uda i łydki również osmalone, więc spodnie w dół, gorączka kręciła głową, spodnie plątały kostki, złapał się powietrza, padł na brzuch, baty jej warkoczy orały mu plecy, poderwał się, wpadł na szafę; cóż z tego, że ona spięta kablami na szpitalnym łóżku, skoro w mieszkaniu jej artefakty knuły przeciwko Gamoniowi: zapach jej palta chwycił i dusił, bronił się, ale wieszaki skuwały nadgarstki i wciągały do środka. Baranku! Padł na kolana, zaparł się z dżinsami wciąż na kostkach, kości wysuwały się z obręczy barkowych, niemym okrzykiem dodawał ścięgnom sprężystości, by nie pękły wobec tortur. Ratunku, Baranku! Wyrwał się i niczym pająk sunął pupą w majtkach po dywanie oprószonym popiołem. Głowę trzymał nisko, bo kłęby smolistego dymu krążyły nad nim jak sos mieszany łyżką z przedramienia, a z wysokiego światła świec ostały się żółte robaczki. Mamrotał zaklęcia ochronne: "Proszę, wróć do siebie"; sunął tyłem, majki obnażyły pośladki, plecami uderzył o pręt, o dwa pręty. Dłońmi, którymi odpychał się od podłogi, trafił na dwie nierówności. Chropowate. Macał. Paznokcie! Paznokcie wielkości dziecięcych piąstek; "Proszę, zostaw mi duszę". Plecami obił zimne i długie stoponogi; obrócił się, kolana stwora powyżej linii wzroku, długa biała nocna koszula piętrzyła się bez końca i dwie jej łapy, rozczapierzone jak polujące jastrzębie, zniżyły się, by pochwycić. On siup, na brzuch, położył się na podłodze i zanim spadły szpony, przeczołgał się pomiędzy nogami na korytarz, przez korytarz, do łazienki, zatrzasnął drzwi, wspiął się na zlew. Światło księżyca zaglądało przez okienko. Szczotka na zlewie przechowywała jej włosy, prywatne jej rzeczy na półce obok lustra wybuchały jak sztuczne ognie, mieniły się szkarłatem i purpurą. Rzygnął do zlewu, ona w lustrze przyglądała mu się ślepiami kruka; "Proszę, daj mi spokój, nie mam już siły", i po omacku zrzucił jej rzeczy z szafki, spadały do zlewu, na podłogę. Zebrał, co widział, i wrzucił do sedesu. Drzwi do łazienki otworzyły się wtedy jednym ostrym szarpnięciem, że zawiasy aż jęknęły. Wrzask.
Stroił się przed lustrem. Umalowany. Szminka na ustach, cienie na powiekach, pogrubione brwi, puder na policzkach, włosy upięte. Pachniał.
Jesteś gotowa? - dochodziło zza drzwi.
Wyłonił się w szeleszczącej sukience, męskie podniecenie stęknęło na widok przebrania, męska dłoń sięgnęła ku pupie, przycisnęła do siebie. Druga dłoń złapała dłoń Gamonia i prowadziła ku rozporkowi mężczyzny. Kazała miętosić. Twardość w materiale napierała na jego podbrzusze, męskie dłonie wrzynały się mocniej w pośladki, rozsuwając i zsuwając, masując wolniej i szybciej, podwijając sukienkę i szarpiąc stringi. Mężczyzna oblizywał mu szyję, gryzł płatek uszny, wsadzał język do ust. Gamoń położył wolne swoje palce na piersi mężczyzny, cichutko obiecał dobrą zabawę. Gdy mężczyzna zaczynał głośniej wciągać i wypuszczać powietrze, delikatnie odepchnął kochanka i zaprowadził do pokoju. Mężczyzna, klient, siadł na krześle. On postawił stopę w obcasie pomiędzy jego udami, tuż przy nabrzmiałych spodniach, frontem szpilek szturchał wybrzuszenie, mężczyzna głaskał łydkę i udo, całował i ślinił skórę. On zdjął nogę, przysunął się bliżej, objął szyję mężczyzny i okrakiem siadł na podnieconych udach, przodem do podnieconej twarzy, nos w nos. Zajrzał w zmącone oczy. Wyprężył się. Wykonywał koliste ruchy biodrami, napierał, mężczyzna znów złapał za jego pośladki i mocniej docisnął do siebie. Wsadził Gamoniowi palec do majtek od tyłu, maczał palec w nim, ruszał nim w środku i później wsadził mu ten palec do ust. Gamoń ssał od paznokcia po nasadę, tak jak zaraz będzie ssać...
Nie! Proszę, zostaw mnie.
Ścisnął za oczodół. Tarł zębami. Szczoteczką próbował podważyć oczy. Na lustro zamierzył się czołem, żeby przestała. Bynajmniej nie koniec. Z korytarza wyłaniały się łapy. Capnęły za kostki, na których wciąż miał dżinsy i leżącego na plecach wyciągnęły z łazienki, przez korytarz, do jej pokoju. Baranku, Baranku...
Lato 1998
Dla roczników urodzonych w latach osiemdziesiątych lato 1998 roku było początkiem całożyciowej sportowej przygody. Kolega Scorpio ze szkolnej ławki wspomina: "Mistrzostwa Świata we Francji wzbudzały w nas wielki głód piłki. Dzieciaki z drugiej połowy lat osiemdziesiątych doświadczyły wtedy pierwszego żywego kontaktu z wielkimi piłkarzami. Szukaliśmy i często znajdowaliśmy emocje, które towarzyszyły zwycięzcom i przegranym poszczególnych meczów. Po meczach w telewizji na boisku wybierano te same drużyny, przypisywano sobie nazwiska prawdziwych piłkarzy w zależności od sympatii, i wcale nie każdy chciał być napastnikiem, zwłaszcza jeśli bohaterem prawdziwego meczu był Desailly lub Maldini. Wyniki osiągano hokejowe nieraz i wcale niezgodne z rzeczywistością. Jeśli wyjątkowo doszło do karnych, to wszyscy zgromadzeni, grający i widzowie, stawali w szerokim półokręgu wokół pola karnego i wrzeszczeli przed każdym zagraniem, by po nim wybuchnąć z radości lub przekląć strzelającego. Karne rzadko były kopią telewizyjnych uderzeń, nisko przy słupku lub w okienko, amatorscy bramkarze raczej nie wybierali kierunku przed uderzeniem i strzały w środek były najbardziej ryzykowne. Chłopiec w koszulce reprezentacji Argentyny z nazwiskiem Batistuta często walił w centrum, pod poprzeczkę, albo z całej siły po ziemi, tak że bramkarze nie zdążali złączyć nóg. Przy słupku i w okno też potrafił przymierzyć".
W wieku dziewięciu lat na boisku wyróżniał się wszystkim, co składa się na piłkarski warsztat takiego malucha. Nad rówieśnikami górował siłą i techniką użytkową. W jego ruchach kryła się zapowiedź profesjonalnego piłkarza, miał boiskową grację i sportową zadziorność, gdy nie szło po jego myśli. Choć między zawodnikami pola i bramkarzem w chłopięcych grach następowała kurtuazyjna rotacja (po straconej bramce kolejny zawodnik stawał na bramce), on zawsze odmawiał gry między słupkami. Złościł się, gdy naciskali, w ostateczności potrafił zejść z boiska, zabierając piłkę, jeśli była jego, lub wykopać daleko czyjąś własność. Czuł się stworzony do błyskotliwych podań, strzałów i dryblingów, chciał aktywnie decydować o wyniku, a nie tylko łapać czyjeś strzały.
"Gdy na boisku nie było nikogo, to grał z cieniem, ćwicząc balans ciała i nowe triki. Widziałem go nawet w deszczu i podczas śnieżyc, jak bez dodatkowego nakrycia gibie się, zawija nogę, wypuszcza piłkę, dogania, kiwa się z sobą, żongluje od bramki do bramki i z powrotem. Miał w sobie niezaspokojony głód piłki i wykorzystywał każdą okazję do gry. Z każdym".
Dziewczyny z pobliskiego osiedla między ulicami Wieczorną a Ogrodową wspominają, że namawiał je, by stawały na umownej bramce przy starej szopie na granicy bloków, a on strzelał w nie tak mocno, że noga jego rozmazywała się nad lub przed ich oczami. "Żadnej z nas nie stała się krzywda, choć wielokrotnie po prostu zakrywałyśmy się rękoma i na pewno nie zależało nam na obronie jego strzałów. Popisywał się przed nami. My tego nie potrafiłyśmy docenić, żadna z nas nie znała się na piłce, ale pamiętam te jego strzały z przewrotki podobne do tego, który wykonał na ostatnich mistrzostwach. Powiedziałam wtedy do wzruszonego męża, że pamiętam, jak on tak robił jako mały chłopak, a mąż miał wielkie zapłakane oczy i całował mnie po oczach, po rękach. Zresztą wszyscy wiemy, jakie emocje wywołała tamta bramka".
Pierwszy jego nauczyciel wychowania fizycznego nie przypomina sobie, by Scorpio opuścił choćby jedną lekcję. "Zawsze miał strój. W przerwie przed zajęciami sam wykonywał rozgrzewkę, ale nie tam jakieś skłony i przebieżki. To była prawdziwa dziesięciominutowa sportowa rozgrzewka z rozciąganiem i biegami w różnym tempie. Po dzwonku na lekcje był już cały mokry od potu. Pamiętam, że pierwszy raz, gdy powiedziałem, że dziś nie będzie grania w piłkę tylko gimnastyka albo siatkówka, to się rozpłakał ze złości. Zwróciłem mu uwagę, że to ja tu jestem od decydowania, odpowiedział mi wtedy, że jemu szkoda na te pierdoły czasu. Za drugim razem dostał ode mnie naganę i zagroziłem, że jeśli jeszcze raz tak się zachowa, to do końca roku nie zagra w piłkę. Uspokoił się natychmiast. Swoją drogą, na gimnastyce radził sobie doskonale. Jego siostra startowała w zawodach na szczeblu wojewódzkim. Myślę, że oboje mieli do tego talent. To samo w lekkoatletyce. W innych grach zespołowych szło mu też nieźle. Był waleczny, już wtedy nienawidził przegrywać. Zdarzało mu się wyżywać na szkolnym sprzęcie przy niepomyślnym rozstrzygnięciu. Miał charakter".
Grał w lokalnej szkółce od siódmego roku życia. Ówczesny trener Czarnych śmieje się, że "lokalna drużyna była skazana na niego, on by po prostu nie wytrzymał na trybunach, w pewnym momencie wszedłby po prostu na boisko i przesądził o wyniku. Później, już jako gracz zagranicznych klubów, zachowywał się podobnie. Uśmiechałem się pod nosem, widząc, jak nosi go na ławce dla rezerwowych, i wiedziałem, że trener igra z ogniem, trzymając go w takim napięciu".
Wyróżniał się przebojowością. Z naturalną pewnością siebie brał odpowiedzialność za grę i wynik. Miał problemy z egoistyczną grą. Argentyński napastnik, z którym grał później za granicą, dał mu nawet raz "w zęby" po meczu, że zamiast podawać, usiłował każdą akcję na skrzydle zakończyć sam. Wtedy, w 1998 roku w Czarnych też zwracano mu na to uwagę. Oczywiście wszelkie uwagi trafiały jak grochem o ścianę i dochodziło do tego, że chłopcy nie chcieli mu podawać, mimo że wymachiwał rękoma i wrzeszczał na nich. Podawali mu dopiero w okolicach bramki przeciwnika. Kończył sam albo popisywał się świetnym dośrodkowaniem, już wtedy miał świetne dośrodkowanie, potrafił wrzucić piłkę na bliski i dalszy słupek i kolegów obsłużyć jak nikt inny. Ale zdarzało się również, że wymyślał zagranie, którego nikt nie rozumiał i zespół miał do niego pretensje, że zepsuł wspólny wysiłek.
Koledzy ze szkoły podstawowej nr 2 przy ulicy Sportowej 18 nie mogli oczywiście poznać się w pełni na skali jego talentu i tym bardziej przewidzieć kariery, ale często wychodziło się na plac przed szkołą albo na boisko szkolne po drugiej stronie budynku, żeby popatrzeć, jak on gra. Odpłacał brawurowymi zagraniami: potrafił huknąć z połowy pod poprzeczkę albo przedryblować wszystkich i podbić piłkę piętą, i uderzyć głową. Można było patrzeć na niego godzinami i dzwonek końca przerwy wywoływał oburzenie, jakby w trakcie najlepszej sceny w kinie wyłączono obraz.
Ja, przygłup z wielu ojców, rówieśnik z innej klasy, uwielbiałem jego grację, ze szkolnego okna obserwowałem grę, którą powoli rozumiałem, szanowałem prostotę zasad i oczywistość wyniku. Grałem razem z nim, nic nie przykuwało mojej uwagi bardziej niż piłka przy nodze Scorpio (ksywkę otrzymał dopiero w 2005 roku, po przejściu do I ligi, ale o tym później). Na całym bożym świecie liczył się wtedy dla mnie tylko on. Był jak trąba powietrzna wsysająca moje myśli, chciałem być jak on od małego palca u jego stopy do ostatniego włosa na postawionej na żel fryzurze. Śledziłem każde jego zagranie. Dopóki mogłem, chodziłem na jego mecze.
W szkole średniej szło mu nie najgorzej. Nie był głupi, nie to co ja, miał lepsze oceny ode mnie. Naukę traktował jako obowiązek do spełnienia, a piłkę kochał. W klasie miał niezłych graczy, nie takich jak on, ale niezłych. Namówili go na grę w klubie w sąsiedniej miejscowości, gdzie był sponsor i lepsza infrastruktura. Kopał tam ze starszymi od siebie i przeciwko starszym od siebie. Niektórzy byli wtedy po karierach w sensownych klubach, grali już tylko rekreacyjnie i chwalili tego wariata. Pamiętam tamte mecze. Jeździłem na wszystkie domowe i na te wyjazdowe, na które zorganizowano autobus dla kibiców. Nadawał radość memu życiu. Wciąż mu nadaje, choć sens tej radości dojrzał przez wspólne lata.
Scorpio i jego starszą o dwa lata siostrę wychowywał ojciec. Matka zmarła na nowotwór tuż po urodzeniu drugiego dziecka. Ojciec prowadził zakład stolarski. Już po zdobyciu popularności przez Scorpio okazało się, że to nie był jeden z tych ojców, którzy wożą dzieci na treningi, kupują stroje, chodzą na wszystkie mecze i jeżdżą na turnieje. Co prawda sponsorował zachcianki córki i syna, ale trzymał się na dystans. W ogóle nie interesował się sportem. Siostra Scorpio również osiągała obiecujące wyniki (medale na szczeblu wojewódzkim) bez żadnej inicjatywy rodzica. Gdyby miała większe szczęście, a zwłaszcza gdyby gimnastyka dysponowała choć procentem pieniędzy pompowanych w futbol, kto wie, dokąd by zaszła. Obojętny stosunek ojca do sportowych ambicji dzieci sprawił, że Scorpio uniknął losu dzieciaków, którym rodzice wybierają przyszłość i które całe życie zmagają się z poczuciem, że nie robią tego, co by chciały, bądź co było im pisane.
Uzdolnione sportowo rodzeństwo motywowało się zatem wzajemnie. Ona przychodziła na jego mecze, a on odwiedzał ją na treningach i podglądał ćwiczenia. Siostra tak opowiada o tamtych niewinnych początkach:
"Kazałam mu wtedy siadać i odrabiać lekcje, bo z tym zawsze był u niego problem. Raz wymyślił, że ze mną poćwiczy, żeby tylko nie otwierać książek, i już jakoś tak zostało, że w rogu sali wykonywał prostsze ćwiczenia, nikomu nie przeszkadzając. Umówiliśmy się, że pół treningu ćwiczymy, a podczas drugiej połowy on odrabia lekcje. Oczywiście nie zawsze zachowywał proporcje. Te nasze ćwiczenia bardzo wiernie odtwarzał później na treningach. Nawet teraz, gdy widzę jego rozgrzewkę w telewizji, to poznaję te niektóre ćwiczenia sprzed prawie dwudziestu lat. Śmieję się, że pozostał wierny gimnastyce dłużej niż ja. A zaczynało się tak niepozornie. Reszta to już historia, jak to mówią. Wiecie, że słynie z gimnastycznego przygotowania. To mój wkład w jego sukcesy (śmiech)".
W Czarnych Scorpio zdobywał pierwsze klubowe szlify. Raz pokazane ćwiczenia powtarzał do oporu. Gdy nauczył się rozciągania, czynił to nawet przed osiedlowym graniem. Wspólnie z siostrą rozwinął gimnastyczne przygotowanie i wykonywał je regularnie. Wciąż pracujący w Czarnych trener sekcji wspomina: "Chłopak przykładał się do rozgrzewki tak jak i do samego meczu. To było przedziwne dziecko od samego początku. Później zaczął stosować własne ćwiczenia i to też było dla niego charakterystyczne, że ciągle próbował własnej drogi i pozostawał jej wierny. Treningi dla dzieciaków nie są nastawione na duże obciążenia i budowanie siły, a na radość i przyjemność z gry. To nie jest lżejsza odmiana treningu dla dorosłych. Ciało dziecka nie jest jeszcze w pełni rozwinięte i wytrzymałe. Z pierwszym profesjonalnym obciążeniem spotkał się zapewne dopiero w Rakietach, ale w czasach Czarnych dzięki wrodzonym predyspozycjom i poprzez ciągłe bieganie i granie plus dyscyplinę gimnastyczną udało mu się zbudować podwaliny pod późniejszą formę fizyczną. Już od dziecka, gdy do czegoś się przekonał, trwał w tym mimo przeciwności i mimo tego, że było ciężko i na pewno nieraz bolało".
Dryblingu nie trzeba było go uczyć. Piłką operował z ponadprzeciętną swobodą i pod tym względem również wybijał się na tle rówieśników. Miał wielką potrzebę gry jeden na jeden, co jest podstawą w szkoleniu chłopców. Mikrorywalizację potęgowała zawziętość, która miała swoje dobre i złe strony. W wewnętrznym raporcie z początków w klubie można przeczytać, że dryblował i strzelał równie dobrze lewą i prawą nogą.
Trener, który przejął sekcję w roku 2000, pamięta pierwszy trening z chłopcami: "Wykonywaliśmy ćwiczenie dryblowania między pachołkami. Kazałem zrobić to najpierw jedną nogą. Popatrzyłem na niego i pomyślałem, że dostałem ciekawego mańkuta i to dobrze, bo lewonożnych zawodników zawsze jest mniej. Fajny chłopak, myślałem dalej, obserwując kilka powtórzeń. Naprawdę myślałem, że to mańkut. Później poprosiłem, żeby dzieciaki wykonały to samo drugą nogą. Wszystkim szło gorzej, a on prawą zrobił to jeszcze lepiej. Są takie chwile, że naprawdę serce człowiekowi rośnie. Ja taką chwilę przeżyłem właśnie wtedy. On posiadał naprawdę dużą świadomość ciała i czucie piłki. Dzieciaki często mają wyuczone zagrania, nawet spory repertuar. Pamięć mięśniowa. On jednak jakby reagował na sytuację. Jakby piłka i on żyli i byli dwoma oddzielnymi organizmami, które starają się razem przeżyć. Potrzebowałem trochę czasu, by to dostrzec. Zawsze wierzyłem, że zawodnikom trzeba zostawiać trochę swobody, pozwolić im na zabawę z piłką, by uczyli się przy okazji nienarzucanych ćwiczeń. Jego naturalność nieraz mnie hipnotyzowała. Miał wybitną technikę i motorykę. Wpadał nieraz na szalone pomysły. Miał przez to problem z grą w formacjach przy jakiejś ustalonej koncepcji. Tu wypadał gorzej od kolegów i to sprawiało, że pojawiał się nad nim duży znak zapytania".
W o wiele późniejszym wywiadzie ojciec Scorpio zdradził, że syn całe doby spędzał z piłką. Biegał z nią przy nodze po domu, kiwał się z krzesłami i stołami, przerzucał piłkę nad meblami, zagrywał od ścian. Pytał: "Dobrze, tato? Zobacz, co potrafię". Żonglował z piłką na schodach do piwnicy i z powrotem, ganiał z psem na podwórzu. Trwało to godzinami. Nawet szafki otwierał piłką, co wiele lat później stało się tematem znanej reklamy.
W Czarnych grał ze starszymi rocznikami, bo o to prosił. Widać było, że rośnie z niego ofensywny wybiegany zawodnik. Dzisiaj wiemy, że to cechy nowoczesnego skrzydłowego. Chłopak uwielbiał biegać. Biegał bardzo dużo. Ten bieg nie był jakiś superszybki. Potrafił być szybki, ale bardziej chodziło o wytrzymałość i możliwość biegania na wysokim tempie przez długi czas.
"Graliśmy jakiś powiatowy turniej chłopców. Generalnie w tym wieku nie powinno się rozdzielać wygranych od przegranych. Każdy jest zwycięzcą. Żadnej presji, choć chłopaki oczywiście chcą wygrywać. Staramy się obracać różne sytuacje w żarty i okazywać entuzjazm. Gdy jego drużynie nie szło, on się wściekał i krzyczał na innych. Nie pilnował wtedy żadnej pozycji. Bywało, że własnym zawodnikom zabierał piłkę albo pokazywał, gdzie zagrać. Sam dużo holował piłkę. Podczas meczów coś w niego wstępowało i czasami był wielką wartością dodaną, zwłaszcza gdy drużynie szło, bo robił, co chciał, z przeciwnikami. Ale jeśli nie szło, to przesadzał i gniewał się. Ktoś z przeciwnej drużyny nazwał go kiedyś Pitbull, co chłopakom z Czarnych przypadło do gustu. Zanim został Scorpio, był Pitbullem. Myślę, że jedno i drugie do niego pasuje".
W artykule w "Piłce Nożnej" podsumowującym najbardziej wartościowego zawodnika I ligi w sezonie 2007/2008 czytamy, że w profesjonalnym sporcie piłkarska wyobraźnia Scorpio, jeśli ujarzmiona przez trenera, przynosi drużynie wielkie korzyści. Nie bał się trudnych zagrań pod presją. W Czarnych brawura częściej przeszkadzała, niż pomagała. Próbował dziwnych, niekonwencjonalnych trików, które były za trudne i dla niego, i dla kolegów. Z tym jednak trzeba się urodzić i rozwijać. Talent to za mało. Talent to maksymalnie siedemdziesiąt procent potencjału. Jeśli chce się osiągnąć więcej, trzeba ciężkiej pracy i szczęścia. Oto przepis na sukces Scorpio. Ćwiczenia w domu, walka o uwagę ojca, zajęcia z siostrą, osiem albo i dziesięć godzin sportu dziennie i zaufanie do własnych umiejętności stworzyły ostatecznie piłkarza, którego wszyscy dziś podziwiamy.