Czysty przypadek - Charlaine Harris

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Po­tęż­nym cio­sem tra­fi­łam go w nos, a po­tem wsko­czy­łam na niego, chwy­ci­łam za szyję i za­czę­łam du­sić. Po do­zna­nym bólu i nie­wy­sło­wio­nym upo­ko­rze­niu czu­łam, jak prze­szywa mnie dreszcz do­brej, czy­stej wście­kło­ści. Zła­pał mnie za ręce i pró­bo­wał się uwol­nić. Chciał coś po­wie­dzieć ochry­płym, bła­gal­nym gło­sem. Do­piero po chwili się zo­rien­to­wa­łam, że wy­ma­wia moje imię.

Tego nie było w mo­ich wspo­mnie­niach.

A ja nie by­łam uwię­ziona w cha­cie za­gu­bio­nej po­śród pól ba­wełny. Sie­dzia­łam na po­rząd­nym sze­ro­kim łóżku, a nie na me­ta­lo­wym bar­łogu.

- Lily! Prze­stań! - Męż­czy­zna co­raz sil­niej ści­skał mnie za ręce.

Nie dość, że zna­la­złam się w nie­wła­ści­wym miej­scu, to jesz­cze ro­bi­łam coś, czego nie po­win­nam.

- Lily!

To był ja­kiś inny męż­czy­zna... W każ­dym ra­zie nie ten, który mnie skrzyw­dził.

Roz­luź­ni­łam chwyt, ze­sko­czy­łam z łóżka i wci­snę­łam się w kąt sy­pialni. Dy­sząc szybko, nie­równo, z tru­dem ła­pa­łam po­wie­trze. Roz­pacz­liwe dud­nie­nie wła­snego serca sły­sza­łam zde­cy­do­wa­nie za gło­śno.

Nie­spo­dzie­wa­nie za­pa­lone świa­tło na chwilę mnie ośle­piło. Kiedy przy­zwy­cza­iłam się do jego bla­sku, z prze­ra­że­niem zo­rien­to­wa­łam się, że stoi przede mną Jack. Jack Le­eds. Z nosa pły­nęła mu krew, a na szyi wid­niały czer­wone pręgi.

Ślady po mo­ich pal­cach.

W chwili za­ćmie­nia umy­słu z ca­łych sił pró­bo­wa­łam za­bić czło­wieka, któ­rego ko­cha­łam.

- Wiem, że nie masz na to ochoty, ale co ci szko­dzi spró­bo­wać? - po­wie­dział Jack gło­sem zmie­nio­nym przez opuch­nięte gar­dło i nos.

Nad­ra­bia­łam miną, ale nie mo­głam za­prze­czyć, że miał ra­cję. Nie uśmie­chała mi się psy­cho­te­ra­pia, zwłasz­cza gru­powa. Nie lu­bi­łam mó­wić o so­bie, a czy nie o to wła­śnie cho­dzi pod­czas ta­kich spo­tkań? Z dru­giej strony - a była to de­cy­du­jąca strona - nie chcia­łam po raz ko­lejny ude­rzyć Jacka.

Po pierw­sze, agre­sja fi­zyczna to strasz­liwa znie­waga dla osoby, którą się ko­cha.

Po dru­gie, na pewno Jack kie­dyś mi odda, a bio­rąc pod uwagę jego siłę fi­zyczną, nie mo­głam lek­ce­wa­żyć tego ar­gu­mentu.

Dla­tego póź­nym ran­kiem, gdy po­je­chał do Lit­tle Rock na umó­wione spo­tka­nie z klien­tem, za­dzwo­ni­łam pod nu­mer zna­le­ziony na ulotce, którą przy­nio­słam ze sklepu spo­żyw­czego. Wy­dru­ko­wana na ja­sno­zie­lo­nym pa­pie­rze, zwró­ciła uwagę Jacka, gdy ku­po­wa­łam znaczki w okienku przy wej­ściu do sklepu.

Wid­niał na niej na­pis:

PA­DŁAŚ OFIARĄ NA­PA­ŚCI NA TLE SEK­SU­AL­NYM?

CZU­JESZ SIĘ ZA­GU­BIONA?

NIE CZE­KAJ, ZA­DZWOŃ JUŻ DZIŚ 237-7777

ZA­PRA­SZAMY NA ZA­JĘ­CIA PSY­CHO­TE­RA­PII GRU­PO­WEJ

NI­GDY WIĘ­CEJ NIE BĘ­DZIESZ SAMA!

- Ośro­dek zdro­wia hrab­stwa Harts­field - ode­zwał się w słu­chawce ko­biecy głos.

Od­chrząk­nę­łam, by do­dać so­bie od­wagi.

- Chcia­ła­bym do­wie­dzieć się cze­goś o za­ję­ciach psy­cho­te­ra­pii gru­po­wej dla ko­biet ofiar gwałtu - za­czę­łam bez­na­mięt­nym i pew­nym sie­bie gło­sem.

- Już pani mó­wię - od­po­wie­działa ko­bieta to­nem tak pe­dan­tycz­nie neu­tral­nym i nie­zdra­dza­ją­cym choćby cie­nia dez­apro­baty, że aż roz­bo­lały mnie zęby. - Grupa, o którą pani cho­dzi, spo­tyka się w na­szym ośrodku we wtorki o ósmej wie­czo­rem. Nie musi pani po­da­wać mi te­raz swo­ich da­nych oso­bo­wych. Po pro­stu pro­szę wejść tyl­nymi drzwiami. Wie pani, tymi od strony par­kingu dla per­so­nelu. Można tam zo­sta­wić sa­mo­chód.

- Do­sko­nale - po­wie­dzia­łam. Za­wa­ha­łam się przez chwilę, za­nim za­da­łam de­cy­du­jące py­ta­nie. - Jaki jest koszt te­ra­pii?

- Na ten pro­gram do­sta­li­śmy spe­cjalną do­ta­cję - wy­ja­śniła. - Za­ję­cia są bez­płatne.

A jed­nak moje ciężko za­pra­co­wane do­lary, któ­rymi płacę po­datki, na coś się przy­dają. Nie wiem dla­czego, ale po­czu­łam się le­piej.

- Czy mam po­wie­dzieć Tam­sin, że pani przyj­dzie? - za­py­tała ko­bieta.

Zde­cy­do­wa­nie miej­scowa. Świad­czył o tym cha­rak­te­ry­styczny ak­cent na drugą sy­labę w sło­wie "po­wie­dzieć".

- Jesz­cze się za­sta­no­wię - rzu­ci­łam szybko, nie­ocze­ki­wa­nie prze­ra­żona per­spek­tywą wy­ko­na­nia nie­wąt­pli­wie bo­le­snego dla mnie kroku.

Ca­rol Al­thaus eg­zy­sto­wała w epi­cen­trum cha­osu. Zre­zy­gno­wa­łam ze wszyst­kich oprócz trojga mo­ich klien­tów i ża­ło­wa­łam, że za­li­czy­łam ją do tej dru­giej grupy, ale prze­ży­wa­łam wtedy je­den z rzad­kich ata­ków wspa­nia­ło­myśl­no­ści. W po­nie­działki sprzą­ta­łam u niej, a na­stęp­nie u Win­th­ro­pów i Drin­kwa­te­rów. Do Win­th­ro­pów wra­ca­łam jesz­cze w czwar­tek, przyj­mo­wa­łam też zle­ce­nia nie­re­gu­larne i spe­cjalne na inne dni, no i pra­co­wa­łam rów­nież dla Jacka, więc mój roz­kład jazdy bar­dzo się skom­pli­ko­wał.

Moim zda­niem za chaos pa­nu­jący u Ca­rol od­po­wia­dała przede wszyst­kim ona sama. Nie po­do­bało mi się to, bo ce­nię so­bie po­rzą­dek.

Ży­cie wy­mknęło się Ca­rol spod kon­troli, gdy wy­szła za Jaya Al­thausa, roz­wie­dzio­nego akwi­zy­tora z dwoma sy­nami. Sąd przy­znał mu prawo do opieki nad dziećmi z pierw­szego mał­żeń­stwa, co do­brze o nim świad­czyło. Na­to­miast na jego nie­ko­rzyść prze­ma­wiało przede wszyst­kim to, że przez cały czas po­dró­żo­wał w in­te­re­sach i choć za­pewne ko­chał Ca­rol, ską­d­inąd umiar­ko­wa­nie atrak­cyjną, re­li­gijną i nie­zbyt roz­gar­niętą ko­bietę, po­trze­bo­wał też na stałe opie­kunki do dzieci. Po­ślu­bił ją mimo nie­zbyt do­brych do­świad­czeń z pierw­szą żoną. Wkrótce do chłop­ców do­łą­czyły dwie dziew­czynki. Za­czę­łam pracę dla Ca­rol, gdy była w ciąży z dru­gim dziec­kiem. Ca­łymi dniami na prze­mian to wy­mio­to­wała, to wy­czer­pana od­po­czy­wała na roz­kła­da­nym fo­telu. Tylko raz zaj­mo­wa­łam się wszyst­kimi jej dziećmi jed­no­cze­śnie przez pół­tora dnia, kiedy Jay miał wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy za mia­stem.

Nie mogę jed­no­znacz­nie opi­sać jej dzieci jako szcze­gól­nie nie­grzecz­nych. Praw­do­po­dob­nie za­cho­wy­wały się tak samo jak wszyst­kie inne w tym wieku. Ra­zem trudno jed­nak było je opa­no­wać.

Co nie po­zo­sta­wało bez wpływu na po­rzą­dek pa­nu­jący w ich domu.

Żeby choć tro­chę ogar­nąć ten chaos, po­win­nam sprzą­tać u Al­thau­sów przy­naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu po sześć go­dzin. Jed­nak Ca­rol stać było tylko na cztery go­dziny raz na ty­dzień, a i to nie bez pro­ble­mów. Świad­czy­łam jej usługi moż­li­wie naj­lep­szej ja­ko­ści.

W ciągu roku szkol­nego Ca­rol pra­wie uda­wało się za­pa­no­wać nad sy­tu­acją. W domu zo­sta­wały tylko He­ather i Dawn - trzy- i pię­cio­latka, a chłopcy - Cody i Ty­ler - szli do szkoły. Jed­nak la­tem sy­tu­acja przed­sta­wiała się zu­peł­nie ina­czej.

Koń­czył się czer­wiec, więc wszyst­kie dzieci mniej wię­cej od trzech ty­go­dni sie­działy w domu. Matka za­pi­sała je na let­nie za­ję­cia do czte­rech szkół re­li­gij­nych po ko­lei. Bap­ty­ści i me­to­dy­ści już za­koń­czyli swoje wa­ka­cyjne pro­gramy, a Zjed­no­czony Ko­ściół w Sha­ke­spe­are (ko­ali­cja fun­da­men­ta­li­styczna) i wspólna szkółka or­ga­ni­zo­wana przez Ko­ściół epi­sko­palny i Ko­ściół ka­to­licki jesz­cze ich nie za­częły. Za­sta­łam dom bar­dziej niż zwy­kle za­śmie­cony był pa­pie­ro­wymi ryb­kami, chle­bem przy­kle­jo­nym do tek­tu­ro­wych ta­le­rzy­ków, owcami zro­bio­nymi z waty, lo­dami na pa­tyku i ko­śla­wymi ry­sun­kami ry­ba­ków cią­gną­cych sieci pełne lu­dzi.

Otwo­rzy­łam drzwi wła­snym klu­czem. Ca­rol za­sta­łam na środku kuchni. De­spe­racko pró­bo­wała roz­plą­tać dłu­gie loki Dawn do wtóru gło­śnego za­wo­dze­nia dziew­czynki. Dziecko było ubrane w ko­szulę nocną z Ku­bu­siem Pu­chat­kiem, a na no­gach miało dzie­cinne pla­sti­kowe buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Naj­wy­raź­niej udało jej się do­brać do ko­sme­ty­ków matki.

Ro­zej­rza­łam się po kuchni i za­czę­łam zbie­rać na­czy­nia. Kiedy mi­nutę póź­niej znów we­szłam do kuchni ob­ła­do­wana brud­nymi szklan­kami i dwoma ta­le­rzami, które wa­lały się na pod­ło­dze w po­koju, Ca­rol na­dal stała w tym sa­mym miej­scu z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- Dzień do­bry, Lily - po­wie­działa zna­cząco.

- Cześć, Ca­rol.

- Stało się coś?

- Nie.

Dla­czego mia­ła­bym się zwie­rzać wła­śnie jej? Czy uspo­ko­iła­bym ją, gdy­bym jej wy­znała, że ze­szłej nocy o mały włos nie za­bi­łam Jacka?

- Mo­gła­byś się przy­wi­tać, kiedy wcho­dzisz - po­wie­działa Ca­rol.

De­li­katny uśmiech błą­kał jej się po ustach. Dawn przy­glą­dała mi się z taką samą fa­scy­na­cją jak ja­do­wi­tej ko­brze. Włosy na­dal miała w nie­ła­dzie. Roz­wią­za­ła­bym ten pro­blem w naj­wy­żej pięć mi­nut za po­mocą no­ży­czek i szczotki. Z każdą chwilą ten po­mysł za­czy­nał mi się co­raz bar­dziej po­do­bać.

- Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się - od­po­wie­dzia­łam uprzej­mie. - Masz dzi­siaj ja­kieś spe­cjalne ży­cze­nia?

Ca­rol po­krę­ciła prze­cząco głową. Uśmie­szek na­dal błą­kał się po jej ustach.

- Po­pro­szę o zwy­kłe czary - od­parła cierpko i znów po­chy­liła się nad głową Dawn.

Gdy me­to­dycz­nie roz­cze­sy­wała szczotką gę­ste włosy córki, do kuchni wpadł naj­star­szy syn, ubrany tylko w ką­pie­lówki.

- Mamo, mogę pójść po­pły­wać?

Dziew­czynki odzie­dzi­czyły ja­sną kar­na­cję i brą­zowe włosy po Ca­rol, lecz chłopcy, jak się do­my­śla­łam, bar­dziej przy­po­mi­nali wła­sną matkę: obaj byli ru­do­włosi i pie­go­waci.

- Do­kąd? - za­py­tała Ca­rol, spi­na­jąc jed­no­cze­śnie włosy Dawn w koń­ski ogon.

- Do Tommy'ego Sut­tona. Za­pro­sił mnie - za­pew­nił ją Cody. - Mó­wi­łaś, że mogę iść sam, pa­mię­tasz?

Cody miał dzie­sięć lat, więc Ca­rol po­wie­działa mu, po ja­kich uli­cach może się po­ru­szać sa­mo­dziel­nie.

- Okej. Tylko wróć za dwie go­dziny.

Uła­mek se­kundy póź­niej do kuchni wpadł Ty­ler, wrzesz­cząc wnie­bo­głosy.

- To nie­spra­wie­dliwe! Ja też chcę iść na ba­sen!

- Cie­bie nie za­pra­szał - szy­dził Cody. - A mnie tak.

- Znam brata Tommy'ego i też mogę iść!

Gdy Ca­rol roz­są­dzała spór, ja za­ła­do­wa­łam zmy­warkę i zmy­łam blaty w kuchni. Wście­kły Ty­ler wró­cił do swo­jego po­koju, trza­ska­jąc drzwiami. Dawn po­szła się ba­wić kloc­kami Du­plo, a Ca­rol wy­szła z kuchni w ta­kim po­śpie­chu, że za­sta­no­wi­łam się, czy nie jest przy­pad­kiem chora. To­wa­rzy­stwa do­trzy­my­wała mi tylko He­ather, która nie spusz­czała ze mnie oka.

Nie­szcze­gól­nie prze­pa­dam za dziećmi. Można po­wie­dzieć, że mam do nich obo­jętny sto­su­nek. Po­stę­puję z nimi in­dy­wi­du­al­nie, po­dob­nie jak z do­ro­słymi. Jed­nak o mało co nie po­lu­bi­łam He­ather Al­thaus. Je­sie­nią miała pójść do przed­szkola. Po dra­stycz­nym za­biegu fry­zjer­skim, który so­bie sama nie­dawno za­apli­ko­wała i który do­pro­wa­dził Ca­rol do łez, miała krót­kie, ła­twe do ucze­sa­nia włosy, no i była bar­dzo sa­mo­dzielna. Dziew­czynka zmie­rzyła mnie wzro­kiem, po­wie­działa: "Dzień do­bry, panno Lily", i z du­żej lo­dówki wy­cią­gnęła mro­żo­nego go­fra. Wsu­nęła go do to­stera, wy­jęła swój ta­le­rzyk, wi­de­lec i nóż i na­kryła do stołu. Miała na so­bie żół­to­zie­lone szorty i błę­kitną ko­szulkę - nie­zbyt szczę­śli­wie do­brana kom­bi­na­cja, lecz ubrała się sama i na­le­żało to usza­no­wać. Wy­ra­ża­jąc uzna­nie, na­la­łam jej szklankę soku po­ma­rań­czo­wego i po­sta­wi­łam obok niej na stole. Ty­ler i Dawn wy­bie­gli na ogro­dzone pło­tem po­dwórko.

Przez długą uro­czą chwilę wraz z He­ather mia­ły­śmy kuch­nię tylko dla sie­bie. Gdy ja­dła go­fra, uno­siła nogi, żeby uła­twić mi sprzą­ta­nie, a gdy za­czę­łam zmy­wać pod­łogę na mo­kro, za­su­nęła krze­sło.

Kiedy na ta­le­rzyku zo­stała tylko nie­wielka ka­łuża sy­ropu, He­ather po­wie­działa:

- Mama bę­dzie miała dziecko. Mówi, że Pan Bóg da nam ma­łego bra­ciszka albo sio­strzyczkę. Ale nie mo­żemy so­bie wy­brać.

Wsparta na kiju od mopa przez chwilę za­sta­na­wia­łam się nad sło­wami dziew­czynki. Przy­naj­mniej wy­ja­śniały przy­czynę nie­przy­jem­nych od­gło­sów do­cho­dzą­cych co ja­kiś czas z ła­zienki. Nie mia­łam po­ję­cia, jak za­re­ago­wać, więc tylko po­ki­wa­łam głową. He­ather zsu­nęła się z krze­sła i włą­czyła su­fi­towy wen­ty­la­tor, żeby szyb­ciej wy­su­szyć pod­łogę. Mu­siała kie­dyś pod­pa­trzeć to u mnie.

- To prawda, że na dziecko czeka się bar­dzo długo? - za­py­tała.

- Tak, to prawda - od­po­wie­dzia­łam.

- Ty­ler mówi, że mama bę­dzie miała taki duży brzuch jak ar­buz.

- To też prawda.

- Będą mu­sieli wy­ciąć dziecko no­żem, tak jak tata roz­cina ar­buzy?

- Nie. - Mia­łam na­dzieję, że nie kła­mię. - Sam też nie pęk­nie - do­da­łam, żeby roz­wiać ko­lejną nie­wy­po­wie­dzianą obawę.

- No to jak dziecko wyj­dzie?

- Każda mama woli sama o tym opo­wie­dzieć - po­wie­dzia­łam po chwili za­sta­no­wie­nia.

Mia­łam ochotę jej wy­ja­śnić, jak to jest na­prawdę, ale nie chcia­łam bez po­zwo­le­nia uzur­po­wać so­bie roli Ca­rol.

Przez roz­su­wane szklane drzwi pro­wa­dzące na po­dwórko (i wiecz­nie upstrzone śla­dami dłoni) za­uwa­ży­łam, że Dawn za­nio­sła swoje klocki do pia­skow­nicy. Za­pa­mię­ta­łam, że będę mu­siała je opłu­kać. Ty­ler strze­lał z dzie­cin­nego ka­ra­binu gu­mo­wymi strzał­kami mniej wię­cej w stronę nie­po­trzeb­nej pla­sti­ko­wej bu­telki, którą wcze­śniej na­peł­nił wodą. Stwier­dzi­łam, że oboje są bez­pieczni i ni­g­dzie nie czają się żadne za­gro­że­nia. Po­sta­no­wi­łam spraw­dzić za pięć mi­nut, co ro­bią, gdyż Ca­rol zde­cy­do­wa­nie była nie­dy­spo­no­wana.

Z He­ather, która nie od­stę­po­wała mnie na krok, po­szłam do po­koju, który dzie­liła z sio­strą, i za­czę­łam zmie­niać po­ściel. Prze­wi­dy­wa­łam, że lada chwila dziew­czynka prze­sta­nie się mną in­te­re­so­wać i pój­dzie po­szu­kać so­bie cze­goś in­nego do ro­boty. Jed­nak ona usia­dła na ma­łym pla­sti­ko­wym krze­sełku i ob­ser­wo­wała mnie z uwagą.

- Wcale nie wy­glą­dasz na wa­riatkę - po­wie­działa po chwili.

Prze­rwa­łam zbie­ra­nie po­ścieli i spoj­rza­łam na nią przez ra­mię.

- Bo nią nie je­stem - od­po­wie­dzia­łam zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, dla­czego za­bo­lały mnie te słowa, ale za­bo­lały. Nie ma sensu się przej­mo­wać, kiedy dziecko po­wta­rza słowa do­ro­słych.

- No to dla­czego cho­dzisz sama w nocy? Wtedy jest nie­bez­piecz­nie, bo na spa­cer wy­cho­dzą tylko du­chy i po­twory.

Ku­siło mnie, żeby od­po­wie­dzieć, że ja sama je­stem strasz­niej­sza niż wszyst­kie du­chy i po­twory ra­zem wzięte. Ale tym z pew­no­ścią nie uspo­ko­iła­bym ma­łej dziew­czynki, poza tym wpadł mi już do głowy inny po­mysł.

- Nie boję się cho­dzić sama w nocy - po­wie­dzia­łam, co było dość bli­skie prawdy. W każ­dym ra­zie z pew­no­ścią nie ba­łam się wtedy bar­dziej niż za dnia.

- Cho­dzisz, żeby im po­ka­zać, że się nie bo­isz? - nie da­wała za wy­graną He­ather.

Po­czu­łam ten sam szar­piący ból co wtedy, gdy zo­ba­czy­łam krwa­wiący nos Jacka. Wy­pro­sto­wa­łam się, trzy­ma­jąc na­rę­cze brud­nej po­ścieli, i przez długą chwilę przy­glą­da­łam się dziew­czynce.

- Tak - po­wie­dzia­łam wresz­cie. - Wła­śnie dla­tego to ro­bię.

Już wie­dzia­łam, że na­stęp­nego dnia zgło­szę się na psy­cho­te­ra­pię. Naj­wyż­szy czas.

A po­tem na­uczy­łam He­ather, jak za­kła­dać prze­ście­ra­dło pod ma­te­rac, żeby się nie wy­su­wało.

Rozdział 2

Na­stęp­nego wie­czoru wśli­znę­łam się do ośrodka bocz­nym wej­ściem, zu­peł­nie jak­bym przy­szła coś ukraść, a nie po dar­mową po­moc.

Na par­kingu stały cztery sa­mo­chody, tylko czę­ściowo wi­do­czne z ulicy. Roz­po­zna­łam dwa z nich.

Skrzy­dło drzwi było me­ta­lowe i ciężko się otwie­rało. Za­trza­snęło się za mną z głu­chym od­gło­sem. Skie­ro­wa­łam się ku dwóm po­ko­jom, w któ­rych pa­liło się świa­tło. Drzwi do wszyst­kich po­zo­sta­łych po­miesz­czeń były za­mknięte. Mo­gła­bym się za­ło­żyć, że na klucz.

W pierw­szych otwar­tych drzwiach po­ja­wiła się ko­bieta i za­wo­łała:

- Pro­szę wejść! Za­raz za­czy­namy!

Gdy się do niej zbli­ża­łam, od­nio­słam wra­że­nie, że jest moim zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem - miała ciemne włosy, a ja by­łam blon­dynką, była pulchna, a ja by­łam szczu­pła. Za chwilę mia­łam się prze­ko­nać, że mówi dwa razy tyle co ja.

- Na­zy­wam się Tam­sin Lynd - przed­sta­wiła się, po­da­jąc mi rękę.

- Lily Bard - od­po­wie­dzia­łam, ener­gicz­nie od­wza­jem­nia­jąc uścisk.

- Lily...? - Skrzy­wiła się.

- Bard - po­wtó­rzy­łam, z re­zy­gna­cją go­dząc się na to, co miało na­dejść.

Tam­sin spoj­rzała na mnie okrą­głymi oczami ukry­tymi za nie­wiel­kimi so­czew­kami oku­la­rów w dru­cia­nej oprawce. Naj­wy­raź­niej roz­po­znała moje imię i na­zwi­sko, znane czy­tel­ni­kom kro­nik kry­mi­nal­nych.

- Za­nim do­łą­czysz do grupy, opo­wiem ci, ja­kie za­sady obo­wią­zują na na­szych spo­tka­niach.

Zro­biła krok w tył i ge­stem za­pro­siła mnie do po­koju, który naj­wy­raź­niej słu­żył jej za ga­bi­net. Biurko i fo­tel stały przo­dem do drzwi. Wszę­dzie wi­dać było książki i stosy pa­pie­rów. Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie. Pra­wie całą prze­strzeń zaj­mo­wały biurko, fo­tel, dwa re­gały i szafka na do­ku­menty. Ściana za biur­kiem była po­kryta czymś, co z wy­glądu przy­po­mi­nało wy­kła­dzinę dy­wa­nową, ciem­no­po­pie­latą w ró­żowe cętki. Do­my­śli­łam się, że pełni funk­cję cze­goś w ro­dzaju ta­blicy ogło­szeń. Tam­sin Lynd przy­mo­co­wy­wała do niej pi­nez­kami wy­cinki z ga­zet i ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów, co tro­chę oży­wiało i roz­we­se­lało at­mos­ferę pa­nu­jącą w ga­bi­ne­cie. Te­ra­peutka nie za­pro­po­no­wała mi, że­bym usia­dła, tylko stała przede mną i wpa­try­wała się we mnie ba­daw­czym wzro­kiem. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­trafi czy­tać w cu­dzych my­ślach.

Cze­ka­łam. Kiedy zro­zu­miała, że pierw­sza się nie ode­zwę, za­częła:

- Wszyst­kie zwra­camy się do sie­bie po imie­niu. Każda ko­bieta w na­szej gru­pie na­prawdę wiele prze­szła. Ce­lem na­szych spo­tkań jest po­móc wszyst­kim bez wy­jątku nor­mal­nie i bez lęku funk­cjo­no­wać w róż­nych sy­tu­acjach spo­łecz­nych, w pracy i w sa­mot­no­ści. Wszystko, o czym tu mó­wimy, ma cha­rak­ter po­ufny i mu­sisz nam dać słowo, że hi­sto­rie, które tu usły­szysz, nie wyjdą na ze­wnątrz. To naj­waż­niej­sza za­sada. Zga­dzasz się na ten wa­ru­nek?

Ski­nę­łam głową. Cza­sami mia­łam wra­że­nie, że cały świat już sły­szał moją hi­sto­rię. Ale gdy­bym mo­gła co­kol­wiek zro­bić w tej spra­wie, nie po­zna­łaby jej ani jedna żywa du­sza.

- Tego ro­dzaju za­ję­cia pro­wa­dzę w Sha­ke­spe­are po raz pierw­szy, ale od­by­łam kilka po­dob­nych se­rii spo­tkań w in­nych mia­stach. Ko­biety przy­cho­dzą do nas, kiedy mogą już za­cząć mó­wić o tym, co im się zda­rzyło, albo kiedy nie mogą już dłu­żej żyć tak jak do tej pory. Prze­stają cho­dzić na spo­tka­nia, gdy po­czują się le­piej. Mo­żesz przy­cho­dzić tak długo, jak ja tu będę, je­żeli tego po­trze­bu­jesz. A te­raz przejdźmy do sali. Tam czeka na nas reszta grupy.

Lecz za­nim zdą­ży­ły­śmy zro­bić choć krok, ode­zwał się te­le­fon.

Tam­sin Lynd za­re­ago­wała bar­dzo gwał­tow­nie. Bły­ska­wicz­nie od­wró­ciła się do biurka i po­ło­żyła dłoń na apa­ra­cie. Gdy sy­gnał ode­zwał się po­now­nie, za­ci­snęła palce, ale jesz­cze nie pod­no­siła słu­chawki. Stwier­dzi­łam, że po­stą­pię tak­tow­nie, gdy obejdę biurko i przyj­rzę się wy­cin­kom pra­so­wym na ścia­nie. Jak mo­głam się do­my­ślić, więk­szość do­ty­czyła gwał­tów, upo­rczy­wego nę­ka­nia i dzia­ła­nia są­dów. Reszta opo­wia­dała o od­waż­nych ko­bie­tach. Obok wi­siały opra­wione w ramki cer­ty­fi­katy i świa­dec­twa stu­diów, kur­sów dy­plo­mo­wych i po­dy­plo­mo­wych ukoń­czo­nych przez Tam­sin Lynd. Jak ła­two zgad­nąć, za­im­po­no­wały mi.

Spra­wia­jąca wra­że­nie mą­drej i opa­no­wa­nej te­ra­peutka pod­nio­sła słu­chawkę i po­wie­działa "halo" to­nem zdra­dza­ją­cym śmier­telne prze­ra­że­nie.

Po chwili usły­sza­łam stłu­miony okrzyk zdu­mie­nia. Ko­bieta do­słow­nie wtu­liła się w fo­tel sto­jący przed biur­kiem. Prze­rwa­łam próby uda­wa­nia, że mnie tam nie ma.

- Prze­stań! - syk­nęła Tam­sin do mi­kro­fonu. - Nie mam za­miaru tego słu­chać!

Z tymi słowy ener­gicz­nie odło­żyła słu­chawkę na wi­dełki, jakby chciała ko­muś roz­bić głowę. Pra­wie szlo­cha­jąc, wzięła kilka głę­bo­kich od­de­chów. Po­tem opa­no­wała się na tyle, że mo­gła ze mną roz­ma­wiać.

- Pro­szę cię, idź do sali obok - po­wie­działa nad po­dziw spo­koj­nym gło­sem. - Przyjdę za mi­nutkę. Mu­szę tylko po­zbie­rać ma­te­riały.

Tak. A przede wszyst­kim po­zbie­rać się po tym, co za­szło. Za­wa­ha­łam się, czy nie za­pro­po­no­wać jej po­mocy, lecz po chwili zda­łam so­bie sprawę, że w tych oko­licz­no­ściach wy­glą­da­łoby to co naj­mniej śmiesz­nie. Prze­ci­snę­łam się mię­dzy biur­kiem a ścianą, wy­szłam z ga­bi­netu, skrę­ci­łam w lewo i zna­la­złam się w sali, w któ­rej miały się od­by­wać za­ję­cia.

Po­miesz­cze­nie to praw­do­po­dob­nie peł­niło wiele in­nych funk­cji niż tylko miej­sca spo­tkań na­szej grupy. Do­mi­no­wał w nim ogromny, ty­powy dla in­sty­tu­cji stół oto­czony twar­dymi, nie­wy­god­nymi krze­słami. Nie było okien, a je­dyną de­ko­ra­cję sta­no­wiło kilka kiep­skich re­pro­duk­cji po­wie­szo­nych na ścia­nach. W środku cze­kały już ko­biety. Przed nie­któ­rymi za­uwa­ży­łam puszki z na­po­jami i no­tat­niki.

Od razu po­zna­łam moją pra­wie-przy­ja­ciółkę Ja­net Shook oraz ko­bietę, któ­rej twarz przy­wio­dła mi na myśl nie­przy­jemne wspo­mnie­nia. Przez chwilę mu­sia­łam się za­sta­no­wić, kim jest. Do­piero po chwili się zo­rien­to­wa­łam, że ele­gancko ubrana ko­bieta pod czter­dziestkę z wy­szu­kaną fry­zurą to Sandy McCor­kin­dale, żona pa­stora Zjed­no­czo­nego Ko­ścioła w Sha­ke­spe­are, zna­nego lo­kal­nie jako ZKS. Sandy i ja star­ły­śmy się kil­ka­krot­nie, gdy Ko­ściół wy­naj­mo­wał mnie do po­da­wa­nia za­ką­sek pod­czas ze­brań za­rządu przed­szkola. Po­kłó­ci­ły­śmy się też pod­czas przy­go­to­wy­wa­nego przez ko­biety do­rocz­nego przy­ję­cia na rzecz Ko­ścioła.

Na mój wi­dok Sandy naj­wy­raź­niej przy­szły do głowy te same wspo­mnie­nia. Sie­dząca po dru­giej stro­nie Ja­net uśmiech­nęła się do mnie sze­roko. Miała dwa­dzie­ścia kilka lat i wy­glą­dała na tak samo wy­spor­to­waną jak ja, co ozna­czało, że była dość szczu­pła i do­brze umię­śniona. Ciem­no­brą­zowe włosy ko­ły­szące się z boku na bok się­gały jej do po­licz­ków, a do tego no­siła równo ob­ciętą grzywkę, która czę­sto opa­dała na oczy. Ja­net i ja cza­sami ćwi­czy­ły­śmy ra­zem na si­łowni, a poza tym tre­no­wa­ły­śmy ka­rate w tej sa­mej gru­pie. Usia­dłam obok niej i le­dwo zdą­ży­ły­śmy się przy­wi­tać, gdy za­afe­ro­wana Tam­sin wpa­dła do sali z pod­kładką do pi­sa­nia i sto­sem pa­pie­rów przy­ci­śnię­tych do ob­fi­tego biu­stu. Moim zda­niem dość szybko do­szła do sie­bie.

- Czy zdą­ży­ły­ście się już so­bie przed­sta­wić?

- Wszyst­kie oprócz ostat­niej - po­wie­działa z sil­nym ak­cen­tem ko­bieta sie­dząca po dru­giej stro­nie stołu.

Była jedną z trzech ko­biet, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Tam­sin do­ko­nała pre­zen­ta­cji.

- To jest Carla, a to Me­la­nie.

Wska­zała na ko­bietę, która ode­zwała się jako pierw­sza. Ni­ska, chuda, nie­wia­ry­god­nie po­marsz­czona, z chra­pli­wym gło­sem ty­po­wym dla na­ło­go­wej pa­laczki. Sie­dząca obok niej Me­la­nie była pulchną blon­dynką z ostrym spoj­rze­niem. Z jej ry­sów ema­no­wała złość. Ostat­nia z nich, Fi­rella, była je­dyną Afro­ame­ry­kanką w gru­pie. Na­tych­miast zwró­ci­łam uwagę na jej oso­bliwą fry­zurę w kształ­cie walca. Miała na so­bie oku­lary, które do­da­wały jej po­wagi. No­siła luźną i wy­godną su­kienkę bez rę­ka­wów w afry­kań­ski de­seń.

- A to, moje pa­nie, jest Lily - oznaj­miła Tam­sin z te­atral­nym ge­stem, koń­cząc pre­zen­ta­cję.

Usa­do­wi­łam się tak wy­god­nie, jak tylko po­zwo­liło na to krze­sło, i skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach. Cze­ka­łam, co bę­dzie da­lej. Mia­łam wra­że­nie, że pro­wa­dząca nas li­czy. Wyj­rzała za drzwi, ro­zej­rzała się po ko­ry­ta­rzu, jakby spo­dzie­wała się jesz­cze ko­goś, po­tem zmarsz­czyła brwi i po­wie­działa:

- Skoro są wszy­scy, za­bie­rajmy się do ro­boty. Wszyst­kie mają kawę albo coś do pi­cia? Bar­dzo do­brze! - Wzięła głę­boki od­dech. - Część z was po pro­stu zo­stała zgwał­cona. Część z was zgwał­cono wiele lat temu. Cza­sami lu­dziom wy­star­czy wie­dzieć, że inni prze­szli przez to samo. Pro­szę, opo­wiedz­cie o tym, co prze­ży­ły­ście.

Sku­li­łam się w du­chu, pra­gnąc bar­dzo mocno wy­pa­ro­wać i obu­dzić się w moim ma­łym domku nie­całe pół­tora ki­lo­me­tra stąd.

Przez skórę czu­łam, że Sandy McCor­kin­dale zgłosi się jako pierw­sza, i nie po­my­li­łam się.

- Moje pa­nie - za­częła gło­sem pra­wie tak samo za­wo­dowo cie­płym i ser­decz­nym jak głos jej męża z am­bony. - Je­stem Sandy McCor­kin­dale, a mój mąż jest pa­sto­rem w Zjed­no­czo­nym Ko­ściele w Sha­ke­spe­are.

Po­ki­wa­ły­śmy gło­wami. Wszyst­kie wie­dzia­ły­śmy, o kogo i o co cho­dzi.

- Przy­tra­fiło mi się to dawno, bar­dzo dawno temu. - Sandy mó­wiła z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. W od­le­głej ga­lak­tyce bar­dzo da­leko stąd? - Wła­śnie mia­łam za­cząć col­lege.

Cze­ka­ły­śmy, lecz Sandy nie po­wie­działa nic wię­cej, jed­nak nie prze­sta­wała się uśmie­chać. Tam­sin nie na­le­gała i zwró­ciła się do Ja­net sie­dzą­cej obok żony pa­stora.

- Lily i ja znamy się z si­łowni - za­częła Ja­net.

- Na­prawdę? To świet­nie! - za­wo­łała roz­pro­mie­niona te­ra­peutka.

- Wie, że zo­sta­łam zgwał­cona, ale nie­wiele wię­cej - mó­wiła po­woli Ja­net. Spo­glą­dała na mnie ką­tem oka. Wy­da­wała się za­in­te­re­so­wana moją re­ak­cją na jej opo­wieść. Dziwne. - Zo­sta­łam na­pad­nięta mniej wię­cej trzy lata temu, gdy by­łam na randce z męż­czy­zną, któ­rego zna­łam przez całe ży­cie. Po­je­cha­li­śmy na od­lu­dzie sa­mo­cho­dem, za­trzy­ma­li­śmy się, wie­cie, tak jak te­raz ro­bią dzie­ciaki. Na­gle on po pro­stu nie chciał prze­stać. Po pro­stu... Ni­gdy nie zgło­si­łam tego na po­li­cję. Za­gro­ził, że po­wie im, że sama chcia­łam, poza tym nie by­łam na­wet dra­śnięta. Dla­tego ni­gdy go nie oskar­ży­łam.

- Dzię­kuję. Te­raz ty, Carla.

- Gra­łam w bi­lard na pie­nią­dze w Ve­lvet Ta­bles - za­częła ochry­ple. Oce­ni­łam, że zbli­żała się do pięć­dzie­siątki, a ży­cie się z nią nie pie­ściło. - Mia­łam fart i sporo wy­gra­łam. Jed­nemu z chło­pa­ków chyba się nie spodo­bało, że do­staje baty od ko­biety, i do­sy­pał mi cze­goś do drinka. Pa­mię­tam tylko, że zna­la­złam się w swoim sa­mo­cho­dzie naga jak mnie Pan Bóg stwo­rzył, bez centa przy du­szy i z klu­czy­kami w po­chwie. Upra­wiali ze mną seks, kiedy by­łam nie­przy­tomna. Po­zna­ła­bym ich wszyst­kich.

- Czy zgło­si­łaś to na po­li­cję? - za­py­tała Tam­sin.

- Nie, wiem, gdzie miesz­kają - wy­ja­śniła Carla.

Za­pa­dła długa chwila mil­cze­nia. Wszyst­kie za­sta­na­wia­ły­śmy się nad jej sło­wami.

- Tym uczu­ciem, po­trzebą ze­msty, zaj­miemy się póź­niej - stwier­dziła wresz­cie Tam­sin. - Me­la­nie, opo­wiedz nam coś o so­bie.

Po to­nie jej głosu zo­rien­to­wa­łam się, że te­ra­peutka nie­zbyt do­brze znała Me­la­nie.

- Po raz pierw­szy je­stem na za­ję­ciach te­ra­pii gru­po­wej, więc pro­szę was o cier­pli­wość. - Wy­wo­łana do od­po­wie­dzi ko­bieta za­chi­cho­tała ner­wowo.

Śmiech pa­so­wał do jej pulch­nych po­licz­ków i różu na twa­rzy, ale ostro kon­tra­sto­wał z wście­kło­ścią, którą ki­piały jej ciemne oczy. Od­ga­dłam, że jest młod­sza od Ja­net.

- Dla­czego tu je­steś, Me­la­nie?

Tam­sin cał­ko­wi­cie we­szła w rolę te­ra­peutki. Jej ubra­nie spryt­nie ma­sko­wało wszel­kie de­fekty okrą­głej syl­we­tki. Skrzy­żo­wała nogi w gru­bych be­żo­wych poń­czo­chach i sta­rała się nie ba­zgrać ołów­kiem w no­tat­niku.

- Cho­dzi ci o to, co się stało? - spy­tała Me­la­nie.

- Tak - od­po­wie­działa cier­pli­wie Tam­sin.

- No... zgwał­cił mnie mój szwa­gier, wła­śnie dla­tego przy­szłam! Przy­szedł pi­jany do mo­jej przy­czepy, otwo­rzył drzwi i rzu­cił się na mnie. Nie mia­łam czasu wy­cią­gnąć swo­jego ma­gnum trzy­sta pięć­dzie­siąt sie­dem, nie mia­łam czasu za­dzwo­nić na po­li­cję. Wszystko stało się tak szybko, że nikt by mi nie uwie­rzył.

- Czy zo­stał aresz­to­wany?

- Pew­nie, że tak. Nie wy­szłam z ko­mi­sa­riatu, do­póki nie zo­ba­czy­łam, że sie­dzi za krat­kami. Po­li­cja pró­bo­wała mi wmó­wić, że to wy­nik kłótni, ale ja wie­dzia­łam, co ro­bię, wie­dzia­łam, co on zro­bił i że tego nie chcia­łam. Jego żona po­wie­działa mi, że ją też do tego zmu­szał, kiedy była chora i nie miała ochoty. Byli mał­żeń­stwem, więc my­ślę, że uwa­żała, że nie może się po­skar­żyć, ale ja mo­głam i się po­skar­ży­łam.

- Do­brze zro­bi­łaś, Me­la­nie - po­chwa­liła ją Tam­sin, a ja w du­chu jej przy­tak­nę­łam. - W ta­kiej sy­tu­acji bar­dzo trudno bro­nić swo­ich praw. Fi­rella?

- No tak. Do­brze... Mniej wię­cej rok temu prze­pro­wa­dzi­łam się tu­taj z No­wego Or­le­anu - za­częła. - Je­stem wi­ce­dy­rek­torką szkoły śred­niej w Sha­ke­spe­are. Po­do­bną pracę mia­łam w Lu­izja­nie.

Zre­wi­do­wa­łam w górę pierw­szą przy­bli­żoną ocenę jej wieku. Fi­rella praw­do­po­dob­nie była bli­żej pięć­dzie­siątki niż trzy­dzie­stu pię­ciu lat, jak wcze­śniej są­dzi­łam.

- Kiedy miesz­ka­łam w No­wym Or­le­anie, zgwał­cił mnie w szkole uczeń. - Fi­rella za­ci­snęła usta i prze­rwała, jakby dała nam wszyst­kim dość do my­śle­nia.

I miała ra­cję. Przy­po­mnia­łam so­bie cha­rak­te­ry­styczny za­pach szkoły, kredy, sza­fek na ubra­nia, brud­nych wy­kła­dzin prze­my­sło­wych i ci­szy pa­nu­ją­cej w bu­dynku, gdy ucznio­wie idą do domu. Po­my­śla­łam o kimś, o dra­pież­niku ci­cho prze­my­ka­ją­cym po bu­dynku...

- Zła­mał mi też rękę - do­dała Fi­rella. Lekko po­ru­szyła lewą ręką, jakby chciała spraw­dzić, czy na­daje się do użytku. - Wy­bił mi parę zę­bów, a jakby tego było mało, za­ra­ził mnie opryszczką.

Po­wie­działa to zu­peł­nie rze­czo­wym, bez­na­mięt­nym to­nem. Po­tem wzru­szyła ra­mio­nami i za­mil­kła.

- Zo­stał aresz­to­wany?

- Tak - po­wie­działa ko­bieta zmę­czo­nym gło­sem. - Zła­pali go. Po­wie­dział im, że upra­wia­łam z nim seks od mie­sięcy, że wszystko działo się za obo­pólną zgodą. Za­częło się ro­bić na­prawdę nie­przy­jem­nie. Pi­sały o tym wszyst­kie ga­zety. Ale zła­mana ręka i wy­bite zęby sta­no­wiły na­prawdę nie­pod­wa­żalne do­wody.

Tam­sin rzu­ciła mi wy­mowne spoj­rze­nie. Pew­nie chciała się upew­nić, czy do­tarł do mnie fakt, że nie by­łam je­dyną ofiarą na świe­cie, która prze­szła nad­zwy­czajną próbę. Ni­gdy nie by­łam aż taką ego­istką.

- Lily, czy mo­gła­byś nam dziś opo­wie­dzieć o so­bie? - po­pro­siła te­ra­peutka.

Wal­czy­łam z doj­mu­ją­cym im­pul­sem, który na­ka­zy­wał mi wstać i wyjść. Jed­nak opa­no­wa­łam się i przy­po­mnia­łam so­bie, po co tu przy­szłam. Po­my­śla­łam o roz­bi­tym no­sie Jacka i o za­ufa­niu, ja­kim ob­da­rzyły mnie inne ko­biety. Je­żeli mu­sia­łam to zro­bić, rów­nie do­brze mo­głam to zro­bić tu i te­raz.

Skon­cen­tro­wa­łam się na klamce do drzwi o kilka kro­ków za uchem Tam­sin. Ża­ło­wa­łam, że ja­kiś czas temu nie na­gra­łam wszyst­kiego na ka­se­cie.

- Kilka lat temu miesz­ka­łam w Mem­phis - za­czę­łam zde­cy­do­wa­nie. - Pew­nego dnia w dro­dze z pracy do domu ze­psuł mi się sa­mo­chód. Szłam wła­śnie na sta­cję ben­zy­nową, żeby za­dzwo­nić po po­moc, kiedy po­rwał mnie uzbro­jony męż­czy­zna. Wy­na­jął mnie ma­łej gru­pie mo­to­cy­kli­stów na week­end. Za pie­nią­dze. Za­brali mnie do... to była taka stara cha­łupa gdzieś w szcze­rym polu, na wsi w Ten­nes­see. - Za­częło się de­li­katne, pra­wie nie­do­strze­galne drże­nie, które ob­jęło całe moje ciało, włącz­nie z po­de­szwami stóp. - Było ich chyba pię­ciu, pię­ciu męż­czyzn i jedna albo dwie ko­biety. Za­wią­zali mi oczy, więc ni­gdy ich nie wi­dzia­łam. Przy­kuli mnie łań­cu­chem do me­ta­lo­wego łóżka. Gwał­cili mnie, a po­tem no­żem wy­ci­nali mi wzory na pier­siach i na brzu­chu. Kiedy wy­jeż­dżali, je­den z nich dał mi broń. Był wście­kły na fa­ceta, który mnie im przy­wiózł, ale już nie pa­mię­tam dla­czego. - Nie mó­wi­łam ca­łej prawdy, ale nie chcia­łam wcho­dzić w szcze­góły. - A w re­wol­we­rze był je­den po­cisk. Mo­głam się za­bić. Wtedy by­łam już zu­peł­nym wra­kiem. W cha­cie było strasz­li­wie go­rąco. - Mia­łam za­ci­śnięte pię­ści, a od­dy­cha­nie spra­wiało mi trud­ność. - Ale kiedy wró­cił męż­czy­zna, który mnie po­rwał, strze­li­łam do niego. I za­bi­łam go.

Na sali za­le­gła taka ci­sza, że sły­sza­łam wła­sny od­dech.

Chcia­łam wie­dzieć, jak za­re­aguje Tam­sin, jed­nak wszyst­kie ko­biety cze­kały na mnie. Ja­net po­pro­siła:

- Po­wiedz nam, jak się to wszystko skoń­czyło.

- Aha, wła­śnie. Chata stała na polu far­mera, który za ja­kiś czas prze­cho­dził obok i mnie zna­lazł. Po­tem we­zwał po­li­cję i za­brali mnie do szpi­tala. - Przed­sta­wi­łam im skró­coną wer­sję mo­jej hi­sto­rii.

- Jak długo to wszystko trwało? - za­py­tała Tam­sin.

- Jak długo mnie tam trzy­mali? Niech po­li­czę. - Czu­łam, że drże­nie na­ra­sta. Wie­dzia­łam, że te­raz wszystko po mnie wi­dać. - Po­rwali mnie w pią­tek po po­łu­dniu, a więc całą noc, cały dzień w so­botę i część nie­dzieli? Chyba tak.

- Ile czasu mi­nęło, za­nim przy­szedł far­mer?

- Och! By­ła­bym za­po­mniała. Reszta nie­dzieli, po­nie­dzia­łek i więk­sza część wtorku. Dość długo - po­wie­dzia­łam.

Usia­dłam pro­sto i roz­luź­ni­łam za­ci­śnięte pię­ści. Ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się uspo­koić.

- Pa­mię­tam - wtrą­ciła Me­la­nie. - Wtedy by­łam jesz­cze dziec­kiem. Pi­sali o tym we wszyst­kich ga­ze­tach. Ża­ło­wa­łam, że nie mo­głaś ich wszyst­kich po­wy­strze­lać.

Za­sko­czona rzu­ci­łam jej spoj­rze­nie.

- Ja też pa­mię­tam to zda­rze­nie. My­śla­łam wtedy, że sama się o to pro­si­łaś, kiedy szłaś pie­chotą po tym, jak ze­psuł ci się sa­mo­chód - do­dała Fi­rella.

Wszy­scy spoj­rze­li­śmy na nią.

- Ale to było, za­nim do­wie­dzia­łam się, że ko­biety mają prawo cho­dzić tam, gdzie chcą, i nikt nie ma prawa im się na­rzu­cać.

- To fakt, Fi­rella - po­wie­działa z apro­batą Tam­sin. - Jaka jest za­sada?

Wszyst­kie cze­ka­ły­śmy.

- Nie wiń ofiary za prze­stęp­stwo - po­wie­działa, ryt­micz­nie dzie­ląc słowa na sy­laby.

- Nie wiń ofiary za prze­stęp­stwo - po­wtó­rzy­ły­śmy nie­rów­nym chó­rem.

Po­my­śla­łam, że są­dząc po wy­ra­zie twa­rzy, nie­które z nas zro­zu­miały to le­piej niż inne.

- Opie­kunka do dzieci zga­dza się na pod­wie­zie­nie do domu przez ich ojca, a on ją gwałci. Czy to jej wina? - za­py­tała ostro Tam­sin.

- Nie wiń ofiary za prze­stęp­stwo! - za­wo­ła­ły­śmy.

Mu­szę przy­znać, że był to dla mnie spory wy­si­łek. Wła­śnie mia­łam stwier­dzić, że Jack jest mi coś wi­nien, kiedy przy­po­mnia­łam so­bie krew pły­nącą z jego roz­bi­tego nosa.

- Sa­motna ko­bieta idzie ulicą wie­czo­rem, a ktoś ją na­pada i gwałci - po­wie­działa te­ra­peutka. - Czy to jej wina?

- Nie wiń ofiary za prze­stęp­stwo! - po­wtó­rzy­ły­śmy sta­now­czo.

- Ko­bieta wkłada cia­sną spód­nicę i bez biu­sto­no­sza idzie do baru w czę­ści mia­sta o złej re­pu­ta­cji, upija się, zga­dza się, żeby ją pod­wiózł obcy męż­czy­zna, który ją gwałci. Czy to jej wina?

Za­mar­ły­śmy. Ta sy­tu­acja wy­ma­gała chwili za­sta­no­wie­nia.

- Co o tym my­ślisz, Lily? - spy­tała mnie bez­po­śred­nio Tam­sin.

- My­ślę, że je­żeli ko­bieta chce wy­glą­dać atrak­cyj­nie, a na­wet pro­wo­ku­jąco, nie zna­czy to, że sama się prosi o gwałt. My­ślę, że na­wet coś tak głu­piego jak upi­cie się w to­wa­rzy­stwie męż­czyzn, któ­rych się nie zna, nie za­słu­guje na karę gwałtu. Choć z dru­giej strony uwa­żam, że ko­biety po­winny bar­dziej dbać o wła­sne bez­pie­czeń­stwo... - Urwa­łam.

- A co ozna­cza dbać o wła­sne bez­pie­czeń­stwo?

Na to py­ta­nie aku­rat zna­łam od­po­wiedź.

- To ozna­cza na­uczyć się wal­czyć - od­par­łam z pew­no­ścią w gło­sie. - To zna­czy za­cho­wy­wać ostroż­ność. To zna­czy pil­no­wać prze­glą­dów sa­mo­chodu, żeby się nie ze­psuł w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie, za­my­kać drzwi na klucz i roz­glą­dać się uważ­nie do­okoła.

Kilka ko­biet spoj­rzało na mnie z po­wąt­pie­wa­niem, kiedy wspo­mnia­łam o walce, ale po­zo­stałe moje pro­po­zy­cje spo­tkały się z apro­batą.

- Jak bar­dzo dba­łaś o swoje bez­pie­czeń­stwo, za­nim cię zgwał­cono? - za­py­tała te­ra­peutka.

Wbiła we mnie uważne spoj­rze­nie swo­ich ciem­nych oczu. Po­chy­liła się do przodu i jej bluzka roz­chy­liła się nie­znacz­nie. Naj­wy­raź­niej wy­brała tro­chę zbyt opty­mi­styczny roz­miar.

Wró­ci­łam my­ślą w prze­szłość.

- Nie bar­dzo. Pa­mię­ta­łam, żeby mieć do­syć pie­nię­dzy na te­le­fon. A kiedy uma­wia­łam się na randkę po raz pierw­szy z kimś, kogo nie zna­łam, mó­wi­łam o tym zna­jo­mym, żeby wie­dzieli, gdzie idę i z kim.

- Więc po­wie­dzia­ła­byś, że tego ro­dzaju ży­ciową mą­drość na­bywa się do­piero po fak­cie?

- Tak.

- W ta­kim ra­zie czy mo­żesz za­rzu­cać in­nym ko­bie­tom, że nie wy­ka­zały się aż taką prze­zor­no­ścią?

- Nie.

Roz­mowa to­czyła się da­lej, lecz przez dal­szą część go­dzin­nej se­sji ogra­ni­czy­łam się do słu­cha­nia. Pro­blem od­po­wie­dzial­no­ści jest dość za­wi­kłany. Ko­biety ubie­rają się wy­zy­wa­jąco, by zwró­cić na sie­bie uwagę męż­czyzn w sen­sie sek­su­al­nym i zy­skać po­dziw, bo spra­wia im to sa­tys­fak­cję. Uwa­żam, że nie­wiele ko­biet wkłada biu­sto­no­sze typu push-up, wy­de­kol­to­wane bluzki, wy­so­kie ob­casy i ob­ci­słe spód­nice, je­żeli ma za­miar pra­co­wać w domu przy kom­pu­te­rze. Ale zwra­ca­nie na sie­bie uwagi w sen­sie sek­su­al­nym nie ozna­cza przy­zwo­le­nia na gwałt. Nie znam żad­nej ko­biety, która wy­szłaby wie­czo­rem na wę­drówkę po knaj­pach, gdyby wie­działa, że w pew­nej chwili zo­sta­nie zmu­szona przez ob­cego uzbro­jo­nego męż­czy­znę do in­tym­nego kon­taktu. I bar­dzo nie­wiele ko­biet wy­cho­dzi sa­mot­nie wie­czo­rem z na­dzieją, że nie­zna­jomy męż­czy­zna za­ofe­ruje im wy­bór mię­dzy upra­wia­niem seksu a udu­sze­niem.

Tak czy ina­czej, fak­tem jest, że karą za głu­potę oraz/lub brak wy­ob­raźni nie po­wi­nien być gwałt. I taki wnio­sek pły­nął z na­szej dys­ku­sji, je­żeli o mnie cho­dziło. Mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie w tę stronę Tam­sin kie­ruje roz­mowę grupy.

A zgwał­cone pra­bab­cie i dzieci? Były tylko obiek­tami sek­su­al­nymi w oczach zbo­czeń­ców. Prze­cież im nie można za­rzu­cić, że same tego chciały.

Do­brze zna­łam ten tok my­śle­nia. Stare, zna­jome ko­le­iny. Kiedy upew­ni­łam się, że wła­śnie w tę stronę zmie­rzamy, za­czę­łam za­sta­na­wiać się nad samą te­ra­peutką. Za­da­jąc nam py­ta­nia i przed­sta­wia­jąc sy­tu­acje, Tam­sin Lynd zmu­szała nas do my­śle­nia o zda­rze­niach i pro­ble­mach, o któ­rych trudno i nie­chęt­nie nam się mó­wiło. Co za praca - wy­słu­chi­wa­nie opo­wie­ści o tak po­nu­rych spra­wach! Za­sta­na­wia­łam się, czy ona też nie zo­stała kie­dyś zgwał­cona, ale stwier­dzi­łam, że nie po­win­nam jej o to py­tać, skoro była na­tu­ralną i neu­tralną li­derką na­szej grupy. Przy­naj­mniej z na­zwy. Bez względu jed­nak na to, jaki se­kret krył się w jej prze­szło­ści, miała po­ważne pro­blemy, z któ­rymi mu­siała so­bie ra­dzić. Tam­tego wie­czora z pew­no­ścią nie te­le­fo­no­wał do niej przy­ja­ciel.

Po skoń­czo­nym spo­tka­niu Tam­sin od­pro­wa­dziła nas do drzwi. Sama zo­stała w pu­stym bu­dynku, żeby "tro­chę po­sprzą­tać", jak się wy­ra­ziła. Gdy zna­la­zły­śmy się na par­kingu, łą­czący nas do­tąd ko­kon bólu od razu pękł. Me­la­nie i Sandy po­szły w swoją stronę, Carla wsia­dła do sta­rego ogrom­nego sa­mo­chodu z lat sześć­dzie­sią­tych i za­pa­liła pa­pie­rosa, a po­tem ob­ró­ciła klu­czyk w sta­cyjce. Fi­rella rzu­ciła zdaw­kowo: "Miesz­kam nie­da­leko". Za­nim znik­nęła w ciem­no­ściach, za­uwa­ży­łam, że klu­cze od miesz­ka­nia chwy­ciła w taki spo­sób, by mo­gła nimi po­waż­nie zra­nić w twarz po­ten­cjal­nego na­past­nika.

Ja­net mnie uści­skała. Nie było to za­cho­wa­nie ty­powe dla łą­czą­cych nas sto­sun­ków i pra­wie się wzdry­gnę­łam. Sto­jąc sztywno, po­ło­ży­łam jej ręce na ple­cach, po­dej­mu­jąc nie­prze­ko­nu­jącą próbę od­wza­jem­nie­nia ser­decz­nego ge­stu.

Cof­nęła się o krok i ro­ze­śmiała się.

- No i co, le­piej ci?

By­łam za­kło­po­tana i oka­za­łam to.

- Przede mną nie mu­sisz uda­wać - po­wie­działa.

- Tam­sin była ja­kaś nie­swoja. Co z nią jest? - za­py­ta­łam, by zmie­nić te­mat.

- Pra­cuje tu od ja­kie­goś roku - od­parła Ja­net, chęt­nie po­da­jąc mi bra­ku­jące in­for­ma­cje. - Ra­zem z mę­żem mają mały do­mek przy Comp­ton Street. Oboje po­cho­dzą z pół­noc­nych sta­nów. On nosi inne na­zwi­sko. - Ja­net naj­wy­raź­niej po­strze­gała to jako do­wód, że jako mał­żeń­stwo byli bar­dzo nie­tra­dy­cyjni.

- Czy to ci prze­szka­dza?

Po­krę­ciła prze­cząco głową.

- Je­żeli o mnie cho­dzi, może so­bie na­wet bzy­kać kro­ko­dyle. Cie­szę się, że tu przy­szłam. To naj­lep­sze, co mo­głam zro­bić, od­kąd zo­sta­łam zgwał­cona.

- Szkoda, że nie zgło­si­łaś sprawy na po­li­cję - za­czę­łam ostroż­nie.

- Kie­dyś by­łam inna. Zmie­ni­łam się.

- My­śla­łaś o tym, żeby jed­nak zgło­sić tę sprawę? Na­wet po tylu la­tach?

- Fa­cet już nie żyje - po­wie­działa po pro­stu Ja­net. - Pi­sali o tym w ga­ze­tach w ubie­głym roku, może pa­mię­tasz. Mart We­ekins. Pró­bo­wał wy­prze­dzać na po­dwój­nej cią­głej na za­krę­cie na dro­dze nu­mer sześć. Z prze­ciwka je­chała cię­ża­rówka z na­czepą.

- No tak. - Po­ki­wa­łam głową. - Wy­daje mi się, że nie za­dbał o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Po­wie­dzia­ła­byś, że za­cho­wał się nie­mą­drze, skoro tam się zna­lazł?

- Za­sta­na­wiam się, czy był wy­zy­wa­jąco ubrany - do­dała Ja­net i obie wy­buch­nę­ły­śmy nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

Jak to zwy­kle bywa, kiedy się ko­goś po­zna, za­czę­łam wi­dy­wać Tam­sin Lynd i sły­szeć o niej do­słow­nie wszę­dzie - na po­czcie, w skle­pie spo­żyw­czym i na sta­cji ben­zy­no­wej. Cza­sami po­ka­zy­wała się w to­wa­rzy­stwie krę­pego męż­czy­zny z ciem­nymi wło­sami, ze sta­ran­nie wy­go­loną brodą i wą­sami. Za każ­dym ra­zem ki­wała mi na po­wi­ta­nie przy­jaź­nie, lecz bez­oso­bowo, że­bym mo­gła od­wza­jem­nić gest lub nie zwra­cać na niego uwagi - jak było mi wy­god­niej.

Gdy w ty­go­dniu po dru­gim spo­tka­niu na­szej grupy ra­zem z Jac­kiem wy­bra­li­śmy się do Lit­tle Rock, po­sta­no­wi­łam spró­bo­wać opi­sać jej cha­rak­ter i stwier­dzi­łam, że bra­kuje mi punktu za­cze­pie­nia. Zwy­kle od razu wiem, czy ko­goś lu­bię czy nie, ale w wy­padku Tam­sin po pro­stu nie mia­łam po­ję­cia. Może i tak nic by to nie zmie­niło, skoro miała mi tylko po­móc po­ukła­dać so­bie pewne rze­czy w gło­wie? A może nie miało to żad­nego zna­cze­nia, czy ją lu­bię czy nie?

- Jest in­te­li­gentna - za­czę­łam. - Za­wsze każe nam opo­wia­dać o na­szych prze­ży­ciach z róż­nych per­spek­tyw.

- A sym­pa­tyczna?

Jack przy­gła­dził fry­zurę jedną ręką, trzy­ma­jąc kie­row­nicę drugą. Jego sztywne czarne włosy za­czy­nały się nie­sfor­nie ukła­dać, nie­omylny znak, że pod­czas po­ran­nej to­a­lety my­ślał o czymś in­nym. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie­po­ko­iło go to, jak so­bie ra­dzę w pracy.

- Nie za bar­dzo - od­po­wie­dzia­łam. - Ma silny cha­rak­ter. Po pro­stu nie wiem, z ja­kiej gliny jest ule­piona.

- Zwy­kle znacz­nie szyb­ciej wy­ra­biasz so­bie zda­nie o lu­dziach.

- In­try­guje mnie. Może to część pracy psy­cho­lożki, ale te­raz chyba nie chce, że­by­śmy się sku­piały na tym, co są­dzimy o na­past­niku, tylko na pro­ble­mach, ja­kie mamy, żeby po­go­dzić się z tym, że pa­dły­śmy ofia­rami prze­mocy.

- A może za­kłada z góry, że wszyst­kie nie­na­wi­dzi­cie męż­czyzn?

- Nie mogę tego wy­klu­czyć. Albo czeka, kiedy wresz­cie po­wiemy to otwar­cie. Po­dej­rze­wam, że żadna z nas nie na­leży do klubu fa­nek płci brzyd­kiej, a jedna lub dwie z nas na­prawdę w pew­nym stop­niu nie­na­wi­dzą wszyst­kich męż­czyzn.

Jack wy­glą­dał na za­kło­po­ta­nego. Nie by­łam pewna, jak wiele chciał usły­szeć o mo­ich no­wych prze­ży­ciach, nie wie­dzia­łam też, jak wiele sama chcę mu opo­wie­dzieć.

- Je­steś pewna, że ra­dzisz so­bie z nową pracą? - za­py­tał pew­nie po raz setny.

- Jack - mruk­nę­łam ostrze­gaw­czo.

- Wiem, wiem, tylko... Czuję się za cie­bie od­po­wie­dzialny.

- To do­brze. Ale idzie mi świet­nie, a na­wet za­czy­nam się co­raz le­piej ba­wić.

Jack wpadł na po­mysł, że­bym zo­stała pry­watną de­tek­tywką, tak jak on. Żeby uzy­skać li­cen­cję, mu­sia­łam przez dwa lata pra­co­wać pod kie­run­kiem do­świad­czo­nego de­tek­tywa. Ta praca była moim pierw­szym kro­kiem, a do­świad­czo­nym de­tek­ty­wem był Jack.

Za­trzy­ma­li­śmy się na par­kingu pa­sażu han­dlo­wego w za­chod­niej czę­ści Lit­tle Rock. To była druga si­łow­nia Ma­rvel Gym otwarta w mie­ście. Zaj­mo­wała nie­całe trzy sek­cje w pa­sażu han­dlo­wym. Mel Bren­twood sporo ry­zy­ko­wał, in­we­stu­jąc w drugą si­łow­nię, zwłasz­cza że Ma­rvel Gym nie było zwy­kłą, pry­mi­tywną si­łow­nią. Można to ra­czej opi­sać jako klub fit­ness z luk­su­sową salą gim­na­styczną, w któ­rej co­dzien­nie od­by­wały się różne za­ję­cia, ze spe­cjalną salą do ae­ro­biku wy­po­sa­żoną w ru­chome bież­nie i schodki, z sauną, łóż­kami do opa­la­nia, wanną z hy­dro­ma­sa­żem i wie­loma han­tlami, z któ­rych za darmo mo­gli ko­rzy­stać lu­dzie, któ­rzy przy­szli do si­łowni tylko po to, żeby tro­chę się po­mę­czyć z że­la­stwem.

We­szłam do dam­skiej prze­bie­ralni, w któ­rej znaj­do­wała się też ła­zienka, zdję­łam T-shirt i szorty, a po­tem scho­wa­łam je w ma­leń­kiej szafce. Pod spodem mia­łam to, co uwa­ża­łam za ko­stium, po­nie­waż ni­gdy nie no­si­łam go w in­nych oko­licz­no­ściach: jed­no­czę­ściowy try­kot z ly­cry w lam­par­cie cętki. Się­gał do po­łowy uda i nie miał rę­ka­wów. Na klatce pier­sio­wej wid­niał duży na­pis "MA­RVEL", a po­ni­żej znaj­do­wało się słowo "gym" wy­dru­ko­wane mniej­szą czcionką. Cho­ciaż ten strój do ćwi­czeń był krótki i po­ka­zy­wał każdy zbędny gram ciała, przy­naj­mniej za­kry­wał bli­zny po ra­nach cię­tych. Żeby choć tro­chę le­piej wy­glą­dać, wło­ży­łam grube czarne skar­pety i czarne buty spor­towe marki Nike. Po chwili za­sta­no­wie­nia za­trza­snę­łam drzwi do swo­jej szafki, lecz to­rebkę zo­sta­wi­łam na ze­wnątrz. Po­tem prze­szłam na główny po­ziom, żeby od­bić na kar­cie kon­tro­l­nej go­dzinę wej­ścia do pracy. Moja praca, ni­sko płatna, gdyż by­łam naj­młod­sza spo­śród pra­cow­ni­ków, po­le­gała na re­je­stro­wa­niu "go­ści", co sta­no­wiło eu­fe­mi­styczne okre­śle­nie lu­dzi, któ­rzy opła­cili z góry człon­ko­stwo w klu­bie. Do mo­ich po­zo­sta­łych obo­wiąz­ków za­li­czało się wy­ja­śnia­nie no­wym go­ściom, jak ko­rzy­stać ze sprzętu, po­ma­ga­nie w ćwi­cze­niach oso­bom, które przy­cho­dziły bez to­wa­rzy­stwa, po­le­ca­nie na­po­jów i stro­jów sprze­da­wa­nych w klu­bie i od­bie­ra­nie te­le­fo­nów. Dy­żu­ro­wały za­wsze dwie osoby i za­wsze męż­czy­zna w pa­rze z ko­bietą. Je­żeli męż­czy­zna, z któ­rym dzie­li­łam zmianę, chciał po­ćwi­czyć, ja mia­łam zaj­mo­wać się spra­wami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi. Po­tem się zmie­nia­li­śmy.

Ni­gdy tak wielu ob­cych lu­dzi nie wi­dy­wało mnie co­dzien­nie w tak ku­sym stroju. Na­wet za­nim spo­tkało mnie to, co na­zy­wa­łam "przy­krym do­świad­cze­niem", nie ubie­ra­łam się wy­zy­wa­jąco. Ale mu­sia­łam do­pa­so­wać się do reszty pra­cow­ni­ków. Na szczę­ście Jack za­pew­nił mnie, że gdyby kto­kol­wiek z nich miał ciało ta­kie jak moje, chwa­liłby się nim o wiele bar­dziej niż ja.

Mimo to czu­łam się skrę­po­wana. Ogra­ni­czy­łam ma­ki­jaż do nie­zbęd­nego mi­ni­mum, uni­ka­łam bez­po­śred­niego kon­taktu wzro­ko­wego z męż­czy­znami i sta­ra­łam się ga­sić w za­rodku ja­kie­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­nie wy­ka­zy­wane przez któ­re­go­kol­wiek z go­ści.

Drzwi fron­towe były otwarte, po czym po­zna­łam, że kie­row­niczka już przy­szła. Tak jak się spo­dzie­wa­łam, w jej ga­bi­ne­cie pa­liło się świa­tło. Linda Doan nie lu­biła mnie i za punkt ho­noru po­sta­wiła so­bie po­zbyć się mnie przy naj­bliż­szej oka­zji. Ale nie mo­gła mnie zwol­nić, cho­ciaż jesz­cze o tym nie wie­działa. Nie wie­działa, dla­czego na­prawdę pra­co­wa­łam w klu­bie Ma­rvel.

By­łam tajną agentką. Samo okre­śle­nie wy­wo­ły­wało u mnie pu­sty śmiech, ale było praw­dziwe. Nie­mal od chwili otwar­cia klubu przed sied­mioma mie­sią­cami za­czął w nim gra­so­wać zło­dziej. Ktoś za­kra­dał się do prze­bie­ralni i pod­wę­dzał go­ściom różne rze­czy - go­tówkę, bi­żu­te­rię, a na­wet te­le­fony ko­mór­kowe. Nie można było wy­klu­czyć, że to je­den z go­ści, lecz Mel Bren­twood po­dej­rze­wał, że wi­no­wajcą jest ktoś z per­so­nelu ze względu na te­ry­to­rium, na ja­kim gi­nęły rze­czy.

- Prze­bie­ral­nia mę­ska, prze­bie­ral­nia dam­ska, szafki przy sau­nie - ję­czał. - Drinki, ze­garki, łań­cuszki, pie­nią­dze. Na ra­zie krad­nie tylko po­je­dyn­cze, nie­zbyt dro­gie rze­czy, ale wszystko jest tylko kwe­stią czasu. Lu­dzie za­czną ga­dać i będę mu­siał zwi­nąć in­te­res. Je­żeli nie zła­piemy win­nego, wy­rzucę wszyst­kich pra­cow­ni­ków na zbity pysk, a na ich miej­sce przyjmę no­wych. Przy­się­gam, że tak zro­bię.

By­łam pewna, że tego ro­dzaju dra­styczne po­stę­po­wa­nie jest nie­le­galne, ale nie do mnie na­le­żało zwra­ca­nie mu na to uwagi. Za­uwa­ży­łam, jak Jack za­gląda przez okno. Uda­wał, że mnie nie po­znaje. Z pew­no­ścią Mel tylko zgry­wał się na idiotę. Za­ło­żył tę sieć klu­bów fit­ness dzięki pie­nią­dzom, ja­kie wy­bła­gał lub po­ży­czył od scep­tycz­nych przy­ja­ciół swo­ich ro­dzi­ców, i dbał o nie, wy­naj­du­jąc co­raz to nowe spo­soby spra­wie­nia, że było o nich gło­śno w pra­sie, jed­nak bez dra­stycz­nych wy­da­rzeń.

- Może za­in­sta­lo­wa­li­by­śmy ka­merę w prze­bie­ralni? - za­pro­po­no­wał Jack.

- Cho­lera, nie ma mowy! Co by na to po­wie­dzieli lu­dzie, z któ­rych więk­szość chce zrzu­cić wagę, kiedy się do­wie­dzą, że mam ich zdję­cia? Poza tym nie da się za­in­sta­lo­wać ka­mery tak, żeby nikt jej nie wi­dział.

Za­uwa­ży­łam, że Mel po­łknął ha­czyk.

- Ale z dru­giej strony, gdy­bym nie chciał iść z tym do sądu... - po­wie­dział po­woli. - Gdy­bym tylko chciał przy­ła­pać dra­nia i go wy­rzu­cić...

- O ka­me­rze nie bę­dzie trzeba na­wet wspo­mi­nać - do­dał Jack. - Mo­gli­by­śmy ją wy­jąć, znisz­czyć ta­śmę i nikt nic nie bę­dzie wie­dział. Wpadnę do sklepu z od­po­wied­nim sprzę­tem. Sam nie prze­pa­dam za po­my­słem po­ta­jem­nego fil­mo­wa­nia lu­dzi, ale uwa­żam, że ta­kie roz­wią­za­nie zda­łoby eg­za­min.

- W ta­kim ra­zie czy po­trzebna nam bę­dzie Lily? - Mel Bren­twood przy­pa­try­wał mi się tak, jak­bym była re­wol­we­row­cem, który szy­kuje się do po­je­dynku z nim.

- Pew­nie. Są inne rze­czy, któ­rych nie wy­chwycą ka­mery - stwier­dził Jack. - Poza tym mu­simy jesz­cze wy­my­ślić, jak je osło­nimy.

- Okej, dziew­czyno - po­wie­dział Mel, po­kle­pu­jąc mnie mocno po ple­cach, by mnie za­chę­cić do ło­wów na gru­bego zwie­rza. - Za­czy­nasz pracę, kiedy tylko prze­bie­rzesz się w try­kot.

Ob­rzu­ci­łam go wro­gim spoj­rze­niem. Nie mia­łam ochoty pra­co­wać u Mela, z dru­giej strony pra­co­wa­łam już u wielu lu­dzi, któ­rych nie lu­bi­łam. Za­ci­snę­łam zęby i po­sta­no­wi­łam so­bie od­pu­ścić. Po­li­tyczną po­praw­ność na pewno miał za nic, ale za­płaci Jac­kowi, Jack bę­dzie miał ko­lej­nego klienta, który za­dzwoni do niego, kiedy znów wpad­nie w kło­poty, i w ten spo­sób no­to­wa­nia de­tek­tywa pójdą w górę.

Tak oto tra­fi­łam do Ma­rvel Gym. Ubrana we wspa­niały try­kot ze span­deksu pil­no­wa­łam, żeby go­ście ma­chali zie­lo­nymi pla­sti­ko­wymi kar­tami nad czyt­ni­kiem, który re­je­stro­wał w kom­pu­te­rze ich obec­ność. Tym, któ­rzy za­po­mnieli wła­snych, wy­da­wa­łam małe ręcz­niki, spraw­dza­łam za­pas ręcz­ni­ków ką­pie­lo­wych w szat­niach i sprze­da­wa­łam dro­gie na­poje "ener­ge­ty­zu­jące" trzy­mane w chło­dziarce za ladą. Te za­da­nia były stałe, ale co­dzien­nie tra­fiał się ja­kiś nowy pro­blem do roz­wią­za­nia. Pod­czas pierw­szej go­dziny pracy dzi­siaj od­blo­ko­wa­łam ko­łek wy­boru ob­cią­że­nia na urzą­dze­niu do ćwi­cze­nia nóg. Dys­kret­nie roz­py­li­łam śro­dek de­zyn­fe­ku­jący na ławce do pod­no­sze­nia cię­ża­rów po tym, jak ko­rzy­stał z niej szcze­gól­nie spo­cony gość, a od­ku­rza­czem zgar­nę­łam brudną zie­mię zo­sta­wioną przez ko­lej­nego, który wczo­raj za­pewne bie­gał po bło­cie.

Ale z każdą chwilą by­łam co­raz bar­dziej wście­kła na By­rona, dwu­dzie­stocz­te­ro­latka, z któ­rym pra­co­wa­łam na jed­nej zmia­nie. Obi­jał się przez cały czas, sta­ra­jąc się za­przy­jaź­nić z każdą ko­bietą w klu­bie. Był jed­nak je­den wy­ją­tek. Sta­rał się uni­kać mnie.

Ciało miał jak grecki po­sąg. Można się było do­my­ślić, że to de­ter­mi­no­wało jego spo­sób po­strze­ga­nia sie­bie - przy­stojny, wcie­le­nie zmy­sło­wo­ści i mę­sko­ści. Z pew­no­ścią tak by było, gdyby By­ron znał któ­re­kol­wiek z tych słów. Moim zda­niem nie­po­trzeb­nie zaj­mo­wał lu­dziom miej­sce i zu­ży­wał po­wie­trze. Przez dwa ty­go­dnie, ja­kie spę­dzi­łam w klu­bie, wiele razy mia­łam na­dzieję, że to on okaże się zło­dzie­jem. Dla klien­tów, któ­rzy nie wno­sili wy­so­kiej opłaty człon­kow­skiej tylko po to, żeby po­dzi­wiać jego po­są­gowe kształty, był bar­dzo mar­nym pra­cow­ni­kiem. Za­cho­wy­wał się uprzej­mie wo­bec lu­dzi, któ­rych lu­bił i któ­rzy jego zda­niem mo­gli mu w czymś po­móc, zby­wał po­zo­sta­łych, je­żeli nie mo­gli mu się do ni­czego przy­dać, i go­ści, któ­rzy spo­dzie­wali się, że fak­tycz­nie bę­dzie ro­bił coś po­ży­tecz­nego. Miał ochotę pie­ścić wszystko, co było okrą­głe i się ru­szało. Nie mia­łam po­ję­cia, dla­czego Linda Doan go za­trud­niła.

- Mu­szę za­nieść ręcz­niki do dam­skiej szatni - po­wie­dzia­łam mu. - A po­tem chcia­ła­bym sama po­ćwi­czyć.

- Su­per - mruk­nął By­ron, za­czy­na­jąc ko­lejną se­rię brzusz­ków.

Nie ma co, mistrz elo­kwen­cji.

Za­bra­łam stos ręcz­ni­ków do szatni wy­kła­da­nej płyt­kami ce­ra­micz­nymi. Kiedy we­szłam, usły­sza­łam, że ktoś bie­rze prysz­nic. Za­sko­czyło mnie to, bo było tro­chę za wcze­śnie na go­dzinę szczytu, która za­czy­nała się mię­dzy dzie­siątą i dzie­siątą trzy­dzie­ści. Woda prze­stała le­cieć, gdy do­szłam do pó­łek, na któ­rych uło­ży­łam w stos ręcz­niki. Po­ru­sza­łam się ci­cho, jak zwy­kle.

Przy­ła­pa­łam zło­dzieja na go­rą­cym uczynku. Młoda ko­bieta prze­trzą­sała moją to­rebkę, którą zo­sta­wi­łam ku­sząco opartą o za­pa­sową parę bu­tów przy mo­jej szafce. Mi­nutę za­brało mi prze­kart­ko­wa­nie zdjęć, które sta­ra­łam się za­pa­mię­tać, i w końcu przy­po­mnia­łam so­bie jej imię: Mandy Easley.

Mandy za­uwa­żyła mnie, gdy pa­trzy­łam, jak wy­ciąga z mo­jej to­rebki dwa­dzie­ścia do­la­rów i otwiera prze­gródkę z kar­tami kre­dy­to­wymi. Miała do­piero dwa­dzie­ścia kilka lat, ale gdy na­sze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały, bar­dziej przy­po­mi­nała wiedźmę. Jej ciem­no­brą­zowe włosy były jesz­cze mo­kre, na wą­skiej twa­rzy nie było ma­ki­jażu, ręcz­nik miała skrom­nie owi­nięty wo­kół sie­bie, ale nie wy­glą­dała nie­win­nie. Wręcz prze­ciw­nie.

- Och! Ach, ty je­steś Lily, prawda? Wła­śnie chcia­łam po­ży­czyć drobne na tam­paksy do au­to­matu - po­wie­działa zde­ner­wo­wa­nym gło­sem. - Mam na­dzieję, że nie masz nic prze­ciwko temu. Nie miał mi kto roz­mie­nić, a twoja to­rebka była pod ręką.

- Od kiedy au­to­mat przyj­muje dwu­dziestki?

- Ach, ja... - Dwu­dzie­sto­do­la­rowy bank­not wy­padł jej z dłoni, a ona ga­piła się na moją to­rebkę, zu­peł­nie jakby przed chwilę zma­te­ria­li­zo­wała jej się w rę­kach. - A, to wy­pa­dło! Prze­pra­szam, za­raz je włożę z po­wro­tem... - wy­ją­kała i za­częła nie­zdar­nie szu­kać bank­notu. Jej ręce za­częły się trząść.

- Pani Easley - po­wie­dzia­łam.

Po to­nie mo­jego głosu zo­rien­to­wała się, że nie mia­łam za­miaru przejść nad tym do po­rządku dzien­nego.

- O kur­czę! - rzu­ciła i za­kryła twarz rę­kami, jakby przy­gnie­ciona wsty­dem. - Lily, po­waż­nie, ni­gdy w ży­ciu nie ro­bi­łam ni­czego po­dob­nego. - Sta­rała się wy­ci­snąć kilka łez, ale nie bar­dzo jej się to uda­wało. - Mam po­ważne pro­blemy fi­nan­sowe, pro­szę cię, nie wzy­waj po­li­cji! Moja mama by umarła, gdy­bym była no­to­wana!

- Prze­cież już jest pani no­to­wana - przy­po­mnia­łam jej.

Unio­sła głowę znad rąk i ob­rzu­ciła mnie złym spoj­rze­niem.

- Co?

- Już jest pani no­to­wana za drobne kra­dzieże w skle­pach i za wy­sta­wia­nie cze­ków bez po­kry­cia.

W ba­zie da­nych spraw­dzi­li­śmy, któ­rzy z pra­cow­ni­ków i go­ści byli obecni w klu­bie, gdy wy­da­rzały się różne kra­dzieże. Za każ­dym ra­zem po­ja­wiło się na­zwi­sko dwu­dzie­sto­trzy­let­niej roz­wódki Mandy Easley. Jack ją spraw­dził.

- Z ra­do­ścią zwró­cimy pie­nią­dze za opłatę człon­kow­ską pocztą po zwro­cie karty - po­wie­dzia­łam, jak mnie po­in­stru­owano. - Kiedy będę miała pani kartę w ręce, może pani so­bie iść.

- Nie we­zwiesz po­li­cji? - za­py­tała, nie wie­rząc wła­snemu szczę­ściu.

Po­czu­łam się do­kład­nie tak samo.

- Je­żeli zwróci mi pani kartę, może pani iść.

- W po­rządku, Ro­bo­co­pie! - rzu­ciła wście­kle. Za­uwa­ży­łam, że ulga prze­wa­żyła nad ostroż­no­ścią. - Weź so­bie tę cho­lerną kartę!

Od­wró­ciła się, żeby wy­rwać ją z kie­szeni szor­tów, które za­wie­siła na opar­ciu ławki za jej ple­cami. Wy­jęła pla­sti­kowy pro­sto­kąt i rzu­ciła nim we mnie. Nie wy­glą­dała już na za­dbaną młodą ko­bietę, jak wtedy, gdy wy­cią­gała dwa­dzie­ścia do­la­rów z mo­jej to­rebki. Pa­trzyła na mnie wy­zy­wa­ją­cym wzro­kiem.

Rzadko wi­dzia­łam, żeby ktoś wy­glą­dał tak pa­skud­nie jak ona. Uzna­łam, że Mandy Easley tak samo jak By­ron mar­nuje prze­strzeń, i wy­pro­si­łam ją za drzwi. Rzy­gać mi się chciało na jej wi­dok.

Za­uwa­żyła na mo­jej twa­rzy coś, co prze­rwało po­tok wy­my­słów. Zrzu­ca­jąc ręcz­nik, po­zwo­liła mu spaść na pod­łogę, gdy wkła­dała szorty i T-shirt i wpy­chała nogi do san­da­łów. Pod­nio­sła to­rebkę, na od­chod­nym zło­śli­wie prze­wró­ciła stos ręcz­ni­ków i wy­pa­dła za drzwi do holu wio­dą­cego do głów­nej sali. Od­wró­ciła się na pię­cie, by rzu­cić ja­kiś cięty ko­men­tarz, który mo­gli usły­szeć wszy­scy w sali z han­tlami, ale po­wstrzy­mała się, gdy ru­szy­łam ku niej z groź­nym wy­ra­zem twa­rzy. Po raz ostatni po­śpiesz­nie wy­szła z klubu.

Oczy­wi­ście mu­sia­łam do­pro­wa­dzić szat­nię do po­rządku i cho­ciaż przy­pra­wiało mnie to o mdło­ści, pod­nieść kartę człon­kow­ską, którą we mnie rzu­ciła. Gdy po­now­nie skła­da­łam ręcz­niki i umiesz­cza­łam je na sto­jaku, wy­obra­ża­łam so­bie wiele przy­jem­nych spo­so­bów zmu­sze­nia Mandy, żeby je pod­nio­sła. Gdy wró­ci­łam na swoje miej­sce obok By­rona, by­łam w po­god­nym na­stroju.

- Co z Mandy? - spy­tał mi­mo­cho­dem, od­ry­wa­jąc za­fa­scy­no­wane spoj­rze­nie od od­bi­cia wła­snej twa­rzy w lśnią­cym bla­cie. - Ucie­kła stąd jak po­pa­rzona kotka.

Nie mo­głam mu po­wie­dzieć, że kra­dła. Efekt byłby prze­ciwny do za­mie­rzo­nego. Ale mo­głam mu po­wie­dzieć coś in­nego.

- Mu­sia­łam jej ode­brać kartę człon­kow­ską - po­wie­dzia­łam jesz­cze bar­dziej po­waż­nie i spo­koj­nie niż zwy­kle.

Wy­trzesz­czył oczy z cie­ka­wo­ści.

- Co? Dla­czego?

Nie mia­łam szczę­ścia.

- Pró­bo­wała... cię pod­ry­wać? - By­ron za­pro­po­no­wał wła­sny sce­na­riusz wy­da­rzeń. Przy­się­gła­bym, że wi­dzia­łam, jak dymi mu z uszu. - Czy ona... czy coś ro­biła? Bara-bara pod prysz­ni­cem?

Nie mo­głam wy­ja­wiać biz­ne­so­wych ukła­dów Jacka z Me­lem Bren­two­odem. Umknę­łam wzro­kiem w bok. Mia­łam na­dzieję, że By­ron zin­ter­pre­tuje to jako za­kło­po­ta­nie.

- Nie chcę o tym mó­wić - po­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą. - Było na­prawdę nie­faj­nie.

- Biedna Lily - po­wie­dział By­ron, obej­mu­jąc mnie i przy­tu­la­jąc. - Bie­dac­two.

Na­prawdę cier­piał na atro­fię mó­zgu.

Za­gry­za­jąc usta, by po­wstrzy­mać się od wark­nię­cia, udało mi się za­sy­gna­li­zo­wać By­ro­nowi, że chcę po­ćwi­czyć. Zdjął rękę z mo­jego ra­mie­nia, a ja po­szłam do suw­nicy, żeby po­ćwi­czyć nogi. Kiedy się roz­grza­łam i za­ło­ży­łam pierw­szy kom­plet dwu­dzie­stek pią­tek, usia­dłam na ła­we­czce przy­po­mi­na­ją­cej sanki i opar­łam nogi o dużą me­ta­lową płytę. Ode­pchnę­łam ją tro­chę, żeby zmniej­szyć na­cisk, od­blo­ko­wa­łam urzą­dze­nie i po­zwo­li­łam ko­la­nom zna­leźć się przy klatce pier­sio­wej. Po­tem wy­pro­sto­wa­łam nogi i po­czu­łam przy­jemne na­prę­że­nie wszyst­kich mię­śni. Nogi do klatki pier­sio­wej - wdech. Nogi pro­sto - wy­dech. I tak raz po raz, do­póki nie skoń­czy­łam se­rii. Po­tem do­ło­ży­łam ko­lejną parę dwu­dzie­stek pią­tek.

Pod ko­niec tre­ningu zro­zu­mia­łam, że jako pry­watna de­tek­tywka po­win­nam się czuć dumna z uda­nego wy­ko­na­nia pierw­szego zle­ce­nia. Te­le­wi­zja ani prze­mysł fil­mowy ja­koś nie przy­go­to­wały mnie na przy­ziemną sa­tys­fak­cję z wy­kry­cia zło­dzieja. Nikt nie mie­rzył do mnie z broni, po­li­cja mnie nie szan­ta­żo­wała, a Mel Brink­man nie pró­bo­wał się ze mną prze­spać. Czyżby me­dia wpro­wa­dziły mnie w błąd?

Gdy się nad tym za­sta­na­wia­łam, za­uwa­ży­łam, że By­rona tak kor­ciło, by za­cząć roz­po­wszech­niać "wie­ści" o Mandy, że wy­jął sprej do czysz­cze­nia szkła i za­jął się lu­strami wi­szą­cymi na ścia­nach klubu. To dało mu pre­tekst do roz­mowy z ko­leż­kami, któ­rzy na­tych­miast za­częli dys­kret­nie na mnie zer­kać. Ode­bra­łam to jako jed­no­znaczną wska­zówkę, że moje spię­cie z Mandy za­czyna na­bie­rać po­smaku klu­bo­wej le­gendy.

Poza tym nie mia­łam po­wodu na­rze­kać na pracę. Mo­głam po­rząd­nie po­ćwi­czyć. Za­sta­na­wia­łam się, jak długo Mel bę­dzie chciał mnie tu jesz­cze trzy­mać, skoro sprawa zło­dzieja zna­la­zła fi­nał. Nie mo­głam wy­klu­czyć, że to był ostatni raz, kiedy dane mi było sko­rzy­stać z wy­po­sa­że­nia klubu fit­ness Ma­rvel Gym.

Jack przy­je­chał po mnie pod ko­niec zmiany. Tak bar­dzo się ucie­szy­łam na jego wi­dok, że pra­wie zgłu­pia­łam. Ma pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, jesz­cze czarne włosy i orze­chowe oczy. Od li­nii wło­sów przy pra­wym oku aż do szczęki bie­gnie bar­dzo cienka bli­zna po brzy­twie. Jack ma nie­wiele zmarsz­czek, do tego wą­ski, sil­nie za­ry­so­wany nos i pro­ste brwi. Od­kąd zmu­szono go do re­zy­gna­cji z pracy w ko­men­dzie po­li­cji w Mem­phis mniej wię­cej pięć lat temu, pra­cuje jako pry­watny de­tek­tyw.

- Po­do­basz mi się w tym stroju - po­wie­dział, kiedy po­szli­śmy do jego sa­mo­chodu.

- W tym upale czuję się jak ogromny skunks - od­pa­ro­wa­łam. - Ma­rzę o prysz­nicu, a po­tem chcę wło­żyć coś luź­nego, naj­chęt­niej z ba­wełny.

- Okej. Cie­szysz się na mój wi­dok czy w klu­bie zda­rzyło się coś cie­ka­wego?

- Jedno i dru­gie.

W dro­dze po­wrot­nej do Sha­ke­spe­are - mia­sta, w któ­rym miesz­kam od pię­ciu lat - za­czę­łam opo­wia­dać Jac­kowi o tym, co za­szło w klu­bie.

- A więc od sa­mego po­czątku była to Mandy Easley - za­koń­czy­łam. - Chyba tro­chę się roz­cza­ro­wa­łam.

- Wiem, że bar­dzo chcesz na czymś przy­ła­pać By­rona - stwier­dził Jack.

Od­wró­ci­łam się, pry­cha­jąc z roz­draż­nie­nia, ale za­uwa­ży­łam, jak roz­ba­wiony uśmiech na jego ustach ustę­puje miej­sca po­wa­dze.

- Kre­ty­nizm nie jest wy­kro­cze­niem, które ka­rano by wię­zie­niem - przy­zna­łam. - Cho­ciaż tro­chę szkoda.

- W ce­lach za­raz za­bra­kłoby miejsc - przy­znał Jack.

- Co te­raz zro­bimy?

- Kiedy wró­cimy do domu, za­te­le­fo­nuję do Mela.

Gdy Jack roz­ma­wiał przez te­le­fon, wy­swo­bo­dzi­łam się z okrop­nego try­kotu i wrzu­ci­łam go do ko­sza z brudną bie­li­zną. Prysz­nic w za­ci­szu wła­snej ła­zienki mimo pa­nu­ją­cej w niej cia­snoty był tak cu­do­wny, jak się spo­dzie­wa­łam, a osu­sza­nie się pu­szy­stym ręcz­ni­kiem gra­ni­czyło z bło­go­ścią. Roz­cze­sa­łam i na­stro­szy­łam mo­kre loki, które przy­kle­iły mi się do głowy, upew­ni­łam się, czy mam wy­star­cza­jąco gład­kie nogi, a po­tem nie ża­ło­wa­łam dez­odo­rantu ani kremu do ciała. Po­de­szłam do Jacka, który wła­śnie wkła­dał steki do ma­ry­naty. Rzadko ja­da­li­śmy wo­ło­winę.

- Ja­kaś szcze­gólna oka­zja?

- Zła­pa­łaś swo­jego pierw­szego zło­dzieja.

- I masz za­miar mi gra­tu­lo­wać mar­twą krową?

Odło­żył ron­del i spoj­rzał na mnie z obu­rze­niem.

- Znasz może ja­kiś lep­szy spo­sób?

- Znam.

- Mo­gła­byś się wy­ra­żać ja­śniej?

- Coś je­steś dzi­siaj przy­mu­lony - po­wie­dzia­łam z uda­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem i zdję­łam szla­frok.

Tym ra­zem zro­zu­miał od razu.

Do Sha­ke­spe­are wró­ci­li­śmy zbyt późno, by zdą­żyć na za­ję­cia ka­rate, więc po­sta­no­wi­li­śmy wy­brać się na spa­cer. Jack spę­dził sporą część dnia za biur­kiem i chciał roz­pro­sto­wać nogi przed snem.

- Mel bar­dzo ci dzię­kuje - po­wie­dział mi Jack mniej wię­cej po dwu­dzie­stu mi­nu­tach mar­szu. - My­ślę, że za­dzwoni do nas, gdyby znów miał ja­kieś pro­blemy. Świet­nie się spi­sa­łaś. - Pro­mie­niał z dumy, co roz­pa­liło nie­spo­dzie­wany żar gdzieś w mo­jej klatce pier­sio­wej.

- W ta­kim ra­zie co da­lej? - za­py­ta­łam.

- Po­dej­rze­nie o próbę wy­łu­dze­nia od­szko­do­wa­nia. Moim zda­niem sprawa w sam raz dla cie­bie - stwier­dził Jack. - Mam ich ostat­nio dość dużo.

- Ktoś twier­dzi, że nie może już dłu­żej pra­co­wać?

- Tak. Cho­dzi o ko­bietę. Po­śli­znęła się i upa­dła w pracy, a te­raz mówi, że nie może się schy­lać ani ni­czego pod­no­sić. Mieszka w ma­łym domku w dziel­nicy Con­way. W pew­nych oko­li­cach trudno ob­ser­wo­wać domy, więc kto wie, czy nie bę­dziesz mu­siała się wznieść na wy­żyny sprytu i ory­gi­nal­no­ści.

Nie były to pierw­sze przy­miot­niki, które przy­cho­dziły mi do głowy, gdy my­śla­łam o wła­snych zdol­no­ściach, więc po­czu­łam się tro­chę nie­swojo.

- Do­my­ślam się, że przyda mi się apa­rat fo­to­gra­ficzny.

- Tak. Do tego wy­peł­nia­cze czasu. Książka lub dwie, ga­zety, prze­ką­ski.

- Okej.

Przez ko­lej­nych kilka mi­nut szli­śmy w mil­cze­niu. Mi­nął nas zna­jomy sa­mo­chód.

- O, to jest wła­śnie moja psy­cho­lożka. Chyba je­dzie z mę­żem - po­wie­dzia­łam.

Pa­trzy­li­śmy, jak be­żowy se­dan skręca w Comp­ton Street. Wła­śnie tam­tędy mie­li­śmy za­miar pójść. Gdy wy­szli­śmy zza za­krętu, za­uwa­ży­li­śmy, że sa­mo­chód za­trzy­mał się przed jed­nym z do­mów zbu­do­wa­nych w stylu po­pu­lar­nym w la­tach trzy­dzie­stych i czter­dzie­stych. Przy­po­mi­nał klo­cek z ob­szer­nym za­da­szo­nym por­ty­kiem wspar­tym na przy­sa­dzi­stych fi­la­rach. Tam­sin i męż­czy­zna, który jej to­wa­rzy­szył, wy­sie­dli już z po­jazdu i stali przy drzwiach fron­to­wych. W świe­tle lampy za­uwa­ży­łam, że męż­czy­zna był czę­ściowo łysy i dość po­stawny. Brzęk klu­czy niósł się przez mały dzie­dzi­niec.

Na­gle Tam­sin gło­śno krzyk­nęła.

Jack zna­lazł się na miej­scu przede mną. Od­su­nął się na bok, gdy do niego do­bie­głam, i zo­ba­czy­łam ka­łużę krwi na sza­rym be­to­nie por­tyku. Szybko ro­zej­rza­łam się wo­kół, lecz nie mo­głam do­strzec żad­nej przy­czyny.

- Po­patrz tam - rzu­cił, cią­gle o je­den krok przede mną.

Spo­glą­da­jąc w ślad za jego pal­cem wska­zu­ją­cym, zo­ba­czy­łam wie­wiórkę zwi­sa­jącą z ga­łęzi mi­mozy ro­sną­cej tuż przy por­tyku. Ciężki za­pach krzewu mie­szał się z doj­mu­ją­cym mdłym za­pa­chem krwi.

Cho­ciaż nie mia­łam karm­nika ani krze­wów owo­co­wych, tak się skła­dało, że lu­bi­łam wie­wiórki. Kiedy zro­zu­mia­łam, że zwie­rzątku pod­cięto gar­dło i po­wie­szono je na drze­wie jak spóź­nioną bo­żo­na­ro­dze­niową ozdobę, coś za­częło się go­to­wać w moim wnę­trzu.

Sły­sza­łam stłu­miony szloch Tam­sin. Mąż ją po­cie­szał:

- To nie­moż­liwe. Ko­cha­nie, może to tylko ja­kieś głu­pie dzie­ciaki albo ja­kiś chory żart...

- Wiesz, że to on. Do­brze o tym wiesz - łkała Tam­sin, le­dwo chwy­ta­jąc po­wie­trze. - Opo­wia­da­łam ci o dziw­nych te­le­fo­nach. To on, to znowu on. Śle­dził mnie.

Jack wtrą­cił się do roz­mowy:

- Na­zy­wam się Jack Le­eds, a to Lily. Wła­śnie prze­cho­dzi­li­śmy obok. Prze­pra­szam, że się wtrą­cam, ale czy mogę pań­stwu w czymś po­móc?

Męż­czy­zna obej­mu­jący Tam­sin po­wie­dział:

- Po pro­stu nie do wiary... Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Je­stem Cliff Eg­gers, a to moja żona Tam­sin Lynd.

- Tam­sin i ja już się znamy - mruk­nę­łam uprzej­mie, sta­ra­jąc się nie pa­trzeć Tam­sin w twarz, gdy znaj­do­wała się w ta­kim sta­nie.

- Och, Lily! - Tam­sin wzięła długi, ury­wany od­dech. Mia­łam wra­że­nie, że za wszelką cenę stara się opa­no­wać w obec­no­ści swo­jej pod­opiecz­nej. - Prze­pra­szam - do­dała, cho­ciaż nie mia­łam po­ję­cia, za co mia­łaby ko­go­kol­wiek prze­pra­szać. - To straszne.

- Pew­nie, że tak - przy­znał Jack. - Nie są­dzi pani, że po­win­ni­śmy we­zwać po­li­cję, pani Lynd?

- Za­wsze wzy­wamy po­li­cję, ale nie może nic zro­bić - po­wie­dział jej mąż z na­głym wy­bu­chem zło­ści. Ogromną dło­nią prze­je­chał po schlud­nie utrzy­ma­nej bro­dzie ota­cza­ją­cej usta. - Wcze­śniej nie wy­kryli sprawcy, więc te­raz też nie mamy na to co li­czyć.

Cliff mó­wił zdu­szo­nym, nie­pew­nym gło­sem. Ner­wowo dzwo­nił klu­czami do drzwi. Po chwili udało mu się je otwo­rzyć.

We­szli do środka. Tam­sin dała mi ge­stem znać, że­bym do nich do­łą­czyła. Ką­tem oka za­uwa­ży­łam prze­stronny, gu­stow­nie ume­blo­wany po­kój. Po pra­wej stro­nie od drzwi, na ścia­nie nad an­tyczną ko­modą za­uwa­ży­łam zdję­cia. Wśród nich za­uwa­ży­łam opra­wioną ślubną fo­to­gra­fię Tam­sin w bia­łej sukni i dy­plom jej męża z wyż­szej szkoły han­dlo­wej. Na ko­mo­dzie stała duża mo­siężna mi­ska z aro­ma­tyczną mie­szanką ko­rzeni i ziół i pra­wie na­tych­miast za­tkał mi się nos.

Tam­sin po­wie­działa:

- Za­te­le­fo­nu­jemy do nich ju­tro rano.

Jej mąż ski­nął głową, a po­tem zwró­cił się do nas:

- Dzię­ku­jemy wam za po­moc. Przy­kro mi, że po­zna­li­śmy się w ta­kich nie­przy­jem­nych oko­licz­no­ściach.

- Bar­dzo was prze­pra­szam - szlo­chała Tam­sin.

Le­dwo mo­gła się opa­no­wać. Do­my­śli­łam się, że wie, iż po­peł­niła błąd, za­pra­sza­jąc nas do środka, i tylko cze­kała, kiedy pój­dziemy, żeby mo­gła się pod­dać fali wszech­ogar­nia­ją­cego smutku.

- Oczy­wi­ście - po­wie­dział skwa­pli­wie Jack. Spoj­rzał na Cliffa. - Chciałby pan, że­by­śmy... - Z tymi słowy kiw­nął głową w stronę wie­wiórki.

- Tak - po­wie­dział Cliff z wy­raźną ulgą. - Bar­dzo wam dzię­ku­jemy. Po­jem­nik na śmieci jest z tyłu, na po­dwórku za ży­wo­pło­tem.

Wy­szli­śmy na ga­nek, a Cliff i Tam­sin za­mknęli drzwi, za­nim Jack i ja zdą­ży­li­śmy wy­mie­nić spoj­rze­nia.

- I co? - za­py­ta­łam po chwili.

- Sama wi­dzisz co - stwier­dził Jack.

Z kie­szeni dżin­sów wy­jął scy­zo­ryk i wy­chy­lił się nad ba­rierką się­ga­jącą mu do pasa, żeby od­ciąć linkę. Trzy­ma­jąc małe tru­chełko jak naj­da­lej od sie­bie, zszedł po scho­dach, okrą­żył dom i zna­lazł po­jem­nik na śmieci. Cliff nie mu­siał na­wet wspo­mi­nać, że śmiet­nik znaj­duje się "przy ży­wo­pło­cie", bo wszystko na po­dwórku pań­stwa Eg­ger­sów-Lyn­dów znaj­do­wało się "przy ży­wo­pło­cie". Dom nie był nowy, a jego pierwsi wła­ści­ciele dbali o ogród. Traw­nik przed do­mem wy­cho­dził pro­sto na chod­nik, a przy­ci­nany sys­te­ma­tycz­nie gę­sty ży­wo­płot po­ra­stał działkę wzdłuż po­zo­sta­łych bo­ków i na ty­łach. Zie­leń przy­da­wała ogród­kowi przy­tul­no­ści. Po chwili od­nio­słam wra­że­nie, że sły­szę ja­kieś głosy, więc obe­szłam dom do­okoła, żeby zaj­rzeć na po­dwórko. W ciem­no­ści na ty­łach działki zo­ba­czy­łam dwie po­staci.

Jack wró­cił po kilku se­kun­dach.

- To ich są­sie­dzi. Chcieli się do­wie­dzieć, co się dzieje - wy­ja­śnił. - Fa­cet pra­cuje w straży miej­skiej, więc przy­naj­mniej oni się o tym do­wie­dzą.

Naj­wy­raź­niej Jack po­dej­rze­wał, że Cliff Eg­gers nie za­wia­domi ni­kogo o in­cy­den­cie.

Za późno przy­szło mi do głowy, czy przy­pad­kiem nie po­win­nam była spró­bo­wać cze­goś wy­de­du­ko­wać na pod­sta­wie stanu mar­twej wie­wiórki. Ale nie­wiele wie­dzia­łam na te­mat me­ta­bo­li­zmu wie­wiór­czych ciał, zwłasz­cza w tej tem­pe­ra­tu­rze, i nie by­ła­bym w sta­nie oce­nić, jak długo biedne stwo­rzonko było mar­twe. Po ostat­nim spoj­rze­niu na krew i ukłu­ciu żalu, że nie mia­łam czym jej ze­trzeć, do­łą­czy­łam do Jacka na pod­jeź­dzie i pod­ję­li­śmy spa­cer na nowo.

Nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie, do­póki nie zna­leź­li­śmy się o prze­cznicę od domu, a i wtedy za­mie­ni­li­śmy tylko parę słów. Ktoś nę­kał Tam­sin Lynd, a ze strzęp­ków roz­mów z nią i z jej mę­żem na­le­żało przy­pusz­czać, że działo się to od dłuż­szego czasu. Lecz skoro żadne z nich nie po­pro­siło o po­moc, co mo­gli­śmy zro­bić?

- Nic - stwier­dzi­łam, gdy by­li­śmy już w domu.

- Masz ra­cję - przy­znał bez wa­ha­nia Jack. - Ale pa­mię­taj, miej się na bacz­no­ści, kiedy je­steś w jej to­wa­rzy­stwie. My­ślę, że te­ra­pia gru­powa do­brze ci robi, ale nie chcę, by ci się coś przy­tra­fiło, kiedy pro­blemy Tam­sin wy­mkną się jej spod kon­troli.

Gdy pół go­dziny póź­niej ukła­da­łam się do snu, po­my­śla­łam, że to nie fair. Z jed­nej strony Tam­sin mu­siała wy­słu­chi­wać pro­ble­mów wszyst­kich ko­biet z grupy, pod­czas gdy wła­sne za­mia­tała pod dy­wan. Jed­nak z dru­giej strony pła­cono jej za to, co ro­biła. Z pew­no­ścią prze­szła też od­po­wied­nie prze­szko­le­nie, które po­ma­gało jej ra­dzić so­bie z nie­unik­nio­nym stre­sem, a może na­wet de­pre­sją po wy­słu­cha­niu tak wielu opo­wie­ści o ludz­kich nie­szczę­ściach.

Jack jesz­cze nie spał, więc opo­wie­dzia­łam mu, co o niej my­ślę.

- Rze­czy­wi­ście, musi wy­słu­chi­wać opo­wie­ści o ludz­kim nie­szczę­ściu - po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem w ciem­no­ści. - Ale nie za­po­mi­naj o wa­szej od­wa­dze, od­por­no­ści psy­chicz­nej i de­ter­mi­na­cji. Prze­cież o tym też wspo­mi­na­cie. Nie za­po­mi­naj o tym, że wszyst­kie je­ste­ście bar­dzo silne.

Nie mo­głam nic wię­cej po­wie­dzieć. W gar­dle po­czu­łam ogromną gulę. Cie­szy­łam się, że jest ciemno. Mo­głam przy­naj­mniej przy­tu­lić się do Jacka. Chwilę póź­niej po­zna­łam po jego od­de­chu, że za­snął. Za­nim ja też za­pa­dłam w sen, po­my­śla­łam: "Jak to do­brze, że mam go przy so­bie. Komu in­nemu przy­szłoby do głowy coś ta­kiego?".

Na to py­ta­nie nie zdą­ży­łam już od­po­wie­dzieć.