Czyszczenie Broni - Jan Śleszyński

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017

? Copyright by Jan Śleszyński, 2017

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład i łamanie: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski

Projekt okładki: Agnieszka Kasprzak

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-949-7

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej żonie,

dziewczynie, która czekała

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na najważniejszych

skrzyżowaniach życia

nie stoją żadne drogowskazy

 

Charles Chaplin

Od autora

 

 

 

 

 

Polska końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku to nie było dobre miejsce do życia. Większość społeczeństwa codziennie zmagała się z wieloma uciążliwościami. Rodziny borykały się z brakiem mieszkań, trudno było zaspokoić nawet podstawowe potrzeby. Niektóre towary były przydzielane według zasług lub wymagały "załatwiania". Poziom życia w dużym stopniu zależał od stopnia bezkrytycznego wspierania "przewodniej siły narodu".

Pomimo tych wszystkich niedogodności życia codziennego, jeśli się miało dwadzieścia lat, to chciało się żyć. Młodzi ludzie mieli swoją muzykę, słuchali Beatlesów, Czerwonych Gitar, Breakoutu, Niemena, nucili takie przeboje jak Bielszy odcień bieli czy Dziewczyna o perłowych włosach. To wtedy pokolenie dzisiejszych sześćdziesięciolatków przeżywało swoje pierwsze miłości; byli kochani i porzucani, bawili się na prywatkach, czytali wiersze, mieli swoje marzenia. Starali się żyć pełnią życia.

Opisanych w książce sytuacji sam doświadczyłem lub poznałem je z relacji innych. Wszystkie postacie są jednak fikcyjne. Konstruując biografię chłopaka wstępującego w dorosłość, starałem się pokazać realia życia w PRL-u i oddać atmosferę tamtych czasów. Zamiarem moim było też opisanie tragicznych gdyńskich wydarzeń z 17 grudnia 1970 roku, dnia zwanego czarnym czwartkiem. Chciałem pokazać dramaturgię tego momentu historycznego z perspektywy zwykłego chłopaka, byłego robotnika wcielonego do wojska. W miarę zapoznawania się z materiałami historycznymi dotyczącymi tych wydarzeń, dochodziłem do przekonania, że dzisiejszy sposób ich przedstawiania nie oddaje w pełni ich złożoności. Na plan pierwszy wybija się bohaterstwo stoczniowców idących do pracy oraz zbrodnicze działania wojska. Nie jest to do końca prawdą. To strzelające wojsko to młodzi chłopcy, też robotnicy, których los rzucił na drugą stronę barykady. Zmęczeni, głodni, przemarznięci, przestraszeni, zaskoczeni sytuacją i modlący się o to, aby nie musieć naciskać spustu karabinu. Oni wtedy też przeżywali swoje dramaty. Książką tą chciałbym oddać należny hołd młodym ludziom poległym w tym tragicznym dniu, rozumiejąc jednocześnie dramat równie młodych ludzi będących po drugiej stronie.

Chronologię oraz opis wydarzeń czarnego czwartku zaczerpnąłem z dostępnych mi opracowań. Szczególnie przydatne okazały się prace kmdr. dr. Henryka Kuli, przedstawione w książce Dwa oblicza grudnia. Bardzo ważne dla zrozumienia złożoności sytuacji były rozmowy z żyjącymi jeszcze uczestnikami tych wydarzeń. Wyrażam wdzięczność i podziękowania mojemu serdecznemu koledze płk. dr. Janowi Wieczorkowi, bez którego cennych uwag dotyczących służby wojskowej fabuła byłaby mniej wiarygodna. Równie serdecznie dziękuję Wojtkowi Czaplewskiemu, który podjął się redakcji i korekty tekstu.

 

Jan Śleszyński

Część I

 

 

 

 

 

Był wczesny wrześniowy poranek. Dla Michała rozpoczął się jeden z ważniejszych dni w życiu – ten, w którym rozpoczyna się swoją pierwszą pracę. Spojrzał na zegarek: było za minutę wpół do siódmej. Do przystanku pozostało około dwustu metrów. Spokojnie zdążę, nie ma potrzeby się śpieszyć, pomyślał. Aby ustalić na przyszłość moment wyjścia z domu, postanowił dokładnie zmierzyć czas dojazdu do fabryki. Wstępnie założył, że pół godziny powinno wystarczyć. Oglądając się co chwila za siebie, czy aby nie nadjeżdża autobus, doszedł do przystanku, gdzie stało już kilka osób. Na jego "dzień dobry" odpowiedziała młoda dziewczyna mniej więcej w jego wieku, a starszy pan z teczką burknął coś pod nosem. Pozostałe osoby, nieco zaskoczone, spojrzały w jego stronę i na powrót zapadły w dziwny stan odrętwienia, jakby nie pragnęły niczego innego niż powrotu do łóżka. Michał przyjrzał się uważnie obecnym na przystanku. Pomyślał, że prawdopodobnie będzie ich tu spotykał każdego dnia.

Autobus przyjechał zgodnie z rozkładem, o szóstej trzydzieści cztery. Jego przybycie spowodowało spore ożywienie wśród oczekujących. Pojawiło się kilku kolejnych pasażerów, którzy wyrośli jak spod ziemi. Pomimo że autobus był niemal w połowie pusty, wszyscy chcieli wsiąść jako pierwsi. Michał przepuścił popychającą go otyłą kobietę w średnim wieku, która miała taki wyraz twarzy, jakby walczyła o życie. Sam nawet nie pomyślał, by usiąść, choć zostało wiele wolnych miejsc. Wiedział, że na następnych przystankach pojawią się pasażerowie, którym musiałby ustąpić miejsca. Postanowił więc zostać obok kasownika. Właśnie próbował skasować bilet, gdy nagłe szarpnięcie autobusu zmusiło go do uchwycenia się oburącz metalowego słupka.

Autobus co chwila hamował albo przyśpieszał i kołysał się na zakrętach. Aby nie stracić równowagi, chłopak musiał cały czas trzymać się poręczy lub uchwytów zamocowanych na prowadnicach. W drugiej ręce trzymał teczkę, więc miał problemy ze skasowaniem biletu.

Na każdym kolejnym przystanku wsiadało kilka lub kilkanaście osób. Gdy autobus dojeżdżał do centrum, był już pełen ludzi. Wykonanie jakiegokolwiek ruchu wiązało się z koniecznością użycia łokci, co jednak było przyjmowane ze zrozumieniem. Michał bez trudu rozpoznawał w tłumie urzędników – ci mieli na sobie marynarki, a niektórzy założyli też krawaty i mocno trzymali swoje teczki – oraz robotników, którzy wieźli ze sobą kanapki w jakichś zawiniątkach lub wypchanych kieszeniach. Kobiety, trzymające w rękach najróżniejsze siatki i torby, ubrane były w skromne sukienki i rozpinane swetry lub kurtki. Większość z nich nosiła obuwie na płaskich lub lekko podniesionych obcasach, najczęściej mocno już zużyte. Na zmęczonych twarzach nie było makijażu, jedynie u młodszych kobiet można było dostrzec ślad szminki na ustach. Wszystkie bez wyjątku były zamyślone i ożywiały się tylko wtedy, gdy autobus podjeżdżał na kolejny przystanek.

Im bliżej było do centrum miasta, tym więcej osób wsiadało do autobusu. Michał chciał wysiąść przy ratuszu, jak wiele innych osób, ale właściwie było to niemożliwe. Postanowił w końcu, że nie będzie się przepychał, by przesiąść się na dziesiątkę, tylko pojedzie jeszcze dwa przystanki i dotrze do zakładu pieszo.

Na przystanku przy jednostce wojskowej już bez problemu dotarł do wyjścia i wyskoczył na chodnik. Było za pięć siódma. Pomimo że szedł dość szybko, wyprzedzało go wielu ludzi, którzy nerwowo spoglądali na zegarki i od czasu do czasu podbiegali. Było jeszcze wcześnie rano, ale panował spory ruch. Uzmysłowił sobie, że od teraz dla niego dzień też rozpoczynać się będzie znacznie wcześniej niż dotychczas. Do szkoły wychodził za piętnaście ósma i na ulicach najczęściej spotykał uczniów w różnym wieku i urzędników, którzy nie okazywali takiej nerwowości.

Dochodziła siódma, gdy dotarł do zakładu. Z daleka odczytał widniejący na bramie napis: "ZAKŁADY PRZEMYSŁU METALOWEGO STALBUD". Przed portiernią gromadził się spory tłum. Ludzie pojedynczo podchodzili do bramki, pobierali umieszczone w specjalnej gablocie niewielkie kartoniki, wkładali je do urządzenia zegarowego i pociągając dźwignię, odbijali godzinę, by następnie włożyć blankiety do gabloty znajdującej się już za bramą. Zauważył, że część pracowników zwolniono z obowiązku podbijania kart. Ich atrybutem były trzymane w rękach teczki, w których mieli pewnie kanapki i gazetę. Domyślił się, że byli to pracownicy biura lub nadzoru. Kilka metrów przed portiernią stał wartownik ze straży przemysłowej oraz młoda dziewczyna, prawdopodobnie pracownica działu kadr. Oboje obserwowali bacznie pracowników z takimi minami, jakby od nich zależał los ludzi przekraczających bramę. Dziewczyna zdecydowanie wyróżniała się swoim ubiorem. Miała na sobie krótką skórzaną kurtkę koloru beżowego, spódniczkę, która eksponowała jej zgrabne nogi w brązowych kozaczkach na niewielkich obcasach i kolorową apaszkę pod szyją. Ciuchy te nie były raczej dostępne w polskich sklepach i musiały stanowić przedmiot zazdrości niejednej kobiety.

– Panie Regun! Co pan kombinuje? Proszę pokazać, co pan tam chowa! – zawołała w pewnej chwili dziewczyna.

Wartownik podbiegł do nieco spłoszonego pracownika, wyrwał mu z ręki kartę i usłużnie podał dziewczynie. Wyglądała na zadowoloną z siebie, jakby udaremniła sabotaż na wielką skalę.

Gdy Michał zbliżył się do bramki, dziewczyna od razu zauważyła, że nie ma karty.

– A kolega co? – krzyknęła w jego stronę.

– Idę do pracy.

– A karta gdzie?

– Ja pierwszy dzień.

– To na portiernię po przepustkę i do kadr. Pokój sto dwanaście, pierwsze piętro w biurowcu – oznajmiła dziewczyna, spoglądając na Michała z wyższością i lustrując go od stóp do głów.

Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale podszedł do niej młody mężczyzna i wyjąwszy z teczki jakiś papier, zaczął jej coś tłumaczyć.

Michał poczuł się trochę nieswojo, bo zdawał sobie sprawę, że jego ubranie nie jest ani modne, ani eleganckie. Marynarka była przyciasna i znoszona. Obiecał sobie, że za pierwszą wypłatę kupi kurtkę, którą w ubiegłym tygodniu widział w domu towarowym.

W końcu wszedł do niewielkiego pomieszczenia, które służyło za portiernię. Panował tam straszny zaduch, choć dym papierosowy mieszał się z powietrzem wpadającym przez otwarte okno. Przy oknie stało stare zniszczone biurko i dwa metalowe krzesła, a obok, po lewej stronie, metalowa szafa. Na ścianie po prawej wisiała duża gablota na klucze. Puste haczyki świadczyły o tym, że większość kluczy była już wydana. Na ścianie naprzeciwko okna wisiało godło państwowe, spotykane w wielu miejscach publicznych, oraz standardowy okrągły zegar. Siedzący za biurkiem wartownik właśnie gasił papierosa w pełnej po brzegi dużej popielniczce.

– Dzisiaj rozpoczynam pracę, chciałbym przepustkę do działu kadr – zwrócił się do niego Michał.

– Proszę chwileczkę poczekać. Niech pan spocznie. – Tamten podsunął mu wolne krzesło.

Michał usiadł i obserwował wartownika. Był to mężczyzna około pięćdziesiątki z pogodną i budzącą sympatię, choć zmęczoną twarzą. Miał na sobie nieco za duży, lekko pomięty granatowy mundur z grubego sukna z dystynkcjami sierżanta na pagonach. Z kabury znajdującej się po prawej stronie na skórzanym pasie wystawał pistolet TT, z charakterystycznym mosiężnym wyciorem widocznym na zewnątrz. Wchodzący przez portiernię pracownicy rzucali w jego kierunku "Dzień dobry, panie Józefie" lub tylko "Cześć, Józek!".

W pewnej chwili Michał zorientował się, że ruch przed bramą ustał. Ostatni pracownicy, w tym również ci spóźnieni, podbili już swoje karty. Spojrzał na zegar. Było pięć po siódmej.

– No dobrze, wypiszemy przepustkę – powiedział wreszcie wartownik i wyciągnął z szuflady bloczek z odpowiednimi blankietami. – Poproszę nazwisko i imię.

– Michał Rogiński, syn Stefana – odparł Michał.

– Chce się pan przyjąć do pracy?

– Tak.

– To napiszemy do działu kadr.

W tej chwili drzwi się otworzyły i do środka wszedł wartownik, który zakończył swoje zadanie na zewnątrz.

– Widziałeś, Józek, jak ten Regun chciał podbić lewą kartę? – rzucił do kolegi. – Dobrze, że Ewka zauważyła. Trzeba to umieścić w raporcie dziennym. Może w końcu dobiorą mu się do dupy.

– Daj spokój, Marian. Zresztą dzisiejszy raport już napisałem.

– A co będzie, jak Ewka doniesie?

– Nie doniesie. To nie jest zła dziewczyna. Zresztą jaki miałaby w tym interes? Najważniejsze, że wykazaliście bolszewicką czujność – uśmiechnął się Józef, po czym zwrócił się do Michała: – Powiadasz pan, że do pracy? Pierwsza praca po szkole, co?

– Pierwsza na etacie. Ale miałem praktyki – uściślił Michał.

– To powodzenia, panie kolego – pożegnał go wartownik, wręczając przepustkę.

Michał wyszedł z portierni i udał się w kierunku biurowca, niewielkiego dwupiętrowego budynku, jakich wiele widział w fabrykach, w których odbywał praktyki. Pomimo że była to jego pierwsza praca, to nowicjuszem nie był. Znał organizację pracy w takim zakładzie i zwyczaje zatrudnionych, szczególnie tych na stanowiskach robotniczych. W technikum, począwszy od drugiej klasy, raz w tygodniu mieli praktyki, które na początku sprowadzały się do wykonywania prostych czynności, ale w czwartej i piątej klasie mieli już szansę popracować na obrabiarkach i trochę pospawać. Praktyki odbywały się na warsztatach szkolnych oraz w większości zakładów produkcyjnych w mieście. Tylko przypadek sprawił, że Michał nigdy nie trafił do Stalbudu.

Człowiek z dyplomem technika mechanika nie miał problemów ze znalezieniem pracy, a już na pewno na stanowisku robotniczym. Michał trafił tutaj za sprawą ojca, który po przypadkowej rozmowie z kolegą będącym w Stalbudzie kierownikiem wydziału, właśnie tam polecił się udać synowi. Miał się stawić rano drugiego września u kierownika działu kadr.

Michał wszedł do biurowca, na tablicy informacyjnej naprzeciw wejścia odszukał numer pokoju kierownika, po czym ruszył przed siebie i na końcu długiego korytarza odnalazł pokój numer sto dziesięć. Gdy wszedł do środka, siedzący za biurkiem otyły mężczyzna w średnim wieku odłożył gazetę i wskazał Michałowi krzesło po drugiej stronie.

– Domyślam się, że kolega Rogiński. Z tego, co przekazał mi inżynier Kunert, skończył pan technikum i chce u nas odbyć staż.

– Odbyć staż i zarobić – powiedział Michał.

– Jest to możliwe, ale na stanowisku robotniczym. Plus jest taki, że staż zostaje skrócony do pół roku. Jeżeli chodzi o zarobki, to jako młodszy technolog na stażu w biurze zarobi pan tysiąc dwieście miesięcznie, a na stanowisku robotniczym ślusarza-montera mogę dać panu maksymalnie – spojrzał na leżącą na biurku tabelę – sześć dwadzieścia za godzinę. Wypłata zależy od tego, ile wypracuje brygada, bo na produkcji obowiązuje system akordu brygadowego. Myślę, że przy tej stawce wynagrodzenie wyniesie ponad dwa tysiące na miesiąc. Decyzja należy do pana. Mamy wakat w dziale technologii i na produkcji.

Michał w myślach przeliczał, ile pieniędzy mu pozostanie po załatwieniu niezbędnych wydatków. Najwięcej potrzebował na utrzymanie – zobowiązał się, że co miesiąc będzie dawał matce sześćset złotych. Nie mógł więc pozwolić sobie na to, aby zarabiać jedynie tysiąc dwieście, wtedy musiałby zapomnieć o motorze. Nad czym ja się jeszcze zastanawiam, przecież już dawno postanowiłem, że przynajmniej na stażu będę pracował fizycznie, przekonywał siebie.

– Jeżeli mogę coś doradzić, to dodam, że dzięki pracy na stanowisku fizycznym można zyskać dodatkowe punkty na studia – dodał kierownik.

Widocznie ojciec o moich studiach też wspomniał, pomyślał Michał, a głośno powiedział:

– W przyszłym roku, o ile nie pójdę do wojska, wybieram się na studia, i do tego czasu chciałbym odłożyć parę złotych.

– Czyli rozumiem, że zatrudniamy pana na etacie ślusarza-montera?

– Tak jest.

– W takim razie proszę podejść do pokoju sto dwanaście, tam zajmie się panem pani Zosia. Zaraz do niej zadzwonię. – Kierownik już zaczął kręcił tarczą telefonu.

Michał wstał, pożegnał się i poszedł pod wskazany numer. Zapukał i wszedł do pomieszczenia znacznie większego niż to, które zajmował kierownik. Za stojącymi obok siebie trzema biurkami siedziały kobiety, zajęte rozkładaniem dokumentów i piciem świeżo zaparzonej herbaty. Najstarsza z nich, szczupła, około pięćdziesiątki, niezbyt ładna, ale budząca sympatię, trzymała w jednej ręce szklankę, a w drugiej słuchawkę. Spojrzała na Michała i kiwając mu głową, skończyła rozmowę. Po jej prawej stronie siedziała dziewczyna, którą spotkał przy portierni. Lekko się uśmiechnęła, jakby chciała powiedzieć: "A jednak jesteś".

– Kolega umysłowy czy fizyczny? – zwróciła się do chłopaka.

– Umysłowy, ale jako fizyczny – odpowiedziała pani Zosia, która właśnie skończyła rozmawiać przez telefon, zapewne z grubym kierownikiem.

– Jak to? – zdziwiła się dziewczyna.

– Pan po ukończeniu technikum będzie odbywał u nas staż na stanowisku robotniczym.

– Przecież równie dobrze może odbywać staż jako umysłowy.

– Może, ale więcej zarobi jako ślusarz.

– Pieniądze to nie wszystko – rzekła dziewczyna odkrywczo.

– Słuchaj, Ewuniu, pieniądze nie są istotne dla tych, którzy je mają. Niektórzy muszą jednak na nie zapracować – odparła nieco zirytowana kobieta, po czym zwróciła się do Michała: – Czy ma pan wszystkie potrzebne dokumenty?

– Tak. Podanie, życiorys, świadectwo ukończenia technikum, dowód osobisty, prawo jazdy. – Michał wykładał dokumenty z teczki.

Kobieta wzięła je wszystkie i z zaciekawieniem zaczęła przeglądać.

– Jadziu, zajmij się panem – zwróciła się do dziewczyny, która siedziała po lewej stronie.

Widocznie zajmowała się pracownikami fizycznymi.

Ewa w tej sytuacji poczuła się zwolniona z obowiązku zajmowania się nowo przybyłym pracownikiem – ona była od "umysłowych" – i popijając herbatę, dalej kartkowała "Przekrój".

Przy swoich koleżankach z pokoju wyglądała jak gwiazda filmowa. Zarówno pani Zosia, jak i Jadzia – obie szczupłe i skromnie ubrane – sprawiały wrażenie wiecznie zajętych kobiet, które obok pracy zawodowej mają na głowie wiele obowiązków domowych.

Ewa miała lekko pucułowatą twarz, na której makijaż umiejętnie skrywał pojedyncze piegi, zgrabny, lekko zadarty nos, figlarne niebieskie oczy i nieco podtapirowane jasne włosy, których dwa zakręcone kosmyki zwieszały się na czoło. A do tego pełne zmysłowe usta uszminkowane na różowo. Nie była piękna, raczej ładna, ale wyjątkowo zgrabna sylwetka czyniła z niej bardzo atrakcyjną młodą kobietę. Zapewne podobała się mężczyznom i zdawała sobie z tego sprawę. Ubierała się szykownie, chociaż nie wyzywająco, i z dbałością o szczegóły.

– Proszę, pan usiądzie. – Jadzia wskazała Michałowi krzesło przed swoim biurkiem, a sama wyjęła z szafy tekturową teczkę i czysty formularz. – Imię i nazwisko oraz imię ojca. – Podniosła głowę i skierowała wzrok na Michała.

– Michał Rogiński, syn Stefana.

– Urodzony?

– Drugi maja czterdziestego dziewiątego.

– O, to ja jestem tylko pięć dni młodsza – wtrąciła się Ewa.

– Spotkały się dwa zodiakalne byki – zauważył Michał.

– To nic dobrego nie wróży – uśmiechnęła się lekko Ewa.

– Niekoniecznie – odrzekł Michał, także się uśmiechając.

W tym czasie pani Zosia skończyła przeglądać dokumenty i podała je Jadzi.

– Na świadectwie bardzo dobre oceny, w większości piątki i czwórki – zauważyła. – Na studia pan zdawał?

– Zdawałem na politechnikę, ale zabrakło mi punktów.

Jadzia – typowa szara myszka, która bez szemrania wykonywała każde powierzone jej zadanie – wypełniając formularz, od czasu do czasu zadawała Michałowi jakieś pytanie. Gdy skończyła, wraz z podaniem o pracę i życiorysem włożyła go do teczki, a świadectwo ukończenia technikum zatrzymała na biurku.

– Jak zrobię odpis, to panu oddam – zwróciła się do Michała. – Na razie u nas to wszystko. Teraz zgłosi się pan do związków zawodowych i do działu finansowego wypełnić deklarację przystąpienia do KKOP. Pokój dwieście trzynaście i dwieście dwadzieścia jeden na drugim piętrze. Ja w tym czasie zajmę się świadectwem.

– A czy kolega należy do organizacji młodzieżowej? – zapytała Ewa.

– Tak, do ZHP. Od dziecka jestem harcerzem, ostatnio jako instruktor w stopniu podharcmistrza – odpowiedział Michał z dumą.

– Niestety, my się tu w harcerstwo nie bawimy. U nas jest Związek Młodzieży Socjalistycznej. Proponuję się zapisać, może się to panu przydać. Też kiedyś byłam harcerką, ale już z tego wyrosłam.

Ewa nie wiedziała, że nazwa wymienionej przez nią organizacji działa na Michała jak płachta na byka. Rozzłościła go na dobre. W technikum już od czwartej klasy był namawiany przez działaczy młodzieżowych do zapisania się do ZMS. Jako najważniejszy argument zawsze podawano korzyści, jakie miałby z tego czerpać. Im bardziej nachalnie go jednak zachęcano, tym większy stawiał opór. A dwaj jego koledzy w piątej klasie byli już nawet kandydatami do PZPR. Oczywiście wykorzystali ten fakt przy ubieganiu się o studia, gdy chcieli odroczyć wojsko i dostać lepiej płatną pracę. On nawet nie rozważał takiej możliwości. Ojciec, który od czterdziestego piątego ciężko pracował na różnych – najczęściej robotniczych – stanowiskach i nie był członkiem partii, pewnie za coś takiego wypisałby go z rodziny.

– Do ZHP się wstępuje, a nie zapisuje, a harcerzem jest się do końca życia – odpowiedział z ożywieniem Michał.

– Moim zdaniem to harcerstwo uczy uczciwego życia, a ZMS tego, jak się w życiu ustawić. To jest zasadnicza różnica – wsparła go pani Zosia, która przysłuchiwała się rozmowie, i z wyraźną aprobatą uśmiechnęła się do niego.

– To po załatwieniu tych spraw proszę do nas wrócić po kartę zegarową, oryginał świadectwa i podpisać umowę o pracę – poprosiła Jadzia.

– Wrócę, wrócę – odrzekł Michał, wychodząc na korytarz.

– Co ty, Ewka, z tym ZMS-em – obruszyła się pani Zosia, kiedy zamknęły się za nim drzwi. – Widać, że to porządny, mądry chłopak i ZMS do niczego mu nie jest potrzebny.

– Popracuję nad nim i zobaczy pani, że za dwa–trzy miesiące namówię go, żeby się zapisał.

– Na twoim miejscu, to ja bym go do czegoś innego namówiła. Prawda, Jadziu? – roześmiała się pani Zosia.

– Pani Zosiu – uśmiechnęła się Jadzia – takim chłopakiem to na pewno już jakaś się zajęła. I łatwo nie odpuści!

– Co wy takiego w nim widzicie, chłopak jak chłopak. – Ewa wzruszyła ramionami.

– Czytałam jego życiorys i przeglądałam świadectwo, to ambitny młody mężczyzna – odparła pani Zosia. – Coś już w życiu osiągnął. Inteligentny, przystojny, wysportowany, czego można więcej chcieć? Niejedna by na niego poleciała. To nie to, co te twoje wymoczki, które tylko myślą, jak się ustawić. On osiągnął sam to, co ty miałaś podane na tacy.

– A cóż on takiego osiągnął? – obruszyła się Ewa. – Ja też mam maturę i zdawałam na studia. On tak samo jak ja się nie dostał.

– Tylko że on na studia zdał, a ty egzaminy oblałaś. Z punktami za pochodzenie to byś raczej problemu nie miała. Zresztą widziałam i twoje, i jego świadectwo maturalne. Musisz przyznać, że chwalić to się nie masz czym. Twój życiorys sprowadza się do tego, że się urodziłaś i ukończyłaś szkołę. On w międzyczasie zdobył prawo jazdy, uprawnienia ratownika wodnego, sternika jachtowego i, choć ty nazywasz to dziecinadą, działał w harcerstwie jako instruktor.

Im pani Zosia dłużej mówiła, tym bardziej Ewa traciła pewność siebie. W końcu nie wytrzymała.

– No i co z tego? – żachnęła się.

Kobieta zorientowała się, że swoim gadaniem sprawiła Ewie przykrość i chcąc to naprawić, zwróciła się do niej pojednawczo:

– Słuchaj, moja droga, wierzę, że w innych okolicznościach też byś inaczej do tego podchodziła, a on, będąc na twoim miejscu, zachowałby się podobnie jak ty. Przecież oboje jesteście spod znaku byka.

– No właśnie – przyznała już udobruchana Ewa.

*

Do Związku Zawodowego Metalowców i Koleżeńskiej Kasy Oszczędnościowo-Pożyczkowej Michał zapisał się bez oporów, choć najważniejszym argumentem było to, że "wszyscy należą". Również jego ojciec. Michał pamiętał, że dwa lata temu, gdy chciał kupić telewizor, wziął pożyczkę właśnie z KKOP-u. Skończyło się to postawieniem wódki żyrantom i to wtedy pierwszy raz syn widział go podpitego. Choć przy okazji świąt czy innych uroczystości rodzinnych ojciec trochę wypił, to jednak zawsze znał miarę.

Michał wrócił wreszcie do pokoju sto dwanaście, gdzie Jadzia miała już gotową umowę, a Ewa zrobiła odpis świadectwa. Właśnie je przeglądała.

– Umowa jest na sześć miesięcy, stawka za godzinę sześć dwadzieścia. Oczywiście po zakończeniu stażu umowa będzie mogła być przedłużona – oświadczyła Jadzia, podsuwając Michałowi papier.

Dopiero gdy podpisał umowę, poczuł, że wszystko naprawdę będzie inaczej. Stanie się niezależny finansowo i nie dość że nie będzie już obciążeniem, to jeszcze wniesie swój wkład do rodzinnego budżetu. Co prawda już od roku, odkąd jego brat Jan skończył szkołę i poszedł do wojska, było im lżej, ale z kolei teraz młodsza o rok siostra Helena skończyła ogólniak i od października zaczynała studia na politechnice. Było oczywiste, że dostanie stypendium, bo zdała bardzo dobrze maturę i egzaminy wstępne, ale i tak liczyła na wsparcie.

– Witamy w Stalbudzie – powiedziała z uśmiechem pani Zosia. – Teraz zgłosi się pan do kierownika wydziału, a on już dalej pana pokieruje. Zaraz do niego przekręcę.

– Żeby kolega nie błądził, to ja podprowadzę. Właśnie idę na wydział – zaproponowała Ewa.

Gdy wstała, pani Zosia z Jadzią z ledwie widocznym uśmiechem wymieniły spojrzenia. Ewa tymczasem narzuciła na siebie skórzaną kurtkę, tę, w której Michał widział ją przed portiernią, i była gotowa.

Michał przepuścił ją przodem i wyszli na korytarz. Mijani pracownicy, zarówno robotnicy, jak i ci z nadzoru technicznego, kłaniali się Ewie z szacunkiem, szczerym bądź wymuszonym. Dziwiło to Michała, bo ani jej wiek, ani stanowisko nie tłumaczyły takich gestów.

– Skoro jesteśmy w tym samym wieku, to możemy mówić sobie po imieniu. Ewa jestem – zaproponowała.

– Michał – uścisnął podaną dłoń.

– Na co zdawałeś?

– Na Politechnikę Gdańską, na Wydział Mechaniczny, siłownie okrętowe.

– Ja na Uniwersytet Warszawski, na psychologię. Dziesięciu na jedno miejsce.

– Jeżeli nie pójdę do wojska, to w przyszłym roku mam nadzieję się dostać, bo będę miał dodatkowe punkty.

– Ja też nie zamierzam odpuszczać. Znasz Marka Mackiewicza? – Ewa zmieniła temat. – Skończył to samo technikum co ty. U nas pracuje jako technolog i jest przewodniczącym zakładowego ZMS-u.

– Znam. W szkole też był działaczem i namawiał mnie do wstąpienia, zresztą bezskutecznie.

– Ja uważam, że nic na siłę, ale zanim ktoś zacznie krytykować, powinien przynajmniej zobaczyć, co robimy. Prawda?

– Zgadza się.

– To myślę, że dasz się zaprosić na naszą najbliższą imprezę. Bo u nas to nie tylko praca ideowa, ale i zabawa – uśmiechnęła się Ewa.

– Czemu nie – odparł Michał.

*

Nad wejściem do hali fabrycznej widniał napis: "Wydział Montażowy", natomiast pod samym dachem, na całej szerokości hali, na czerwonym płótnie wymalowano wielkimi literami hasło: "Czynem Produkcyjnym Witamy V Zjazd PZPR".

Michał i Ewa weszli do środka. Minęli kilka pomieszczeń i zatrzymali się przy drzwiach z tabliczką: "Kierownik wydziału inż. Roman Kunert".

– To tu. Dalej sobie poradzisz, do zobaczenia – uśmiechnęła się Ewa i zostawiła chłopaka samego.

Gdy wszedł do środka, wysoki, postawny mężczyzna po pięćdziesiątce wstał od biurka i podał mu rękę.

– Kunert – przedstawił się. – Pan Rogiński, syn Stefana, czy tak?

– Zgadza się – odparł Michał.

Mężczyzna chwycił słuchawkę i wykręcił numer.

– Podejdź, Rysiu, na moment – rzucił, gdy ktoś odezwał się po drugiej stronie, a do Michała, wskazując krzesło, powiedział: – W kadrach wszystko załatwione?

– Wszystko – potwierdził Michał.

Inżynier Kunert był kolegą jego ojca z technikum wieczorowego, które ukończyli na początku lat sześćdziesiątych. Kunert dostał skierowanie na studia, a ojcu Michała odmówiono. Bez zgody i skierowania z zakładu pracy uczelnia nie mogła kogoś takiego przyjąć. A skierowania na studia wiązały się z obowiązkiem udzielenia w każdym roku płatnego trzydziestodniowego urlopu na egzaminy i zwolnień na zajęcia. "Ze względu na potrzeby zakładu pracy" – taki argument podano w odmowie. Prawdziwa przyczyna oczywiście była inna. Kunert zapisał się do partii i w ten sposób stał się "świadomym członkiem klasy robotniczej", a ojciec pozostał elementem ideowo niepewnym. Nie było ważne ani to, że od 1945 roku za miskę zupy od rana do wieczora pracował przy odgruzowywaniu miasta i uruchamianiu fabryki, ani że przez wszystkie te lata nie opuścił chociażby jednego dnia pracy, ani też że często, gdy brakowało pieniędzy na utrzymanie czwórki dzieci, bez szemrania brał nadgodziny, nie skarżąc się na nic i nie prosząc o zapomogi. A do tego nigdy nie przyszedł do pracy pijany. Jednym słowem, zdawał się spełniać wszelkie warunki, by być uznanym za przodującego przedstawiciela klasy rządzącej, a jednak – z czym nie mógł się pogodzić – dla tych, którzy o tym decydowali, najważniejsza była tak zwana postawa ideowa. Przejawiać się miała w uczestnictwie w zebraniach oraz w różnego rodzaju akcjach masowego poparcia dla "jedynie słusznej linii". Rogiński spotkał wielu ludzi, którzy mimo aktywności ideowej w pracy byli zwykłymi bumelantami, a nawet zdarzały się im drobne kradzieże. Pracownicy mówili wręcz, że można kraść i kombinować, byle nie krytykować obecnej władzy. Oczywiście do wstąpienia do partii namawiano ojca nie raz, on jednak im mocniej był naciskany, tym bardziej stawał się hardy. W końcu dano mu spokój.

Po chwili do pokoju wszedł wezwany przez Kunerta pan Rysiu.

– To jest majster na wydziale, będzie odpowiadał za odbycie przez pana stażu – przedstawił go Kunert.

Obaj mężczyźni mieli na sobie granatowe fartuchy ochronne, a z kieszonki na piersiach wystawały im długopis oraz niewielki suwak logarytmiczny, co było typowe dla pracowników nadzoru technicznego. Suwak był atrybutem każdego inżyniera i technika, a biegłe posługiwanie się nim wzbudzało uznanie i podziw robotników. Oczywiście Michałowi nieobca była sztuka liczenia na suwaku. Przy swojej pracy dyplomowej zatytułowanej "Projekt i technologia wykonania przekładni ślimakowej dużej mocy" dość się go naużywał. Wynik działań na suwaku zawsze był przybliżony, dlatego podawanie wyników działań poprzedzało słowo "około". O ile przy działaniach na dużych liczbach określenie "około" uważano za coś normalnego, to zdanie "dwa razy dwa to jest około czterech" wywoływało uśmiech.

– Kolega w tym roku skończył technikum i chce u nas odbyć staż. Trzeba go dać do brygady, gdzie się czegoś nauczy i trochę zarobi – zwrócił się do majstra Kunert. – Wiem, że to jest porządny chłopak, chociaż pierwszy raz widzę go na oczy, jednak skoro zgodził się odbyć staż na stanowisku robotniczym, to pracy się nie boi. Zresztą znam jego ojca. To bardzo pracowity i przyzwoity człowiek.

– Co pan potrafi? – Majster przeniósł wzrok na Michała.

– Teoretycznie to sporo, z praktyką trochę gorzej.

– Rysunek techniczny pan zna. Pracy na tokarce, frezarce i innych obrabiarkach zapewne coś pan liznął. Roboty ślusarskie, z tego co wiem, przerabiacie na warsztatach szkolnych. Pilnikiem, młotkiem i innymi narzędziami posługiwać się pan potrafi. Najgorzej pewnie będzie ze spawaniem? – spytał na koniec.

– Elektrycznie spawałem dosyć dużo, gorzej gazowo.

– Dobrze. Damy go do brygady Janickiego, tam mają dużo spawania, to sobie zarobi. Przy okazji pomoże czytać dokumentację, bo z tym Janicki ma problemy – stwierdził Rysiu, zwracając się do Kunerta.

– Bardzo dobrze. Z tym że pamiętaj: głową za niego odpowiadasz. Pilnuj, żeby go nie rozpili, bo z tego co wiem, to za kołnierz nie wylewają – ostrzegł Kunert.

– Spokojna głowa. Ale jak ma się uczyć, to wszystkiego, picia też – zaśmiał się majster.

– To co, panie kolego – Kunert podniósł się z krzesła i podał Michałowi rękę – życzę powodzenia. Jest wpół do dziewiątej, zaczynamy. Zapoznaj go z BHP – spojrzał w stronę majstra – wypisz kwity na ubranie robocze i wołaj Janickiego. Do roboty – rzucił na pożegnanie.

*

Gdy weszli z majstrem do hali, Michał od razu poczuł ten charakterystyczny zapach oparów unoszących się podczas spawania elektrycznego oraz emulsji olejowej, jaką stosuje się do chłodzenia przy obróbce skrawaniem. Hala była podzielona w poprzek przenośnymi blaszanymi parawanami, zza których dochodził charakterystyczny syk i błyski elektrycznego łuku.

– To wydział montażowy. Podstawą naszej działalności są prace spawalnicze. Pomimo że mamy też wydział obróbki skrawaniem, to tu też jest kilka podstawowych obrabiarek. Dobry ślusarz powinien umieć wykonywać podstawowe prace na takich maszynach – wyjaśniał majster, od czasu do czasy zatrzymując się, by zwrócić pracownikom uwagę na zagraconą drogę przeciwpożarową. – Większość zleceń to konstrukcje dla przemysłu okrętowego. Kooperujemy ze stocznią w Gdyni, robimy zbiorniki i elementy siłowni okrętowych. Produkujemy przeważnie niewielkie serie, a często pojedyncze egzemplarze.

Na drugim końcu długiej na około stu metrów hali znajdowała się wielka brama. Tuż przed nią wisiała podczepiona do sufitu, sterowana z dołu, suwnica.

Majster poprowadził Michała do jednego z najdalszych parawanów.

– To jest stanowisko pracy brygady Janickiego – oznajmił. – Podejdź, Tadziu – przywołał brygadzistę.

Czterdziestoparoletni mężczyzna, dobrze zbudowany, krępy, o smagłej twarzy, nieco kaczym krokiem, ruszył w ich stronę.

– Tadeusz Janicki. – Podał Michałowi rękę i spojrzał mu w oczy.

– Michał Rogiński – odrzekł chłopak, odwzajemniając spojrzenie.

Po chwili, jak na zawołanie, zjawili się pozostali członkowie brygady. Łącznie z brygadzistą było ich pięciu. Stanisław, Jerzy, Rysiek, Gerard – przedstawiali się kolejno, wyciągając dłonie.

Brygada składała się z ludzi w różnym wieku, z różnym doświadczeniem życiowym i zawodowym. Najstarszy z nich był Stanisław, który dobiegał sześćdziesiątki i liczył już lata do emerytury. Pochodził z Wileńszczyzny. Tam zdobył zawód szofera i pracował w Wilnie w firmie transportowej. W 1944 roku, po przejściu frontu, powołano go do wojska, gdzie jako kierowca przeszedł szlak bojowy przez Wał Pomorski aż do Kołobrzegu. Pod Kołobrzegiem został ranny, a gdy odzyskał siły, to go zdemobilizowano. Niedane mu jednak było na stałe rozstać się z mundurem. Dostał skierowanie pracy w Urzędzie Bezpieczeństwa – znów jako kierowca. Praca w UB nie była jego wymarzonym zajęciem i po dwóch latach, gdy tylko nadarzyła się okazja, zwolnił się do cywila. Zdawał sobie sprawę, że przypięto mu etykietkę ubowca, i nawet nie tłumaczył, że był tylko zwykłym kierowcą, jeździł tam, gdzie mu kazali, i nic złego nikomu nie zrobił. Trzeba jednak przyznać, że nikt z bliskich nie czynił mu wyrzutów. Niekiedy tylko przy wódce jakiś podpity kolega wypominał mu ubecki epizod. Podchodził do tego z wyrozumiałością, jakby chciał powiedzieć: "Co ty możesz, człowieku, wiedzieć?". Należał do ZBoWiD-u, co dawało mu pewne przywileje, i często uczestniczył w akademiach i zebraniach. Sprawiał wrażenie człowieka zadowolonego, który niewiele chce od życia. Zwykł mawiać: "Co mi brakuje? Mieszkanie mam, pralkę mam, dziewiętnastocalowy telewizor marki Szmaragd mam, i co najważniejsze, samochód, syrenę 102, też". Niektórzy twierdzili, że auto zawdzięcza synowi, który po wojnie wyjechał na Śląsk, tam zaocznie skończył szkołę górniczą i pracował w górnictwie, pełniąc jednocześnie wysokie funkcje w aparacie partyjnym. Pasją Stanisława była motoryzacja i działka pracownicza, którą wraz z żoną namiętnie uprawiał. Plonami, których sam nie był w stanie wykorzystać, chętnie dzielił się z kolegami z pracy. Był też złotą rączką. Zwykle wykonywał prace wymagające kombinowania i precyzji. Potrafił wypić, ale zawsze wiedział ile. Twierdził, że należy pić tyle, żeby w głowie był lekki szmerek – i tak go właśnie nazywano.

Jerzy z kolei był typowym chłopakiem urodzonym w czasie wojny. Edukację zakończył na szkole zawodowej i w wieku siedemnastu lat rozpoczął pracę jako ślusarz. Ożenił się szybko, bo zaraz po wojsku, i mieszkał z żoną i dwójką dzieci w dwupokojowym mieszkaniu teściów. Czekał na własne mieszkanie spółdzielcze, które miał dostać za kilka lat. Jakiś czas temu łudzono go możliwością uzyskania mieszkania zakładowego, pod warunkiem że zapisze się do partii, a on był tak zdesperowany, że zgłosił się jako kandydat. Przy przydzielaniu mieszkań okazało się jednak, że – nie wiedzieć czemu – dostają je ludzie, których nie było na liście oczekujących. Ba, nawet nie byli członkami partii. Stanisław, który zresztą sam do niej nie należał, próbował mu tłumaczyć, że dla aktywu partyjnego bardziej niż sama przynależność liczą się zasługi, obecne i przyszłe. Jakie, tego nie precyzował, a gdy Jerzy dopytywał, jedynie tajemniczo się uśmiechał. "Nie każdy ma do tego predyspozycje, i chwała Bogu" – mówił. Ta sytuacja jednak tak rozwścieczyła Jerzego, że na kolejnym zebraniu złożył legitymację kandydacką, stwierdzając, że do takiej partii, która oszukuje klasę robotniczą, on należeć nie będzie. Wywołał spore poruszenie wśród aktywu. Próbowali go udobruchać obietnicą, że w następnym oddanym budynku mieszkanie już na pewno dostanie. On jednak za nic miał te obiecanki. Uznał wszystkich działaczy partyjnych za zwykłych karierowiczów.

Rysiek, kolejny członek brygady, to dwudziestopięcioletni, od dwóch lat żonaty, wesoły, stale uśmiechnięty chłopak. Miał kruczoczarne kręcone włosy, śniadą cerę, wesołe oczy i wysportowaną sylwetkę, a do tego był elokwentny, czyli, jak mówili koledzy, potrafił nawijać. Jak twierdził, żadna kobieta nie mogła mu się oprzeć. Jerzy dosadnie oceniał jego sukcesy na tym polu, mówił, że jest jak papier toaletowy: do każdej dupy się przyklei. W pracy był niezastąpiony, jak już zaczął, to trudno było go zatrzymać. Pił tak samo, to znaczy zawsze do dna. Mieszkał z żoną u teściów, gdzie warunki miał jeszcze gorsze niż Jerzy. W jednym pokoju z kuchnią gnieździło się czworo dorosłych osób. Wciąż powtarzał, że sprawy damsko-męskie musi z tego powodu załatwiać poza domem, i to niekoniecznie z żoną.

Najmłodszy z całej piątki był Gerard. Pochodził z pobliskiej wioski i aby na czas dotrzeć do pracy, musiał wstawać o piątej. Ze względu na autobus w zakładzie zjawiał się piętnaście minut przed wszystkimi. Każde polecenie brygadzisty wykonywał bez szemrania i trzeba było przyznać, że pomimo swojego wieku wiele potrafił jako ślusarz czy spawacz, chociaż w spawaniu elektrycznym nie dorównywał Jerzemu, a w spawaniu gazowym Stanisławowi. Był kawalerem, mieszkał z rodziną w sporym domu i nie miał takich problemów lokalowych jak koledzy. Pracę traktował bardzo poważnie, chociaż wiedział, że jego przyszłość to prowadzenie gospodarstwa. Ponieważ był najmłodszy, do jego zadań należało bieganie do sklepu po składkową wódkę.

– Kolega skończył technikum i będzie odbywał u nas staż – objaśnił majster. – Wiem, że młotkiem nie napieprza tak jak wy, jednak ma coś w głowie i na pewno się przyda.

– O, to teraz on będzie biegał na pętlę – ucieszył się Gerard.

– Niekoniecznie. Jak skończysz technikum, to ciebie też zwolnimy z tego obowiązku. A swoją drogą, to kiedy pijemy wkupne? – rzucił do Michała Rysiek.

– Musicie trochę poczekać. Jak dostanę pierwszą pensję, to na pewno postawię – obiecał Michał.

– No, popalili? To do roboty – zarządził brygadzista, a sam z majstrem i Michałem odszedł na bok, by omówić zakres obowiązków nowego pracownika.

Majster dobrze wiedział, do kogo przydzielić Michała. Brygada Janickiego należała do najlepszych i jej członkowie zarabiali najwięcej.

W zakładzie obowiązywał system akordu brygadowego. Wynagrodzenie poszczególnych pracowników zależało od tego, ile wypracował zespół. Przy czym każdy wyrób miał normy czasowe dotyczące wykonania. Jeśli udało się to zrobić szybciej, brygada zyskiwała czas na pracę dodatkową i zarabiała więcej. Brygadziści starali się jak mogli, by praca ich ludzi była jak najwyżej wyceniana. Konkurowali między sobą o zabezpieczenie najlepszego pod względem opłacalności asortymentu produkcji.

Trudno było jednak konkurować z Młodzieżowymi Brygadami Pracy Socjalistycznej, nielubianymi przez większość pracowników. Podejmowały one różnego rodzaju zobowiązania produkcyjne i nierzadko przekraczały normy, ale tylko dzięki odpowiedniemu doborowi wykonywanych wyrobów. Majster, od którego w dużym stopniu zależał przydział zadań, starał się robić to sprawiedliwie, często jednak takie decyzje podejmowano wyżej.

Michał pobrał w magazynie zestaw roboczy, taki sam, jaki widywał we wszystkich zakładach: granatowe spodnie na szelkach, kurtka zapinana z przodu na guziki w tym samym kolorze, czapka z daszkiem, solidne buty na drewnianych podeszwach ze skórzanymi cholewkami, dwa niewielkie płócienne białe ręczniki, dwie kostki mydła szarego i dwie toaletowego. W szatni Janicki wskazał mu pustą szafkę. Obiecał, że znajdzie kłódkę, ale tymczasem kazał mu cenne rzeczy zabrać ze sobą albo schować do jego szafki.

Janicki, jak każdy w brygadzie, nie miał lekkiego dzieciństwa. Pochodził z małej kurpiowskiej wioski pod Myszyńcem. Wcześnie stracił ojca, a matka, aby wykarmić jedynego syna, służyła u bogatszych gospodarzy. Tuż po wojnie zaczął pracę i jednocześnie, już jako kilkunastoletni chłopak, skończył szkołę podstawową i zawodówkę. Zawodu uczył się od najlepszych przedwojennych mistrzów, którzy przybywali z całej Polski i nie pytając o stawki, zabierali się do uruchamiania poniemieckich fabryk. Uchodził za znakomitego fachowca, wszystko robił solidnie i tego samego wymagał od pozostałych członków brygady. Pomimo ukończonych czterdziestu lat wciąż się nie ożenił i był zobowiązany do płacenia "bykowego" – podatku za pozostawanie w stanie starokawalerskim. Mieszkał razem ze schorowaną matką w małym jednopokojowym mieszkaniu w obskurnym nieremontowanym budynku. Niewiele opowiadał o swoim życiu, ale jeśli już mówił, to właśnie o matce. W jego słowach słychać było wielką czułość i szacunek. Zawsze nazywał ją "swoją mamusią", co w ustach dorosłego mężczyzny brzmiało dosyć przejmująco. Nic dziwnego, że przylgnęło do niego przezwisko Mamuśka. Wiele od życia nie wymagał, ale też uważał, że już sporo osiągnął. Jako brygadzista zarabiał nieźle. Bywały miesiące, w których dostawał ponad pięć tysięcy. Wydawał mało, większość odkładał, ale na samochód uskładać nie zdołał. Zadowolił się motocyklem Jawa 250, z którego był równie dumny jak Stanisław ze swojej syrenki. Był ufny i życzliwy dla ludzi. Niejednokrotnie pożyczał kolegom, którym zabrakło do pierwszego, niewielkie sumy. Szczególnie często korzystał z takiej pomocy Jerzy, który ledwo wiązał koniec z końcem.

Gdy Michał z majstrem wrócili na halę, była jedenasta, pora przerwy śniadaniowej. Mimo że na terenie zakładu znajdowała się stołówka, gdzie można było zjeść w odpowiednich warunkach, to jednak większość pracowników jadła swoje kanapki w miejscu pracy. Członkowie brygady siadali na stalowych zbiornikach, które właśnie kończyli spawać, a za stoły służyły im metalowe taborety.

Michał wyjął z teczki przygotowane przez matkę dwie duże kanapki i butelkę po oranżadzie z herbatą. Tłumaczył jej, że – jak wszędzie – w fabryce może dostać kawę zbożową, ona jednak stwierdziła, że kto z sobą nosi, ten się nie prosi. Kanapki były, można powiedzieć, świąteczne, bo chleb został posmarowany masłem i przełożony plastrami kiełbasy żywieckiej, którą można było kupić jedynie wtedy, gdy bardzo wcześnie rano zajęło się miejsce w kolejce przed mięsnym.

Pracownicy podchodzili do specjalnych termosów przymocowanych do ściany, nalewali do metalowych kubków gorącą kawę, a potem zasiadali przy prowizorycznych stołach i spożywali swoje kanapki, najczęściej z salcesonem lub pasztetową. O kiełbasie czy szynce nawet nie marzyli. Najbardziej wykwintne kanapki miał zawsze Janicki. Jak mówił, tylko jego mamusia potrafiła tak upiec łopatkę czy szynkę. Mięso tanie nie było, ale najgorsze, że właściwie nie dało się go dostać, dlatego osoby niepracujące miały większe możliwości. Mogły sobie pozwolić na to, by godzinami wystawać w kolejkach. Wyroby wędliniarskie były stosunkowo drogie. Kobiety narzekały, że dostępna jest tylko kiełbasa myśliwska po sto złotych za kilogram, a zawsze brakuje zwyczajnej po dwadzieścia siedem złotych. Mięso wieprzowe, takie jak schab, szynka czy karkówka, rzadko pojawiało się w sklepach, ale bezpośrednio u rolnika można było kupić rąbankę lub półtuszę. Gerard każdorazowo informował kolegów o mającym się odbyć świniobiciu, jednak z jego oferty najczęściej korzystał jedynie Janicki. Chwalił się kolegom, że oprócz lodówki ma w domu dużą zamrażarkę i może długo przechowywać mięso.

Sam Gerard na śniadanie najczęściej jadał kanapki z boczkiem lub słoniną oraz gotowane jajka. Stanisław z kolei latem i jesienią przynosił z działki pomidory i ogórki, którymi częstował kolegów. Jednym słowem, każdy zjadał to, co mu żona czy matka przygotowała, a w razie potrzeby dzielił się z innymi. Z wałówki kolegów czasami korzystał Rysiek, bo w jego małżeństwie zdarzały się "ciche dni", kiedy to był przez żonę, jak mawiał, "wyprowiantowywany".

Zazwyczaj przerwa śniadaniowa trwała dłużej niż regulaminowy kwadrans, bo oprócz zjedzenia kanapek należało też zapalić papierosa. Palili wszyscy. Po skończeniu posiłku brygadzista rzucał rytualne: "Kto pali, ten pali, a kto nie pali, ten do roboty". Michał wiedział, że nie powinien się wyróżniać, i choć palił sporadycznie, to nie odmówił papierosa, którym poczęstował go Janicki. Większość pracowników paliła najtańsze sporty, po trzy pięćdziesiąt za paczkę, ale brygadzista miał nieco droższe klubowe, które były z filtrem i nie powodowały brązowienia palców, za to, jak mawiali zwolennicy sportów, śmierdziały jak palona szmata. Jedynie na imieniny solenizant kupował – oprócz wódki – lepsze carmeny lub caro. Wszyscy składający życzenia byli częstowani tym "przysmakiem" i kieliszkiem, a właściwie musztardówką, wódki. Nie było zwyczaju kupowania solenizantowi składkowych prezentów, zebrane pieniądze przeznaczano na dodatkowy alkohol i coś dobrego do palenia.

Gdy przerwa dobiegła końca, Janicki zawołał Michała, wyjął z szafki teczkę z napisem "Instalacja chłodzenia agregatu prądotwórczego nr 1" i wspólnie odszukali w dokumentacji rysunek technologiczny pokazujący sposób cięcia arkusza blachy grubości czterech milimetrów.

– Weź Gerarda, pobierzcie z magazynu pięć arkuszy i potnijcie zgodnie z rysunkiem na gilotynie – polecił nowemu pracownikowi. – Gerard wie, jak i gdzie to zrobić.

Pomimo tego, że Michał z Gerardem od razu zabrali się do roboty i pracowali dość intensywnie, ledwo zdążyli do trzeciej. Gdy skończyli, hala już powoli pustoszała, a życie zakładowe przenosiło się do szatni. Było to miejsce, gdzie głośno i poufnie wymieniano się ważnymi i błahymi informacjami lub po prostu przekazywano sobie plotki. To tam można było głośno wyrazić swoje niezadowolenie i zostać wysłuchanym. Tam poddawano krytyce decyzje kierownictwa i bez ogródek wyrażano opinie w sprawach politycznych. Niekiedy dyskusje były tak zaciekłe, że dochodziło niemal do rękoczynów. Wówczas wkraczali do akcji cieszący się autorytetem brygadziści. Wśród niezadowolonych rej wodził Jerzy, dla którego każdy przejaw niesprawiedliwości i każda niekorzystna dla pracowników decyzja były okazją do krytyki rządzących, począwszy od Gomułki, a skończywszy na sekretarzu POP. Atmosfera z szatni nie przenosiła się jednak na zebrania partyjne czy związkowe. Tam dominowały opinie zgodne z oficjalnymi wytycznymi, na co szczególnie wyczulony był tak zwany aktyw. O ile zwykły pracownik, który od nikogo nie był zależny i niczego nie zawdzięczał aktywowi, bez obaw mógł wyrazić swoje zdanie, o tyle już członek partii musiał uważać, aby jego wystąpienia były, jak to potocznie określano, "po linii". Mawiano, że lepiej w ogóle nie być w partii, niż zostać z niej wydalonym za nieprzestrzeganie statutu i wytycznych władz. Utarło się powiedzenie, że w szatni odwaga nic nie kosztuje, a jej cena wzrasta w zależności od bliskości gabinetu sekretarza.

*

– Dobrze, że jesteś. Właśnie odcedzam ziemniaki. Siadaj. Zaraz podam zupę – przywitała go matka, zadowolona, że zdążyła z obiadem.– Ojciec prosto z zakładu pojechał na działkę. Chociaż ty zjesz obiad bez podgrzewania. Opowiadaj, jak tam w pracy. Michał umył ręce i usiadł.

– W porządku, myślę, że będzie dobrze – powiedział. – Będę robił za ślusarza. Mogłem iść do biura, ale wtedy dostałbym o jakiś tysiąc mniej.

– To ile zarobisz?

– To będzie zależało od tego, ile wyciągnie brygada, bo tam jest akord brygadowy. Majster twierdzi, że powinienem dostać co najmniej dwa tysiące.

– O, to tyle co ja. Też na akord.

– Teraz to mama może sobie trochę odpuścić, bo tak jak obiecywałem, co miesiąc będę oddawał sześćset złotych. Na razie, bo jak tylko załatwię najważniejsze sprawy, to trochę dołożę.

Michał, nie wiedząc jeszcze, ile będzie zarabiał, już obiecał siostrom, że po pierwszej wypłacie kupi im w Peweksie oryginalne dżinsy. Para kosztowała dziesięć dolarów, co przy kursie pięćdziesięciu złotych za bon dawało w sumie tysiąc złotych. Teraz się okazało, że to połowa jego pensji i już było niemal pewne, że we wrześniu raczej nie będzie sobie mógł na prezenty pozwolić. Wiedział jednak, ile dla dziewczyn znaczyły te spodnie. Obie miały koleżanki z bardziej zamożnych rodzin, bo raczej takie dzieci uczą się w ogólniaku, i zapewne większość z nich szpanowała ciuchami z zagranicy, jak ta Ewka z kadr. W końcu uznał, że chociaż Helenie kupi dżinsy jeszcze we wrześniu, bo przecież od października miała zacząć studia. Zarówno ona, jak i młodsza Baśka były prymuskami. Na wywiadówki do nich matka chodziła chętnie, bo zawsze odbierała pochwały za doskonałe wyniki w nauce. Była wtedy dumna jak paw. Zazdrosne spojrzenia sąsiadek rekompensowały jej wszystkie niedostatki.

Kolejnym jej powodem do dumy był udział całej rodziny w obchodach Bożego Ciała. Córki w strojach krakowskich sypały kwiatki na trasie procesji, a Michał z bratem, którzy byli ministrantami, w komżach i z dzwonkami w dłoniach szli obok księdza niosącego monstrancję. Matka uważała, że skoro czwórka jej dzieciaków bierze w niej udział, a ona wie, jak to powinno wyglądać, to przysługuje jej prawo do nadzoru nad tą częścią procesji. Ojciec, gorliwy katolik, pomimo że również brał udział w uroczystości, to jednak przeżywał ją na swój sposób, nieco mniej ostentacyjnie.

Inne małe radości, jakie przeżywała matka, to satysfakcja z zakupu trudno dostępnych towarów, szczególnie wyższej jakości wędlin i mięsa. Z produktów tych potrafiła przygotować posiłki, którymi domownicy się wprost zajadali. A ona, szczęśliwa, wciąż proponowała im dokładki.

– Jak zupa? – spytała.

– Bardzo dobra, taka jak lubię – odpowiedział szczerze.

Kartoflanka nie była wykwintną potrawą, jednak dobrane w odpowiednich proporcjach warzywa, okrasa z zasmażonej cebuli i kawałki kiełbasy zwyczajnej doprawionej ziołami, z przewagą majeranku, czyniły z niej królewską zupę. Na drugie danie były utłuczone ziemniaki okraszone tą samą okrasą co zupa, z kotletem mielonym oraz mizerią ze świeżych ogórków z własnej działki. Zwykły kotlet mielony wykonany przez matkę Michała stawał się arcydziełem. Nie był zbytnio wysmażony, powłoka pozostawała miękka, a konsystencja luźna, nie na tyle jednak, aby się rozpadał. Bez trudu można go było kroić i jeść widelcem. Tajemnica jego smaku tkwiła w odpowiednim połączeniu przypraw, cebuli oraz jajka i tartej bułki, a przede wszystkim w skrapianiu wodą podczas smażenia. Taki obiad dla młodego wygłodniałego człowieka stanowił nie lada ucztę, dlatego Michał chętnie skorzystał z propozycji i wziął jeszcze jednego kotleta.

– Dziękuję, było bardzo smaczne – rzekł, wstając od stołu.

– Na zdrowie – odpowiedziała matka. – Pewnie zaraz lecisz do Luni?

– Zgadza się. Umówiłem się na piątą. Nauka jeszcze na dobre się nie zaczęła i ma trochę czasu. Później będzie gorzej, bo to klasa maturalna, a znając ją, wiem, że nie odpuści.

Elę poznał wiosną ubiegłego roku na jednej ze zbiórek harcerskich, gdzie on, przewodniczący Kręgu Instruktorskiego im. XX-lecia PRL, uczestniczył jako jeden z organizatorów letniego obozu, na który – jak się okazało – oboje mieli wyjechać. Początkowo widywali się rzadko, jedynie przy uzgadnianiu spraw organizacyjnych związanych z wyjazdem. Zawsze po takich spotkaniach odprowadzał ją do domu, kłamiąc, że mieszka niedaleko. Podczas spacerów, bo tak należy nazwać te nieśpieszne powroty, wytworzyła się więź, która obydwojgu sprawiała przyjemność. Gdy Ela nie pojawiła się na jednym z kolejnych spotkań, Michał poczuł dziwny niepokój. Niby nic takiego, a jednak czegoś mu brakowało. Z niecierpliwością czekał na następną zbiórkę, zaplanowaną za dwa tygodnie, i szczerze się ucieszył, kiedy ją znowu zobaczył. Zauważył, że choć starała się tego nie pokazywać, też nie był jej obojętny.

Po powrocie z obozu, na którym spędzali razem wiele czasu, było już jasne, że to jest to. Chociaż Michał uczył się w klasie maturalnej i miał wiele dodatkowych zajęć, to spotykali się przynajmniej raz w tygodniu. Dla tych spotkań zrezygnował z piłki nożnej, choć uwielbiał grać. Sport w jego życiu był bardzo ważny. To nauka i sport sprawiły, że w przeciwieństwie do niektórych kolegów z podwórka nie popadł w konflikt z prawem. Od dziecka kopał gdzie się dało, a od kiedy rozpoczął naukę w technikum, trenował w klubie. Jeszcze jako junior był wyróżniającym się zawodnikiem i grywał w drużynie seniorskiej. Wymagało to sporego zaangażowania, bo oprócz trenowania trzy razy w tygodniu, w sezonie wszystkie niedziele musiał poświęcić na mecze. Uprawianie sportu sprawiało mu wiele radości, tym bardziej że uzyskiwał niezłe wyniki i reprezentował technikum we wszystkich grach zespołowych. Jego szkoła była kuźnią lekkoatletycznych talentów, a jej absolwenci uzyskiwali wyniki liczące się w kraju. Michał trenował biegi średnie i reprezentował swoje technikum w biegu na osiemset metrów. Będąc jeszcze w czwartej klasie, wygrał międzyszkolne zawody wojewódzkie, z wynikiem dwie minuty dwanaście sekund.

Swój pociąg do sportu zawdzięczał nauczycielom wuefu. Zarówno ci z podstawówki, jak i potem z technikum zachęcali go do uprawiania wielu dyscyplin, bo dostrzegali jego potencjał. Trener lekkiej atletyki, a potem trener koszykówki byli dla niego prawdziwymi autorytetami. Pozostałych nauczycieli – z nielicznymi wyjątkami – nie cierpiał, a już na pewno nie darzył szacunkiem. Nie mógł się pogodzić z tym, że tylko dlatego, że urodzili się wcześniej i skończyli jakieś szkoły, traktowali uczniów jak głupców, bo na czas nie wkuli jakiejś nikomu niepotrzebnej regułki. Najgorsze było to, że uczniowie, których rodzice zajmowali tak zwane kierownicze stanowiska w strukturach partyjnych – w klasie było takich dwóch – mieli u wielu nauczycieli fory i nigdy nie byli traktowani z góry. Niektórzy nawet się do nich umizgiwali. Irytowali go ci przedstawiciele kadry pedagogicznej, którzy leczyli swoje kompleksy wyżywając się na uczniach. Zwłaszcza jeden, który rok wcześniej, prawdopodobnie z marną oceną skończył studia, był tak nieudolny, że Michał, bijący go na głowę inteligencją i błyskotliwością, wyłapywał jego lapsusy językowe i głośno je komentował. Jedyną reakcją tego niedouczonego inteligenta było stawianie w dzienniku kolejnej oceny niedostatecznej. Michał jednak potrafił w tydzień przerobić cały podręcznik do automatyki i zawsze był przygotowany o jeden temat do przodu.

Nigdy nie miał problemów z nauką, uzyskiwał dobre oceny z przedmiotów humanistycznych i bardzo dobre z matematyki. Kontynuowanie nauki w technikum nie było jego wyborem. To ojciec tak zadecydował. Uważał, że ukończenie takiej szkoły da mu jednocześnie konkretny zawód i maturę, czyli otworzy mu drogę na studia.

Od kiedy regularnie zaczął spotykać się z Elą, czyli już od ponad roku, nie zdarzyło się, aby to ona czekała na niego. Zawsze umawiali się na przystanku autobusowym pod rozłożystym kasztanem nieopodal jej domu. Długo nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że zawsze zjawiała się około pięciu minut po umówionym czasie. Dopiero gdy pewnego razu zaprosiła go do domu, zobaczył, że z okna jej pokoju doskonale widać przystanek i jego otoczenie. Ela wypatrywała, czy już dotarł, i dopiero gdy go dostrzegła, wychodziła z domu.

Michał czekał spokojnie, wsparty o słup podtrzymujący przystankową wiatę. Przeglądał kupione dla Eli "Życie Literackie", które ona systematycznie czytała i potem dzieliła się z nim opiniami na temat niektórych artykułów. Michał z upodobaniem czytywał rubrykę, w której oceniano twórczość domorosłych poetów. Najczęściej były to oceny w stylu: "Nim zaczniesz pisać wiersz, powinieneś kilka przeczytać". Jeśli coś się autorowi rubryki spodobało, to zachęcał do dalszych prób, jednak takie komentarze były bardzo rzadkie.

Oderwał wzrok od gazety i spojrzał na zegarek. Dochodziło pięć po piątej i właśnie zza rogu budynku wyłoniła się Ela. Nie śpiesząc się, przechodziła na drugą stronę ulicy. Już podczas pierwszego spotkania Michał zwrócił uwagę na jej sposób poruszania się. Zawsze miała na nogach pantofelki na niewielkich obcasach i właściwie nie szła, tylko dostojnie płynęła, lekko przy tym poruszając opuszczonymi wzdłuż ciała rękami.

Ela zauważyła Michała i uśmiechając się, pomachała lekko uniesioną ręką. Cienki seledynowy płaszczyk założyła pierwszy raz od wiosny. Michał miał na sobie tę samą marynarkę, w której poszedł do pracy. Nigdy specjalnie nie dbał o ubiór, zresztą jego rodziców przy czwórce dzieci nie stać było na zbyt częste zakupy odzieży. Ostatni poważny wydatek to garnitur i studniówkowe pantofle, które oszczędzał i zakładał jedynie od święta. Matka powtarzała ze śmiechem, że Michała lepiej ubierać niż karmić. Więcej w tej rodzinie wydawano na ubrania dla córek, bo te wciąż czuły się niekomfortowo przy koleżankach, które nosiły ciuchy kupione w Peweksie.

Ela podeszła do niego i wspinając się lekko na palcach, nadstawiła policzek do pocałowania. Michał musnął go ustami i objął dziewczynę delikatnie ramieniem.

– Jak tam w szkole? – zapytał.

– Pierwszy dzień jak zwykle organizacyjny. Wszyscy przejęci, bo klasa maturalna. Ale ty opowiadaj, jak w pracy. Pierwszy dzień podobno długo się pamięta.

– Myślę, że będzie dobrze. Brygada rozliczana jest w systemie akordowym, każdy musi dbać o wspólny wynik. O obijaniu się nie ma mowy, bo przecież nikt na mnie pracować nie będzie. Chłopaki są w różnym wieku, ale w porządku. Przyjęli mnie dobrze.

– Na pewno jesteś zmęczony – powiedziała Ela szczerze zatroskana.

Uwielbiał ten jej pełen czułości, aksamitny głos. Można by rzec, że zakochał się nie od pierwszego wejrzenia, ale od pierwszego usłyszenia. Choć Ela nie była klasyczną pięknością, to jednak jej dziewczęca naturalność w połączeniu z niesamowitym głosem i sposobem, w jaki zwracała się do Michała, wystarczyły, by go zafascynowała. Michał, patrząc na nią, widział pączek, który dopiero z czasem rozkwitnie. Z każdym dniem i miesiącem była coraz ładniejsza, a jej oczy coraz bardziej błyszczące. A po letnim obozie harcerskim stała się już tą najpiękniejszą. Choć miała drobną budowę ciała, to zarówno biust, jak i pośladki posiadała – jak mawiał Michał – na swoim miejscu. Zdał sobie z tego sprawę latem, gdy w słoneczne dni przychodziła do niego na plażę, gdzie pracował jako ratownik. Widział, jak przechadzając się w kostiumie plażowym, budziła zainteresowanie obserwujących ją mężczyzn. Wyzwalało to w nim poczucie zazdrości, ale również dumy z faktu, że jest jego dziewczyną. Sama zresztą też była dumna, że jej chłopak został ratownikiem. Inne dziewczyny spoglądały na nich z zazdrością, gdy siedzieli przy końcu pomostu pod tablicą z napisem "Ratownik". Początkowo przyprowadzała koleżankę Olę, ładną, zgrabną brunetkę, która nie dość skutecznie skrywała swoje zainteresowanie Michałem i wykorzystywała każdą sposobność, by się do niego przysiąść. Gdy pewnego dnia Ela zjawiła się sama i spytał, co stało się z przyjaciółką, ta – nieco rozdrażniona – tłumaczyła, że musiała wyjechać z miasta.

Pracę ratownika udało mu się załatwić w ostatniej chwili. Spotkany przypadkowo kolega z kursu ratowników, który miał pracować na plaży dwa miesiące, nieoczekiwanie dostał skierowanie na wczasy. Dla Michała był to idealny sposób na spędzenie wakacji, również dlatego, że pozwalało mu to zarobić osiemset złotych.

– Lekko nie jest, ale dam radę. Najtrudniejsze pierwsze dni – zakończył opowieść o pierwszym dniu pracy w zakładzie i jeszcze mocniej objął Elę. – Dzisiaj zapraszam cię do kawiarni na lampkę wina, ciastko i kawę.

– A masz wystarczająco dużo pieniędzy? Stracisz na mnie majątek – zaśmiała się, patrząc na niego zalotnie.

– Mam, przecież w sobotę odebrałem pieniądze za pracę na plaży.

Michał od dziecka obeznany był z wodą. Podczas wakacji, w miesiącu, w którym nie wyjeżdżał na kolonie, każdego dnia z kolegami z podwórka, o ile tylko pozwalała na to pogoda, chodził nad jezioro. Nawzajem dawali sobie lekcje pływania. Już jako dwunastolatek potrafił przepłynąć dwieście metrów, a więc spełniał wymogi stawiane starającym się o kartę pływacką, jednak ze względu na wiek nie mógł jej zdobyć. Wiosną ubiegłego roku, gdy tylko skończył osiemnaście lat, zapisał się na kurs żeglarski i zdał egzamin na sternika jachtowego. Nie było to proste, jednak ze względu na fakt, że już jako dwunastolatek pływał na łódkach klasy Cadet, zaliczono mu staż żeglarski i mógł od razu przystąpić do egzaminu. O ile z "manewrówką" nie miał problemu, o tyle do egzaminu teoretycznego musiał się porządnie przygotować. Miał niewielkie pojęcie o nawigacji czy locji, ale na szczęście jeden z wykładowców był autorem podręcznika dla kandydatów na sternika jachtowego, więc wystarczyło zakupić u niego książkę i w miarę dokładnie ją przestudiować.

W czerwcu, jak tylko woda w jeziorze zagrzała się na tyle, że można było w niej dłużej przebywać, właściwie z marszu, bo po ledwie dwutygodniowym kursie, zdał egzamin na ratownika wodnego i wstąpił do organizującego się właśnie Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Rodzice, którzy stale pracowali, nie zwracali większej uwagi na to, gdzie i z kim przebywał. Dla nich liczyło się przede wszystkim, aby na czas zjawiał się w domu i nie przysparzał kłopotów, a kłopotem była dla nich – szczególnie dla ojca każda skarga sąsiada, drobnego pijaczka czy byłego ubeka, na jego dzieci. Ojciec nigdy takich spraw nie wyjaśniał i nie sprawdzał. Wychowywał całą czwórkę twardą ręką i bez skrupułów wymierzał kary wedle własnego uznania. Często niezasłużenie. Sąsiedzi darzyli go szacunkiem właśnie dlatego, że zawsze przyznawał im rację i przepraszał za swoje dzieci.

Michał bywał karany za nieswoje winy i buntował się, gdy ojciec na jego tyłku wyrabiał sobie szacunek u sąsiadów. Oczywiście nie znaczy to, że był grzecznym chłopczykiem i nigdy nie zdarzyło mu się wybić szyby, jednak nie wszystkie rozróby na podwórku powodował on lub jego brat.

Sąsiedzi Rogińskich wychodzili z założenia, że stale pracujący rodzice z czwórką dzieci muszą tworzyć rodzinę patologiczną. Byli przekonani, że chłopaki wyrosną na chuliganów i że donosząc na nich do ojca i matki, uczestniczą w procesie wychowania. Jakież było ich zdziwienie, połączone wręcz z zazdrością, kiedy z czasem okazało się, że wszystkie dzieci z tej rodziny dostały się do szkół średnich i uzyskały bardzo dobre oceny na maturze, podczas gdy ich jedynaki nierzadko lądowały w zawodówkach.

Michał i Ela weszli do sporej sali. Staromiejska to była największa i najpopularniejsza kawiarnia w mieście. Na moment zatrzymali się w drzwiach, szukając miejsca. To Michał zauważył parę w średnim wieku, która właśnie zwalniała stolik pod oknem. Gdy do niego podeszli, odsunął Eli fotel i szarmancko wskazał ręką.

– Proszę uprzejmie – powiedział.

– Dziękuję uprzejmie – odparła z szerokim uśmiechem.

Gdy po kilku minutach podeszła kelnerka, Michał oprócz kawy i ciastek zamówił również dwie lampki wina. Ela była coraz bardziej podekscytowana. W końcu niezbyt często spotykali się w kawiarni. Zawsze obawiała się, że spotka tam któregoś z nauczycieli. Najczęściej chodzili do parku nad rzekę, gdzie na swojej ławce całymi godzinami rozmawiali o wszystkim, dzieląc się troskami i zdając sobie relacje z całego tygodnia. Jedynie zima wypędzała ich z parku do kina, i czasami, od święta, do kawiarni.

– Ta kelnerka zmierzyła mnie wzrokiem, jakby chciała poprosić o dowód osobisty – zauważyła.

– A co, nie wolno ci przebywać w kawiarni?

– Wolno, ale ona słusznie zauważyła, że zamówiłeś dwie lampki, w tym jedną dla mnie, mam nadzieję – roześmiała się.

Kelnerka przyniosła dwie niewielkie białe filiżanki z małym niebieskim napisem "Społem PSS Jedność", dwie wuzetki oraz dwa do połowy napełnione lampki słodkiego wina Cora. Było to jedno z lepszych i droższych win dostępnych na rynku. Oboje z ciekawością obserwowali rozstawianie na stoliku wszystkich naczyń. Kelnerka jedną lampkę wyraźnie postawiła przed Elą. Wywołało to jej szczery uśmiech i jeszcze bardziej szczere "dziękuję".

– No to wypijmy – zaproponował Michał.

– Za nas.

Delikatnie trącili się kieliszkami. Ela umoczyła usta i z niepokojem zaczęła rozglądać się po sali.

– Nie bądź taka wystraszona, przecież nic złego nie robisz. Za parę miesięcy będziesz pełnoletnia. Jesteś pod moją opieką i jeżeli się upijesz, to dostarczę cię do domu – skomentował Michał ze śmiechem.

– Gdyby mama zobaczyła mnie pijaną, to prawdopodobnie już bym ciebie więcej nie zobaczyła – powiedziała ze smutkiem. – Strasznie nie lubi pijaków. Pamiętaj, żebyś nigdy nie pokazywał jej się w takim stanie.

– A cóż w tym złego, że ktoś od czasu do czasu się napije?

– Nie wiesz, ile ona przez alkohol wycierpiała. Wódka zniszczyła jej życie, i w jakimś stopniu moje też. Ona straciła męża, a ja ojca.

Ela spoważniała i smutno spoglądała na Michała. Jej oczy nagle straciły blask i stały się jakby martwe.

– Opowiesz, co się stało? – zapytał Michał.

– Może kiedyś. Teraz nie będę psuła nastroju. To wino jest naprawdę dobre. – Podniosła kieliszek i sącząc delikatnie napój, uśmiechnęła się. – Spójrz, Miśku, dyskretnie za siebie – powiedziała po chwili. – Przy tamtym stoliku siedzą jakieś dwie kobiety, blondyna cały czas nas obserwuje.

Michał odwrócił się dyskretnie we wskazanym kierunku i spojrzał na dziewczyny. Jedną z nich była Ewa, która w tym momencie spojrzała na niego i uśmiechając się, dyskretnie mu pomachała. Michał lekkim skinięciem głowy odwzajemnił pozdrowienie. Nie uszło to uwadze Eli, która z pewnym niepokojem w głosie zapytała:

– Co to za jedna?

– Koleżanka z pracy – odrzekł Michał.

– Jeden dzień w pracy i już masz koleżanki? Nie wygląda mi ona na ślusarza czy spawacza. Sądząc po ciuchach i makijażu, mogłaby być mewką.

– Bzdury opowiadasz. Pracuje w kadrach i przyjmowała mnie do pracy. Nie znasz dziewczyny, to nie próbuj jej osądzać. – Rozdrażniony Michał podniósł głos.

– Oj, przepraszam. Ja jestem po prostu o ciebie zazdrosna – powiedziała tym swoim zniewalającym głosem Ela, głaszcząc jednocześnie jego dłoń. – Kocham cię i nikomu nie oddam. Niech ta blondyna nawet o tym nie myśli. Pocałuj mnie, niech wie, że jest bez szans.

Pochyliła się w kierunku Michała, który pośpiesznie pocałował ją w policzek.

– Och, nie tak. W usta, tak jak lubię – poprosiła.

Michał, nieco speszony, przysunął się bliżej i powoli zbliżył swoje usta do jej twarzy. Pochwyciła je swoimi i namiętnie pocałowała.

– Myślę, że koleżanka z pracy widziała i straciła wszelką nadzieję – rzekła z satysfakcją.

– Wiesz przecież, że dla mnie nie istnieje żadna poza tobą, ta demonstracja nie była potrzebna. Jednak skoro sprawia ci to przyjemność, to mogę się z tobą całować zawsze i wszędzie.

Ela popatrzyła na niego swoimi błyszczącymi oczami z zadowoleniem, jakby była przekonana, że zawsze już tak między nimi będzie.

Wtedy właśnie pojawiła się obok Ewa. Już wychodziły z koleżanką.

– Dzień dobry. Cześć, Michał – powiedziała głośno. – Wpadnij do mnie jutro, mam dla ciebie niespodziankę – rzuciła, nie patrząc na niego, ale bez większego skrępowania przyglądając się Eli.

– Nie ma sprawy, wpadnę – odpowiedział nieco zaskoczony Michał.

– To do jutra – uśmiechnęła się i pomachała mu ręką, zmierzając do drzwi.

– Ale małpa – oceniła Ela, ale już bez złości.

Michał spojrzał na zegarek.

– Jest jeszcze wcześnie, może przejdziemy się zobaczyć, czy stoi nasza ławka?

– Oczywiście, przecież prawie dwa miesiące nas tam nie było.

Spacer ze starego miasta do parku nad rzeką nie zajmował dłużej niż dziesięć minut. Lubili to miejsce. Alejki obsadzone były dorodnymi drzewami, w większości kasztanowcami i bukami. Liście wciąż pozostawały zielone, choć widać już było pierwsze oznaki jesieni. Kasztanowce chyba na coś chorowały, bo część ich liści była nienaturalnie poskręcana.

Ani pora roku, ani pora dnia nie sprzyjały spacerom. Wszystkie ławki w zasięgu ich wzroku były wolne. Przyznać trzeba, że bardzo o nie dbano. Przy każdej znajdował się kosz na śmieci, może niezbyt estetyczny, ale regularnie opróżniany. Ich ławka znajdowała się przy zakolu rzeki, obok dorodnego kasztanowca. Była przez nich odpowiednio oznaczona. Jeszcze wiosną Michał wyrył na oparciu ich imiona, Ela i Michał, a poniżej serce przebite strzałą. Ela nie chciała zgodzić się na taki symbol. Pomimo że była to strzała Amora, to jednak kojarzyło jej się to z bólem. Michał jednak stanowczo stwierdził, że w życiu jest tak, że nawet miłość czasem może boleć.

Ławka stała na swoim miejscu i wyglądało na to, że dalej należy do nich. Usiedli wygodnie i w końcu poczuli się u siebie. Michał objął dziewczynę ramieniem, a ona – wtulona w niego – patrzyła mu w oczy, ciągle się uśmiechając.

– Opowiadaj, co tam w szkole – zagadnął.

– Mówiłam, że pierwszy dzień to tylko sprawy organizacyjne. Polonistka wytypowała mnie do udziału w konkursie recytatorskim, przygotowywanym z okazji którejś tam rocznicy rewolucji październikowej. Mam tydzień na wybór tekstu. Oczywiście ma to być poezja rosyjska lub radziecka. Eliminacje miejskie będą pod koniec września, a finał konkursu pod koniec października.

– Jak rewolucja, to pewnie Majakowski – zaproponował Michał.

– E, nie lubię tego futurystycznego krzyku.

– To może coś Achmatowej?

– Nie bardzo, bo recytacja jednego tekstu powinna mieścić się w przedziale od czterech do pięciu minut, a o ile wiem jej twórczość to krótkie wiersze.Pomyślałam, że wybiorę coś, co oboje lubimy.

– Jesienina! – wykrzyknął zadowolony Michał i cicho zaczął mówić ich ulubiony wiersz.

 

Odchodzimy sobie pomalutku,

W tę krainę, gdzie cisza i błogość.

Może czas i mnie zbywszy smutku,

Zbierać marny dobytek – i w drogę! (...)

 

Wiele myśli przemyślałem w ciszy,

Wiele pieśni o sobie złożyłem.

Na tej ziemi, co jęk zewsząd słyszy,

Jam szczęśliwy po prostu, że żyłem.

 

Że kobiece całowałem piersi,

Gniotłem kwiaty i trawy w parowie,

i że zwierząt, braci naszych mniejszych,

Nigdy pałką nie biłem po głowie*.

 

Ela słuchała wzruszona i coraz mocniej się w niego wtulała.

– Wiem, że to jest twój ulubiony wiesz, ale jest za krótki i zbyt smutny – powiedziała, gdy Michał skończył.

– To może weźmiesz Spowiedź chuligana albo Czarnego człowieka?

– Myślę, że Czarny człowiek będzie odpowiedni. Zresztą skonsultuję to z mamą i z moją polonistką.

Michał od dziecka dużo czytał. Już w szkole podstawowej przeczytał Trylogię, wszystkie dostępne powieści podróżnicze Fiedlera oraz serię o przygodach Tomka Wilmowskiego. Później pochłaniał powieści Twaina, Londona i Hemingwaya. Szczególnie mocno wrył mu się w pamięć Hrabia Monte Christo Dumasa. Bywało, że nauczyciele przyłapywali go na czytaniu podczas lekcji, ale poza zabraniem książki nie spotykała go żadna inna kara. W szkole średniej, ze względu na wiele zajęć, w zasadzie ograniczył się do obowiązkowych lektur szkolnych. Dzięki oczytaniu bez większego trudu pisał wypracowania, a polonistka, pomimo że nie darzyła go sympatią – z wzajemnością zresztą – stawiała mu czwórki lub piątki.

W ocenie większości uczniów była to osoba, która powinna zajmować się wszystkim poza nauczaniem. Już sam jej wygląd nie przysparzał jej sympatii uczniów. Była stosunkowo młoda, ale w ogóle o siebie nie dbała. Od nauczycieli, szczególnie przedmiotów humanistycznych, oczekiwali wrażliwości i otwartości, a tymczasem Paskuda, bo tak ją nazywano, relacje z uczniami ograniczała do wyegzekwowania od nich narzuconej przez siebie interpretacji przerabianych tekstów. Oczywiście byli też inni równie wymagający nauczyciele, ale w przeciwieństwie do Paskudy tamci chcieli czegoś nauczyć.

Zamiłowaniem do poezji zaraziła Michała Ela. Czytała dużo wierszy i dzieliła się z nim swoimi refleksjami. Na imieniny podarowała mu Antologię poezji rosyjskiej, którą przeczytał od deski do deski. To dzięki niej odkrył poezję Jesienina. Z Elą chodził na spotkania autorskie, bardziej lub mniej znanych twórców. To ona nauczyła go kupować na prezenty tomiki poezji, ale mimo bujnej wyobraźni nie potrafił sobie wyobrazić, że wręcza jeden z nich na imieniny brygadziście Janickiemu. Na przykład Erotyki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Chociaż kto wie, przecież polskiego nie uczyła go Paskuda...

Michał nie mógł ścierpieć, że jego nauczycielka lekcje o poezji czy w ogóle o literaturze sprowadzała do bezdusznego wałkowania tekstów. Nie rozumiał, dlaczego ktoś taki zajmuje się nauczaniem, i nie potrafił wyobrazić sobie, że ona cokolwiek przeżywa, czytając wiersze. Nie wiedział, kto oceniał jego pracę z języka polskiego na maturze. Uzyskał ocenę bardzo dobrą i na pewno nie było to zasługą Paskudy.

Zaczynało zmierzchać, a od rzeki zaciągał chłód. Ela w swoim cienkim płaszczyku, a Michał w samej marynarce siedzieli bez ruchu, przytuleni, i nic nie mówili. Pomimo że było im zimno, to jednak nie śpieszyli się z opuszczeniem swojej arkadii.

– Wiesz, Miśku, dobrze mi z tobą – szepnęła, wtulając się w niego. I zaraz wykrzyknęła: – Popatrz, biegnie Fifik! A już myślałam, że o nas zapomniał.

Do ławki podbiegł piesek rasy nieznanej i wskoczył dziewczynie na kolana, wyraźnie domagając się pieszczot.

Za każdym razem, kiedy siedzieli na swojej ławce, codziennie o tej porze starszy pan wyprowadzał Fifika na spacer. W alejce puszczał go luźno i pies zawsze podbiegał do nich i się łasił. Starszy pan podchodził tuż za nim i kłaniając się, przywoływał pieska. Ten niezbyt chętnie ich opuszczał. Ponad dwa miesiące ich tu nie było i zarówno oni, jak i Fifik ucieszyli się ze spotkania.

Po chwili do ławki podeszła starsza kobieta. Zatrzymała się kilka kroków od nich i obserwowała, jak Ela przytula Fifika.

– Widzę, że zna panią i bardzo lubi – uśmiechnęła się nieznajoma. – Mąż opowiadał, że zawsze spotykał tu parę zakochanych, którzy bardzo zaprzyjaźnili się z Fifikiem.

– Rozumiem, że pani w zastępstwie? – zapytał Michał.

– Tak można powiedzieć – odpowiedziała z wahaniem w głosie kobieta.

– Mąż się rozchorował?

– Jutro mija miesiąc, jak odszedł. Dostał udaru mózgu, wiele nie cierpiał – wyjaśniła ze smutkiem.

– Tak nam przykro – powiedziała Ela łamiącym się głosem, jeszcze mocniej przytulając pieska.

Kobieta chwilę jeszcze postała i patrzyła, jak Ela czule głaszcze pieska.

– Życzę państwu dużo szczęścia – powiedziała na odchodne. Fifik z ociąganiem ruszył za nią, kiedy go przywołała.

Ela i Michał patrzyli za nimi w milczeniu, aż zniknęli w zapadającym mroku.

– Widzisz, Miśku, jak to jest? Znamy psa, wiemy, jak się wabi, przytulamy go, traktujemy jak swojego przyjaciela, a o jego panu nie wiemy nic. Nie wiemy, jak się nazywał, kim był, czym się zajmował, jakie miał problemy. Nie wiedzieliśmy nawet, że zmarł. Dla nas to nikt. Owszem rozmawialiśmy z nim, tyle tylko że o niczym. Powiedz, dlaczego tak jest?

– Nie wiem. Myślę, że skoro mieliśmy siebie, to nic nam więcej do szczęścia nie było potrzeba, a ten człowiek nie chciał się narzucać. Piesek łasił się instynktownie, to się z nim bawiliśmy. Wyczuwał, jaka to dobra osoba siedzi obok mnie – powiedział Michał z uśmiechem.

Poczuł, że jego dziewczyna drży i przycisnął ją mocniej do siebie.

– Pora iść – zdecydował.

Wstali bez pośpiechu i trzymając się za ręce, wolnym krokiem podążyli w kierunku miasta.

* S. Jesienin, *** (Odchodzimy sobie pomalutku...), tłum. A. Kamieńska.