Rozdział 2
Nazajutrz był wtorek. Tego dnia przed południem przychodzę do pani Marie Hofstettler. Jej syn Chuck mieszka w Memphis. Interesuje się matką, lecz nie na tyle, by zadać sobie trud przyjazdu do Shakespeare i zobaczyć się z nią osobiście. Zamiast tego dobrze mi płaci za to, bym dwa razy w tygodniu dotrzymywała jej towarzystwa.
Zawsze trochę sprzątam, przepuszczam garderobę pani Hofstettler przez pralkę i suszarkę, a od czasu do czasu zabieram ją do znajomych, do Kmarta lub Krogera, jeżeli pani Hofstettler czuje się wystarczająco "zwinna", jak to określa.
Drogę z domu do bloku pokonałam piechotą. Weszłam skrzypiącymi drzwiami frontowymi. Chociaż mam własny klucz do jej mieszkania, lekko zastukałam w pierwsze drzwi po lewej stronie, informując ją, że mam zamiar wejść. Na szczęście już wstała. Ucieszyłam się, bo były i takie dni, gdy zbolała leżała jeszcze w łóżku.
- Zeszłej nocy w ogóle nie zmrużyłam oka! - wykrzyknęła na powitanie.
Marie Hofstettler skończyła osiemdziesiąt pięć lat. Z wyglądu przypomina pomarszczony, suszony owoc moreli. Ma siwe jedwabiste i cienkie włosy, które czesze w niezbyt foremny kok. (Wiem, ile kosztuje ją samodzielne ułożenie fryzury. Kiedyś w chwili zaćmienia umysłu zasugerowałam, żeby ścięła się na krótko. Naburmuszona nie odzywała się do mnie przez całą godzinę). Dzisiaj rano zdążyła nawet włożyć sztuczną szczękę i ubrać się w sukienkę w niebiesko-czerwone paski, w której chodzi po domu. Najwyraźniej ekscytacja dobrze jej robi.
- Widziałam, że policja zamknęła taśmą ścieżkę do parku - skomentowałam najbardziej beznamiętnym głosem, na jaki było mnie stać.
Żaden rodowity mieszkaniec Shakespeare nie nazywał Estes Arboretum inaczej jak tylko "parkiem". Czas najwyższy, żeby po czterech latach nabrać choć trochę miejscowego sznytu.
- Nie słyszałaś tego okropnego zamieszania?
- Nic a nic - odparłam zgodnie z prawdą. - Spałam jak zabita. - Z tymi słowy poszłam do sypialni pani Hofstettler, gdzie stał kosz z brudną bielizną.
- Pozazdrościć głębokiego snu - krzyknęła za mną staruszka. - Kochana, po całej ulicy jeździły radiowozy. Tam i z powrotem. Widziałam też ambulans. A ilu było gapiów!
- Nie mam pojęcia, co mogło się stać, więc nie mogę pani o niczym opowiedzieć - powiedziałam z udawanym żalem.
Zwykle nie plotkuję z klientami, ale podziwiam Marie Hofstettler za to, że nie narzeka ani nie czepia się drobiazgów.
- W takim razie trzeba włączyć radio - zakomenderowała z zapałem. - Może powiedzą, co się stało. A jak nie, to zatelefonuję do Deedry do ratusza. Ona zawsze najlepiej wie, co w trawie piszczy.
Włączyłam pralkę. Wszystkie osiem mieszkań - po cztery na dole i na górze - ma taki sam rozkład, z tym że te od wschodu stanowią lustrzane odbicie zachodnich. Drzwi frontowe i tylne są zamykane o jedenastej wieczorem, a mieszkańcom nie wolno udostępniać kluczy osobom niepowołanym. Od dziesięciu lat, czyli odkąd wzniesiono budynek, Marie zajmuje mieszkanie od frontu na parterze po północnej stronie. Oprócz niej tylko Pardon Albee mieszkał tu od początku. Z klatki schodowej wchodzi się bezpośrednio do salonu, którego część zajmuje jadalnia. Za jadalnią znajduje się kuchnia. Jak na wynajmowane mieszkanie w bloku, nie brakuje w niej szafek ani blatów roboczych. Z kuchni i jadalni wchodzi się do korytarza. Po prawej stronie (w mieszkaniu Marie) stoi szafa wnękowa, w której zmieściły się pralka, suszarka, półki do przechowywania pościeli, środków czystości i innych drobiazgów. Prawie dokładnie naprzeciw szafki znajduje się wejście do głównej sypialni - przyjemnej wielkości, z bardzo dużą zabudowaną wnęką. Kolejne drzwi za szafą w korytarzu wiodą do o wiele mniejszej sypialni dla gości, a sam korytarz kończy się łazienką z wielkim balkonowym oknem z matowanego szkła, kryjącym wyjście na drugą klatkę schodową - drogę ucieczki w razie pożaru.
Zawsze ceniłam sobie fakt, że drzwi wejściowe do mieszkania usytuowane są nieco z boku, co uniemożliwia wchodzącym osobom bezpośrednie zajrzenie do łazienki.
Pardon Albee - inwestor i właściciel budynku w jednej osobie - miał czelność nazwać go Apartamentami Ogrodowymi, gdyż mieszkania frontowe wychodzą na arboretum. Jednak z tylnych widać tylko wybrukowany dziedziniec łączący budynek z wiatą garażową podzieloną na osiem miejsc parkingowych, zbyt szerokich na jeden, a zbyt wąskich na dwa samochody. Mieszkańcy piętra mogą rozkoszować się widokiem na tory kolejowe, a dalej na zaplecze sklepu żelaznego ze sprzętem dla drwali.
Na prośbę pani Hofstettler włączyłam radio i zaczęłam robić porządki w większej sypialni. Staruszka nastawiła odbiornik nieco głośniej, żebym mogła słuchać wraz z nią - choć dopiero po wnikliwej analizie tego, komu ewentualnie mógłby przeszkadzać hałas. Zdecydowała wreszcie, że nikomu, bo najbliżsi sąsiedzi, T.L. i Alva Yorkowie, zapewne wyszli już na swój poranny spacer, a Norvel Whitbread, mieszkający piętro wyżej, był już w pracy, upił się lub jedno i drugie.
Lokalna stacja radiowa, obejmująca swoim zasięgiem większość obszaru hrabstw Hartsfield i Creek, gra tak zwanego klasycznego rocka. W odbiorniku Marie była zaprogramowana pod osobnym przyciskiem. Melodia, którą usłyszałam najpierw, kiedyś mi się podobała - na długo, zanim porządek dzienny mojego życia uległ tak znacznemu... hmm... uproszczeniu. Uśmiechnęłam się, podnosząc z toaletki stare figurki porcelanowe, i bardzo starannie je przetarłam. Piosenka skończyła się, spojrzałam na zegarek i zaraz po sygnale czasu odezwała się spikerka. Mówiła z tak silnym południowym akcentem z Arkansas, że nawet po czterech latach pobytu w miasteczku musiałam dość uważnie się przysłuchiwać, żeby ją zrozumieć.
- Wiadomości lokalne - odezwał się nosowy głos z wystudiowaną powagą. - Około godziny drugiej trzydzieści w nocy w parku Estes Arboretum w mieście Shakespeare znaleziono zwłoki Pardona Albee, znanego inwestora w branży budowlanej z Hartsfield County. Policja podjęła działania na podstawie anonimowego zgłoszenia telefonicznego. Komendant Claude Friedrich stwierdził, że przyczyna zgonu na razie nie jest znana, lecz nie wyklucza udziału osób trzecich. Denat przez całe życie mieszkał w Shakespeare i należał do miejscowego Zjednoczonego Kościoła Protestanckiego. Inne wiadomości. Sąd hrabstwa Creek skazał Harleya Dona Murrella na dwadzieścia lat za uprowadzenie i gwałt...
- To niemożliwe! - wykrzyknęła naprawdę poruszona pani Hofstettler.
Ostrożnie odłożyłam na miejsce pasterkę, którą właśnie przecierałam, i pobiegłam do salonu.
- Lily, to straszne! Myślisz, że ktoś mógł go zabić i obrabować właśnie tutaj? Komu teraz będziemy płacić czynsz, skoro Pardon Albee nie żyje? I kto odziedziczy po nim budynek?
Odruchowo podałam staruszce chusteczkę higieniczną. Pomyślałam, że kto jak kto, ale ona zawsze przechodzi od razu do sedna sprawy. Rzeczywiście - do kogo teraz będzie należał budynek? Gdy zeszłej nocy w świetle latarki poznałam brzydką zielono-pomarańczową kraciastą koszulę Pardona Albee, nie o tym najpierw pomyślałam.
Odpowiedź nie miała bezpośredniego wpływu na moje życie, gdyż nie wynajmowałam, lecz kupiłam dom od Pardona, podobnie zresztą jak mój sąsiad. O ile wiedziałam, Pardon sprzedał działki leżące na północ od ulicy Track i do rogu Jamaica Street Zjednoczonemu Kościołowi Protestanckiemu - związkowi różnych odłamów religijnych, który zupełnie nieoczekiwanie rozkwitał. Jedyną nieruchomością, którą w ostatnich latach posiadał jeszcze na własność, były Apartamenty Ogrodowe. Wyżywał się w roli właściciela. Uważał się za główną postać czegoś w rodzaju serialu telewizyjnego, w którym grał rolę dobrego gospodarza domu, pomagającego wszystkim mieszkańcom rozwiązywać problemy i znającego wszystkie ich najintymniejsze sekrety.
A przynajmniej bardzo się starał, aby tak było.
- Muszę zatelefonować. Lily, tak się cieszę, że jesteś dziś ze mną!
Pani Hofstettler była bardziej poruszona niż kiedykolwiek przedtem. Pamiętam, jak kiedyś przez dwa tygodnie kipiała ze złości, gdy ministrant w kościele episkopalnym świętego Stefana zapalił w Adwencie niewłaściwą świecę.
- Do kogo chciała pani zatelefonować? - zapytałam, odkładając ściereczkę.
- Na policję. Pardon był wczoraj u mnie. Wiesz, jak zawsze pierwszego. Na koniec miesiąca Chuck przesyła mi czek, składam go w banku, a pierwszego przychodzi do mnie pan Albee. Punktualnie jak w zegarku. Zawsze mam dla niego przygotowany czek. Kładę go o tu, na stole, a on zawsze... Myślę, że powinnam powiedzieć policji, że u mnie był!
- W takim razie wybiorę numer.
Miałam nadzieję, że uspokoi się trochę po rozmowie. Ku mojemu zdziwieniu i zaniepokojeniu, dyspozytorka komendy policji w Shakespeare obiecała jej, że przyślą kogoś, kto wysłucha, co pani Hofstettler ma do powiedzenia.
- Lepiej zaparz kawę, Lily - poprosiła. - Może policjant będzie chciał się napić? Co mogło się stać Pardonowi? To nie do wiary! Jeszcze wczoraj tu stał. O tu, właśnie w tym miejscu. A teraz nie żyje, choć przecież był o ładne dwadzieścia pięć lat młodszy ode mnie! Lily, proszę cię, weź tę chusteczkę i ułóż prosto tę poduszkę na kanapie. Ach, te przeklęte nogi! Nie masz pojęcia, Lily, jak starość potrafi człowiekowi dokuczyć.
Na tak postawioną sprawę nie istniała żadna bezpieczna odpowiedź, więc błyskawicznie doprowadziłam pokój do porządku. Ekspres zaczął bulgotać, mieszkanie było wysprzątane, zdążyłam jeszcze musnąć gąbką łazienkę, gdy odezwał się dzwonek do drzwi. Wyjmowałam właśnie ubrania z suszarki, a ponieważ zaraziłam się od Marie pedantycznym zamiłowaniem do porządku, pośpiesznie zaniosłam czyste pranie do gościnnej sypialni i, w drodze do drzwi wejściowych, zamknęłam szczebelkowe drzwi zasłaniające pralkę i suszarkę.
Spodziewałam się płotki, więc coś ścisnęło mnie w sercu, gdy poznałam komendanta policji - człowieka, do którego zatelefonowałam w środku nocy.
Usunęłam się na bok i gestem dłoni zaprosiłam go do środka, przeklinając w duchu wyrzuty sumienia i przeklęty telefon. Obawiałam się, że gdy tylko się odezwę, natychmiast rozpozna mój głos.
Po raz pierwszy zobaczyłam Claude'a Friedricha z tak bliska, chociaż oczywiście wiele razy widywałam go, jak wyjeżdża z podjazdu pod blokiem, a od czasu do czasu mijałam go na korytarzu, gdy sprzątałam w jednym z mieszkań.
Claude Friedrich był czterdziestokilkuletnim bardzo wysokim mężczyzną. Mocno opalony, miał jasnobrązowe włosy i wąsy przyprószone siwizną. Z ogorzałej twarzy spoglądały na mnie jasnopopielate oczy. Komendant miał niewiele zmarszczek (za to te, które miał, były tak głębokie, jakby ktoś wystrugał je dłutem), szeroką twarz i kwadratową szczękę, szerokie plecy i ręce, płaski brzuch. Broń na jego biodrze wyglądała bardzo naturalnie. Granatowy mundur sprawił, że natychmiast zaschło mi w ustach, poczułam wewnątrz niepokój i wściekłość.
Jeszcze jeden macho - pomyślałam. Zupełnie jakby mnie słyszał, Friedrich nagle się odwrócił. Przyłapał mnie z uniesionymi brwiami i z sardonicznie wykrzywioną miną. Przez pełną napięcia chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
- Dzień dobry, pani Hofstettler - powiedział uprzejmie, przenosząc spojrzenie na moją pracodawczynię, która mięła chusteczkę w dłoniach.
- Dziękuję, że pan przyszedł, chociaż nie wiem, czy dobrze, że pana fatygowałam - odpowiedziała jednym tchem. - Nie chciałabym panu niepotrzebnie zabierać czasu. Proszę, niech pan usiądzie.
Gestem wskazała mu obitą kwiecistym materiałem kanapę, stojącą na wprost telewizora i naprzeciw jej ulubionego rozkładanego fotela.
- Dziękuję pani. Naprawdę to dla mnie żaden kłopot - uspokoił ją Friedrich. Bez dwóch zdań, umiał się znaleźć. Usiadł z wdzięcznością, jakby stał od tygodnia. Ruszyłam do kuchni i otworzyłam znajdujące się nad blatem okienko. Za plecami naszego gościa postawiłam dzbanek z kawą. Widząc go, pani Hofstettler natychmiast zaczęła zachowywać się jak gospodyni, co pomogło jej odzyskać spokój.
- Co za nietakt z mojej strony - wyrzucała sobie, zwracając łagodne, spłowiałe niebieskie oczy na gościa. - Proszę się poczęstować kawą. Pija pan ze śmietanką i z cukrem?
- Dziękuję bardzo - odparł Friedrich. - Poproszę o czarną.
- Lily, czy mogłabyś podać panu komendantowi kawę? Ja chyba nie będę piła, ale ty nalej sobie i dosiądź się do nas. Młody człowieku, mam wrażenie, że znałam twojego ojca... - Z tymi słowy pani Hofstettler rozpoczęła nieuniknioną analizę pokrewieństw, które sprawiały, że powitania ludzi z amerykańskiego Południa są tak wylewne i trwają tak długo.
Wiedząc, że starszej pani sprawię tym radość, położyłam na tacy serwetki, talerzyk z herbatnikami (tę słabość trzyma w sekrecie - Marie przepada za czekoladowymi Keebler Elves z czekoladowym nadzieniem) i dwie pełne po brzegi filiżanki kawy. Jednocześnie słuchałam, jak Friedrich opowiada o pracy policjanta w Little Rock i podjęciu decyzji o powrocie w rodzinne strony, gdy w krótkich odstępach czasu zmarł jego ojciec, on sam rozwiódł się, a w Shakespeare zwolniło się stanowisko komendanta policji. Wspomniał o radości, jaką czerpie z ponownego odkrycia swobodniejszego tempa życia w małym mieście.
Był dobry w te klocki, musiałam przyznać po raz kolejny.
Układając serwetki w zachodzące na siebie trójkąty na tacy zdobionej jasnymi motywami kwiatowymi, przyznałam się sama przed sobą, że odczuwam niepokój. Jak długo można milczeć jak kołek i nie wyjść na dziwaczkę? Z drugiej strony przecież spał, kiedy do niego zatelefonowałam. Powiedziałam tak niewiele, więc na jakiej podstawie miałby rozpoznać mój głos?
Płynnym ruchem podniosłam tacę i zaniosłam do salonu. Podałam Friedrichowi filiżankę. Teraz, gdy znów znalazłam się blisko niego, jeszcze wyraźniej uświadomiłam sobie, jak potężnie jest zbudowany.
- Przepraszam, ale my chyba jeszcze się nie znamy - zaczął taktownie Friedrich, gdy przysiadłam na twardym fotelu naprzeciw niego.
- Bardzo pana przepraszam! - powiedziała pani Hofstettler smutnie, potrząsając głową. - Ta straszna wiadomość zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Panie komendancie, to panna Lily Bard. Mieszka w domu obok naszego bloku. Odkąd się przeniosła do Shakespeare, jest dla nas niezastąpiona.
No tak, na panią Hofstettler zawsze można liczyć. Mogłam się spodziewać, że nie przegapi sposobności do odegrania roli swatki.
- Widziałem już panią tu i tam - powiedział, uprzejmie sugerując, że żaden mężczyzna nie może przejść obok mnie obojętnie.
- Sprzątam u Deedry Dean - odpowiedziałam krótko.
- Czy była pani wczoraj w tym budynku?
- Tak.
Czekał, żebym powiedziała coś więcej. Ale nie powiedziałam.
- W takim razie musimy porozmawiać później, kiedy będzie pani miała wolne - zakończył miękko, jakby zwracał się do zgrzybiałej stulatki lub osoby upośledzonej umysłowo.
Niezbyt uprzejmie skinęłam głową.
- Mam przerwę między czwartą a wpół do szóstej.
- W takim razie zajrzę wtedy do pani - oznajmił, nie dając mi czasu na wyrażenie zgody i jasnopopielatymi oczami spojrzał na gospodynię.
- Wspominała pani, że widziała wczoraj Pardona Albee.
- Było tak - zaczęła pani Hofstettler, jakby z chorobliwą lubością dobierała słowa. - Pardon zawsze przychodzi około dziewiątej rano pierwszego dnia miesiąca... po czynsz. Wiem, że woli, jak mieszkańcy zaglądają do jego mieszkania, ale przychodzi do mnie, bo czasami mogę się ruszać, a kiedy indziej nie. Dopóki rano nie otworzę oczu, nie wiem, jak się będę czuła. - Pokręciła głową, podsumowując nieprzewidywalną naturę choroby i starości, na co Friedrich odpowiedział współczującym mruknięciem.
- Zadzwonił do drzwi, więc go wpuściłam - kontynuowała w skupieniu pani Hofstettler. - Miał na sobie pomarańczowo-zieloną koszulę w kratę i ciemnozielone spodnie z poliestru... W takich kolorach mało komu jest do twarzy, a już na pewno nie osobie o jasnej karnacji... Ale to nie ma nic do rzeczy. A jeszcze gdy ktoś jest krępy... No dobrze... Zagadywał mnie o pogodę, a ja mu odpowiadałam. Wie pan, mówił to, co zwykle mówi się starszym paniom, których się za dobrze nie zna!
Claude Friedrich uśmiechnął się do siedzącej przed nim bystrej starszej pani, upił łyk kawy, a potem uniósł filiżankę w moją stronę w geście milczącego uznania.
- Czy wspominał coś o swoich wczorajszych planach? - zapytał tubalnym głosem, przypominającym pomruk grzmotu z oddali.
Lepiej się nie wychylać. Zorientowałam się, że naprawdę będę musiała uważać. Wbiłam wzrok w swoją filiżankę. Byłam tak wściekła na siebie za wplątanie się w śmierć Pardona Albee, że w wyobraźni rzuciłam nią o białą jak śmierć ścianę pokoju. Oczywiście niczego takiego nie zrobiłam, nie mogłam też w żaden sposób obwiniać Marie za kłopoty, które sama ściągnęłam sobie na głowę. Westchnęłam cicho, a potem podniosłam wzrok i napotkałam zdecydowane spojrzenie Friedricha. Niech to szlag.
- Powiedział mi tylko, że musi wrócić do siebie i czekać, bo ludzie będą przynosić pieniądze. Pan też tu mieszka, panie Friedrich, więc wie pan, jak bardzo Pardon lubił dostawać czynsz na czas. Ale wspomniał też o czymś, co go zainteresowało, kiedy słuchał wiadomości...
- Krajowych czy lokalnych? - zapytał łagodnie Friedrich.
Zauważyłam, że nie przerywał toku myśli pani Hofstettler, raczej naprowadzał ją na właściwe tory rzucaną co jakiś czas dyskretną uwagą. Był dobry w swoim fachu. Zauważyłam też, że z jego talerzyka niepostrzeżenie zniknęły dwa herbatniki.
- Tego nie powiedział. - Marie Hofstettler z żalem potrząsnęła głową. - Ale miałam wrażenie, że z czegoś się cieszył. Wie pan, Pardon był... nie bardzo wiem, jak to powiedzieć, skoro już go nie ma... lubił wiedzieć, co w trawie piszczy - dokończyła delikatnie, lekko marszcząc brwi i kiwając głową.
Nazywał to "życzliwym zainteresowaniem".
Ja nazywałam to zupełnie inaczej.
- A czy wczoraj widziała pani swoich sąsiadów? - padło kolejne pytanie.
Zastanawiała się przez chwilę, wydymając wargi.
- Wydawało mi się, że słyszałam Alvę i T.L. Yorków, moich sąsiadów, ale oni mieli wrócić dopiero późnym wieczorem, więc pewnie się pomyliłam. Słyszałam też innych, jak pukali do drzwi Pardona, wie pan, żeby zapłacić czynsz. Kilka razy rano i po południu. Ale prawie zawsze oglądam telewizję albo słucham radia, poza tym nie słyszę już tak dobrze jak kiedyś.
- Czy to znaczy, że poznała ich pani po głosie, czy po prostu ktoś kręcił się po mieszkaniu?
Pani Hofstettler znów się zamyśliła.
- Chyba jednak ktoś kręcił się po mieszkaniu.
- To mogłam być ja - wtrąciłam. - Zrobiłam im zakupy, głównie jedzenie, i zaniosłam do kuchni, a potem miałam podlać kwiaty.
- Słyszałam odgłosy około trzeciej po południu. Właśnie obudziłam się po drzemce.
- W takim razie to pewnie byłam ja.
Friedrich zanotował coś w małym jadowicie różowym kołonotatniku, który ni stąd, ni zowąd pojawił się w jego dłoniach.
Spojrzałam na zegarek. Musiałam wyjść za pół godziny, żeby zdążyć do kolejnej pracy, a zostały mi jeszcze do uprzątnięcia czyste rzeczy Marie.
- Przepraszam - mruknęłam.
Zaniosłam tacę do kuchni, czując na plecach spojrzenie Friedricha. Szybko umyłam i wytarłam naczynia, a potem wymknęłam się z kuchni do gościnnego pokoju. Na szczęście żadna z wypranych rzeczy nie wymagała prasowania, więc w kilka minut udało mi się porozkładać wszystko na miejsca. W myślach odfajkowywałam kolejne pozycje na liście obowiązków. U Marie zrobiłam już wszystko, co zwykle miałam przewidziane na wtorki rano. Wrócę w sobotę. Zabrakło płynu do mycia szyb. Zrobiłam odpowiednią notatkę i przyczepiłam ją w kuchni do drzwi lodówki serduszkiem na magnesie z napisem "Kocham Babcię". Marie dostaje pieniądze od Chucka, więc wypisze mi czek w sobotę.
Komendant policji już wyszedł, gdy wynurzyłam się z kuchni. Czekałam na znajome skrzypnięcie drzwi wejściowych.
- Do widzenia, pani Hofstettler - powiedziałam.
Marie gapiła się w przestrzeń nieobecnym wzrokiem z dłońmi spokojnie splecionymi na kolanach. Wydawała się zaskoczona, że jeszcze tu jestem.
- Do widzenia, Lily - powiedziała zmęczonym głosem. - Tak się cieszę, że dzisiaj przyszłaś. Nie wiem, jak bym sobie z tym wszystkim sama poradziła.
- Może powinna pani zadzwonić do syna?
- Nie chcę mu zawracać głowy - stwierdziła Marie.
- Tak, to rzeczywiście coś strasznego.
Przypomniałam sobie, co czułam w ciemnościach, wśród drzew, w środku nocy, gdy w wąskiej smużce światła latarki poznałam ofiarę. Lecz dzięki znajomemu ćwiczeniu umysłowemu, powtarzanemu tak często jak ćwiczenia bicepsów, zablokowałam wspomnienie. Oczywiście wszystko wypłynie na powierzchnię w innym miejscu i czasie, ale wtedy będę już sama.