Czysta radość - Danielle Steel

-
Proszę czekać

Wstęp. Minnie i ja

Minnie w kuchni paryskiego mieszkania, na ulubionym posłaniu obok mojego biurka

fot. Alessandro Calderano

W moim życiu zawsze były aspekty nieco komediowe, choć nie zawsze patrzę na to w ten sposób. Rodzina złożona z dziewięciorga dzieci, jedenastu (w porywach) psów i wietnamskiej świnki nieuchronnie stwarza rozmaite nietypowe sytuacje, które nawet ja w swoim czasie odbierałam jako zabawne. Ktoś kiedyś zaproponował nakręcenie serialu telewizyjnego, bazującego na życiu naszej rodziny, ale odmówiliśmy. My? Śmieszni? W życiu! No dobrze... może odrobinę. Ale dopiero teraz, gdy przywołuję w pamięci różne sytuacje związane z naszymi psami, zdaję sobie sprawę, jak pocieszne były niektóre z nich.

Większość dzieci już dorosła i jest na swoim, psami się podzieliliśmy (często chodzę niańczyć moje "psie wnuki") i liczba zwierząt w naszych domach jest obecnie zbliżona do normalnej. Ale dopiero teraz maleńka, ważąca zaledwie pół kilo ośmiotygodniowa "kieszonkowa" suczka chihuahua o długiej białej sierści tak mnie chwyciła za serce, że postanowiłam o niej napisać, a także opowiedzieć o innych psach, jakie były obecne w moim życiu. Wystarczy na nią spojrzeć, by wiedzieć, że to gwiazda. Nazywa się Minnie Mouse i najchętniej spoczywa w pozie sfinksa, ze skrzyżowanymi miniaturowymi łapeczkami, na którymś ze swoich różowych posłań i patrzy na mnie wielkimi brązowymi oczami.

Nigdy nie sądziłam, że zakocham się w tak mikroskopijnym pieseczku. Kiedy jedna z moich córek jako jedenasto- czy dwunastolatka dostała w prezencie chihuahuę, stanowczo sprzeciwiałam się przyjęciu tak maleńkiego stworka. Bałam się, że go rozdepczemy, że zdarzy się coś strasznego. Był taki kruchy! Twierdziłam z uporem, że pies tej wielkości nie wchodzi w rachubę. Przekonałam się jednak, że pomimo skromnych rozmiarów Chiquita, nasza pierwsza chihuahua, miała silną, wyrazistą osobowość. Odeszła od nas, dopiero gdy miała szesnaście lat. Niemal do samego końca była chętna do zabawy, zdrowa i pełna życia. Regularnie odwiedzała mnie w San Francisco, po tym jak wraz z moją córką przeprowadziła się do Hollywood. Chiquita była gwiazdą!

Nadal jednak byłam przekonana, że to rasa nie dla mnie. Ilekroć w życiu uznamy, że czegoś nie chcemy (czy to chodzi o randki, dom, sąsiedztwo, pracę, partnerów, czy o psy), zwykle los śpieszy z interwencją, by otworzyć nam oczy i dowieść, że byliśmy w błędzie. Tak więc pewnego zimnego listopadowego dnia w sklepie zoologicznym w Nowym Jorku ja, mająca się za twardą, otrzaskaną i niepodlegającą łatwym wzruszeniom (a także upartą) - nieoczekiwanie się zakochałam.

Dziś, po upływie dwóch lat, romans wciąż kwitnie. Przedmiotem moich uczuć jest ważąca obecnie kilogram chihuahua, Minnie Mouse, najmilszy i najbardziej uroczy pies, jakiego kiedykolwiek miałam. A rasa jest jeszcze lepsza, niż myślałam. Dzięki niej dowiedziałam się o życiu z psem więcej, niż nauczyły mnie wcześniej wszystkie inne. To dlatego widzi się teraz na ulicy (i w domach) tak wiele piesków rasy chihuahua - są bystre, wesołe, łatwe w opiece i rozkoszne pod każdym względem. Minnie Mouse to moja radość. Dzięki niej się śmieję.

Choć przed laty odrzuciłam propozycję serialu o naszej rodzinie, chcę wam teraz opowiedzieć o różnych zabawnych, z lekka zwariowanych sytuacjach, jakie zaliczyliśmy w rodzinie w związku z psami, o moim obecnym życiu z Minnie i podzielić się różnymi praktycznymi doświadczeniami co do życia z psem, jakie zgromadziłam z biegiem czasu.

Jeśli chodzi o Minnie, to jest kompletnym absurdem, że zawojowało moje serce coś tak mikroskopijnego, ale zawojowało. To dowód, że nigdy nie należy mówić "nigdy", inaczej wkrótce potem zrobimy to, czego zarzekaliśmy się nigdy nie zrobić, będziemy mieć psa, którego pod żadnym pozorem nie chcieliśmy mieć, i prowadzać maciupeńką, czarującą istotkę na różowej, nabijanej diamencikami smyczce. Wy także możecie oszaleć na punkcie jakiejś kieszonkowej chihuahuy, bo mieć szczeniaka czy psa, którego się kocha, to czysta radość... i tym właśnie jest dla mnie Minnie!!!

Z miłością, D.S.

1. Pies(y) i ja

Gidget

fot. Danielle Steel

Nigdy nie uważałam się za klasyczną "psiarę", w tym skrajnym sensie, w jakim niektórzy ludzie bywają "psiarzami", a inni "kociarzami" czy "koniarzami": chodzą na wystawy koni czy psów, są obsesyjnie oddani swoim zwierzętom i wiedzą wszystko na temat ich ras. Z drugiej strony, zdecydowanie nie jestem kociarą, bo mam na koty ostre uczulenie. Jako dziecko pięcio- czy sześcioletnie zwykłam odwiedzać kota najbliższych sąsiadów i za każdym razem wracałam z oczami tak spuchniętymi, że zostawały z nich tylko szparki, łzawiłam, ciekło mi z nosa i miałam trudności z oddychaniem. Kiedy pozostawałam z nimi dłużej, dostawałam ataku astmy i wracałam do domu zakichana, zakaszlana, ledwie widząca na oczy, a matka mówiła: "Znowu chodziłaś do kota, tak?" Pomiędzy jednym a drugim kichnięciem moja twarz momentalnie przybierała wyraz niewinności: "Ja? Do kota? Nie... Po co?"

W końcu przestałam bywać u kota sąsiadów. Alergia uniemożliwiła mi bliższe poznanie kotów, tak więc te wszystkie rozkoszne rzeczy, które opowiadają o nich ich wielbiciele, są dla mnie abstrakcją. I chyba najbardziej warte odnotowania spotkanie z kotem, jakie mi się przydarzyło, miało miejsce w domu Elizabeth Taylor. Skontaktowała się ze mną przed laty, żeby porozmawiać o przerobieniu dla niej jednej z moich książek na filmowy scenariusz. Zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie, które spotęgowało się jeszcze bardziej, gdy zaprosiła mnie do siebie do domu. Taka okazja! Strasznie chciałam poznać osobiście legendę kina i zobaczyć, jak mieszka. Okazała się bardzo miła, byłam nią oczarowana. W czasie rozmowy do pokoju wszedł kot. "O nie, to się źle skończy" - pomyślałam. I czy to pod wpływem autosugestii, czy też naprawdę, momentalnie zaczęło mnie łaskotać w nosie i pod powiekami. Nie dałam tego po sobie poznać i rozmawiałyśmy dalej, gdy wtem wśliznął się kolejny kot. Po paru minutach po pokoju przechadzało się ich cztery czy pięć. Zaczęłam się krztusić i wiedziałam, że lada moment dostanę ataku astmy.

Wówczas podjęłam jedną z tych przełomowych życiowych decyzji: czy mam się przyznać do mojej słabości i wybiec z pokoju, czy wytrzymać i nie przegapić okazji do kontaktu z ikoną kina, którą od tak dawna chciałam poznać? Zdecydowałam, że nawet jeśli padnę trupem w jej salonie, to trudno. Wytrwałam tak długo, jak mogłam, łzawiąc, kichając i krztusząc się. Byłam pewna, że wszystko skończy się tak, że Taylor zadzwoni po pogotowie, a ja umrę w jej salonie na atak astmy. Gdy spotkanie dobiegło końca, ledwie byłam w stanie oddychać. Z projektu ostatecznie nic nie wyszło, ale udało mi się spędzić z legendą kina bitą godzinę. Było to moje ostatnie poważne spotkanie z kotami. Odtąd, jeśli jestem do kogoś zaproszona, pytam, czy w domu jest kot. Wychodzę na beznadziejną neurotyczkę, ale oszczędzam ludziom konieczności dzwonienia po półgodzinie pod numer 911. Tak więc koty nie są i nie mogą być elementem mojego krajobrazu.

Właściwie to prędzej jestem "dzieciarą", o czym świadczy fakt, że mam dziewięcioro dzieci. Nigdy nie potrafiłam oprzeć się dziecku, zwłaszcza gdy chodzi o własne.

Ale psy były elementem mojego życia już od dzieciństwa. Niektóre utkwiły mi w pamięci bardziej niż inne. Aż do niedawna nie zdarzyło mi się mieć psa z prawdziwym nosem. Kiedy byłam mała, mieliśmy w domu mopsy. Moim pierwszym psem był płowy mops imieniem James, którego uwielbiałam. Niestety, odszedł tego samego roku, co moja matka, kiedy miałam sześć lat, i obie te śmierci musiały być dla mnie wielką traumą, bo choć psy były stale obecne w moim życiu, przez wiele lat, aż do dorosłości, nie potrafiłam się do żadnego przywiązać na serio. Mimo to myślę, że w pewnym sensie jestem psiarą, ponieważ lubię psy. W moim paryskim mieszkaniu wszędzie stoją ich wielobarwne statuetki autorstwa różnych artystów współczesnych.

Jeszcze długo po śmierci mojego ukochanego mopsa (na atak serca, co było bardzo smutne) ojciec trzymał w domu przedstawicieli tej rasy. W tamtym czasie jednak psy nie były w moim życiu sprawą ważną.

Po czym, już jako osoba dorosła, zdecydowałam się adoptować psa ze schroniska, rozkosznego trzymiesięcznego baseta imieniem Elmer (przyszedł do nas z imieniem). Był "arlekinem", to znaczy miał sierść białą w czarne łaty. Był to jeden z najzabawniejszych psów, jakie kiedykolwiek miałam, choć miał osobowość, która pasowała do jego smutnych oczu o rozciągniętych, opadających dolnych powiekach. Jako szczeniak przydeptywał sobie w biegu wielkimi łapami uszy i zarywał nosem w podłogę, po czym siadał i szczekał na mnie oskarżycielsko, tak jakbym to ja go zbiła z nóg. A przysięgam, że nie.

Byłam wtedy młodą, początkującą pisarką i mój budżet był dosyć napięty. Elmer zaś nauczył się otwierać przyciskiem lodówkę i była to jego ulubiona sztuczka. Gdy po całym dniu pracy (w charakterze copywriterki) wracałam do domu, Elmer leżał w kuchni na podłodze, rozciągnięty jak długi, wyczerpany wyżarciem mi z lodówki wszystkiego do ostatniego kęsa. W końcu musiałam zainstalować furtkę do kuchni, bo inaczej zeżarłby cały dom, ale go kochałam. Baset to w zasadzie pies myśliwski, tak więc zaledwie otwierasz drzwi, mknie przed siebie jak strzała. Elmer uciekł mi tak dziesiątki razy, po czym znajdowałam go na drugim końcu miasta. Inną niezbyt miłą cechą baseta jest to, że potwornie wyje, jeśli pozostawiasz go samego dłużej niż pięć minut, a sąsiedzi mają wtedy ochotę cię zabić. W końcu musiałam zabierać go do pracy, bo samego w domu zostawić go nie mogłam.

Pomimo jego żarłoczności i wycia kochałam go. Był słodkim, kochanym psem. Spał ze mną w łóżku, kompletnie nieświadom, że miał być psem stróżującym, i spokojnie potrafiłby przespać nawet wojnę. Nie sądzę, aby wiedział, że jest psem... dopóki w jego życiu nie pojawił się baset-dziewczyna i wszystko się zmieniło. Spokojny, leniwy, zaspany Elmer (który pewnego dnia zjadł cały krąg sera gouda, razem z czerwonym woskiem i całą resztą, i przez trzy dni chorował na żołądek) nagle się przebudził: odkrył płeć żeńską!

Mój weterynarz miał suczkę, którą chciał komuś oddać, i zgodziłam się wziąć ją tytułem próby na weekend, żeby zobaczyć, jak im się będzie układało. Pomyślałam, że Elmerowi może być miło, jeśli będzie miał koleżankę. Przez cały weekend suczka zachowywała się nienagannie i wszystko było bez zarzutu. W poniedziałek rano zadzwoniłam i zgodziłam się na adopcję, wieczorem zaś wyszedł na jaw prawdziwy charakter Maude. Wyła jeszcze głośniej niż Elmer, była nerwowa i zbzikowana, a po tygodniu ugryzła dziecko sąsiada. Mądry poprzedni właściciel odmówił przyjęcia jej z powrotem (nie sądził, by było to dla niej dobre, jeśli zostanie "odrzucona" po raz drugi... uuch... tak więc zostałam załatwiona). Musiała chodzić w kagańcu. I w jedną noc zmieniła Elmera w psa - zamiast radosnego, łatwego w obejściu faceta, jakim był do tej pory. Maude miewała też "potomstwo", parę razy w roku dostawała urojonej ciąży. Adoptowała w charakterze szczeniaka mój pantofel, co od czasu do czasu wywoływało kryzys w mojej garderobie, jeśli akurat był to pantofel potrzebny mi do pracy czy na randkę.

Trzymałam je przez parę lat, ale odkąd doszła Maude, nie był to zbyt cudowny układ. We dwójkę stanowiły potężną siłę. Kiedy moja córka podrosła, zaczęła je wyprowadzać na spacer, i pewnego razu pociągnęły ją za sobą wzdłuż ulicy, tak że wyglądała niczym powożący rydwanem Ben Hur. W końcu zgodziliśmy się wszyscy, że potrzebny im jest dom na wsi, i znalazłam rodzinę, która z radością je przyjęła. Wstyd mi to powiedzieć, ale ich odejście przyjęłam z ulgą. Było przy nich mnóstwo pracy, a odkąd doszlusowała Maude, Elmer nigdy już nie był taki słodki. (Psy często stają się bardziej "psie", jeśli jest ich więcej niż jeden).

Potem przez jakiś czas żyłam sobie spokojnie bez psów i nie mogę powiedzieć, żeby mi ich brakowało. Elmer i Maude dały mi w kość, niełatwo było radzić sobie z tym ich wyciem, ucieczkami i pożeraniem wszystkiego, co tylko w domu nadawało się do pożarcia.

Kiedy jednak wyszłam za mąż za prawdziwego psiarza, zwierzęta te na nowo wkroczyły w moje życie, i to gremialnie. Mój narzeczony miał bardzo wiekowego czarnego jamnika-miniaturkę, którego uwielbiał i któremu przytrafił się wyjątkowo zły moment, aby umrzeć: w weekend, podczas którego wzięliśmy ślub. Tak więc nazajutrz po weselu mój świeżo upieczony mąż spędził cały dzień na opłakiwaniu swojego zmarłego psa. Nie był to ten radosny scenariusz, który miałam w głowie, toteż przez kolejne trzy dni biegałam po różnych hodowlach, żeby znaleźć mu kolejnego zwierzaka. Byłam zachwycona, kiedy udało mi się znaleźć takiego samego czarnego jamnika-miniaturkę jak ten, którego stracił. (Na szczęście nie planowaliśmy wyjazdu w czasie miesiąca miodowego, miałam więc czas na szukanie). Była to suczka, uroczy, słodki szczeniaczek. Włożyłam ją do dużego niebieskiego pudełka od Tiffany'ego, w które zapakowany był jeden z naszych ślubnych prezentów, i wieczorem wręczyłam mężowi. Był zachwycony i nazwał ją Sweet Pea. (Na siebie mówiliśmy nawzajem "Popeye" i "Olive", tak więc było to nasze pierwsze "dziecko").

W ciągu miesięcy, które nadeszły, Sweet Pea wiele mnie nauczyła na temat współposiadania psa. Według Johna była w połowie jego, a w połowie moja. Czego nie wiedziałam przy zawieraniu umowy, to że do mnie należy część od strony ogona. Bardzo trudno było nauczyć ją czystości, a jako że moja była część od ogona, wszelkie "nieszczęśliwe wypadki" to był mój problem. John w dosyć twórczy sposób zwykł osłaniać "pomyłki" Sweet Pea papierowymi ręcznikami niczym flagą, nie sposób więc było je zignorować, kiedy wracałam do domu. Musiałam sprzątnąć. Posiadanie tylnej części okazało się czymś innym, niż oczekiwałam... Ale i część frontowa nie była tak znów urocza, jako że Sweet Pea dość wcześnie uznała, że mnie nie lubi (może za to, że ją włożyłam do pudełka od Tiffany'ego, chociaż dosłownie na pięć minut, żeby ją odpowiednio zaprezentować i zrobić Johnowi niespodziankę) i kiedy tylko mogła, kłapała na mnie zębami. Śpiąc z nami co noc w łóżku, przysuwała się do mnie, siusiała, po czym wracała do Johna i układała się przy nim na suchym. Nasze stosunki ze Sweet Pea były w związku z tym nieco napięte.

W oczach wielbiciela psów, tego naprawdę zagorzałego, ich zwierzak nigdy nie robi nic złego. (Należał do nich także mój ojciec. Miał kiedyś psa, który regularnie gryzł ludzi, i ojciec zawsze winił nie jego, lecz ofiarę). Co do Johna, to bez względu na humor, zły czy dobry, na widok psa zawsze wpadał w zachwyt. Godzinami przemawiał do Sweet Pea pieszczotliwie niczym do dziecka, mówił, jaka jest śliczna... Od czasu do czasu zmieszana sądziłam, że mówi do mnie, ale kiedy się odwracałam, okazywało się, że patrzy w oczy naszej suczki... No fakt, była śliczna. Ale ich miłosne festyny zaczęły mi działać na nerwy, a przy tym sama nie miałam wtedy psa. (Nawet jednak gdybym miała, nie mogę sobie wyobrazić, że miałabym mu mówić, że jest wspaniały. Moim zdaniem pies to pies... przynajmniej czasem). Tak więc egzystowałyśmy ze Sweet Pea pod jednym dachem jak dwie kobiety zakochane w tym samym mężczyźnie. I znacznie częściej, niżbym chciała, wygrywała Sweet Pea.

Jeszcze za czasów Sweet Pea rozpoczęła się kawalkada psów moich dzieci. Jako prawdziwy miłośnik psów John uważał, że każde dziecko musi mieć własnego. Ożeż... Musiało ich być dużo, bo mieliśmy dużo dzieci. Najstarsza córka, Beatrix, dostała norweskiego teriera imieniem Jack. Był śliczny i miał słabość do cukierków i balonowej gumy do żucia. Najbardziej lubił Wielkanoc i Halloween, kiedy mógł zjadać wszystkie żelki i słodycze, jakie dzieci dostawały od sąsiadów w ramach zwyczaju "cukierek albo psikus". Balonówa Bazooka stała się jego narkotykiem z wyboru. (Nie, nie wypuszczał balonów z drugiej strony, ale po powrocie wraz z dziećmi z wyprawy wyglądał jak piłka do koszykówki i jakiś czas trwało, zanim wrócił do normalnych wymiarów). Dwóch moich pasierbów miało dwa foksteriery gładkowłose, Paddingtona i Tilly. Mój syn Nick miał gryfonika brukselskiego (wyglądał jak Ewok z Gwiezdnych Wojen) imieniem Molly. A kiedy podrosła Sam, dostała własnego czarnego jamnika-miniaturkę, suczkę, którą nazwała Mią. Była bardzo psotna, ale na szczęście lubiła mnie znacznie bardziej niż Sweet Pea. Miała słabość do wszystkiego, co wiązało się z czekoladą, co dla psów może się okazać śmiertelne. Potrafiła znaleźć ją wszędzie, po czym trzeba było jechać z nią do weterynarza na pompowanie żołądka. Victoria miała maleńką czarną kieszonkową chihuahuę, Chiquitę (zaadoptowała ją później Sam), którą wszędzie ze sobą nosiła. Vanessa miała przeuroczą suczkę yorka, Lolę, a później Gidget. A najmłodszy syn, Maxx, miał miniaturowego teriera bostońskiego, Annabelle. To była naprawdę duża suka. Wszyscyśmy ją kochali, muszę jednak powiedzieć tu słówko ostrzeżenia co do terierów bostońskich. Potrafią skoczyć na nieprawdopodobną wysokość, i to wprost z podłoża, bez rozbiegu. Miesiącami zachodziłam w głowę, kto zjada wszystko, co pozostawiamy w miskach na kuchennym stole. I w końcu zobaczyłam jeden z jej wspaniałych skoków Supermana i radosne lądowanie na kuchennym stole. Obecna terierka Maxxa, Nancy, bez ostrzeżenia skacze z podłogi wprost w nasze ramiona, po czym okrywa pocałunkami twarz zdumionej osoby, która ją trzyma. To niezwykle uczuciowa, kochająca rasa.

Na szczęście najmłodsza córka, Zara, miała już dosyć psów i nie chciała własnego. Była to kolosalna ulga. Mieliśmy dom pełen psów, każdy z odrębną osobowością i typowymi dla danej rasy cechami. Dzieci były dla nich bardzo dobre, zachowywały się odpowiedzialnie, ale spójrzmy prawdzie w oczy, to było całe stado psów! Ojciec uczył dzieci w ten sposób, jak ważną jest rzeczą, by kochać psy, i była to prawdopodobnie cenna lekcja, ale dla mnie było to tak, jakbym miała ich w domu całą armię!

Jedną z fascynujących rzeczy było dla mnie to, że ilekroć któremuś z psów zdarzyła się gdzieś w domu "pomyłka", wszyscy zawsze zgłaszali ją do mnie - a przecież ja nawet nie miałam psa! Zwoływałam wtedy dzieci, które były w pobliżu, i oczekiwałam, że posprzątają, jako że problem spowodowało niewątpliwie któreś z ich zwierząt. Dzieci przybywały na miejsce występku, uważnie studiowały problem, po czym ogłaszały: "To nie mojego psa". Słucham? Znaczy, że psy to podpisują czy jak? Skąd wiesz, że to nie twojego psa? Proszę cię! "Nie" - mówili właściciel czy właścicielka psa z niezachwianą pewnością. "Wiem na pewno, że to nie mojego". Skąd można wiedzieć na pewno? Nigdy się nie wie na pewno, a skoro nie ja to zrobiłam, to niewątpliwie któryś z ich psów. Staczaliśmy przy tym prawdziwe boje i nikt nigdy się nie przyznał do pomyłki swojego psa. Więc albo dostawałam szału i kazałam im tak czy owak posprzątać (rzadziej), albo po prostu się poddawałam i sprzątałam sama (znacznie częściej. Mówię wam, jestem totalną słabizną, jeśli chodzi o dzieci, a z psami jeszcze bardziej). Nigdy nie potrafiłam pojąć, jak mogą patrzeć mi w oczy i mówić, że to nie ich pies, niemniej robiły to regularnie. Szczytem (a może: dołem?) tych dyskusji był przypadek, kiedy córka Beatrix i syn Todd zdecydowanie wyparli się, by winowajcą był pies któregoś z nich, a ja chociaż ten raz się nie poddałam. Powiedziałam, że mają to załatwić pomiędzy sobą i posprzątać! Rozwiązanie kompromisowe, jakie wymyślili, polegało na tym, że postarali się o plastikowy nóż-jednorazówkę i podzielili "problem" na pół. Każde sprzątnęło swoją połówkę. I po problemie!

Poza tą jedną sprawą wszystko z psami i dziećmi szło znakomicie. Nieprawdopodobny stanowiliśmy obraz, kiedy wyjeżdżaliśmy na weekend ogromnym vanem z dziewięciorgiem dzieci, ich plecakami, sprzętem sportowym, instrumentami muzycznymi, walizkami - i psami. Pomiędzy psami nigdy nie było żadnych spięć, wszystkie były niezwykle grzeczne. Dzieci też się nie kłóciły, i jest to jedna z moich teorii na temat dużych rodzin. Skoro można wybierać spośród takiej liczby rodzeństwa, to sprawy układają się dość łatwo, i być może z psami jest podobnie.

Później przyjęłam wobec psów pozycję lekkiego dystansu. Stanowiły w jakimś sensie przedłużenie dzieci i żadnego nie wyróżniałam, do żadnego też nie byłam szczególnie przywiązana. Bądź co bądź, nie były moje - należały do Johna i dzieciaków. Czułam się więc za nie odpowiedzialna w sensie opieki, ale do żadnego nie rościłam sobie prawa. Nigdy tak naprawdę nie pokochałam psa - od czasów tamtego pierwszego, kiedy miałam sześć lat. I być może to jego śmierć, tak bardzo nie w porę, sprawiła, że broniłam się przed przywiązaniem do innego. Tak że nie byłam jeszcze wtedy prawdziwą psiarą. (Być może powinnam też wspomnieć, że w tamtym czasie John nabył też wietnamską świnkę imieniem Coco Chanel. Obiecano nam, że jej waga nie przekroczy szesnastu kilogramów, ale bez trudu osiągnęła ponad sto. I pozwólcie, że wam powiem: nie jest to zbyt czarujący zwierzak. Jej walory są mocno przereklamowane. Jedyną zabawną rzeczą było w niej to, że jej weterynarz nazywał się doktor Bacon[1]. Poza tym nie sprawiała mi radości. Ewidentnie nie jestem więc świniarą).

I tak to się radośnie toczyło - prowadzenie samochodu z wycieczką, chodzenie z dzieciakami na piłkę nożną i balet, pasienie dzieci i ich psów, a po nocach pisanie książek. Życie wydawało się wtedy dosyć proste (mnie w każdym razie - byłam przyzwyczajona do cyrku naszej codziennej egzystencji), a żeby przez chwilę mówić serio - były to najszczęśliwsze lata mojego życia, i wiedziałam o tym już wtedy. Kochałam moją dużą rodzinę i wszystko, co ze sobą niosła!

Pewnego dnia grzebaliśmy z Johnem w sklepie z antykami. Właściciel miał naprawdę przemiłego pieska, czarnego gryfonika brukselskiego-miniaturkę. Psy tej rasy mają spłaszczony pyszczek i kręcone kudełki i są naprawdę uroczymi, niezwykle uczuciowymi stworzeniami. Wyraziłam swój podziw dla suczki, powiedziałam, że jest śliczna, i poszliśmy. Nazajutrz dostałam telefon od antykwariusza. "Już do pani jedzie, będzie za dwie godziny" - powiedział podekscytowany. Kto niby? Nikogo się nie spodziewałam. Antykwariusz szybko wyjaśnił, że jego suczka ma siostrę z tego samego miotu, która dotąd nie znalazła domu, z Ohio, i nakłonił hodowcę, żeby wysłał mi ją jako prezent. Co takiego? Czy ja chcę mieć psa? Ależ nie! I co mam teraz zrobić? Pies już jest w samolocie. Pomyślałam, że to szalenie niestosowne ze strony antykwariusza, aroganckie wręcz. Jak mógł wysyłać mi psa, nie spytawszy nawet, czy w ogóle jakiegoś chcę? Przecież mamy już całe stado!

Byłam wściekła, ale że czułam się trochę odpowiedzialna za ten niechciany podarunek, pojechałam na lotnisko i odebrałam sukę, zdecydowana dać ją komuś innemu albo odesłać z powrotem. Podniosłam klatkę i zajrzałam do środka. Pies, który tak mi się spodobał, był mały, kudłaty, idealnie zbudowany, po prostu piękny. Kiedy jednak otworzyłam klatkę, zobaczyłam futrzanego potworka... Biedactwo patrzyło na mnie wystraszonymi oczami. Była o wiele większa niż jej siostra, znacznie powyżej przewidzianej wagi, a masywna dolna szczęka sprawiała, że wyglądała jak buldog. Był to klasyczny przypadek dwóch sióstr, ładnej (którą spotkałam) i brzydkiej (którą właśnie otrzymałam). Przybyła z gotowym imieniem: Greta. Strasznie mi jej było żal, ale była nawet milsza niż jej siostra. Sprawiała wrażenie skrępowanej, niczym nieproszony gość.

Zabrałam ją do domu. John zaśmiał się na jej widok i powiedział: "No, taką buźkę to tylko matka może pokochać". Zjeżyłam się. Jak można tak wstrętnie mówić o moim psie! Tego popołudnia musiałam pójść z kilkorgiem dzieci do ortodonty i zabrałam suczkę ze sobą. Ortodonta przyjrzał się jej zafascynowany. "Ojej! Ona ma fantastyczny przodozgryz. Gdyby była człowiekiem, założyłbym jej klamry". No super.

Nie wiem, co się stało, ale ładną czy brzydką, tego dnia ją pokochałam. Przez trzydzieści lat udawało mi się tego uniknąć, choć moim mężem był jeden z największych miłośników psów naszych czasów i choć otaczał mnie na co dzień pierdylion psów, Greta jednak z miejsca zawładnęła moim sercem. I okazała się jednym z najwspanialszych psów, jakie kiedykolwiek miałam, a z pewnością też jednym z tych, które kochałam najbardziej. Pomimo śmiesznego wyglądu miała po prostu cudowny, pełen miłości charakter. W rok później trafiła też do mnie jedna z jej pozostałych sióstr, Cookie, po tym jak zmarł jej właściciel. Greta pozostała jednak moim najukochańszym psem. Żyła trzynaście lat i miała u nas fantastycznie. Została królową domu - bądź co bądź, była psem mamy. No i w ten sposób ja też zostałam miłośniczką psów.

Moja ukochana suka Greta (wraz ze swoim przodozgryzem)

fot. Danielle Steel

Wszyscy jednak wiemy, że, podobnie jak ludzie, psy nie zawsze są idealne, i w naszej beczce miodu znalazło się też parę łyżek dziegciu. Sweet Pea znajduje się na liście przypadków spornych. Zaś w kategorii "Żaden Dobry Uczynek Nie Pozostanie Bez Kary": w dwa lata po naszym ślubie odeszła matka Johna. Miała czternastoletnią jamniczkę imieniem Trixie, która bez przerwy szczekała i była nieprzyjazna, ale John nalegał, żebyśmy ją wzięli. "Ostatecznie ile ona jeszcze pożyje, skoro ma czternaście lat?" - zauważył. Uznałam, że ma rację, i się zgodziłam. Odpowiedź na to pytanie brzmi: niemal w nieskończoność. Dożyła dwudziestu jeden lat, z czego siedem z nich spędziła na szczekaniu w moim domu.

Wiele lat później, kiedy wyszłam za mąż po raz kolejny, podarowałam mojemu mężowi psa jego marzeń, rasy rhodesian ridgeback. Było to stworzenie niezwykłej urody, pełne gracji, ale potworny kolos. W rodzimej Afryce Południowej psy te są hodowane do polowania na lwy i biegają z prędkością wiatru. Są jednak także psem jednego człowieka, a ten konkretny miał też wadę osobowości i podobnie jak Sweet Pea - nie lubił mnie, być może ze względu na zaborczość wobec pana i zazdrość o niego. Sypiał z nami w łóżku i jeśli się w nocy poruszyłam, wydawał groźny warkot i szczerzył na mnie kły. Nie są to zbyt miłe sygnały uczucia ze strony psa większego ode mnie i ważącego więcej niż ja. Obchodziłam go szerokim łukiem. Kiedyś o mało nie upolował chihuahuy Victorii; uratowałam ją w ostatniej chwili. Smutno mi było, kiedy siedem lat później małżeństwo się skończyło, ale byłam zachwycona, że dom opuścił także ridgeback. Był to jedyny pies, który budził strach, choć swego pana uwielbiał. Przekonał mnie, że nie jestem miłośniczką wielkich psów.

Samantha z Mią i Vanessa z Gidget, kiedy obie suczki były szczeniakami

fot. archiwum rodzinne Danielle Steel

Ogólnie jednak nasze doświadczenia z psami były fantastyczne. A Greta na nowo zmieniła mnie w miłośniczkę psów. Jej obecna następczyni, Gracie, także miniaturowy gryfonik brukselski, jest równie słodka. Ta rasa długo była dla mnie wprost idealna. Gryfonikisą śliczne, zrównoważone, dużo śpią, co akurat mi pasuje, bo śpią, gdy pracuję. Przez dwadzieścia lat nie potrafiłam sobie wyobrazić innej rasy obok mnie. I choć uważam, że psy moich dzieci też są piękne i mają miłe usposobienie, nie mogłam sobie wyobrazić, że mam na przykład jamnika - są zbyt psotne i dużo szczekają (co doprowadza mnie do szału, gdy piszę). Yorki po prostu "nie wyglądają" na moje i są troszkę zanadto śliczne. A już co do pieseczka tak maleńkiego jak chihuahua, to nawet nie próbowałam go sobie przy mnie wyobrazić. Miniaturowy terier bostoński syna był dla mnie zbyt aktywny, bo bywa, że pracuję po osiemnaście i dwadzieścia godzin na dobę, gdy jestem w pisarskim ciągu albo kiedy mam termin na karku. Mój pisarski grafik bywa bardzo napięty i wymaga ode mnie wielkiej koncentracji. Tak więc byłam pewna, że gryfonik brukselski to rasa w sam raz dla mnie, dopóki nie przeprowadziłam się częściowo do Paryża. Co trzy-cztery tygodnie latałam do Kalifornii i Nowego Jorku. I po siedmiu latach takiego kursowania uznałam, że potrzebny mi jest pies, którego mogłabym mieć ze sobą i w Paryżu, a moje gryfoniki były za ciężkie jak na limit wagi bagażu, który można zabrać ze sobą do kabiny samolotu.

Nieoczekiwanie zaczęłam z tęsknotą spoglądać w stronę mniejszych piesków, które mogłyby podróżować wraz ze mną. Bez psa czułam się w Paryżu samotna. Nie potrafiłam jednak wyobrazić sobie rasy, która by mi odpowiadała, a zarazem piesek byłby odpowiednio mały. To było jak randkowanie: czytałam książki o psach, krążyłam po sklepach zoologicznych, odwiedzałam hodowców w nadziei że znajdę pieska, w którym się zakocham. Poszukiwania trwały...

Koniec wersji demonstracyjnej.