Czyste intencje - Charlaine Harris

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Czu­łam się sur­re­ali­stycz­nie, jak­bym prze­ży­wała ja­kiś kosz­mar w slow mo­tion, ja­kimi Hol­ly­wood wy­peł­nia filmy klasy B.

Je­cha­łam na pace pi­kapa, do­dge'a ram. Usa­do­wiono mnie na chy­bo­tli­wym pla­sti­ko­wym krze­śle ogro­do­wym, nie­prze­ko­nu­jąco prze­sło­nię­tym czer­woną plu­szową kapą z frędz­lami. Na chod­ni­kach przy tra­sie wi­wa­to­wał tłum. Od czasu do czasu się­ga­łam do bia­łego wia­derka, które mia­łam na ko­la­nach, wy­cią­ga­łam garść cu­kier­ków i rzu­ca­łam w stronę ga­piów.

Cho­ciaż by­łam ubrana, co za­sad­ni­czo róż­niło tę sy­tu­ację od ty­po­wego kosz­maru sen­nego, mój strój do ty­po­wych nie na­le­żał. No­si­łam czer­woną czapkę świę­tego mi­ko­łaja z wiel­kim bia­łym pom­po­nem, no­wiut­kie zie­lone dresy, a do piersi mia­łam przy­pięty obrzy­dli­wie sztuczny bu­kie­cik z ostro­krzewu. Usi­ło­wa­łam się uśmie­chać.

Do­strze­gł­szy w tłu­mie zna­jomą twarz z przy­kle­jo­nym szy­der­czym uśmiesz­kiem, ci­snę­łam ko­lejną mię­tówkę, ce­lu­jąc w mo­jego są­siada, Carl­tona Coc­kro­fta. Tra­fi­łam go do­kład­nie w śro­dek klatki pier­sio­wej, co naj­mniej na se­kundę ście­ra­jąc mu z ust ten uśmie­szek.

Pi­kap się za­trzy­mał, ro­bił tak w nie­zmien­nym ryt­mie od sa­mego po­czątku pa­rady, która ru­szyła z Main Street. Jedna z or­kiestr przed nami za­częła grać ko­lędę, a ja mu­sia­łam się uśmiech­nąć i w kółko ma­chać do tych cho­ler­nych lu­dzi, aż ko­lęda się skoń­czyła.

Roz­bo­lała mnie twarz.

Przy­naj­mniej w zie­lo­nym dre­sie i bie­liź­nie ter­mo­ak­tyw­nej pod spodem było mi dość cie­pło, czego nie mo­gły na pewno po­wie­dzieć dziew­częta, które en­tu­zja­stycz­nie zgo­dziły się je­chać na znaj­du­ją­cej się do­kład­nie przed nami plat­for­mie Body Time. Też miały czapki świę­tego mi­ko­łaja, ale poza tym tylko skąpe stroje do ćwi­czeń, bo w ich wieku ro­bie­nie wra­że­nia jest waż­niej­sze niż wy­goda i zdro­wie.

- Jak so­bie tam ra­dzisz? - za­wo­łał Ra­phael Ro­und­tree, wy­chy­la­jąc się przez okno szo­ferki.

Od­po­wie­dzia­łam mu groź­nym spoj­rze­niem. Miał na so­bie płaszcz, sza­lik i rę­ka­wiczki, a ogrze­wa­nie włą­czył na mak­si­mum. Jego okrą­gła brą­zowa twarz ema­no­wała za­do­wo­le­niem, jak za­wsze.

- Dam radę - od­par­łam ostro.

- Oj, Lily, Lily - po­krę­cił głową. - Wal­nij z po­wro­tem uśmiech, dziew­czyno. Od­stra­szysz klien­tów, za­miast ich za­chę­cać.

Pod­nio­słam oczy ku nie­bio­som na znak, że pro­szę je o cier­pli­wość. Ale za­miast ja­sno­sza­rego bez­kresu uj­rza­łam roz­wie­szone wzdłuż ulicy tan­detne sztuczne zie­lo­no­ści. Gdzie­kol­wiek spoj­rza­łam, wszę­dzie kró­lo­wały ozdoby świą­teczne. Sha­ke­spe­are nie ma za dużo fun­du­szy na de­ko­ra­cje, więc wi­duję te same na każde święta od czte­rech lat z okła­dem, bo tak długo miesz­kam w tym ar­kan­sa­skim mia­steczku. Na co dru­giej la­tarni wisi wielka świeca na wy­gię­tym "uchwy­cie", a na po­zo­sta­łych - dzwonki.

Naj­więk­szą ga­ba­ry­towo świą­teczną atrak­cją (od­kąd zre­zy­gno­wano ze sta­jenki) była wielka cho­inka na traw­niku przed są­dem. Ko­ścioły fi­nan­so­wały wielką im­prezę pu­bliczną, na któ­rej ubie­rano drzewko. W efek­cie wy­glą­dało ra­czej swoj­sko niż ele­gancko - czyli ty­powo dla Sha­ke­spe­are, je­śli się nad tym za­sta­no­wić. Jak już mi­niemy sąd, pa­rada za­cznie zmie­rzać do końca.

Koło mnie na pace stała mała cho­inka, ale sztuczna. Ozdo­bi­łam ją zło­tymi wstąż­kami i za­baw­kami oraz złoto-bia­łymi sztucz­nymi kwia­tami. To­wa­rzy­szyła jej dys­kretna kar­teczka "Cho­inka ubrana przez firmę Sprzą­ta­nie i Drobne Usługi". Ta nowa po­zy­cja w mo­jej ofer­cie była zde­cy­do­wa­nie prze­zna­czona dla lu­dzi, któ­rzy pre­fe­rują ele­gan­cję.

Na bo­kach pi­kapa wi­siały ba­nery "Sprzą­ta­nie i za­ła­twia­nie spraw w Sha­ke­spe­are", a do tego mój nu­mer te­le­fonu. Od­kąd Carl­ton, mój księ­gowy, do­bit­nie mi to do­ra­dził, wresz­cie za­ło­ży­łam wła­sną firmę. Za­su­ge­ro­wał też, bym za­dbała o roz­głos, co zde­cy­do­wa­nie do mnie nie pa­so­wało.

Stąd wła­śnie moja obec­ność na tej cho­ler­nej pa­ra­dzie.

- Uśmiech! - za­wo­łała Ja­net Shook, która ma­sze­ro­wała do­kład­nie za moim pi­ka­pem. Zro­biła do mnie minę, a po­tem od­wró­ciła się do czter­dzie­ściorga dzie­cia­ków i za­wo­łała: - Dzieci! Całe Sha­ke­spe­are pa­trzy na nas!

O dziwo, żadne z nich nie pu­ściło pa­wia, może z ra­cji bar­dzo mło­dego wieku. Wszyst­kie brały udział w fi­nan­so­wa­nym przez mia­sto pro­gra­mie Bez­pieczny po Szkole, w ra­mach któ­rego za­trud­niono Ja­net, i naj­wy­raź­niej z ra­do­ścią się jej pod­po­rząd­ko­wy­wały. I wszyst­kie za­częły ro­bić pa­ja­cyki.

Za­zdro­ści­łam im. Po­mimo warstw izo­la­cyj­nych srogo pła­ci­łam za sie­dze­nie nie­ru­chomo. Choć zimy w Sha­ke­spe­are z re­guły na­le­żały do ła­god­nych, od sied­miu lat pa­rada nie od­by­wała się w tak ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze - do­no­siło lo­kalne ra­dio.

Za­ru­mie­niony ze­spół Ja­net pa­trzył roz­iskrzo­nym wzro­kiem, Ja­net też. Pa­ja­cyki prze­ro­dziły się w swo­isty ta­niec. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wało. Nie­spe­cjal­nie znam się na po­pkul­tu­rze.

Wy­trwale roz­cią­ga­łam usta w uśmie­chu, kie­ru­jąc go do lu­dzi do­koła, choć na­prawdę nie było to ła­twe. Ode­tchnę­łam z ulgą, gdy ru­szy­li­śmy da­lej. Za­czę­łam rzu­cać cu­kierki i ma­chać.

Istne pie­kło. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do praw­dzi­wego pie­kła, nie miało trwać wiecz­nie. Osta­tecz­nie w wia­derku z cu­kier­kami po­ka­zało się dno, a pa­rada do­tarła do punktu do­ce­lo­wego, par­kingu Su­per­ette Gro­cery. Ra­phael ra­zem z naj­star­szym sy­nem po­mo­gli mi od­nieść cho­inkę do biura tu­ry­stycz­nego, dla któ­rego ją ubra­łam, a pla­sti­kowe krze­sło za­tasz­czyli na swoje po­dwórko. Po­dzię­ko­wa­łam Ra­pha­elowi i po­mimo jego pro­te­stów za­pła­ci­łam mu za pa­liwo i czas.

- Warto było, choćby ze względu na moż­li­wość oglą­da­nia two­jego uśmie­chu tak długo. Ju­tro bę­dzie bo­lała cię bu­zia - po­wie­dział ra­do­śnie.

Nie wiem, co się stało z czer­woną na­rzutą, i nie chcę wie­dzieć.

Kiedy Jack za­dzwo­nił do mnie wie­czo­rem z Lit­tle Rock, ani tro­chę mi nie współ­czuł. A na­wet się śmiał.

- Ktoś na­krę­cił tę pa­radę? - spy­tał bez tchu na ko­niec swo­jego wy­bu­chu we­so­ło­ści.

- Mam na­dzieję, że nie.

- Daj spo­kój, Lily, wy­lu­zuj. - W jego gło­sie cały czas sły­sza­łam roz­ba­wie­nie. - Co ro­bisz w święta?

To było dla mnie py­ta­nie de­li­kat­nej na­tury. Spo­ty­ka­li­śmy się z Jac­kiem Le­ed­sem od ja­kichś sied­miu ty­go­dni. Czyli za krótko, by za­kła­dać, że spę­dzimy ra­zem Boże Na­ro­dze­nie, a na­sza re­la­cja wy­da­wała się jesz­cze zbyt nie­pewna, by od­być szczerą roz­mowę na te­mat świą­tecz­nych usta­leń.

- Mu­szę je­chać do domu - od­po­wie­dzia­łam bez­na­mięt­nie. - Do Bar­tley.

Długa ci­sza.

- I jak się z tym czu­jesz? - spy­tał Jack ostroż­nie.

Ze­bra­łam się na szcze­rość. Otwar­tość.

- Mu­szę je­chać na ślub mo­jej sio­stry Va­reny. Je­stem jej świad­kową.

Te­raz się nie ro­ze­śmiał.

- Kiedy ostat­nio wi­dzia­łaś się z ro­dziną?

O dziwo, nie zna­łam od­po­wie­dzi na to py­ta­nie.

- Chyba... z pół roku temu. Może osiem mie­sięcy? Spo­tka­łam ich raz w Lit­tle Rock... koło Wiel­ka­nocy. Va­reny nie wi­dzia­łam od lat.

- I te­raz nie chcesz je­chać?

- Nie. - Ulżyło mi, gdy po­wie­dzia­łam prawdę. Kiedy za­ła­twia­łam ty­dzień wol­nego z pracy, gdy już moi pra­co­dawcy otrzą­snęli się z szoku, usły­szaw­szy moją prośbę, nie­mal jak je­den mąż ucie­szyli się, że jadę na we­sele sio­stry. Na wy­rywki za­pew­niali mnie, że spo­koj­nie może mnie nie być przez ty­dzień. Py­tali, ile sio­stra ma lat (dwa­dzie­ścia osiem, jest trzy lata młod­sza ode mnie), o na­rze­czo­nego (far­ma­ceuta, wdo­wiec z có­reczką) i w co się ubiorę (nie mia­łam po­ję­cia; wy­sła­łam Va­re­nie pie­nią­dze i mój roz­miar, kiedy mi po­wie­działa, że za­ła­twia su­kienki dla dru­hen, ale nie wi­dzia­łam, co wy­brała).

- To kiedy cię zo­ba­czę? - spy­tał Jack.

Po­czu­łam cie­pły stru­my­czek ulgi. Nie mia­łam po­ję­cia, co się mię­dzy nami wy­da­rzy. Wy­da­wało mi się moż­liwe, że pew­nego dnia Jack w ogóle już nie za­dzwoni.

- Będę w Bar­tley cały ty­dzień przed świę­tami - po­wie­dzia­łam. - Pla­no­wa­łam po­wrót do­kład­nie w Boże Na­ro­dze­nie.

- Tę­sk­nisz za Bo­żym Na­ro­dze­niem w domu? - Czu­łam za­sko­cze­nie Jacka na dru­gim końcu li­nii te­le­fo­nicz­nej.

- Będę w domu na Boże Na­ro­dze­nie, tu­taj - od­po­wie­dzia­łam ostro. - A co z tobą?

- Nie mam pla­nów. Za­pra­szali mnie brat z bra­tową, ale nie brzmiało to zbyt szcze­rze, ro­zu­miesz. - Ro­dzice Jacka zmarli w ciągu ostat­nich czte­rech lat.

- Chcesz przy­je­chać do mnie? - Twarz mi stę­żała ze zde­ner­wo­wa­nia, gdy cze­ka­łam na od­po­wiedź.

- Ja­sne - po­wie­dział ła­god­nie; mu­siał wie­dzieć, ile kosz­to­wało mnie to py­ta­nie. - Po­roz­wie­szasz je­miołę? Wszę­dzie?

- Może... - Sta­ra­łam się nie zdra­dzić gło­sem, jaką czuję ulgę. Albo jaka je­stem szczę­śliwa. Za­gry­złam wargę, tłu­miąc mnó­stwo rze­czy. - Chcesz praw­dziwy świą­teczny obiad?

- In­dyka? - spy­tał z na­dzieją. - Z na­dzie­niem chle­bo­wym?

- Jest w za­sięgu mo­ich moż­li­wo­ści.

- Sos żu­ra­wi­nowy?

- To też umiem.

- Gro­szek?

- Szpi­nak po rzym­sku.

- Brzmi nie­źle. A mój wkład?

- Wino. - Rzadko piję al­ko­hol, ale wy­da­wało mi się, że lampka z Jac­kiem to do­bry po­mysł.

- No do­brze. Daj znać, je­śli coś jesz­cze przyj­dzie ci do głowy. W przy­szłym ty­go­dniu mam tu tro­chę ro­boty, a po­tem mu­szę spo­tkać się w spra­wie, któ­rej się chyba po­dejmę. Mogę się więc nie po­ja­wić przed świę­tami.

- Ja w su­mie też mam te­raz dużo ro­boty. Wszy­scy usi­łują za­ła­twić so­bie do­dat­kowe sprzą­ta­nie, chcą wy­da­wać przy­ję­cia i wsta­wiać cho­inki do biur.

Do świąt zo­stały po­nad trzy ty­go­dnie. Czyli dużo czasu bez Jacka. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że cały ten okres ozna­cza dla mnie ciężką ro­botę, po­nie­waż wy­jazd do domu na ślub za­li­cza­łam do obo­wiąz­ków, po­czu­łam ostre ukłu­cie na myśl o trzech ty­go­dniach roz­łąki.

- Dość długo, nie? - po­wie­dział na­gle.

- Tak.

A skoro to przy­zna­li­śmy, oboje szybko się wy­co­fa­li­śmy.

- No do­brze, będę dzwo­nił - po­wie­dział żywo.

Pod­czas roz­mowy roz­kła­dał się na ka­na­pie w swoim miesz­ka­niu w Lit­tle Rock. Gę­ste ciemne włosy miał zwią­zane w ku­cyk. W zim­nym po­wie­trzu bli­zna na jego twa­rzy sta­wała się bar­dzo wi­do­czna, cienka i biała, tro­chę ścią­gnięta u szczytu, przy li­nii wło­sów przy pra­wym oku. Je­śli umó­wił się dziś na spo­tka­nie z klien­tem, to miał na so­bie ładne spodnie i spor­tową ma­ry­narkę, buty z czub­kiem, ele­gancką ko­szulę i kra­wat. Gdyby ko­goś śle­dził albo pra­co­wał przy kom­pu­te­rze - a było to za­ję­cie, które co­raz czę­ściej do­mi­no­wało w pracy pry­wat­nego de­tek­tywa - wło­żyłby dżinsy i swe­ter.

- Co masz na so­bie? - spy­ta­łam na­gle.

- No wła­śnie też mia­łem za­dać to py­ta­nie. - Naj­wy­raź­niej znowu go roz­ba­wi­łam.

Mil­cza­łam.

- Oj, no do­brze. Mam na so­bie... Wo­lisz od góry czy od dołu? Re­eboki, białe skar­petki spor­towe, gra­na­towy dres, bok­serki i ko­szulkę Ma­rvela. Wła­śnie wró­ci­łem z si­łowni.

- Od­staw się na święta.

- W gar­ni­tur?

- No, może nie aż tak. Ale ubierz się ład­nie.

- OK - od­rzekł ostroż­nie.

W tym roku Boże Na­ro­dze­nie wy­pa­dało w pią­tek. W tej chwili mia­łam tylko dwójkę so­bot­nich klien­tów, a ża­den z tych przy­byt­ków nie bę­dzie otwarty dzień po świę­tach. Może ogar­nę­ła­bym to rano w Boże Na­ro­dze­nie przed przy­jaz­dem Jacka...

- Przy­wieź ubra­nia na dwa dni - po­wie­dzia­łam. - Mo­żemy spę­dzić ra­zem pią­tek po po­łu­dniu, so­botę i nie­dzielę. - Na­gle so­bie uświa­do­mi­łam, jak się roz­pę­dzi­łam, i gło­śno wcią­gnę­łam po­wie­trze. - Oczy­wi­ście je­śli mo­żesz tak długo. Je­śli chcesz.

- Och, tak. - W jego gło­sie za­brzmiała ja­kaś mrocz­niej­sza nuta. - Tak, chcę.

- Uśmie­chasz się?

- Można tak po­wie­dzieć. Ca­łym sobą.

Sama się tro­chę uśmiech­nę­łam.

- A więc do zo­ba­cze­nia.

- Przy­po­mnij mi, gdzie mieszka twoja ro­dzina. W Bar­tley? Kilka dni temu roz­ma­wia­łem o tym z ko­legą.

Wy­dało mi się dziwne, że o mnie roz­ma­wiał.

- Tak, w Bar­tley. To w del­cie, tro­chę na pół­nocny wschód od Lit­tle Rock.

- Hm. Spo­tka­nie z ro­dziną na pewno bę­dzie udane. Mo­żesz mi o tym póź­niej opo­wie­dzieć.

- OK. - To rze­czy­wi­ście brzmiało do­brze, je­śli so­bie uświa­do­mić, że po­tem będę mo­gła o tym mó­wić. Czyli nie czeka mnie ci­sza i pustka ani dłu­gie dni prze­ra­bia­nia na­pięć w mo­jej ro­dzi­nie.

Ale nic ta­kiego nie po­wie­dzia­łam Jac­kowi. Tylko się z nim po­że­gna­łam.

I do­kład­nie w chwili, gdy od­kła­da­łam słu­chawkę, sły­sza­łam, jak od­po­wiada. Za­wsze mie­li­śmy pro­blem z koń­cze­niem roz­mowy.

W Ar­kan­sas są dwie miej­sco­wo­ści o na­zwie Mon­trose. Na­stęp­nego dnia po­je­cha­łam do tej ze skle­pami.

Po­nie­waż już nie pra­co­wa­łam dla Win­th­ro­pów, mia­łam wię­cej czasu, wręcz nie było mnie stać na tyle wol­nego. Wy­łącz­nie dla­tego po­słu­cha­łam Carl­tona, kiedy za­su­ge­ro­wał mi udział w świą­tecz­nej pa­ra­dzie. Do­póki nikt wię­cej się nie zgłosi po moje usługi, mam dwa po­ranki wolne wię­cej w ty­go­dniu. I wła­śnie w je­den z nich po­je­cha­łam do Body Time na tre­ning (dzień tri­cepsa), po­tem do domu wziąć prysz­nic i się prze­brać, a na­stęp­nie wy­bra­łam się do biura ma­łej ga­zety z Sha­ke­spe­are, by dać anons w dziale ogło­szeń drob­nych ("Speł­nij świą­teczne ży­cze­nie mał­żonki - po­da­ruj jej go­spo­się").

I oto, chcąc nie chcąc, znowu słu­cha­łam ko­lęd z ta­śmy, oto­czona ludźmi, któ­rzy w pod­nie­ce­niu i ocze­ki­wa­niu wy­brali się na za­kupy. Mia­łam ro­bić to, co lu­bi­łam ro­bić naj­mniej: wy­da­wać pie­nią­dze, choć za­ra­bia­łam nie­wiele, i to wy­da­wać je na ubra­nia.

W swoim po­przed­nim ży­ciu, że tak to ujmę, ży­ciu, które pro­wa­dzi­łam w Mem­phis jako me­na­dżerka w du­żej fir­mie sprzą­ta­ją­cej, ubie­ra­łam się cał­kiem nie­źle. W tam­tym ży­ciu mia­łam dłu­gie brą­zowe włosy, a od pod­no­sze­nia dwu­dzie­sto­fun­to­wych cię­ża­rów drżały mi ręce. By­łam też nie­wia­ry­god­nie na­iwna. Wie­rzy­łam, że wszyst­kie ko­biety w głębi du­szy są sio­strami, a męż­czyźni tylko z po­zoru za­srań­cami, bo to z gruntu po­rządne i uczciwe istoty.

Na to wspo­mnie­nie wy­da­łam mi­mo­wolny dźwięk obrzy­dze­nia, a sie­dząca na ławce metr ode mnie si­wo­włosa pani po­wie­działa:

- O tak, po paru ty­go­dniach robi się to tro­chę przy­tła­cza­jące, prawda?

Od­wró­ci­łam się do niej. Była ni­ska i krępa, ubrana w dres świą­teczny z re­ni­fe­rem i zie­lone spodnie. Jej buty na­le­żały do pierw­szej ligi wy­god­nych bu­tów spa­ce­ro­wych. Uśmiech­nęła się do mnie. Była sama, tak jak ja, i jesz­cze nie skoń­czyła.

- Za­czy­nają wy­prze­daże tak wcze­śnie, a de­ko­ra­cje świą­teczne wy­kła­dają, jak tylko sprzątną rze­czy z Hal­lo­ween! Coś ta­kiego od razu wy­trąca czło­wieka z na­stroju, prawda?

- Prawda. - Ob­ró­ci­łam się, żeby obej­rzeć się w szy­bie, spraw­dzić, jak wy­glą­dam. Tak, to by­łam ja, Lily, now­sza wer­sja, krót­kie blond włosy, mię­śnie jak na­pięte gumy, czujna i nie­ufna. Obcy zwy­kle za­ga­dy­wali do ko­goś in­nego.

- Przy­kra sprawa z tymi świę­tami - po­wie­dzia­łam do star­szej pani i ode­szłam.

Wy­cią­gnę­łam z to­rebki li­stę. W ży­ciu się nie skróci, do­póki cze­goś nie od­ha­czę jako za­ku­pio­nego. Moja matka pie­czo­ło­wi­cie wy­pi­sała wszyst­kie spo­tka­nia to­wa­rzy­skie skła­da­jące się na przy­go­to­wa­nia do ślubu mo­jej sio­stry i pod­kre­śliła, w któ­rych bez­względ­nie mu­szę wziąć udział. Do­łą­czyła no­tatki, jak po­win­nam się ubrać, na wy­pa­dek gdy­bym za­po­mniała, co jest od­po­wied­nie dla so­cjety mia­steczka Bar­tley.

Mię­dzy wier­szami, choć nie wprost, za­warła wy­raźną prośbę, bym od­dała ho­nor sio­strze, ubie­ra­jąc się w sto­sowny strój i sta­ra­jąc się być "to­wa­rzy­ska".

By­łam do­ro­słą, trzy­dzie­sto­jed­no­let­nią ko­bietą. Ani dzie­cinną, ani sza­loną, więc Va­rena czy ro­dzice nie mu­sieli się oba­wiać, że skom­pro­mi­tuję ich nie­wła­ści­wym stro­jem czy za­cho­wa­niem.

Kiedy jed­nak we­szłam do naj­lep­szego domu to­wa­ro­wego w cen­trum han­dlo­wym i za­czę­łam prze­szu­ki­wać ko­lejne roz­wie­szone na wie­sza­kach ubra­nia, szybko po­czu­łam się kom­plet­nie za­gu­biona. Wy­bór był za duży dla ko­biety, która na każ­dym polu mak­sy­mal­nie upro­ściła swoje ży­cie. Sprze­daw­czyni spy­tała, czy mi w czymś po­móc, a ja po­krę­ci­łam głową.

Ten stu­por był upo­ka­rza­jący. Ze­bra­łam się w so­bie. Prze­cież mo­głam to zro­bić. Po­win­nam...

- Lily... - usły­sza­łam cie­pły, głę­boki głos.

Pod­nio­słam wzrok i uj­rza­łam mo­jego przy­ja­ciela Boba Win­th­ropa. Jego twarz stra­ciła chło­pięce ce­chy, dzięki któ­rym wy­da­wała się słodka. Bobo stał się dzie­więt­na­sto­let­nim męż­czy­zną.

Ob­ję­łam go bez na­my­słu. Ostat­nio wi­dzia­łam go, gdy Win­th­ro­po­wie prze­ży­wali ro­dzinną tra­ge­dię, która ich nie­od­wra­cal­nie po­dzie­liła. Bobo prze­niósł się do ko­le­dżu gdzieś poza te­re­nem stanu, bo­dajże na Flo­ry­dzie. Chyba mu to słu­żyło. Opa­lił się i wy­raź­nie stra­cił na wa­dze.

Uści­skał mnie chyba jesz­cze go­rę­cej niż ja jego. A gdy się od­chy­li­łam, by po­now­nie mu się przyj­rzeć, po­ca­ło­wał mnie, na szczę­ście na tyle krótko, że nie zdą­żyło to na­brać zna­cze­nia.

- Masz fe­rie? - spy­ta­łam.

- Tak. A po­tem za­czy­nam od nowa na UA. - Uni­wer­sy­tet Stanu Ar­kan­sas miał wielki kam­pus w Mon­trose, acz­kol­wiek nie­któ­rzy mło­dzi lu­dzie z Sha­ke­spe­are wo­leli naj­więk­szą pla­cówkę, w Fay­et­te­ville, albo fi­lię w Lit­tle Rock.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie w mil­czą­cej zgo­dzie, by nie oma­wiać po­wo­dów, dla któ­rych Bobo na ja­kiś czas opu­ścił stan.

- Co dziś po­ra­biasz, Lily? Nie pra­cu­jesz?

- Nie - od­par­łam krótko. Mia­łam na­dzieję, że nie spyta, dla­czego jego matka prze­stała mnie za­trud­niać, w efek­cie czego stra­ci­łam też paru in­nych klien­tów.

Przyj­rzał mi się bar­dzo, bar­dzo uważ­nie.

- I przy­szłaś na za­kupy?

- Moja sio­stra wy­cho­dzi za mąż. Mu­szę je­chać do domu na we­sele i przy­ję­cia przed­ślubne.

- Więc przy­szłaś po ja­kieś ubra­nia. - Da­lej mi się przy­glą­dał. - A nie lu­bisz ro­bić za­ku­pów.

- Zga­dza się - po­twier­dzi­łam ze smut­kiem.

- Mu­sisz iść na wie­czór pa­nień­ski?

- Mam całą li­stę - od­par­łam, świa­doma, jak nie­we­soło brzmi mój głos.

- No, po­każ.

Po­da­łam mu kartkę z li­stu od mamy.

- Wie­czór pa­nień­ski... dwa wie­czory pa­nień­skie... Obiad. Próba obiadu. Ślub... Bę­dziesz świad­kową?!

Kiw­nę­łam głową.

- A więc na sam ślub sio­stra ma dla cie­bie su­kienkę?

Jesz­cze raz kiw­nę­łam głową.

- No to czego po­trze­bu­jesz?

- Mam ele­gancki czarny gar­ni­tur - od­par­łam.

Bobo pa­trzył na mnie wy­cze­ku­jąco.

- I ko­niec.

- O rany, Lily. - Te­raz już brzmiał mło­dzień­czo. - No to masz sporo rze­czy do ku­pie­nia!

Wie­czo­rem roz­ło­ży­łam za­kupy na łóżku. Mu­sia­łam użyć karty kre­dy­to­wej, ale ku­pi­łam rze­czy, które miały mi po­słu­żyć długi czas.

Do­brze skro­jone czarne spodnie. Na jedno przy­ję­cie włożę do nich złotą sa­ty­nową ka­mi­ze­lkę i je­dwabną bluzkę w ko­lo­rze zła­ma­nej bieli. Na dru­gie - ja­skra­wo­błę­kitną je­dwabną ko­szulkę bez rę­ka­wów i czarną ma­ry­narkę. Do tego mo­głam zde­cy­do­wać się na buty, które pa­so­wały do czar­nego gar­ni­turu, albo nie­bie­skie pan­to­fle z prze­ceny. Po­rządny czarny gar­ni­tur ide­al­nie nada­wał się na próbę obiadu. Na sam obiad z ko­lei wy­bra­łam białą su­kienkę bez rę­ka­wów, którą zimą no­si­łam do czar­nej ma­ry­narki, a la­tem samą. Do każ­dego stroju mia­łam od­po­wied­nią bazę, a jesz­cze ku­pi­łam złote kol­czyki koła i wielką złotą broszkę w abs­trak­cyj­nym kształ­cie. Mia­łam też bry­lan­towe kol­czyki po babci i wą­ską bry­lan­tową broszkę.

I to wszystko dzięki po­ra­dom Boba.

- Mu­sia­łeś czy­tać dziew­czyń­skie ma­ga­zyny Am­ber Jean - za­rzu­ci­łam mu. Bobo miał młod­szą sio­strę.

- Nie. Na za­ku­pach kie­ruję się tylko jed­nym: wszystko musi do sie­bie pa­so­wać albo ze sobą ko­re­spon­do­wać. Pew­nie wiem to od mamy. Ma roz­ma­ite ubra­nia, które można mie­szać i ze­sta­wiać.

Po­win­nam o tym pa­mię­tać. W końcu dwa razy do roku sprzą­ta­łam gar­de­robę Be­anie Win­th­rop.

- Miesz­kasz w domu? - spy­ta­łam, gdy zbie­rał się do odej­ścia. Sy­tu­acja Win­th­ro­pów była tak trudna, że mia­łam lek­kie opory, by za­da­wać mu ja­kie­kol­wiek py­ta­nia do­ty­czące jego ro­dziny.

- Nie. Mam miesz­ka­nie na Chert Ave­nue. Do­piero co się wpro­wa­dzi­łem, przed let­nim se­me­strem. - Bobo się za­ru­mie­nił, po raz pierw­szy wy­da­wał się skrę­po­wany. - Sta­ram się spę­dzić tro­chę czasu w domu, żeby moja ro­dzina nie czuła się zbyt... oka­le­czona. - Prze­cze­sał pal­cami okla­płe blond włosy. - A co u cie­bie? Da­lej spo­ty­kasz się z tym pry­wat­nym de­tek­ty­wem?

- Tak.

- I cią­gle się wam układa? - do­dał po­spiesz­nie, scho­dząc z nie­pew­nego gruntu.

Kiw­nę­łam głową.

Jesz­cze raz mnie uści­skał i po­szedł za­ła­twiać ja­kieś swoje sprawy, zo­sta­wia­jąc mnie pod opieką sprze­daw­czyni o imie­niu Ma­rianna. Zwró­ciła na nas uwagę, kiedy Bobo do mnie do­łą­czył, a te­raz, gdy się od­da­lił, już nie chciała mnie zo­sta­wić w spo­koju.

Gdy mi­nął mi pierw­szy szok, pra­wie się cie­szy­łam, że mam nowe ubra­nia. Od­cię­łam metki i po­wie­si­łam wszyst­kie te ciu­chy w sza­fie w po­koju go­ścin­nym, roz­su­wa­jąc wie­szaki, tak żeby nic się nie po­mięło. Jesz­cze całe dnie póź­niej przy­ła­py­wa­łam się na tym, że od czasu do czasu, otwo­rzyw­szy ostroż­nie drzwi, jak­bym się bała, że ja­kimś cu­dem wrócą do sklepu, ga­pię się na nowe stroje.

Za­wsze bar­dzo nie­uf­nie pod­cho­dzi­łam do kwe­stii ma­ki­jażu, fry­zury. Nogi go­li­łam tak gładko, że przy­po­mi­nały pupę nie­mow­lę­cia. Lu­bię wie­dzieć, jak wy­glą­dam. Lu­bię to kon­tro­lo­wać. Ale nie lu­bię, gdy lu­dzie się za mną oglą­dają, nie chcę, by zwra­cali na mnie uwagę. Dżinsy i dresy, które no­szę do sprzą­ta­nia do­mów, do my­cia psów i za­ła­twia­nia spra­wun­ków, słu­żyły mi za ka­mu­flaż. Były prak­tyczne, ta­nie i do­brze mnie ma­sko­wały.

Gdy włożę nowe ubra­nia, lu­dzie będą na mnie pa­trzeć.

Te wszyst­kie zmiany i per­spek­tywa po­wrotu do Bar­tley bu­dziły we mnie wielki nie­po­kój. Rzu­ci­łam się w wir pracy. W każdą so­botę sprzą­ta­łam ga­bi­net Car­rie Thrush, która wspo­mniała, że chcia­łaby ko­rzy­stać z mo­ich usług czę­ściej - ale mu­sia­łam mieć pew­ność, że nie kie­ruje się prze­ko­na­niem, że mam pro­blemy fi­nan­sowe. W spra­wach za­wo­do­wych i w przy­jaźni nie ma miej­sca na li­tość.

Sprzą­ta­łam w domu Drin­kwa­te­rów i w biu­rze po­dróży, i w ga­bi­ne­cie dok­tora Si­ze­more'a. Zo­stało mi też miesz­ka­nie De­edry Dean, a w tej chwili mia­łam wię­cej go­dzin u pani Ros­si­ter, która zła­mała rękę, wy­pro­wa­dza­jąc Dur­wo­oda, swo­jego sta­rego coc­ker spa­niela. Ale to było za mało.

Zle­cono mi ude­ko­ro­wa­nie dwóch cho­inek - jedną ubra­łam do­brze, a drugą wy­jąt­kowo do­brze; ta była dla mnie świetną re­klamą, po­nie­waż stała w sie­dzi­bie Izby Han­dlo­wej. Po­wie­si­łam na niej ptaszki i owoce, a dzięki cie­płym, sto­no­wa­nym ko­lo­rom i dys­kret­nym lamp­kom drzewko wy­róż­niało się na tle wszyst­kich in­nych w mie­ście spo­kojną ele­gan­cją.

Prze­sta­łam za­ma­wiać ga­zetę z Lit­tle Rock na koszt firmy - mu­sia­łam za­cze­kać, aż zdo­będę wię­cej klien­tów. We wto­rek po po­łu­dniu wła­śnie sprzą­ta­łam w ga­bi­ne­cie dok­tora Si­ze­more'a, kiedy zo­ba­czy­łam po­miętą część nie­dziel­nego wy­da­nia. Zgar­nę­łam ją, żeby wrzu­cić do ko­sza na ma­ku­la­turę, lecz w tym mo­men­cie mój wzrok padł na na­głó­wek Nie­roz­wią­zane zbrod­nie od­bie­rają ra­dość ze świąt. Nu­mer uka­zał się dwa dni po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, z czego wy­wnio­sko­wa­łam, że ktoś z per­so­nelu we­pchnął gdzieś ga­zetę wśród przed­świą­tecz­nych po­rząd­ków.

Przy­sia­dłam na krze­śle w po­cze­kalni, żeby prze­czy­tać pierw­sze trzy aka­pity.

Jak co roku, sta­ra­jąc się upa­ko­wać jak naj­wię­cej po­wią­za­nych ze świę­tami hi­sto­rii, "Ar­kan­sas De­mo­crat Ga­zette" prze­pro­wa­dziła wy­wiady z ro­dzi­nami lu­dzi, któ­rzy zo­stali za­mor­do­wani (o ile za­gadka mor­der­stwa nie zo­stała roz­wią­zana) albo upro­wa­dzeni (o ile nie usta­lono toż­sa­mo­ści po­ry­wa­cza).

Nie kon­ty­nu­owa­ła­bym lek­tury ar­ty­kułu, po­nie­waż ta­kie te­maty przy­wo­ły­wały w moim przy­padku za dużo złych wspo­mnień, gdyby nie zdję­cie nie­mow­lę­cia, pod któ­rym wid­niał pod­pis: "Sum­mer Dawn Mac­klesby w chwili za­gi­nię­cia. Nie od­na­le­ziono jej od nie­mal ośmiu lat".

Na zdję­ciu była ma­leńka, miała może ty­dzień. Do wą­tłego pa­sma wło­sów ja­kimś cu­dem przy­mo­co­wano jej ko­ron­kową ko­kardkę.

Wie­dzia­łam, że dla wła­snego do­bra nie po­win­nam tego ro­bić, ale za­czę­łam szu­kać imie­nia dziecka w tek­ście. Zna­la­złam je ja­koś w po­ło­wie ar­ty­kułu, za­raz po hi­sto­rii matki trójki dzieci za­strze­lo­nej przy ka­sie sa­mo­ob­słu­go­wej w Wi­gi­lię i opła­ki­wa­nej przez na­rze­czo­nego sprze­daw­czyni ze spo­żyw­czaka, zgwał­co­nej i za­szty­le­to­wa­nej na przy­ję­ciu uro­dzi­no­wym w Święto Dzięk­czy­nie­nia.

"W tym ty­go­dniu mija osiem lat od chwili, gdy Sum­mer Dawn Mac­klesby zo­stała po­rwana z we­randy domu ro­dzi­ców na przed­mie­ściu Con­way. Te­resa Mac­klesby, szy­ku­jąc się do wy­prawy na za­kupy, zo­sta­wiła ma­leńką có­reczkę w no­si­dełku na we­ran­dzie i cof­nęła się do domu po paczkę, którą za­mie­rzała nadać przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Kiedy była w środku, za­dzwo­nił te­le­fon. Mac­klesby jest pewna, że nie było jej na we­ran­dzie naj­wy­żej pięć mi­nut, a jed­nak kiedy wró­ciła, Sum­mer Dawn już znik­nęła".

Za­mknę­łam oczy. Zło­ży­łam ga­zetę tak, by nie móc czy­tać reszty hi­sto­rii, za­nio­słam ją do śmiet­nika i wy­rzu­ci­łam, jakby cała była ska­żona bó­lem i udręką bi­ją­cymi z tej hi­sto­rii.

W nocy mu­sia­łam się przejść.

Cza­sami sen ze mną igrał i mi umy­kał. W ta­kich mo­men­tach, choć­bym była nie wia­domo jak zmę­czona, choć­bym nie wia­domo ile ener­gii po­trze­bo­wała na na­stępny dzień, mu­sia­łam się przejść. Cho­ciaż działo się tak wiele rza­dziej niż choćby rok temu, na­dal zda­rzało mi się co naj­mniej raz na dwa ty­go­dnie.

Było to dla mnie nie­po­jęte.

W końcu, jak sama so­bie tłu­ma­czy­łam, Zło już się stało. Nie mu­sia­łam się dłu­żej bać.

Chyba każdy cze­kał na Zło? Na pewno każda znana mi ko­bieta. Może męż­czyźni też, tylko się do tego nie przy­znają? W przy­padku ko­biety cho­dziło oczy­wi­ście o po­rwa­nie, gwałt i pchnię­cie no­żem. O to, że ktoś ją po­rzuci, żeby się wy­krwa­wiła, nim inni ją znajdą, żywą czy mar­twą, z od­razą czy ża­ło­ścią.

Tak wła­śnie było ze mną.

Po­nie­waż nie mia­łam dzieci, ni­gdy nie mu­sia­łam so­bie wy­obra­żać żad­nych in­nych ka­ta­strof. Ale dziś po­my­śla­łam, że może ist­nieje Więk­sze Zło, coś gor­szego niż to, co przy­da­rzyło się mnie. Bo po­rwa­nie dziecka jest jesz­cze gor­sze. O wiele strasz­niej wy­obra­żać so­bie przez lata, że ko­ści two­jego dziecka leżą w bło­cie w ja­kimś ro­wie albo twoje dziecko żyje i jest re­gu­lar­nie mo­le­sto­wane przez ja­kie­goś po­twora.

A ty nie wiesz.

Przez ten ar­ty­kuł w ga­ze­cie za­czę­łam so­bie coś ta­kiego wy­obra­żać.

Mia­łam na­dzieję, że Sum­mer Dawn Mac­klesby nie żyje. Mia­łam na­dzieję, że umarła już kilka go­dzin po po­rwa­niu. Mia­łam na­dzieję, że w chwili śmierci była nie­przy­tomna. Kiedy tak szłam i szłam przez zimną noc, wy­da­wało mi się to naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nym sce­na­riu­szem.

Oczy­wi­ście nie­wy­klu­czone, że ja­kaś ko­cha­jąca się para, która roz­pacz­li­wie pra­gnęła có­reczki, ku­piła ma­łej wszystko, czego ta za­pra­gnęła, za­pi­sała dziew­czynkę do wspa­nia­łej szkoły i cu­dow­nie ją wy­cho­wy­wała.

Ale tak na­prawdę nie wie­rzy­łam, że w ta­kich hi­sto­riach moż­liwe jest szczę­śliwe za­koń­cze­nie, tak jak nie wie­rzy­łam, że lu­dzie są z gruntu do­brzy. Nie wie­rzy­łam, że Bóg wy­na­gra­dza cier­pie­nie. Nie wie­rzy­łam, że gdy jedne drzwi się za­my­kają, dru­gie się otwie­rają.

Moim zda­niem to wszystko było gówno warte.

Przez wy­jazd do Bar­tley mu­sia­łam opu­ścić tro­chę za­jęć ka­rate. A si­łow­nia miała być za­mknięta w Wi­gi­lię, Boże Na­ro­dze­nie i na­stęp­nego dnia. Może za­miast tre­ningu ka­rate zro­bi­ła­bym w domu gim­na­stykę? A moje bo­lące ra­mię przez ten czas by się zre­ge­ne­ro­wało. Kiedy pa­ko­wa­łam torbę na wy­jazd, sta­ra­łam się już nie na­rze­kać. Mu­sia­łam tam po­je­chać i za­cho­wy­wać się na po­zio­mie.

Do Bar­tley mia­łam ja­kieś trzy go­dziny jazdy na wschód i tro­chę na pół­noc, po dro­dze sta­ra­łam się wzbu­dzić w so­bie ja­kieś przy­jemne ocze­ki­wa­nia co do nad­cho­dzą­cej wi­zyty.

By­łoby mi ła­twiej, gdy­bym nie­na­wi­dziła swo­ich ro­dzi­ców. Ale ja ich ko­cha­łam.

W żad­nej mie­rze nie po­no­sili winy za to, że moje po­rwa­nie, gwałt i rany na­ro­biły w me­diach szumu, który nie­wy­obra­żal­nie bar­dziej zmie­nił moje i ich ży­cie.

I w żad­nej mie­rze nie po­no­sili winy za to, że po tym dru­gim, pu­blicz­nym gwał­cie w świe­tle re­flek­to­rów i ka­mer te­le­wi­zyj­nych nikt z mo­jego oto­cze­nia nie był naj­wy­raź­niej w sta­nie trak­to­wać mnie jak nor­mal­nej osoby.

Nie była to też wina mo­ich ro­dzi­ców, że chło­pak, z któ­rym cho­dzi­łam od dwóch lat, prze­stał się ze mną wi­dy­wać, gdy tylko uci­chło za­in­te­re­so­wa­nie me­diów.

Ani oni, ani ja nie by­li­śmy w naj­mniej­szym stop­niu winni tego wszyst­kiego, nie­mniej na za­wsze zmie­niło to na­sze re­la­cje. Ro­dzice nie byli w sta­nie na mnie spoj­rzeć, nie my­śląc o tym, co mi się przy­da­rzyło. Nie byli w sta­nie ze mną roz­ma­wiać tak, by ta trauma w pew­nym mo­men­cie nie do­szła do głosu. Moja sio­stra Va­rena, za­wsze swo­bod­niej­sza i bar­dziej wy­trzy­mała ode mnie, ni­gdy nie zdo­łała zro­zu­mieć, dla­czego nie sta­nę­łam po tym szybko na nogi, czyli tak jak za­wsze. A moi ro­dzice nie wie­dzieli, jak od­no­sić się do ko­biety, którą się sta­łam.

Na sku­tek tych roz­my­ślań po­czu­łam się jak cho­mik bie­gnący w ko­ło­wrotku i umę­czona tym sta­nem, nie­mal z ra­do­ścią po­wi­ta­łam wi­dok przed­mieść Bar­tley - bied­nych, wa­lą­cych się do­mów czy szem­ra­nych fi­re­mek, które wi­tały przy­by­szów u progu więk­szo­ści mia­ste­czek.

Mi­nę­łam sta­cję pa­liw, na któ­rej moi ro­dzice tan­ko­wali sa­mo­chody, pral­nię che­miczną, do­kąd mama za­no­siła płasz­cze, ko­ściół pre­zbi­te­riań­ski, do któ­rego cho­dzili całe swoje ży­cie, gdzie byli ochrzczeni, wzięli ślub, gdzie ochrzcili córki i gdzie od­bę­dzie się kie­dyś po­świę­cone im na­bo­żeń­stwo ża­łobne.

Skrę­ci­łam w zna­jomą ulicę. Prze­cznicę da­lej w zi­mo­wej sza­cie stał dom, w któ­rym się wy­cho­wa­łam. Krzaki ró­żane przy­cięto. Gładki traw­nik du­żego po­dwórka był blady od mro­zów. Oto­czony ró­żami mo­jego ojca dom stał po­środku du­żej działki. Na drzwiach wi­siał duży bo­żo­na­ro­dze­niowy wie­niec ze sple­cio­nych wi­no­ro­śli i małe złote trąbki. Przez duże okno fron­towe dało się za­uwa­żyć przy­stro­joną cho­inkę. Kiedy Va­rena i Dill się za­rę­czyli, ro­dzice od­ma­lo­wali dom, tak żeby był lśniąco biały na we­sele.

Za­par­ko­wa­łam na pod­jeź­dzie, na be­to­no­wym pa­sie, który ro­dzice wy­lali, gdy za­czę­ły­śmy z Va­reną pro­wa­dzić. W kółko ktoś do nas wpa­dał i mama z tatą mieli dość blo­ko­wa­nia swo­ich sa­mo­cho­dów.

Wy­sia­dłam po­woli i dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łam się w dom, roz­cią­ga­jąc nogi po jeź­dzie. Kiedy tu miesz­ka­łam, wy­da­wał mi się taki duży. Za­wsze czu­łam się szczę­ściarą, że do­ra­sta­łam wła­śnie tu­taj.

Te­raz wi­dzia­łam ty­powy bu­dy­nek z lat pięć­dzie­sią­tych, z dwoma ga­ra­żami, sa­lo­nem, wielką kuch­nią, ja­dal­nią, trzema sy­pial­niami i dwiema ła­zien­kami.

Na ty­łach ga­rażu oj­ciec miał warsz­tat - co prawda ni­gdy nic w nim nie zro­bił, ale męż­czy­zna musi mieć warsz­tat. Po­do­bną funk­cję peł­niła ma­szyna do szy­cia w rogu po­koju ro­dzi­ców - bo ko­bieta musi mieć ma­szynę do szy­cia - mimo że matka w ży­ciu zszyła naj­wy­żej roz­dar­cie. Mie­li­śmy też kom­plet sre­ber - z któ­rego ni­gdy nie je­dli­śmy. Za ja­kiś czas po­dzie­limy się z Va­reną tymi sre­brami i to my bę­dziemy mu­siały dbać o te cięż­kie, zdo­bione sre­bra, które były zbyt cenne i za kło­po­tliwe w uży­ciu, by nimi jeść.

Wzię­łam z tyl­nego sie­dze­nia wa­lizkę oraz po­kro­wiec z ubra­niami i po­de­szłam do drzwi fron­to­wych. Z każ­dym kro­kiem szło mi się cię­żej.

Wró­ci­łam.

Otwo­rzyła Va­rena - przez chwilę mie­rzy­ły­śmy się uważ­nie wzro­kiem, a po­tem ostroż­nie się uści­snę­ły­śmy.

Wy­glą­dała do­brze.

W dzie­ciń­stwie ja by­łam tą ład­niej­szą. Mia­łam bar­dziej nie­bie­skie oczy, prost­szy nos, peł­niej­sze wargi. Dziś nie bar­dzo się tym przej­mo­wa­łam, za to naj­wy­raź­niej przej­mo­wała się tym Va­rena. Miała dłu­gie włosy, nieco bar­dziej rude niż mój na­tu­ralny ko­lor, i odro­binę za­darty nos. No­siła nie­bie­skie szkła kon­tak­towe, które nada­wały jej tę­czów­kom wręcz dziwny ko­lor. Była z pięć cen­ty­me­trów niż­sza, miała też więk­sze piersi i pupę.

- Jak idą ślubne przy­go­to­wa­nia? - spy­ta­łam.

Otwo­rzyła sze­roko oczy i za­ma­chała rę­kami. A więc było ner­wowo.

Za jej ple­cami zo­ba­czy­łam stoły przy­go­to­wane na przy­ję­cie pre­zen­tów.

- O rany - po­wie­dzia­łam, krę­cąc głową na ten wi­dok. Trzy dłu­gie me­ble (na pewno wy­po­ży­czono je z ko­ścioła) na­kryto bie­lu­teń­kimi ob­ru­sami, a na każ­dym skrawku po­wierzchni stały do­bra kon­sump­cyjne: kie­liszki do wina, ser­we­tki i ob­rusy, por­ce­lana, sre­bra - jesz­cze wię­cej sre­ber! - wa­zony, noże do li­stów, al­bumy na zdję­cia, noże i de­ski do kro­je­nia, to­stery, koce...

- Lu­dzie są tacy ko­chani... - po­wie­działa Va­rena, a ja czu­łam, że mówi tak przy każ­dej oka­zji; nie że była nie­szczera, ale na pewno po­wta­rzała to wszyst­kim.

- No, do tej pory nikt nie mu­siał wy­dać na nas ani centa, prawda? - za­uwa­ży­łam, pod­no­sząc brwi. Ani Va­rena, ani ja ni­gdy nie wy­cho­dzi­ły­śmy za mąż, w prze­ci­wień­stwie do czę­ści szkol­nych zna­jo­mych, który zdą­żyli się już po dwa razy roz­wieść.

Do sa­lonu we­szła moja mama. Była blada, ale blada jest za­wsze, tak jak ja. Va­rena lubi się opa­lać, a mój oj­ciec robi to mi­mo­wol­nie, po­nie­waż pracę na dwo­rze uwiel­bia jak nic in­nego.

- Och, ko­cha­nie! - po­wie­działa mama, przy­tu­la­jąc mnie. Jest ode mnie niż­sza, chuda jak szczapa, a jej blond włosy są tak wy­bla­kłe, że wy­dają się białe. Oczy ma nie­bie­skie, jak wszy­scy człon­ko­wie na­szej ro­dziny, ale w ostat­nich pię­ciu-sze­ściu la­tach też stra­ciły dawny blask. Ni­gdy nie no­siła oku­la­rów, ma słuch do­sko­nały, a dzie­sięć lat temu po­ko­nała raka piersi. Nie ubiera się naj­mod­niej, za­wsze na­to­miast gu­stow­nie.

Te wszyst­kie mie­siące i lata jakby znik­nęły. Mia­łam wra­że­nie, że wi­dzia­łam je wczo­raj.

- Gdzie tata? - spy­ta­łam.

- Po­je­chał do ko­ścioła po jesz­cze je­den stół - wy­ja­śniła Va­rena, sta­ra­jąc się choć tro­chę po­wścią­gnąć uśmiech. Mama też.

- Wcią­gnął się w te całe przy­go­to­wa­nia?

- Ach, prze­cież wiesz, że to uwiel­bia - od­parła moja sio­stra. - Cze­kał na to od lat.

- W Bar­tley to bę­dzie ślub dzie­się­cio­le­cia - za­uwa­ży­łam.

- No, je­śli pani Kin­gery tu do­trze, to ow­szem. - Ru­szy­ły­śmy do mo­jego daw­nego po­koju. W gło­sie mo­jej sio­stry usły­sza­łam tro­chę skargi, a tro­chę obo­jęt­no­ści, jakby skar­żyła się tak długo, że nie prze­stało to wy­wo­ły­wać w niej emo­cje.

- Nie wia­domo, czy matka Dilla przy­je­dzie? - spy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem. - Jest chora, tak? Czy za stara?

Moja mama wes­tchnęła.

- Nie do końca wiemy, na czym po­lega pro­blem. - Chwilę wpa­try­wała się w prze­strzeń, jakby wy­ja­śnie­nie za­cho­wa­nia te­ścio­wej Va­reny wy­pi­sano na traw­niku za oknem.

Va­rena wzięła ode mnie torbę na ubra­nia i otwo­rzyła szafę, żeby roz­wie­sić wie­szaki. Ja po­ło­ży­łam wa­lizkę na trzy­czę­ścio­wej ko­mo­dzie, która była moją dumą i ra­do­ścią, gdy mia­łam szes­na­ście lat. Sio­stra zer­k­nęła na mnie przez ra­mię.

- Wy­daje mi się, że pani Kin­gery tak sza­lała za pierw­szą żoną Dilla - wy­ja­śniła - że nie chce oglą­dać jej na­stęp­czyni. A do tego mieli Annę, i w ogóle.

- Moim zda­niem po­winna się cie­szyć, że Anna bę­dzie miała taką do­brą ma­co­chę - po­wie­dzia­łam, choć po praw­dzie nie mia­łam po­ję­cia, jaką ma­co­chą może być moja sio­stra.

- By­łoby to roz­sądne po­dej­ście. - Moja matka wes­tchnęła. - Nie mam po­ję­cia, czego się po niej spo­dzie­wać, a nie można jej spy­tać tak pro­sto z mo­stu.

Ja bym mo­gła. Ale one na pewno by tego nie chciały.

- Bę­dzie mu­siała przyjść na próbę, prawda?

Spoj­rzały po so­bie nie­spo­koj­nie.

- Mamy na­dzieję, że się po­jawi - od­rze­kła Va­rena. - Ale Dill chyba nie jest w sta­nie mi po­wie­dzieć, co ta ko­bieta zrobi.

Matka Dilla - a wła­ści­wie Dil­larda - Kin­gery'ego cią­gle była w jego mie­ście ro­dzin­nym, bo­dajże Pine Bluff.

- Od kiedy się z nim spo­ty­kasz? - spy­ta­łam.

- Od sied­miu lat. - Va­rena uśmiech­nęła się pro­mien­nie. To py­ta­nie też oczy­wi­ście czę­sto pa­dało, od­kąd ogło­sili z Dil­lem za­rę­czyny.

- Jest od cie­bie star­szy?

- Tak, jest na­wet star­szy od cie­bie.

Nie­które rze­czy się nie zmie­niają.

Usły­sza­ły­śmy z dołu wo­ła­nie ojca:

- Może mi któ­raś po­móc z tym cho­ler­stwem?

Ja ru­szy­łam do niego jako pierw­sza.

Mój oj­ciec, przy­sa­dzi­sty, ni­ski i łysy jak ko­lano, ścią­gnął już z paki pi­kapa długi stół, do­wlókł go do wej­ścia i ewi­dent­nie po­trze­bo­wał po­mocy, by wtasz­czyć me­bel po scho­dach.

- Cześć, kotku - po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się pro­mien­nie.

Po­my­śla­łam, że ten uśmiech za­raz znik­nie, więc uści­ska­łam go, póki mo­głam. Po­tem dźwi­gnę­łam stół oparty o bie­gnącą aż do drzwi że­la­zną ba­lu­stradę.

- Na pewno to nie jest dla cie­bie za cięż­kie? - zmar­twił się. Za­wsze mu się ro­iło, że ge­henna, którą prze­szłam, w ja­kiś spo­sób osła­biła mnie we­wnętrz­nie, że sta­łam się przez to słaba. Jego prze­ko­na­nia nie zmie­niał fakt, że wy­ci­ska­łam pięć­dzie­siąt pięć ki­lo­gra­mów, cza­sami wię­cej.

- Na pewno - od­par­łam.

Sam pod­niósł stół z dru­giej strony. Me­bel miał me­ta­lowe nogi, które skła­dało się dla uła­twie­nia trans­portu. Ma­new­ru­jąc ostroż­nie, wnie­śli­śmy go po schod­kach i da­lej do sa­lonu. Ja trzy­ma­łam stół na boku, a tata roz­ło­żył mu nogi i je za­blo­ko­wał. Na ko­niec go po­sta­wi­li­śmy. Przez cały czas gło­śno na­rze­kał, że za dużo ro­bię i że się nad­we­rężę.

Czu­łam, jak ro­śnie mi ci­śnie­nie.

W samą porę po­ja­wiła się matka z ko­lej­nym nie­ska­zi­tel­nym bia­łym ob­ru­sem. Roz­po­starła go bez słowa. Chwy­ci­łam ma­te­riał z jed­nej strony i ra­zem roz­ło­ży­ły­śmy go równo na bla­cie. Oj­ciec mó­wił bez prze­rwy: o tym, jak dużo pre­zen­tów ślub­nych do­stali Va­rena i Dill, ile ro­ze­słali za­pro­szeń, ile ode­słano po­twier­dzeń, o przy­ję­ciu...

Przy­glą­da­łam mu się ukrad­kiem, gdy prze­no­si­li­śmy część pre­zen­tów na nowy stół. Tata nie wy­glą­dał naj­le­piej. Miał nie­po­ko­jąco czer­woną twarz, chyba bo­lały go nogi, ręce lekko mu drżały. Wie­dzia­łam, że zdia­gno­zo­wano mu nad­ci­śnie­nie i ar­tre­tyzm.

Gdy skoń­czy­li­śmy, za­pa­dła nie­zręczna ci­sza.

- Jedźmy do mnie, zo­ba­czysz suk­nię - za­pro­po­no­wała Va­rena.

- Do­bra.

Wsia­dły­śmy do jej sa­mo­chodu, żeby pod­je­chać ka­wa­łe­czek da­lej. Zaj­mo­wała żółty do­mek obok du­żego żół­tego bu­dynku, w któ­rym miesz­kali Emory i Me­re­dith Osbor­no­wie ze swoją có­reczką i no­wo­rod­kiem - wy­ja­śniła Va­rena.

- Kiedy Osbor­no­wie ku­pili ten dom od sta­rej pani Smi­ther­ton... Nie wiem, czy ci mó­wi­łam, że prze­pro­wa­dza się do Do­gwood Ma­nor... No więc mar­twi­łam się, że pod­niosą mi czynsz, ale tego nie zro­bili. Lu­bię oboje, cho­ciaż tak na­prawdę nie za czę­sto ich wi­duję. Ich córka jest prze­słodka, za­wsze ma we wło­sach ko­kardę. Czę­sto bawi się z Anną. Me­re­dith cza­sami zaj­muje się po szkole Anną i có­reczką pań­stwa O'Shea.

Pa­mię­ta­łam mgli­ście, że pań­stwo O'Shea to pre­zbi­te­riań­ski ka­płan i jego mał­żonka. Prze­pro­wa­dzili się, gdy już prze­nio­słam się do Sha­ke­spe­are.

Va­rena traj­ko­tała, jakby nie mo­gła się do­cze­kać, aż nad­ro­bię wszyst­kie szcze­góły jej ży­cia. Albo jakby czuła się przy mnie nie­zręcz­nie.

Wje­cha­ły­śmy na pod­jazd i mi­nę­ły­śmy więk­szy bu­dy­nek, by za­par­ko­wać przed do­mem Va­reny. Była to mniej­sza ko­pia tego pierw­szego, wy­koń­czona bla­do­żół­tym si­din­giem i ciem­no­zie­lo­nymi okien­ni­cami w bia­łym ob­ra­mo­wa­niu.

Na po­dwórku ba­wiła się chu­dziutka dziew­czynka o dłu­gich brą­zo­wych wło­sach. Rze­czy­wi­ście nad grzywką ster­czała jej czer­wono-zie­lona ko­karda. W ten zimny dzień miała na so­bie bluzę dre­sową, płasz­czyk i na­usz­niki, a i tak spra­wiała wra­że­nie zmar­z­nię­tej, Po­ma­chała wy­sia­da­ją­cej z sa­mo­chodu Va­re­nie.

- Dzień do­bry, panno Va­reno! - za­wo­łała grzecz­nie. W rę­kach trzy­mała piłkę. Gdy i ja wy­sia­dłam, wbiła we mnie za­cie­ka­wione spoj­rze­nie.

- Eve, to moja sio­stra Lily. - Va­rena od­wró­ciła się do mnie. - Eve też ma sio­strę. Cał­kiem nową,

- Jak ma na imię? - spy­ta­łam, bo wy­da­wało mi się, że po­win­nam to zro­bić. Nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, jak ob­cho­dzić się z dziećmi.

- Jane Li­lith - bąk­nęła ci­cho Eve.

- Ślicz­nie - od­par­łam, bo nic in­nego nie przy­szło mi do głowy.

- A te­raz śpi? - spy­tała Va­rena.

- Tak. Ma­mu­sia też - od­rze­kła dziew­czynka płacz­li­wie.

- Chodź do mnie, po­każę ci suk­nię ślubną - za­pro­po­no­wała Va­rena.

Eve do­słow­nie po­ja­śniała. Va­rena naj­wy­raź­niej świet­nie so­bie ra­dziła z dziećmi. Po­szły­śmy ra­zem do nie­wiel­kiego po­koju na fron­to­wego i da­lej za Va­reną do jej sy­pialni. Szafa była otwarta, a suk­nia ślubna, opa­ko­wana w fo­liowy wo­rek, wi­siała na spe­cjal­nym wie­szaku na drzwiach.

No cóż, była biała i ślubna.

- Prze­piękna - po­wie­dzia­łam jed­nak. Nie je­stem idiotką.

Dziew­czynkę za­tkało.

- Ojej­ciu!

Va­rena się ro­ze­śmiała. Pa­trzy­łam na jej cie­płą i wraż­liwą twarz, wy­glą­dała tak do­bro­dusz­nie i przy­jaź­nie.

- Miło mi, że ci się po­doba - po­wie­działa i da­lej mó­wiła do ma­łej swo­bod­nie, w spo­sób cał­ko­wi­cie dla mnie nie­osią­galny.

- Mo­żesz mnie pod­nieść, że­bym zo­ba­czyła szal? - spy­tała Eve.

Spoj­rza­łam na wska­zy­wany przez nią przed­miot. Wie­lo­me­trowy we­lon, przy­mo­co­wany do wy­myśl­nego dia­demu, znaj­do­wał się w osob­nej tor­bie przy­mo­co­wa­nej do głów­nej.

- Och, ko­cha­nie, je­steś za duża, że­bym cię pod­no­siła.

Va­rena po­krę­ciła głową. Mi­mo­wol­nie pod­nio­słam brwi. Na­prawdę nie była w sta­nie pod­nieść tej dziew­czynki? Oce­ni­łam jej cię­żar. Ja­kieś trzy­dzie­ści parę kilo. Przy­kuc­nę­łam, chwy­ci­łam małą w bio­drach i pod­nio­słam.

Eve pi­snęła z za­sko­cze­nia i ucie­chy. Od­chy­liła głowę, by na mnie spoj­rzeć.

- Te­raz wi­dzisz? - spy­ta­łam.

Przy­glą­dała się we­lo­nowi, po­dzi­wiała po­ły­sku­jącą tiarę ozdo­bioną ce­ki­nami i na chwilę roz­pły­nęła się w ma­rze­niach.

- Może mnie już pani po­sta­wić - po­wie­działa wresz­cie, a ja opu­ści­łam ją de­li­kat­nie. Przyj­rzała mi się uważ­nie. - Pani jest bar­dzo silna - do­dała z po­dzi­wem. - Na pewno nikt z pa­nią nie za­dziera.

Czu­łam cię­żar mil­cze­nia Va­reny.

- Nie - od­par­łam. - Te­raz już nikt ze mną nie za­dziera.

Na drob­nej buzi Eve od­biło się za­my­śle­nie. Po­dzię­ko­wała Va­re­nie w nie­by­wale grzeczny spo­sób za po­ka­za­nie sukni i we­lonu, ale gdy po­wie­działa, że musi iść do domu, mia­łam wra­że­nie, że jest roz­ko­ja­rzona.

Va­rena od­pro­wa­dziła ją wzro­kiem.

- Och, jest Dill! - krzyk­nęła ra­do­śnie.

Chwilę wpa­try­wa­łam się w zwiewną białą masę kre­acji ślub­nej, po czym po­dą­ży­łam za sio­strą do sa­lonu.

Zna­łam Dilla Kin­gery'ego, jesz­cze za­nim prze­pro­wa­dził się do Bar­tley. Do­piero co za­czął spo­ty­kać się z Va­reną, kiedy w moim ży­ciu wy­da­rzyło się tamto wszystko. W tym okre­sie, kiedy cała na­sza ro­dzina po­trze­bo­wała ab­so­lut­nie każ­dej po­mocy, był dla niej wiel­kim wspar­ciem.

Od tego czasu byli ra­zem. Mieli za sobą długi okres na­rze­czeń­stwa - na tyle długi, że Va­rena na­słu­chała się do­cin­ków od ko­le­żeń­stwa w pracy, w nie­wiel­kim miej­sco­wym szpi­talu.

Pa­trzy­łam te­raz na Dilla, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego tak się ocią­gał. Za­pewne nie opę­dzał się od ko­biet. Był nie­za­prze­czal­nie miły, ale nie po­wa­lał wy­glą­dem. Miał rzed­nące ru­da­wo­złote włosy, ładne brą­zowe oczy, oku­lary w dru­cia­nych opraw­kach i ra­do­sny uśmiech. Jego córka Anna była chudą drobną ośmio­latką, tak jak Eve, miała gę­ste brą­zowe włosy do pasa, ja­śniej­sze niż ojca, poza tym jego oczy i uśmiech. Dill po­wie­dział nam, że jej mama zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, gdy mała miała pół­tora roku.

Pa­trzy­łam, jak Anna przy­tula się do Va­reny. Już miała po­biec ba­wić się z Eve, gdy Dill ją za­trzy­mał.

- Przy­wi­taj się z cio­cią Lily - na­ka­zał.

- Dzień do­bry, cio­ciu Lily - po­wie­działa dziew­czynka po­słusz­nie i nie­dbale po­ma­chała mi ręką; od­po­wie­dzia­łam jej tym sa­mym. - Mogę się po­ba­wić z Eve, tato?

- Tak, skar­bie - od­rzekł Dill i dwie dziew­czynki wy­bie­gły na dwór, a mój przy­szły szwa­gier od­wró­cił się, by mnie uści­skać. Mu­sia­łam to znieść, więc znio­słam, ale nie je­stem przy­tu­la­ską. I nie do końca pa­so­wała mi "cio­cia Lily".

Dill za­dał mi kilka stan­dar­do­wych py­tań, które za­daje się ko­muś nie­wi­dzia­nemu od ja­kie­goś czasu, a ja wy­du­si­łam z sie­bie uprzejme od­po­wie­dzi. Już się spi­na­łam, choć nie stało się na ra­zie nic, bym miała do tego po­wód. Co się działo? Pa­trzy­łam za okno, gdy Dill z moją sio­strą oma­wiali plany na wie­czór. Zro­zu­mia­łam, że dziś Dill urzą­dza wie­czór ka­wa­ler­ski, a Va­rena z na­szą mamą idą na pa­nień­ski.

Pa­trzy­łam, jak dwie dziew­czynki ba­wią się na traw­niku, rzu­ca­jąc so­bie piłkę pla­żową i dużo bie­ga­jąc; pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, jak ba­wi­ły­śmy się tak z Va­reną. Na pewno tak było, prawda? Nie­stety nie mo­głam przy­wo­łać ani jed­nego kon­kret­nego wspo­mnie­nia.

Nie py­ta­jąc mnie o zda­nie, Dill po­wie­dział Va­re­nie, że od­wie­zie mnie do domu, by mo­gła przy­go­to­wać się do wyj­ścia. Zer­k­nę­łam na ze­ga­rek. Je­śli Va­rena mu­siała mieć trzy go­dziny, żeby przy­go­to­wać się do im­prezy, to moim zda­niem przede wszyst­kim po­trze­bo­wała pro­fe­sjo­nal­nej po­mocy. Naj­wy­raź­niej jed­nak pro­po­zy­cja Dilla jej się spodo­bała, więc wy­szłam i sta­nę­łam obok jego forda bronco. Z więk­szego domu wy­szła drob­niutka, chuda ko­bieta i za­wo­łała Eve.

- Dzień do­bry - po­wie­działa na mój wi­dok.

- Dzień do­bry - od­par­łam.

Eve pod­bie­gła, a za­raz za nią Anna.

- Mamo, to sio­stra Va­reny - wy­ja­śniła Eve. - Przy­je­chała na ślub. Va­rena po­ka­zała mi su­kienkę, a panna Lily mnie pod­nio­sła, że­bym zo­ba­czyła we­lon. Nie masz po­ję­cia, jaka panna Lily jest silna! Na pewno umia­łaby pod­nieść ko­nia!

- O mój Boże - od­rze­kła jej mama. Na chu­dej twa­rzy ko­biety po­ja­wił się uro­czy uśmiech. - No to le­piej się przy­wi­tam. Je­stem mamą Eve, jak już się pew­nie pani do­my­śliła. Me­re­dith Osborn.

- Miło mi, Lily Bard. - Zgod­nie ze sło­wami Va­reny ta ko­bieta do­piero co uro­dziła, a tym­cza­sem sama wy­glą­dała jak dziecko. Stra­ce­nie "brzu­cha" nie było dla niej pro­ble­mem. Wy­da­wało mi się, że jest w moim wieku, a mo­gła być na­wet młod­sza.

- Może nas pani pod­nieść ra­zem, panno Lily? - po­pro­siła Eve, a moja przy­szła sio­strze­nica na­gle spoj­rzała na mnie z więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Pew­nie tak. - Przy­kuc­nę­łam. - Po jed­nej na rękę, hop!

Dziew­czynki sta­nęły po bo­kach, a ja je ob­ję­łam i wsta­łam, pil­nu­jąc, by nie stra­cić rów­no­wagi. Dziew­czynki pisz­czały z ucie­chy.

- Nie ru­szaj­cie się - ostrze­głam je, a one prze­stały wierz­gać. Ba­łam się, że się z nimi prze­wrócę.

- Je­ste­śmy kró­lo­wymi świata! - krzyk­nęła z em­fazą Anna, ręką wska­zu­jąc po­dwórko. - Pa­trz­cie, jak je­ste­śmy wy­soko!

Dill roz­ma­wiał z Va­reną w progu, ale te­raz obej­rzał się na córkę. Na wi­dok tego, co się dzieje, jego twarz przy­brała nie­mal ko­miczny wy­raz.

Pod­szedł do nas szybko z nie­spo­koj­nym uśmie­chem osoby, która stara się po­wścią­gnąć pa­nikę.

- Le­piej zejdź na dół, ko­cha­nie! Cioci Lily musi być ciężko!

- One są drob­niut­kie - po­wie­dzia­łam ła­god­nie i zsu­nę­łam Annę na zie­mię. Po­tem ob­ró­ci­łam Eve i ostroż­nie ją po­sta­wi­łam. Uśmiech­nęła się do mnie pro­mien­nie. Mama pa­trzyła na nią z tym uśmie­chem mi­ło­ści, który po­ja­wia się na twa­rzach ko­biety, kiedy pa­trzą na swoje dzieci. Z domu do­bie­gło nas kwi­le­nie.

- O, twoja sio­strzyczka pła­cze - po­wie­działa zmę­czo­nym gło­sem Me­re­dith. - Mu­simy iść do domu. Do wi­dze­nia, panno Bard, miło było pa­nią po­znać.

Ski­nę­łam jej głową, uśmiech­nę­łam się lekko do Eve. Pa­trzyła na mnie wiel­kimi brą­zo­wymi oczami. Uśmiech­nęła się sze­roko, od ucha do ucha, i po­gnała za mamą.

Anna z tatą sie­dzieli już w bronco, więc do nich do­łą­czy­łam. Dill traj­ko­tał przez całą drogę do domu mo­ich ro­dzi­ców, ale le­d­wie go sły­sza­łam. I tak już roz­ma­wia­łam dziś z liczbą lu­dzi, która nor­mal­nie przy­pa­dała na moje trzy czy cztery dni w Sha­ke­spe­are. Od­zwy­cza­iłam się od po­ga­du­szek. Wy­sia­dłam pod do­mem, kiw­nę­łam głową Dil­lowi i An­nie i we­szłam do środka. Mama krzą­tała się spraw­nie w kuchni, żeby przy­go­to­wać nam coś do je­dze­nia, za­nim wyj­dziemy na pa­nień­ski. Tata w ła­zience szy­ko­wał się na ka­wa­ler­ski.

Mama się mar­twiła, że ja­cyś kum­ple Dilla za­sza­leją i za­mó­wią na im­prezę strip­ti­zerkę. Wzru­szy­łam ra­mio­nami. Oj­ciec nie byłby tym śmier­tel­nie zgor­szony.

- Mar­twię się nad­ci­śnie­niem ojca - wy­ja­śniła mama z pół­u­śmie­chem. - Nie wia­domo, co by się stało, gdyby z tortu wy­sko­czyła naga ko­bieta!

Na­la­łam mro­żo­nej her­baty i usta­wi­łam szklanki na stole.

- Mało praw­do­po­do­bne, by ktoś wpadł na taki po­mysł - po­wie­dzia­łam, bo szu­kała po­krze­pie­nia. - Dill nie jest smar­ka­czem, a to nie jego pierw­sze mał­żeń­stwo. Ża­den z jego tu­tej­szych kum­pli nie wy­gląda mi na ta­kie sza­leń­stwa. - Usia­dłam na swoim miej­scu.

- Masz ra­cję - przy­znała mama z odro­biną ulgi. - Ty za­wsze je­steś taka roz­sądna, Lily.

Nie za­wsze.

- Czy ty się te­raz... z kimś spo­ty­kasz, ko­cha­nie? - spy­tała ostroż­nie.

Po­pa­trzy­łam na nią, gdy z ta­le­rzami w rę­kach po­chy­lała się nad sto­łem. Nie­wiele bra­ko­wało, bym w pierw­szym od­ru­chu za­prze­czyła.

- Tak.

Przez jej bladą, wą­ską twarz prze­mknął wy­raz tak wiel­kiej ulgi, że mało się nie wy­co­fa­łam. W każ­dej wspól­nej chwili spę­dzo­nej z Jac­kiem szu­ka­łam po omacku okre­śle­nia na na­szą re­la­cję, a na myśl o tym, że stan­dar­dowo ze sobą cho­dzimy, strasz­li­wie się de­ner­wo­wa­łam.

- Mo­żesz mi coś zdra­dzić na jego te­mat? - spy­tała mama spo­koj­nym gło­sem, ale gdy od­sta­wiała ta­le­rze, drżały jej ręce. Usia­dła na­prze­ciwko mnie i za­częła mie­szać her­batę.

Nie mia­łam po­ję­cia, co po­wie­dzieć.

- Albo nie, nie chcę na­ru­szać two­jej pry­wat­no­ści - do­dała po chwili spło­szona.

- Nie - po­wstrzy­ma­łam ją rów­nie szybko. Wy­da­wało mi się okropne, że tak nie­uf­nie od­no­simy się do każ­dego słowa i każ­dej chwili mil­cze­nia mię­dzy nami. - Nie... w po­rządku... w po­rządku. On... - Wy­obra­zi­łam so­bie Jacka i za­lała mnie fala tę­sk­noty, tak silna i doj­mu­jąca, że za­bra­kło mi tchu. Od­cze­ka­łam, aż mi­nie, i pod­ję­łam: - Jest pry­wat­nym de­tek­ty­wem. Mieszka w Lit­tle Rock. Ma trzy­dzie­ści pięć lat.

Mama odło­żyła ka­na­pkę na ta­lerz i za­częła się uśmie­chać.

- To wspa­niale, ko­cha­nie. A jak się na­zywa? Był już kie­dyś żo­naty?

- Tak. Na­zywa się Jack Le­eds.

- Ma dzieci?

- Nie.

- Tak ła­twiej.

- Tak.

- Cho­ciaż te­raz już tak do­brze znam małą Annę... z po­czątku, kiedy Dill i Va­rena za­czy­nali się spo­ty­kać... Anna była taka mała, nie umiała na­wet sama ko­rzy­stać z to­a­lety... A mama Dilla naj­wy­raź­niej nie chciała przy­je­chać się nią za­jąć, cho­ciaż to było ta­kie słod­kie dzie­ciątko...

- Mar­twiło cię to?

- Tak - przy­znała, ki­wa­jąc płową głową. - Tak, mar­twiło. Nie wie­dzia­łam, czy Va­rena so­bie z tym po­ra­dzi. Ni­gdy za bar­dzo nie gar­nęła się do dzieci, ni­gdy nie mó­wiła o wła­snych, jak to robi więk­szość dziew­cząt. Ale chyba się z Anną do­ga­dują. Nie­kiedy ma dość fi­gli ma­łej, a cza­sami mała przy­po­mni Va­re­nie, że nie jest jej praw­dziwą matką, lecz przez więk­szość czasu świet­nie so­bie ra­dzą.

- Dilla nie było w sa­mo­cho­dzie, w któ­rym zgi­nęła jego żona?

- Nie, Judy, jego żona, je­chała wtedy swoim au­tem. Wła­śnie pod­rzu­ciła Annę do sio­stry.

- To się stało, za­nim Dill się tu prze­pro­wa­dził?

- Tak, kilka mie­sięcy wcze­śniej. Miesz­kał na pół­nocny za­chód od Lit­tle Rock. Mówi, że nie dałby rady wy­cho­wy­wać córki tam, gdzie co­dzien­nie mi­jałby miej­sce, w któ­rym zgi­nęła jego żona.

- Więc prze­pro­wa­dził się do mia­sta, w któ­rym ni­kogo nie znał i gdzie nie miał żad­nej ro­dziny do po­mocy przy dziecku - wy­pa­li­łam.

Mama spoj­rzała na mnie z wy­rzu­tem.

- I ogrom­nie się z tego cie­szymy - po­wie­działa sta­now­czym to­nem. - Tu­tej­sza ap­teka była na sprze­daż i cu­dow­nie, że się nie za­mknęła, bo dzięki temu mamy wy­bór. - W Bar­tley funk­cjo­no­wała też ap­teka sie­ciowa.

- Oczy­wi­ście - po­tak­nę­łam, żeby się nie kłó­cić.

W mil­cze­niu do­koń­czy­ły­śmy po­si­łek. Oj­ciec gniew­nym kro­kiem wy­szedł ku­chen­nymi drzwiami do sa­mo­chodu, gde­ra­jąc, że wie­czór ka­wa­ler­ski to nie dla niego. Tym­cza­sem do­sko­nale wie­dzia­ły­śmy, że bar­dzo się cie­szy z za­pro­sze­nia. Po pa­chą niósł za­pa­ko­wany pre­zent, a gdy spy­ta­łam, co to jest, po­kra­śniał z za­do­wo­le­nia. Nie od­po­wie­dziaw­szy, wło­żył palto i trza­snął drzwiami.

- Pew­nie coś świn­tusz­nego - po­wie­działa mama z uśmie­chem, na­słu­chu­jąc, jak tata wy­jeż­dża na ulicę.

Uwiel­bia­łam, gdy mama mnie za­ska­ki­wała.

- Sprzątnę na­czy­nia, a ty się przy­go­tuj - po­wie­dzia­łam.

- Mu­sisz przy­mie­rzyć su­kienkę druhny! - po­wie­działa na­gle, ru­sza­jąc do wyj­ścia z kuchni.

- W tej chwili?

- Może trzeba zro­bić po­prawki?

- Ach... No do­brze. - Nie wy­cze­ki­wa­łam tego mo­mentu z ra­do­ścią. Su­kienki dru­hen z za­sady nie na­dają się do użytku, a ja, jak przy­stało na po­rządną świad­kową, za swoją za­pła­ci­łam. Jesz­cze jej jed­nak nie wi­dzia­łam. Przez głowę prze­mknęło mi wstrzą­sa­jące wy­obra­że­nie czer­wo­nej ak­sa­mit­nej kre­acji ze sztucz­nym fu­ter­kiem - jako na­wią­za­nie do Bo­żego Na­ro­dze­nia.

Nie po­win­nam była tra­cić wiary w Va­renę. Su­kienka cze­ka­jąca na mnie na drzwiach szafy w fo­lio­wej tor­bie, tak jak kre­acja panny mło­dej, miała barwę ciem­nego bur­gundu, a pod biu­stem wszyto sa­ty­nową ta­śmę w tym sa­mym ko­lo­rze. Jej końce two­rzyły na ple­cach ko­kardę - ale dało się ją od­cze­pić. Su­kienka z przodu była za­bu­do­wana, ale z tyłu miała duży de­kolt. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że moja sio­stra nie chce druhny skrom­nisi.

- Przy­mierz ją - za­chę­ciła mama. Wi­dzia­łam, że je­śli tego nie zro­bię, bę­dzie nie­za­do­wo­lona. Ob­ró­ci­łam się do niej ple­cami, zdję­łam bluzkę, buty i dżinsy. Ale mu­sia­łam od­wró­cić się przo­dem, żeby wło­żyć su­kienkę, którą ona tym­cza­sem wy­łu­skała z fo­lii.

Za każ­dym ra­zem moje bli­zny ła­mały jej serce. Wcią­gnęła gwał­tow­nie po­wie­trze i po­dała mi su­kienkę, a ja jak naj­szyb­ciej wło­ży­łam ją przez głowę. Od­wró­ci­łam się, by za­pięła mi za­mek, i ra­zem zer­k­nę­ły­śmy w lu­stro. Na­sze spoj­rze­nia na­tych­miast skie­ro­wały się na de­kolt. Do­sko­nale. Nic nie było wi­dać. Dzię­kuję, Va­reno.

- Wy­gląda prze­pięk­nie - po­wie­działa mama do­bit­nie. - Wy­pro­stuj się, pro­szę. - (Jak­bym się gar­biła). Su­kienka rze­czy­wi­ście le­żała do­sko­nale. No i kto nie lubi się odziać w ak­sa­mit?

- Ja­kie mamy kwiaty?

- Bu­kiety dru­hen to wią­zanki zwi­sa­jące z mie­czy­ków i cze­goś jesz­cze. - Kwe­stie ogro­dowe mama kon­se­kwent­nie zo­sta­wiała ta­cie. - Wiesz, że je­steś świad­kową?

Va­rena nie wi­działa mnie od trzech lat.

Nie cho­dziło tylko o ślub. To spo­tka­nie ro­dziny pełną gębą.

Nie mia­łam nic prze­ciwko, nie wie­dzia­łam tylko, czy po­do­łam. Do tego od dawna nie by­łam na żad­nym ślu­bie.

- Mam ro­bić coś kon­kret­nego?

- Mu­sisz nieść ob­rączkę, którą Va­rena da Dil­lowi. I trzy­mać jej bu­kiet, gdy będą so­bie skła­dać przy­sięgę. - Mama uśmiech­nęła się do mnie, w ką­ci­kach jej bla­do­nie­bie­skich oczu po­ja­wiły się zmarszczki. Kiedy się uśmie­chała, to całą twa­rzą.

- Ciesz się, że nie wy­brała sukni z trzy­me­tro­wym tre­nem, bo mu­sia­ła­byś nim ob­ró­cić przed jej wyj­ściem z ko­ścioła.

Wy­da­wało mi się, że dam radę pa­mię­tać o ob­rączce i bu­kie­cie.

- Mu­szę jej po­dzię­ko­wać za ten za­szczyt - do­da­łam, a ma­mie na chwilę zmar­kot­niała mina. Uznała to za sar­kazm. - Mó­wię po­waż­nie - za­pew­ni­łam. I po­czu­łam, jak się od­pręża.

Czy by­łam aż tak prze­ra­ża­jąca, nie­prze­wi­dy­walna i nie­grzeczna?

Ostroż­nie wy­swo­bo­dzi­łam się z su­kienki i z po­wro­tem wło­ży­łam ti­szert, a po­tem de­li­kat­nie po­kle­pa­łam mamę po ra­mie­niu, pod­czas gdy ona sta­rała się do­pil­no­wać, by su­kienka za­wi­sła ide­al­nie na wie­szaku.

Uśmiech­nęła się do mnie nie­śmiało, a na­stęp­nie wró­ciła do kuchni po­sprzą­tać.